Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 01-07-2021, 11:44   #1
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Pustka [+18]

Środa
"Dzień -2"



Biiip... biiip... biiip...

Przenikliwy dźwięk budzika, oznaczający nadejście godziny szóstej rano, zdążył zabrzmieć trzy razy i nastała cisza.
Dla niektórych wstawał nowy dzień.

Jessica spokojnie otworzyła oczy, przez chwilę wpatrując się w sufit. Sekunda, dwie, trzy… wygrzebała się spod koca, po czym złożyła go starannie i ułożyła w nogach łóżka. Przetrzepała również poduszkę, dokładnie trzy razy, i obróciła ją na drugą stronę, a potem podeszła do okna i otworzyła je na całą szerokość, co robiła każdego dnia, bez względu na panującą na zewnątrz pogodę.

Do sypialni oprócz świeżego powietrza głośną falą wdarły się odgłosy miasta, które nigdy nie zasypiało. Co prawda rozmowy nie docierały na szóste piętro, ale dla klaksonów, syren, pracujących silników taka odległość nie stanowiła problemu. A dla Jessiki były one codziennością, podobnie jak muzyka puszczana przez sąsiada mieszkającego dwa piętra wyżej, czy szczekanie psa sąsiadki. Biedny Apollo jak zawsze nie mógł się doprosić, by pani zechciała wreszcie go wyprowadzić na dwór.

Jessica jak zawsze policzyła do piętnastu z zamkniętymi oczkami, i lekko zmarszczonymi brewkami, po czym zamknęła okno i opuściła sypialnię… najpierw oczywiście otwierając jej zamknięte drzwi kluczem. Skierowała kroki do łazienki, słysząc ciche "brrrr" działającej już maszyny do kawy.

Złożona w kostkę piżama. Szybki, trwający dokładnie cztery minuty prysznic, bez moczenia włosów.
Każda rzecz odłożona tam, skąd została wzięta, zaraz po użyciu. Umycie ząbków elektryczną szczoteczką, użycie nici dentystycznej… Trzy minuty na doprowadzenie łazienki do idealnego porządku. Rzut oka, czy wszystko jest na swoim miejscu… szlafrok, klapki.

Następnie kawa w dłoń i jogurt, i marsz na balkon. 7 minut na krzesełku, pierwszy tego dnia posiłek. Jak co dzień, jak zawsze, jak od niepamiętnych czasów. Spoglądanie na miasto w milczeniu, czasem lekki grymas, gdy któryś z tuzinów odgłosów był dla niej jednak nieco za głośny.

Po mini-śniadaniu porządne ustawienie krzesełka i stolika i powrót do pokoju dziennego, połączonego z otwartą kuchnią. Kubek i łyżeczka do zmywarki, plastikowy kubeczek do śmietnika… zupełnie zbędne przetarcie szmatką płyty kuchennej, odłożenie szmatki na miejsce. Poprawienie jej o mikromilimetr, by prosto wisiała.

Spojrzenie na cykający zegar na ścianie, w cichym mieszkaniu… trzeba się szykować do pracy. Dezodorant, krem, lekki makijaż. W końcu i powrót do sypialni, wybór bielizny i ubioru, ze starannie posortowanej szafy, równie staranne położenie owych rzeczy na łóżku. Zmarszczenie brwi. Spódniczka krzywo leżała. Jessica ją podniosła obiema dłońmi, po czym ponownie, jeszcze bardziej ostrożnie położyła znowu na łóżko. Zmarszczone brewki zniknęły. Tak, teraz się mogła ubierać.

Zegar wskazywał 7:00, gdy Jessica opuściła mieszkanie, by po chwili wsiąść do nieco skrzypiącej windy, która niespiesznie zwiozła ją na pierwsze piętro. W windzie leżały jakieś papierki.
- Bydło… - Szepnęła blondynka z niesmakiem.

Na parterze Jessica skinęła głową portierowi, sprawdziła czas i opuściła budynek. Przejście przez ulicę po pasach, pokonanie jednej przecznicy (160m), i w końcu przystanek autobusowy...

7:12... 7:13... 7:14... 7:15... 7:16… 7:17.

Autobus linii 30 zatrzymał się z piskiem opon.


Jessica weszła jako pierwsza. Jak to się zwykle zdarzało, jeśli wiedziało się, gdzie stanąć.
Znajomy autobus, znajomy kierowca, paru znajomych-nieznajomych w środku. Wszystko jak co dzień, jak zawsze, jak od paru lat.
O 7:18 autobus ruszył. Był spóźniony 2 minuty. Jeszcze się nie denerwowała...

Przystanek, drugi, trzeci... ktoś wsiadł, paru ktosiów wysiadło... Wpatrywała się w okno, unikając kontaktu wzrokowego z innymi pasażerami. 16 minut później i 7 przystanków dalej, wysiadła. Skierowała swoje kroki do metra.

Linia A "Niebieska". W podziemnym przejściu grało kilku amatorskich grajków… mało kto zwracał na nich uwagę, choć były i osoby, które im wrzuciły do otwartego futerału jakieś drobne. Niemal każdy się spieszył, ona również. Nawet na grajków nie spojrzała, ich "jazgot" jej bowiem działał na nerwy… przyspieszyła niepotrzebnie kroku.

Bramki. Kilku znudzonych policjantów przy nich, pilnujący porządku, i dbający o to, by nikt owych bramek nie przeskakiwał, i nie podróżował na gapę. Zeskanowanie biletu miesięcznego, zielone światełko, bramka otwarta, wejście w dalszą część kompleksu metra… Peron.


Zegar powoli odmierzał czas - sekundy płynęły w miarę szybko, minuty - zdecydowanie wolniej.
Jessica cierpliwe czekała. Być może nie zamieniona w posąg, ale niemal się nie poruszała, jedynie od czasu do czasu zerkając na zegar i sprawdzając czas. I, jak zawsze, niemal nie zwracając uwagi na tych, co wraz z nią oczekiwali na przyjazd metra,
Ona nie patrzyła na nikogo, ale parę osób przyglądało jej się - od czasu do czasu. Fakt faktem - gwiazdą filmową ona nie była, na okładkach gazet ani nawet na ostatnich stronach brukowców nigdy się nie znalazła, i do tego ledwie 155 centymetrów wzrostu, ale ogólnie biorąc było na czym zawiesić oko.
Typek w skórzanej kurtce, nijak nie pasującej do aktualnej pory roku, bezczelnie gapił się na tyłek Jessiki. Stojący niedaleko niego urzędnik(?) w garniturze ogarniał spojrzeniem całą sylwetkę, a żująca gumę nastolatka z niezrozumiałą niechęcią obserwowała długi i gruby blond-warkocz Jessiki. Ta z kolei, z początku niczego nie świadoma, wpatrywała się w jeden z nowych plakatów, jakie porozwieszano w metrze. W pełni się z owym plakatem zgadzała… nagle przeszły ją dreszcze. Poczuła na sobie czyiś wzrok. Westchnęła. Szybko omiotła spojrzeniem okolicę z kamienną twarzą, po czym znowu wbiła wzrok w plakat. Dłoń na pasku torebki przewieszonej przez ramię została mocniej zaciśnięta. Palce drugiej dłoni zaś, ułożonej wzdłuż jej ciała, zaczęły się niespokojnie poruszać, i pocierać opuszkami o siebie… To ją uspokajało. I przywracało JEJ naturalny porządek świata.
- Te, mała, kopsnij szluga... - U boku Jessiki, jak spod ziemi, wyrósł 'uzbrojony' w gitarę typek, jeden z tych, co namiętnie lekceważyli wołające z plakatów napisy.
Jessica natomiast zlekceważyła intruza.
- Księżniczka.... - mruknął grajek, a słowo to zdecydowanie komplementem nie było. Obrócił się na pięcie i powędrował szukać hojniejszego darczyńcy. A Jessica musiała policzyć do dwudziestu...


Pociąg linii niebieskiej wjechał na peron z opóźnieniem tak niewielki, że zwróciła na to uwagę tylko Jessica. Ale dla niej ważna była każda sekunda, a co dopiero cała ich piętnastka… Metro zatrąbiło ostrzegawczo dla ludzi na peronie, a ona aż zacisnęła zęby, na chwilę sprężając się wewnętrznie. A przecież dźwięk był jej znany i nie powinien robić żadnego wrażenia. A jednak robił.
Drzwi wagonów otworzyły się, wypluwając na peron parę garści podróżnych, którzy ruszyli ku schodom, walcząc z falą tych, co w tym samym momencie usiłowali dostać się do środka.
Jessica w tym konflikcie udziału nie brała. Cierpliwie przeczekała starcie dwóch przeciwstawnych sił, a potem spokojnie weszła do wagonu.
Niestety, "jej" miejsce było zajęte przez okularnika z nosem niemal wbitym w ekran smartfona.

Usta ściągnięte w kreskę, przymrużone oczy. Dłoń mocno zaciskana na uchwycie, a serce walące w piersi. Wpatrywała się w "intruza" stojąc dwa kroki za nim, głęboko oddychając, i cała wprost drżąc wewnętrznie.
- "Jak on śmiał?? Dlaczego on tam siedzi?? Przecież to jej miejsce!! Co… co ona ma teraz zrobić? Co… teraz??" - Burza myśli szalała w jej głowie. Cały dzień dla Jessici został już przekreślony.

Niczego nie świadomy okularnik wysiadł dwa przystanki później, a Jessica opadła na opuszczone przez niego krzesełko z uczuciem królowej, która właśnie odzyskała swój tron.
Może jeszcze dało się coś ocalić? Może jest jeszcze jakaś szansa? Może świat nie zmierza ku ostatecznej katastrofie? Nie była pewna… ale raczej pozytywnych myśli nie miała.

….


Trzecia stacja, czwarta, piąta… Washington, Vernon, Slauson. Jak co dzień, jak zawsze, jak od wielu lat. Wpatrując się w szybę, nie zwracając uwagi na otaczające ją tłumy w porannej "Rush hour". Z torebką na kolanach, a na niej położonymi dłońmi. Wyprostowane plecy, złączone kolana i stopy, dosyć dziwna, wprost "sztywna" poza. Wyraz obojętności na twarzy... brak smartfona w dłoniach, czy nawet książki. Brak słuchawek w uszach. Jedynie spojrzenie wbite w szybę metro.

- Compton station! - wypluły z siebie głośniki, uprzejmie informując co poniektórych, że pora oderwać się od komórek czy rozmyślań, podnieść zadek z krzesła, zabrać bagaż i zająć miejsce jak najbliżej drzwi.
Doświadczeni podróżnicy nie rzucili się natychmiast do wyjścia, lecz Jessica wiedziała swoje. Strategiczne miejsce blisko wyjścia dawało pewność, że nacierający tłum nie wepchnie filigranowej blondynki w głąb wagonu, który poniósłby ją w obcy, niebezpieczny świat.

Idąc z tłumem przez peron, a następnie opuszczając stację ku wyjściu na "Main Street", poczuła zapach uryny. Skrzywiła się, i zadrżały jej usta… przyspieszył nieco jej oddech, a ona sama kroku. Po chwili była w końcu na świeżym powietrzu, i odetchnęła z ulgą. Jedynie na milisekundę.

Miejski jazgot, klaksony, rozmowy, śmiechy, dzwoniący telefon, jakaś muzyka… Miliony dźwięków do których nie była w stanie przywyknąć. Już od tak dawna, jak co dzień, jak od wielu lat.

8:07. Przejście dla pieszych. Światło zielone. Kolejne. Następne.
800 metrów.
Dziesięć, jedenaście minut niezbyt szybkiego marszu.
I wreszcie znajomy gmach.


"Sąd wyższej instancji Kalifornii. Hrabstwo Los Angeles. Sąd Compton".


Jessica zwolniła kroku… trochę jakby się uspokoiła. Dwa radiowozy, ZAWSZE stojące na placu, funkcjonariusze w nich, znudzonym wzrokiem obserwujący pieszych. Jak co dzień, jak zawsze, jak od paru lat. Ledwie kilkaset metrów w bok siedziba Szeryfa, a obok Ratusz. Duży parking, trochę zieleni, mały park, palmy…

Po (niepotrzebnym)kontrolnym zerknięciu na zegarek na nadgarstku, skierowała swoje kroki w stronę parku. Tam o tej porze zawsze stał ze swoim rowero-wózkiem Ahmed, obwoźny sprzedawca kawy, pączków, i paru innych słodkości. Jego kawa smakowała Jessice.

Nie tylko jej zresztą, dlatego też przy wózku Ahmeda kręciło się zwykle parę osób. To jednak Jessice nie przeszkadzało. Jakoś zdołała się przyzwyczaić.
Ahmed uśmiechnął się na widok stałej klientki i bez pytania podał jej kubek kawy - czarnej, bez mleka i cukru, takiej, jaką najbardziej lubiła.
- Ciasteczko? - spytał.
To była ich odwieczna zabawa. Pytanie i przecząca odpowiedź. I z pewnością byłby bardziej zaskoczony niż Jessica, gdyby ta nagle powiedziała TAK. Ale Jessica nigdy nie miała w planach takiej ekstrawagancji.

W końcu zapłaciła, wydusiła z siebie uśmiech, oddaliła, i usiadła na ławeczce w parku, blisko sądu. Ostatnie minuty przed wejściem do środka, ostatnie chwile spokoju… jak co dzień, jak zawsze, jak od paru lat.



Jessica Johnson, lat 28.
Protokolantka sądowa.
Samotna.
Autystyczna.
 
Kerm jest offline  
Stary 03-07-2021, 00:38   #2
 
Buka's Avatar
 
Za każdym razem, gdy Jessica opuszczała miejsce pracy, miała mieszane uczucia. Z jednej strony pozytywne, iż kolejny dzień pracy za sobą, wreszcie można do domciu, odprężyć się… z drugiej strony - zależnie jednak od dnia - bardzo negatywne, wyniesione z sali sądowej, od samego przebywania z oskarżonym w tym samym pomieszczeniu. A trafiali się różni, jednak wszyscy "dużego kalibru": Mogul budowlany, oskarżony o milionowe oszustwa. Groźni przestępcy, napadający na banki. Mordercy, gwałciciele, handlarze narkotyków...

O godzinie 16:30 uciec od tego wszystkiego, zostawić za sobą. Nie słuchać już co, kto, i jak, komu zrobił, i dlaczego… przebić się przez miejską dżunglę, zamknąć za sobą drzwi, i schować się w swojej oazie, w swym uporządkowanym do milimetra świecie.


Opuściła "swoje" piętro jako jedna z ostatnich, unikając w ten sposób tłoku w windzie i jednej z koleżanek, która miała zwyczaj zbyt wylewnego (zdaniem Jessici) żegnania się ze znajomymi.
Czterdzieści siedem kroków od windy do wyjścia, trzy stopnie w dół... i wreszcie mogła odetchnąć, a tylko minimalne skrzywienie ust świadczyło o tym, że miejski gwar jest dla niej równie dokuczliwy, jak rankiem. Ale świadomość, iż ta męczarnia wkrótce się skończy, działała jak balsam na jej łaknącą porządku duszę.

Ahmeda przy przewoźnym kramiku z różnościami już nie było - jego miejsce zajęła jakaś kobieta, której umiejętności parzenia kawy do pięt nie dorastały arabowi. Jessica raz spróbowała i nie zamierzała doznać kolejnego rozczarowania. Wolała cierpliwie poczekać. A cierpliwości nieco było jej potrzeba, bowiem droga powrotna bynajmniej nie była usłana różami, a osoby, które zajmowały się miejską komunikacją w ogóle, a rozkładami jazdy w szczególności, jakoś nie raczyły pomyśleć o wygodzie tych, co po skończeniu pracy musieli wrócić do domu.
To trzeba było czekać, aż światło łaskawie zmieni się na zielone, tam trzeba było odstać, oczekując na metro, a kierowcy popołudniowych autobusów jakimś dziwnym trafem o planowanych przyjazdach najwyraźniej nie słyszeli.

Czerwone światło...
Sznur samochodów przejeżdżał parę kroków przed oczami Jessici, ta jednak niemal ich nie dostrzegała. Spoglądała przed siebie. I skoro dziś środa, skierowała swoje kroki do "Silverlake Ramen", praktycznie w zasięgu wzroku miejsca jej zamieszkania. Azjaci potrafili przyrządzić dobre jedzenie…

~

Po kilku minutach maszerowała już dumnie chodnikiem, niosąc siateczkę z "Miseczką kurczaka Karaage"(przysmażony po japońsku kurczak, sos Teryaki, sos Aioli, Zielona cebulka, i ryż oblany alpinią purpuratą). Ależ się na to cieszyła… ale na zewnątrz, obojętna, zimna maska.

Zanim weszła do mieszkania, stała przed własnymi drzwiami, nasłuchując, i spoglądając w prawo i lewo po korytarzu. Nikogo nie było. Tu i tam, zwykłe(denerwujące) odgłosy sąsiadów. Szybkie wejście, wprost zatrzaśnięcie za sobą drzwi. Zamknięcie jednego zamka, drugiego, trzeciego. Łańcuszek, rygiel… odetchnęła z ulgą.

Ściągnęła butki metodą "noga o nogę", po czym przesunęła je stopą w rajtuzach na odpowiednie miejsce… skierowała kroki do dużego stołu jadalnego. Postawiła na nim jedzenie, ściągnęła żakiet i przewiesiła na jednym z oparć krzeseł. Spojrzała w kierunku drzwi. Zmarszczyła brewki. Wróciła do butów, przyklęknęła na jednym kolanie. Przesunęła oba, o centymetr w przód, i w lewo. Teraz pasowało.

W mieszkaniu Jessici panowała cisza, przerywana jedynie cykaniem zegara na ścianie… i dźwiękami dochodzącymi zza uchylonych "na kipę" drzwi balkonowych.

Ściągnęła spódniczkę, i położyła ją ostrożnie na tym samym krześle, gdzie wisiał żakiet. Następnie rajstopy, które zaniosła do łazienki, do kosza na pranie. W końcu i ściągnęła białą koszulę, przewieszając przez żakiet.

Z lodówki butelka zimnej wody mineralnej, szklanka, umycie rąk. Rozpakowanie jedzenia, natychmiastowe pozbycie się śmieci, znowu umycie rąk. Włączyła TV. Nie patrzyła nawet, na jakim jest on kanale, ani co akurat tam leci.

Usiadła do stołu w samym podkoszulku i majtkach. Dzisiaj słyszała przez przypadek w radiu, że były 37 stopnie… no to były. W mieszkaniu pracowała automatycznie ustawiona klimatyzacja, włączana na 20 minut przed jej powrotem.
- Smacznego - Powiedziała sama do siebie, po czym zaczęła jeść jeden ze swoich ulubionych posiłków.


"Miseczka" była dość spora, ale rozprawienie się z jej zawartością nie zajęło Jessice zbyt wiele czasu.
Pusty pojemnik trafił do kosza, widelec natychmiast został umyty, wytarty i powędrował do szuflady, do swych braci-bliźniaków, a potem Jessica uruchomiła maszynkę do kawy. Po kolejnym umyciu, i dokładnym wytarciu rąk, zaczęła czyścić szczotką żakiet i spódniczkę, by móc je jutro ponownie założyć do pracy. W tle nadal leciał telewizor.

- "...Edgar Jackson został dzisiaj skazany na 90 lat więzienia, za brutalne zabójstwa dwóch nastolatek…" - Mówił ulizany dziennikarz, a Jessica zamarła w pół ruchu.

Wróciły z ogromną siłą wspomnienia dzisiejszego dnia, i sali rozpraw. Edgar Jackson, rudy, 22 letni chłopak, z obojętnym wyrazem twarzy, i zimnym spojrzeniem. Pobił brutalnie 15-latkę, zgwałcił, a następnie udusił. Z 18 latką postąpił podobnie… tą jednak najpierw udusił, a dopiero potem zgwałcił.

Szczotka wypadła z dłoni, lądując na podłodze, a w oczach Jessici pojawiły się łzy. To była bestia w ludzkiej skórze, to był zimny, wyrachowany morderca. Bez cienia współczucia, bez litości… blondynka zaczęła szybko oddychać. Edgar Jackson był złym człowiekiem. Powinien za swoje czyny umrzeć. Zero litości. Tak jak on, swoim ofiarom.

Nigdy nie przynosiła swej pracy do domu, do swojej oazy spokoju i bezpieczeństwa... a tu nagle praca brutalnie wdarła się do jej mieszkania, nie zważając na zamki i zasuwy..
Wyłączyła telewizor, a potem, zapomniawszy o szczotce, podeszła do drzwi balkonowych i szeroko je otworzyła. Na oścież, by zatrute przez Edgara Jacksona powietrze jak najszybciej się oczyściło.
Wyszła na balkon, oparła dłonie na poręczy, a potem zaczęła głęboko oddychać, by oczyścić płuca, by resztki Edgara rozpłynęły się w miejskim powietrzu.
Wdech, wydech, wdech, wydech, brzydko jej się odbiło. A świat trochę zawirował przed oczami, i... nagle Jessica zdała sobie sprawę, że jest na balkonie praktycznie tylko w bieliźnie. Spłoszona tym faktem, uciekła do środka. Ze zmarszczonymi brewkami odkryła szczotkę leżącą na podłodze. Podniosła ją, schowała, podobnie jak swój strój roboczy…

Musiała się jakoś uspokoić. Skierować myśli na inny tor, zapomnieć dzisiejsze wydarzenia, które przy najmniejszym bodźcu, wprost ją powalały. Skierowała kroki do sypialni, do nocnej szafeczki przy łóżku. Wyciągnęła stamtąd małe pudełko, a w nim…


Jej lekarka należała do mądrych osób. Uważała że nie należy faszerować organizmu różnymi sztucznościami, że środki naturalne, roślinne, są o wiele lepsze.
Więc zapisała je. Na kartę medyczną.
Wystarczyło zapalić, wciągnąć w płuca nieco niosącego spokój dymu. A potem kolejny haust... i następny...
Serce powoli uspokajało się, skołatane nerwy zwolna wracały do normy...
Spokój… siedziała na krzesełku balkonowym, nie przejmując się już "nieodpowiednim" strojem.


- Jessica?
- Jessica?
- Jessica?!

Przez przyjemną mgłę, oddzielającą Jessikę do wrogiego, nieuporządkowanego świat, przedarł się nagle czyjś głos. Było w nim coś dziwnie znajomego, ale Jessica w pierwszej chwili nie potrafiła z nikim go skojarzyć.
Zła na intruza, nie pozwalającego rozkoszować się spokojem, spojrzała w stronę głosu intruza.
- Jessica? Jessica? Wszystko w porządku? Jessica? Jessica...
Upierdliwy głos nie ustępował, nie pozwalał się zignorować.

Michael Davis. Wysoki blondyn, lat 31. Informatyk. Kawaler. Mieszkanie 1208.


- Uhhh…. - Westchnęła z rezygnacją blondynka. Po chwìli zaś, wsunęła dłoń ze skrętem w szparę parawaniku, specjalnie zamontowanego dla zapewnienia choć minimum prywatności na wspólnym, dzielonym na dwa mieszkania balkonie…
- Oooo... - W głosie Michaela zabrzmiało zdziwienie, ale skręt od razu został przejęty.
- Tchnienie niebios... - powiedział po chwili. A po kolejnej joint ponownie pojawił się w szczelinie.
- Yhym… - Mruknęła Jessica, wpatrując się w metropolię, i powoli zachodzące nad nią słońce. Sama machnęła dwa razy(po uprzednim wytarciu końcówki "ustnej" w podkoszulek), i znowu podała Michaelowi… który natychmiast przejął 'pałeczkę'. Tym razem jednak nie spieszył się aż tak z jej oddaniem.
- Boskie... - powiedział. A ona podciągnęła kolana pod brodę, stawiając pięty na krześle, i objęła własne nogi rękami. Coś… coś w niej znowu "pękało".
- Czy… czy uważasz, że źli ludzie powinni zostać ukarani? - Wypaliła nagle, ni z dupy, ni z kupy.
W szparze natychmiast pojawił się joint. Najwyraźniej Michael zorientował się, że coś jest nie w porządku. Takie pytanie nijak nie pasowało do jego sąsiadki.
- Zło powinno zostać ukarane - odparł po chwili. - Czyli źli ludzie też. Ale ty nie jesteś zła... - dodał natychmiast.

Ciche parsknięcie.

Później wzdychnięcie.

- Ech Michael…

Zapomniała o kawie.







.
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD

Ostatnio edytowane przez Buka : 03-07-2021 o 11:44.
Buka jest offline  
Stary 04-07-2021, 16:52   #3
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Czwartek
"Dzień -1"




Biiip... biiip... biiip...

Ta sama rutyna.

Te same czynności, ten sam czas.

Posłanie łóżka, przewietrzenie sypialni, poranny prysznic, mycie zębów, kawa i jogurt na balkonie. Później makijaż i inne zabiegi kosmetyczne, ubranie się, wyjście z mieszkania o 7:00.

Tym razem śmieci leżały na korytarzu, w pobliżu zsypu. Kartony po pizzach, jakieś kubki, papierki, wszystko walało się tam po podłodze…
- Świnie.

~ ~ ~


Autobus linii 30 spóźniał się 4 minuty. Cztery minuty. Każda z nich powodowała u Jessici coraz bardziej narastającą panikę, którą zauważyło nawet kilka osób na przystanku. Zrobili nawet od niej kroczek w tył… tak na wszelki wypadek.

Drżące ramionka, przyspieszony oddech, obie dłonie mocno zaciskające się na pasku torebki. Do tego jednak ta nieruchoma poza, i kamienny wyraz twarzy, z jedynie "ognistym" wzrokiem wbitym w kierunku, skąd miał nadjechać autobus…
- Spóźni się jeszcze trzy minuty.
- Dolar, że o pięć.
Dwaj młodziankowie robili zakłady podgrzewając atmosferę, za nic sobie mając powagę sprawy. Na takie niepoważne podejście do zagadnienia Jessica zareagowała mocniejszym zaciśnięciem ust, które zamieniły się w wąską kreskę.

Sześciominutowe spóźnienie...

Tym razem nikt się nie pchał, bowiem przyszli pasażerowi traktowali Jessicę jak tykającą bombę. Jedynie dowcipni młodzieńcy, gdzieś za plecami głównej bohaterki tego dramatu, zaczęli się przerzucać jakimiś uwagami, których treść na szczęście ginęła w ogólnym hałasie zanim mogła dotrzeć do uszu zainteresowanej.

Jeden przystanek, drugi...

Kierowca zachowywał się tak, jakby czas nie istniał, a punktualność była słowem występującym tylko w słownikach. I nie zauważał bladości twarzy jednej z pasażerek, która była coraz bardziej pewna, że pociąg linii Blue odjedzie jej sprzed nosa, a ona sama spóźni się do pracy.
Tępym wzrokiem spoglądała przed siebie, a jedyną myślą, jaka krążyła w jej głowie, było coraz bardziej przerażone "spóźnię się... spóźnię się... spóźnię się..."
Jeszcze zanim autobus podjechał do przystanku, gdzie miała wysiąść, Jessica stała już przy drzwiach, wyczekując momentu ich otwarcia, by wybiec na zewnątrz. Tak też uczyniła, gdy w końcu autobus się zatrzymał, a drzwi otwarły.
- Przepraszam! Przepraszam! - Jakoś była w stanie z siebie wydusić, lawirując między ludźmi…

Najgorsze były światła na przejściach dla pieszych. Musiała na nich czekać, ruch był bowiem tak duży, iż nie było mowy o przebiegnięciu przez ulicę. Ale kusiło.


Pędem do metra… raz się nawet poślizgnęła na schodach, zjechała po dwóch butami, przytrzymując się w ostatniej chwili poręczy. Mało brakowało, a wyłożyłaby się jak długa, obijając dupę i plecy… parę osób i tak zwróciło uwagę, nawet się z niej naśmiewając pod nosami.

Wpadła zziajana na peron… pod czujnym spojrzeniem dwóch policjantów. Były 2 minuty do odjazdu i metro już stało!. Czuła, że jest spocona, zwłaszcza pod pachami. Nic a nic jej się to nie podobało. Jak ona teraz, taka śmierdząca, ma pracować…

Świat walił się na jej oczach, a jakimś dziwnym trafem nikt prócz niej tego nie zauważał, wszyscy byli ślepi i głusi.
Pierwsze fale "metrowiczów" już się przewaliły i tylko parę osób jeszcze stało na peronie. Ale i oni już pakowali się do środka.
Spanikowana Jessica nie szukała już 'swojego' wagonu. Nie namyślając się zbytnio ruszyła w stronę najbliższego wejścia, gnana obawą, że w dniu tak pełnym niepowodzeń kolejne może nastąpić w każdej chwili.

W wagonie znalazła się, gdy zegar zaczął odliczać ostatnie 60 sekund.
Złapała za poręcz z siłą i zapałem rozbitka łapiącego koło ratunkowe. To, że może oddychać, uświadomiła sobie, gdy drzwi się zamknęły i metro ruszyło… i po paru chwilach pożałowała, że oddycha nosem. Oprócz denerwujących dźwięków, rozmów, śmiechów, płaczącego dziecka(?), i całej masy przygniatających ją odgłosów, poczuła smród. Niemyte ciała, oddechy ludzi, mieszanka tuzinów różnych perfumów, wszystko to ją otaczało, wraz z owym tłumem wśród którego stała. Zrobiło jej się trochę niedobrze… wraz z kolejnymi stacjami, z wsiadającymi i wysiadającymi pasażerami, Jessica przesunęła się nieco w wagonie, i znalazła przy jednym z okien, wciąż stojąc.

Sięgnęła do torebki, wyciągnęła małe, beczułkowate opakowanie. Xanax. Antydepresant, przepisany na takie chwile… odgryzła pół tabletki, połknęła popijając malutką buteleczką wody, jaką i w owej torebce również miała…


Jakiejś większej reakcji nie było. To było Los Angeles. Tu można było zobaczyć krowę na środku ulicy czy Spidermana aresztowanego przez policję. No... może wokół niej zrobiło się na chwilkę odrobinę więcej miejsca. Mimo wszystko nazwa Xanax wywierała pewne wrażenie, a nikt nie mógł wiedzieć, czy blondyneczka w torebce nie nosi czegoś bardziej niebezpiecznego, niż buteleczka tabletek.

Kolejna stacja, i kolejna… trochę bolały ją już nogi od stania. Tabletka zaczęła jednak działać, było trochę lepiej. Wpatrywała się w okno, rozmyślając o tym, jak w pracy będzie musiała przetrzeć pachy mokrymi chusteczkami… być może i nie tylko pachy.

Nagle poczuła czyjąś łapę na swoim tyłku, i serce podeszło jej do gardła. Zesztywniała, niczym posąg. Być może krzyknęłaby, gdyby szok nie odebrał jej oddechu.
Posągi z natury nie reagują na bodźce zewnętrzne, obojętne na wszystko. Jessika obojętna nie była, krew zamarzała jej w żyłach, ale bezruch obrócił się przeciwko niej, bowiem zachęcone brakiem reakcji łapsko obmacywało w najlepsze jej tyłek... i pozostawało dziękować wszystkim bogom, że nie nosiła mini.
- Może tak mały numerek? - Poczuła na szyi i uchu czyjś gorący, pachnący tanim winem oddech. Zadrżała na całym ciele, przerażona wizjami dalszych…"kontaktów" i w końcu jakimś cudem przemogła swój paraliż wywołany strachem, robiąc pół kroczku do przodu. W stronę szyby. Ale ta męska świnia nie ustępowała, po chwili znowu był przy niej, i…
- Mała, pokażę ci kilka ciekawych rzeczy... - obiecywał głos. Jedno łapsko ponownie zaczęło obmacywać tyłek panny Johnson, a drugie... spoczęło na jej biodrze i ruszyło w górę, w poszukiwaniu kolejnych, jeszcze ciekawszych krągłości. - Widzę, że masz ochotę... - Obleśny szept zabrzmiał w jej uszach, a usta blondynki zadrżały. Wreszcie, sama nie wiedząc, skąd wzięła na to siły, i jak przemogła paraliżujący ją strach… dała kuksańca łokciem. Pierwszy, słabiutki. Drugi, już mocniejszy…
- Compton station! - rozbrzmiało w całym wagonie.
Jessica, niczym współczesna Galatea, ożyła i, przepychając się w bok, wśród pasażerów, ruszyła do wyjścia, chcąc jak najszybciej wydostać się z więzienia, jakim niespodziewanie stał się wagon metra. Nie spojrzała ani razu w kierunku swojego napastnika…

~ ~ ~


Była jeszcze długi czas zdenerwowana, i obecna-półprzytomna. Stację opuściła praktycznie na "automacie", idąc tam gdzie zawsze, jak co dzień, jak zawsze, jak od wielu lat…

Na jednym z przejść dla pieszych, chciała nawet wejść na czerwonym świetle, co wywołało pisk opon paru aut, i przeszywające do szpiku kości trąbienie.
- Patrz jak leziesz durna cipo!! - Wrzasnął ktoś z jednego z pojazdów.
Nie zareagowała nawet skrzywieniem ust. Nie podziękowała też uczynnej duszyczce, która w ostatniej chwili chwyciła ja za ramię i powstrzymała przed zrobieniem samobójczego kroku. Ledwo światło zmieniło się na zielone, ruszyła przez jezdnię, zdolna zmieść każdą przeszkodę, jak pojawiłaby jej na drodze.

Byle dalej, byle szybciej... zostawić daleko za sobą stację i metro. Do Ahmeda nie odezwała się ani słowem, płacąc dwa dolce za kawę, i nie czekając na resztę. On z kolei, widząc jej minę, i dzisiejszy, całkowity brak ochoty na cokolwiek, nawet sobie darował pytanie o ciastko.

Jessica usiadła na ławce w parku, trzymając kubek kawy w obu dłoniach na swych kolanach, wpatrując się w budynek sądu.

Wreszcie wstała. Nawet nie myśląc o tym co robi, wyrzuciła do kosza kubek z połową zawartości, po czym ruszyła w stronę Compton Court.

Trzy stopnie, hol… kontrola przepustki przez security, przejście przez bramkę wykrywania metalu, przepuszczenie torebki przez maszynę rentgenowską… jak co dzień, jak zawsze, jak od wielu lat.

Ledwo znalazła się na swoim piętrze skręciła w stronę ubikacji, dostępnych tylko dla personelu. Musiała z siebie zmyć wszystkie ślady pechowego początku dnia.
Do idealnego stanu było baaardzo daleko, ale gdy Jessica wreszcie ponownie znalazła się na korytarzu, dla zwykłego obserwatora jej wygląd nie odbiegał od tego, do czego przyzwyczaili się wszyscy spotykający się z nią każdego dnia. Ale nieco sztywny chód i ręka kurczowo zaciśnięta na pasku torebki dobitnie świadczyły o tym, że z Jessicą coś się dzieje. I że nie jest to nic dobrego. Do biura wkroczyła już opanowana, perfekcyjna, wprost idealna.
Jak zawsze.
 
Kerm jest offline  
Stary 04-07-2021, 17:55   #4
 
Buka's Avatar
 
Tym razem miasto postanowiło zlitować się nad jedną z jego mieszkanek - zielone światła zapalały się ledwo Jessica zbliżała się do krawężnika, w metrze mogła zająć ulubione miejsce, a autobus nie kazał na siebie czekać dłużej, niż dwie minuty.

Przed powrotem do domu zahaczyła o "D-Town Burger Bar", gdzie wzięła na wynos Burgera z indyka z frytkami i spritem(9.50$ ), po czym już poszła prosto do siebie…

Ta sama rutyna, te same czynności, ten sam czas. Zjadła posiłek, chwilę odsapnęła na kanapie, przejrzała pocztę ze skrzynki w holu na parterze. Wszystko posprzątała.

Następnie prysznic, i skoro dziś czwartek, rozplątała również swój gruby warkocz, po czym umyła włosy… następnie je wysuszyła suszarką, wyszczotkowała, i związała frotką w luźny koński ogon.

W końcu wyciągnęła i smartfona. Wybrała odpowiednią osobę (z raptem 7 na liście kontaktów), po czym napisała wiadomość:
"Mogę przyjść o 19?"

Odpowiedź przyszła po 5 minutach.
"Ok. Ale 19:20"

Jessica zmarszczyła brewki. Te 20 minut burzyło porządek jej świata, ale co miała zrobić. Westchnęła.
Będzie musiała teraz zrobić pranie, a kolację zjeść o dziesiątej , a nie o dziewiątej trzydzieści.
Westchnęła raz jeszcze, po czym wkroczyła do łazienki.
Bielizna, rajstopy, biała koszula, druga... Każdą dokładnie obejrzała, usiłując wypatrzyć jakiekolwiek nieprawidłowości. Włożyła wszystko do pralki, dołożyła kapsułkę, starannie zamknęła wieko pralki i włączyła odpowiedni program. Przez chwilę uważnie słuchała, czy pralka nie zamierza się zbuntować, a potem wróciła do salonu.
Sprawdziła czas - miała jeszcze 23 minuty. Stojąc przed zegarem na ścianie w salonie, jej lewa dłoń, jej palce zaczęły znowu pocierać o siebie opuszkami. Jessica stała niczym posąg, wpatrzona w tykające wskazówki… póki nie miała w końcu 22 minut do spotkania. Wtedy dopiero znowu się ruszyła.

Napiła się trochę zimnej wody z lodówki, po czym przepłukała szklankę i odstawiła ją do suszarki, a butelkę wody oczywiście na powrót do lodówki.

Skierowała swoje kroczki na balkon, zabierając ze sobą telefon, kładąc go na stoliczku. Usiadła na krzesełku, położyła dłonie na swoje kolana, po czym wpatrywała się w miasto, pozwalając, by ciepłe promienie słońca rozgrzewały jej twarz. Byłoby miło, gdyby tylko nie te wszędobylskie odgłosy z każdej strony…

Ciche cyknięcie ustawionego wcześniej alarmu sprawiło, że Jessica odetchnęła głęboko, zabrała telefon i, wyłączając alarm, zebrała się do wyjścia. Adidasy na bose stopy, spodnie dresowe, sportowy biustonosz i koszulka… malutki plecaczek, a w nim klapki, portfel, telefon, szczotka do włosów, i po chwili klucze od mieszkania. To teraz windą 6 pięter wyżej...

Była na miejscu dwie minuty za wcześnie.
Cierpliwie czekała na korytarzu przy drzwiach windy, by piętnaście sekund przed umówionym terminem ruszyć w stronę mieszkania numer 1813. W końcu zapukała.

Rose Sullivan, 25 lat, pracuje (ponoć) w biurze, plotki głoszą, że lubi kobiety.


- Hej, Jessica. - Rose uśmiechnęła się na powitanie i szeroko otworzyła drzwi.
Jessica odpowiedziała uśmiechem.
- Hej, Rose - powiedziała, nie odrywając wzroku od brunetki. Podobały jej się włosy Rose. Były długie i ładnie kręcone, te "fale" działały na Jessicę uspokajająco...

Weszła do środka, zamknięto drzwi, zaryglowano, po czym blondynka zmieniła buty na klapki, a te pierwsze starannie ustawiła na podłodze. Rose była boso. Paznokcie stóp miała pomalowane na czarny kolor.

Obie ruszyły do salonu, by Jessica tam usiadła na krześle, a Rose mogła zapleść jej warkocz… lubiła ją, ale nie lubiła chaosu i bałaganu panującego w jej mieszkaniu. Dobrze, że chociaż radio było nieco przyciszone.

Idąc te kilka kroków do celu, Jessica spojrzała nagle w prawo, i zamarła w pół kroku. Nie były same. Przez otwarte drzwi sypialni widziała farbowaną blondynkę, siedzącą na łóżku Rose. Owa wytatuowana blondynka zawiązywała właśnie sznureczki bardzo odważnego topu, który najwyraźniej nosiła bez stanika. Do tego jej krótkie spodenki jeszcze nie do końca były prawidłowo założone. Czy… czy one obie miały wcześniej seks??


- Ummm… - Jessica spiekła buraka, odwróciła wzrok, po czym potuptała do krzesełka i na nie ciężko opadła. Była zdenerwowana, a serce łomotało jej w piersiach. Nie lubiła nietypowych rzeczy, nie lubiła nieplanowanych rzeczy. Znowu został zakłócony jej porządek i ich kolej.
Gospodyni zadawała się nic nie zauważać, nie skomentowała sytuacji ani jednym słowem..

Po chwili w salonie zjawiła się i nieznajoma. Rose je sobie przedstawiła:
- Jessy, to jest Cassy. Cassy, to jest Jessy…
- Jessica - Poprawiła ją, wymuszając uśmiech.
- Hi - Odparła Cassy (Cassandra?) ze słodkim uśmieszkiem, po czym boso ruszyła do kuchni Rose, i po chwili wróciła stamtąd z jakąś flaszką alkoholu i trzema szklankami - Drinka? - Spytała, ale Jessica pokręciła przecząco głową. Wreszcie wytatuowana ze szklaneczką jakiś procentów w dłoni udała się na balkon, gdzie zapaliła papierosa, i zaczęła bawić się swoim telefonem…
Jessica spróbowała wyrzucić z pamięci obraz blondynki i myśli o tym, co działo się w sypialni... i nie do końca jej się to udawało. Najchętniej wstałaby i uciekła, ale...
Wyciągnęła z plecaczka szczotkę i podała ją stojącej za nią Rose. Sama ściągnęła frotkę, uwalniając włosy, po czym nałożyła ją sobie na nadgarstek.
- M… myłaś… ręce…? - Wydusiła z siebie Jessica, na granicy słyszalności.
Pytanie zadano chyba po raz tysięczny, więc nie zaskoczyło Rose, która uśmiechnęła się lekko. Czego Jessica, patrząca prosto przed siebie, zauważyć nie mogła.
- Tak, oczywiście - odpowiedziała.
Od nieproszonych myśli, co te palce mogły wcześniej robić w sypialni, uratował Jessicę delikatny zapach mydła, oznaczający jedno - Rose mówiła prawdę. Pojawiło się więc minimalne skinienie głowy Jessici, gospodyni przystąpiła więc do delikatnego rozczesywania, i układania jej włosów, by zapleść nowy, gruby warkocz… a sama Jessica zamknęła oczy, próbując się odprężyć. Tylko ten śmierdzący papieros z balkonu trochę to utrudniał.
Przeklęty skunks, pomyślała Jessica, starając się oddychać jak najpłycej. I zaczęła powoli liczyć od jeden do stu... a potem od stu w dół.
Trochę pomogło. Podobnie jak znajomy dotyk szczotki. Powolny, delikatny, usuwający wewnętrzne napięcie. Mogłaby tak siedzieć godzinami… po paru minutach nastąpił jednak koniec, i Rose zabrała się za warkocz. Starała się być delikatną, jednak raz, czy dwa, pociągnęła trochę za mocno.
- Ajć.
- Przepraszam.
- Nic się nie stało…

To była ich cała rozmowa, za każdym razem, co drugi-trzeci dzień. Żadnego small-talku, żadnych babskich ploteczek. 10 minut milczenia w trakcie zaplatania warkocza… Rose się nauczyła obchodzić z Jessicą, i obie jakoś się dogadywały. I za każdym razem, za te parę minut pracy, zostawiała jej 5 dolców, których ta nie chciała przyjąć, ale w końcu przyjmowała. Taka była ta ich sąsiedzka znajomość… obecnie mocno zburzona pojawieniem się w ich poukładanych rytuałach "tej trzeciej".

- Za trzy dni? - upewniła się Rose.
- Za trzy dni - potwierdziła Jessica.
Tradycyjna rozmowa tuż przed pożegnaniem. Zmieniała się tylko liczba - w czwartki były to trzy dni, w niedziele i wtorki - dwa.
Tak było od 5 ponad lat, trzy razy w tygodniu. 50 tygodni w roku. Z jedynym wyjątkiem, gdy Rose wyjeżdżała na urlop. Wtedy Jessica musiała iść do fryzjera...
- Do zobaczenia... Cassy! - Gospodyni rzuciła w stronę palaczki.
- Narka… - Rozległo się do Jessici z balkonu. Ta zaś, spoglądała na twarz Rose, i na jej piękne włosy… Z wątłą nadzieją, że nie spotkają się już z wytatuowaną nigdy więcej.
- Do zobaczenia, Rose - Uśmiechnęła się do swojej "fryzjerki" nawet sympatycznie - Narka… - Dodała cicho Jessica, i w końcu opuściła mieszkanie sąsiadki.

Z westchnieniem ulgi weszła do kabiny windy i oparła się o ścianę, nawet nie myśląc o tym, że czystość tej ściany pozostawia wiele do życzenia. Na szczęście gdy przekroczyła próg swego mieszkania niemal zapomniała o wytatuowanej.
Zamknęła drzwi - zamek, kolejny, kolejny, łańcuszek, rygiel... I wreszcie cisza, zakłócana tylko tykaniem zegara.

19:50

Ale tykanie oznaczało, że wszystko jest w porządku… przebrała się w sportowe legginsy. Taki biustonosz już na sobie miała. Zmniejszyła klimę aż na 18 stopni, do smartfona podłączyła słuchawki, po czym wskoczyła na stojący w rogu salonu cross-trainer. Punktualnie o 20:00 rozpoczęła swój mały fitness… nie chodziła do centrum na dachu. Za dużo ludzi, za dużo ich smrodu, ich potu na maszynach. Czyszczenie tych maszyn trwało za długo, i przyciągało do niej niechętne spojrzenia mieszkańców… czasem wprost nienawistne?

Trenowała dokładnie do 21:00. A podkręcona klima ograniczała jej pocenie się, co było dla Jessici dobrą rzeczą. Skoro bowiem zimno, to tym bardziej się trzeba ruszać… a potem prysznic. Oczywiście bez mycia już głowy.

Kolację - w postaci własnoręcznie zrobionej sałatki - jak zawsze o tej porze roku, zjadła na balkonie. Uczynny zegar pokazywał 22:14, gdy skończyła posiłek. Minutę później wstała, by wrócić do kuchni i do końca posprzątać po kolacji. Poskładała również pranie, które z pralki znalazło się w suszarce… aż w końcu i w odpowiednich szafkach.
A potem mycie zębów, staranne, jak zawsze.
O 23:30 zamknęła sypialnię na klucz, zgasiła światło, i położyła się do łóżka.

O dziwo, mimo niezbyt fortunnych zdarzeń, jakie spotkały ją tego dnia, sen nadszedł niemal natychmiast.

***

Jechała metrem. Ku jej miłemu zaskoczeniu wagon był prawie lśniący od czystości. I prawie pusty. Jedynym współpasażerem był mężczyzna w sportowym garniturze, wyglądającego jakby pół życia spędził na siłowni. A mimo tego garnitur leżał na nim jak ulany.
Podświadomość Jessici odnotowała ten fakt, a sama dziewczyna usiadła przy oknie, patrząc w kierunku jazdy. Na moment przymknęła oczy, wsłuchując się w znane, niezbyt głośne odgłosy, jakie wydawał pędzący wagon.
- Może tak mały numerek? - usłyszała i natychmiast otworzyła oczy.
Otworzyła oczy i zerwała się na równe nogi. Nim zdążyła się obejrzeć poczuła, jak męskie łapsko chwyta ją za tyłek.
Skamieniała ze strachu i oburzenia, nie mogąc nawet pisnąć, gdy drugie łapsko spoczęło na jej ramieniu.
- Pokażę ci parę ciekawych rzeczy... - szeptał obleśny głos. Dłonie popchnęły ją ku szybie, w którą pacnęła biustem i brzuchem. Została tam przytrzymana, przygnieciona do owej szyby… czuła śmierdzący oddech na swoim karku, i na uchu. Silna dłoń na ramieniu, druga na pośladku, trzymały ją mocno, dotykały, macały przez ubranie. A ona wprost się dusiła ze strachu, nie będąc w stanie ani nic powiedzieć, ani zrobić.
Dłoń na ramieniu znudziła się zajmowaną pozycją i przesunęła się w przód, z powolną złośliwością zmierzając w stronę biustu.
- Masz fajną dupcię, mała... - Usłyszała wątpliwej jakości komplement. - A jakie nosisz majteczki? No pokaż... - Brzmiało w tym raczej polecenie, a nie prośba.
Jessica chciała coś powiedzieć, coś zrobić, pokiwać przecząco głową… jednak nic. Nie dało się zrobić nic. A wtedy ta łapa na jej piersiach, jednym ruchem rozerwała jej bluzeczkę, jej podkoszulek, i jej biustonosz, odsłaniając piersi, które zetknęły się z zimną szybą.

Metro dojechało na peron. Tłum ludzi. Tłum ludzi wpatrywał się z durnymi uśmiechami w półnagą Jessicę z cyckami rozpłaszczonymi na szybie… i zaczęli nawet robić zdjęcia. A potem, jakby nic, ów tłum wsiadł do wagonu, i metro ruszyło dalej.

I nikt, nikt nie zwracał uwagi, na to co się z nią dalej działo. Rozmawiali ze sobą, bawili swoimi smartfonami, zupełnie jakby ona, i jej oprawca nie istnieli.

Tłum nie przejmował się Jessicą, typ od obleśnego głosu nie przejmował się tłumem. Spoczywająca na tyłku łapa ściągnęła, niemal zdarła z Jessiki spódnicę, ukazując wszystkim zainteresowanym koronkowe, niewiele zasłaniające majteczki.

- Będzie niezła pamiątka, dupciu.

Sugestia była jednoznaczna.

Tłum nagle zniknął. Znów byli sami w wagonie. Majtki Jessici zostały z niej zerwane. A ona wrzasnęła…


***

...Budząc się zlana potem we własnym łóżku. Skołowana, rozejrzała się w półmrocznym pomieszczeniu, gotowa wyszarpać komuś oczy.

4:22

Skryła twarz w dłoniach, i zaszlochała, zwijając się w kłębek na łóżku. Nie umiała już zasnąć aż do rana, tępo wpatrując się w żaluzje okna, za którymi powoli wstawało słońce, i rozpoczynał się nowy dzień.






.
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD
Buka jest offline  
Stary 05-07-2021, 20:49   #5
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Piątek (13-go)
"Dzień 0
"



Biiip... biiip... biiip...

Jessici w sypialni jednak już nie było.

Pomieszczenie zostało przewietrzone, a pościel poskładana. Ząbki umyte, prysznica jednak jeszcze nie brała.

Ona sama, siedziała zaś już dawno na balkonie, z nieco podkrążonymi oczami. Nadal w koszuli nocnej, choć owinięta kocem, z bosymi stopami podciągniętymi na krzesło, miała opartą brodę na swych kolanach, a ręce owinięte wokół nóg. Na stoliczku obok stała do połowy wypita już kawa, oraz pojemniczek Xanaxu.

Wzięła całą tabletkę.

Oczy z powiększonymi źrenicami wpatrywały się w miasto, ale właściwie to w jeden bliżej nieokreślony punkt… Jessica po prostu patrzyła się w dal. Bez celu, bez sensu.

Biiip... biiip... biiip…

6:05


To był tylko sen. To był tylko sen, tylko koszmar spłatany przez jej umysł. Naprawdę przecież się obroniła przed molestowaniem, zadała cios łokciem, i gnida sobie poszła.

Biiip... biiip... biiip...

6:10


Musiała się ruszyć. Przemóc swą niechęć do życia, do kolejnego dnia pełnego ostrych dla jej umysłu dźwięków, do tego całego cyrku, w jakim brała udział, do wyścigu śmierdzących szczurów, do… bycia owieczką prowadzoną na rzeź.

Stuknęła kilka razy czołem o własne kolana. Musi-bum. Się-bum. Ruszyć-bum. Już!

To będzie dobry dzień, to będzie dobry dzień…

Prysznic. Jogurt. Druga kawa. Makijaż zasłaniający nieco podkrążone oczy. Szybkie posprzątanie czego trzeba.

Tabletka działała w pełni.

To będzie dobry dzień…

~ ~ ~


Brak wiary w sen nie oznaczał powrotu całkowitego zaufania do metra w całości, a podróżujących nim pasażerów w szczególe. Protokolantka sądowa nie zarabiała jednak tyle, by móc rozbijać się po mieście taksówkami. Znajomych z samochodami Jessica nie posiadała, ale istniała jeszcze jedna opcja. Uber. Było szybciej niż metrem i taniej niż taksówką. Wystarczyło dać ogłoszenie, a potem z grona zgłoszeń wybrać odpowiedniego kierowcę.
Najlepiej kobietę.



Lucy Scott pojawiła się przed blokiem z minutowym wyprzedzeniem. Nieco starsza, uśmiechnięta pani, chyba Latynoska...
- Panna Johnson? - spytała, uchylając okno pasażera.
Jessica ograniczyła się do skinienia głową, po czym usiadła na prawym, tylnym siedzeniu.
- Dzień dobry - wydusiła w końcu z siebie.
- Dobry, a będzie nawet jeszcze lepszy - zapewniła Lucy.
- Z pewnością... - Jessica usiadła dość sztywno i zapięła pasy.
Ruszyli.

Lucy trzymała się przepisów równie sztywno, jak Jessica siedziała na swoim miejscu - jedna mogłaby służyć za wzór porządnego kierowcy, druga - za marmurową rzeźbę. Z tym, że rzeźby nie mrugały i nie oddychały.
- Sąd Compton, huh? Przeskrobałaś coś? - Lucy zerknęła we wsteczne lusterko na Jessicę.
- Uhh… nie… ja tam… pracuję… - Padła w końcu odpowiedź.
- Taaaka młoda prawniczka? No co ty! - Powiedziała wesołym tonem Lucy.

A Jessica się uśmiechnęła.

- Nie… ja tam w biurach… - Odpowiedziała.
- Huuh-huuuh, kiedyś pewnie i tak nią zostaniesz - Lucy pokręciła tak płynnie głową, jak to robią właśnie starsze mulatki, lub czarnoskóre, a blondynka znowu się lekko uśmiechnęła. Lek działał z potężną dawką. Czy ten dzień naprawdę będzie "lepszy"?

Przed budynkiem sądu samochód zjawił się o parę minut wcześniej, niż się tego Jessica spodziewała.

8:00


- Dziękuję bardzo - powiedziała Jessica wysiadając, i wręczyła jeszcze Lucy dwa dolary napiwku.
- Trzymaj się złotko! - Padła miła odpowiedź, i Lucy odjechała.
Jessica odprowadziła wzrokiem samochód Lucy, a potem rozejrzała się by sprawdzić, czy wszystko na tym świecie znajduje się na właściwym miejscu.
Budynek sądu, dwa radiowozy, palmy, park. I Ahmed ze swoim rowero-wózkiem.

Podeszła do sprzedawcy z lekkim uśmiechem na twarzy. To był dla niego pierwszy szok. Zamówiła kawę… i z krótkim chichotem poprosiła o ciastko. Ahmed zaniemówił. Zamrugał parę razy, jakby nie wiedział, czy to sen, czy jawa.
- Ciastko? - powtórzył z wyraźnym niedowierzaniem w głosie. - Tak, tak, już daję...
Wręczył Jessice kubek i papierową torebkę z ciastkiem. Po uiszczeniu opłaty, Jessica kiwnęła do niego lekko głową.
- Miłego dnia.
- Yyyy… tobie również… panienko - Ahmed wykonał gest dłonią, dotykając palcami okolic serca, ust, a potem czoła, na końcu lekko "wypuszczając" swoją dłoń w kierunku Jessici. Był to religijny znak pokoju, chyba od Muzułmanów, tyle blondynka wiedziała…

Usiadła w końcu na "swojej" ławce, po czym zabrała się za kawę i ciastko. Dodatkowa porcja cukru nieco ją po chwili pobudziła, lekko usuwając zmęczenie, i uboczne efekty Xanaxu. Rozglądała się trochę po okolicy, pod wpływem leków będąc chwilowo niczym inna osoba. Uśmiechała się…

~ ~ ~


Rozprawa mijała za rozprawą, stosy papierów to rosły, to malały. Uśmiech Jessici powoli przyblakł, lecz uważny obserwator mógł go jeszcze dostrzec. Gdyby, oczywiście, ktokolwiek zainteresował się bliżej malutką protokolantką. Tych od zainteresowań było jednak niewielu, a tylko jeden zdecydował się rzucić "świetnie wyglądasz" pod jej adresem. To jednak nie spotkało się z nadmiernym entuzjazmem ze strony skomplementowanej, która odpłaciła się jedynie leciutkim skinieniem głowy.

I wtedy nadszedł ten cios.

Derek Tollefson, lat 35. Wysoki, szpakowaty ogrodnik. Nigdy nie karany, nigdy w rejestrze policyjnym. Zadźgał nożem swoją 6-letnią córeczkę, swojego 2-miesięcznego syna, a następnie własną żonę. Wyszedł z domu na ulicę, i wrzeszczał coś o demonach. Musiało go obezwładnić 7 policjantów.

Siedział na sali z obojętnym wzrokiem, wpatrując się gdzieś w podłogę, nie reagując praktycznie na nic… od czasu do czasu, rzucał jednak spojrzenie, od którego robiło się Jessice słabo.

Spojrzała w końcu na sędzinę błagającym wzrokiem. Ta zrozumiała.
- 15 minut przerwy! - Młoteczek stuknął kilka razy.

Kolejna tabletka Xanaxu.

~ ~ ~


- Sąd najwyższy stanu Kalifornia, skazuje Dereka Tollefsona na potrójny wyrok dożywotni. Niech pana ma Bóg w opiece…

Bam. Bam. Bam.

Za każdym uderzeniem młoteczka, pierwszy raz w życiu Jessicę przechodziły dreszcze. A Derek się uśmiechał, skuwany kajdankami. Uśmiechał się tak… niepokojąco.

~ ~ ~


Nie umiała się już skupić na praktycznie niczym do 16:30. Coś niby w biurze robiła… jednak nie robiła. Przekładała papiery z prawej na lewą, z lewej na prawą. Segregowała, kiwała głową, iż robi to źle, układała na nowo.

Gdyby nie ta wcześniejsza dawka Xanaxu, pewnie by się tu "rozpadła"... zdecydowanie była już otępiona lekiem, przynajmniej jednak nic w niej wewnętrznie nie szalało. Jeszcze kwadrans, za chwilę weekend…

Skinieniem głowy pożegnała wychodzące koleżanki. Zamknęła szafkę z dokumentami, rozejrzała się dookoła sprawdzając, czy wszystko jest na swoim miejscu, potem chwyciła torebkę i wyszła.
Winda.
Hol.
Wyjście.
Trzy schody.
110 metrów do przejścia dla pieszych.
Światło czerwone.

Ruszyła przed siebie ledwo światła zmieniły się na zielone.

Samochód, który nagle wyskoczył zza rogu nawet nie próbował hamować. Wprost przeciwnie - kierowca dodał gazu. A Jessica znalazła się wśród tych, którzy nie zdążyli zejść mu z drogi.

Jackson Coleman, lat 24. Uciekał właśnie po dokonaniu napadu na sklep, mimo iż nie goniła go jeszcze policja…


Uderzył autem w nogi Jessici, łamiąc je obie, wraz z lewym biodrem. Siłą rozpędu, mała blondyneczka została rzucona na przednią szybę pędzącego auta, którą rozbiła głową. Przeturlała się bezwładnie po dachu, gubiąc i bucik, po czym niczym jakaś bezwładna kukiełka, w końcu z okropnym mlaśnięciem wylądowała na ulicy, łamiąc obojczyk, prawą rękę, i stopę pozbawioną obuwia.

Auto nie zwolniło nawet na sekundę, a wszystko trwało może właśnie dwie.

Krzyki przerażenia przechodniów.

Nie czuła nic. Jedynie jej oczy spowijała coraz większa ciemność.

- Jezu, taka młoda…
- Zabił ją…
- Ile krwi, zaraz się porzygam…
- Heh, zesikała się.

W finałowym momencie, gdy całun ciemności już prawie całkowicie odebrał ostatni zmysł Jessici, ta poczuła, jakby… coś ją dotknęło. Coś okropnie lodowatego dotknęło jej zmasakrowanego ciała.


 
Kerm jest offline  
Stary 17-07-2021, 23:25   #6
 
Buka's Avatar
 
Martin Luther Jr. Hospital
Kostnica


Godzina…?

Ciało Jessici leżało na noszach, przykryte prześcieradłem, w zimnym, oświetlonym na czerwono(przy zamkniętych drzwiach) pomieszczeniu, wraz z kilkunastoma innymi. Na dużym palcu blondynki znajdowała się kartka, z datą i godziną zgonu… zamiast jednak jej imienia widniał napis "Jane Doe". Tak nazywano nieznane osoby.
Dlaczego była bezimiennymi zwłokami? Ktoś na miejscu wypadku zaopiekował się na chwilkę jej torebką, kradnąc portfel…


Ciało Jessici poderwało się nagle gwałtownie do pozycji siedzącej, a dłonie zerwały z twarzy prześcieradło. Chrapliwy, pierwszy oddech, gdy płuca ponownie zaczerpnęły powietrza, rozległ się w cichym pomieszczeniu kostnicy… a po nim szloch.

Przerażona, roztrzęsiona blondyneczka, rozglądała się wokół, drżąc na całym, nagim ciele. Ciele, które nie miało już najmniejszego śladu okropnego wypadku. Z każdą sekundą, z każdym kolejnym oddechem, z sercem chcącym wyskoczyć z piersi, docierało do niej powoli co się stało, i gdzie jest.

Obiema dłońmi zatkała sobie usta, już nie szlochając, a płacząc i wprost kwiląc. To był jakiś koszmar, to był… horror. Tuziny myśli wypełniły jej umysł, często sprzeczne ze sobą, chaotyczne, poważne i błahe. Była przerażona, była przerażona jak jeszcze nigdy w życiu. Nie wiedziała co robić, siedząc tak, naga pod prześcieradłem, wśród innych trupów.

Z wszelkich rozmyślań, i ogólnego szoku, wyrwał ją nagle okropny zgrzyt wielkich, metalowych drzwi wejściowych, które automatycznie przesunęły się w bok, gdy ktoś je otworzył, a Jessica… pod wpływem impulsu pacnęła plecami na nosze, przykrywając się ponownie prześcieradłem.

Przez chwilę nic się nie działo, lecz wreszcie wszechobecną ciszę przerwał męski głos.
- Dzisiaj mamy luz - usłyszała blondynka. - Gdyby nie ten wypadek, nie mielibyśmy nic do roboty.
- Ten, czyli który? - Drugi głos zdawał się zbytnio nie przejmować takim drobiazgiem, jak wypadek, w którym ktoś zginął. Nie pierwszy raz, nie ostatni. Wszak było to duże miasto.

Kroki dwóch osób, skrzypienie kółek. Wieźli kolejnego nieboszczyka? Rumor zamykanych za nimi, automatycznych drzwi kostnicy.

- Jakiś kretyn wjechał w tłum ludzi na przejściu. Jatka... Osiem ofiar, połowa trafiła do nas, reszta parę pięter wyżej.
- A, ten... coś słyszałem. - "Drugi" przyjął liczbę dość obojętnie. - Coś ciekawego ci się trafiło?
- W zasadzie tak... - "Pierwszy" odpowiedział po pewnej przerwie, urozmaicanej skrzypieniem kółek. - Taka filigranowa blondyneczka, warkocz prawie do tyłka. Ma zajebiste cycuszki. Chcesz zobaczyć?
- Jasne. Fajnych cycków nigdy za dużo, hehe. Gdzie leży?

Usta przerażonej, schowanej pod prześcieradłem Jessici zadrżały, a z szeroko rozwartych oczu poleciały łzy. Nie wiedziała co robić, po prostu nie wiedziała. Poderwać się, powiedzieć im "ja żyję?!". Zrobi się burdel nie z tej ziemi, nie opuści szpitala bez policji, jeśli w ogóle. Udawać martwą i pozwolić im na… nie, to też nie był najlepszy pomysł, przywołujący wewnętrznie odruch wymiotny. Co robić…

Kroki zbliżały się. Niezbyt szybko, ale nieubłaganie.
Jessica zacisnęła usta i oczy, z cichą nadzieją, że tamci najwyżej rzucą okiem i sobie pójdą, że nie przyjdzie im do głowy nic gorszego...

Ponowny zgrzyt drzwi zagłuszył wszystko i blondynka zamarła, zastanawiając się, jakie kolejne nieszczęście na nią spadnie...
- Chłopaki, chcecie zajarać? Mam coś ciekawego... - W nowym głosie zabrzmiała wyraźna obietnica.
- No dobra... mamy dziesięć minut - stwierdził pierwszy głos.
- Ja też. A cycki nie uciekną - dorzucił drugi.
- Jakie cycki? Znowu jakieś dupy wam się marzą? - Nowy wydawał się rozbawiony. - Żywych do macania nie macie?
Zgrzyt zamykanych drzwi zagłuszył odpowiedź.

Jessica przetarła oczy, po czym ponownie usiadła na noszach, wpatrując się w te przeklęte drzwi. Musiała uciekać. Gdy jej bose stopy dotknęły lodowatej podłogi, aż zaszczękała zębami. Kartka na dużym palcu ją uwierała… ściągnęła ją i położyła na noszach. Owinęła się prześcieradłem, niczym jakimś wielkim ręcznikiem, innej możliwości nie było.

Spojrzała znowu na drzwi.

Po chwili wahania zabrała kartę ze sobą, trzymając ją w lewej dłoni, po czym powoli ruszyła ku wyjściu z kostnicy… a jej umysł krzyczał alarmowo z każdym krokiem, stawianym w tym miejscu.


"Dostaniesz grzybicy!! Szpitalnych bakterii! Trzeba będzie amputować stopy!"

Potrząsnęła głową, próbując pozbyć się tych myśli… duży, metalowy przycisk na bocznej ścianie, otwierający te wielkie, hałaśliwe drzwi. A co za nimi? Tego nie wiedziała, ale musiała uciekać. Z łomoczącym w piersi sercem stuknęła dłonią w przycisk.

Drzwi ani drgnęły.
Czyżby budowniczowie tego miejsca uważali,że kto raz tu wszedł, powinien pozostać tu na wieki?
Czym prędzej wyrzuciła z głowy bzdurną myśl i ponownie nacisnęła przycisk, dla odmiany znacznie mocniej. Tym razem mechanizm posłuchał i drzwi zaczęły się rozsuwać. Ze zgrzytem, który obudziłby umarłego, na domiar złego tak powoli, jakby robiły na złość wpatrującej się w nie blondynce. Szpara między drzwiami a futryną zrobiła się w końcu na tyle duża, że Jessica zdołała się przez nią przecisnąć.
Znalazła się na długim korytarzu, i zdecydowanie w piwnicach. Po prawej stronie, jakieś 20 metrów dalej, były otwarte drzwi z napisem "exit", prowadzące ku wolności… ale była tam i tabliczka na ścianie "warrant" oznaczająca biuro strażnika(?), albo i jakiejś ogólnej informacji… Jessica nie mogła tak po prostu wyjść, półnaga, owinięta jedynie prześcieradłem, security w życiu jej na to nie pozwoli. Króciutko szlochnęła, po czym zerknęła w lewo. Pusty korytarz, ciągnący się chyba i następne 100 metrów, masa drzwi, i nad jednymi z nich kolejna tabliczka. "Staff", a więc personel… tylko czy to była ich przebieralnia, czy może jakaś mała kanciapa, gdzie mógł ktoś akurat przebywać? Nie miała innej możliwości, potuptała tam.

Szła. Metr za metrem, Drzwi były coraz bliżej, a w głowie pojawiła się obawa, że do kostnicy wrócą panowie tak bardzo zainteresowani kształtem i rozmiarem jej biustu. Musieliby być naćpani do granic niemożliwości, by przegapić fakt, iż interesujące ich zwłoki zniknęły. Jeśli więc chciała uciec, to musiała się pospieszyć.

Wreszcie dotarła do drzwi, które otworzyły się gdy tylko nacisnęła na klamkę. Przebieralnie z masą szafek. Zerknęła do środka i nie zauważyła nikogo. Przekroczyła próg i zaczęła nerwowo szukać jakiejś otwartej szafki, wchodząc między ich rzędy, i łudząc się, że taką znajdzie. I nagle…


- Uhhhh - Zerknęły obie na siebie. Brunetka nieco zaskoczona, blondynka - przerażona.
- Woda… ciepła? - Spytała nieznajoma, przyglądając się odrobinkę podejrzliwie Jessice. A ta, nie wiedząc co powiedzieć, po prostu pokiwała potakująco głową.
"Idź stąd, idź sobie", błagała jednocześnie w myślach. "No idź..."

I nagle stał się cud... Brunetka wyciągnęła z szafki ręcznik, zarzuciła go na ramię i, zamknąwszy szafkę udała się pod prysznice(?). A Jessica stała tam przez chwilę lekko zaskoczona, i mrugająca oczkami. Wróciła po chwili do dalszego przeszukiwania szafek, i w końcu znalazła jedną otwartą. Wewnątrz zaś, szpitalny uniform i białe adidasy… i było to wszystko kobiece! W jednym z butów znalazła zaś pęk kluczy, również z jednym do auta. Zmarszczyła jednak brwi, i pokręciła głową. Nie, kluczy nie weźmie.

Umyła na szybko stopy w umywalce, korzystając z mydełka w podajniku, po czym się ubrała. Bez skarpetek, bez bielizny, no cóż, niestety… karteczkę własnego zgonu schowała do kieszeni. Po chwili namysłu postanowiła nie wyrzucać jeszcze prześcieradła. Złożyła je w pół, po czym przerzuciła sobie przez lewe ramię. W ten sposób miała zamiar zamaskować brak identyfikatora, jaki każdy pracownik szpitala powinien mieć przypięty na lewej piersi. Odetchnęła głęboko, po czym skierowała się prosto ku upragnionemu wyjściu z tych piwnic…

Jej przewidywania były słuszne - w kanciapie, przy wyjściu, siedział strażnik, który - wbrew obiegowym opiniom - nie czytał gazety, nie gapił się na ekran komórki, nie drzemał. Obrzucił przechodzącą Jessicę znudzonym spojrzeniem, a potem ponownie spojrzał na ekran monitora.
Blondynka nie zatrzymała się nawet na moment. Jedynie zerknęła w kierunku strażnika, idąc dalej, ku wyjściu ze szpitala.
Ku wolności.
Nie było do niej aż tak blisko, jakby chciała, ale najważniejsza przeszkoda była za nią.

Godzina była późna, o czym poinformował Jessicę zegar na parkingu. Z tych paru kręcących się tam osób nikt nie zwrócił uwagi na niewysoką blondynkę w uniformie pracownika szpitala.
Krok, drugi, trzeci... i wreszcie znalazła się poza terenem szpitala. I odetchnęła nocnym powietrzem miasta.

Zmierzchało już… i była 22:03. Ale jaki dzień?? Tego jeszcze nie wiedziała… odwróciła się na chwilę, spoglądając na szpital, i czytając jego wielką nazwę na jednej ze ścian. Przeszły ją dreszcze, i odetchnęła głęboko. W końcu ruszyła przed siebie, po drodze niekontrolowanie pocierając opuszkami palców. Była zdenerwowana…

***

Na szczęście wiedziała, w jakiej części miasta się znajduje. Szpital, którego progi niedawno opuściła, nie znajdował się gdzieś na peryferiach miasta. Wprost przeciwnie. Nawet wiedziała, jak stąd dotrzeć do domu, ale wędrówka nocą, przez miasto, na piechotę... na to nie miała sił. Musiała dotrzeć do stacji metra, a Linia Niebieska zawiezie ją do domu. Prawie. Bo potem zostanie jeszcze kawałek drogi autobusem 51.

Odetchnęła głęboko, po czym ruszyła w stronę Rosa Parks Station, przez którą to stację przejeżdżała każdego dnia - od poniedziałku do piątku. Musiała iść ze szpitala dobry kwadrans… kwadrans cholernymi ulicami Los Angeles, o tak późnej porze.

Powiadają, że wielkie miasta nie śpią nigdy,a Jessica mogła się o tym przekonać na własne oczy. Co prawda tłumów nie było, ale o czymś takim, jak puste ulice nawet nie można było myśleć. Tu i ówdzie minęła jakąś grupkę osób, tam mignął jakiś ledwo trzymający się na nogach pijaczek, gdzieś w cieniu schował się jakiś włóczęga, ulicą powoli przejechał radiowóz. Nikt jednak nie zainteresował się wędrującą ulicami samotną "pracownicę szpitala". Strój był rozpoznawalny przez wielu, jednak nie było to niezwykłością na ulicy. Wiele osób chodziło i w roboczym ubiorze do - lub z - szpitala.
Do chwili, gdy dotarła do stacji metra.


Policjanci, stojący na stacji metra, byli na tyle znudzeni nic-nie-robieniem, że natychmiast zainteresowali się "medyczką", rozglądającą się dookoła niezbyt pewnym wzrokiem. Jessica bowiem dopiero teraz zdała sobie sprawę, że przecież nie ma przy sobie ani biletu miesięcznego, ani portfela, a w pożyczonym uniformie nie było nawet złamanego centa…

Czarnoskóry oficer natychmiast podszedł do niewysokiej blondynki.
- Czy coś się stało... Ma'am? - spytał, bacznie przyglądając się swej "ofierze".
- Ja… umm… ja… - Jessica podrapała się nerwowo po ramieniu - Ja… znaczy mnie… okradli w szpitalu… nie mam nic. A chciałam... do domu… - Wydukała, a w jej oczkach pojawiły się łzy, których za bardzo specjalnie wymuszać w sumie nie musiała.
W dłoni policjanta, jak za sprawą magicznej różdżki, pojawił się notes.
- Muszę sporządzić notatkę - powiedział.
Uśmiechnął się do swej rozmówczyni. Być może miał to być uśmiech uspokajający, ale błysk białych zębów skojarzył Jessice raczej z… rekinem, szykującym się do jej pożarcia.
- Uch… ja… ja już to w szpitalu zgłosiłam, już spisali… - Odparła z ponownie zaczynającym szaleństwa w piersi sercem.
- Tak, tak... - powiedział policjant. - W porządku... zaraz sprawdzimy...
Brzmiało to tak, jakby po raz setny powtarzał wyuczoną formułkę.
- Nazwisko...? - Długopis zawisł nad notesem. Zanim jednak Jessica cokolwiek powiedziała, przysłuchujący się wszystkiemu drugi policjant, również postanowił się odezwać.
- A jaki to szpital?
- Martin Luther King Junior... - Odparła blondynka.
- O! Tam robi moja siostra! Znasz Amandę, pielęgniarkę z oddziału trzeciego? - Ożywił się mężczyzna.
- A kto… jej nie zna… - Jessica postanowiła iść na całość, minimalnie się uśmiechając. "Biały" oficer wydał jej się sympatyczniejszy… bardziej… ludzki.
- Hehe - Zaśmiał się krótko na wzmiankę o siostrze-pielęgniarce, co to ponoć ją wszyscy znają - A ty to…?
- Jessica. Jessica z… radiologii - Skłamała blondynka, pocąc się, i będąc chyba blisko zawału.
"Ja chcę do domu… puścicie mnie? No przecież nic nie zrobiłam… chcę do domu…" - Kołatało jej w umyśle.
- Niech pani idzie, panno Jessico - powiedział nagle ten "biały". - Może jeszcze się spotkamy, w przyjemniejszych okolicznościach.
"Czarny" skrzywił się, mruknął coś w stylu "domorosły podrywacz" ale schował notes i machnął ręką, by Jessica przeszła przez bramkę, którą otworzył "biały".
- Dziękuję… - Szepnęła Jessica, po czym szybko się od obu policjantów oddaliła...

***

Jechała metrem A linii niebieskiej przez 18 minut, wpatrując się głównie w podłogę wagonu. Przez dłuższą chwilę odpoczynku, i 7 przystanków, jakie musiała pokonać, miała czas, zastanowić się, dlaczego to wszystko jej się przytrafiło… Jessica nie wymyśliła jednak nic sensownego. Za to znowu pojawiły się jej tiki nerwowe w postaci palców lewej dłoni, pocierających opuszkami o siebie, przez całe 18 minut! Do tego doszło i podrygiwanie prawej nogi, oraz nieme poruszanie ustami…
Paru pasażerów zwróciło na to uwagę, lecz prócz paru uważnych spojrzeń nie było żadnej reakcji. Najwyraźniej nikt nie chciał się narażać komuś, kto w oczywisty sposób miał jakieś psychiczne kłopoty.

Na San Pedro St Station w końcu wysiadła, po czym przeszła się kawałek na przystanek autobusowy… a tam kompletna klapa. Kierowca nie chciał jej zabrać i tyle. Nie, nie, nie, nie ma biletu, nie ma jazdy.
- Przecież mnie pan zna... - wydusiła z siebie. - Proszę…
I nie zadziałało. Drzwi zamknęły się jej przed nosem, a autobus odjechał, pozostawiając po sobie tylko spaliny.
W oczach Jessici stanęły łzy. Brak biletu, brak karty miesięcznej, brak durnych 2 dolarów. Zamiast 8 minut jazdy autobusem, i pokonania 10 przystanków, nie pozostało jej nic innego, jak iść na piechotę… 34 minuty.

~

Była zmęczona, była głodna, była tym wszystkim zrozpaczona. Gdy dochodziła do swojego bloku, była 23:30.
Nocny portier obrzucił blondynkę zdziwionym spojrzeniem, ale bez słowa wpuścił ją do środka. A nawet pożegnał ją w miarę uprzejmym "Dobrej nocy".
Winda stała na parterze i, gościnnie, otworzyła przed Jessicą swe podwoje, ukazując niezbyt czyste wnętrze. Tym razem Jessica nawet nie mrugnęła okiem, a epitety pod adresem zaśmiecających wszystko mieszkańców pozostały ukryte. Bardzo głęboko ukryte.

Winda zatrzymała się, a Jessica niemal biegiem ruszyła w stronę swego mieszkania. Chciała jak najszybciej zrzucić z siebie cudze ubranie i strumieniem gorącej wody zmyć z siebie trudy całego feralnego dnia. Stojąc przed swoimi drzwiami, rozejrzała się w prawo i lewo, i… zamarła z dłonią wyciągniętą w kierunku drzwi. Przecież ona nie miała kluczy.

Cofnęła się w tył, ze łzami napływającymi do oczu, wpatrzona w swoje "1207", aż w końcu natrafiła plecami na ścianę. Schowała twarz w dłoniach, zsunęła się po ścianie, i zaczęła szlochać.

Po długiej, bardzo długiej chwili łzy przestały płynąć. Co wcale nie znaczyło, że myśli Jessici stały się choćby odrobinę mniej ponure, bowiem wizja spędzenia nocy na korytarzu zdecydowanie do wesołych nie należała. No ale dokąd miała iść? Do Rose? Stosunki między nimi nie były na tyle bliskie, by mogła się wprosić do swej "fryzjerki" na całą noc. Nie mówiąc już o tym, że myśl o kolejnym spotkaniu z Cassy przejmowała ją niesmakiem. I może miałaby spać z tamtą dwójką...? To już wolała podłogę na tym korytarzu.

Drzwi mieszkania 1208 nagle się otworzyły. Pojawił się w nich Michael, spoglądając ze zdziwieniem na Jessicę.
- Jednak dobrze słyszałem… co się stało, jak ty wyglądasz? - Przyklęknął przy niej na jednym kolanie.
- Ja… okradli mnie… nie mam kluczy… - Wymamrotała blondynka, wpatrując się we własne-nie własne buty.
- Chodź, chodź... nie będziemy tu siedzieć - zaproponował Michael. - Wejdziemy do mnie i coś wymyślimy. No chodź - powtórzył, chcąc do końca przełamać opory swojej sąsiadki.
- Ech… - Wzdrygnęła się, w sumie chyba niezauważalnie, po czym z markotną miną dała zaprowadzić do mieszkania Michaela…
- Siadaj i opowiadaj... -Chłopak wskazał fotel, a potem wyciągnął z barku butelkę wina. - Napijesz się?
Nie czekając na odpowiedź nalał do dwóch kieliszków. Podał jeden z nich Jessice.
- Opowiadaj - powtórzył. A blondynka siedziała w owym fotelu bardzo sztywno, wpatrując się dziwnym wzrokiem w kieliszek z alkoholem we własnej dłoni… pokiwała przecząco głową, i w końcu ponownie spojrzała na Michaela.
- Nie masz wody? - Spytała wysuszonymi ustami.
Michael uniósł wzrok ku sufitowi, ale spełnił prośbę i po chwili przed Jessicą pojawiła się szklanka wody, którą blondynka szybko wypiła, na dwa razy. Głęboko westchnęła, po czym drżącą dłonią zaczesała kosmyk włosów za ucho.
- Jak mam wejść do mieszkania? - Zaskomlała.
- Moglibyśmy wezwać ślusarza... - zaproponował, nieco nieśmiało, Michael.
- Nie chcę żeby było "głośno" z taką sprawą… - Jessica spojrzała na drzwi balkonowe sąsiada.
"W tym domu pojęcie 'głośno' nie istnieje", pomyślał, ale skinął głową z udawanym zrozumieniem.
- Chcesz wejść... przez balkon? - spytał z wyraźnym niedowierzaniem.

Blondynka przeniosła wzrok na Michaela.
- Balkon! - Poderwała się z miejsca. Zostawiała przecież zawsze uchylone drzwi by wietrzyć!
- Tak, balkon - Jessica przytaknęła.
Michael przez moment się zastanawiał. Przegroda między balkonami była dość wysoka, ale od biedy górą dałoby się przejść.
- W takimi razie przejdę górą i otworzę ci drzwi od środka - powiedział.
- Ja przejdę - Jessica ruszyła na owy balkon z zaciętą miną, widząc jej zdeterminowanie Michael usunął się z drogi.
- Podsadzę cię - zaproponował, gdy zobaczył, jak dziewczyna przysuwa krzesło do dzielącej balkony ścianki i zaczyna się na nie gramolić. Na szóstym piętrze.
- Ok - Padła krótka odpowiedź.
Jessica rozpoczęła więc wspinaczkę, by po chwili poczuć na... swoim tyłku(!) dłonie Michaela, który najwyraźniej uznał, że takim sposobem pomoże swej sąsiadce dotrzeć na sam szczyt. Przegrody.
A może łączył pożyteczne z przyjemnym??

Blondynka wprost zatrzęsła się z oburzenia, zaciskając mocno zęby… normalnie powinna jemu teraz jakoś dać kopa, jednak była zbyt zajęta pokonywaniem przeszkody, uważaniem by nie fiknąć w bok, i zostać mokrą plamą na samym dole budynku, a i jednocześnie, by nie przelecieć na twarz na własną połówkę balkonu…
"Puszczaj zboczeńcu!" - Przemknęło jej jednak w końcu przez głowę... i poczuła, że nacisk dłoni Michaela niebezpiecznie zelżał. Zachwiała się, nagle pozbawiona głównej podpory. Krótko pisnęła, i w końcu poleciała w przód, na łeb na szyję. Próbowała się czegoś złapać dłonią z boku, choćby bliskiej(akurat) poręczy balkonu… spadając, obróciła się na plecy, wpadła nimi na własne krzesło, nogą przygrzmociła w stolik, zdarła skórę na ręce do krwi… narobiła rabanu w cholerę. A potem, leżąc tam tak w tym całym chaosie, zaczęła znowu płakać, poraniona w wielu miejscach.
- Jessica?! Jessica?! - usłyszała przerażony głos Michaela. - Jessica, żyjesz??

- Co się tam kurwa wyrabia?? - Wydarł się ktoś z innego balkonu.

- Uch… ałłłł… ałaaa… szloch, szloch… nie… nic mi nie jest… - Odezwała się w końcu Jessica, powoli jakoś wstając. Chyba sobie nic nie złamała. Kulejąc, zbliżyła się do własnych uchylonych drzwi balkonowych, po czym wściekła wepchnęła rękę w szparę, i po chwili męczarni z klamką je w końcu otworzyła. Co prawda nie tak, jak należało, i drzwi teraz wisiały pod dziwnym kątem, ale były otwarte.
- Dzięki za pomoc… dobranoc… - Powiedziała w końcu do Michaela.
- Nie trzeba ci pomóc? - spytał znacznie już ciszej Michael. - W razie czego jestem u siebie. Wystarczy, że zadzwonisz... - zaoferował po raz kolejny swą pomoc.
- Ok - Usłyszał jeszcze, nim Jessica zamknęła za sobą swoje drzwi balkonowe…


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=QpR8_Onc9ho&list=LL&index=4[/MEDIA]
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD
Buka jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 02:02.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168