Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 29-04-2009, 22:11   #1
Banned
 
[OLD WoD] Volvo, Ikea i... Krew

. .

Last INN – Classic WoD

przedstawia:



. .

„Volvo, Ikea i... Krew”




. .

reżyseria, na podstawie własnego scenariusza - A.schaar.

. .

W rolach głównych występują (w porządku alfabetycznym):

A.chernar............................................ Raszaj Lindberg
D.rusilla Morwinyon.............................. Alice Blackborn
E.chidna
.............................................. Astrid Giovanni
H.awkeye.................................................. ..... Castiel
J.ohan Watherman............................ Joseph Blackborn
L.unar.................................................. .. Walerij Ilijew
M.igdaelETher................................................. Lin Mei
R.atkin........................................... Gustaw Gotalander
S.hathra............................................. Irina Mihakilova

. .

W pozostałych rolach (w porządku zdecydowanie mniej alfabetycznym):

Jack Sitton .................................................. Olaf <Lurker> Lundgren
Mike Graham .................................................. ....... Steven Kamprad
David Graham .................................................. .......... Karl Kamprad
Greta Thulin .................................................. ............. Greta Thulin
Maud Addams .................................................. ............ Gunnar Olin
Luize C. Thytton ............................................. N “Wiem Wszystko” N
Erlard Stormare .................................................. ..... Natan Franetti
Marta Torren .................................................. ... Vivecca Josephson
Thomas Nillson .................................................. ... Alathos Dhaggarn
Rebecca Kort .................................................. ... Julien Swedenborg
Shasha Vykos .................................................. ........ Shasha Vykos
Mike Arjanm .................................................. ............ Tariq Khaled
Yoshi Takanaga .................................................. ......... Yuri Kisage


. .



Malmo, tuż przy moście nad cieśliną Oresund.
końcówka kwietnia 2000 roku, kilkanaście minut po zapadnięciu zmroku...







 

Ostatnio edytowane przez Aschaar : 05-05-2009 o 15:35.
Aschaar jest offline  
Stary 02-05-2009, 15:42   #2
Banned
 

Była tam. Stała pod ścianą, nieruchoma i blada jak manekin na wystawie sklepowej. Ubrana na czarno, dość niechlujnie. Spieszyła się i zapomniała o wielu przyziemnych sprawach, które śmiertelnikom zajmowały tak wiele cennego czasu. Ale ona miała wieczność. Skąd ten pośpiech? Czarne włosy, krótkie i zmierzwione, brak makijażu, zapadnięte oczy, przysłonięte czarnymi okularami. Wygnieciony skórzany płaszcz do kostek, tak jakby przed chwilą wyjęła go z szafy. Przyjemny zapach naturalnej, ufarbowanej skóry. Przykurzone od biegu, ciężkie, na grubej podeszwie, młodzieżowe buty i zwykłe dżinsowe rurki. Bała się. Nawet nie starała się tego ukryć, a teraz kiedy powietrze przesączone było jedynie zapachem perfum Grety, pozwoliła sobie bać się jeszcze bardziej.


To zdarzyło się dziś. Obudziła się jak zawsze w swoim schronieniu. Nic, kompletna pustka. Zastanawiająca, cisza, jakby nic się nie stało. Pędziła do swojego domu ile sił w nogach, łamiąc wszystkie dopuszczalne granice.
- George! - krzyknęła widząc go leżącego w katatonii na podłodze w jej domu i jeszcze ten dym. Jakby z papierosa, ale nie. Po chwili już stała, zaglądając na drugą stronę rzeczywistości. Sama nie wiedziała do końca czym to jest, ale z reguły wyjaśniało to kilka kwestii. I teraz też tak było. Ujrzała Magię. Tysiące błyszczących, bezosobowych iskierek. Czystość i prostota. Nie spożytkowana energia. Rozwiała się szybko i wszelki ślad po niej zaginął, jakby otaczająca materia wessała ją w swoje cząsteczki. Wróciła do swego ciała i znowu zobaczyła swojego mężczyznę na podłodze. Uklękła przy nim i objęła. Nie krwawił.
- Jezu, Geogre. - wypowiedziała smutnym tonem a kiedy dotknęła go, on nagle ocknął się i spojrzał w jej oczy ze śmiertelnym przerażeniem!
- Nieeee! - krzyknął tak przeraźliwie, jak nigdy dotąd w swoim całym życiu. A po chwili przywarł do niej i trząsł się, jak małe, wystraszone dziecko, powtarzając coś pod nosem - nie, nie, nie...
W zasadzie nic mu nie było, wystraszył się tak mocno, że gdyby tylko był zwykłym śmiertelnikiem jego serce zamarłoby na wieki i już nigdy jego ciepłe ciało nie mogłoby jej cieszyć. Nigdy.
Przyszedł do niej wcześnie, zanim zapadł zmrok i wtedy to się stało. Leżał tu dwie godziny, śmiertelnie przerażony w przedziwnej katatonii aż w końcu go znalazła.
- Wszystko będzie dobrze. - powiedziała przytulając swój otwarty nadgarstek do jego bladych, wysuszonych ust. Nie wiedziała jak mu pomóc, jedyne pocieszenie jakie znała, to krew. Przyjął ją łagodnie i z wdzięcznością spojrzał w górę, w kierunku jej stęsknionych oczu.

Ale nie wszystko było dobrze. Czuła to. Ten wewnętrzny niepokój. Coś mówiło jej, że powinna obejrzeć swoją kolekcję. Ale przecież? Przecież nikogo tu nie było poza Georgem. Żadnej materialnej osoby, nikogo kto mógłby dotykać jej mebli, podłogi i eksponatów w kolekcji. Nie czuła tego, tylko ten niepokój.
Posadziła mężczyznę w fotelu i udała się do piwnicy. Wstukała kod na niewielkiej klawiaturze umieszczonej tuż obok czarnych, metalowych, podwójnych drzwi, a potem przekręciła kluczyk i pociągnęła za klamkę. Wszystko było spakowane i zabezpieczone. Temperatura i wilgotność powietrza w normie wg ustawień aparatury. A jednak. Wypakowała jeden kontener i z pośród sześciu skrzynek wyjęła tę jedną. Była pewna. Kiedy otworzyła klapkę, wystukując dodatkowy, prosty szyfr, zamarła z przerażenia. Zobaczyła sztylet tak stary, że nawet jej trudno było sobie wyobrazić te długie przepełnione słońcem bliskiego wschodu lata. Miał duszę, piękną duszę. Przypomniała sobie tę noc w Kairze, kiedy go znalazła. Nawet zakurzony, jaśniał na straganie wśród innych bezużytecznych narzędzi. Kompletnie zniszczony. Zapłakała cicho. Nie chciała w to uwierzyć. Był zniszczony, podobnie jak krótki miecz o specjalnej i wyjątkowej właściwości. Gdyby tylko padł w niepowołane ręce, mógłby zdziałać wiele krzywdy. Ale był u niej, bezpieczny... teraz w kawałkach. Nie mogła dłużej znieść widoku tego zniszczenia. Krew w jej ciele przyspieszyła a serce zabiło kilka razy ze złości. Z trudem opanowała szał. W tej jednej chwili chciała iść tam i pozabijać ich wszystkich.
- Szzzz, co? Ona chce tam iść? Ale jeśli to zrobi, zabiją ją, ona o tym wie. To szaleństwo!
- Kto tu jest?
- Szzzz.

Spakowała kawałki zniszczonych eksponatów w dwa oddzielne fragmenty` płótna i schowała do torby. Z innej skrzyni, wyjęła kolejne dwie niezwykłe bronie. Na szczęście one były całe. Ich moc nie była aż tak potężna, ale wolała je już mieć przy sobie, być może z nią będą bezpieczniejsze? Chciała w to wierzyć, ale powód, dla którego je zabrała, był inny.
Zajęła się ghulem. Była mu to winna.
- Tęsknię za Tobą – powiedział smętnym tonem – Całe dnie śpisz a noce poświęcasz już komuś innemu. – zabrzmiało jak wyrzut. Miał do tego prawo.
- George, kochany, George...
- Nie lekceważ mojej troski! – krzyknął nagle - Kim, też się o ciebie martwi. Zobacz jak ty wyglądasz, śmierdzisz! Jakby wypuścili się z zoo! Cuchniesz rybami!
- Jak śmiesz, do mnie tak mówić? Poisz się moją krwią a zaraz czynisz mi wyrzuty?! Wstyd mi za ciebie!
- Irina, martwię się. Kocham cię. Chcę być na wieczność z Tobą. Nie zniosę kolejnej rozłąki, rozumiesz?
- Prosisz mnie o Mroczny Dar?
– zapadła cisza, patrzyli sobie w oczy aż w końcu mężczyzna odpuścił tę wzrokową batalię i spojrzał na dywan.
Ciszę wypełnił infantylny dzwonek komórki przypisany tylko do jednej osoby. Popłynęła muzyka.


ABBA - I do, I do, I do, I do, I do.

Love me or leave me, make your choice but believe me
I love you
I do, I do, I do, I do, I do
I can't conceal it, don't you see, can't you feel it?
Don't you too?
I do, I do, I do, I do, I do


- Do jasnej cholery, wyłącz to ścierwo!
Musiała odebrać, ale na szczęście to była krótka rozmowa.
- Nie mogę uczynić cię wampirem! – powiedziała zaraz gdy rozmówca się rozłączył.
- Co? – był zdenerwowany i zrozpaczony – Nie! Ty możesz, ale nie chcesz! Nie chcesz pozwolić mi na to, abym uwolnił się od ciebie! Poradzę sobie sam. Kim też jest wampirem! Jest twoją córką! Ona może dać mi swoją krew!
Tego było za wiele. Miała już głowę przepełnioną samymi zmartwieniami i jeszcze te bluźniercze słowa. Policzek jaki mu wymierzyła był zbyt silny, nawet jak na ghula. Upadł na ziemię i zaraz zapłakał, chwytając za jej buta. Pozwoliła aby robił to przez dłuższą chwilę a potem schyliła się po jego mokrą twarz.
- Nigdy nie ośmielisz się mi tego zrobić! Rozumiesz? Nie mieszaj do tego Kim!
- Wybacz mi, kocham cię, tak mocno cię kocham... i nienawidzę...


Odeszła wyrywając swoją nogę z jego objęć. Został tam, szlochając. W drodze do łazienki krzyknęła:
- Nie mogę uczynić cię wampirem, ale znajdę ci odpowiedniego Stwórcę. A teraz proszę cię, odejdź.

Jej serce wypełnił ból.


No więc, stała pod ścianą a jej głowę wypełniała masa bieżących spraw i jeszcze ta jedna, konkretna, z powodu której się bała. Pokój był urządzony z gustem, zgodnie z panującą modą. Najpiękniejsze były okna. Udekorowane kolorowym, haftowanym woalem, sięgającym aż do samej ziemi. Uwielbiała je, te ogromne okna. Na krótką chwilę zapomniała o wszystkim, marząc o dotyku zimnego woalu. Z trudem opanowała się przed podejściem i ujęciem go w swoje dłonie. Zrobiłaby to. To pewne. Ale w pokoju oprócz niej stało jeszcze kilku innych Spokrewnionych. W większości ich znała. Sabat. Nie lubiła ich z zasady. Często mierziło ją samo to przekonanie, bo jak można było być tak zacofanym? Zawsze starała się nadążać za wszystkim. Nie wychodziło jej czasem. Ratował ją fakt, że Sabat z zasady potrafił ze sobą wspólnie współpracować. Na kolejną chwilę pozwoliła, aby jej umysł wypełniły mało znaczące myśli o zebranych tu osobach. Nie przyglądała się im uważnie, raczej zerkała kątem oka. Aż w końcu jej skórzany płaszcz i buty zatrzeszczały przyjemnie.

- Czy mogłabym zobaczyć to zdjęcie? – zapytała, wyciągając rękę w kierunku Azjatki i uśmiechnęła się delikatnie tak, aby nie urazić jej przy okazji zbytnim spoufalaniem się.

Kiedy pochyliła się w jej kierunku, spomiędzy płaszcza wysunęła się czarna ascetyczna pochwa na krótki miecz. Nie przejęła się tym, jakby fakt posiadania broni przy sobie, był dla niej naturalny.
 

Ostatnio edytowane przez Shathra : 02-05-2009 o 15:54.
Shathra jest offline  
Stary 03-05-2009, 19:23   #3
 
echidna's Avatar
 
Dość chłodna, mglista noc wzbudzała atmosferę tajemnicy i grozy, a może jedynie tak jej się zdawało. Siedziała na ganku swego domu podziwiając ogród zatopiony z srebrzystym blasku księżyca.
Ernesto właśnie postawił przed nią kieliszek wina, ukłonił się nieznaczenie po czym odszedł. Przez chwilę kobieta zachwycała się głębokim korzennym aromatem trunku, wreszcie upiła łyk i zwróciła się do odchodzącego sługi:
- Czy nie było żadnych wiadomości od Józefiny?
Młodzieniec zatrzymał się, odwrócił się na pięcie i pełnym wyrozumiałości głosem odparł:
- Nie i jeśli wolno mi wyrazić własne zdanie, to nie sądzę, by pani Józefina szybko odpowiedziała na wiadomość. Byłoby zdecydowanie łatwiej napisać maila.
- Ja to wiem i ty to wiesz, ale przecież znasz Józefinę, ona nie uznaje wynalazków najnowszej techniki.
- Tak, wiem. Powiadomię, gdy list dojdzie.

Astrid nie czuła się dobrze. Od wielu dni miała dziwne wrażenie, że towarzyszy jej czyjaś obecność. Tak, jakby jakiś duch próbował skontaktować się z nią, lub też ktoś odprawiał na niej rytuały. Początkowo ignorowała to dziwne przeczucie, jednak gdy zaczęło się ono nasilać niezwłocznie napisała do Józefiny opisując wszystkie swe przeczucia i obserwacje łącznie z panującą w mieście sytuacją. Teraz należało tylko czekać na odpowiedź.

Upiła kolejny łyk wina, zapiekło gdzieś w gardle goździkiem i cynamonem a później spłynęło do przełyku i Astrid miała nawet przez chwilę wrażenie, że zagrzało gdzieś w środku. Oczywiście była to niedorzeczność. Minęły wszakże dziesięciolecia odkąd ostatni raz miała okazję w pełni poczuć moc wina. Mimo wszystko nie żałowała.

Gdzieś w głębi domu rozległ się fragment koncertu E-dur "Wiosna" Vivaldi’ego:
[media]http://www.youtube.com/watch?v=v7LAyb336os[/media].
Astrid mogła przez chwilę wsłuchać się w wybitne dzieło włoskiego mistrza, na nowo zachwycając się kunsztem i harmonią bijącą z tego arcydzieła muzyki ilustracyjnej. Na taras wybiegł nagle Ernesto niosąc na tacy telefon komórkowy.
- Telefon – szepnął podchodząc bliżej – od pani Thulin – dodał sciszając głos, jakby wypowiedzenie nazwiska tej kobiety było co najmniej niestosowne.

Istotnie. Greta Thulin dzwoniła niezwykle rzadko, a jej telefon nie wróżył niczego dobrego. Nie widząc innego wyjścia, Astrid odebrała. Bez zbędnych wstępów Greta przeszła od razu do konkretów:
- Bardzo przepraszam, czy mogłabyś wpaść do mnie za pół godziny do centrum? – Formalnie była to prośba, ale ton kobiety nie pozostawał co do tego najmniejszych wątpliwości. - Dziękuję. – rzuciła na pożegnanie odkładając słuchawkę. Nie było wyjścia, trzeba było jechać.

***
W pomieszczeniu znajdywało się już kilka osób, ale wszyscy milczeli. Astrid siedziała spokojnie na skórzanym fotelu z wyraźnym zainteresowaniem oglądając swoje paznokcie. Już niebawem zjawiła się Greta i wyjaśniła swym gościom powód tego nagłego spotkania. Mimo to Astrid nie wszystko rozumiała. Wciąż gdzieś we wnętrzu czaszki kołatało jej się jedno pytanie, którego nie omieszkała zadać, gdy tylko Thulin skończyła swój monolog, jeszcze zanim zdążyła wyjść.
- Wybacz Greto ale chyba czegoś nie rozumiem – powiedziała spokojnym głosem wampirzyca. – Skoro Lurker ustalił już charakter tego rytuału i ty się z nim zgadzasz, to jaki cel ma moja obecność tutaj?
 
__________________
W każdej kobiecie drzemie wiedźma, trzeba ją tylko w sobie odkryć.

Ostatnio edytowane przez echidna : 03-05-2009 o 19:27.
echidna jest offline  
Stary 04-05-2009, 12:02   #4
 
Ratkin's Avatar
 


Gustaw wolno sączył sok z lodem z ciężkiej szklanki, wolno obracając ją w dłoni. Był w pracy, więc stojącą w barku szkocką obdarzył tylko pełnym tęsknoty westchnieniem i wrócił do studiowania zalegających przed nim na wykonanym z wiśniowego drzewa biurku dokumentów. Dane, jakie spływały do niego były co najmniej niepokojące. Oczywiście, prawdopodobieństwo wystąpienia tychże było niejako wkalkulowane w całość przedsięwzięcia. Można by rzec, że bez nich, nie byłoby sensu przeprowadzać tych eksperymentów. Raporty z każdego kolejnego dnia zawierały jednak coraz wyraźniejsze przesłanki, że wyniki przestają być miarodajne. Na to Gustaw nie mógł sobie jednak pozwolić. Spokojnym, łagodnym muśnięciem uruchomił interkom i rozsiadł się jeszcze wygodniej w skórzanym fotelu, stanowiącym najważniejszy element wystroju jego biura.

-Wolf, proszę połącz mnie natychmiast z… -Gustaw zmarszczył brwi, kiedy zorientował się, że urządzenie nie zadziałało. Przez ułamek sekundy chciał jeszcze raz wcisnąć przycisk, jednak nie zrobił tego, będąc stuprocentowo pewnym, że przed momentem zrobił to prawidłowo. Oświetlenie w biurze nie zdradzało żadnych oznak szwankowania, tak więc wszystko powinno być porządku. Czyżby te nagle pojawiające się, czynniki wpływały na nawet tak proste Procedury? Jaka była ich przyczyna i jak poważny wpływ mogły one mieć na zadania jak i eksperymenty Gustawa Gotalandera? *

Czas by pan osobiście sprawdził, co słychać na włościach.-Przemknęło mu przez myśl, kiedy po dopiciu trunku opuszczał pomieszczenie. Sekretarce, jak zwykle pragnącej wymusić na nim co najmniej kilkanaście podpisów grzecznie odmówił i szybkim, acz stosownym dla jego wieku i statusu krokiem przemknął przez labirynt korytarzy kryjący się w gmachu mieszczącym filię jego korporacji. Po kilku chwilach, trzech rzecznościowych uściskach dłoni z grupami oprowadzanych inwestorów i istotnych gości dwóch skasowaniach siatkówki i linii papilarnych oraz zjechaniu kilku kondygnacji windą, dotarł wreszcie na miejsce. Dźwiękoszczelne drzwi rozwarły się przed Gustawem, otwierając dla niego pomieszczenie, dla którego „centrum dowodzenia” było chyba najlepszym określeniem…

[media]http://www.youtube.com/watch?v=c_IkUysQASQ[/media]

Kakofonia dźwięku dosłownie ogłuszała Gustawa, ten jednak nie dał po sobie poznać odczuwanego dyskomfortu. Współpraca z Wolfgangiem, lub raczej LoneWolfem, jak znano go w Sieci, był dla niego, człowieka „starej daty” trudną lekcją pokory. Stanął tuż obok chłopaka i poczekał aż ten zauważy coś poza treścią bombardującą go z kilkunastu ekranów, przed którymi obecnie obaj przebywali. Prawie tuzin z nich transmitowało obraz bezpośrednio z wszystkich newralgicznych punktów kasyna. Nie chodziło oczywiście o obraz istotny z punktu widzenia ochrony – obserwację pod tym kątem prowadziło w pokoju obok kilkunastu specjalistów. Wolf w zasadzie obserwował obecnie kilku podejrzanych osobników okupujących jeden z stolików do ruletki, w których Gustaw od razu rozpoznał jednego „dewianta” wraz z swoją zwyczajową obstawą. Akolita jednak zdawał się być jednak bardziej zainteresowany treścią pozostałych monitorów – przeglądaniem serwisu erotycznego, odtwarzanym z YouTube teledyskiem oraz dwoma forami internetowymi…


-Widzę, że masz coraz bardziej podzielną uwagę. –na wygłoszoną przez stojącego tuż za nim przełożonego bardzo spokojnym głosem uwagę, chłopak zareagował kilkusekundową paniką, zgubieniem okularów oraz rozpaczliwą próbą uporządkowania biurka i ekranów. Gustaw spokojnie, dając mu litościwie czas rozłożył przyniesione ze sobą dokumenty na biurku.
-Ekhm…-Wolfgang robił się na przemian to blady, to niemal purpurowy. Szybko przyciszył ą po chwili zastanowienia w ogóle wyłączył muzykę. Mieszał się w zeznaniach, niczym nastolatek przyłapany przez rodziców na masturbacji. Biorąc pod uwagę role mentora, jaką pełnił dla niego Gustaw, to co przed chwilą widniało na wiszącym przed nimi wyświetlaczu, oraz kosz pełen chusteczek do nosa sytuacja była wręcz analogiczna do tej z podanego przykładu.

-Niema dziś śladu po żadnych Mistykach, a ludzie zarażenie łagodnym wampiryzmem jeszcze się nie pojawili, tak więc, pewnie dziś nie będziemy mieli żadnych problemów z nimi…

-Mimo to, przyłóż się
-westchnął Technokrata.


Usiadł na fotelu obok swojego asystenta i przez chwilę w ciszy obaj przeglądali nagrania z ostatniej doby. Następnie starszy z nich rozpoczął mozolne porównywanie podkreślonych przez siebie na wydrukach danych, z zawartościami baz danych. Młodszy mężczyzn wrócił do swojej pracy, co i rusz jednak zerkając na swojego mocodawcę, podziwiając szybkość i wprawę, z jaką radził sobie z tym –jak się zdawało- tytanicznym dziełem. **


Kilko kolejnych godzin upłynęło im na pracy przy komputerach. Wolfgang kilkakrotnie opuszczał salę i przynosił ciepłą kawę oraz wyniesione z hotelowe restauracji przekąski.
Owszem wiedział, że mógł po prostu zamówić co chciał przez interkom, jednak Gustaw tolerował te jego wymykanie się, wiedząc że odrobina ruchu i aktywności fizycznej nie zaszkodzi chłopakowi, który przez te kilka lat zmienił się tylko tyle, że bardziej zarósł, przypominając teraz już wręcz wikinga, oraz wymienił okulary na jeszcze grubsze… Wreszcie nastał wieczór i Gustaw został zmuszony przez obowiązki do oderwania się od klawiatury. W momencie, kiedy wychodził z „centrum dowodzenia”, odezwał się jego – wyciszony- telefon. Nie było w tym nic dziwnego, gdyż maszyna ta miała w sobie oprogramowanie, wysoce przewyższające możliwości nawet najdroższych z dostępnych na rynku gadżetów.

Treść otrzymanej informacji nieco zdziwiła Gustawa. Wiedział że warto mieć taki kontakt, jednak w zasadzie nie liczył że kiedyś go użyje. Utrzymywanie spokoju i status quo w Malmo zobowiązywało, jednak jak do tej pory udawało mu się to bez kontaktów z mistykami.

O ile mógł się oczywiście domyślać, że członkowie Tradycji będą zamieszani w tą sprawę, o tyle nie przypuszczał, że staną się ofiarą własnych knowań do tego stopnia, że będą potrzebowali nawiązać kontakt z kimś z jego strony barykady. Bo jak inaczej mógł interpretować takie zaproszenie?
Genialnie. Jeśli to nie będzie ważne, to ciekawe jak wytłumaczę się z tego Kontroli. Pozwolenie na kontakty z zainfekowanymi wampiryzmem to jedno, ale chodzenie na herbatki z tymi… pajacami. Ciekawe tylko czy będzie to ktoś z tych uważających że zbawią świat w nosząc szpiczaste kapelusze, i dumnie dzierżąc falliczne insygnia wracając do średniowiecza, czy ci samo okaleczający się sado-masochiści z fetyszem krwi.

Oni pewnie nas uznają za pracoholików.
-przyszło mu do głowy po chwili refleksji nad własnymi uprzedzeniami, które za chwilę przyjdzie mu pokonać przekraczając bramy domu wariatów. –Nam chociaż nie wyrastają rogi jak coś pójdzie w pracy nie tak…

Po kolejnej refleksji dodał sam do siebie – No, chociaż nie wyrastają tak dosłownie. Oraz oczywiście wtedy kiedy idzie za dobrze. Nieważne…



Jego BMW mknęło wieczornymi ulicami Malmo nie zatrzymywane przez żadne czerwone światło, korek czy roboty drogowe. Mimo że Gustaw nie był przekonany co do faktu, czy zawdzięcza tak szybkie i bezproblemowe przemieszczanie się o mieście łutowi szczęścia, czy też swojemu doświadczeniu, by nie rzec postępowaniu zgodnie z Procedurami. Niezależnie jednak od przyczyn, myśl że wszystko przebiega jak na razie przewidywalnie i bez przeszkód dodawała mu otuchy przed nadchodzącym spotkaniem…
Kiedy dotarł na miejsce, starał się zachowywać poważnie, jednak nie zdradzając oznak zdenerwowania. Wysiadając ze swojej limuzyny (nigdy nie preferował jazdy z szoferem, słusznie zauważając że jako członek Mas tylko przeszkadzał podczas stosowania oszczędzających czas Procedur) poprawił swój garnitur. Pewnym krokiem Gustaw Gotalander wkroczył do jaskini lwa…

Tak, bez wątpienia Gustaw miał do czynienia z osobami niespełna rozumu. Przebieg spotkania tylko utrwalił w nim to przekonanie. Co i rusz zerkał w jego trakcie w kierunku Waleria Ilijewa. Do tej pory omijała go przyjemność spotykania tego osobnika, pomimo że stali po jednej stronie barykady. Był jednak obcy i mógł nie do końca rozumieć delikatną strukturę na której opierał się spokój w Malmo. Jego obecność była jednak uspokajająca dla Gustawa – nic z danych które posiadał na temat tego osobnika nie łączyło go z Kontrolą, tak więc najprawdopodobniej był w tym miejscu na podobnej do niego pozycji. Nie można było jednak powiedzieć żeby budził on sympatię technokraty. Gotalander nigdy nie krył się ze swoimi wpływami i koneksjami…Było by to trudne czy wręcz niewykonalne przy jego trybie życia, o prowadzonych w Malmo badaniach już nawet nie wspominając. Owszem, w ramach cichego paktu o nieagresji przyjął kontakt od reprezentanta wrogiej mu frakcji, jednak uznał to za zachowanie czysto kurtuazyjne. Technokracja nigdy nie miała dużego wpływu na Malmo, pomijając to że jego przodkowie należeli do niej jeszcze przed transformacją z Porządku Rozumu, sięgając w historii swojej współpracy nawet kilka wieków wstecz. Nigdy jednak nie uzurpowali sobie prawa do przejęcia dominacji nad Masami w tym akurat regionie, ponieważ jedynym problemem z jakim potrzebowali się liczyć, była plaga wampiryzmu dosięgająca coraz liczniejsze grono mieszkańców… Bywały owszem i ciężkie chwile, kiedy wychodziły na jaw konotacje między New-agowymi Verbanami a nieco zbyt zainteresowanymi okultyzmem wampirami, jednak na dobrą sprawę działało to zdrowo, wręcz otrzeźwiająco na pozycję Gustawa jako lokalnego przedstawiciela Unii. Dla utrzymania jednak zadowalającego obie strony pokoju w mieście, Gotalander koncentrował się na kontrolowaniu i ewentualnym interwencjom w poczynania Sabatu, pozostawiając Mistyków w spokoju…

Teraz natomiast, właśnie dowiadywał się że według przywódcy lokalnych magów, był jego jakby podwładnym, któremu można wydawać polecenia. Zapewne „uprzejmość” wynikała tutaj z taktu i wyczucia etykiety, wrodzonego dla tego potomka mało obytych z zachodnią kulturą Waregów. Gustaw ze spokojem wysłuchał relacji na temat tajemniczych rytuałów, magii śmierci, oraz kółka wzajemnej adoracji jakie najwyraźniej zawiązało się między poszczególnymi Dewiantami. Bardzo uważnie notował w głowie wszystko co właśnie zmuszony był wysłuchać. Kiedy „przewodniczący” gremium zakończył swoją mało składną wypowiedź, świadczącą że o temacie ma pojęcie mniej więcej takie jak Gustaw o kulturze feudalnej Japonii, jedyne co mógł zrobić, to czekać

Dopił więc herbatę i w ciszy czekał, obserwując reakcję reszty zgromadzonych...***
 

Ostatnio edytowane przez Ratkin : 04-05-2009 o 17:15.
Ratkin jest offline  
Stary 04-05-2009, 14:51   #5
 
Lunar's Avatar
 
* * *
[media]http://www.youtube.com/watch?v=I6s5xhcBiDw&feature=related[/media]

Walerij Ilijew

Ruszyło się.
W całym tym chaosie dostrzegał powtarzający się ujednolicający ciąg niezmiennych wartości. Stałych, możnaby rzec. Stałe są czymś, na czym możesz oprzeć naukę. Są podstawą. Są twoim założeniem do kolejnych teorii. Dzięki takiemu bezpiecznemu brzegowi, możesz sięgnąć nieco dalej w morze. Gorzej, jeśli brzeg nagle się rozpływa jak omamienie i oszustwo. Toniesz. Nie przejmujesz się tym. Cóż wtedy ma sens, kiedy twoje wieloletnie wierzenia ktoś obala ot tak sobie?

Sygnał od Gunnara był jednoznaczny. "Proszę o spotkanie w ramach ble ble ble." Tak więc mijał kolejny miesiąc, tym razem kwiecień, a o tej porze roku nawet Dewiantom odpierdala. Ten cały Olin jest zbyt przyjazny jak na myśliciela, twórcę. "Wiek mu się chyba daje we znaki. Widział dwa razy więcej historii niż ja." Walerija jak zwykle poczęły męczyć kolejne obawy.
Bardzo łatwo łyknęli pigułkę o tym, iż jest od Synów, tfu!, Eteru. Za gładko. Jest zbyt opanowany jak na tych renegatów. Jest jeszcze bardziej spokojny, niż ci anarchocybernauci, Wirtualni Adepci. Żadni z nich nie pasowali. Mowy nie było o innej przynależności. To musiało się już wyłamać. Do cholery jasnej, tkwi tu niecały rok. Miał tu tkwić sam. Zdala od Afryki. Zdala od gorąca. Zdala od myśli. Zdala od centrum meteorologicznego. Zdala od niej.
Tak. Od niej.
Widział Antoinette z okna, kiedy spacerowała z Whiskeyem. "Na nią. Na nich, przyjdzie jeszcze czas. Teraz jednak.." znowu spojrzał na komórkę. Cynk był jednoznaczny. Stawić się w kawiarni, umówionym znajomym miejscu. Nawet gdyby zapomniał, gdzie to jest, jego lokaj będzie wiedział. Ma przecież taką pamięć. Właśnie..
Ksawerij.


Ksawerij był jego jedyną ostoją. Po ostatnim incydencie zastanawia się, czy będzie mógł zaufać temu człowiekowi. Nie chodzi o lojalność. To było pewne. Był oddany, a całe jego życie i los podyktowało okrucieństwo mistycznych. Zabili na zawsze jego geniusz. Zabili go jak jakiegoś śmieciowatego szczura. Profesjonalny gilgul. Ale teraz.. Unia dała mu szansę. Dała mu opcję nie do odrzucenia. To było coś więcej, niż to czego mógł zapragnąć. Oddał się wszystkiemu. To człowiek doskonały. Żołnierz nie do powstrzymania. W życiu nie przydzieliłby kogoś takiego do tak niepewnej jednostki jak siebie. A jednak. Ksawerij ufał tylko Walerijowi.

Przyjrzałeś się kiedyś jego spojrzeniu? Tkwi w nim nieuchwytność cierpień. Pojednanie godne rycerza. Znosił to lepiej, niż ktokolwiek inny. Nie trzeba nic więcej dodawać. Jeśli ktokolwiek jest tutaj jeszcze rycerzem, to jesteśmy nimi my. Rycerstwo pod krawatem. Kolejny dzień starań o bezpieczną rzeczywistość. Zarywamy noce, by Masy mogły spać spokojnie.
Tak. Tu niechodziło o lojalność. W jaki sposób Ksawerij.. stał się nieświadomie przekaźnikiem. - Mam nadzieję, że wszystko jest nagrane w jego wewnętrznych aparatach pamięciowych. - wspomniał sam do siebie. Lubił odsłuchiwać rozmowy, przy których był Ksawerij. Teraz jednak.. nie mógł z nim poruszać się wszędzie. Ale potrzebował go przecież. Bez niego był słaby.
Nieporęczny.
Nieprzydatny.
Bezużyteczny.
Z odzysku.
Spokojnie!
W jakim stanie był ten niegdyś świetny człowiek. "Powiedziałem niegdyś świetny? - Hm.. - zebrał sprzęt z biurka. W szufladzie leżała szłuchawka kontaktowa. Ten Mechanizm nie raz mu się przydał. Choć jego zastosowanie rzadko poszło w ruch, to jednak.. dawało mu uczucie bezpieczeństwa. Często trzymał ją w stoliku nocnym, jakby bojąc się obezwładnienia podczas snu. Co było absolutnie bezpodstawne. Tutaj było bezpiecznie, a siatka Ludzi w Czerni zachowuje się jakby miała oczy w dupie. Są nieprzejednani. Mało śpią. Zresztą. Nigdy nie widział, by spali. Szkoda tylko, że za rok, czy dwa się zużyją.. Niektórzy. Nigdy niczego nie wiadomo. Zawsze to inna opcja przed werbowaniem ludzi z ulicy. Dosłownie.
Nałożył słuchaweczkę przy uchu. Teraz mógł być połączony ze światem.
- Jeszcze tylko..
Ruszył się wózkiem zza biurka z tego stanu ospałości i pobrnął do szafy. Mahoniowy, elegancki wybór cieśli w środku był obity pancernymi elementami stanowiącymi swoisty sejf dla tkwiącego w nich cennego sprzętu. Przeciągnął swoją kartą magnetyczną po czytniku i otworzyło się. Chłód wnętrza uderzył go w twarz lodowatą parą. MACE był na swoim miejscu. Przyczepił element sprzętu do nadgarstka, chowając za mankiet. Był wielkości pięści, bardziej długi, niż szeroki.
Zamknął szafę.
Jeszcze tylko zaawansowany kalkulator z biurka, zegarek atomowy, oczywiście stylowany na szwajcarski, no i emiter.
Teraz już musiał opuścić pokój. Słońce wstało. Tkwił jeszcze w progu pokoju, po czym go trzasnąwszy drzwiami krzyknął na długim korytarzu ośrodka. - Ksawerij!
- Ksawerij! Pomóż mi na schodach!
- Jedziemy do miasta!

* * *


Kolejny syn amerykańskiego koncernu konstruującego prezydenckie limuzyny. Z błękitną rejestracją rosyjskiego konsula. Bardzo intrygujące? Możliwe. Zwłaszcza nadmiar mercedesów pod kremlem w latach 70-ych. Technika kosztuje. Kosztuje luksus. Bezpieczeństwo.
Ksawerij prowadził Cadillaca Escalade spokojnie jak zawsze. Aż dziw, że działo się z nim coś tak.. tak anomalnego. To coś nad czym Walerij będzie musiał głębiej popracować. Teraz jednak, nie było na to czasu. Nie zamienili zbyt wielu słów. A kiedyś potrafili przez całą jazde żartować jak partnerzy, jak małżeństwo policjantów, którzy siedzą w drogówce piąty rok służby. A przecież nie byli przywiązani do siebie tak bardzo. Minęło mało czasu. A jednak.. a jednak.
- Mówiłem ci już, że nie lubię srebrnego koloru? - odezwał się, gdy przejeżdżał obok ekskluzywny wóz człowieka biznesu. Migający w słońcu metalicznym połyskiem. - Ciężko było dorwać z czarnym lakierem..
Myślał o wszystkim podczas mijających drzew, osiedli podmiejskich, no i oczywiście przejeżdżając przez niewidzialną granicę stapiającą ze sobą Malme i okolice. To miasto nie miało już granic. Myślał o Nadzorcy. Nikt nie doglądał jego poczynań od.. minęło już trochę. Pan Szyna pozostaje nieosiągalny. Jest tutaj sam. Kogo ma spodziewać się na miejscu spotkania? - Ten cały.. - rzucił okiem na wizytówkę wyjętą z portfela - Gustaw Go-ta-lan-de. Wiesz coś o nim? - zapytał niemal retorycznie. Pod jego nosem działał tu ktoś jeszcze. Może nawet wcześniej od niego. Czyżby jednak Sympozjum odnalazło swoją metodę nadzorowania członków?
Poprawił krawat. Ucisk w jego dłoni stawał się niemalże mechaniczny. Taką czuł przecież pewność w działaniu, nosząc ze sobą MACE. Tak.. pewność. Kiedyś ta pewność się na nim odbije tak samo jak wózek, który teraz znajduje się na tylnim siedzeniu. Bez Ksawerija, nie mógłby sobie podetrzeć tyłka.
No dobrze.
Nie przesadzajmy.

* * *

To nie było konieczne.
Wóz Walerija śmierdział luksusem na kilometr. Dzisiejszego dnia jednak nie miał niebieskiej rejestracji. Wystarczył przecież dokument, prawda? Myśmy tylko rosyjskimi dyplomatami.
Pod kawiarnio-restauracją znajdowało się już kilka wskazujących wozów. Ksawerijowi nie można było odmówić jednego. Umiał się wcisnąć w półmetrowe miejsce parkingowe monster truckiem.
Zatrzymali się. Miasto. Malme.
Osobisty lokaj Ilijewa wysiadł i obszedł samochód od strony maski. Otworzył tylne drzwi, wywlukł wózek inwalidzki, jednym zgrabnym ruchem rozłożył go i postawił na równej kostce deptaka miejskiego. Otworzył w końcu drzwi Walerija i wyjątkowo zgrabnie i z siłą, która nie sprawiała mu problemu, przeniósł go na wózek. Miał go prowadzić do kawiarni, pytając - Gdzie zatem?
Lecz Ilijew zbył go ruchem dłoni. - Tylko tutaj. Nie chcę byś szedł ze mną. Zostań w samochodzie. - przez chwilę milczał. Bardzo rzadko. Prawie nigdy nie pozwalał Ksawerijowi go opuszczać. - Będziesz w pobliżu. To tylko chwilowe spotkanie. - spojrzał na mężczyznę i wbił się spojrzeniem w nieobecne oczy tamtego. Jednak uważnie sie obserwowali. Był niższy stopniem, ale tu nie chodziło o to. Odpowiadał za Ilijewa niego całym swoim zadkiem. - Zostań w samochodzie.
I odjechał. Wózek nie był kawałkiem stali i koca. Był profesjonalnie zaprojektowanym elementem sprzętowym. To dla dorosłych gentelmenów. Lśnił i za sam metaliczny blask możnaby pokusić się o podpieprzenie go i opchnięcie dealerom.

Drzwi kawiarni się uchyliły. Inwalida jak zwykle ściąga na siebie spojrzenia obecnych. Dostrzegł gentelmenów przy stoilku przy oknie. Kilka zgrabnych ruchów zmęczonej dłoni i dosiadł się do amalgamatu. Gotalander i Blackborn byli już obecni. Także i Gunnar. Conajmniej dwóch z towarzystwa było ludźmi, z którymi chciał mieć jak najmniej do czynienia. Jednak to bardzo ciekawe. "Skoro sami się tak otwierają, to kimże jestem, by odmawiać współpracy?"
- Dzień dobry panom. - uśmiechnął się przyjaźnie znajdując miejsce między Gustawem i Josephem. - Przepraszam, że się spóźniłem. Korki. Wiecie. - poruszył głową jakby w zrozumieniu, samego siebie, lekko uśmiechnął. - Am.. Walerij Ilijew. - zdążył się przedstawić wyciągając dłoń. W ciszy spojrzał za ramię. Oczywistością było, że już zmierzała w jego stronę kelnerka.
- Wodę.
- I słomeczkę.


Sytuacja przedstawiała się samorzutnie takowoż, iż czekali jeszcze na kogoś, kto się nie zjawił. Gunnar zrezygnowany wyjaśnił sytuację. Bezpardonowo w miejscu publicznym o wampirach, jakichś rytuałach i zagrożeniu dla niemalże całego miasta.
Walerij sączył przez ten cały czas wodę przez słomkę. Była to wyjątkowo prosta czynność, a niesamowicie odstresowująca. Na co cały przemysł gorzelniczy, skoro piwo jest jak woda. "Mówisz, że piwo jest jak woda, to się chyba przerzucę," zwykł mawiać wtedy Ksawerij wybuchając krótkim śmieszkiem.

- Czy istnieje jakiś powód, dla którego mielibyśmy się wgłębiać w sens tego zabobonnego obrządku? - skrzywił się lekko na ostatnie słowo. - Ta wampirza aktywność stanowi zagrożenie. - wyjaśnił sytuację najprościej. Lekko trzęsły mu się ręce podczas gestykulacji, tuż nad blatem stołu. Jakby wytracały z siebie resztki sił i miały podzielić los nóg. - Wiemy już to. - zaznaczał wyjątkowo powoli każdą sylabę zakręcając czubkiem nosa okręgi w powietrzu i kontynuując. - Czy. Teraz. Dysponujemy. Jeszcze. Jakąś. Informacją. Przydatną na tyle. By. O niej wspominać? Coś co nas, naprowadzi. - skończył jakby wymowa stanowiła dla niego wysiłek. A potem to po prostu miejsce i kolejny przypadek, w którym ten szef Fundacji ściąga ich tutaj do pomocy, by tylko go obserwować. Lepiej udawać kalekę. No nie żartujmy. W całej swojej gestykulacji Walerij błyska podprogowym przekazem. Światły umysł, który wychwyca nadtreść.
- Dobrze. Dla mnie sprawa jest jasna. Japończyk w Grand Hotelu, nowoprzybyły wampir Vykos, o którym nie mamy pojęcia, gdzie się znajduje. - wyliczył Walerij i zdawało mu się, że to bardzo mało. - [i]Im szybciej złożymy jednoznaczną wizytę.
- A z nieobecnym Manearsem skontaktujemy się, kiedy będziemy potrzebowali wgłębiać się w te zabobony. - machnął dłonią przy kolejnym wspomnieniu o nieobecnym specjaliście, będącym poza kontaktem.
- Hm.. wspominał pan coś, panie Olin, na temat braci Kampbrad, czy Kamrad. Cóż oni mają wspólnego z przypadkiem?
Zaczepił przechodzącą kelnerkę, kiedy tylko znalazła się wystarczająco blisko. - Ten imbirowy drink poproszę. - oddając pustą szklankę po wodzie. - Nie przełknę tego na sucho. - skomentował jakby rozmowę tak, że rozmówcy słyszeli, a kelnerka nie rozumiała.
 

Ostatnio edytowane przez Lunar : 05-05-2009 o 12:12.
Lunar jest offline  
Stary 04-05-2009, 17:23   #6
 
Johan Watherman's Avatar
 
Joseph postanowił pojechać na miejsce spotkania swoim motorem. Zaparkował na pobliskim parkingu aby mieć trochę drogi do miejsca spotkania, westchnął.



Joseph był wysoki, bo mierzący trochę powyżej 1,8 metra mężczyzną.. Gęste, kruczoczarne włosy pozostały w wprawi wym nieładzie, artystycznej burzy i chaosie który dopełniaj dwudniowy zarost na twarzy oraz wyraz wielkiej ironii w stosunku do sytuacji w której się znalazł. Pewna postura współgrała z idealnymi proporcjami ciała człowiek witruwiańskiego Leonarda da Vinc. Joseph z całą pewnością mógłby zostać modelem. Sportowe białe buty, ciemne dżinsy, kremowa koszula rozpięta pod szyją, a na to – skórzana kurtka. Dosyć chaotycznym krokiem ruszył na miejsce spotkania. Zapalił papieros, zaciągną się nim kontynuując wędrówkę. Gwiazdy, lataranie i te przeklęte cienie na ścianach budynków. Cienie... Matematyk ziewnął niewyspany. Zabłąkany dachowiec zjeżył się wielce mijając Eutanatosa, prychnął pogardliwie i ruszył w swoje strony. Blackborn przyglądał się nocnemu oblicze miasta. W pustej alejce wiatr szumiał miło, gwiazdy i kilka śmieci wypadłych ze śmietnika. Szary dym wzbił się w powietrze przysłaniając zamyślone spojrzenie Joseph padające wprost na przeciwległą ścianę.

-Co się tak patrzysz? Lepiej pomógłbyś mi.

Rzucił wyrzut w stronę bezkształtnego cienia na ścianie. Ciekawy był fakt, że nic nie miało prawa go tworzyć. Bezkształtna, z jednej strony tasmanoidalna, z drugiej plama a z trzeciej koło mroku



Mężczyzna chuchnął dymem w stronę cienia. Gdzieś pomiędzy śmieciami skradł się kolejny dachowiec i zwierzę znowu prychnęło z daleka.

-Mówisz, abym biegł wraz z wydarzeniami? Dobrze.

Mrok na ścianie jakby spłynął na ziemię i tak wtopił się w cienie tego świata. Joseph tymczasem ruszył dalej alejkami paląc papierosa. Droga dłużyła się wielce i w pierwszej chwili zastanawiał się czy nie lepiej byłoby mieć przy sobie motor. Nie minęło wiele czasu jak Joseph mógł rzucić za siebie papieros i wkroczyć na miejsce spotkania. Kiedy wszedł, w pomieszczeniu zrobiło się, w pieszych sekundach, zimniej,
Wysłuchał wszystkiego, oparł łokcie o stolik, pochylił się lekko wlepiając swe oczy w stół.

”Rytuał związany z śmiercią. Czy oni wiedza, co mówią? Czy już nie potrafią rozróżniać barw rozpadu, starości, zagłady, wypaczenia, chaosu, umierania, cierpienia czy snu? Tu tak jakby rzucić ogólnik, woda, skała czy niebo...”

Chwacił dłonią szklankę wody i upił łyk. Rzucił w stronę zgromadzonych spojrzenie z jednej strony zimne, z drugiej jak płoszone zwierzę.

-Panowie z Unii świetnie poradzą sobie bez mojej ingerencji. Tutaj kogoś zastraszą, zlikwidują, zagrożą wyczyszczeniem kont bankowe i będę mieć masę informacji. Czyż nie?

Ironizował lecz ta ironia brzmiała co najmniej dziwnie od Eutanatosa, przedstawiciele Tradycji która niemalże słynęła z ostrych metod. Nie lubił technokratów nawet nie tyle za to co robią bo sam wiele razy z chęciom proponowałby zmniejszenie ich liczebności tak jak i Unia praktykowała czystki pośród Tradycji. Nie podobały się mu za to ich motywacje, dzieci które idą za jedną siłą, przymykają oczy na całościowy obraz i budzą się z ręka w nocniku kiedy jest już za późno, kiedy absolutna Statyka upada ku Entropii. Jego wzrok powędrował najpierw na Walerija, a następnie spoczął na Gustawie obserwując jego osobę kilka chwil. Gest, bicie serca, chaos z którego wyłaniała się układanka.

”Jeśli to wszystko to katharsis? Jeśli przeciwstawiam się prądom Entropii i chcę przeciwdziałać oczyszczającej katastrofie. Jeśli pójdę jak Unia w Statykę nie rozumieją, że Entropia musi trwać i to jej jej element. Będę walczył sam ze sobą? Alice, a jeśli to ma wpływ na nią to trzeba przeciwdziałać. Trudny los człowieka.”

Matematyk po chwilach milczenia postanowił kontynuować.

-Jeśli mam działać z ramienia Fundacji to muszę otrzymać wsparcie. Dostęp do ewentualnych bibliotek czy Węzła byłby mile widziany. Nie uśmiecha się mi współpraca z panami blaszanymi zupełnie nawet jeżeli jedyny metal który mają to ich zegarki...

Podniósł szklankę wody na wysokość swej twarzy wpatrując się w płyn.

-...ale oczywiście jeśli któryś ma odpowiednie informacje to z radością je przyjmę.

Zamoczył usta w wodzie i napił się składając w głowie całą sytuacje. Chyba rozsądniej byłoby pytać u źródła, u Wampirów.
 
__________________
Otium sine litteris mors est et hominis vivi sepultura.
Johan Watherman jest offline  
Stary 05-05-2009, 20:11   #7
 
Drusilla Morwinyon's Avatar
 

Od chwili, gdy tylko wstała i rozejrzała się po swoim, dość skromnie urządzonym pokoiku miała przeczucia, że ta noc nie będzie najlepszą w jej życiu... ani w nie-życiu, jeśli o to chodzi.
Łóżko, parę półek z książkami, biurko i rzeczy osobiste, ot nic specjalnego.. Pomijając może dość kosztowne i znakomicie wykonane skrzypce położone jak zwykle na honorowym miejscu, gotowe, by dłonie spokrewnionej ujęły je wydobywając z nich melodię odpowiadającą nastrojowi Alice.
Tej nocy jednak nawet gra na nich nie przyniosła jej spodziewanej radości...

* * *

Telefon od Grety łagodnie mówiąc zaskoczył ją i z całą pewnością nie ucieszył, pomijając to, że nie zwiastował on niczego dobrego, zostawały jeszcze względy problemów z przetransportowaniem siebie do centrum...
Które zważywszy na jej wygląd mogły być spore. Ale cóż, denerwowanie kogoś o pozycji Thun nie byłoby mądrym pomysłem, zwłaszcza, że musiała myśleć nie tylko o sobie.
Wychodząc z domu westchnęła i podążyła na spotkanie z osobami nie będącymi z pewnością w pierwszej dziesiątce tych, których chciałaby widzieć.

* * *

Przybyła jako jedna z ostatnich, cóż, w odróżnieniu od niektórych używała publicznego transportu, a na dodatek musiała uważać, by ktoś nie spróbował się nią zainteresować i odprowadzić "zgubę" do domu...
Nic zresztą dziwnego, zważywszy na na jej wygląd.
Niemal każdy, który widział ją po raz pierwszy brał ją za śmiertelną dziesięciolatkę o ciemnobrązowych włosach opadających na drobną twarzyczkę, z której spoglądały na świat duże ciemnoniebieskie oczy o wiecznie zamyślonym wyrazie.
Teraz to spojrzenie spoczywało na Grecie, a w głębi źrenic wampirzycy można było bez trudu dostrzec zmieszanie i niepokój.
Nigdy nie czuła się zbyt pewnie w dużych gronach spokrewnionych, a to, że została tu wezwana przez Sabatnika - a więc, co by nie mówić, wroga nie poprawiał jej samopoczucia.
Słysząc wzmiankę o Joseph'ie drgnęła wyraźnie i wpatrzyła się w przemawiającą z wyraźnym już niedowierzaniem.
Z trudem powstrzymała uwagę, że jest niemal pewna, że zważywszy na to, co zostało powiedziane chwilę wcześniej, to jej brat, ani nikt z jego "kasty", nawet, gdyby był w mieście nie obróciłby się raczej w popiół pod wpływem słońca.
Słuchając dalej wbiła wzrok w podłogę, z pewną fascynacją wpatrując się w podłoże, wodząc wzrokiem od jednego punktu, do drugiego,z tego... transu... wyrwało ją dopiero stwierdzenie, że mają tę sprawę załatwić, przez długą chwilę wpatrywała się w wampirzycę, nie wiedząc co właściwie powiedzieć, a gdy wreszcie doszła do siebie na tyle by zmusić wargi do wypowiedzenia protestu Thun już nie było.
Szczególnie zaniepokoiło ją stwierdzenie, że mają "wolną ręką"; gdy przywódcy każą podwładnym postępować tak, jak ci uznają za słuszne, znaczy to, że chcą móc w razie czego umyć od wszystkiego ręce i stwierdzić, że sami są bez winy.
Tak przynajmniej widziała to Alice.
Teraz jednak niewiele mogła zrobić, by coś zmienić, nadal więc nie odzywając się westchnęła i marszcząc lekko brwi spojrzała na resztę zgromadzenia wzrokiem zapędzonego w kąt bezradnego zwierzątka, po czym zwiesiła ponuro głowę, pozornie ze stoickim spokojem czekając na dalszy rozwój wydarzeń.
Schowana jednak w kieszeni biało-czarnej dresowej bluzy dłoń rozpaczliwie ściskała telefon, jeżeli w mieście działo się coś co mogło zagrozić jej bratu musiała jak najszybciej go ostrzec...
 
__________________
Co? Zwiesz dekadentami nas i takoż nasza nację?
Przyjacielu, ciężko myślisz, w innych czasach miałbyś rację.
Czyżbyś sądził, żeśmy tylko tępo w siebie zapatrzeni?
Nie wiesz, lecz to się nazywa ironia i doświadczenie.

Ostatnio edytowane przez Drusilla Morwinyon : 05-05-2009 o 20:18.
Drusilla Morwinyon jest offline  
Stary 05-05-2009, 22:44   #8
 
MigdaelETher's Avatar
 
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=-ERCuRmx4oQ[/MEDIA]


Hotelowy pokój tonął w półmroku. Od pokrytego błyszczącą okleiną, mającą imitować strukturę drewna, blatu odbijało się różowe światło neonu wieńczącego fronton budynku, stojącego po przeciwnej stronie ulicy. Całe pomieszczenie zaaranżowano w charakterystycznym, prostym, wręcz ascetycznym stylu. Pseudo drewniane meble firmy IKEA: stół, dwa krzesła, szafa z lekko już sfatygowanymi drzwiami wykonanymi z powodu oszczędności, a może w myśl jakiejś chorej, futurystycznej wizji projektanta, z tandetnego półprzezroczystego plastiku i łóżko na którym spoczywała nietknięta pościel w bordowe kwiatuszki, oto całe wyposażenie pokoju hotelu, tak zwanej klasy turystycznej.

Nagle z mroku, w kącie pokoju, do którego nie docierały barwne światła ulicy oderwał się cień. Po chwili przybrał kształt wątłej, kobiecej sylwetki. Lin Mei otworzyła szafę, ledwo co trzymająca się płyta z tworzywa sztucznego zabębniła o drewnianą ramę. Azjatka wyciągnęła ze środka dość sporych rozmiarów, czarną skórzaną torbę. Na idealnie owalnej, nienaturalnie bladej twarzy kobiety malowało się absolutne skupienie, kiedy ustawiała na stole niewielkie tabliczki pokryte skomplikowanymi symbolami. Zapaliła kadzidełko, złożyła dłonie, jej usta poruszały się bezgłośnie, kiedy rozmawiała z najbliższymi.





***



Uporczywie dzwoniący telefon zmusił Lin do oderwania się na moment od bladoniebieskiego ekranu laptopa, który upstrzony był masą pootwieranych okienek przeglądarki internetowej. Kobieta sięgnęła po komórkę, aparat niczym małe przerażone zwierzątko trząsł się w jej ręku, wydobywając ze swojego metalowego wnętrza przenikliwe, donośne dźwięki. Na niewielkim wyświetlaczu migało nazwisko dzwoniącej osoby - THUN - . Po chwili zastanowienia, Azjatka podniosła klapkę i odebrała telefon.

- Moshi, moshi...

Rozmowa była krótka i rzeczowa. Lin w wbrew sobie musiała przyznać, że nawiązanie kontaktu z Kin-jinką, przed którym tak się wzbraniała, było dobrym posunięciem. Greta faktycznie znała tu każdy kąt, każdą tajemnicę i nic nie działo się bez jej wiedzy, skoro w tak krótkim czasie udało jej się odnaleźć skradzioną figurkę. Pełna wyjątkowo optymistycznych myśli jak na jej melancholijna naturę Azjatka jechała na miejsce umówionego spotkania.

Jakież było jej zdziwienie, kiedy wkroczyła do sali pełnej...pełnej gaijinów! Uśpiony do tej pory demon podniósł swój plugawy łeb i wypełzł z najodleglejszych zakamarków jej świadomości. Starając się zachować spokój zajęła miejsce z boku, jak najdalej od tych parszywych stworzeń. Do zebranych wyszła Greta i stanowczym, władczym tonem zaczęła przedstawiać sytuację. Słowa wampirzycy docierały do Lin Mei jakby z oddali, zniekształcone i wypaczone, nawet to co działo się teraz na jej oczach przybrało jakiś dziwny karykaturalny wyraz, zdeformowana niczym odbicie w gabinecie luster, sylwetka Thun, na jej oczach unosiła się w morzu wszechobecnej czerwieni.

- Spójrz jak się na ciebie patrzą, tymi swoimi wielkimi, wyłupiastymi ślipiami, tacy wielcy, bezkształtni i toporni.- szeptał schrypnięty, lekko posapujący głos.

- Plugawi barbarzyńcy, brudne psy w rynsztoku gryzące się po jajach, a ty siedzisz wśród nich, nazywają cię swoją krewniaczką, wydają ci polecania!- coś syczało jej za uchem.

- Tak, tak! Taka zniewaga, taki dyshonor! Jedyne co może go zmyć to ich krew, jedyne co może nas usatysfakcjonować to ich brudna, plugawa posoka! - wysoki kobiecy głos wtórował pozostałym.

Walcząc ze wszystkich sił aby nie zawładnęła nią Natura Cienia, Mei machinalnie wzięła z wyciągniętej w jej kierunku ręki zdjęcie. To co zobaczyła na fotografii pozwoliło jej zapanować nad budzącym się demonem. Greta odeszła zostawiając zebranych samym sobie. Lin już miała wstać i opuścić to przeklęte miejsce, kiedy siedząca obok wampirzyca poruszyła się, skórzany płaszcz, w który była spowita zaskrzypiał cichutko. Azjatka beznamiętnym spojrzeniem zlustrowała skrywającą się za ciemnymi okularami kobietę. Powoli podniosła się z krzesła, delikatna, dziewczęca sylwetka i nienaturalnie blada cera upodabniały ją do wielkiej, porcelanowej lalki w którą ktoś, magicznym sposobem tchnął iskrę życia.

- A więc jesteś Magiem?! - rzuciła ni stąd ni zowąd wampirzyca, przez jej twarz przemknął, prawie nieuchwytny grymas zdziwienia - Muszę pogadać z jednym z was. A skoro już tu jesteś, zostań chwilę, aby wyjaśnić mi jedną rzecz.




Lin jeszcze raz spojrzała na gaijinkę. Jej duże, skośne oczy nie wyrażały, żadnych emocji, były martwe. Nie zwlekając dłużej Azjatka ruszyła w kierunku ściany, kiedy do niej doszła jej drobna postać jakby nagle stopiła się z kamiennym murem... zniknęła*.

***





Kilka minut później Mei siedziała w taksówce która miała ją zawieść do najlepszej chińskiej restauracji w mieście. Dziewczyna jeszcze raz spojrzała na nabazgrany niewprawną ręką ciąg znaków na odwrocie zdjęcia, westchnęła zrezygnowana i sięgnęła po telefon komórkowy. Wybrała numer z listy.

- Moshi, moshi... Witaj wielce czcigodny Nakayama Jigoro - nawet rozmawiając przez telefon, Lin skłoniła się mimowolnie.

- Droga Lin Mei, zapewne dzwonisz, aby przekazać mi, a za moim skromnym pośrednictwem panu Fu, dobre wiadomości. - dźwięczny ton, spokojnego męskiego głosu był jak balsam dla zranionej duszy Azjatki - Przyznam, że nie spodziewaliśmy się wieści od ciebie tak szybko,ale tym bardziej nas to raduje.

- Niestety drogi mistrzu, wybacz mi proszę, ale to z czym pragnę się do ciebie zwrócić, nie do końca ucieszy ciebie i czcigodnego pana Fu - dziewczyna zagryzła wargi - Zgodnie z polecaniem wielce czcigodnej pani Tanaka Youriko skontaktowałam się z ową Kin-jinką. Pierwsze spotkanie przebiegło bez zarzutu, przeklęta suka chciał tylko uśpić moją czujność! Dzisiaj, wezwała mnie do gniazda tego plugastwa, nazwała bratanicą, która przybyła tu załatwić sprawy swojego klanu!

Po drugiej stronie słuchawki panowała cisza.

- Cóż za obelga dla mnie! Dla Dworu i naszego czcigodnego Przodka! - kontynuowała Lin - Jest jednak, jest też iskra szczęścia w tej czarce goryczy, być może niedługo uda mi się odzyskać naszą zgubę, jeśli dobrze rozumiem, lokalni Kin-jini, chcieli wykorzystać ją do jakichś swoich bluźnierczych rytuałów, właśnie jadę zbadać to miejsce.

- Ehhh ten smoczy pomiot, zawsze uważałem, że nie można ufać tym, którzy pławią się w zwodniczym strumienia szkarłatnego chi. - powiedział stanowczo mężczyzna, po czym dodał już spokojniej - Pamiętaj, że jesteś silna i jesteś prawdziwą córą naszej ziemi. To barbarzyńskie plemię nie może dotknąć twojego serca, ani naruszyć twojego wewnętrznego pokoju. Przekażę twoje słowa panu Fu, pamiętaj, że ja i on cały czas jesteśmy z tobą i wspieramy cię swoją siłą i mądrością w tej trudnej misji na odległej skandynawskiej ziemi.

- Po stokroć dzięki wielce czcigodny Nakayama Jigoro - Lin już miała skończyć tę rozmowę, kiedy nagle coś sobie przypomniała - Przekazano mi również informacje, że do Malmo ma przybyć wysoko postawiony przedstawiciel 0...ale jeszcze go tu nie ma...

- Rozumiem postaram się czegoś więcej dowiedzieć, niech duchy mają cię w opiece moja droga Lin Mei - przerywany sygnał, oznajmił koniec rozmowy, taksówka właśnie podjechała pod elegancki lokal stylizowany na chińską pagodę.

Kobieta wysiadła z samochodu, jednak zamiast do głównego wejścia skierował swoje kroki w boczna uliczkę. Wspięła się po wąskich schodkach oświetlonych czerwonymi lampionami.



Drzwi prowadzące do kuchni były lekko uchylone, kiedy je otworzyła z wnętrza buchnęła para, po chwili oczom dziewczyny ukazała się grupa przyodzianych w białe uniformy mężczyzn uwijających się przy przygotowywaniu wykwintnych, wschodnich potraw.

- Przepraszam bardzo - cichy głos utonął w kakofonii pobrzękujących naczyń i skwierczącego tłuszczu.

Dziewczyna postąpiła parę kroków na przód*.

- Przepraszam bardzo - tym razem mężczyźni jak na komendę skupili swoją uwagę na wątłej, stojącej w drzwiach istotce - Czy któryś z panów mógł by mi to przetłumaczyć? Szef mi kazał, ale nieobyty Szwed nie odróżnia Koreańczyka od Japończyka, a tym bardziej Chińczyka...
 
__________________
Zagrypiona...dogorywająca:(

Ostatnio edytowane przez MigdaelETher : 19-05-2009 o 20:07.
MigdaelETher jest offline  
Stary 07-05-2009, 21:01   #9
Banned
 
Joseph, Walerij & Gustaw - restauracja.



. .

Przyjemne wnętrze restauracji w Hotelu Rica, w którym Gunnar przyjął swoich znajomych powoli się zapełniało gośćmi . Mężczyzna sprawiał wrażenie, że coraz bardziej jego myśli krążą wokół tematów odległych i całkowicie niezwiązanych ze spotkaniem.


- Bracia Kamprad, jeżeli jeszcze są wilkołakami, są chyba najlepiej znającymi się na takim burdelu... Znaczy... Chciałem powiedzieć... Eeee... Na takiej sytuacji jaką mamy w mieście... Istotami... Tu i teraz. Zapewne zauważyliście, że każda płaszczyzna magiczna w tym mieście po prostu oszalała. Nie wiem dlaczego... Podejrzewam Unię. – powiedział po chwili zastanowienia – widziałem już coś takiego w waszym wykonaniu, po wszystkim została spalona ziemia... Nie wiem niestety jak to zostało wywołane... Wtedy też wyczuwałem tylko śmierć... Jednak to nie jest moja dziedzina... Jeżeli to Wasza sprawa to radzę to szybko posprzątać – to co zrobiłem wytrwa... najdalej... do drugiego maja. Wszyscy Śniący nie są świadomi tego całego bajzlu... Niestety, to kosztuje mnie bardzo dużo... Chcę umrzeć w moich rodzinnych stronach. Wyjeżdżam. Teraz. – odwrócił wzrok na chwilę, po czym wyciągnął klucze z kieszeni i położył je na stole – To klucz do stajni przy zamku. Pod nią jest niewielki węzeł – niestety jest dość niestabilny i, prawdę powiedziawszy, nie wiem co się teraz z nim dzieje... Biblioteka... biblioteki są bezużyteczne... Czegoś takiego nie ma, to co się tu dzieje nie ma prawa istnieć...Sprawdziłem i nie sądzę...



Chwycił się za twarz i spod jego palców wyciekło kilka strużek krwi. Po chwili odjął rękę, ale twarz była już zregenerowana. W źrenicach jednak coś pozostało...

. .


- Ponieważ pewnie się nie zobaczymy już więcej... Żałuję, że nie rozegrałem ostatniej partii wcześniej... Można powiedzieć, że własne przez zaniechanie dałem Unii wygrać. Jednak... Jeżeli nie wy to wykombinowaliście ten „mess”... Przepraszam, mój czas kończy się nieubłaganie... A wolałbym, abyście nie widzieli mnie gaworzącego jak dziecko... Tej satysfakcji Wam nie dam!



Wstał; nie do końca panując nad swoimi mięśniami, jakby był pijany lub bardzo zmęczony. Rzucił na stolik dostatecznie dużo, aby wystarczyło na rachunek.

- Według mnie teraz nie ma ani Tradycjonalistów, ani Technokratów...

Wyprostował się dumnie, nie komentując tego co właśnie powiedział i podążył w kierunku wyjścia. Po kilku chwilach już nic nie pozostało z aury, którą wokół siebie roztaczał.


.
 
Aschaar jest offline  
Stary 08-05-2009, 00:00   #10
 
Ratkin's Avatar
 
Sytacja coraz bardziej niepokoiła Gustawa, zachował on jednak twarz pokerzysty. Mężczyzna mieniący się przywódcą lokalnego zboru mistyków wykazywał symptomy jakiejś postępującej z każdą chwilą demencji. Od początku spotkania miał problem z wyrażaniem swoich myśli, posługując się do tego językiem odpowiadającym raczej słabo wykształconemu nastolatkowi, niż poważnemu, oczytanemu… okultyście. Zapewne mężczyzna miał jakieś naukowe tytuły i przykro było oglądać jak taki umysł rozpadał się na oczach tylu ludzi. Nic jednak nie tłumaczyło czemu używał zwrotów i słownictwa gorszego od nastoletniego Asystenta Gustawa? Mężczyzna zdawał się nie mieć w ogóle pojęcia o tematyce którą poruszał…

Wszystko to prowadziło do wniosków, że albo ktoś się pod niego podszywał, albo kontrolował jego ciało, albo… Gustaw odrzucał wciąż myśl że ten przykry człowiek naprawdę był przywódcą jego antagonistów. Bacznie obserwował każdy, nawet najmniejszy ruch, gest, grymas na twarzy prowodyra tego spotkania, licząc że wrodzony Geniusz pozwoli mu zrozumieć czego właśnie był świadkiem. *

Jedyne co mogło zdradzić jego zdenerwowanie, to fakt że w niemalże pustej już filiżance, odnalazł jeszcze nieco pieszczącego jego zmysł smaku napoju.



Kiedy Gunnar opuścił pomieszczenie, nie było więcej powodów by pozostawać w tej niezręcznej ciszy którą pozostawił po sobie.

-Panie Blackborn. –zwrócił się do siedzącego obok… niestety mistyka.-To dla mnie zaszczyt poznać pana osobiście. Czytałem wiele pana prac. Wiele trafnych teorii, szkoda że nie mam obecnie czasu ich przedyskutować. Przyznam, że jeśli sytuacja zmusza do współpracy nasze… zrzeszenia to, proszę wybaczyć brak skromności, ale nie mogliśmy lepiej trafić...

-Jeśli mamy jakoś ogarnąć ten...-
Gustaw przełknął na wspomnienie słownictwa nieobecnego już Mistyka- ...bałagan, proponuję przenieść się w miejsce, gdzie będziemy to mogli zrobić w spokojnych, przewidywalnych warunkach. Zapraszam panów do siebie. Myślę że podczas dzisiejszych badań zebrałem już nieco istotnych dla nas informacji. Wspólnie, zdziałamy więcej...-uśmiechnął się przyjaźnie, lecz zarazem naprawdę szczerze w stronę Blackborna.
 
__________________
-Only a fool thinks he can escape his past.
-I agree, so I atone for mine.


Sate Pestage and Soontir Fel

Ostatnio edytowane przez MigdaelETher : 08-05-2009 o 00:04.
Ratkin jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:25.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168