lastinn

lastinn (http://lastinn.info/)
-   Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku (http://lastinn.info/archiwum-sesji-rpg-z-dzialu-horror-i-swiat-mroku/)
-   -   [18 + Zew Cthulhu] - MISTERIUM (http://lastinn.info/archiwum-sesji-rpg-z-dzialu-horror-i-swiat-mroku/8961-18-zew-cthulhu-misterium.html)

Armiel 01-09-2010 11:33

Walter Chopp, Leonard Lynch, Dwight Garret

Zabawa u Styppera rozkręcała się w najlepsze, mimo, że Lafayette opuścił towarzystwo na mocno miękkich kolanach. Mieliście nadzieję, że Francuz nie załapie się na jakiś nadgorliwy patrol policji i nie trafi za kratki za nietrzeźwość, albo – co gorsza – nie wsypie miejsca gdzie się wstawił.
Jednak to nie przeszkodziło wam w dalszej zabawie. A jakże.
Jak się okazało „arsenał” Styppera okazał się dość pokaźnym zapasikiem. Pomyśleliście nawet, że działalność związana z rynkiem nieruchomości może owocować „dowodami wdzięczności” od zadowolonych z transakcji klientów, którym teraz z coraz większym trudem pozwalacie spełnić ich przeznaczenie.

Potem ktoś mądry, prawdopodobnie sam gospodarz, wpadł na pomysł kontynuowania pokera, lecz nie na pieniądze, ale na „kieliszeczki”. To był początek końca. Najpierw były trudne rozmowy – to co maiło być powiedziane, zostało powiedziane. Szczerość opuszczała wasze usta bełkotliwymi frazesami. Oczywiście zapamiętacie to jak przez mgłę, ale taki stan również bywa potrzebny. Rozładowuje stres i napięcie.
Nie minęło wiele czasu, a jedyną w miarę przytomną osobą w towarzystwie był Dwight Garret, ale i on miał problemy z zachowaniem pozorów trzeźwości. Walter Chopp padł przy stole, niczym wierny żołnierz na reducie. Stypper zasnął tam, gdzie siedział, z głową odchylona w tył pochrapywał nosowo. Leonardowi starczyło jedynie sił na tyle, by przejść na sofę stojącą pod oknem i ani się obejrzał, a już spał. Garrettem zawładnęła zawodowa ciekawość. Korzystając z chwilowej nieprzytomności właściciela pomyszkował po szufladach, albumach ze zdjęciami doszukując się czegoś, co rzuciłoby troszkę cienia na działania gospodarza. Daremno. Wydaje się, że Stypper faktycznie chce pomóc Proodowi i nie ma w tym żadnych ukrytych, mrocznych motywów.

Pamiętasz, jak przez mgłę, że w pewnym momencie ktoś dzwonił do drzwi. Że była to panna Gordon, ze zamieniliście kilka słów, tylko nie bardzo pamiętasz o czym była rozmowa, bowiem jej oczy były jak morze światła, w których przez chwilę pragnąłeś się zanurzyć. Pamiętasz, że Amanda grzecznie odmówiła jakimś twoim propozycją – oczywiście, nawet upojony zachowałeś się jak dżentelmen. Pamiętasz, że zostawiła jakaś karteczkę z informacją dla was. Wiesz, że wyjście na miasto w takim stanie nie jest najlepszym pomysłem. Ostatnie, czego ci potrzeba to areszt za „nieobyczajne zachowanie”.
Po wyjściu Amandy siadłeś w fotel rozmyślając o sprawie. Nawet się nie zorientowałeś, kiedy usnąłeś.


Amanda Gordon


To co zastałaś w mieszkaniu Styppera przerosło twoje oczekiwania. Okazało się, że całe towarzystwo, no prawie całe, spiło się do nieprzytomności. Jedynie detektyw Garrett wyglądał na w miarę przytomnego i to on otworzył ci drzwi. Jednak, jak tylko zamieniłaś z nim kilka słów zorientowałeś się, że również on nie nadaje się za bardzo do poważnych rozmów.
Zerknęłaś przelotnie na stół na którym stało ... ponad dziesięć pustych butelek. W duchu liczyłaś na to, że sąsiedzi Styppera nie zawiadomią policji o libacyjce. Za ten zestaw pustych butelek gospodarz mógł trafić na rok do więzienia.

Szybko nakreśliłaś kilka słów podając kartę Garrettowi.

Spotkanie jutro tutaj o godzinie 10.00. Mam ważne sprawy do omówienia. Amanda.

Miałaś nadzieję, że to wystarczy.

Kiedy zabierałaś się do wyjścia pojawił się goniec z redakcji. Miałaś szczęście. Wręczył ci kopertę i pogonił dalej. Najwyraźniej korespondencja do ciebie nie jest jedyną, jaką roznosił tego dnia.

W zasadzie, kiedy reszta postanowiła odreagować stresy przez bibę, ty mogłaś wrócić do domu i zająć się lekturą, która przyciągała cię z dziwną siłą. Te stronice były potwierdzeniem tego, czego szukałaś przez całe życie. Tego, przez co zginęli lub oszaleli twoi bliscy. Potwierdzeniem, że ich ofiara miała jakiś sens. Miała znaczenie.

Jeszcze w samochodzie otworzyłaś informacje z gazety.

Nie było tego wiele. Jeden telefon i dopisek „pytać o Borysa”.

Wróciłaś do siebie i – z braku alternatywy – zajęłaś się ową ponurą lekturą.

Wczesnym wieczorem przeszkodziła ci pokojówka.

- Dzwonili ze szpitala Serca Jezusowego. Chodzi o panienki kuzyna. Odzyskał przytomność. Policja prosi, by pani przyjechała.

Nie trzeba ci było dwa razy powtarzać.

Kilkadziesiąt minut później już byłaś na miejscu. Najpierw policjant o twardych rysach i zimnym spojrzeniu kazał ci wypełnić kilka formularzy, potem – przez zakratowany korytarz jak w więzieniu – poprowadził cię do małego pokoju, bez drzwi.

Na łóżku leżał .... Cofnęłaś się ze strachem. Dopiero po chwili dotarło do ciebie, że to Victor. Nawet zdjęcia, nie ukazywały całej brzydoty jego wcześniej eleganckiej twarzy.

- Pięć minut – warknął policjant i stanął w wejściu, by obserwować was przez otwarte drzwi.

Pokój szpitalny śmierdział potem i moczem. Słysząc twoje kroki na posadzce Victor otworzył oczy. Do tej pory szare, ciepłe oczy teraz były mętne, jakby zgaszone. Tej pustki nie potrafiły wypełnić nawet iskierki radości na twój widok. Uśmiechnął się spierzchniętymi, zastrupiałymi wargami ukazując potwornie pokrzywione zęby (Boże, Victor zawsze miał takie ładne zęby!).

- Przyszłaś – wyszeptał cicho.

Z bijącym sercem podeszłaś bliżej, by móc słyszeć jego słaby głos.

- Co się stało, Victorze – zapytałaś przezwyciężając niemoc dławiącą twoje gardło.


- Nie mamy wiele czasu, Amando – powiedział z ciepłem w głosie, który zawsze czynił z niego tak dobrego rozmówcę. – Weź krzesło i siadaj. Mam ci ważne rzeczy do powiedzenia.

Posłuchałaś go z trudem powstrzymując się od łez.

- Co się stało? – ponowiłaś pytanie. – Wiem, że to nie ty zabiłeś.

Lecz Victor uciszył cię smutnym uśmiechem.

- To ja ją zabiłem – powiedział ciężko, z trudem artykułując kolejne słowa. – Moimi rękami. Ale to nie ja byłem w moim umyśle, Amando. Wiem, że ty jedna będziesz w stanie mi uwierzyć. Powiem ci, co pamiętam, lecz nie przerywaj mi.

Łza popłynęła po jego pożółkłym, zapadniętym policzku mocząc poduszkę.

- Urok, Amando – wydyszał. – Zostałem wprowadzony w pułapkę, bo popełniłem błąd. Prowadziłem śledztwo w sprawie Duvarro Sprocket. Wraz z Angie i Arturem Hiddinkiem. W fabryce zabijano ludzi, ale to wierzchołek góry lodowej. Za tym stoi coś więcej, Amando. Chciałem poznać ich plany. Udało mi się nawiązać kontakt z tymi potworami. Udawałem, że chcę stać się jednym z nich. Chciałem zyskać ich zaufanie. Dotrzeć do ich przywódcy i dowiedzieć się, jakie ma plany. Bo wiem, ze szykuje coś apokaliptycznego. Nigdy nie prowadziłem tak poważnej sprawy. Owszem, jak wiesz, ratowałem ludzi w nietypowych sytuacjach. Rozwiązywałem problemy tam, gdzie zdrowy rozum nie dawał rady. Ale nigdy, powtarzam nigdy, Amando, nie trafiłem na coś tak ... wielkiego.
Coś ma się wydarzyć. Nie wiem jednak co. Być może sekret poznał Aleksander Duvarro i dlatego zerwał kontrakt. Ja teraz będę sądzony. Prawdopodobnie skazany, ponieważ moja ręka zadawała ciosy. Być może powieszą mnie, na co w gruncie rzeczy zasługuję. Bo to przeze mnie, przez mój błąd, Angelina zapłaciła taką cenę. Ale mój koniec nie zatrzyma maszyny, która ruszyła. Słuchaj... – uciszył cię znów, kiedy chciałaś coś powiedzieć.

- Wiedziałem, co może się zdarzyć. Wysłałem ci pewne zapiski..

- Mam je – powiedziałaś.

- Doskonale. Tam znajdziesz przerażające informacje na temat ghouli. Istot, które kryjąc się w cieniach Bostonu, stoją za czymś mrocznym i zapewne dla nas ludzi straszliwym. Znajdziesz zaklęcia, prawdziwe i niebezpieczne zaklęcie, jak je przyzywać, jak z nimi rozmawiać i jak się przed nimi bronić. Wszystkie potrzebne informacje. Wszystkie, Amando. Lecz uważaj, byś nie skończyła, jak ja. Zachowaj umiar.

Zakaszlał zmęczony.

- Obserwuj Duvarro Sprocket – poprosił cię. – Wydaje mi się, że ktoś z zarządu współpracuje z tymi kreaturami, może nawet nieświadomie. Nie ujawniaj się i czekaj. Jeśli wydarzy się tam coś złego, coś nietypowego to może oznaczać, że one znów zaczęły. Jeśli gdzieś podczas najbliższej pełni zginie wielu ludzi w wypadku przy pracy w fabryce, jakiejkolwiek fabryce, spróbuj się pokręcić przy niej. Obiecaj mi to! I obiecaj, że będziesz ostrożna. Znajdź sobie przyjaciół. Odszukaj Artura Hiddinka. On wie sporo na temat naszego śledztwa. Poszukaj ludzi, którzy ci uwierzą i którzy nie zawahają się zaryzykować, by przeciwstawić się temu, co planują owe kreatury. Bo mam przeczucie, ze jak nie pokrzyżujemy ich planów zginie wiele osób. Setki, może nawet tysiące niewinnych ludzi straci życie. Czuję to, Amando. I jak szaleńczo to nie brzmi, wierzę, że zdarzy się coś, czego ludzkość nie zapomni.

- Koniec wizyty – ostre słowa mundurowego i stanowcza postawa mówią ci, że nie będzie miejsca na dyskusje ani próby przekupstwa.

- Uważaj na siebie, Amando – wyszeptał Victor ze łzami w oczach – I obserwuj Duvarro Sprocket. Proszę cię o to. I – głowa do góry kuzynko – o mnie się nie martw.

Potem, dość obcesowo, strażnik wyprowadził cię ze strzeżonego skrzydła szpitala.

Kiedy wracałaś do domu miałaś mętlik w głowie.

emilski 06-09-2010 01:00

„Gdzie jestem?”, „Co się dzieje z moją głową?”, „O Jezu, jak mnie wszystko boli” - te trzy zdania kotłowały się w kółko w głowie Waltera Choppa od czasu, gdy ten otworzył oczy w okolicach 9 rano. „Gdzie jestem?”, „Co się dzieje z moją głową?”, „O Jezu, jak mnie wszystko boli” - szelest, jaki wydawały zapętlone litery snujące się po jego głowie sprawiały, że ciężar, który na niej spoczywał, stawał się jeszcze większy.

To się nigdy nie zdarzyło. Walter nigdy u nikogo nie zasnął na imprezie. Co więcej, Walter nigdy dotąd nie udzielał się towarzysko. A tu proszę. Przyszło mu po trzydziestce nadrabiać za wszystkie czasy. Przecież poprzedni dzień też zaczął od szklaneczki bursztynowego płynu. Położył dłoń na karku i zaczął rozmasowywać zastane mięśnie szyi, które aż się prosiły o relaksującą kąpiel w gorącej wodzie, jako rekompensatę za noc spędzoną w niewygodnej pozycji na twardym krześle.

Rozejrzał się wokoło: stół, brudne szklanki, karty, kilka przepełnionych popielniczek, rozrzucone karty... i ten... straszny... zaduch... Podniósł się ciężko na równe nogi i chwilę stał nieruchomo, czekając aż przejdzie nagły atak bólu głowy, wywołany zmianą pozycji. Po chwili mógł dostrzec więcej szczegółów: na stole leżał, jeszcze chyba pochrapując, Douglas. „Młody jest, powinien przetrzymać nas wszystkich” pomyślał i w następnej kolejności ujrzał siedzącego ciągle w tym samym fotelu Styppera. Jego noga spoczywała w majestatycznej bieli na taborecie i wyglądała zdecydowanie lepiej, niż cała reszta Teodora.

-Na miłość boską, Teodorze, otwórz tu okno – powiedział Walter i podszedł wpuścić trochę świeżego powietrza. Okazało się, że na zewnątrz jest taki sam zaduch, jak wewnątrz i wtedy jego żołądek zaczął domagać się śniadania. Lekkiego śniadania.

W kuchni natknął się na Dwighta. Ten siedział ze szklaneczką i papierosem w ustach, jakby dopiero przyszedł i właśnie mieli zaczynać pokera. Ale to tylko pozory; Garett w krótkiej kurtuazyjnej wymianie zdań też przyznał się do odczuwania ciężkich skutków minionej nocy. I, jak sam powiedział, stąd remedium w jego dłoni. Podczas krótkiej pogawędki, Chopp myszkował po lodówce Styppera, wypowiadając głośno życzenie, żeby ten się nie obraził. Znalazł pęto kiełbasy i stwierdził, że to musi wystarczyć. Zaproponował Dwightowi, ale ten podziękował, wskazując na szklaneczkę. „Już sobie nałożyłem” - powiedział. Teodor za to nie odmówił i z chęcią złapał rzucony przez Waltera kawał.

-Ostatni raz śniadaliśmy razem dobre dwa lata temu...

Ale rozmowie nie dane było długo się toczyć. Punkt 10 zjawiła się cała reszta przyjaciół Victora. Teraz brakowało tylko Hiddinka.

Amanda... Walter niemalże zapomniał o jej istnieniu. wszystko cały czas toczyło się szybkim tempem w męskim gronie, a tu nagle weszła ona... Walter wcześniej nie zauważał jej powabów, ale teraz, kiedy wszystkie te wydarzenia otworzyły w nim zupełnie nowy pokład wrażliwości, który do tej pory przygnieciony był ciałem martwej żony, wreszcie dostrzegł powab tej pięknej blondynki. W dodatku przyszła z takimi rewelacjami...

***

„Oni wszyscy, do cholery, najmądrzejsi”, mówił do siebie Walter wsiadając do taksówki, która podjechała pod adres Teodora. „Amatorzy, nie wprawieni w używaniu broni” - rozpamiętywał słowa Garetta i obiecał sobie, że pokaże mu jeszcze, kto tu jest amatorem, kto tu lepiej strzela. Nie umniejszał oczywiście doświadczenia, jakie posiadał detektyw, ale jego ciągłe wywyższanie się działało mu na nerwy. Już myślał, że są na równej stopie, że scysja, jaką mieli w szpitalu pokazała, że są równi sobie, ale nie – ten ciągle musiał podkreślać, że jesteśmy żółtodziobami. „Dobra, nieważne, najważniejsze, że nam wszystkim chodzi o to samo – pomóc Victorowi. Ale Garett ma go tak naprawdę gdzieś, jemu zależy tylko na tym, żeby rozwiązał kolejną sprawę. A to nie jest kolejna sprawa. Rewelacje Amandy pokazały, że jest to coś wyjątkowego.”

I jeszcze wielka chęć zrobienia krzywdy Domincowi Duvarro. Po wszystkich opowieściach Amandy, u Waltera powstało niezbite przekonanie, że to właśnie ten człowiek jest wszystkiemu winien, że to on właśnie ma na swoich rękach ludzką krew. Łańcuch zdarzeń i przesłanek postawił mu w końcu przed oczami obraz Duvarro, który w ataku nieposkromionego szaleństwa, klęczy u niego w domu na łóżku i zadaje śmiertelne ciosy Muriel. Muriel nawet nie reaguje, bo już przy drugim uderzeniu straciła oddech; jej ciało bezładnie poddaje się kolejnym ciosom noża, a spod pleców wyłania się coraz większa czerwona plama w coraz to nowym miejscu, aż w końcu cała pościel jest przesączona czerwienią i dopiero wtedy Dominic przestaje. Staje obok łóżka, poprawia ubranie, uśmiecha się, jak po dobrej robocie i wychodzi dalej.

To, co zrelacjonowała Amanda, jasno przedstawiało Choppowi, że właśnie tak było. A on z nim tak sobie normalnie rozmawiał... z mordercą Muriel...

Taksówkarz wysadził go na targu rybnym, nieopodal jego mieszkania. Walter ciągle nieświeży, ale pobudzony kilkoma kieliszkami zagryzionymi kiełbasą, wałęsał się między straganami aż wreszcie znalazł to, czego szukał. Jeden z rybaków po całkiem okazyjnej cenie sprzedał mu niewielki nóż do patroszenia ryb. Miał być co prawda rewolwer, ale to musi na tę chwilę wystarczyć. Wyciągnął koszulę ze spodni i schował nóż za pasek tak, żeby nie było go widać. Czuł się jak przestępca skrywający pod koszulą dowód zbrodni.

Upał dawał się we znaki i Walter coraz bardziej się pocił. Na koszuli pod pachami i na czole oraz skroniach miał wilgotne ślady spożytego alkoholu. Chciał iść do domu się odświeżyć, ale obowiązki najpierw. Zawsze był taki: najpierw obowiązki. Dlatego postanowił zjeść lunch w barze naprzeciwko jego kamienicy. Bo tam, czekając na posiłek, może swobodnie zadzwonić. Musiał pilnie skontaktować się z dwoma osobami: najpierw Harold Figgings, a później Patrick od niego z pracy.

Zamówił stek i podszedł do telefonu. Wykręcił numer Duvarro Sprocket i po chwili usłyszał w słuchawce głos panny Lubeck, która bez dodatkowych pytań połączyła go z Haroldem. Chopp myślał, że będzie łatwiej. Wrażenie, jakie wywarł na nim Figgings po spotkaniu w fabryce mówiło mu, że to człowiek, który nie ma nic do ukrycia i z chęcią się z nim spotka bez wiedzy Dominica. po drugiej stronie telefonu słyszał jednak głos człowieka, który nie za bardzo ma na to ochotę i wcale nie trafiają do niego argumenty księgowego. Zgodził się jednak na spotkanie. Ustalili, że będzie to „U Arniego” o piątej po południu. Walter znał tę kawiarnię, bo była niedaleko jego pracy. Zupełnie neutralna kawiarnia. Nie ma więc co interpretować przesłanek postępowania Figgingsa jej wyborem. Kawiarnia, jakich wiele.

Telefon do Patricka nie wniósł do sprawy nic nowego. Powiedział, że to sztylet robiony na zamówienie. O żadnej seryjnej produkcji nie może być mowy, dlatego tak trudno cokolwiek o nim powiedzieć. „Jakbym sam tego nie widział” - przemknęło przez głowę Waltera, ale nie dał po sobie poznać rozczarowania. Patrick powiedział, że jeszcze się nie poddał, więc nadzieja jakaś zostaje. Za długo zresztą nie mógł z nim rozmawiać, bo widział jak kelner stawia na jego stoliku apetycznie wyglądający stek. Chopp odsunął krzesło i usiadł. Natychmiast skrzywił usta w grymasie bólu. To nóż, o którym całkowicie zapomniał, dał znać w jakim miejscu się znajduje. Z sykiem poprawił jego ustawienie, żeby nie wbijał się tam, gdzie nie powinien i z niekłamaną przyjemnością zabrał się za jedzenie, zapominając na chwilę o wszystkim. Przeżuwał powoli kawałki mięsa i bezmyślnie wpatrywał się w ludzi przechodzących przed oknami knajpy. Lubił te chwile, kiedy na moment wszystko się wyciszało i przestawało istnieć, a on stawał się jedynie obserwatorem. Siedział rozluźniony i pomimo ciągle ćmiącej głowy i coraz to nowego potu występującego na czoło, czuł się komfortowo, popijając kawę po posiłku i delektując się papierosem. Zastanawiał się, jak to mogło się stać, że na tak długi czas rzucił to piękne nikotynowe przyzwyczajenie.

W domu przywitał go zaduch. Szybko zrzucił z siebie przenoszone ciuchy i pootwierał wszystkie okna. Uff, poczuł na nagim torsie lekki wietrzyk. Uśmiechnął się do siebie i puścił wodę do wanny. Chciał skorzystać z okazji, że do spotkania „U Arniego” ma jeszcze kilka godzin, więc popakował wszystkie brudne ciuchy do jednej torby i zaniesie je po do pralni jeszcze przed spotkaniem. Wprawne oko wdowca, który musi sam sobie radzić ze zwykłymi przyziemnymi czynnościami domowymi, zlokalizowało jeszcze w kilku miejscach porozrzucane skarpety i jedną koszulę pod łóżkiem. Obiecał też sobie, że po kąpieli zajmie się brudnymi naczyniami.

***

W kawiarni Walter był wcześniej. Nie chciał, żeby Harold musiał na niego czekać. Siedział, pijąc kawę i paląc papierosa. Na łydce czuł uścisk noża, który umieścił tam za pomocą prowizorycznej uprzęży zrobionej z dwóch sznurków – później rozejrzy się za czymś bardziej profesjonalnym.

Figgings przyszedł również kilka minut przed czasem. Chopp musiał zdusić niedokończonego papierosa w popielniczce, podniósł się i czekał na Harolda z wyciągniętą dłonią. Niewysoki mężczyzna, z przedziałkiem idealnie rozdzielającym wypomadowane włosy na pół, oddał mu uścisk. Zachował dystans, ale widać było, że był dobrze wychowany. Ubrany, tak jak poprzednio, nienagannie. Widać, że lubi cyzelować każdy szczegół w swoim wyglądzie i sprawiać wrażenie profesjonalisty. „I dobrze, będzie krótko i konkretnie” - pomyślał Walter i zaprosił go do stolika: - -Proszę usiąść. Napije się pan czegoś?

-Kawę i szarlotkę dla mnie – powiedział Harold. Chopp zawołał kelnera i złożył zamówienie. - Chciał pan o czymś ze mną porozmawiać. Nie mam za wiele czasu. Dopinam wszystko przed jutrzejszym pogrzebem.

„No tak, pogrzeb... zupełnie zapomniałem, że Angelina nie została przecież jeszcze pochowana...” - pomyślał Walter. - Bardzo dziękuję, że zechciał się pan ze mną spotkać. Czy Dominic coś panu o mnie opowiadał?

- Nie rozmawiamy zbyt wiele o prywatnych sprawach. Ostatnio panuje pomiędzy nami pewne napięcie.

- Napięcie? Czy jest to spowodowane sprawami firmy, czy osobistymi nieszczęściami, jakie ostatnio na was spadły? Jeśli mogę spytać.

- Może pan. I jedno i drugie – odpowiedział taktownie Figgings.

- Różnicie się w poglądach, jak dalej prowadzić firmę, czy macie inny pogląd na sprawę ostatniego morderstwa? - księgowy nie poddawał się.

- W tym przypadku raczej chodzi o interesy. Co do tego całego Prooda, to jesteśmy niezwykle zgodni, panie Chopp.

- Z tego, co się orientuję – Walter udawał, że nie usłyszał uwagi dotyczącej Victora. - Do tej pory mieliście panowie takie same udziały - teraz większość chyba przejdzie do Dominica, czy mam rację?

- Sądzę, że tak. Sukcesja rodzinna.

Walter uśmiechnął się w duchu do siebie: „I tu cię mam bratku. Nie podoba ci się jak zarządza Dominic. Rzeczywiście wygląda przy tobie jak fircyk. Ale niestety będziesz musiał pogodzić się z jego decydującym głosem, ha. Tu jest twój słaby punkt.” Odzywając się głośno, chciał już przejść do konkretów: - Dobrze, postaram się wytłumaczyć... o, jest pana szrlotka.

Kelner podał Figgingsowi smakowicie wyglądający kawałek, który kawałek po kawałku znikał w ustach udziałowca. Chopp kontynuował: - Postaram się wytłumaczyć skąd moje zaangażowanie w sprawę.

- Proszę się postarać, panie Chopp.

- Otóż dwa lata temu została w bestialski sposób zamordowana moja żona. Została zamordowana dokładnie tak samo, jak Angelina. Tyle samo ciosów nożem. Mam prawo przypuszczać, że za tymi zdarzeniami stoją te same osoby. Mordercy nigdy nie wykryto.

- Przykro mi z powodu pana żony, panie Chopp.

- Dziękuję, ale proszę posłuchać dalej. Śledztwo w sprawie Aleksandra prowadził m.in. Prood. Jak to się skończyło oboje wiemy. Zamordował Angelinę - i to nie pozostawia żadnych wątpliwości.

-Więc może, proszę wybaczyć to co teraz powiem, może to Prood zabił pana ukochaną.

-Możliwe. Tego też nie wykluczam – Chopp mówił to drżącym głosem, ale za wszelką cenę chciał zainteresować historią Figgingsa. - Natomiast udało mi się wejść w posiadanie pewnych dowodów... które obiecałem zdobyć dla Dominica i pojutrze mu je przedstawię. Najpierw chciałem jednak porozmawiać z panem na osobności, żeby poznać pana stosunek do tej sprawy.

-Tej sprawy? - zapytał Harold.

-Tak, sprawy tych dwóch morderstw i Aleksandra.

-Zabójstwo Angi jest tak wstrząsające, ze ledwie doszedłem do siebie. Chciałbym, niech Bóg mi wybaczy, widzieć jej mordercę smażącego się na krześle elektrycznym. A Aleksander, moim zdaniem, ukrył się gdzieś.

-I ja również chciałbym widzieć go na krześle, ale prawdziwego mordercę. Proszę teraz mnie posłuchać – Walter zawiesił głos i zajął się zapalaniem papierosa. Gdy wyciągnął paczkę w kierunku udziałowca, ten odmówił. -Dowody jasno wskazują, że gdzieś tutaj w Bostonie działa pewna grupa osób, które używając hipnozy i tym podobnych wstrętnych rzeczy, każe ludziom popełniać te straszne czyny... Wiem, że brzmi to nieprawdopodobnie, ale ma to związek z Kuturbem.

-Naprawdę? Z tą firmą nowojorską? - Figgings był najwyraźniej zaskoczony. -To dość niedorzeczne, moim zdaniem.

-Wie pan, co znaczy słowo kuturb w kulturze arabskiej? - zapytał Chopp.

-Nie mam pojęcia.

-Ludojad, panie Figgings – Chopp czekał jakie zrobi to wrażenie na Haroldzie. Dalej, do cholery, się nie posunie. o żadnych goulach opowiadał nie będzie.

-A wie pan co znaczy słowo york w języku indian navaho, panie Chopp? - Harold oddał pytanie.

-Nie mam pojęcia...

-Za przeproszeniem, penis. Czy to coś oznacza?

Walter, chcąc nie chcąc, uśmiechnął się. Najwyraźniej nie docenił przeciwnika, a ten w najlepsze kontynuował: -Nie sadzę. Zwykła zbieżność. Sądzę, że wiele języków kryje takie niespodzianki. A nawet, jakby Ludojad, to może to nazwisko właściciela. U nas też znajdzie pan Butcherów. To Rosjanie, zamożni Rosjanie. Uciekinierzy ze swojego kraju.

-Wiem, że brzmi to nieprawdopodobnie. To, co na razie ustaliłem to to, że przez tę firmę dostali się do Duvarro ludzie, którzy w ten właśnie sposób oddziałują na innych ludzi. Panie Figgings mam tylko jedną wielką prośbę...

-Nie wiem czy mam traktować pana poważnie, panie Chopp. Czy też chce mnie pan po prostu rozbawić. Nie jestem w nastroju na żarty. Ale proszę, niech pan mówi, cóż to za prośba?

-Proszę wziąć pod uwagę, że zależy nam na tym samym i uznać przynajmniej na próbę, że mi pan wierzy. Jeżeli to, co mówię jest prawdą, wszystkim nam grozi niebezpieczeństwo... - Walter najwyraźniej próbował się ratować. -Wypadki, które ostatnio miały miejsce w Duvarro...

-Naprawdę mamy ich stosunkowo niewiele w porównaniu do innych firm podobnej wielkości. Mamy drapieżny kapitalizm, panie Chopp i wielu właścicieli nie przejmuje się losem pracowników. My prowadzimy zgoła inna politykę personalną – Harold zdawał się być niezłomnie przekonany do swoich racjonalnych argumentów. Waltera wcale nie powinno to dziwić, to w końcu on tutaj próbuje normalnemu facetowi wmówić Bóg wie co.

-Czy mógłby pan jednak sięgnąć gdzieś do dokumentacji w firmie i dowiedzieć się jak najwięcej szczegółów dotyczących tych wypadków? Zginęło 6 osób. Podejrzewam, ze 1 lipca będzie następny wypadek – może to go zaszokuje, pomyślał Chopp.

-Sześć to nie dwadzieścia sześć, jak w firmie Salamon Vince lub 11 w Fordzie podczas ostatniego miesiąca. Ludzie pracują po 12-14 godzin dziennie, są zmęczeni i popełniają błędy. Niestety. Ale mogę się temu przyjżeć.

-Proszę odrzucić pana racjonalizm i założyć, że mi pan wierzy. Choć na chwilę.

-To nie racjonalizm. To próba zrozumienia pana nieuzasadnionej paranoi – odpowiedział niezłomnie Figgings. Chopp miał już dość. Nie był przyzwyczajony do prowadzenia takich rozmów.

-To tak naprawdę to samo, ale nieważne. W obliczu zebranych notatek od ludzi, którzy prowadzili wcześniej śledztwo, a teraz nie żyją, wiem, że te wypadki, to jest trop.

-Powiedzmy, że jest w tym coś niepokojącego.

-Panie Haroldzie, pan był blisko Kuturba...

-Tak. Ustalałem z Zarządem warunki kontraktu.

-Czy ma pan dostęp, albo możliwość dostępu do większej liczby informacji na temat tej firmy -Chopp cieszył się ze zmiany tematu. -Tu może być istotne wszystko: kto nią zarządza, jakie miał kontrakty, gdzie ma filie itd..

-Mam standardową procedurę sprawdzającą kontrahenta. Przeprowadzałem wywiad na temat firmy i jej wypłacalności – Harold udzielał informacji w bardzo konkretny sposób. -Duvarro Sprocket miał ostatnio nie najlepszą sytuację, więc kontrakt zerwany przez Aleksandra dawał nam nadzieję.

-Czy Kuturb współpracuje z dużą ilością firm w różnych stanach. Jak to wygląda? - pytał dalej Chopp.

-To są dość poufne dane. Nie mamy do nich dostępu. Ale to nowa firma. Szukała kogoś, kto wykona dla nich określone technikalia. Przedstawiła projekt a my wygraliśmy z ofertą cenową. Wpłacili niezbędną zaliczkę, naprawdę pokaźna kwotę, a po niespełna trzech miesiącach Aleksander zrywa ów kontrakt i oddaje pieniądze wraz z odsetkami. Gdyby nie moja ciężka praca, to firmy już by nie było i setki ludzi straciłoby miejsce zatrudnienia. Udało mi się jednak pozyskać spory kontrakt i wyszliśmy na zero.

-Nowa? Czyli istnieje od niedawna... A czym tak w ogóle się zajmują? Bo wy mieliście wykonać fabrykaty, a jakie miało być ich dalsze przeznaczenie?

-To części do jakichś maszyn. Koła zębate. Przyznaję, dość nietypowe. Ozdobione, z nierównym skokiem zębów, trudne do wykonania. O przeznaczenie nie pytałem. Nie miało dla mnie znaczenia.

Walter drążył dalej. chciał w końcu usłyszeć, czy ma w nim sprzymierzeńca, czy nie: -Teraz najważniejsze pytanie...

-Proszę – Figgings obserwował go cały czas tym samy wzrokiem nie zdradzającym żadnych emocji. Widać było po nim, że zależy mu na firmie i ma żal do Dominica, że go nie docenia, ale nie zdradzał żadnych emocji wywołanych tym, co usłyszał od Waltera, który spytał: -Czy zaniepokoiłem pana na tyle, żeby udostępnił mi pan do wglądu wszystkie materiały na temat Kuturba, jakie pan posiada i do tego postarał się dzięki znajomościom w branży, dowiedzieć na ich temat jeszcze więcej? Dlatego, że Kuturb i wypadki w waszej firmie zdają się być kluczowe w całej tej sprawie.

-Hmm. Nie wiem. Mogę pana umówić na spotkanie w biurze i dać do wglądu dokumentację, ale powiem szczerze, to co w niej jest, już panu powiedziałem. Co do wywiedzenia się więcej, proszę mi wybaczyć, ale wolę nie tracić czau na firmę, która została przez Duvarro oszukana. Nie przypominać tego ludziom z branży, To była dość nieładna karta w działalności Duvarro Sprocet i wolę do niej nie wracać. Jeśli pan chce czegoś więcej, niech pan sam traci czas na wywiad. Proszę wybaczyć szczerość. Pomogę panu, ale w zakresie nie wymagającym więcej nakładu czasu, czy środków.

-Doskonale rozumiem, ale z chęcią skorzystam z zaproszenia i przyjrzę się dokumentacji. Ale wypadkom przyjrzy się pan bliżej i poszpera, prawda?

-Tak, jak obiecałem.

-I proszę nie wspominać Dominicowi o naszym spotkaniu... Sam z nim jutro porozmawiam i pokażę, jakie udało mi się zdobyć dowody. Z góry dziękuję za pana dyskrecję. Pogrzeb jutro będzie o której godzinie?

-O jedenastej. Cmentarz przy św. Krzysztofie.

Walter był usatysfakcjonowany. Dał jeszcze swoją wizytówkę Haroldowi i poprosił o telefon, gdyby ten dowiedział się czegoś niepokojącego. Sam również obiecał oddzwonić. Dowiedział się sporo. Dlatego z uśmiechem na ustach obserwował, poprzez dym z papierosa, wychodzącego mężczyznę. Oczami wyobraźni był już jutro na pogrzebie i rozmawiał z Dominikiem na temat dowodu, jaki znalazł. Nie chciał już więcej kawy. Wstał i udał się w kierunku swojego mieszkania. Spacerkiem. Wieczorem postara się jeszcze złapać Dwighta w hotelu, żeby ustalić termin spotkania na jutrzejszy dzień.

Felidae 07-09-2010 15:23

Ze szpitala, w którym odwiedziła Victora, wyszła z mętlikiem w głowie. Wieści, które jej przekazał były straszne. Victor przyznał się do zabójstwa…. Była przybita i przerażona. Co teraz??
Wierzyła mu, wierzyła, że ktoś rzucił na niego urok. Ale wiedziała, że ta wiara nie obroni go przed stryczkiem.
Victor zmienił się bardzo fizycznie. Nie chciała aż na głos wypowiadać myśli, które wciąż i wciąż powracały w jej głowie.
Jej kuzyn wyglądał jakby sam zaczął przemieniać się w jedno z tych potworów. Ostre zęby, przygarbiona sylwetka, zwierzęcy wyraz twarzy…. Ale czy to możliwe?
Czy też może jej wyobraźnia wymykała się spod kontroli? Jak mogła mu pomóc?
Musieli rozwiązać zagadkę, koniecznie!
Nie chciała wracać do domu.
Wtedy jej spojrzenie spoczęło na kopercie, którą przyniósł goniec. Otworzyła wiadomość.

***



Dworzec kolejowy w Bostonie nawet późnym wieczorem przypominał huczący ul.
Amanda z trudem przedzierała się pomiędzy spieszącymi się ludźmi. Umówiła się w kafejce dworcowej z człowiekiem, który odpowiedział na ogłoszenie w jej gazecie.
Była ciekawa co to za człowiek.

Zajęła miejsce przy stoliku pod ścianą i rozłożyła najświeższe wieczorne wydanie „Daily Telegraph” tak jak się umówili przez telefon.
Jakieś pięć minut później usłyszała ciche chrząknięcie. Spojrzała znad gazety. Przy stoliku stanął mężczyzna.
Był niewysoki, a jego pospolitą twarz łatwo było zapomnieć. Ubrany był w szary, prążkowany garnitur, jaki kupić można było w każdym podrzędnym domu towarowym.
Szary, zwykły człowieczek.
Wstała z miejsca i zaproponowała aby się przysiadł.
Mężczyzna przedstawił się jako Borys Walenjew i mówił z wyraźnym, wschodnim akcentem.
Usiedli oboje ponownie, ale mężczyzna milczał. Amanda zaczęła więc rozmowę od razu przechodząc do sedna sprawy:

- Panie Walenjew, zgłosił się pan do redakcji na ogłoszenie, które zamieszczono w gazecie. Co może mi pan powiedzieć na temat tego zabójstwa w dzielnicy portowej?

- Może i ja coś widział – oburknął zapytany - ale najpierwej ja chciałby zapytać kto szuka informacji?

- Jestem dziennikarką i planuję napisać artykuł o tym zdarzeniu. – odparła Amanda marszcząc brwi.

- A po co? To nie nowość, takie morderstwo w naszej dzielnicy… Wy znali tego człowieka? - spytał Walenjew mrużąc oczy.

Amanda zauważyła, że mężczyzną był wyraźnie spięty. Wiercił się na krześle raz po raz nerwowo zerkając na zegarek. Przyglądając mu się uważniej dostrzegła, że na jednym z oczu miał niewielką skazę. Jego tęczówka miała w tym miejscu trochę jaśniejszy odcień.

- Panie Walenjew, o celowość mojej pracy proszę zapytać mojego przełożonego. Nie chciałabym być nieuprzejma, ale to pan zgłosił się do nas z informacjami, a nie odwrotnie.

Facet coś kręcił, tego była pewna. Nie wyglądał na przestraszonego, więc zdaniem Amandy raczej szukał pretekstu do tego, aby dowiedzieć się kto węszy wokół sprawy.

- To jak będzie? Widział pan coś tamtego wieczora czy nie? – ponagliła

Nie w smak była Walenjewowi ta rozmowa. Poczerwieniał na twarzy i dopiero po chwili odpowiedział:

- Nu dobra. Ja widział jak ten z gazjety – tu wyciągnął wydanie ze zdjęciem Victora -zadźgał tą biedną djewuszku.

Kłamał. Czuła to, ale musiała kontynuowac grę.

- A czy to pan zawiadomił policję? – spytała Amanda

- Da, ja zadzwonił – mężczyzna nawet nie patrzył w oczy Amandy

- A dlaczego się pan nie przedstawił, dlaczego anonimowo?

Walenjew nie odpowiedział na to pytanie.

- W ogłoszeniu Wy napisali o nagrodzie? – patrząc ze złością spod brwi

Amanda wiedziała, że więcej nie wyciśnie z tego człowieka.
Wyjęła z torebki 10 dolarów i położyła na stoliku. Walenjew zagarnął pieniądze i bez pożegnania opuścił lokal.

Amanda kluczyła jeszcze chwilę po hali dworca upewniając się, że nikt jej nie śledzi.
Dopiero wtedy wyszła na zewnątrz i zawołała taksówkę.


***


Amanda przybyła do Styppera o umówionym czasie. W pokoju obecny już był Vincent. Nie było jej do śmiechu. Uprzedziła już Styppera, że ma bardzo niepokojące wieści do przekazania i czekała niecierpliwie na pozostałych Badaczy mocno przyciskając do piersi notatki poczynione przez Victora i nią samą.
Jak tylko całe towarzystwo zebrało się w salonie spojrzała na nich poważnym wzrokiem i powiedziała:

- Dziękuję za przybycie. Za chwilkę wyjaśnię panom okoliczności dzisiejszego zebrania. W ramach wstępu chciałam tylko wyjaśnić, że to co opowiem może nie mieścić się w ramach zdrowego rozsądku i wcale nie zdziwię się jeśli panowie wezmą mnie za wariatkę.
Dlatego uprzedzam od razu, że każde wypowiedziane przeze mnie słowo będzie miało jedynie poparcie w lekturze, którą mam przy sobie oraz w tym co pośrednio i osobiście, tak osobiście przekazał mi Victor. Rozmawiałam z nim wczoraj wieczorem na krótkim widzeniu w szpitalu. I zanim panowie zaczniecie zadawać pytania proszę o jeszcze chwilę cierpliwości. Zaraz wszystko opowiem.
- tu spojrzała na Styppera

- Zaczęłam od wizyty w bibliotece bostońskiej...

***


Niedługo po rozmowie Dwight Garrett czekał już na Amandę w przedpokoju. Gdy podeszła, uprzejmie pomógł jej założyć jej wierzchnie odzienie, a następnie otworzył przed nią drzwi i zaoferował rękę. Musieli udać się na Essen Street i odzyskać notes Victora ze skrytki w szafie.

- Shall we, miss Gordon?

Dołączyła do Garetta wspierając się lekko na oferowanym ramieniu.
Detektyw uśmiechnął się lekko i poprowadził ją na zewnątrz. Tam wolną ręką założył sobie zręcznie kapelusz i niemal zaraz za progiem powiedział:

- Zamówiłem już taksówkę, zaraz tu będzie. Skoro zaś mamy parę minut... Proszę wybaczyć, pewnie nie jest panna przyzwyczajona do takich pytań, ale z drugiej strony za nic w świecie nie pozwoliłbym sobie na to, byś nudziła się w moim towarzystwie...Pytanie brzmi: czy mamy zamiar wejść do mieszkania Prooda oficjalnie, licząc że ktoś nas tam wpuści, czy też...Zawiesił głos.
- Czy też użyjemy bardziej dyskretnego, ale za to bardziej ryzykownego sposobu? - dokończył Dwight z szelmowskim uśmieszkiem.

- Zdam się w tej kwestii na pana doświadczenie – odparła Amanda. – Zdaje się, że mamy do niego dorobiony klucz? – dodała niewinnie. - Ostatecznie w razie gdyby ktoś pytał, powiem, że Victor mi go dał, w końcu jesteśmy rodziną.

W tym czasie nadjechała taksówka. Wsiedli.

Gryf 07-09-2010 20:25

Cytat:

Z dziennika Vincenta Lafayette
19-20 czerwca 1921r

Dekadencja, Fin de siecle... różnie to ludzie nazywają. W największym skrócie polega to na tym, że pod koniec każdej epoki ludziom odwala. Fundamenty społeczne się trzęsą, a cały mieszczański światek zakonserwowany przez pokolenia płonie i idzie w diabły. Szerzy się zgnilizna moralna i powszechne upodlenie obyczajów. Cóż wam mogę powiedzieć potomni - nasza cywilizacja wali się mniej więcej od końca XIX stulecia i w jakiś niestosowny sposób jestem dumny, że mogę brać w tym udział. Myślę, że nie umiałbym żyć w innych czasach.

Tyle mam do powiedzenia odnośnie dzisiejszej nocy...



Z profesjonalizmem godnym zawodowca wysunął się spod Mary, podkładając w miejsce swoich kolan opasły egzemplarz "Serca Mistrza" Aleistera Crowleya. Po chwili namysłu podmienił ją na równie opasłą, ale noszącą dużo bardziej neutralny tytuł "Liber CCXLII".
Gdy opuszczał teatr zauważył na scenie jednego z kabareciarzy. Półnagi, w rozmazanym makijażu z harmonią śpiewał jakąś obrzydliwą piosenkę na cześć zbliżającego się końca świata... całą publiczność stanowił siedzący dokładnie pośrodku widowni Lupin - jego głowa była odchylona do tyłu, a jego nerwowe chrapanie przebijało się przez muzykę.

Pięknie... po południu trzeba tu będzie zacząć sprzątać. Do tego czasu pozwolił tej szalonej nocy trwać do ostatniego uczestnika. Mocno wczorajszy, ale szczęśliwy ruszył do domu.

Zdążył się umyć, ogolić i szykował się do ubierania, kiedy dopadł go telefon Teodora... o ile zrozumiał jego bełkot najwyraźniej właśnie się obudzili i szykowali się do poprawki. Dopiero po chwili ktoś o trzeźwym, lecz ostrożnie cichym głosie zabrał słuchawkę Stypperowi i wytłumaczył, że w środku libacji wpadła panna Gordon z jakimiś nowymi odkryciami, a że nie za bardzo było z kim rozmawiać umówiła spotkanie na 10.


***

Rewelacje Amandy przeszły jego najśmielsze oczekiwania. Najgorsze było to, że tak naprawdę nie powiedziała niczego nowego. W którymś momencie, wyciągnął z kieszeni spodni zmiętą kartkę...


Pozwól, że ci zapiszę, byś po opuszczeniu krainy mądrości przypadkiem nie zapomniał:

"ProOd ZabiŁ poniewarZ trOpi PoŻeracza poNIEWaż Zmazał ZNAk StaRSZyCH bogów..."

Chrystusie Nazarejski!

"...poniewaŻ ChciAŁ być JAK poŻeracz ZrozumieĆ PoŻeracza ZŁOwiĆ POŻERACZA..."

Obłęd, zdemolowane mieszkanie.. wszystko łączyło się w całość. To się działo naprawdę!

"...PoŻeraCZ jest ZŁEM POŻERACZ JEST POżeraCZ jest ROSJANINEM z FAbRyKI"

Victorrr! Masz diengi?


Niewiele z grozy jaka go ogarnęła przedostało się na zewnątrz. Po pierwszym napadzie starał się mówić z sensem, okrągłymi zdaniami, choć cokolwiek powiedział zdawało się zupełnie nie oddawać istoty sprawy. Jak w ogóle można ująć w słowa niewypowiedziane. Zdławił lęk w sobie, jednak spokój i radość życia jakie miał w sobie dzisiejszego poranka odeszły bezpowrotnie.

A miało być tylko gorzej.

***

Cytat:

Z dziennika Vincenta Lafayette
niedatowane

Są książki których lektura sprawia przyjemność. Są takie, które daje się czytać choć nudzą. Są książki napisane źle, których lektura to czysta męczarnia. W badaniach nad okultyzmem, trafiają się też takie, po których człowiek ma ochotę upić się na smutno i wyskoczyć z okna. Niemieckie "dzieło" z biblioteczki mego przyjaciela jest czymś gorszym.
Lektura "Das Geheimnis der Kutrub" była niczym szorowanie oblepionej kałem kloaki zużytą szczoteczką do zębów. I mówię tylko po części metaforycznie.

Studiowanie "Tajemnicy Kutrubów" okazało się zajęciem bardziej czasochłonnym, niż mogło się początkowo wydawać. Powiedzieć, że książka jest napisana po niemiecku byłoby zbyt dużym uproszczeniem. Bezpieczniej byłoby powiedzieć że napisano ją używając niemieckich słów.
Ogrom krzywdy, jaką - pożal się boże - pisarz dopuszczał się na języku poetów i filozofów był nie do oddania słowami. Każde kolejne zdanie - toporne, wulgarne, uwłaczające zasadom gramatyki i interpunkcji - musiało powodować, że poczciwy Goethe przewracał się w grobie.

Przeczytanie ze zrozumieniem kilku kartek rozciągało się na całe godziny.

Odrażająca forma kryła równie odrażającą treść.

Informacje o mitycznych istotach zwanych ghulami, ktore żyją wśród ludzi od niepamiętnych czasów. O ich obrzydliwych zwyczajach, rozmnażaniu, społeczności, odrażających aktach kanibalizmu, informacje o tym, ze mogą płodzić potomstwo z ludźmi. O tym ze ludzie mogą stawać się nimi poprzez skomplikowany rytuał semodegeneracji.

Obrzydliwy, dosadny opis takiej przemiany, zawierał także szczegół, który sprawił, że Vincentowi zrobiło się zimno: Kły zastępujące wypadające ludzkie zęby.

Prood na litość Boską... Dlaczego?

Czytał dalej - coraz bardziej blady, z trudnością panując nad nerwowym drżeniem rąk. Odraza walczyła w nim z chorobliwą chęcią poznania nieodgadnionego. Jak zwykle ostatnia siła wygrała.

Na następnych stronach opisano sposoby przyzywania tych istot. Ciągnący się stronami ceremoniał mający rzekomo przywolać ghula. Przekrój czystych przyjemności: cmenatrz, zaśmiardłe mięso, krew przyzwyajacego, symbole do usypania z soli i jakiś bełkot w nieznanym Vincentowi, przyprawiającym o dreszcze języku.

Uwagę Vincenta przykuło powtarzające się i odmieniane przez wszystkie dwa znane autorowi przypadki słowo "Blut".
Nie, nic o krwi w butelkach, jednak Vincent załapał się na makabrycznie szczegółowy opis precyzujący w jaki sposób zaklinajacy ma naciąć sobie żyłę i upuścić krew. Czynności tej poświęcono stronę tekstu drobnym drukiem i dwie ryciny. Miało to rzekomo pozwalać na rozmowę z Pożeraczem, póki ten nie odejdzie.

Był zmęczony. Zaczął nieco bezmyślnie kartkować księgę przyglądając się rycinom. To czego szukał znalazł niemal na samym końcu. Dziwaczny symbol z korka butelki. W pełnych rozmiarach i wykreślony z pełną starannością nie wyglądał ani odrobinę przyjemniej dla oka.



Ilustracja była częścią opisu jakiegoś rytuału. Straszliwego i diabelnie trudnego. Wedle słów autora, obrzęd pozwala czarownikowi od zachodu do wschodu słońca pozostać niewrażliwym na pazury i kły pożeraczy.

Potrzebne było do tego coś, co nazywało się Krwią Dziecięcia Czarnej Kozy. Lubujący się w dosadnych szczegółach autor, w tej kwestii okazał się bardzo wstrzemięźliwy. Opis był... ostrożny, każde słowo dobrane z rozmysłem, by nie napisać za dużo. Do tego stopnia, że doprawdy ciężko było dojść z jakiej to plugawej istoty miała pochodzić krew... bo z całą pewnością nie koźlątka. Rytuał przewidywał dokładne natarcie się krwią i mnóstwo innych skomplikowanych i czasochłonnych działań. W tym...

Dość!

Nic dziwnego, że Prood postradał zmysły. Vincent spojrzał na stosy notatek i tłumaczeń. Boże... Nie były potrzebne żadne demony i ghule - samo przeczytanie tej książki od deski do deski zdawało się prostą drogą w kaftan bezpieczeństwa. A ten szaleniec w dodatku zaczął wprowadzać zawarte w niej rytuały w życie. Cokolwiek działo się w fabryce.. cokolwiek grupa przed nimi zdołała ustalić, musiało być naprawdę wielkie, skoro zdecydowali się na tak... odrażające, desperackie kroki.

Co jeszcze kryło się w zeszycie, który przeoczył w mieszkaniu Victora?

Czym u diabła było świństwo w zielonej butelce, która spoczywała beztrosko między produktami spożywczymi w spiżarce Styppera?

Każda odpowiedź zaczynała prowadzić do kolejnych pytań.

Chwilę bezmyślnie gapił się w sufit, po czym ponownie otworzył księgę...


arm1tage 09-09-2010 11:03

Nowy, wspaniały bostoński dzień. Isn't that grand... Znajoma potrzeba tańczyła na moich spierzchniętych wargach. Niektórzy mówią, że na kaca najlepsze jest powietrze z pompki do materaca. Ja od lat miałem swoją metodę, pewniejszą i przyjemniejszą.


* * *


Dwight był już ubrany. W pierwszej części zebrania, gdy Amanda przemawiała szwendał się z poszarzałą twarzą, szukając nie wiadomo czego. W po chwili sprawa się wyjaśniła, gdy wrócił z odnalezioną niepróżnioną wczoraj do końca butelką. Postawił przed sobą szklankę, ale zastygł z uniesioną dłonią trzymającą naczynie i popatrzył na nich.
- Państwo może reflektują...?
Nikt się nie odezwał, więc wzruszył ramionami i przechylił butelkę. Zanim rozbrzmiały następne słowa, dało się posłyszeć odgłos lejącego się po ściance szklanki trunku.

- Prood zabił ponieważ tropi pożeracza, ponieważ zmazał znak starszych bogów, ponieważ Bóg, Szatan i Magia są prawdziwe, ponieważ chciał być jak pożeracz, zrozumieć, złowić... pożeracz jest Rosjaninem z fabryki - Vincent szeptał jakby do siebie, kac najwyraźniej dawał mu się we znaki bardziej, niż to się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Gdy poczuł na sobie spojrzenia uniósł wzrok i zwrócił się do Amandy - Panno Gordon... ta historia przeczy logice i zdrowemu rozsądkowi.

Pozwolił, by te słowa dotarły do wszystkich wystarczająco jasno i dobitnie. Po czym podjął.
- Przypuszczam, że wiele odwagi kosztowało panią przedstawienie jej nam i takiej samej będzie wymagało od nas uwierzenie w nią. Myślę, że mam w sobie tą odwagę, choć - przyznaję - nie jest to łatwe. Czy mógłbym rzucić okiem na tą księgę? Znam niemiecki, myślę, że uda mi się ją rozpracować.

- Chętnie skorzystam z pana pomocy... - rzekła kierując słowa do Lafayette’a - sama również władam niemieckim, ale co dwie głowy to niejedna. Większość stron została przetłumaczona przez samego Victora, pozostały materiał możemy tłumaczyć wspólnie. - po krótkiej chwili dodała - Niech mi pan wierzy, mnie również to wszystko nie mieści się w głowie i trzęsę się ze strachu. Ale wiem, że Victor był.... jest zbyt poważną osobą, żeby te wydarzenia traktować jako wymysł jego wyobraźni. Poza tym te zmiany w jego wyglądzie... po prostu przerażające.

Zagłębiony w przepastnym fotelu Garrett milczał, popijając ze szklanki. Minę miał dokładnie taką samą jak wczoraj przy pokerze. Poklepał się po kieszeniach w poszukiwaniu zapalniczki, już z papierosem na wardze.

Walter siedział z łupiącą głową i słuchał słów Amandy, coraz bardziej otwierając usta. Podejrzewał, że w grę będą wchodzić jakieś brzydkie rzeczy - rytuały i tym podobne, ale co to są u licha te ghoule? Tak naprawdę dotarły do niego dwie rzeczy: to w Duvarro jest źródło zła i Dominic prawdopodobnie maczał we wszystkim palce. Druga rzecz, to że grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo.
-Drodzy przyjaciele - myślę, że po tym co razem przeszliśmy do tej pory, możemy tak do siebie mówić... To, co tu usłyszeliśmy przerasta moje realne spojrzenie na świat, chociaż Victor już raz mi udowodnił, że na realności świat się nie kończy. Nie mam pojęcia, co to są te cholerne ghoule i jak o tym wszystkim pomyślę, to zaczynam się bać... Ale jedyna rzecz, jaką bym chciał teraz zrobić w tym momencie, to wstać, pójść do Duvarro Sprocket i zabić Dominica... Tak, żeby go bolało... On musi być temu winien, w rozmowie strasznie bagatelizował wszystkie wypadki w fabryce, mówił, że zdarzają się gorsze - teraz słowa skierował do Amandy: - Pani powinna być najbardziej zorientowana; nikt nie pisał w gazetach o tych wypadkach? Jeśli tak, to powinniśmy do niego dotrzeć - i znowu skierował się do wszystkich. -A w ogóle, czy ktoś z was wie, kiedy będzie najbliższa pełnia?

- Spokojnie panie Chopp - odparła cicho Amanda - chyba nie potrzeba nam już więcej ciał - dodała lekki uśmiech (wychodzę z założenia, że dowiem się od innych o wydarzeniach poprzednich dni)
O wypadkach nie było głośno. Myślę, że w interesie właścicieli leżało wyciszenie sprawy, ale dowiem się, może któryś z kolegów wie coś więcej na ten temat. - a słysząc kolejne pytanie dodała - Sprawdzałam cykl księżyca. Następną pełnię mamy 1 lipca. Zostały nam więc niecałe dwa tygodnie.
Po chwili namysłu dodała:
- Czy któryś z panów widział może ostatnio syna pana Hiddinka, Artura? Jak widzę senior zajęty jest interesami, ale powinniśmy dotrzeć do kogoś, kto ściśle współpracował z Victorem i ...jeszcze żyje. Oprócz tego warto by sprawdzić środowisko Rosjan. Wspominali panowie o nowojorskiej firmie Kuturb - ana myśl o tej nazwie Amanda poczuła jak włoski jeżą jej się na karku. - Nie chcę prorokować, ale bardziej wyraźnego powiązania z kultem gouli mieć już nie możemy. Przypominam, że kuturb to nazwa męskich ghouli, w kulturze arabskiej lub po prostu "ludojad". Czy można tę firmę jakoś sprawdzić? Panie Garrett?
- To wszystko jest dość ... trudne do ogarnięcia. Wręcz niedorzeczne. - wtrącił Stypper zanim detektyw odpowiedział - I gdybym nie towarzyszył kiedyś Victorowi w czymś, czego nie da sie wyjaśnić słowami to pewnie bym nie uwierzył. Mogę pomóc z tą firmą. Mam powiązana z różnymi przedsiębiorcami na Wybrzeżu. Kiedy szukaja siedziby trafiają czasami do mnie. Zobaczymy co mi się uda wywąchać. Ale oczywiście pomoc pana Garretta byłaby jak najbardziej na miejscu.
- Oczywiście jestem do usług. - chrząknął Dwight.
- Jak czuje się Victor, droga Amando?
- Myślę, że trochę się poddał. Świadomość, że pozbawił kogoś życia, nawet będąc pod wpływem jakiegoś uroku, strasznie go przybiła. Czuje się winny, winny zbytniej pewności siebie i zaniedbania. Fizycznie jest podobnie, okropnie zmizerniał i zbrzydł... wygląda jak cień samego siebie.
Martwię się o niego... i jego przyszłość. Dlatego właśnie uważam, że powinniśmy kontynuować jego pracę, aby jego poświęcenie nie poszło na marne. Mimo, że to wszystko graniczy z szaleństwem.

Detektyw wciąż się nie odzywał. Kopcił tylko tytoń jak lokomotywa i robił jakieś notatki w wyciągniętym niedawno notesie.

-Musimy pomścić Victora i odpłacić pięknym za nadobne tym, co mu to zrobili. Mam nadzieję, że zrobimy akcję wcześniej zaplanowaną przez Dwighta na Dominicu. Postaram się namówić na prywatną rozmowę drugiego udziałowca - tak jak mówiłem, wydawał się skory do współpracy. Mam tylko nadzieję, że to nie są pozory. On również może coś więcej wnieść w sprawę Kuturba - jeśli to słowo rzeczywiście oznacza, co mówi Amanda, to już mam ciarki na plecach. Rosjanie w swojej ulubionej knajpie też na pewno mogą wiele rozświetlić.
Najważniejsze, że Victor czuje się lepiej i nasza praca niekoniecznie musi pójść na marne. Musimy być w pełni gotowi na ich następny atak za dwa tygodnie. Myślę, że powinniśmy się jakoś uzbroić. Czy każdy z nas ma jakąś broń?

- Broń - wyraźnie wzdrygnął się Theodor. - Po wojnie obiecałem sobie, że nigdy więcej jej nie tknę. Ale jeśli fakty mają się tak, jak powiedział Victor, to co nam pomoże broń pczeciwko urokom. Jak można się bronic przed urokiem. Ja nawet na urok niewieści jestem podatny. Pan Lafayette jest zapewne specjalistą od takich uroków, prawda? Co pan by nam doradził?

- Obawiam się, panie Stypper, że za dużo czasu spędził pan w towarzystwie pana Choppa, bez obrazy Walterze. Jestem iluzjonistą, nie czarnoksiężnikiem. Ja nie czaruję, ja sprawiam, że ludzie wierzą w magię. To dwie różne rzeczy. - zamyślił się chwilę - Mam pewną... wiedzę teoretyczną, która w tym świetle może okazać się przydatna, do tego być może coś wydobędziemy z tego niemieckiego woluminu, który przyniosła panna Gordon. Trzy razy bym się jednak zastanowił, zanim powierzyłbym swoje życie magii... a przynajmniej s a m e j magii.

Przykulony student siedział na brzegu kanapy wpatrując się w przyniesiony przez Garretta alkohol...wzdrygnął się jedynie:
-T-to by wyjaśniało d-działanie sztyletu i jego wpływ na l-ludzi...

-To ustalmy kolejność działań. Pan Garett idą z Amandą do mieszkania Victora, ja staram się umówić spotkanie z Dominikiem na jutro i kontaktuję się z panem - Walter mówił teraz do Garetta. - Rozumiem, że kontakt tylko przez hotel? A jak wróci Herbert, odwiedzimy knajpę. Czy możemy zostać przy takiej wersji? I ja poważnie mówiłem z tą bronią. Czy ktoś z was wie, skąd można wytrzasnąć jakiś rewolwer? Aha, i jeszcze jedno: może te księgi i notatki mówią coś na temat krwi w butelkach - czemu do jasnej cholery miałaby być ona taka cenna.
Odetchnął po wypowiedzianych słowach, wyciągnął papierosa i pochylił się na krześle, opierając łokcie na kolanach. Głowę zanurzył w dłoniach i chwilę ją masował opuszkami palców: -Nie chcę być marudny, ale w tym stanie, w jakim znajduję się obecnie, najważniejsze dla mnie jest porządna kąpiel, świeże ubranie, no i... może kieliszek od pana, Dwight - wyciągnął rękę po trunek.
- Pewnie, Walt...- powiedział Dwight podając mu szklankę - Wypij, ochłoń nieco. Tak, jeśli chodzi o mnie, najpierw wizyta w mieszkaniu Prooda, potem rosyjska knajpa, a potem musimy omówić akcję z Dominikiem. Czy oprócz Waltera mogę jeszcze na kogoś liczyć, potrzeba jeszcze jednego lub dwu “oprychów”?
Niestety, zgłoszeń póki co nie było. Nie było się też co dziwić.

- Plan wydaje się sensowny - rzekł Lafayette - ja w tym czasie zacznę już rozpracowywać tą księgę. W sprawie rewolweru: o ile mnie pamięć nie myli, można go nabyć w każdym sklepie z bronią, jeśli fundusze są problemem, mogę w nas trochę zainwestować. Panie Lynch, co do sztyletu... biorąc pod uwagę przebieg wydarzeń, myślę, że podobnie jak to zrobił pierwotnie Victor, powinniśmy to paskudztwo schować w bezpiecznym miejscu i prowadzić śledztwo ze zdjęciami w ręku. Skoro na pana ramiona spadł ten wątek śledztwa, skontaktuję pana z moim przyjacielem, antykwariuszem, który się tym tym obecnie zajmuje.

Detektyw po podaniu szklanki Choppowi osunął się z powrotem w głęboki fotel i zaciągnął się dymem, a potem odezwał się oglądając swoje już prawie opróżnione naczynie pod światło.

- Pozwólcie, że dorzucę coś do rozmowy. Pan Lafayette powiedział dziś bardzo ważną rzecz. Wybacz Vincencie, jeśli cytat nie będzie dokładny, mam kaca. “Ja nie czaruję, ja sprawiam, że ludzie wierzą w magię. To dwie całkiem różne rzeczy.” Sugeruję wam walnąć sobie porządną lufę i wziąć sobie głęboko do serca te słowa.

Garrett zgasił jednego papierosa, zapaląc najpierw od niego kolejnego.

- Są na świecie ludzkie mendy...- ciągnął - ...które żyją z tego, że są dobre we wciskaniu tego rodzaju gówna innym. Powodzi im się dobrze, bo ludzie bezgranicznie uwierzą w najgorszy kit, jeśli trafią na sprawnego manipulatora. Tacy ludzie chcą, byście emocjonowali się ich tajemnicami, uwierzyli w to wszystko, chcą byście zaczęli być tacy właśnie jacy zaczynacie teraz być. Choć historyjki o magii i potworach pod łóżkiem są wyssane z palca, to spowodowały już niejedno jak najbardziej prawdziwe szaleństwo. Ich moc, a także moc ludzi którzy zrobili sobie z tego zawód, zależy tylko od tego jak wielu ludzi zawierzy tym bredniom. Zapytajcie Lafayette’a.

Spauzował, przepił, przepalił.

- Mało wam po tym, co usłyszeliście od tej ślicznotki? Wiecie ilu już w swoim życiu widziałem ludzi, którym głosy w głowie kazały popełniać przestępstwo? Rzygam już takimi historiami. Jako osoba z zewnątrz powiem wam - ochłońcie i spójrzcie wreszcie prawdzie w oczy. Wasz przyjaciel stracił rozum. Zapewne za czyimś wpływem, zapewne wielu złych chłopców kryje się tam w cieniach. Ale Prood jest czubem, ktoś zgasił światło, nikogo nie ma w domu. Nie idźcie tą drogą. Nie dajcie wciskać sobie kitu, bo skończycie tak jak on.

Dym spowijał zmęczoną kacem twarz detektywa.

- Oczywiście nie zmienia to faktu, że mogę nadal pracować nad sprawą i próbować znaleźć coś, co wyciągnie go z tego gówna. Ale nawet jeśli się uda, Victora trzeba leczyć, bo bestia może wyjść wtedy na żer znowu. Nauczcie się z tym żyć. A co do broni, to odradzam. W zdecydowanej większości przypadków postrzałów z broni w rękach amatorów dotyczy samopostrzałów. Już nawet nie mówię o tym, że najprostsza metoda sprowadzenia sobie na kark glin to wymachiwanie pukawkami na lewo i prawo. Wasze zdrowie.

Uniósł szklankę w toaście, przy ostatnim zdaniu patrząc na Lafayetta. Potem oparł się znów i zamilkł, delektując się papierosem.

-Dobrze powiedziane, Garett - odpowiedział na to Chopp, sięgając po kolejny kieliszek i powoli zdając sobie sprawę, że to powinien być już ostatni. -Ale nie znałeś Victora. To, co przeżyłem za jego sprawą po zamordowaniu mojej żony nie było logiczne, ani udawane. To było naprawdę coś nie z tego świata. Dlatego wierzę we wszystko, co powiedziała Amanda. Mimo, że w głowie mi się to nie mieści. Ale tak, jak powiedziałem, mój ścisły umysł matematyczny został już raz dość mocno zaskoczony. Niemniej jednak takie podejście, jak proponujesz, będzie dobre dla śledztwa, bo pozwoli nam zachować zimną krew i przede wszystkim zimne i logiczne spojrzenie na wszystkie poszlaki - wypił to, co trzymał w ręku i postanowił wywrzeć na Garetcie wrażenie: -A co do broni, to do amatorstwa trochę nam z Teodorem daleko - sam byłem najlepszym strzelcem w oddziale. Ciągle nie chcesz nas docenić. -Kończąc zdanie uśmiechnął się w stronę Dwighta.

- W takim razie gratulacje. - mruknął Dwight - Jeśli mamy iść do ruskich to przyda się ktoś kto w razie czego umie używać gnata. Ja nie jestem najlepszym strzelcem, miałem kiedyś... Powiedzmy kontuzję mięśni dłoni...Broń wyciągam tylko w ostateczności. Chciałbym, żeby wszyscy którzy tam idą ze mną też stosowali tę zasadę.

Podniósł się i powiedział: -Moi drodzy, jeśli zostanę tu jeszcze trochę, to czeka mnie kolejny kac. Idę do siebie się odświeżyć i biorę się do roboty. Postaram się umówić na wieczór z Figgingsem. Czy możemy umówić się na jutro pod wieczór, żeby omówić plan spektaklu z Dominikiem? Później zawędrujemy na coś do picia do ruskiej knajpy. A jutro w ciągu dnia umówię spotkanie z Duvarro na następny dzień.

- Nie ma lepszego miejsca, by omawiać takie rzeczy niż knajpa dla rosjan. - powiedział detektyw. Z jego miny trudno byłoby wywnioskować, czy to czasem nie ironia. - Umówmy się tam jutro przed zachodem słońca.

- Panie Garret, osobiście widzę to tak: sprawa z pożeraczami i fabryką doprowadziła Victora Prooda na skraj.. sam nie wiem jak to nazwać, ale obraz który przedstawiła panna Gordon przyprawia mnie o dreszcze. Jako jego przyjaciel czuję się w obowiązku pociągnąć sprawę dalej i uważam, że przyda nam się do tego dobry detektyw. Jest mi absolutnie wszystko jedno, czy potraktuje pan Ghule jako potwory, sektę, czy chorobę - fakt jest taki, że gdzieś w tej fabryce pewni ludzie, którzy się z tymi stworami utożsamiają, zabijają robotników i w jakiś sposób... nazwijmy go magią, hipnozą, lub zwyczajnym doprowadzeniem do obłędu, skłonili Victora do zabójstwa swojej współpracowniczki. Czuję się zobowiązany.. nie - c h c ę tych "ludzi" powstrzymać a do osiągnięcia tego celu bardziej interesują mnie pana umiejętności, niż wiara. Jeśli stawka jaką płaci panu Teodor nie obejmowała sprawy w tej skali, chętnie się dorzucę. Co do wymachiwania pukawkami, Walterowi, jak mniemam, chodziło o to, żeby mieć się czym bronić, gdyby ktoś w końcu się nam dobrał do siedzeń. Osobiście nie uważam tej kwestii za priorytetową, ale pewna ostrożność nie zaszkodzi.

- Nie obrażę się panie Garrett tylko dlatego, że jest pan jedyną osobą w towarzystwie, która nie znała Victora i nigdy nie widziała go przed popełnionym zabójstwem. - powiedziała Amanda - Nikt tutaj nie twierdzi, że wszystko co powiedział Victor jest logiczne, znane i że trzeba to przyjąć jako pewnik. Jakiekolwiek nie byłyby pana poglądy, proszę o kontynuację śledztwa i tym samym wsparcie nas.
- Ależ oczywiście, panno Gordon...- odparł Dwight zupełnie innym tonem, niestety w jego przypadku był on zarezerwowany tylko dla kobiet - ...na prośbę takiej kobiety zrobiłbym to za darmo. Ale nawet przez moment nie miałem zamiaru odpuszczać śledztwa. Garrett zawsze gra do końca. Punkt widzenia przedstawiony przez Lafayetta doskonale obrazuje mój stosunek do tej sprawy. Co do stawki, Vincencie - zwrócił wzrok na mężczyznę - ...dziękuję za szczodrość, ale to zbyteczne. Podjąłem się już zlecenia i uważam je za opłacone, moja etyka zawodowa, czymkolwiek by była, nie pozwala mi brać forsy dwa razy za to samo. A im większa skala, tym większe wyzwanie, nieprawdaż?
- Dobrze więc - odparła nie reagując na “komplement” Garretta- wybierzemy się razem do mieszkania Victora aby odnaleźć notes. Najlepiej zaraz po naszej rozmowie - a po chwili dodała - Panie Stypper, kiedy pojawi się pan Hiddink, proszę żeby pan przekazał mu wszystko co do tej pory ustaliliśmy. Może on będzie wiedział gdzie można znaleźć jego syna Artura. Chciałabym z nim porozmawiać.
Co do broni panie Chopp... posiadam takową, ale nie jestem strzelcem wyborowym. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli jej używać.
- Najlepiej zaraz po rozmowie? - wtrącił Garrett - Masz to jak w banku. Choćby na koniec świata, panno Gordon.
- Oczywiście, Amando, ze powiadomię pana Hiddinka jak tylko się do mnie odezwie. Z przyjemnością mogę służyć jako skrzynka kontaktowa naszych działań. Dzięki temu nie będę czuł się zbędny, kiedy wy poświęcacie swój czas, by wykaraskać Victora z problemów.

Lafayette uśmiechnął się szeroko, wstał i zatarł dłonie z pasją godną radzieckiego czynownika.
- No dobrze, skoro już wszyscy wiemy na czym stoimy, czas wziąć się do pracy. Panno Gordon, poproszę o tę księgę - w czasie waszej wizyty na Essex Street postaram się już poszukać w niej czegoś pożytecznego, w zależności od tego ile znajdę, później możemy podzielić się pracą.
- Dobrze - powiedziała Amanda przekazując mu księgę i dodała - W takim razie panie Lafayette, w drodze powrotnej zajrzę do pana.


* * *


- Miłego dnia. W Bostonie też nieźle smarujecie...- rzuciłem na odchodne tym, co pozostali w gniazdku Styppera.

Otworzyłem drzwi wozu przed Panną Gordon. Chwilę potem taksówka przebijała się już przez rzekę stukoczących dorożek i trąbiących sobie w najlepsze automobilów. Przez chwilę, przez małą chwilę, gdy zamknąłem oczy poczułem się jak w Nowym Jorku. No, niezupełnie, trzebaby jeszcze było zatkać sobie nos, a to wyglądałoby idiotycznie przy siedzącej obok mnie damie.
Po drodze zabawiałem ją niezobowiązującą rozmową, próbując układać sobie pod sufitem to wszystko, o czym opowiadała w mieszkaniu. Nie było to łatwe, gdy taka laleczka siedziała sobie jak gdyby nigdy nic obok ciebie na tylnym siedzeniu samochodu, a w twoich żyłach nadal płynął alkohol. Odpuściłem sobie wnioski, a zająłem się podziwianiem widoków i rozmową.

Sennot Park. Essex Street 12.

- Jesteśmy na miejscu. - mruknął gruby jak beka taksiarz.
- Szkoda. - posłałem do Amandy jeden z lepszych uśmiechów, jakie mi zostały. Wysiadłem pierwszy, otworzyłem drzwi i pomogłem jej wysiąść.
- Reszta dla ciebie. - banknot sfrunął do środka wozu przez półotwarte, brudne okno. - Poczekaj za rogiem.

Oboje wyglądaliśmy elegancko, więc nie budziliśmy niezdrowej sensacji w tej najwyraźniej porządnej okolicy. Spokojna kamieniczka, przechadzające się kotki, babcie wysiadujące niczym podstarzałe Julie na swoich balkonikach. Sielanka. W takich kamieniczkach najczęściej hodują się maniakalni mordercy, spotkałem takich paru, jeden próbował kiedyś odgryźć mi rękę. Nie zatrzymując się poprowadziłem pannę Amandę do środka, pewnym krokiem jakbyśmy byli właścicielami tego domu, a conajmniej tu mieszkali.

W sieni jednak wyhamowałem i znacząco położyłem palec na ustach. Dziewczyna uśmiechnęła się, podejmując grę. Dałem parę kroków, ostrożnie zajrzałem do okienka, gdzie drzemał jakiś staruch. Niech mnie, jeśli za długość włosów w uszach dawaliby nagrody, to ten facet byłby na pierwszej stronie New York Timesa. Nie, Boston Globe, poprawiłem się.
Zbliżyłem się i stawiając stopę za stopą płynnie znalazłem się pod drugiej stronie stróżówki. W półmroku widziałem lekko rozszerzone i rozbawione oczy Amandy.

Tak, skarbie, potrafię poruszać się cicho jak kot. Bez tego już dawno Garretta nie byłoby na tym łez padole.

Rzuciłem kontrolnie okiem do wewnątrz, a potem wyciągnąłem rękę, a gdy ją chwyciła, pociągnąłem ją ku sobie i złapałem. Stary dalej spał w najlepsze. Uśmiechnąłem się i jeszcze raz pokazałem znak milczenia. Szliśmy po schodach, skradając się szybko przed kolejnymi drzwiami. W pewnym momencie Panna Gordon stanęła przed jednymi z nich i pokiwała porozumiewawczo głową.
Wyjąłem dorabiany klucz. Ślusarz znał się na robocie, co prawda wymagało to paru szarpnięć i spowodowało jeden niezbyt głośny zgrzyt, ale zamek puścił. Położyłem dłoń na klamce i powoli, ostrożnie uchyliłem drzwi. Zajrzałem pierwszy do środka, i na chwilę zniknąłem jej oczu. Popatrzyłem tylko na mieszkanie, wciągając nozdrzami swąd. Na razie upewniwszy się tylko, że nikogo w nim nie ma cofnąłem się na korytarz. W odpowiedzi na pytający wzrok Amandy otworzyłem drzwi na całą szerokość i stanąłem obok.

- Mam cię przenieść przez próg, laleczko? - uśmiechnąłem się mrużąc jedno oko.

Tom Atos 09-09-2010 11:26

Wyjazd do Nowego Jorku był niespodziewany, lecz długo wyczekiwany. Firma Herberta od pół roku czyniła starania, by umówić spotkanie z Virginą Woolf. Pisarka mieszkająca w Anglii zwykle wydawała swe powieści przez Hogarth Press. Jednak co innego jest wydrukowanie książki, a co innego dystrybucja na rynek, powiedzmy amerykański i Hiddink miał nadzieję uzyskać wyłączność na rozprowadzenie jej nowej książki po Stanach. To mógł być duży interes, bo Virginia była bardzo poczytną pisarką, a w branży chodziły słuchy, że jej nowa powieść „Pani Dalloway” zapowiada się bardzo udanie. Hiddink po prostu nie mógł odpuścić. Nie w sytuacji w której się znalazł. Afera z Proodem i tak nadszarpnęła jego reputację w firmie, a zawalenie kontraktu z Woolf mogło go pogrążyć. Herbert był po pięćdziesiątce i nie zamierzał w tym wieku zostać bezrobotnym. Z głodu by wprawdzie nie umarł, ale miał swoje kosztowne przyzwyczajenia z których nie miał najmniejszego zamiaru rezygnować. Z resztą miał wyjechać do Nowego Jorku tylko na jeden dzień. Pociągiem to było siedem godzin, ale Herberta było stać na coś szybkiego.
Wstąpił do domu po najpotrzebniejsze rzeczy i pojechał swoim bentleyem na położone na obrzeżach miasta niewielkie lotnisko. Po wojnie z europy wróciło sporo pilotów wraz z zupełnie niepotrzebnymi maszynami. Jeden z nich Eddie Rickenbacker założył firmę. Wraz z kolegami na kilku nieco wysłużonych Armstrongach Whitworth F.K.10 przewozili pasażerów na trasie Boston – Nowy Jork.



Samolot mógł zabrać jednego pasażera i cena była dość wygórowana, ale za to podróż trwała dwie i pół godziny w jedna stronę.
Hiddink zatem w miarę szybko znalazł się w Nowym Jorku, by odbyć spotkanie z Virginią. Kobieta przyszłą na spotkanie ze swoim prawnikiem i to z nim Herbert miał najcięższą przeprawę. Sama pisarka była jakby nieobecna. Patrzyła na Hiddinka jakby go nie dostrzegając.



Tym niemniej podpisała porozumienie i Herbert z ulgą schował do teczki kontrakt.
Było zbyt późno by wracać do domu i Herb zatrzymał się na noc w hotelu Waldorf – Astoria. Należała mu się odrobina luksusu po ostatnich przeżyciach. Po obfitej i smacznej kolacji wrócił do pokoju z butelką Burbona. W takim miejscu nie przejmowano się prohibicją. Nalał sobie szklaneczkę i wypił duszkiem z mocnym postanowieniem, że tej nocy upije się i zapomni o wszystkich kłopotach.
Poranek przywitał go kacem i wszystkimi problemami od jakich na tę noc uciekł. Z ciężkim sercem wrócił do Bostonu. Niczym grzesznik który opuścił raj, by udać się piekła. Herbert nie był przesądny, ale kontrast pomiędzy oboma miastami był porażający. Tak jak Nowy Jork określano mianem Wielkiego Jabłka, tak Boston można było nazwać Wielkim Zgniłym Jabłkiem. Nawet powietrze było tu zepsute.
Zaraz po przylocie wpadł do biura i obdzwonił wszystkich z którymi prowadził śledztwo komunikując swój powrót.

Gdy wysłuchał rewelacji Amandy osłupiał. Potem zaś nerwowo gryząc cygaro zaczął krążyć po pokoju.
- To się nie trzyma kupy. Głos we łbie tego kretyna kazał mu zabić Angelinę ? Co za cholerny stek bzdur. – sapnął siadając wreszcie.
- Albo struga wariata by wywinąć się od stryczka, albo naprawdę w to wierzy. Sam nie wiem co gorsze. No dobra. Ja robię swoje. Jeśli Garrett i Chopp chcą ze mną jechać tym lepiej. Mam zdjęcia ruskich. Mamy więc sporą szansę, że znajdziemy kumpli tego Ciemoszko, a nie jego wrogów. Jeśli to między mafijne porachunki, to przy odrobinie szczęścia dowiemy się czegoś o naszych wrogach i tym co wyprawia się w Duvarro Sprocket. Proponuję zacząć od tej speluny „U Baraniny”. Brzmi bardziej swojsko niż „Mała Moskwa”.

Armiel 10-09-2010 10:05

Walter Chopp

Niebo nad Bostonem rozpogodziło się, a bryza znad oceanu przewiała w końcu okropny smród . Powietrze stało się znośniejsze i jeśli komuś nie przeszkadzały spaliny i dym z fabrycznych kominów, mógł poczuć się usatysfakcjonowany.

Spacer pomiędzy ludźmi dobrze ci zrobił. Szedłeś, poddając się ciepłym słonecznym promieniom wietrząc resztki kaca i analizując w myślach rozmowę z Haroldem Figginsem. Im dłużej nad tym myślałeś, tym bardziej utwierdzałeś się w przekonaniu że z dwojga udziałowców to właśnie Figgins jest zdecydowanie bardziej kompetentny oraz wydaje się niczego nie ukrywać. Owszem, reagował impulsywnie w niektórych momentach, lecz jeśli wierzyć informacjom o tym, że smalił cholewki do panny Duvarro, to można było zrozumieć powody. Za to Dominic wydawał się być jakiś dziwny. Sposób w jaki na ciebie spoglądał powodował, że włączał ci się jakiś wewnętrzny dzwonek ostrzegawczy.

Spacer zajął prawie dwie godziny. W mieszkaniu przywitały cię pustka i cisza. Po nocy spędzonej w towarzystwie innych, na dodatek przyjaznych ci ludzi, pustka czterech ścian uderza z jeszcze brutalniejszą skutecznością. Zdajesz sobie sprawę, że nie da się jej zastąpić tak szybko, jakby się to wydawało. Może nawet nigdy.

Pozostało odczekać stosowną chwile i udać się na spotkanie do hotelu, by ustalić z Garrettem plan złapania „na haczyk” Dominica. Już cieszyłeś się na tą myśl, że ten wielbiciel cygar i brandy będzie zmuszony przestać się uśmiechać głupkowato, gdy wejdzie w waszą grę.


Amanda Gordon i Dwight Garrett


Dla Amandy takie „włamanie” miało w sobie posmak jakiejś awanturniczej przygody, nawet jeśli jego celem padło mieszkanie kuzyna. Dla Dwighta to był niemal chleb powszedni. Zawód prywatnego detektywa tylko pozornie miał coś wspólnego z prawem.

Amando, dla ciebie wejście do mieszkania było wstrząsem porównywalnym z ujrzeniem zmienionego Victora w szpitalnym łóżku. Co prawda słowa pana Lafayetta przygotowały cię na to, co zobaczysz, jednak i tak bałagan i smród mieszkania zrobiły na tobie wielkie wrażenie. Miałaś uczucie, jakbyś zanurzyła się w norze jakiejś plugawej bestii, a nie mieszkaniu wykładowcy akademickiego, którego znałaś wręcz ze skłonności ku lekkiej pedanterii.

Dla ciebie, Dwight, wyglądało to tak, jakby ktoś już przetrzepał to lokum. I tym kimś nie był raczej Vincent Lafayette. Zniszczenia, jakich dopuszczono się na meblach i innych przedmiotach nie miały w sobie żadnej przypadkowości. Od razu dostrzegłeś metodyczną skrupulatność cechującą ludzi, którzy wiedzą czego i jak szukać. To mieszkanie zostało zdewastowane podczas przeszukiwania. Celowo i metodycznie.

Odór, brud i zaniedbanie wspaniale komponowały się ze zniszczeniami. Amanda miała jednak wskazówki, gdzie i czego szukać.
Miejsce wskazane przez Victora było jednak opróżnione. Znalazłaś skrytkę, lecz dokumenty – ów tajemny dziennik – zniknęły.

Korzystając z okazji, która może się nigdy nie powtórzyć Dwight postanowiłeś „poszperać” raz jeszcze po mieszkaniu w nadziei, że prestigitator, a wcześniej osobnik który dokonał „kipiszu” coś przeoczyli.
Poza kolekcją paskudztw w słoikach – pijawek, podejrzanych substancji i zamarynowanych kawałków obrzydliwie wyglądającego i tłustego mięsa, nie znalazłeś jednak nic istotnego. Poza jedną rzeczą. Wielkim, szerokim zlewozmywakiem w kuchni zatkanym spopielonymi kawałkami papieru. Na niektórych widać było pismo, w którym ty Amando rozpoznajesz rękę Victora. Czyżby udało się częściowo rozwikłać zagadkę dziennika? Ktoś zwyczajnie spalił go nad zlewem a resztki zalał wodą z kranu.

Upewniwszy się, ze nie znajdziecie juz nic ważnego, opuściliście mieszkanie Prooda zamykając drzwi.

Było wczesne popołudnie. Słoneczny dzień. Jeszcze jakiś czas spędziliście miło w jakiejś restauracji spożywając wspólny obiad i wymieniając się uwagami na tematy zarówno te związane ze śledztwem, jak i zupełnie luźne.

W pewnym momencie wasz wzrok spoczął na gazecie pozostawionej przez jakiegoś gościa na stoliku obok.

Z GŁĘBOKIM ŻALEM ZAWIADAMY, ŻE W DNIU 20 WRZEŚNIA O GODZINIE 11.00 NA CEMNATRZU PRZY KOSCIELE ŚWIĘTGO KRZYSZTOFA ODBĘDZIE SIĘ POGRZEB PANNY ANGELINY DUVARRO – PRZYJACIÓŁKI, SIOSTRZENICY, WSPANIAŁEJ DAMY I OFIARY SZALEŃCA. WSZYSTKICH TYCH, KTÓRZY CHCĄ UCZESTNICZYĆ W JEJ OSTATNIEJ DRODZE NA TYM ŚWIECIE ZAPRASZAMY Z OGROMNYM ŻALEM.

Jest to jedno z najgorszych zaproszeń na pogrzeb, jakie czytaliście. Napisane wymuszonym, niezręcznym stylem. Niemniej jednak jest to ciekawe wydarzenie. Kto wie, może warto byłoby towarzyszyć pannie Duvarro w tej drodze.


Vncent Lafayette


Te dwadzieścia kilka stron są jedynie mrocznym i niepokojącym przedsmakiem tego, co zapewne zawiera w sobie cała księga. Mistyczne rytuały, które rzekomo przywołują bestie z piekielnych otchłani. Przerażające, aczkolwiek fragmentaryczne studium nad dziwacznymi, nieznanymi nauce istotami zwanymi Pożeraczami lub ghoulami. Czasami Dziećmi Ziemi lub Robakami Ziemi. Wzmianki o ich strukturze i plugawych obrzędach ku czci nieskończonej ilości bóstw. Lektura, po której dokładnym przeczytaniu człowiek albo ląduje w domu dla obłąkanych, albo poznaje prawdy nieznane szarym śmiertelnikom.





Czytając te obrzydliwe i obrazoburcze stronice czujesz się jak chirurg walczący z gangreną. Z jednej strony obrzydzenie i wstręt, z drugiej ekscytację i pragnienie ujrzenia efektów, przekonania się, czy to, co zwierają te paginy jest prawdziwe, czy też jest to jedynie wytwór wybujałej fantazji jakiegoś szaleńca u kresu swych dni.

Nie możesz wiedzieć, że podobny wstręt i zarazem podniecenie czuła Amanda, kiedy wczytywała się w pierwsze kilka stron. Nie możesz wiedzieć, ze odczuwasz te same niezdrowe sensacje, które towarzyszyły wielu innym ludziom wertującym tą księgę.

Pukanie do drzwi rozlega się niespodziewanie odrywając się od studiów. W samą porę. Żołądek zaczyna się domagać swoich praw. Pukanie powtarza się – mocniejsze i zdecydowane. Tak pukają tylko ludzie pewni siebie. Zdecydowani.

- Pan Lafayette – słyszysz wtórujący uderzeniom w deski męski, twardy głos. – Detektyw Orlando Mac Tavish z Bostońskiej policji. Możemy porozmawiać.

To ostatnie zdanie bynajmniej nie zabrzmiało jak pytanie.


Leonard D. Lynch

Są takie dni w życiu każdego człowieka, że woli umrzeć niż trwać dalej. To właśnie jeden z nich w twoim dniu. Każdy szelest brzmi jak wystrzał z broni tuz przy twoim uchu, gulgot płynów nalewanych do szklanki powoduje odruch wymiotny, zapach dymu papierosa zbliża cie o krok do torsji, a jedzenie załatwi je na bank.
Nawet słońce w takim dniu świeci za głośno.
Byłeś nieobecny duchem podczas całej porannej rozmowy, podczas której każde wypowiedziane słowo wbijało ci się w mózg przez uszy niczym rozżarzony gwóźdź.
Dotrwałeś jakoś do końca dyskusji nie robiąc z siebie głupca i wyglądając w miarę przyzwoicie.

Kolejnym rozsądnym krokiem było wzięcie taksówki (pieszy spacer lub skorzystanie z komunikacji masowej mógł zakończyć się złamaniem kilku przepisów związanych z zabrudzaniem miejsc publicznych) i cudem dotarłeś do mieszkania utrzymując zawartość żołądka w środku.

Po przekroczeniu mieszkania jednak dobra passa skończyła się. Zaduch spowodował, że dopadłeś toalety w ostatniej chwili.

Byłeś chory. Mocno chory. Zatem najlepszym rozwiązaniem wydawało się położyć kompres na czoło i wskoczyć do łóżka. Tak też zrobiłeś.


Joseph H. Hiddink


Krótki wypad do Nowego Yorku w interesach dobrze ci zrobił. Żadnych koszmarów, żadnych paskudnych myśli. Byłeś tylko ty i interes, który trzeba było załatwić. Na szczęście udało się.

W bostońskim biurze powitano cię oklaskami – jak bohatera. To dodaje człowiekowi skrzydeł, poprawia samopoczucie i animusz. Były kwiaty. Uściski rąk ważnych udziałowców Wydawnictwa i poklepywanie po plecach. Były cygara wręczane przez ludzi, którzy w skrytości ducha marzyli, że zawalisz ten kontrakt. Ludzi, którzy z fałszywymi uśmieszkami przyklejonymi do twarzy, gratulowali ci teraz sukcesu w pierwszej kolejności. Było cudowne, biurowe życie.
Ale potem, w zaciszu własnego gabinetu, dopadła cię proza życia, czy raczej cała jego groteska.

Kate poinformowała cię o tym, że panna Gordon próbowała się z tobą skontaktować. Telefon do jej mieszkania wzbogacił cię o informację, że pojechała do pana Styppera. Wyszperałeś jego numer i zadzwoniłeś.
Po chwili słuchałeś już ponurych rewelacji Amandy.

Długo chodziłeś z kąta w kąt po swoim gabinecie nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Przypomniałeś sobie pokrwawione zdjęcie Artura, rozmowę z jego dziewczyną, te opowieści o bajkach. Szaleństwo nie jest zaraźliwe, lecz wydawało by się, ze psychoza Victora Prooda w jakiś niepojęty sposób dotykała każdego, z kim ten wariat dłużej się zadawał. Póki jednak jedynym kluczem do sprawy zaginięcia Artura był ten obłąkaniec, nie było innego wyjścia, niż trzymanie się blisko tych ludzi.

Straciłeś zapał do pracy, lecz wiedziałeś, że dzisiaj wszystko zostanie ci wybaczone. Zacząłeś studiować gazetę, próbując nadrobić zaległości z bostońskiej społeczności i wtedy ujrzałeś informację o pogrzebie Angeliny Duvarro. W sumie była to pod koniec swych dni znajoma Artura. Najwyraźniej tą trojkę: Prooda, Duvarro i twojego syna łączyła jakaś mroczna tajemnica.

Musiałeś ochłonąć. Pogoda za oknem zachęcała do małego spaceru i odwiedzenia jakiejś kafeterii.

O dziwo, stosunkowo niedaleko twojego biura, przy jednym ze stolików w jednej z pięciu okolicznych ulubionych kafejek, siedziała dobrze znana ci dwójka: Garrett i Amanda.

Cóż. Los potrafi zadziwić.

Skierowałeś kroki w ich stronę.


Amanda Gordon, Dwight Garrett i Joseph H. Hiddink

KAWIARNIA "MA PETITTE", BOSTON


Pomyślny zbieg okoliczności nie wydarzał się często i Herbert nauczył się go wykorzystywać. Wszak łapanie okazji było niejako narodowym amerykańskim sportem.

- No proszę. Chciałem się z wami spotkać i oto jesteście. Boston to jednak tylko duża wiocha. - stwierdził sadowiąc się na wolnym krześle przy kawiarnianym stoliku. Oczywiście bez zaproszenia. Hiddink nie tracił czasu na podobne bzdury zwane konwenansami.

- Tell me about it. - potwierdził mruknięciem jego ostatnie słowa Dwight.

Herbert zamówił dużą kawę i dwa ciastka po czym sapiąc powiedział.

- Dobrze że spotkaliśmy się na osobności. Trochę myślałem o naszej sprawie i o tym jak nasze ruchy są wyprzedzane. Może Stypper nie powinien wiedzieć wszystkiego ?

- Widzę, że nie jestem odosobniony w moich podejrzeniach. - zaciągnął się dymem Garrett - Zbyt dużo tu zbiegów okoliczności.

Hiddink spojrzał na detektywa, a potem na dziewczynę ;

- Powiem wprost Amando. Niepokoją mnie te Twoje okultystyczne bredzenia, ale wydajesz się po za tym całkiem rozsądną dziewczyną, a znam się trochę na ludziach. Po za tym jak mi sie zdaje Garrett Ci zaufał, a to dla mnie jak rekomendacja. Wracając do sprawy.

Hiddink wyciągnął kartkę z teczki i podał ją detektywowi.

- Miałem mało czasu, ale udało mi się ustalić, że wóz którego numer mi podałeś należy do jakiegoś aktorzyny o nazwisku Con Schonnery. – powiedział wręczając świstek detektywowi - Mieszka przy Mason Street 20. Jego auto znaleziono porzucone po morderstwie Ciemoszko. Koleś zgłosił kradzież dzień wcześniej. To raczej ślepy trop. A odciska palca jeszcze nie zidentyfikowałem. Potrzebuję czasu na uruchomienie mojego kontaktu.

Skończył pakując sobie od razu do ust połowę zamówionego ciastka.

- Niestety tego się obawiałem...- pokiwał głową detektyw - Warto było jednak sprawdzić, nawet zawodowcy czasem popełniają głupie błędy jadąc własnym wozem. Cóż, trudno. Thanks, anyway. Co do odcisku poczekamy, ale działaj ostrożnie by nie zainteresowały się nim inne gliny.

- Mój kontakt jest całkiem nietypowy, choć jak się zdaje solidny. Pewna dziewczyna pracująca w policyjnym archiwum zamęcza mnie od jakiegoś czasu swoimi kryminałami. Grafomanka, ale może być użyteczna.

- Wystarczy...- Dwight uniósł rękę - Kontakt to kontakt. Niech pozostanie twoim sekretem, im mniej o nim będziemy wiedzieli, tym lepiej. W razie przesłuchań.

- Okej.

Amanda pokiwała głową, jakby potwierdzając słowa Hiddinka.

- Herbercie, widziałam Victora w szpitalu. Gwarantuję ci, że nie poznałbyś go znowu. Zmienił się w jakąś bestię, z ostrymi kłami i zwierzęcym wyrazem twarzy. Sam widziałeś też jego mieszkanie. To nie jest normalne dla Victora, taka cuchnąca nora... Niezależnie od tego, co się z nim dzieje, trzeba sprawdzić każdy trop aby wyjaśnić to zabójstwo i może choć trochę pomóc mojemu kuzynowi. Victorowi do tej pory można było ślepo zaufać... nie wiem już sama co o tym myśleć.

Zamyśliła się na chwilkę.

- Victor powiedział mi, że Twój syn, Artur zajmował się z nim tym śledztwem – kontynuowała po chwili - i... jest do tej pory jedyną osobą z całej trójki, która żyje i ma swobodę poruszania się. Może moglibyśmy z nim porozmawiać? Widziałeś go ostatnio?

Cień przebiegł przez twarz Hiddinka, gdy usłyszał imię syna.

- Artur zaginął i nie mam bladego pojęcia gdzie jest. Przeszukałem kawalerkę jaką wynajmuje, ale nic nie znalazłem, może Garrett by coś znalazł ? Jedyne co wiem, to to, że smarkacz wpakował się w jakąś grubszą aferę z udziałem naszych dobrych znajomych. To znaczy, że zajmując się sprawą Victora wcześniej, czy później trafimy na ślad Artura. Znalazłem jeszcze wskazówkę, co do jego dziecinnych bajek, ale nie miałem czasu przez ten wyjazd jej sprawdzić.

- Mogilbyśmy tam pojechać od razu...- zaoferował się Dwight – Można by rzucić okiem, może popytać sąsiadów. Ale proponuję odpuścić. Wracamy właśnie z mieszkania Prooda. Ktoś, kto tam był wiedział jak szukać i jak niszczyć dowody.

- Ważna wydaje mi się wizyta w spelunie Ruskich mam kilka fotek znajomych Ciemoszko wyciągniętych z komisariatu. Lepiej Amando byś z nami nie jechała. Finał może być mroczny – powiedział wydawca dopijając kawę.

- Jasne że nie. - potwierdził Dwight - Prędzej zjadłbym żywego karalucha niż zabrał taką damę jak Panna Gordon do takiej mordowni.

- I tak obiecałam Lafayettowi, że pomogę w tłumaczeniu księgi... - odparła Amanda - Uważajcie tylko na siebie. Posprawdzam jeszcze czy panna Duvarro nie miała jeszcze jakiejś bliskiej przyjaciółki, której mogłaby się zwierzyć... Może warto z nią porozmawiać.

Herbert trochę zmieszany rzucił nie patrząc Amandzie w oczy :

- Ten cały Dominik wydaje się być głównym podejrzanym, a faceci w jego wieku miewają kochanki. - Hiddink ledwo zauważalnie zaczerwienił się, choć może to była wina upału. - Może warto byś dyskretnie to sprawdziła. Tobie będzie łatwiej.

Amanda zamaskowała uśmiech na twarzy.

- Warto sprawdzić i ten trop.

- Gorąco dzisiaj, co Herbert?! - zapytał Dwight otwierając kolejną paczkę - Ktoś ma ochotę zapalić? Gdyby faktycznie okazało się, że facet grywa na wyjeździe, szybko dajcie mi znać. Fotoaparat, trochę cierpliwości i chwycimy kochasia za jaja.

Herbert pokręcił głową z niesmakiem.

- Schowaj te skręty Garrett. Papierosy szkodzą. Weź cygaro. - stwierdził wyciągając z wewnętrznej kieszeni jedno. - Amandzie nie proponuję, bo kobiety uważają je, nie wiem czemu za nieeleganckie, no chyba, że masz ochotę ? I nie tyle chodzi by Dominika szantażować, co trochę się o nim dowiedzieć. Ludzie w łóżku są najmniej dyskretni, ale to przecież wiesz Garrett, co ja Ci będę mówił.

- Dlaczego zaraz takie brzydkie słowa...- uśmiechnął się detektyw, biorąc cygaro - Sekret to też towar, a jak towar to można stosować handel wymienny - sekret za sekret. Ale jakby co, od tego macie mnie.

Amadna pokręciła przecząco głową na propozycję poczęstunku cygarem i trochę z niesmakiem popatrzyła na Garretta.

- Dziękuję. Nie palę. - i zaraz dodała - Dobrze więc. Kiedy i gdzie ponownie się spotkamy? Na pogrzebie Angeliny? - spytała oby mężczyzn.

- Cmentarz to nie jest dobre miejsce na rozmowy. Może po pogrzebie jutro w moim biurze ?- zaproponował Hiddink.

- Mnie pasuje. - przytaknęła kobieta

- Czemu nie? - pokiwał głową detektyw. - Czemu nie.

- Sprawdzę tylko w domu – dodał Hiddink po namyśle - czy Artur czegoś mi nie zostawił i możemy jechać do Ruskkich. Nie wiesz Dwight, czy ktoś jeszcze by się z nami nie wybrał ?

- Walter. - odparł detektyw, przesuwając językiem cygaro z jednego końca ust w drugi - Będzie ratował nam tyłki. Był najlepszym strzelcem w oddziale.

- Chopp ? Ten gryzipiórek ? Żartujesz ? – zdziwił się wydawca.

Detektyw nie powiedział nic, tylko popatrzył na Hiddinka bardzo dziwnym wzrokiem.

- Ja w takim razie pożegnam się już. Szkoda czasu i figury na kolejne ciastko - mrugnęła okiem - Do zobaczenia jutro w umówionym miejscu. - skinęła głową do obu mężczyzn i wstała od stolika.

Ku zaskoczeniu dziewczyny Herbert wygramolił się z krzesła i niezręcznie cmoknął ją w rękę.

- Chciałbym, żeby moja córka Betty miała tyle oleju w głowie co Ty Amando. - rzekł puszczając jej dłoń. - Do zobaczenia.

Amanda zaczerwieniła się lekko, faktycznie zaskoczona okazaną jej kurtuazją.

Garrett poszedł w jego ślady, a po chwili stanął przy pannie Gordon z jej płaszczem w ręku, który zdjął z wieszaka.

- Dziękuję za miło spędzony czas...- ukłonił się lekko i łobuzersko uśmiechnął - Mam nadzieję, że jeszcze raz włamiemy się gdzieś razem.

Amanda pokraśniała jeszcze bardziej i chcąc ukryć zażenowanie ukłoniła się jeszcze raz uśmiechając się szeroko i odeszła, lekko kołysząc biodrami.

- Widziałeś to...? - Garrett nie spuszczał z niej wzroku, aż zniknęła - Postaw mi coś z dużą ilością lodu, bo mi zaraz pokrywka od garnka wystrzeli.

Hiddink wyraźnie posmutniał spoglądając z ukosa na Garretta. Akurat teraz nie wdzięki Amandy były mu w głowie.
- Nazwiesz mnie sentymentalnym durniem, ale boję się o nią, o Artura, o córkę, nawet o moją żonę. Ludzie z którymi zadarliśmy pokazali już co potrafią. Nie wierzę w ten cały okultyzm, ale popaprańcy z którymi mamy do czynienia tak i to mnie najbardziej przeraża, że walczymy z szaleńcami.

- Żarty na bok. - powiedział rzeczywiście poważnie detektyw - ...to nie przelewki. Ci ludzie to naprawdę niebezpieczne rybki. Sporo ryzykujemy. A wchodząc do ich jaskini nie możemy się wychylać i zgrywać bohaterów, bo znikniemy jak królik na występie magika. O Ciebie się nie boję. Bardziej spodziewam się kłopotów ze strony Choppa.

Herbert spojrzał na ulicę i przechodniów.

- To miasto się zmienia Dwight. Nie widziałem tego tak wyraźnie dopóki nie pojechałem do Nowego Jorku. Zmienia się ... na gorsze.

- To może być j e s z c z e gorsze?

Wydawca wzdrygnął się jakby przeszły go dreszcze.

- No dobra – odparł - Skręcę jakąś większą brykę i podjadę po Ciebie. Umów się z Choppem. Wezmę swojego wembleya na wszelki wypadek. Nie strzelałem od wojny burskiej i mam nadzieję, że nie będę musiał.

Herbert podał detektywowi zdjęcia z komisariatu. Na każdym było wypisane imię i nazwisko.

- Zapamiętaj te mordy, bo w tej melinie lepiej nie wyciągać gliniarskich fotek. – dodał rozsądnie.

- Co ty nie powiesz? - w oparach tytoniu Dwight przyglądał się facjatom i dodał, jakby sobie coś przypomniał - Żadnego strzelania. Jeśli wyciągniemy tam broń, to prawdopodobnie twojej żonie odeślą mężusia w czarnym worku.

- No. - Herbert poklepał się po wydatnym brzuchu. - Ja z tym daleko nie ucieknę. Muszę się zdać na Twoje doświadczenie i swój jęzor.

- Moje doświadczenie mówi: wchodzimy, pijemy, smarujemy, pytamy grzecznie, wychodzimy. Nic więcej. Ale z piciem ostrożnie. W tym ich nie ograsz. Ich i Polaczków.

- Okej. Też się będę zbierał. Pasuje Ci bym podjechał o dziewietnastej ? Powiedz tylko gdzie ? Wezmę jakiegoś forda z wypożyczalni i założę stare ciuchy. Lepiej się nie wyróźniać w tej dzielnicy, choć pewnie i tak się nie uda. Nie wyglądamy na Ruskich, czy Polaków.

- Walter wygląda trochę jak Polak, nie? - znów nie wiadomo było, czy Garrett żartuje - Umówmy się tak jak mówisz, na tyłach Copley Plaza. Chopp ma czekać pod Baraniną o zmierzchu. Jeśli jest wystarczająco twardy, by stamtąd nie uciec zanim się zjawimy, to i w środku powinien dać sobie radę.

Detektyw podał rękę podnoszącemu się ciężko Hiddinkowi.

- Da sfidania - powiedział z koszmarnym akcentem.

- A ty? – zapytał Hiddink.

- Ja jeszcze trochę posiedzę. - po ukończeniu cygara detektyw powrócił do tytoniowych skrętów - To miła kawiarenka. Muszę przemyśleć parę spraw.




-------------------------------------------------------------------


P.S.

Moi drodzy. Jest popołudnie – powiedzmy 15.00. Na posty zostawiam wam resztę dnia i wieczór – aż do rana.

Proszę o informację w Waszych postach, kto z was wybiera się na pogrzeb Angeliny. Oczywiście mile widziane posty intencyjne, ale pamiętajcie, ze macie sporą swobodę narracyjną. Wydarzenia „U Baraniny” i w „Małej Moskwie” (gdybyście wieczorem planowali tam wyskoczyć) nie wykroczą poza codzienność – jak ona wygląda w tego typu lokalach, pozostawiam Wam.

W racie co oczywiście jestem na GG i PW.

Pamiętajcie, że teraz Wy „bawicie się w narratora” póki nie wpływa to na kluczowe momenty śledztwa.

PS.2 . Żaby nie było, błędy w zawiadomieniu o pogrzebie (literówki) są zamierzone :)

Felidae 14-09-2010 11:25

Po poszukiwaniach teatru w przypominających labirynt kwartałach czynszowej zabudowy, po przejściu przez jego zaplecze i część mieszkalną, wśród jakiejś dziwacznej maszynerii i dziwacznych ludzi z facetem w sukni ślubnej na czele - czekający na szczycie klatki schodowej gabinet Lafayetta wydaje się oazą normalności. Regały książek, jakiś barek, proste biurko, dwa fotele i sofa - gdyby nie dziwaczny przekrój tytułów książek gabinet mógłby należeć do prawnika lub księgowego.
Vincent miał nieco rozmyte spojrzenie i chyba ma to jakiś związek z krzywo zapiętym mankietem koszuli i pustą srebrną tacką na biurku. Uprzejme powitanie, kawa/herbata. W końcu na biurku wylądował wyświechtany egzemplarz "Das Geheimnis der Kutrub".

- No ale do rzeczy. Przebrnąłem przez kilkanaście stron, myślę że mam pierwsze odpowiedzi. Amando... - przemowę przygotował sobie chyba wcześniej i z mówieniem po imieniu "pozwala sobie" z pełną premedytacją - Pamiętasz moment, w którym dotknęłaś tego paskudnego sztyletu? Ta księga... ma bardzo podobne działanie. Nie sam papier, ale treść zawarta na tych stronach. Jakkolwiek irracjonalnie i patetycznie to zabrzmi: to ZŁA książka. Czuję się w obowiązku cię ostrzec, mając w pamięci jak lekkomyślnie postąpiłem z tamtym ostrzem, pozwalając wam się nim bawić. Jeśli pozwolisz, mogę zakończyć tłumaczenie samodzielnie. Nie czuję się władny czegokolwiek ci zabraniać, ale poczuję się lepiej nie narażając cię na dalszy kontakt z tym... czymś.

- Vincencie - Amanda przywykła już do tego, że Badacze zaczęli nazywać ją po imieniu i szczerze mówiąc wcale jej to nie przeszkadzało. - Ja czuję to zło, ale muszę, po prostu muszę wiedzieć z czym mamy walczyć, zanim będę rzucać się z motyką na słońce. Rozumiesz?
Lafayette przyjrzał się Amandzie bardzo poważnie po czym pomału skinął głową.


- Dobrze, niech tak będzie - otworzył księgę na jednej z nowych zakładek - na początek.. chyba już wiem co się stało z Victorem.

Amanda rozluźniła palce zaciśnięte mimowolnie w pięści i odetchnęła.

Zagłębili się więc w karty dość starej – jak to oceniła Amanda – niezidentyfikowanej księgi. Język niemiecki, jakim została napisana był niezmiernie trudny. Dlatego tłumaczenie posuwało się dość wolno. Pomimo tego treść, którą zdołali odcyfrować mroziła krew w żyłach.
Księga zawierała informacje o pochodzącej z Azji i północnej Afryki rasie ghuli oraz ich podziale na samice i samce. Okazało się, że ghoule grupują się i organizują podobnie jak u lwów. Samce, zwane Kuturb, posiadają własny harem i są reproduktorami dla tej rasy.
Są głupsze i dużo prymitywniejsze od samic, ale niezwykle cenne dla samej społeczności.
Podobnie jak kolonie owadów, Kuturby kontrolują swoje gniazda, które mogą liczyć od kilku do nawet kilkuset osobników!
A był to dopiero wstęp do tego, czego mieli się dowiedzieć.
Pijąc kolejną tej nocy kawę Amanda czuła jak włosy jeżą jej się na głowie. Co jakiś czas przeczytane na głos przez Vinceta fragmenty przerywała okrzykami obrzydzenia i przerażenia.
- Mój boże! Czy to możliwe Vincencie?!?

Litery wirowały w jej głowie, a oczy szeroko otwarte wpatrywały się w coraz to nowe karty.

Późno w nocy dotarli w końcu do fragmentu opisującego pewien rytuał. Amanda z niedowierzaniem zagłębiała się w jego treść.
Pożeracze można było spętać i przywołać specjalnym zaklęciem! Czy to właśnie zrobił Victor? W liście do niej skierowanym pisał właściwie o czymś takim, ale to nie mieściło jej się po prostu w głowie!
Lafayette dotarł również do zaklęcia ochronnego, które miało bronić rzucającego czar przed atakiem ghoula… Atakami!

Amanda dostrzegła błyski w oczach Vincenta kiedy powiedział wreszcie na głos to, czego oczekiwała już od dłuższej chwili:

- Amando, chciałbym wypróbować te zaklęcia…

***


Do domu dotarła nad ranem. Była wykończona. I przez kolejną nieprzespana noc i przez treść księgi, którą wraz z Vincentem w końcu przetłumaczyli.
Była skołowana i przerażona. W co jej kuzyn ją wpakował? Przecież była zwykłą dziewczyną, a nie jakąś czarownicą otoczoną ochronną tarczą.
Ale nie łudziła się. Wiedziała, że nie może odpuścić. Tak samo jak nie umiał Victor…

Zrzuciła w pokoju ubranie ustawiając budzik na godzinę dziesiątą. Musiała pojechać na pogrzeb Angeliny Duvarro. Poprosiła jeszcze gospodynię o zamówienie jakiejś odpowiedniej wiązanki kwiatowej oraz o podstawienie taksówki na czas.
Potem wskoczyła do świeżej pościeli.
Sen nie przyniósł jej jednak ukojenia. Męczyły ją wizje ghouli pożerających ludzkie zwłoki i kiwających na nią aby dołączyła do uczty. Widziała jak odrywają kawałki ciała i pakują je do.. otworów gębowych z warkotem i takim zwierzęcym zadowoleniem. Z przerażeniem oglądała własne ciało, które zmieniało się, kurczyło, tworząc z niej jedno z owych obrzydliwych stworów.
Obudziła się z krzykiem w momencie kiedy jeden z Kuturbów wyraźnie rozpoczynał z nią kopulację.
Była dziewiąta rano. Wstała z łóżka, nie mając ochoty na kontynuację koszmarów. Głowa niemal pękała jej w szwach.
Wzięła najsilniejszy proszek i poszła do łazienki wziąć chłodny, orzeźwiający prysznic.
Ten zabieg trochę postawił ją na nogi. Jednak po przeżyciach związanych z męczącymi i obrzydliwymi snami nie miała nawet ochoty na śniadanie. Wypiła tylko szklankę świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego, ubrała się stosownie i elegancko i zrobiła dyskretny makijaż.
Wspominając rozmowę w kafejce z Hebertem i Dwightem zadzwoniła do niezastąpionego Portera Stronga do redakcji z prośbą o sprawdzenie w kronikach towarzyskich informacji o Dominicu Duvarro z naciskiem na ewentualne kochanki. I zamówiła fotografa – chciała dobrze przyjrzeć się przybyłym na pogrzeb.
Porter zgodził się to dla niej zrobić, ale wyhandlował w zamian dla siebie kolację w dobrej restauracji. Przytaknęła temu ochoczo. Strong był wesołym kompanem, a zmiana klimatu była jej bardzo potrzebna.
Rozmowa z nim troszkę ją odprężyła. Chwyciła więc wiązankę, i ubrawszy płaszcz i kapelusz opuściła dom.
Na cmentarzu pojawiła się jakieś 15 minut przed czasem. Stanęła z boku, dyskretnie obserwując przybywających. Nie szukała wzrokiem Herberta ani Dwighta. Wiedziała, że potem spotkają się w biurze Hiddinka i porozmawiają.

Tom Atos 14-09-2010 13:18

Po ostatnim sukcesie mógł sobie pozwolić na wagary. Czego bardzo potrzebował. Hiddink opuścił kawiarnie i kupiwszy od gazeciarza „Boston Globe” przeszedł na drugą stronę ulicy do mieszczącej się tam poczty. Zamówił tam dwie rozmowy międzymiastowe. Obie z Saint Louis. Pierwszą odbył z Thomasem Stearnsem Eliotem. Znanym dramaturgiem i jego znajomym. Spytał, czy Eliot wciąż organizuje warsztaty teatralne dla początkujących aktorów. Okazało się, że i owszem. Eliot po znajomości zgodził się przyjąć jego córkę na zajęcia. Druga rozmowa nie była już tak przyjemna, bo Herbert zadzwonił do Margaret Watson. Swojej teściowej pytając słodko, czy jego żona Emma i córka Betty mogą odwiedzić „mamusię”. Oczywiście Margaret się zgodziła.
Teraz wystarczyło kupić bilety i jechać do domu, po czym oznajmić zaskoczonym obu paniom, by się pakowały, bo jadą do Saint Louis. Jedna do matki, a druga na zajęcia. Tak jak się spodziewał Betty była zachwycona, a Emma wściekła. Dzielnie jednak zniósł zarówno zachwyt córki, jak i niezadowolenie żony. Najważniejsze, że dzięki Eliotowi nie musiał tłumaczyć prawdziwych powodów podróży i obu mógł pozbyć się z Bostonu.
Potem poszedł na strych szperać w dziecinnych gratach syna. Nic jednak nie znalazł i niestety musiał spytać żonę o książeczki syna, łgając na poczekaniu że potrzebuje nazwy wydawnictwa, bo wchodzą na rynek dziecięcy. Okazało się że Emma trzyma je w komodzie w starym pokoju Artura. Herbert nie podejrzewał jej o taki sentymentalizm.
Pamiętał wprawdzie, że czytał Arturowi do snu, ale za nic nie mógł sobie przypomnieć co. Chyba braci Grimm. Dość szybko znalazł książkę i zaczął ją kartkować. Nagle spomiędzy stron na dywan wypadła koperta. Nowa sądząc z wyglądu. Drżącą ręką rozerwał papier i wyciągnął karteczkę. Uważnie przeczytał ledwie jedno zdanie :
Holtel Astoria - skrytka 125 - hasło: Misterium Kuturb
Trochę zawiedziony schował wiadomość i wyszedł z domu.
Był już nieco zmęczony ciągłymi podróżami choćby tylko po Bostonie wszedł do hotelu Astoria przez otwarte usłużnie przez umundurowanego oddźwiernego szklane wypucowane do połysku drzwi. Wszystko w środku lśniło czystością i luksusem porównywalnym z nowojorskim Waldorfem.



Poklepał się po kieszeni marynarki, gdzie spoczywała znaleziona koperta i od razu skierował się do kontuaru za którym na tle przegródek z kluczami stał recepcjonista.
- Witaj. - skinął niedbale głową zdobywając sie w tym miejscu na cień uprzejmości - Chcę obejrzeć skrytkę 125. - ściszył głos pochylając się w stronę mężczyzny. - Misterium Kuturb.
- Oczywiście Sir. –
odrzekł mężczyzna kładąc po chwili kluczyk na kontuarze i pstrykając palcami na boya hotelowego.
- Bob zaprowadź szanownego pana do zielonego salonu.
Podążając za chłopcem po chwili Hiddink znalazł się w przytulnie urządzonym pokoju i zasiadł w fotelu za mahoniowym biurkiem. Zdążył sobie jeszcze nalać wody z karafki, gdy boy przyniósł sporą metalową skrytkę i dyskretnie się ulotnił.
Herbert przekręcił kluczyk i zajrzał do środka.
W skrytce leżała szara koperta. Z niej Herbert wydobył po kolei kilka zdjęć :

Mężczyzny wyglądającego na duchownego z wielgaśną brodą.
Młodej, atrakcyjnej kobiety.
Mężczyzny z hiszpańską bródką z dopiskiem - A.Duvarro
Jakiegoś budynku - chyba wiejskiej chaty (z daleka).
Barki z neonem Dance Macabre,
oraz rzemień na którym zawieszono jakiś pożółkły szpon lub kieł,
a także krótki list napisany ręką Artura.

Im dalej Herbert zagłębiał się w lekturę listu, tym bardziej jego twarz bladła. W końcu nalał sobie kolejną szklankę wody i wypił jednym haustem.
- Oszalał. Oszalał jak oni wszyscy. Arti w coś ty się synku wpakował ?
Westchnął ciężko chowając wszystko do teczki. Jedynie amulet z pożółkłego czegoś zabrał do kieszeni marynarki.
Musiał się posilić. Takie przeżycia zawsze wzmagały w nim głód. Na szczęście w hotelu była odpowiednia restauracja. Nim jednak złożył zamówienie wykonał jeszcze jeden telefon. Tym razem do Valerie Fletcher z zaproszeniem na obiad.
Dziewczyna była interesującą osobą z pewnego względu. Pracowała bowiem w archiwum miejskiej policji. Z nudów czytywała akta spraw i przeglądała dokumenty. Po lekturze sprawy jakiegoś morderstwa wpadła na pomysł, by napisać kryminał. Gdy już miała gotowe opowiadanie przyszła do Hoddinka prosto „z ulicy”. Herbert miał swoje wady, ale nigdy nie odmawiał spotkania z ładnymi kobietami, nawet jeśli miało to być stratą czasu. Przeczytał uważnie opowiadanie i … delikatnie powiedział :
„- Zadzwonimy do Pani”.
Takiego grafomaństwa dawno nie czytał. Zaraz po wyjściu dziewczyny wyrzucił jej wypociny do kosza, ale … niezastąpiona Kate zapisała telefon do Valerie. Teraz był jak znalazł.

- Dzień dobry. – dziewczyna podeszła nieśmiało do stolika. – Nie liczyłam, że Pan zadzwoni.



Herbert wstał, ale tylko odrobinę.
- Witam Moja Droga. Proszę niech Pani usiądzie. Może coś Pani zje ? – spytał uprzejmie.
- Nie dziękuję jestem po obiedzie. – wymówiła się spoglądając na niego z zaciekawieniem.
- W takim razie przejdźmy do interesów. Jesteśmy skłonni wydać Pani opowiadanie w szykowanym właśnie zbiorze młodych autorów. Jednak potrzebujemy czegoś większego, że tak powiem „objętościowo”. Czy byłaby Pani w stanie rozbudować swoje opowiadanie ?
- Jeśli trzeba … -
dziewczyna aż pokraśniała z zadowolenia.
- Dobrze … świetnie. Tak przy okazji miałbym do Ciebie Valerio… Mogę tak się do Ciebie zwracać ? Niewielką prośbę.
Hiddink wyciągnął zdjęcie odcisku palca.
- Mogłabyś dla mnie sprawdzić w archiwum do kogo on należy ?
- No … sama nie wiem. –
dziewczyna wyglądała na lekko wystraszoną.
- Przysługa za przysługę. – Hiddink nie bawił się już w podchody.
- Rozumiem … - dziewczyna pokraśniała jeszcze bardziej biorąc zdjęcie i patrząc z niepokojem na boki, jakby Herbert wręczał jej łapówkę.
Hiddink uśmiechnął się szeroko. Dobrze ją ocenił, jednak znał się na ludziach.

Było już późno, gdy Herbert dotarł do wypożyczalni samochodów i wynajął auto. Nie chciał do dzielnicy Ruskich jechać swoim bentleyem. Za paskiem czuł uspokajający ucisk rewolweru. Zapowiadał się ciężki wieczór.

emilski 14-09-2010 23:37

Kiedy dotarł do domu po spacerku, jaki sobie zafundował od „Arniego”, i zamknął za sobą drzwi, dopadł go nagły atak ciszy. Tyle się wydarzyło w ostatnich kilku dniach. Więcej, niż przez całe dotychczasowe życie. No może z wyjątkiem wojny. Ale tam była inna sytuacja. Tam człowiek był nie z własnej woli. Tam ktoś kazał robić ci rzeczy, które tak naprawdę miałeś gdzieś. Jedyne, na czym zależało człowiekowi, to żeby przeżyć. Za wszelką cenę. Fakt, wojna cię zmienia. Stajesz się kimś zupełnie innym, niż byłeś. Bliscy cię nie rozpoznają po twoim powrocie.

Jeśli masz bliskich.

Później starasz się zrobić wszystko, żeby wojna nie miała już wpływu na twoje dalsze życie. Spychasz ją na samo dno podświadomości i przysypujesz coraz to kolejnymi warstwami nowych przeżyć, pragnień, spostrzeżeń, dążeń. Jeśli ci się to nie uda, trafiasz do lekarza. Lekarz nie osłuchuje ci płuc stetoskopem i nie przepisuje antybiotyku, tylko zaprasza do specjalnego gabinetu. Gabinet jest całkiem przyjemny, ale szybko orientujesz się, że nie ma w nim klamek. Początkowo budzi to w tobie bunt. Za co oni ci to robią? Po jakimś czasie dochodzisz do wniosku, że jesteś głupi, że walczysz. Po co? Przecież ci tu naprawdę jest dobrze.

Ale nawet jeśli ci się uda przykryć to wszystko wystarczająco grubą warstwą doznań i refleksji, zawsze przyjdzie moment, kiedy zawieje mocniej wiatr. Jak ta oceaniczna bryza, która oczyszcza bostońskie powietrze z łajna i rybiego odoru. Zawieje i przegoni na cztery świata strony wszystko, co zbierałeś do tej pory, żeby zakopać te stosy trupów, z którymi byłeś na ty przez najgorsze dwa lata twojego życia.

Muriel, która przywitała Waltera wracającego do cywila, w wyjątkowo specyficzny sposób, bo przyozdobiona 25 głębokimi ranami, przez które sączyła się krew, zalewająca łóżko, podłogę i cały świat Waltera, zakopała wszystkie jego wojenne wspomnienia z szybkością błyskawicy. A teraz Dominic Duvarro, a raczej Amanda i jej rewelacje - chociaż Dwight Garrett też miał tu niemałe zasługi, wystawiając jego głowę przez okno - odkopali wszystko od nowa. Dlatego Chopp nie był w jakiś wyjątkowy sposób przybity historiami związanymi z pożeraczami, ghoulami i tymi wszystkimi ceremoniałami. Wszystko to zaczynało jawić mu się na tle trupiego odoru, przez który musiał przedzierać się całe dwa lata. Z Teodorem u boku. Gdyby nie on, nie wiadomo, czy Walter Chopp mógłby teraz zatrzaskiwać za sobą drzwi i boleśnie odczuwać nagłą ciszę. Potrzebował przyjaciół, kogoś bliskiego. Żeby nie zwariować.

Przez te kilka dni naprawdę wiele się wydarzyło. A wszystko to spowodowało, że Walter Chopp nie był już Walterem Choppem, jakim znał go Abraham Hollins, który udzielił mu trzymiesięcznego urlopu, i jakim chcieli wyobrażać go sobie pozostali sprzymierzeńcy Victora Prooda. Walter na powrót stawał się kapralem Choppem. Kapral Walter Chopp miał to do siebie, że pod wpływem adrenaliny nie cofał się przed niczym.

Na razie jednak siedział na łóżku przybity nagłą samotnością i dopieszczał swoją dubeltówkę, mówiąc do niej: -Mam nadzieję, że nie będę musiał cię użyć. I czemu ty jesteś taka nieporęczna? Może uda mi się zamienić cię na coś bardziej praktycznego, coś co bardziej pozwoli mi na ocalenie Prooda, ponowne skontaktowanie się z moją żoną i pomszczenie jej śmierci...

Do tej pory nie sądził, że jeszcze kiedykolwiek pomyśli o broni w takim aspekcie. Aspekcie praktyczniejszego zadania śmierci.
***

Walter coraz bardziej się niecierpliwił. Stał pod „Baraniną” już od dobrych dwudziestu minut, a Garetta jak nie ma, tak nie ma. „Jak dla mnie, to zmrok zapadł już dawno, ale widać, że każdy ma na to inny pogląd”. Okolica wcale mu się nie podobała. Chodził w kółko od jednej przecznicy do drugiej i obserwował podejrzane typy, które przewijały się przez chodnik. W powietrzu cały czas słychać było rosyjskie słowa; większość z nich brzmiała jak przekleństwa. Kłótliwy naród, ci Rosjanie, bo co rusz wybuchała jakaś sprzeczka, co jakiś czas pięści szły w ruch. mimo że Chopp ubrał się najbardziej swobodnie, jak tylko potrafił, czuł, że trochę tu nie pasuje. A może to tylko wrażenie i wcale nie było tak źle? To okaże się dopiero w środku. Na razie nie wchodzi. Garrett wyraźnie mówił, że ma na niego zaczekać przed wejściem. Obserwował więc ten półświatek starając się wychwycić jakieś specyficzne sytuacje i charakterystyczne zachowania. Jak dotąd bezskutecznie: wszystko wydawało mu się tu wyjątkowe.
„Gdzie ten Garrett, do cholery?”

Zobaczył go dopiero w ostatniej chwili i to też tylko dlatego, że miał na sobie ten sam kapelusz, co zwykle. Za nim szedł Hiddink. „Oboje jakby się tarzali gdzieś w rynsztoku” - pomyślał Walter. Co prawda, też nie ubrał się dzisiaj najładniej, ale nie aż tak. Poza tym ciuchy wybierał również pod kątem przepastności kieszeni – gdzieś musiał pochować te kilka piersiówek, w które przed wyjściem zaopatrzył się u pani Higgins.

„Baranina” w środku okazała się ciasna, zatłoczona i śmierdząca. Mimo panującej wszem i wobec prohibicji, alkoholem przesycona była cała atmosfera. Większość klienteli miała mętny wzrok, ale nie było tak źle, jak spodziewał się Walter. Wcale się tak nie wyróżniał, a Dwight i Hiddink trochę chyba przesadzili z tą maskaradą. Próbowali dopchać się do zatłoczonego baru. Pomagali sobie łokciami i dobrą miną do złej gry. Jakoś udało im się usiąść koło siebie. I teraz największy sprawdzian: czy sprzedadzą im tu alkohol? Garrett zagadał barmana, który swoją drogą wyglądał jak tytułowa baranina, i po chwili na blacie stała flaszka i trzy szklanki.

-No, to zdrowie panowie – detektyw przepił do Choppa i Herberta. - Za udany wieczór.

Rozmawiali, co teraz powinni zrobić w następnej kolejności. Plan był taki, żeby chwilę posiedzieć razem i porozdzielać się po stolikach. Tak będzie łatwiej wydobyć informacje. - Dosiadamy się do stolików, że niby nie ma miejsc, stawiamy flaszkę i spędzamy miło czas, zupełnie niechcący zadając pytania o ostatnie wydarzenia i osoby. Tylko ostrożnie, bo to podejrzliwe typy – to Garrett dawał ostatnie wskazówki. Wypili jeszcze po dwie małe szklaneczki. Chopp w tym czasie starał się kontemplować klimat tej knajpy, żeby dobrze wczuć się w sytuację i mentalność tych ludzi. Trochę się bał, ale nie taki sytuacjom przecież stawiał czoła. Najważniejsze, że nie wyczuł na razie żadnych oznak wrogości od tubylców, co dobrze wróżyło na przyszłość. Byli, co prawda kłótliwi, ale przede wszystkim chcieli się po prostu dobrze bawić. No i dobrze urżnąć.

Kupili jeszcze po butelczynie i ruszyli na wcześniej przygotowane pozycje. Księgowy zbliżył się do stolika, przy którym siedziało pięciu mężczyzn. Niczym szczególnym się nie wyróżniali: gadali, kłócili się, śmiali i byli nieźle wstawieni. Najważniejsze, że gadali po angielsku – widocznie ktoś z nich musiał też być Amerykaninem.

-Panowie... pozwolicie, że usiądę z wami... - Walter postanowił trochę udawać bardziej podchmielonego niż był. - Ciasno tu dzisiaj, a ja bez towarzystwa... i nie mam z kim opróżnić butelki, a dziecko mi się dzisiaj urodziło.

-Siadaj człowieku, z chęcią ci pomożemy – zawołał jeden z nich, robiąc mu miejsce przy stole. Na widok flaszki, oczy całej piątki wyraźnie się zaświeciły.

-No stary, to gratuluję. Jest za co pić – odezwał się drugi facet. Miał gęste siwe włosy, które kręciły mu się w loki. Duży czerwony nos prawie dotykał policzka Waltera: -Lepiej trafić nie mogłeś, rozumisz.... ten tu oto chłop – wskazał zamaszyście na najmłodszego, ale też chyba najlepiej zbudowanego z nich, który siedział po przeciwnej stronie stołu: -Też został ojcem w tym tygodniu. Rozumisz, już trzeci dzień to siedzimy i świętujemy jego zdrowie.

Walter postawił butelkę na stole. Wszystkie szklanki były natychmiast napełnione i Chopp musiał całej piątce dorównywać kroku. Rozmowa bardzo się kleiła. Walter dobrze trafił z tym towarzystwem. Atmosfera szczęścia rodzinnego rozwiązywała tutaj wszystkim języki i nie wzbudzała niczyich podejrzeń. Rzeczywiście, jeden z nich, ten obok Dymitrija, był Amerykaninem, ale razem z nimi pracował w porcie. To było towarzystwo dokerów, ale mocno osadzone w lokalnej mniejszości rosyjskiej. Oczywiście, że znali Ciemoszkę: ... każdy go znał, bo on ważny był. Cały czas przy Carze siedział, ale że tak w operze, to też mnie tak dziwiło, bo to tak na widoku i bez żadnego skrywania. Bez dwóch zdań to jakaś pokazówa musiała być. A co ty tam gadasz, to Car go załatwił i tyle. Wkurwił się na niego i pokazał kto tu rządzi, bo ten Ciemoszko to taki kombinator był. Co ty gadasz, przecież ważny był, Car go zawsze za przykład dawał, a jak pili, to zawsze siedział obok niego... I tak mogli w nieskończoność, jak już zaczęli. Choppowi może i by się udało wyciągnąć coś jeszcze, ale powoli czuł, że zaczyna mu się zamazywać ostrość widzenia. Tym bardziej, że zauważył w kącie sali, tam, gdzie siedział detektyw, ruch Garretta jasno wskazujący, że już wychodzimy. Hiddink zaczął się wiercić w drugim kącie, również dając znaki do zbierania się.

Każdy wyszedł osobno, a zebrali się przy furze Herberta. Walter doszedł do nich ostatni. Wyglądał, jakby był odurzony nagłym wtargnięciem w świeże powietrze. Bo, co by nie mówić o bostońskim powietrzu, w porównaniu z tym, czym oddycha się w „Baraninie”, jest ono naprawdę krystalicznie czyste.

-Ładujcie się panowie – odezwał się Herbert. -Przed nami „Mała Moskwa”.

Wsiedli do samochodu i ruszyli. W trakcie jazdy wymienili się zebranymi informacjami. Okazało się, że pozostała dwójka wie niewiele więcej. Dorzucili jeszcze od siebie aktualną sytuację polityczną, jaką udało się wybadać. Głównie chodziło o problemy Ruskich z Kanadyjczykami i Irlandczykami, że rozpoczęła się wojna o wpływy i Car (widocznie trzymał mniejszość rosyjską w jednej dłoni) zaczyna coraz bardziej szaleć. Ciemoszko miał być tego przykładem – był ważny, a za jakiś wybryk dostał kulkę. Teraz wszyscy muszą być ostrożni.

Chopp podsumował wszystko jednym zdaniem, gdy Hiddink niebezpiecznie ostro brał zakręt i wszystkich rzuciło trochę na prawą stronę: - Panowie, tak właśnie mam teraz w głowie, jeszcze dwie szklaneczki i bym leżał...

Leżał, nie leżał. Byli już pod „Małą Moskwą”. Już na pierwszy rzut oka lokal wydawał się większy. Chyba był na trochę wyższym poziomie, bo nawet miał ochroniarza przed wejściem. Ten zresztą do złudzenia przypominał barmana z „Baraniny”.

Chwilę siedzieli w samochodzie, obserwując wchodzących i wychodzących ludzi. Rzeczywiście, w porównaniu do „Baraniny”, goście byli trochę bardziej okiełznani. To znaczy bardziej normalni. Było wśród nich nawet kilku takich, co to nie wstydzi się nosić złota na szyi. Ale większość, to byli właśnie normalni ludzie. Z daleka można nawet nie pomyśleć, że to Ruskie wszystko jest.
Jak zwykle, to Garrett rzucił pierwszy hasło do następnej akcji: -Słuchajcie, tu musimy być bardziej okiełznani. Nie wystarczy kilka przekleństw i flaszka, a informacje są nasze. Musimy zachowywać się z wyczuciem. Rozdzielmy się i niech każdy pozwiedza lokal na własną rękę, jak go wyczujecie, to przysiadajcie się, ale miejmy się ciągle w zasięgu wzroku. Aha, żeby uniknąć kłopotów przy wejściu, trzymajcie się mnie z tyłu.

Garrett wysiadł i ruszył do przodu. Za nim Walter, a pochód zamykał Hiddink. Co ten Dwight nagadał ochroniarzowi, że ten ich wpuścił bez dwóch słów, tego Walter chyba nigdy się nie dowie, ale podejrzewał, że to bardziej zielone banknoty, które bramkarz a'la Baranina chował właśnie do kieszeni spodni, przemówiły mu do rozsądku, niż słowa detektywa.

W środku rzeczywiście było przede wszystkim przestronniej. Kilka osób nawet tańczyło, bo był parkiet. Rozdzielili się szybko. Każdy poszedł w swoją stronę, ale Walter ciągle utrzymywał z nimi kontakt wzrokowy. Podszedł do baru. Tym razem wziął tylko colę i zaczął się rozglądać. Niby bardziej elegancko, ale to jednak cały czas ta sama speluna. Niektórzy tylko chcą udawać kogoś lepszego i ta knajpa mu na to pozwala. Ale to na pewno nie ten lokal, w którym bawi się car, chociaż pewnie tyn wypucowany koleś pochylający się nad tą pijaną w sztok kobietą, bardzo by tego chciał. Księgowy długo się nie zastanawiał. W głowie miał cały czas szum, oczy mrużyły mu się samowolnie, szedł w obranym kierunku bardzo sztywno i precyzyjnie. Nikt nie wie dlaczego, ale ubzdurał sobie, że ta kobieta jest napastowana przez tego faceta i trzeba jej pomóc. Zapomniał po co tu przyszedł i postanowił zainterweniować:

-Zostaw ją pan do cholery, nie widzisz, że zmęczona jest? - i lekko faceta odepchnął, pogarszając tym tylko całą sytuację. Mężczyzna był zaskoczony i przez chwilę nie wiedział o co chodzi. Stracił na moment równowagę, ale szybko ją odzyskał. W tym czasie, Walter pochylił się nad leżącą na stole kobietą i zaczął nią potrząsać i mówić do niej: - Już wszystko dobrze, proszę pani, już dobrze, pomogę pani, słyszy pani??? - mówił do niej coraz głośniej i coraz energiczniej potrząsał kobietą, która nawet na moment nie przejawiła żadnych oznak zachowanej przytomności. Chopp zaczynał być zirytowany, potrząsał coraz mocniej i mocniej, aż z ferworu wytrącił go nagły cios z pięści prosto w twarz. To mężczyzna, do którego podszedł Walter, właśnie odzyskał równowagę. Walter upadł na ziemię i przez chwilę nie wiedział co się dzieje. Drugi cios, tym razem w brzuch, sprawiły że wszystko zrozumiał: kobieta nie przyjęła jego pomocy. Już był za bardzo pobity i pijany, żeby próbować stawić opór. Ludzie wokół niego się rozstąpili. Leżał na ziemi, a rozwścieczony facet stał nad nim i ciężko dysząc, zastanawiał się, jaki cios mu jeszcze zadać, kiedy nagle czyjeś dobrze zbudowane ramię zarzuciło mu haka na szyję. Chopp przez mgłę widział, że to Dwight zajął się typkiem i to raczej w profesjonalny sposób, bo nie zostawiając mu żadnych szans. Walter pomyślał, że Garrett stanął w jego obronie, czyli musi go jednak lubić i zrobiło mu się przyjemnie, chociaż coraz bardziej napięta atmosfera nie sprzyjała uczuciom tego typu.

Reszta gości nie mogła pozwolić na atakowanie jednego z nich. Krąg zaczął się zaciskać, ale Chopp pamięta już tylko jakiś huk, jakby wystrzał, dźwięk syren, tak, na pewno wyły syreny i było niebiesko, później jakiegoś wykrzykującego mężczyznę na masce forda Hiddinka i piski opon. Tak, piski opon pamięta najbardziej, bo to one, wraz z siłą odśrodkową rzucającą go to na lewe, to na prawe drzwi samochodu przy zakrętach, sprawiły, że znowu odzyskał przytomność.

-Panowie, przepraszam was, ale jakbyście widzieli, co ten facet jej robi, zrobilibyście to samo na moim miejscu – powiedział Chopp na swoje wytłumaczenie.

Gdy zajechali pod bramę księgowego, Walter odezwał się do Dwighta: -Jutro będę na pogrzebie Angeliny. Jestem świetnie ucharakteryzowany – mówiąc to, wycierał mankietem koszuli krew zasychającą mu pod nosem. -Więc zagadam do Dominica, że mam dowód. Myślę, że pobita twarz sprawi, że uwierzy mi we wszystko i zgodzi się na spotkanie bez świadków. Umówię się z nim na pojutrze, a my musimy się jutro, to znaczy już dzisiaj, spotkać, żeby omówić plan akcji.

-Walter, przyjdź po prostu na spotkanie do biura Hiddinka – odpowiedział Garrett, odwracając się do niego bokiem. - A teraz, na miłość boską, idź spać.

Chopp długo nie dał się namawiać. Wytoczył się jakoś z samochodu i zaczął wspinać po schodach ku mieszkaniu. Jutr..., już dzisiaj, cholera, kolejny ciężki dzień: pogrzeb, rozmowa z Dominikiem, a później spotkanie w biurze Hiddinka.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 02:22.

Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170