Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz fora jako przeczytane


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 09-04-2011, 17:46   #21
 
Szarlej's Avatar
 
Mróz chwilę leżał wpatrując się w liściasto-gałęziasty dach. Starał się uspokoić oddech. Sny dorwały go nawet tutaj, przynajmniej ich nie pamiętał mimo to nie miał pod ręką swego lekarstwa. Ciekawe czy te dzikusy znają alkohol?
Powoli wstał i rozejrzał się po platformie na której panował rozgardiasz. Wszyscy byli podenerwowani i łazili bez celu. Polak założył buty wpuszczając w nie spodnie. Przynajmniej żadna pieprzona żmija go nie ukąsi. Wstając poklepał się po kieszeniach sprawdzając czy glock jest na swoim miejscu. Przygotowany na wszystko zszedł na dół w poszukiwaniu informacji, paszy i wódy. Ta… Miał ochotę się napić.

Na dole trwało zamieszanie. Tak jak podczas swego pobytu Jeźdźców prawie nie widział tak teraz byli prawie wszyscy i dyskutowali między sobą. Obok część nie-jeźdźców stała i przysłuchiwała się. Mróz stanął koło Silasa i nasłuchiwał. Starał się zrozumieć. Średnio mu to wychodziło. Niby słowa znał ale konstrukcje gramatyczne, związki wyrazowe jak i widoczne podenerwowanie robiło swoje. Wyłapał, że mówią coś o wodzie za którym mieli się schronić. Pewnie chodziło o morze. Do tego ewidentnie była mowa o Łowcach i Jeźdźcach oraz o zabijaniu. Ale którzy których, jak i dlaczego oraz kiedy to Marek już nie zrozumiał.
Jeden z dyskutujących mówił coś podniesionym głosem i mocno gestykulował w kierunku człowieka w masce. Najpewniej podważał jego decyzje. Tamten spokojnie słuchał nie patrząc na nikogo konkretnego.

Z kierunku z którego przyjechali parę dni temu przybyło dwóch Jeźdźców na Bestiach. Wpadli do obozu wyraźnie spieszeni, zeskoczyli z Bestii i zaczęli się przekrzykiwać jeden przez drugiego. Któryś pokazał na niebo, które przebijało się przez drzewa nad obozowiskiem. Marek wiedział czego szukać i szybko wypatrzył krążące czarne punkty. Ptaki Łowców. Duże. Pewnie sokoły czy inne jastrzębie.
Z lasu dobiegło go wycie, niedaleko z pół kilometra. Spiął się. Silas stał wpatrzony w ptaki, Jeźdźcy się podzielili część rzuciła się do Bestii a część z Maską na czele słuchali co mają nowoprzybyli do powiedzenia. Ten z tendencją do gestykulowania znowu zaczął dyskutować, wydawało się, że sam ze sobą. Grupka jeźdźców topniała, co raz dwóch czy trzech leciało do Bestii. Mróz spojrzał na Silasa.
- Idziemy? Walczymy?
Jedyną odpowiedzią był uśmiech, Marek nie raz widział takie uśmiechy w Afganie.
Sytuacja wśród Jeźdźców wyglądała nie ciekawie. Nie dość, że topnieli to jeden z nich wciąż siał defetyzm. W końcu ktoś postanowił zareagować. Niski Jeździec o pociągłej brzydkiej twarzy powiedział coś cienkim głosem. Wyglądało jakby defetysta chciał mu przywalić. Sytuacje rozładował dopiero ich przywódca w białej masce. Wszyscy zamilkli i go słuchali. Chyba wydawał rozkazy pokazywał na kogoś i ten ktoś odchodził w pośpiechu. Defetysta stchórzył zaczął coś gadać i się wycofywać. Zachowywał się jak Francuz. Maska podskoczył, złapał go za chabety i coś powiedział cicho, warknął. Francuz od razu spokorniał.
Wrócili Jeźdźcy z Bestiami. Zrobiło się tłoczno, niektórzy przyprowadzili po dwie. Wilki zawyły bliżej, Mróz nagle poczuł się cholernie bezbronny bez całego swojego sprzętu.
Silas zachowując spokój podniósł z ziemi solidny kawał drąga. Mróz poszedł w jego ślady i podniósł mniejszy kij, taki wielkości kija baseballowego. Zamachnął się nim parę razy na próbę. Broń dawała mu spory zasięg ciosu. Atut być może decydujący jeżeli dojdzie do starcia z wilkami.

I zaczęło się. Emanacja śmierci złożona tylko z pazurów, kłów i sierści wystrzeliła z lasu. Zwierze rozmazywało się w oczach. Wybiło... Silas nie był w ciemię bity i trzepnął go z całej siły w łeb. Wilk upadł na ziemię, zaskomlał i zaczął wstawać. Niedawny niewolnik doskoczył...

Marek nie miał czasu obserwować. Warczenie z prawej i dwóch ludzi z przodu. Brak pancerzy, jakaś broń drzewcowa. I ten wilk. Nie miał szans przeciwko trójce. Wyskoczył, zmylił ich i znalazł się z lewej tak by mieć tylko jednego przeciwnika. Zamachnął się trzymając kij oburącz. Za wolno przynajmniej z punktu widzenia jego przeciwnika, który przyjął broń na drzewiec. Więcej. Puścił pseudo halabardę jedną ręką i złapał broń Marka szarpiąc. Polak widząc jak drugi z przeciwników zachodzi go z boku działał jeszcze szybciej. Wyrzucił silnie drąg do góry podbijając zaciśnięta na kiju dłonią i tak niestabilną broń tamtego i wszedł barkiem. Kątem oka widział jak drugi z przeciwników zamachuje się. Nie zdążył mu nic zrobić. Więc zabił pierwszego. Łokieć zmiażdżył krtań. Uderzenie dziwnej halabardy spadło mu na plecy. Stał na tyle blisko, że oberwał głównie drzewcem, tylko kawałek ostrza rozciął mu ramię. Do tego tamten nie chciał tracić czasu na pełen zamach. Pierwszy z przeciwników osuwał się właśnie na ziemię ze zmiażdżoną krtanią po spotkaniu z łokciem Marka. Mróz odwrócił się uderzając na oślep. Byle odpędzić drugiego z przeciwników…

Polak i wojownik odskoczyli od siebie. Gdzieś z boku Maska zadźgał nożem dwóch Łowców. Gdzieś padł Jeździec. Kogoś powaliła Bestia. Furkotały strzały powalając wilka chcącego skoczyć Mrozowi na plecy...

Ścieli się. Wojownik chciał go trzymać na dystans trzymając halabardę na środku na pełnym wyciągu ramion i machał nią odpędzając go. Mróz zbił uderzenie i skrócił dystans, pachoł to przewidział i sam też podszedł puszczając broń. Dłoń zacisnęła się na szyi Polaka, druga po chwili do niej dołączyła odcinając dopływ powietrza. Marek powinien teraz posłuszny odruchom złapać przeciwnika za ręce i próbować go odciągnąć. Był jednak posłuszny latom treningów. Złączył dłonie w nadgarstkach i uderzył od dołu między rękoma przeciwnika. Wojownik próbował zablokować cios puszczając Mroza i zasłaniając się ramieniem. Próbował. Głowa odskoczyła jak sprężyna, szczęka trząsnęła, zęby pękły. Wojownik odskoczył krwawiąc z ust. Jedną ręką złapał się za szczękę drugą próbował wymacać nóż przy pasie. Marek doskoczył, zamknął dłoń tamtego w silnym uścisku i kopnął go kolanem w krocze. Dla pewności poprawił jeszcze barkiem w szczękę. Krzyk bólu, osuwające się ciało. Rozejrzał się.

Trupy Bestii, Jeźdźców i Łowców leżały zgodnie. Przeważali zdecydowanie Jeźdźcy…
Silas wyciągał z martwego Łowcy nóż. Uśmiech zdobił jego twarz…
Jeden z Jeźdźców padł od silnego uderzenia. Jego kumpel próbował uciec przed napastnikiem, barczystym Łowcą ale już po chwili zawisł na drzewcu…
Maska powalił szybkim sztychem kolejnego przeciwnika. Za nim ciągnął się szlak trupów…
Jeździec próbował utrzymać się na Bestii odpędzającej się od halabardy wojownika. Pląsy zwierzęcia nie pomagały mu wycelować z łuku w biegnącego wilka…
Świsty strzał…
Szczęk żelaza…
Warczenie wilków…
Krzyki…
Walka.

Dwóch Łowców w czarnych, skórzanych zbrojach ewidentnie się bawiło. Trzymali dziwne buzdygany, których koniec mieli przywiązany sznurkiem do pasa. Rękojeść była chyba wydrążona a sznurek prowadził do głowicy którą wprawnie wyrzucali nie pozwalając nikomu podejść do siebie.

Silas padł. Ciężko sapał uderzony głowicą buzdyganu w pierś. Nie mógł złapać tchu, nóż w dłoni wyglądał śmiesznie przy broni wroga. Czarna postać była tuż, tuż. Jak zmora górowała nad byłym niewolnikiem. Pokonanie go było kwestią czasu. Wściekły nie mógł nic zrobić, był bezradny. Jak wszyscy. Nóż kontra włócznia. Nóż kontra buzdygan. Nóż kontra kły. To było cholernie nie fair. Nie mieli szans z ćwiczonymi do walki Łowcami.

I wtedy na ziemię zszedł Anioł Śmierci. Zszedł w huku, błysku. Zszedł zwiastowany dziwnym, mocnym zapachem. Zszedł i powiedział: „dość!”. Czarny padł na ziemię jak rażony gromem.

Świat się zatrzymał. Walczący zaprzestali walk. Patrzyli na posłańca śmierci. Na kogo tym razem skieruje swój wzrok?

Marek Mróz opuścił glocka. Jego twarz nie wyrażała niczego.

Kolega poległego opanował się pierwszy. Gwizdnął a na jednego z Łowców spadł ptak. Wielkie skrzydła załomotały, dziób i pazury rozorały skórę. W tym czasie Czarny skoczył na Mroza. Na jego twarzy pojawił się mały czerwony punkcik a glock przemówił jeszcze raz. .357 SIG uchodził za najsilniejszy nabój 9mm i to nie bez podstawnie. Wgryzł się paskudnie w twarz tamtego powalając na miejscu.

Któryś z Łowców nie zdzierżył rzucił się do ucieczki a Marka zaatakował następny. Jeden z tych bez zbroi. Machał swoją bronią, dziwną halabardą, dwudziestocentymetrowym ostrzem na drzewcu. Mróz wycelował glocka w jego stronę, pozwolił by tamten spojrzał w czarny tunel śmierci. Wojownik zaczął machać głową na boki jakby to miało w czymś pomóc. Polak uśmiechnął się. Przejechał mu celownikiem po oczach jeszcze bardziej go dezorientując. Przestał machać bronią. Mróz doskoczył, skrócił dystans. Uderzył przedramieniem w drzewiec odpychając go.
Skurwiel był dobry. Lepszy od tamtych dwóch. Odrzucił broń i odskoczył znajdując się za plecami Polaka. Marek zaklął i skoczył w kierunku przeciwnym zwiększając dystans.
Odwrócił się. Wojownik ukucnął wyciągając długie noże, które nosił na piszczelach. Długością przypominały maczetę ale kształt miały właśnie nożowaty. Ich rękojeści wystawały nad kolana tamtego.
Polak wystartował w paru szybkich krokach znajdując się przy tamtym. Zamachnął się akurat gdy noże opuściły pochwy. Nie trafił, wojownik odturlał się do tyłu puszczając broń. Potem odturlał się jeszcze trochę znajdując się przy włócznio-halabardzie swego martwego towarzysza. Marek przykucnął łapiąc nóż.


W jego głowie zaświtał pewien pomysł. Postanowił zakończyć całe starcie z klasą. Rzucił nóż pod nogi swego przeciwnika samemu chwytając drugi. Żelazna głowica pewnie leżała w okrytej rękawicą dłoni. Schował glocka. Obaj wstali z nożami w rękach. Obaj trzymając je chwytem odwrotnym.

Mróz zaczął okrążać przeciwnika. Słońce ukryte za drzewami nie chciało wyjść i mu pomóc oślepiając jego wroga. Dał dwa kroki w tył, wojownik dwa kroki w przód. On jeden w bok a tamten doskoczył skracając dystans i tnąc na skos. Metal zgrzytnął o metal. Noga Polaka weszła między nogi tamtego i Marek silnie pchnął. Jego przeciwnik zachwiał się, spróbował utrzymać równowagą przytrzymując go. Mróz zareagował instynktownie tnąc. Wojownik upadł. Ostatnie co zobaczył to opadający nóż.

I to był już koniec. Ostatni z Łowców widząc, że inni leżą martwi albo zrejterowali rzucił broń i uklęknął. Ptak krążył w górze, bez Czarnego nie potrafiąc wybrać celu. Maska podszedł do ostatniego z żywych Łowców i coś do niego powiedział. Tamten odpowiedział w innym, bardziej gardłowym języku. Z lasu wypadło dwóch Jeźdźców i coś powiedziało do swego przywódcy. Ten odpowiedział i tamci zniknęli w lesie. Po chwili dołączyło do nich dwóch kolejnych.

Marek rozejrzał się. Ramię go bolało. Trzeba by się tym zająć. Najpierw chciał jednak zszabrować jakąś broń z trupów. Ten świat nie należał do najprzyjaźniejszych. Przywłaszczył sobie dwa noże, swego ostatniego przeciwnika i przymocował je sobie tak jak nosił tamten. Zabrał jeszcze kolejny nóż, zakrzywiony jak sierp i prosty sztylet mocując je przy pasie.



Dziwnych rohatyn wolał nie ruszać za to napierśniki Łowców wyglądały obiecująco. Schylił się by odpiąć jeden. Silas pojawił się niewiadomo skąd. Pokręcił głową i powiedział tylko: „nie”. Marek skinął głową i zostawił zbroję. Pewnie rozpoznają frakcje po ubiorze. Wstał mając zamiar znaleźć jakiegoś lekarza. Wszyscy się na niego dziwnie patrzyli.
 
__________________
[...]póki pokrętna nowomowa
zakalcem w ustach nie wyrośnie,
dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi,
w mowie Miłosza, w mowie Skargi - przetrwamy [...]

Ostatnio edytowane przez Szarlej : 12-04-2011 o 16:54. Powód: rozkaz Lilith
Szarlej jest offline  
Stary 06-05-2011, 01:46   #22
 
Fabiano's Avatar
 


- W dawnych czasach, - głos był cichy. Ciepły i leniwy, ale cichy. Kilkadziesiąt par oczu świeciło w blasku ognia, wpatrzone w sędziwą kobietę. - W czasach, których nie pamiętają już nawet najstarsi mieszkańcy. Opowiadało się dużo historii. Bardzo dużo historii. Historie te bawiły, smuciły i wzruszały. Jedne opowieści były krzepiące, a inne prześmiewcze. Ludzie opowiadali sobie je na wiele sposobów i w wielu językach. Co ciekawsze, choć wszystkim znane i przez wszystkich lubiane, opowiadane były przez wielu opowiadaczy.


Ręce, którymi staruszka podpierała się o kawałek sękatej laski, pokryte były niezliczona ilością zmarszczek, i drżały, a drżały okropnie. Podniosła wzrok. Oczy mętne, lekko przymknięte, mierzyły każdego ze słuchaczy z osobna. Trwało to długo, ale ludzie zebrani dookoła czekali cierpliwie. W lesie pohukiwały zwierzęta.

- Nie wszystkie były prawdziwe. O nie. Wielu opowiadaczy zmyślało swoje opowieści, swoje historie. Te zmyślone, czym bardziej zmyślone, czym bardziej nieprawdopodobne, tym były ciekawsze. Ja, moi drodzy mam już dużo lat, myślę, że nikt z was nie wie ile. Sama nie pamiętam już chyba ile. Wydaje mi się... ale tak, może mi się tylko wydaje. Dużo się zmieniło. Dużo ludzi odeszło, wilu nowych przybyło. A jeszcze więcej, młodych berbeci, przyszło na świat. - Staruszka pomarszczona dłonią poczochrała chłopca siedzącego przy nodze. - Wielu młodych jeszcze przyjdzie, gdy już mnie nie będzie. A historie zostaną. Te zmyślone, mimo ciekawości, są szybciej zapominane. Sama już mało ile z nich pamiętam. Za to, te prawdziwe, - Staruszka przyłożyła rękę do zmartwionego czoła. - Te prawdziwe zostają. Je ciężko zapomnieć.

- Jadłam borówki, kiedy to się stało. Wy nie wiecie, co to są borówki. Wiecie za to, czym jest kana. Moja babcia z dziadkiem, niechże wiatr rozwiewa ich po wieki, na kana mówili borówki. Palce miałam ubabrane. Mama chciała żebym uzbierała całe wiaderko, ale ciężko było to zrobić. Były takie smaczne. - Starowinka zachichotała. - Dwa do wiaderka, dwa do buzi. - Zrobiła pauzę. Gdzieś, jakiś zciszony męski głos kazał komuś się uciszyć. - To były złe czasy na rodzenie dziecka, a ja byłam młoda. Ale Turen był taki przystojny. Moja córeczka miała półtorej lata i uwielbiała borówki. To było lato stalowych łowców. Moja rodzina wraz z całą wioską uciekła, jak tylko usłyszeliśmy wieści o łowcach. Gdy na wozach uciekaliśmy coraz dalej i dalej sparaliżowani strachem, inne osady, a nawet całe wioski, stawały w płomieniach. Wilkacze wyły, a my zmrożeni strachem strzelaliśmy batem, by ze zwierząt wyrwać ostatki sił. By wozy jechały szybciej i szybciej. Dalej i dalej. - Przerwała, nie patrząc nigdzie konkretnie. Cisza zdawała się tylko ulotna. Słuchacze czekali na ciąg dalszy opowieści.
- Ile masz lat, podrostku?
- Sześć, starowino.
- Moja siostra miała syna w twoim wieku. Ucieczka była jedynym, co mogliśmy zrobić. Tak jak wy, całą naszą siłę i nadzieję wsadziliśmy w to by uciec. Każdy z nas znał historię o tym, co się dzieje podczas rejzy. Nieliczni nawet ją przeżyli. Nikt jednak nie powrócił. Nikt oprócz mojego brata.

Szum przeszedł przez obozowisko. Zdawać by się mogło, że oczu przybyło. Ktoś podłożył drwa do ogniska. Ktoś kołysał płaczące niemowlę by się uspokoiło. Ktoś kaszlnął.

- Był moim przybranym bratem. Z matki mojej, a innego ojca. Był starszy ode mnie o lat, chyba, piętnaście. Może siedemnaście. Oj pamięć już nie ta. Nalejże wody starowinie. Paplam i paplam aż w gardzieli zaschło. Oo, starczy. Dziękuje.

- Zatem, mój brat uciekł. Nikt nie wierzył. Nikt. No bo jak? A on nie skorzył do zwierzeń, a pytany odpowiadał zgodnie z prawdą. Tak, mówił wtedy, porwali mnie i uciekłem. Gdy pytali w jaki sposób, czy, jak tam było? kręcił tylko głową i odchodził. Ja widziałam jednak szramy na plecach. Widziałem dziurę w boku, tak dużą, że kciuka mogłam włożyć. Widziałem jego wzrok. Smutne oczy. A co chyba było gorsze, czujne oczy. Wstawał wcześniej niż ktokolwiek z wioski. Chodził spać najpóźniej. Nigdy się nie uśmiechał i nigdy nie założył ponownie rodziny. Według mnie, był u łowców łosiem lat. Długo to, prawda? Prawda, ale, Runo, ponad trzy lata poświecił na powrót do nas. My nie wróciliśmy do naszej dawnej wioski. Zrobiliśmy, tak jak pewnie wy zrobicie. Osiedliliśmy się dzień drogi od niej, a całość spaliliśmy. Na zgliszczach posadziliśmy dęby, by, na naszym cierpieniu, urosły silne i wielkie. Gdy umierał, wezwał mnie przed swoje blade oblicze. Dla niego byłam jedyną rodziną. Wezwał i mi opowiedział.

- Na naszą wioskę napadli gdy miałam lat z szesnaście. Jakoś tak. Jak już wspomniałam, prawie wszyscy uciekali już, bo wieści szybko pędzą. A najszybciej te straszliwe. Wycie wilków, niewygoda na zatłoczonych wozach. Jechaliśmy do poręby. Tam wędrowała większość. Ale nie wszyscy. Część musiała zostać i próbować powstrzymać pogoń. Nie było szans, by ich pokonać. Nie o pokonanie chodziło jednak tym co zostali. Tylko o zmylenie. Rozproszenie. O jakiekolwiek szanse dla nas. Kobiet, starców, dzieci. Duża część wiosek wzięta była zanim ktokolwiek się zorientował, zanim się wieść rozeszła. Jak to zwykli mówić: pierwszego dnia. Wtedy o świcie zawsze widać na północy czarny dym. A cała reszta trzęsie kolanami. Wiem co mówię. A wam się nie trzęsły? No i właśnie. Dlatego uciekamy. I dlatego niektórzy zostają. Być może tylko dlatego żyjemy. Żyję ja, żyjesz ty podrostku i ty. My wszyscy.

- Runo, też został. Pędzili wozy z ziemią, kamieniami i drewnem na wschód. Tak by robiły jak najwięcej hałasu. Jak najwięcej śladów. Nie mieli szans, gdy z nieba spadły na nich wielkie ptaszyska, gdy z krzaków wyłoniły się wilkacze. Zęby miały ostre, a ciała sprężyste. Jeden z ptaków złapał szponami Runo i poderwał. Nie uniósł daleko, ale przebił bok swym ostrym pazurem. Runo upadł i stracił przytomność. Gdy się ocknął, jechali na północ na wielkich wozach, ciągniętych przez wielkie skuny. Wykrwawiał się i gdyby nie kawałek szmaty zerwanej z koszuli swojego martwego już kolegi, może i by wyzionął tam ducha. Nie pamiętał dużo z tej podróży. Zimno trochę, nie? Podłóżże ktoś do ognia. No. Dojechali do jakiegoś miejsca, którego nigdy na oczy nie widział. Tam nakarmili. W ranę wdało się zakażenie i Runo prawie umierał. Jednak licho go nie chciało. I to jest chyba jedyna rzecz jakiej mój brat żałował. Że wtedy nie umarł.

*

Narozrabiali. Teraz trzeba było to wszystko posprzątać. Przez chwilę, mimo, że walka ustała, zdawało się słychać jeszcze odgłosy o niej świadczące. To podrygiwał jakichś mant, to któryś się odezwał. Ktoś charczał. Ktoś kaszlnął. Biegł ktoś. Wojownicy, którym się udało doczekać końca walki dyszeli, a ci co konali - robili to z krzykiem. Słowa wypowiadane były szybko i raczej nie należały do przyjemnych. A ziemia chłonęła krew. Powoli. Powoli wiatr przedmuchiwał powietrze nasączone zapachem krwi i żelaza. Było w tym coś, co można było pokochać. Nagle krzyk. Krzyk triumfu.
Marek obejrzał się. Grupka pod dowództwem Białomaskiego wiwatowała. On sam odbierał właśnie broń jeńcowi. Nie śmiał się, nie cieszył. Biała maska naznaczona była czerwienią. W oczach błysnęła złość. Podszedł szybkim krokiem do radosnych jeźdźców i z impetem uderzył jednego z nich w twarz. Jedno trzeba było mu przyznać, wie jak zdobyć uwagę. Warknął coś do uderzonego. Zacisnął pięści i rzucił odebraną włócznię na ziemię.

Znowu uderzy!
Nie uderzył.

Podszedł do Silasa. Wściekły - jak go wcześniej nazywał Mróz - zrobił krok w tył, nie odłożył jednak włóczni. Białomaski powiedział coś. Tym razem spokojnie i z opanowaniem godnym największych polityków. Jednak wrażenie, które odniósł Marek, mimo, że nie zrozumiał, było pozytywne. A może po prostu, spodobało mu się jak strzelił kolegę w pysk? Silas odpowiedział i skinął głową. Trochę bardziej niż na “tak”. Białomaski, położył mu rękę na ramieniu i tez skinął głową, po czym spojrzał na Marka.

Gdy podchodził patrzył z pewną nutką ciekawości. Subtelnej, można by rzec. Marek stał z dwoma długimi nożami w rękach spuszczonych wzdłuż ciała. Stoczył niezłą walkę. Był obity i zraniony. To trzeba, na bank, obmyć i zdezynfekować. I opić. Czarne spodnie ubabrane były w błocie, wytworzonym z ziemi, roślinności i posoki. Z tego, co tutaj się rozlało, na pewno, wyrosną krwawniki. Patrzyli chwilę na siebie. Na moment wzrok Białomaski powędrował za plecy Marka, gdzie wyłaniać się zaczęli inni uciekinierzy z orszaku. Białomaski zdjął ją, ukazując jakiś czas niegolone policzki, na twarzy wymalowaną miał złość, lecz słowa wypowiedział łagodne. Niezrozumiałe ale łagodne. Oczy też straciły na ostrości gdy zogniskowały z powrotem na twarzy Polaka.

- Czert - mówiąc to położył rękę na ramieniu Marka i uścisnął.

Gdy się odwrócił, jego łagodność uszła jak smród rozwiany wiatrem. Jeniec ze spuszczoną głową klęczał. Jeden z dwóch pilnujących go jeźdźców, zawiązał mu ręce za plecami. Białomaski kazał go poderwać i poprowadzić w pobliże ognisk. Wykrzykiwał rozkazy, Marek, nawet jeśli do tej pory miał wątpliwości, teraz się ich pozbył. Jest ich szefem. To on tu rządził, mimo, że innym może się to nie podobać. Do tych, co nie uczestniczyli w walce, a teraz schodzą się jak mrówki do miodu, rzucił kilka razy niezbyt miło brzmiącymi (Marek nawet kilka znał) słowami.
Zaczęło się wielkie sprzątania.

____________________________
źródło obrazka:
tutaj

 
__________________
gg: 3947533

Fabiano jest offline  
 


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:07.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172