Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 09-12-2010, 21:43   #1
 
one_worm's Avatar
 
[Wampir:Maskarada]Córka I(+18)

Wiatr wiał od strony morza przyganiając gęsta, zimną i lepką mgłę do miasta. Każdy tej nocy mógł odczuć wielki chłód związany z zimą oraz czymś bliżej nieokreślonym. Księżyc wisiał niewidoczny za chmurami, aczkolwiek astronomowie wiedzieli, iż jest w pełni. To wyjątkowa noc, kończy się kolejny dzień. Życie toczyło się swym rytmem i na brudne ulice wyszli ludzie zajmujący się niczym innym jak ciemnymi interesami, ktoś w prochowcu to albo mafiozo albo tajniak. Noc ta była pamiętna, ze względu na tę mgłę i śnieżyce nad ranem, ktoś kto by popatrzył się przez okno w owym czasie modliłby się do Boga o to, by nie był to koniec świata. W Zgniłym Jabłku wszystko ma swoje miejsce i czas, czas który każdemu się kiedyś kończy. Dzisiejszej nocy ktoś został zaprzyjaźniony z rybkami, ktoś inny dostał kilka gram ołowiu, tylko po to by rano było o czym czytać w gazetach. Wiatr wył między ulicami i budynkami jak opętany, niczym nie zmącony ani nie niepokojony przez nikogo śpiewając swe bluźniercze pieśni każdemu, kto był chętny ich wysłuchać. Wiedzieć musicie, iż śmierć nie oznacza końca - to tylko początek. Buddysta by powiedział coś o reinkarnacji albo nirvanie, mówiłby długo i chętnie na temat karmy, ktoś, kto wierzy w Allacha albo Boga chrześcijan czy żydów powiedziałby o niebie. Niebie i raju oraz Bogu, który niewiernych i złych strąca w otchłań piekieł, najgłębsze czeluści niewypowiedzianego zła. Zadaliście sobie kiedyś pytanie" A co jeśli Boga nie ma? A co jeśli, potępieni nie przyjdą i dzień sądu nie nastąpi"? Te pytania od zawsze pozostawały bez odpowiedzi ale ludzie pytali. Każda śmierć niesie koniec - tak uczyli - koniec życia na ziemi i koniec wszelkiego istnienia. "Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz". Ewangelia według św. Marka, rozdział dziewiąty, werset piąty: "A na imię mi Legion bo jest nas wielu". Potępieni od zawsze żyli wśród nas. Stosowali zasady maskarady by się kryć, kryli świat o wiele bardziej mroczny, oni wiedzą, że po życiu jest śmierć i alternatywa dla niej. Choć oni też nie wiedzą wszystkiego. Świat który widzimy jest jeno namiastką tego, co się kryje, tajemnice - zawsze pozostaną niedopowiedziane. Magowie od zawsze naśmiewali się z różnego rodzaju satanistów bezczeszczących groby w poszukiwaniu swego pana. Magowie zawsze śmiali się z bluźnierstw i ohydy kabalistów, którzy nie mieli pojęcia o Magii i straszyli naiwnych ludzi swymi tanimi sztuczkami. Wilkołaki od dawna strzegły Gai i walczyły ze żmijem, który przybierał różne postacie - nikt nigdy nie wątpił w ich istnienie - przynajmniej w średniowieczu. Któż z żyjących wie o co chodziło starożytnym faraonom? Poco te klątwy? Któż to wie, mumie ponoć nie mówią... Duchy? Przecież to bajki dla niegrzecznych dzieci... nie licząc kilku przypadków. Wszystko idzie naprzód. Czasy się zmieniają. Wampiry także muszą się przystosowywać, robiąc to nieuważnie giną z rąk łowców, garstki która wie. Lecz czy to nie jest ukartowane? Czy oni nie mają swych sekretów, sekretów w tajemnicach? Czy są istoty jeszcze bardziej potężne, bluźniercze? Czy istnieje jakieś jądro bezrozumnego chaosu, bestii która jest złem ostatecznym? Czy zło to tylko punkt widzenia? Czy za osnową normalności i tajemnicy, nie ma niczego, co mogło by być końcem? A co jeśli obok nas istnieją istoty o potędze o której nawet najstarsze istoty nie mogą przejść obojętnie i których się obawiają? Niektórzy niestety poznają odpowiedzi na niektóre pytania...

--------=======Asylum=======--------

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=roZJWKlRVXI[/MEDIA]

W zadymionym barze z dala od zgiełku ulicy New Yorku ludzie tańczyli bez opamiętania w rytm muzyki. Gdzieś ktoś popijał drinka, ktoś właśnie pieprzył się w kiblu. Jeden z gości właśnie włożył do ust jakąś tabletkę. Po kilku chwilach wyszedł na parkiet i dołączył do ubranych gotycko ludzi i rozpoczął dziki taniec. Łatwo wtopić się w taki tłum. Nie ma czegoś takiego jak brak kamuflażu, nie tutaj, nie w tym miejscu. Jakaś osoba w rogu pomieszczenia patrzyła się z ciekawością na jedną z kobiet. Kobietę pełną pasji, kobietę młodą, kobietę piękną. Patrzyła oczami kogoś kto pożąda. Kogoś kto pożąda namiętności, jej pasji, jej vitae. Mimo wielu osób bawiących się tutaj to właśnie ona była tą osobą. Tą jedyną.

-------====== Ulica=====--------

Stłumiony dźwięk muzyki dobiegał z klubu. Ulicą od czasu do czasu przejechało auto, deszcz ze śniegiem ostro zacinał, a ona się spieszyła. Wskoczyła do pierwszej taksówki, odpychając jakąś kurwę i w myślach "dziękując" za to zrządzenie losu. Taksówkarz jechał pod wskazany adres. Jechał dość szybko jak na te warunki. Minął Central Park. Kolejne skrzyżowanie, byle szybciej. Ona krwawiła, krwawiła jak zarzynane prosię...

-------======Szpital św. Heleny=====-------
Drzwi od sali otworzyły się z hukiem i lekarz wraz z asystą pielęgniarek wpadł do małego pomieszczenia. Dwie rany na szyi. Głębokie, jednak szczęśliwie nie w tętnicę. Który to już przypadek? Nie zliczy - za dużo świrów... Wtedy przygasło światło...

-------====== Gazeta NY Times=====-------

Krwawa rzeź w szpitalu św. Heleny.
W jednym z pomieszczeń zabiegowych znalezione zmasakrowane zwłoki lekarza i pielęgniarki. Przed tym zdarzeniem wstrzymano dostawę prądu. Z naszych informacji wynika, że było to spowodowane przeciętymi kablami, natomiast ta krótka przerwa wystarczyła komuś, by zabić lekarza i pielęgniarkę. Więcej na stronie 3.
"pierdolony piątek trzynastego roku 1999"

-------======Następna noc=======------

Następnej nocy wszyscy dostaliście Się do biurowca księcia. Cały budynek był przykrywką, maskaradą. Oficjalnie była to główna siedziba potężnej sieci agencji nieruchomości „Max Wealth”. Prawda była taka, że po „godzinach” było to biuro innego rodzaju. Cały budynek był jednym wielkim przepychem w złym guście. Przynajmniej teraz, jakieś trzysta lat temu zrobiłby furorę. Wielką furorę w kraju europejskim na przykład we Francji. W przeciągu godziny wszyscy zebraliście się na miejscu. Pierwsze co się rzuciło w oczy to marmur w przedsionku budynky, na zewnątrz i specjalnie wyryty napis „Max Wealth since 1533 A.D.”. W budynku było jasno, specjalna winda kursowała tylko w nocy i tylko do jednego pomieszczenia na samym niemalże szczycie budynku. Po wyjściu z windy, w której zresztą znajdowały się trzy przyciski, wchodziło się do pomieszczenia stylizowanego na lata trzydzieste dwudziestego wieku. Samo pomieszczenie było małe w nim znajdowało się raptem biurko i kilka krzeseł, a także uzbrojona po zęby ochrona. Dalej były podwójne drzwi i gabinet księcia Nowego Yorku, Pana potępionych, władcy domeny. Gabinet był sporych rozmiarów, wielkie biurko i sztuczny kominek sprawiały, iż całe miejsce wyglądało na bezpieczne. Złudzenie bezpieczeństwa było także wywoływane przez gospodarza, który to, powierzchownością samą tylko mógłby Nixona namówić do tego, aby się przyznał. W przeciągu godziny zebraliście się wszyscy, najbardziej w oczy rzucały się dwie osoby z tego towarzystwa. Młody chłopak, wyglądający na buntownika oraz dziewczynka, typowa tępa platynowa blond, której brakowało różowego telefonu. Całość można było uznać za zlot zbuntowanego młodego pokolenia na łono rodziny na święta Bożego Narodzenia. Patrząc na poszczególne miny zebranych tu osób można było powiedzieć jasno i wyraźnie, że nie są szczególnie zachwyceni obecnością pozostałych osób. Jednak ich zachwyt czy też nie mało interesowało księcia…
-Witajcie młodzi Kainici-rzekł książę ni to do was ni to do siebie – zebrałem was w związku z masakrą jaka to miała miejsce zeszłej nocy w szpitalu świętej Heleny. Jak zapewne wiecie z plotek i New York Times’a ktoś w przeciągu kilku sekund zmasakrował…tak, właśnie zmasakrował doktora i jego asystentkę czy też pielęgniarkę. Ofiara ich nie pójdzie na marne i zostaną pomszczeni. Pomszczeni właśnie przez was. Jesteście idealną grupą do tego zadania, jedni z was mogą się zasłużyć- Tutaj szczególnym spojrzeniem objął dwójkę młodych ludzi, takim, które mówi ”a jak nie to kulka w łeb”- I udowodnić swoje oddanie. Inni będą mogli pokazać, że naprawdę zależy im na maskaradzie i cały ten trud jaki włożony został w ukrycie naszego świata, świata mroku przed śmiertelnymi istotami, nie idzie na marne.- Po tej przemowie pozwolił sobie wstać i podejść do okna biurowca, którego widok na Nowy York był imponujący- Dziewczyna która zaginęła, terrible c’est terrible, jest ważną personą. Nie zdawała sobie sprawy z naszego istnienia, aż do wczoraj. Tak też maiło pozostać, jednako w związku z ostatnimi wydarzeniami muszę ze smutkiem zawiadomić, że już wie. Wy macie ustalić co się stało z nią czy żyje i jak tak to natychmiast mi ją oddać.¬
Książę podszedł do biurka i wyciągną z szuflady chudą teczkę. Gestem zachęcił was do podejścia bliżej biurka i zapoznania się z zawartością. Każda osoba mogła przejrzeć informacje tam zawarte. Pierwsza rzecz to było zdjęcie zaginionej, druga to kartka z jakimiś informacjami o niej i trzecia wycinek artykułu o New York Times’a. Dziewczyna była młoda, co widać na zdjęciu. Artykuł był także wam znany. Kartka z informacjami była za to bardziej szczegółowa…

Imię: Emilia, Beatrix
Nazwisko: Zorg
Kraj pochodzenia: Francja
Kolor oczu: Szary
Data urodzenia: 23.5.1980
Znak zodiaku: Bliźnięta
Kolor włosów: Czarne
Znaki szczególne: Brak
Ulubiony napój: Coca-cola z wódką
Zawód: bez zawodu, milionerka
Ulubiona muzyka: Gotycka, metal
Ulubiony posiłek: Frutti di’mare pod dowolną postacią
Ulubione zajęcie: Basen, ćwiczenia fizyczne jak jogging, słuchanie muzyki, historia, archeologia
Chłopak/Partner(ka): Natalie Freeman
Uzależnienia: Papierosy, seks(?)

Ot i cała informacja. Książę , gdy tylko zapoznaliście się z danymi z teczki wyciągnął wielką, metalową walizę. Wyciągnął z niej sześć sztuk broni – Colty Anakonda po jednym nożu a’la rambo.
-Ta broń jest czysta, nie ma numerów. To tak na wszelki wypadek.- Spojrzał się na was raz jeszcze, mieliście wrażenie, iż czyta wam w myślach, przynajmniej tak to wyglądało. Odnieśliście także wrażenie, że jest coś, czego wam nie mówi. Choć Ventrue nie można odmówić licznych cnót, prawdomówność i nie manipulowanie innymi nie należała do nich.
-Punkty zaczepienia… Za tydzień będzie organizowany bal charytatywny. Natasha Badenov będzie go organizowała, to taka śliczna toreadorka! A jakże oddana sztuce! Nie można się w niej zakochać. Ona jest starą komunistką, zresztą jak będzie wam ufać to wam wszystko opowie. Tak czy tak ona może mieć pewne informacje. Szczegóły pozostawię wam. Druga opcja to szpital no i trzecia to bar. Całe to miejsce – tutaj zrobił minę obrzydzenia- dekadencji jest pod władaniem ghula naszej Nataszy, Williama Therofra. On też może coś wiedzieć. I zanim wyjdziecie, macie tutaj adres Nataszy. Osiedle Lincolna 23. Wasza willa i schronienia na czas misji jest tuż obok, naprzeciw budynku, numer 25. To chyba wszystko o ile nie macie innych pytań.
Książę spojrzał się na was z miną pełną nadziei i obaw. Widać było, że choć grał spokój, znudzenie, a może rozbawienie to czegoś wyraźnie się lękał…
 
__________________
Do szczęścia potrzebuję tylko dwóch rzeczy. Władzy nad światem i jakiejś przekąski.

Ostatnio edytowane przez one_worm : 09-12-2010 o 21:47.
one_worm jest offline  
Stary 10-12-2010, 15:26   #2
 
Fiath's Avatar
 
Pierwszy raz stał naprzeciw księcia, z wszystkich opowieści wiedział tylko, że musi zachowywać się z umiarem, aby zapewnić sobie odpowiednie bezpieczeństwo.
Stał teraz, ubrany jak zwykle, w czarną koszulę z długim rękawem i nałożonej na nią krótkiej koszulce. Na spotkanie z księciem nie zdjął nawet ozdobnych obroży…właściwie, jednym zabiegiem przed pojawieniem się w tym miejscu, było zostawienie co bardziej śmiercionośnych przedmiotów w schowku motocykla.
Nerwowo włożył rękę do kieszeni i zaczął bawić się nieśmiertelnikami, raz to zerkając na inne wampiry, raz to na księcia.
Logika podpowiadała mu że mimo iż ma wyrazić szacunek, powinien ukrywać strach, co było dosyć ciężkim do wykonania zadaniem, raz po raz rozmyślał plan ucieczki. Gdyby wbił palec w oko księcia mógłby biegiem dostać się w zamęcie do windy, mając 1, 65 wzrostu, był w stanie spokojnie przemknąć między strażnikami na jednym przewrocie w przód. Jednak winda byłaby martwym końcem.
Myśli te tym bardziej pobudziło spojrzenie księcia, które łatwo zrozumiał Ravy, szuka on pierwszego powodu aby się pozbyć się chłopaka, a tym bardziej, znalazł sobie do tego świetną okazję, skoro nawet jeśli Ravy pozostanie przy życiu i wykona zlecenie, Książę skorzysta na tym nawet bardziej. Jednak chłopak postanowił nie dać się tak łatwo, zrobi co-nieco, a potem zniknie równie szybko, co się tutaj pojawił.


O sytuacji z szpitalu w rzeczywistości nie wiedział, nie interesował się timsem, a w noc rzeczonej masakry ledwo co przybył do nowego Yorku, i wszczął małą bitwę wewnętrzną w barze anarchistów, przypadkiem rzecz jasna.
Gdy Książę wyjął dokumenty, chłopak podszedł aby przyjrzeć się im swoimi zielonymi oczyma. Pierwszą rzeczą jaką zrobił, było wykonanie lekkiego uśmiechu dla skomentowania niedorzecznego nazwiska omawianej lesbijki, dla niebieskowłosego, było ono dziwne nawet jak na Francję.
Nie dało się również pominąć faktu, że większość tych informacji wydawała się całkiem zbędna, czyżby siła szpiegowska NY miała zbyt wiele czasu? Takie to budziło wrażenie.
Gdy na stole pojawiła się broń, Ravy lekko odchylił się w tył, "mięli broń, planowali zamach" przeszło mu przez myśl, i od razu postanowił zaczekać, aż ktoś sięgnie do darowizny pierwszy.

Prawdą było, że Ravy jest tutaj tylko w obawie o swoje życie, znał nowy York bardzo dobrze, to tu się urodził i wychował, od kiedy jest Ravnosem, nie posiada najmniejszej chęci przebywania w miejscach już mu znanych. Jednak od kiedy wywołał burdę i o mało nie spowodował naruszenia maskarady, jednocześnie w pewien sposób okazując swoje upodobanie wśród anarchistów, cena jaką musi osiągnąć za wykupienie dożywotniego spokoju od Camarilli, znacznie wzrosła.
Wykonał głębszy wdech i wydech, aby spokojnie odpowiedzieć
- Tak ja mam pytanie – zaczął – Jak wiele lojalności wymagałbyś ode mnie, w zamian za usunięcie lub sfałszowanie wszelkich danych na temat mojej przemiany?
I to było właśnie to. Tak długo jak każdy na terenie ameryki mógł w przeciągu 24h dostać faksem informacje którym z cyganów jest Ravy, przy swojej negatywnej sławie, chłopak narażał się na ostrzał praktycznie wszędzie.
 
Fiath jest offline  
Stary 12-12-2010, 02:53   #3
 
Highlander's Avatar
 
M. zastanawiała się jak właściwie powinna ugryźć postawione przed nią zadanie, preferowanie tak aby narobić jak najmniej bałaganu. Bo świntuszenie przy posiłku bardzo źle świadczy o jedzącym. Miała jednak wrażenie, że aby poradzić sobie z tym daniem konieczna będzie dyslokacja szczęki. Zielone ślepia raz po raz zmieniały punkt zogniskowania, badając pozostałe pijawki zgromadzone w pomieszczeniu. Siłą woli stłumiła jęknięcie zażenowania rodzące się gdzieś głęboko w jej wnętrzu. Standardowy wampirzy Pick & Mix. Na wyłapanie wszystkich szczegółów i dokładną analizę psychologiczną szkoda było marnować czas. Najlepsze wrażenie zrobił na niej chyba dzieciak o niebieskich włosach, ponieważ jego nastawienie względem pana i władcy można było odebrać jako werbalny cios w rodowe klejnoty. M. chętnie zobaczyłaby na co jeszcze go stać, skoro berbeć miał wystarczająco duże cojones żeby zacząć się targować z Księciem przy pozostałych zebranych.

Podniosła się powolutku z krzesełka i wypożyczywszy część danych rozłożonych na stole, zaczęła skrupulatnie je kopiować. Z pomocą przyszły jej długopis i notes. Mogła oczywiście poprosić o kserówkę, czy coś podobnego, ale… lubiła posiadać chociaż skromne złudzenie samodzielności. Pisadło zniknęło w kieszeni z cichym klik, podążył za nim zabazgrolony kajet. Kiedy już zaznajomiła się ze wszystkimi rubrykami, nie mogła się nie uśmiechnąć. Nie był to uśmiech kpiący, ale pełen uznania. Kto by pomyślał, że szpiedzy będący na usługach Księcia mają dostęp do tego typu informacji? Dla innych dane mogły zdawać się stekiem bzdur, bezpośrednio przekładającym się na zmarnowany talent i pieniądze. Jednak blond-włosa dziewoja była w stanie doszukać się w nich naprawdę wartościowych smaczków.

Skoro już o tym mowa, to ukochany przez wszystkich, zachłyśnięty władzą francuz przechodził chyba jakąś formę załamania nerwowego. Takie przynajmniej sprawiał wrażenie, gdy obserwowało się jego ekstremalnie bipolarne zachowanie. Strach, nadzieja, gniew, desperacja – wszystko w jednym, skondensowanym pakiecie. Niezwykle niestabilnym, grożącym nagłą eksplozją. Oczywiście na stołek Księcia czekało już w kolejce piętnastu innych desperatów, szykujących kły, noże i podejrzanie aerodynamiczne kowadła. Ach! Zaprawdę, to straszne jak bardzo obowiązki związane z piastowaniem urzędu są w stanie wyniszczyć człowieka. Nie daj się Pier, nie daj!

Gdy M. poczuła, że się czerwieni, odłożyła romantyczne myśli o Księciuniu na bok, przynajmniej na chwileczkę. Wróciła dłońmi i patrzałkami do materiałów w jakie zostali zaopatrzeni dzielni, wampiryczni detektywi. Przeczytała ponownie pierwszy wpis z aktówki. Emilia Beatrix Zorg. Zorg, Zorg, Zorg… co za ohydne nazwisko, blech! Nie pasowało do tak pięknej dziewuszki! Powinna je jak najszybciej zmienić. Cóż, we wszystkim trzeba dopatrywać się pozytywów. Przynajmniej o tyle dobrze, że nie Zerg.

Gdy przyszło co do czego i władca przybytku ujawnił morderczą zawartość walizy, M. pozostała równie podekscytowana i ruchliwa co martwa ryba w zamrażarce. Podobne fanty miała już w rączkach nie raz, „znajdowała” je sama. Brak numerów na spluwach nie był faktem na tyle istotnym aby ją zainteresować. Zrobiła jednak na przekór samej sobie i sięgnęła od niechcenia po jedną z pukawek. Przyglądała się jej uważnie, badała iglicę, spust i bęben. Z łatwością można było zauważyć, że dziewczyna nie jest przyzwyczajona do broni palnej. Wątpliwe, czy w ogóle wiedziała jak należy się nią posługiwać. Ot, głupia blondynka z najnowszym katalogiem Avon miast prawej półkuli mózgowej. W końcu odłożyła Colt’a na stół, zupełnie jakby obawiała się, że ten za chwilę odgryzie jej rękę.
- Ehm, tak. Bardzo sprytne i zaradne rozwiązanie, ale… raczej podziękuję.
Uśmiechnęła się przymilnie do Księcia, w żadnym razie nie chcąc być odebrana jako niewdzięczna. „Pokorne ciele dwie matki ssie” itp. itd.
 
Highlander jest offline  
Stary 12-12-2010, 14:15   #4
 
Vampire's Avatar
 
Kenneth wciąż przebywał w swoim garażu patrząc się na motocykl, na którego siedzeniu ustawiony był kielich vitae. Wpatrywał się w niego skupiając myśli na minionych i przyszłych wydarzeniach. Nie podobało mu się to, że musiał należeć do piesków Księcia oraz, że było to związane z „tą” masakrą. Wyciągnął papierosa z wewnętrznej kieszeni swojego zmodyfikowanego płaszcza. Sięgnął po zapalniczkę leżącą na szafce nieopodal i zapalił. Z jego ust wydobył się powoli dym, który niczym kobieca dłoń zaczął gładzić jego twarz. To wszystko nie miało sensu. To wszystko było beznadziejnym zbiegiem okoliczności. Cały klan tego zgniłego miasta był wpatrzony w jego kroki, wszystko co robił było obserwowane przez bandę tajemniczych dupków. Poza tym jego… kumple musieli grać teraz również po części nieufnych by nie zdradzić tego, co się stało. Jego przemyślenia zostały gwałtownie przerwane przez otwierane się drzwi garażu. Pomarańczowe światło latarni przez chwile oświetliło jego wysoką sylwetkę i niezwykle bladą twarz.
- Hej, znowu sam tu siedzisz? – odezwała się wchodząca do garażu kobieta. Była ubrana w ciemne, obcisłe spodnie podkreślające jej szczupłe nogi oraz siateczkową bluzę z pajęczyną ukazującą jej nabijany ćwiekami biustonosz. Na to wszystko narzucone miała dziwkarskie, tanie futro. Jak zwykle była mistrzowsko umalowana i jakby niedbale zrobioną fryzurę. Jej długie, kręcone blond włosy łagodnie opadały na ramiona. Bez pytania po drodze pochwyciła kielich wypełniony krwią, wychyliła łyk, odstawiła usiadła Kenneth’owi na kolanach i pocałowała go wlewając część krwi do jego ust.
- Myślę, Emilie… myślę. – powiedział po tym, jak odsunęła się troszkę dając mu możliwość do mówienia. – Dzisiaj ważny dzień, Książę kazał mi się stawić w swojej zasranej siedzibie…
-[/i]W sprawie?[/i]
-Dasz mi skończyć? Dziękuję. W sprawie tego… nieszczęśliwego incydentu w szpitalu. – bezgłośnie westchnął i zaciągnął się papierosem tym razem osnuwając dymem swoją kochankę.
- Nie przejmuj się! Na pewno się z tego wyplączesz, słuchaj, nie z takich opresji już wychodziłeś. Weź się w garść, pamiętaj kto stoi po twojej stronie i jak ważny jesteś dla tego zgniłego jabłka… Przydałaby się jakaś muzyka, nie sądzisz? – uśmiechnęła się i odwróciła się włączając wieżę stojącą na szafce. Przycisnęła przycisk, a z głośników popłynęła nuta…

[media]http://www.youtube.com/watch?v=y1G1Lddqaj4&feature=related[/media]

- To moja ulubiona piosenka… Strasznie do nas pasuje, prawda? – ponownie puściła mu uśmiech i zaczęła rozpinać guzik spodni i rozsuwać rozporek.
- Nie teraz, Emilie – rzekł chwytając ją za rękę. – Nie czas na seks. Za jakąś chwilę muszę wyjeżdżać, poza tym muszę jeszcze sobie coś przemyśleć… Mogę cię gdzieś podrzucić, jak chcesz. Chyba lepiej będzie mi się myśleć podczas jazdy, niż siedzenia tu pół nocy.
- Dobrze, jak chcesz. – odparła zrezygnowana zapinając rozporek i wstając z jego kolan. – Możesz mnie podrzucić do DeathCrow’a, napiję się czegoś i pogadam z naszymi znajomymi.
Na to Kenneth nie chciał odpowiadać, wolał to przemilczeć, jednak nie omieszkał zmierzyć ją wzrokiem mówiącym „tylko spróbuj coś zrobić…” Wrzucił peta do popielniczki i sięgnął po kask. Wyprowadził motocykl, zamknął garaż i odpalił. Emilie siedziała z tyłu ściskając jego talię. Szybko włączyli się w ruch i przez krótki czas jechali razem. Pierwszym przystankiem był DeathCrow. Dobry klub gotycki, w którym Kenn wciąż „oficjalnie pracował”. Jak zwykle przed wejściem oblepionym plakatami o starych lub nadchodzących imprezach stała grupa nieletnich lub nie do końca wtajemniczonych gotów palących i pijących piwo. Pod osłoną kasku uśmiechnął się i gdy Emilie zniknęła za drzwiami Kenneth odpalił silnik i pojechał. Przez pewien czas krążył jeszcze po mieście, chociaż wiedział dokładnie gdzie ma się zgłosić. Myślał o masakrze, o nim oraz o Wraith’ie. On będzie musiał się ukryć przez pewien czas. Nikt nie będzie go mógł kojarzyć z nim. Wszystkie kontakty muszą zostać zerwane, aż to durne śledztwo nie dobiegnie końca.

Zjawił się prawie punktualnie. Wszedł do wyznaczonej windy i wcisnął ostatni przycisk. Poprawił swój płaszcz i gdy drzwi się otworzyły rozejrzał się po pomieszczeniu. Sam wyglądał dość dziwnie. Miał na sobie wysokie do kolan glany zapinane na klamry, czarne bojówki spięte pasem z klamrą w kształcie sztyletu. Jego tors okrywała koszulka z długimi rękawami z zaszytymi rozcięciami, jakby od noża. Na to nałożony miał specyficzny płaszcz do łydek z wieloma pasami i klamrami. Jego lewa dłoń skryta była pod skórzaną rękawicą, a na palcach prawej widniały różnorakie sygnety. Był mocno umalowany, a jego oczy skryte były za czarnymi lenonkami. Nosił czarne włosy z białymi odrostami. Z przodu były dość krótkie, za to z tyłu długie prawie do pasa. Uśmiechnął się do zebranych, a jego uśmiech spotęgowały czarne linie na jego policzkach. Podszedł bliżej i wzrokiem obleciał całą resztę oprócz Księcia. Na Księciu zawisł jego wzrok.
- Witam, miłościwie nam panującego Księcia Domeny. – ukłonił się mrużąc oczy za czarnymi okularami. Patrzył na niego z wrogością, wręcz nienawiścią, Książę był dla niego uosobieniem beznadziei i najgorszego gówna, jakie przedstawiali Ventrue i cała reszta krwiopijczego świata. Wysłuchał całych tych pierdół starając się przedstawiać powagę i zainteresowanie. Przejrzał powierzchownie akta dziewczyny i wzruszył ramionami podając dalej. Gdy Książę wyciągnął broń Kenneth po raz pierwszy po nią sięgnął. Nóż włożył za pas, a pistolet do płaszcza przypinając go wewnętrzną klamrą by nie wypadł, przy byle ruchu.
 
Vampire jest offline  
Stary 14-12-2010, 19:19   #5
 
Felidae's Avatar
 
Stał z boku znudzony miętoląc w dłoni niedopalone cygaro i patrzył jak Big Joe „urabia” kolejnego opornego.
Facet nazywał się Samson, ale jego nędzna postura uwłaczała noszonemu nazwisku. Big Joe przerzucił skomlącego, krwawiącego człowieczka przez barierkę tarasu i trzymając mocno za nogę pozwolił mu swobodnie dyndać jakieś dziesięć pięter nad ziemią.
Wolf schował cygaro do kieszeni marynarki i westchnął. Teraz zaczynała się jego rola. Znał ją na pamięć aż do obrzydzenia, dlatego niespiesznie zbliżył się do przerażonego restauratora.
- Rozumiem, że pojął pan przesłanie, z jakim chciał się zwrócić do pana, za naszym pośrednictwem, pan de la Rosa, jak ważna jest dla pana ochrona, której udziela?
Dyndający człowieczek spojrzał jednym z mniej spuchniętych i fioletowych oczu na Wolfa, a z jego ust wydobył się cichy dźwięk
- Nie dosłyszałem? – spytał Wolfgang uprzejmym tonem
- Taaak – stłumione choć wyraźne potwierdzenie zabrzmiało w chłodnym powietrzu jak syk.
- Cieszę się, że udało nam się odnaleźć konsensus. – ton głosu Kainity nie zmienił się - Czekamy zatem do jutra, do godziny 20:00 na miesięczny, zaległy abonament.
Tym razem mężczyzna tylko skinął głową, a w jego oczach widać było zrezygnowanie.
Wolfgang dał znać swojemu towarzyszowi, a ten wciągnął Samsona i postawił delikatnie na kafelkach, którymi wyłożono taras, a potem przygładził mu potargane włosy.
- Polecamy się na przyszłość – Big Joe uśmiechnął się złośliwie.
Wolf tylko spojrzał na niego i bez słowa opuścił mieszkanie restauratora i skierował się do przeszklonej windy. Musiał przyznać, że ten nędzny człowieczek miał dobry gust, jeśli chodziło o wybór kwatery.
Kiedy winda ruszyła w dół Wolf zwrócił się do towarzyszącego mu olbrzyma
- Przekaż mojemu Ojcu, że sprawa załatwiona. Ja wrócę później, chcę się jeszcze rozejrzeć na mieście.

***


Mężczyzna mierzył niespełna sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, jednak wydawał się lekko przygarbiony, co przy szeroko rozstawionych ramionach, gdy spojrzało się na jego sylwetkę, sprawiało wrażenie jakby patrzyło się na poruszające się drapieżne zwierzę. Był dobrze zbudowany, jednak wciąż w odpowiednich proporcjach. Szeroki tors i umięśnione ramiona można było podziwiać, przez opinającą się na nich czarną koszulę. Na nogach miał dobrze skrojone, szykowne spodnie w kolorze antracytu i skórzane, czarne półbuty, robione na miarę. Przez ramię przerzucił marynarkę, uszytą z tego samego materiału co spodnie, a półdługie włosy koloru ciemny blond były wystylizowane zgodnie z aktualną modą.

Kiedy ten elegancko ubrany mężczyzna pewnym krokiem przemierzał ulice, można było przyjrzeć się jego twarzy. W momencie stania się Kainitą mógł mieć może trzydzieści lat. Twarz miał przystojną, ale meską, jednak uwagę zwracały najbardziej jego oczy. Ich chabrowy kolor odcinał się na tle bladej cery. Mężczyzna nie zwracał jednak uwagi na ciekawskie spojrzenia, zamyślony poruszał nerwowo ustami. Wolf, bo to on zmierzał właśnie do ulubionego klubu przy skrzyżowaniu 37 i 45 alei, był w podłym humorze. Praca, którą zlecał mu Ojciec była brudna i monotonna. Kainicie marzyła się odmiana. Dość miał już roboty jako ochroniarz czy „urabiacz” i po trochę chłopiec do wszystkiego. Chciał , żeby de la Rosa pozwolił mu na swobodę i własny interes. Wiedział, że ma do tego smykałkę i na to liczył po przemianie. Jednak realia były inne i póki co de la Rosa twierdził, że Wolf ma teraz dużo czasu i trzeba cierpliwości żeby coś osiągnął.
Dlatego właśnie musiał trochę pobyć sam.

„Golden Pyramide” był typową kilkupoziomową dyskoteką, jakich pełno w Nowym Jorku. Jednak ta była o tyle wyjątkowa, że prowadził ją jeden ze spokrewnionych i że za kilka zielonych banknotów można było znaleźć cichy kącik i kupić chwilę spokoju w luksusie.
Dawny, trzypiętrowy budynek domu towarowego przerobiono z gustem na nowoczesny, przeszklony lokal, dostarczający wyuzdanej rozrywki dla każdego, kto poszukiwał wrażeń. Wolf udał się od razu na drugie piętro omijając bary i tańczący tłum. Wiedział, że Germaine oferuje dyskretne loże, w których Kainita może się dobrze zabawić. Wystarczyło pogadać z samym szefem i pomachać zwitkiem pieniędzy.
Wolf skierował się prosto do biura, ochrona go znała więc tylko zapukał i wszedł. Germain, postawny Murzyn wisiał właśnie znudzony na telefonie. Spojrzawszy na Wolfa poruszył się i powiedział:
- Chwilunię Jo, on właśnie się pojawił. – i przekazując słuchawkę uśmiechnął się krzywo i – do ciebie
Wolf zmarszczył czoło i ze złością chwycił podawaną słuchawkę
- Mów – powiedział krótko prawie warcząc do słuchawki, ale po chwili jego czoło wygładziło się i odparł już spokojniej – Dobra, będę za jakieś pół godziny.
Potem popatrzył na Murzyna i powiedział:
- No i nici z imprezki. Sorry Germain, innym razem.

***


W gabinecie księcia pojawił się punktualnie. Co jak co, ale spóźnialstwa nienawidził. Ku swojemu zdziwieniu nie był sam. Trzy lalki, z tego jedna naprawdę smakowita i trzech dziwacznych kolesi miało mu pomagać?
Wolf był wkurzony. Nikt mu nie powiedział, że będzie pracował z jakąś niedoświadczoną bandą. Ojciec znowu wystawił go do wiatru. Nic się nie zmieniło. Nic.
Tajemnicze porwanie jeszcze bardziej tajemniczej panienki. I zemsta? Za śmierć ludzi? Od kiedy to wampiry przejmowały się śmiertelnikami? Kara za złamanie Maskarady była zrozumiała, ale Książę tak to przedstawił jakby był sentymentalnym Toreadorem, a nie Ventrue.
Zagryzł mocno zęby i postanowił najpierw posłuchać zdania innych i tym samym dowiedzieć się trochę z kim ma współdziałać.
Broń wyłożona na stół nie zainteresowała go. Miał swój pistolet, który nie raz sprawdził się w akcji, a nóż zawsze nosił zatknięty w kaburze na nodze, ukrytej pod spodniami.
Znał swój fach i swoje możliwości.
Przypatrując się reszcie, przejrzał dokładnie udostępnione przez Księcia informacje i część zapamiętał, a część zanotował z notesie, który wyciągnął wcześniej z kieszeni marynarki.
Niewiele tego było, ale czasem pracował i z mniejszą ich ilością. Sprawa śmierdziała na kilometr. Kim była tajemnicza panna Zorg i ile właściwie znaczyła dla Księcia NY? Trzeba było dokładnie rozejrzeć się w klubie, szpitalu i otoczeniu dziewczyny. Zaangażuje informatorów, powinni cos wygrzebać o zaginionej pannie i jej kochance.
Ogarnął jeszcze raz wzrokiem całą bandę. Przysłuchiwał im się dokładnie i poczynił kilka obserwacji.
Niebieskowłosego od razu skreślił. Smarkacz, do tego samobójca i szaleniec. Tak się podłożyć na pierwszym spotkaniu. Ravnos albo Świr. Nie inaczej.
Wolf tylko pokręcił głową. Reszta męskiej grupy nie wypadała lepiej. Wystraszony wypłosz i wypacykowany Joker.
Kobiety wydawały się mieć nieco więcej w głowach, chociaż platynowa Barbie bardziej zainteresowana była księciuniem niż sama sprawą. Wzruszył ramionami. Nie zamierzał się przejmować. Był pewien, że jakoś sobie poradzi. Z ich pomocą czy nie.

Wtedy właśnie komputer księcia zabrzęczał. Nowy mail dotarł na skrzynkę.
 
__________________
Podpis zwiał z miejsca zdarzenia - poszukiwania trwają!
Felidae jest offline  
Stary 17-12-2010, 10:48   #6
 
Ratkin's Avatar
 
Cesar otworzył oczy. Nigdy się nie przyzwyczai. Przez ułamek sekundy przez jego umysł przemknęło wspomnienie nieprzyjemnego uczucia, kiedy jako człowiek budził się w niedogrzanych pokojach, w brudnej pościeli, tak zimnej, choć przez cała noc przyciśniętej do jego ciała. Wspomnienie prysło, przytłoczone uczuciem, którego jako młody wampir doświadczał każdego wieczoru – teraz budził się w równie zimnym ciele. Przez chwilę czekał w milczeniu, jakby licząc że jakimś cudem znów usłyszy szum krwi w uszach, bądź poczuje bicie własnego serca. Nawet gdyby nastąpił cud, nie usłyszałby nic, gdyż większość odgłosów docierających do jego schronienia przytłaczały w tym momencie odgłosy syren. Nic nowego, typowy weekendowy wieczór. Mieszkanie tuż obok szpitala było tanie, gdyż jego okna wychodziły wprost na parking i podjazd dla karetek. Leżał przez dłuższą chwile nieruchomo. Wciąż liczył, że jeśli nie będzie się ruszał, próbował udawać życia, ten straszliwy głód nie wróci…

Jego głód był czymś więcej, niż ten który trawił innych Spokrewnionych. Wiedział to, choć nie spotkał w tym mieście do tej pory zbyt wielu Kainitów. Tak, mógł używać tego słowa gdyż tej wiary trzymał się tak samo kurczowo, jak śmiertelnicy swojej. Może właśnie dla tego cierpiał teraz bardziej niż inni?

Syreny ucichły. Większość ludzi przyjęłaby to z ulgą, korzystając z tak rzadkich w tym miejscu momentów względnej ciszy. Caesar natomiast podniósł się ze swojej pryczy – łóżko byłoby zbyt dużym słowem – i nasłuchiwał. Dopiero teraz dotarło do niego, że kakofonia syren nie pochodziła z karetek, lecz z radiowozów policyjnych.

Że też był tak głupi, żeby nie zorientować się wcześniej? Zawsze budził się ospały po TYCH snach…

Spał w ubraniu, a stanem swoich włosów nigdy się nie przejmował, tak więc był w zasadzie gotowy do wyjścia. Nie było czasu, żeby umyć zęby, a to akurat było bardzo ważne. Człowiek umierał, bakterie i inne świństwo, cholera, nie. Co noc budził się w nim strach, że niedługo będzie mógł polować niczym warany z Komodo... Zawiązał buty i podszedł ostrożnie do okna. Odchylił delikatnie firankę i wyjrzał na zewnątrz. Odruchowo odetchnął z ulgą, co wywołało napad kaszlu, gdyż jego płuca były pełne zalegającego w mieszkaniu kurzu, natomiast powietrza było w nich niewiele. Cesar po swoich „dłuższych okresach snu” zawsze zapominał o prawidłowym oddychaniu, a raczej jego udawaniu.

Czasami zastanawiało go, czy za kilkaset lat, jeśli do-nie-żyje, też będzie przeżywał takie żałosne perypetie jak teraz, podnosząc się ciągle kaszląc z podłogi i zwlekając z siebie zerwaną firankę…

Policjanci wyłączyli syreny razem, pośpiesznie. Ktoś najprawdopodobniej złajał ich za robienie zbędnego zamieszania. Często byli wzywani do tego szpitala. Awanturujący się nabuzowani narkotykami „gangsta” z ranami postrzałowymi byli najczęstszym powodem. Teraz jednak chodziło o coś innego, poważniejszego. Światła w większej części szpitala były wyłączone, a te które było widać na parterze, wyraźnie dostarczał awaryjny generator prądu. Cesar nie potrzebował nadnaturalnie wyczulonych zmysłów by to wyczuć…

***

-Zaraz zaraz, Mike co ty tu do cholery robisz? Przecież Cię zwolnili? Nie możesz tutaj wchodzić? Zwłaszcza ter… - czarnoskóry sanitariusz próbował pośpiesznie wyprowadzić swojego kolegę z właśnie izolowanej przez policję części szpitala. Jeden z pilnujących korytarza mundurowych zbyt zajęty był próbą zrobienia komórką zdjęcia zwłokom...

-Wróciłem po rzeczy, no a w kitlu wszedłem praktycznie niezauważony, wiesz jakie by mi robili problemy… -Caesar improwizował, jak zwykle. Pech. Sanitariusz pod którego się właśnie podszywał, najwyraźniej został wywalony, zapewne za potajemne wymykanie się z pracy do mieszkania sąsiadującego z jego własnym. Może też za kradzież podtlenku azotu którym szprycował się tam razem ze swoją dziewczyną podczas miłosnych igraszek. Cesar był coraz bardziej zdenerwowany – nie dość że stracił darmowe posiłki od czasu do czasu (miał dorobiony do ich drzwi klucz), to jeszcze dobrą „wejściówkę” do szpitala…

-Co tam się stało? – rzucił do „swojego czarnoskórego kolegi”, próbując się wyrwać i wyminąć go. Po prawdzie widział już przez kilka sekund miejsce zbrodni, jednak poco miał o tym wiedzieć tak doskonale broniący do niego dostępu przyjaciel? To była masakra. Nawet jeśli nie spowodował jej nikt z Rodziny, to i tak mogła wzbudzić niezdrowe emocje i zainteresowanie śmiertelników.

-Mike, wychodzisz!

Kiedy „Mike” kilka sekund później wyszedł ze szpitala, prawie zatrzymało go dwóch policjantów. –Lepiej zajmijcie się swoim kolegą, tym blondynem z blizną, bo jak roześle fotki z tej masakry dalej niż swojej lasce, to wszyscy będziecie mieć prze…
Jeden policjant ruszył z kopyta, lecz zanim drugi zdążył go złajać, złapanego przez niego sanitariusza już nie było w pobliżu…

***

-Spałeś. W nocy. Fenomenalne alibi. –chrapliwy głos w słuchawce zdradzał podenerwowanie.

-Przecież wiesz Dziadku, że… tak czasem mam. Śpię więcej niż inni, a raczej nie budzę się tak często jak inni…- Caesar wcale nie był wcale ani odrobinę spokojniejszy.

-Nie mów do mnie Dziadku. Nie chcę mieć nic wspólnego z Twoim Ojcem! Skontaktuję się z najstarszym z naszego klanu. Przedstawię mu sytuację. Przygotuj się na wizytę u Księcia…

-Z kim?

-Na spotkanie z Księciem…

-Z kim się skontaktuje pan?

-Ehh… z Primogenem.

-Znaczy tym najstarszym z klanu?

-Tak.

-Ale jakiego klanu… Malkavian?

-Nie, kurwa! Klanu Matador!

-Na pewno przecież nie z klanu Malkavian…

-MALKAVIAN Ty podrzutku! Jak dorwę Twojego Ojca, to tak jak on napluł na Twoje zwłoki i Cię Przeistoczył, tak ja urwę mu łeb i napluję do środka! Jesteś teraz członkiem naszej Rodziny rozumiesz! K-l-a-n-u M-a-l-k-a-w…

-Więc to taka rodzinna tradycja? Kolejna Tradycja? Kolejna Tradycja progenitury? W ogóle… przecież niema takiego klanu!

Trzask w słuchawce poinformował Cesara o zakończeniu rozmowy.

Ahh te gry słowne –pomyślał Cesar wystukując ponownie numer na klawiaturze telefonu.-A podobno cały ten Jyhad miał być taki ponury…

***

No i nadszedł ten dzień. Przepraszam, ta noc. Kolejna wizyta na dywaniku u Księcia…

Caesar idealnie odgrywał zdenerwowanie. W zasadzie można by rzec, że doskonale wczuwał się w swoją rolę. Doskonale zdawał sobie sprawę ze swojego położenia. Tkwił po uszy w czymś. Wolał nie sprawdzać dokładnie w czym, jednak miał jak najgorsze obawy. Jeszcze zaledwie chwilę temu, kiedy słuchał słów Księcia, zdawało mu się że czubkami palców wymacał już dno. Teraz, kiedy zrozumiał sens słów nowo przybyłego wyraźnie anarchizującego neonaty, zrozumiał że najprawdopodobniej wymacał nimi jego niebieską czuprynę...

Tak, najważniejsze było skoncentrować się na jakimś szczególe, żeby tylko zachować spokój. Tylko on mógł go uratować. Starał się sobie wmówić że robi to celowo, świadomie i mając nad tym pełną kontrolę. Po prawdzie, dawno ją już stracił. Cytując jedno z Malkaviańskich prawideł - "Kiedy czujesz, że zaczynasz tonąć we własnym szaleństwie, nie krępuj się - zanurkuj!" Interesujący, budzący wręcz obsesyjne zainteresowanie obiekt sam znalazł się w zasięgu wzroku. Był niebieski.

Caesar co i rusz nerwowym ruchem poprawiał swoją własną rozczochraną grzywkę ciemnych włosów, za każdym razem zerkając w stronę przyczyny niezdrowej atencji.
Tak, w roli zdenerwowanego szczeniaka w konfrontacji ze starym basiorem, czuł się nadzwyczaj dobrze. Jedyne o czym nie mógł tylko zapomnieć, to fakt że jest na scenie.

Jeszcze przed chwilą nie mógł się doczekać antraktu. Teraz kiedy dramat zaczynał rokować w kierunku tragi-komedii, zaczynało się robić ciekawie. Kiedy zobaczył tego jakże charakterystycznego buntownika zaledwie chwilę temu, obawiał się najgorszego. Natychmiastowej egzekucji nowoprzybyłego "niebieskiego ptaka", mającej zachęcić pozostałych ochotników do współpracy. Parszywą Dwunastką nie zostaną, choćby z racji braków w liczebności, choć niewątpliwie przydało by im się jeszcze kilku Zwierzaków lub Brzydali do przeczesywania podmiejskich krzaków i nowojorskiego rynsztoku w poszukiwaniu zwłok młodej... powiedzmy że damy. Pomyśleć, że przed chwilą obawiał się zaledwie najgorszego...

Nieznajomy wyglądał na takiego samego neonatę jak pozostali zebrani, których Caesar znał mniej lub bardziej, ale chociaż z widzenia. Jego butna wypowiedź stawiała go w sytuacji, w której odpowiedź Księcia najprawdopodobniej rozwieje wszelkie wątpliwości co do jego osoby. Bardzo mu zależało na tym o co prosił, skoro był tak bezczelny w swojej propozycji. Oczywiście mógł być po prostu Brujahem albo Ravnosem, ale to się w zasadzie klasyfikowało także pod byciem bezczelnym. Pod znakiem zapytania stała też nawet jego przynależność do Camarilli - pytać się o cenę lojalności wobec Księcia, która była gwarantem objęcia opieką Tradycji rządzących tą sektą? Anarchista czy ignorant? Bezczelny czy tylko szalony? Nie dosłownie, wszak o nowym Malkavianinie w mieście wiedziałby coś z całą pewnością. Jego Opiekun, pieszczotliwie określany przez Cesara jako Dziadek, na pewno by go poinformował. Miał w końcu powody… Tak czy inaczej, miał coś za uszami (poza kosmykami wciąż hipnotyzujących Caesara włosów...). Szansa, że jest kimś posiadającym jakikolwiek Status, lecz po prostu obcym w tej domenie, była nikła, jednak zawsze musiał się liczyć i z taką ewentualnością. Osobiście stawiał na Ravnosa, ale brał poprawkę na fakt, że na jego ocenę sytuacji mogły wpłynąć zasłyszane plotki. Caesar lubił grać, jednak lubił wiedzieć z kim i w co. Oczywiście, jak każdy, lubił grać w to, w co wygrywał...

Czekać, tego się Caesar chciał trzymać. Czekać na reakcję Księcia. Przyglądał się obcemu. Dostrzegł jak bardzo niebiesko włosy stara się nie zwracać uwagi na zprezentowaną im "czystą" broń. Nie wywarła na nim wrażenia, jak gdyby miał do czynienia z przedmiotem codziennego użytku. Grzecznym Torreadorem to jego nowy - z braku lepszego określenia - kompan nie był z pewnością...

Wtedy właśnie coś litościwie wyrwało go z zadumy. Caesar przeklął w duchu zaradność kolejnej ze zgromadzonych Spokrewnionych. Zamiast poczekać, by nieznajomy sam wykopał pod sobą dołek lub chociaż odkrył nieco swoje karty, wcięła się między wódkę a zakąskę. Jeśli teraz Książę zignoruje jego słowa, to nie będzie to odpowiednio wyraziste. Może jednak trzeba było przełamać swoje ograniczania i przejąć inicjatywę?

Nie patrzenie prosto w oczy innego Spokrewnionego, tak trudne, choć wyraźnie powodowane zdrowym rozsądkiem, w tym wypadku było szalenie - i jest to najodpowiedniejsze w tym wypadku słowo - proste. Ta błękitna czupryna... Zaczął z nerwów gładzić rękaw swojego obcisłego czarnego golfa, jakby starał się stracić z niego jakiś dostrzegalny tylko dla jego golfa pyłek. Walczył sam ze sobą, żeby nie odezwać się do niego, nie włączyć się w rozmowę zbyt wcześnie...
 
__________________
-Only a fool thinks he can escape his past.
-I agree, so I atone for mine.


Sate Pestage and Soontir Fel

Ostatnio edytowane przez Ratkin : 17-12-2010 o 11:29. Powód: Poprawiam błędy, ciągle, nie skończyłem, wybaczcie XD
Ratkin jest offline  
Stary 18-12-2010, 02:03   #7
 
Rudzielec's Avatar
 
Lubiła to miasto, zawsze coś się działo, nie ważne o której godzinie wszędzie widać było ludzi, momentami miała wrażenie, że ciągle żyje. Brakowało jej słońca i tych zwykłych dni kiedy można było iść na lody z przyjaciółkami. Kiedy miała zupełnie inne cele i marzenia… „Wojna zmieniła wszystko, gdyby nie wojna pewnie wszystko byłoby inaczej” pomyślała. Jej spojrzenie obojętnie przesuwało się po ludziach idących chodnikiem, było coś perwersyjnego w obserwowaniu jak wiedli swe żywoty nieświadomi jakie istoty przemykały pośród nich. Niczym w książce Wellsa jak ona się zwała, a „Wehikuł czasu” przy czym tam Eloi byli świadomi polujących na nich Morlocków. „Najwyraźniej jesteśmy lepsi od nich.” Przemknęło jej przez myśl „Choć Eloi nie myśleli nawet o sprzeciwie, podejrzewam, że te owieczki zafundowały by nam ostateczną śmierć gdyby się dowiedziały o naszym istnieniu. W końcu ludzie tak naprawdę najlepiej potrafią tylko niszczyć, tak, zdarza się im stworzyć coś pięknego ale każdy człowiek potrafi wspiąć się niemal na poziom artyzmu gdy trzeba coś rozwalić lub zabić.”

-Dojeżdżamy.-powiedział Viktor, z fotela kierowcy, po chwili zaparkował Rolls-Royce`a przed budynkiem Max wealth. Jak na dobrze wychowanego gentlemana przystało otworzył drzwi i pomógł wysiąść pasażerce. Śliczna blondynka która wyszła z auta wyglądała na 26-27 lat ale z powodzeniem mogłaby udawać nastolatkę. Pod warunkiem, że zmieniłaby gustowny grafitowy komplet i czarny płaszcz szyty na miarę na coś bardziej młodzieżowego. Jedynie niebieskie oczy patrzące przenikliwie zadawały kłam młodej powierzchowności, był w nich chłód, te oczy widziały wiele, a ich właścicielka wiele przeżyła. Młody wysoki dobrze zbudowany mężczyzna obok niej sprawiał wrażenie ochroniarza, odprowadził ją do samej windy pozostał jednak na zewnątrz zatrzymany gestem smukłej dłoni. Zanim tu przyjechała zastanawiała się jaką sprawę ma do niej Książę, nie wychylała się więc raczej chodziło o zadanie dla niej i Viktora. Pewnie znowu ktoś poszalał i trzeba posprzątać, nie lubiła tej roboty ale dzięki temu miała spokój i miejsce dla siebie w tym mieście.


***

Nowy York, „Miasto które nigdy nie zasypia”, pełne ruchu i energii. Ludzi pędzących przez życie w porażającym zmysły tempie. Nigdy nie mogła się nadziwić jak pięknie wyglądało nocą z wysokościTeraz podziwiała je z jednego z okien budynku Max Wealth, nie przepadała za jego właścicielem ale kiedy Książę wzywa na dywanik to wypada się zgłosić, albo szybko zniknąć z danego miasta. Przyjechała nieco za wcześnie i teraz patrzyła na miasto czekając aż stary francuz zechce ją przyjąć.
Po chwili pojawiło się jeszcze kilkoro spokrewnionych po czym kamerdyner Księcia gestem zaprosił ich do środka…

***

Usłyszawszy zadanie zmarszczyła lekko brwi po czym skarciła się w duchu i zaczęła zastanawiać. Zwykle do zadań tego typu wystarczała ona i Viktor, jeśli teraz trzeba aż szóstki wampirów to co do diabła się dzieje? Cała sprawa śmierdziała na kilometry, kim była zaginiona, co to za dziwne nazwisko, co się stało w szpitalu i jaki związek miała z całą sytuacją Natasha Badenov? To były pytania w których wyczuwała zagrożenie, a może dokładniej, zagrożeniem były odpowiedzi na te pytania. Jej instynkt albo paranoja podpowiadały jej żeby zabierała się daleko od tego smrodu, ale logika nie pozostawiała wątpliwości. Nie ma ucieczki, nie teraz w każdym razie, trzeba stąpać ostrożnie i uważać co się dzieje…

Wyciągnęła z torebki swój telefon, cudeńko jakich jeszcze nie było w Stanach na rynku, i zaczęła szybko notować wiadomość do swego ”męża”.
-Viktor, znajdź co tylko się da na temat Emilii Beatrice Zorg, to Francuzka, ponoć bogata, załatwię zdjęcie. Skup się na jej rodowodzie, mam paskudne przeczucia, coś tu bardzo nie gra. Jeśli możesz puść wici, że chcemy ją znaleźć, włos ma jej z głowy nie spaść. Druga to Natalie Freeman dziewczyna tej całej Zorg, namierz ją. Chcę wiedzieć wszystko co się da o obydwu. To zlecenie od Księcia. A ode mnie masz do wyszperania co się da na temat Szpitala św. Heleny, chcę wiedzieć co wie Policja-najlepiej załatw dostęp do kartoteki albo skopiuj co się da. Pogadaj też ze swoimi znajomymi, nie wymażemy tego ale niech sprawa wygląda na atak psychola, żadnych podejrzeń rodem ze „strefy Mroku”. Uważaj na siebie mam złe przeczucia.

Uniosła na chwilę wzrok znad wyświetlacza. Na stole pojawiła się walizka a w środku broń, bardzo spora broń. „Po co nam takie armaty? To już stare dobre 9mm parabellum poszło w odstawkę?” zastanawiała się, czyżby ktoś jeszcze zainteresował się tą dziewuszką? „Ktoś na kogo trzeba szóstki wampirów z przesadnie wielkimi pistoletami?” pomyślała sprawdzając oba rewolwery. Sześć strzałów, kaliber oznaczony jako .45 colt „Mein Gott, zapomnieli zamontować do tego kolbę, czy jak?” zastanawiała się przypominając sobie niedawną wizytę na strzelnicy. Ten kaliber używany był do polowań na niedźwiedzie i jelonki jeśli dobrze pamiętała. „Trzeba zapytać Viktora czy da się coś poprawić w tym maleństwie bo mi nadgarstki popękają przy strzelaniu.”

-Książe mój, -zaczęła nieco formalnie, w jej delikatnym głosie słychać było ślad obcego akcentu.-Czy to wszystkie informacje jakie o niej mamy? Czy wiadomo jaki miała związek z zajściem w szpitalu? Czy ktoś zajął się kontrolą informacji czy tym też będziemy musieli się zająć? Najpewniej też będą nam potrzebne odbitki zdjęcia.
 
Rudzielec jest offline  
Stary 18-12-2010, 12:57   #8
 
Nadiana's Avatar
 
Czuła się zniechęcona, nie lubiła takich klubów i takiej muzyki. A ta pseudogotycka moda była po prostu śmieszna. W tej chwili naprawdę żałowała, że nie ma przy niej Rudolfa. Stwórca jednak już dawno porzucił zabawy w politykę, na rzecz zabawy w mecenasa sztuki. Dla niej, mimo niewątpliwej radości przez pierwsze dwa lata, stało się to nudne. Nudne też było bycie jego nieśmiertelną zabawką, którą najchętniej by postawił za szklaną szybką na postumencie.
Westchnęła ciężko. Przybyła tu znaleźć innych spokrewnionych, spoza kręgu wzajemnej torreadorskiej adoracji i faktycznie widziała ich. Co z tego jednak skoro większość z nich zajęta była polowaniem. A Mili w tej chwili nawet aspekt nie interesował, pożywiła się na dostarczycielu jedzenia na wynos, które zamówiła przed wyjściem. Westchnęła ponownie i zaczęła się zbierać do wyjścia. Już była w progu, kiedy potrąciła ją jakaś dziewczyna krwawiąca obficie. Wampirzycy to nie obchodziło. Wsiadła w taksówkę i pojechała do domu

Uporczywe dzwonienie telefonu wyrwało ją z błogiego snu. Nieprzytomnie sięgnęła po komórkę, by wpierw sprawdzić godzinę (czwarta po południu dopiero!), a później odebrać połączenie z nieznanego numeru.
- Hallo? – jak to będzie jakiś kretyn próbujący ją namówić, by coś dla niego znów zaprojektowała, to jak słońce jej niemiłe przysięga, że dziś naje się nim, choćby był z Kalifornii!
- Mila Thatsos? Tu Robert, asystent Piera la Toue. Chciałem poinformować, że jest pani zaproszona do rezydencji dziś koło godziny ósmej. Wie pani gdzie to jest?
Książe? Sam asystent księcia dzwoni, by ją zaprosić na spotkanie? Co tu się do diaska dzieje?
- Tak, wiem.
Głos miała mocny i pewny. Jak zwykle w interesach, a to się zapowiadało na epicki interes.
- Dobrze, do zobaczenia.

I tyle, rozłączył się. Poczuła irracjonalną ochotę na mocną kawę, zamiast tego sięgnęła po gazetę. Szybkie przejrzenie nagłówków sprawiło, że znów sięgnęła po telefon.
- Hej Dave. Tak z obywatelskiej ciekawości; co to za popieprzone morderstwa w tym szpitalu?

***


Ogień, mimo że sztuczny, przyciągał wzrok. Bursztynowe oczy Mili skupiły się na nim, mimo zdecydowanie pociągającej aparycji księcia. Był bezpieczniejszy. I mniej straszny od niektórych zebranych tu nieśmiertelnych. Powstrzymała wzdrygnięcie.
~ Skup się, skup się. To nie są wakacje u ciotki Vilmy do diaska ~ myśli jak błyskawice poszybowały ku fatalnemu wystrojowi biurowca i zaczęły go przerabiać po swojemu. Praca, nawet wirtualna zawsze uspokaja. Ręce spokojnie zostały złożone na obitych piersiach, zamkniętych w czerwonej bluzce. Resztę stroju ciemnowłosej dopełniały dżinsy i wygodne botki. Czarny płaszcz położyła na krześle obok.

Władca tego miasta się odezwał i zgodnie z etykietą (i zdrowym rozsądkiem) kobieta przeniosła wzrok na niego. Mówił o masakrze, o tej samej o którą kilka godzin temu wypytała dokładnie Dave’a. Policja jednak nie wiele wiedziała. Nic dziwnego, maskarada.
Wzdrygnęła się na słowo zemsta, wzdrygnęła się bardzo wyraźnie i zauważalnie dla zebranych. Odnalezieniem innych i działaniem może się zająć, ale zemsta to niech już będzie zadanie dla innych! Jest dosyć tu zakazanych mord, które tylko wyglądają jakby czekały na okazję.

Wyjęcie akt znów pozwoliło jej wrócić do siebie i skupić na tym co ważne. Przejrzała je dokładnie, strona po stronie, informacja po informacji. Większość wydawała się zbędna, ale Mila zapamiętywała dokładnie wszystko i przestudiowała zdjęcie dziewczyny. Była bardzo ładna, urodą zwiastującą problemy. Takie nastolatki prędzej czy później przyciągają kłopoty. Ta miała wielkiego pecha przyciągnąć je wcześniej.

Chwila moment! To nie ją widziała wczoraj w klubie? Gdy wybiegała pośpiesznie? Wampirzyca zaklęła w myślach, chyba to była ona. Pewności nie było, ale i tak lepiej będzie o tym nie wspominać. Przeniosła wzrok na broń, umiała z niej korzystać, Dave kiedyś nawet zabrał ją na strzelnicę i chwalił jej umiejętności. Ale wtedy byli jeszcze razem więc i tak pewnie nie był szczery. Sprawdziła czy pistolet jest zabezpieczony i schowała go. O wiele gorzej sprawa przedstawiała się z nożem. Miała wsadzić go sobie za pas czy jak? Póki co powędrował do torebki Louisa Vuittona. Nie odzywała się ani razu, jej świeżość, aż biła po oczach i nie zamierzała się wychylać. Przynajmniej dopóki nie usłyszała nazwiska Natashy. Poznała ją już jakiś czas temu, oczywiście przez Rudolfa, a zaproszenie na jej przyjęcie już da
wno leżało na kuchennym stole. Coś co wreszcie pasowało do jej świata.

A potem zaczęli mówić zebrani i wszystko znowu posypało się na kawałki.
 
Nadiana jest offline  
Stary 18-12-2010, 22:59   #9
 
one_worm's Avatar
 
Książę spojrzał się na młodego wampira...
-Pewne rzeczy będziemy ustalać na osobności, Ravy. To nie jest ani czas ani miejsce na takie pytania... Co zaś tyczy się kontroli prasy. Owszem, pewne informacje nie zostały opublikowane. Śledztwo Policji utknie na pewien czas w martwym pukncie i o to chodzi zresztą. Macie sporo czasu ogólnie rzecz biorąc.- Tutaj książę się zamyślił- Sporo czasu o ile będziecie szybko działać...
Nagle przerwał sygnał wiadomości w stylu “ masz nowego e-maila”. Książę podszedł do komputera, widać było ruch gałek które to skakały od lewej do prawej. Po chwili odwrócił monitor. Obracając go rzekł :
-Chyba mamy wiadomość od porywacza...
Wy zaś przeczytaliście wiadomość...
Cytat:
Napisał ”e-mail”

Był stałym bywalcem klubu, do którego właśnie przyszła
Wyższa liga, jej ciało mógł mieć jedynie w myślach
To było jak wystrzał, na jej widok doznał szoku
Zostali tylko we dwoje, nie było nikogo wokół
Nie mógł odciągnąć wzroku od jej oczu i ust
Niemalże czuł jej zapach i słyszał stabilny puls
Jak już podszedł do niej by wyjąć karty na stół
Jej spojrzenie sparaliżowało go od szyi w dół
Szybka zamiana ról, patrzył na nią nieprzytomnie
Wyszeptała mu do ucha rozkaz "chodźmy do mnie"
Skromne mieszkanie, od Centrum trzy minuty
Była już rozebrana zanim zdążył zdjąć buty
Miała dwa czarne kruki wydziarane na łopatkach
Było jasno jak za dnia, nie lubiła gasić światła
Chciała by ją związał i usta czymś jej zatkał
Asfiksjofilia - seks w plastikowych siatkach
Nie była delikatna, prosiła by ją bił
Jęczała z podniecania głowę odchylając w tył
Z całych sił ją tłukł, choć wiedział, że tak nie można
Zdarł sobie skórę z kostek a ona w końcu doszła
Erotyczny koszmar, była coraz bardziej sina
Lecz on wpadł jakby trans i już nie mógł się zatrzymać
Po odpowiedzi Pierra, spuścił lekko głowę w dół, wydawało się, że chłopak na chwilę posmutniał, i była to prawda. "W tym tempie prędzej nauczę się śpiewać techno po japońsku niż opuszczę tą nudną dziurę" przeszło mu przez myśl. Jednak, skoro musi już tu pozostać na pewien czas, nie ma co się tym przejmować, prawda?
[Szybkim ruchem zarówno głowy w górę co biodra w dół i prawej ręki w lewą stronę, zabrał z burka nóż, sprawnie obracając go między palcami i chowając do pokrowca na plecach] w dokładnie 0.6 sekundy, o co najmniej jedną dziesiątą za długo, aby miał realną szansę zrobić cokolwiek innego, niż zaakceptowanie odpowiedzi księcia.
Nie musiał się niczym przejmować, odpowiedź jaką uzyskał była jawną informacją że klamka jeszcze nie zapadła, a Pierre jeszcze ma zamiar potrzymać go na swojej szachownicy, nie ważne z kim ani o co gra, jedyne co niebieskowłosy mógł zrobić to poruszyć się o wskazane pola.
To że sięgnął po broń jako pierwszy nie było jednak spowodowane poczuciem bezpieczeństwa, po prostu chciał jakoś pokazać, że odpowiedź go z pewnością nie satysfakcjonuje. Nie chciał siedzieć w miejscu.

Ledwo zdążył schować nóż, a w dalszym ciągu nie interesując się innymi wampirami oprócz gospodarza, musiał przenieść wzrok na monitor.
Czytając wiadomość skrzywił się lekko, przecierając palcami po obroży na szyi. Są jakieś granice dobrego smaku, specjalnie nie kupywał ozdób z kolcami, ale co zrobić?
Spojrzał jeszcze raz na kartę dokumentów, choć pewnie i tak będzie musiał zapytać o to Dougha, powinien korzystać z jego pomocy póki się da, i tak pewnie nie będzie chciał pomóc gdy zrobi się z tą sprawą naprawdę gorąco.

Po chwili wertowania kart z informacjami o porwanej, jakgdyby sobie o czymś przypomniał, bądź jego czas reakcji wreszcie doszedł momentu w którym lampka zaczyna się ponownie świecić, pozwalając w ekologiczny sposób pozbyć się zbędnych przedmiotów.
- A-ah, - wskazał palcem nie zaciskając dłoni na jeden z pistoletów – jeśli ktoś potrzebuje niech go weźmie, i tak nie potrafię używać, a do ruletki się nie nada – stwierdził, zerkając na każdego po kolei, po czym wrócił do dokumentów, chciał skończyć z tą sprawą tak szybko jak to było możliwe. Tak, był Ravnosem.

Blondwłosa kobieta była zawodowcem, słychać to było w pewnym tembrze jej głosu i Thestos musiała to docenić.. Niebieskowłosy zaś był dziwny, stanowczo. Dyskretnie i nie urągając manierom Mila odsunęła się do niego. Tym samym przybliżyła się do laptopa i przeczytała wiersz. Pomijając już treść, był niewiarygodnie tandetny i dziewczyna po raz pierwszy pozwoliła sobie na zmianę mimiki i wyraz niesmaku.
- Ktoś tu mocno inspiruje do bycia poetą z marnym skutkiem. Socjopatyczny typ, u którego każda negatywna uwaga skutkuje nieprzewidywalnymi zachowaniami. Ktoś w stylu Charlesa Mansona, jak sądzę.

Głos miała niski, mruczący wręcz.

- Awww, słodkie. Brzmi to trochę jak liryki napisane przez kogoś, kto bardzo żałuje, że nie urodził się z odmienną pigmentacją skóry.
W przeciwieństwie do swojej poprzedniczki, platynowa blondi uśmiechnęła się od ucha do ucha. Bo jak inaczej można zachować się względem kogoś, kto przysyła tego typu wiadomości i oczekuje przy tym, że zostanie potraktowany poważnie? Jeśli zaś chodziło o pannę Zorg, to jej (domniemane) preferencje seksualne nie były żadną sensacją. Bulwar Hollywood już dawno temu wykazał, co nadmiar pieniędzy i wolnego czasu jest w stanie zrobić z godnością osobistą. Idąc tym tokiem rozumowania...
- Skoro sprawy przybrały tak pikantny obrót, może powinniśmy odwiedzić partnerkę naszej zaginionej? Natalka Freeman, czy jak jej tam. Osoby posiadające tak zawiłe życie seksualne, zwykle wiedzą to i owo...
Emanując beznamiętnym podejściem do sprawy, cisnęła swoją sugestię w przestrzeń.

- Witam szanowną panią, szukam pani dziewczyny bo chciałem ją puknąć od kiedy pokonała mnie w starcrafcie grając zergami, jednak słyszałem że została porwana, może pani powiedzieć wszystko o jej życiu seksualnym i wypisać nazwy burdeli oraz klubów BDSM do których lubiła wpadać z wizytą? – odparł ironicznie dosyć sarkastycznym głosem. Nie będzie przecież siedział cały czas zamknięty w sobie, książę na bok, najpierw zadanie. A sam go pewnie nie zrobi. – Mamy pukawki, ona nie ma w okolicy żadnej rodziny, jeżeli porywacz będzie kogokolwiek obserwował będzie do właśnie jej partnerka. Nie powinniśmy tam wchodzi, tak długo, jak nie musimy. Dopóki tego nie zrobimy nikt nie powinien wiedzieć ilu nas jest, ani kiedy zaczęliśmy poszukiwania. – Ravy chciał zrobić tak wiele jak się dało, pozostawiając się z dala od bałaganu, tak było po prostu wygodniej, a i tak nie wiedzieli czy jeszcze zastaną jej dziewczynę w domu, czy może już na cmentarzu.
W tym momencie Ravy faktycznie przyjrzał się wszystkim zgromadzonym. Wszyscy wydawali się być w miarę normalni i typowi, jedynie jakiś brzydal się na niego gapił. Postanowił to zignorować, przynajmniej na razie.
- Czyli Twoim zdaniem, nie powinniśmy się pokazywać w pobliżu osoby, która potencjalnie ma szansę rozwikłać nasze wątpliwości, albo przybliżyć nas do sprawcy całego zamieszania. Cudowna logika, nie ma co.
M. pokręciła głową na słowa młodzika o niebieskich kudłach.
- Nikt nie mówi, że musimy z nią rozmawiać całą grupą. Dwa wampiry potrafiące zachować choć złudzenie subtelności zupełnie wystarczą.
Jeśli młody krwiopijca miał rację, a porywacz faktycznie obserwował tę całą Natalię, istniała szansa, że wpadnie w panikę i popełni błąd. Wtedy musieliby jedynie zorganizować łapankę i przygwoździć gagatka.

Kenneth przyglądał się wszystkim z zaciekawieniem, a zaraz po przeczytaniu nadesłanej wiadomości mało co nie wybuchnął śmiechem. “Kogo my tu mamy? - Niebieskowłosy szczeniak z konfliktem z prawem, dwie głupie Torreadorki, które myślą tylko o tym, czy liczba głosek w wersach się zgadza, jakiś cichy, przestraszony kainita, jakiś napakowany, cichy buc i malutka Ventrue. Brygada śledcza jak z koziej dupy trąba, ale ok.
- To bardzo możliwe, co mówi nasz kolega, jednak popatrzmy z drugiej strony. Jeśli ta cała Freeman jest pod obserwacją porywacza pojawienie się kogoś, kogo nie zna, może być zagrożeniem dla całego śledztwa. Gdy gość ogarnie, że ktoś nieznajomy do niej przychodzi i odgadnie, że ktoś się interesuje zaginioną... bardziej dogłębnie, że się tak wyrażę, może spanikować i zrobić coś głupiego, albo coś mądrego, czyli zacząć się z nami bawić, obydwie opcje są dla nas kur... strasznie niekorzystne. Możemy spróbować z drugiej strony. Jeśli Freeman ma takie same zainteresowania muzyczne, co jej dziewczyna, może uda mi się nieco zinfiltrować jej środowisko, może jakiś znajomych. Dobrze byłoby mieć ją pod obserwacją, ale nie mieć z nią bezpośredniego kontaktu, bo cała akcja może pójść w pizdu... - zatrzymał się na chwilę i ogarnął wzrokiem jeszcze raz wszystkich wokół. - Teraz druga sprawa. Wolałbym zacząć śledztwo od szpitala, bo stamtąd mogą pochodzić poszlaki, które pozwolą nam odnieść się do porwania, jest to oczywiście hipotetyczne założenie, ale mam takie przeczucie. Na początek dobrze by było wymienić się jakimiś kontaktami, byśmy nie chodzili wszędzie całą hordą, tylko żeby było to chociaż trochę zorganizowane, bo tak to nie ma nawet sensu babrać się w tym gównie. Byłbym cholernie wdzięczny, gdyby każdy się przedstawił, podał klan i ewentualnie jakieś dobre strony, co pozwoli nam na jakieś dokładniejsze rozeznanie się w tym, kto do czego może być przydatny, a do czego całkowicie się nie nadaje. Ja jestem Kenneth Moon z klanu Tremere. Ogólnie, to mam od cholery znajomych, przez co mogę się przysłużyć jako źródło informacji. Poza tym, to tradycyjnie możecie mnie uważać jako “okultystycznego świra” z klanu popierdzielonych magów, jak to zwykle bywa w naszym pięknym wampirzym świecie... - westchnął zrezygnowany. - Dobra, to z mojej strony to chyba tyle na razie.

Ravy westchnął ciężko – [i]O tym właśnie mówiłem – skomentował temere – prędzej czy później będziemy musieli dostać się do niej, jednak nie opłaca się iść na skróty, śpieszy mi się, ale jeśli wpadniemy w coś nieprzygotowani, tylko dla tego, że idziemy przez las zamiast pomaszerować drogą, możliwe że w ostatecznym rozrachunku zajmie nam to nawet dłużej niż powinno. – Jestem Ravy – Przedstawił się, pomijając kwestię klanu, dla jego dobra, wolał się z tej strony przedstawić, bez faktycznej prezentacji, na tak długo, jak długo nie załatwi swoich spraw z księciem. Po tych słowach wsadził sobie powoli palce w oczy, po czym zdjął soczewki, spojrzał ponownie na Kennetha, po czym włożył je powrotem. – I bez obrazy, ale coś ci nasrało na twarz, i to na pewno nie jest moja iluzja. – skomentował umalowaną mimikę. – Jestem w stanie pomóc w kwestii włamań, zwłaszcza komputerowych, teoretycznie potrafię wszystkiego po trochu, w praktyce głównie biegam i się chowam. Jeśli do czegoś mogę się przydać będzie to obcowanie wśród ludzi, o dziwo nie mam zbytnich problemów z przebywaniem wśród nich. To raczej wina wieku w którym zostałem przemieniony, najpewniej pod tym względem, jestem najmłodszym z was wszystkich, i za życia, i jako wampir. – spojrzał na każdego po kolei, po czym przemówił jakby z prośbą. – bez obaw nie spowolnię was, ale mam nadzieję że nie będziecie usilnie próbować zostawić mnie z tyłu. – Odwrócił się ponownie do danych. – też mam drobne kontakty, albo raczej organiczną mapę półświatka. Zacznę od klubów, myślę że tam najprędzej coś znajdziemy, jakby nie było, nie ma sensu abyśmy razem robili wszystko, skoro możemy się podzielić na grupki. Jest nas tutaj spora kompania, a jeśli będziemy wiecznie razem…możliwe że nie dojdziemy nigdzie. – Cloudsky nie posiadał ani dużej wiedzy, ani faktycznej inteligencji, był jednak dosyć sprytny aby zacząć próbować rozdrabniać grupę. Bardziej jak zadaniem przejmował się ekipą, nie był obeznany z faktycznym światem wampirów w praktyce, a jego ostatni samodzielny wypad skończył się artykułem na końcu timsa o treści "niebieskowłosy punk wszczyna burdę w klubie muzyki metalowej", nie był to dobry początek, a gdyby nie informacja o masakrze w szpitalu, kto wie jak bardzo jego przybycie do miasta rozeszłoby się pośród anarchistów.

-Anette Bauer, miło was poznać.- Powiedziała z krzywym uśmieszkiem.- Jestem z klanu Ventrue, specjalność? Hmm, pranie mózgów, kontrola i perswazja bez użycia siły. Mam też pośrednio dostęp do pewnych ludzi z różnych kręgów, dość wpływowych i nieźle poinformowanych.
.Myślała intensywnie, zastanawiała się co do diabła Książę planuje posyłając ich w ten bajzel. Masakra, porwanie, nerwy na obliczu rasowego polityka przez wieki trenującego kamienną twarz, za dużo dziwnych rzeczy na raz...-Panie Moon, mój zaufany właśnie zajmuje się zbieraniem informacji na temat szpitala i Panny Freemen, nie wiem co uda mu się znaleźć i czy nam się to przyda.

- Nazywam się M. Po prostu M. Ach, powinnam też coś zaznaczyć, już na wstępie, zanim przejdziemy do konkretnych działań, żeby potem nie było przykrych niespodzianek. Niestety, jeśli w najbliższej przyszłości się rozdzielimy, możecie mieć spore trudności w skontaktowaniu się ze mną. Na obecną chwilę nie mam telefonu komórkowego, o stałym miejscu zamieszkania nie wspominając…
Przekrzywiła odrobinkę głowę, unosząc dłonie do góry w uniwersalnym geście przeprosin. Choć jego efektywność i jakakolwiek iluzja szczerości szybko zostały zniwelowane przez jej całkowicie obojętną mimikę. Uznając potencjalny problem za omówiony, kontynuowała.
- Jeśli chodzi o moją „specjalizację” to… hmm… powiedzmy, że zajmuję się dostawaniem do miejsc w których być nie powinnam, oraz usuwaniem rzeczy, które są pewnym osobom nie na rękę. Dokumenty, materiały dowodowe i tym podobne.
W tym właśnie momencie platynowa blondi przerwała swój słowotok, rzucając subtelny uśmieszek w stronę Księcia. On chyba najlepiej wiedział co piszczało w trawie.

Caesar, starając się nie przeszkadzać nikomu, powoli zbliżył się do Księcia.
Bardzo uważał, by nie trącić kogoś ramieniem, oraz by nie stracić na zbyt długo
uspokajającego go obiektu z pola widzenia.
Uważnie - a może tylko mu się tak wydawało? -słuchał rozmowy pozostałych członków Rodziny, notując w pamięci do istotniejsze szczegóły, jak na ten przykład przyznanie się niebieskowłosego chłopca do bycia Cyganem, oraz trafnego podsumowania przez blondynkę kompleksów na tle rasowym domniemanego porywacza...
Wykrzesał z siebie nieco odwagi, by móc zwrócić się do Księcia z - stonowaną oczywiście, biorąc pod uwagę sytuację - pewnością siebie.
-Ekhm, przepraszam że pytam ale... Prosze mnie skaracić jeśli popełniam jakąś gafę...
Skąd Książę ma tą wiadomość? Jeśli ta poczta jest przechwycona, to kto był
jej adresatem i czy jest szansa na resztę ewentulanej korespondencji, jeśli to było skierowane na przykład do ekhm... partnerki porwanej?

-wziął szybki oddech.-Jeśli natomiast Książę był adresatem, to chyba nie wiemy od pana wszystkiego co może być pomocne. Nie żebym insynuował, że
porywacz mógłby się zwracać do Pana, jako do osoby związanej z porwaną.-Caesar zaryzykował spojrzenie na Księcia.-Może po prostu możemy mieć pewność, że porywacz to podobnie jak my, Kainita, co nieco łagodzi sprawę pod kątem złamania Maskarady....


Wolf, który do tej pory milczał, słuchając dokładnie wynurzeń innych, zbliżył się do monitora i zerknął na wiadomość. Aż zakrztusił się próbując stłumić śmiech. To miał być porywacz? Cóż to w ogóle był za list? Marne, częstochowskie rymy i żadnych żądań czy warunków? Jedynie jakieś naiwne próby tłumaczenia się z pobicia dziewczyny. Bo nie mógł się powstrzymać w przypływie żądzy???
- Wybacz Książę, ale ta wiadomość to jakaś farsa. Porywacz, jeśli o w ogóle on napisał tą wiadomość, nie stawia żadnych warunków ? Coś mi tu śmierdzi. To albo neonata, który nie zdaje sobie sprawy na to na co się porwał, ale wtedy skąd wiedziałby o istnieniu Księcia, kim jest i że to co zrobił jest przestępstwem? No i skąd wiedział, że dziewczyna jest dla Księcia ważna? Nawiasem mówiąc ja też chętnie dowiedziałbym się tego. Albo jest to jakiś Kainita, który jest świeży w mieście i wie doskonale, że złamał Maskaradę i próbuje dla siebie ugrać wybaczenie. Tylko dlaczego tak naiwnie? To wszystko nie trzyma się kupy... - Wolf spojrzał na pozostałych z nadzieję, że zajarzą o co mu chodzi. – Dobrym pomysłem byłoby sprawdzenie źródła, skąd wiadomość dotarła na Księcia skrzynkę.

Caesar westchnął wręcz teatralnie. -Jakie to przykre, że większość tu
zgromadzonych przejmuje się złamaniem Tradycji, bardziej niż Praw Naturalnych. Przejmujemy się naszymi "prawami", a nie przejmujemy losem innej żywej istoty! Czy wy wszyscy naprawdę zabijacie swoje ofiary przy posiłku do cholery? Znamienne, że człowieczeństwo tak szybko wypala się właśnie w nas, młodych neonatach. W tym, kto, jak twierdzisz mój Ksiażę, jest porywaczem, wypaliło się widać ono do cna. Naprawdę, chciałbym wierzyć że nie każdego z nas czeka taki smutny los. Chcę wierzyć Książę, że ta sprawa dotyka Pana osobiście, że ten ktoś gra na tkwiących w Panu ludzkich emocjach. Naprawdę, chce wierzyć że i w starszych od nas wampirach kołacze się jeszcze choć trochę, nawet jeśli nie cholernego współczucia, to może chociaż zwykłej ludzkich zawiści? Marzę, żeby powodem naszego tutaj zebrania były emocje, a nie polityka...


Świr, to na pewno świr” - pomyślał Wolf. – Albo kolejny pieprzony romantyk. -Głośno zaś powiedział odpuszczając sobie komentarz i kierując słowa do wszystkich w gabinecie.
- Może zamiast wysnuwać jakiekolwiek dziwne i kosmiczne teorie rozejrzymy się w szpitalu, klubie i domu poszukiwanej i wtedy dopiero ustalimy jakiś plan i ustalimy fakty?

-Jeśli Panu obojętne są powody dla tego “polowania”.-westchnął Caesar.-Rozumiem, że samo polowanie jest już doskonałym wytłumaczeniem do działania... -dodał ciszej, jakby już tylko do siebie. Wrócił do wyczekiwania na reakcję Księcia. Caesar miał już swoje powody, by uczestniczyć w tym zamieszaniu. Teraz czekał tylko na ich potwierdzenie. Liczył na nie i bardzo, bardzo go potrzebował...

Książę spojrzał sie na was” Taaak... nadadzą się o ile się nie pozabijają
-Widzę, że nie do końca rozumiecie czy pojmujecie... Najpierw udajcie się do waszego nowego domu na czas zadania. Tam będą czekać na was pewne... dokumenty... Są dla was i są tajne. To co pozostało tutaj wypowiedziane czy pokazane, jest tylko i wyłącznie dla waszych uszu i oczu. Ja będę zaprzeczał. Tego spotkania nigdy nie było. Mam nadzieję, że wyraziłem się jasno?- Dodał bez jakichkolwiek emocji. To było chyba najbardziej niepokjące, jego niezmącony spokój poparty pewnością siebie.
-Jeśli zaś idzie o ustalenie miejsca skąd to przyszło do nas, ten e-mail... Pracują nad tym pewne wykwalifikowane osoby i zostaniecie bezwłocznie poinformowani o efektach ich pracy. Jeśli miałbym coś sugerować to zabranie się za robotę... - Książę położył szczególny nacisk na ostatni słowa, sugerując, iż na tym kończy się ta rozmowa i chciałby,
żebyście zajęli się sprawą.
 
__________________
Do szczęścia potrzebuję tylko dwóch rzeczy. Władzy nad światem i jakiejś przekąski.

Ostatnio edytowane przez one_worm : 18-12-2010 o 23:00. Powód: będą dwa posty bo w jednym mi się nie zmieści.
one_worm jest offline  
Stary 18-12-2010, 23:01   #10
 
one_worm's Avatar
 
Willa, ta sama noc, później

Na dole budynku czekała na was limuzyna. Z szoferem. Który miał zabrać was do nowego, tymczasowego domu. Pierwsze co rzuciło się w oczy na całej ulicy to wysoki żywopłoty oraz mury, wskazujące jak bardzo cenią sobie prywatność osoby mieszkające tutaj. Latarnie dawały jasne, białe światło tworząc kałuże jasności na jeziorze mroku. Przyjechaliście pod wskazany adres. Drzwi były otwierane na sygnał nadany przez szofera albo ktoś pilnował bramy i was wyczekiwał. Sama limuzyna zajechała z zgrzytem na żwirze. Okrążyła nieczynną obecnie fontannę, i służba już czekała i otworzyła drzwi. Bardziej niż willę przypominało to mały letni dworek. Wyglądał jak z obrazka, Milla wprawnym okiem zauważyła, iż mimo stylizacji, całość była zwykłym budynkiem z betonu jakich wiele.
- Witam państwa, zostaliśmy uprzedzeni o państwa przybyciu i wiemy o Kainitach. Jesteśmy waszą służbą, ochroną, a także osobami od załatwiania różnych rzeczy czy drobiazgów. Pokoje są uszykowane, schronienia także, ponad to czeka na was gość z klany Nosferatu jak mniemam? A bo byłbym zapomniał. Tutaj jest koperta dana przez samego księcia. Do rąk własnych. – I podał to pierwszej osobie. Weszliście do środka. Przedpokój był ogromny. Cały hol posiadał aż trzy stylizowane na barok żyrandole. Całość umeblowania była dopasowana do epoki jak i wystrój wnętrz. Osoba, która się tym zajmowała miała pojęcie co robi i dobry gust. W środku już zdjęto wasze płaszcze i poproszono was do pomieszczenia zaraz po prawej od wejścia. Weszliście. W środku było tak samo jak w holu, stylizowane pomieszczenie na barok włącznie z meblami i dywanem, który był puszysty i pstrokaty. Jednak pasował do wystroju pomieszczenia. Jedyne co nie pasowało, a raczej kto to był nosferatu, był łysy i brzydki jednym słowem. Widząc was uśmiechnął się krzywo albo wynikało to z jego zachowania albo fizjonomii, ciężko określić. Tak czy inaczej powstał i pokłonił się.
- tutaj jest laptop oraz jakaś skrzynka metalowa z zamkiem. Nic mi do tego co się znajduje zarówno w laptopie jak i w skrzynce ale każdy z pokoi ma laptopa i jest podłączony do sieci, a ta do serwera w piwnicy i tenże serwer zapewnia wam dostęp do Internetu. – spojrzał sięna was, jeszcze raz ukłonił i wyszedł. Czuć było od niego smród kanałów. To co przyciągało wzrok to był rzeczony laptop oraz metalowa skrzynka. Jeden z zebranych przedarł kopertę. W środku był kluczyk – zapewne od tej skrzyneczki- oraz liścik
Cytat:
Napisał ”liścik”
Dla waszych oczu i uszu. Otworzy wam skrzynkę. Tylko dla was są te dokumenty i informacje
I to było wszystko co on zawierał. Spojrzeliście się na siebie i zgodnie stwierdziliście, że musi ta skrzynka coś zawierać. Ważnego. Szybko przystąpiliście do uroczystego otwarcia skrzynki. W środku były koperty, każda podpisana i każdy otrzymał po jednej. Nic więcej. Otwieracie koperty. W środku był ponownie mały liścik i jakiś większy i czek. Czek opiewał na sto tysięcy dolarów. Część z was wydała przeciągły gwizd, dla innych nie była to jakaś szczególnie niezwykła kwota. Mały liścik zawierał login i hasło do waszych komputerów osobistych, każdy miał inny. Ponad to mieliście wspólny adres e-mail oraz dopisek na drobne wydatki i w ramach bezpieczeństwa. Zobaczyliście też i duży list i to on właśnie wprowadził chyba najwięcej zamieszania w śród was. Każdy z nich miał tę samą treść z innym imieniem.
Cytat:
Napisał ”list”
Z uwagi na ostatnie wydarzenia wszyscy my zebrani zobowiązujemy się do przestrzegania i nienaruszania osoby …… która to winna być posiadaczem tegoż dokumentu. Każdemu z powyższych który tenże dokument ujawni, a imię i nazwisko zostanie potwierdzone, winna być udzielona pomoc w dowolnym zakresie i materii. Niezależnie od przebiegu walk organizacji zwanej Camarillą, a Sabatem, my, poprzysięgamy przestrzegać postanowień o nietykalności i pomocy tymże osobom na czas rozwiązania sprawy Córki.
Victor karupkov – Przewodniczący Tzimizce na Nowy Yrok
Timothy Anders – Przewodniczący Lasombra na Nowy York
Kenneth
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=v-PEoU0FjzE[/MEDIA]
Pojechałeś na swoim motorze do pierwszego klubu z mocną muzyką jaki był w okolicy, w której to żyła Emily. Jechałeś przed siebie nie robiąc sobie nic z pogody. Mozę musiałeś się odprężyć, może pomyśleć? To już wiedziałeś tylko ty. Dotarłeś do Devil’s den kilka minut później. Akurat najbliższy taki klub w okolicy. Wszedłeś bez problemu i od razu rzuciła się na Ciebie Emily. Kolejną rzeczą jaką dostałeś to kolejna dziewczyna, nowa znajoma Emily.
- Skarbie, patrz to jest Nathael, Nathael Freeman, poznałam ją dzisiaj tutaj! Wiesz jaka ona fajna? Jest kochana! Powiedziała, że też interesuje się motorami ale nie wierzę, żebyś mógł mnie dla niej zostawić, a jak fantastycznie opowiada o tych motorach na pewno będziesz mógł mi wiele wytłumaczyć z tego co ona mówi bo ja tak naprawdę nie wiem do końca co to jest ten cylinder no ale też nie wiem jak się prowadzi motor i wiesz jak byś mógł i powiedziałam jej kim jesteś naprawdę!
Ty natomiast miałeś już serdecznie dość tej radosnej paplaniny. Druga rzecz to taka, że właśnie Twój ghoul złamał maskaradę co napawało Ciebie przerażeniem... Jednak kto by pomyślał. Przyszła sama i sama się odnalazła. Uśmiechnęła się..…
 
__________________
Do szczęścia potrzebuję tylko dwóch rzeczy. Władzy nad światem i jakiejś przekąski.

Ostatnio edytowane przez one_worm : 18-12-2010 o 23:04. Powód: rozbiłem posta na dwie części bo w jednym mi się nie zmieścił agh.
one_worm jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:02.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168