Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 06-04-2008, 21:49   #1
 
MigdaelETher's Avatar
 
WARSZTATY Mag Wstąpienie - Zapłata dla przewoźnika

PROLOG






„ Wszyscy przebudzeni żyją w tym samym świecie
Ci co śpią, w swych własnych światach są zamknięci. ”

- Heraklit
 
__________________
Zagrypiona...dogorywająca:(

Ostatnio edytowane przez MigdaelETher : 06-04-2008 o 22:49.
MigdaelETher jest offline  
Stary 06-04-2008, 22:03   #2
 
Yarot's Avatar
 
Andreas Jegr


W chwilach śmierci mówi się, że całe życie człowieka przelatuje mu przed oczami. Tak mawiała też babka Andreasa, jeszcze za czasów, gdy żyła. On sam był ogromnie ciekaw, choć raczej nie tego czy tak się dzieje, ale tego, ile życia może przebiec przed oczami siedemnastolatka. Zdawał sobie sprawę, że nie przeżył wszystkiego, nie poznał wszystkiego, nie był nawet w pełni człowiekiem bo nie zaznał wszystkich ludzkich zarówno uciech jak i niedoli. Gdy dostrzeżony kątem oka niewielki, ciemny kształt wpadł do okopu, nie było czasu na nic. Obrazy zaczęły się przesuwać przed oczami chłopaka gwałtownie przysłonięte mleczną mgłą zapomnienia i tajemnicy.

- Uważaj Andre – krzyknął Wielki Udo. Upadł na ziemię, ale odwrócony patrzył na uciekającą mu dwójkę atakujących. Nie musiał tego krzyczeć, bo Andreas jako bramkarz, doskonale widział co się dzieje na boisku. Gregor i Buła, atakujący z drużyny przeciwnej, minęli Udo i zmierzali w jego stronę. Widział zacięcie na twarzy Gregora, dostrzegł jak mierzy odległość między piłką a bramką. Od czasu do czasu zerkał też na Bułę, który dzielnie biegł obok i tylko czekał na ewentualne podanie.
Andreas musiał działać. W takich sytuacjach nie miał dużych szans a jedyne, na co mógł liczyć, to błąd przeciwnika. Ten bynajmniej nie zamierzał ułatwiać zadania losowi. Piłka chodziła od nogi do nogi bez najmniejszego problemu. Gregor był znany na podwórku ze swoich umiejętności. Mówiono nawet, że będzie grał w miejskiej drużynie Salzburga, jak tylko osiągnie odpowiedni wiek. Przed takim jak on, bramkarze bezradnie rozkładali ręce. Jednak Andreas nie zamierzał się poddawać. Wyszedł śmiało z bramki na spotkanie piłki.
Delikatne podbicie piłki położyło bramkarza na ziemi, który liczył na to, że rzucając się pod nogi uda mu się złapać piłkę. Futbolówka doskoczyła do nogi Buły minąwszy palce Andreasa. Kurz jeszcze nie opadł, gdy piłka załopotała w siatce. Chłopak bezsilnie opadł na ziemię. Nawet nie obejrzał się. Widział cieszących się zawodników w czarnych koszulach i nie musiał niczego innego wiedzieć. Wtedy, patrząc na świat oczami dzieciaka z podwórka, ta wpuszczona bramka bolała jak najgorsza potwarz. Robił co mógł, ale to nie wystarczyło. W życiu często tak się dzieje, że mimo naszych starań nic się nie udaje. Andreas miał jeszcze nie raz zasmakować tego uczucia, choć wtedy, w kurzu boiska, ściskało go to za gardło po raz pierwszy.

- Nie rób tego, proszę - niebieskie oczy wpatrzone w twarz niemal dorosłego Andreasa wyrażały błaganie. Drobna blondynka trzymała się z boku chłopaka, który stał w niewielkiej kolejce przed punktem werbunkowym do wojska. GissenStrasse była pusta, podobnie jak większość uliczek Salzburga. Ogarnięty wojną kraj stał się pustkowiem, betonową dżunglą, zasiedlaną przez zjawy i duchy. Młodzieniec widział to każdego dnia od chwili, gdy szare mundury ze swastykami zawitały do jego kraju. Widział, jak z czasem Niemcy przejmują władze i popychają kraj tam, gdzie sami chcieliby być. A teraz, kiedy ruszyła ofensywa na Związek Radziecki, potwór zwany wojną potrzebował nowych ofiar. Andreas chciał coś zmienić. Jakaś wewnętrzna siła pchała go do przodu szepcząc nad uchem „Ruszaj” oraz „Działaj”. Czuł, że musi coś zrobić. I właśnie teraz, gdy stał przed budynkiem komisji, z dziewczyną uczepioną jego paska, zdał sobie sprawę, że jest we właściwym miejscu i czasie.
- Andre, proszę. Przecież nie musisz.
- Wiem kochanie, ale ja chcę. Niczego tak w życiu nie pragnę jak coś zmienić. Zmienić to, co dzieje się wokół nas od lat. Zmieć to szaleństwo w coś, co będziemy akceptować.
- Andre. Czasami nie wiem, o czym ty do mnie mówisz. Przecież to wojna. Tam zabijają ludzi…
- Taka cena, Lena. Nie martw się, wrócę do Ciebie i świat się zmieni. Jeszcze będziemy mieć dom i psa - pogłaskał ją po głowie. Kolejka przesunęła się do przodu. Chłopak zrobił krok do przodu. Dziewczyna zachwiała się. Pociągnęła nosem i otarła łzę.
- Nie płacz - pomógł jej chłopak. - Będzie dobrze, zobaczysz.
- Nie wiem Andre. Boję się. To wszystko o czym się słyszy…to straszne. Tobie też to może się przytrafić
Nie odpowiedział. Spojrzał na czerwoną flagę ze swastyką. Wiatr podwinął jej brzeg i pokazał stary i spękany mur domu. Gdzieś daleko zaszczekał pies.
- Idź już Lena. Nie powinno cię tu być. Im szybciej wyruszę, tym szybciej wrócę.
Popatrzyła na niego załzawionymi oczami. Zamrugała raz i drugi.
- Obiecaj mi jedno, dobrze?
- Oczywiście. Obiecuję. Co to będzie?
- Nie dasz się zabić…


- Imię? - szorstki głos kaprala wyrwał Andreasa z zamyślenia. Zabrakło mu przed oczami pleców kolejnego rekruta a zamiast nich dojrzał wąsatą twarz kaprawa Kepke.
- Andreas
- Nazwisko?
- Jegr.
- Z Salzburga?
- Tak. Mój ojciec ma zakład szewski a matka pralnię.

Kępkę popatrzył na chłopaka taksując go wzrokiem.
- Wiek?
- Osiemnaście lat - bez mrugnięcia okiem powiedział przyszły żołnierz Trzeciej Rzeszy.
- Osiemnaście powiadasz…jakiś papier masz?
Andreas był gotowy na to. Z kieszeni spodni wyjął kartkę. Wyczuł pod palcami zdjęcie, ale tego wolał na razie nie pokazywać. Podał ją kapralowi mając nadzieję, że wszystko się uda. Żołnierz wziął papier i rozwinął. Ze środka wypadło kilka banknotów. Dolary. Z Ameryki. Położył na nich dokument, który okazał się tymczasowym dowodem Andreasa. Widniała na nim data urodzenia - 1924. Kepke długo się wczytywał w pismo, jakby starał się znaleźć w nim coś więcej niż tylko to, co widać napisane atramentem.
- Tak… - zerknął na boki spojrzał na Andreasa. - Faktycznie osiemnaście lat, a na ten jeden dzień mogę przymknąć oko. - Zamaszystym pismem wstawił w formularz „1923”. Papier oddał zaś pieniądze schował do kieszeni.
- Tak bardzo ci się spieszy synu?
- Tak jest - rzeczowo i krótko odparł chłopak. - Z domu nie może nikt inny iść, bo ojciec pracuje zaś brat nie ma prawej ręki. I jest młodszy.
- Taka postawa mi się podoba - kapral znów coś zaczął pisać w formularzu. - Znasz może szachy? Rozeznajesz się w nich?
- Nie, panie oficerze.
- Szkoda. Zaczynasz swoje życie. Jesteś u jego progu. I od razu zaczynasz gambitem. Czy to właśnie otwarcie dotyczy ciebie czy rodziny?
- Nie rozumiem panie oficerze.
- Gambit w szachach polega na poświęceniu pionka by dalej mieć lepszą pozycję do wygrania partii. Powiedz mi synu, idąc tu, to tych chcesz coś wygrać w życiu czy może chcesz by wygrał ktoś inny?
- Idę walczyć za kraj, panie kapralu.

- Dobrze, dobrze. Nie przeszkadza ci to, że jestem Niemcem? Będziesz walczył dla Rzeszy.
Andreas już tak szybko nie odpowiedział. Zerknął na siedzącego przed nim żołnierza i czuł wzrok innych za nim, którzy szykowali się do wstąpienia do armii.
- Nie. Chcę zakończyć wojnę. Nie jest ważne kto wygra, ważne że się skończy…
- Jesteś jeszcze młody. Nie znasz życia. Łatwo mówisz o czymś, czego nie znasz…Ale masz w sobie coś. Mam nadzieję, że doczekasz końca.
Niemiec podbił formularz pieczątką. Podał niewielką karteczkę i wskazał drzwi za sobą.
- Witajcie żołnierzu w szeregach armii - uścisnął mu rękę.
Chłopak odpowiedział stanowczym uściskiem. Kapral nie śmiał się, jakby zdając sobie sprawę z tego, co może się zdarzyć w przyszłości. Andreas skinął głową i ruszył do drzwi. Wtem zatrzymał się i już spokojnie spytał się kaprala:
- Jak tam jest?
Odpowiedź, jaka padła, zdawała się brzmieć potem w uszach młodego Austryjaka przez resztę jego kariery frontowej.
- Strasznie. Tam jest piekło.


Trzecia doba w okopie podobno jest najgorsza. Choć wokół słyszy się o błyskawicznej wojnie i śmiałych postępach, to tutaj jest inaczej. Andreas dawno już poznał prawdę o tym, co jest wysyłane jako wieści, a co tak naprawdę się dzieje. Nazwy tej ukraińskiej mieściny nawet nie starał się zapamiętać. Zajęto ją szybko, ale potem miejscowi postanowili ją odbić. Ukraińcy nie poddawali się i szturmowali raz za razem okopy, które już raz stracili. Trwało to już stanowczo za długo. Dowódca obiecał, że już jutro powinna zjawić się tu 5 batalion pancerny i wspomóc atak na pozycje wroga. Do tego czasu muszą wytrzymać i nie dać się zabić.
Wieczory były najlepsze dla chłopaka. Lato było przepiękne a ściana lasu kusiła zielenią i świeżością. Wiedział jednak, że w nocy zamienia się w drapieżną bestię plującą ołowiem i szarpiącą bagnetami. Wieczorem jednak przypominało mu to austriackie łąki z odległymi górami. Odkładał wtedy na chwilę karabin i wyciągał zdjęcie Leny. To zdjęcie, na którego odwrocie widniał napis: „Pamiętaj”. Był najmłodszy w kompanii, ale wszyscy go lubili. Potrafił zagadać z każdym, coś powiedzieć, porozmawiać. Ludzie czasami chcieli z nim sami pogadać o czymkolwiek. Czuli, że dzięki temu na chwilkę bodaj zapomną o okropieństwach wojny. Choć przez chwilę.
- Młody. Dziś masz pierwszą wartę. Jurgen bierze następną.
Skinął głową i kontynuował patrzenie na las. Trwał tak przez kilka minut. Chłonął ciepło powietrza i świeży zapach macierzanki.
Po zmroku na świat wychodziły strachy. Las stawał się nieprzyjaznym miejscem a każdy krzak potencjalnym wrogiem. Zdwoił czujność. Widział obok siebie jeszcze czterech ludzi z oddziału i widział w ich oczach zmęczenie. To kolejna noc i kolejna, która może być ich ostatnią. „Pamiętaj”
Najpierw był trzask. Potem drugi. Wreszcie zagrzechotały erkaemy. Las ożył, a wszyscy zaczęli strzelać. Andreas patrzył na to wszystko i starał się dostrzec któregoś z napastników. Gdy widział jakiś kształt to strzelał licząc na to, że trafi. Nie chciał nikogo zabijać, ale w obronie własnej skóry gotów był do wszystkiego. I o dziwo zadawanie śmierci nie sprawiało mu przykrości czy żalu. Nigdy nie zabijał bez sensu, dla samego zabijania. Jednak w obronie siebie gotów był na wszystko. Huknął strzał. Kolejny cień padł nieruchomo parę metrów od niego. I wtedy nadleciał granat.
 
__________________
...and the Dead shall walk the Earth once more
_. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : ._
Yarot jest offline  
Stary 08-04-2008, 19:38   #3
 
Etopiryna's Avatar
 
Mały chłopiec biegł wąską uliczką w kierunku dużego, zadbanego budynku. Biegnąc, co jakiś czas zerkał na swoją zranioną dłoń a po jego twarzy spływało kilka łez.
Słońce właśnie zachodziło kiedy blond włosy chłopiec zbliżał się do drzwi kamienicy. Kontem oka zauważył słońce, zadziwiony obrócił głowę w jego stronę.
Piękne czerwono-złote promienie pokrywały zarówno niebo jak i budynki.
Wszystko wydawało mu się takie piękne kiedy patrzył jak słońce powoli ukrywa się za wysokimi drzewami i budynkami, tworząc idealną harmonię między niebem a ziemią.
Po wszystkim chłopiec otworzył drzwi i szybko wbiegł po starych schodach na drugie piętro.
Zapukał do dużych, ciemnobrązowych, drewnianych drzwi z małą tabliczką "EINHORN".
Drzwi się otworzyły a oczom chłopca ukazała się piękna młoda brunetka. Kucnęła i wzięła chłopca na ręce, po czym przytuliła go mocno do piersi.
-Tyle razy Ci mówiłam, żebyś przychodził wcześniej. Martwiliśmy się o Ciebie..- w uszach chłopca zabrzmiał łagodny, ciepły głos kobiety gdy go tuliła.
Brunetka spojrzała na twarz chłopca a jej oczom ukazały się wąskie ślady po łzach.
-Och Juluś, co się stało? - spytała swoim pięknym głosem, który chłopiec tak uwielbiał gdy zorientowała się, że musiał przed chwilą płakać.
Dziecko zapomniało kompletnie o swojej ranie gdy wpatrywało się w zachodzące słońce. Teraz gdy mama mu przypomniała, ręka znowu zaczęła go piec a z oczu poleciały łzy.
-Nić..- pociągnął nosem i potarł oko małą dłonią -upadłem jak biegłem do domu..
Przytulił się do piersi mamy i kolejny raz pociągnął nosem. Te ciepło, które od niej biło, chłopiec tak ją kochał..
Monika, bo tak miała na imię młoda brunetka ucałowała dziecko i postawiła na podłodze.
-Chodź, nie płacz, wszystko będzie dobrze - uśmiechnęła się do chłopca, który od razu się rozchmurzył -zajmiemy się Twoją rączką.
Dziecko poszło za mamą do łazienki, gdzie kobieta delikatnie przemyła małą rankę na dłoni dziecka i przykleiła mu plasterek.
-No i już, widzisz? - uśmiechnęła się i poklepała delikatnie dziecko po głowie, które już w ogóle nie myślało o zadrapanej rączce. W myślach nadal widziało piękne słońce, które po woli znikało za budynkami miasta."Czy mamusia jest piękniejsza czy zachodzące słońce?" pomyślał chłopczyk. Od tamtego czasu Julian oglądał zachody słońca z mamą.

* * *

Do ciemnego pomieszczenie weszła kilka lat starsza ale nadal młoda brunetka. Siadła na łóżku przy śpiącym już chłopcu.
-Julianie -nachyliła się nad głową dziecka i szeptała mu do ucha aby go obudzić. -Julianie obudź się. -powiedziała swym pięknym głosem a chłopiec powoli otwierał swoje brązowe oczy, patrząc zaspany na mamę.
-Musisz wstać.. jedziemy do babci, szybciutko.
Julian niechętnie wyszedł z łóżka i zaczął się ubierać. W kącie pokoju zauważył spakowaną torbę.
-Na długo jedziemy? -spytał zaskoczony tym widokiem.
-Tak, trochę tam zostaniemy a teraz ubierz się szybko, ja zrobię małe śniadanie, dobrze? -powiedziała Monika wychodząc z pokoju.
-Dobrze mamo, zaraz przyjdę do kuchni.
Chłopiec ubrał się szybko i poszedł do kuchni. Jego tata, ciemno włosy mężczyzna w średnim wieku jadł właśnie przygotowane przez żonę śniadanie.
Ojciec chłopca był żydem a jego matka katoliczką, podjęli oni decyzję, że dziecko odziedziczy religię mamy dla własnego dobra. David, tata Juliana wiedział, że wyznawcy jego religii są coraz częściej prześladowani, dlatego nie nadał dziecku swojego nazwiska tylko nazwisko panieńskie matki, "Hoffman".
-Usiądź zaraz Ci nałożę, zjemy i pojedziemy do babci. -kobieta szybko nalała Julianowi i sobie zupy po czy siadła do stołu. -Smacznego -powiedziała i sama zabrała się do jedzenia.
-Dlaczego jedziemy do babci? Coś się stało? -spytał chłopiec połykając kolejną łyżkę zupy, jego mama świetnie gotowała.
-Babcia jest mocno chora, musimy przy niej być i pomagać jej w domu. - odpowiedź ojca zmartwiła chłopca, bardzo lubił babcie i nie chciał, żeby chorowała.
Po szybkim śniadaniu wszyscy się ubrali i wyszli przed kamienice do samochodu.
Na dworze było ciemno i panowała burza, deszcz padał tak mocno, że Julian zmókł w kilka sekund.
Włożyli wszystkie torby do bagażnika, wsiedli do samochodu a ojciec odpalił silnik. Jednak chora babcia nie była jedynym powodem nagłego wyjazdu. Chodziły pogłoski o tym, że Niemcy mają wkroczyć do Austrii a ojciec Juliana bał się o rodzinę, był przecież żydem.
W trakcie jazdy zaspane oczy Juliana powoli się zamykały, aż chłopiec zasną na tylnym siedzeniu samochodu.
Monika wychyliła się z fotela w jego stronę, zdjęła ze swojej szyi srebrny łańcuszek i włożyła go do kieszeni Juliana, po czym przykryła dziecko dokładnie kocem.
Deszcz siekał po szybach samochodu a widoczność byłą bardzo niska.
Nagle samochód rodziny uderzył w jakąś gałąź leżącą na jezdni, której nie było widać przez tą straszną pogodę.
Droga była śliska i David nie mógł zapanować nad pojazdem, który po chwili uderzył w drzewo.

Julian otworzył oczy, leżał na zewnątrz samochodu na swoim starym kocu. Podszedł do niego starszy mężczyzna.
-Jak się czujesz? Wszystko w porządku? - spytał zaniepokojony.
Julian kiwnął głową chociaż wszystko mocno go bolało. Patrzył na samochód, cały przód był zgnieciony przy drzewie. Myśl, że jego rodzice siedzieli na przednich fotelach.. to było straszne. Zrozumiał, że nie mieli szans przeżyć.
Po jego policzku spłynęła łza, potem kolejna i kolejna, teraz już nikt nie powie mu "Już wszystko będzie dobrze".
-Oh.. tak mi przykro drogie dziecko.. - powiedział obcy mężczyzna kładąc mu rękę na ramieniu.
Julian nie zwrócił na niego uwagi, nie zwracał uwagi na nic. Myślał tylko o swoich rodzicach a szczególnie o mamie, o jej cudownym głosie, którego już nigdy nie usłyszy, a który tak kochał. W tym momencie na jego twarzy pojawiły się czerwono-złote promienie. To słońce, właśnie wschodziło kiedy Julian ocierał z twarzy łzy. Zdawał sobie sprawę co się stało ale gdy patrzył na wschodzące słońce poczuł niezwykle kojące ciepło na swoich policzkach. Przypomniał sobie wtedy jak ucałowała go mama i otarła mu łzy, wiedział, że teraz jest przy nim. Smutek go opuścił, coś namówiło go aby sięgnął ręką do kieszeni swoich spodni. Wyciągnął srebrny łańcuszek z krzyżykiem. Jego mama zawsze go nosiła, nie wiedział jakim cudem znalazł się w jego kieszeni. Założył go a uśmech znów pojawił się na jego twarzy.
-Teraz zawsze będziemy razem.. - powiedział szeptem w stronę słońca mrużąc duże brązowe oczy.

* * *

Po wypadku trafił do babci, która rok później odeszła.Jego babcia była bardzo religijną osobą, podobnie jak jego mama. Nauczyła go wiele o kościele i tłumaczyła mu wiele spraw.
Kolejny cios jakim była śmierć jego babci bardzo go zabolał, kościół stał się mu najbliższy, było to miejsce, w którym czuł te ciepło, które zawsze dawała mu obecność mamy. Po śmierci babci miał trafić do sierocińca w Salzburgu.
 
__________________
"W każdym z nas płynie ta sama, leniwa, czerwona rzeka."

Ostatnio edytowane przez Etopiryna : 20-04-2008 o 12:11.
Etopiryna jest offline  
Stary 08-04-2008, 21:15   #4
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Leżąca w łóżku kobieta spojrzała na dziecko, którego w tym momencie pewnie nikt prócz niej nie nazwałby ładnym. Na jej twarzy malowało się zmęczenie, lecz mimo tego uśmiechnęła się do akuszerki.
- Będzie miał na imię Kurt... - powiedziała.

- Jaki ślicznych chłopiec... Podobny do taty...
Christina Zeller uśmiechnęła się w odpowiedzi.
Mały Kurt bez wątpienia był podobny do swego ojca - tak z koloru włosów i oczu, jak i z kształtu nosa i ust. W dodatku wyglądał dokładnie tak samo, jak Johann na zdjęciach sprzed trzydziestu prawie lat.
- Tak - powiedziała. - Wykapany tata...

- ...a mała księżniczka od tej pory... - Christina zamilkła. Zamknęła i odłożyła książkę na stolik. Jej pilny do tej pory słuchacz zamknął oczy i miarowo oddychał.
Wstała. Sprężyny łóżka skrzypnęły cicho, lecz śpiący chłopiec nawet nie drgnął. Leciutko ucałowała czoło synka i wyszła, gasząc światło i zamykając drzwi.

- Tata! - z okrzykiem radości na ustach mały chłopiec ruszył biegiem przez trawnik. Za nim powoli ruszyła wysoka brunetka. Z całej jej sylwetki emanowało wyraźne zmęczenie.
Chłopiec rzucił się ojcu na szyję. Ten przytulił go mocno.
- I jak minął dzień? - spytał. - Opiekowałeś się mamą?
Kurt z niebyt pewną miną spojrzał w stronę matki. Ta uśmiechnęła się.
- Świetnie się bawiliśmy - powiedziała.
Coś w wyrazie jej twarzy zaniepokoiło Johanna.
- Christi? Dobrze się czujesz? - spytał.

Trzyletni chłopiec w ciemnym płaszczyku stał cały czas spokojnie. Tylko smutek na twarzy i siła, z jaką ściskał dłoń ojca świadczyła o tym, jak bardzo wszystko przeżywa.
Rozpłakał się dopiero gdy wyszli z terenu cmentarza i wsiedli do samochodu...

- I jak było w szkole? - spytał Johann.
Wrócił późno z uczelni, ale Kurt jeszcze nie spał. Jak zawsze czekał na tatę.
Kurt skrzywił się.
- Pani powiedziała, że mam wyraźniej pisać, bo nie może odczytać, co napisałem.
Johann uśmiechnął się.
- A co ja ci mówiłem? - spytał.
- Że bazgrzę - ponuro odpowiedział Kurt. - Jak kura pazurem. Wszyscy jesteście tacy sami...
- Wy, czyli kto - wolał upewnić się Johann.
- Jak to "kto" - wyraźne oburzenie zabrzmiało w głosie Kurta. - Dorośli... Wszyscy jesteście tacy sami...
- Zmowa dorosłych - Johann przygryzł wargi, by się nie roześmiać w głos. - Ale nie przejmuj się. - Poklepał syna po ramieniu. - Podrośniesz i kupię ci maszynę do pisania, pięknego "Underwooda". Wtedy nikt nie będzie narzekać...
- To ja wolę teraz lepsze wieczne pióro - odrzekł Kurt. - I motor, jak podrosnę...

- Po co oni do nas przyszli? - po raz kolejny padło to samo pytanie.
Johann z trudem powstrzymał się przed wzruszeniem ramionami. Nie bardzo wiedział, jak wytłumaczyć jedenastolatkowi zawiłości polityki, której sam nie lubił. I nie zawsze rozumiał do końca.
Poza tym nie bardzo chciał, by jego syn powtarzał opinie ojca na temat anschluss'u Austrii do III Rzeszy. I jeden, i drugi mógłby mieć poważne kłopoty...
- Może kiedyś pójdą tak samo, jak przyszli - powiedział.

- Heirich mówił, że jego ojca wzięli do wojska i pojedzie na front - trzynastoletni Kurt nieco zaniepokojony wpatrywał się w twarz ojca. - Ty też tato pojedziesz?
Johann pokręcił głową.
- Nie sądzę, bym się tam przydał do czegokolwiek - powiedział uspokajająco. - Bieganie z karabinem to nie jest specjalność naukowców.
W rzeczywistości nie był tego taki pewien. Było jasne, że z czasem wielki wódz będzie potrzebował coraz więcej żołnierzy i będzie obojętne, kogo tam się wyśle. A najlepiej było wysyłać tych, których poglądy na temat szaleństwa rozpętanego przez Hitlera nie należały do tych z gatunku poprawnych politycznie.
Kurt uśmiechnął się, ale cień niepokoju w jego oczach pozostał.

Johann z zaciekawieniem zmieszanym z niepokojem otworzył urzędową kopertę. Na stół wypadł arkusz papieru ozdobiony paroma pieczęciami.
Przeczytał, a potem zrobił to ponownie. Ciągle nie bardzo wierzył w to, co zobaczył.
- Peenemünde? - zaskoczenie brzmiące w jego głosie było wyraźnie słyszalne... - I co chce ode mnie Johannes Plendl?
Nazwa miejscowości coś mu mówiła. Kojarzyła mu się z jakimiś badaniami... O Johannesie Plendlu, fizyku zajmującym się falami elektromagnetycznymi, słyszał nieco więcej. Ale i tak nie bardzo wiedział, co on miałby tam robić. To raczej nie była jego dziedzina.
Wzruszył ramionami. I tak nie miał wyjścia.
Sięgnął po słuchawkę telefonu...
- Inga? - spytał. - Mam sprawę...

Johann przez chwilę patrzył na odłożoną słuchawkę, a potem podniósł głowę.
- Kurt! - zawołał.
W drzwiach stanął szczupły, ale dosyć wysoki szesnastolatek.
- Tak, tato? - powiedział.
Johann popatrzył na syna przez dłuższą chwilę.
- Wyjeżdżam na jakiś czas. Być może na dłużej. Będziesz musiał się przenieść do ciotki Ingi. Już z nią rozmawiałem.
Kurt skrzywił się. Wyraźnie.
- Muszę? - spytał. - Przecież mogę zostać sam. Dam sobie radę...
Wiedział, równie dobrze jak ojciec, że jego stosunki z ciotką Ingą nie układały się najlepiej. Perspektywa przebywania z nią dłuższy czas pod jednym dachem nie wydawała mu sie zachwycająca.
Wyraz twarzy ojca powiedział mu wszystko.
- Skoro nie ma innego wyjścia... - powiedział w końcu zrezygnowany.

Spojrzał na stojąca na szafce fotografię, przedstawiającą wysoką, uśmiechniętą brunetkę. Nie pamiętał jej. Gdy zmarła, miał dopiero trzy lata i wszelkie wspomnienia zatarły się w pamięci. Tylko z opowiadań wiedział, jak cieszyła się, gdy się urodził, że chodziła z nim na plac zabaw, że czytała mu bajki na dobranoc...
Do podręcznej torby schował dwa albumy z rodzinnymi zdjęciami, parę książek, które ostatnio 'rozgryzał' przy pomocy ojca i fotografie rodziców.
Rozejrzał się po pokoju. Nic ważnego nie zostawił. Reszta rzeczy mogła trafić do kufra.

List był wyraźnie urzędowy. Z dużo mniej wyraźną pieczątką 'Peenemünde' na znaczku.
Kurt obejrzał go dokładnie ze wszystkich stron, nie bardzo mając ochotę otwierać. W końcu rozciął kopertę. Listy urzędowe rzadko kiedy przynosiły dobre wiadomości.
"Zawiadamiamy... Johann Zeller..."
Litery skakały mu przed oczami.
"...zmarł..."
Opuścił rękę.
Biała kartka sfrunęła na podłogę...

Inga spojrzała na swego męża.
- Przecież tak nie może być - powiedziała. - Od przyjścia tego listu prawie się nie odzywa. Tylko książki i książki... Nawet z kolegami nie rozmawia. Helga mówiła...
Detlef machnął ręką.
- Nie dziw mu się. W końcu od śmierci Christiny byli tylko we dwóch. Johann był dla Kurta ojcem i matką równocześnie. Mentorem i przyjacielem...
Inga westchnęła ciężko.
- W końcu mu przejdzie - powiedział Detlef pocieszająco. - A lepiej, że książki, niż wódka...

Otworzył okno. Czerwcowe powietrze wdarło się do pokoju.
Wiedeń powoli zaczynał dochodzić do siebie po skończeniu wojny. I chociaż po ulicach miasta przelewały się tłumy żołnierzy w obcych mundurach, to jednak nie odczuwało się specjalnego napięcia.
Uśmiechnął się lekko.
Mimo licznych oporów zdołał przekonać ciotkę, że jest w stanie sam o siebie zadbać. W końcu był dorosły...
Wiedział co prawda, że ciotka jeszcze nie raz będzie wpadać do jego mieszkania, by kontrolować siostrzeńca, ale to i tak było lepsze, niż przebywanie z nią pod jednym dachem. Dużo lepsze...
Spojrzał na biurko. Niedokończona praca ojca nie dawała mu spokoju. Połowy z tego nie rozumiał... Przydadzą mu się te studia...
Poprawił okulary, a potem wrócił do lektury.

Grudzień nie pożałował śniegu. Chociaż do Świąt pozostało parę dni, na Franz-Josefs-Kai leżała kilkucentymetrowa warstwa białego puchu.
Kurt z pewną niechęcią spojrzał na zegar. Ta wizyta nie była mu na rękę. Umówił się z paroma kolegami z pierwszego roku i nie miał ochoty się spóźnić. Ale w zasadzie nie miał wyjścia, chociaż nazwisko Ernst Stolz nic mu nie mówiło. Skoro tamten powołał się na jego ojca...
Dzwonek do drzwi obwieścił przybycie gościa.
"Dobrze, że jest punktualny" - pomyślał.
Miał szansę, że po rozmowie zdąży na spotkanie.
Uprzejmie wskazał fotel, gdy Sophie, bardziej członek rodziny niż gospodyni, wprowadziła gościa.
- Znałem pana ojca - powiedział Ernst, gdy wstępne grzeczności zostały zakończone. - Byłem pod wrażeniem jego ostatniej pracy.
- Tak? - spytał uprzejmie Kurt. - O której pracy pan mówi?
Ernst uśmiechnął się ledwo dostrzegalnie.
- O tej, której nie zdążył dokończyć - powiedział. - Spotkaliśmy się w połowie 43 roku. Zanim pana ojca wysłano do Peenemünde...
Kurt z zaskoczeniem spojrzał na swego rozmówcę. Sądził, ze ten wyjazd nie był publiczną tajemnicą.
- Wyczułem w pana ojcu ogromny potencjał - kontynuował Ernst. - Ale to chyba rodzinne - dodał, spoglądając na swego rozmówcę.
- Nie sądzę - stwierdził Kurt, nie bardzo rozumiejąc, o co chodzi Stolzowi - bym kiedykolwiek mógł dorównać ojcu.
Ernst pokręcił lekko głową.
- Nie myślę o jego osiągnięciach naukowych - powiedział.
- Czy pan wie - zmienił nagle temat - że pana ojciec odmówił udziału w badaniach i trafił do obozu?
Kurt, nie mogąc wykrztusić ani słowa, wpatrywał się w niego osłupiały.
 
Kerm jest offline  
Stary 13-04-2008, 21:52   #5
 
Hellian's Avatar
 
Salzburg 1929 -1939

Julia Diana Fassbinder urodziła się chłodną jesienną porą 1929 roku w szpitalu Świętej Marty w Salzburgu. Mama chciała rodzić w domu, z akuszerką, jak rodziły jej matka i babka i babka babki... Ale Tata, nowo mianowany profesor Katedry Historii Nowożytnej był człowiekiem nowoczesnym. I Mama uległa.

Choć na świat przychodziło najpiękniejsze dziecko XX wieku – to słowa Mamy - nie było żadnych znaków, nie waliły pioruny, nikt nie odkrył nowej komety, zwyczajna noc. Wprawdzie księżyc świecił jasno i Mama mówiła, że do niej mrugał. Ale to chyba wskutek wyczerpania, bo z Julki, którą mama nazywała Dianą, był kawał dziewuchy.

W 1929 roku, poza córką, Tata zyskał też sporą sławę i wielu przyjaciół. Wszystko wskutek publikacji niewielkiej broszury pod tytułem „Historyczny dowód różnorodności potencjału ras ludzkich”. Było to zaraz po podpisaniu unii celno-walutowo-ekonomicznej między Republiką Austrii a Niemcami. Ale potem zmieniły się układy polityczne i przez kilkanaście miesięcy Tata nawet nie miał pracy. Do czasu. Bo los się znowu odwrócił i w 1938 roku Volker Fassbinder został dziekanem Wydziału Historycznego Uniwersytetu w Salzburgu.
Julia miała już 9 lat i dobrze pamięta jak pięknie mama się ubrała na bankiet i jak bardzo sama chciała mieć taką suknię, długą, z falbanami i kolorowymi piórami.
Przeprowadzili się wtedy do pięknej kamienicy na Dom Platz, gdzie mieszkały same bardzo czyste dzieci i nie można było trzymać zwierząt. Dlatego stary kocur Melchior pojechał na wieś.
I Julka bardzo się cieszyła, kiedy kilka miesięcy później ona i Mama pojechały do Melchiora. Mama natomiast była bardzo smutna. Julka trochę się orientowała dlaczego. W nowej kamienicy mieszkali źli ludzie i Tata zgłosił to policji. A Mamie, która była dobra, było ich szkoda. Tata próbował wytłumaczyć Mamie, że wszystko robi z myślą o rodzinie, ale Mama płakała i w końcu Tata się zdenerwował i nazwał Mamę wiejską gęsią.

Thalgau 1939 - 1948

Upalny ranek, początek maja 1945
Diana wstała o świcie. Chwilę wahała się czy nie wykraść się przez okno. Tak by babcia nie marudziła. Plecaczek spakowała już wczoraj. Wszystkie niezbędne rzeczy, ale łakomstwo zwyciężyło. Wiedziała, że babcia wydoiła już krowę, więc po cichu zakradła się do spiżarni napełnić żołnierską manierkę.
- Diana, na miłość boską – babcia Gerda mimo 70-tki na karku darła się ze stodoły bardzo donośnie – znowu idziesz włóczyć się w te góry? I zostaw to mleko. Lekarz zabronił ci go tyle pić. Opanuj się dziewczyno już i tak jesteś wyższa od wszystkich chłopaków we wsi.
Diana wiedziała, ze babcia po prostu się martwi, że nie znajdzie sobie męża, bo jest za duża, a tylu chłopców zginęło na froncie, ze teraz będą przebierać. Dziewczyna chętnie uspokoiłaby staruszkę w tej materii, bo chłopcy ją bardzo lubili, na przykład Thomas, z którym miała się spotkać na Wietrznym Wierchu. Ale ta babcia nie była gotowa na niektóre zwierzenia wnuczki.
Poprawiła plecaczek, wyciągnęła ukrytą przy spiżarni grubą laskę, podkasała spodnie do pół łydki. Pomachała babci, niezrażona jej krzykami i ruszyła na szlak. Znowu nawiedziła ją dziwna myśl o łuku, że pasowałby do tego wszystkiego.

Ten sam dzień, wieczór
Siedziała na progu starej chałupy i przebierała korzonki. Siedem kupek a w każdej niezawodny lek na inne dolegliwości. To był element nauki. Jeszcze dziś będzie nawlekała je na sznurek i wieszała na chałupie od południa. Zejdzie jej u babci Elizy pewnie do północy.
Obok Diany wylegiwał się Melchior. Oboje trafili tu po raz pierwszy chyba pół roku po przyjeździe do Thalgau, po specyfik na bolące kości dla Mamy. I Melchior, wredny zdrajca, nie wrócił z Dianą do domu. Został u Elizy na stałe. Teraz gdy podrosła często myślała sobie, że zamiast wtedy biegać co dzień po nowe zioła dla Mamy, powinna była Mamę tu przyprowadzić i zostawić, jak Melchiora. Wtedy Mama na pewno pożyłaby dłużej. Bo Melchior był najstarszym kotem o jakim słyszała, zaś sama Eliza była stara nawet w panieńskich czasach babci Gerdy.
- Uważaj dziewucho, nie rozróżniasz parwoślazu od żywokostu? – obie babcie uwielbiały ją sztorcować.
Zrobiła skruszoną minę. Zielarka wybuchnęła śmiechem.
- No opowiadaj, jak tam ten chłopak Marcela? Obejrzałaś go sobie w końcu dokładnie?
- Nie babciu. Mówiłam Ci, że Thomas wstydliwy jakiś jest. Cały czas by mi się tylko w piersi wtulał. To już nudne się robi. Szkoda, że nie ma wolnych starszych chłopaków.
- Przecież nie muszą być wolni – zielarka znowu się roześmiała. – Choć Diano pomożesz mi dzisiaj u ludzi.
I Diana po raz pierwszy odebrała poród.
 
Hellian jest offline  
Stary 15-04-2008, 20:06   #6
 
Judeau's Avatar
 
Delikatne płomienie świec oświetlały ciepłym blaskiem kapliczkę. Złote wykończenia i kryształowe szybki chwytały promienie, by natchnąć je nową siłą, wspomóc w chwalebnym przedstawieniu którego aktorami były. Pusta twarz wymalowanej na obrazie czarnej kobiety z dzieckiem zdawała się w tym otoczeniu nabierać życia i jakiejś nieopisanej magii. Płonąca aura kapliczki wypełniała cały świat. Choć jego młody umysł nie pojmował tej sceny, tak jak nie pojmował słów jego matki, to czuł całym sobą spokój i unoszącą, choć jakże subtelna radość.
Matczyne ciało było takie miękkie i ciepłe. Jej głos, miarowy, cichy, szept wręcz, uspokajał go. Rytm serca tulił do snu, ramiona obejmowały, chroniąc przed całym światem, pozwalając jedynie temu wspaniałemu światłu dotykać go, koić nawet bardziej.
- Widzisz synku...? Widzisz Boską miłość? Czy wyobrażasz sobie cokolwiek czystszego i milszego... i bardziej bezinteresownego? Poczuj ją i przyjmij do swojego serca. Od Niego nie zaznasz krzywdy, zdrady, bólu...! Nie ma nic o równej wartości... Twoje marzenia mogą lec w gruzach, wszystko co było ci bliskie może pęknąć w jednej chwili... jakbyś nigdy nic nie znaczył. Tylko Boska miłość pozostaje niezmienna, daje pewność, że czynisz dobrze i siłę... i szczęście... Tego skarbu nie można ci ukraść... Tylko jego i aż jego... Ten świat jest zgniły i zły, ale nie bój się synku... To tylko koszmar. Prawdziwe szczęście czeka cię gdzie indziej, gdy obudzisz się daleko stąd, onieśmielony Boską miłością, by w końcu żyć prawdziwie..
Spojrzała na trzymanego w objęciach chłopca. Jej oczy płonęły. Ferwor wylewał się z nich niczym górski potok. Dziecko wbijało w nią wzrok, przepełnione fascynacją, podziwem i strachem. Doniosłość chwili dudniła w głowie jak trąby anielskie.
Nie rozumiał. Nie musiał. Czuł.
Matka ścisnęła go mocniej. Pocałował ją delikatnie w dłoń. Nawet żelazny smak krwi na jej palcach wydał mu się teraz darem Boga.

***

Upadek na posadzkę bolał, to prawda. Słowa, bolały o wiele bardziej.

- Haha! I co z tym zrobisz, dupku? Twoja matka-wariatka mnie też przyjdzie zabić??
Zacisnął zęby w złości. Dlaczego oni mówili takie rzeczy o mamie! Przecież to nieprawda! Dlaczego byli tacy niemili... Oni też chodzili do kościoła, a Jezus mówił, żeby nie krzywdzić innych, więc czemu... Znów nie rozumiał! Od kiedy tylko zaczął chodzić do szkoły, nie rozumiał innych dzieci... Były takie okrutne. Przezywały mamę, a ona jest taką dobrą osobą, nie zasługuje to!
Miał ochotę wstać i bić się z tym chłopakiem, by wyszczekał wszystko co złego powiedział! Nie będziesz czynił złego świadectwa o bliźnim swym! Spojrzał na czarną książeczkę, z wyszywanymi złotymi literami, która przed chwilą wypadła z szkolnej torby, razem z całą resztą zawartości... „Drugi policzek”
Spojrzał w górę na wysokiego, chudego blondyna, który stał nad nim z założonymi rękami i zawadiackim uśmiechem na twarzy.
- Nie. Wybaczam ci, ze tak powiedziałeś, ale proszę, nie mów tak więcej.
- Co? Haha! Ej, patrzcie, jaki żałosny, teraz błaga na kolanach o litość! Hahaha! Będę mówił co będę chciał, śmieciu! Twoja matka jest brudna i śmierdzi jak stary kundel! Jest starą, nienormalną szmatą, nic dziwnego, ze ma takiego głupiego syna! Durna kurwa!
Zauważył, ze rzucił się na blondyna dopiero gdy kopniak posłał go z powrotem na ziemie. Skulił się, ból sparaliżował ciało, nie mógł złapać oddechu. Popatrzył w górę na twarze dookoła. Część się śmiała, część rozglądała nerwowo, niektórzy odwracali wzrok...
Blondyn nagle wydał mu się większy niż był, jego uśmiech rozszerzył się, głos niósł złowieszcze nuty... Płomienie w oczach tak bardzo różniły się od tych, które widział w oczach matki...
Zrozumiał

***

Brodaty mężczyzna uśmiechnął się przyjaźnie.
- Jak podobało ci się nasze spotkanie, młody człowieku?
Faustin uśmiechnął się niemrawo
- Było bardzo miło, ojcze... cieszę się widząc innych ludzi tak oddanych Panu jak ja...
Niedzielny poranek był słoneczny i ciepły. Ludzie nieśpiesznie przechadzali się po zadbanym, Rzymskim parku, ptaki śpiewały swoje radosne pieśni, a Faustin po raz pierwszy od długiego czasu czuł się rozumiany przez kogoś poza matką.
- Mnie również bardzo cieszy gdy widzę młodego człowieka, z tak bogatym życiem duchowym... Widzisz, dziecko, ludzie w tych czasach odwracają się od Boga. Oczywiście, każdego z nich widzimy co niedziela w kościele, dają na tace, modlą się... ale to wszystko to tylko maska. Zgnilizna, młody człowieku, zgnilizna toczy dusze ludzi tego wieku! Ich udawana pobożność jest policzkiem dla pana. Pokaż mi jedną osobę poza nami, która żyje zgodnie ze słowami Mesjasza! Wszystkich ich przepełnia „miłość” do niego, ale czy ktokolwiek, kiedykolwiek naprawdę –posłuchał- co ma do powiedzenia? Być może lepiej by było dla nich, gdyby nie słyszeli... Ignorancja jest mniejszym grzechem, niż jawne łamanie Jego zasad. Ci biedni głupcy posuwają się nawet do postępków iście heretyckich: co im pasuje w Piśmie – do tego się stosują, co nie podoba – wyrzucają z pamięci jakby nigdy nie istniało, ośmielając się nazywać te... skarlałe wydumanki wiarą chrześcijańska. Na nieskończoną litość boską, oni wymyślają sobie Boga, takiego jakim chcą widzieć, nie takim jakim jest! Nie mówię tylko o osobach świeckich... Nie sposób policzyć ile razy zgromadzenie kardynałów naginało, nawet zmieniało interpretacje pisma, by służyło ich celom... Powiedz młody człowieku, czy zakłamywanie słów boga nie jest działaniem na wskroś szatańskim...? Potępienie tylu dusz, nawet tych, które przy odpowiednim pasterzu wróciłby na miłosierne boskie łono, to uczynek ze którym może stać tylko jedna siła... Serce mnie boli, gdy myślę o nich wszystkich... Być może nasze poglądy wydają ci się surowe, może nawet okrutne, ale pamiętaj... walka toczy się o życie wieczne, najwyższa ze stawek. Dla człowieka nic poza samym Bogiem nie może być ważniejszego... Jeśli tą walkę przegramy, oni wszyscy będą potępieni, będą smażyć się w wiecznych ogniach piekieł... Jezus nie ewangelizował tak jak my, to prawda. Być może nawet niektóre z naszych metod byłby przez niego, w czasach gdy mieszkał na ziemi, potępiane, ale pamiętaj... gdy chodził miedzy nami, nauczał, dawał ludzkości szansę na stosowanie się do jego nauk, niczym sam Ojciec pierwszym jego dzieciom... ludzkość tą szansę zmarnowała, kolejny raz. Niczym pies gryzący rękę która go karmi, wbiliśmy sztylet w jego plecy! Szczury, robactwo! Ale Bóg nadal nas kocha, nadal chce naszego zbawienia i musimy przypominać o tym ludziom... na każdy sposób jaki tylko możemy...
Mężczyzna uśmiechnął się serdecznie widząc i objął chłopaka ramieniem.
-Wróć do domu, pomódl się, zaśnij. Zrozumiesz. Jestem tego pewien.

Tej nocy, płomienie w oczach mężczyzny nawiedzały jego sny.

***

Starzec zachwiał się na nogach i wzniósł ręce w panicznej obronie. Kolejne uderzenie wybiło oddech z jego piersi. Poczuł trzaśniecie w dolnych żebrach i upadł na kolana. Oni nie żartują. Histeria zaczęła narastać w jego zawsze spokojnej, uczonej głowie. Coś trafiło go w twarz. Poczuł jak przednie zęby, z których utrzymania w jego wieku taki był dumny, wypadają, ocierają się o dziąsła, język, niemal wpadając do gardła, krew wypełnia usta. Czyjaś stopa, niewiadomo skąd, przydepnęła jego gardło zatrzymując przepływ powietrza.
- Ostrzegaliśmy, ze to się stanie, pierdolony poganinie. Możesz winić tylko siebie. Bóg dał ci życie a przez to szansę, my podobnie, ale ty naplułeś mu w dłoń. Naprawdę sądziłeś, że twoje czarcie kłamstwa pozostaną nieukarane? – przez czerwoną mgłę bólu widział spowitą cieniem twarz niskiego chłopaka, który go zatrzymał w alejce. – Nie wiem czy prowadzi cię sam Pan Ciemności, czy twoja własna głupota i ślepota, ale twoje wykłady... „profesorze”... poważnie godzą w Boskie interesy. Widzisz, namawiając ludzi do porzucenia wiary, nie tylko wspierasz Złego, ale skazujesz tych głupców na niewyobrażalne męki w trzaskających płomieniach szatańskich czeluści! Wiesz czym jest piekło, pierdolony poganinie? Co teraz czujesz, powiedz...? Czujesz ból? Strach? Paraliżujące przerażenie, rozrywające serce i tępiące zmysły? To wszystko jest niczym wobec agonii którą szykuje ci ten, któremu służysz! – uśmiech Faustina narastał. Drżące oczy starca wyrażały o tyle więcej niż jego charczenie, nieskoordynowanie ruchy, siniaki. W imię Pana! Ten biedny człowiek, zwiedziony intrygami Boskiego wroga zaczyna zdawać sobie sprawę z tego co mu grozi, jeśli nie wyrazi skruchy, nie obieca poprawy, nie wróci na drogę Jezusa. Idź z powrotem ku światłości, człowiecze i chwal Pana! Teraz cierpisz, ale czymże to wobec przysługi jakiej właśnie doświadczasz z rąk gorliwych wiernych! Będziesz pławił się w Boskiej chwale... Jeśli nie po dobroci, to wiedziony strachem! Twoje ostateczne ocalenie jest w zasięgu ręki. Jeśli sam nie chcesz po nie sięgnąć, wepchniemy ci je w dłonie! Deus volt! – Zmień swe postępowanie, starcze. Dajemy ci jeszcze jedną szansę. Skorzystaj z niej, lub zgnij w otchłani.

Nacisk na gardło zelżał. starzec, zanosząc się gulgoczącym kaszlem przewrócił się na bok, wypluł mieszaninę zębów i krwi. Trzęsąc się jak w febrze popatrzył za odchodzącymi młodzieńcami... Oczy tego oprawcy... Będą go nawiedzać do końca życia. To szaleniec... nie... W tej chwili był gotów uwierzyć, ze to prawdziwy diabeł...

***

Bolało. Odległe odgłosy bitwy coraz bardziej cichły. Swąd spalenizny, prochu i ludzkich wnętrzności odurzał. Wiatr wył i pluł falami pasku w jego zapłakane oczy, podrażniony nos i ziejąca ranę na plecach. Zarzęził lekko, próbując odkasłnąć krwawą pianę z tchawicy, ust i nosa. Słodki, metaliczny smak przypominał mu czasy dawno przeszłe...
-Mamusiu... – zajęczał. Łzy pociekły strumieniem na zmoczoną już posoką ziemię. Widział ciała swoich kompanów, Brytyjczyków, zgliszcza ich czołgów. Biedni ludzie, skazani na piekło. Nikt nigdy nie pokazał im właściwej drogi. Jakież Faustin miał szczęście... Niedługo aniołowie zaniosą go wprost przed kryształowe bramy Świętego Piotra, a potem zasiadać będzie w nieskończoność wśród kojącego, ciepłego światła Boga... razem z mamą i braćmi z Kościoła... I będzie tak spokojnie...
Tylko czemu czuł strach? Przecież czeka na niego prawdziwe życie! Całą nędzną egzystencje na tym padole szykował się i radował na ten dzień... Nie powinien się bać... i tak żałować...
- Nie...chce... umierać... – wyszeptał, coraz słabiej. Nagle, jak pocisk z armaty uderzyło go przerażenie. Oddech stał się cięższy, bezwładne ręce poruszyły się w nowym wigorem. Nie może jeszcze umrzeć, to nie jego pora, Bóg mu daje znak strachem! Musi walczyć, tyle jeszcze dusz jest mu przeznaczone ocalić! Musi wstać, znaleźć medyka, da rade, musi dać, DEUS VOLT!
Ręce załamały się pod nim. Padł na piasek bez siły w mięśniach i bez siły w sercu.
Napad płaczu wstrząsnął jego ciałem. Zawodził tak mocno, jak tylko pozwalała mu na to jego rana. Umierał. Boże – błagał, resztkami świadomości – nie zabieraj mnie... nie chce umierać... mamo... ratuj mnie...

Nastało światło.
 
__________________
"To bez znaczenia, czy wygrasz, czy przegrasz, tak długo jak będzie to WYGLĄDAŁO naprawde fajnie"- Kpt. Scundrel. OotS
Judeau jest offline  
Stary 19-04-2008, 22:48   #7
 
MigdaelETher's Avatar
 
Przebudzenie

*** Andreas ***


Potężny huk rozdarł powietrze. Otaczający go świat w jednej chwili pękł na milion kawałków, jak wypuszczona ze zgrabiałych rąk filiżanka z miśnieńskiej porcelany. Biała skorupa pęka i setki drobnych odłamków wbijają się w ciało. Tną je, szarpią, drążą swymi małymi ostrymi ząbkami.
Ale zaraz... To nie porcelana, to chłodny, śmiercionośny metal...
Jakaś siła cisnęła Andreasem jak szmacianą lalką. Chłopak wylądował na plecach, siła upadku odebrała mu na chwilę oddech. Jak wyjęta z wody ryba desperacko otwierał i zamykał usta walcząc o odrobinę powietrza. Krztusił się unoszącym się wszędzie kurzem i własną krwią. Jednak najbardziej przerażające było nie to, tylko nienaturalna cisza, która go otaczała niczym szczelny kokon z waty.
Spróbował się podnieść, ale ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Zebrał wszystkie siły i przekręcił się na bok.
Jakiś metr od niego leżał ten młody, jasnowłosy chłopak z Tyrolu, który jeszcze wczoraj pokazywał mu zdjęcie swojej narzeczonej. Tomas, bo tak miał na imię, wyginał się konwulsyjnie. Poniżej pasa wisiały mu jedynie jakieś postrzępione gałgany, spomiędzy których wyzierała krwawa miazga, będąca kiedyś jego nogami.
Blondyn obrócił twarz w stronę Andreasa. Jego niebieskie oczy powoli zasnuwała mgła, a jego usta poruszały się miarowo. Jednak do uszu Jagra nadal nie docierał nawet najmniejszy dźwięk. Tomas znieruchomiał, a jego błagalne spojrzenie już na zawsze miało pozostać utkwione w młodym Salzburgczyku. Co teraz zrobi długowłosa roześmiana Hilda z fotografii... Andreas odruchowo spojrzał w dół, aby upewnić się czy sam jest w jednym kawałku. Każdy ruch wywoływał nową, silniejsza falę bólu, a rdzawa plama na mundurze rosła z sekundy na sekundę. Kolejna eksplozja bólu prawie pozbawiła go przytomności.

Nagle zaczął się zapadać, jakby sam w sobie.... cóż za dziwne uczucie.... coś rozdzierało go na strzępy aby ponownie złożyć i powołać do życia. Patrzył na swój tułów i nie widział munduru. Widział nagą skórę, napinające się mięśnie pociągające za kości, do których były przyczepione. Musculus rectus abdominis... musculus sternocleidomastoideus... Sieć żył i arterii biegła do trzepoczącego się, pulsującego w klatce z żeber serca. Wyraźnie widział dość spory odłamek, który utkwił w pobliżu pnia aorty brzusznej. Ranny chłopak chłonął ten widok zdumiony, prawie zapominając o bólu, kiedy iskra, jakieś dziwne wyładowanie przeszyło jego umysł. Jego uszy... odzyskał słuch, a może jednak nie... To nie były doznania akustyczne. Krzyki rozpaczy, jęki przerażenia, błaganie o pomoc to wszystko wlewało się wartkim strumieniem wprost do jego umysłu. Na jego oczach twarz jasnowłosego Tomasa napuchła, zmieniła barwę najpierw na siną, potem pociemniała. Z ust i nozdrzy chłopaka wypełzły drobne białe larwy i rozpoczęły konsumpcję. Jager był świadkiem, jak w ciągu niespełna minuty ciało młodego Tyrolczyka rozłożyło się i rozsypało w proch.

Andreas stracił świadomość.

Ocknął się dopiero po kilku dniach w skleconym naprędce wojskowym szpitalu gdzieś na obrzeżach wschodniego frontu. Kiedy otworzył oczy, pierwsze o czym pomyślał, to że umarł i trafił do nieba. Koło niego siedział anioł o twarzy łudząco podobnej do twarzy jego ukochanej Leny.

- Doktorze, doktorze! Obudził się, obudził się! - poderwała się uradowana. - Już nigdzie Cię nie puszczę, słyszysz? Tak bardzo się bałam, tak martwiłam!

Po policzkach dziewczyny spływały łzy. Nie bacząc na stan chorego przylgnęła do niego, jakby na potwierdzenie tego co przed chwilą powiedziała.

- Już dobrze moja droga - zaśmiał się jakiś szpakowaty jegomość, który podszedł do łóżka razem z lekarzem - Chłopak przeżył wybuch granatu, a ty go udusisz.

Głosy zebranych wokół niego osób docierały do Andreasa, jakby z za grubej zasłony.

- Wykpiłeś się drogi młodzieńcze małym kosztem. Oprócz niewielkiego, trwałego uszkodzenia słuchu, szybko dojdziesz do formy. - Lekarz uśmiechnął się jowialnie.
Zarówno jego, jak i szpakowatego staruszka, spowijała jakaś dziwna aura. Andreas nie potrafił rzeczowo określić swoich doznań.

- Kochanie, to jest profesor Knopff z uniwersytetu w Salzburgu - Lena dokonała krótkiej prezentacji. - To on poinformował nas o twoim losie i był tak miły, że przywiózł mnie do ciebie.

- Obecny tu doktor Molke, mój przyjaciel poinformował mnie, że pod jego opiekę trafił mój młody krajan. Jakże więc miałbym się nie zainteresować kimś tak wyjątkowym, jak młody pan Jager - profesor wyraźnie położył nacisk na słowo wyjątkowy; nawet słabo słyszącemu Andreasowi to nie umknęło. - W końcu jest jednym z nas.




Juliana jak każdego ranka obudził donośny głos siostry Bernadety. Przetarł zaspane oczy, za oknem było jeszcze szaro. Pozostali chłopcy powoli gramolili się ze swoich łóżek, ktoś ziewnął przeciągle . Pomimo tego, że gdzieś tam niedaleko szalała okrutna, krwiożercza bestia zwana wojną, życie w sierocińcu toczyło się swym jednostajnym, niezmiennym torem. Pobudka o świcie, toaleta w zimnej wodzie aby zahartować ciało a potem poranna kontemplacja aby zahartować ducha. Następnie skromne śniadanie w refektarzu, najczęściej składające się z miski owsianki. Po porannym posiłku dzieci udawały się na lekcje prowadzone przez zakonników. Niemiecki, arytmetyka, przyroda, dziewczynki dodatkowo uczyły się szyć i gotować. Dzięki temu starsze z nich mogły pomagać siostrom w kuchni oraz przy opiece nad młodszymi dziećmi i w prowadzeniu sierocińca. Chłopcy zaś razem z bratem Oktawiuszem w każdy wtorek i czwartek odwiedzali parafian. W wielu domach, kiedy mężczyzn w sile wieku wysłano na front, pozostały samotne kobiety z dziećmi lub starzy zniedołężniali rodzice. Pomoc młodzieńców była w takich sytuacjach nieoceniona. To trzeba było nanosić węgla starszej pani Wogel, to znów pomóc naprawić przeciekający dach pani Möller, wdowie po kapralu Möllerze, która została sama z piątką dzieci. W pozostałe dni tygodnia chłopcy pracowali w ogródku warzywnym, który musiał ich wyżywić oraz zajmowali się oporządzeniem inwentarza. W szopie na podwórku mieszkały dwie dość leciwe krowy oraz kilka kur. Wielu młodym pensjonariuszom, prowadzonego przez braci i siostry zakonne domu dla sierot nie odpowiadał ten monotonny i rygorystyczny plan dnia. Julian jednak odnajdywał w wykonywaniu codziennych posług i modlitwie spokój, ten sam spokój ducha, który dawał mu czuły dotyk matki. Zwłaszcza niesienie pomocy potrzebującym dostarczało mu wiele radości i satysfakcji. Uśmiech na pooranej zmarszczkami twarzy starej pani Wogel albo radosne buzie małych Möllerów i serdeczny uścisk ich matki to było to co nadawało sens jego egzystencji.

Ten dzień rozpoczną się zwyczajnie, jak każdy poprzedni. Jednak gdzieś w głębi Julian odczuwał dziwny niepokój. Ledwie tknął owsiankę, zmusił się do zjedzenia kilku łyżek. Miał wrażenie, że w jego przełyku utkwił rozgrzany kamień.

Kiedy wychodzili z refektarza rozległo się wściekłe wycie syren…

Wszyscy ruszyli biegiem w stronę zejścia do kaplicy Grobu Pańskiego, która zajmowała podziemia kościoła. W koło było słychać płacz maluchów, Julian zachwiał się potrącony przez pulchną siostrę Anastazję, która biegła co sił w nogach, tuląc w ramionach przerażonego berbecia.

Spadła pierwsza bomba…

Potężny huk zagłuszył słabe głosiki dzieci. Ziemia zatrzęsła się pod ich stopami a kilkoro malców straciło równowagę i upadło. Julian chwycił na ręce małą Miraiam, która niechybnie zostałaby stratowana przez starszych i większych kolegów. Dziewczynka złapała się go kurczowo. Kiedy biegł, jej mysie warkoczyki łaskotały go w policzek.

Spadła druga bomba…

Już zdecydowanie bliżej. Na pewno trafiła w jakiś budynek w mieście. Julian z przerażeniem myślał o tych, którzy właśnie stracili dach nad głową a może i życie lub bliskich. Kaplica przywitała ich przyjemnym chłodem. Od gotyckiego, żebrowego sklepienia echem odbijał się płacz i zawodzenie dzieci. Jeśli wszedłby tu teraz ktoś z zewnątrz, odniósłby wrażenie, że w kaplicy płacze nie dziesięcioro ale co najmniej stu malców. Ojciec Oktawiusz ukląkł przy grobie pańskim i zaintonował modlitwę.

Vater unser der Du bist im Himmel
Geheiligt werde Dein Name
Dein Reich komme
Dein Wille geschehe
Wie im Himmel als auch auf Erden
Unser täglich Brot gib uns heute
Und vergib uns unsre Schuld
Wir auch wir vergeben unsern Schuldigern
Und führe uns nicht in Versuchung
Sondern erlöse uns von dem Übel
Denn Dein ist das Reich und die Kraft und die Herrlichkeit in Ewigkeit…


Spadła trzecia bomba…

Cały budynek zatrząsł się w posadach. Na głowy modlących się posypał się tynk i kilka większych odłamków z sufitu. Wokół wybuchła panika. Jednak do Juliana nie docierały już odgłosy świata zewnętrznego. Jego drobne dłonie zaciśnięte były na srebrnym krzyżyku, który odziedziczył po matce. Jego umysł, serce i dusze wypełniała żarliwa modlitwa. Powietrze wokół niego zadrgało i wypełnił je zapach różanych pąków. Chłopak otworzył oczy patrzył wprost w jasność. Otaczała go różowo-purpurowa poświata, przywodząca na myśl promienie zachodzącego słońca. Ze wszystkich stron dobiegała łagodna muzyka i śpiew… Julian nigdy w życiu nie słyszał czegoś takiego. Mimo, ze nie rozumiał słów, czuł w każdej strofie wszechobecna miłość, dobroć i obecność Jedynego. Czyjaś dłoń spoczęła na jego policzku, tuż przed nim, wśród zapachu róż i dźwięków niesamowitej pieśni, unosiła się świetlista, uskrzydlona postać.


***


- Księże Biskupie, jest nam niezwykle miło gościć Księdza w naszych skromnych progach – ojciec Oktawiusz nisko skłonił głowę –Z pewnością chce jego świątobliwość zobaczyć na co przeznaczyliśmy ofiarowaną nam dotacje.

- Nie wątpię drogi Oktawiuszu, że dobrze spożytkowaliście pieniądze, wojna się skończyła a my musimy zająć się teraz jej ofiarami… tymi najmniejszymi ofiarami… Biedne dzieci – z całej sylwetki biskupa Edmunda Kochera zdawała się promieniować dobroć i troska, zwłaszcza o dobro najmłodszych owieczek pańskich.

Ten niemłody już, szpakowaty blondyn poświęcił większość swego życia na pomaganie bliźnim.

- Tędy Ojcze Biskupie – duchowni ruszyli wzdłuż budynku, korpulentny Oktawiusz gestykulował żywo, prezentując poczynione naprawy.

- Głupia wariatka!!! Głupia wariatka!!!- nagle do ich uszu dobiegło nawoływanie dzieci.

Na dziedzińcu przed sierocińcem dwóch piegowatych wyrostków szarpało małą dziewczynkę za warkoczyki.

- I co? Zawołasz teraz tego twojego chłopca od aniołów? Pomodli się i cała skrzydlata armia przyjdzie ci z pomocą? – kpił większy z łobuzów.

- Nawet potężny Lucyfer zląkł się skrzydlatych zastępów, a ty chłopcze się ich nie boisz? – łagodny głos biskupa Kochera spadł na chuliganów niczym smagnięcie bicza.

Rudzielcy szybko wybąkali zdawkowe przeprosiny i uciekli. Duchowny pogłaskał małą po głowie.

- Już dobrze, Miraiam, te łobuzy nie będą Ci więcej dokuczać a teraz opowiedz mi o twoim przyjacielu od aniołów? – Kocher uśmiechał się gładząc dziewczynkę po rumianym policzku.

- O Julianie. To on widzi anioły. To one uratowały nas w trakcie bombardowania! Ale zaraz skąd ksiądz zna moje imię…? – mała przerwała zdziwiona.

- Twój anioł stróż mi powiedział. Twierdzi też, że jesteś bardzo grzeczna, a dla takich grzecznych dziewczynek siostra Bernadeta upiekła w kuchni ciasteczka. No, biegnij do niej, a ty drogi ojcze Oktawiuszu zaprowadź mnie do tego Juliana. Bardzo chętnie go poznam. Takie delikatne, natchnione dusze należy otaczać specjalną opieką, inaczej pójdą na zmarnowanie w tym strasznym, okrutnym świecie.




Widząc zdumienie malujące się na twarzy młodego człowieka Stolz kontynuował.

- Pana ojciec był bardzo odważnym człowiekiem – gość uniósł do ust filiżankę z herbatą – Dr Johannes Plendl, mówi panu coś to nazwisko? Z pewnością tak. Z tego co słyszałem jest pan wzorowym studentem, a dr Plendl zasłynął dzięki badaniom nad falami elektromagnetycznymi.

Gość zamilkł na chwilę, ze wzrokiem utkwionym w prawie pustej filiżance.

- To on prowadził badania w Panemünde prawda? Tam gdzie wysłano ojca? – nieśmiało wtrącił Kurt, rozmowa zaczynała przybierać coraz dziwniejszy charakter. Chłopak czuł, że zaraz dowie się czegoś co na zawsze odmieni jego życie.

- Tak młodzieńcze, dokładnie. Ów wybitny fizyk należy, ujmijmy to tak…, do przeciwnego obozu, niż ten który ja reprezentuje. Nie mam tu na myśli jedynie faszystów, tylko rzeczy i sprawy daleko bardziej wybiegające poza zdolności percepcji zwykłego człowieka. Twój ojciec był stworzony dla naszej sprawy, podobnie zresztą jak ty, jak sadzę. Jednak osoby obdarzone tak wybitnym geniuszem jak wy, są także łakomym kąskiem dla grupy, którą reprezentował Plendel. Czy słyszałeś kiedyś o czymś takim jak Technokracja?- spojrzenie piwnych oczu Ersta Stolza przeniosło się z trzymanego przez niego porcelanowego naczynia na pobladłą twarz rozmówcy.

Kurtowi kręciło się w głowie, wielka polityka, ideologia, jakieś wyższe idee… Technokracja… Co takiego on lub jego ojciec mogli mieć z tym wszystkim wspólnego. Stotz jakby czytając w myślach chłopca, odstawił filiżankę i wstał.

- Nie będę cię już dziś dłużej męczył młodzieńcze, rozumiem, że musisz dojść do ładu z własnymi myślami i emocjami. Kiedy już uporasz się z tą wewnętrzną burzą, która szaleje obecnie w twoim sercu i umyśle, proszę odwiedź mnie – mężczyzna wyciągnął do niego dłoń z niewielką, zapisaną karteczką.

Kurt wziął ją z ręki gościa. Kiedy na moment ich palce zetknęły się, chłopak poczuł jakby jakaś dziwna energia przeszyła na wskroś jego ciało. Włoski na jego przedramionach i karku zjeżyły się, jak pod wpływem zimnego powiewu powietrza.

- Myślę mój drogi, że mogę Cię wiele nauczyć. Nie pozwól, żeby śmierć twojego ojca poszła na marne. Spraw, żeby był on z ciebie dumny i przyłącz się do nas. To było jego wielkie marzenie, pamiętam jak mówił o tobie, podczas naszego spotkanie. Miał wobec ciebie wielkie plany. „ To nie ja tylko mój mały Kurt jest prawdziwym geniuszem, sam zobaczysz jak go poznasz Ernst ” – tak dokładnie powiedział, jeszcze dziś słyszę jego słowa i widzę dumę w jego oczach kiedy to mówił. – mężczyzna skłonił się lekko – Czekam na ciebie młodzieńcze, mam nadzieję, że przyjdziesz.

***

Tej nocy Kurt nie mógł zasnąć. Do wczesnych godzin rannych siedział w fotelu, wpatrując się w zdjęcie ojca.

- Tato, co mam zrobić? Czy tego ode mnie oczekiwałeś? Czy ten człowiek mówił prawdę, czy tylko kłamał i bawił się moim kosztem? Tato…? – chłopak co jakiś czas powtarzał, szeptem, te same pytania.

Jednak mężczyzna ze zdjęcia nie mógł mu pomóc, nie mógł udzielić odpowiedzi. Uśmiechał się tylko ciepło, jakby starając się choćby w ten sposób dodać synowi otuchy. Kiedy wzeszło słonce, a dzwon na kościelnej wieży obwieścił godzinę ósmą, Kurt już wiedział co ma zrobić. Odświeżył się szybko, zmienił ubranie i ruszył pod podany na karteczce adres. Drzwi otworzyła mu korpulentna gospodyni.

- Pan Stolz czeka na panicza w gabinecie, zaraz przyniosę wam śniadanie, pewnie panicz lubi ciepłe rogaliki z wiśniową konfiturą – kobieta uśmiechnęła się do niego ciepło i wskazała drogę.

Wszystko zdawało się tu na niego czekać, utwierdziło go w tym, ze podjął właściwą decyzję. Tak oto młody Kurt Zeller rozpoczął swoją naukę u Ernsta Stolza, jednego z najpotężniejszych Synów Eteru, jacy w owym czasie zamieszkiwali świat doczesny.

***

- Tak mój chłopcze, dobrze zrozumiałeś - jesteśmy Naukowcami, którzy dzięki Nauce i naszemu wrodzonemu geniuszowi potrafią wpływać na otaczającą nas rzeczywistość. Kształtować ją, zmieniać i naginać do naszych potrzeb. – Ernst zaśmiał się głośno. Już po raz trzeci tłumaczył to samo Kurtowi, jednak chłopak nadal nie mógł uwierzyć w słowa swojego mentora i przyjaciela.

Od owego zimowego popołudnia, mistrz i uczeń zbliżyli się do siebie, Ernst nie zajął co prawda pozycji ukochanego, utraconego ojca, ale stał się kimś naprawdę ważnym w życiu młodego chłopca.

- Jakoś nie zauważyłem u siebie takich zdolności – sceptycznie stwierdził Kurt, smarując kolejnego rogalika wiśniowa konfiturą. Kochana Britta piekła najlepsze rogaliki w całym Salzburgu.

- Bo twój geniusz pozostaje jeszcze uśpiony i to jest właśnie nasze zadanie. Przez systematyczne ćwiczenia i ciężką pracę przebudzimy go a wtedy wszystko się dla ciebie zmieni. Sam zobaczysz.- Stolz kartkował gruby manuskrypt zawierający mnóstwo dziwnych wykresów i fantastycznych planów, w poszukiwaniu odpowiedniego na dziś zadania dla chłopca - Jednak wiesz z pewnością, że każda akcja pociąga za sobą określona reakcję. Dlatego zbyt duża ingerencja, zbyt duże nagięcie delikatnej konstrukcji jaką jest otaczająca nas rzeczywistość, może wywołać negatywną reakcję – Paradoks. Dlatego wszystko należy robić powoli, z rozmysłem. Czasami na wprowadzenie jakiejś trwałej, pożądanej przez nas zmiany potrzeba wielu lat prób i doświadczeń.

- Rozumiem, a czy mógł byś mi jeszcze raz opowiedzieć o Technokracji? - sama nazwa tej frakcji budziła w Kurcie nienawiść, którą chłopak pielęgnował w sobie, jak ogrodnik delikatna roślinę. Obiecał sobie, że kiedyś, kiedy w końcu pojmie istotę Nauki, Technokraci zapłacą, za to co zrobili jego ojcu.

- Ehhh… Technokraci to podobnie jak my Naukowcy, zresztą jak już wspomniałem, Inżynierowie Elektrodynamiczni, z których powstali Synowie Eteru byli kiedyś członkami Technokracji. Jednak Unia dążyła do unifikacji wszystkich i wszystkiego, zamiast rozwijać geniusz, krępowała go i wynaturzała. Dla Technokratów obowiązujące prawa są stałe i niezmienne, my pragniemy je modyfikować, ulepszać i zmieniać. Kiedy nasi poprzednicy zorientowali się jak wygląda prawdziwe podejście Unii do Nauki, postanowili opuścić jej szeregi. Wiedzieli dobrze, że ich życie znajdzie się w niebezpieczeństwie, jeśli nic nie zrobią. Byli pomni tego, co Agenci Technokracji robią z przedstawicielami Tradycji, której członkami obecnie jesteśmy, od kiedy zasiedliśmy na Tronie Materii w Radzie Dziewięciu. Doszły mnie ostatnio słuchy, że w wyniku wojny powstało kolejne pęknięcie w skorupie technokratycznej bestii. Podobno Inżynierowie Różnicowi też szykują się do odejścia. – Naukowiec zrobił kolejny łyk herbaty – Sam rozumiesz, dlaczego Technokraci tak dobrze porozumieli się z nazistami - w dużej mierze ich spojrzenie na świat i poglądy się pokrywały. Unifikacja, wyzbycie się wiary w inne wyższe byty i istoty. Stworzenie z ludzi jednej wielkiej szarej masy, jednakowo myślącej i odczuwającej. Podobno projekt Lebensborn i badania nad eugeniką zapoczątkował dla Hitlera jeden z Technokratów.

Na takich dyskusjach upływały im całe godziny, dni, tygodnie, miesiące. Ernst twierdził, że czuje, iż czas przebudzenia chłopca jest bliski, bardzo bliski.

***

Kurt rozłożył projekt na desce kreślarskiej. Konspekt wyglądał na bardzo skomplikowany, jednak dla chłopaka po tylu miesiącach nauki pod okiem Stolza był prosty niczym dziecięca układanka. Część projektu miał już gotowy a miała nim być nieduża lampka zasilana silnikiem elektrycznym.
Kurt usiadł z lutownicą i powoli zaczął łączyć ze sobą małe przewody. Po godzinie zdjął okulary i przetarł zaczerwienione oczy. Przyjrzał się swojej pracy dość krytycznie. Czy to aby na pewno zadziała...? Chłopak wyjął z opakowania niewielką żarówkę i zaczął ją powoli, delikatnie wkręcać w przygotowaną przez siebie obsadkę. Żarnik rozjarzył się, coś jednak musiało być nie tak, chyba jakieś przewody zostały źle zlutowane, a może moc silniczka była zbyt duża…. Drucik żarowy jarzył się coraz mocniej, Kurt nie umiał oderwać dłoni od szklanej gruszki, w której zamknięto mieszankę azotu z argonem. Spojrzał uważnie na swoją pracę i nagle zobaczył… nagle poczuł… pędzące subatomowe cząsteczki… elektrony. Był w stanie bezbłędnie określić napięcie elektryczne występując w tej sieci niskiego napięcia, 120 Voltów. Jego ciało działało jak najdokładniejszy i najczulszy miernik. Chłopak skupił się na żarówce. Światło dzięki niej uzyskiwane było światłem zbliżonym do słonecznego i cechowało się dobrym wskaźnikiem oddawania barw oglądanych w tym świetle przedmiotów. Świeciło cały czas jednakowo, nie powodując efektu stroboskopowego. Widmo światła emitowanego przez żarówkę było ciągłe, o niższej temperaturze barwowej (bardziej żółte) niż słoneczne. Temperatura barwowa światła emitowanego przez żarówkę wynosiła 2700 K. Jedyną jej wadą była mała skuteczność świetlna, wynosząca 12 lumenów/wat. Wykorzystywała ok. 5% energii na światło widzialne, a resztę energii traciła w postaci emisji ciepła. Wewnątrz niej znajdował się grafitowy pręcik. Kurt widział przed oczami heksagonalny układ krystalograficzny tej alotropowej odmiany carboneum. Całą strukturę utrzymywały razem siły Van der Walsa. Młodzieniec czuł całym sobą kruchość tego minerału, którego twardość wg skali Mohsa wynosiła jedynie 1,5. Wewnętrznym wzrokiem widział łamiące się wielkie paprocie, których szczyt rozwoju przypadł na przełom permu i karbonu a które wtedy porastały całą Gondwanę. Widział jak ich powalone pędy ulegają powolnym przemianom, aby stać się tym co współczesny człowiek nazywa węglem. Wszystko to spowija chmura gazów obojętnych - azotu i argonu - którą otoczono kolbowatym tworem wykonanym z nieorganicznego materiału,wytworzonego z piasku kwarcowego SiO₄, który został stopiony a następnie schłodzony do stanu stałego bez krystalizacji.
Nagle drzwi do pracowni otworzyły się z hukiem i stanął w nich Ernst. Kurt uniósł wzrok na swojego mentora. Cała jego postać jaśniała otoczona aurą energii cieplnej jaką wydzielało jego ciało. Chłopak rozejrzał się po pracowni. Nie widział już ścian ani sprzętów. Wszystko zastąpiły wzory zero-jedynkowe.

- Widzisz chłopcze! Wiedziałem! Wiedziałem, że masz ogromny potencjał! – uszczęśliwiony Eteryta schwycił Kurat za ramiona – Twój geniusz się przebudził, teraz jesteś prawdziwym Naukowcem. Twój ojciec był by z ciebie dumny.



*** Julia ***





Dzień zbliżał się ku końcowi, Diana razem z babcią Gerdą kończyły oporządzać zwierzęta . Dziewczyna kopniakiem otworzyła drzwi do obory i weszła do środka chwiejnym krokiem. Uginała się pod ciężarem dwóch wiader, po brzegi wypełnionych wodą z pobliskiego strumienia. Staruszka dorzuciła krowom trochę świeżego siana a Diana nalała im wody do koryta. Koniczynka zamuczała przyjaźnie gdy dziewczyna poklepała zwierzę po łaciatym boku. Krowa zawdzięczała swoje imię łacie na grzbiecie, która do złudzenia przypominała czterolistną koniczynę. Kiedy wyszły na podwórze, księżyc świecił już jasno na bezchmurnym niebie. Od strony lasu dochodziło pohukiwanie sowy, a delikatny ciepły wiaterek chłodził rozgrzaną skórę. Wolnym krokiem ruszyły w kierunku domu. Babka odmówiła modlitwę i zasiadły do prostej kolacji. Świeżo upieczony chleb z chrupiącą skórką smakował najlepiej z kawałkiem dobrej, swojskiej kiełbasy i kubkiem skwaśniałego mleka.

- Co tam dzisiaj porabiałaś młoda kozo? Znowu włóczyłaś się po lesie. Co ty tam robisz całymi dniami? – Gerda rzuciła wnuczce kose spojrzenie z nad kromki chleba. Nie pochwalała jej samowolnych eskapad bo kto to wie, co może spotkać młoda dziewczynę samą w lesie.

- Chciałam nacieszyć się jego widokiem, zapachem, ciszą i spokojem. Wakacje się kończą, za miesiąc egzaminy… – dziewczyna przysunęła się bliżej staruszki i nakryła jej spracowaną, pomarszczoną dłoń swoją młodą, krzepką ręką – Nie wiem babciu kiedy się znowu zobaczymy…

Obie kobiety posmutniały, przywykły już do swojego towarzystwa. Gerda, mimo powierzchownej oschłości, bardzo kochała wnuczkę. Żal ściskał ją za serce na samą myśl o nieuchronnie nadchodzącym rozstaniu. Skończyły kolację i udały się na spoczynek. Diana weszła do swojego pokoju. W niewielkiej, zadbanej izbie znajdowało się kilka prostych ale dość ładnych mebli. Drewniane, białe łóżko ze zdobionym w scenki rodzajowe wezgłowiem stanowiło główną ozdobę pokoju. Namalowana na drewnie para pastuszków zastygła w czułym uścisku. Na dość topornej, sosnowej komodzie stała emaliowana miska i dzbanek. Julia nalała odrobinę wody do miski. Opłukała twarz i dekolt, nie zdjęła jednak ubrania, zamiast tego usiała cichutko na łóżku i czekała. O północy miała spotkać się z babcią Elizą pod starym jesionem. Po jakiejś godzinie do jej uszu dobiegło miarowe chrapanie. Wstała i na palcach podeszła do okna. Okiennice skrzypnęły przeciągle a dziewczyna zamarła w bezruchu nasłuchując. Nic się jednak nie zmieniło, babka spała nadal jak kamień. Julia jednym susem wydostała się na zewnątrz i czym prędzej pognała w kierunku lasu. Była już prawie północ.

Stara Eliza czekała w umówionym miejscu. Kiedy zziajana dziewczyna dopadła porośniętego mchem pnia, gdzieś z góry dobiegło radosne miauczenie. Melchior zeskoczył z gałęzi i zaczął się do niej łasić.

- No nareszcie. Już myślałam, że nie przyjdziesz! – sarknęła starucha. – A teraz ruszaj się. Czeka nas dziś noc pełna wrażeń.

Eliza zarechotała obleśnie. Wcisnęła Juli węzełek w dłonie i ruszyły. Las w świetle księżyca wglądał jak baśniowa kraina, pełna elfów i wróżek. Rozłożyste konary tworzyły nad ich głowami koronkowe sklepienie, przez które przeświecały srebrzyste promienie. Robaczki świętojańskie wirowały w powietrzu, jak miniaturowe gwiezdne mgławice. W koło unosił się ciężki, żywiczny zapach. Diana czuła się, jakby weszła do świątyni jakiegoś pradawnego, zapomnianego bóstwa natury. Nagle stara Eliza zatrzymała się gwałtownie. Pochłonięta podziwianiem otaczających ją cudów nocy dziewczyna, prawie na nią wpadła. Ich oczom ukazała się polana, cała skąpana w srebrzysto, błękitnej poświacie. Na samym jej środku królował biały głaz. Diana wytężyła wzrok, cały skalny blok pokryty był dziwnymi symbolami. Zaraz, zaraz. Niektóre z nich znała. Ta, przypominająca powykręcaną literkę C, runa Peorth symbolizowała wiedzę tajemną a tam Rad, dla laika wyglądającą jak litera R. Hmmm co tez ona oznaczała…. taniec a może ruch i podróż. Dziewczyna żałowała teraz, że nie słuchała uważniej Elizy, kiedy ta tłumaczyła jej symbolikę tych małych, prastarych znaków mocy. Koniecznie musi nadrobić braki w swojej edukacji. Starucha zabrała z jej rąk węzełek i zaczęła układać jego zawartość na kamieniu. Po polanie rozszedł się gorzki zapach ziół. Z ust kobiety popłynął monotonny zaśpiew. Kiedy skończyła pociągnęła potężny łyk mętnej cieczy o silnie, korzenno-ziołowym zapachu z kościanej czarki i podała ją dziewczynie. Diana z obrzydzeniem popatrzyła na unoszące się na powierzchni wywaru farfocle. Wstrzymała oddech i wypiła do dna pozostałą zawartość naczynka. Świat przed jej oczami zawirował, musiała usiąść na trawie. Nieopodal leżała Eliza oddychając miarowo, ze wzrokiem utkwionym gdzieś w niezmierzoną przestrzeń ponad nimi. Julia poczuła senność. Nie zauważyła kiedy zapadła w sen.
Świat przybrał zachwycającą szatę. Kolory stały się intensywne, rozszczepiały się w świetle. Leciała już nad ziemią, żeglowała nad piękna okolica, jakby unosząc się na rozhuśtanych falach. Tuż obok niej szybowała Eliza, pomachały sobie radośnie. Jak wspaniale jest móc latać! Wznosiła się i opadała. Przelatywała nad uśpionymi wsiami i miastami. Wszędzie było widać wojenne zniszczenia. Owionęła ją słona bryza. Popatrzyła w dół, na swoje odbicie w granatowej, prawie czarnej morskiej tafli.

- Już niedaleko! – usłyszała w głowie szept Elizy.

Nagle powietrze z wizgiem zaczęły przecinać inne latające czarownice i czarownicy. Daleko przed nimi nieoczekiwanie wyrosła ciemnoniebieska góra. Dotarły na miejsce. Byli tam już mężczyźni i kobiety, tańczący w koło wielkich ognisk pospołu z duchami, chochlikami, żywiołakami a nawet diabłami. Wszędzie panowała wesołość, królował taniec, śpiew i zmysłowość. Stare kobiety w objęciach duchów zmieniały się nie do poznania. Ich obwisłe, zwiotczałe ciała stawały się znowu jędrne i sprężyste. Elizę tulił w ramionach płomiennowłosy chłopak o oczach stworzonych z żywego ognia. Nie była już ona pomarszczoną staruszką, lecz młoda pięknością o hebanowych włosach i śniadej skórze. Nagle z tłumu tańczących wyłonił się On. Wszyscy z schodzili mu z drogi, kiedy szedł prosto na spotkanie Diany. Otaczające ich postaci nagle zniknęły. Dziewczyna znalazła się z nim sam na sam. Otoczył ich żar z ogniska i gęsty zapach zmysłowej miłości. On popatrzył na nią i uśmiechnął się.

- Czekałem na Ciebie – był najprzystojniejszym, najbardziej pociągającym mężczyzną jakiego kiedykolwiek widziała.

Miał żółte oczy, pełne zmysłowe usta i równe rzędy białych ostrych zębów. Czarne jak węgiel włosy opadały na umięśnione ramiona i plecy. Diana zachłysnęła się z zachwytu. Rzuciła się w Jego objęcia i przez następne chwile dała się ponieść najbardziej wyszukanym przyjemnościom, całej ich gamie. Jej ciało wibrowało i falowało w takt odległej muzyki. Jej zmysły wyostrzyły się. Każdą najmniejszą cząstką ciała odczuwała jego dotyk i bliskość. W jej żyłach nie płynęła już krew, tylko Życie w najczystszej postaci. Nagle wszystko eksplodowało niewyobrażalną rozkoszą. Podróż powrotną pamiętała jak przez mglę. Nie wiedziała nawet, że unosi się w powietrzu. Zmusiła się do otworzenia oczu choć głowa bolała ją niemiłosiernie a ubranie było wilgotne od potu i porannej rosy. Leżąca obok stara Eliza zanosiła się śmiechem. Diana powiodła wzrokiem po otaczającej ją okolicy. Wszystko było takie same jak zapamiętała, a za razem zupełnie inne.



*** Faustin ***




Światło, oślepiające, jasne, światło…

Języki płomieni zdawały się lizać nocne niebo. Snopy iskier sypały się z sykiem na boki.Gorące powietrze owiewało twarz Faustina. Wszędzie, gdzie okiem sięgnąć, ciągnęła się pustynia łącząca się na linii horyzontu z granatowym, prawie czarnym niebem. Co kilkanaście metrów paliły się wielkie ogniska, między którymi przemykały mroczne, szemrzące, cieniste postacie, zjawy, a może upiory…

Gdzie ja jestem?
– wyszeptał Włoch, pobladłymi wargami – Umarłem? Trafiłem do piekła, bo przecież tak nie może wyglądać raj!? Dlaczego!? Boże dlaczego?! Za co?! Co takiego uczyniłem, ze każesz mnie tak srodze!? Mnie, jednego z twoich najwierniejszych i najbardziej uległych sług!?

Chłopak nawet nie zauważył kiedy jego cichy szept przeszedł w dudniący krzyk. Nagle Faustin złapał się za gardło a potworny ból powalił go na kolana. Żołnierz przewrócił się na plecy, w dzikich konwulsjach orał paznokciami sucha glebę. Zdawało mu się, że jakaś niewidzialna siła próbuje wydrzeć tchawicę, serce i płuca z jego ciała.

- Jak śmiesz wzywać Jego imię na daremno! Jak śmiesz wątpić w Jego plan i trafność Jego osądów! – uścisk fantomowej dłoni rozluźnił się nieco. Faustin ze świstem wciągał powietrze do obolałych płuc.

Nad młodym Włochem stała potężna skrzydlata postać wsparta na mieczu. Ostrze broni migotało w świetle ogniska. Faustin miał wrażenie, że całe płonie. Przybysz, barczysty o szerokiej klatce piersiowej i długich kasztanowych włosach, w niczym nie przypominał delikatnych, efemerycznych aniołków z kościelnych malowideł. Największe wrażenie robiły jednak jego wielkie skrzydła, nie białe lecz stalowo szare jak jego napierśnik.

- Przebacz Panie twemu słudze. Nawet Św. Piotr miał przecież chwilę zwątpienia i słabości – wychrypiał Faustin, usiłując klęknąć. – Kim jesteś, czy Pan przysłał Cię po mnie? Gdzie jesteśmy?

- Jestem Faleg jeden z siedmiu anielskich władców 196 niebieskich prowincji, Pan Wojny !- odparł anioł tubalnym głosem – Za dużo pytasz synu Adama, a gdzie Twoja wiara? Ślepa wiara w Jego nieomylność, która kierowała Abrahamem, kiedy składał swego syna w ofierze? Wstań i chodź za mną! Pan wysłał mnie abym przekazał ci jego wolę.

Faleg ruszył pewnym krokiem drogą, której Faustin wcześniej nie zauważył. Brukowany trakt wił się między ogniskami i ginął gdzieś w mroku. Chłopak podniósł się z trudem i kulejąc lekko ruszył za aniołem. Kiedy zrównał się ze swoim przewodnikiem ten odezwał się swoim dziwnym, nieludzkim głosem.

- Przypatrz się dobrze synu Adama, oto Dolina Hinnom, dolina ta w czasach starożytnych wyznaczała granice miasta Jerozolimy. Pierwotnie była wysypiskiem śmieci, miejscem kremacji zwłok przestępców oraz tych, którym odmówiono z różnych względów normalnego pogrzebu. Utrzymywano tu stale palące się ognie a na jej środku znajdowało się wzniesienie zwane Tofet, na którym żydowski król Achaz złożył niegdyś bogu Molochowi w ofierze własnego syna. Od tego momentu Hinnom jest symbolem bałwochwalstwa, kultu fałszywego boga oraz hańby, niegodziwości i najniższego poziomu piekła z którego nie ma powrotu i do którego trafiają potępione dusze na wieczną mękę.

Nagle o ramię Faustina otarła się cienista postać i przerażający chłód przeniknął go aż do szpiku kości. Chłopak odskoczył i spojrzał w twarz zjawie… Zaraz czy to… Rozwierając bezzębne usta i wyciągając kościste dłonie zbliżał się ku niemu starzec, ten sam, którego Faustin kiedyś o mało nie zakatował w bocznej uliczce. Miecz ze świstem przeciął powietrze.

- Odejdź! Odstąp duchu potępiony! – po ostrzu anielskiego miecza pełgały krwistoczerwone płomienie – Nie zważaj na nich synu Adama, to ból i tęsknota ich do ciebie przyciągają. Jesteś dla nich uosobieniem wszystkiego co stracili i co pozostawili w życiu doczesnym.

Po pewnym czasie krajobraz zaczął się zmieniać, w koło wyrosły nagie skały a pod stopami zaczął chrzęścić im gruby biały żwir. Nagle z oddali dobiegł ich przeraźliwy krzyk, potem następny i następny… Wszystkie makabryczne, przeraźliwe odgłosy zlały się w jedną, kakofoniczną kompozycję.

- Spójrz! – Faleg wyciągnął okuta w rękawicę dłoń i wskazał młodzieńcowi przerażającą scenę.

Na strome, skaliste ściany wspinali się nadzy ludzie, kobiety i mężczyźni. Początkowo Faustin nie widział w tym żadnego sensu, dopiero po chwili dostrzegł co kierowało poczynaniami ludzi. Strach. Uciekali przed rozwścieczonymi dzikim bestiami. Młoda, jasnowłosa kobieta desperacko czepiała się skalnej półki. Jej zgrabne nogi zawisły metr nad ziemią, kiedy ogromna czarna pantera jednym potężnym szarpnięciem ściągnęła ją z powrotem na ziemię i rozszarpała w mgnieniu oka. Nieopodal olbrzymi lew posilał się jeszcze żyjącym i przeraźliwie krzyczącym mężczyzną.

- Chłopcze ratuj! Ratuj starą kobietę! – znajomy głos oderwał go od oglądania tego makabrycznego widowiska.

Ze zbitej masy pod skalną ścianą oderwała się drobna, zgarbiona postać i chwiejnym krokiem ruszyła w ich kierunku. Faustin rozpoznał w niej starą lichwiarkę, która mieszkała niedaleko Ponte Sant Angelo. Pamiętał jak matka sprzedała jej za bezcen swoje piękne perłowe, ślubne kolczyki, kiedy do ich domu zapukał głód. Cofnął się odruchowo na samo wspomnienie. Matka błagała staruchę o kilka lirów więcej ale ta była nieprzejednana. Już miał krzyknąć i kazać jej odejść, kiedy wielka wilczyca skoczyła na jaj na plecy i jednym kłapnięciem ogromnych szczęk pozbawiła połowy twarzy. Lichwiarka zachwiała się i upadła a ogromna Wadera złapała ją za obwisłą skórę na brzuchu i zaczęła miotać nią jak szmaciana lalką.

- Widzisz synu Adama co spotyka grzeszników! Oto Pycha – wskazał na lwa. - Zmysłowość – skierował swą dłoń w kierunku pantery – i Chciwość. – Faleg splunął w kierunku wilczycy.

Anioł kontynuował marsz i krajobraz znowu zaczął się zmieniać. W koło zrobiło się zielono.
Bujna, soczysta trawa kołysała się na wietrze a z oddali dobiegł ich szum strumienia. Stary sad powitał ich przyjemnym cieniem. Chłopak już miał zapytać swego skrzydlatego przewodnika, czy już może dotarli do rajskiego ogrodu, gdy anioł zatrzymał się. Spojrzenie Faustina podążyło za wzrokiem Falega. Ludzie biegali od drzewa do drzewa, próbując zerwać choć jeden owoc z gałęzi, pod którymi się one na pozór uginały. Jednak kiedy tylko ktoś zbliżył rękę, gałąź niczym piskorz wymykała się sprytnie, chroniąc swoje skarby. Podobnie było nad strumieniem, kiedy tylko któryś ze zrozpaczonych ludzi próbował nabrać trochę wody, ta cofała się nagle, pozostawiając suche koryto.

- Taka kara czeka ludzi, którzy nie znali umiarkowania w jedzeniu i piciu, synu Adama – wyjaśnił anioła sięgając po jabłko, owoc sam spadł wprost do jego dłoni.

Anioł zatopił zęby w soczystym miąższu, przeżuł kęs i wyrzucił resztę jabłka za siebie. Wygłodniała sfora rzuciła się na ogryzek, walcząc o zdobycz jak wściekłe psy. Faustin odszedł w ślad za aniołem zza ich pleców dobiegały odgłosy wściekłej szamotaniny, przerywane dzikimi wrzaskami.

Kiedy Włoch myślał, ze już nic nie jest w stanie go zaskoczyć, zatrzymali się nad wielkim piaskowym lejem. Faleg przykucnął na jego brzegu. Z dołu wydobywało się upiorne syczenie i przeraźliwe krzyki, desperackie błaganie o pomoc. Na dnie leja wiło się i kłębiło stado węży. W tej kotłującej się, oślizgłej gadziej masie byli uwięzieni ludzie, bez ustanku dotkliwie kąsani i podduszeni przez piekielne bestie.

- Tak kończą ludzie złośliwi i zawistni, synu Adama, dla nikogo nie ma litości! – tubalnie oznajmił skrzydlaty. – A teraz chodź, pokażę ci jednych z najgorszy, jednych z najbardziej plugawych! Chodź synu Adama!

Słońce znikło a niebo spowiły ołowiane chmury z których zaczął padać szary śnieg… Nie to nie śnieg to popiół. W koło unosił się swąd spalenizny, droga nagle zwęziła się i zaczęła piąć pod górę. Na pierwszym krzyżu wisiał stary mężczyzna, jęcząc i zawodząc przeciągle, jego ramiona obsiadły kruki i rozpoczęły swój żer nie bacząc na to, ze staruszek jeszcze żyje. Potem Faustin zauważył kolejne, małe i duże, wisieli na nich i dogorywali zarówno kobiety jak i mężczyźni, dorośli i dzieci.

- Kto…- anioł nie dał mu dokończyć.

- To przeklęty naród Żydowski, to oni umęczyli i ukrzyżowali Syna Bożego Jezusa Chystusa! Za to zostali przeklęci i potępieni na wieki! – grzmiał Faleg wściekle a jego czarne oczy płonęły nienawiścią.

Odór spalenizny nasilał się z każdym krokiem a kiedy dotarli na szczyt wzniesienia był już nie do zniesienia. Z oczu chłopaka ciekły łzy zaś żołądek kurczył się i rozkurczał konwulsyjnie. Skrzydlaty wbił miecz w skałę, rozpostarł dłonie i skrzydła.

- Patrz synu Adama! Patrz! Oto najgorsi z najgorszych! Oto ci którzy zaprzedali dusze diabłu i oddali się jego występnej sztuce! Oto WIEDŹMY i CZARODZIEJE !- u podnóża góry płonął gigantyczny stos, na którym wiły się i drgały w przerażających męczarniach setki, tysiące ludzi! Ich ciała pokrywały bąble które za chwile pękały, skóra odchodziła płatami skwiercząc przeraźliwie.

Do Faustina nagle dotarło, ze popiół sypiący się z nieba to w rzeczywistości zwęglone szczątki tych nieszczęsnych grzeszników.

- Synu Adama, widziałeś grzech! Widziałeś ludzi go popełniających i karę jaka ich czeka! Najwyższy daje ci moc! Wracaj na ziemię wśród ludzi i stań się jego zbrojnym orężem! Mieczem i pochodnią, które wyrżną i wypalą grzech!- anioł oparł prawicę na sercu chłopaka, młodzieniec poczuł dojmujący ból. Jakby ktoś przyłożył mu do gołej skóry rozżarzone żelazo. Faustin otworzył oczy. Leżał w namiocie i klęczał nad nim śniady mężczyzna w turbanie. Wkoło nie czuć już było spalenizny, tylko przykry zapach, jaki wydzielają dawno niemyte wielbłądy.

***

Faustin siedział przy szerokim stole, razem z innymi weteranami i dygnitarzami. To był piękny dzień sam Duce przypiął order do jego klapy.

- Czy mogę się przysiąść ? – dość tęgi mężczyzna, sądząc po ubraniu hierarcha kościelny, odsunął krzesło koło niego.

- Szczęść Boże, oczywiście - uśmiechnął się Faustin, całując sygnet w kształcie herbu stolicy Piotrowej na pulchnym palcu.

- Wiele o panu słyszałem , panie Senari – mężczyzna odrobinę zniżył głos. – Tak głęboko wierzący i bogobojny człowiek przydał by się naszej sprawie.


***

- Nie, Paolo! Nie mam mowy! Ten chłopak to same kłopoty! Wiesz równie dobrze jak ja, kim on jest! – siwiuteńki staruszek za biurkiem otarł pot z czoła jedwabną chusteczką z papieskim monogramem.

- Tak Ojcze, wiem. Ale Kabała Czystych Myśli już nie istnieje, podobnie jak Porządek Rozumu, który teraz nazywa się Technokracją. Obaj wiemy, że już dawno temu wyzbyli się oni wiary w jedynego, na rzecz wiary w geniusz i maszynę. Nie mniej, kiedy patrzę na Faustina, stają mi przed oczami Inkwizytorzy z Kabały Czystych Myśli – Paolo westchnął przygnębiony, to on sprowadził młodego Sanariego do siedziby Niebiańskich Chórzystów i przyjął na siebie rolę jego mentora. – Nie mogłem go tak zostawić, Thule za bardzo w koło niego węszyło, wojna osłabiła nas wszystkich. Teraz każdy przebudzony jest na wagę złota.


- Masz rację mój drogi przyjacielu, myślę, ze tylko jedno możemy zrobić. Pamiętasz biskupa Edmunda Kochera? Myślę, że tylko on jedne może coś zdziałać, wpłynąć na zapiekłą i zatwardziałą duszę tego młodego człowieka. Już napisałem do niego list polecający. Przekaż Faustinowi, że jedzie do Austrii.
 
__________________
Zagrypiona...dogorywająca:(

Ostatnio edytowane przez MigdaelETher : 14-05-2008 o 18:19.
MigdaelETher jest offline  
Stary 29-04-2008, 23:44   #8
 
Yarot's Avatar
 
Andreas wstał dziś wcześnie. Czynił tak każdego ranka odkąd wrócił z frontu. Od tego czasu minęło osiem długich lat, ale pewne przyzwyczajenia nie mijają. W kuchni wstawił czajnik kawowy na gaz. Dosypał do niego czarnej, mielonej kawy. Zwykle mielił ją wieczorem, by nie budzić z rana żony i synka. Z pudełka wysypał całą zawartość do wody. Gotowana kawa to drugie z przyzwyczajeń, które przyniósł z wojska. Nic tak nie pobudzało do działania jak właśnie tak przygotowywany trunek.
Miał czas dla siebie, podczas gdy woda powoli się gotowała. Wyglądał przez okno na szare ulice Salzburga. Za każdym razem jak to czynił widział niemal te same widoki, widział te same twarze na ulicy oraz to samo słońce ponad dachami SulingenStrasse. Czas płynie, koło zmian się obraca i tylko ludzie wokół żyli własnym życiem, jakby była to jedyna rzecz, od której wszystko zależy. A przecież to tylko…
Spojrzał na przyczepioną do szafki fotografię. Zrobili ją cztery lata temu. Jeszcze mały Klaus zerkał ciekawie przed siebie a Lena, z ciągle zadartym noskiem i blond włosami, trzymała chłopczyka na rękach opierając się na Andreasie. Wszyscy się uśmiechali. Mężczyzna, patrzący na samego siebie sprzed paru lat, również się uśmiechnął. Idealny obrót koła zmian właśnie następował…

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=og9glyKY-cM&feature=related[/MEDIA]
* * * * * * *

- Co mówiłaś? - Andreas jeszcze nie nawykł do tego, że gorzej słyszy. Lekarz mówił, że będzie się musiał przyzwyczaić do tego, choć i tak dobrze, że nie stracił słuchu albo i życia.
- Że cieszę się - z wyraźną radością w głosie odparła dziewczyna.
- Gdzie teraz jestem?
- W Krakowie. Jak tylko będziesz mógł chodzić, wrócisz do kraju. Doktor obiecał…
Chłopak podniósł rękę i potarł policzek drobnej blondynki.
- Wrócę. Już widziałem dość…
Nie odpowiedziała. Trzymała go za rękę i cieszyła się, że jest tu z nią. Śmierć została gdzieś na wschodzie i zbiera swoje żniwo. Cieszyła się, że Andreasa zostawiła w spokoju.
- Nie nawojowałem się za dużo…
- Nie mów tak. Człowiek nie powinien w ogóle zabijać drugiego.
Chłopak spojrzał na Lenę. W tym momencie wszedł doktor Molke. Biały fartuch wyraźnie kontrastował z czernią jego bujnych włosów.
- Witam, witam. Jak się dziś czujemy…
- Dobrze doktorze. Wszystko dobrze.
- A uszy?
- Nie bolą - znów dostrzegł tą dziwną aurę wokół doktora. Lena patrzyła się uśmiechnięta i zdawała się jej nie widzieć. - Doktorze, ile jeszcze będę leżeć?
- Tutaj jeszcze z miesiąc. Potem odeślemy cię do kraju i tam będziesz odpoczywać kilkanaście miesięcy. Wiesz, medycyna robi cuda, ale granat też nie jest taki słaby. Musisz znów chodzić a to trochę potrwa. Słuchu już ci nie polepszymy, ale chyba nie jest z nim tak najgorzej.
- Nie. Niektórych słów się domyślam, ale jak na razie sam się uczę.
- Cieszę się synu. Oby więcej naszych wracało do domu. Tam jest ich miejsce.
- Ma pan na myśli Austriaków?
- Ich też synu, ich też.

* * * * * * *

- Teraz możesz pocałować pannę młodą - głos księdza zagłuszyły organy, które wbiły się na najwyższe tony. Dokonało się to, na co czekali przez lata. Teraz, po zakończeniu wojny wreszcie mogli związać się na zawsze.
Przed kościołem już czekali znajomi i krewni. Wszyscy rzucali w nich drobnymi pieniążkami choć czasy nie były sprzyjające takiej rozrzutności. Andreas był szczęśliwy. Wojna się zakończyła, on dostanie posadę w Domu Weterana i zacznie studia historyczne na uniwersytecie. Miał u boku kobietę, która czekała na niego przez te wszystkie lata. Miał też coś w sobie, co starannie ukrywał przed innymi a co stało się najważniejszą częścią jego życia. Wokół stało dużo ludzi. Widział ich, czuł ich, wyczuwał. To dziwne uczucie, ale był do tego zdolny. Cieszył się tą wiedzą i chciał wiedzieć więcej. Ściskając rękę swojej żony zastanawiał się nad jednym - jak pogodzi to wszystko?
Zatrzymali się pod kościółkiem. Zaraz opadła ich rodzina, zasypała kwiatami oraz prezentami. Życzenia, pocałunki, uściski oraz klepania trwały w nieskończoność. Oboje byli jak w transie, ale czekali na to tyle czasu, że nie sposób im odmówić szczęścia w tej chwili. Wreszcie strumyk ludzi zmalał i s1kończył się. Ostatnim z gości był profesor Knopff. Jowialny staruszek był przy nim, dał pracę i otworzył oczy na wiele spraw. Od momentu jak wrócił do Austrii był niemal zawsze przy chłopaku. Teraz też nie mógł się nie pojawić.
- Moi drodzy. Życzę wam zdrowia. I tylko jego. Reszta jest w rękach opatrzności więc zdrowie się przyda by znosić jego kaprysy - uśmiechnął się i młoda para razem z nim.
- Mam coś dla was. To nic specjalnego, ale może choć tyle przyjmiecie od starego człowieka - i zaczął wyjmować coś zza pazuchy.
Okazała się to być drewniana plansza do szachów.
- Panie profesorze. Nie trzeba było. Najważniejsze, że pan tu jest z nami - powiedziała Lena.
- Wy młodzi inaczej na to patrzycie. A takie coś przyda się wam na nowej drodze życia - oczy starca wpatrywały się w twarz Andreasa. Ten wiedział i rozumiał intencje swojego mentora. Wyciągnął ręce i wziął do ręki szachy.
- Niech wam służą dobrze. Rozegrajcie tą partię szachów koncertowo.
Jeszcze uścisnął ich, pocałował i odszedł. Lena wróciła do pakowania kwiatów i prezentów na dorożce, zaś Andreas patrzył za odchodzącym starcem. Wiedział, że jutro wróci na uczelnię. Wiedział też, że to wszystko dopiero się zaczyna.
- Miło z jego strony, że przyszedł do nas, prawda kochanie? - zapytała Lena podchodząc ostrożnie i łapiąc chłopaka w pasie.
- Tak kochanie. Miło. W końcu tyle mu zawdzięczamy…
- Pójdziesz na studia dzięki niemu. Czy to nie wspaniale?
- Oczywiście - odwrócił się do niej i objął ramieniem. Zmienił się na twarzy, uśmiechnął i pozwolił, by rumieniec wpełzł mu na policzki. - A teraz chodźmy, bo zaczną bez nas.
Dorożka ruszyła. Niebo się zachmurzyło i zaczął padać drobny deszcz. Jednak dziś nikt z tego powodu nie narzekał.

* * * * * * *

Andreas otworzył cicho drzwi. Szary prostokąt drzwi odpłynął w bok odsłaniając wnętrze niewielkiego pokoju. Głównym meblem w nim było łóżko wraz z kapralem Kepke leżącym w nim. Chłopak ostrożnie podszedł do łóżka i przysiadł na brzegu.
- Nie musisz się skradać chłopcze. Jestem może stary i ranny, ale nie znaczy, że nie mogę cię usłyszeć - głos weterana brzmiał chropawo i charkotliwie.
- Witam kapralu.
- Witaj chłopcze. Jak tam dziś na świecie?
- Spokojnie. U nas Amerykanie, na wchodzie Rosjanie. Niemcy wrócili do siebie. Świat normalnieje
- odparł Andreas.
- Normalnieje, powiadasz. Jakich to czasów doczekaliśmy, że to jest normalne. Jakich czasów…
- Lekarz powiedział… -
zaczął chłopak.
- Lekarze gówno wiedzą. Ale w jednym muszę się z nimi zgodzić. Ja…umieram - zabrzmiało to jak dźwięk wieka trumny opadającego na skrzynię.
- Powiedzieli, że…
- Wiem, wiem…Przyszedłeś mi powiedzieć, że byłem dobrym żołnierzem, że uniknąłem śmierci i że teraz jestem w wolnym kraju. Pewnie jeszcze to, że rodzina płaci więc mam jeszcze nie umierać. I może jeszcze to, że mam się trzymać, bo życie to najcenniejszy dar jaki mamy. To masz mi powiedzieć?

Andreas spojrzał na oczy kaprala. Wyczytał w nich to, co chory człowiek skrywa głęboko w duszy i czego chyba sam się boi. Każdy by się bał, bo niewiedza jest przerażającą bronią. Jeśli czegoś nie znasz, to się tego boisz. Dla kogoś, kto był po drugiej stronie, strach nie istnieje.
- Nie, przyszedłem … zagrać w szachy…
- Szachy?
- Tak. Szachy. Pomyślałem, że to będzie dobre dla pana. Że chce pan zagrać…

- A co będzie można wygrać? - pytanie zawisło między nimi. Andreas ścisnął mocniej drewniane pudełko szachów ściskane pod pachą.
- Życie, kapralu Kepke, życie.
Po paru minutach wyszedł z pokoju. Podszedł do okna i wyjrzał na świat. Nic się nie zmieniło. Koło czasu obracało się leniwie a przeznaczenie wypełniało swoją powinność. Cykl życia dopełniał się za każdym razem i kolejne jego wspaniałe elementy wracały do niego by znów się odrodzić. Wrzucił strzykawkę do śmietnika i włożył szachy do kieszeni. Był zadowolony. Cieszył się. Był szczęśliwy.
Podszedł do recepcjonistki przy wejściu, zastawionym prawie całkowicie przez ogromne geranium.
- Ja już idę. Ingo, niech ktoś zajrzy jeszcze do pana Kepke. Wydaje mi się, że on…- zawiesił głos licząc na domyślność pięknej Ingi.
- Ach…rozumiem - oczy dziewczyny zrobiły się okrągłe a źrenice zwęziły się niebezpiecznie.
- Na mnie czas. Powiedz doktorowi, że będę, jak zawsze, jutro.
Andreas wyszedł na świeże powietrze. Życie miało sens. Zawsze miało.

* * * * * * *

Zapach kawy połechtał mile i zakręcił w nosie. Wspomnienia uleciały jak zmiecione przez wiatr i rzeczywistość wypełniła się smakowitym aromatem czarnego płynu. Andreas wziął gruby kubek i nalał sobie kawy. Sparzone podniebienie nie przeszkodziło w rozsmakowaniu się wybornym smakiem.
Za oknem Salzburg budził się po nocy. Stróż zaczął zamiatać ulicę, wojskowa ciężarówka pognała do centrum miasta, zaś na murku pod kościołem przysiadł czarny kot. Gdzieś, w środku mieszkania, rodzina budziła się do życia. Mężczyzna słyszał jak bose nogi dotykają zimnego linoleum, robią kilka kroków i zatrzymują się w sennym przeciągnięciu. Spojrzał za siebie i zobaczył stojącą w progu kuchni Lenę. Wiedział, że to ona. Nie musiał zgadywać.
- Dzień dobry kochanie - zamruczała i podeszła do stołu.
- Dzień dobry - Andreas uśmiechnął się tak, jak robił to zawsze dla niej od tylu lat.
- Zbierasz się? - spytała pociągając nosem. - Jak możesz pić taką mocną?
- Przyzwyczaiłem się. I już się zbieram. Muszę być rano na uczelni.
Odstawił pusty kubek po kawie na stół. Wstał i podszedł do Leny. Ucałował ją w czoło i pogłaskał po policzku.
- Będę jak zawsze kochanie.
- Dobrze
- odrzekła.
Ubrał się i wyszedł. Rześkie, poranne powietrze uderzyło w oczy i usta. Zapiął się szczelniej, mocniej chwycił teczkę w rękę i ruszył na uniwersytet. Miał do niego 15 minut spacerkiem i nie zamierzał zamieniać tego na tramwaj czy autobus. Wobec całej wieczności świata, ten kwadrans był niczym, ale dla Andreasa był czymś, co miał dla siebie.
 
__________________
...and the Dead shall walk the Earth once more
_. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : ._
Yarot jest offline  
Stary 30-04-2008, 17:12   #9
 
Hellian's Avatar
 
Inicjacja. A nawet dwie naraz.
Świat nie od razu zrobił się tak bardzo inny. Może zmysły Julii Diany podświadomie stopniowały doznania, by powoli przyzwyczaić umysł do nowej jakości postrzegania, odmiennych barw otoczenia, zauważania prawdy. A może wynikało to z varbańskiej mądrości, stawiającej na dwoistą naturę przebudzenia.
Bo najpierw po prostu tęskniła za swoim żółtookim kochankiem.
- Babciu, kiedy go znowu spotkam?
- Babciu opowiedz mi o nim?
- Babciu ja go kocham.
- Babciu ja chyba oszaleję.
- Babciu muszę go zobaczyć.
- Babciu błagam Cię.
- Babciu, chociaż jego imię.
- Babciu, a może jestem w ciąży?
- Babciu kochałaś się z nim?

To pytanie padło dopiero po dwóch tygodniach. I ono doczekało się reakcji Elizy.
- No rozum Ci wraca dziewucho.
Czy faktycznie wracał? Żółtooki mężczyzna towarzyszył jej nieprzerwanie we wszystkich snach.

Ale nowa rzeczywistość uwodziła i innymi niespodziankami. Największą zmianą dla dziewczyny stała się towarzysząca jej postać. Zawsze gdzieś w kącie pola widzenia, kilkumetrowa, w sandałach, tunice, z laską i łukiem. Przed oczyma Julki migały łydki wielkie jak snopki zbóż, kolana jak dorodne dynie, olbrzymie stopy. Ale twarz i cała sylwetka pozostawały nieuchwytne. Bolała ją już szyja od prób nadążenia za nagłym ruchem.
I to miało być żelazo z którego wykuto samą istotę Julii Diany? Jednocześnie bliskie i przerażające odbicie duszy? Starożytna bogini łowów i księżyca? Diana wiedziała, że toczą grę. Dziecinną zabawę w kto pierwszy się odezwie. Nietrudno było się domyślić kto wygra. Ale dziewczyna łudziła się, że jej złośliwa imienniczka zrezygnuje z tego dręczenia. Bo odchodziła i przychodziła, a każde zniknięcie dawało nadzieję.
Kąpała się w strumieniu. Woda była jeszcze lodowata, ale przecież wkrótce miała wyjechać, korzystała więc ze wszystkiego co oferowały okolice z dziką energią. Wtedy znowu zobaczyła Łuczniczkę. Zza pobliskiej skałki wystawały olbrzymie nogi.
- Wyłaź do cholery. Mam już dość tej idiotycznej ciuciubabki. Jakby olbrzymi bachor robił mi na złość. – krzyczała pobudzona zimną kąpielą.
I w końcu mogła zobaczyć ją całą. Zadarła głowę, ale bogini stała zbyt blisko. Czytała jej w myślach. Śmiejąc się nachyliła się ku Dianie
- I co ładna jestem? – zapytały ją czterdziestocentymetrowe usta. Diana oparła się o drzewo i powoli usiadła na ziemi.
- Czy nie mogłabyś się zmniejszyć? Zniknąć? Być tylko głosem w mojej głowie?
Za odpowiedź starczył złośliwie radosny śmiech.

Inne aspekty nowego świata zachwycały. Na przykład wtedy gdy weszła na Wietrzny Wierch i ujrzała duszę Góry. Starczyło tylko trochę się skupić by usłyszeć opowieść o wieczności. Poczuć rozkosz trwania w słońcu, pieszczot wiatru, fascynujący dotyk śnieżnych zamieci, kąpiele w deszczu,. Poczuć siłę i stałość, miękkość ziemi przeplataną twardością skał, pulsowanie życia korzeni, szmer podziemnych wód, kaskadę upajających zapachów Natury. Poczuć się matką i ojcem srebrnych świerków, strzelistych sosen, jodeł, modrzewi, krzewów, grzybów, traw. Usłyszeć granitowe serce skały, mówiące o spokoju świata, dynamicznej równowadze Gai. Obserwować pokolenia zwierzęcych istnień od zawsze zasiedlających ten fragment rzeczywistości.
Wietrzny Wierch - miejsce gdzie stykają się światy. Gdzie dusza Diany śpiewa: Jestem Czarownicą.

Czuła się też jakby dostała od życia nowy zmysł. Gospodarską intuicję. Szła zawsze po jajka do tej kury, która akurat je zniosła, po maliny tam gdzie właśnie obrodziły, a grzyby mogła przynosić na zamówienie. Dzisiaj kurki, jutro kanie, pojutrze prawdziwki. Zawsze wiedziała gdzie szukać. Ścinane drzewo upadało na przewidzianą stronę. A rąbanie drwa stało się dziecinnie prostym zajęciem – bo starczy lekko uderzyć we właściwy punkt.
Ale największym błogosławieństwem i zarazem obciążeniem stało się pojmowanie natury życia. Wydawało jej się, że wreszcie zrozumiała Elizę twierdzącą, że absolutnemu pięknu bardzo blisko do szpetoty, i że mądrość jest matką niewiedzy. Bo Diana zaczęła widzieć struktury żywych organizmów, przepływy energii, prawidłowości funkcjonowania. I zobaczyła, że babcia Gerda jest chora.
Pierwszy raz naprawdę pokłóciła się z Elizą.
- Nie powiedziałaś mi! – oskarżała – Wiedziałaś, że nie wyjadę.
Bo Diana nie chciała jechać do miasta. Zostawić babcie i Melchiora, wschody słońca nad jeziorem Białym, górskie wędrówki, zapach traw i lasów, wiejskie żółto-białe psy, najmądrzejsze na świecie, które właśnie okazały się rasowymi pinczerami i cała wieś miała ubaw gdy przyjechali panowie z Klubu Rasy wykupywać całe mioty i płacąc za szczeniaki jak za mleczne krowy. Zostawić to wszystko dla szkoły? To Eliza była nieubłagana.
- Masz tam niedokończone sprawy – marudziła – Musisz poznać ojca. Możesz go potem nienawidzić, ale najpierw sprawdź czy warto. Nienawiść to wielkie głębokie uczucie, nie warto poświęcać go byle komu.
I jeszcze dodawała
- Tam spotkasz podobnych do siebie.

Nie wyjechała w tym roku do Salzburga. Mimo troskliwej opieki Elizy i Diany, babcia Gerda nie przeżyła srogiej zimy. Z rozpędzonym kołem życia i śmierci Diana nie chciała się pogodzić.
Przepłakała większość wiosny.
Choć wiedziała, że śmierć nie jest kresem, bo Gerda trwała w całym domu, na łące pod jesionem, w swoim ogrodzie.

Pozbierała się w maju. Egzaminy okazały się całkiem proste i Diana, na uczelni znowu zwana Julią, mogła wybierać kierunek studiów. Zdecydowała się na weterynarię – spotkała tam nawet jednego ze świrów od rasowego austriackiego pinczera krótkowłosego - doktora zoologii.
Spotkała też ojca. Był żałosnym drobnym mężczyzną, który rozpłakał się na widok córki. Na uczelni dostał przymusowy urlop i po trzech minutach łez, opowiadał Julii jak to prześladuje go polityczna policja na usługach Żydów i Amerykanów i jakich to nie ma arcyważnych przyjaciół na antypodach, którzy tu wkrótce wrócą i wtedy wszyscy zobaczą. Julia o mało nie zasnęła w trakcie tej wizyty. Volker mieszkał dalej na Doom Platz, w mieszkaniu, którego właściwie już nie pamiętała, nie budzącym żadnych wspomnień. Miał 3 sypialnie, salon i gabinet i nie zaproponował córce by z nim zamieszkała. Ani nie podziękował, gdy znudzona opowieściami posprzątała i ugotowała obiad. Więcej do niego nie poszła ani o nim nie myślała.

Najtrudniej było znaleźć przyjaciół...
 

Ostatnio edytowane przez Hellian : 30-04-2008 o 17:30.
Hellian jest offline  
Stary 04-05-2008, 20:33   #10
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Rzucił podręczniki na stół. Czuł się nieco zmęczony. Kombinacja zajęć na uczelni i pracy pod bacznym okiem Ernsta dawała mu się czasami we znaki. Do tego długie godziny spędzane w uczelnianej bibliotece...
Zdecydowanie nie sprzyjało to rozwojowi życia towarzyskiego. Był lubiany i starał się jak mógł, by w życiu pozauczelnianym uczestniczyć, ale... Jakoś nie potrafił być w dwóch miejscach na raz.
Wein, weib und gesang... O tym najczęściej mógł tylko pomarzyć, chociaż przystojny chłopak, dysponujący samochodem i nie oglądający się na innych przy płaceniu rachunków nie narzekał na brak towarzystwa. I był zawsze zapraszany... Nawet wówczas, gdy powyższe zalety nie były jeszcze powszechnie znane.

Zapadł w głębokim fotelu.
Nieco sfatygowany podręcznik fizyki jakby sam otworzył się w żądanym miejscu.
Kurt pogrążył się w lekturze, od czasu do czasu zaglądając do notatek z wykładów.
Ćwiczenia goniły ćwiczenia, kolokwium gnało za kolokwium...
A Ernst, chociaż cierpliwy, okazywał litość i wyrozumiałość godną inkwizytora. Na co Kurt, zazwyczaj, nie narzekał. Zazwyczaj... Nikt nie jest świętym...
Pozostawało mu tylko wierzyć w zapewnienie Ernsta, że z czasem będzie lepiej...

***

Przesunął okulary na czoło i przetarł oczy.
Czuł dziwne zmęczenie... Zwykle mógł siedzieć godzinami i nie mieć wrażenia, że widzi podwójnie... A raczej widzi rzeczy, których nie ma...

Spokojnym, może nieco zbyt opanowanym ruchem wkręcił żarówkę w oprawkę. Żarnik rozjarzył się dziwnie powoli... Całkiem jakby niektóre elektrony walencyjne zaczęły się wahać, czy warto im opuścić powłokę i dołączyć do reszty braci tworzących gaz elektronowy... Albo zrobiły sobie wakacje i dopiero teraz wracały z urlopu...

A może ich bieg ku anodzie hamowały widoczne gołym okiem domieszki antymonu, bizmutu i niklu, występujące tu i ówdzie w teoretycznie czystej miedzi, z której zbudowane był przewody... Pozostałe tam widocznie podczas procesu wydobywania cuprum z chalkopirytu...

"Gołym okiem?!" - zdumiona myśl zamieniła się w impulsy elektryczne i przemknęła przez zwoje neuronów, by, wzbudzając ogólną panikę, dotrzeć do nadnerczy... Nagłe zwiększenie się poziomu adrenaliny spowodowało wzrost ciśnienia tętniczego. Minutowa pojemność serca wzrosła nagle i rozszerzyły się naczynia wieńcowe. Gwałtownie wzrosło stężenie glukozy we krwi...

Miriady bitów danych zaczęły szturmować umysł, a szare komórki, nie przygotowane do takiej pracy, przegrywały beznadziejną walkę z napływającym potopem informacji. Fale dźwiękowe, śmigające po pomieszczeniu z prędkością 344,7 metra na sekundę, przyprawiały o zawrót głowy, a otaczające Ernsta pole energii cieplnej, przypominające aurę kirlianowską, wprost oślepiało, przez rozszerzone źrenice atakując fotoreceptory...

Kurt przymknął oczy...
- Nie można tego jakoś wyłączyć? - wyszeptał przerażony.
Nie wyobrażał sobie życia w takich warunkach...

***

Z czasem zaczął się przyzwyczajać...

Do unikania chybotliwej płytki chodnika, pod którą kryła się kałuża, czająca się na nieostrożnych przechodniów...
Do odkładania na bok pióra, zanim złośliwy kleks spłynie na kartkę papieru...
Do przewidywania, która żarówka najszybciej się przepali...
Do omijania skrzypiących stopni i desek...
Do zauważania samochodów z kiepskimi hamulcami czy układem kierowniczym...
Do wybierania najbardziej wygodnego krzesła...
Do natychmiastowego orientowania się w rozkładzie pomieszczeń...
Do określania wieku przedmiotów... Z dokładnością obcą zwykłym naukowcom...
Do chwytania za słuchawkę na ułamki sekund przed dzwonkiem...
Do tego, że wiedział, czy kawa nie jest za ciepła...
... i kto pyszni się złotem o kiepskiej próbie...
... i komu za chwilę odpadnie guzik...

Przyzwyczaił się do wielu mniej, lub bardziej przyjemnych rzeczy...

***

"A gdyby tak... troszkę... im pomóc..." - pomyślał.
Zapomniany układ elektryczny, pośredni sprawca Przebudzenia, wyciągnięty z kąta, gdzie pokrywał się kurzem, znów spoczywał na stole.
Żarówka, tak jak poprzednio, zamieniała na ciepło dziewiętnaście razy więcej energii, niż na fale widzialne.
"Gdyby tak te parę atomów usunąć, a tamtym elektronom nadać większą szybkość..."
Przez kruchy grafitowy pręcik przepłynęła nagle ilość energii, która przezwyciężyła działanie sił Van der Walsa i skruszyła subtelne struktury krystaliczne.
Żarówka, niczym supernowa, błysnęła i zgasła...
 
Kerm jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:02.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168