Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 05-07-2008, 14:57   #1
 
Zapatashura's Avatar
 
[Wampir Requiem] Obyś żył w ciekawych czasach

Preludium: każda śmierć jest inna

"I am the beast that feeds the beast
I am the blood
I am release
Come make me pure
Bleed me a cure"

Metallica: "Bleeding me"

[MEDIA]http://dnaina.wrzuta.pl/aud/file/xlEqyv4iJ7/moldy_old_world.mp3[/MEDIA]

San Francisco, Miasto Mgieł. Przydomek bynajmniej nie jest przypadkowy, Frisco słynie z tego, że zasnuwa je iście londyńska mgiełka niosąca od Pacyfiku. Ocean jest też zresztą powodem, dla którego miasto jest jednym z najchłodniejszych w słonecznej Kalifornii: średnie temperatury letnie nie przekraczają 18°C. Europejczycy często twierdzą, że pogoda zatoki przypomina im Morze Śródziemne. I mają sporo racji.
Mieszkańcy Starego Kontynentu mają do San Francisco sentyment również dlatego, że to właśnie tutaj powstał ruch hippisowski, który objął przecież cały świat.

Ale czy to wszystko co można o nim powiedzieć? Klimat i hippisi? Cóż, w latach 70 byli jeszcze geje, ale oni również nie są źródłem utrzymania miasta. Jest nim za to rynek elektroniczny, samochodowy, lotniczy i stoczniowy. A również architektura.


Tutaj kręcono "Pełną Chatę", "Nagi Instynkt", "Brudnego Harrego" i cała masę innych seriali, filmów i filmideł. Dlaczego? Wystarczy popatrzeć na budynki, na wzgórza i panoramę. San Francisco, ze wszystkimi swoimi dystryktami jest wprost wymarzonym miejscem, by utrwalić je na taśmie.

W obskurnym hotelowym pokoju Miasta Mgieł, młody dziennikarz Daniel przeprowadza swój słynny wywiad z wampirem. Ciekawe jakby zareagowali ludzie, gdyby wiedzieli że hotel ten nocami obserwowały prawdziwe Dzieci Nocy? Zapewne by nie uwierzyli.
Bo czyż to nie wspaniały pomysł? Ukryć się za swym własnym wizerunkiem! Popierać dzieła Stokera, Polidoriego, Rice i całej plejady innych twórców fantastyki, tylko po to, by wepchnąć swoje własne istnienie między bajki. Bo w bajki nikt nie wierzy, a może i szkoda. Wystarczy bowiem przypomnieć sobie braci Grimm, aby uświadomić sobie jak straszne i realne potrafią one być.

Kiedy zapada noc, okres gdy aktywni są już tylko ci, którzy wyśmiewają historyjki o wampirach, kontrolę nad miastem przejmują Spokrewnieni. Książę Yukari Fujita ze spokojem ogląda swą domenę ze szczytu Transamerica Pyramid.

18 września 2007

Nieświadomi niczego ludzie, daleko w dole prą przed siebie w pogoni za pieniędzmi i wygodami. Źródło pożywienia o które nie trzeba nawet specjalnie dbać. Owce pasące się same na betonowych pastwiskach, nie pamiętające o wilkach czających się wśród nich.

-Ojcze- donośny, choć uniżony głos wyrwał księcia z rozmyślań. Yukari odwrócił się, by przyjrzeć się swemu synowi. Naturalnie nie zmienił się ani o jotę od ich ostatniego spotkania, nadal wyglądał bardzo młodo, z rozwichrzonymi włosami, gładko ogolony. Fujita był jednak przekonany, że jego potomek zbladł. Requiem odcisnęło w końcu na nim swe piętno.


-Ojcze, w mieście nastąpiła seria morderstw. Zginęło do tej pory trzech śmiertelników, podejrzewa się, że padli ofiarą tego samego sprawcy, lub sprawców.- Shinji pokornie spuścił głowę zwracając się do najważniejszego wampira w zatoce. To, że wampir ten go Spokrewnił wcale nie skracało między nimi dystansu. Możliwe, że nawet go dodawało.


-Czemu miałoby mnie to interesować, synu?- Ton głosu księcia był nieodgadniony, jak zawsze kiedy przemawiał. Czy pobrzmiewała w nim nagana, czy cień zainteresowania? A może w ogóle nic?

Shinji odpowiedział od razu, kazać czekać swemu stwórcy to niewybaczalne przewinienie.
-Ponieważ ci śmiertelnicy byli...

2 lipca 1985

Paul Kelsey mógł być z siebie dumny, wybory na prezydenta miasta przebiegały dokładnie tak jak sobie tego życzył. Wszystko wskazywało na to, że wygra Robert Deen. Sondaże to potwierdzały, wielka klapa kontrkandydata była spektakularna i postawiła tylko kropkę nad "i". Nadchodzący okres zapowiada się bardzo dobrze.
Młody wampir zastanawiał się, czy jego dokonanie zostanie zauważone przez Invictus. Był pewny, że tak, przecież właśnie ustawił swój pionek na najwyższym stołku w mieście.
Paul się nie mylił, Pierwszy Stan znał jego ruchy.

W schronieniu Kelseya rozległo się pukanie. Gość? Nie spodziewał się nikogo. Czyżby Robert kogoś do niego wysłał? Nie, nie możliwe. Zadzwoniłby. A więc kto to?

2 lutego 2001

Toshiro Takegawa dopiero zaczynał zadomawiać się w San Francisco. Może i w mieście było wielu Azjatów. Może i nawet spora ich część wchodziła w skład Spokrewnionych tego miasta. Ale dla kogoś takiego jak Takegawa wtopienie się w codzienność nie jest łatwe. Nie przy tym, czym się zajmuje. Na razie jednak jest nieźle, nikt nic nie podejrzewa, wampir ma spokój. Nie utrzymuje kontaktów ze Spokrewnionymi, a ci go nie zaczepiają bo i dlaczego mieliby to robić? Książę go zaakceptował i tyle. Toshiro mógł zajmować sie swoimi sprawami.
Tej nocy jednak, jego sytuacja miała się odmienić. Na lepsze, czy na gorsze- czas pokaże. Na pewno jednak nie zostanie taka sama. A wszystko przez ten jeden okrzyk i walenie do drzwi.

-Toshiro! Wiem, że tam jesteś. Otwieraj natychmiast.- Podniesiony głos, rozkazujący ton. Ktokolwiek to jest, nie przyszedł na przyjacielską pogawędkę.
 

Ostatnio edytowane przez Zapatashura : 05-07-2008 o 16:10.
Zapatashura jest offline  
Stary 05-07-2008, 16:55   #2
 
Vincent's Avatar
 
Paul Kelsey, 2 lipca 1985


Paul obudził się w swoim przyciasnym mieszkanku. Wynajął je dwa miesiące temu od bardzo miłej trzydziestolatki, którą bez problemu przekonał, że zapłaci czynsz pod koniec miesiąca. Nie mógł zapłacić od razu, Eliza zostawiła go z niczym i kazała wynieść się z jej domeny. Wiedział, że może liczyć na gościnę Księcia, ale nie chciał z niej korzystać. To byłoby żenujące, Venture proszący o schronienie, bo matka go zostawiła i nie umie o siebie zadbać... – przyznał w myślach. Tak czy inaczej, czynsz opłacił już po dwóch tygodniach, dzięki Kate, Annie i Alexii, które chętnie utrzymywały swojego czarującego Paula. Lokal na Madison Street 6/1 nie był bezpieczną kryjówką, drewniane drzwi nie chroniły zbyt dobrze przed wizytami śmiertelnych, ale Paulowi to nie przeszkadzało. Jego znajomi nie wiedzieli, gdzie mieszka, a z policją nie miał żadnych spięć. Ryzyko było minimalne i początkowo bawiło go, że atrakcyjne kobiety płacą jego rachunki i kupują mu prezenty, ale dość szybko postanowił rozejrzeć się za czymś bardziej dochodowym. Zakręcił się trochę w polityce. Nadal pozostawał w tej norze, ale wiedział, że już niedługo….

Paul podniósł nową gazetę, którą znalazł pod swoimi drzwiami i zaczął ją czytać. Już na pierwszej, tytułowej stronie znalazł informację, której szukał. Drukowany napis oznajmiał:

Debata: Robert Deen kontra Maximilian Novotny


A trochę niżej, jako podtytuł, robiło zdanie:

Zaskakujący przebieg ostatniej debaty przed ciszą wyborczą. Czy na pewno można to nazwać debatą?


Gdy mówi tylko jedna strona, nazywa się to monologiem – pomyślał Paul i z szerokim uśmiechem na ustach zaczął czytać artykuł.

Ostatnia debata między liderami kampanii wyborczej na prezydenta San Francisco miała zaskakujący przebieg, który można określić miażdżącym zwycięstwem Roberta Deena. Maximilian Novotny, który widocznie nie otrząsnął się jeszcze po skandalu wywołanym przez ujawnienie kompromitującej taśmy z udziałem panny Angeliki Novotny, wczorajszego wieczora nie powiedział ani słowa, nie odpowiedział na żadne pytanie. Wyglądał na zdziwionego i przestraszonego…

A jak miał wyglądać, skoro nie mógł wydusić z siebie ani słowa. – Paul odłożył gazetę, wyraźnie zadowolony z siebie i poszedł pod prysznic rozmyślając o tym, czy Invictus się zainteresuje jego dokonaniami. Na pewno tak. Błyskawicznie ustawiłem się w nowym otoczeniu i zyskałem zaufanie przyszłego prezydenta San Francisco. W sumie to sam go ustawiłem na tym stołku, przecież beze mnie by nie wygrał. Jeszcze miesiąc temu miał tylko 33% poparcia, gdy Max miał aż 50%, a teraz nie może już tego przegrać. Niezależnie od tego, co będzie robił, bo od dzisiaj jest cisza wyborcza. Zimna woda zmoczyła jego dwudziesto-kilku centymetrowe, czarne włosy. Po prysznicu wytarł się, na magnetofonie włączył "Iron Maiden - Number Of The Beast" i zaczął się ubierać. Założył czarno-zieloną koszulę oraz niebieskie jeansy. Gdy stał przed lustrem i suszył włosy ręcznikiem, w pokoju rozległo się głośne pukanie. Czyżby Robert kogoś do niego wysłał? Nie, nie możliwe. Zadzwoniłby. A więc kto to? Może Novotny wysłał mi gości? – pomyślał, po czym wyłączył muzykę i podszedł do wizjera.

Paul zobaczył mężczyznę, na oko koło 40 letniego, trochę zbyt grubego. Ubranego w elegancki garnitur, białą koszulę, szyję ma pod krawatem, na oczach okulary w drucianych oprawach. Na pewno człowiek, ale chyba nie od Novotnego. Novotny pewnie przysłałby kilku... Koleś robił dobre wrażenie, Paul uznał, że miał styl. Był pewny, że ma do czynienia ze śmiertelnikiem. Otworzył drzwi i z lekkim uśmiechem powiedział:

- Cześć?

-Ekhm. Dobry wieczór. - Cześć wyraźnie zbiło go z tropu, przez chwilę wydawało się, że nie wie co powiedzieć, jednak po chwili kontynuował:

- Reprezentuję barona Francisa Willsona, mój pan chciałby się z szanowny panem Kelseyem widzieć.

Baron Willson, ładnie, ładnie. I szybko. - pomyślał Paul, mając nadzieję, że ta sprawa jest związana z jego dokonaniami.

- Proszę chwilę poczekać - powiedział wpuszczając go do środka, po czym energicznym krokiem ruszył do toalety. Paul psiknął dwa razy zapach Armani Jeans na swoje nadgarstki, po czym w biegu założył srebrny, szwajcarski zegarek Adriatica, którym obdarzyła go Kate pewnego wieczora.

- Jestem gotowy, możemy iść - powiedział puszczając swojego gościa przodem.
 

Ostatnio edytowane przez Vincent : 25-07-2008 o 04:09.
Vincent jest offline  
Stary 07-07-2008, 21:53   #3
 
Ratkin's Avatar
 
Stary Azjata odłożył czytaną książkę na niziutki stolik, za którym zasiadał na poduszce. Podniósł wzrok w kierunku drzwi swojego obskurnego apartamentu i wytężył zmysły. Miarowe drżenie, wprawionych uderzeniem w wibracje, drzwi mile wpadło w ucho starca, łącząc się z ledwie słyszalną muzyką z któregoś z sąsiednich mieszkań. Nowoczesna muzyka zazwyczaj drażniła jego poczucie estetyki swoją topornością, jednak tym razem miał szczęście zamieszkać obok jakiejś młodej dziewczyny, starającej się pozować na wampirzyce. Puszczane przez nią wieczorami utwory, aż kipiały od negatywnej energii i były na tyle smętne by Toshiro litościwie pozwalał dziewczynie żyć i dalej marzyć o spotkaniu wampira.
Kolejny krzyk dobijającego się do drzwi mężczyzny spowodował, że na twarzy Takegawy pojawił się delikatny grymas wyrażający odczuwane przez niego zniesmaczenie.

Barbarzyńca

Takegawa bez większego pośpiechu podniósł się z klęczek. Wstając zabrał ze stolika zapałki i wolnym krokiem skierował się do regału, stojącego nieco na prawo od drzwi wejściowych do mieszkania. Na blacie niedużego kredensu stał jego maleńki ołtarzyk. Oparte prowizorycznie o ścianę stało stare, pożółkłe już zdjęcie. Przedstawiało ono Toshiro i jego śmiertelną rodzinę. Spojrzał na nie, wprost w oczy swojego znienawidzonego ojca. Jak co noc, odwzajemnił jego spojrzenie i nie spuszczając wzroku ze zdjęcia zapalił stojące przed nim kadzidełko.




Szacunek. Kto w tej przeklętej krainie znał znaczenie tego słowa. Przodkowie, sprawcie by ten barbarzyńca był biały
. Toshiro miał już do czynienia z sługusami Księcia tego miasta i wciąż miał problemy z przywyknięciem do faktu, że większość Azjatów nie różniła się od białych niczym poza rysami twarzy i kolorem skóry.

Toshiro zrobił krok do tyłu i odrzucił zgaszoną zapałkę. Sięgnął ręką za pazuchę i namacał rękojeść kryjącej się pod bluzą broni. Ubrany był w czarne kimono, w jakim zwykł spędzać sen który morzył go każdego dnia. Z pod luźnych spodnie wystawały bose stopy. Odruchowo
stanął tak by otwarte nagle drzwi nie mogły go trafić i przywołał moce które pozwalały mu mamić cudze zmysły i unikać uwagi obserwatorów.

-Wejść!-odezwał się patetyczny, pozbawionym wyrazu głosem.
 
__________________
-Only a fool thinks he can escape his past.
-I agree, so I atone for mine.


Sate Pestage and Soontir Fel

Ostatnio edytowane przez Ratkin : 08-07-2008 o 13:58.
Ratkin jest offline  
Stary 08-07-2008, 12:40   #4
 
Zapatashura's Avatar
 
2 lipca 1985

Wysłannik barona cierpliwie czekał, starając się jakoś zamaskować zmieszanie. Rozglądanie się po twoim aktualnym schronieniu jakoś mu tego nie ułatwiało. Najprawdopodobniej był ghulem barona, co oznacza, że znany jest mu przepych Invictus. A twoje ciasne mieszkanko jakoś nie za bardzo pasowało do wizji bogatego Spokrewnionego.

W końcu wyszliście. Człowiek szedł dwa kroki przed tobą w zupełnym milczeniu. Kiedy wyszliście na oświetloną latarniami ulicę podprowadził cię do mercedesa.


Otworzył tylne drzwi, najwyraźniej przyzwyczajony do takich działań, po czym sam usiadł przed kierownicą. Wsadził klucz do stacyjki i już po chwili jechaliście pustawymi ulicami San Francisco. A przynajmniej pustawymi w stosunku do godzin dziennych.

Podpytywany o cel tego nagłego "zaproszenia" ghul grzecznie odpowiadał, że baron Willson nie wtajemniczył go w nic, poza tym że ma cię zawieść do schronienia swojego pana. Poza tym facet był naprawdę fatalnym rozmówcą. Mijanie kolejnych przecznic potwornie ci się więc dłużyło.
Wreszcie jednak skręciliście z Geary Boulevard na 5th Avenue. Minęliście skrzyżowania z Anza, Balboa i Cabrillo Street, po czym ghul wjechał na duży, ogrodzony dwumetrowym, kamiennym murem podjazd. Wysiadł z samochodu od razu otwierając ci drzwi.
-Proszę iść do posesji, tam Lucinda zaprowadzi szanownego pana do barona. Ja muszę zamknąć bramę.

Cóż, nie miałeś zamiaru czekać i faktycznie ruszyłeś do domu. A zasadniczo willi, budynek był dwupoziomowy, wybudowany w nowoczesnym, trochę zbyt betonowym stylu. Posesja z tyłu otoczona była małym ogrodem z kilkoma rozłożystymi drzewami. Drzewa zasłaniały też widok na dom zza podjazdu. Na pierwszy rzut oka wiedziałeś, że Francis Williams bardzo dba o maskaradę. Albo po prostu o prywatność.
Nie zdążyłeś nawet zadzwonić do drzwi, gdy otworzyła ci ciemnowłosa kobieta, ubrana w żakiet i suknię do połowy łydki.
-Domyślam się, że szanowny pan Kelsey?-Spytała skłaniając z szacunkiem głowę.-Proszę za mną, baron już czeka.
Wnętrze domu także było wykwintnie urządzone. Na ścianach wisiały obrazy jakichś osób. Rozpoznałeś kilka z nich, portrety przedstawiające niektórych władców habsburskich. Czyżby baron był tak dobrze urodzony?

Twój gospodarz czekał w swoim gabinecie na piętrze. Lucinda otworzyła mahoniowe drzwi, wpuszczając cię do środka. Jaśnie pan baron Francis Willson, najwyższy adwokat, szacowny mówca siedział w skórzanym fotelu za biurkiem i patrzył w twoim kierunku.

Od razu poczułeś strach. Podtatusiały z wyglądu, otyły facet z dwoma podbródkami, ale z miejsca wiedziałeś, że zabiłby cię bez kłopotu. Chciałeś uciekać, ale opanowałeś się. Gdybyś jeszcze żył, pewnie wziąłbyś głęboki oddech na uspokojenie. Na szczęście jesteś martwy.
-Proszę, proszę bliżej szanowny panie Kelsey.- Pulchną dłonią wskazał ci prosty fotel stojący przed jego biurkiem. Kiedy zrobiłeś parę kroków w jego stronę usłyszałeś jak zamykają się za tobą drzwi. Byłeś jak zwierzę w potrzasku i nie miałeś pewności, czy Bestia nie postanowi raz jeszcze spróbować zmusić cię do ucieczki. Miałeś nadzieję, że nie.
Baron bezceremonialnie rzucił na biurko gazetę. Nie musiałeś nawet czytać nagłówku, aby wiedzieć co zobaczysz:
Debata: Robert Deen kontra Maximilian Novotny.
-Czy to pana robota?

2 lutego 2001

Kimkolwiek był ten barbarzyńca dobijający się do twoich drzwi, cierpliwość nie była jego mocną stroną. Kiedy w końcu otworzyłeś i sięgnąłeś po moce swej dyscypliny, nie minęło więcej niż sekunda a nieproszony gość był już w środku. Akceleracja bez dwóch zdań. Od razu wyszarpnął pistolet, choć nie masz pojęcia jaki to w ogóle model.


To był jakiś szczyl, ubrany w czerwoną bluzę z narzuconą na nią ciemną marynarką. Od razu poczułeś jak twoja bestia szarpie się do ataku. Rozerwij tego durnia! Na razie jednak nad sobą panowałeś. Choć byłeś na pewno wściekły.
-Rączki w górę i do salonu Nosicielu.- Warknął, patrząc prosto na ciebie. I to by było na tyle, jeśli idzie o Niewidoczność. Wydawało ci się, że się kontroluje, ale tak oczywista i bezczelna napaść nie może mu ujść na sucho. Kto to jest i co sobie ubzdurał? Cholerni barbarzyńcy.
-No już i bez sztuczek.

Moment, nazwał cię Nosicielem. Sprawa się sypnęła. Ale skąd on to wie? I kim do ciężkiej cholery jest?
 

Ostatnio edytowane przez Zapatashura : 10-07-2008 o 09:13.
Zapatashura jest offline  
Stary 10-07-2008, 23:06   #5
 
Vincent's Avatar
 
Paul Kelsey



Ghul w garniturze otworzył drzwi srebrnego, nowego mercedesa a Kelsey posłusznie usiadł na wskazane siedzenie.

- W jaki sposób zasłużyłem sobie na zaproszenie od tak znakomitej osobowości?

- Baron Willson nie wtajemniczył mnie w szczegóły. – odpowiedział szofer, a Paul pokiwał głową

- A w ogólny zarys sytuacji? – młody wampir ponownie spróbował pozyskać informacje

- Mam szanownego pana Kelseya dostarczyć do schronienia Barona.

- Aha…
– Kelsey zamyślił się chwilkę. Czyli niczego nie wie, albo nie zamierza powiedzieć…Piękna noc, prawda? - zagaił wyglądając przez szybę.

- Tak – ghul nie był zbyt wygadany, co nie przeszkadzało Paulowi kontynuować rozmowę. Korzystnie jest trochę poznać sługi wpływowych Spokrewnionych, zyskać sympatię albo chociaż sobie pogadać.

- Poświata unosząca się nad San Francisco zawsze sprawia na mnie wrażenie. Chyba mam w sobie trochę z artysty. A ty?

- Niestety, chyba nie.
– odpowiedział uprzejmym tonem, zgodnie z etykietą choć trochę sztywno. Kelsey uśmiechnął się do niego.

- Nie każdy musi zachwycać się białymi światełkami. Każdy ma swój gust i swoje poczucie stylu. Twój garnitur… Pierre Cardin?

- Tak.

- Świetna marka.
– Paul westchnął. Niedługo też będzie go na takie stać. Jechali kawałek w milczeniu, potem wampir jeszcze raz spróbował podjąć rozmowę, tym razem o ruchu na ulicy lecz potoczyła się podobnie do tej poprzedniej. Gdy wszedł do gabinetu barona, ten siedział w swoim fotelu i wywierał podobną presję na Paulu, jaką wywiera w pracy szef-tyran na swoich podwładnych.

- Proszę, proszę bliżej szanowny panie Kelsey. – powiedział baron wskazując fotel. Paul był trochę skołowany tym powitaniem. Zgodnie z ogólnie przyjętymi zasadami baron Willson powinien najpierw się przedstawić. Młody wampir nie miał jednak zamiaru wytykać mu złego wychowania, skoro wiedział jak tytułować swojego rozmówcę. Na razie postanowił wypełnić jego polecenie i bez słowa usiadł na fotelu. Po co mam się przedstawiać, skoro on przedstawił mnie sobie samemu?

- Czy to pana robota? – zapytał Francis rzucając na swoje biurko świeżą gazetę. Na twarzy młodego pojawił się lekki uśmiech, ale po chwili przybrał poważną minę.

- Oczywiście. – odpowiedział Paul zgodnie z prawdą, rozsiadając się wygodniej w fotelu. Nie było sensu kłamać. Kolejne słowa starał się wypowiadać tak, aby baron nie uznał ich za szyderstwo – Czy najjaśniejszy pan adwokat chce skorzystać z moich usług, lub z usług mojego prezydenta San Francisco? – sformułowanie „mojego prezydenta San Francisco” bardzo spodobało się Paulowi, lecz tym razem powstrzymał się od uśmiechu. – Ja jestem do usług, ale na prezydenta Deena trzeba poczekać kilka dni.
 

Ostatnio edytowane przez Vincent : 25-07-2008 o 04:09.
Vincent jest offline  
Stary 14-07-2008, 17:07   #6
 
Ratkin's Avatar
 
Toshiro spojrzał na swojego gościa i zmierzył go od stóp do głów. Jego twarz nie wyrażała najmniejszych emocji. Tylko oczy, zwierciadła duszy, ukazywały jego odczucia. Czysta nienawiść była doskonale widoczna pod przykrywką stoickiego spokoju. Mimo to nie dał po sobie znać tego, co odczuwał choćby najmniejszym gestem. Jego gość wyraźnie miał problemy z panowaniem nad swoimi impulsami i niewiele brakowałoby stracił nad sobą kontrolę. Nie powodowało to u Toshiro niepokoju, brak samodyscypliny u tego nieproszonego przybysza czy też raczej napastnika stanowił dla azjaty atut. Nie potrafił zagrać posiadaną wiadomością o jego pochodzeniu, kiedy będzie przedstawiał swoje żądania wobec Takegawy i wykorzystał ją na samym wstępie by „wymóc” na nim „posłuszeństwo”. Najprawdopodobniej świadczyło to, że poza tym jednym argumentem posiada już tylko brutalną siłę i przemoc. Owszem, uważał że w jego rodzinnym kraju idealny panujący tam porządek opierał się na permanentnym zastraszaniu się nawzajem od najmłodszych lat. My – pomyślał z wyższością – przynajmniej doprowadzaliśmy to, jak zresztą niemal każdą inną dziedzinę życia, do rangi sztuki i dążyli w niej do perfekcji. W tej podłej krainie nie potrafią go nawet profesjonalnie napaść…

Nim zareagował na stawiane mu żądanie wprowadzenia do „salonu” obrócił się i zamknął za sobą drzwi, które pozostały po wtargnięciu nieznajomego szeroko otwarte do środka. Delikatne muśnięcie dłonią wprawiło je w ruch. Azjata zamknął je, pozostawiając zasuwkę i ciężki zamek otwarte. Naturalnie musiał dotknąć w tym celu klamkę, tak więc gest ten nie mógł zwrócić żadnej szczególnej uwagi. Jeśli mężczyzna wykaże się przy opuszczeniu apartamentu takim samym brakiem kultury jak gdy wchodził, spotka go przykra niespodzianka… (1PK, dyscyplina Catchexy 2)

Łagodnym, opanowanym gestem wskazał mężczyźnie wnętrze mieszkania, nie odzywając się do niego nawet słowem. Okazując pełną pogardę, nie zważając na uzbrojonego mężczyznę sam spokojnie ruszył w kierunku stolika, od którego oderwało go jego wtargnięcie.
Schronienie sypialne Toshiro Takegawy nie było zbyt okazałe. Dwupokojowe mieszkanie, kuchnia będąca aneksem do jednego z pokoi oraz łazienka. Obaj mężczyźnie minęli pierwsze pomieszczenie, które wyraźnie zamiast spełniać rolę miejsca do sporządzania i spożywania posiłków zostało zaadaptowane do roli skromnego laboratorium. Lodówka, obecnie rozmrażana i lekko uchylona ukazywała swoje wnętrze. Na niemal wszystkich pułkach, które mieściła poukładane były pojemniki wypełnione pożywkami i próbówki. Większość była czymś napełniona, a wszystkie były opisane małymi karteczkami pokrytymi starannie wykaligrafowanymi „krzaczkami”. Drugie pomieszczenie będące sypialnią urządzone było w stylu mającym chyba dać skromna by nie rzec nędzną czy wręcz tandetną namiastkę orientu. Całość była utrzymana w jasnej tonacji, z wykorzystaniem bieli, odcieni szarości z łagodnej zieleni. Wbudowane w ścianę rozsuwane szafy miały imitować wnętrze domu postawionego w tradycyjnym japońskim stylu. Zasadniczą część pomieszczenia zajmowało niskie, szerokie łoże. Na środku stał maleńki stolik na króciutkich nóżkach, otoczony zielonymi poduszkami.
Pod pozostałą wolną ścianą stały po bokach małego okienka dwa regały uginające się od stosów książek, które dźwigały.
 
__________________
-Only a fool thinks he can escape his past.
-I agree, so I atone for mine.


Sate Pestage and Soontir Fel

Ostatnio edytowane przez Ratkin : 14-07-2008 o 17:13.
Ratkin jest offline  
Stary 15-07-2008, 22:00   #7
 
Zapatashura's Avatar
 
17 września 2007 roku

Była noc, na tyle późna że niedługo byłoby można nazwać ją wczesnym dniem. I była parszywa, naprawdę cholernie parszywa. Lało nieustannie od dwóch godzin, widoczność na drodze była marna, powierzchnia śliska a sierżant Willson oddał by wszystko za porządną kawę. Na to jednak nie miał co liczyć, przynajmniej dopóki nie sprawdzi zgłoszenia z 57 Anzavista Avenue. Patrzył więc przez boczną szybę radiowozu na mijane budynki i cieszył się z tego, że kierowaniem musiał się zajmować posterunkowy Johnson. Przynajmniej ten paskudny obowiązek nie przypadł jemu.
Samo zgłoszenie było typowe. Jakiejś rodziny od dłuższego czasu nie było w domu, sąsiadów zaalarmował hałas- zadzwonili na policję. Podręcznikowy przykład włamania. W tą pogodę nie mieli szans dotrzeć na miejsce szybciej niż w pół godziny. Włamywaczy na pewno nie dorwą, za to przemokną do suchej nitki rozciągając taśmę przed chatą. A niech to szlag.

Na miejscu byli jakieś 25 minut po zgłoszeniu. Dalej lało, zaś jednorodzinny domek był ciemny jak kawa o której marzył Willson.
-Słuchaj Johnson- warknął sierżant, sam dziwiąc się temu, że nie potrafił ukryć swego podłego nastroju. -Ja pójdę na tyły posesji, ty sprawdź front. Uważaj jak łazisz, szukaj śladów.
Policjanci wysiedli z wozu i przystąpili do rutynowych działań. Posterunkowy z wyjętym pistoletem ruszył przez podjazd do drzwi, Willson zaś wzdłuż garażu do kuchennego wejścia. Na mokrym trawniku nie było widać żadnych śladów. Wszystko wskazywało na to, że włamywacze weszli frontem. O ile w ogóle byli tutaj jacyś włamywacze. Dom pozostawał cichy...
Sierżant szybko jednak powrócił do wersji włamania rabunkowego- tylne drzwi były uchylone. Policjant wszedł ostrożnie do środka, wyjmując z kabury rewolwer. Przytomnie zdjął buty by nie wnieść błota i nie zatrzeć żadnych śladów. Kuchnia zatopiona była w kompletnym mroku, Willson wyszukał włącznik światła i pstryknął. Żarówka oświetliła najzwyklejsze w świecie pomieszczenie- czyste, uporządkowane, z grubymi zasłonami na oknach. Nic nie wyglądało na ruszane, w związku z czym sierżant wyszedł do przedpokoju i na schody. Na półpiętrze zatrzymał go jednak krzyk.
-Chryste panie!-To był Johnson, jego przerażony głos.-Panie sierżancie, powinien pan to zobaczyć.- Każde kolejne słowo wypowiadane było ciszej, z coraz większym trudem.
Willson wiedział, że cokolwiek miał zobaczyć, sprawi że kawa nie będzie mu już potrzebna. Kiedy tylko wszedł do salonu wiedział już, że zrezygnuje też ze śniadania i obiadu.


2 lipca 1985

Francis Willson pochylił się w przód na swoim fotelu wysłuchując uważnie twojej odpowiedzi. Położył łokcie na biurku i złączył koniuszki palców. Spoglądał na ciebie znad swoich dłoni. Nie mogłeś odczytać wyrazu jego twarzy, ale czułeś, że coś jednak jest nie tak.


-Szczerze mówiąc, nie jestem w obecnej chwili zainteresowany panem Deenem. Choć faktycznie, wezwałem szanownego pana właśnie z jego powodu. Jak się domyślam, szanowny pan uciszył jego kontrkandydata za pomocą Dominacji?
-Uważam tę dyscyplinę za bardzo przydatną w polityce - odpowiedział trochę nie wprost młody wampir.
-I z pewnością, jest szanowny pan zadowolony z rozgłosu, jaki zapewnił swemu kandydatowi? Oraz niesławy pana Novotnego?- Podjął baron suchym głosem.
-Owszem, obecny układ sił politycznych w mieście jest dla mnie jak najbardziej korzystny.

Najwyższa adwokat zaczął stukać o siebie opuszkami palców. -Ale nie przyszło już panu do głowy, że poplecznicy Maximiliana Novotnego na pewno zmusili go po tym do udania się do psychoanalityka. Novotny to doświadczony polityk, nie zapomina języka w gębie. Panuje nad swoim stresem. Jak szanowny pan myśli, czy psychoanalityk stwierdził u niego nagłe załamanie nerwowe?- Francis nie dał ci czasu na odpowiedź.-Tak, stwierdził, bo osobiście o to zadbałem!-Podniesiony ton głosu barona jasna dał ci do zrozumienia, że wcale nie zostałeś tutaj wezwany, aby cię pochwalono.
-Po pierwsze postanowił pan osobiście i bezpośrednio wmieszać się w śmiertelną politykę. Po drugie nie przeprowadził pan konsultacji ze swymi zwierzchnikami w przymierzu w tej kwestii- dwa razy pod rząd Szacowny Mówca pominął człon "szanowny". I to bynajmniej nie przez nieuwagę. Podniósł się z fotela, teraz całą swą posturą i masą górował nad tobą. Chyba dla uspokojenia zaczął chodzić w tę i z powrotem przy biurku.

-Po trzecie pozwolił pan, aby efekty pańskiej Dyscypliny zostały pokazane przez publiczną telewizję! Czy panu sie wydaje, że ta sytuacja nie wzbudzi podejrzeń Łowców, albo Magów? Czy panu wydaje się, że my w tym mieście jesteśmy sami?!
- Miałem nadzieję, że świeże kasety i zdjęcia puszczalskiej żony będą wystarczającą podstawą do snucia podejrzeń o załamanie nerwowe, więc szczerze wątpię w zainteresowanie ze strony łowców, niezależnie od opinii łatwo przekupnych, śmiertelnych psychoanalityków. - mówił Paul spokojnym tonem - Z resztą, zapewne znaleźliby sposób, aby wytłumaczyć to wydarzenie. Chyba jaśnie pan, szacowny mówca nie sądzi, że uznaliby zaniemówienie polityka, któremu pali się grunt pod nogami, za objaw sił nieczystych? Czasy, gdy wszystko tak tłumaczono minęły dawno temu. - zrobił krótką przerwę po czym nawiązał do mieszania się w politykę. Postanowił zagrać ostro, jednak zgodnie z obyczajami. Czyli tak, jak lubił najbardziej.

- Twoje zabiegi były całkowicie zbyteczne. Swoją drogą, ja niestety nie dostrzegłem potencjału Novotnego, o którym jaśnie pan, szacowny mówca był łaskaw wspomnieć. Ktoś musiał się bardzo postarać, aby zapewnić takiemu – zawiesił na chwilę głos, szukając właściwego słowa - ...prostakowi wysokie notowania. Jeśli był on pupilkiem jaśnie pana, szacownego mówcy, to bardzo ubolewam nad konfliktem naszych interesów i jednocześnie skłonny jestem wyświadczyć jakąś przysługę w ramach zadośćuczynienia.

Francis Willson zmrużył wrogo oczy, ale był za stary i zbyt doświadczony by dać się sprowokować. -Gdybym ja chciał, żeby Novotny został prezydentem, nie miałby pan nic do gadania.- Cóż, w takiej sytuacji nie mógł powiedzieć niczego innego. -Gdyby znał pan wyniki analizy psychoanalityka, nie byłby pan tak pewny siebie. A o tym, czy pański wybryk był zagrożeniem dla Maskarady, czy nie, zadecydują Starsi. Może pan odejść. Lucinda zaprowadzi pana do wyjścia.

Cóż, spotkanie na pewno nie było miłe. Zdecydowanie nie potoczyło się po twojej myśli, ale pewnie mogło być gorzej. Opuściłeś gabinet barona i faktycznie czekała na ciebie na korytarzu Lucinda. Odprowadziła cię w ciszy przed posiadłość Francisa, gdzie jednak nie czekał ghul-szofer. Świetnie, teraz w dodatku musisz wrócić do schronienia na własną rękę.

2 lutego 2001

Zamknąłeś drzwi, zostawiając na klamce małą część swojej krwi. Gdy odwracałeś się do salonu usłyszałeś, jak twój "gość" odbezpiecza pistolet.


-Pierwsza sztuczka. Głupio z twojej strony Żółtku.- Zauważył? Ale jak? Poza tym śmie obrażać cię w twoim schronieniu. Wściekłość w tobie narastała, Bestia wciąż namawiała cię, byś go zabił. Nie poddałeś się jednak jej podszeptom.
Wprowadziłeś intruza do wnętrza, choć ten zachowywał bezpieczny dystans. Potwornie irytujący barbarzyńca.

-Nie mam czasu na gierki Toshiro. Ilu śmiertelnych zaraziłeś w tym mieście i czym?- Nie spodziewałeś się subtelności po tutejszych wampirach, ale bezpośredniość tego ocierała się o głupotę.

-Nikogo nie, jak wy to nazywacie, Przeistoczyłem.
-Nie o to pytam Nosicielu, nie rób ze mnie idioty.

-Nazywasz mnie "nosiscielem". Mógłbym określić cię takim samym mianem... Ja jednak uważam że stan w jaki wprowadziło mnie to co wy nazywacie Przeistoczeniem jest czymś więcej niż tylko zarażeniem wstydliwą chorobą jaką jest tak zwany wampiryzm w waszym, zachodnim wykonaniu...

-Z waszym kitajskim wampiryzmem jest dokładnie tak samo, nie zgrywaj idioty albo rozegramy to nie po miłemu. Ilu i czym zaraziłeś?- Palec delikatnie drgał mu na spuście pistoletu. Jeśli w ogóle można powiedzieć, że ten wampir miał cierpliwość, to zaczynała mu się ona kończyć.

-Niczym nie zaraziłem nikogo. Byłem chory przed Przeistoczeniem i teraz znajduje źródło energii życiowej u tych którzy podobnie jak płacą swoim zdrowiem za błędy. Wiem, że tutaj zapewniacie ostateczną śmierć wampirom których siła życiowa jest splugawiona jakąś chorobą, jednak wynika to z faktu że ludzie zachodu posiadają za mało samodyscypliny by nie stanowić z tego powodu zagrożenia. Na szczęście Książę tej Domeny z racji swojego pochodzenia posiada lepszy wgląd w ta sytuację i dzięki temu znajduję się tu za jego wiedzą i przyzwoleniem.

Twój "gość" zmrużył oczy. Czekałeś tylko aż zacznie warczeć, Gangrel bez dwóch zdań. -Kurwa, ty nie kłamiesz.- Wypluł te słowa jak najgorsze przekleństwo. Cóż, "kurwa" to jest przekleństwo.
-Jeśli kiedykolwiek dowiem się, że zacząłeś roznosić choroby, a ja się dowiem, to po tobie.
-Może wtedy ja dowiedziałbym się kogo tej nocy przyszło mi gościć w moim skromnym schronieniu. Najwyraźniej jednak nie będzie mi to dane. Czy chcesz jeszcze czegoś, nieznajomy?-Toshiro przemieścił się spokojnie w kierunku wyjścia z mieszkania, zakładając że mężczyzna nie ma już więcej nic do powiedzenia.
-O, znowu zapomniałem o kulturze? Wiecznie mi to wypominają.- W to krótkie zdanie mężczyźnie udało sie wpleść dość jadu, by zabić byka.-Ogar, Tom Prescott.
A jednak dane ci było poznać jego nazwisko. Kiedy jednak otworzyłeś drzwi, aby wypuścić jednego tutejszego wampira, za progiem zobaczyłeś kolejnego. Od razu zrobiłeś trzy kroki w tył, alarmując tym samym Prescotta. Twoja Bestia rwała się do ucieczki, naprawdę ledwo się powstrzymywałeś. I nie dałeś rady ukryć swego szoku.


Kobieta, a raczej dziewczyna za drzwiami, była niska. Około 1,60 metra, jej włosy były zafarbowane na ognistą czerwień z dwoma białymi pasemkami z przodu. Rysy i cera jasno dawały ci do zrozumienia, że była Japonką. Ubrana w ciepły, zimowy płaszcz sięgający aż do ziemi, w kolorze czarnym. Bez pytania weszła do środka i sięgnęła dłonią do klamki, by zamknąć za sobą drzwi. Nie zdążyłeś zareagować, zajęty walką z własną Bestią.
Ogar jednak zdążył.
-Pani, nie dotykaj klamki!

"Pani" wstrzymała dłoń. Spojrzała na "barbarzyńcę" wyraźnie zdziwiona. Potem przeniosła wzrok na ciebie. I w końcu odezwała się dziewczęcym, miłym głosem.
-Nie mam pojęcia co tutaj robisz Prescott, ale złożysz mi z tego raport. A teraz natychmiast zajmiesz się czymś innym, zrozumiano?
Ogar pochylił głowę i powiedział tylko cicho-zrozumiano- po czym opuścił wreszcie twoje schronienie.

Powoli dochodziłeś do siebie, nowy gość minął cię w przedpokoju kierując swoje kroki do "salonu". Idąc raczyła ci się przedstawić.
-Watashi no namae wa Fugita Rei*.- Po czym dalej kontynuowała w czystym japońskim- nie wiem, czy miałeś okazje mnie widzieć, ale jestem Szeryfem w tym mieście. Jeśli ten cholerny Carthianiec jakoś pana obraził, proszę nie krępować się i mi o tym powiedzieć.

-Nie byłby wstanie, Pani.-Takegawa złożył ręce i ukłonił się.

-Naprawdę, inni twierdzą, że daje radę to zrobić. Ale musi pan wybaczyć, przywykłam do etykiety Invictusa i wybryki tych anarchistów często mnie irytują.- Wyjęła zza poły płaszcza jakąś kopertę i położyła na twoim stoliku.-Raczy pan wybaczyć, że nie mogę dłużej tutaj zostać, a mój pobyt urąga zasadom gościnności, mam jednak dużo pracy. Proszę przeczytać zawartość koperty, gdy będzie pan miał czas. Czy mogę liczyć na odprowadzenie do drzwi?- Z całą pewnością Rei nie wyglądała na Szeryfa. Raczej jak na obiekt sennych marzeń japońskich pedofilii, ale pozory zwykły mylić.
Naturalnie zrobiłeś to, o co prosiła. Po wyjściu pożegnała cię uśmiechem i ruszyła w swoją stronę. Ty zamknąłeś zaś drzwi na wszystkie zamki i zasuwy. Należy ci się przecież trochę spokoju. Szalony wieczór, najpierw ten nieokrzesaniec Prescott, potem sama pani Szeryf San Francisco. Cholera, jeśli ten tępy Ogar zacznie rozpowiadać na lewo i prawo o tym, kim jesteś, będzie źle. Chyba, że Fujita go uciszy.
Ach, rozmyślanie nic nie da. Trzeba zobaczyć treść tego, co znajduje się w pozostawionej dla ciebie kopercie. A koperta była biała, pozbawiona wszelkich napisów, nawet nie ozdobna. Ot, zwykły papier zabrany z poczty. W środku jednak znajdował się krótki liścik zapisany w kanji.


Szanowny panie Takegawa Toshiro. Pragnę zaprosić pana na spotkanie, dnia 6 lutego 2001 roku na 555 California Street o godzinie 23.30.
podpisano Lin Liu Muh, regentka Chinatown


Coraz lepiej. Czego może od ciebie chcieć jedna z regentów?

=============================

*Nazywam się Rei Fujita
 
Zapatashura jest offline  
Stary 21-07-2008, 17:45   #8
 
Ratkin's Avatar
 
Takegawa siedział za stoliczkiem, od którego oderwano go na początku tego irytującego wieczoru. Od tej chwili minęło może kilkanaście minut, jednak to, co go spotkało w ich trakcie skutecznie zrujnowało jego nastrój. Plany na tę noc nie były jakieś szczególnie ważne. Nie spodziewał się wizyty żadnego ze swoich „odbiorców” i chciał spędzić ją do rana na lekturze zaległych książek i periodyków medycznych. Tą wolną noc zaplanował sobie już z tygodniowym wyprzedzeniem i starannie dobrał czas poprzednich posiłków, tak by jego organizm znajdował się obecnie w równowadze. Jego myśli nie mącił ani dekoncentrujący głód spowodowany brakiem chi, ani też jego zmysły nie były przytępione od jego nadmiaru. Toshiro skoncentrował się by jego węch dostroił się do atmosfery pomieszczenia, po którym z wolna roznosił się intensywny zapach niedawno zapalonego kadzidełka. Wizyta obojga niespodziewanych gości wytrąciła go jednak nieco z równowagi, przez co zbyt łapczywie przywitał pierwszą falę doznania. Tym razem nie zbeształ się sam w głębi swojego umysłu. Nie chciał dłużej roztrząsać tej nieprzyjemne i żenującej wizyty, która tak go zirytowała. Pozwolił by jego ulubiony, różany zapach przeniknął wprost do jego wnętrza i w kojący dla duszy spokój przemówił do jego wnętrza…

Ta noc nie będzie stracona…-zdecydował, kiedy jakiś dobiegający z zewnątrz dźwięk wyrwał go z zadumy. Powoli, nie śpiesząc się, wstał i podszedł do wmontowanej w ścianę szafy. Jej drzwi w tandetny sposób imitowały papierową ścianę tradycyjnego domu z jego rodzinnej Japonii. Toshiro nie wybrał takiego mieszkania bynajmniej by przypominało mu strony z których pochodził. Zrobił to by na każdym kroku pamiętać, że wyobrażenie mieszkańców tej podłej krainy na temat kraju jego przodków i jego kultury, jest nie mniej tandetne od wystroju jego schronienia....


***

Cztery noce później ...

San Francisco tonęło w deszczu, pozostawiając ulice opustoszałe nawet z osób pędzących nocny tryb życia. Na ulicy przy której mściło się schronienie Toshiro Takegawy, z zwyczajowo spędzającej tam czas zbieraniny mętów, tej nocy pozostały tylko dwie skośnookie prostytutki nie mogące tej nocy trafić na żadnego klienta. Nagle, zwabione trzaśnięciem zamykających się drzwi, obejrzały się w stronę wejścia do kamienicy czynszowej, naprzeciwko której rogu chroniły się właśnie przed deszczem. Lokal mieścił się niedaleko granic Chinatown i choć sam znajdował się już poza tą dzielnicą, to wyraźnie było na tej ulicy jej bliskość. W tym wypadku objawiały się pod postacią niedawno zamkniętego chińskiej restauracji pod baldachimem, której stały właśnie obie kobiety. Interes jeszcze niedawno kwitł, jednak ociąganie się z płaceniem lokalnej mafii haraczu, którego manager najwyraźniej nie wpisał jako naturalny i obowiązkowy w tej okolicy dodatek do kosztów utrzymania lokalu, spowodowało dosyć gwałtowną interwencję z strony wysłanników tejże jakże profesjonalnej "agencji ochrony". Od zamknięcia nikt nie pofatygował się nawet by zastawić czymś podziurawione od kul szyby, ba, właściciel nie pofatygował się nawet zabrać niektórych mebli z stojącego pod wspomnianym baldachimem
ogródka. Prostytutki przyjrzały się mężczyźnie opuszczającemu właśnie sąsiedni budynek. Był to wysoki jak na standardy swojej rasy -czyli nie oszukujmy się, niezbyt wysoki- mężczyzna, który być może był dopiero w tak zwanym średnim wieku, jednak jego twarz nosiła znamiona zmęczenia życiem, co powodowało, że sprawiał wrażenie starszego. Drobne, skośne i przede wszystkim kaprawe oczka spoglądały z pogardą dla całego otaczającego go świata z za okularów w czarnych, ciężkich oprawkach. Strużki deszczu spływały po jego czole i niewzruszonej twarzy nie wyrażającej niczego ponad to, o czym nad wyraz szczerze i otwarcie informowało jego spojrzenie. Dłonie obu złożonych razem na brzuchu rąk skrywał w szerokich mankietach czarnej koszuli, a na wąskie barki narzucony miał czarny skórzany płaszcz, po którym spływała lejąca się na niego z niego brudna, kwaśna woda z sporym dodatkiem większej części tablicy Mendelejewa. Mężczyzna z punktu widzenia obserwujących go prostytutek nie był szczególnie interesujący gdyż zbliżający się do nich osobnik owszem wyglądał na strudzonego, chętnego na chwilę wytchnienia, jednak równocześnie nie sprawiał wrażenie szczególnie zamożnego. Obie kobiety szybko jednak oceniły własną zamożność i porównały go do stanu swojego strudzenia. Jedna z nich wysunęła się bliżej oświetlającej je latarni by zaprezentować swoje wdzięki.

-Ej, kochasiu. Choć, skoczymy do jakiegoś suchego miejsca i trochę zabawimy w trójkę z moją koleżanką, nie pożałujesz wizyty u takich gejsz jak my…-zagadała do mijającego ich podstarzałego Azjaty szczuplejsza z kobiet. Matka natura nie obdarzyła jej hojnie ani interesującymi mężczyzn gabarytami, które może niespełna dwudziestoletnia średnio atrakcyjna prostytutka obecnie starała się atrakcyjnie zaprezentować przed potencjalnym klientem, ani już też na pewno nie obdarzyła jej blond kręconymi włosami, jakie posiadała obecnie na głowie.

Toshiro wyrwany z zadumy obejrzał się na zaczepiającą go dziewczynę. Jego twarz wykrzywił grymas obrzydzenia na widok nienaturalnego koloru loków okalających jej twarz o wyraźnie wschodnich rysach. Zmierzył ją spojrzeniem i na jego twarzy zagościł delikatny uśmieszek. Kobieta mylnie jednak odczytała to za zachętę i zalotnie patrząc mu w oczy podeszła krok bliżej by filuternie poprawić mu poły jego płaszcza. Jej druga dłoń sięgnęła niże między poły jego odzienia, kiedy nagle, Takegawa odtrącił ją i ruszył dalej swoją drogą.

Toshiro przez resztę drogi odczuwał zniesmaczenie. Nie żeby za życia nie korzystał z usług „dam do towarzystwa”, nie chodziło też o „poziom” upodlenia tych kobiet, zresztą od nocy spędzonej z dziwką jeszcze brzydszą i tańszą od tej zaczął się jego życiowy koszmar. Teraz jednak, po ponad pół wieku od tamtej nie wartej nawet wydanych na nią groszy chwili wytchnienia nie ubolewał już nad tym i zaakceptował swój stan i zadanie w karmicznym cyklu. Chodziło tylko i wyłącznie oto że ta tania wywłoka nazwała siebie i swoją koleżankę gejszami. Poczuł się głęboko dotknięty nie tylko takim wywyższeniem się tego wraku kobiety, gdyż poważnie wątpił w jej wykształcenie w jakiejkolwiek z dziedzin, w których ćwiczyły się tradycyjne japońskie damy do towarzystwa… poczuł się urażony osobiście faktem, że ten wrak kobiety wziął go za ignoranta jakby był miejscowym białym barbarzyńcą!

Postanowił nie informować kobiety o tym, że kilka dni pracy temu najwyraźniej zaraziła się bardzo brzydką chorobą, która wkrótce uniemożliwi jej dalsze praktykowanie zawodu którym zapewne trudni się od dziecka. W głębi ducha uśmiechnął się widząc oczami wyobraźnie jak jej alfons kończy jej marny żywot strzałem w głowę, kiedy już wyjdzie to na jaw. Toshiro pomodlił się do Przodków o powodzenie w –za przeproszeniem- interesie tej kobiety nim to się stanie, dodając jeszcze skrycie odmówioną modlitwę w intencji alfonsa, by ten nim się dowie skorzystał jeszcze z jej darmowych usług wliczonych w cenę „opieki”…
 
__________________
-Only a fool thinks he can escape his past.
-I agree, so I atone for mine.


Sate Pestage and Soontir Fel

Ostatnio edytowane przez Ratkin : 22-07-2008 o 18:45.
Ratkin jest offline  
Stary 23-07-2008, 16:44   #9
 
Vincent's Avatar
 
Paul Kelsey


- Twoje zabiegi były całkowicie zbyteczne. Swoją drogą, ja niestety nie dostrzegłem potencjału Novotnego, o którym jaśnie pan, szacowny mówca był łaskaw wspomnieć. Ktoś musiał się bardzo postarać, aby zapewnić takiemu –
Paul zawiesił na chwilę głos, szukając właściwego słowa - ...prostakowi wysokie notowania. Jeśli był on pupilkiem jaśnie pana, szacownego mówcy, to bardzo ubolewam nad konfliktem naszych interesów i jednocześnie skłonny jestem wyświadczyć jakąś przysługę w ramach zadośćuczynienia.- Francis Willson zmrużył wrogo oczy, lecz nie dał się sprowokować.

- Gdybym ja chciał, żeby Novotny został prezydentem, nie miałby pan nic do gadania.- Cóż, w takiej sytuacji nie mógł powiedzieć niczego innego. - Gdyby znał pan wyniki analizy psychoanalityka, nie byłby pan tak pewny siebie. A o tym, czy pański wybryk był zagrożeniem dla Maskarady, czy nie, zadecydują Starsi. Może pan odejść. Lucinda zaprowadzi pana do wyjścia.

Paul odwrócił się i poszedł w stronę drzwi. „Zadecydują Starsi, jak zwykle. Sądzę, że baron Francis ma marne szanse żeby cokolwiek zyskać na tej sprawie… choć z drugiej strony Starsi też mogą być zaniepokojeni nagłym awansem nowoprzybyłego wampira na doradcę prezydenta miasta. Może jeśli będą bliżej się mi przyglądać, to uspokoi ich trochę fakt, że jestem synem Elizy i że niedawno zostawiła mnie bez jednego centa. A na pewno wpłynie na nich to, że Francis nie ma pojęcia o dobrych manierach.” – pomyślał rozglądając się po pustej ulicy. Poklepał się po kieszeniach spodni i zauważył, że zapomniał wziąć z domu portfela. „Ciekawe, czy nasz baron wszystkich swoich gości traktuje w ten sposób.” Paul ruszył w kierunku centrum, próbując złapać taxi.

- Helmington Road.

- Daleki kurs, huh?
– powiedział taksówkarz oceniając Paula spojrzeniem

- Taa, wydaję majątek na dojazdy. Powinienem w końcu kupić sobie samochód.
– kierowca ruszył, a gdy dojechali na miejsce rzucił:

- 42,50$

- Może być równe 50?

- Jasne, mi pasuje.

- Więc daj mi 50 dolców i odjedź jak wyjdę z auta
– powiedział spokojnie spoglądając mu w jego roześmiane oczy.

Paul spędził trochę czasu u Alexii, a potem stracił 50$, które miał przy sobie grając w klubie w bilard. Nie miał dużego doświadczenia w tej gierce, ale czuł, że z nocy na noc idzie mu coraz lepiej. Do swojego mieszkania na Madison Street wrócił na piechotę gdy było już bardzo późno, a niektórzy powiedzieliby – bardzo wcześnie.
 

Ostatnio edytowane przez Vincent : 25-07-2008 o 04:11.
Vincent jest offline  
Stary 24-07-2008, 16:36   #10
 
Zapatashura's Avatar
 
6 lutego 2001

Dzielnica finansowa San Francisco robiła nocą bardzo dobre wrażenie. Zresztą, jak centrum każdego wielkiego miasta. Setki świateł: lamp, neonów, rozświetlonych okien. Mnóstwo ludzi, którzy w otoczeniu ogromnych budowli czują się bezpiecznie. I mają ku temu podstawy, co kilka minut widać tutaj przejeżdżający patrol policyjny.


Wieżowce niestety przypominały wszystkie inne w U.S.A. Od wielkiego trzęsienia ziemi na początku ubiegłego wieku nastąpiła gwałtowna manhatanizacja centrum. Ale do dziś widać w nim europejskie akcenty. Chociażby fronton Wells Fargo Bank wita iście grecką kolumnadą. Niestety te piękne perły architektury kryją się za wysokościowcami ze szkła, stali i betonu, z których z rzadka spoglądają w dół na ludzi gotyckie gargulce.
Wystarczy jednak wyjść z tej oazy spokoju, by poczuć zagrożenie. Ruska mafia kontrolująca Russian Street, chińskie tongi w Chinatown. W Little Italy pewnie rozciąga swoje macki Cosa Nostra. Ale tutaj, wśród centrów handlowych, 5-cio gwiazdkowych hoteli i korporacyjnych budynków ludzie mogą odetchnąć. Tryumf cywilizacji nad barbarzyństwem.

Ludzie nie są jednak świadomi, że i ten piękny obszar zamieszkany jest przez niebezpieczne istoty. Istoty dalece groźniejsze niż pospolici rabusie i złodzieje. Toshiro Takegawa był jedną z tych istot, w tej chwili zmierzającą do wampira który był prawdziwym panem tej dzielnicy. Szedł Pine Street, mając doskonały widok na ogromną Potrójną Piątkę, jak nazywano wieżowiec. Po swojej lewej minął skrzyżowanie z Grant Avenu: bramą do Chinatown. oazą dalekiej z tego miejsca kultury azjatyckiej. Namiastką domu dla takich jak Toshiro.
Po kolejnych pięćdziesięciu metrach był już na St Marry Square. Spojrzał na pomnik Sun Jat Sena, chińskiego polityka, twórcy Kuomintangu. Nawet w U.S.A. doceniono jego geniusz.
I w końcu punkt docelowy. Właśnie w tym budynku, istnej apoteozie amerykańskiej architektury, miał spotkać się z regentką Muh Lin Liu. Ciekawe na którym piętrze ma swoją siedzibę? Pewnie na 52, samej górze.


Była godzina 23.15, gdy wszedł do hallu budowli. Nie miał jednak nawet okazji dojść do recepcji, gdy podeszła do niego młoda i bardzo zjawiskowa kobieta. Ubrana była w krótką spódniczkę od żakietu, odsłaniającą od połowy uda w dół długie i szalenie zgrabne nogi okryte rajstopami. Biała koszula opinała jej niezbyt duże piersi, eksponując je jednak w bardzo kuszący sposób. Kaskada rudych włosów opadała jej na ramiona, otaczając jej piękna twarz.


-Pan Takegawa?- spytała patrząc znad okularów. -Nazywam się Victoria Whine- przedstawiając się ukłoniła się lekko.-Jestem sekretarką pani Muh, proszę udać się za mną, pani już na pana czeka.

Dziewczyna, zdecydowanie żywa, wskazała dłonią w kierunku windy. Szła krok za tobą, lecz rzeczoną windę wezwała przyciskiem osobiście. Gdy ta zjechała, Victoria puściła cię przodem i wybrała najwyższe piętro, czyli czterdzieste. Widać do wyższych kondygnacji prowadzą osobne windy.

Na korytarzach czterdziestego piętra Whine wskazywała ci drogę wśród gąszczu biur i stanowisk komputerowych rezydujących w budynku firm. W końcu weszliście do następnej windy. Sekretarka wyjęła z kieszeni żakietu kluczyk, który wsadziła do panelu z przyciskami. Dopiero wtedy wybrała piętro czterdzieste ósme.

(...)

Przed drzwiami biura regentki Chinatwon stało dwóch ochroniarzy w drogich garniturach. O ile orientowałeś się w zachodniej urodzie, obaj byli pewnie uznawani za bardzo przystojnych. Nie zaprzątałeś sobie jednak nimi głowy.
Wnętrze biura było okazałe i udekorowane w stylu chińskim. Zamiast typowych jarzeniówek rozświetlały je dziesiątki lampionów, jedynie na ogromnym biurku stała zwykła lampka biurowa. Ściany ozdobione były przez chińskie malowidła


Orientalności dodawały też liczne egzotyczne kwiaty przyozdabiające pomieszczenie.
Regentka widząc twoje wejście wstała z fotelu, obeszła swe biurko i podeszła do ciebie. Wyglądała młodo, ale biorąc pod uwagę jej stanowisko, nie można było w żaden sposób podejrzewać, że sama była młoda. Jej uroda była czysto chińska i olśniewająca dla Azjatów. Drobna postura, owalna twarz, pełne usta podkreślone czerwoną szminką, ciemne oczy i naturalne, czarne, długie włosy. Ubrana jednak była na modłę zachodnią, w nadzwyczaj prostą, biała sukienkę na ramiączkach. Efekt wywierany przez strój był dodatkowo zadziwiający, biorąc pod uwagę porę roku.


-Nihao Takegawa Toshiro san- powitała cię specyficzną mieszanką chińskiego przywitania i japońskiej tytulatury, kłaniając się przed tobą ze złożonymi dłońmi.
-Vici, możesz zostawić nas samych- odprawiła sekretarkę.

10 lipca 1985

Kelsey był w swoim schronieniu, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Gdy do nich doszedł i otworzył, ze zdziwieniem zobaczył, że na korytarzu stoi jeden z pracowników Federal Express. W ręce, zamiast jakiejś paczki trzymał jedynie list.
-To do pana- powiedział pustym głosem wręczając kopertę. Nie żądał żadnego pokwitowania, nawet nie spytał cię o nazwisko. Po prostu wręczył ci list i odszedł.

Treść listu była następująca:

Szanowny Panie Paulu Kelsey
W związku z niepokojącymi doniesieniami, o możliwości złamania przez Pana wymogów Tradycji, odpowiednie osoby przeprowadziły należyte dochodzenie.
Jego wyniki nie wykazały żadnego bezpośredniego złamania panujących zasad, choć Pańskie działania niosły znamiona lekkomyślności. W związku z powyższym zwracam panu pisemną uwagę, wraz z ostrzeżeniem dotyczącym Pańskich przyszłych działań publicznych. Następne uchybienia w kwestiach bezpieczeństwa wywołają daleko idące reperkusje.
podpisano:
Gordon Woods


No proszę, baron Francis jednak do czegoś doprowadził. Zasadniczo jednak to pismo nic nie znaczy, nie dostałeś nawet ustnej reprymendy. Z drugiej strony, taki niepochlebny list od samego seneszala na pewno nie poprawi ci notowań w Invictus.

15 sierpnia 2004

Paul spędzał ten wieczór w swoim apartamencie w Holiday Inn, hotelu znajdującym się przy ruchliwej Van Ness Avenue.


Lokalizacja była bardzo dobra, tuż przy centrum i jednej z arterii miast. O ile nie wpakować się w żaden korek, spod hotelu można w dość krótkim czasie dotrzeć do dowolnego miejsca w północnej części San Francisco. W dodatku okolica była doskonałym miejscem do polowań, a bliskość siedziby księcia i regentki również była czymś pozytywnym.
Akurat ta noc miała jednak być jedną z tych, które zaburzają zwyczajowa monotonię wampirzej egzystencji. Choć oczywiście Kelsey nie mógł się tego spodziewać, gdy telefon w jego apartamencie zaczął dzwonić.
Gdy Paul podniósł słuchawkę, okazało się, że jego spokój postanowił zakłócić recepcjonista.
-Proszę pana, w recepcji czeka jakiś mężczyzna twierdzący, że chce sie z panem spotkać. Mówi, że nie jest umówiony, ale i tak sie pan z nim spotka. Pytałem o jego nazwisko, ale nie chce go podać. Nie wygląda niebezpiecznie, to chyba jakiś businessman, ale nie wiem czy mam go do pana wysłać.

A któż to może być? Nikt nie zapowiadał wizyty, poza tym skąd ten ktoś może wiedzieć, że akurat tutaj przebywasz?
 
Zapatashura jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:07.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168