Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 24-08-2010, 19:35   #1
 
Famir's Avatar
 
[WoD] Manitou Springs [+18]

Nie zdziwiła się za bardzo, gdy na dworze przywitało ją jaśniejące powoli na horyzoncie niebo. Chyba zamarudziła w pubie trochę za długo, jednak żwawym krokiem ruszyła w stronę rzeki, przy której już parę godzin temu zauważyła całkiem przyjemny, acz nie wyglądający na specjalnie miłowany przez mieszkańców park. Nie lubiła braku poszanowania własności, nawet tych publicznych więc z lekko uniesionymi sceptycznie brwiami spojrzała na zdewastowaną, parkową ławkę, na której oparciu ktoś koślawymi literami napisał nazwę jakiejś bliżej jej nie znanej drużyny sportowej, zapewne regionalnej. Przeszła jeszcze parę kroków, na samym środku, otoczone niewielkim placem całkiem schludnie utrzymanego trawnika stało pojedyncze, stare drzewo. Nie trudno było domyśleć się iż swobodnie mogłoby opowiedzieć historie jeszcze sprzed powstania miasteczka, gdzieniegdzie bowiem pojedyncze, grube gałęzie podtrzymywane były na wspornikach, a i pień mógłby pomieścić w sobie swobodnie gabinet burmistrza.

~Co może nie byłoby takie dziwne...~

Pomyślała, nie przejmując się za bardzo roztoczonym dookoła placu łańcuchem. Miejsce było doprawdy piękne (Nie licząc oczywiście wszystkiego po drugiej stronie ogrodzenia), a ona nie lubiła spać byle gdzie. Westchnęła cicho, zapach drewna i trawy jedynie ukoił jej wampirze zmysły, a gdy niebo nad miasteczkiem zaczynało przybierać kolor blado różowy jej na niewielkim placyku już nie było.

Dosłownie parę minut później nastał świt. Przez kolejne wiele godzin po parki chodzili zadowoleniu z pogody spacerowicze, dzieci się bawiły ptaszki ćwierkały. Istna sielankowa atmosfera. A potem nastał wieczór i słońce zaczęło zachodzić aż w końcu znikło całkowicie gdzieś za horyzontem. Zapadła noc kiedy wampirzyca zaczęła wyłaniać się z ziemi niczym z jakiegoś taniego horroru klasy B. Na szczęście nikogo nie było w okolicy... chociaż jakby się nad tym zastanowić mógłby się przyplątać jakiś nocny marek. Głod sam się przecież nie zaspokoi.

Przyznajmy to sobie szczerze, Sheth'ani nigdy nie była specjalnie urodziwą kobietą, lub raczej wampiryzm skutecznie odebrał jej wszelki ludzki urok jaki kiedyś, dawno temu miała. Teraz na jej twarzy można było dostrzec cień czegoś zwierzęcego, szczególnie w sytuacjach tak prozaicznych i ludzkich jak ta, gdy wnętrzności sprawiały wrażenie, jakby przyssały się do kręgosłupa. Z grymasem wyczołgała się spod ziemi, odgarniając brudne, pozlepiane włosy rozejrzała się dookoła, jednak pora była już chyba zbyt późna, by ktokolwiek zapuszczał się do parku, chyba że życie było mu niemiłe. I to nie z jej powodu.

Zaklęła cicho, w swym starym, zapomnianym już dawno przez ludzi języku, gdy niemalże potknęła się o pojedynczą, zostawioną na ziemi butelkę. Była głodna, a głód sprawiał, że drażniło ją wszystko dookoła, nawet zbyt jasno świecąca się lampa uliczna. Całe szczęście, dawno już wybyła się wszelkich... kulinarnych... upodobań, naprawdę było jej wszystko jedno, czy na drodze stanie jej wysublimowana, odziana w diamenty i rubiny kobieta, czy zwykły, uliczny ochlajtus. Poderwała jednak szybko głowę, gdy usłyszała jak w oddali grupa ludzi opuszcza rozświetlony, pomalowany na czerwono budynek. Zmrużyła lekko oczy, front stylizowany był na stare, jeszcze przedwojenne kino, nawet napisy nad wejściem przywoływały na myśl stare, francuskie kina które w czasie drugiej wojny wyświetlały niemiecką propagandę. Sheth'ani nie bawiła się nawet w czytanie dzisiejszego repertuaru, filmy całkowicie przestały ją interesować gdzieś w okolicy lat dziewięćdziesiątych, jednak grupa rozchodzących się na wszystkie strony ludzi, choć niewielka, była aż za bardzo kusząca.

Po paru chwilach pojedyncza owieczka oddzieliła się od reszty stada. Facet średniego wzrostu i wieku. Ogolony na łyso. Noszący okulary, które w tej chwili żarliwie przecierał ściereczką do czyszczenia. Sweterek i błyszczące się czarne pantofle nie pasowały za bardzo do siebie - widocznie gość albo żadko wychodził do ludzi, albo nikt nie miał serca zwrócić mu uwagi na to dziwne połączenie. Sądząc po jego twarzy - na widok której aż chciało się wyciągnąć telefon i wysłać sms o treści POMAGAM - oba wyjaśnienia były tak samo prawdopodobne. Wszedł na chwilę do sklepu spożywczego i kupił napój wysokoprocentowy. Nie było to jednak ani piwo ani wódka czy inny mocny trunek tylko drink w puszcze. Ruszył w kierunku obrzeży miasta gdzie prawdopodobnie był jego dom.

Kobieta z lekkim politowaniem spojrzała na idącego przed nią człowieka, przez chwilę zastanawiając się nad zmianą ofiary, jednak jedno szybkie spojrzenie do tyłu dało jej do zrozumienia, że albo on, albo czeka ją cała noc szukania kogoś innego. Gdyby była jeszcze śmiertelnikiem, w tej właśnie chwili decydujący głos zabrałby burczący brzuch.

Nigdy nie mogła się nadziwić jakim cudem, będąc tak potwornie ślepymi, głuchymi istotami, jakimi byli ludzie, udawało im się rozmnażać jak przysłowiowe króliki i utrzymać palmę pierwszeństwa, jako dominującego gatunku, w garści. Może sama już tak bardzo przyzwyczaiła się do cichego poruszania, że robiła to bezwiednie, a mimo to, wydawało jej się, że nie starała się aż tak bardzo, że mężczyzna winien był usłyszeć, spojrzeć do tyłu i chociażby zacząć biec... Tak, bieg zawsze wszystko zdawał się ułatwiać, wówczas po prostu zaczynała gonić i wszystko szło jakoś tak... po prostu.

Wykrzywiła lekko twarz, wystawiając język z obrzydzenia, gdy zobaczyła jak jegomość otwiera puszkę z napojem i opróżnia ją niemalże jednym łykiem. Nie lubiła tych chemicznych wymysłów, działały na nią trochę jak kawa podana rozbrykanemu chomikowi. No i smak. Syntetyczna słodycz wykręcała na lewą stronę jej kubki smakowe.

Charknęła niepocieszenie, trzymając mocno całkowicie już nieprzytomnego mężczyznę. Była już na tyle stara (Choć w przypadku kobiety może bezpieczniej powiedzieć doświadczona...), że nie ubrudziła nawet kroplą krwi jego fikuśnego sweterka. Zresztą, w domu nauczono ją, że nie wolno marnować ani kropelki, ani okruszka i nie, nie dlatego, ze dzieci w Afryce głodowały. Będąc mała rzadko miała przyjemność zjeść nawet kromkę czerstwego chleba. Stare przyzwyczajenia najwidoczniej trudno było wyplenić. Swój głód zaspokoiła spokojnie, ale i żwawo, ostrożnie odrywając się od niego sprawdziła jeszcze puls. Niby lata praktyki, ale zapomnieć się zawsze można.

Po chwili było po wszystkim. Oblizując wargi wampirzyca udała się w swoją stronę. Po chwili obróciła się tylko by zobaczyć jak ofiara się przebudza. Facet podniósł się i miał spore problemy z postawieniem pierwszego kroku. Przy drugim się zachwiał jakby mu się strasznie wkręciło w głowie. Usiadł z lekkim niedowierzaniem na chodniku i spojrzał na opróżnioną puszkę po napoju wyskokowym.
-Więcej już nie pije... - mruknął po czym po udanej próbie wstania zaczął zataczać się do domu. Przynajmniej żył. Kainitka ruszyła dalej. Noc była jeszcze młoda a po głowie zaczęły jej chodzić myśli związane z jakimiś gryzoniami.

Podrapała się nieśpiesznie za uchem, zerkając na zręcznie przebiegającego między jej stopami, kanałowego szczura. Ah... No tak... Starość nie radość, choć raczej zawsze tego typu sprawy traktowała nieco... ulotnie. oczywiście, raz odbiło się jej to czkawką i powinna była wyciągnąć wnioski, tak przynajmniej mówił jej rozbrzmiewający w jej uszach głos jej matki. Tak, już idę!

Teraz szła już dużo szybciej, wciąż jeszcze zniesmaczona posmakiem w ustach, jednak zdawało jej się, że ów bar u Sama mogła mijać wczorajszej nocy, choć z drugiej strony... Kurcze, każde miasteczko zdawało się mieć jakiś pub/bar/knajpę u Sama...

Po kilkunastu minutach łażenia tu i tam udało jej się zlokalizować ów jadłodalnie. Światło paliło się w środku, ale panowała tam prawie pustka. Poza obsługą siedziały tam może ze trzy osoby. Wsytarczyło jednak rzucić okiem by stwierdzić, że z żadnym z nich nie była umówiona. Obeszła budynek naokoło. Od tyłu wszystko było ogrodzone wysokim płotem. Przeskoczenie go nie sprawiło większej trudności. Pierwszym co rzuciło się w oczy było otwarte zejście do kanałów. Obok niego stał zaś lekko przygarbiony jegomość w bluzie, której kaptów zasłaniał prawie całą twarz. Ręcę - a raczej szpony - miał poplamione krwią. Sądząc po zapachu szczurzą. Kwestią sporną pozostawało czy można by to podpiąć pod kanibalizm.
-Kogo no kogo moje oczy widzą. Jeszcze raz dzięki za wczorajszą pomoc. - lekko się ukłonił choć dziewczyna miała nieodparte wrażenie - chociaż nie zdradzał tego w żaden sposób - że z niej kpi wewnątrz swojego małego gryzoniatowego móżdżku.

Jej nozdrza zadrżały lekko, protestując wyraźnie przeciw środowisku w jakim teraz stała. Jego zachowanie wcale nie zmniejszało rosnącej w niej niechęci, wręcz przeciwnie, gdy skłonił się skrzywiła usta, obnażając zęby, a to jakoś dziwnym trafem nigdy nie był za dobry znak.

- Ta, trzeba pomagać tym bardziej...poszkodowanym... - mruknęła, zerkając w stronę zejścia do kanałów.
Szczur zdawał się nie zauważać groźnego gestu. Wręcz przeciwnie. Uśmiechał się coraz bardziej.
-Ciesze się, że mamy podobne poglądy. - oblizał resztki krwi ze szponów wyraźnie delektując się smakiem. Chyba sam niedawno skończył łowy.
-A więc... mogę coś dla Ciebie zrobić czy mogę już... wracać do domu? - jego wzrok skierował się w kierunku wejścia do konałów.
-] Co? - zapytała, może nawet zbyt dając po sobie poznać swe nagłe zirytowanie.- przecież to ty chciałeś się tu spotkać, nie ja. Jeżeli o mnie chodzi, równie dobrze mogę zacząć kierować się dalej na wchód, i tak miałam iść w tamtą stronę. malownicze miasteczko, ale nic ponad to.
-No wiesz... chciałem podziękować a tak jakoś wyszło, że nie wziąłem Twojego numeru telefonu. - zachichotał cicho.
-Przez kilka najbliższych nocy odradzam opuszczanie miasta. To cię znajdzie i spali żywcem. Do miasta przybli nawet łowcy. Powinni rozwiązać problem, ale trochę im to zajmie. W międzyczasie radzę udać się do Marcusa. Jest panem tej domeny. Znajdziesz go w kościele na północ stąd. Facet nie lubi gdy ktoś zagląda na jego potwórko bez zapowiedzi. Jakieś pytania?
Przewróciła oczami, naprawdę miała nadzieję, że Manitou Springs będzie jedynie stacją przestankową w jej podróży.
- Nie. Nie mam pytań... Dzięki. - mruknęła, widząc, że znalezienie kościoła nie będzie nawet w połowie tak 'trudne' jak znalezienie baru u Sama. Kościoły były zawsze najlepiej pielęgnowanymi budynkami, nierzadko również największymi.- Nie, czekaj. Co takiego się tu zalęgło?
-Chciałbym to wiedzieć. Naprawdę. Cholerstwo prawie mnie przerobiło na popiół. Pamiętaj, że jeśli będziesz wpatrywać się w noc i będziesz mieć wrażenie, że ciemność płonie uciekaj do miasta. To na razie - skłonił się jeszcze raz po czym wskoczył do kanału.
 
Famir jest offline  
Stary 25-08-2010, 20:27   #2
 
Highlander's Avatar
 
Popołudnie. Czarny Mustang zatrzymał się cicho na parkingu przed motelem Sunshine. Nie licząc starego, zdezelowanego gruchota stojącego w cieniu nieopodal, maszyna stanowiła jedyne auto pośród morza rozgrzanego, popękanego betonu. Drzwi kierowcy uchyliły się powoli, jakby od niechcenia, lekko przy tym skrzypiąc. Najwidoczniej zawiasów nie oliwiono już od jakiegoś czasu. Z hermetycznego do tej pory wnętrza buchnęły opary papierosowego dymu. Co samo w sobie było dość dziwne, bo osobnik za kółkiem nie zwykł palić w posiadanych na własność środkach transportu. Doskonale wiedział, że szkodzi to tapicerce. Jednak tym razem nie mógł sobie odmówić, chęć sięgnięcia po używkę okazała się silniejsza niż zwykle. Zapewne miało to coś wspólnego z zaistniałym niedawno, niezwykle szczęśliwym zbiegiem okoliczności... i z tym, że jeszcze wczoraj, to auto nie należało do niego. Enigmatyczny przyjezdny zabębnił w kierownicę. Wolno, do nieznanego rytmu. Przeciągnął się i strzelił palcami wydając z siebie głuchy jęk satysfakcji, kiedy elementy dłoni ponownie nachodziły na swoje miejsca. Rzucił wzrokiem za szklaną barierę, a niedopałkiem za drzwi. Manitou Springs, tak? Heh. Już mu się podobało.


Wejście do motelu nie popsuło mu humoru, mimo, że wystrój był ponury i obskurny. Kojarzył się z miejscami gdzie rezydowali seryjni mordercy kreowani w serialach kryminalnych. Takich cechujących się raczej niskim budżetem. Tapeta odchodziła od ścian. Kiedyś była pewnie jasnozielona. Teraz przedstawiała chyba wszystkie możliwe odcienie tego koloru, a każdy kojarzył się z pleśnią, grzybem, zgnilizną lub innym syfem. Na podłodze leżał długi dywan, który przypominał szmatę, albo losowo wybrany kawał materiału położony tylko by zakrywał... lepiej chyba nie wiedzieć co. Za drewnianą ladą siedział osobnik mocno stereotypowy. Gruby facet po czterdziestce, lekko łysiejący. Miał na sobie białą - i wyjątkowo przepoconą - koszulkę na ramiączkach w rozmiarze XXL (a może nawet XXXL). Spojrzał na nowego gościa wzrokiem mówiącym “wypierdalaj” (widać kochał swoją pracę). Pogładził masywnego wąsa, po czym odezwał się, dość niespodziewanie:
- Witamy, dzień dobry, dobry wieczór i inne takie… czego trzeba?
Owy gość jakoś dziwnie się rozpromienił widząc mimikę tłustego rozmówcy. Słysząc wypowiadane przez niego słowa. Twarz turysty wyrażała zarówno udawaną uprzejmość jak i szczery, konwersacyjny sadyzm, typowy dla osobników, którzy lubią łapać innych za słowa a potem sprowadzać do intelektualnego parteru z siłą młota pneumatycznego.
- Zastanówmy się… to przydrożny motel więc… Heh… i tu wspinam się na wyżyny intensywnej myśli filozoficznej i logiki typowej dla niejakiego detektywa Holmes’a… chyba pokoju, dobry panie. Znajdzie się u was taki? Z prysznicem pozbawionym rdzy i podłogą, która nie ucieka żeby jej nie rozdeptać?
Bardzo dokładnie lustrował pana baryłę. Z nutką profesjonalnego zaintrygowania.

- Czyli pokój dla VIPów? Takie luksusy kosztują, ale znajdzie się coś.
Położył na stole klucze do pomieszczenia o numerze 1408 – wątpliwym zdawało się jednak aby budynek był w stanie pomieścić prawie półtora tysiąca pokoi. Wręcz niemożliwe, w końcu miał jedynie dwa piętra. Widocznie ktoś tu spieprzył numerację i tak już zostało.
- Co do płatności to albo płacisz z góry za noc, albo zostawiasz dokumenty pod zastaw i płacisz przy zdawaniu kluczy. Twój wybór stary.
- Spoko, młody…

Wymówił te dwa słowa trochę od niechcenia, unosząc breloczek z numerkiem na wysokość oczu i spoglądając na wyryte w spróchniałym drewnie cyfry. Jego usta zwężyły się w niemal niewidoczną kreskę. Przygryzł górną wargę.
- Swoją drogą…1408. Brzmi jakoś znajomo. A, już pamiętam. Czy w tym momencie z pomieszczenia obok nie powinien czasem wyjść Samuel L. Jackson i przestrzegać mnie przed pobytem? Oferować inny pokój? Albo coś?
Rzucił wąsaczowi dość zaciekawione spojrzenie. Kontynuował.
- Widzisz pan, duchy, demony, egzorcyzmy i niskie temperatury to nie moja mocna strona, więc wolałbym wiedzieć zawczasu na co się porywam. Heh… a przy okazji, ile wynosi opłata tygodniowa za te niewyobrażalne luksusy?
- Panie nie mam pojęcia o czym do mnie mówisz! Dwadzieścia dolców za dobę. Tydzień wychodzi na sto-czterdzieści. Bierzesz Pan czy nie?

Osobnik przy tuszy ponownie pogładził swojego mocarnego wąsa. Niestety liczba moteli w mieście była dość... ograniczona i zapyziały gostek zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Doił więc ile mógł. Oczywiście nawiązania do projekcji inspirowanej twórczością King’a nawet nie załapał. Tylko dlaczego tak się zdenerwował przy wspomnieniu o owym filmie? Coś tu się mocno nie zgadzało i trzeba było dowiedzieć się co…
- Jasne, a co mi tam. Zapłacę z góry.
Wędrowiec zachował pokerową twarz. Wyjął z kieszeni spodni czarny, skórzany portfel, który zupełnie nie pasował do reszty stroju. Zapewne dlatego, że kilkakrotnie przewyższał go wartością, jak i jakością. Właściciel Mustanga zaparkowanego za oknem dokładnie odliczył pieniądze i ułożył je na drewnianej ladzie. W rządku trzech banknotów - 100, 20 i 20. Pan Franklin rzucał tłuściochowi wyzywające spojrzenie.


- Proszę bardzo, oto równa suma.
Gość wskazał dłonią jak magik, który właśnie wyciągnął królika z kapelusza. Zdawał się zupełnie nie przejmować wywaleniem takiej kwoty w błoto.
- Drugie piętro. Ostatnie drzwi po prawej.
Recepcjonista schował pieniądze łapczywie do kieszeni. Spojrzał na fra… na swego klienta i uśmiechnął się. Ten wyraz twarzy był pełen złośliwości, a może nawet dało się w nim dopatrzyć szczypty sadyzmu jaką turysta widział za każdym razem kiedy patrzył w lustro. Jak łatwo się domyślić, niezbyt mu się to spodobało.
- Miłego pobytu.
- Och będzie miły, może mi pan wierzyć.

Powiedział nowoprzyjezdny odsłaniając zęby jak lew witający się z antylopą. Zapomniał tylko dodać, że jego pobyt nie będzie miły dla wszystkich. Potem… coś się stało. Coś pozornie niezauważalnego i uderzającego o nadnaturalność jak rwąca woda o wały przeciwpowodziowe. Wyszedł z recepcji, ruszając we wskazane mu miejsce. Po drodze czule poklepał tylnią kieszeń swoich spodni. Tą w której znajdował się portfel. Wiedział, że to co zrobił przed chwilą było małostkowe i trochę dziecinne, ale zwyczajnie nie mógł sobie odmówić. Jego życie zasadzało się głównie na przyjemnościach. Mało liczyło się to, czy owe przyjemności są wynikiem czyjegoś nieszczęścia. Z resztą, spocony świniak chciał go orżnąć. Cóż za ironia. Taki subtelny prztyczek w nos wyjdzie mu na zdrowie. Pokój 1408 był tuż obok pokojów 142 i 85342. Ktoś musiał naprawdę mocno wypić kiedy tworzył numerację pomieszczeń. Samo wnętrze sprawiało bardzo dobre wrażenie. Nowa tapeta, zadbane meble i przyjemny zapach tulipanów w powietrzu. Pewnie z odświeżacza, bo prawdziwych kwiatów się tu nie spodziewał. Pokój wyglądał na zadbany jak cholera. Nie było nawet karaluchów, a na ścianach wisiały obrazy - jeden ze statkiem na wzburzonym morzu wyglądał na bardzo, ale to bardzo stary. Ogólnie cud, miód i orzeszki na śmietnisku. Turysta mrugnął, chcąc ocenić wszystko okiem prawdziwego cynika… i bardzo ucieszył się z podjęcia tego jakże strategicznego posunięcia. W mig okazało się, że wcześniej wspomniany cud był bluźnierczy, orzeszki mocno przeterminowane, a w miodzie ktoś utopił jakieś wielkie, zmutowane muszysko. Stare powiedzenie o pozorach sprawdziło się i w tym przypadku. Jasna cholera.

- Szlag… zapomniałem o torbie.
Przeklinając pod nosem, mężczyzna obrócił się na pięcie z donośnym piskiem podeszwy. Ludzie rzadko wokalizowali swoje myśli w ten sposób, chyba, że byli sami. Albo posiadali wyjątkowo ekscentryczne charaktery i nie bali się co pomyślą o nich inni obserwujący. No, ale kto właściwie mógł go tutaj obserwować? Heh, zdawało się że to taka bzdurna myśl. Właśnie. W tył zwrot, naprzód marsz. Spokojnie, nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów. Mijając recepcję, poszukiwacz bagażu skłonił się uprzejmie tłuściochowi. Dopiero teraz odnotował, że ten gagatek także był... nietypowy.
- Nie lubię wybrzydzać, ale… chyba coś się jednak zalęgło w tym pokoju. Przez chwilę mignął mi tam szkodnik wielkości sporych rozmiarów psa. Uwierzy pan?
Recepcjonista uśmiechnął się obnażając zęby, które przypominały pożółkłe kły jakiejś pokraki. Bardzo starał się powstrzymać chichot.
- Proszę o wybaczenie. Ten powinien być w porządku.
Wręczył mężczyźnie klucze do pokoju o wdzięcznym numerze 4.
- Oczywiście jakościowo jest trochę gorszy od wcześniejszego, ale nie ma w nim przynajmniej olbrzymich, obślizgłych i śmierdzących robali.
Turyście zdecydowanie do śmiechu nie było. Cała sytuacja przypominała obracanie śmiercionośnej pułapki w niewinny, studencki żart. Przez chwilę w zwichrowanym umyśle ważone były najważniejsze fakty. Wszystkie za i przeciw. Przyjezdny nie posiadał zbyt szerokiej wiedzy okultystycznej (przynajmniej względem innych przedstawicieli swojej niecodziennej profesji), orientował się jednak z czym ma tutaj do czynienia. Rozumiał, że spasiony „myśliwy” także znajdował się w nieciekawej sytuacji. Pewnie był zmuszony spełniać zachcianki tej przedwiecznej potworności piętro wyżej…

Właściciel Mustanga odłożył więc na bok plany wpakowania pordzewiałego śrubokręta w tętnicę szyjną wąsacza. Można powiedzieć, że wypatrzył dla siebie większą rybę.
- A właśnie. Zabrzmi to trochę głupio, ale… ma pan wykupione ubezpieczenie? Mój dobry kolega jest w branży i zawsze nalega żebym rzucał tym pytaniem, gdziekolwiek się pojawię. Tyle się słyszy ostatnio o tych młodocianych wyrostkach…
Oparł ręce o blat i przypadkiem puknął się palcem w nos. Pytanie, które w każdym innym wypadku zostałoby odebrane jako groźba, lub próba wymuszenia pieniędzy, tym razem trafiło na bardzo podatny grunt, pełen subtelnego zrozumienia.
- Mam… nie uwierzy Pan ile taki jeden pasożyt może wyrządzić szkód gościom. A posiadam tutaj kilka takich naprawdę wrednych…
Tłuścioch splunął na podłogę z niesmakiem.
- Szkoda, ale gdyby chciał pan porównać oferty… mam gdzieś w aucie jego wizytówkę. Sprawdzę z resztą, kiedy wieczorem będę wracał z zakupów.
Zakupy były nowym pomysłem, wymyślonym naprędce. Zabawne jak długo można było bezstresowo rozmawiać o niczym. Popychać pierdoły jak parka starych panien. Co ciekawsze, obaj mężczyźni poznali się zaledwie kilka chwil temu i nie pałali do siebie sympatią.
- Swoją drogą, macie tu jakieś ciekawe kluby, do których można zajrzeć?
- To zależy. Jeśli szukasz pan bardziej przyziemnych rozrywek to są dwa, lub trzy puby w mieście. Jeśli jednak chcesz zabawić się na poziomie to jest taki klub… jak on się nazywał… cholera, nie pamiętam. Jest jakoś w północnej części miasta, niedaleko kościoła. Łatwo trafić, ale ostrzegam. Ceny są straszne. Właściciel to prawdziwa pijawka.

Trzeba było jednej żeby poznała drugą. No chyba, że recepcjonista sugerował zgoła inny rodzaj - taki, który lubi chłeptać ciepłą krew z szyj młodych cichodajek.
- Spoko, dzięki za cynk. Rozejrzę się… aha i zanim zapomnę. Dywan też nie był w zbyt ciekawym stanie. Kiedy właściwie bywają u was sprzątaczki?
Pytanie dość dobitnie sugerowało wąsaczowi aby tej nocy NIE bywały. Facet za ladą udał, że się obraża. Wyciągnął starą gazetę i zagłębił się w lekturze, dając do zrozumienia, że rozmowa została zakończona. Przynajmniej na razie.
 
Highlander jest offline  
Stary 07-09-2010, 22:55   #3
 
Famir's Avatar
 
“Róg Zamkowy” - tak zwał się wspomniany przez demona pub. Co prawda zamku nigdzie w okolicy nie było, ale za to była ulica zamkowa. Widocznie miejsce wzięło nazwę ze swojego punktu położenia. Klub był dosyć spory, i wydawał się ogromny - ze względu na swoje wyposażenie. Na samym środku stały dwa stoły bilardowe. Pod ścianami zaś były ustawione zestawy: stolik plus cztery krzesła. Nawet całkiem ładne - po typowej spelunie w tym mieście można się było spodziewać dużo niższych standardów. Pomiędzy ów “zestawikami” i stołami do bilarda nie było praktycznie nic. Pusta przestrzeń. Dlatego to miejsce wydawało się dużo większe niż było w rzeczywistości. Czasami dało się zauważyć jeszcze tarczę do rzutek umieszczoną przy samym barze a bar to już zupełnie inna bajka. Pułki uginały się wręcz od drogich markowych trunków. Jeśli do tego dodać marżę ceny... faktycznie przerażały. Dziw bierze, że wogóle ktoś tutaj przychodził się napić a jednak pub był pełen ludzi. Naprawdę dziwne.

Oczywiście jeśli ktoś przeżył w tym ponurym świecie tyle lat co “tajemniczy nieznajomy”, uczył się zauważać pewne subtelności. Zajawka którą podsłyszał od właściciela przydrożnego motelu szybko wyewoluowała w pełnoprawną teorię. Teorię, która zakładała, że ta knajpka o wygórowanych celach jest w stanie zaspokoić naprawdę *rozmaite* rodzaje pragnienia. Jedno łypnięcie jadeitowych oczu wystarczyło aby przypuszczenia zyskały potwierdzenie. Nowoprzyjezdny uśmiechnął się dosyć cierpko. Pijawki... całkiem sporo pijawek. Ochroniarze, barman, co ciekawsze dyskotekowe dziwki i kilku jeśli nie homo, to napewno metrosów. Nie to żeby mężczyzna o ponurym uśmiechu miał im coś do zarzucenia pod względem moralnym. Sam próbował już przyjemności, które zjerzyłyby włosy na głowie u osób posiadających jakiekolwiek standardy. Nawet, a może w szczególności, te etyczne. Ruszył z wolna w kierunku mężczyzny znajdującego się za barem.


Spojrzenie Warrena zetknęło się z tym barmana. Trwało to ledwie chwilę ale w czasie tej chwili na poziomie mentalnym rozpętała się krótka aczkolwiek zaskakująca dla obu stron konfliktu bitwa. Jedna strona nie spodziewała się z początku ataku a druga przegranej. Barman wydawał się bardziej... speszony niż zaskoczony. Widocznie fakt, że ktoś go przyłapał - i był tego świadom! - na umysłowych igraszkach wprawił go w lekkie zakłopotanie.
-Nowa twarz w mieście?
Spytał wyjmując szklankę z lodem i wypełniając ją do połowy Jackiem Danielsem.
-Tak na nowy początek znajomości. Jestem Michael, ale wszyscy mówią mi tutaj po prostu Mike.

Osobnik nie odpowiedział ani jednym słowem. Usiadł pewnie na jednym na stołków i obrócił powoli wokół własnej osi. Trochę jak mały dzieciak, aczkolwiek jego wzrok z dziecinną niewinnością nie miał nic wspólnego. Kończąc obrót oparł się rękoma o blat barku. Palce prawej dłoni dotknęły zegarka. Był to markowy Swatch, najnowszy, z niemal dziesięcioletnią gwarancją. Obramówka stopera przesuneła się do tyłu z cichym *klik* które od razu zostało pochłonięte przez muzykę. Nieumarłe pomioty które miały okazję obserwować aurę należącą do nowego gościa, mogły właśnie podziwiać prawdziwy pokaz fajerwerków w kolorze złota.
- Ładnie stary... super zegarek. Takich to już chyba nie robią. - skomentował barman, ktory aż zagwizdał z podziwu i szerzej otworzył oczy.
- Widzisz “Mike”. Z dzisiejszą technologią jest trochę tak jak z dobrym wychowaniem... bo obsługa w dawnych czasach nie wtykała przynajmniej nosa w nieswoje myśli.

Obcy sięgnął po kieliszek i zamoczył usta w trunku, opróżniając na raz jedną-trzecią szklaneczki. Przepłukał gardło. Łagodnie drgnęła mu powieka. Nienawidził Whiskey. Nie-na-wi-dził. Kurwa. Gdzieś podsłyszał, czyiś pogląd, że ta smakuje jak płynny papier toaletowy i... chyba nigdy nie zgadzał się bardziej z czyjąś opinią.
- Bleh. Ja pier... mam lepszy pomysł. Zrób mi jedną Blue Lagoon, Mike. Po drodze możesz także opowiedzieć mi jakąś rubaszną historyjkę na temat tutejszych bywalców. Szczególnie tych, którzy oddychają tylko rekreacyjnie. Heh. Heheheh.


Mike wykonał drinka w iście... widowiskowy sposób. Shaker i butelki z alkocholem latały w powietrzu, nad głową, pod ramieniem, za plecami - po prostu pełen profesjonalizm. Nie uronił nawet kropelki. Widać, że miał lata... a może i dziesięciolecia praktyki. Chwila moment i Blue Lagoon było gotowe.
-To bardzo dobre pytanie. Zanim jednak zacznę rozpowiadać fakty i plotki na temat naszej małej społeczności może powiedz coś o sobie? - oparł głowę na ramieniu schylają się lekko.
- No wiesz... jak zdradzać sekrety to dobrze by było wiedzieć komu. - po jego spojrzeniu było widać, że nie zadowoli się tekstem o “nic nie znaczącym podróżnym”.

- Ach wiesz jak to bywa. Jestem nic nie znaczącym podróżnym... o dość specyficznych zainteresowaniach. Mój tatko był oficerem w SS, matka Żydówką, standardowa historia zakazanej miłości, naprawdę. Nic do czego nie przyzwyczaiłaby Cię już fikcja literacka. Dziadek miał smykałkę do zegarków i jak widzisz spędzając ze mną czas wtłoczył mi do głowy swoje hobby. Teraz przemierzam wspaniałe Stany, szukając najrozmaitrzych rodzajów rozrywki. A nie ma nic bardziej rozrywkowego niż pocięcie jakiejś wampirzycy na cienkie plasterki i obserwowanie jak ta w cierpieniu rzuca się w żelaznych kajdanach. A następnie taplanie się w jej flakach i posoce. Ale chwila! Chwila moment... chyba zboczyłem z kursu podczas opowiadania swojej biografi?
Wyzwolony bełkot był... był całkowicie absurdalny i oderwany od lokalnej rzeczywistości. Niejeden Malkavian uznałby mężczyznę za zupełnie i nieodwracalnie szalonego. Uśmiech który towarzyszył temu wywodowi sugerował zaawansowaną socjopatię.
-Jakież to słodkie i urocze. - skomentował Mike postanawiając podjąć aburdalną rozmowę -Ale tak między nami... krojenie wilków przynosi dużo więcej frajdy. Radziłbym zmienić więc obiekt zainteresowań. Choć tak dla odmiany. - mrugnął porozumiewaczo.

- Ha. Rzecz zasadza się na tym... że Garou można przyrównać do opakowań ekologicznych. Są przyzjadne dla środowiska. Podczas gdy wy jako gatunek... z resztą, przecież dobrze wiesz dokąd to zmierza, nie muszę się wywnętrzać. Pasożyty, bla bla bla, potępione kreatury itp. itd. Plus ciekawa anegdotka. Stosunek z dziewuszką w Crinos można swobodnie zaliczyć do jednego z najdziwniejszych, najbardziej bolesnych, a zarazem najbardziej cudownych doświadczeń życiowych. Rzecz jasna, jeśli przeżyjesz... i nie masz nic przeciwko zregenerowaniu kilkunastu złamanych żeber i strzaskanej miednicy. Jednak... nie odpowiedziałeś jeszcze na moje pytanie Mike.

-To mała społeczność. Jest nas niewielu i... nie balujemy tak bardzo jak rodzinka w większych miastach. Już nawet nie pamiętam kiedy kogoś zabiłem. Po prostu siedzimy sobie w tym mieście nikomu nie wadząc i prowadzimy spokojny żywo... to złe słowo... spokojną egzystencję. - mrugnął w kierunku jednej dziewdzyny która właśnie weszła do pubu. Ta oblała się rumieńcem, ale starała się to ukryć. Jeszcze zanim podeszła do lady Mike przygotował drinka. Dziewczyna wzięła go zupełnie jakby zawsze brała tutaj to samo po czym dosiadła się do stolika gdzie siedzieli jej znajomi.
-Kocham tą robotę. - powiedział wyraźnie z siebie zadowolony.

- Uhuh. To tak jakbyś stwierdził, że tętniak jest rzeczą mniej uciążliwą niż rak mózgu. Poza tym, nie pytałem o waszą egzystencjalną motywację. Nie prosiłem żebyś płakał w rękaw. Nie mówiłem też, że zamierzam kogoś przerobić permanentnie na proszek, ale właśnie postawiłeś pojedynczy plus przy tym rozwiązaniu. Prosiłem po prostu, żebyś mi opowiedział coś miłego o tej nieumarłej zbitce na parkiecie. Słucham więc.


Wskazał na dwie bliźniaczki grające przy jednym ze stołów do bilarda. Nawet ubrane były panny podobnie.
-Mary i Sue. Moje przyjaciółki... jeszcze nie do końca.... sztywne jak ja, ale jak księciu pozwoli może już niedługo uda mi się to zmienić. - mówiąc inaczej kainita zasugerował, że dziewczęta są jego ghoulami. Sądząc bo ich zadowolonych twarzach chyba nie narzekały na taki stan rzeczy. Z drugiej strony nie da się powiedzieć na ile do zadowolenie było związane z prawdziwymi emocjonami a na ile z manipulacją.
-Zapoznać Cię? - zmrużył lekko oczy. Głos przybrał ton bardziej zachęcający.

Mężczyzna opróżnił resztkę drinka jednym haustem. Jeśli do tej pory alkohol wywarł na nim jakiekolwiek wrażenie, nie dało się tego zauważyć.
- Myślisz, że twoje malutkie gierki mające wpływać na mój popęd seksualny i libido dają Ci jakąkolwiek przewagę? Hah. Po prawdzie Mike, nie umiałbyś seksualnie zmanipulować królika żeby ten zaczął kopulować. Ale... będąc szczerym, jestem osobą kapryśną i pełną pasji. Więc powiem Ci jak zrobimy. Dasz mi jedną z nich... na własność, a ja zniknę z tej knajpki jak zły sen, pozostawiając was wszystkich w jednym kawałku. Nie dasz mi jednej z nich... a twoja egzystencja skończy się czasie krótrzym niż 0,001 od odmowy. Brzmi uczciwie?
Mike tylko westchnął i pokręcił głową zniesmaczony. Cały bar - poza ochroną - natychmiast skierował się ku wyjścia zupełnie jakby była to narnolmaniejsza rzecz pod słońcem. Pewnie kolejny mind fuck albo coś w tym stylu. W końcu wewnątrz zostały tylko 4 osoby.
- Panowie zajmijcie się naszym gościem. - po tych słowach zamienił się w smugę i dosłownie śmignął do wyjścia. Cóż... po to jest ochrona by załatwiała takie problemy. Ochroniarze uśmiechneli się do siebie. Pewnie dlatego, że nie widzieli wcześniej tej złotej aury którą miał okazje dojrzeć Michael.
 
Famir jest offline  
Stary 11-09-2010, 16:58   #4
 
Highlander's Avatar
 
Mężczyzna przewrócił oczyma kiedy jego język usilnie próbował wydłubać z jednego z górnych zębów pozostałości zakąski, którą zjadł przyjeżdżając na to zadupie.
- Hrm. „Nie balujemy tak bardzo jak rodzinka w większych miastach”, co przystojniaku? Taaak… a robienie z ludzi stada bezmózgich owiec to pewnie coś całkiem normalnego w tych stronach? Ech… kurwa. Gdzie człowiek nie spojrzy, wszędzie pierdoleni hipokryci.
Wargi zacisnęły się na różowej słomce tkwiącej w błękitnym drinku. Warren nie drgnął nawet kiedy rozmaite osoby mijały go, okazując na swoich twarzach zrozumienie typowe dla drewnianych laleczek. Nie poruszył się także, kiedy barman dał dość jednoznaczne polecenie swoim gorylom. Można powiedzieć, że był zbyt zajęty podziwianiem dwójki seksownych tyłeczków należących do oddalających się bliźniaczek. Kilka bąbelków spenetrowało powierzchnię napoju alkoholowego. Nie trudno było się domyślić co chciała spenetrować pijąca go osoba. Kiedy już tu posprząta, będzie musiał wrócić do tych lasek.

Wampir za ladą stał się rozmazaną smugą prędkości i skierował w stronę wyjścia. Warren odrobinkę żałował, że jego niedawny rozmówca nie zdecydował się w ostatniej chwili na jakiś samobójczy atak, tylko czmychnął w siną dal jak jakiś mocno wydygany piesek preriowy. Cóż, nie wszyscy mieli jego dar. Nie wszyscy mogli być nieulęknionymi wojownikami i całkowitymi psychopatami. Czarnowłosy powoli obrócił się na stołku.
- Za wolno Mike! O wiele za wolno…
Krzyknął niewinnie za barmanem, jakby chciał mu przypomnieć, że tamten zapomniał kluczy. Dość specyficznych kluczy. Skończył wypowiadać te słowa akurat w momencie gdy mocarna piącha jednego z mężczyzn pozbawionych karków miała zakończyć lot po kursie kolizyjnym z jego twarzą. Jednak w miarę jak masywna część ciała zmniejszała swój dystans, zwalniała coraz bardziej, zaś świat wokoło tracił całą swoją kolorystykę. Barwy ulatywały, ustępując uniwersalnej szarości. Wszelki ruch stopniowo ustawał… aż wszystko zatrzymało się całkowicie, czemu towarzyszył ponury dźwięk gigantycznego zegara gdzieś bardzo, ale to bardzo daleko.


Kiedy świat został już wywrócony na drugą stronę, jedynie nowoprzyjezdny zachował należyte ubarwienie. Bez większego pośpiechu wstał i zatrzymał się przy pięściarzu. Odchrząknął, oczyszczając tym samym gardło z nagromadzonej w nim flegmy i splunął gorylowi prosto w twarz. Opuszczając pole temporalne dotychczasowego właściciela, zielona substancja także wyblakła i zatrzymała się w połowie lotu. Efekt wyglądał komicznie, choć Warren miał poważne wątpliwości, czy umysł niedoszłego agresora będzie miał czas chociażby zarejestrować tą obrazę. Hmmm. Nie, raczej nie. Nie przy wszystkich innych cudownościach jakie zamierzał zafundować świrnięty turysta tym pieprzonym pasożytom. Palce ujęły białe słuchawki i osadziły je w uszach a kciuk drugiej dłoni wybrał piosenkę kreującą odpowiedni nastrój z przydługiej listy odtwarzacza.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=kPgFnRdTcKE[/MEDIA]

Mężczyzna wybuchł śmiechem na całe gardło, choć nikt inny nie mógł usłyszeć owego psychodelicznego odgłosu. Może dlatego, że zdawał sobie sprawę z bardzo wielu podobieństw tej jakże abstrakcyjnej sytuacji do okrutnej sceny, jaka miała miejsce w jednym z wcześniejszych filmów Tarantino - Reservoir Dogs. Tego, którego ścieżką dźwiękową właśnie mentalnie się onanizował. Warren wyjął zza pazuchy idealnie zaostrzony, wojskowy nóż, po czym słodko uśmiechnął się do najbliżej położonego goryla… i wbił ostrze po samą rękojeść w jego lewe ucho. Działał z precyzją jakiej nie powstydziłby się niejeden chirurg. Nie puścił swojej broni, zamiast tego oparł się o nią. Zwisając tak na uchwycie, niczym jakaś białogłowa na szyi swojego księcia z bajki, czarnowłosy ocenił swe potencjalne ofiary. Trzy, może więcej w innych pomieszczeniach. Spojrzał na świetnie zaopatrzony barek. Potem na stołki, oraz na stół do bilarda. Zapowiadała się cudowna zabawa, a on nie musiał się nigdzie śpieszyć.
 
Highlander jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:31.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168