Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 26-05-2020, 23:21   #1
 
Corpse's Avatar
 
[Autorski/Horror] Resident Evil - 1A - Welcome to Raccoon City (18+)

Welcome to Raccoon City

Scenario 1A

27 wrzesień 1998, przedmieścia Raccoon City

Jack Stackhouse

- Potrzebujemy radiowozu na Mizoil Gas Station. Kod 114B - rozbrzmiał zniekształcony przez szumy głos, wydobywający się z głośników policyjnego radia. Jack sięgnął po mikrofon przymocowany na sprężynowym kablu i przyciągnął go do ust wciskając przycisk.

- Przyjąłem. Tu Stackhouse. Jestem niedaleko szefie - odparł i puścił przycisk. Radio zaszumiało i ucichło. Sto czternaście be było jednym z najgorszych kodów jakie mógł usłyszeć, a w ostatnich dniach słyszał je przez radio nader często. Kolejny wariat zarażony tym nowym szczepem wścieklizny czy czym było to diabelstwo. Kilku z jego kolegów zostało już poszarpanych i pogryzionych przez tych ludzi, a teraz znajdowali się w szpitalu w Raccoon City. Zresztą właśnie tam jechał, odwiedzić swojego kumpla, Franka.

Jack przyhamował i zawrócił na prostej drodze odwracając się w stronę zachodzącego słońca i zostawiając widok miasta oddalonego o kilkanaście mil. Niebo było już prawie ciemne, ale daleko na horyzoncie nadal majaczył skrawek czerwonego jak krew słońca. Jack przekręcił przełącznik od świateł i dodał gazu...


Valerie Richards

Zwykle nie zabierała autostopowiczów, ale tym razem coś ją tknęło. Być może w wyniku długiej samotnej podróży wielkim samochodem ciężarowym, a być może dlatego, że po prostu zrobiło jej się gościa szkoda, bo wyglądał marnie i żałośnie stojąc na zupełnie pustej drodze przy zepsutym aucie. Mówiąc dokładniej, to na drodze na której minęły ją dosłownie trzy auta w ciągu ostatnich dwóch godzin. Niezwykle mało, nawet jak na środek pustkowia. I wszystkie jechały w przeciwnym kierunku niż jej cel, Raccoon City.

Miał na imię George. Wyjaśnił jej pokrótce że wyjechał z metropolii dzień temu i utkwił na drodze kiedy jego auto postanowiło odmówić posłuszeństwa. Jechał do swojej rodziny, do żony i córki, ale droga była przed nim daleka, a z tego punktu prościej było wrócić do Raccoon City po jakieś inne auto niż pchać się dalej stopem. Zresztą i tak nikt się nie zatrzymywał.

Val poprawiła czapkę z daszkiem która nieodzownie znajdowała się na jej głowie i trzymała długie, proste, rozpuszczone włosy w ryzach. Zerknęła na Georga. Musiał być wyczerpany, bo po kilku minutach rozmowy zasnął i teraz podskakiwał miarowo na drogowych wertepach, niczym szmaciana kukiełka. Przyciszyła radio, spojrzała na drogę i pomyślała o zadaniu, które czeka ją po dotarciu na miejsce.

Minęła właśnie znak informujący o stacji benzynowej znajdującej się 3 mile stąd i odetchnęła z ulgą. Potrzebowała kawy, i to mocnej. Myśląc o zasłużonym odpoczynku i dawce płynnej energii, kątem oka zauważyła ruch po swojej prawej.

- Wyspany? - zapytała, uśmiechając się półgębkiem.

George nie odpowiedział. Jęknął tylko bardzo cicho...


Malvolia Nicoletta Adesso

Jechała już kilka godzin, zupełnie wyłączając przy tym myślenie na temat samej czynności. Wszystkie ruchy wykonywała mechanicznie, automatycznie, zupełnie się nie zastanawiając nad tym co robi. Jej myśli były gdzie indziej. Plątały się wokół jej zadania związanego z Umbrella Corporation, które miała wykonać. Analizowała wszystkie możliwe ścieżki, sposoby i chwyty jakie mogła zastosować żeby dowiedzieć się tego czego miała się dowiedzieć.

Z zamyślenia wyrwał ją przeszywający całe ciało piskliwy dzwonek telefonu. Sięgnęła po swoją Nokię 9110, leżącą na fotelu pasażera wraz z torebką ukrywającą pistolet marki Browning HP oraz niezbędne do wykonania zadania dokumenty.

- Halo? - odezwała się do telefonu, wiedząc już kto dzwoni - Tak, dojeżdżam. Tak. Rozumiem. Do usłyszenia.

Jej nowy zleceniodawca był wyjątkowo bardzo "troskliwy", jeśli można to było tak nazwać. Trochę ją to irytowało, ale nie miała zamiaru narzekać. Rzuciła telefon z powrotem na fotel i pogłośniła radio przekręcając gałką w prawą stronę.

OST

Przed nią zamajaczyły w oddali czerwone światła ciężarówki. Przyspieszyła, wsłuchując się w tekst utworu i nucąc pod nosem. Zerkała co chwilę na pobocze, gdzie zewsząd otaczały ją ciemności i pustynia poprzetykana z rzadka roślinnością. Lubiła jazdę nocą, szczególnie gdy wokół było tak cicho i spokojnie, dlatego jak najszybciej chciała zostawić za sobą ciężarówkę i znów być sama. Po za tym, zwyczajnie, prozaicznie, chciało jej się siusiu, a to był prawdopodobnie najlepszy motywator do nadprogramowej prędkości odkąd wymyślono samochody.

Minęła własnie znak informujący o zbliżaniu się do stacji benzynowej, kiedy była już za ciężarówką. Włączyła kierunkowskaz, chociaż nie było to do niczego potrzebne, bo droga była zupełnie pusta w obu kierunkach. Wjechała na przeciwny pas, dodała gazu i wyprzedziła tira. Ze swojej perspektywy nie była w stanie zobaczyć kierowcy, ale kiedy znalazła się już z powrotem na swoim pasie, dostrzegła we wstecznym lusterku że w kabinie są dwie osoby...


Jack


Wjechał na pustą stację i zatrzymał się przy jednym z dystrybutorów po lewej stronie, tuż przy wejściu do budynku. Chciał już zgasić silnik, ale zaniepokoił go mrok we wnętrzu stacji. Dosłownie kilka minut temu szeryf Cortini go tu wezwał, a teraz na stacji nie było śladu ani po jego prywatnym samochodzie ani po kimkolwiek innym. Postanowił w końcu zostawić auto zapalone, żeby oświetlić sobie drogę. Otworzył drzwi, wysiadł i położył dłoń na broni znajdującej się kaburze.

OST

- Halo? Szefie!? - zawołał w stronę budynku, ale nikt mu nie odpowiedział, ruszył więc w stronę drzwi.

Wyciągnął zza paska latarkę, włączył ją, zerknął za siebie i otworzył drzwi, jednocześnie unosząc przenośne źródło światła do góry i oświetlając sobie ciemne wnętrze stacji. Podłoga zawalona była produktami pozrzucanymi z półek, a same półki poprzesuwane i poprzewracane. Poświecił w prawo, za kontuar, na drzwi prowadzące na zaplecze.

Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i ktoś wypadł przez nie, uderzając z całej siły głową o blat przed nim. Jack aż podskoczył, bo w tej absolutnej ciszy taki nagły dźwięk przeraziłby pewnie największego chojraka na świecie. Podniósł broń i wycelował w tym samym kierunku co latarkę.

- Nie ruszaj się! - krzyknął.

- Jack, to ja! - krzyknął ktoś zza drzwi. Poświecił tam i zobaczył szeryfa Daniela Cortini. Wyglądał paskudnie. Jego twarz była umazana krwią, podobnie jak większa część koszuli. Źródłem była prawdopodobnie rozległa rana którą miał na szyi.

- Co tu się... - zaczął Jack, ale szef nie pozwolił mu dokończyć.

- Skurwiel mnie ugryzł... - wysapał Cortini - ...chciałem go skuć, a on mnie kurwa ug...

Szeryf nie dokończył myśli, bo przerwał mu przeraźliwy pisk opon i uderzenie porównywalne z eksplozją bomby które rozległo się w tej chwili na zewnątrz.


Valerie

Wszytko działo się dosłownie w ciągu ułamków sekund, a Valerie była zbyt zmęczona i nieprzygotowana na to co miało właśnie nastąpić, żeby zareagować tak jak w tej sytuacji powinna.

Wyprzedziła ją właśnie jakaś osobówka, kiedy George jęknął po raz drugi, tym razem głośniej i jakby... gardłowo? Spojrzała na niego, ale w kabinie było zbyt ciemno żeby cokolwiek zauważyć.

- W porządku? - rzuciła. W tym samym momencie twarz jej pasażera oświetliło żółte światło z przydrożnej lampy. Jeszcze tego nie wiedziała, ale ten widok miał wryć się w jej pamięć do końca życia. Nie dlatego że był najgorszy z tego co ją czekało, nie dlatego że był makabryczny czy jakkolwiek inaczej obrzydliwy. Dlatego że był pierwszy.

Skóra mężczyzny była prawie biała, jak u nieboszczyka, ale miejscami pokrywały ją czerwone plamy. Długie włosy opadły mu na twarz w wilgotnych strąkach, a usta rozwarły się ukazując pożółkłe zęby z których leniwie spływała ślina. Nie to jednak było najgorsze. Najgorsze były jego oczy. Tęczówki stały się zupełnie białe, mleczne i nieprzejrzyste, a białka nabiegły krwią tworząc obrzydliwy mariaż dwóch skrajnych kolorów.


Valerie wrzasnęła, a George rzucił się na nią, wyciągając szare dłonie w kierunku jej twarzy. Jedynym co ją przed nim uratowało był pas bezpieczeństwa, który nadal trzymał go w miejscu. Niestety, przed jej własnymi, odruchowymi reakcjami, pas bezpieczeństwa nie mógł jej uratować.

Wcisnęła pedał hamulca, jednocześnie próbując się odsunąć od truposza, co spowodowało również przekręcenie kierownicy. Ciężka naczepa tira momentalnie wypadła z toru jazdy i wpadając w poślizg pociągnęła kabinę za sobą. Ostatnim co Valerie zobaczyła przed uderzeniem była osobówka która ją minęła i zielono-białe światła stacji benzynowej...

Malvolia

Ciężarówka nadal była tuż za nią, więc dodała gazu, ale niecałe 500 metrów dalej zauważyła stację benzynową. Jej pęcherz przypomniał o sobie, więc zwolniła do przepisowej prędkości.

Tir był jakieś pięćdziesiąt metrów za nią. Zwolniła tuż przed zjazdem na stację i włączyła kierunkowskaz. Dla bezpieczeństwa, zerknęła w tylne lusterko. Światła stacji oświetliły scenę rozgrywającą się w kabinie kierowcy na tyle że mogła zobaczyć szamotaninę odbywającą się w środku. Już miała w myślach skarcić nieodpowiedzialnych kierowców, kiedy tirem szarpnęło. Najpierw raz, delikatnie, a potem drugi raz. Nagle zaczął hamować z piskiem i skręcać, naczepa obróciła się i mknąc w poprzek kół zbliżała się do jej auta.

Malvolia zawsze miała dobry refleks i zawsze była dobrym kierowcą, ale w tej sytuacji nawet zawodowiec z Formuły 1 nie miałby szans. No, na pewno nie takim autem. Zanim zdążyła wcisnąć gaz, naczepa była już przy niej. Uderzyła w tył jej auta i razem pomknęli dalej, z przeraźliwym piskiem i skrzypieniem metalu ocierającego się o metal. Auto Malv uderzyło czołowo prosto w dystrybutor paliwa i dopiero wtedy się zatrzymało.

Poduszki powietrzne wystrzeliły odrzucając jej głowę do tyłu i powodując chwilowe zamroczenie. Poczuła też ból w prawej ręce którą w momencie uderzenia instynktownie wysunęła przed siebie. Na szczęście, naczepa zdążyła częściowo wyhamować bo przewróciła się na bok i jedynie popchnęła auto Malv...


Jack & Malvolia

Wybiegł przed stację, zostawiając szeryfa za sobą. Sytuacja była tak nietypowa że nie bardzo w gruncie rzeczy wiedział co ma robić, ale to co właśnie rozegrało się za jego plecami wyglądało na wypadek o wiele poważniejszy niż jakiś wariat stawiający opór przy aresztowaniu.

Podbiegł do osobówki wbitej do połowy maski w dystrybutor który teraz zmienił się w fontannę benzyny. Otworzył jednym ruchem drzwi od strony kierowcy, które na szczęście nie były zbyt zdeformowane. Poduszka powietrzna opadła i mógł wyraźnie zobaczyć ładną twarz kobiety o egzotycznej urodzie. Oczy miała rozbiegane i lekko zamglone. Musiała być w lekkim szoku.

- Nic Ci nie jest? Możesz wysiąść? - zapytał, zerkając nerwowo na dym unoszący się z maski silnika. Dym i benzyna to kiepskie połączenie. Nie ma dymu bez ognia jak to mówią...

Dziewczyna skinęła głową i podała mu rękę. Pomógł jej wydostać się z wraku i ocenił z grubsza że nic jej nie jest...


Valerie

Chwilę po uderzeniu poczuła szarpnięcie z tyłu kabiny. Nie wiedziała co je spowodowało, ale poczuła że nagle jedzie szybciej i jakby... lżej. Naczepa musiała się odczepić. Wszystko działo się zbyt szybko żeby mogła zauważyć co konkretnie się z nią stało, ale zareagowała instynktownie i znów wcisnęła pedał hamulca. Łapy truposza raz po raz smagały ją po ramieniu, kiedy próbowała zapanować nad poślizgiem. W końcu skręciła kierownicą maksymalnie w lewo, przecięła oba pasy i wpadła w płytki rów melioracyjny tuż przy drodze, w końcu zatrzymując pojazd.

Zwisała na swoim pasie, pochylona do przodu, patrząc w rozświetlone jasnymi światłami tira suche podłoże. Kręciło jej się w głowie i przez chwilę nie mogła zebrać myśli, kiedy poczuła kolejne dotknięcie i usłyszała jęk i kłapnięcie zębów dobiegające z prawej strony. Ocknęła się momentalnie. Złapała za sprzączkę swojego pasa, próbując go odpiąć, ale truposz nie dawał za wygraną i momentalnie złapał ją swoją obrzydliwą łapą za dłoń. Cofnęła ją, czując jak panika bierze nad nią górę. Czując że zaraz zwyczajnie po prostu się rozpłacze.

- Pomocy! - krzyknęła w bezsilności, patrząc z przerażeniem na potwora obok niej, szamoczącego się w swoim własnym pasie. Wzięła głęboki oddech i spróbowała drugi raz odpiąć swój, tym razem z sukcesem. Szarpnęła za klamkę i wypadła na zewnątrz kabiny, uderzając kolanami o ziemię. Zabolało, ale czym był ból w porównaniu do przebywania w ciasnej przestrzeni z... tym czymś.

Wyczołgała się z rowu na ulicę w idealnym momencie żeby zobaczyć faceta w stroju szeryfa właśnie wyciągającego z osobówki ciemnowłosą kobietę...
 

Ostatnio edytowane przez Corpse : 27-05-2020 o 08:57.
Corpse jest offline  
Stary 27-05-2020, 16:05   #2
Rot
 
Rot's Avatar
 
Jack trzymał wyciągniętą z wozu kobietę. Rozglądając się dookoła, stając się zrozumieć co tu się dzieje. A działo się jak na jego gust ciut, za dużo.
Kiedy nagle usłyszał, że ktoś wzywa pomocy.
-Szeryfie zajmij się nią. – krzyknął w końcu do mężczyzny przekazując mu uratowaną kobietę, chociaż... prawdę mówiąc to wyglądało na to, że sam Cortini również potrzebował opieki medycznej. Ale szeryf chociaż miał broń. A z tego co zdążył mu powiedzieć, to gdzieś tu był jakiś gryzący ludzi pojeb. Cóż tak czy siak to z Danielem kobieta będzie bezpieczniejsza.
-Sprawdzę co z tym wozem. - powiedział ruszając w kierunku tira.
 

Ostatnio edytowane przez Rot : 27-05-2020 o 22:22.
Rot jest offline  
Stary 27-05-2020, 16:15   #3
Czepialska Moderatorka
 
Alex Tyler's Avatar
 
Z pomocą funkcjonariusza Malvolia Nicoletta Adesso nie do końca pewnie wyszła z uszkodzonego samochodu. Potrząsnęła głową by odsunąć sprzed oczu mgłę oraz wymusić ustąpienie drżenia obrazu. Po chwili odzyskała czystość wizji. Prawa ręka wciąż ją bolała. Skok adrenaliny i poddenerwowanie jednak spowodowały, że na moment zapomniała o tym wszystkim, a zwłaszcza potrzebie skorzystania z toalety.

Oh mamma — jęknęła ścierając wierzchem dłoni cienką strużkę krwi spływającą z lekko rozciętej brwi — Widziałeś to co ja? Jakaś parka zaczęła się szamotać w ciężarówce i spowodowała wypadek.

Kiedy Jack odszedł kobieta rozejrzała się wokoło. Szybko dostrzegła przewrócony samochód ciężarowy. Jej zaawansowana wiedza na temat dwuśladów pozwoliła jej łatwo rozpoznać markę. Był to Kenworth W900.

Zobaczę co z nimi — powiedziała do siebie wspierając ręce na kolanach — Ich ubezpieczyciel będzie musiał mi zwrócić koszta naprawy. Nad pozwem cywilnym też się zastanowię. Ten glina będzie moim świadkiem.

Następnie skierowała swe kroki w miejsce, gdzie zniknął Stackhouse. Była ciekawa czy para żyje i jak gęsto będą się tłumaczyć.
 

Ostatnio edytowane przez Alex Tyler : 27-05-2020 o 18:09.
Alex Tyler jest offline  
Stary 27-05-2020, 18:55   #4
 
killinger's Avatar
 
"Kurwa mać, nigdy nie będę żałowała tych 150 tysi. Nigdy, przenigdy. Przecież siedząc w tym kanadyjskim krążowniku od Pacifica przejechałabym przez całą pieprzoną stację benzynową, a zasrany Kenny dał radę!" - Valerie zaczęła chichotać. "Żyjemy w najlepszym kraju pod słońcem, mamy najlepsze ciężarówki, a nawet najbardziej popierdolonych ćpunów! Tylko czy ćpun, nieważne po jakich prochach, miałby takie ... przerażające.. Słodki Panie kurwa w Niebiesiech...oczy..."

Zadrżała. Jak przez mgłę pamiętała, że krzyknęła w stronę gliniarza. Tylko czy on ją słyszał? Nie była niczego pewna. Czy w tym stanie w ogóle dała radę wyskrzeczeć cokolwiek przez boleśnie zaciśnięte gardło? Może z powodu szoku wszystko jej się pokręciło?

Jej umysł wrzucił niższy bieg. Przyzwyczajona do nieracjonalności strachu, niemal co dnia obcująca z osobą owładniętą lękiem, topiącym się w przerażeniu syndromu pourazowego Rogera, umiała bez wahania zdefiniować i zneutralizować lęk. Najważniejsze to wiedzieć, że każdy powód do przerażenia można czymś wyeliminować. Każdy mrok rozproszyć jakimś płomykiem. Furiat w środku był groźny i przerażający. Dzikie, szamoczące się zwierzę. Skoro to zwierzęca furia, to działanie mechanizmów za cholerę nie jest mu znane. Zatrzask pasa bezpieczeństwa, obliczonego na tonowe przeciążenie, nie podda się szamotaninie. Puści tylko przy racjonalnym wciśnięciu zapadki. Zwierzę tego nie zrobi... zwierzę nie wyjdzie z potrzasku.

Niemal uśmiechnęła się do siebie. Niezgrabnie unosząc się na nogi zauważyła że policjant idzie w jej stronę. Nie stanowy, nie highway patrol. Lokalny szeryf. Bogu dziękować, że to nie jakiś dupek federalny, tylko miejscowy funkcjonariusz, sól tej ziemi, bohater zwykłych ludzi...
- FUCK - wyrwało jej się głośno. Val złapała się na tym, że jednak odpływa. Strach wpompował w nią tyle adrenaliny, że na pewno granice racjonalności zostawiła daleko stąd. Uczucie wirowania w głowie na chwilę się schowało, a ona sama korzystając z przebłysku normalności pomachała ręką.
- Pomocy szeryfie! Tam jest wariat! Pieprzony ćpun zaatakował mnie z nienacka! - głos który usłyszała nie do końca należał do pragmatycznej, wykształconej osoby, nawykłej do pracy i ryzyka. Brzmiał piskliwie i trochę niedorzecznie.

Nagle spadło na nią we wszelkich szczegółach to co się działo wokół, wypalając się wyraziście na siatkówce jej oczu. Niczym w zwolnionym tempie ogarnęła tryskające złotobrązowym strumieniem paliwo z dystrybutora, zgniecione auto osobowe, oraz potężną naczepę leżącą nieopodal na boku w rowie. Naczepę jej trucka. Mogła zginąć, a może nawet powinna zginąć. Wypadek był naprawdę poważny. Instynkt, doświadczenie zdobyte w tysiącach godzin za kółkiem, oraz niezawodne mechanizmy Kenwortha W900L dały jej szansę przetrwania. Przecież wyszła z tego prawie zupełnie bez szwanku, nie roniąc kropli krwi.

Świat subtelnie zaprzeczył jej ocenie, lewe kolano zapiekło, a na nogawce wytartych levisów pojawiła się szkarłatna plamka. Nie bądźmy jednak małostkowi. Valerie w zasadzie miała przecież rację.

Szeryf zbliżał się długimi susami. Czekała w bezruchu, nadal z uniesioną nad głową dłonią, powitalnym gestem przyzywając kawalerię na odsiecz. Niech to się skończy, niech gliniarz skuje tego gnojka w kabinie, niech ktoś jej powie co dalej, co się dzieje, co ma robić, co, co, co !
 
__________________
To, co zraniło cię raz, może zranić cię dwa razy...

Ostatnio edytowane przez killinger : 27-05-2020 o 19:06. Powód: literówki
killinger jest offline  
Stary 27-05-2020, 22:18   #5
Czepialska Moderatorka
 
Alex Tyler's Avatar
 

Poprawiwszy torebkę na ramieniu Malvolia zatrzymała się na skraju rowu melioracyjnego.

Bellissima, bellissimo — skomentowała zerkając na rozgrywającą się poniżej niej scenę — Ktoś wziął wziął bezdomnego narkomana autostopem i srogo się na tym przejechał. Że też takie historie wciąż się zdarzają... Ale to mało istotne demoiselle, bo i tak Twój ubezpieczyciel będzie musiał srogo zabulić za rozwalenie mojego auta. Nie mówiąc o tym, że prawie straciłam życie przez Twoją lekkomyślność...

Jej bystre, brązowe oczy śledziły dalszy przebieg wydarzeń i reakcję kobiety.
 
Alex Tyler jest offline  
Stary 28-05-2020, 16:58   #6
 
killinger's Avatar
 
Słowa brunetki nie zaskoczyły specjalnie Val. Jeszcze dwa lata temu, kiedy firma powoli chyliła się ku upadkowi, a dziedzictwo ojca topniało w oczach, obecna sytuacja byłaby problemem. Dużym, diabelnie kłopotliwym źródłem frustracji. Teraz mogła po prostu wyjąć książeczkę czekową i spłacić poszkodowaną z nawiązką. Sama też szybko pomyślała o tym, kogo by tu pozwać. Jej prawnik mógłby wystąpić przeciw hrabstwu, albo miastu Raccoon, pozwać ich burmistrza, albo sądzić się z właścicielem drogi międzystanowej czyli gubernatorem stanu.
Mogła wytoczyć proces DEA, bo narkoman w kabinie kupił gdzieś towar, pomimo zapewnień federalnych o likwidacji karteli i kanałów przerzutowych z Kolumbii. W sumie mogła pozwać ich szefa, samego prezydenta Clintona, za niedostateczny nadzór nad organami władzy. Zamiast zabawiać się z panną Levinsky, popracowałby trochę nad bezpieczeństwem kraju i obywateli na drogach ! Ech, znów szumiało jej dziwnie w głowie, a guz na czole pulsował nieprzyjemnie.

- Proszę mi wybaczyć, ale zostałam brutalnie napadnięta. Jestem ofiarą, jak i pani. Wymienimy się numerami, mój adwokat zajmie się pani roszczeniami.

Nie chciała być złośliwa, ale opłacanie Michaela Rossa dawało jej poczucie słodkiej bezkarności. Ten adwokat mógł rozszarpać każdego, wart był każdego centa jaki płaciła jego kancelarii za ochronę prawną. Poczuła jednak skruchę, zasmucona własną podwójną moralnością. Przecież zdarzyło się wielokrotnie, że sama przewoziła paczki w których mogły być prochy. Jak więc może wściekać się na to biedne, uzależnione stworzenie, jak może traktować biednego szaleńca jako alibi i unikać odpowiedzialności przed poszkodowaną kobietą?

- Przepraszam za to co się stało. Na pewno się dogadamy. Na razie jednak... - przerwała zaskoczona. Radio w ciągniku zawrzeszczało właśnie głosem zmarłego kilka lat temu mesjasza muzyki Kurta Cobaina, a ostre riffy refrenu, podbite potężnie basem i perkusją wnerwiły jej niechcianego pasażera.

http://https://www.youtube.com/watch?v=4TsqlT0rfJI

Z gardzieli autostopowicza zaczął wydobywać się nieludzki ni to skrzek, ni to warkot. Głośne zawodzenie w przejmująco nieludzkiej tonacji szarpało nerwy, mieszając się z wokalem Kurta, wdzierało swe rozchwiane, nieharmoniczne nuty wprost w duszę słuchacza. To nie jest haj, to nie jest odlot, to nie działanie narkotyków. Co to więc jest?

- Słyszycie? - zapytała niemądrze - przecież to wycie jak z horroru, co tu jest grane?

Wiedziona przeczącą logice ciekawością zbliżyła się do kabiny. Wspięła się na palce i przez ciągle otwarte drzwi od strony kierowcy zerknęła do środka. Wielka kabina Aerocab skurczyła się nagle, bo całą jej przestrzeń zdawał się zajmować drgający spazmatycznie twór, wcale nie wyglądający jak człowiek. Tańczący do zmiennego rytmu utworu wtapiał swe plugawe jestestwo w słowa wyrzucane przez Kurta:

"Hate me
Do it and do it again
Waste me
Rape me, my friend"


Torsje targnęły ciałem Valerie. Przeraźliwe skurcze tłoczyły obrzydliwą papkę treści żołądka pod koła wielkiej ciężarówki. Val zatoczyła się półprzytomnie, rozpaczliwie próbując odnaleźć w tym wszystkim sens. Nienazwane uchyliło cienką zasłonę dzielącą rzeczywistość od pozbawionej miana otchłani.

- Pieprzyć to... szeryfie... zabij plugawca... to wcielone zło... - uniosła głowę w kierunku stróża prawa, łzy i wymiociny nadawały jej groteskowego wyglądu. Czuła że tylko zniszczenie TEGO w środku pozwoli jej wrócić do jako takiej stabilności. - Zniszcz to, proszę - dodała błagalnie.
 
__________________
To, co zraniło cię raz, może zranić cię dwa razy...

Ostatnio edytowane przez killinger : 28-05-2020 o 17:44.
killinger jest offline  
Stary 28-05-2020, 18:12   #7
Rot
 
Rot's Avatar
 
Jack podszedł do tira z wyciągniętą i odbezpieczoną bronią. Wiedział, że w mieście pojawili się chorzy, że są agresywni.
-Spokojnie. Panuje nad sytuacją. - powiedział do kobiet podchodząc do wozu. Musiał sprawdzić co z kierowcą. Nie mógł dopuścić by kogoś zaatakował.
-I proszę nie rozdzielajcie się. Inny funkcjonariusz kilka sekund temu został napadnięty przez agresywnego napastnika. Zachowajcie czujność.
 
Rot jest offline  
Stary 28-05-2020, 18:36   #8
 
killinger's Avatar
 
Przystojny, wysportowany, opanowany.
Nadal nie strzelający!

-To w kabinie zmieniło się! Dziesięć minut temu opowiadało mi o swej rodzinie,a teraz jego rodziną może być książę ciemności
- celowo używała bezosobowej formy, odbierając wspomnieniu zmęczonego, smutno uśmiechającego się Georga jakiekolwiek związki z obecną formą postaci na siedzeniu pasażera. Dobrze, że siedział on od strony okna, bo kanapa była na tyle szeroka, że pozwoliłaby mu siedzieć po środku kabiny, blisko niej. Wtedy jego szponiasta dłoń bez trudu wdarłaby się w miękką tkankę brzucha, rozerwałaby mięśnie i delikatną otrzewną, by w końcu bez trudu wśliznąć się do parującej krainy purpurowych organów wewnętrznych.

Nieprzyjemne kłucie w trzewiach miało na szczęście podłoże tylko w uprzednich wymiotach, nie w bliskim spotkaniu z ręką potwora. Valerie postanowiła nie nakręcać się, w końcu był tu zawodowiec. Nawet jeśli głupi na tyle, że wolał sprawdzać zamiast strzelać.

- Jest przypięty pasami, ale to uosobienie dzikiej furii. Proszę zachować dystans szeryfie. Choć w mojej skromnej ocenie najlepszym wyjściem jest naciśnięcie spustu
- ostanie zdanie dołożyła dość cicho, napotkani ludzie raczej jednak je usłyszeli. Pewnie biorą ją za rozhisteryzowaną blondynę, jak z taniego filmu. Niech im miny zrzedną, niech sami sobie obejrzą Jego Smrodliwość Pustookiego. Niech sami się porzygają z odrazy. O tak, takie braterstwo treści żołądka wydaje się być sprawiedliwym rozwiązaniem. Skrzywiła się w mściwym uśmiechu, otarła w końcu zapaskudzone usta. Przekręciła bejsbolówkę daszkiem do tyłu i odsunęła się o dwa kroki, robiąc policjantowi miejsce. Niechże paskudne theatrum stanie się i jego udziałem!
 
__________________
To, co zraniło cię raz, może zranić cię dwa razy...
killinger jest offline  
Stary 28-05-2020, 21:29   #9
 
Corpse's Avatar
 
Jack podszedł do auta, ustawiając się na wprost wejścia do kabiny, z Val bezpośrednio za jego plecami i Malvolią stojącą na ulicy. Zajrzał do środka i ujrzał dokładnie to o czym zaciekle informowała go blondynka.

W środku, przypięty pasem, szamotał się człowiek. W sumie "człowiek" było zbyt górnolotnym określeniem. Jack widział w życiu kilka trupów i sądząc po tym jak wyglądał ten gość, do żywych raczej nie należał. Zastępca szeryfa wręcz czuł jak w jego mózgu kręcą się trybiki, zapadki wpadają na swoje miejsce, a cała machina układa puzzle w całość. Szczątkowe informacje które docierały do niego od maja tego roku zaczęły układać się w jedną całość, dając obraz sytuacji nie tyle dziwnej, co wręcz przerażającej.

Pojedyncze przypadki zachorowań na wściekliznę na początku maja. Agresywne bezpańskie psy w górach Arklay. Wysłanie dwóch oddziałów S.T.A.R.S. do zbadania sytuacji, a krótko potem eksplozja Spencer Mansion. Obstawienie wjazdów do miasta i długo, długo cisza, aż w końcu kolejne ataki i artykuł w gazecie, traktujący o "żywych trupach", oparty na raporcie członków S.T.A.R.S., który nigdy nie miał ujrzeć światła dziennego. Wszyscy uznali ich za wariatów na prochach ze stresem pourazowym, ale teraz dotarło do Jacka, że w każdej zmyślonej historii tkwi ziarno prawdy. I to ziarno miał właśnie przed oczami. W jednej chwili uwierzył w każde słowo Jill Valentine.

Sapnął, bijąc się chwilę z myślami, podniósł dłoń, odbezpieczył pistolet i wypalił raz, celując w głowę. Jęki ucichły, nie zakłócając już dłużej wokalu Kurta Cobaina.

Jack opuścił broń, odwrócił się w stronę stacji i zamknął oczy, wolną dłonią pocierając twarz. Drugi raz w swojej karierze musiał do kogoś strzelić. Pierwszy raz kogoś zabił.

Valerie, która widziała wyraźnie całe zdarzenie, znów wstrząsnęły torsje. Odwróciła się i zwymiotowała drugi raz. Malvolia otworzyła usta w niemym zdziwieniu, postawiła kilka kroków do przodu i zajrzała do kabiny. W głowie mężczyzny opartej o szybę, ziała dziura z której wypływała teraz czerwona ciecz. Ciężko było uwierzyć, że nagle, ot tak, ktoś po prostu zastrzelił innego człowieka. Fakt, to było USA i tu generalnie wszyscy lubili do siebie strzelać, ale przecież ten człowiek mógł być chory, naćpany czy cokolwiek innego, wbrew bredniom prawionym uparcie przez blondynę. Można go było po prostu skuć, jakoś powstrzymać czy coś takiego. A on go zastrzelił, ot tak.

OST

Żadna z trójki osób stojących w rowie nie zdążyła się jeszcze pogodzić z tym co właśnie się stało, kiedy ich rozterki przerwał brzęk tłuczonego szkła. Odwrócili się jak jeden mąż w stronę stacji, skąd dobiegł dźwięk. Przez przeszklone drzwi wejściowe właśnie wyleciał szeryf. Upadł twarzą na ziemię, ale za chwilę oparł się na rękach i zaczął podnosić.

Jack w końcu ocknął się z ogarniającego go marazmu i przebiegł przez ulicę, ale zatrzymał się jak wryty, kiedy dostrzegł twarz Daniela. Jego oczy były białe jak mleko, tak samo białe jak tego faceta którego właśnie zastrzelił. Do Jacka podeszły również obie kobiety i wszyscy troje stali teraz, smagani wiatrem pustyni, obserwując z rosnącym przerażeniem jak szeryf wstaje, podnosi obie ręce w ich kierunku i otwiera usta wydając z siebie przeciągły jęk. W ślad za nim, przez rozbite drzwi, z wnętrza stacji wytoczył się kolejny umarlak, wyglądający na cywila.

Malvolia, jako jedyna osoba z ocalałych, której mózg jeszcze próbował walczyć z tym co widzi, usłyszała szelest gdzieś z tyłu. Z trudem oderwała wzrok od dwóch stworów sunących do nich od strony stacji i odwróciła się by spojrzeć za siebie. Zza rowu, prosto z pustynnej pustki, w obręb nikłego światła stacji wkraczały właśnie kolejne dwa potwory. I kolejny, po drugiej stronie tira. Wszystkie trzy wpadły do rowu melioracyjnego, jeden po drugim, ale wpełzały właśnie na drogę.

Silnik samochodu Malvolii zasyczał groźnie, a spod maski buchnął kolejny, jeszcze gęściejszy kłęb dymu. Sekundę później z auta Jacka, który nadal stał przed stacją z odpalonym silnikiem dobiegł ich głos radia, poprzetykany zakłóceniami i jękami truposzy:

- Do wszystkich jednostek. Odwrót. Powtarzam: Odwrót. Rozkazy szefa Ironsa. Powtarzam: wszyscy ODWRÓT.
 
Corpse jest offline  
Stary 28-05-2020, 22:22   #10
 
killinger's Avatar
 
Spotkanie z bezosobowym,wcielonym złem musi odcisnąć na człowieku piętno, które niczym znak wypalony na pośladku niewolnika na zawsze określi stosunek obserwatora do otaczającego go świata.
Skoro zdechlaki chodzą po mieście, to może w lasach lubieżne elfy uwodzą wiotkie driady, a krasnale ogrodowe mają swoje drugie, ukryte przed ludźmi życie?

No właśnie - życie. Może czas najwyższy o nie zadbać? Widok kolejnej piątki śmierdzieli zwabionych wystrzałem, maszerujących nieco niezgrabnie w stronę okazałego trzydaniowego posiłku był dla Valerie niczym katharsis. W jednej chwili wróciła niegłupia dziewczyna, która dla przetrwania swojego i swej rodziny potrafiła odejść daleko od mainstreamowego podejścia do życia. Przez chwilę taksowała mobilność sztywniaków, co pozwoliło jej dojść do właściwych wniosków.

- Ruszmy dupska do trucka. Kabina jest cholernie wysoko, wystarczy by odeprzeć atak. A potem się zobaczy... Zgadzacie się? - w sumie nie zależało jej na odpowiedzi, ruszyła truchtem w kierunku wielkiego Kenwortha, wierząc że niezgrabne stwory da się wytłuc korzystając z przewagi wysokości.

Dopadła do drzwi. Wdrapała się zgrabnie. Część przedziału kierowcy spryskana była paskudną, galaretowatą substancją. Truposz wyglądał dobrze, to znaczy martwo. Dobry zgnilec to martwy zgnilec.

Tłumiąc odrazę wsunęła się do części sypialnej kokpitu. Zdjęła z kołków zawieszony na ścianie solidny drąg. Kij baseballowy z lekko wytartym trawieniem Portland Pilots, drużyny w której grał jej kaleki brat Roger w highschoolu. Ciężkie klonowe drewno, o zupełnie innych właściwościach niz aluminiowe klocki, lekko sprężyste, z delikatnym drążeniem wypełnionym korkiem. Val wyobraziła sobie, że gra w filmie Johna Romero, krew tryska z rozwalanych łbów. Świt żywych trupów na stacji benzynowej. O tak, wiedziała że da sobie z tym radę. Zadowolona cofnęła się do szoferki, by wywalić zwłoki zastrzelonego gada i sprawdzić co z innymi.
 
__________________
To, co zraniło cię raz, może zranić cię dwa razy...

Ostatnio edytowane przez killinger : 28-05-2020 o 22:25.
killinger jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:48.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168