Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 28-12-2009, 17:39   #1
 
one_worm's Avatar
 
[owod] W matni +18

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=m8RDMiwlUGM&feature=PlayList&p=7A9CC168436 74B7F&playnext=1&playnext_from=PL&index=42
[/MEDIA]

---===Prolog===---

1920 Grudzień 15 dzień miesiąca.Środa.

Dziewięć dni. Tyleż pozostało do wigilii Bożego Narodzenia, dwa razy tyle do wesela. Obecnie każdy gangster, nieważne kim by nie był obwieszczał się Donem, bo było to modne. Każdy Don miał swoich Consiliere i choćby miał to być zwykły gang jakiś przemytników czy innych hi-jacków to i tak oni są w rodzinie bo dla jakiejś pracują. Obecnie jest prohibicja, ale Yale i jego imperium trwają. Jedna z jego córek wychodzi za mąż. Podobno sam Yale ma się tam pojawić. Zaraz obok prokuratora stanowego, z obstawą Policji. To jest ciekawe właśnie, jak pieniądze korumpują ludzi, dobrych i prawych, sprawiając, iż przymykają oko na to i owo. Taki na ten przykład prokurator Alejandro, powinienie posadzić Capona już dawno za kratki lecz tego nie zrobił. Oczywiście zapytajmy się go o to...
- Witam! czy móglłby mi pan powiedzieć dlaczego Alphonso Gabriel Capone zwany Blizną lub Al'em nie siedzi w więzieniu? John z Times- rzekła jakaś osoba której towarzyszył błysk fleszu. Chwilowe oślepienie minęło. Młody prokurator zmierzył krytycznie człowieka-dziennikarza ubranego w prochowiec i odrzekł
- Capone jest czysty. Jak dotąd nie udało się go złapać na żadnym przestępstwie. Pan twierdzi, że Yale jest jego pracodawcą, oraz, że ma jakieś imperium zła. To nie prawda I mogę zapewnić o tym pana...

Tak mogła by wyglądać konwersacja prawnika z dziennikarzem. Oczywiście Alejandro musiałby być skorumpowany i zepsuty... Choć prawdą jest, iż nie miałby haka na Capona, a Yale to nie był jego rewir i jego zmartwienie.
Tak czy inaczej witajcie w świecie okazji, gdzie oportunista może więcej aniżeli uczciwy obywatel.

Michael Braddock siedział za swoim biurkiem. Deszcz zmieszany ze śniegiem padał z nieba niemiłosiernie, a porywisty wiatr dodatkowo wzmagał poczucie strachu we wszystkich żywych istotach tego miasta. Zimą dość szybko robi się ciemno, wyjący wiatr i cały ten chlew jednakże nie przeszkadzał młodemu detektywowi. Właśnie skończył rozmowę z kobietą, która jest teraz jego pracodawczynią. Popijał kawę, lura jakich mało ale sprawiała iż trzymał się na nogach. Michael siedział na krześle ogarniając całym swym umysłem zlecenie. Trzeba wiedzieć, że pan Braddock nie był w ciemię bity i na swojej robocie się znał, nie raz przyłapał parę kochanków, nie raz przyłapał ludzi na gorącym uczynku. Jednak to zlecenie było dziwne. Tajemnicą już nie jest, że mafia poprzez port przemycała alkohol do stanów. Kwestią inną jest to, że brakuje ciała. Dziwnym i niepokojącym faktem jest także to, iż ciało to powinno być na miejscu, czy raczej w kostnicy. Pełno świadków widziało jakiegoś jegomościa który wchodził do tego pechowego magazynu, a tajny raport, czymś co dysponowała jego klientka, wspominał o kapitanie portu, Mavericku Stienie, który przez okno widział jak ciało zamienia się w proch. Braddock nie był może przesadnie religijną osobą jednak "w proch się obrócisz" nie zajmowało ułamków sekund. " Trzeba będzie pojechać do portu przeszukać magazyn i na dodatek przejechać się do koronera..."


Alejandro siedział nad robotą. Alejandro Casilla był nikim innym jak prokuratorem. Nie był oczywiście prokuratorem stanowym ale to nie zmieniało fakt, że bardzo się starał nim zostać. Przynajmniej tak by wskazywało jego dotychczasowe życie i osiągnięcia. Trzeba wiedzieć wam, że gazety bardzo opłakiwały później jego śmierć., jednak wszyscy - choć nikt o tym otwarcie nie mówi - powiązali jego nagłe zejście "u progu błyskotliwej kariery" ze sprawą w porcie. Zanim jednak go uśmiercimy, popatrzmy na niego i przyjrzyjmy się jemu, gdy żył. Alejandro właśnie siedzi za biurkiem. Przegląda teczki. Każdy kto uważnie się im by przyjrzał, od razu zauważył by iż są to teczki lokalnych hi-jacków oraz materiały przeciw nielegalnym barom i ich właścicielom. Należało by spojrzeć na jego skupienie na twarzy. Sprawa w porcie była sprawą nie z jego rewiru, jednak z powodu wojny mafii nikt już na rewiry nie patrzył. Czytał właśnie kopię raportu wg. którego jakaś osoba dostała serię w klatę i nim doleciała do podłogi - "wyparowała", pozostawiając po sobie kupkę prochu. Oznaczało to jedno - Maverick Stein - kapitan portu, albo brał narkotyki, albo był pijany albo reszta świata o czymś nie wie... jednak na miejscu prochy zostały odnalezione....


Patrick Jest był chirurgiem. Przynajmniej tak odpowiedział by władzy, gdyby ta się go o to zapytała, w istocie był swego rodzaju wirtuozom i upiornym dyrygentem orkiestry pod tytułem ciało człowieka. Nie był psychiatrą i nie wiele go obchodziło to, co widzieli ludzie Capone'a... a raczej nie wiele by go to obchodziło. Dwoje ludzi pojechało przejąć magazyn - ot zwykła gra mafii, coś co doktora nużyło i nie bardzo interesowało, jednakże widzieli coś ciekawego, coś co zachwiało ich delikatną psychiką i sprawiło, że niemalże stali się strzępkiem nerwów. Twierdzili, że po zabiciu "ochroniarza" magazynu, ten wyparował, zamienił się w proch nim dotknął podłogi. Normalnie uznał by to za bujanie lecz z tego co dowiedział się kanałami, niekoniecznie oficjalnymi to policja ciała szuka. Szczegóły zna od tych dwoje ludzi, a w zasadzie dopiero pozna...


Tymczasem w pewnym warsztacie samochodowym, w którym szyld już dawno odpadł, a stary mechanik ledwo wiązał koniec z końcem siedział młody chłopak. Chłopak z przejęciem i jak by z zapałem wyższej sprawy próbował przywrócić do życia stary od dawna nie chodzący silnik. Chłopak był dość niezwykły - otóż techniczne rzeczy szły mu bardzo dobrze - naprawa, budowa to było jego hobby, specjalność oraz cały świat. Siedział nad tym silnikiem już drugi tydzień i w wolnych chwilach dłubał przy nim. O ile robota w warsztacie była dość ciężka o tyle jakoś mu to nie przeszkadzało. Chłopak w pełnym skupieniu przy wątłym świetle próbował dojść dlaczego kabel - który wymienił wczorajszego dnia na nowy - ponownie się spalił. Choć próbował już wszystkiego za cholerę ten silnik odpalić nie chciał, a mimo ustawicznych napraw coś się gdzieś przepalało. Stary - jak zwykł myśleć o swoim pracodawcy - już wiele razy przyłapywał chłopca nad silnikiem i Arthur - bo tak miał na imię - podejrzewał, iż starty ma coś do czynienia z tym wszystkim. Spojrzał na zegarek. Dochodziła godzina 20 i co ciekawe jak się tak przyglądał wskazówki miast posuwać się swoim stałym rytmem do przodu... poczęły się cofać. Arthur z wrażenia zamrugał oczami. Gdy to zrobił jak za sprawą dotknięcia magicznej różdżki wskazówki sunęły leniwie po tarczy w swym zwykłym biegu. Odkąd pamiętał, gdy się przemęczył widział tego typu rzeczy. Uznał, że pora się wynosić z warsztatu, odebrać skromną dniówkę i coś zjeść.

Diego siedział w barze. Jego majątek, tenże dom był jego twierdzą. Wąż miał wiele planów i wiele do zrobienia, wiedział, że to wszystko co do tej pory zrobił to jedynie pierwszy krok ku zemście i lepszemu jutru. Jego jutru. Siedział właśnie w swoim biurze popijając trunek zakazany - whiskey lecz łyk tegoż trunku sprawiał, że myślał szybciej, jaśniej... Diego nie miał w zwyczaju pić - szczególnie pić samemu, jednak w gazecie wyczytał coś, co sprawiło mu wielką radość. Ludzie Yale'a nie zdołali zająć punktu przerzutowego. Jego nowi znajomi na pewno byli wściekli lecz on był zadowolony. Alkohol mógłby zdrożeć nawet i dziesięciokrotnie lecz ta chwila i to wyobrażenie rozczarowania na gębach Yale'a i jego ojca chrzestnego Capona była wystarczającą nagrodą. W końcu uda mu się zrealizować plan, jednak by w końcu w jakiś sposób obciążyć Capone'a i Yale'a musiał zrobić ostatnią rzecz, pewną przysługę policji. Musiał podrzucić im pewne dokumenty - księgi i rachunki, te prawdziwe, te za alkohol. Musiał je podrzucić tak by nikt go z nimi nie powiązał. Jeśli by mu się to udało to byłby bliżej zemszczenia się niż kiedykolwiek. Lecz najpierw te księgi musiał zdobyć, a były na wyciągnięcie ręki. Na szczęście pewna osoba -Andy Wolski - posiadała do nich dostęp... Teraz pozostało mu się umówić, przygotować pieniądze i czekać cierpliwie...


William był od zawsze dzieckiem, które miało wszystko co chciało. Rodzice byli bardzo majętnymi osobami, Jak każda osoba, która posiada większe pieniądze, tak samo jego ojciec spełniał praktycznie każde zachcianki jego synka. Gdy był dzieckiem jego zachcianki sprowadzały się do prostych zabawek i tego typu rzeczy. Teraz jednak wkraczając w dorosłe życie, zamarzył mu się antykwariat. Dzięki pieniądzom które posiadał jego ojciec szybko znalazł lokal oraz pomoc. Wszystko co posiadał to były starocie. Starocie warte więcej niż nie jeden budynek w tym całym mieście, traktujące o różnych rzeczach. Andy - jego przyjaciel - żartował nawet, że tutaj znajdą się nawet i zwoje Aleksandryjskie, jak by dobrze poszukać. Była to w pewnym sensie prawda, każdy z tych przedmiotów miał swoją historię, a tych przedmiotów było już tyle, że każda pedantyczna osoba załamała by ręce, jeżeli miała by to wszystko ogarnąć, policzyć, skatalogować i zaprowadzić tutaj porządek. Dzisiaj miała wpaść jego dziewczyna i przyjaciel. Andy był synem imigranta z Polski - kraju o tradycjach które William uważał za dość ciekawe i długiej historii, niekoniecznie szczęśliwiej. Andy poprosił Williama o przechowanie jakiejś książki przez dwa dni - ponoć ważna książka i nakazał, żeby jej nie otwierać ani nie przyznawać się, że ją ma. William zastanawiał się co to za księga, lecz ufał swojemu przyjacielowi, ufał na tyle, że się zgodził. W końcu to tylko książka.
 
__________________
Do szczęścia potrzebuję tylko dwóch rzeczy. Władzy nad światem i jakiejś przekąski.
one_worm jest offline  
Stary 28-12-2009, 20:03   #2
 
Vampire's Avatar
 
Diego siedział wygodnie na krześle dokańczając szklankę whisky. Jego gabinet składał się z biurka postawionego trochę dalej niż środek pomieszczenia, przy drzwiach stał wieszak, była tam szafa i elegancka komódka. Ściany malowane były na kolor ciemnoczerwony, a podłogę pokrywał czarny dywan z złotymi wzorkami. Na biurku stała lampka oświetlająca czytaną przezeń gazetę. Prócz owej lampki było w pomieszczeniu inne źródło światła, jednak pokaźna lampa była obecnie zgaszona. Mebel, przy którym siedział mężczyzna był z dębowego drewna, a na samym jego krańcu błyszczała złota wizytówka z wygrawerowanym napisem „Diego Salvery”. Jego nowe nazwisko pasowało mu doskonale i był dumne z jego wyboru. Dopił alkohol, uśmiechnął się i powolnym krokiem wyszedł z ciemnego pomieszczenia. Jego oczom ukazał się dorobek jego życia i jedno z głównych źródeł utrzymania. Utrzymany w półmroku bar otulony czerwonymi ścianami, na których wisiały rozmaite obrazy przyciągał tutaj nie jedną duszę. Bar ciągnął się przez całą długość lokalu, za nim stał czarnoskóry barman Joe podający napoje i ewentualne drinki. Po lewej stronie baru były dębowe drzwi prowadzące na ulice miasta, a przy nich stały pokaźne, dwa wieszaki. Po prawej zaś ciągnął się korytarz prowadzący do małych, specjalnych pokoików oraz łazienek. Resztę przestrzeni, w środku zajmowały okrągłe stoliki okrytych czerwonymi obrusami, na których stał świecznik z jedną czarną świecą w środku, a wokół każdego stoliczka ustawione było po cztery, również dębowe krzesła. Podłogi tutaj jednak nie pokrywał dywan, lecz ciemne jak smoła panele. Ruch był tego dnia średni, jednak jego kochane panie nie narzekały i wypełniały swoje obowiązki. Wokół gdzieś powinni się kręcić ochroniarze… Wreszcie przyuważył jednego i zdecydowanym gestem kazał mu podejść. Ubrany w garnitur mężczyzna z ogoloną głową i nieco kwadratową szczęką przybliżył się. Miał na imię John i charakter miał prosty i pospolity jak jego imię.
- John, mam dla Ciebie robotę, masz znaleźć dla mnie Andy’ego Wolskiego i zaprosić go do mnie na jutro na godzinę 20. Bądź grzeczny i postaraj się by przyszedł, jak się spiszesz to może Ci nawet coś odpalę dodatkowe.
- Dobrze. – odezwał się mężczyzna i wyszedł. Sam Diego usiadł sobie przy barze i począł rozmawiać z Joe, lubił z nim rozmawiać, zawsze znalazł się jakiś temat do dyskusji i był pewien, że gdyby wypłynęło coś w trakcie rozmowy Joe nie sypnął by go policji.
 
Vampire jest offline  
Stary 29-12-2009, 01:41   #3
 
majk's Avatar
 
Z kwaśną miną detektyw ubierał płaszcz spoglądając za okno. Mimo, że rzęsisty deszcz ustał -chwilę temu i cholera wie na jak długo- to pozostawił po sobie mieszankę błota i śniegu na prawie pustej St Lucas Avenue. "Nie turystyczna pogoda, ale z czegoś żyć trzeba"- pomyślał, a jego twarz znowu wykrzywił grymas jednak tym razem na smak dopijanej właśnie kawy. Prohibicja nie przeszkadzała mu, nie pijał alkoholu mając wciąż w pamięci obraz swojego ojca, który jak to się ładnie mówiło "miał problem alkoholowy", ale za to ohydny smak kawy mierził go podwójnie. Sprawdził stan gotówki w portfelu obiecując sobie po cichu w drodze powrotnej kupić jakąś dobrą mieszankę do biura. Wcisnął na głowę kapelusz i zamknął drzwi biura po czym zszedł na dół by po paru sekundach znaleźć się na ulicy. Widział wcześniej co się dzieje za oknem, ale zimny wiatr na który nie był przygotowany zjeżył mu włosy na karku. Nic to, kierunek doki -rzucił sam do siebie. Detektyw bynajmniej nie szukał na siłę atrakcji na ten ohydny zimowy wieczór, ale z doświadczenia wiedział, że trop im świeższy tym lepszy i tym łatwiejsza później jego praca. Dobrze przynajmniej, że port znajdował się niedaleko, chociaż może to szybkie tempo marszu wymuszone przeszywającym zimnem skróciło dystans. Dokładnie wiedział czego szuka w tym śmierdzącym rybą i mułem miejscu jednak gdy już się tam znalazł głowę wypełniły myśli wcale ze sprawą nie związane. Doki były dla Braddock'a jedną z mniej lubianych części miasta nie tylko ze względu na zapachy. To tutaj jego świętej pamięci ojciec, irlandzki imigrant Joseph Braddock, pracował przez niemal dwadzieścia lat przy przeładunku towarów za marne grosze by utrzymać żonę i dwóch synów. Michael dobrze znał doki właśnie z dzieciństwa i mimo całego żalu i gniewu do tego miejsca odczuwał też rodzaj sentymentu czy wdzięczności dla ciężkiej pracy ojca w porcie. Jego koncentracja wróciła do priorytetów dnia dzisiejszego. Najpierw chciał porozmawiać z kapitanem Stienem lub/i innymi świadkami, którzy mogliby rzucić nieco światła na trupy, zarówno te spakowane w skrzyniach jak i te zamieniające się w kurz. O ile Michael wychowany w irlandzkiej rodzinie katolików był osobą mocno wierzącą, o tyle w rewelacje o "obracaniu się w pył" po oberwaniu serią z PM'u nie wierzył wcale. Dopiero po wysłuchaniu świadków zamierzał rozejrzeć się po feralnym magazynie szukając czegoś co mogłoby pomóc mu w śledztwie, a co przeoczyły "psiaki"- jak zwykł nazywać często nieudolnych bądź po prostu leniwych funkcjonariuszy miejskich. Kolejność była dla niego o tyle istotna, że zeznania świadków spisane w notatki kształtowały jego wyobrażenie sytuacji, a będąc na miejscu zdarzenia mógł już szukać różnic i wspólnych z tym co zobaczy i wydedukuje. Raport który dziś dostał był bowiem laiczny, krótki i nie zawierał praktycznie żadnych konkretnych informacji jakby ktoś kto spisywał go sam nie wierzył w to co raportował albo nie chciał tych informacji ujawniac. Sprawa, którą dziś dostał śmierdziała już od samej zleceniodawczyni poprzez gówniany raport i niejednoznaczną jatkę w magazynie. Nie jemu jednak osądzać osoby czy wydarzenia o które się rozchodziło. Był detektywem, a w tym fachu obiektywizm i wysoki próg tolerancji na poszlaki to najwyższe karty.
 

Ostatnio edytowane przez majk : 30-12-2009 o 17:40.
majk jest offline  
Stary 29-12-2009, 02:22   #4
 
Eliasz's Avatar
 
"Gdyby tak posiąść cały czas świata..." William pozwolił sobie na chwilę zadumy, próbując opanować roztargnięcie spowodowane nieoczekiwaną wizytą. Jeden gość dla samotnika takiego jak William to dużo, ale dwóch na raz... Krzątał się po swojej ogromnej willi nie wiedząc właściwie czym się zająć. Nie mógł skupić myśli na czytaniu czy pracy, tym bardziej, że po głowie co rusz nurtowała go myśl o książce którą miał dostać na przechowanie. " Jak to miałbym do niej nie zaglądać?...Dlaczego?..." Im dłużej się nad tym zastanawiał tym bardziej pragnął poznać jej zawartość i tym bardziej nie mógł się odczekać wizyty...tak niespodziewanej i zaskakującej.
William lubił Andego, praca w bibliotece sprawiała iż mieli wspólne zainteresowania i dość chętnie wymieniali się wiedzą. Fakt , że to Andy miał mu przynieść specjalną książkę na przechowanie, sprawiało, że sprawa była bardzo intrygująca. " Może coś znalazł w tych przepastnych archiwach?"
Długo jeszcze nie mógł dojść do siebie, poganiał nieco nerwowo służbę, starając się aby wszystko wyglądało nienagannie. Zastawa i gorące dania miały być gotowe na czas, w razie spóźnienia miały być gotowe inne dania... William nie miał siły do wymyślania potraw, zresztą właściwie nigdy kuchnią się nie zajmował. Polegał na tym co wiedział o swoich przyjaciołach, dziewczynie, starał się im sprawić przyjemność serwując ich ulubione dania. Aby nie popaść w monotonię czasami eksperymentował z czymś orientalnym. Gdy już nic nie przychodziło mu do głowy zdawał się na kamerdynera, znacznie zresztą częściej niż chciałby przyznać.
Jedynie Maxowi - swojemu wilczurowi, poświęcał pełnię uwagi nie pozwalając by wyprowadzaniem czy karmieniem zajmowała się służba. Pies wiernie towarzyszył swojemu panu wiecznie warując, węsząc i sapiąc. William prawdziwym zaufaniem darzył tylko swojego psa, choć w dużym stopniu ufał tez własnemu ochroniarzowi Klausowi, byłemu ochroniarzowi ojca Williama.
Zaufanego kamerdynera Shultza poprosił o sprawdzenie wieczornego repertuaru - na wypadek gdyby większość zechciała rozerwać się nieco wieczorem, upewnił się też, że wino i zamówieni grajkowie będą czekać wieczorową porę , na chwile "sam na sam" z Sarą. Zamierzał przygotować jej romantyczny wieczór. Oczywiście ponad pięćdziesięcioletni już Shultz nie zamierzał nigdzie udawać się osobiście, był kamerdynerem więc dysponował resztą służby w domu, jemu William zawierzał ład i porządek w mieszkaniu a także dbanie o wszelkie wygody jakie Williamowi były potrzebne do szczęścia. A przynajmniej o większość wygód...
 

Ostatnio edytowane przez Eliasz : 29-12-2009 o 02:48.
Eliasz jest teraz online  
Stary 29-12-2009, 09:22   #5
 
malkawiasz's Avatar
 
Było już grubo po północy jak skończyli. To była wyjątkowo spokojna noc więc miał do załatania tylko dwa ciała. Oczywiście obaj żyli, ale dla niego to zawsze były ciała lub przypadki. Dzisiejsze przypadki były średnio ciekawe więc pozwolił się wykazać swemu asystentowi. Jak na swój wiek Noel był wyjątkowo kompetentnym asystentem.

„A niby jaki ma być, przecież to JA go nauczyłem wszystkiego”.

Rzucił narzędzia na tacę, a fartuch niedbale cisnął w kont. Pielęgniarka potem sprzątnie wszystko, w końcu za to jej płacił.

- Zaszyj go, a jak się obudzi daj mu jakieś przymulacze, żeby mi nie płakał pól nocy, jak tamten ostatnio – rzucił do Noela zdejmując rękawiczki.

- Na dzisiaj to już koniec, jak zrobicie swoje możecie iść do domów.

Nie żegnając się z personelem niespiesznie wspinał się do mieszkania. Cała piwnica jego willi była zaadaptowana na mini szpital. Niewielki pokój zabiegowy, sala do przeprowadzania poważniejszych operacji i pokój gdzie pacjenci mogli poleżeć dzień lub dwa. Wszystkie te pomieszczenia wyposażone były w sprzęt, którego mogły mu pozazdrościć niektóre szpitale w mieście. Cóż, Pan Capone hojnie mu płacił za łatanie jego ludzi, a on nie zamierzał oszczędzać na sprzęcie. Mimo, że nigdy niczego mu nie brakowało Dr Jest nie był człowiekiem, który przywiązuje wagę do otaczających go luksusów. Dywany, obrazy, modne ciuchy traktował jak powietrze. Wszystko się jednak zmieniało gdy wchodził do swojej piwnicy. Tutaj sprzęt musiał być zawsze najlepszej jakości, nie dla tego iż zależało mu życiu swoich pacjentów. Po prostu nie cierpiał partactwa. Nic więc dziwnego, że jego narzędzia były zawsze najnowsze i najlepsze. Miało to oczywiście swoją cenę, ale kogo to obchodziło. Zresztą niektórych narzędzi nie znaleziony by nigdzie poza jego piwnicą, zostały wykonane na zamówienie wedle jego projektu.

Skończywszy łatanie na dzisiaj wziął szybki prysznic by spłukać z siebie zapach antyseptyków. Najpierw gorący, a na koniec lodowato zimny by pobudzić swój organizm do akcji. Wdziawszy zielony, puszysty szlafrok udał się do salonu. Od ponad tygodnia pracował prawie noc w noc wiec jego organizm przyzwyczaił się i mimo późnej pory nie czuł zmęczenia. Z kubkiem kawy, do której wlał kapeńkę czegoś mocniejszego zasiadł w fotelu i włączył radio.

Chwile słuchał lecz nie dowiedziawszy się niczego istotnego ściszył i sięgnął po Timesa. Z przyzwyczajenia zaczął od rubryki zdrowie lecz widząc nagłówki z nazwiskami ludzi, którymi gardził prychnął pogardliwie i wziął się za wiadomości. Intrygowały go wieści, które dotarły do niego wczoraj. Nawet czytając między wierszami niewiele się z prasy dowiedział.

- Komuś chyba bardzo zależy by nie nagłaśniać tej sprawy. Komuś kto najwyraźniej rządzi policją, albo ma powiązania z prasą. Jakaś gruba ryba – potarł z zamyśleniu brodę. Nie pierwszy raz już zdarzało mu się mówić na głos.


W sumie z prasy nie dowiedział się niczego. Więcej informacji udzielił mu wczoraj jeden z pacjentów. Wprawdzie „żołnierze” często się przechwalali i Jest przywykł do tego, iż większość ich opowieści trzeba włożyć między bajki, ale wczoraj to już przeszli samych siebie. Tak bynajmniej myślał na początku, ale potem już nie był taki pewien. Strach tamtego człowieka nie mógł być udawany. Lekarz zajmował się przez jakiś czas badaniem nad strachem i coś na ten temat wiedział. Przez cały dzisiejszy wieczór zastanawiał się jak można zmusić ciało do rozpadnięcia się w pył. Jedyne co mu przychodziło do głowy to potraktowanie człowieka prądem. Przeprowadzał kiedyś taki eksperyment i uzyskał całkiem pokaźne oparzenia, prawie zwęglenia.

- Hm, to musiałby być prąd o dużym napięciu. Chyba, tak myślę, ale przecież oni tam chyba tego nie robili. Ok., rozumiem, mogli kogoś torturować. Prąd się świetnie do tego nadaje, ale przecież by powiedzieli. No i jeszcze te ciała, ponoć znaleźli tam mnóstwo ciał. Dziwne. Chciałbym zerknąć na te ciała, może by cię coś wyjaśniło.

Po chwili odrzucił gazetę znudzony. Intrygujące informacje nie pozwoliły myśleć o niczym innym. Wiedział, że ciekawość nie jest wskazana w jego branży, ale postanowił zadzwonić do jednego z oficerów Capone i wypytać go co nieco, w końcu kiedyś go ładnie załatał i może tamten będzie chciał się odwdzięczyć.

- Hm, jak on się cholera nazywał. Mike? Mark? Szlag by go, nie pamiętam. Pamiętam, że miał takie fajne, skomplikowane złamanie kości promieniowej. W sumie nieźle go poskładałem, z przyjemnością zobaczę czy ręka wróciła do zdrowia.
 

Ostatnio edytowane przez malkawiasz : 29-12-2009 o 09:59.
malkawiasz jest offline  
Stary 29-12-2009, 12:04   #6
 
Highlander's Avatar
 
Chłopak stanął przed drzwiami. Spojrzał jeszcze raz na swój zegarek, konkretniej zaś na jego wskazówki. Wzrokiem nieco nieufnym, zakrapianym niepewnością. Zwykle przejawianym przez osoby, które trzymając jakieś żyjątko obawiają się, że zaraz stracą palec, lub całą rękę. Wtedy też, całkiem niespodziewanie… nic się nie stało. Wskazówki poruszały się zgodnie z powszechnie przyjętymi normami. Młody pracownik odetchnął i schował mechanizm na powrót do kieszeni. Może po prostu był przepracowany? Tak, to musiało być właśnie to.
- Hmm… chyba najwyższy czas coś zjeść.
Rzucił sam do siebie i z zadowoleniem poklepał się po burczącym brzuchu z zamiarem jego napełnienia. Założył czapkę i opatulił się zielonym szalikiem. Następnie wyszedł z zakładu i upewnił się, że drzwi zostały szczelnie zamknięte.

Fach mechanika i powiązane z nim, skromne zarobki sprawiały, że wystawne kolacje w restauracjach nie były czymś na co Arthur mógł sobie często pozwolić. Ten dzień nie należał do wyjątków. Przyśpieszając kroku i zacierając ręce, chłopak zmierzał do małej knajpki na rogu. Lokal nosił nazwę „Sammy’s Buffet” - od imienia właściciela. Drzwi uchyliły się skrzypiąc, jednak mimo to nikt nie odwrócił się by spojrzeć na nowoprzybyłego. Może dlatego, że w izbie znajdowało się teraz zaledwie kilkoro ludzi. Stary Eddie śpiący nad niedopitym kuflem piwa, młode małżeństwo, które najwyraźniej znalazło się tu przez pomyłkę, oraz znudzona kelnerka wykonująca manicure. Tej ostatniej młody Webber jeszcze nie znał, najwidoczniej została zatrudniona niedawno. Ruda, piegowata, o zielonych oczach. Nawet ładna. Gdy o tym pomyśleć, przywodziła na myśl postać z pewnej bajki dla dzieci. Taką opinię posiadał jedynie przez chwilę. Potem pannica rzuciła mu spojrzenie, które zmusiło go do radykalnej zmiany poglądów. Pasowała raczej do roli Królowej Śniegu.

- Dobry wieczór. Poproszę colę i dwa hot-dogi.
Dziewczyna ograniczyła swoją odpowiedź tylko do wycenienia jego posiłku. Po prawdzie, Arthurowi nawet to odpowiadało. Nie słynął ze zbyt dobrych umiejętności komunikacji międzyludzkiej. Mogli o tym zaświadczyć jego nieliczni koledzy. Chłopakowi więcej niż raz zdarzyło się sprowokować bijatykę gdy liczył na zwyczajną konwersację, lub obrazić damę podczas zabawiania jej rozmową. Rozkoszował się więc ciszą. Usiadł przy stoliku w rogu pomieszczenia i cierpliwie czekał na swoje zamówienie. Nie minęło nawet piętnaście minut i już dostał to co chciał. Mruknął w rozbawieniu, spoglądając na talerz. Znajdował się przed nim istny pokarm bogów. Patronów klasy robotniczej.

Odniósł talerz. Po zapłaceniu za posiłek ponownie nałożył swoją wierną czapkę i szalik. Skierował się w do wyjścia, ale zatrzymał go głos, który właśnie rozległ się za plecami.
- Hej, poczekaj chwilę! Gdzie tak pędzisz? Zapomniałeś reszty.
Królowa Śniegu rzuciła mu spojrzenie zarezerwowane dla nierozsądnych dzieciaków. Ironiczne, mając na uwadze, że najwyraźniej była młodsza od niego. Jednak wiedział, że miała rację. Był dzisiaj mocno rozkojarzony. Natychmiast się wrócił.
- Przepraszam, mam ostatnio sporo na głowie…
Wybąkał, ukłonił się, podziękował i zebrał miedziaki leżące na ladzie. Dziewczyna zachichotała, ale nie w złośliwy sposób którego się spodziewał. Może nie była taka zła…
 
Highlander jest offline  
Stary 29-12-2009, 23:19   #7
 
Lance's Avatar
 
Alejandro Javier Rodriguez Casilla de Rivera (czyli krótko Alejandro Casilla), prokurator Prokuratorii Stanu Nowy Jork, w zamyśleniu siedział nad dokumentami. W biurze Prokuratorii zawsze panował bałagan, a w gabinetach pozostałych prokuratorów wszędzie walały się papierzyska. Jednak w pokoju Casilli wszystko leżało na swoim miejscu – wszystkie akta miały swoją teczkę, półkę, czy szafkę. Dbałość o porządek była jedną z cech charakterystycznych prokuratora.

„Incydent” w porcie był bardzo tajemniczy. Bynajmniej nie ze względu na plotki o ludziach rozpadających się w proch – takie bajania można było spokojnie zostawić dla dzieci lub zabobonnych farmerów. Jednak tak duża liczba trupów ukrytych w skrzyniach była już nie lada zagadką. Jeśli były to ofiary mafijnej wojny, dlaczego nie utopiono ich po prostu w morzu? Może nie było na to czasu? Lecz Alejandro nie słyszał, aby w ostatnim czasie miała miejsce masakra na dużą skalę, po której miałaby pozostać tak duża liczba trupów. Ha! Ot tajemnica!

Prokurator wykonał telefon i umówił się na popołudnie z koronerem. Może uzyska od niego jakieś informacje?
Tymczasem jednak postanowił na własne oczy zobaczyć magazyn, a później porozmawiać z zarządcą portu. I w jednym, i w drugim wypadku istniała szansa, że spostrzegawczy i dociekliwy prokurator dostrzeże coś, co umknęło jego kolegom.

W pierwszej kolejności Casilla złożył wizytę na Brooklyńskim Posterunku Policji (Brooklyn Police Station – BPS). Przywitawszy się z obecnymi policjantami, ruszył do gabinetu szefa BPS – Johna Eastwick. Wyjaśnił mu cel wizyty. Jak zwykle, nie miał problemu z uzyskaniem pomocy.


Godzinę później Mercedes Casilli zatrzymał się przed wiadomym magazynem. Za nim stanął samochód policyjny, z dwoma funkcjonariuszami – Malcolem Greenhorn i Jamesem McLodd. Byli to solidni i dyskretni ludzie, choć młody Malcolm miał jeszcze w sobie ducha idealisty. Cóż, życie raczej wcześniej niż później zweryfikuje jego charakter.
Prokurator wysiadł. Policjanci stanęli obok. W dochodzeniu Casilla radził sobie doskonale sam. Uważał jednak, że przebywający w pobliżu, choć nie wtrącający się do jego pracy funkcjonariusze, dodają mu należytej „powagi” w rozmowach z kłopotliwymi ludźmi. Takim kłopotliwym człowiekiem mógł okazać się zarządca portu.

Tymczasem jednak prokurator przystąpił do oględzin magazynu – z zewnątrz i z wewnątrz. Czy pozostały jakieś ślady, które przeoczyli detektywi?
Może ślady krwi (wszak ktoś zginął, a nie znaleziono zabitego)?
Czy miała tu miejsce jakaś solidna strzelanina pomiędzy większą grupą ludzi, czy raczej krótka akcja?
Czy do magazynu się włamano?
Jakiego rodzaju łuski pozostały na miejscu?
Czy magazyn znajduje się tak blisko nabrzeża, że można było przenieść skrzynie wprost ze statku (zatem jakie statki cumują w pobliżu)? A może raczej trzeba było przewieźć skrzynie samochodem?
Pytań było wiele. Teraz trzeba było tylko poszukać odpowiedzi.

A później – zarządca portu.
 
Lance jest offline  
Stary 05-01-2010, 23:33   #8
 
one_worm's Avatar
 
Diego siedział w fotelu rozmyślając. Dym z cygara unosił się wolno po pomieszczeniu i dość leniwie je wypełniał. Wąż nie był nałogowym palaczem ale tak jak każdy w tak wyjątkowej chwili był tą osobą która odnosiła sukces. "Zemsta smakuje najlepiej na zimno". Blade światło żarówki migotało lekko poprzez dym z cygara. Szklanka była do połowy pełna i widać było, iż właściciel zamierzał dolać sobie jeszcze trochę trunku. Wąż mógł być przestępcą, jednak co by o nim nie mówić miał klasę, może nie był największym dżentelmenem, jednak klasę posiadał. Nagle od strony drzwi rozległo się pukanie. Po chwili wszedł ochroniarz lokalu razem z Wolskim. Wolski wyglądał na przestraszonego, ba przerażonego, jednak całego i zdrowego. Diego pozwolił sobie na mały uśmiech pod nosem. Znał on ten strach, tak zawsze było gdy ktoś miał zrobić coś nielegalnego po raz pierwszy w życiu albo gdy zadanie miało grozić śmiercią. Albo oba na raz.
- A Andy, witaj. Cieszę się, że przyszedłeś...widzisz, bez Ciebie nie moglibyśmy sobie pozwolić na opijanie się jakże drogim i szlachetnym trunkiem jaki jest whiskey. Jak mniemam masz to, co mieć obiecałeś?
- T...tak proszę pana mam a...
-To dobrze, najpierw się napij zanim przejdziemy do interesów. Łyczek czegoś mocniejszego na taką noc nie zaszkodzi, a wręcz przeciwnie, pomoże. - po tych słowach Wąż nalał Andemu trochę brunatnego napoju do szklanki. W miarę jak alkohol wypełniał szklankę, Diego przypominał sobie o krzywdach przeszłości...
- Mam ale nie przy sobie... to niebezpieczne tak chodzić po mieście, mój przyjaciel ma schowaną księgę... Ja oczywiście jutro rano przyniosę ją panu, nie ma sprawy ale dopiero co kilka minut temu ją zdobyłem i wie pan... Jak by coś mi się stało to pieniądze proszę dać mojemu ojcu albo matce, a tutaj mam adres księgarni. Uprzedzę przyjaciela tylko, że pan wpadnie po książkę. Powiedziałem mu, że ma jej nie otwierać i nie przyznawać się do niej. Na hasło "zatopione kufry Atlantydy" odda ją panu bez słowa.
Diego myślał dłuższą chwilę. Biedny chłopak nawet nie wiedział, że jednym skinieniem palca, on może posłać go do morza...


Tymczasem w porcie siedział już od dłuższego czasu prokurator, taki skrupulatny człowiek i do tego w swoim zawodzie musiał myśleć za kilka osób. Właśnie skończył rozmawiać z policjantami. Jak zwykle Zgniłe Jabłko nie mogło się pochwalić zbyt bystrymi stróżami prawa. Co więcej Alejandro zaczynał podejrzewać, iż ma do czynienia z pół główkami. Ciała w skrzyniach. Wiadomo, że każdy hi-jacker ma skrzynkę z alkoholem, ale nie z ciałami. Wszyscy uznali, iż ciała są w sumie nie istotne w całej sprawie, a nawet jeśli to nikt inni jak konkurencja. Najwidoczniej później zechcieli by sobie ewentualnie zadać trud identyfikacji znalezionych zwłok. Prokurator z racji swego zawodu widział już nie jedne zwłoki w różnym stanie rozkładu. Ciekawe było to, iż poza jednymi zwłokami wszystkie posiadały już znak rozkładu. W okolicy brzucha i podbrzusza oraz na plecach można było zauważyć zielony kolor jaki nabrała skóra. " Ciało już gnije i to od niedawna.... pewnie z kilka godzin" Ale ile? Tego dokładnie nie wiedział. Jeżeli ciała zostały tu sprowadzone to w jakiejś chłodni albo obłożone lodem... wszystkie poza jednym, jedne zwłoki były niemalże całkiem wysuszone i jakby pozbawione krwi. Co ciekawe wyglądały jak jakaś mumia, jednak zdawały się być pełne w środku. Niepokojącym faktem w tym wszystkim był brak krwi. Widział miejsce gdzie znaleziono prochy, łuski i naboje ale ani kropli krwi, a wiedzieć trzeba, że osoba która została zabita musiała stać przed plutonem egzekucyjnym albo przed co najmniej jednym facetem z bronią maszynową. Sądząc po ilości strzałów, łusek i śladach "jednokierunkowych" to była bardziej egzekucja aniżeli normalna strzelanina, a osoba która strzelała musiała mieć pojemny magazynek. Bardzo pojemny magazynek. Tommygun. Ciekawym jest to, że nie był śladów włamania, czyli ofiara, kimkolwiek była nie zamknęła drzwi albo sama ich wpuściła do środka. Pan Rivera spojrzał przez okno. Statki mogły tutaj cumować zaledwie kilka metrów od magazynu. Duże statki, transkontynentalne może nie ale mniejsze jednostki... No i jeszcze ten cały kapitan portu. Jak dojdzie do siebie za tydzień to będzie można go przesłuchać. Jak na złość gdzieś się "zapodziały" jego papiery oraz wykaz statków które tutaj pływały w przeciągu ostatnich dwóch dni...

Michael dostał się do portu. Był detektywem i znał prokuratora-legendę, przynajmniej w pewnych kręgach- Alejandro. Michael wiedział, że nie ma sensu wchodzić mu w drogę i dać przeszukać wszystko spokojnie. Prokurator raczej będzie milczący ale kto wie? Detektyw uznał, że lepiej zająć się nie magazynem lecz kapitanem portu, a dokładniej przejrzeć jego papiery, może jakieś dokumenty czy cokolwiek co naprowadziło by go na trop. Michael rozejrzał się. Do koła były statki, widział statuę oraz moknął na deszczu ze śniegiem. "Tak to jest to". Tym co zobaczył Michael to było biuro kapitana portu właśnie. Detektyw podszedł szybkim krokiem, mgła skrywała jego obecność przed wścibskimi spojrzeniami, a ryk syreny zagłuszył odgłos i huk wyłamywanych drzwi. Samo pomieszczenie składało się z łóżka, biurka, ale solidnego, nie jakiegoś badziewia, stare dobre drewno. Lampa naftowa, sejf. W sejfie na pewno był dużo interesujących rzeczy ale raczej nie miał co liczyć na możliwość dostania się do środka. Podszedł do biurka. Detektyw spojrzał się na biurko i zauważył, iż są tutaj dokumenty które ktoś przeoczył i wziął je do ręki. Gdy to zrobił usłyszał za sobą głos:
-"A tuś mi bobasku... co robisz w pomieszczeniu?"- Michael obrócił lekko głowę i ujrzał kantem oka policjanta dość posuniętego w latach...


Willy siedział przed zasłanym stołem. Na białym obrusie było widać srebrne zastawy, a do tego wszystkie potrawy jakie można sobie wyobrazić. Znawca kuchni widział doskonałej jakości szynkę, potrawę zrobioną na bazie boczku tyrolskiego nie wspominając o zapiekanych kaczkach czy bażantach. Wszystko wyglądało smakowicie, szczególnie węgorz zapiekany w sosie z winegret czy jak się to cholerstwo nazywało, razem z dorszem i łososiem. Willy nie był kucharzem i mógł się mylić co do potraw, jednak wiedział iż będą doskonale smakować zarówno jemu jak i jego przyjacielowi oraz...Sarze. Tak czy inaczej w środku wichury rozległ się dzwonek do drzwi. Kamerdyner poszedł przez przepastny hol i otworzył masywne drewniane drzwi. William zanim zdążył wychylić głowę usłyszał roześmiane głosy, Andego oraz Sary. Obydwoje byli zmęczeni i głodni i zaraz po wejściu nie szczędzili komplementów swojemu gospodarzowi. Rozmowa podczas późnej kolacji dotyczyła spraw rożnych. Cała trójka wiedziała bowiem, że najlepsze będzie czekać jutro i udadzą się do antykwariatu Williama. Sara mówiła, że ma niespodziankę ale dopiero tam im pokarze ową niespodziankę. Andy odciągnął przy sposobnej chwili Williama na bok i dał mu jakieś zawiniątko. Chłopak widział po kształcie, że jest to jakaś przepastna księga...
-Chłopie, ten posiłek był boski. Tutaj masz księgę o której wspominałem wcześniej. Pilnuj jej jak oka w głowie, jutro już jej mieć nie będziesz i nie otwieraj ani nie mów iż ją posiadasz pod żadnym pozorem. - po chwili namysłu dodał - aha i jak by przyszedł jakiś facet i pytał się o zatopione kufry Atlantydy to mu tę księgę dasz... jest to dla mnie bardzo ważne - szczególnie ostatnie zdanie powiedział wolno i w poważnym tonie. William skinął głową. Andy po chwili znowu się uśmiechnął łobuzersko:
- Ja wychodzę dziś wieczorem na chwilę coś załatwić. Spotkamy się później albo jutro w antykwariacie... no to do zobaczenia chłopie
Willy usłyszał jak wychodzi z domu i krótkie pożegnanie z Sarą. Teraz czas na drugą część wieczoru... Po czym udał się z Sarą do sypialni.


Doktor Jest czekał na swych pacjentów. Byli bardzo zmarnowani, a przynajmniej na takich wyglądali...
- Witajcie, witajcie Doktor uśmiechnął się złowieszczo- ... opowiadajcie coście widzieli, a co was tak bardzo niby przeraziło- i zaśmiał się dość ponuro...
- To było tak... Weszliśmy do magazynu jak zwykle i po krótkiej konwersacji otworzyliśmy ogień... Tommyguny są niecelne i strzelaliśmy serią ja trafiłem chyba pięć razy i on też drugie tyle... tuzin kul władowaliśmy niszcząc wszystko na swojej drodze... kule przebijały się przez drewno, drzazgi latały... To był znany nam terkot i butelki pękały... i wtedy właśnie padł...facet zanim doleciał do podłogi zamienił się w proch, kupkę prochu, może ze dwie garście i tyle, to wszystko. On wyparował...kurwa, doktorku, on nie zdążył dolecieć do pierdolonej ziemi i zamienił się w proch i nic więcej z niego nie zostało. Tylko proch... nagle facet jest, kilka sekund i pada trupem, tyle, że zamiast trupa pojawia się pierdolona kupka prochu i nic więcej nie ma po kolesiu. Nic zupełnie nic. Uciekliśmy. Szybko uciekliśmy...
- Jak rozumiem nie zabraliście ani trochę tego co z niego zostało? - zapytał się rzeczowo doktor
-N...Nie, nie zabraliśmy - odpowiedział ten drugi- Nie było takiej możliwości, żebyśmy dotknęli tego pierdolonego prochu... - Weićej nie dało się z nich nic sensownego
"Chociaż, gdyby ładnie poprosić Capona może dało by radę załatwić go trochę..."

Arthur spał. Ledwo przyszedł do domu to pierwsze co zrobił to rzucił się na łóżko, czuł zmęczenie takie, jak by nie spał od tygodnia. Pogoda i ciężka praca robią swoje. Gdy ktoś śpi najczęściej towarzyszy mu sen. Arthur też miał swój... Śnił mu się warsztat. W ręku trzymał klucz i podchodził do silnika samochodowego, tego samego którego próbował usilnie odpalić. Podszedł do niego i zaczął coś przy nim majstrować. Gdy przykręcał jakiś tłok, silnik przemówił metalowym, czystym głosem " Tłoki mam w porządku, stary robi cię w konia i wymienia mi świece, nie grzeb mi tłoków bo trochę boli jak jest się nieostrożnym, zresztą zaraz przyjdzie Matylda Windsbourne i ona ci powie". Arthur powinien zareagować tak jak każdy człowiek we śnie, czyli zacząć latać albo zrobić coś głupiego na przykład uświadomić sobie, iż jest nagi. Tyle, że on kontrolował ten sen. On czuł strach i zdawał sobie sprawę z tego co się dzieje do koła i chciał się obudzić. Nie mógł. Za cholerę nie mógł. Po chwili drzwi z lekkim skrzypieniem otworzyły się, on obejrzał się za siebie mając klucz w gotowości. Spodziewał się ujrzeć jakiegoś potwora czy innego demona ale zobaczył kobietę. Inna sprawa, że zaatakował ją mimo wszystko. Ciężki klucz trafił w oko wywracając kobietę. Gdy rano wstał do pracy snu prawie nie pamiętał, za to widział tę samą kobietę co sprzedała mu hot-doga. Miała podbite oko.
 
__________________
Do szczęścia potrzebuję tylko dwóch rzeczy. Władzy nad światem i jakiejś przekąski.
one_worm jest offline  
Stary 06-01-2010, 13:04   #9
 
Eliasz's Avatar
 
Kolacja udała się nadspodziewanie. Willi korzystał z wszelkich przyjemności wieczoru oraz z towarzystwa przyjaciół i dziewczyny. Smakował dania jakby jadł je po raz pierwszy…lub po raz ostatni, wszystko smakowało wyśmienicie, cieszyło i wzrok i nozdrza i usta…
W końcu przyszedł czas rozstania, Willi pożegnał Andego, zapytał się jeszcze dlaczego nie miałby zajrzeć do księgi, jednak ponure spojrzenie i milczenie miało stanowić odpowiedź.
Resztę wieczoru poświęcił Sarze. Dopiero gdy noce baraszki skończyły się jej snem, po cichu wymknął się z łóżka nie mogąc zasnąć targany ciekawością. Przeszedł do gabinetu, ładny barokowy styl bił z wnętrza pokoju. Masywne rzeźbione biurko Henryka XIV, lampa z kryształowym kloszem, telefon, papiery przyciśnięte metalową figurką orła . Gruby perski dywan pokrywał całą powierzchnię gabinetu, jego śliczne ręcznie haftowane złotymi nićmi wzory tworzyły skomplikowaną mozaikę. Znalazł go podczas podróży w jednym z Indyjskich antykwariatów, nie zainteresowałby się tym dziełem wcale gdyby nie okultystyczna symbolika wzoru. Wziął go od razu, z pewnością przepłacając…

Usiadł w wygodnym skórzanym fotelu, nałożył rękawiczki i zabrał się za badanie książki. Czerwona okładka zdawała się ostrzegać czytelnika, tak samo pierwsza strona na której widniało jedynie : #1. Napięta sytuacja i bardzo dziwny początek wystraszył Williego, coś było nie tak, nie bardzo wiedział jednak co… "A może strony są zatrute?? Lub jest tu jakaś pułapka w wybebeszonym wnętrzu książki?” Nie mógł zaniechać czytania, ale odsunął się od biurka i kolejną stronę postanowił przewrócić z pomocą laski… Papier wyglądał solidnie, laska nie była ostro zakończona…mimo to ku własnej rozpaczy uszkodził kartkę przewracając ją. Zgrzyt papieru brzmiał niczym ruch piły, zaś widok podartej strony po prostu odebrał dech Williamowi. Stał tak osłupiały przez chwilę, dopiero zawartość kolejnej strony wyrwała go z osłupienia. Rząd cyfr, kolumn, inicjałów…
Im dłużej przeglądał zawartość księgi tym bardziej był przekonany, ze to księga rachunkowa mafii. Inicjały podane na koniec A. C. mówiły wiele…nawet zbyt wiele. Były tu wymienione wszystkie nielegalne transakcje ostatniego czasu, inicjały , nazwy lokali, daty, sumy, ilości alkoholu…po prostu wszystko.

Willi musiał sobie nalać porządnej porcji Szkockiej. Długo nie mógł opanować drżenia rąk wiedząc w jakie gówno się w pakował…prawdopodobnie w to samo wpakował Andego…Rozważał oddanie księgi prokuratorowi, wiedząc że na policję nie ma co liczy. Nie widział jednak szans na trafienie do tego prokuratora który akurat uczciwie zająłby się sprawą, cała reszta pracowała dla A.C….Niestety nawet gdyby oddał księgę właściwej osobie, nie uratowałby tym ani siebie ani Andego…Wolał już oddać księgę mafii, tyle że wiedział iż w takim stanie od razu zorientują się, że była przeglądana. To wystarczy żeby zabić. Dlatego też tej nocy Willi musiał się porządnie przygotować , musiał zapewnić sobie nietykalność…

Przystąpił do kopiowania dzieła, wiedząc , że noc pozwoli mu na jedną dokładną kopię. Ta miała iść do banku, do skrytki osobistej Williego. Miała zostać otwarta, wraz z testamentem który znajdował się w skrytce, w obecności policji, prokuratora, wysokiego stanowiskiem pracownika banku. Informacja o tym znajdowała się wewnątrz koperty, zaś sama kopia księgi była szczelnie zapakowana a pakunek zszyty.
Sporządził tej nocy jeszcze trzy dwustronicowe notatki, opisujące najważniejsze zlecenia, wszystkie lokale i inicjały. Nie był to żaden dowód, ale wskazówka dl odpowiednich ludzi…wartościowa wskazówka, w szczególności powiązana ze śmiercią tego kto to pisał…czyli Willego. Nie było innej możliwości otwarcia przesyłek które w nocy szykował. Te dwie pozostałe notatki miały iść do dwóch notariuszy – jednego którego Willy znał i u którego trzymał drugą kopię testamentu. List opisujący jak wszedł w posiadanie księgi rachunkowej i że nie żyje zabity przez mafię…skoro to czytają. Drugi miał iść do innego notariusza, do depozytu notarialnego, który miał być otwarty po roku czasu…Ostatnia trafiła do sejfu w domu Williama.

W środku nocy wrócił do łóżka , nakazując służbie pobudkę o świcie. Był bardzo zmęczony i tylko dzięki temu usnął miast denerwować się przez całą noc. Nad rankiem, gdy służba obudziła go wraz z pierwszymi promieniami słońca, ruszył do rozdawania zadań. Dwóch spośród swoich ochroniarzy wysłał do antykwariatu, mieli siedzieć w ukryciu, jeden z nich w antykwariacie drugi zaś miał obserwować teren, będąc przygotowanym na ewentualne śledzenie porannego gościa. Kamerdynera wysłał do banku…prosząc by podjął pewną sumkę - raczej na „drobne wydatki” niż taką dla której potrzebowałby ochrony. Przy okazji miał też przekazać w baku pakunek, który miał dołączyć do skrytki, chwilę później, osobno na miasto wysłał dwoje innych służących z listami, obu do notariuszy, odręcznie napisane pełnomocnictwa do „złożenia” do depozytu pozwalały im na taką akcję. Każdy też dostał niewielki napiwek, Willi lubił utrzymywać dobrą atmosferę wśród swoich pracowników.

Dopiero nad ranem poprosił Sarę aby przez jakiś czas go nie odwiedzała…Obiecał, że w wolnej chwili to on przyjedzie…

- Wiesz Sara, będę z tobą szczery, nie wiem, nie jestem pewien czy ktoś mi nie zagraża…Nic z czym nie mógłbym sobie poradzić, nie martw się, nie chcę jednak żeby Tobie cokolwiek się stało. Zresztą nie będę mógł się skupić na działaniu, starając się przez cały czas chronić ciebie…
Tak wiem, zwróciłbym się z tym do policji, ale to chyba właśnie ktoś z policji…i chodzi jak zwykle o pieniądze. Nic do czego nie mógłbym już przywyknąć.


Starał się złagodzić sytuację, nie mógł być całkiem szczery wobec Sary. Informacja o mafii nie wpłynęła by dobrze ani na nią ani na ich stosunki. Informacja o policji zaś sprawiała, że Willi był spokojny o to czy Sara sama tam nie pójdzie. Nie było sensu, od policji i tak nie mógł oczekiwać pomocy.
- Proszę Cię wróć dziś z samego rana do ojca, ja niebawem przyjadę, jak tylko uporządkuję tu te sprawy. Wiesz że Cię bardzo kocham… - mówił szczerze, nie wiedział czy nie po raz ostatni.

Rankiem gdy już wszystkie sprawy miał pozałatwiane, a armia pomocników była już od dawna w mieście, ruszył wraz z ostatnim – choć najbardziej zaufanym ochroniarzem do antykwariatu. Chciał być tam szybciej niż ewentualny poranny gość. Chciał się przygotować przynajmniej psychicznie. Zawinął porządnie książkę – tak jak ją mu przekazał Andy, po czym ruszył samochodem mając duszę na ramieniu. Dość szybko przemieszczali się po mieście. Gdy byli na miejscu oboje zaczęli rozglądać się za jednym z wysłanych wcześniej ochroniarzy – tym który miał pilnować gościa. Dopiero gdy nie zauważył go wcale, wszedł do antykwariatu, ochroniarza – szofera zostawiając w aucie. Pracownica która prowadziła Antykwariat została odesłana z prośbą aby wróciła po południu. Stara Greta nie narzekała, pół dnia wolnego to było coś…
Czekał spokojnie na gościa, pod blatem biurka miał ukryty rewolwer i zawiniętą książkę. Jeden z ochroniarzy czuwał wewnątrz sklepu, niewidoczny. Willi nalał sobie porcję whisky którą trzymał w schowku, dla kurażu, bał się bowiem jak cholera…
 

Ostatnio edytowane przez Eliasz : 06-01-2010 o 13:11.
Eliasz jest teraz online  
Stary 06-01-2010, 16:51   #10
 
Vampire's Avatar
 
Diego popatrzył z subtelnym uśmiechem na kartkę z adresem. Był uszczęśliwiony na chwilę obecną. Ten rozdygotany chłopiec dobrze się spisał, lecz o niebo lepiej by było gdyby maszyna mogła już ruszyć tej nocy. Jednak zbyt długo czekałby teraz niepohamowaną chęcią zemsty pobiec i wszystko zepsuć, pójdzie tam kulturalnie, przed południem z tym idiotą, John’em. Tym czasem poczekał aż Andy wypije swój trunek i wstał.
- Andy, wykonałeś kawał dobrej roboty, pieniądze oczywiście dostaniesz, lecz jak to mówią „gdy się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy”, więc otrzymasz je gdy książka będzie w moich rękach oraz pozostaje jeszcze kwestia tego, czy nie pobiegniesz do policji, albo do Capone zawiadomić go o mojej inicjatywie. Gwarancji jak mniemasz nie mam żadnej z twojej strony. Tak, więc zrobimy w ten sposób. – uśmiechnął się szeroko do przestraszonego rozmówcy. –Uwierzę Ci na słowo, lecz jak udało mi się zaobserwować w mojej przeszłości śmierć nie jest najgorszą rzeczą na tym plugawym świecie. Wiedz, że jeżeli dopuścisz się zdrady to będziesz patrzył jak ginie twoja rodzina, przyjaciele, ukochana kobieta, lub kilka jak je masz, a na końcu zaprowadzę Cię do pewnego, pięknego miejsca, gdzie ludzie pokazują swoją prawdziwą naturę i błagają o śmierć. Więc masz w sumie trzy wyjścia: albo nikomu nic nie powiesz i wszyscy będą zadowoleni, albo się zabijesz dla większego dobra i będziemy mieli pewność, że nikomu nic się nie stanie, albo komuś powiesz, przez co i ty zginiesz i wszyscy, których starałeś się chronić. Wierzę, że dokonasz słusznego wyboru. Tak, więc, przykro mi, ale nie mogę poświęcić Ci więcej czasu, mam nadzieję, że zapamiętałeś tą rozmowę do końca życia… Dobrze, więc zdrowia życzę. – odpowiedział z szerokim, perfidnym uśmieszkiem na twarzy. Uścisnęli sobie dłonie, wyszli z gabinetu i odprowadził wzrokiem młodego Andy’ego. Naprawdę wierzył, że ten nie zrobi nic głupiego, nuta zastraszenia wystarczy by bez zbędnych ofiar i godzin tuszowania, co się z ową ofiarą stało wszystko było tak, jak ma być. Rozejrzał się po lokalu.
- John! Chodź no tutaj. Jutro przed południem wyjdziemy i będziesz mnie ochraniał w drodze… na pewne miejsce. Teraz idź do domu, my sobie poradzimy. Wyśpij się i bądź tutaj około godziny dziewiątej, dobra?
-Dobrze szefie, nie ma sprawy. – odrzekł ochroniarz i skinąwszy głową ruszył ku drzwiom i wyszedł.
-A Ty Joe popilnuj tego zamieszania tutaj, ja idę się położyć, przed zamknięciem obudź mnie, ok? – odrzekł Diego, zaś barman posłusznie przytaknął.
Właściciel wśliznął się po raz kolejny do swojego gabinetu, rozsiadł się wygodnie na krześle, założył nogi na biurko, a na oczy nałożył kapelusz. Zasnął dość szybko…

Tak jak było powiedziane, Joe obudził go około godziny siódmej. Diego wstał leniwie rozciągając się. Wszystkie panie poszły już do domu, a ostatni klient wyszedł około godziny temu. Oddelegował barmana do domu, posprzątał lokal i przeliczył pieniądze w kasie. „Udany połów dzisiejszej nocy”. Poszedł do łazienki, umył się, wykąpał i ruszył do pokoju się ubrać. Stwierdził, że założy białą koszulę, czarne spodnie od garnituru i czarną marynarkę, do której kieszeni wsadził swój rewolwer. Rozczesał włosy, nałożył kapelusz i popijając przy barze sok z czarnej porzeczki czekał na John’a, który to pojawił się punktualnie o dziewiątej. Zamknęli za sobą klub i ruszyli na zapisany na kartce adres.

Było gdzieś po dziesiątej, kiedy dotarł na miejsce. Był to antykwariat. Oboje doń weszli i chwilę się porozglądali i każąc John’emu zostać na zewnątrz zapukał do gabinetu właściciela. Gdy usłyszał odzew uchylił delikatnie drzwi i z lekkim uśmiechem wszedł do środka. Gładkim, miłym, lekko syczącym głosem odparł:
-Witam Pana bardzo serdecznie. Nie wiem czy Pan słyszał, lecz ponoć na Pacyfiku znaleźli "zatopione kufry Atlantydy"… - Ciepłe powitanie zdziwiło Williego, szczególnie od osobnika który zbyt ciepło nie wyglądał. Willi nie mógł się mylić, co do osoby, która zawitała do jego sklepu, przypadek nie był możliwy.
Witam, miałem przekazać panu przesyłkę... - wyciąga zawiniątko i kładzie je na biurko, przed Diego.
Myślę jednak iż uczciwie będzie przyznać iż zaglądałem do jej wnętrza... Prędzej czy później i tak wyszłoby to na jaw, a ja nie chcę mieć niepotrzebnych kłopotów... – „Kurwa, jak można zostawiać książkę u antykwariusza licząc że do niej nie zajrzy?” Willi był zdenerwowany, sprawa była zbyt poważna by móc to dobrze ukryć. Mimo to panował nad sobą i swoim głosem.
- Mimo to, chcę zapewnić, że wiedza tam zawarta mnie nie rusza... Mam swoje sprawy, czego dowód w postaci samej książki jest przed Panem. Ona jest w tym wszystkim chyba najważniejsza. Prawda?
Mężczyzna uśmiechnął się zdawkowo patrząc na mężczyznę lekko podejrzliwie. Nic nie zdradzając po sobie spytał tylko:
- Mogę usiąść?
- Proszę. Whisky? - nalewa i gościowi i sobie, widać, że tego potrzebuje.
- W takim razie poproszę... - odparł patrząc z zaciekawieniem na siedzącego za biurkiem mężczyzną. – Przepraszam za moje roztargnienie, lecz czy byłby Pan tak miły i raczył powtórzyć co mówił na początku?
Tym razem Willy spojrzał z zaciekawieniem na rozmówcę, nie wyglądał na roztargnioną osobę... Nie powinien nią być, a to oznaczało, że rozpoczęły się podchody...
Powiedziałem, że zajrzałem do zawartości pakunku. Mam nadzieję, że nie będzie to jakąś katastrofą a jeśli jest to wolałby ją wyjaśnić teraz a nie czekać na wizytę z zapytaniem czy przeglądał pan książkę...
- A racja, racja... Wspominał Pan. Jeżeli tylko Pan zaglądał, to nie oznacza nic tragicznego, a zakładam że antykwariusz, taki jak Pan na pewno obchodził się z nią delikatnie i ostrożnie, bowiem jest to dla mnie zawartość jest niezmiernie ważna. - odparł wpatrując się w oczy antykwariusza.
- Chciałbym, aby tak było...Jako antykwariusz powinienem, pierwsza strona uległa jednak zadarciu, nic poważnego, nic, z czym nie mógł bym sobie poradzić, jednak nie w takim czasie, jakim dysponowałem. Dlatego postanowiłem przyznać się już teraz... Mogę oczywiście jeszcze zreperować uszkodzenie, ale przecież to drobiazg w porównaniu z zawartością... Ta nie uległa żadnemu uszkodzeniu. Głupotą z czyjejkolwiek strony byłoby to niszczyć...z czyjejkolwiek...
Ale to dziwne, ze uważa Pan, iż zajrzenie to nic tragicznego... Myślałem, że mafia zabija za takie rzeczy?
- spojrzał wymownie na rozmówcę, próbując raz jeszcze określić jego tożsamość...a przynajmniej charakter wizyty. Pewne fakty wskazywały na wolnego strzelca... Ale czy to możliwe?
Mimowolnie skrzywił się na informacje o zadarciu. Zwłaszcza pierwsza strona, kto przeczyta książkę widząc zdezelowaną stronę. Westchnął i założywszy pod biurkiem rękawiczki powiedział:
- Powiedziałeś mafia? Dlaczego uważasz, że chodzi o mafię? - spytał jakby od niechcenia.
- Właściwie to niekoniecznie... Ale przyjąłem najgorszy możliwy obrót wydarzeń... Zresztą, jeśli nie ty jesteś z mafii to oznacza ze Andy z nią zadarł... A to sprawia, że i tak wychodzi na jedno... Mogę zreperować ową pierwszą stronę, jeżeli dasz mi kilka, kilkanaście godzin. – zapytał widząc skrzywienie. –Choć nie wiem, czy w przypadku tej książki można mówić o jakimkolwiek czasie. Parzy niczym byłaby z ognia zrobiona...
- Andy bez tego za przeproszeniem miał przejebane. Obrót wydarzeń jest zły, nie ukrywam swojego niezadowolenia. Wie Pan, co Pan zrobił? - syknął
- A jeśli nie mafia to, kto jeśli można spytać? I jeśli mnie to nie zabije? Nie, jeszcze nie wiem. - skrzywił się nieco, nie podobał mu się ton głosu rozmówcy, ani jego wściekłość, rozumiał jednak źródło zdenerwowania, sam kląłby jak szewc w takich sprawach gdyby ktoś Willemu pierniczył plany
- Czy w tym mieście istnieje tylko ta zasrana mafia? Capone, Capone, Capone! Kto powiedział, że nie zginiesz? - spytał – Nie wiesz? To może, chociaż wiesz, na jaki los skazałeś to miasto, siebie i kogoś, kto chroni dupsko twojego koleżki?!
-Jakie to ma znaczenie, że strona jest zadarta? Transport takiej przesyłki musiał być, co najmniej ryzykowny, cud, że w połowie nie jest zalana krwią. - odrzekł spokojnie.
- [i]A jakie ma znaczenie czy ptak zniesie jedno, czy dwa jaja? Transport tego był tak ryzykowny i o mało, co ludzie nie przelali właśnie swojej krwi, żeby mi to dostarczyć, a Ty zniszczyłeś to w jednej chwili. Prócz tego nie chcę już ukrywać, że oburzyłem się tym, że w ogóle śmiał Pan w ogóle ją otworzyć.
- [i]Rozumiem Pana oburzenie... Sam pewnie reagowałbym podobnie... Choć nie, Pan zdaje się wiedzieć o wiele więcej niż ja w sprawie tej książki. Czy traktat traci swą ważność z powodu zadarcia? Czy dowód przestaje nim być w przypadku uszkodzenia? Bo jeśli nie o dowód chodzi to już nie wiem, o co.
- Czego Pan się dowiedział? – rzucił przez biurko.
- No cóż są tam inicjały, chociaż nie zapamiętywałem, lokale... No może i bym parę wymienił, nazwy były sugestywne. Terminy i dostawy. Tak ogólnie po przejrzeniu. Inicjały na końcu były wystarczająco wymowne by przeklinać moment, w którym ją otworzyłem. No, ale stało się trudno. Już tego nie zmienię.
- Za szybko się denerwuję... Za szybko... - odrzekł starając się uspokoić. –Przepraszam bardzo za swoją wylewność...
Willi milczał nie chcąc pogarszać sprawy. Nieświadomość, o co chodziło z tą książką nie polepszała sytuacji. Dolał tylko więcej whisky i zapalił fajkę.
- Dobrze… W ciągu ilu godzin, powtarzam GODZIN jest Pan w stanie to usunąć? Ale tak żeby nie było śladu. Ma Pan może dzisiejszą gazetę?
- Może lepiej porozmawiamy jak mogę pomóc? Dysponuje sporymi środkami, mam rozległą wiedzę, znajomości...z chęcią naprawię swój błąd. Oczywiście w rozsądnych granicach... W każdym razie, jeśli sprawa jest do załatwienia w kilka godzin – przypuśćmy, że dziesięć to podejmuje się tej roboty a jeśli dłużej to nie wiem czy w ogóle ją chcesz zlecać. Czemu naprawa tej strony jest taka ważna? To pracochłonny proces, ale po jego zakończeniu włókna strony będą wyglądać, na nienaruszone...
-Tak, więc bierz się do pracy. Przyjadę sprawdzić jak praca idzie pod wieczór około godziny ósmej, dziewiątej.
- [i]Dobrze. Zrobię, co w mej mocy, żeby dokończyć to do tego czasu. Przepraszam, że tak wyszło, ale cieszę się, że przynajmniej nie wraca to do mafii... Ta nie przejmowałaby się uszkodzeniem.
- Tak, więc miłej pracy Panu życzę, a teraz przepraszam. Mam jeszcze inne sprawy do załatwienia. - wstał i wyciągnął rękę do uścisku.
Willi zrobił to samo.
- Do widzenia, Panu - i wyszedł.
- [i]Proszę się nie obrazić, że odwołam człowieka na zewnątrz... Takie małe zabezpieczenie, na wypadek gdyby chodziło o kogoś innego... Willi wyszedł na zewnątrz z rozmówcą, aby odwołać jednego z ochroniarzy, który miał śledzić rozmówcę. Diego przystanął na chwilę, lecz zaraz bez słowa ruszył dalej i skinięciem ręki przywołał do siebie wysokiego i potężnie zbudowanego mężczyznę, który w mig podbiegł do niego i ruszył za nim. Wyszli bez słowa.

Diego nie udawał spokoju ducha, tego iż jest radosny i czuje się świetnie po rozmowie z antykwariuszem. By odreagować zaprosił John'a na obiad do restauracji, kupili gazetę i zaczął czytać podczas posiłku. Szczególnie zainteresował się artykułem dotyczącym magazynu mafijnego będącego przerzutowym miejscem alkoholu. Jeżeli Capone wpadło jeszcze tutaj to warto będzie bardziej wyznać się w sytuacji i uderzyć jeszcze z tej strony. Gdy zjedli Diego rozpoczął temat.
- John, masz kolejne zadanie, oczywiście podniosę Ci stawkę za ten miesiąc jak wykonasz dobrze to co chcę, żebyś zrobił. Zobacz na ten artykuł. - podał mu gazetę. - Masz za zadanie pojechać tam i wywiedzieć się wszystkiego, co tylko zdołasz. Do klubu masz przyjechać około siódmej i zabrać ze sobą naszego znajomego Andy'ego. Mam sobie z nim do pogadania... Gdy już z nim skończę udamy się jeszcze raz do tego antykwariatu.
-Dobrze, szefie. - odparł ochroniarz, wstał i ukłoniwszy się wyszedł z lokalu. Wąż miał jeszcze dużo czasu więc zamówił sobie deser i dopiero po kolejnej godzinie spędzonej w restauracji powolnym marszem udał się do swojej bezpiecznej przystani, gdzie czekał na John'a i młodego Andy'ego.
 

Ostatnio edytowane przez Vampire : 10-01-2010 o 13:23.
Vampire jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:15.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168