Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 04-03-2009, 11:49   #1
 
MigdaelETher's Avatar
 
[Changeling: The Dreaming] Sen Emmy

Changeling: The Dreaming - Sen Emmy





Lato zbliżało się wielkimi krokami, wraz z latem wakacje. Dni były coraz dłuższe i cieplejsze. Jak na flegmatyczne, angielskie standardy, zdecydowanie zbyt ciepłe. Przemierzający londyńskie ulice gentelmeni z teczkami, w zapiętych pod samą szyję, eleganckich koszulach, co chwila, ukradkiem ocierali pot z czoła. Leciwa matrona, wyprowadzająca na spacer swojego, ufryzowanego pupila dyszała ciężko, próbując nadążyć za przebierającą chudymi nóżkami psiną.

- Coco! Coco zwolnij! Bo mamusi dostanie zawału! - wysapała dama, poprawiając zlepione potem, tlenione, blond włosy.

Mała Emma przystanęła, z nieskrywaną fascynację utkwiła spojrzenie wielkich, niebieskich oczu w bladoróżowy opalacz i mały słomkowy kapelusik w który kochająca pańcia przyodziała Coco.

- No chodź kochanie, wiesz, że mamusia bardzo się śpieszy... - ponagliła matka, odciągając pochłoniętą obserwacją tego niesamowitego zjawiska dziewczynkę - W domu czeka już pewnie Edgar...oczywiście, jak go znam, nie odgrzał sobie obiadu...zaraz wróci ojciec...potem zakupy...tyle pracy... wyjazd.

Rwący potok słów, wypowiadanych przez kobietę wpadał jednym uchem dziewczynki a wylatywał drugim, dopiero słowo WYJAZD przykuło jej uwagę.

- Mamusiu, mamusiu, a gdzie w tym roku pojedziemy na wakacje? - zaszczebiotała uradowana Emma, podskakując przy tym radośnie, z tą charakterystyczną dla dzieci w pewnym wieku, nieskrępowaną żywiołowością.

Kobieta przystanęła, na jej twarzy zagościł grymas zniecierpliwienia.

- Emmi, już ci mówiłam jedziemy do Whitby, a teraz bądź grzeczna i zachowuj się. Ile razy mam ci powtarzać, mamusia bardzo się śpieszy. - nerwowym ruchem poprawiła zdobioną koralikami gumkę, która zsunęła się z jednego z płowych, cienkich ogonków, w jakie uczesane były włosy małej dziewczynki.



~


W domu, jak zwykle nudy. Emma siedziała w oknie tuląc do siebie Pana Georga, wielkiego puchatego, pluszowego misia. Na podjeździe mama rozmawiała przez telefon komórkowy, gestykulując żywiołowo. Znudzony czekaniem za kierownica ojciec nacisnął klakson.Sądząc po minie i ruchach wsiadającej do auta kobiety, jego zachowanie, jeszcze bardziej wyprowadziło ją z równowagi. Po chwili czerwony volkswagen zniknął na prowadzącej do centrum ulicy. Biedna mamusia, tak martwiła się ich wyjazdem. Emma nie do końca rozumiała po co robić zapasy zupek instant czy kupować mały, przenośny palnik turystyczny. Przecież obojętnie gdzie by to całe Whitby było, muszą tam mieć sklepy ze słodyczami i cukiernie. Bo cóż więcej potrzeba na obiad siedmiolatce niż kilka gałek lodów truskawkowych i tabliczki czekolady z orzechami? No na pewno nie brokułów czy szpinaku. Dziewczynka z westchnieniem zsunęła się z parapetu.

- Co takiego Panie Georg? - z błyskiem w niebieskich oczach, dziewczynka uśmiechnęła się do swego pluszowego kompana.



- Tak to doskonały pomysł! Chodźmy odwiedzić Edgara! - z entuzjazmem przystała na tylko sobie słyszalną propozycję misia.

Pokój Edgara, starszego brata Eminelki, jak zwykli nazywać dziewczynkę członkowie rodziny, znajdował na końcu korytarza. Na solidnych dębowych drzwiach wisiała plakietka, stylizowana na rycerską tarczę z wymalowanym czarną farbą imieniem Egdar.
Dziewczynka podeszła na paluszkach, z nabożnym wręcz szacunkiem, cichutko uchyliła drzwi. Gdyby mała Emma, podobnie jak jej starszy brat była zamkniętym w ludzkiej powłoce prastarym, magicznym duchem, Odmieńcem zamiast pokrytych plakatami zespołów rockowych i słynnych sportowców ścian pokoju, zobaczyłaby wielką, tajemniczą dziuplę. Wijące się pnącza pokryte delikatnymi, zielonymi listkami i pachnącymi słodko, różowymi kwiatami, zdobiły wejście do tego zaczarowanego świata snów i marzeń. Zamiast niezbyt czystego okna z kremową roletą, jej oczy ucieszyłby wielobarwny witraż, rzucający na pokrytą soczystą trawą podłogę kolorowe zajączki. Natomiast jej brat, okazałby się wielkim trollem o lekko zielonkawej skórze z sięgającymi do ramion, srebrnymi włosami. Komputer w który siedział wpatrzony natomiast wielkim bladoróżowym, pulsującym ciepłym światłem kryształem. Niestety, Emma była tylko zwykłą dziewczynką. Jedyne co w tym i tamtym świecie pozostawało takie samo, to zdjęcie szczupłej, jasnowłosej dziewczyny widoczne na ekranie komputera.
Pochłonięty wspomnieniami z ostatniej, nieudanej randki Edgar nawet nie zauważył kiedy dziewczynka wślizgnęła się do pokoju. Biedaczysko, po raz kolejny przeżywał to jak swoimi, wielkim, trollowymi łapami zmiażdżył niewielką filiżankę espresso i zaplamił nowy, biały sweterek Bianki. Po czymś takim klasowa królowa piękności z pewnością nie da się namówić na kolejne spotkanie, o wspólnym pójściu na potańcówkę, organizowaną z okazji zakończenia roku szkolnego, nie wspominając. Do tego jeszcze rodzice uparli się, żeby jak co roku, całą rodziną wyjechali na wspólne wakacje, na jakieś zadupie. Co powie Johnowi i Tomowi, którzy od miesięcy palują wspólny wypad do wuja Toma do Szkocji, który ma ich nauczyć jeździć konno i polować...

- Hej Edgar. Co robisz? Kto to? Pobawisz się ze mną i Panem Gorgem? - słodziutki, lekko sepleniący głosik młodszej siostry oderwał chłopaka od kontemplacji, jakże ważnych dla niego w tej chwili problemów.
 
__________________
Zagrypiona...dogorywająca:(

Ostatnio edytowane przez MigdaelETher : 10-10-2009 o 12:30.
MigdaelETher jest offline  
Stary 10-03-2009, 23:05   #2
 
Kelly's Avatar
 
Być nazywanym Małym to takie frustrujące. Och, nie to, żeby był karzełkiem, a dla swojej siostry Eminelki zawsze wydawał się wielki, ale ... no właśnie, ale ... sto siedemdziesiąt parę centymetrów, jak na chłopaka, nie odbiega od normy, ale jako troll wcale nie był o wiele większy. Obciach straszny! Mieć tak, że trzydzieści więcej, albo lepiej, pół metra. Normalny troll spokojnie dorównywał wzrostem Shaquille'owi O'Nealowi i innym centrom NBA. On też chciałby tak, bo Mały, albo sir Mały, jak go niekiedy nazywały inne trolle, brzmiało fatalnie i sprawiało, że wrażliwy chłopak mocno przeżywał swoją przypadłość.

Jakby tego nie dość, jeszcze wczorajsza randka składała się niemal wyłącznie z szeregu gaf zakończonych ostatecznie poplamieniem białego swetra dziewczyny. Bianka miała wyjątkowe wymagania. Żeby się z nią umówić musiał nie tylko stoczyć kilka pojedynków z rywalami z innych klas i obiecać, że zaprosi ją do najpopularniejszej i najdroższej, niestety, kawiarni w dzielnicy. Tymczasem najpierw dziewczyna spóźniła się dwie i pół godziny, co spowodowało, że obsługa kawiarni anulowała rezerwację stolika. Zamiast więc do modnego „The Gray Horse” musieli szukać czegoś innego. Wreszcie kręcąc nosem Bianka zdecydowała się na „The Blue Monday”, gdzie jednak nie było jej ulubionej kawy z cynamonem. Kiedy wybrała już niechętnie espresso, musiał ją jeszcze oblać. Obciach! Nie był niezgrabny, wręcz przeciwnie, ale inne trolle wyróżniały się spokojem, opanowaniem, a on ... No właśnie, chciał jej szybko podać, zatrzeć niemiłe wrażenie początkowe i wtedy … ten nieoczekiwany ruch kelnera. To by się nigdy nie zdarzyło, gdyby nie łowił akurat wzrokiem oczu dziewczyny. Potrącił kelnera i próbując ratować złapał kubek. Niestety, ociupinę za mocno, a dalej, ech … Dobrze, że przypadkiem jej nie poparzyło, ale o kontynuowaniu randki nie było mowy. Spojrzała na niego tak, jakby nagle stał się niższy o pół metra.
- Pan wybaczy – powiedziała nosowym akcentem, którego, jak wiedział, używała chcąc kogoś spławić. - Nie bawiłam się dzisiaj dobrze i chcę wrócić do domu. Wezmę taksówkę. Proszę mnie nie odprowadzać – i wyszła, lub raczej wypłynęła, niczym królowa zostawiając go przy rozlanej resztce kawy.

Ale to były wczorajsze sprawy. Teraz siedział przed kulą vel monitorem i wpatrywał się w jej oblicze. Kolejny raz przezywał nieudane spotkanie i pewnie dlatego nie zrozumiał pytania siostry. Dopiero złapał kontekst jak powtórzyła:

- Hej Edgar. Co robisz? Kto to? Pobawisz się ze mną i Panem Gorgem?

Siostra, niczym Czerwony Kapturek na wilka spoglądała ufnie na niego, a obok niej czuwał wspaniały Pan Gorg, który za nic nie pozwoliłby skrzywdzić swojej podopiecznej. Edgar bardzo ją kochał i jak na prawdziwego trolla przystało w razie jakiejkolwiek zdarzenia, broniłby Eminelki, jak lew. Szczęśliwie żadnej takiej potrzeby nie było, ale w razie gdyby ... Pan Gorg doskonale współdziałał z Edgarem. On trzymał pieczę bezpośrednio nad Emmą, a Edgar w razie czego kontrolował przedpole.

- No pobawisz się, proszę! W chowanego! Ale wiesz, ja się chowam razem z panem Gorgiem
- To chyba trochę niesprawiedliwe. Dwóch na jednego
– zastanowił się.
- Ale ty jesteś duży i z wysoka łatwiej nas zobaczysz. A ponadto jesteś moim wieeeeelkim – pokazała rękami – bratem i chłopcem. Mamusia mówiła kiedyś, że chłopcy powinni ustępować dziewczynkom, prawda panie Gorg? Widzisz – pokiwała łapka misia – mówi, że tak.
- Skoro obydwoje tak uważacie, to … kryję
– zamknął oczy licząc do dziesięciu. - Jeden, dwa …
- Łał, panie Gorg, musimy się schować, ale gdzie. Już mam
– krzyknęła wskakując prosto do szafy, która tak naprawdę była niewielką symetryczna jamą w głębi dziupli, skąd wydostawało się najwięcej zielonolistnych pnącz. Ale Emma nie widziała żadnych roślin, tylko porozrzucane koszule, które rzeczywiście niemal wypełzały z szafy i wiedziała, ze gdyby mama to zobaczyła, natarłaby solidnie chłopakowi uszu. Cokolwiek by bowiem powiedzieć o mamie, to bałaganu nie tolerowała. - Ciii, ciii – uspokajała pana Gorga – musimy się przyczaić, żeby Edgar nas nie znalazł.

Ale Edgar, oczywiście, znalazł. Wprawdzie po dłuższym poszukiwaniu, podczas którego głośno opowiadał, jak to sprawdza każdy kąt: pod krzesłem, przy biurku, nawet za plakatem Ileany D'Cruz, której filmów wprawdzie nie cierpiał, ale pod względem urody uważał za drugą kobietę na ziemi. Zaraz po Biance. Tak upłynęło kilka chwil, podczas których Edgar, choć nie zapomniał o swoim młodzieńczym pechu, to znalazł sporo autentycznej radości. Niewątpliwie, zaraźliwy śmiech malej Eminelki działał na niego niczym rozweselający gaz.

- Uf, głodna jestem – oceniła dziewczynka, gdy wreszcie po raz kolejny brat ja znalazł, tym razem ukryta w pościeli.
- Chodź, zobaczymy czy coś jest – a kiedy weszli do przestronnego wnętrza kuchni wskazał na wielkie jabłko. - Musi być pyszne, zaraz ci umyję. Chcesz?
- Sama umyję, jestem już duża
– wysapała targając wielki stołek pod kran.


A potem weszła mama i jak zwykle wszyscy zaczęli się krzątać przy domowych obowiązkach.
- Mamo, chciałem porozmawiać o Whitby – zaczął.
- Niezbyt się cieszysz z wyjazdu? - Zapytała domyślnie. Któryś raz z kolei, zresztą.
- No wiesz, planowaliśmy z Johnem i Tomem …
- Wytrzymasz … podobno w Whitby jest bardzo pięknie. Można spacerować, opalać się. Jest bardzo spokojnie. Odpoczniesz od londyńskich hałasów. To bardzo wskazane dla młodego człowieka. Teraz interesują was tylko sport i komputery
.
- I dziewczyny – dodał w myśli Egdar. Ale też naprawdę mama lekko przesadzała. Wszak uczył się dobrze i pod tym względem nie można było mieć do niego pretensji. - I przygody, również – dopowiedział sobie po chwili. - Tymczasem w Withby nie spodziewał się ani tego, ani tego. A spacery i opalanie … kochał matkę, ale czasem dorośli są tacy naiwni, jeżeli myślą, że ich dzieci cokolwiek obchodzą takie bzdury. Trudno jednakże cokolwiek poradzić. Chyba warto poszukać w internecie jakichkolwiek informacji o Withby? A może zapytam jakiegoś Eshu? Albo satyra? Pewnie znalazłby takiego, który powiedziałby może coś ciekawego o tym nudnawym miejscu.
 
Kelly jest offline  
Stary 07-05-2009, 12:25   #3
 
MigdaelETher's Avatar
 
Frustracja Edgara pogłębiła się jeszcze, kiedy, na kilka dni przed doroczną zabawą, tradycyjnie kończącą rok szkolny, ojciec zapukał do jego pokoju.
Pan Benet był wysokim, szczupłym, wręcz kościstym gentlemanem o wydatnym orlim nosie i lekko już przerzedzonych włosach, które zwykło się określać jako mysi blond. Ojciec stanął w progu, w ręce trzymał niedbale złożoną mapę i jakieś pokreślone notatki, tak zazwyczaj wyglądały przygotowania pana Beneta do wszelkiego rodzaju rodzinnych wycieczek i wyjazdów. Godziny spędzone z nosem w przewodnikach, mapach i internecie, zawsze kończyły się tak samo. W połowie drogi gubili się, mama z tatą zaczynali się kłócić, przerzucając winą za pomylenie drogi, bo przecież ktoś nie zauważył tej małej, zbutwiałej tabliczki sygnalizującej, że za kilometr należy skręcić w prawo, zawsze jednak dzięki czuwającej nad ich rodziną opatrzności cali i zdrowi docierali na miejsce.

- Edgarze ustaliliśmy z mamą, że wyjedziemy w piątek wczesnym rankiem, żeby uniknąć korków, więc mój drogi, zacznij się już pakować - zakomunikował ojciec spoglądając na syna z nad zsuniętych na nos okularów.

- Ale tato w piątek jest impreza na zakończenie roku, przecież wiesz... - próbował protestować chłopak.

- Oj daj spokój, jesteś młody, przed tobą jeszcze mnóstwo prywatek i potańcówek, jak pójdziesz na studia sam się przekonasz, to pewnie jedne z ostatnich wakacji które spędzasz w rodzinnym gronie - pan Benet był odporny na jaką kolwiek perswazję - Poza tym z pewnością wiele osób, podobnie jak my wyjedzie już w piątek przed południem i mało kto przyjdzie na tą imprezę.

- No właśnie, sam mówisz, że jestem już dorosły - Edgar spróbował jeszcze raz.

Chłopak właśnie zdobył się na odwagę i w momencie kiedy ojciec zapukał do drzwi wystukiwał na klawiaturze telefonu numer do Bianki, którą chciał zaprosić na zabawę.

- Chciałbym zostać, pójść na imprezę... - zawahał się na moment widząc jak twarz ojca przybiera powoli czerwony odcień, a żyłka nad skronią zaczyna delikatnie pulsować.

- ...a potem mógł bym pojechać razem z Johnem i Tomem do wuja Toma, tego który ma stadninę koni, wszystko już ustaliliśmy, zgódź się proszę - chłopak wyrzucił z siebie, to co od dobrego tygodnia leżało mu na sercu.

- To mama i ja zaharowujemy się dla was, żebyście mieli wszystko czego dusza zapragnie! A ty co? - grzmiał ojciec - Nawet nie możesz poświęcić dla rodziny marnych dwóch tygodni w roku!

- Ale...- Edgar chciał coś powiedzieć, wytłumaczyć, że to przecież nie tak, że ojciec dobrze wie, że nie to miał przecież na myśli.

- Koniec dyskusji, albo jedziesz z nami, jako członek naszej rodziny, albo pakuj manatki i zacznij życie na własny rachunek, jak już ci do niczego nie jesteśmy potrzebni - Pan Bewnet uznał dyskusję z synem za skończoną, oddalił się do swych zajęć zostawiając Edgara z nieprzyjemnym ssanie w dołku, dławieniem w przełyku i szczypiącymi z bezsilnej złości oczami.


~




Kiedy opuszczali Londyn o świcie wszystko jeszcze tonęło w porannej mgle. Eminela spała cichutko na tylnym siedzeniu tuz obok Edgara, tuląc do siebie, swojego puchatego przyjaciela pana Georga. Chłopak oparł czoło o zimną szybę, na jego bladej z niewyspania twarzy malowała się rezygnacja i głębokie poczucie krzywdy. Jego koledzy wstaną pewnie za jakieś dwie, może trzy godziny i rzuca się w wir imprezowych przygotowań, ciekawe kto zaprosił Biankę. Edgar katował się tymi bolesnymi myślami, spoglądając na powoli budzące się miasto. Ludzi śpieszących do pracy, innych wracających do domów po nocnej zmianie, sprzedawców małych, lokalnych sklepików, którzy wystawiali na chodnikach skrzynki ze świeżymi warzywami i owocami. Przez lekko uchylona szybę do samochodu wpadł powiew wiatru niosący ze sobą zapach świeżego pieczywa, które właśnie dwóch rosłych mężczyzn wnosiło do sklepu w białych plastikowych kontenerach. Troll odprężył się nieco spoglądając na świat za oknem z nieco innej perspektywy, niedostępnej zwykłym, często pozbawionym wyobraźni ludziom. Starszy pan, w dresie udający się na poranny jogging, okazał się postawnym rudobrodym satyrem, koło którego niczym wierny piesek podążała mała chimera, łącząca w sobie cechy borsuka i imbryka w jakim zwykło się prażyć herbatę.

Niesamowite , pewnie przywiózł go z podróży do Japonii - z fascynacją pomyślał młody troll.

Niedaleko skrzyżowania dwóch kloszardów szarpało się o pordzewiały, załadowany śmieciami wózek z supermarketu, jednak Edgar widział parę Pukaczy walczących o lśniący pojazd o cudacznym, aerodynamicznym kształcie. Po kilku minutach opuścili ciasno zabudowany Londyn, ociec poczuł wiatr w żaglach i docisnął pedał gazu, co oczywiście wywołało falę protestów i pretensji ze strony mamy. Obudzona podniesionymi głosami rodziców Emma otworzyła zaspane oczka.

- Mamo... Gdzie jesteśmy...? Mamusiu...chce mi się siusiu! - usta dziewczynki ułożyły się w złowróżbną podkówkę.

Od tego czasu droga przypominała istny koszmar, postoje co dziesięć, piętnaście minut, to na siusiu to na piciu. Ojcu powoli zaczęły poszczać nerwy i oczywiście pomylił drogę. Po godzinie kluczenia, wyboistymi wiejskimi drogami, w końcu dojechali do szerokiej dwupasmowej drogi. Edgar wyjrzał za okno, widok zapierał dech w piersiach. Skały o fantazyjnych kształtach, porośnięte soczyście zieloną trawą i kępkami fioletowego wrzośca. W oddali skrzyło się bezkresne morze, a na wzgórzu majaczyła jakaś budowla, przywodząca na myśl ruiny bajkowego zamku.




Zaraz potem do jego uszu dobiegła słodka, nostalgiczna muzyka . Oczywiście nikt poza trollem jej nie słyszał.

- Może jednak to Whitby, nie okaże się tak śmiertelnie nudne - pomyślał z nadzieją Edgar.
 
__________________
Zagrypiona...dogorywająca:(

Ostatnio edytowane przez MigdaelETher : 10-10-2009 o 12:25.
MigdaelETher jest offline  
Stary 29-05-2009, 20:54   #4
 
Kelly's Avatar
 
On nie rozumiał. Szczególnie odkąd został bardzo ważnym kierownikiem bardzo ważnego przedsiębiorstwa. Oczywiście, Edgar jak każdy troll doceniał obowiązkowość ojca, dbałość o pracę i nawet był dumny z jego awansu. Niemniej, czasem miał wrażenie, że nie traktuje on swojego zawodu jako obowiązek, lecz ucieczkę od domu, a to już kompletnie nie zgadzało się z trollowymi ideałami. Wyjazd na wspólne wakacje mógł być czymś w ramach samooszukiwania się, że jest czułym mężem oraz troskliwym ojcem. W tym pokazie mieli brać udział wszyscy, chcieli czy nie chcieli, także on. Czy ojciec nie rozumiał, że dla niego zabawa była czymś co najmniej tak istotnym, jak wyjazd? Och, nie chodziło bynajmniej o taneczne szaleństwo, ale o Biankę. Ona uwielbiała to. Wchodziła w tłum nastolatków, jak królowa otoczona swoim dworem. Idealnie idealna, czy miała włosy spięte, czy rozpuszczone, założone dżinsy, czy sukienkę. Może wybaczyłaby mu kompromitację w kawiarni? Może zgodziłaby się na taniec? Wprawdzie niespecjalnie czuł się na parkiecie, ale z Bianką na pewno zaryzykowałby. Właściwie, to nawet nie umiał tańczyć. Nie przepadał za nowoczesnym kiwaniem się w przód i w tył. W szkole istniała sekcja tańca dawnego, ale zajęcia miała akurat wtedy, gdy on ćwiczył szermierkę i uczęszczał na kółko historyczne. Czy ktoś widział trolla nieznającego historii? Niemożliwe! Toteż z bólem zrezygnował z menueta czy kontredansa, a kiedy przychodziło do dyskoteki, to znacznie bardziej niż na zabawie, zależało mu na Biance. Zazwyczaj raczej podpierał ściany patrząc, jak się bawią inni, a teraz, kiedy zebrał się wreszcie na odwagę i obiecywał sobie postarać się dorównać kolegom, wyjechać musiał do Whitby. Ironia losu!

Sama droga przypominała masakrę. Kłótnie, ciągłe zatrzymywanie się na sikanie, wreszcie zgubienie szlaku dopełniły szlai goryczy. Nie odzywał się zbyt wiele wiedząc, że każde słowo tylko wzbudza niechęć, agresję i naraża go na obsztorcowywanie. Siedział więc i gryzł wargi rozmyślając nad złośliwością całej sytuacji, gdy jego uszu doszła piosenka. Tęskna, głęboka, najpierw cicha, a potem narastająca, słodka. Podniecony miał już się zapytać rodziny:
- Jakie to piękne, czy słyszycie?
Ale w porę się powstrzymał. Nie mogli słyszeć, nie mieli prawa, bowiem czarujące nuty śpiewane były nie przez człowieka, a raczej nie przez ludzką dziewczynę, ale innego odmieńca. Kogoś takiego, jak on.


Dom wczasowy „Lutecia” absolutnie w niczym nie przypominał Francji, poza samą nazwą. Edgar przypomniał sobie lekcje historii, które wspominały, że to dawna nazwa Paryża, jeszcze z czasów Galo-Rzymskich. Jednak „Lutecia” w Whitby najbardziej kojarzyła się z dawnymi domami, budowanymi na obrzeżach miast w dzielnicach robotniczych kilkadziesiąt lat temu. Tyle, że była czysta, ale tak samo toporna i, gdyby nie lubił tego słowa, mógłby powiedzieć, banalna.
- Ale wybraliście pensjonat – mruknął niechcący, no i oberwało mu się, bowiem wkurzony po kłótni z matką i szeregu pomyłek ojciec nie miał ochoty pozwolić na żadne przytyki.
- Chciałbyś hotelu Sheraton? Przykro mi, ale trzeba było urodzić się księciem Walii, a nie Benetem, smarkaczu. Zamiast podziękować, że tak się dla was poświęcam, to jeszcze ci coś nie pasuje. Wy, młodzi, tylko byście chcieli kokosów samemu na nie nie zapracowawszy.
- Kokosów, tato, nie lubię kokosów
– skrzywiła się Eminelka – ale masz może mandarynki?
- Cicho siedź, do brata twojego mówię
! - Krzyk ojca wprawił dziewczynkę w szloch. Chłopak chciał już coś powiedzieć, ale wyręczyła go matka.
- Nie złość się na nią – ujęła się za córką pani Benet. - Nic nie zrobiła.
- A niby przez kogo musieliśmy ciągle stawać? A to siusiu, a to „bo będę wymiotować”, a to stańmy na lody. Czy myślisz, że można prowadzić w takich warunkach samochód? Nic dziwnego, że nie potrafiłaś dobrze odczytać mapy.
- Daj spokój. Naszej córce także. To jeszcze małe dziecko.
- Nie jestem już mała
– Eminelka rozpłakała się jeszcze mocniej.
Widać było, że ojciec zacisnął pięści, żeby nie wybuchnąć.
- Idziemy – wycedził. - Nie życzę sobie żadnych fanaberii. Jesteśmy rodziną na wczasach i wszyscy macie być zadowoleni, czy się to komu podoba, czy nie.
To, że nikt mu nie odpowiedział tylko podgrzało jeszcze atmosferę, choć Edgar ocenił, że identycznie by się stało, gdyby ktokolwiek wyraził swoja opinię. Tak czy siak, pod przewodnictwem naburmuszonego ojca weszli do środka na portiernię. Nie była przestronna, ale czysta. Miała wielkie okna, przez które wpadały promienie słońca. Na ścianach wisiało kilka akwarel okazujących krajobrazy, a za kasztanowa ladą siedział średnio zadowolony wąsaty mężczyzna, który obrzucił przybyszów nieprzyjaznym spojrzeniem.

- Państwo sobie życzą?
- Benetowie. Mamy tu wynajęty pokój.
- Zaraz sprawdzę.
- Proszę się pospieszyć, jesteśmy zmęczeni.
- Przecież powiedziałem, że sprawdzę
– wąsacz powoli otwierał księgę i wręcz celebrował sprawdzanie, jakby chciał zniechęcić rodzinę do zamieszkania w „Lutecii”. - Harrows, Melly, Donalds … - powoli czytał nazwiska, aż wreszcie doszedł do nich. - Benet?
- Owszem. Prosimy o klucz i numer pokoju. Czy ktoś może wziąć nasze bagaże? O której będzie kolacja? Hm, jeszcze dość wcześnie
– mruknął do siebie.
- Nie mamy boja – odparł mu portier. - Jeżeli państwo oczekiwali takich wygód, trzeba było zamówić sobie miejsca w innym ośrodku. Musicie państwo się sami obsłużyć. Natomiast kolacja będzie za pół godziny, bo kucharz dzisiaj wcześniej wychodzi. Macie numer 79 – podał im klucz. - Na piętrze i w lewo.
- To tutaj jest aż tyle pokoi
? - Zdumiała się matka.
- Nie, ale właściciel lubi duże liczby, madame – wyjaśnił niemalże uprzejmie wąsaty portier.
- Idziemy – stwierdził ojciec. - Edgar, pędź do samochodu i przynieś walizy.
- Tak, tak. Idę
– mruknął chłopak i skierował się do wyjścia.

- O, troll? Co tu robisz? - Nagle usłyszał za swoimi plecami, kiedy wyciągał pakunki z samochodu.


Na parkingu stał mężczyzna w średnim wieku wpatrujący się w niego z filuterną miną. Nie, nie mężczyzna, a raczej nie zwykły mężczyzna. Ten długi orli nos, krzaczaste brwi i burza zielonożółtych włosów pod filcowym kapeluszem. Pod postacią uśmiechniętego osobnika wyglądającego na połączenie malarza z komiwojażerem krył się przedstawiciel gatunku błaznów, kłamców, żartownisi oraz niepoprawnych kawalarzy. Odmieńców niczego nie traktujących poważnie, których jedynie urok osobisty ratuje przed karą ze strony współbraci.
- Hm, dzisiaj przyjechałem – wydukał zaskoczony chłopak.
- Ależ rewelacja! Strasznie się tu nudziłem, muszę ci powiedzieć. Nie spodziewałem się trolla. Wiesz, jak może dopiec nicnierobienie. Bo co to za przyjemność robić figle ludziom? Oni są tacy mało bystrzy. Tacy nudni. Tacy przewidywalni. I wreszcie ktoś od nas. Ho ho, jestem John Levis, kiper zawodowy oraz kucharz z zamiłowania, obecnie na emeryturze.
- Wydaje się pan nieco zbyt młody na emeryta, nieprawdaż
? - Ocenił Edgar.
- Zbyt młody, zbyt młody, tere fere – spiorunował go Levis. - Nigdy nie jest się zbyt starym na emeryturę, a im wcześniej, tym lepiej. Ma się dużo czasu na przygody i zabawę, a my, puki, uwielbiamy zabawę. No właśnie, a ty? Przyłączyłbyś się?
- Raczej wątpię. Rodzice nie pozwolą
– odparł chłopak, zastanawiając się jednocześnie nad propozycją. Gdyby był redcapem pewnie z radością przyjąłby możliwość rozrywki połączonej z nutą dzikiej zabawy, którą towarzystwo puki właściwie gwarantowało, ale nie był. Jako troll, owszem, chciał trochę luzu i chciał być teraz na imprezie szkolnej, ale przyjechał do Whitby. Jednak puka! Puki ogólnie wzbudzały raczej jego niechęć. Kilka, spotkanych przez niego w Londynie, miało tendencje do robienia głupich, niemiłych kawałów. Jako typowy troll nie mógł pochwalać takiej zabawy. Wręcz przeciwnie. Ale też prawda, że londyńskie puki należały do Nieuświęconego Dworu, a ten wydawał się nieco spokojniejszy. Któż jednak wie? Dlatego rzucił kilka miłych, nie zobowiązujących słów w odpowiedzi i z głośnym „good bye!” poszedł obładowany walizkami w stronę portierni. Poniewczasie przypominając sobie, że nawet nie spytał, gdzie John Levis mieszka. Odwrócił się, ale emerytowanego kipera już nie było. Zniknął niczym kamfora, jak właśnie to czynią wszystkie puki.
 
Kelly jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 13:30.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168