Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 11-01-2008, 18:20   #1
 
Dogen's Avatar
 
[Nowy Świat Mroku] Krew na chodniku

Eva Davis
Eva była już strasznie zmęczona. Zresztą nie pamięta czasów, kiedy była naprawdę wypoczęta, a przede wszystkim szczęśliwa. Jejku, to było tak dawno, że wrażenie pełni życia dawno już przeminęło.
Wyprosiła delikatnie, jak tylko potrafiła, ostatnich ochlaptusów z baru, co przyszło jej z niejaką trudnością i zamknęła drzwi. Rozejrzała się po sali.
No, no, dzisiaj nie jest tak źle – pomyślała. Wystarczyło tylko uprzątnąć stoliki i zrobić lekki porządek za barem. Nie zawsze jest tak łatwo. Czasem bywa naprawdę obleśnie, że ma ochotę wyjąć giwerę i powystrzelać te wszystkie elementy, jeden za drugim. Ale nie, tak naprawdę zżyła się już z tym miejscem, niejako wrosła w ten popaprany klimat i ma zamiar ciągnąć ten syf do jej lub ich końca.
Zaczęła powoli sprzątać, ale po chwili przystanęła, odstawiła tacę z brudami, zebrała kurtkę i ruszyła w kierunku wyjścia.
Pieprzę to, jak dzisiaj tego nie zrobię to świat się nie zawali.
Pogasiła światła, wyszła na ulicę i dokładnie zamknęła drzwi frontowe.
Spojrzała na niebo. Zaczęło już świtać i wzmógł się nieprzyjemny zimny wiatr. Neon baru lekko szumiał, co w połączeniu z wiatrem i ciszą, nie nastrajał jej pozytywnie. Otuliła się bardziej, włożyła ręce do kieszeni i ruszyła w stronę domu.
Po chwili z tyłu usłyszała trzask. Przystanęła i delikatnie odwróciła głowę.
Jezu, znowu to samo, już drugi raz w tym miesiącu. Nie dość, że lada dzień przypieprzy śniegiem to znowu koszty. – Pomyślała ze złością.
W neonie baru Midnight Express zgasły dwie litery.
Pieprzę to ścierwo, wywalę ten złom, po kiego to komu.
Odwróciła się z powrotem i ruszyła do domu. Teraz już tylko zaczęła marzyć o jakiejś kąpieli i wyrku. Dobrze, że ma blisko do domu, jeszcze parę przecznic i zakończy jakże uroczy, następny dzień swej egzystencji.

ks. Richard Rakus
Ks. Richard obudził się jak zwykle wcześnie rano. Przeciągnął się na łóżku, wstał i podszedł do okna. Spojrzał na okolicę, która była jeszcze pogrążona we śnie, a potem na niebo. Zapowiadał się ładny piątek, choć w radiu mówili, że idzie jakiś niż z północy. Szybko się umył i ubrał. Zszedł na dół do jadalni na śniadanie. Wszystko było gotowe. Gosposia Mary już o to zadbała. Naprawdę kochana kobieta. Przywitał się i usiadł przy stole. W tle pobrzękiwało małe radyjko, a w powietrzu unosił się zapach jajecznicy, którą Mary zaraz podała Richardowi, życząc smacznego. Podziękował z uśmiechem i zabrał się do jedzenia.
To może być naprawdę piękny dzień. – Pomyślał, rozsmarowując masło na kanapce.
Gdy kończył śniadanie, do jadalni wszedł proboszcz.
- Witaj Richard – przywitał się i usiadł przy stole. – Mary, bądź tak uprzejma i zaparz nam po kawce, dobrze?
- Witaj Charles, cóż tak wcześnie ostatnio wstajesz? Powinieneś więcej odpoczywać. – Odpowiedział Richard, lekko uśmiechając się.
- Ty już o moje zdrowie to się nie martw, lepiej powiedz, czy masz jakieś plany do południa?
- Hmm, myślałem, że zajmę się trochę chórem, a co?
- Słuchaj, był wczoraj u mnie ten chłopak, wiesz, Maxim i chciał koniecznie się z tobą dzisiaj spotkać.
- Boże, co z nim? Ostatnio miał kłopoty. Stało się coś?
Maxim, parafianin, którego Richard raz uratował od popadnięcia w złe towarzystwo. Chłopak był już blisko dna, gdy na swej drodze spotkał Richarda. Udało mu się załatwić sprawę i naprostować chłopaka.
- Nie, nie, chyba nie, był u mnie i prosił o spotkanie z tobą. Na moje oko był zdenerwowany i roztrzęsiony, ale nie chciał nic powiedzieć tylko cały czas nalegał na to spotkanie. Powiedział, że będzie czekał u siebie, bo musi z tobą pogadać.
- Dobra, dobra – Richard szybko wstał – czemu mi wcześniej nie powiedziałeś?
- Słuchaj, byłeś zajęty, masz milion innych obowiązków.
- A to jeden z moich licznych obowiązków! – Krzyknął jeszcze, gnając na górę po płaszcz.
- Echh – westchnął Proboszcz – on się kiedyś doigra.
- Nawet kawy nie wypił. – Powiedziała Mary, podając jedną na stół.


Warren Gralowe
Warren wyłączył monitor, przeciągając się na krześle i głośno ziewając. Już świtało. Ogarnął wzrokiem nieład w pokoju i wstał. Dobrze, że dzisiaj nie idzie do pracy, a zajęcia ma popołudniu.
- Czas na małą drzemkę, bo padam na ryj. – Powiedział głośno sam do siebie.
Odgarnął szybko jakieś kartony po jedzeniu i puszki z łóżka, żeby móc walnąć się tak jak stał, w ubraniu, szybko. Zapadł w sen. Rzadko kiedy mu się coś śniło, ale tym razem...

Przyśniła mu się jakaś dziewczyna. Nie znał jej. Zresztą mało znał dziewczyn, ale ta ze snu była inna. Była na swój sposób piękna, i ten uśmiech, jakby magiczny, powalający. Ubrana była w prostą czerwoną sukienkę, podkreślającą jej idealne kształty. Siadła obok niego na ławce, chyba w parku. Blisko, za blisko niż był przyzwyczajony. Pięknie pachniała, podmuchy wiatru przynosiły do jego nosa coraz to inne zapachy, od których aż w głowie mu się kręciło. Zaczęła go gładzić po twarzy i patrzeć prosto w oczy. Nie mógł nic zrobić. Najchętniej wziąłby ją w ramiona i pocałował. Niestety. Czuł się jak sparaliżowany. Poddawał się tym pieszczotom coraz bardziej i bardziej, a ona nie przestawała. Było przyjemnie, było tak przyjemnie jak nigdy dotąd. Wtedy nie przestając, odezwała się:
Myślisz, że ci się uda? Uda się tym razem? Nie mógł wykrztusić ani słowa, choć tak bardzo chciał ją zapewnić, że dla niej zrobi wszystko, ale co?
Przestała go pieścić, szybko spojrzała za siebie. Muszę już iść. Do zobaczenia. Szybko wstała i odeszła. Zanim doszedł do siebie, jej już nie było, a w miejscu gdzie siedziała, leżała kartka.
Podniósł ją i przeczytał: LEPIEJ POSZUKAJ SOBIE KSIĘDZA, PIEPRZONY STUDENCIKU, PRZYDA CI SIĘ!!!

Warren zerwał się szybko z łóżka, prawie z niego spadając. Na całym ciele miał gęsią skórkę. Rozejrzał się i spojrzał na zegarek. Dziesiąta. Potem spojrzał pod kołdrę, pokiwał głową.
Kurde, muszę se znaleźć jakąś laskę, bo zaczynam fiksować. – Pomyślał.
Otrząsnął się i poszedł do łazienki. Wziął zimny prysznic, cały czas nie przestając myśleć o dziwnym śnie. Wyszedł w szlafroku i wstawił sobie wodę na kawę. Jeszcze raz spojrzał na zegarek.
Za trzy godziny zajęcia, dobra, postaw się do pionu chłopczyku i zapomnij. Przed tobą piękny dzień i nie spitol go na pierdoły – Pomyślał, czekając na wodę.
 
__________________
Wycofuję się na z góry upatrzoną pozycję
Dogen jest offline  
Stary 12-01-2008, 00:40   #2
 
Wojnar's Avatar
 
-Cóż, to nadal może być piękny dzień- pomyślał Richard, biegnąc po płaszcz- Ale, znając Maxima, na pewno nie będzie nudny.
Ksiądz wyglądał na niecałe trzydzieści lat, był mężczyzną przeciętnego wzrostu. Sylwetka wskazywała, że dba o kondycję, ale nic ponadto. Na jego głowie rosła burza ciemnych włosów, twarz miał gładko ogoloną, oczy niebieskie. Był przystojny, roztaczał w okół siebie aurę zdecydowania.
Gdy wbiegł z powrotem do kuchni, miał na sobie czarną koszulę, koloratkę, czarne spodnie i właśnie zakładał długi płaszcz. Ledwie ominął Mary niosącą jajecznicę, złapał leżącego na stole tosta, pożegnał się i szybko wybiegł za drzwi, zanim proboszcz czy gosposia zdążyli coś powiedzieć.
Już na ulicy sprawdził, co ma w kieszeniach płaszcza. Oprócz portfela znalazł tylko kieszonkowe wydanie Biblii i pudełko tic taców.
-Ha! Wszystko, czego potrzeba, by nieść Słowo- powiedział pod nosem, przegryzając tosta, po czym ruszył pewnym krokiem w stronę domu swego młodego przyjaciela. To niedaleko, akurat poranny spacerek.
 
Wojnar jest offline  
Stary 12-01-2008, 11:56   #3
 
liliel's Avatar
 
Kolejna parszywa noc za mną. - pomyślała Eva i ruszyła przed siebie. - A ja jak zwykle padam z nóg.
Czy mój beznadziejny los się kiedyś odmieni? - westchneła ale zaraz zrugała sie za takie myśli – Cóż, jest jak jest i lepiej nie będzie. Chociaz czynsz za ten miesiąc zapłącę o czasie.
Drobna, niewysoka postać przemknęła pod oknami kamienicy. Zapaliła papierosa i mocniej otuliła sie kołnierzem kurtki w kolorze khaki. Nosiła jasne wytarte jeansy i ciężkie, wojskowe buty.
Eva próbowała poskładać rozbiegane myśli. Przetarła dłonią zmęczone oczy i stłumiła ziewnięcie.
Miasto zaczynało się budzić, pojedyncze światełka zapalały się w oknach, na ulice leniwie wypełzali ludzie śpiesznym krokiem sunąc przed siebie w wyścigu do pracy. Szare prochowce, garnitury, aktówki, puste oczy i puste twarze. “Każdy nosi swój krzyż codzienności” - pomyślała jeszcze z rezygnacją.
Niezauważyła nawet kiedy papieros wypalił sie do samego końca. Przystanęła i zaczęła szperać w wielkiej skórzanej torbie. Trwało to długą chwilę gdy wreszcie zaklęła na cały głos i z irytacją wywaliła zawartość torebki na chodnik. Starszy mężczyzna nerwowo obejrzał się za siebie i zmierzył kobietę podejrzliwym spojrzeniem. Przyspieszył kroku i zaraz zniknął za rogiem.
Eva bezradnie pochyliła sie nad stosem przedmiotów i powtórnie zaklęła paskudnie. Chwyciła lusterko i szminkę i pociągneła nią po ustach poprawiając ich karmazynowy odcień. Potem odnalazła paczkę papierosów i zapalniczkę. Przygryzła zębami filtr, odpaliła papierosa aż jego koniec zaskwierczał przyjemnie. Zgarnęła resztę rzeczy i wrzuciła niedbale z powrotem do torby.
Wyprostowała sie i zamarła przez moment w nieruchomej pozie. Stała przed witryną sklepową w której odbijała sie jej sylwetka. Każdy mężczyzna zobaczyłby zapewne atrakcyjną młodą kobietę o intrygującej, niepospolitej urodzie. Wąskie, drapiezne oczy, mały prosty nos i usta w kolorze krwistej czerwieni. Krótkie, ciemne włosy opadały delikatnie na kark a grzywka lekko zakrywała oczy. Wyciągnęła przed siebie rękę i opuszkami palców dotkęła swojego odbicia na szybie. Niewyrodny pomiot swojego ojca, gdybym mogła być do niego troche mniej podobna chętniej spoglądałabym w lustro... Ciekawe ile łajdakowi zostało lat odsiadki, oby już z tamtąd nigdy nie wyszedł. - pomyślała i ruszyła dalej w kierunku domu bezwolnie powłócząc nogami.
Dozorczyni już na nią czekała. Stara wiedźma, kiedy chodzi o pieniądze zawsze wyrasta wprost spod ziemi. - przemknęło jej po głowie. Bez słowa wyciągnęła z kieszeni plik baknotów i wręczyła tamtej. Żadna sie nie odezwała. Przez chwilę stały naprzeciw siebie i mierzyły sie nieprzyjemnymi spojrzeniami jakby w jakimś niemym pojedynku woli. Wreszcie stara, przygarbiona kobieta wycofała sie i zamaszystm ruchem zatrzasnęła za sobą drzwi. Eva dotarła do wejścia do swojego mieszkania i przykucnęła obok . Narzekając pod nosem grzebała w odmętach swojej torebki w poszukiwaniu kluczy.
W mieszkaniu panował półmrok. Rozsunęła ciężkie zasłony ale wnętrze niewiele się rozjaśniło. Mały klaustrofobiczy pokój zawalony był sprzętami, na łóżku zwinięta w kłębek pościel, na stole i meblach pełno jednorazowych kubków po kawie, brudnych szklanek i talerzy. Na podłodze sterty gazet i książek oraz porozrzucone ubrania.
Jasna cholera jaki burdel – wysyczała ze złością. Rozebrała się i poszła wziąść szybki prysznic. Woda zadziałała kojąco. Poczułą jak napięcie minionego dnia ją opuszcza. Wytarła się ręcznikiem, umyła zęby i z ulgą zwaliła się na łóżko. Włączyła jeszcze telewizor ale po wysłuchaniu kilku minut wiadomości z rozdrażnieniem cisnęła pilotem o ściane aż rozpadł się na kawałki. To nie był dobry pomysł. Teraz bedę musiała wstać zeby wyłączyć telewizor. Ten huk jest nie do wytrzymania... - pomyślała.Usnęła szybko, mimo drażniącego hałasu. Właśnie zaczynały sie poranne programy.
 
liliel jest offline  
Stary 13-01-2008, 09:49   #4
 
Althorion's Avatar
 
- Boże, ale ja mam tu bajzel... - powiedział do siebie Warren. Pozbierał szybko i byle jak walające się po pokoju brudy, część zagarnął pod łóżko. - Może być.
Włączył komputer i wszedł do Internetu, sprawdzić wiadomości:
- Ech, nic nowego. Tu porwanie, tam morderstwo, tam jeszcze samolot porwali... Jak ten świat się jeszcze nie zawalił... - pomyślał. Sprawdził jeszcze notowania giełdowe (sam właściwie nie wiedząc po co, siła przyzwyczajenia), wyłączył komputer i poszedł do kuchni, zrobić sobie drugie śniadanie na zajęcia ("Po co tracić kasę na żarcie na mieście, jak można się truć samemu?"). Znowu pusta lodówka... - Cóż, coś tam się wyskrobie... Pamiętać tylko, co by wracając wstąpić do sklepu. Samą matmą człowiek nie żyje.

Znowu spojrzał na zegarek. Została tylko godzina.
- Cholera jasna, znowu się spóźnię. - zaklął. Złapał szybko plecak, klucze, zatrzasnął drzwi i wybiegł z mieszkania. Szybko do windy. Szarpie za drzwi...
- Żeby to szlag! Że cholera biednemu zawsze wiatr w oczy! Nie dość, że się spieszę, to jeszcze awaria!
Czuł wzbierający w nim gniew. Konieczność zbiegnięcia z siódmego piętra do piwnicy (gdzie trzymał skuter, na którym dojeżdżał na studia) doprowadzała go do szału.
- Szóste, piąte... Czwarte... Trzecie... Dru... Drugie... Pier...wsze... Parter. - wysapał zmęczony. Oparł się o ścianę tuż przy drzwiach od windy i szybko znalazł przyczynę jego szaleńczego biegu - jakiś matoł wsadził cegłę w drzwi, tak że nie mogły się zamknąć. Warren z bezsilnej wściekłości rąbnął pięścią w mur.
Dobra, teraz jeszcze chwila na zabawę z zamkiem... I jest, dostał się do piwnicy. Z trudem wytaszczył skuter do wyjścia, wsiadł i odjechał, zastanawiając się po drodze, czym może usprawiedliwić swe kolejne spóźnienie.
 
Althorion jest offline  
Stary 14-01-2008, 13:21   #5
 
Dogen's Avatar
 
Eva Davis
Obudził ją przytłumiony dźwięk komórki. Szarpnęła się nerwowo na łóżku i obróciła na drugi bok. Telefon nie dawał za wygraną. Jezu, kogo niesie o tej porze. – Pomyślała.
Wtedy dotarło do niej, że telewizor przestał grać, a przecież go nie wyłączała. Chyba. Szybko zerwała się z łóżka jak oparzona i omiotła pokój wzrokiem. Wszystko było jak trzeba. Nic podejrzanego, oprócz telewizora. Podrapała się po głowie i przetarła oczy.
Może faktycznie go wyłączałam, sama nie wiem. – Pomyślała i szybko spojrzała na zegarek. Dochodziła dziesiąta. Powinna jeszcze leżeć jak zabita, a tu koniec. Teraz już nie uśnie, przez jakiegoś frajera, któremu zachciało się dzwonić o tak nieludzkiej porze. Wstała z łóżka i podeszła do stolika gdzie trzymała torbę. Telefon umilkł. Zaczęła grzebać w środku, dobre pół minuty, aż w końcu go odnalazła. Sprawdziła połączenie. Nieznany jej numer. Ze złością cisnęła telefon na łóżko. Ziewając, podeszła do telewizora. Przyjrzała się dokładnie i stwierdziła, że telewizor był włączony. Zaczęła pstrykać włącznikiem i nic.
- Kurwa, co jest! – Krzyknęła głośno, kopiąc przy okazji szafkę, na której stał telewizor.
To przecież jakieś pieprzone fatum, najpierw neon, teraz ten złom, czy ja mam moc szerzenia zniszczenia? – Pomyślała, kierując się do łazienki.
W połowie drogi, telefon znowu zabrzęczał. Chwyciła aparat i sprawdziła numer. Ten sam.
No ja zaraz temu nieznajomkowi pokażę...
- Czego! – Rzuciła do słuchawki.
- Hej, pani rozgniewana, czyżbym zadzwonił w nie porę? – Odezwał się w słuchawce męski głos.
Poznała go. Ten miły głosik był jej znajomy już od bardzo dawna.
- Cześć nieokrzesany, w dupę przyjemny Irlandczyku, tak na ciebie mówią Gordon? Irlandczyk, który nie wie, że o tej porze do mnie się nie dzwoni. Wisisz mi cztery godziny snu i czemu znów zmieniłeś numer? Przynajmniej wiedziałabym, żeby nie odbierać i pieprzyć twoją gadkę. – Odszczeknęła ze złością.
- Nie złość się już tak. Musiałem zadzwonić i przepraszam. Muszę cię o czymś poinformować. – Głos po drugiej stronie wydawał się być lekko rozbawiony.
- A co jest tak ważnego o tej porze, co? Chcesz się pochwalić swoimi nowymi dziwkami czy zrobiłeś komuś dziecko, hę?
- Ha, ha, ha, nie, nie tym razem dziecino. Chcę cię poinformować po przyjacielsku, że będziesz miała zapewne dzisiaj gości w barze. Wyjątkowych gości.
- O czym ty bredzisz?! – Eva była już naprawdę wkurzona.
- Ano o tym, że widziałem gliniarzy kręcących się koło twojego baru i wypytujących się o ciebie. Znając życie, niebawem pewnie złożą ci wizytę. Coś ty mała wywinęła? Pobiłaś jakiegoś żula, bo ci zarzygał ladę, czy coś w tym stylu? – Głos już był naprawdę rozbawiony.
- Pierdol się.
- No wiesz co, jak tak z czystej przyjaźni a ty taka jesteś. Chciałem tylko, żebyś wiedziała i była przygotowana, bo szkoda by było takiej ślicznotki. Ten bar bez ciebie to już nie to samo. I pamiętaj, że cokolwiek świnie będą się pytać to nie my, rozumiesz? – Głos tym razem bardzo spoważniał.
- Mówię ci Gordon, pierdol się! – Rzuciła słuchawką.
Usiadła na łóżku. Wzięła głowę w ramiona i stuliła się.
Co jest grane? Co się stało, że mnie szukają? Co mam zrobić? Czyżby chłopaki w coś mnie wplątali? Sama nie wiem. – Eva zaczęła intensywnie jak na tą porę dnia myśleć.

Warren Gralowe
Warren swym skuterem z łatwością wbił się w ruch uliczny. Drogę miał już tak obeznaną, że mógł poruszać się z zamkniętymi oczami. Ale to jest Nowy Jork, tu może wydarzyć się wszystko. Trzeba zachować czujność. Dobrze, że miał blisko, jakieś pół godzinki i dotrze na miejsce. Zanim dojechał na uczelnie już myślał o końcu zajęć. Dzisiaj nie był zbyt ciekawy dzień. W zasadzie to mógłby sobie darować ale poczuł, że przynajmniej ma pretekst żeby wyrwać się z domu. Zatrzymał się na światłach, sprawdził jeszcze czy wszystko wziął i wtedy zobaczył ją...
Przechodziła na drugą stronę. Jezu. Przecież to była kobieta z jego snu. Idealnie taka sama. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Z rozwartą buzią obserwował jak przeszła na drugą stronę i zniknęła za rogiem. Na zielonym szybko ruszył, zajeżdżając jakiemuś taksówkarzowi drogę, co skończyło się tyradą wyzwisk, i skręcając w ulicę gdzie przed chwilą zniknęła. Przejechał powoli, obserwując chodnik. Nic, nie ma jej. Zapadła się pod ziemię.
Jezu, ja chyba dostaję świra – pomyślał.
Spojrzał na zegarek. Jeszcze chwila a spóźni się już całkiem. Zawrócił i kątem oka znów ją zauważył. Serce mocniej zabiło.
Przecież to niemożliwe. Nie mogła tam się znaleźć – myślał ciężko.
Stała na gzymsie, na ostatnim piętrze kamienicy. Jej czerwoną suknię delikatnie rozwiewał wiatr, a ona po prostu sobie tam stała. Nikt nie zareagował, nikt nie zwrócił uwagi. Wszyscy gnali przed siebie, a przecież tak bardzo kontrastowała z szarością otoczenia, wręcz błyszczała.
Był zszokowany, postanowił dalej jechać i jak najszybciej znaleźć się na uczelni. Musiał to wszystko sobie poukładać, bo działo się z nim coś dziwnego, czego nie rozumiał, a mało rzeczy nie rozumiał.
W ekspresowym tempie znalazł się na parkingu obok uczelni. Po drodze niemal nie spowodował wypadku. Zaparkował skuter, zebrał rzeczy i z dalej szybko bijącym sercem pobiegł na wykład.
Muszę z kimś pogadać, muszę coś z tym zrobić, tak nie może być – myślał jeszcze gorączkowo, szybko pokonując ostatnie schody do wejścia.

ks. Richard Rakus
Do Maxima było blisko. Mieszkał niedaleko kościoła, dosłownie parę ulic. Jakieś dziesięć minut piechotą. Richard szczelniej otulił się płaszczem, bo z rana już było chłodno.
Zwolnił kroku i zaczął się zastanawiać.
Co się mogło stać? Czyżby Maksim znów wpadł w jakieś kłopoty, ta okolica wręcz prosiła się o wieczne kłopoty. No nic zobaczymy, mam nadzieję że to nic poważnego.
Spojrzał na zegarek. Było bardzo wcześnie. Za wcześnie na wizyty domowe. Ale z tego co mówił proboszcz, sprawa wyglądała na poważną. Musiał to sprawdzić, w pewnym sensie odpowiadał za tego chłopaka. Tak rozmyślając, doszedł do kamienicy, w której mieszkał Maksim. Nie wyglądała zbyt okazale, odrapana i stara, z obskurnym podwórkiem w środku. Mieszkała tu raczej biedniejsza część mieszkańców. Wszedł na podwórko i rozejrzał się w koło. Było bardzo cicho, za cicho. Najwyraźniej mieszkańcy kamienicy odsypiali jeszcze poprzedni, ciężki dzień. Stanął pośrodku podwórka, i zlustrował okna. Zatrzymał wzrok na jednym oknie i... zamarł. Ścisnął bezwiednie ręce w pięści. W oknie na parapecie stał Maksim. Był cały goły. Jego twarz zastygła w smutnej masce. Lekko, lecz niebezpiecznie wychylił się do przodu i zdawałoby się, że jakaś niewidzialna ręka powstrzymywała go od upadku. Richard ponownie rozejrzał się, ale wszędzie cisza i spokój. Za spokojnie jak na rozgrywaną w tym momencie scenę.
Jezu! Maksim! Co ty wyrabiasz?! – krzyknął w duchu.
Spojrzał ponownie w górę i chłopak coraz bardziej się wychylał. Ich oczy spotkały się.
- Richardzie! Niech cię piekło pochłonie! Spóźniłeś się! – ochrypły krzyk chłopaka rozbił się o mury kamienicy.
 
__________________
Wycofuję się na z góry upatrzoną pozycję

Ostatnio edytowane przez Dogen : 14-01-2008 o 18:33.
Dogen jest offline  
Stary 14-01-2008, 22:15   #6
 
liliel's Avatar
 
Eva położyła sie z powrotem do łóżka ale zgodnie z przewidywaniami nie mogła zmrużyć oka. Leżała na wznak ze wzrokiem wbitym w sufit i rozmyślała. Czego gliny mogą ode mnie chcieć? Czyżbym się wreszcie doigrała? W końcu kiedy wejdziesz między wrony... Zaraz, zaraz, to idiotyzm! Nie mogą mnie winić za to z kim przystaję. Zresztą do niczego się nie przyznam, nie istotne o co chodzi, będę udawać naiwną, jak zwykle. Nic nie wiem, nikogo nie znam, ja tu tylko nalewam piwo. Kiedy przyjdą mnie wypytaywać zrobię to co umiem robić najlepiej – będę kłamać. Kolejna przydatna umiejętność odziedziczona po ojcu. Ale do mistrza ciągle mi daleko. Kanalia. Kłamstwa tak przekonująco sączyły mu sie przez usta... Nawet wtedy gdy mówił że nas kocha. Bo jak można kogoś kochać i postępować jak menda.
Zapaliła papierosa. Mały pokój szybko wypełnił się gęstymi kłębami dymu. Zapaliła jeszcze jednego i kolejnego ale wciąż nie mogła się uspokoić. Na dodatek żołądek odmawiał posłuszeństwa. Taka ilość nikotyny na czczo nie wróży dobrze. Zemdliło ją.
Nie miała ochoty podnosić się z łóżka. Szykował sie wyjątkowo parszywy dzień. Może by go tak przeczekać, odłożyć na później. Najchętniej by zniknęła, rozpłynęła się w powietrzu...
Teraz dopiero spostrzegła, że w drugiej ręcę wciąż ściskała telefon. Mocno, aż zbielały jej kostki. Chyba zbyt brautalnie naskoczyła na Irlandczyka. W końcu chciał ją ostrzec. Nie musiał tego robić, a jednak chciał. Na dodatek sprzedał jej informacje za darmo, a to do niego niepodobne...Eh, pewnie dba tylko o swoje dupsko, martwi się czy czegoś nie sypnę. Po takim czasie on wciąż mi nie ufa. Egoista. Skurwiel i egoista. A mnie przez moment wyrzuty sumienia ruszyły, że go tak zmieszałam z błotem. Chociaż, jeśli on nie jest przyjacielem to chyba żadnego nie mam... Nie mogę wątpić w jego dobrą wolę bo wtedy przyznam się przed sobą że jestem sama na tym pieprzonym ziemskim padole. A nie chce być sama, nie zniosłabym tego...
Mimo wszystko dopadło ją przygnębienie i poczuła się jeszcze bardziej samotna niż zazwyczaj. To jeden z tych dni kiedy masz ochote umieścić kulę w samym środku swojego nic nie wartego mózgu i uwolnić się od bolesnej egzystencji. Moja śmierć byłaby zapewne niewielką stratą dla ludzkości. Mimo to, na przekór wszystkim, mam zamiar pociągnąć to przedstawienie jeszcze jakiś czas - westchnęła.
Resztkami sił zwlekła się z łóżka. Kilka minut spędziła w łazience, potem ubrała się i stanęła przed lustrem. Jej własne oblicze jak zwykle napawało ją mieszanką żalu i gniewu. Boże jaka jestem do niego podobna... Im silniej starałam się nie myśleć o przeszłości tym intensywniej ona powraca.
Miała zamiar zrobić sobie ostry makijaż ale koniec końców ograniczyła sie do jasnoczerwonej szminki. Złapała jeszcze torbę i kurtkę i wyszła na zewnątrz. Chłodne powietrze trochę ją orzeźwiło. Szła opieszale, jak skazaniec prowadzony na szubienicę. Schowała głowę głębiej w ramiona i postawiła kołnierz. Po drodze kupiła papierosy i kawę na wynos. Papierowy kubek przyjemnie ogrzewał skostniałe dłonie.
Do baru dotarła wcześniej niż zwykle. Poza tym nie spodziewała się nadmiaru klientów skoro rozeszły się już wieści że gliny mają zamiar złożyć jej dziś wizytę.
Knajpa wyglądała dokładnie tak jak wczoraj gdy ją opuszczała. Długi kontuar zawalony pustymi butelkami i szkłem, przed nim wysokie stołki barowe, w głębi kilka stolików, zniszczone skórzane kanapy i kominek, który czasy świetności i używalności miał juz dawno za sobą. Weszła za bar i włączyła sprzęt grający. Ryk ciężkich gitar popłynął przez głośniki i wypełnił lokal. Eva mimowolnie uśmiechnęła się do siebie. Zamknęła oczy i zaczęła rytmicznie się poruszać. Jej biodra kołysały się lekko, ręce zaplotła nad głową i poddała się muzyce. Na zmianę skakała dziko to znów subtelnie i zmysłowo kołysała się niby w transie. Tańczyła dopóki starczało jej tchu. Mijały minuty. Pot spływał po twarzy a ona korzystała z luksusu bieżącej chwili, kiedy wszystkie złe myśli odepchnęła daleko od siebie. Jej twarz nabrała wyrazu błogości i dziecinnej euforii.
 
liliel jest offline  
Stary 15-01-2008, 23:51   #7
 
Wojnar's Avatar
 
Paskudne przekleństwo wyrwało się z ust kapłana. Nogi same ruszyły pędem pod okno, w którym stał Maxim, podczas gdy w głowie szalała burza myśli:
Nie zdążę pobiec do niego na górę, on może skoczyć w każdej chwili. Ale dlaczego? To niepodobne do Maxima! Dam radę go złapać? A co innego mogę zrobić? Wszystkiego bym się spodziewał, ale nie samobójstwa! Boże, dopomóż! I dlaczego on jest nagi?!
-Maxim! Przyjacielu! Na nic nie jest za późno! Co się stało? Co ty robisz?
– ksiądz krzyczał ile sił w płucach, biegnąc w stronę okna.
Z jego twarzy zniknęła zwyczajowa pewność siebie i spokój. Był przerażony. Całą swoją siłę włożył w ten krzyk i w coraz szybszy bieg. Poły płaszcza powiewały za nim jak wielkie czarne skrzydła.
Nie dam temu chłopakowi zginąć w tak głupi sposób! Jest za dobry na to! Choćbym miał się połamać ratując go.
Cała sytuacja go przytłaczała. Czegoś takiego jeszcze nie widział. Chyba że... Przerażająca myśl przemknęła przez jego głowę:
Ta twarz, ten głos, to wszystko... Opętanie?? Jezu, co robić? Jeśli to opętanie, to nie ma sensu stać tu i próbować go złapać. Trzeba działać.
Gdy dopadł wreszcie ściany dokładnie pod oknem, w którym stał Maxim, cały się trząsł. Adrenalina uderzyła w żyły, organizm pracował na najwyższych obrotach. Szybko sięgnął do kieszeni po Biblię i wyciągnął ją w stronę chłopaka, jak tarczę lub broń. Widział takie rzeczy na filmach, w seminarium uczył się jak to się robi, zawsze chciał sprawdzić się w prawdziwym boju z Szatanem, ale nigdy nie miał okazji. Aż do teraz. Paradoksalnie, mimo całej grozy sytuacji, czuł podniecenie, że przyjdzie mu zrealizować to marzenie. Wziął głęboki wdech i zaczął odmawiać egzorcyzm:
-Święty Michale Archaniele broń nas w walce.
Przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź nam obroną.
Niech go Bóg pogromi, pokornie prosimy
-z początku głos mu drżał, ale z każdym słowem nabierał pewności siebie, podnosił głowę wyżej, krzyczał-
A Ty, Książe wojska niebieskiego, szatana i inne duchy złe,
które na zgubę dusz krążą po świecie, mocą Bożą strąć do piekła!
Amen!!
-wyrzucał z siebie kolejne wersy modlitwy, której uczył się lata temu. Nie pamiętał wszystkiego, ale nie wierzył, że może mu się nie udać. No, a gdyby, to mimo wszystko spróbuje złapać Maxima, zanim roztrzaska się o ziemię. Cała sytuacja nijak się miała do podręcznikowego egzorcyzmowania, ale to wszystko, co mógł zrobić. Póki co, kontynuował egzorcyzm...
 
Wojnar jest offline  
Stary 17-01-2008, 20:17   #8
 
Althorion's Avatar
 
Choć Warren siedział na kolejnych wykładach, niewiele z tego, co na nich było docierało do jego świadomości. Cały czas rozmyślał o tej dziewczynie... O śnie... O sobie... Ludzi ze swojego roku praktycznie nie znał. No, za wyjątkiem trzech czy czterech, ale i tych nie mógłby nazwać "przyjaciółmi" - ot, można było z nimi pograć w brydża czy pójść po zajęciach na piwo, ale nie byli to ludzie, którym mógł się zwierzyć - zwłaszcza z czegoś takiego. Miał wrażenie, że powoli zaczyna wariować, traci kontakt z rzeczywistością. Brakowało mu kogoś, z kim mógłby naprawdę szczerze porozmawiać.
- Cholera, muszę z kimś o tym pogadać... I ograniczyć kompa... Cóż, jak będę wolny, to przejdę się trochę po okolicy. Albo nie, zrobię zakupy i pojadę do Central Parku, dowietrzę się, przespaceruję, to mi przejdzie... - planował - Jezu Chryste... Co się ze mną dzieje...
Urwał się z ostatniego wykładu ("Co mi tam, i tak nie mogę się skupić."), wziął skuter i pojechał w kierunku Manhattanu.
 
Althorion jest offline  
Stary 17-01-2008, 21:30   #9
 
Dogen's Avatar
 
Eva Davis
Błogo zmęczona, podeszła do sprzętu i ściszyła muzykę. Poczuła się o wiele lepiej. Zawsze jej to pomagało. Wzięła ścierkę, otarła twarz i usiadła. Zapaliła papierosa i rozejrzała się.
Dobra, koniec zabawy, chcąc nie chcąc trzeba się wziąć do roboty. Co ma być to będzie, przecież nic złego nie zrobiłam, mam nadzieję – pomyślała.
Wstała i zabrała się za sprzątanie. Nie spodziewała się na razie klienteli, było wcześnie, ale lepiej mieć ten przykry obowiązek za sobą. Po godzinie doprowadziła lokal do jako takiego porządku. Wzięła torbę i skierowała się do łazienki.
A teraz trzeba samej doprowadzić się do porządku – uśmiechnęła się do lusterka, na którym jakiś cioł czarnym mazakiem napisał: Gerta! Wsadzę ci w dupę tego twojego gacha!.
Gdy wyszła, w środku już ktoś siedział. Jakiś facet.
Kurczę, zapomniałam zamknąć drzwi z tego wszystkiego – zezłościła się.
Wolno podeszła do baru, uśmiechając się niepewnie. Mężczyzna, śledził ją wzrokiem, bez śladu emocji na twarzy. Nie znała go, nigdy go tu nie widziała. Starszawy, dobrze ubrany, w czarnym rozpiętym płaszczu, spod którego wyzierał markowy garnitur. W twarzy miał coś takiego, że Eva lekko się zaniepokoiła. Przeczuwała kłopoty. Weszła za bar i skinęła głową w kierunku przybysza.






- W sumie to jeszcze zamknięte, ale jak pan już tu jest to czym mogę służyć? – zapytała.
Mężczyzna spojrzał na nią beznamiętnie.
- Proszę mi zrobić jakiegoś drinka – odpowiedział sucho.
- Robi się.
Gdy odwróciła się po wódkę i szklankę do drinków, po plecach przebiegł ją zimny dreszcz. Usłyszała charakterystyczny dźwięk wyjmowanej broni z kabury.
Kurwa, wiedziałam – pomyślała z paniką.
Zdecydowała, póki co, nie dać się zeżreć panice. Powoli, co przychodziło jej z trudem, odwróciła się z butelką wódki i szklanką, z powrotem do nieznajomego. Faktycznie, w ręku trzymał pistolet, który z trzaskiem położył na ladzie, lufą skierowaną w jej stronę. Twarz miał dalej beznamiętną, jak na prawdziwego skurwiela przystało.
Eva, delikatnie postawiła po swojej stronie szklankę i butelkę.
- Chce pan tego drinka, czy zależy panu na czymś innym? – delikatnie wykrztusiła, próbując go nie drażnić.
- Wiesz co, nalej mi czystej, a w międzyczasie poczekamy na dwóch gliniarzy, którzy właśnie zmierzają do ciebie. Poczekamy i utniemy sobie małą pogawędkę w czwórkę.
Jego głos zabrzmiał złowieszczo i chrapliwie. Położył rękę na kolbie gnata i zaczął delikatnie masować. Dałaby sobie głowę uciąć, że jak wspominał o gliniarzach, to dziwnie się zaciągnął, jakby coś węszył.
Nastała chwila niezręcznej ciszy.
Nic z tego nie rozumiem, co to ma być? Wszystko w momencie zaczęło się walić. Jakiś gość, którego nie znam, chce coś czego nie mam. I jeszcze gliniarnia. Co on zamierza zrobić? – zaczęła intensywnie myśleć.
Mimochodem, szybko i przelotnie, spojrzała jeszcze pod ladę, na jednego ze swoich „misi”, jak pieszczotliwie je nazywała.
Nieznajomy dalej gładził broń i wnikliwie obserwował Evę.
 
__________________
Wycofuję się na z góry upatrzoną pozycję
Dogen jest offline  
Stary 17-01-2008, 23:37   #10
 
liliel's Avatar
 
Zmierzyła mężczynę gniewnym spojrzeniem. Skrzywiła się i wyrzuciła z siebie chaotyczny potok słów:
- Ok. Rozumiem. Dotarło do mnie. - uniosła do góry ręce w geście poddania - Wyciągając broń chciał pan uzyskać przewagę psychologiczną. Siedzi pan teraz z tą arogancką, zdecydowaną miną pewny, że mu się udało. Niestety obawiam się, że trafił pan w nieodpowiednie miejsce. Przede wszystkim niewiem czego mógłby pan ode mnie chcieć. Ja nic nie wiem, niczego nie posiadam, nie jestem nawet zbyt wartościowym obywatelem tego cudownego kraju. Ponadto żeby komuś grozić bronią musiałby pan najpierw wzbudzić w kimś strach. Pewnie normalny obywatel srałby teraz po nogach i zastanawiał się czy może go pan faktycznie zastrzelić. Ale widzi pan, ma pan niejako pecha bo trafił na osobę z niezwykle mizerną wolą życia. Przynajmniej dwa razy w tygodniu sama zastanawiam się czy nie skrócić sobie żywota, więc sam pan widzi, że pana groźby nie robią na mnie zbyt dużego wrażenia. Poza tym mam dziś wyjątkowo paskudny humor i nie mam zamiaru bawić się w pana gierki. Skoro tu się pan pofatygował, w tych swoich drogich ciuchach i z wypolerowaną bronią, to najwyraźniej czegoś pan ode mnie chce, a skoro do tej pory mnie pan nie zabił, to niewątpliwie jestem panu potrzebna żywa. Wie pan, mój ojciec zawsze mawiał, że tylko kretyn wyciąga broń jesli nie ma zamiaru jej użyć. Nie wygląda mi pan na kretyna więc po co ta bezcelowa manifestacja? Niech pan sobie daruje te tanie sztuczki. Albo użyje pan tej giwery tu i teraz albo schowa ją grzecznie spowrotem do płaszcza. Niewiem czy ma to dowartościować pana męskie ego, czy ma pan za małego fiuta a ta spluwa jest przedłużeniem pana żałosnej męskości i czuje się pan dzięki niej jak młody bóg. Prawdę powiedziawszy nie obchodzi mnie jakie popaprane myśli kłębią się w pana podstarzałej głowie. Widzi pan więc, są dwa wyjścia. Albo przyzna pan, że jest rozchwianym emocjonalnie świrem a moja gadka dotknęła drażliwej struny pana wyjątkowo ubogiej męskiej fizjonomii i rozpierdoli mi pan moją śliczną główkę na atomy – mówiąc to pochyliła się w jego stronę i dotknęła palcem wskazującym środka swojego czoła – ale wtedy już z pewnością nie odpowiem panu na żadne nurtujące pana pytanie ani do niczego się panu nie przydam, chyba że do listy pana niegrzecznych grzeszków zalicza się także nekrofilia. Albo też schowa pan ten pistolet, wypije swojego drinka i porozmawiamy kulturalnie jak cywilizowani ludzie. - spojrzała mu znowu w oczy i choć po plecach przebiegł jej zimny dreszcz kontynuowała przemowę - Widzi pan, jestem przewrażliwiona w pewnych sprawach. Do tych spraw zalicza sie z pewnością sytuacja gdy mi ktoś wymachuje przed twarzą bronią. Zazwyczaj robię się wtedy nerwowa a jak już się zdenerwuję mój umysł nie działa do końca trzeźwo. - zrobiła dramatyczną pauzę, splotła ręce na piersiach i spoglądała nieznajomemu pewnie w oczy, bez cienia strachu. Przynajmniej miała nadzieję, że on się tego strachu tam nie dopatrzy. No i miała nadzieję, że jednak nie pociągnie za spust. Zazwyczaj była dosyć rozsądna ale chyba gniew wziął nad nią górę. Znowu.
 

Ostatnio edytowane przez liliel : 17-01-2008 o 23:40.
liliel jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:21.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170