Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 02-10-2008, 00:04   #1
 
Nicolas's Avatar
 
[Wampir Maskarada] Szczury w mieście

-Kolejna noc, co nie?
-Taa... I do tego coraz zimniej się robi... Znów sobie dupę odmrożę.

Dwóch mężczyzn siedziało przy śmietniku... Zwykłym, blaszanym kontenerze stojącym na tyłach jakiejś starej kamieniczki. Budyneczek, jak każdy inny, zbudowany jakieś sto lat temu a może nawet i więcej. Cegły, dawniej czerwone, teraz niemal czarne od wszechobecnego kurzu, spalin i brudu... Kamienicy na pewno przydałaby się renowacja... i to spora. Ale któż w tym mieście miałby czas na takie budyneczki? Przecież mieszka tu, patrząc na ilość mieszkań, z sześć rodzin. Skoro nie stać ich było na coś lepszego to znaczy, że raczej ubogich. Więc któż by się tym przejmował. Po prostu kolejna rudera, którą prędzej czy później się wyburzy by zbudować chociażby parking.

A dwóch mężczyzn dalej siedziało skulonych. Starali się choć trochę ogrzać swe ciała. Ubrani w podarte podkoszulki, swetry, kurtki. Co tylko dało się wynaleźć na śmietniku lub dostać od jednej z tych akcji charytatywnych. Rozdawanie żywności, ubrań i leków biednym. Potrzebne takie inicjatywy... Tylko, do cholery, co one mają dać? Utrzymać ten stan bo go w żaden sposób nie polepszą. Nie da im to pracy, nie da możliwości znalezienia własnego domu...

Bezdomni dalej siedzieli. Zawiał wiatr, który sprawił, że było jeszcze zimniej. Z ust dwójki leciała para. Nad ich głowami przeleciał jakiś ptak. Mały ptaszek, który właśnie ufajdał ramię jednego z tych ludzi. Ten, gdy tylko to zauważył, zerwał się na równe nogi i zaczął grozić pięścią w kierunku nieba.

-Ty małe ścierwo! Kurwa jakby nie mógł gdzie indziej!
-Przymknij się... - To był ten drugi, który wciąż siedział. Głos miał trochę wyższy od swego towarzysza. - Ty patrz... - Dłonią wskazał na uliczkę prowadzącą do Alte Gasse.
-O żesz kurwa...

Stał tam samochód. I to nie byle jaki. Czarny jak noc, choć lekko połyskliwy, Maybach 62 S. Przy tylnych drzwiach... dość wysoka kobieta ubrana w strój przypominający garnitur i czapkę. Idealny roboczy kombinezon etatowego kierowcy limuzyny. Właśnie otworzyła drzwi dla pasażera.

-Też bym tak chciał... - Bezdomny z białą plamą na lewym ramieniu wciąż stał wpatrzony w samochód... albo kobietę. Zresztą, co za różnica.
-Proszę sir.

Głos kobiety był melodyjny, delikatny, wprost wspaniały. Zresztą jak cała ona. Jej sylwetka była marzeniem dla większości mężczyzn na tym świecie. Duże, jędrne piersi, płaski brzuch i druga idealna krągłość pośladków. To wszystko w obcisłym uniformie. I jeszcze długie, czarne włosy.
Jednak nie tylko ona przyciągała uwagę. Mężczyzna, który wsiadał do samochodu też był... specyficzny. Dość przystojny czterdziestolatek ubrany w bardzo modny garnitur i szary płaszcz narzucony na wierzch. Krótkie czarne włosy i dokładnie przystrzyżona bródka oraz trzymana w ręku laseczka sprawiały, że widać było, iż mężczyzna jest bogaty. Zresztą jak inaczej było by go stać na taki samochód? I na taką kobietę!


W pół godziny później czarny Maybach właśnie parkował na Klubersstrasse. Zatrzymał się na miejscu zarezerwowanym właśnie dla tej osoby. To było widać. Był już dość późny wieczór. Chmury przesłaniające księżyc i gwiazdy oraz dość silny wiatr powodujący, że było jeszcze zimniej sprawiały, że w okolicy nie było zbyt wielu przechodniów. Jedynie pod tylnym wejściem do wieżowca stało dwóch mężczyzn w czarnych garniturach. "Idealni ochroniarze jakiegoś cholernie ważnego budynku, już niejednej osoby" taka myśl pojawiała się w głowie, gdy ich widzieli. Brakowało tylko czarnych okularów! Prócz tego głowy ogolone prawie na łyso, dobrze umięśnieni. Jeden średniego wzrostu, drugi wysoki. Jednak nawet ich ciała przeszedł lekki dreszcz... nie tyle przerażenia co bezgranicznego szacunku, gdy mężczyzna z Maybacha przeszedł koło nich i zniknął wewnątrz budynku. Wewnątrz centrali Deutsche Banku.

Po kilku minutach był już na najwyższym piętrze. Drzwi windy rozsunęły się tak, by mógł trafić do dużej sali wypełnionej setką osób. Nie można ich nazwać ludźmi, ale o tym potem. Pomieszczenie było wysokie na około 2,5 metra, oświetlane dużymi, kryształowymi żyrandolami. Podłoga pokryta ciemnozielonymi dywanami, a ściany białe jak śnieg. Wszystkie okna zasłonięte cienką warstwą hartowanej stali. Nie przepuszczała ona niczego, więc wszystko co działo się wewnątrz tego pomieszczenia nie było dostępne dla nikogo z zewnątrz.

W pomieszczeniu natomiast, pod jedną ze ścian, stało kilka stołów, a na nich misy wypełnione czerwonym płynem oraz mnóstwo kielichów. Najprawdopodobniej tyle ich było, że każdy ze zgromadzonych dałby radę napić się tego napoju. W tle leciała cicha muzyka, spokojna melodia grana na kilku instrumentach. Jednak w sali nie było widać muzyków, więc pewnie dobiegała z głośników. Jak określić jej rodzaj? Nastrojowa, wpadająca w ucho... jednak bynajmniej nie na tyle by się zajmować wyłącznie słuchaniem jej. Była idealnym podkładem do wszelkiego rodzaju rozmów toczących się na sali.

Tymczasem mężczyzna z Maybacha szedł... nie, on kroczył przez salę. Tworzyła się przed nim wolna przestrzeń, którą mógł spokojnie kroczyć w kierunku drzwi na przeciwległym krańcu sali. A wokół niego znajdowali się jego teoretyczni poddani. Jego i Rady Primogenów. Co prawda w ¾ sala wypełniona była ghulami, jednak nie zmieniało to faktu, że każdy rozpoznawał Księcia i ustępował mu drogi.

W tej chwili Książę właśnie minął bardzo wysokiego trzydziestolatka. Ubrany tym razem w swój sportowy kombinezon przyglądał się Księciu. To właśnie on był jego najczęstszym zleceniodawcą. Wysoki kainita parę minut temu otrzymał zapłatę za ostatnie zadanie. Plik gotówki potrzebnej na zaspokojenie doczesnych potrzeb, takich jak chociażby benzyna, znajdował się spokojnie w kieszeni mężczyzny. Jego długie, czarne włosy opadały swobodnie na plecy, a drobny zarost oraz czarne brwi i rzęsy sprawiały, że ghula, który właśnie na niego zerknął, przeszedł dreszcz i szybko odsunął się jak najdalej.

Ghul, nota bene jeden z tych stworzonych przez starszych miasta, podszedł w okolice stołu. Miał przynieść kielich pełen krwi dla swego pana. A tam spotkał kolejnego Spokrewnionego. Tym razem kobietę. Kobietę z twarzą zasłoniętą przez ceramiczną maskę. Odziana w czarną suknię właśnie popijała czerwonawy płyn z kielicha. Zauważyła idącego Księcia. Zresztą trudno było go nie zauważyć. Przecież zawsze robił wszystko tak, by każdy wiedział o jego obecności.

Tymczasem na drugim końcu sali widać było kolejną specyficzną postać. Mężczyzna, który z jednej strony nie wyróżniał się niczym szczególnym: przeciętny wzrost, kiepsko dopasowany garnitur, rozczochrane włosy, jednak z drugiej strony coś w nim było takiego, że przyciągało wzrok. Jakaś głębia w jego zachowaniu, ba! w całej jego postaci. Tylko cóż on tu robił? Zapewne musiał się pojawić wśród innych Spokrewnionych. Czasami przecież trzeba to zrobić. W tej chwili natomiast zaczął iść w kierunku stołów...

W tym samym momencie drzwi windy otwarły się raz jeszcze. Tym razem ukazała się w nich kobieta. Elegancko ubrana, w butach na wysokim obcasie i z dość intensywnym makijażem, kainitka minęła drzwi windy by znaleźć się w miejskim elizjum. Jej subtelne ruchy sprawiały, że przyciągnęła spojrzenia paru ghuli. Szła dość wolnym krokiem w kierunku środka sali. Trzeba było czasem porozmawiać z innymi Spokrewnionymi. A gdzie indziej niż tu najlepiej ich szukać?


Istnieje wiele teorii na temat tego co rządzi ludzkim życiem. Zresztą nieludzkim również. Przecież to tak naprawdę tylko drobne różnice określają czy kogoś uznać człowiekiem czy wampirem. Prawie to samo... Ale przecież nie to jest tematem. Wracając do owych teorii to niektórzy sądzą, że to przypadek. Inni nazwą to losem, fortuną, bogiem takim, czy innym, a jeszcze inni powiedzą, że to jeszcze inna siła wyższa. Jednakże, jakby tego nie określić, coś pokierowało te cztery osoby w to samo miejsce, tej samej nocy. Byli w elizjum. A w tej chwili wszyscy znaleźli się nieopodal stołu z misą. Ta konkretna wypełniona byłą krwią psychicznie chorych, przysmak frankfurckiej szeryf. Regine, z klanu Brujah. Coś również sprawiło, że właśnie w tej felernej chwili szeryf musiała trzymać w dłoni pełny kielich. Do tego była zdenerwowana. Nikt nie wiedział dokładnie czemu, ale przecież to nie jest akurat teraz najważniejsze. Najważniejszym jest to, że szła niezbyt uważnie i wpadła na owego wysokiego mężczyznę w motocyklowym kombinezonie. Krew wylała się na biały podkoszulek opinający ciało szeryf. Ona sama była dość wysoka z krótkimi czarnymi włosami i mnóstwem kolczyków w lewym uchu... oraz nosie... i z tego co wie większość osób w tym mieście to jeszcze obu sutkach. O więcej już nikt nie chciał wiedzieć.

-Jak chodzisz do jasnej cholery!

Szeryf wydarła się na mężczyznę, którego kombinezon również trochę ucierpiał z powodu wylanej krwi. W tym samym czasie ten przyciągający uwagę kainita, tak ten taki „przeciętny” w garniturze jakby po kimś innym, właśnie stał i przyglądał się szeryf... A może jej kielichowi?

Natomiast szeryf była wyraźnie zdenerwowana. Jeśli można tak łagodnie określić uczucia jakie nią targały. W okolicy znajdowały się jeszcze dwie kobiety. Ta w ceramicznej masce oraz nowo przybyła. Reszta zgromadzonym zdecydowała się odsunąć. To było bezpieczniejsze...
 
Nicolas jest offline  
Stary 03-10-2008, 00:01   #2
Banned
 
Wieczór zapowiadał się bardzo przyjemnie. Zaledwie dwie godziny temu wrócił z ostatniego wypadu „w służbie Jego Książęcej Mości pana na Frankfurcie”. Nigdy nie liczył pieniędzy za wykonaną pracę i tym razem również podziękował tylko, a pieniądze zniknęły nieprzeliczone i jakby niepotrzebne, w kieszeni. Skoro był już tutaj, prawie pod drzwiami, stwierdził, że pokaże się w Elizjum – bardziej dla zachowania pozorów, niż faktycznej potrzeby socjalizacji z resztą środowiska kainickiego. Znalazł się w ogromnej sali kilka minut przed Księciem – dokładnie tyle, aby rozejrzeć się wśród obecnych i wymienić kilka skinień głową; między innymi z Arashi, która zawsze miała wokół siebie trochę wolnej przestrzeni - podobnie jak on... Zamierzał poczekać na wejście Księcia i po kilku minutach wyjść (jak zwykle niezatrzymywany przez nikogo). Jego wzrok prześlizgnął się po innych kainitach i ghoulach – jakże tłoczno było tutaj… "Jak na wiejskim targu" - pomyślał rozglądając się za znanomymi. Kolega psycholog zamajaczył na horyzoncie, ale Langhammer uznał, że dziś nie ma ochoty na dyskusje dotyczące psychiki i psychologii - z naciskiem na psychologii...
Książę przeszedł, przepłynął właściwie – z wdziękiem Queen Mary płynącej wśród żaglówek, przez salę i kainita bardzo delikatnie skinął głową, kiedy się mijali.
Dzwonek windy wydał z siebie zdziwione „pong” i wzrok mężczyzny spoczął na pojawiającej się sylwetce… Tak, mogła przyprawic o ślinienie się nie tylklo ludzi, ale także ghouli... Samemu kainicie sprawiało swoistą radośc patrzenie na jej kształtne...
Słowa Szeryfa wyrwały go z zadumy i odwrócił wzrok spoglądając jej w oczy… Oczy, które widział już wielokrotnie w lustrze:
- Ja stoję do jasnej cholery! –
odparł równie ciętym językiem, po czym zniżył głos prawie do szeptu Jesteśmy w Elizjum… Może lepiej nie dawać przedstawienia ku uciesze gawiedzi? – Spojrzał w jej oczy i dodał głośniej - Zupełnie nie szkodzi… trochę się… Ty! – wskazał palcem jednego z ghouli, który akuratnie miał pecha, był w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie – rusz się, przecież nie będziemy tak rozmawiać o suchych… kłach. Coś cię zdenerwowało? – Kontynuował, kiedy wszystkie ghoule, które „szwędały się” w okolicy oddaliły się na tyle dużą odległość, aby nie słyszały nic… W pobliżu było jeszcze trzech kainitów, ale uznał, że Regine jest zbyt blisko granicy szaleństwa, aby się tym przejmować. Jego mięsnie delikatnie się napięły, czego nie było widać spod grubej skórzanej kurtki. Był jednak gotowy na uskok, czy blok jej ewentualnego ciosu – czy mogę w czymś Ci pomóc? Dawno nie widziałem Ciebie tak… wkurwionej – zaakcentował to słowo umieszczając podtekst, jaki mógł poprawnie zrozumieć tylko przedstawiciel jednego klanu i uśmiechnął się obnarzając delikatnie wysunięte kły, jakby w parodii samego siebie...
 
Aschaar jest offline  
Stary 03-10-2008, 14:05   #3
 
Wojnar's Avatar
 
Dwóch odzianych w garnitury mężczyzn szło o laskach przez tłum zgromadzonych w Elizjum wampirów. Od strony windy, zmierzając na zebranie Rady, kroczył Książę- dostojna, elegancka postać, w idealnie dobranym ubraniu, otoczony aurą szacunku, torujący sobie drogę samym spojrzeniem. Nie zwracał uwagi na otaczający go tłum, to oni zwracali uwagę na niego. Wcielenie wampirzej dumy.
W innej części sali dreptał Gustaw- jakby karykatura władcy miasta- tani garnitur, stara, drewniana laska, roztargnione spojrzenie, nie zwracający uwagi na wszystko dookoła, skupiony na własnych myślach. Szczęśliwy los sprawił, że nie wpadł na nikogo, wampiry i ghule jakby przypadkowo usuwały się z jego drogi, zwracając się akurat w drugą stronę, ale przystępując do dawno nie widzianego znajomego. Teraz ta siła wyższa kierowała go w stronę stołów.

- Ale jeśli Bauer ma rację, to jak wytłumaczyć zachowanie wielu starszych Brujahów z czasów pełnego średniowiecza?- prowadził jakieś wewnętrzne rozważania, nie do końca świadom tego, że niektóre zdania mruczał pod nosem. Kilkoro obecnych na sali orientowało się, że nagle zaczynają myśleć o jakimś bezsensownym zdaniu, które nie wiadomo skąd przyszło im do głowy. Ot, siła sugestii- Ciężko będzie tu podjąć badania jakimiś sprawdzonymi metodami. Raczej żaden kilkusetletni Anarchista nie zgodzi się na szczerą rozmowę. A może gdyby? Ach, co ja bym dał za jakąś pracę z tamtego okresu. Tylko z sensowym warsztatem! A gdyby tak jakiś ciekawy przypadek, ciekawy przypadek tu, na tej sali. Niech mam coś z tego, że się tu pojawiłem. O!

Doktor Skagand zatrzymał się jak wryty nieopodal mis z krwią, wpatrując się w bardzo wysokiego mężczyznę, ubranego w sportowy kombinezon, z długimi, czarnymi włosami.

- Ciekawy przypadek, ciekawy przypadek-Gustaw mamrotał po nosem nerwowo- O tak, facet ma coś w oczach, widać chęć pokazania światu swojej nieprzeciętności. Mam przed sobą co najmniej pracę magisterską. Zaraz, czy ja go nie znam? I czyż on nie jest aby Brujahem?

Nagle zorientował się, że wolna przestrzeń dookoła niego rośnie. Spojrzał znów przed siebie i zobaczył wkurzoną panią szeryf. I jej pokryte krwią ubranie. Przed jego oczami rozgrywała się scena dowodząca, jak niedaleko od ludzi są Spokrewnieni. Chociaż nieżywi, wszyscy odsuwali się od zdenerwowanej Reginy w trosce o swoje życie. Tylko nie Gustaw. On wpatrywał się w krew, która wylała się z kielicha Reginy. Krew psychicznie chorych.

- Kobieto, czy Ty wiesz, czyją krew chciałaś wypić!- wykrzyknął wzburzony. Pić krew oświeconych- to przecież gorsze niż spijanie niemowlaków!

Jego głos przebił się nad szemranie tłumu. Kilka par oczu odwróciło się na chwilę od stojącej naprzeciw siebie pary Brujahów. Chyba nawet szeryf zwróciła na niego uwagę. Dopiero w tej chwili Gustaw zorientował się w sytuacji i zauważył, że szeryf jest wściekła, a drugi Brujah próbuje ją uspokoić.Zgarbił się lekko i zaczął udawać, że cała sytuacja nie miała miejsca.

- Chciałeś mieć studium starszego Brujaha? No to przygotuj się- pomyślał, czekając na reakcję swoich ciekawych przypadków.
 
Wojnar jest offline  
Stary 06-10-2008, 18:03   #4
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
Arashi otworzyła gwałtownie powieki, jak zwykle gdy kolejny wieczór przyzywał ją do przeklętego życia. Bez śladu zaspania podniosła się z posłania, a dłoń płynnym ruchem wyjęła smyczek wiolonczeli, który w czasie odpoczynku spoczywał zawsze pod głową śpiącej, jakby broniąc dostępu do jej umysłu fałszywym melodiom. A może nie tylko im?

Kołysząc smyczkiem w palcach prawej dłoni, Japonka zupełnie naga wyszła z sypialni i rozejrzała się po skromnym, aczkolwiek urządzonym ze smakiem orientu niedużym mieszkanku na poddaszu.


Uwagę jej skośnych, pełnych tajemnic oczu zwróciła nieduża karteczka na wiklinowym stoliku, gdzie zwykła zostawiać również wiadomości z poleceniami dla swego ghula. Tym razem jednak treść notki skierowana była do niej od wiernego sługi krwi.

Cytat:
Arashi, jako że położyłaś się wczoraj wcześniej, nie zdążyłem Ci przekazać posłania od Twego księcia, który pragnie, byś dzisiejszego wieczora pojawiła się w Elizjum. Szczegółów jednak nie znam. Zamówiłem dla Ciebie taksówkę, która czekać ma przez równy kwadrans począwszy od godziny 23.30.
Spokojnej nocy Ci życzę, w razie potrzeby znajdziesz mnie jak zwykle w mym biurze.
Paul H.


P.S Pamiętaj o jutrzejszym koncercie. Magnus Friderick ponoć czeka z utęsknieniem na Twą grę.
Wzrok kobiety uniósł się znad karteczki i z czułością omiótł kształt czarnego futerału, w którego głębi kryła się największa namiętność Toreadorki. Podeszła doń teraz na bosaka i jakby wahając się chwilę i walcząc z chęcią zatopienia się w rozkoszy melodii, położyła na solidnym wieku niesiony dotąd smyczek.

Zbyt wiele obowiązków czekało ją tego wieczoru, by mogła się pogrążyć w zapomnieniu. Zamiast więc wydobyć ukochaną wiolonczelę, wyciągnęła rękę ku górze, by zdjąć ze ściany bezosobową, ceramiczną maskę, jedną z wielu patrzących pustymi oczyma ze ścian pokoju.

Pełnym gracji, ceremonialnym wręcz ruchem wampirzyca nałożyła maskę na twarz i tylko w niej samej stanęła przed lustrem. Oto była gotowa na spotkanie ze światem, reszta... reszta to tylko poboczne etiudy.


***

Przelewając co jakiś czas wąski strumień krwi z kielicha w otwór ust maski, Arashi czujnymi oczyma śledziła postacie, które przemykały kolo niej w budynku Elizjum. Choć wielu ze Spokrewnionych i ghuli przejawiało w swej krzątaninie nerwowość, wampirzyca siedziała na krześle bez ruchu. Można by było nawet uznać, że jest tylko elementem wystroju pomieszczenia, gdyby nie rzadkie, powabne ruchy dłoni, w której trzymała naczynie z krwią.

Widziała doskonale, że spojrzenia innych również ślizgają się po jej ceramicznym obliczu, próbując wyłowić zza jej zimnej powierzchni choć krztynę uczucia. Mimo to Arashi drgnęła tylko raz, składając ukłon przechodzącemu obok Księciu. Ich oczy spotkały się na krótka chwilę, ta jednak starczyła, by Toreadorka już wiedziała... Oto szykuje się dla niej kolejne zadanie i bynajmniej nie chodzi tu o kolejny koncert... chyba, że mowa o wygrywaniu jednej tylko pieśni – pieśni krwi.

Z kamiennym spokojem Kainitka obserwowała jak nerwowość otoczenia narasta, a sama szeryf pozwala sobie na eksplozję nagromadzonych emocji, uderzając w tak niewdzięczny cel, jakim był Gustaw, Malkavian, który uchodził za specjalistę od szaleńców właśnie dlatego, że był uważany za największego spośród nich. Był to cel niewdzięczny, dlatego że właśnie wampir ten z pewnością nie odpuści Regine, uświadamiając jej papkę własnego umysłu.

Przez chwilę jeszcze Arashi obserwowała mimikę twarzy wampirzycy, która bynajmniej nie potrafiła skryć swego nastroju. Zobaczywszy zaś charakterystyczny, dziki błysk w oczach Bruji, Japonka płynnie odstawiła kielich i wstała z krzesła, nie wydając przy tym żadnego dźwięku.
Ruchami gładkimi, pełnymi wdzięku - jakby sto razy ćwiczonymi na potrzebę przedstawienia - Toreadorka okręciła się na pięcie i rozchyliła stojący niedaleko futerał, który przyniosła wcześniej ze sobą.
Następnie wyciągnęła zeń powoli wiolonczelę, a przycisnąwszy instrument opiekuńczo do łona i złożywszy jego szyję pomiędzy drobnymi piersiami, wyjęła zza pleców smyczek, który w świetle lamp zalśnił srebrzyście. Nie mówiąc nawet słowa, Arashi sprężystymi ruchami kota zaczęła snuć swoją melodię, której tony po chwili wypełniły już całe pomieszczenie, kojąc nerwy i odsłaniając smutki udręczonych dusz...

[MEDIA]http://www.youtube.com/v/73ufwrT_Ov4&hl=pl&fs=1"></param><param name=[/MEDIA]
 
__________________
Konto zawieszone.
Mira jest offline  
Stary 08-10-2008, 14:59   #5
 
Crys's Avatar
 
Malin podeszła do windy i wcisnęła guzik. I jeszcze raz. I jeszcze. Nie, zdecydowanie nie można było powiedzieć, że jest całkiem spokojna. Nerwowo postukiwała obcasem w parkiet wyglądający niczym ogromna, bezkresna szachownica. Próba uspokojenia się, przypominała raczej pokonywanie mitycznej hydry, kiedy tylko udało się odsunąć jedną sprawę, pojawiały się dwie kolejne. Gonitwa myśli przed wkroczeniem do Elizjum nie była wskazana. Jeden błąd, jedno przegapione zdanie i wszystko na co pracowała mogło rozlecieć się gwałtownie i boleśnie. Sprawy Franków pozostawiła w dobrych rękach i to, co będzie potem, nie powinno jej już zajmować.
Kiedy po cichym „ping” wsiadła do windy i spojrzała w lustro – była spokojniejsza. Nienaganny strój, makijaż, wyraz twarzy. Narzędzia, dzięki którym mogła budować swój wizerunek. Wysiadła już nieco pogodniejsza, swoje sprawy zdecydowanie odsuwając na dalszy plan. Zemsta i tak lepiej smakowała podana na zimno.

Zauważyła, że przyciągała niektóre spojrzenia niemalże, tak jak Książe, który musiał wyjść z windy chwilę przed nią. Mieszanka podziwu i pożądania, z rzadka zdarzała się zazdrość. Prychnęła pod nosem, bardziej rozbawiona, niż poirytowana i odważnie zaczęła rozdawać lekkie, kuszące słodkością uśmiechy. Musnęła wzrokiem Langhammera. Ten zaś wdał się w gwałtowną i nerwową rozmowę z Reginą, która niewątpliwie posiadała wszystkie zalety, jak i wady ich klanu, które teraz wyraźnie brały górę nad resztą przymiotów.
Malin przystanęła przy grupce wykwitnie ubranych oraz zdecydowanie zbyt intensywnie i ciężko pachnących Kaitniek, mając nadzieję, że nie zostanie wciągnięta w rozmowę. Zdanie o tego typu „zgrupowaniach” zawsze miała takie same – głupie spokrewnione gąski. Poza tym chciała spokojnie obserwować, tym bardziej, że na scenę wkroczył również Gustaw, który chyba miał zdolność do zaogniania sytuacji. Teraz również zdecydowanie nie pomagał Reginie uspokoić się... Tak, zapowiadało się pyszne przedstawienie, w którego centrum znalazły się dwie, zupełnie niepożądajace uwagi osoby, unikający wręcz rozgłosu Langhammer i skupiony najczęśniej na swoich rozmyślaniach Gustaw.
Nagły ruch z lewej strony odwrócił uwagę Malin od rozgrywającej się sceny. Smukła i lekka w ruchu Kaitnika, z białą, ceramiczną maską na twarzy, z widoczną gracją rozchyliła czarny futerał. Arashi, tak, ona zdecydowanie potrafiła działać na innych. Nie tylko swoją niesamowitą muzyką, ale całą swoją personą. Kiedy Torreadorka wyjęła wiolonczelę i z widoczną miłością przesunęła srebrzystym smyczkiem po jej strunach, świat zamarł i zwolnił. Nie, nikt spośród Spokrewnionych nie mógł pozostać obojętny na taką muzykę.
 
Crys jest offline  
Stary 10-10-2008, 00:58   #6
 
Nicolas's Avatar
 
Tłum zamarł. Uznać by można, że słowo nie do końca pasuje do owych osób zgromadzonych tej nocy w miejskim Elizjum, ale trzeba przyznać, że idealnie opisywało sytuację. Zarówno Spokrewnieni, jak i Ghule, poczęli obserwować wydarzenia dziejące się przy jednym ze stołów.

-Przecież to tylko krew... Mamy jej tu pod dostatkiem.
-Szeryf coś dziś wkurzona jest...

Takie i podobne ciche szepty mogli usłyszeć w tej chwili co uważniejsi. Co prawda Szeryf Regine Finler znana była ze swego... dość gwałtownego usposobienia to tak wkurzonej dawno jej nie widziano. Możliwe, że nawet nigdy nie było okazji by zobaczyć ją aż tak zdenerwowaną w publicznym miejscu.

W drugim niż kłócący się krańcu sali dwójka dość młodych z wyglądu istot rozmawiała:
-Chodźmy może stąd, Edith? Z tego nie wyniknie nic dobrego.
-Masz rację.- Dziewczyna o długich blond włosach odpowiedziała swemu towarzyszowi i ruszyła wraz z nim w kierunku windy.

Zatrzymała ich jednak postać, która znajdowała się tuż koło nich. Nie, bynajmniej nie zrobiła czegoś by ich zatrzymać. Jednak sama w sobie była wystarczającym powodem by to zrobić. Niska matrona w zielonej sukni. W dłoni o krótkich i grubych paluszkach trzymała kielich wypełniony do połowy vitae. Oj tak vitae. Przy niej nie wypadało użyć innego określenia niż te archaiczne zapożyczone z łaciny słowo. Lingua Latina. Język martwy. A wciąż tak obecny w życiu ludzi na całym świecie. I jak się okazuje tych, którzy już nie są ludźmi również.


Matrona wolnym, dostojnym krokiem ruszyła w kierunku Szeryf i Langhammera. Jej długie, brunatne włosy dostojnie opadały na ramiona. Gdyby nie jej tusza i wzrost na pewno robiłyby duże wrażenie na każdym mężczyźnie. Ale nie w przypadku Dorothey Aller. Ona była niską, pulchną kobietą, która swej pozycji nie zawdzięczała bynajmniej swemu wyglądowi. Co prawda bił od niej prestiż, który nota bene całkowicie się jej należał, ale to wszystko. Nawet srebrna biżuteria i perły na szyi nie poprawiały tego.

Tymczasem Langhammer właśnie starał się uspokoić Regine. Co prawda pierwsza odpowiedź jedynie bardziej wkurwiła Szeryf, tak już późniejszy szept miał większe szanse na powodzenie. Jednak nie dziś. Nawet próba zmiany tematu oraz wyżycia się na ghulach nie podziałała.

-I co z tego, że tu stoisz? Kurwa będziesz mi tu jeszcze pyskować teraz Langhammer? Zaraz dostaniesz w pysk i na tym się skończy...

I w tym momencie urwała bowiem nawinął się kolejny, który najwyraźniej miał ochotę dostać dziś łomot. A przynajmniej tak w myślach określiła to Regine. Świr... Malkavian. Doktor Skagand, który ośmielił się wtrącić. Do tego w jaki sposób! Brawury można mu było pogratulować. Brawury bądź głupoty, ale te dwa określenia często można stosować wymiennie i nie ma sensu dociekać, które by lepiej pasowało do doktora w tej chwili. Ważne jest to, że przerwał Szeryf. Brujah, która już i tak była doprowadzona niemalże do stanu wściekłości.

-No nie, kolejny. A ty czego chcesz doktorku pieprzony?- Niemalże wrzasnęła na Malkaviana.- Wpieprzasz się w coś akurat wtedy, kiedy powinieneś zamknąć ryj i spieprzać jak najdalej stąd! I to jeszcze do tego dziś!

I w tym momencie nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Nagle muzyka lecąca z ukrytych głośników umilkła... i rozległ się kojący dźwięk wiolonczeli. Piękna gra Arashi...


Powolne pociągnięcie smyczka, pod którego oporem struny drżały niemiłosiernie. Lecz to mogło by dostrzec tylko wprawne oko a tylko zmysły niektórych poczuły by tę falę dźwięku bijącą z instrumentu.
Nie... to jednak nie była już muzyka... to było dopiero preludium. Ta wiolonczela wraz ze swoją panią dopiero się wprawiały. Smakowały raz jeszcze tych uczuć co teraz unosiły się w powietrzu. One też je znały.
I to nawet lepiej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Złość, smutek i chwile pełne nostalgii, zwątpienia. Ale jednak te momenty były szczęśliwe, choć żadna nie chciała się przyznać. Gdzieś pod stertą smutnych myśli przychodziła radość i lekkość. Mała, jasna jaszczurka w tych zwiędłych płatkach róż oraz pożółkłych, liściach. Wiolonczela czuła to bardzo dobrze.
Po kilku dźwiękach... po tych radosnych i pełnych otuchy nutach... przyszło opamiętanie pomieszane z satysfakcją i pewnością siebie.
Muzyka rozbrzmiewała po całym Elizjum tworząc nastrój zamyślenia. Widać było, że niektórzy bliscy są łez. Elizjum było tylko pozornie częścią świata. Teraz owe dźwięki dobywające się z instrumentu tworzyły barierę trwalszą niż niejedna szybka w oknach.
Tony coraz wyższe... co chwila jakaś większa, mniej racjonalna radość. Aż dość szybkie pociągnięci smyczka, w którym to wyrażała się ta jedna szczęśliwa chwila życia wiolonczeli, wiolonczelistki... i każdego kto słuchał tej muzyki.
Jednak... ta chwila nie była do końca tą szczęśliwą. Nostalgia, smutek. A może jednak było coś lepszego?
Nie, nie było. Rozum podpowiedział, że to właśnie zdarzenie było tym momentem najpełniejszego szczęścia. Absolut był już niedaleko... Wielu słuchających widziało przed oczami, które zaszły im czerwoną poświatą, szczęście... może nawet miłość i spełnienie?
Choć może to tylko odczucia jednej z osób na sali obserwujących sytuację? Może sama wiolonczelistka czuła zupełnie coś innego? Wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi, niech i tak będzie tym razem. Ważne jest to, że muzyka rozbrzmiała w sali, a teraz znów ucichła. I nastała cisza.

-Dziękuję Arashi. Widzę, że ty również masz ochotę dołączyć do tej dwójki.- Brujah była nie do przebłagania. Wszystkim zdawało się, że melodia ją uspokoi tymczasem jedyna zmiana, jaka nastąpiła to to, że Regine mówiła odrobinę spokojniejszym tonem.- Ale nawet dobrze się składa... Cała wasza trójka za mną, ale już bo urządzę wam tu hiszpańską Inkwizycję, jeśli będziecie się stawiać.

Szeryf odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku drzwi. Tych samych, za którymi zniknął Książę. Po drodze lekko skinęła głową w kierunku pani Aller, która odpowiedziała tym samym, choć z pewną dozą niechęci. A ubrana w długą, zieloną suknię kobieta wolnym, spokojnym krokiem dotarła do grupki, w której skryła się Malin Hirsch. Przez ułamek sekundy oceniła jej wygląd... Po raz kolejny zresztą, gdyż zwróciła ona jej uwagę już po wejściu do Elizjum. Zresztą tak, jak za każdym razem, gdy ktoś wyglądał tak oszałamiająco. Gdy wyglądał lepiej niż Primogen klanu Ventrue.

-Frau Hirsch, nieprawdaż?

Tymczasem szeryf właśnie otwierała drzwi. Duże, mahoniowe odrzwia prowadzące na krótki korytarz... A potem do miejsca znanego tylko tym, którzy pracowali dla Rady Primogenów. Regine odwróciła się trzymając drzwi i spojrzała w kierunku trójki, której kazała iść za sobą.
„Wiolonczelistka licząca, że jej zasrana muzyka zadziała na wszystkich, gnojek, który uważa, że ujdzie mu na sucho takie zachowanie wobec mnie i świr... Kurwa po prostu świr, to wszystko tłumaczy. Mają przesrane.”
Szeryf uśmiechnęła się pod nosem po tej myśli. Czyn ten ukazał jej długie kły, a w oczach zatańczyły ogniki. Nie zwiastowały one bynajmniej czegoś dobrego.
 
Nicolas jest offline  
Stary 11-10-2008, 17:29   #7
Banned
 
Jego plan - wzięcie na klatę „koleżanki” szeryf – sprawdził się połowicznie – co prawda ghoule rozpierzchły się (co zapewniało im zdecydowanie większe szanse na przeżycie, w razie „W”), a wypowiedziane słowa musiały skierować przynajmniej część złości na niego; to jednak wmieszanie się w sprawę Gustawa było co najmniej nierozważne, aby nie powiedzieć „wariackie” – o ile w ogóle w przypadku doktora Skagand’a można było mówić o wariactwie… Jednak zanim zdążył zareagować - muzyka popłynęła przez salę stawiając wszystkich w tej samej sytuacji. Szmery ucichły, kiedy tylko pierwsze tony wypełniły pomieszczenie… Tylko kątem oka Brujah obserwował innych – większość ghouli bezwiednie zwróciła się w stronę wiolonczelistki, a i spora cześć Kainitów zaczęła się bardziej interesować muzyką niż otaczającymi ich sprawami i istotami. Regine jednak nie stała się wiele spokojniejsza i przez myśl Langhammera przeleciało, że w rzeczywistości nie była zdenerwowana, że grała tak jak wielu Brujahów potrafiło grac… Jak on sam chwilę temu zagrał odsyłając najbliższego z ghouli po krew (i nie pomylił się myśląc, że nie wróci…). Być może w rzeczywistości chodziło Regine tylko o to, aby zatrzymać go w elizjum i porozmawiać… Znała go w końcu na tyle dobrze, aby wiedzieć, że wpadła na niego w ostatnim możliwym momencie – chwile później musiałaby gonic go na korytarzu… Pomyślał, że do tego niekoniecznie musiała „odstawiać szopkę”, ale może chciała… Nie zdziwiło go, więc wezwanie na dywanik… Świetną teorię zaburzyło trochę wyciągnięcie z sali również Świra i Arashi… Sytuacja była więc ciekawa – pomyślał ścierając z kurtki te krople, które nie spłynęły po impregnowanej skórze i nie zatopiły się w dywanie – Zarówno on, a tym bardziej Arashi nie byli częstymi gośćmi w Elizjum; plotki, które ich dotyczyły były również… bardzo plotkarskie; więc ich spotkanie w jednym miejscu i wezwanie pod byle pretekstem na wspólną rozmowę było – zbyt dużym zbiegiem okoliczności. Sprawa zaś musiała być „wystrzałowa” – albo Książę nie zamierzał się nią zajmować osobiście, albo… jeszcze o niej nie wiedział… Albo była "tip top - secret"... Kiedy Regine skończyła swoją krótką przemowę i ruszyła w kierunku drzwi do „prywatnej” części samego Księcia i Primogenów - Langhammer poprawił kurtkę i wymruczał pod nosem: „Jawohl! Jeder Einspruch – Todesstrafe. Ja, natürlich!” Sama szeryf i kilku najbliżej stojących musiało usłyszeć… Szeryf puściła to jednak mimo uszu, co utwierdziło go w przekonaniu, że całe zdarzenie miało tylko na celu wybranie potencjalnych sługusów do następnego zadania… albo wyciągnięcie z sali już wcześniej ustalonych... Choć z drugiej strony – wyglądało to wszystko dziwnie… Po co ten cały cyrk?
Purchawa Aller, z nieprzemijającym wdziękiem walca toczącego się przez zarośla, początkowo zaczęła iść w ich kierunku, ale w końcu – wymieniła tylko ukłony z Szeryf i minęła ich zdążając w kierunku wyjścia…
Kilku ghoulom wybałuszającym gały nie wiadomo, na co; bo, chyba, nie było na co – Kainitów nie widzieli, czy jak? – pokazał „fucka” i stwierdził, że ma dosyć socjalizacji i pobytów w Elizjum na następny kwartał. Znaleźli się w końcu w korytarzyku prowadzącym do gabinetu Księcia oraz sali posiedzeń Primogenów oraz „sali odpraw” jak Brujah nazywał pokój, w którym często odbywały się rozmowy pomiędzy Starszyzną a tymi, którzy dla nich pracowali… To, że Regine otworzyła drzwi właśnie do tego pokoju nie zdziwiło go. Zdziwiło go jednak to, że przepuściła ich przodem… Wykazując się typowym, brujahowskim, taktem i ogładą – wszedł pierwszy i omiótł pomieszczenie wzrokiem. Cóż, niewiele się tu zmieniło – wymieniono tylko stoliczek i krzesła, zmieniono jakąś niewielką rzeźbę na kominku i to wszystko – dalej było tu tak samo pysznie, bogato i nijako, jak zawsze… Podszedł do jednego z krzeseł i zwalił się na nie z miną człowieka, który nie wie czy ta konspiracja jest dla niego bardziej denerwująca, czy śmieszna… Założył nogę na nogę w ten sposób, że kostka jednej nogi znalazła się na kolanie drugiej – kamienna twarz nie wyrażała niczego, w myśli jednak śmiał się: „Wiem, że siedzę niegrzecznie i co z tego? Przecież jestem tępym Brujahem.” Odchylił się na tylnych nogach krzesła…
 
Aschaar jest offline  
Stary 12-10-2008, 00:09   #8
 
Crys's Avatar
 
Malin z rosnącym zaciekawieniem oglądała przedstawienie odgrywane przez Szeryf Finler, Langhammera oraz Gustawa. Ale wciągnięcie na scenę bogini muzyki było zaskakujące. Mimo pełnych namiętności i głębi dźwięków, które poruszały przeklęte kainickie dusze, Szeryf nie dała się ułagodzić wiolonczeli i jej właścicielce. Wręcz przeciwnie z jakąś diabelską uciechą zagarnęła Arashi, jak i pozostałą dwójkę w bardziej niedostępne miejsca Elizjum. Niewiadomo, czy kierowana zimną furią, czy rzeczywiście odgrywająca jakieś przedstawienie, zrozumiałe tylko dla wtajemniczonych, na pewno Regina była odprowadzana licznymi, uważnymi spojrzeniami. Wielu Spokrewnionych miało ochotę zajrzeć w plany Szeryf.
Nagle rozmyślania Bruji zostały przerwane:
- Frau Hirsch, nieprawdaż?
Zagadnięta spojrzała zaskoczona na znaną wszystkim kobietę - Primogen Ventrue, która niespodziewanie przerwała jej kontemplację.
- Tak, to ja. Frau Aller jak mniemam? Mogę w czymś pomóc?
Niska matrona przyglądała się dokładnie ubiorowi Malin. - Ciekawa kreacja muszę przyznać. Tylko czemu aż tak elegancko?
Brunetka uniosła lekko brew, nieco zaskoczona pytaniem kobiety, jednocześnie nie uszło jej uwadze, że nie uzyskała odpowiedzi na swoje. Czyżby nieco angielska maniera zakradała się na niemieckie salony Spokrewnionych? Błaha rozmowa, aby następnie gwałtownie przejść do rzeczy?
- Strój to resztka minionego wychowania, droga pani. Dbałość o wizerunek to był nieodzowny atrybut ludzkiej klasy, do której należałam.
-Ah wyższe klasy...- Dorothea zamilkła upijając kolejny łyk vitae z trzymanego w dłoni kieliszka. Nie śpieszyła się i delektowała tą chwilą.- Skoro należała pani do wyższych klas to czemuż właśnie klan Brujah się panią zainteresował? Może nie zasługiwała pani na taką, wyższą i uprzywilejowaną, pozycję?- Chłodny ton nie ukazujący żadnych emocji wylewał się z ust Primogena Ventrue, a mimika jej twarzy jedynie potęgowała złowrogą atmosferę.
Gdyby serce Malin biło, na pewno w tej chwili przyspieszyłoby znacznie. Tym bardziej, że Ventrue uderzyła w najczulszy punkt Bruji. Jednak nie dała nic po sobie poznać, pozwalając jedynie słodkiemu uśmiechowi nabrać odrobiny drapieżności. W końcu jej rozmówczynią była Primogen, to musiało utrzymywać odpowiedni dystans.
- Wbrew obiegowej opinii mój klan nie gustuje jedynie w buntownikach, okazujących całemu światu swojej głębokiej pogardy. Zostałam wybrana ze względu na inne walory, przynajmniej tak mniemam. - Nie, Malin nie odczuwała strachu jako takiego. Wiedziała, że rozmowa na pewno do czegoś prowadzi i rzeczony strach nabrał ostrego posmaku podniecenia.
- A pozycja, rzeczywiście w momencie mojego Przemienienia, nie była już tak wysoka. Może to utwierdziło mojego Ojca w przekonaniu, że będę tak samo dobrym Brujahem, jak mogłabym być... Ventrue? Mój klan lubi przede wszystkim tych, którzy potrafią poradzić sobie na najgorszych zakrętach ścieżki losu. I wiedzą jak używać łokci.
-Ah...- Uśmiechnęła się pod nosem.- Czyli to nie była znów tak wysoka pozycja. Zwykła klasa średnia, która próbowała udawać kogoś kim być nie może. Teraz juz rozumiem czemu to właśnie klan Brujah zwrócił na panią uwagę. Przecież do niczego ważniejszego by się pani zapewne nie przydała.
Malin roześmiała się cicho.
- Nie wierzę, pani, że przed rozmową ze mną nie przebadałaś mojego pochodzenia wnikliwie i dokładnie... - Hirschówna spojrzała w oczy Dorothey, intensywnie i bez sztucznej wstydliwości. - Klasa teraz nic nie znaczy. A moja rodzina nigdy nie należała do... średniaków - dziewczyna wypluła ostatnie słowo niemal z irytacją. - Zaś to, do czego mogę się przydać... zależy od tego, jakiego zadanie mi się postawi. Ja nie zawodzę. I wiem, że słynę z nieustępliwości.
-W takim razie to się dobrze składa, choć do klasy wyższej nie można pani zaliczyć. Sądzę też, że ani nie można było tego zrobić w przeszłości, ani nie będzie można w przyszłości, ale cóż... niektórych czeka właśnie taki los...- Delikatny uśmiech nie znikał z oblicza Dorothey, gdy mówiła te słowa. Powolnym ruchem obróciła się w kierunku drzwi, za którymi znikała trójka Kainitów wraz z Szeryf.- Za mną Frau Hirsch...- Ruszyła wolnym krokiem przez salę, jednak była gotowa by się zatrzymać, gdyby Malin zdecydowała jednak nie ruszać się z miejsca.

Pewnych słów nigdy się nie zapomina, bez względu na to, kto i w jakich okolicznościach ich użył. Bruja wiedziała, że tego, co powiedziała Dorothea Aller, nie wybaczy. I kiedyś dotrze do punktu, w którym będzie mogła wepchnąć tych parę zdań z powrotem do gardła Ventrue, najlepiej rozdzierając krtań i jeszcze parę innych części ciała Primogen.
Jednak teraz. Teraz należało posłuchać. I oddać się Losowi.
Malin odgarnęła pełnym wdzięku ruchem, swoje lekko falowane włosy, nałożyła doskonałą maskę uczuć, zaciekawienia ze szczyptą kokieterii i zdecydowanie poszła za Primogen Aller.
 

Ostatnio edytowane przez Crys : 12-10-2008 o 00:16.
Crys jest offline  
Stary 14-10-2008, 23:11   #9
 
Wojnar's Avatar
 
Noc zaczęła się bardzo przyjemnie. Ze snu ostatecznie wyrwał go telefon od znajomego psychologa. Rozmawiali przez jakieś pól godziny, omawiając nową teorię, która powstała podczas ich spotkania kilka dni wcześniej. Podczas rozmowy Gustaw zapisał swoim drobnym, krętym pismem dwie kartki A4. W wyniku tej właśnie rozmowy zdecydował się przyjechać do Elizjum. Tam zawsze działo się coś ciekawego, co mogło popchnąć jego rozważania do przodu.

A teraz był, mówiąc młodzieżowo, w dupie.

Ale, szczerze, nie martwił się tym, tak jak prawdopodobnie powinien.
- Idziemy do pomieszczeń Primogenu, prowadzeni przez samą szeryf, to ci dopiero- myślał Gustaw, uśmiechając się lekko pod nosem. Ghule obserwujące ich trójkę, patrzyli na nich jak na skazańców i pokazywali sobie placami nieobecny uśmiech Malkaviana. Nie potrafili sobie wyobrazić plusów tej sytuacji- dawno już chciałem porozmawiać z kimś z tych naprawdę potężnych Kainitów. Ileż można się nauczyć o umyśle, patrząc na tych, którzy chodzą po świecie już setki lat. Ale trzeba uważać na siebie, nie zrazić ich. Powinienem udawać obojętnego? A może przestraszonego? A jak się zachowują pozostali?
Rzucił okiem na Langhammera. Ten wyglądał, jakby wszystko działo się tak, jak tego spodziewał, jakby już przewidywał, co się zaraz wydarzy.
- Czyli grać spokojnego?- zastanawiał się Gustaw- A co z naszą wiolonczelistką?
Zbadanie nastroju Arashi było trochę trudniejsze. Maska wydawała się być spokojna, ale co z tego.
- Swoją drogą, jakaż piękna to była gra! -Gustaw postanowił, że dostanie się na jakiś koncert Yamady, jak tylko skończy się zabawa z Radą.
- Frau Yamada- zagadnął przyciszonym głosem, gdy jeszcze byli w korytarzu. Próbował sobie przypomnieć japońskie formułki grzecznościowe, kiedyś coś o nich czytał, ale wolał nie palnąć czegoś głupiego. W końcu w tym języku nawet „awaria” może być „szanowna”- pragnę zaznaczyć, że pani gra jest była naprawdę poruszająca, chwytająca za duszę wręcz. A kto jak kto, ale ja się na tym znam- nieśmiało się uśmiechnął- Nie wiem dlaczego chciała pani uspokoić ten mały wybuch pani Szeryf, ale dziękuję.

W drzwiach przepuścił Torreadorkę, po czym zerknął na Reginę, stwierdził, że ona nie chce być przepuszczona i wszedł do środka. Wewnątrz pokoju jego uwagę przykuł regał z niewielkim zbiorkiem książek. Uznał je za najistotniejszy element wystroju i zaczął przeglądać tytuły. W międzyczasie zerkał na pozostałych, zwłaszcza na Langhammera.
- W obecnych okolicznościach studia nad Brujahami trzeba pewnie będzie zawiesić, w końcu nadarza się okazja na obcowanie z Radą!- myślał, patrząc na rozpartego w fotelu Lothara- ale pobieżna obserwacja zachowań nigdy nie zaszkodzi. Zanotować- w zaskakującej sytuacji zachowuje, jak to mówią, twarz luzaka.
 
Wojnar jest offline  
Stary 15-10-2008, 11:49   #10
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
"Dlaczego to tak zawsze boli?"

To prawda, sama doczepiła sobie skrzydła, na których muzyka niosła ją w niezbadane przestworza lepszego, piękniejszego świata, sama więc musiała sobie je wyrywać za każdym razem, kiedy kończyła grę na wiolonczeli, aby wrócić do szarej, brudnej rzeczywistości, która wciąż nie chciała dać jej spokoju... Nawet po śmierci.

Ostatnie szarpnięcie smyczka... łzy odchodzącej nocy sączące się jałowo po ceramicznych policzkach... koniec.

„Znów jestem tutaj...”

Choć serce jeszcze krwawiło, Arashi pełnymi gracji ruchami włożyła smyczek do tuby na plecach, a wiolonczelę umieściła ostrożnie w futerale. Ledwo zdążyła zamknąć go na zamek błyskawiczny, gdy jej uszu doleciały słowa Szeryf. Słowa pełne groźby... może nawet jadu?

-Dziękuję Arashi. Widzę, że ty również masz ochotę dołączyć do tej dwójki.- Regine mówiła odrobinę tylko spokojniejszym tonem niż wcześniej.- Ale nawet dobrze się składa... Cała wasza trójka za mną, ale już bo urządzę wam tu hiszpańską Inkwizycję, jeśli będziecie się stawiać.

W odpowiedzi Japonka w masce tylko się ukłoniła głęboko – tak, jak zwykł to czynić jej naród. Wzięła futerał do lewej ręki i jakby w ogóle nie czując jego ciężaru, drobna istota podeszła do Szeryf, stojącej wraz z ze swoim klanowym bratem – wiecznie samotnym Langhammerem oraz szalonym doktorem -Gustawem.

Również przed nimi Arashi złożyła ukłon. Mimo że oficjalnie została przydzielona do tej grupki, starała się trzymać trochę na uboczu, widziała przecież nieraz jak jej obecność niepokoi osoby, z którymi przebywała blisko. W zamyśleniu, zza otworów maski przyglądała się dumnej sylwetce Regine.

Kim ona jest? Wygląda na bębny... nie, ona stara się być bębnami. Niestety i ją wiąże porządek melodii. Jest więc tylko talerzem, który raz na jakiś czas dostaje akord i wykonuje go ze świdrującą uszy skwapliwością... Jednakże jak bardzo by się ona nie starała... talerz pozostaje tylko talerzem – nie tworzy głównej melodii, a czasem dodawany jest tylko po to, by wybudzić śpiących słuchaczy.”

Nagle w potok myśli Toreadorki wdarł się obcy, nieoczekiwany prąd – głos Gustawa, który zwracał się do niej samej.

- Frau Yamada - zagadnął przyciszonym głosem - pragnę zaznaczyć, że pani gra jest była naprawdę poruszająca, chwytająca za duszę wręcz. A kto jak kto, ale ja się na tym znam- nieśmiało się uśmiechnął- Nie wiem dlaczego chciała pani uspokoić ten mały wybuch pani Szeryf, ale dziękuję.

Pozbawiona emocji maska zwróciła się wpierw w kierunku oblicza Malkaviana, po czym z ociąganiem skierowała spojrzenie ponownie w stronę Regine.

- Gustaw-san, cieszę się, że podobała się panu moja gra. – odezwała się cicho ze śpiewnym akcentem – Nie wiem jednak czy pan nie przecenia wpływu mojej gry, wszak jako potomkowie Kaina my już nie mamy dusz... Pozostała tylko głęboka, czarna dziura, przez którą dźwięki przenikają jak przez sito. Tak jest z Szeryf, tak jest ze mną, tak jest z panem... Choćbym grała najpiękniej, nie powstrzymam nigdy bestii. Ty Gustaw-san, który zaglądasz w nasze umysły, najlepiej powinieneś to rozumieć.

Słowa padały z ust Japonki bez emocji, jakby ich sens był czymś najnormalniejszym w świecie... jakby nie było już nadziei na jutro.
 
__________________
Konto zawieszone.
Mira jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:44.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168