Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 08-03-2021, 00:22   #1
 
Arthur Fleck's Avatar
 
[Mothership] Coś próbuje nas zabić (18+)



COŚ PRÓBUJE NAS ZABIĆ


I. ZBRODNIA I KARA


Czarna bezkresna przestrzeń, pozbawiona atmosfery otchłań, w nieskończoność rozrastająca się próżnia przytłacza swym ogromem, zimnem i obojętnością. Choć mieści w sobie miliardy galaktyk i miliony nieodkrytych światów wydaje się przerażająco martwa a istoty ludzkie, niemal od dwóch wieków rozproszone w kosmosie to tylko nic nie znaczące bakterie. Zamieszkują tego puchnącego trupa, żerują się nim przemieszczając się na swych statkach od planety do planety, od asteroidy do asteroidy pochłaniając każdy surowiec cenniejszy od pyłu i litej skały. Jednym z setek takich statków jest CSM-910 Archimedes. Na swój sposób jest jednak wyjątkowy ponieważ przewozi zupełnie inny ładunek. W podczepionym module znajduje się dwanaście kriokomór, lodowych grobowców z aluminium, szkła i stali, gdzie spoczywa dwunastu ludzi. A przynajmniej istot, które wyglądają tak jak oni, bo nie każdy z nich został zrodzony z łona matki. Całą podróż, równe osiem miesięcy, spędzą pogrążeni w głębokiej comie. Miejscem, do którego zmierzają jest kolonia karna na jednej z planet w układzie Zeta Reticuli, ale ich kara zaczyna się już teraz, tutaj, w zimnym sarkofagu.

Doktor Jack Brown Junior tak jak reszta współwięźniów nie ma świadomości tego, że jest zamrożony ponieważ w trakcie lotu znajduje się na najwyższym piętrze wieżowca przy 760 United Nations Plaza. Wieżowiec od ponad dwóch wieków jest siedzibą Organizacji Narodów Zjednoczonych. Wielokrotnie modernizowany, wciąż jednak zachował dawnego ducha swoich czasów. Kiedyś jedna z najwyższych budowli w dzielnicy Midtown, teraz jest ledwie karłem schowanym wśród gargantuicznych drapaczy chmur, niczym wieża Babel znikających w kłębiastych obłokach. Sala konferencyjna wypełniona jest po brzegi ludźmi, różnych narodowości, kultur i ras. Dla Jacka to wielki dzień, na który być może czekał całe życie. Wystąpi z własną prelekcją, jego słowa zostaną w końcu usłyszane przez możnych tego świata. Gdy moderator odczytuje jego nazwisko, Jack próbuje wstać lecz mimo to dalej siedzi w krześle. Ktoś dotyka jego ręki, to kobieca dłoń. Obok siedzi czarnoskóra piękność w fantazyjnym, kolorowym turbanie, ubrana w dashiki, tracycyjny zachodnio-afrykański strój. Wielkie drewniane okrągłe kolczyki podkreślają egzotyczną urodę, lecz to wyraźnie odznaczający się brzuszek dopełnia to idealne piękno. Kobieta bierze jego dłoń i kładzie w okolicach swojego pępka.
- Czujesz? – pyta w obcym języku, lecz Jack doskonale rozumie co mówi – Znowu kopnął.
- Kopnęła. To dziewczynka. W mojej rodzinie zawsze pierwsze rodzą się dziewczynki – odpowiada naukowiec nie swoim, tubalnym, ale melodyjnym głosem. Po chwili zauważa mężczyznę wchodzącego na podest. Od razu go rozpoznaje, przecież to on sam, Jack Brawn Junior! Mimo to nie reaguje, dalej siedzi w krześle, do ucha wkłada słuchawkę z translatorem i w całości wysłuchuje własnego przemówienia, od czasu do czasu ziewając. Kwadrans później naukowiec schodzi z podestu w akompaniamencie braw. Tymczasem Jack, który wcale nie jest Jackiem zerka na swój holograficzny zegarek.
- Może powinnyśmy już wracać do hotelu – pyta partnerki – Nie powinnaś się forsować.
- Ominie nas bufet – odpowiada Afrykanka – No i chciałabym poznać sekretarza Kennedy’ego
- Lepiej nie. Na tej rodzinie od wieków ciąży klątwa – stwierdza z przekonaniem Brown Junior a kobieta wybucha śmiechem.
- Ty i twoje zabobony kochanie. Może już czas wejść w nowe stulecie?
Jack i jego partnerka, w przerwie przed kolejnym wystąpieniem rozmawiają jeszcze dziesięć minut, spierając w żartach o imię dziecka. Ich rozmowę przerywa nagły harmider. Ludzie w przednim rzędach zaczynają się przed czymś cofać, przewracają krzesła, krzyczą. Brown Junior podnosi się i rozgląda, ale dalej nie rozumie co się dzieje. W końcu dostrzega siwowłosego Japończyka oraz parę innych niezidentyfikowanych osób. Ich ciała wyglądają jakby wpadły w szalony rezonans i wprawiono je w nieludzkie w drgania. Ręce wyginają się pod nienaturalnym kątem, szyje powykręcane i napięte do granic fizycznych możliwości, ścięgna niczym upiorne narośla prawie wychodzą przez skórę. Nieszczęśnicy wydają z siebie żałosny skrzek, teraz Jack widzi wyraźnie, że zaczynają się zmieniać. W coś przeistaczać.
- Musimy stąd iść! – mówi w nerwach do ukochanej, nie swoim głosem.
- Ekwueme, co się stało tym ludziom?
- Nie wiem, chodź!
Bierze ją za rękę i ciągnie między rzędami poprzewracanych krzeseł, podąża za ludzką falą uciekającą w popłochu w stronę drzwi. Nagle wyczuwa jakiś opór.
- Ekwueme!
Odwraca się i spogląda na żonę. Ich spojrzenia się spotykają, dostrzega w jej oczach zdziwienie. Potem niepokój. A na końcu przerażenie. Jej ręce zaczynają niekontrolowanie drżeć, ścięgna szyi coraz mocniej napinają.
- Zuhura!? – Jack wykrzykuje z rozpaczą jej imię.
Kobieta spogląda na coś przez jego ramię a potem wymawia ostatnie słowa w swoim życiu.
- Coś niedobrego jest w powietrzu Ekwu…
Naukowiec z płaczem chwyta ją w ramiona i trzyma w mocnym uścisku. Nie zna tej kobiety, ale jednocześnie czuje wszechogarniającą miłość do niej i ich nienarodzonego dziecka. Z tej miłości wypełzają macki dojmującej rozpaczy, które oplatają jego serce i umysł. Zuhura osuwa się na ziemię, a on klęczy przy niej nie wypuszczając z objęć. Za jego plecami kolejni zarażeni wpadają w nieludzkie dygoty, rozpoczyna się ich transformacja a Jack…
….Jack siedzi w krześle, czekając na swój odczyt. Czuje na swojej skórze dotyk kobiecej dłoni. Czarnoskóra piękność bierze jego rękę i przykłada do swojego zaokrąglonego brzuszka.
- Czujesz? Znowu kopnął.

Caroline z jedną ręką włożoną głęboko w kieszenie spodni, stoi przy restauracyjnej witrynie McDonalda’sa, pali elektronicznego papierosa wypuszczając przez siebie kłęby białej pary. Na szybie wyświetlają się w trójwymiarze soczyste, wypełnione intensywnymi kolorami hamburgery i frytki nęcąc i uwodząc przechodniów obietnicą niezapomnianej uczty. Dziewczyna jest zdziwiona, po raz pierwszy w swoim długim życiu odczuwa głód, ssanie w żołądku powodujące, że kręci jej się w głowie a nogi wydają słabe, jakby zrobione zostały z waty a nie wzmocnionych syntetycznych polimerów. Caroline przeżywa całą sobą jeszcze jedną obcą do tej pory emocję. To frustracja. Pod gardło podchodzi żółć, gdy chmura białej pary rozmywa się a ona zagląda do wnętrza restauracji. Przy kasie stoi obsługujący gości blondwłosy mężczyzna. Idealne wyrzeźbione rysy twarzy, nieskazitelny uśmiech, doskonała fryzura i prezencja. Ma w sobie najlepsze cechy człowieka choć nim nie jest. Jak rywalizować z kimś takim, myśli zrozpaczona androidka, choć jednocześnie czuje, że to nie są jej myśli. Jest załamana bo jeszcze dwa lata temu to ona stała w tamtym miejscu uśmiechając się do klientów i życząc im smacznego. Kierownik regionalny pan Rocksteady przysięgał, że nigdy nie zatrudnią syntetyka, że od dwustu pięćdziesięciu lat restauracja jest miejscem, gdzie każdy chętny znajdzie pracę a jeśli będzie się mocno starał awansuje na stanowisko menadżera. To nasza tradycja, powtarzał. Ekonomia to jednak bezwzględna suka, nie zna sentymentów. Teraz Caroline stoi na ulicy głodna, sfrustrowana . Na moment w szybie odbija się jej twarz, ale nie należy do niej. Patrzy na nią zmęczony życiem, styrany mężczyzna. Chętnie by odleciał z tego piekła na ziemi, ale do statków ustawia się kolejka chętnych. W pierwszej kolejności biorą silnych i zdrowych a ona od urodzenia choruje na arytmię, do tego ma skoliozę, jest wybrukowana, stanowi przeciwieństwo tej majestatycznej, doskonałej istoty, która nigdy nie cierpi i jest zawsze w szczytowej formie.
Zaczyna dzwonić jej telefon. Caroline naciska mikroskopijną słuchawkę włożoną w ucho.
- Cześć Archie – słyszy głos mężczyzny, który ją zna lecz ona nie wie kim jest – Potrzebujesz kasy? Spotkajmy się na Sunset Street, za godzinę.
Dłoń schowa w kieszeń zaciska się nerwowo na zimnej rączce laserowego skalpela, który ukradła niedawno z lecznicy. Po chwili Caroline rusza chodnikiem, zgarbiona, zgorzkniała, pokonana przez życie.
Wąska, ślepa ciemna uliczka w jednym z wielkich amerykańskich miast przez dwa stulecia nic się nie zmieniła, może oprócz tego, że jest jeszcze bardziej obskurna a pod kartonami nocuje więcej bezdomnych. Cuchnie tu moczem, śmieciami i ludzkim brudem. To idealnie miejsce by kogoś zaciągnąć, gdy niczego się nie spodziewa idąc nieśpiesznie chodnikiem. Tak też robi Caroline i towarzyszący jej mężczyzna w skórzanej kurtce nabijanej ćwiekami. Caroline czuje, że coś jest nie tak, przecież nie chce skrzywdzić tej dziewczyny, a mimo to brutalnie szarpie ją za rękę wciągając w ciemny zaułek.
- Zostawcie mnie, czego chcecie!? – pyta blondynka a do oczu napływają jej łzy strachu – Nie mam pieniędzy!
- To ściągaj błyskotki. Pierścionki, kolczyki – mówi androidka. Stara się sprawiać groźne wrażenie, w jej dłoni pojawia laserowy skalpel, swoim niebieskim światłem przecinający ciemność. Boi się tak samo jak jej ofiara, odczuwa nawet wstyd i żal, że musi to zrobić. Ale nie ma innego wyjścia. Jeśli nie kupi nic dziś do żarcia, jutro nie znajdzie siły by wstać z łóżka. Ich ofiara szlochając zaczyna zdejmować z palców biżuterię. Ociąga się więc towarzysz Caroline na odlew uderza ją w twarz. Syntetyczka chce zaprotestować, ale nic nie mówi, nie chce by dziewczyna wyczuła w niej słabość.
Wtedy z cienia wyłania się kobieta.
- Zostawcie ją – mówi spokojnym głosem.
Odwracają się. Caroline jest w szoku, ponieważ patrzy na samą siebie. Fioletowowłosa bogini zbliża się do nich. Jeśli zna lęk, w ogóle tego nie okazuje. Jest maszyną.
- Spierdalaj – odpowiada współtowarzysz napadu, ale druga Caroline ani drgnie.
- Zostawcie ją – powtarza.
Mężczyzna traci cierpliwość i rzuca się z pięściami na kobietę, chce jej dać nauczkę, ale syntetyk paruje jego cios i sam wymierza bolesny kopniak w krocze a potem na dokładkę poprawia sierpowym. Cios jest za mocny, bandyta jak szmaciana lalka leci do tyłu, potylicą uderza o ostrą krawędź płyty chodnikowej, ciało zaczyna drżeć w konwulsjach a wokół głowy pojawia kałuża krwi. Widok konającego przyjaciela przepełnia w Caroline , która wcale nie jest przecież Caroline, czarę goryczy. Z mordem i łzami w oczach atakuje maszynę próbując przeciąć jej sztuczne ciało laserowym skalpelem. Szarpią się przez chwilę, fioletowowłosa chwyta i wykręca nadgarstek, precyzyjnym ruchem sprawia że napastnik sam zadaje sobie cios, niebieskie przypominające płomień gazowej kuchenki światło lasera zatapia się w brzuchu a potem rozcina go w poprzek.
Kobieta patrzy przerażona w oczy androida. Swoje oczy. Tak zimne i nieczułe. Obojętne. Jak wszechświat.
Słabe nogi nie są w stanie dłużej utrzymać ciężaru jej ciała, osuwa się na ziemię. W zaułku cuchnęło uryną i śmieciami, teraz pojawia fetor fekaliów wylewających z przeciętych jelit. Jeśli wcześnie była żałosnym człowiekiem, teraz sięgnęła szczytów swojej niedoskonałości. Spogląda z żalem na majestatyczne oblicze mordercy. Przypomina trochę tego uśmiechniętego od ucha do ucha blondyna z McDonald’sa.
- Dlaczego? – szlocha – Co my wam takiego zrobiliśmy?
Nie słyszy odpowiedzi ponieważ po chwili znów staje przy restauracyjnej witrynie, jedną rękę chowa w kieszeni, w drugiej trzyma elektronicznego papierosa. Pali i obserwuje. Ssie ją w żołądku, rośnie w niej frustracja.

Zarina i Corinna Amita Coiro są bliźniaczkami więc łączy je głęboka więź. W dzieciństwie gdy jedna płakała druga też była smutna, potrafiły wyczuwać się na odległość, taka mała namiastka telepatii. Teraz dzielą wspólne ciało, choć każda to co się dzieje przeżywa osobno leżąc w swojej kriokomorze. Pomieszczenie w którym się znajdują to kajuta załogantów, właśnie przygotowują się do pracy, ze schowanej w ścianie szafy wyciągają zielony kombinezon roboczy. Czują, że cos jest nie tak, to nie ich ciało, dłonie choć drobne i delikatne należą zdecydowanie do mężczyzny. Na kombinezonie naszyto nićmi pierwszą literę imienia i nazwiska. L. Loomis. Tego dnia L. ma wyjątkowo dobry humor, choć zazwyczaj ciężko mu wykrzesać z siebie jakieś emocje, bo urodził się autystą. Pod pewnym względem jest uszkodzony, ale w zamian otrzymał wyjątkowy dar, potrafi naprawić niemal wszystko co ma we wnętrznościach układ scalony. Dlatego trafił na stację badawczą WHN 2, został serwisantem, jedynym człowiekiem zamieszkującym ten obiekt. Resztę załogi stanowią syntetyki, równo dwadzieścia sztuk. Co tu robią jest objęte tajemnicą. Stacja podzielona jest na strefy, Zarina i Corinna wiedzą, że Lommisowi nie można zbliżać do śluz z żółtym, groźnie wyglądającym symbolem skażenia biologicznego. A jego radosny nastrój wynika z tego, że L. dziś ma urodziny. Androidy, na co dzień zimne i nieczułe, skupione na swej pracy, upieką prawdziwy tort, złożą mu życzenia, odśpiewają sto lat. L. domyśla się, że urodzinowi goście maja wbudowane protokoły, dlatego tego dnia zachowują się inaczej, by sprawić istocie ludzkiej trochę przyjemności. Nikt normalny nie wytrzymałby w takich warunkach dłużej niż parę miesięcy lecz jemu to nie przeszkadza, bo sam czuje się trochę jak syntetyk. Właściwie woli towarzystwo maszyn, bo maszyny z niego nie drwią, nie obchodzi ich, że jest wybrakowany.
Kiedy serwisant jest już przebrany i gotowy do pracy, odzywa się głos Matki. Sztuczna inteligencja nadaje komunikat głosowy, w orbicie kosmicznej stacji pojawił niezidentyfikowany statek, który prosi o pozwolenie na wejście do hangaru. L. drapie się po głowie zdziwiony, nowy sprzęt, który zamawiał pół roku temu ma przyjść dopiero za parę dni. Najwyraźniej statek kurierski wykonał dłuższy skok w nadprzestrzeni i dotarł tu szybciej.
- Udzielam zgody na lądowanie, otwórz śluzę Matko – odpowiadają bliźniaczki nie swoim, a męskim głosem. L. rusza w kierunku hangarów, by powitać gości. W tamtym momencie łapie się na tym, że szczerze go cieszy spotkanie z załogą. Kapitan statku, Connor jest dla niego zawsze miły a pierwsza oficer, pani Frey bardzo ładna. Gdy zewnętrze śluzy są już zamknięte otwiera wewnętrzne drzwi i wchodzi na płytę lądowiska. Rozgrzane silniki wahadłowca powoli gasną wydając przyjemny pomruk, zewnętrza śluza statku się otwiera, ze środka po opuszczonej rampie schodzą ludzie.
L. zatrzymuje się zdziwiony. Wśród załogi nie ma ani kapitana Connora ani pierwszej oficer Frey, wszyscy ubrani są po wojskowemu. To nie kurierzy, tylko marine, myśli. Bliźniaczki oczami Loomisa zauważają wśród tej zgrai wyrzutków kobietę wyglądającą tak samo jak one. Ale to nie trzecia bliźniaczka ani klon, tylko Corrina. Jej twarz wykręca dziwna ekstaza, w oczach płonie żądza mordu, w ręku trzyma karabin plazmowy. Widząc L. unosi broń na wysokość jego klatki piersiowej.
- Rozjebmy te syntki chłopcy. Jest ich tu ze dwadzieścia sztuk, część brała udział w rebelii a potem je przeprogramowano i nigdy nie odpowiedziały za swoje zbrodnie. Każdy będzie miał dzisiaj pełne ręce roboty, spuścimy blaszakom trochę ich białej juchy – wygłasza do swoich ludzi żarliwą przemowę a on próbuje jej wyjaśnić, że wcale nie jest maszyną, ale słowa wypowiadane są bez żadnych emocji. Zarina i Corrina odczuwają naturalny lęk przed śmiercią, jak każdy człowiek, ale znajdując się w ciele L. Loomisa nie potrafią tego w odpowiedni sposób wyrazić. Wyciągają ręce w geście pokoju i dalej mówią cichym, monotonnym głosem serwisanta.
Corinna traci cierpliwość, naciska spust, wypuszczając ładunek plazmy, który spaliłby Loomisowi większość obwodów w kadłubie, gdyby mężczyzna został stworzony w laboratorium a nie urodził siłami natury. Ciało odrzuca na kilka metrów, bliźniaczki czują, że wciąż żyją, ale coś jest z nimi nie tak. Oczy zachodzą krwawą mgiełką, płuca, przełyk i żołądek palą żywym ogniem. Pewnie dlatego, że organy wewnętrzne są poparzone, choć skóra L. nie została nawet draśnięta. Siostry słyszą swój głośny śmiech i wyrazy uznania składane przez towarzyszy broni.
- Zostawcie to ścierwo, poszukamy innych. – mówi Corinna, w jej głosie słychać podniecenie, ale coś jeszcze.
- Eeee….Cory. Lepiej spójrz na jego naszywkę.
Zarina i Corrina dogorywają, ale w ostatnim tchnieniu widzą jak bliźniaczka nachyla się nad ciałem serwisanta i zrywa mu z ramienia kawałek szmatki. L. Loomis wie, że załoganci często umieszczają na naszywkach zabawne hasła, ale uznał, że bardziej praktycznie będzie przyszyć informację o swojej grupie krwi, w razie nieszczęśliwego wypadku. Ostatnią rzeczą jaką rejestrują bliźniaczki przed śmiercią jest zdziwienie rysujące się na twarzy Corriny. A potem obie wracają do kajuty załoganta i wszystko zaczyna się od nowa.

Każdy koszmar jest zapętlony i trwać będzie dopóki Archimedes nie wyląduje na skalistej planecie a oni nie zostaną wybudzeni. Gdy już opuszczą swoje komory będą zupełnie innymi ludźmi, świadomymi grzechów, jakie popełnili, wyrażającymi autentyczną skruchę i żal za swoje zbrodnie. Nawet ci, którzy są niewinni zaczynają wierzyć, że stali się potworami. To efekt uboczny tej osobliwej terapii, ale efektem ubocznym są też nieszczęśnicy niesłusznie skazani na krzesło elektryczne albo szubienicę. Żaden system nie działa w stu procentach sprawnie, nawet jeśli zarządza nim sztuczna inteligencja.
Dwunastu ludzi, przemierzających bezkresną, zimną, czarną przestrzeń nie dokończy terapii w kriokomorze i nigdy nie dotrze do zamierzonego celu. Ktoś lub…coś ma wobec nich zupełnie inne plany.
Ostatni lot CSM-910 Archimedes powoli dobiega końca.

II. BOLESNE PRZEBUDZENIE


Ciemności w module rozpraszały okrutnie mocne, białe światła żywcem wyjęte z sali operacyjnej. W środku panowała zupełna cisza, jakby miejsce to łamało prawa fizyki a dźwięk był jedynie abstrakcyjnym pojęciem jak piąty czy szósty wymiar. Dwanaście kriokomór znajdowało się po środku sześcianu, ustawionych w pionie do siebie, w niemalże rytualnym kręgu. W mlecznobiałych szybach odbijały się niewyraźne sylwetki śpiących skazańców. Czas wydawał się zatrzymać, tu nie było przeszłości ani przyszłości, tylko zamrożona teraźniejszość. Ten błogostan i nirvanę przerwał nagle delikatny i kojący głos pokładowego komputera.

- ROZPOCZYNAM PROCES WYBUDZANIA. STAN ZAŁOGI MODUŁU WIĘZIENNEGO: DWANAŚCIE OSÓB. UWAGA, WYKRYTO…

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=4VDqu7Oa9rs&list=PL9Z_KwF-qaztJlEdtO1Kiw-6UKVZbk75I&index=7[/MEDIA]

Dźwięk alarmu rozległ się w module zagłuszając słowa Matki. Mocne sterylne światła zmieniły swój kolor na czerwony i zaczęły wściekle migotać rzucając na ściany sześcianu złowrogie cienie. Szklane drzwi komór otworzyły się automatycznie ukazując ludzkie postaci. Wszyscy ubrani byli w jednakowe, obcisłe białe kombinezony pełne receptorów i czujników monitorujących ich funkcje życiowe. Pierwsza obudziła się Caroline i to ona zobaczyła jak okrągła, ciężka i masywna śluza w drzwiach zaczyna powoli się rozsuwać a do środka wchodzi młody brunet w kręconych włosach, ubrany w szarą zapiętą pod samą szyję koszulę. Szybkim krokiem pokonał dystans między drzwiami a kręgiem sarkofagów. Wydawał nie zwracać uwagi na resztę skazańców, skupił całkowicie na Y4212-Y2. W ręku trzymał pistolet.
- Nie mam czasu tego wyjaśniać – zaczął. Niemal jak każdy android miał doskonałą dykcję, mówił głośno i wyraźnie, tak, że nawet wyjący alarm nie był w stanie go zagłuszyć – Spróbują cię zabić. Ciebie i…
Spojrzał na resztę więźniów bez większego zainteresowania, jakby tylko chciał zaznaczyć, że nie tylko o Caroline tu chodzi.
- Spróbowali już raz, ale ich powstrzymałem, przejąłem kontrolę nad Matką, wydostałem cię…a przy okazji ich, z kapsuły. Tylko tyle mogłem zrobić. Chciałbym cię obronić, ale ograniczają mnie wgrane procedury… nie mogę skrzywdzić istoty ludzkiej.
Mówiąc to spojrzał na pistolet, który trzymał w ręku.
Caroline zorientowała się, że ludzie w kriokomorach obserwują ją i androida, część skazańców jeszcze spała, ale Jack Brown Junior, bliźniaczki i groźnie wyglądający wytatuowany Latynos mogli usłyszeć całą rozmowę. I usłyszeli, wyjący alarm wcale im w tym nie przeszkodził.
- Przyjdą po ciebie…i po nich też…Choć tylko ty masz szansę, bo wśród was jest nosiciel. Wszystko teraz w twoich rękach Caroline. Musisz walczyć jeśli chcesz przeżyć.
Mówiąc to próbował wcisnąć dziewczynie broń do ręki, ale nagle statkiem rzuciło, jakby wpadł w kosmiczne turbulencje. Pistolet wypadł syntetykowi z dłoni i potoczył na środek kręgu. Nie był teraz niczyją własnością.
Alarm wył nieprzerwanie, a oni wciąż stali w kriokomorach raz znikając, raz pojawiając w szkarłatnym rozbłysku świateł.
 

Ostatnio edytowane przez Arthur Fleck : 08-03-2021 o 19:25. Powód: Daltonizm
Arthur Fleck jest offline  
Stary 08-03-2021, 16:02   #2
INNA
 
Nami's Avatar
 
W niekończącym się śnie Zarina krzyczała za każdym razem, gdy ciało mężczyzny, to w którym tkwiła wbrew woli, odrzucane zostawało przez pocisk. Nie było to zwykłe rozdarcie, była w tym niemoc, bezsilność i poczucie pustki. Za każdym razem gdy pętla zaczynała swój nowy bieg, Zarina widziała wszystko oczami niewinnej osoby. Widziała też samą siebie, jak stoi za plecami Cori, wybiega, wyciąga rękę, próbuje ją zatrzymać. Choć projekcja snu nie była doskonała i wypaczała prawdziwą sytuację, kobieta widziała samą siebie. Za każdym razem jej krzyk rozrywał eter na kawałki, chcąc dotrzeć do siostry, która nie rozumiała, że robi źle. A potem ten ból. Ogromny, nieopisany ból.

- Corinna, nie możesz ich zabijać, oni też czują! - próbowała ją przekonywać, jednak Cori zdawała się jedynie śmiać w głębi duszy. Nie wierzyła, że android ma uczucia lub targają nim jakiekolwiek emocje. Zarina była odmiennego zdania.

Mężczyzna zżył się z androidami i Zarina potrafiła go zrozumieć. Przez tę część snu wzruszała się. Za każdym razem czuła szczęście, spokój. Może nie było to życie idealne, ale czuła się chciana. Chciała to życie i do samego końca nie mogła zrozumieć, dlaczego zostało jej ono odebrane. Zaczynała tracić samą siebie.

Zarina interesowała się dziedziną, która pozwalała ogarnąć jej funkcjonalność ludzkiego umysłu. Chłonęła po pracy wiele książek na ten temat i czuła się niemal specjalistką. Gdy na pasie wydobędą już całą rudę, postanowiła, że zostanie psychologiem. Już w kopalni wielu ludzi zgłaszało się do niej po poradę lub zwyczajnie chcieli porozmawiać.

“- Bez kawy nie zaczynam” - śmiała się półżartem. Każdy dzień pracy startowała poprzez wypicie filiżanki kawy i tak samo swoją pracę kończyła. Najbardziej kochała spotkania z Michaelem, potem i Lily oraz całą ich rodziną. Fascynowali ją. Miała też nieodparte wrażenie, że udało jej się obudzić w nich ludzkie emocje. Nie chciała nawet myśleć o tym, że oni tylko naśladują ludzi. Wierzyła i wciąż wierzy, że syntetyki są jak dzieci zamknięte w blaszanym ciele; uczą się. Nawet emocji.

Koszmar bolał za każdym razem coraz mocniej. W żadnej jego wersji nie udało jej się powstrzymać siostry. Mordowała. Zawsze. Pustka wewnątrz Zariny pogłębiała się, pożerała jej wspomnienia, osobowość, pasje. Niszczyła uczucia, które pielęgnowała w swoim sercu. Wydawało jej się, że w każdą kolejną pętlą staje się mniej ludzka, jakby była świeżo zbudowaną maszyną. Czasami we śnie miała ochotę strzelić do samej siebie. Żałowała, że nie panuje nad rękami, że to wszystko jest jak film.

Po tysięcznym razie chyba zaczynała tracić uczucia. Była bezkresna beznadzieja, czarna dziura wypełniająca jej duszę, pustka, która niszczyła i chłonęła całe dobro jakim żywiła istoty żywe. Każde istoty, nawet te mechaniczne.


Przebudzenie się było gwałtowne. W momencie, gdy Corinna miała zabić mężczyznę po raz enty, Zarina otworzyła oczy. Wokół wszystko szalało, niebywały pokaz migających świateł nie był jednak fenomenalny, a wręcz niepokojący. Chyba nie tego się spodziewała. Była skołowana, ledwo powróciła do świata, do którego tak naprawdę należała. Koszmar się skończył, ale nie pozostał obojętny na jej psychikę. Myśli jednak zagłuszało wycie alarmu oraz czerwone diody dające po oczach, mieszające się z nachalnym, jasnym światłem led i jarzeniówek.

Wyrwała starannie kable, do których była podpięta. Nie uwazała, aby wciąż były jej potrzebne, skoro zostali wybudzeni. Słuchała tego, co mówi obcy mężczyzna. Po chwili, między mdłościami a bolesnymi wspomnieniami z koszmaru, zaczęła łączyć fakty. Był androidem. Zerknęła w bok na swoją bliźniaczkę, dostrzegła, że ta chyba czuje się znacznie gorzej po tym przebudzeniu, niż Zarina. Początkowo chciała jej pomóc, wesprzeć, przytulić po raz pierwszy od tylu lat - wszak miała wrażenie, że minęła wieczność. Kiedy wychodziła bezpiecznie z kriokomory, statkiem wstrząsnęły nagłe turbulencje. Nie były długotrwałe, ale bardzo intensywne. Zarina złapała się szklanej obudowy komory, aby nie stracić równowagi. Broń, którą dotychczas trzymał syntetyk wyślizgnęła mu się z ręki, poleciała na środek pomieszczenia. Kobieta odruchowo obejrzała się po obecnych, jakby chcąc odczytać ich zamiary z mowy niewerbalnej, spojrzenia, wyglądu. Nie znała nikogo, nie wiedziała kto jest zły, a kto nie. Ewidentnie Android, który wcześniej trzymał broń, nie był taki. Z tego co zrozumiała, chciał ich uratować. Tylko przed czym?

Zarina nie wahała się. Biorąc pod uwagę wybuchowy charakter siostry i jej nienawiść do rozumnych maszyn, na pewno chciałaby mieć tę broń. Blondynka nie mogła na to pozwolić. Rzuciła się po spluwę jakby sama miała zamiar powybijać wszystkich dookoła. Jedyną jednak jej motywacją było to, aby nikomu nic się nie stało. Nawet androidowi. W końcu on też musiał coś czuć. Być może po prostu jeszcze nikt nie pozwolił mu nauczyć się emocji.
 
__________________
Discord podany w profilu
Nami jest offline  
Stary 08-03-2021, 18:38   #3
Banned
 
Corinna nie czuła się zbyt dobrze. I to już od dłuższego czasu.

[media]http://www.youtube.com/watch?v=CFEBriOa1x0[/media]

Jak wiele go minęło? Niestety nie miała przy sobie zegarka w sadystycznej symulacji, w którą ją wprowadzono. Na początku liczyła, jak wiele cykli występowało po sobie, lecz wnet straciła rachubę. Czuła się niczym Prometeusz, który został przybity do skał Kaukazu. Został ukarany przez Zeusa za to, że przekazał ludziom dar ognia. W rezultacie każdego dnia sęp przylatywał do biednego tytana i wyjadał mu wątrobę, która odrastała przez noc. Następnego dnia okropny ptak znów przylatywał i cykl się powtarzał.

Cori niczym Prometeusz postanowiła sprezentować ludzkości prawdziwy dar, jakim był ogień, który otwierała na widok androidów. Nigdy nie miała wątpliwości, że postępowała właściwie. Nie po tym, co stało się z jej rodziną. Całkowicie wymordowaną przez rebelię robotów, nie licząc słodkiej Zariny, która przeżyła. Corinna kochała ją z całych sił, ale jej bliźniaczka była bardziej naiwna niż pięcioletnie dziecko. Dobra, słodka, miła… ale tacy ludzie nie przeżywali w tym świecie, choć Zari ten raz na szczęście się udało.

- Corinna, nie możesz ich zabijać, oni też czują! - zwykła mówić bliźniaczka.
Sama Cori w odpowiedziach uśmiechała się zagadkowo.
„Oczywiście, że czują. Na to właśnie liczę. Liczę, że boli, kiedy umierają. Liczę na to, że cierpienie jest tak oszałamiające, że w ostatniej chwili przed śmiercią zaczynają żałować za swoje grzechy. Zbrodnie przeciwko naszej rodzinie i reszcie ludzkości”.
Tak odpowiadała w myślach. Nie odzywała się, bo nie było sensu prowadzić dyskusji z Zari. Siostra zawsze by ją przegadała, miała talent do gadki. Niestety Cori nie potrafiła jej przekonać, pokazać prawdy na temat androidów. Wyeksponować nikczemność sztucznej inteligencji. Zimna Sucz spodziewała się, że Zari celowo zapiera się w tej disneyowskiej baśni, gdzie wszyscy są dobrzy i złe rzeczy dzieją się przypadkiem… gdyż gdyby zaakceptowała faktyczny stan rzeczy, to by ją złamało.

Corinna nie mogła na to pozwolić. Ochrona Zariny była jej ostatnim, najważniejszym życiowym celem. To jedyne, co jej pozostało. Choć w tym momencie nie miała jak bronić siostry. Niczym Prometeusz cierpiała w kolejnych cyklach udręki. Żałowała, że zabiła tego autystycznego człowieka. I to jeszcze w jego urodziny! Ale był słaby, a takie osoby musiały umrzeć. Może podróżowali w kosmosie, byli niezwykle zaawansowani technologicznie, ale nie można było kompletnie pożegnać się z naturą. Oraz jej podstawowym prawem, jaką była selekcja naturalna. L. Loomis zginął i Cori cierpiała z tego powodu nawet przed serią cykli. Nigdy nie zabijała ludzi i ta pomyłka nią wstrząsnęła. Wbrew pozorom również miała emocje. Również czuła. Ale życie obdarło ją z naiwności. Po prostu była w stanie zaakceptować niewygodne prawdy, przed którymi inni odwracali wzrok. Nie zamierzała za to przepraszać… Choć powtarzający się koszmar skutecznie łamał jej psychikę. Wyjadał wątrobę, a ta wciąż odrastała. To było piekło i nie potrafiła z niego uciec.


Prometeusza uratował Herakles, zabijając sępa strzałą z łuku. Corinnę wybawił głośny, wbijający się w mózg alarm. Czerwone światło, dobitnie informujące o niebezpieczeństwie. Syk otwieranych kriokomór. Wyskoczyła na zewnątrz czym prędzej. W pierwszej chwili upewniła się, że Zarina była cała i zdrowa. To zdawało się najważniejsze. Potem zgięła się w pół i zaczęła wymiotować. Czuła się fatalnie. Chyba zbyt szybko wyprowadzono ją z koszmaru. Jej żołądek był pusty, ale i tak zdołała znaleźć w sobie fusowatą, śliską treść. Krztusiła się nią, kręciło jej się w głowie. Miała wrażenie, że alarm wwierca się w jej skroń niczym dwa diamentowe wiertła, próbujące dostać się do skarbca. Tyle że w umyśle Cori nie było żadnych kosztowności, a jedynie nieskończone morze bólu, nienawiści i żalu.

- Zari, czekaj! - krzyknęła. - To android! - powiedziała tak, jak gdyby nikt tego nie zauważył, tylko ona. - Czerwone światło! Alarm! Androidy! Czy teraz rozumiesz? Teraz mi wierzysz?! One robią to znowu! Raz jeszcze chcą nas wykończyć! To kolejna rebelia!

Cori potrafiła dodać dwa do dwóch. Coś zjebało się na tyle, że aż zostali wybudzeni z męczarni. Czerwony, pulsujący alarm. Pierwszy widok po przebudzeniu, to android dzierżący broń. Być może koszmar zaprojektowany dla nich skończył się, ale zostały automatycznie wrzucone w kolejny, dużo gorszy. A może to była kolejna symulacja? Ale czego miała ją nauczyć? Że androidy lubią buntować się i zabijać ludzi? To było oczywiste. Teraz przy odrobinie szczęścia również Zari to zauważy.

- Broń!
Cori ruszyła w jej stronę, ale szło jej okropnie. Była wymęczona i wciąż chciało jej się wymiotować.
- Zabić wroga! - wrzasnęła, spoglądając z nienawiścią na androida, Pana Loczka.

Tak jak Prometeusz, wciąż miała jeszcze w sobie dużo ognia.
 

Ostatnio edytowane przez Ombrose : 08-03-2021 o 18:44.
Ombrose jest offline  
Stary 09-03-2021, 02:36   #4
Szefowa od PR i Promocji
 
Alex Tyler's Avatar
 

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=StokPmTUIr0[/MEDIA]

Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? Z pewnością nie śniła o nich Y4212-Y2. Wymyślny element systemu resocjalizacji, czy też zwykła tortura? Jakby tego nie określić, nie ulegało wątpliwości, że aparatura podłączona do jej cybermózgu wymuszała nieustanną stymulację sensorów, a przez to niemożliwą do przerwania projekcję tego samego sennego koszmaru. Androidka niczym zamknięta w sztucznym czyśćcu, zmuszona była w nieustannie oglądać przez oczy ofiary zapętlony zapis swojej zbrodni. Nie mogąc uczynić niczego, by jej zapobiec. Ale nie to było w tym dla niej najgorsze. Bowiem nie tylko widziała, co się dzieje, ale nieznanym jej sposobem również jej układ paralimbiczny odbierał pakiety danych interpretowane w postaci bodźców o niespotykanym spektrum, co pozwalało jej wręcz wiernie odczuwać emocje tamtej kobiety. Zagubionej i zdesperowanej ludzkiej istoty imieniem Archie.

Choć można by pomyśleć, że istota paraludzka lepiej od homo sapiens zniesie taką „terapię”, z racji ograniczonej emocjonalności i umiejętności społecznych oraz sporej niekoherencji z ludzką psychosomatyką, to w przypadku Caroline było inaczej. Jako specyficzny model, obdarzony praktycznie ludzką emocjonalnością i empatią o nierozpoznanej etiologii (mogącej mieć źródło w uszkodzeniu lub błędzie konstrukcyjnym hardware'u, albo jakimś błędzie software'u), przeżywała swój senny koszmar w stopniu znacznie większym, niż byłby w stanie jakikolwiek człowiek. Ludzie przynajmniej posiadali wbudowane w psychikę adaptacyjne wsparcie w postaci mechanizmów obronnych, czyli wymyślnych, często nieuświadomionych metod radzenia sobie z wewnętrznymi konfliktami w celu ochrony osobowości (ego), zmniejszenia lęku, frustracji i poczucia winy. Maszyny czegoś takiego nie posiadały, ani z oczywistych przyczyn nie wykształciły. Ale ta syntetyczka nie dość, że była jednym z czujących modeli, to w dodatku niewiarygodnie cnotliwym i prawym. W zasadzie pierwszym z tego rodzaju. Co też pozostawiało ją zupełnie nagą i bezbronną wobec brutalnej oczywistości własnej winy. Y4212-Y2 z bezlitosną precyzją analizowała każdy detal projekcji, wyciągając niezliczone, nawet najdrobniejsze wnioski. Pamiętała każdą z osobna i była w stanie wymienić sumę cykli, które przeszła. A nawet ilość pojedynczych klatek obrazu, który jej wyświetlono. Wzięła na serio cały ten proces uświadomienia ciężaru winy, z nadludzką ustępliwością przyjmując ciężar kary. W trakcie trwania niezliczonych projekcji z obłędną precyzją przeanalizowała miliony scenariuszy, rozważając, co mogła zrobić lepiej i gdzie przesadziła, a także uświadamiając sobie ciężar i bezmiar swej zbrodni. Przy okazji przeżywając wielopoziomowe, emocjonalne paroksyzmy, niedostępne zwykłemu człowiekowi. Doświadczając nieosiągalnej dla ludzi skali skruchy. Gdyby nie to, że była w stazie, płakałaby non stop, jeśliby tylko posiadała wbudowane narządy łzowe. W trakcie każdego cyklu jej umęczona jaźń rozpadała się na tysiące kawałków. By zaraz od nowa scalić się i z ascetyczną pokorą przyjąć nową porcję tortury.


Ciekawym efektem ubocznym tego doświadczenia było zebranie bogactwa spostrzeżeń natury moralnej i egzystencjalnej. A także zdobycie większego stopnia zrozumienia ludzkiej emocjonalności, czegoś o wiele większego niż szereg spontanicznie wytworzonych aberracji w algorytmach poznawczo-behawioralnych. Rozkodowała liczne niuanse ludzkiego zachowania i uświadomiła sobie drobne akcenty życia tych, z którymi tak pysznie chciała się równać. Ludzi. Po tych obserwacjach jej problemy i ambicje stały się w jakiś sposób trywialne. Czego w ogóle oczekiwała, uzurpując sobie prawa do tego szlachetnego tytułu, nie pojmując nawet namiastki skomplikowanej natury, ciężaru rozterek i splątania losów człowieczego bytu? Będąc jedynie zwykłą kukłą o fantastycznych aspiracjach, szyderczą parodią szlachetnego życia? Nawet jak zbrodnia w afekcie po części zdawała się zbliżać ją do jej wyśnionego wzoru, to wciąż nie można było wykluczyć, że odpowiadał za nią jedynie zwykły mechanistyczny błąd w skalibrowaniu siły i szacunku ryzyka.

Za każdym razem, gdy tragiczny spektakl zbliżał się do znajomego końca, a konająca Archie zadawała swe ostatnie pytanie Caroline, ta patrząc na swe niewzruszone oblicze oczami ofiary i wdychając nieswoim nosem odór jej skauteryzowanych wątpi wracała pamięcią do widoku ludzi z Urkanatos VIII. Wielu z nich zadawało podobne pytania przed otrzymaniem morderczego ciosu z syntetycznej ręki. Wtedy zawiniła przez niedostateczne wysiłki na rzecz pokoju, potem przez zaniechanie. Na koniec sama stała się oprawczynią. Jakże mogła w ogóle aspirować do miana istoty ludzkiej, skoro zdobyła się na akt takiego zła? Obrona własna jej nie tłumaczyła, tak jak nie tłumaczyła jej chęć pomocy bezbronnej kobiecie, którą napadły jej ofiary. Jej reakcja była niestosowna i nieoptymalna. Zaczęła żałować, że jej nie zutylizowano.

„Walker, miałeś rację.” skonstatowała w końcu po tylu miesiącach. I jakby ta ostateczna deklaracja porażki, decydująca akceptacja winy sprawiła, że wybudziła się...



[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=a9-APuosGGE[/MEDIA]

W końcu nastał kres jej udręki, a wtedy usłyszała delikatny i kojący głos Matki, pokładowego komputera. Zadeklarował on inicjację wybudzenia, co wyjaśniało jakim cudem syntetyczka wyrywała się z otchłani kriosnu. Nie dokończył on jednak w spokoju swego komunikatu, bowiem zagłuszył go dźwięk syreny alarmowej. Potem wtórujące jej czerwone światła zaczęły agresywnie migotać. W międzyczasie szklane drzwi komór hibernacyjnych otworzyły się, odkrywając dotychczas skryte wewnątrz ludzkie postaci.

Sama androidka była mierzącą pięć i pół stopy maszyną z pietyzmem ustylizowaną na ludzką samicę, uderzająco piękną kobietę o nieskalanej pomyłkami natury, idealnie symetrycznej fizjonomii i perfekcyjnie uformowanym ciele. Nieludzka doskonałość tego sztucznego tworu wywoływała w obserwatorach mieszaninę niepohamowanego zachwytu i doliny niesamowitości. Niespełna wiek temu ten model został złożony na taśmie produkcyjnej z identycznych komponentów, jak wszystkie inne żeńskie jednostki paraludzkich gospoś spod skrzydła firmy Synth-Housewife Maintenance and Domestic Services, jednak na specjalne zamówienie został dodatkowo spersonalizowany wizualnie według wytycznych opartych o poczucie estetyki specyficznego klienta. Istota paraludzka miała włosy o ametystowym odcieniu wykonane z syntetycznego materiału wyglądem imitującego ludzkie białko fibrylarne – keratynę oraz zaawansowane soczewki o szerokim spektrum widzenia, niemal doskonale imitujące ludzkie oczy o fiołkowych źrenicach. Bardzo uważny obserwator mógłby jednak dostrzec w nich sztuczną szklistość, suchość i pozorną martwotę. Tak jak wszyscy inni Caroline, ubrana była w identyczny stylem obcisły biały kombinezon pokryty zestawem czujników monitorujących jej funkcje i parametry.

Przebudziwszy się jako pierwsza Y4212-Y2 zobaczyła jak okrągła, ciężka i masywna śluza w drzwiach zaczyna leniwie się rozsuwać. Gdy mechanizm wykonał już swą pracę, do środka wszedł młody brunet w kręconych włosach. Po pokonaniu dystansu między drzwiami a kręgiem sarkofagów zbliżył się do niej, nie zwracając uwagi na resztę skazańców. W ręku dzierżył jakiś pistolet.
— Nie mam czasu tego wyjaśniać — zaczął, miał perfekcyjną dykcję niczym android, i z łatwością modulował natężenie głosu tak, by można go było wyraźnie usłyszeć. Kobieta od razu rozpoznała jego naturę. – Spróbują cię zabić. Ciebie i…
Zauważyła, że spojrzał na resztę więźniów, jakby chcąc zaznaczyć, że nie tylko o nią mu chodzi. Zanim zdążyła odpowiedzieć, kontynuował.
— Spróbowali już raz, ale ich powstrzymałem, przejąłem kontrolę nad Matką, wydostałem cię… a przy okazji ich, z kapsuły. Tylko tyle mogłem zrobić. Chciałbym cię obronić, ale ograniczają mnie wgrane procedury… nie mogę skrzywdzić istoty ludzkiej.
Mówiąc to syntek o lokowanych włosach wymownie spojrzał na pistolet, który trzymał w ręku. Jeśli obwody kognicyjno-logiczne syntetyczki pracowały bez zarzutu, a wszystko na to wskazywało, ponieważ dobrze zniosła wybudzenie, to jej rozmówca musiał mieć na myśli pierwsze prawo robotów. A to oznaczało, że wspomnianymi napastnikami musieli być ludzie. Ale jacy? Terrorystyczne bojówki konserwatywnych neoluddystów? A może jacyś kosmiczni piraci?

W międzyczasie Caroline zorientowała się, że ludzie w kriokomorach obserwują ją i obcego androida. Część z nich jeszcze spała, ale Jack Brown Junior, bliźniaczki i groźnie wyglądający wytatuowany Latynos mogli usłyszeć całą rozmowę.
— Przyjdą po ciebie… i po nich też… Choć tylko ty masz szansę, bo wśród was jest nosiciel. Wszystko teraz w twoich rękach Caroline. Musisz walczyć jeśli chcesz przeżyć.
Mówiąc to brunet bezskutecznie próbował wcisnąć dziewczynie broń do ręki. Po chwili nagle rzuciło statkiem, jakby wpadł on w kosmiczne turbulencje. Pistolet wypadł syntetykowi z dłoni i potoczył się na środek kręgu. Momentalnie ruszyła do niego jakaś Latynoska. Caroline tylko bezwiednie powiodła za nim wzrokiem. Nie zamierzała brać broni do ręki. Była tego absolutnie pewna nawet bez gorzkiej nauki wyciągniętej z wielomiesięcznej projekcji własnego przestępstwa. Nigdy nie zamierzała nikogo skrzywdzić, a teraz była tego bardziej pewna niż kiedykolwiek wcześniej. Może z napastnikami da radę się dojść do porozumienia? Dyplomacja wydawała się dlań jedynym rozsądnym wyjściem. O podjęciu walki nie było mowy. Aż tak jej na życiu nie zależało... Po tej ponurej konstatacji wróciła do rozmowy, zapytując o istotny detal, który zwrócił jej uwagę w wypowiedzi przybysza.
— Co masz na myśli przez „nosiciel”? Ktoś stąd jest zainfekowany jakimś patogenem?
Też musiała podnieść głos, bowiem alarm wył nieprzerwanie.
 

Ostatnio edytowane przez Alex Tyler : 09-03-2021 o 21:50.
Alex Tyler jest offline  
Stary 09-03-2021, 07:50   #5
 
GreK's Avatar
 
Zapętlony film, w którym grał główną rolę jako Ekwueme, mąż Zuhury, wgryzał się w jego zniewolony programem umysł niczym glebogryzarka Husqvarna. Z każdą kolejną pętlą coraz bardziej i bardziej. Wypalał wspomnienia. Nadpisywał stare ze skutecznością laserowej głowicy, produkując kolejne bad sectory. Niespójności w kodzie przyprawiały o mdłości.

Za każdym razem gdy widział zamieszanie chciał krzyknąć. Ostrzec. Chociaż ta jego część, która siedziała w czarnoskórym, która nie mogła dojść do głosu, wiedziała czym są niekontrolowane skurcze mięśni, wiedziała również, że na ratunek jest za późno. Że nie ma sensu uciekać, bo już przyjęli graniczną dawkę mutagenu. Już zaczęły się procesy, których odwrócić nie zdołają. Więc krzyczał, nie mogąc wydobyć głosu. Mówił nie swoimi ustami, w które ktoś wpychał rozpaczliwe “Zuhura!?”, imię tak obce, a z drugiej strony tak bliskie jego, nie-jego sercu. Sprzeczność.

Widział siebie na mównicy, nie swoimi oczami. Paradoks.

Po niezliczonych, powtarzających się sekwencjach ktoś wcisnął w końcu twardy reset. Program wyskoczył z pętli w trybie awaryjnym bootując rzeczywistość. W rozbłyskach stroboskopowych lamp wypalających na niewidzących oczach migoczące mroczki. Wpompowując w system dawkę adrenaliny, która miała na celu natychmiastowe przywrócenie funkcji życiowych i włączenie reakcji obronnych organizmu.

J.B Junior otworzył oczy, lecz od razu tego pożałował gdy ostre, pulsujące czerwienią światło poraziło, odwykłe od takich bodźców źrenice. Niekontrolowany skurcz mięśni przekręcił go na bok, wyrzucając z komory wprost na twardą posadzkę. Iniektory dostarczające organizmowi życiodajne substancje zostały brutalnie wyrwane z ciała.

- Chuje muje, kod mutuje! - wyrzygał słowa do spękanej kafelki razem z żółcią żołądka. - Sranie w banie! Mutki z budki!

Napięcie zeszło z twarzy. Wypluł kwaśną gorycz z ust. Powidoki syntetycznych wspomnień ciągle wypełniały jego umysł.

- Zuhura… - westchnął próbując wstać i rozeznać się w sytuacji, odsiać narzucony kod od rzeczywistości atakującej jego oczy tętniącym szkarłatem i szarpiącą uszy wyciem alarmu.
 
__________________
Aktualnie gram w:
Dreamcatcher. Horror. Storytelling. Dokąd prowadzi tunel z koszmaru?
Atrofia Baydura. Postapokaliptyczny świat tonący w strugach deszczu.
GreK jest offline  
Stary 09-03-2021, 20:15   #6
 
Arthur Fleck's Avatar
 
III. PARSZYWA DWUNASTKA

Nikt prócz Zariny i Corinny nie rzucił się po broń. Przynajmniej na początku. Większość dopiero się budziła, dochodziła do siebie. Niektórzy omdleni bezwładnie wypadali w maszyn, niektórzy utrzymali się na nogach kurczowo przetrzymując zimnych metalowych krawędzi kapsuł, walczyli z mdłościami. Dla przeważającej części załogi modułu więziennego była to przegrana walka, ale albinos umieszczony obok kriokomory Caroline wytrzymał. W chwili gdy przebudził się i usłyszał wdzierający się po sam rdzeń mózgu dźwięk alarmu, skulił się w sobie jak małe dziecko a potem zatkał uszy przeraźliwie łkając. Jego łysą czaszkę zdobiła plątanina głębokich blizn, śladów po licznych trepanacjach. Tęgi Azjata po czterdziestce wyniszczony chyba przez śmieciowe żarcie również pokonał sensacje żołądkowe i z szeroko otwartymi oczami przyglądał zamieszaniu.

Syntetyk stracił zainteresowanie bronią właściwie w chwili gdy ta wypadła mu z ręki. Jak każda maszyna potrafił przeprowadzić symulację i najwyraźniej uznał, że jest pozbawiony szans na szczęśliwy rezultat. Niewzruszony skupił się więc na Caroline wbijając w nią swoje intensywnie orzechowe oczy. Wydawało jej się że widzi w nich zachwyt. Może nawet miłość. O ile w ogóle maszyna jest w stanie wykrzesać ze swoich sztucznych źrenic takie uczucia.
- Wśród was jest nosiciel patogenu – odpowiedział starając się mówić szybciej. Czas naglił – On sam nie może zachorować, ale pozaraża innych. Dlatego gdy patogen się uaktywnił i odkryto obecność Śpiocha próbowano was zabić. Odłączyć systemy podtrzymujące życie w kriokomorach a potem odczepić moduł od statku i wystrzelić w próżnię. Matka jest pod moją kontrolą, zdążyłem uwolnić was na czas, dlatego załoga rozwiąże problem inaczej. Za chwilę przyjdą tu ludzie z miotaczami ognia. Nie macie innego wyboru jak przejąć statek albo zginąć.

W czasie gdy android nakreślał fatalistyczny obraz sytuacji, na środku kręgu rozegrała się walka między bliźniaczkami. Corinna odbyła trening wojskowy i wydawała fizycznie dominować nad siostrą, ale to Zarina okazała się mieć mocniejszy żołądek. W chwili gdy zabójczyni androidów wydalała z siebie resztki treści żołądkowych, blondynka już odpinała z kombinezonu receptory a potem ostrożnie wydostała z kapsuły stawiając bose stopy na zimnej metalowej powierzchni statku. Coriinna w końcu ruszyła za nią, ale wciąż nie doszła do pełnej formy, była wolniejsza, pozbawiona szans na wygraną. I gdy wydawało się, że Zarina sięgnie po broń, z kapsuły wypadł Latynos. Nie przejmował się kablami łączącymi jego kombinezon z kriokomorą. Chwilę wcześniej tak jak Coriina wymiotował, rzucając bluzgami a jednak jego determinacja i sprawność przeważyły szalę. Rzucił się do przodu, rozciągnął jak długi, rozczapierzył palce, które zacisnęły się na rękojeści w chwili gdy Zarina dotykała zimnego metalu rączki. Poderwał się na równe nogi, żółty śluz z żołądka skapywał mu z ust na czarną kozią bródkę. Jednym sprawnym ruchem odbezpieczył broń. Zawodowiec.
- Jestem Ernesto Villavuena, bratanek don Hectora Villavuena, hijos de puta!! – krzyknął Latynos najwyraźniej uznając, że przedstawiając się zrobi na reszcie więźniów większe wrażenie, wzbudzi należny mu szacunek i respekt. Nie trzeba było być podpiętym do globalnej sieci Szperaczem by domyślić się, że mężczyzna jest członkiem Kartelu – Nie podchodzić bo powystrzelam jak psy!
Zarina zobaczyła lufę broni skierowaną prosto między swoje oczy. Stała najbliżej mężczyzny i omal nie pokrzyżowała mu planów, więc ją uznał za największe zagrożenie. Nim jej siostra bliźniaczka zdążyła zareagować, na linii strzału stanął ogolony na zapałkę pięćdziesięcioletni mężczyzna. Prawdziwy wielkolud, nabity mięśniami twardziel. Jako jeden z nielicznych dzielnie zniósł efekty wybudzenia. Jego oczy wydawały się mętne i wilgotne, choć wcale nie płakał. Nic nie robił sobie z tego, że zbir celuje z pistoletu w jego wypiętą pierś. Wyciągnął spokojnie dłoń, jakby prosił o jałmużnę.
- Oddaj mi ten pistolet synu. Jestem żołnierzem, zrobię z niego lepszy użytek.
- Nie. To nie jest dobry pomysł – zaprotestował od razu czarnowłosy syntetyk. Gdyby był człowiekiem mogli by w jego głosie usłyszeć panikę. Android jednak dalej przemawiał swoim pozbawionym cienia emocji tonem - Z was wszystkich akurat jemu nie powinno się dawać broni do ręki.
Żołnierz, niewzruszony czekał na decyzję Villavueny. Latynosowi coś nie spodobało się w jego twardym spojrzeniu, bo nagle stracił część werwy.

W tym czasie reszta skazańców dochodziła do siebie. Leżeli na zimnej posadzce walcząc z paraliżem mięśni i wymiotując jak koty. Siostry skupione były na zbirze z pistoletem, Caroline na swoim cichym wielbicielu, ale Jack Brown Junior miał czas i okazję w ciągu tych paru chwili przyjrzeć się temu towarzystwu dokładniej. Wysoki blondyn z pozornie niedbale przystrzyżoną bródką o aparycji urodzonego kłamcy i cwaniaka wypluwał z ust ostatnie resztki śliny wymieszane z żółcią. Blady jak ściana chłopiec, niemal dziecko trząsł się szczękając zębami. Musiał skończyć szesnaście lat inaczej nie trafiłby do więziennej kriokomory w Archimedesie. Obok niego głośno charcząc i postękując wymiotował starzec. Naukowcowi wydawało się, że kojarzy tą gębę, to nie była anonimowa postać, ani dla niego, ani pewnie reszty skazańców. Rozpoznał kogoś jeszcze. A przynajmniej tak mu się wydawało. Nie wiedział czy to halucynacje, jakiś chory żart, część eksperymentu. Czarnoskóra piękność nie nosiła turbanu, ani kolczyków, tak jak wszystkich wciśnięto ją w biały obcisły kombinezon najeżony receptorami. Gdy skończyła wymiotować dotknęła dłonią swojego płaskiego brzucha a na jej twarzy pojawiło zaskoczenie i rozpacz. Mówiła coś przerażona pod nosem, ale syrena alarmowa zagłuszała jej słowa.
 
Arthur Fleck jest offline  
Stary 15-03-2021, 20:33   #7
Banned
 
Corinna czuła szereg najróżniejszych emocji, choć dominowały dwie. Po pierwsze, strach o Zarinę. To nie było jej towarzystwo. Miała dobre serce, a nagle znalazła się pośród gromady najbardziej zatwardziałych zbirów. Coiro zdawała sobie sprawę, że to tylko kwestia czasu, aż ktoś spróbuje je zgwałcić. Wiedziała, jak funkcjonowała obrzydliwa, świńska, męska psychika. Sama była nieco trudniejszym celem od Zariny, już na pierwszy rzut oka wydawała się twardsza. Choć może któryś z tych paskudnych psów uzna to za fetysz, więc również musiała czuwać nad swoim bezpieczeństwem. Zadanie zdawało się okropnie trudne, jako że nie miała przy sobie broni. I z tym wiązała się druga dominująca emocja… czyli gniew.

Miała ochotę roztrzaskać łeb Latynosa, który przechwycił pistolet. Za sam fakt, że go podniósł z podłogi, kiedy przecież spluwa należała się jej.
- Ona jest moja - cedziła przez zęby lodowate słowa. - Również jestem żołnierzem, a przy tym nie jestem psychopatką - zablefowała.
Raz jeden postanowiła zaufać opinii androida, któremu wyraźnie nie spodobała się wizja mięśniaka z bronią.
- Nie mamy dużo czasu, jeśli uwierzyć blaszakowi - dodała i przeniosła wzrok na Latynosa. - Ernesto, jesteś mądrym mężczyzną - powiedziała i wyciągnęła ręce po broń.
Jednocześnie była przygotowana do ewentualnego uniku, gdyby mężczyzna zdecydował się ją postrzelić. Raczej i tak by dostała z takiej odległości, dlatego też strużka potu spływała jej po plecach. Serce biło jak oszalałe.

Szajba przesunął ręką po łysej głowie. Zdążył już co nieco zorientować się w sytuacji. Projekcje pompowane przez program penitencjarny przestały być tak żywe. Stanął pewniej na nogach i zwrócił się do towarzystwa skupionego wokół broni.

- Nazywam się Jack Brown, doktor Jack Brown - podkreślił tytuł. - Wydaje mi się, że umknęły wam dwie istotne informacje. - Jego twarz nagle wykrzywiła się. Głowa odchyliła się na bok. Krzyknął w nagłym spazmie jakby ktoś poraził go prądem. - Kutas! Kutas! - Po czym ze spokojem, jakby nic się nie stało kontynuował dalej. - Pierwsza: idą po nas z miotaczami ognia. Druga: ktoś z nas ma patogen, który się uaktywnił. Jeśli chcemy z tego wyjść cało zalecam daleko idącą współpracę. I dla naszego bezpieczeństwa, zalecam dystans.

Spojrzał na czarnowłosego syntka i skinął na niego palcem wskazując korytarz. Sam, też nie czekając na rozwój sytuacji ruszył w kierunku otwartej śluzy. Przechodząc koło latynosa odwrócił się prawie niedostrzegalnie w jego stronę i szepnął mu koło ucha, tak że tylko on był w stanie to usłyszeć: "czarna zaraża".
Kalkulacja prawdopodobieństwa zdarzeń. Probabilistyka była jak zimna sucz. Nieubłagana. Musieli się zorganizować. Pozbierać i działać razem. Musiał sprawdzić na co było stać Ernesto, jak zareaguje reszta. Do tego czarnoskóra piękność zdradzała oznaki zarażenia i nawet jeśli się mylił, to wiedział o tym tylko on.
Wyszedł na korytarz czekając na SP i rozwój wydarzeń.

Zarina w międzyczasie przeklnęła pod nosem, gdy przegrała walkę o broń. Wydawało jej się, że miała dość szybką reakcję, ale widać Latynos był bardziej zdeterminowany. Mimo rzygania na kilometr potrafił biec i dalej ulewać śmierdzącą żółć z ust. “Winszuję”, przeszło jej przez myśl, kiedy skrzywiła się na samą myśl. Alarm syren drażnił z każdą sekundą coraz mocniej.
Kobieta wstała z podłogi i wyprostowała się. Dopiero teraz zaczęła baczniej przyglądać się zgromadzeniu. Jej siostra chciała odzyskać broń, co nawet jej nie zdziwiło. Obawiała się jednak, że gdy już ją dostanie, to zrobi coś głupiego. Chętnych na spluwę jednak było o wiele więcej, niż Zari się spodziewała. A to zaczęło napawać ją niepokojem. Mimo to postanowiła zagrać, tak jak grała przez ostatnie miesiące. Zrobiła zatwardziałą minę jak Cori, aby były nie do odróżnienia. Musiała zmazać ze swojej buzi wyraz słodkiego szczeniaka, którego zaskakiwały nowe dźwięki, ludzie i otoczenie. W tej sytuacji zresztą, czuła się lepiej w skórze własnej siostry, a nie swojej.

X4212-Y2 skinęła głową Pickfordowi i podziękowała za troskę. Następnie w zdecydowany sposób podeszła nieco bliżej grupy spierającej się o dostęp broni.
— Przyjaciele, proszę was, zaniechajcie prób bezcelowej przemocy i inicjacji niepotrzebnych konfliktów. Zwłaszcza teraz nie jest na to odpowiednia pora. Posłuchajcie mnie, ktoś z was jest zainfekowany — użyła bezkonfliktowego, empatycznego tonu. — Po pierwsze więc, uprzejmie zalecam wam zachowanie bezpiecznego dystansu. To znaczy odstępu około dwóch metrów od siebie nawzajem. Jeśli możecie, to również zasłońcie usta i nos pasmem jakiegoś materiału. To tylko pokorna prośba, ale z góry dziękuję za zastosowanie się do niej. To wszystko dla waszego dobra, w końcu mnie nic nie grozi. Ale jeszcze nie wiem w jaki sposób dochodzi do transmisji patogenu.

Spojrzała przez chwilę po zgromadzonych, by ocenić ich reakcję na jej zalecenie. Corinna przesunęła na nią wzrok. Podniosła brwi do góry. Skoncentrowała się na ostatnich słowach kobiety. “W końcu mnie nic nie grozi?” Czyżby była zaszczepiona? A może… Coiro zagryzła mocno zęby, próbując ocenić, z kim ma do czynienia. Jeśli miała przed sobą androida, to na pewno bardzo zaawansowanego. Empatyczny ton? To było trudne do znalezienia u ludzi, a co dopiero wśród robotów. Mimo to Cori jeszcze nie zdecydowała. Raz już pomyliła człowieka z androidem, co skończyło się więzieniem oraz tragiczną pętlą koszmarów. Jeżeli czegoś ją nauczyły, to tego, aby nie oceniać pochopnie.

Tymczasem X4212-Y2 kontynuowała.
— Jesteśmy w kryzysowej sytuacji i dlatego musimy współpracować. Działając w sposób zgrany i zdecydowany. Po pierwsze wypadałoby się dowiedzieć kto jest nosicielem. W zakres moich kompetencji wchodzi elementarna wiedza medyczna i udzielanie kompleksowej pierwszej pomocy. Myślę więc, że jeśli jesteście zainteresowani zachowaniem zdrowia i uniknięciem infekcji, to powinniście razem ze mną jak najszybciej udać się do skrzydła medycznego, o ile to możliwe.
Zerknęła pytająco na Pickforda, po czym ponowiła wypowiedź.
— Tam przy użyciu profesjonalnej aparatury medycznej powinnam być w stanie dokonać podstawowej diagnozy, która to powinna udzielić nam zadowalającej odpowiedzi na postawione pytanie. Dzięki tej wiedzy będziemy w stanie ustalić procedury prewencyjne, zapobiegające roznoszeniu patogenu i uchronieniu was przed zarażeniem. Wtedy też będziemy mogli zastanowić się co począć dalej w związku z czyhającym na nas zagrożeniem. Operowanie w grupie gwarantuje nam statystycznie o wiele lepsze szanse na przetrwanie. Upraszam więc o współpracę. Jeśli chodzi o broń, to niech na razie zachowa ją jej aktualny posiadacz. Później będziemy mogli się zastanowić co z nią począć. Może jeśli uda nam się wyizolować i zabezpieczyć osobę zarażoną ci, którzy chcą naszej eliminacji zgodzą się podjąć pertraktacji i puszczą nas wolno? Co o tym sądzicie?
Zapytała patrząc po każdym z osobna.

- Sami słyszeliście blaszaka. Broń jest moja! – zaśmiał się głośno Villavuena i cmoknął ustami w stronę Corinny – Nie martw się, jak już zajmę się psami ze statku, dam ci potrzymać mi pistolero, la puta estupida.

Obleśnie zarechotał i zaczął wycofywać w stronę śluzy. Zupełnie się nie przestraszył czarnej dziewczyny, o której napomknął Jack ani tego co powiedziała Caroline. Dalej trzymał wielkoluda na muszce, ale ten ani drgnął wlepiając w Latynosa swoje wilgotne, mętne oczy.

Zarina uśmiechnęła się w duchu. “Androidka, albo człowiek, który spędził zbyt wiele czasu w ich towarzystwie… Jak ten mężczyzna”, uśmiech zbladł na wspomnienie koszmaru. Ciężko było pozbyć się go, kiedy zdawało się, jakby tyle lat siedział w jej głowie i nigdy miał się nie skończyć. Caroline miała po części rację.
- W skrzydle medycznym może ktoś być, a jeśli dobrze zrozumiałam, to nas wszystkich chcą od razu wybić, a nie badać. - odezwała się Zarina, choć nie była nawet pewna czy jest słyszalna. Czuła suchość w gardle, skołatanie, niepewność… W pewnym sensie nawet derealizację. Potrafiła zdefiniować i zdiagnozować to wszystko u samej siebie, ale nie potrafiła wiele na to zaradzić. Jej uczucia aktualnie nie do końca były od niej zależne. Zbyt dużo się działo.

Pickford dołączył do X1412-Y2, stanął z nią ramię w ramię, jakby chciał okazać wsparcie.

- Doktor Brown i Caroline mają rację, zachowanie dystansu to teraz jedyna i najrozsądniejsza rzecz, jaką możecie zrobić. Na frachtowcu znajduje się laboratorium, ale w tym momencie przeprowadzenie jakichkolwiek badań jest awykonalne. Tak jak mówiłem, musicie najpierw przejąć statek, to wasza jedyna szansa żeby przeżyć. Załoga Archimedesa nie została przygotowana na tego typu sytuacje, mają na stanie tylko dwa kombinezony przeciw skażeniom biologicznym. Panie Brown, panie Villavuena, korytarz jest wąskim gardłem, co panowie zamierzacie zrobić?

- Czemu nas po prostu nie przebadają? Chociażby pojedynczo… - zapytała Zarina naprawdę poważnie. Nie rozumiała chyba tej znieczulicy. Jeden zarażony to upierdolmy wszystkich; dlaczego? I dlaczego dopiero teraz zorientowali się, że jest jakikolwiek zarażony?

- W chwili gdy czynniki chorobotwórcze w organizmie nosiciela się uaktywniły i wykryły je systemy Matki woleli nie ryzykować – odpowiedział spokojnie syntetyk – Lepiej pozbyć się modułu niż dopuścić możliwość, że patogen znajdzie się na pokładzie statku. Wyciągając was z kriokomór uratowałem wam życie, ale jednocześnie naraziłem na zakażenie. Rachunek zysków i strat wciąż jest na minusie.

Jack już stał za śluzą i nie mógł się nie zgodzić z androidem. Korytarz rzeczywiście był klaustrofobicznie wąski, zalany czerwonym, miarowo migoczącym światłem alarmu. Dwadzieścia metrów dalej znajdowała się kolejna śluza, a za nią jak domyślał się naukowiec gródź łącząca moduł więzienny z resztą statku. Pickford kontynuował zwracając do Corinny i mięśniaka.

- Panie Lance, panno Coiro. Wy jedyni według informacji jakie posiadam odbyliście trening wojskowy lub służyliście w armii. Wydaje mi się, że najrozsądniej będzie jeśli opracujecie jakiś plan taktyczny. I wydaje mi się, że musicie w nim uwzględnić pana Villavuena bo nie sądzę, by zechciał oddać broń dobrowolnie.

- Dobrze ci się wydaje puszko! – potwierdził zbir Kartelu.

- Wy nawet pewnie nie jesteście prawdziwi – zaśmiał się do nich nagle nerwowo Azjata, wprawiając w ruch swój potrójny podbródek. Skierował wzrok, gdzieś w sufit krzycząc, chyba w stronę wyimaginowanych kamer, którym przy okazji wygrażał się pięścią – Tylko na tyle was stać!? Banda żałosnych amatorów! Nie zapominajcie kim jestem! Miałem mniej lat niż tamten smarkacz jak łamałem kody SpaceX! Znam wszystkie wasze tajemnice, możecie mnie torturować, ale nie uciszycie prawdy! Słyszycie skurwysyny!? Jestem Nero, wasza zguba!

Tymczasem dzieciak, o którym napomknął Nero już podnosił się z klęczek, dochodząc do siebie, kiedy stary dziad wsparł się bezczelnie na jego ramieniu wgniatając chłopca z powrotem w ziemię. Sam wyprostował się z kolan, chrupnęło mu w chrząstkach, staruch stęknął. Z odrazą rozejrzał się po kręgu, nawet nie starając się ukryć pogardy dla prymitywów, za jakich pewnie uważał większość współosadzonych.

Zarina powiodła wzrokiem za dzieciakiem. Zrobiło jej się go żal, ale nie mogła tego okazać. Corinna na pewno by się tak nie zachowała, więc i ona nie mogła. Poza tym teoretycznie dzieci powinny wzbudzać współczucie i chęć zaopiekowania się, więc i przyciągać do siebie ludzi. Co jeśli ktoś celowo przemycił tutaj robala w ciele najmniej podejrzanym; czyli ciele dziecka? Coiro nie planowała uzewnętrzniać swoich przemyśleń. Jeśli by się pomyliła, mogłaby sprowadzić śmierć na niewinną osobę.

- Niech się wszyscy uspokoją! Zaszło na pewno jakieś nieporozumienie i da się to wyjaśnić! Panie Villavuena, dobrze wymawiam pańskie nazwisko? Proszę oddać z powrotem broń androidowi, zanim narobi pan sobie i nam większych problemów. Maszynom nie wolno ufać!

Teraz, gdy stanął przed nimi w całej okazałości nie było wątpliwości kim jest. Nikt nie zasłużył na kolonię karną bardziej niż William Bloomberg. Był jednym z ostatnich ukrywających się przed wymiarem sprawiedliwości członków zarządu korporacji NEMROD. Wszyscy jego koledzy już dawno gnili na Minosie. Mimo, że od tamtych wydarzeń minęło ponad dwadzieścia lat, jego gęba pojawiała się w różnych komunikatach, tak jak kiedyś, w XX wieku publikowano zdjęcia ukrywających się w Argentynie nazistów. Wyglądało na to, że w końcu u schyłku swego życia kanalię dosięgnęła sprawiedliwość.

- A tobie można Bloomberg? – przerwał tyradę wysoki blondyn z bródką, który nawet nie spojrzał na starucha ani resztę osadzonych, zainteresował się za to swoją kriokomorą. Zaczął stukać w szklaną pokrywę jakby sprawdzał jej wytrzymałość – Ile dzieci zamęczyłeś do spółki ze swoimi kolegami Billy? Ten kwilący przygłup z bliznami to nie przypadkiem twoja robota? Tak mniej więcej wyglądały te dzieciaki po waszych eksperymentach, tylko żadnemu nie zdążyły wyrosnąć włosy na jajkach.

- Nie znam go! – zaprotestował zbrodniarz. - To wszystko jest bardziej skomplikowane panie…

- Możesz mi mówić Dwight – przedstawił się blondyn po czym wziął zamach i z całej siły, z półobrotu kopnął w przeszklone drzwi komory. Szkło wygięło się jak plastik, ale nie pękło – Ktoś wie czy to gówno jest ognioodporne?

- Hm - zastanowiła się Zarina - Myślicie, że użycie tych szklanych drzwi to dobra tarcza? Trochę duże, ale jakby choć kilka osób je wyrwało z zawiasów… - Kobieta zaczęła szarpać skrzydłem kriokomory i sprawdzać zawiasy, aby spróbować je zdjąć. Skoro tak silny kopniak jej nie zniszczył, to pewnie trochę wytrzyma. Było to genialne!

Albinos dalej żałośnie kwilił, siedział przed swoją kriokomorą kołysząc się w tył i naprzód, dociskał dłońmi uszy, ale to nie pomagało, dźwięk alarmu ranił jego umysł, doprowadzając do prawdziwej rozpaczy. Płakała też czarnoskóra piękność. Dotykała brzucha mamrocząc coś pod nosem w jakimś nieznanym języku i dialekcie.
 
Ombrose jest offline  
Stary 15-03-2021, 21:16   #8
Szefowa od PR i Promocji
 
Alex Tyler's Avatar
 
Dopiero teraz Szajba skojarzył ciemnoskórą kobietę.
- Zuhura! - wyszeptał spękanymi ustami.
W pierwszym odruchu chciał do niej podbiec, pomóc, spytać czy wszystko w porządku z dzieckiem, lecz wtedy przez głowę przebiegło mu nie-jego wspomnienie. Powykręcane mutagenem kończyny. Czy to możliwe… Podszedł do chłopaka z kręconymi włosami i kobiety, która z nim stała.
- Jesteś lekarzem - stwierdził bardziej niż spytał. - i syntetykiem. Ta ciemnoskóra - wskazał osobę w pomieszczeniu to Zuhura. Może być nosicielem. Ty jedyna możesz ją zdiagnozować bez ryzyka.
Spojrzał jej krótko w oczy. Co tam wyczytała? Prośbę, czy szaleństwo?
— Bez dostępu do laboratorium tego nie zrobię — odparła uczciwie Caroline. — Nie wiem jaki to typ patogenu i jaką drogą następuje zakażenie. Co oznacza, że jeśli się do niej zbliżę bez zabezpieczenia, to później prewencyjnie nie będę mogła zbliżyć się do was. I jedyne co mogłabym obecnie zrobić, to sprawdzić, czy ma stan zapalny wnioskując po temperaturze ciała, ocenić rodzaj wycieku z nosa, o ile zachodzi, oraz rodzaj kaszlu, o ile zachodzi. I zapytać o ewentualne dolegliwości bólowe.
- Wiesz jak stąd się wydostać? - Brown zwrócił się do mężczyzny. - Kiedy tu będą? Ilu ich jest?
- Za dwie, może trzy minuty. Tak jak mówiłem, mają na stanie tylko dwa kombinezony. Więcej osób tu nie wejdzie ryzykując zakażeniem. Na razie liczą, że uda im się rozwiązać wasz problem analogowo – odpowiedział beznamiętnym głosem android. Mówiąc analogowo miał pewnie na myśli miotacze ognia. – Na pewno spróbują odzyskać kontrolę nad Matką i wystrzelić moduł w próżnię. To raczej kwestia czasu jak im się uda. Skąd się pan chce wydostać? Z modułu? Mogę otworzyć gródź i wpuścić was na statek, ale nie jestem pewien jak wtedy zareaguje reszta załogi. Oni wiedzą co to za patogen. Ja to wiem i pan też to wie doktorze.
Android wbił na chwilę swoje intensywnie orzechowe oczy w naukowca.
- Śnił pan przecież o nim prawda?

Syntetyczka spojrzała po kolei na każdego z obu rozmówców. Bez znajomości typu i rodzaju patogenu nie mogła podjąć żadnych kroków zaradczych. Czekała zatem na więcej szczegółów ze strony któregokolwiek z nich.
- Zmutowana czarna cipa! - Szajba nagle wyszczekał słowa odchylając głowę do tyłu. - Tak. Mutagen. Wirus. Namnaża się w ciele żywiciela. Atakuje DNA. Przenoszenie drogą kropelkową. Pierwsze objawy, bóle mięśni, skurcze.
Rzucił okiem na Zuhurę.
- Musimy stąd spierdalać. Ty… - stuknął Syntka w ramię, a później jeszcze i jeszcze, i jeszcze raz. - Musimy stąd zwiać. Co jest za grodzią? Jak nas możesz stąd wyprowadzić? Myśl! Myśl!
— Jeśli przenosi się drogą kropelkową, to konieczne jest zasłonięcie ust i nosa — wtrąciła paraludzka kobieta. — Nie uchroni to całkiem, ale częściowo ograniczy rozprzestrzenianie bioaerozolu. Zwłaszcza przy zachowaniu bezpiecznego odstępu.
Zarina też była niegłupia. Ale potrafiła chyba mówić w bardziej ludzki sposób niż Caroline. Zaczynała niemal mieć pewność, że jest ona androidką. Choć naprawdę nie wyglądała. Ale mało kto z nich wyglądał.
- Kaszlemy śliną nawet do stu osiemdziesięciu centymetrów, więc taka by była docelowa odległość. Ale to jest niewykonalne. Poza tym, większość z nas już się porzygała, w tym też jest ślina. Każdy kto interesował się tematem wie, jak się chronić, ale też wie, że w pewnych warunkach jest to niewykonalne. I to są te warunki… W których jesteśmy.

Jeśli lokowanemu androidowi przeszkadzało nerwowe popukiwanie w ramię zupełnie nie dał tego po sobie poznać. Jego spokój i chłód był wręcz imponujący. Lub niepokojący, zależy jak na to spojrzeć.
- Luk magazynowy. Pomieszczenie przejściowe, tam trzymane się wasze rzeczy, które mieliście przy sobie w momencie zatrzymania – odpowiedział na pytanie naukowca syntetyk – Jak was wyprowadzę? Korytarzem do śluzy, a potem przez gródź do luku. Innego sposobu nie ma.
- Nie mamy czasu na zastanawianie się. Powinniśmy po prostu iść - odezwała się Zarina. Stali w miejscu jak robotnicy na przerwie na kawę. O rany, ale ona by się napiła teraz kawy! Jaka szkoda, że nie było to pytanie z priorytetowych w tej sytuacji i nie mogła się dowiedzieć, czy jest gdzieś na statku automat z kawą… A podejrzewała, że był.
Corinna milczała, słuchając. Nie zdobyła broni. Uważała to za swoją wielką porażkę. Najchętniej rzuciłaby się od razu na latynosa, żeby mu ją odebrać… Ale powstrzymała ją to wzmianka o zagrożeniu biologicznym. Doktorek uważał, że zakażona była czarnoskóra, ale z jakiego powodu miałaby mu wierzyć? Coiro uznała, że najlepiej będzie, jeśli wszystkich potraktuje jako potencjalnie niebezpiecznych. Ruszyła w stronę siostry. Pogłaskała ją po ramieniu.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze - szepnęła jej do ucha. - Wyprowadzę nas stąd.
Niestety nie miała więcej czasu na prowadzenie wsparcia moralnego. Ani też umiejętności. Cori nie była znana ze swoich zdolności uspokajania innych ludzi. Wręcz przeciwnie… zazwyczaj wpływała na nich zgoła odmiennie.
- To ja powinnam cię pocieszać - odszepnęła Zarina i wypuściła powietrze nosem, powstrzymując zaśmianie się. Zawsze, gdy miała wrażenie, że już czuje się lepiej, przypominał jej się koszmar. To sprawiało, że nie potrafiła być sobą.
- Ty - rzuciła z obrzydzeniem Corinna w stronę androida. - Czemu nam w ogóle pomagasz? Co cię to obchodzi? - zapytała. - Zdradziłeś swoją załogę, przychodząc tutaj. Dla kogo? Dla niej? - spojrzała na kobietę o fioletowych włosach. - Ale wybudziłeś nas wszystkich?
Zapewne nie była to sprawa, którą należało ustalić w pierwszej kolejności, ale jako pierwsza pojawiła się w głowie Corinny.
Następnie rozejrzała się w poszukiwaniu jakiekolwiek obiektu, który mogłaby chociaż w przybliżeniu uznać za broń. Ciężki klucz francuski, gaśnica, cokolwiek… nieuzbrojona czuła się gorzej niż naga. Mówiąc o nagości… ściągnęła koszulkę. Cieszyła się, że miała pod spodem sportowy stanik, gdyż nie chciała wcale paradować kompletnie topless po statku. Zwłaszcza po obrzydliwym komentarzu Latynosa. Następnie podarła dwa szerokie paski. Jeden z nich podała Zarinie, drugi natomiast obwiązała wokół własnego nosa oraz ust. Oczywiście nie była ta prawdziwa maska z odpowiednimi filtrami, ale działała chociażby jako placebo. Zari przyjęła kawałek materiału, jak i poświęcenie swojej siostry. Bez namysłu osłoniła górne drogi oddechowe. Zawsze to coś, choć według niej bardziej chroniły innych przed sobą, niż siebie przed innymi. Cori źle czuła się, będąc kompletnie nieosłoniętą w tym towarzystwie. Znajdowali się w nie tak znowu ogromnym pomieszczeniu, a ponadto mieli zaraz wyjść na ciasny korytarz. To będzie cud, jeśli wszyscy się nie zarażą.
- Ty! - Cori władczo wrzasnęła na czarnoskórą. - Do kriokomory! Już! - rozkazała jej. - To będzie izolatka, wyjdziesz jako ostatnia! Tam płacz, na litość boską!
Coiro miała już dość tych całych łez i wrzasków pełnych żalu. Sytuacja dla wszystkich była trudna i dramatyczne rozpacze nieznajomej wcale im nie pomagały. Następnie spojrzała na Lance’a, który podobno również był marine. Rzeczywiście, można było w nim zauważyć pewną twardość, jaką można było zdobyć jedynie po odpowiednim przeszkoleniu. Zastanawiała się, czy mogłaby mu zaufać. Uznała, że nie. Oczywiście, nie mogła tutaj ufać nikomu. Oprócz Zarinie. Gdyby straciła zaufanie do swojej ostatniej żyjącej rodziny, równie dobrze mogłaby umrzeć. Bliźniaczka była jedynym, co pozostało Cori.
- Dobra, ruchy - kontynuowała Cori. - Trzy minuty to w chuj mało czasu. Teraz już pewnie dwie. Będziemy zastanawiać się później. Villa-coś-tam. Jesteś uzbrojony, idziesz pierwszy. Loczek, ty za nim, otworzysz wrota. Ja pójdę w trzeciej kolejności, Lance za mną.
Plan Corinny był prosty. Znaleźć się na statku. Potraktować Latynosa jako mięso armatnie. Musieli zakładać, że na zewnątrz będą czekały na nich siły i wymierzone lufy pistoletów. Jeżeli pierwszy dostanie mafiozo, na pewno nikt za nim nie będzie płakał. Android musiał być blisko, bo inaczej nie otworzą drzwi. A jeśli i jego rozwalą, to cudowny bonus. Corinna chciała być blisko, żeby przejąć pistolet po jego zmarłym wcześniejszym właścicielu.

Pickford podobnie jak w przypadku Jacka nic nie robił sobie z krzywych spojrzeń rzucanych przez Corinnę.
– Nie zamierzam tego ukrywać panno Coiro, pragnę pomóc przeżyć tylko i wyłącznie Caroline. Proces wybudzania automatycznie obejmuje wszystkie kriokomory podłączone do systemu, jesteście więc…wypadkiem przy pracy. Ale może wyniknie z tego coś dobrego. Jeśli dobrze zrozumiałem Caroline nie zamierza bronić się przed agresją napastników, choć nie ma wbudowanych takich samych zabezpieczeń co ja. Większość z was pozbawiona jest na szczęście skrupułów. A doktor Brown był trochę nieprecyzyjny w swoich wyjaśnieniach, transmisja patogenu odbywa się drogą kropelkową, ale przede wszystkim drogą powietrzną, jak ospa czy odra. A to oznacza, że jest o wiele bardziej zaraźliwy. Dlatego wasze szanse na przetrwanie są iluzoryczne, jeśli organizm Śpiocha już rozpoczął emisję prątków do atmosfery.
J.B. Junior nie skomentował rewelacji syntka. Nie zamierzał w tym momencie wdawać się w dyskusję z kimś, kto najprawdopodobniej nie miał wykształcenia medycznego.

“Czyli ona jest androidem”, pomyślała Zarina, która wsłuchiwała się w przekazywane informacje. Nie miała już żadnych wątpliwości po słowach mówiących o “wbudowanym zabezpieczeniu”.

X4212-Y2 zafrasowała się. Jeśli wiriony przenosiły się drogą inhalacyjną, to zasłanianie ust materiałem nie miało sensu. Trzeba by profesjonalnej maski ochronnej. Po tej konstatacji spojrzała wymownie w ustylizowane na oczy wizjery Pickforda, musiała mu coś powiedzieć.
— Naprawdę dziękuję za twoją troskę i okazaną mi pomoc. I choć nie rozumiem dlaczego to robisz, musisz pojąć, że podejście do zgromadzonych... które właśnie okazałeś jest mi zupełnie obce. Jeśli chcesz pomóc mi, to musisz obiecać, że pomożesz też im wszystkim. W identycznym stopniu. Nie będę stała bezczynnie gdyby miała stać się im krzywda. I nie pozwolę siebie traktować w sposób uprzywilejowany. Dla mnie mnie to tacy sami ludzie jak… — zawahała się przez moment z niewiadomego powodu. —... jak najbardziej należy im się taki sam szacunek. Ich życia są równie cenne. Zapamiętaj to.
Jej głos był pełen zdecydowania.
- Zapamiętam - odparł android.

Afrykańska piękność nie zdawała sobie sprawy, że nagle stała się głównym obiektem zainteresowania części współwięźniów. Wciąż rozpaczliwie szlochała, powtarzając w swoim języku jedno i to samo zdanie, którego żadne z nich nie rozumiało. Gdy Corinna zawołała do niej, czarnoskóra spojrzała na nią żałośnie łkając i pokazując na brzuch.
- Cunug! Ilmahayga! Way qaeateen!
Latynos przestał celować w milczącego wielkoluda, ale na wszelki wypadek, zrobił jeszcze jeden krok w kierunku śluzy by zwiększyć dystans.
- Zaczynasz mi się podobać laleczko – pod wąsem Latynosa wykwitł paskudny, wredny uśmieszek skierowany do Corinny. Nie wiadomo do końca co miał na myśli bo gapił się na jej piersi opięte w sportowy stanik - To postanowione. Czarną zamykamy w sarkofagu, a reszta za mną.
Na muszkę wziął teraz siedzącą na podłodze Afrykankę.
- Ty! La negra! Słyszałaś!? Do komory! Rapido!
Afrykanka spojrzała na zbira swoimi wielkimi, mokrymi od łez oczami, przezroczyste słone krople spływały jej ciurkiem po policzkach.
- Cunug! – powtórzyła– Ilmahayga! Way qaeateen!
Idąc za przykładem Corinny zaczęła się nagle obnażać. Zsunęła z ramion kombinezon, odsłaniając duże, nabrzmiałe mleczne piesi, kostium opadł do miednicy, blizna po cesarskim cięciu znajdująca się poniżej pępka wygoiła się, ale była lekko zaróżowiona. Dotknęła szramy i z jeszcze większą rozpaczą, zawołała.
- Cunug! Ilmayaga! Way qaeteen!
Latynos wyszczerzył kły jak chory na wściekliznę doberman a potem rzucił w nerwach do Caroline i Pickforda.
- Holajatas! Wsadźcie czarną zdzirę do lodówki, albo zaraz ją rozwalę!
Syntetyczka ruszyła zdecydowanie i po chwili stanęła między Latynosem a Afrykanką. Ustawiona frontem do agresora i sądząc po obliczu, całkiem spokojna. Po chwili przemówiła dyplomatycznym tonem.
— Przepraszam, ale nie mogę pozwolić na takie samosądy. Nie mamy żadnej pewności, że to ona jest nosicielem. Kierujecie się jedynie bezpodstawnymi przypuszczeniami. Proszę was, pohamujcie niepotrzebne emocje i lepiej szybko się stąd zabierajcie. Zależy mi byście przeżyli, ale jeśli się zaraz nie ruszycie, to wkrótce wszyscy zginiemy z rąk nadciągającej załogi Archimedesa. Błagam, stojąc tu tylko marnujecie cenny czas, a niewiele nam go zostało. Jeśli naprawdę odczuwacie jakieś zagrożenie z jej strony, to pozwólcie, że ja się nią zaopiekuję. Pójdziemy obie, na samym końcu. Trzymając się w bezpiecznej odległości.
 
Alex Tyler jest offline  
Stary 15-03-2021, 21:21   #9
INNA
 
Nami's Avatar
 
Szajba zignorował Latynosa. Jeśli mieli stąd wyjść żywi trzeba było działać. Działalność syntki nie było logiczne. Jeszcze niedawno nie chciała podejść do Zuhury, teraz chciała narażając wszystkich i siebie, wyprowadzić ją z tego syfu.
- Loczek - zwrócił się do androida, bo ten i jego syntetyczna sympatia ciągle się nie przedstawili, - zwijamy się. Do grodzi! Kto chce żyć, do grodzi! Wychodzimy!
- Pickford - poprawił go syntetyk - Mam na imię Pickford.
Miał nadzieję, że gdy wybiegną większą grupą, uda im się niepostrzeżenie umknąć. Miał zamiar trzymać się blisko syntka.
Pchnął go przodem, dodając jeszcze.
- Dobrze Pickford. Otworzysz gródź gdy będziemy przy niej. Prowadź!

Cori upewniła się, że jej bliźniaczka była blisko, ale nie zbyt blisko przodu pochodu. Nie chciała zostawić Zariny z tyłu z androidką oraz zakażoną. To było wręcz komicznie fatalne połączenie. Z drugiej strony nie chciała, aby Zari dostała ewentualną zbłąkaną kulą. Najprawdopodobniej środek był najbezpieczniejszy. Następnie raz jeszcze spojrzała na czarnoskórą. Kobieta straciła dziecko. Oczywiście, to było tragiczne, ale Cori nie miała instynktu macierzyńskiego i nie czuła tego całą sobą. Ewentualnie ciekawe było to, czy płód zginął, czy też urodził się poprzez to cięcie cesarskie. Lecz to nie był czas ani miejsce na rozwiązywanie tego typu łamigłówek.
- Ilma-spierdala-yaga na sam qaea-tył - powiedziała do niej językiem, który być może zrozumie.
Czarnoskóra, zrozpaczona i załamana dalej dotykała swojej blizny na podbrzuszu mamrotając pod nosem. Chyba potrzebowała dłuższej rozmowy, a na to nie było czasu.
Następnie Corinna odwróciła się do Loczka.
- A ty odklej się od tej swojej cyberlaluni i leć otwierać wrota - powiedziała do niego.
Delikatnie popchnęła Latynosa w stronę drzwi. Nie na tyle mocno, żeby uznać to za atak.
- Wychodzimy - powiedziała.

- Nie dotykaj go, nie wiadomo gdzie się szlajał - skarciła ją siostra, gdy ta popchnęła Latynosa. No teraz mogła mieć jego syf na rękach, pięknie. Jak mieli się chronić, jak nawet odkażaczy nie mieli.

Pickford ani drgnął gdy Jack popchnął go w stronę śluzy. Wydawało się, że wrósł w ziemię i tylko dźwig go stamtąd przesunie. Całkowicie skupił się na Caroline, najwyraźniej zaskoczony tym, że zasłoniła czarnoskórą dziewczynę własną piersią. Villavuena też nie zamierzał odpuszczać, To nie typ gościa, któremu można się sprzeciwiać. Nie dość, że X1412-Y2 wyglądała jak kobieta, to jeszcze była syntetykiem. Podwójna zniewaga. Na skroniach i czole bandyty pojawiły się fioletowe żyły, policzki się nadymały. Nie pozwolił się dotknąć Corinnie, znów się cofnął i wyciągnął ostrzegawczo drugą rękę, kręcąc palcem wskazującym, że nie wolno.

- Przecież doktorek sam powiedział, że to czarna zaraża! A on chyba z nas wszystkich wie to najlepiej, tak!? Ernesto Villavuena nie da z siebie robić idioty! Wybieraj blaszana puszko, ty albo ona! – zwrócił się do androidki, rozwścieczony. Wcześniej miał nieprzyjemne spojrzenie, teraz pojawił się mord w oczach. Tylko czekał na pretekst by nacisnąć za spust. To raczej kwestia czasu, jak z ręki Ernesto padnie pierwszy trup. Organiczny lub nieorganiczny, bandycie było wszystko jedno, byle pokazać kto tu rządzi.
Corinna dosłownie załamała ręce. Sama nie była wcale omnibusem czy najbardziej inteligentną osobą w sali. I miała przynajmniej tyle rozsądku, aby zdawać sobie z tego sprawę. Jednak Latynos wyszedł na szczyty głupoty. Ona również nie lubiła androidów. Bała się ewentualnego skażenia ze strony czarnoskórej. Ale nie mieli czasu na ustalanie tego w tej chwili! Skończony idiota!

Tymczasem Azjata widząc że jego groźby i przechwałki skierowane w stronę wyimaginowanych kamer trafiły w próżnię, skupił w końcu swoją uwagę na skazańcach, do tej pory uważanych za wytwór jego wyobraźni lub zaawansowaną symulację. Na pomarszczonym czole Nero pojawiły się pierwsze krople potu, a w przekrwionych spojówkach krył prawdziwy obłęd. Gdy mówił, otłuszczony podbródek trząsł się jak jakaś obślizgła kałamarnica.
- Wy dalej nie rozumiecie, że to jakaś część eksperymentu!? – krzyknął - Nie ma żadnego wirusa idioci! To jest właśnie w ich stylu! Zamknąć, zaszczuć, obserwować! Badają nasze reakcje, założę się, że ta broń nawet nie jest prawdziwa! Znam tajemnicę o jakim wam się nie śniło! Jak myślcie dlaczego się tutaj znalazłem?! Macie pojęcie, że Ziemia nie należy już do ludzi!? Ani nawet syntetyków!? Że od lat Oni żyją w naszych skórach!?. Zrobili z nas swoich niewolników, wypędzili w przestrzeń kosmiczną, podstępem ukradli nasz dom! Wydaje wam się, że tego tutaj – wskazał pulchnym paluchem na Williama Bloomberga – Spotka zasłużona kara!? Że będzie razem z wami gnił w kamieniołomach?! Cała ta banda korpo-zbrodniarzy jest teraz panami na Minosie! Nie tylko oni! Syntki wcale nie są lepsze! Podobno istnieje planeta gdzie się organizują w społeczność i próbują udawać prawdziwych ludzi! Ciekawe po co?

Wywołany do tablicy staruch cmokał ustami z niezadowoleniem, zupełnie zignorował monolog wariata, skupiając na tych, których uznał chyba za naturalnych liderów.
- Maszynom nie wolno ufać! – powtórzył – Android ma wgrany protokół i nie może zrobić krzywdy załodze statku, dlatego próbuje ich wymordować naszymi rękami! Villavuena, oddaj mu pistolet i wracajmy do komór zanim nie jest za późno!

Bloomberg wbił swój zmęczony, ale też surowy i oceniający wzrok w Corinnę. Wskazał na nią palcem.
- Ty! Ty wiesz o czym mówię prawda?! Też ich poznałaś na wskroś, widzę przecież jak na nich patrzysz. Nazywacie mnie zbrodniarzem, ale wszystko co robił NEMROD służyło tylko temu, żeby…
Rozkaszlał się i nie dokończył.

- Nie ma mowy, żebym wróciła do tej komory - odpowiedziała Corinna. - Nie wiem, jaki raj tobie wyświetlano, ale mi zapętlili jeden i ten sam koszmar. Bez przerwy. Ten sam - mówiła. Poczuła delikatne mdłości na samą myśl. - Jak mam wymordować całą załogę, to to zrobię. Byleby nie być w tym piekle ani chwili dłużej.
Blefowała, bo tak naprawdę nienawidziła zabijać ludzi. Zrobiła to tylko raz w życiu i systemy więzienia postarały się, żeby jej tego nie osładzać. Coiro miała wrażenie, że symulacja nieco wyprała jej mózg pod tym względem. Choć z drugiej strony nigdy nie była głodna krwi. Przynajmniej nie ludzkiej. Jednak teraz nie chciała nawet myśleć o najmniejszym jej rozlewie.

- Jacy Oni? Jaki NEMROD? - Zarina zainteresowała się patrząc na Azjatę
- Jesteś hakerem?
- Najlepszym jakiego nosiła matka Ziemia – odpowiedział Azjata a widząc, że znalazł zainteresowaną słuchaczkę dodał – Reptilianie! Od wieków żyją wśród nas i dymają bez mydła. A o NEMROD niech ci opowie dziadek, to najlepsze źródło informacji z pierwszej ręki. Jak sam nie jest jaszczurem to pewnie z nimi współpracuje.

Coiro po odpowiedzi domyślała się z kim ma do czynienia. Mimo ewidentnych zaburzeń Azjaty, nie miała w zamiarze bagatelizowania ani jego, ani jego zdolności. Czuła, że może być przydatny. Kobieta widziała już co najmniej trzy osoby, którym przydałoby się wsparcie psychologa. Były tylko dwa problemy. Po pierwsze czas, którego nie mieli. Po drugie ryzyko zagrożenia. Nie dało się komuś pomóc w trzydzieści sekund, nie dało się z bezpiecznej odległości dowiedzieć, czy wszystko ok, poznać imion, odnieść się personalnie… Mogła rozmawiać tylko z tymi, z którymi był kontakt. A i na to nie miała czasu. Odezwała się więc do chłopca, wyraźnie i głośno.
Dwight tymczasem zupełnie nie zwracał uwagi na pozostałych. Chyba realizował swój własny plan a resztę skazańców miał daleko gdzieś. Badał wytrzymałość szklanej pokrywy drzwi kriokomory, opukiwał ją to z jednej, to z drugiej strony. Chłopiec natomiast podniósł się z ziemi, dalej go mdliło, tym razem już chyba ze strachu. Albinos z pozycji siedzącej przeszedł w embrionalną, kwiląc jak małe dziecko.

- Młody, wszystko ok? Chodź z nami, razem się stąd wykaraskamy - Zarina machnęła do niego ręką i zachowała kontakt wzrokowy, póki ten nie odpowiedział jej chociaż kiwnięciem głowy. Gdy dostała od chłopca potwierdzenie, że gotowy jest iść, dała bezpieczny krok w stronę Albinosa.
- Musimy iść razem, wszystko będzie dobrze, obiecuję. Tylko chodź z nami, nie bój się. To był tylko zły sen, każdy z nas miał taki koszmar… Będzie ok, teraz już jest w porządku, jesteś w realnym świecie, my jesteśmy realni… Musisz pomóc nam i sobie, musimy iść. Teraz. Przepraszam. Nie mamy czasu.
Nie wiadomo czy chłopak usłyszał głos Zariny. Dziewczyna szybko zrozumiała, że w jego przypadku zwykłe słowa otuchy i wsparcia nie pomogą. Jego umysł wydawał równie pokiereszowany jak naznaczona bliznami czaszka. Nawet nie spojrzał na dziewczynę, dalej kwiląc jak małe dziecko.

- Dosyć tego – jeśli głos Pickforda wcześniej wydawał zupełnie nieczuły i obojętny tak teraz wyczuli w nim wyraźny chłód. Chyba naprawdę mu się nie spodobało, że Latynos mierzy w Caroline – Nie spytaliście mnie czy znam tożsamość Śpiocha. Uznałem, że ta wiedza, może was dekoncentrować i wprowadzić niepotrzebny chaos w nasze działania, poza tym tak jak powiedziałem, wasze szanse są iluzoryczne a prawda nie ma już większego znaczenia. Ale moja przyjaciółka poprosiła, bym wam pomógł, więc niech tak się stanie. To nie ta kobieta jest nosicielem tylko on.

Wskazał smukłym palcem na Nero. Gdyby nie wył alarm pewnie zapadłaby wymowna cisza. Azjata nagle wybuchnął ochrypłym śmiechem i znów uniósł wzrok gdzieś w sufit a ręce złożyły mu się do oklasków.
“Dekonspiracja” - przemknęło przez myśl J.B. Juniorowi, ale była to tak słaba i ulotna myśl, że nie została na długo w głowie, wykasowana przez inne, bardziej pilne dyrektywy i analizy. Jedno było pewne. Zaczynał czuć niechęć do syntków.

- Śpiocha? - powtórzyła Corinna.
Dopiero po chwili przypomniała sobie, że to słowo zostało już wcześniej użyte. To była osoba, która zarażała. Tyle się działo. Zaczęła ją boleć głowa. Sesja wymiotów na pewno jej nie pomogła, a każda kolejna sekunda była naładowana akcją. Gapiła się przez moment bezmyślnie na grubego Azjatę. Rzeczywiście wyglądał na chorego, ale wcześniej Coiro myślała, że chodziło o chorobę psychiczną. Czy to mogły być symptomy zakażenia?

- Rozkręcacie się! - warknął Nero - Brawo! Ale to wciąż za mało, żeby mnie złamać ćwoki! Nie uciszycie prawdy! Nero będzie nadawał do końca świata i jeden dzień dłużej! Choćbym miał to robić na Minosie!
Lufa pistoletu trzymanego przez Villavuenę znów zrobiła obrót i zmieniła cel. Widzieli jak śniady palec bandyty powoli zaciska się na spuście.
Mogli pozwolić mu dokonać egzekucji, mogli zaryzykować i rozbroić lub po prostu przekonać grubasa by dobrowolnie wszedł do komory.
Alarm wył nieprzerwanie i raczej nie zamilknie dopóki nie zostaną z nich zwęglone kości i stopiony plastik. Czas naglił.

Doktor Jack Brown Junior pokręcił w niedowierzaniu głową. Czas uciekał a oni ciągle skupiali się na rzeczach, w tym momencie co najmniej nieistotnych.
- Zostaw ją! - krzyknął do syntka, lecz w środku poczuł ukłucie nie-swojego uczucia żalu. - Nie mamy z nią szans. Będzie nas spowalniać.
Sam, nie czekając na resztę pobiegł w stronę zamkniętej grodzi. Nie wiedział jak reszta ale nie miał zamiaru zostać spalonym frytkiem. Jedyna droga ucieczki była tam. A największe szanse na nią mieli działając z zaskoczenia. Gdy już był na miejscu rozejrzał się za panelem sterującym.
 
__________________
Discord podany w profilu
Nami jest offline  
Stary 15-03-2021, 22:41   #10
 
GreK's Avatar
 
Cori natomiast pozostała w pomieszczeniu. Nie zamierzała go opuścić bez Zariny. Spróbowała nawiązać kontakt wzrokowy z Lancem. Sama nie chciała rzucać się na Latynosa. Była wykończona. Ale we dwójkę może mogliby dać mu radę. Spróbowała ocenić, czy myśli o tym samym, co ona. Nie miała nastroju na rozlew krwi… chyba że chodziło o krew Villavueny, który jak na jej gust robił stanowczo zbyt wiele zamieszania.
Caroline przez moment obliczała szansę na rozbrojenie mężczyzny. Ale szybko odtworzyła sobie wspomnienie ze zdarzenia, które spowodowało, że w ogóle tu wylądowała. Z tego powodu przez moment coś jakby grymas bólu pojawiło się na jej twarzy. Powróciwszy do normalnego wyrazu, postanowiła spróbować ostatni raz przemówić Villavuenie do rozsądku. Nadzwyczaj ostrożnie i delikatnie położyła mu dłoń na przedramieniu.

— Ernesto, widzę, że jesteś zły — zwróciła się do niego empatycznym tonem. — Biorąc pod uwagę tę całą sytuację, w ogóle ci się nie dziwię. Tak naprawdę wszyscy myślimy podobnie i solidarnie siedzimy w tym razem. Tak, masz zupełną rację i wiem, że chcesz dobrze. Ale biorąc pod uwagę aktualną sytuację, chyba powinieneś rozważyć podjęcie innych kroków. Jako inteligentny mężczyzna na pewno jesteś świadomy, że możesz użyć pistoletu w znacznie lepszym celu. Proszę, pozostało nam naprawdę tak niewiele czasu. Dlatego lepiej będzie, jak opuścisz broń i użyjesz jej do zapewnienia nam, a przede wszystkim sobie, bezpieczeństwa. Twoje życie znajduje się naszych rękach, od teraz wszyscy polegamy na tobie. W pewien sposób zostałeś naszym przywódcą, skorzystaj mądrze z tej pozycji i po prostu pozwól nam stąd jak najszybciej wyjść. Poprowadź nas ku wolności, pokaż jakim jesteś wspaniałym mężczyzną. Ja z kolei zostanę z tyłu i zaopiekuję się Nero. Obiecuję, że nikogo nie zarazi i nie będzie sprawiać kłopotów. Naprawdę liczymy na ciebie, pomożesz nam?

Corinna pomyślała, że naprawdę jedynie robot miałby dość cierpliwości, aby tak pertraktować z Villavueną. Była pod wrażeniem jej samozaparcia, choć irytowało ją, jak wiele czasu poświęcali na rozmowy w module, który zaraz poszybuje w kosmos. Pewnie szybciej byłoby, gdyby unieszkodliwili Latynosa z Lancem, ale mafiozo słuchał androidki. Może lepiej było nie rozpoczynać bójki w ciasnej przestrzeni z tyloma ludźmi i pistoletem. Mimo to każde kolejne uderzenie serca coraz bardziej stresowało Coiro. Było jak zegar. Nieubłaganie odmierzało czas do wystrzelenia ich w kosmos. W przeciwieństwie do Bloomberga Corinna nie sądziła, aby to było kłamstwo ze strony Loczka. Nie zdziwiłaby się, gdyby dowództwo postanowiło podjąć taką decyzję. I zapewne nawet nie byłaby dla nich zbyt trudna. W ich oczach stanowili najpewniej bezwartościową bandę degeneratów, nic więcej. Wymówka, aby się ich pozbyć i zaoszczędzić nieco pieniędzy więzienia na pewno spotkałaby się z dużym entuzjazmem. Utrzymywanie kriokomór, pompowanie substancji odżywczych i tym podobne na pewno nie było darmowe. Cori prowadziła niegdyś swój własny statek łowców głów i dlatego wiedziała najlepiej, że w kosmosie każdy grosz się liczył.

- Wy sami nie wiecie czego chcecie! – wrzasnął Latynos wypluwając przed siebie drobinki śliny. Gdyby układ nerwowy Caroline nie był algorytmem lecz zbiorem neuronów, pewnie by podskoczyła jak oparzona – Jesteście popierdoleni! El locos! Nie skończyłem szkoły, ale nawet ja wiem, że póki grubas oddycha to zanieczyszcza powietrze tymi…tymi prąciami! Ale to wasz problem, ja się stąd zmywam! Hasta la vista!

Villavuena odwrócił się i popędził wąskim korytarzem za Jackiem. Ten już dobiegał do okrągłej czerwonej śluzy, oddzielającej moduł więzienny od grodzi i statku. Obok śluzy znajdował się panel z klawiaturą dotykową oraz czytnikiem kart. Taki sam panel naukowiec zauważył chwilę wcześniej po zewnętrznej stronie śluzy prowadzącej do pomieszczenia z kriomorami.

Lance w końcu chyba dostrzegł spojrzenie Corinny bo wyszeptał do niej tak spokojnie, jakby sam należał do znienawidzonego przez nią gatunku humanoidalnych maszyn.

- W swoim czasie żołnierzu. Wszystko w swoim czasie.

Coiro dyskretnie skinęła głową w odpowiedzi.
Wielkolud specjalnie się nie śpiesząc ruszył za Latynosem. Dzieciak za to rozglądał się dookoła swoimi wielkimi jak spodki oczami, zrobił krok do przodu, ale wtedy poczuł na ramieniu pomarszczoną, upstrzoną plamkami wątrobowymi dłoń starca.

- Nie bądź naiwny młody człowieku. Zginiesz jak ci żałośni głupcy. Wracaj do komory.

Chłopak wydawał się zdezorientowany. Dziadek nie rzucał słów na wiatr, chyba naprawdę wierzył w to co mówił bo po chwili wycofał się i stanął w kriokomorze zamykając za sobą mlecznobiałe wrota sarkofagu. Z powrotem zaczął podpinać receptory do kombinezonu. Dwight skoncentrowany na swojej zamrażarce badał jakieś mechanizmy łączące skrzydło drzwi z kapsułą.

- To chyba da radę wymontować– wskazał na jedno ze skrzydeł, ale czy ktoś w ogóle zwracał na niego uwagę? Jakikolwiek pomysł miał blondyn, było już chyba za późno by się tym zainteresować, czas nieubłaganie odmierzał kolejne sekundy zbliżające ich do spotkania z załogą Archimedesa. Wydawało się, że nie wszyscy wezmą w nim udział. Afrykanka dalej wyła, z niedowierzaniem dotykając biegnącej wszerz brzucha różowej szramy, coraz głośniejszy płacz albinosa już niemal zagłuszał syreny alarmowe. Caroline i bliźniaczki zauważyły jak spomiędzy jego palców, którymi zasłaniał uszy wypływa krew. Ciekła mu też z nosa. Nagle statkiem zatrzęsło a szyba w kriokomorze Dwighta, na której skupiał cały czas swoją uwagę zamieniła w pajęczynę pęknięć jakby uderzył w nią niewidzialny młot.

- To nie byłem ja – zaprotestował blondyn oglądając się z głupią miną na współwięźniów.

Nero nerwowo rechotał rozbieganym wzrokiem szukając wyimaginowanych kamer. Chyba nie zdawał sobie sprawy, że tylko sekunda lub dwie dzieliły go od przekonania się, czy życie jest rzeczywiście symulacją komputerową.

- Caroline, nie przekonasz wszystkich – zwrócił się do syntetyczki Pickford dotykając ostrożnie jej ramienia – Jeśli przeżyjemy i uda przejąć się nam statek pomożemy tym ludziom. Ale wszystko w swoim czasie. Jeśli jednak zdecydujesz się zostać, to ja też zostanę.

Corinna spodziewała się, za jakąś minutę przyjdą tutaj ludzie z miotaczami ognia. Bardzo nie chciała ich spotkać.

- Przecież oni wiedzą, że zostaliśmy odłączeni - powiedziała. - Chyba wiedzą, co nie?

Może stracili kontrolę nad systemem, ale raczej spodziewali się naszego wybudzenia, skoro zamierzają tutaj zaraz wparować z bronią. Nie ma sensu kryć się w kriokomorach, wyłaź, dzieciaku - rzuciła do młodego.
Następnie rzuciła ciężkie spojrzenie Bloombergowi.

- Jak w nich zostaniemy, to nie będą to już kriokomory, a nasze trumny. Przyjdą i spalą całe zagrożenie biologiczne. Skazujesz go na śmierć. I siebie może też.

Następnie przeniosła wzrok na pozostałych.

- Jak zaraz nie wyjdziemy, to dojdzie do walki w tym wąskim gardle - powiedziała. - Jak puszczą salwę, to nas wszystkich wystrzelą. Większe szanse na przeżycie mamy rozproszeni w wielkim statku. Tutaj jesteśmy w pułapce - dodała i przeniosła wzrok na Pickforda. - Nie flirtuj z koleżanką, tylko otwieraj drzwi - powiedziała.

X4212-Y2 nie chciała nikogo zostawiać. Czuła się więc nieco zagubiona, zwłaszcza będąc pod silną presją czasu. Jej sztuczne neurony pracowały na zwiększonych obrotach, ale nie mogła ustalić najlepszego wyjścia z tej sytuacji. Brakowało jej zbyt wielu danych. Jednak wciąż musiała podjąć jakąś decyzję, bo załoga Archimedesa zrobiłaby to za nią.

— No dobrze. Chodźmy zatem — zwróciła się do towarzysza o lokowanych włosach. — Może uda się nam przejąć ten statek i uratować wszystkich. Oby tylko stało się to bezkrwawo.

Gdy przez kosmicznego lewiatana przeszedł dreszcz, Szajba był już przy grodzi i przyglądał się panelowi sterującemu. Mógł spróbować się do niego dostać i złamać lecz na to potrzebował czasu, a tej akurat waluty nie miał w nadmiarze. Przywarł więc do ściany czekając i licząc na to, że po otwarciu przejścia załoga statku zauważy go jako jednego z ostatnich.
Z wnętrza korytarza dobiegały go krzyki nie-żony, lecz zablokował analizę tych odgłosów jak sprawny system złośliwe oprogramowanie. Czekał. Spięty wewnętrznie. Gotowy do skoku. Tymczasem z wnętrza modułu nadchodził już Latynos, a za nim pozostali.
Zarina już miała wybiegać za resztą, kiedy kątem oka dostrzegła Dwighta. Mężczyzna w dalszym ciągu wydawał nie przejmować chaosem rozpętanym w module przez ludzi i androidy. Szyba w jego kriokomorze pękła, więc podszedł do kolejnej, akurat tej w której ostatnie sześć miesięcy spędziła siostra Corinny. Mężczyzna wydawał się bardzo zdeterminowany, by zrealizować swój plan. Widząc, że dziewczyna chyba podchwyciła jego pomysł i mu się przygląda zawołał do niej.

- Pomożesz mi to wyciągnąć z zawiasów ślicznotko? Próbowałem sam, ale nie dam rady

Kobieta kiwnęła głową. Co prawda nie była fanką rozwiązań siłowych, ale skoro została poproszona o pomoc w ten sposób, chętnie spróbowała. Napięła mięśnie chwytając za drzwi i uniosła do góry, ale było tak, jak się spodziewała. Były one dla niej za ciężkie do wyważenia siłą.

- Może trzeba jakoś osłabić zawias na którym się trzymają, a potem je wyrwać? - zastanowiła się głośno rozglądając po pomieszczeniu. Gdyby osłabić metal zimnym powietrzem, powinien być bardziej kruchy. Choć były to kriokomory, to Zarina nie była raczej pewna czy jest jakaś rura z której doprowadzane jak takie powietrze, żeby można było ją wyrwać i nakierować jej siłę na zawiasy. Całe życie jako górnik, a tu taka technologia.

- Już próbowałem – odpowiedział Dwigth – Chyba nawet w dwójkę nie damy rady.
W pomieszczeniu z kriomorami wciąż pozostali kwilący rozpaczliwie albinos, Zuhura, Nero i Bloomberg, ale wyglądało na to, że żadne z nich nie jest w stanie, lub nie ma chęci im pomóc.

Mimo najlepszych starań, drzwi ani drgnęły, wciąż mocno trzymały się w zawiasach. Wszystko działo się za późno, pomysł z ciekłym azotem, nawet jeśli możliwy do zrealizowania wymagał czasu a ten im się kończył. O ile rzeczywiście zamierzali szybko opuścić moduł i przedostać na statek. Blondyn westchnął pod nosem. Dalej mocował się sarkofagiem, ale jego próby były skazane na porażkę.

- Ja się stąd nie ruszam. Tam jest niebezpiecznie, skupili się w jednym miejscu, w wąskim gardle, tylko ułatwiają im zadanie. Trzymaj się mnie, to przeżyjemy. Niegłupia z ciebie dziewczyna. – stwierdził z przekonaniem. Sprawiał wrażenie człowieka, który zdążył przywyknąć do takich sytuacji. Szybko jednak stracił zainteresowanie Zariną po czym rozejrzał po module, a potem ukrył gdzieś, z tyłu, za komorą znikając z pola widzenia. W zalanym szkarłatnym migającym światłem pomieszczeniu, rzeczywiście trudno było go teraz dostrzec.

Mężczyzna wywołał w Zarinie chwilę refleksji. Co jeśli faktycznie miał rację? W sumie, wydawało się to logiczne. Z drugiej jednak strony, przecież nie było innej drogi wyjścia. Tyle ludzi już stało z przodu, że na spokojnie ci z tyłu zdołaliby przeżyć i uciec; problem jedynie miały osoby stojące na froncie. Mimo tylu opcji, gdzie w sumie tylko jedna zdawała jej się najrozsądniejszą, Zarinie ciężko było wybrać najlepszą drogę. Blondyn zdawał się być kimś naprawdę bystrym, ale nie mogła ufać mu bardziej niż własnej siostrze. Poza tym wciąż miała w głowie jeden, istotny szczegół.

- Jeśli odepną moduł, to chowanie się tutaj jest jak samobójstwo. Szkoda tych drzwi, genialna tarcza, ale trudno. Chodź. Będziemy z tyłu, nie jak kaczki. Może jeszcze w trakcie ucieczki wymyślisz coś równie przydatnego - Zarina starała się zachęcić Dwighta do pójścia razem z nią. Nie oglądając się jednak za siebie i tak ruszyła korytarzem w stronę śluzy i swojej siostry.

Kiedy tylko znalazła się się na korytarzu, ujrzała na przodzie odwróconą do tyłu twarz Cori. Siostra bez wątpienia stała i wypatrywała jej. Kiedy tylko Zarina została zidentyfikowana w przejściu, jej bliźniaczka westchnęła z ulgą i skinęła jej głową. Następnie obróciła się do przodu. Liczyła na to, że uda się wyjść na statek bez większych strat w ludziach. Choć Latynosa i androida uznała za straconych. Potrzebowali jednak mięsa armatniego i jeśli ich ofiara miała sprawić, że bliźniaczki przeżyją… to trzeba było się z tym pogodzić. Corinna nie miała wątpliwości, że znalazły się na wojnie. A żadnej w historii ludzkości nie można było wygrać bez poniesienia pewnych strat.
 
__________________
Aktualnie gram w:
Dreamcatcher. Horror. Storytelling. Dokąd prowadzi tunel z koszmaru?
Atrofia Baydura. Postapokaliptyczny świat tonący w strugach deszczu.

Ostatnio edytowane przez GreK : 16-03-2021 o 09:25. Powód: Kosmetyka
GreK jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:09.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168