Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 02-01-2011, 00:29   #11
 
Delta's Avatar
 
Angielski był jednym z tych przedmiotów, do których podchodziłem z entuzjazmem. Nie każda lekcja była ciekawa, ale tematyka zdecydowanie bardziej mi pasowała niż na innych przedmiotach- przyjemnie było posłuchać i poczytać jak ludzie pisali dawniej, jakiej używali składni, czym się kierowali... Nawet surowość pani Proudville nie robiła na mnie wrażenia, ale może dlatego, że miałem z nią bardzo duży kontakt poza lekcjami, w grupie gazetki szkolnej. Poza tym w jakimś stopniu imponowała mi jej pasja i zaangażowanie, którym niewątpliwie darzyła pisarstwo i literaturę.
Wchodząc do klasy kiwnąłem głową Matt'owi, którego dzisiaj jeszcze nie widziałem, uśmiechnąłem się do Ann, która wydawała się być pogrążona we własnych myślach jeszcze bardziej niż zwykle, po czym z czystym sumieniem mogłem usiąść w swojej ławce i zabrać się za notowanie. Temat dzisiejszej lekcji- renesansowi angielscy poeci. Mogło być lepiej, ale hej, "serce miej otwarte dla wszystkich", jak mawiał Shakespeare. Nie chodziło mu pewnie o poszerzanie swoich zainteresowań, ale istotą literatury jest swobodna interpretacja, nie? Viva la littérature.
Podniosłem wzrok znad zeszytu, akurat gdy nauczycielka zatrzymała się przy mojej ławce. Uśmiechnęłęm się do niej grzecznie na co odpowiedziała tym samym, chociaż w dużo bardziej oszczędny sposób, jakby zdawała sobie sprawę o czym myślę - w tym pani Proudville potrafiła być przerażająco spostrzegawcza - i przeszła dalej, zostawiając mnie sam na sam z moimi notatkami.
Od schematu typowej lekcji odbiegł trochę incydent z Sam i z Mattem, którzy mieli nieszczęście zostać umieszczeni w Notesie Mroku. Dziewczyna miała chyba dzisiaj kiepski dzień- to już druga nauczycielka, której udało jej się podpaść w przeciągu czterech lekcji. Nienajgorszy wynik.
Chwilę później na mojej ławce wylądowała pomięta karteczka. Rozprostowałem ją, gdy pani Proudville się oddaliła, odczytując ze środka krótkie pytanie napisane zgrabnym, pochyłym pismem. Gdy odwróciłem głowę w stronę tylnich ławek, pomachała do mnie Nicole, z uśmiechem dając znać, że to od niej. Odpowiedziałem tym samym, zapisując na kartce "wampir. A Ty?" - w przeciągu nadchodzących dni będę to pewnie musiał powtarzać jeszcze przynajmniej tuzin razy - i odrzuciłem, gdy nauczycielka znów znalazła się po drugiej stronie klasy. Niecałe dziesięć sekund później dostałem odpowiedź. "Meduza ;)"


Zerknąłem mimowolnie przez ramię, unosząc brwi i przyglądając się mojej rozmówczyni, która błysnęła zębami w radosnym uśmiechu. Nie wiem czy jej wybór powinien mnie zaskoczyć czy nie; Nicole należała do tego rodzaju dziewczyn za którymi faceci oglądają się na korytarzach- długie nogi, talia jak u osy, sylwetka bogini - nic więc dziwnego, że od dawna była w szkolnej drużynie cheerleaderek. Biorąc pod uwagę piękno mitologicznej Meduzy, jej wybór był całkiem na miejscu; całość podkreślały ciemne, kręcone włosy, sięgające pośladków wbitych w ciasne jeansy. Wyobrażenie sobie wijących się na ich miejscu żmij nie było tak trudne, jakby mogło się wydawać.
Zanim zabrzmiał dzwonek wymieniliśmy jeszcze kilkanaście karteczek, korzystając z dobrej woli Ann, która starała się skupić całą uwagę pani Proudville na sobie. Na znajomy, wysoki dźwięk zamknąłem zeszyt i wrzuciłem go do torby. Jeżeli zaś chodzi o wypracowanie to chyba jako jedyny w całej klasie się tym nie przejąłem- ot, kolejny "artykuł" do napisania. Gorzej, że termin tak krótki, że będę się musiał za to zabrać już jutro, żeby wyrobić się na wtorek; niedziela odpadała z powodu balu na którym będę siedział do późna, a poniedziałek z powodu kaca, na który pewnie będę cierpiał od rana. Moje spojrzenie padło na Nicole, która mrugnęła do mnie z drzwi i zniknęła na korytarzu.
Cholera, można nawet będę miał szczęście obudzić się w nieswoim łóżku.
Głos pani Proudville wyrwał mnie z zamyślenia, przywołując do rzeczywistości ubranej w popielaty żakiet i spódnicę do kolana.
- Oczywiście, proszę pani. I tak planowałem wziąć aparat na bal. - odparłem zgodnie z prawdą na jej nieznoszącą sprzeciwu prośbę. Nie byłbym sobą, gdybym przepuścił taką okazję do artykułu jaką było Halloween. Opuściłem wraz z nauczycielką salę i skierowałem się w stronę stołówki, po drodze zabierając jedną ulotkę i robiąc zdjęcie rozdającym je dziewczynom, częściowo by wywołać uśmiech na ich twarzach, a częściowo by mieć zapas zdjęć do przyszłego artykułu.

Trzydzieści minut lunchu umknęło mi w zastraszającym tempie; usiadłem przy jednym z pojedynczych stolików, rozkładając przed sobą laptopa i próbując, chociaż wstępnie, uporządkować artykuły, które miałem u siebie. Nawet nie zauważyłem kiedy gotowy sandwich z bufetu, popijany jagodowym jogurtem z torby, zniknęły w moim żołądku, a w rogu pomieszczenia rozbrzmiał dzwonek na zajęcia. Pospiesznie wszystko schowałem i ruszyłem do sali, gdzie miała się odbyć następna lekcja.

Nawet pomimo faktu, że zajęcia ze sztuki były lekkie i przyjemne, po tych kilkudziesięciu minutach rozważania istoty kolorów i ich wpływu na postrzeganie obrazów oraz przedstawienie na płótnie emocji, poczułem, że drobne kleszcze zmęczenia powoli zaczynają zaciskać się na mojej głowie, opuszczając mi powieki. Próbowałem skupić się na temacie, spoglądając za okno i próbując dostosować teorię barw do widoku na zewnątrz. W jesiennych klimatach dominował brąz, żółć i czerwień, a także kolory pośrednie takie jak złoto czy ciemna pomarańcz. Brąz symbolizował codzienność i pokorę, żółć zdradę i fałszywość, czerwień namiętność i pasję... Czyli gdyby umieścic to na obrazie, albo zdjęciu to mielibyśmy... Codzienną, fałszywą namiętność, która kończy się zdradą? Miało to jakiś sens? Chyba, że...
Boże, jesień to zmęczona małżeństwem kobieta.
Chyba naprawdę byłem zmęczony, bo moje arcydowcipne spostrzeżenie wybitnie mnie rozbawiło, co odbiło się w cichym parsknięciu, które z siebie wydałem. Szczęśliwie nauczycielka była akurat po drugiej stronie sali i moja bezmyślna wesołość pozostała niezauważona.

Gdy nadeszła upragniona przerwa solidnie ziewnąłem bez skrępowania, zbierając swoje rzeczy i wychodząc na korytarz. Na minutę wstąpiłem do męskiej łazienki, żeby przepłukać twarz zimną wodą i trochę się rozbudzić, po czym już nieco bardziej ożywiony udałem się do sali gdzie miała odbyć się ostatnia lekcja - wiedza o kulturze i obyczajach.

Iii.... ta ram tam tam... Scott zdobywa pierwszego i jedynego dzisiaj plusa! Podczas zajęć wyrwało mi się, że Halloween wywodzi się z celtyckiego obrządku Samhain, i że ponad dwa tysiące lat temu w ten dzień żegnano lato, witano zimę oraz obchodzono święto zmarłych. Nauczycielowi musiał udzielić się klimat zbliżającego się weekendu, bo pozwolił mi kontynuować. Gdy dodałem, że Celtowie wierzyli, iż w ten dzień zacierała się granica między zaświatami, a światem ludzi żyjących, zaś duchom, zarówno złym jak i dobrym, łatwiej było się przedostać do świata żywych, dobrodusznie postawił mi wyczekiwany przez uczniów znaczek w dzienniku. Brawo Scott, niech żyje Scott.

Dzwonek zajęć zabrzmiał w moich uszach jak najsłodsza melodia, sprawiając, że na kilka minut zapomniałem o ostatnim czekającym mnie zadaniu. Dopiero, gdy chciałem zabrać swoje rzeczy z szafki, dotarło do mnie, że to nie koniec zajęć, więc zamiast zabrać, dorzuciłem kolejne podręczniki, pozostawiając w torbie tylko laptopa. Wziąłem jeszcze ostatni jogurt i popijając go bez pośpiechu, skierowałem się w stronę pracowni informatycznej.

Przeredagowanie gazetki i poukładanie artykułów było czystą formalnością- długą i żmudną, ale wciąż formalnością. Pani Proudville pojawiła się jak zwykle punktualnie, ale widać było, że typowa dla niej srogość, którą pokazywała na zajęciach, teraz gdzieś zniknęła. Od czasu do czasu rzucała mi za plecami jakąś uwagę odnośnie rozmieszczenia grafik czy wielkości czcionki danego tytułu, wszystko co posłusznie wykonywałem, czasami tylko dorzucając swoje trzy grosze.
Za oknem słońce powoli chyliło się ku horyzontowi, systematycznie grzebiąc moje plany porobienia zdjęć po zajęciach.
 
__________________
"I would say that was the cavalry, but I've never seen a line of horses crash into the battle field from outer space before."

Ostatnio edytowane przez Delta : 02-01-2011 o 00:40.
Delta jest offline  
Stary 02-01-2011, 21:23   #12
 
Baranio's Avatar
 
Przy klasie numer 115 znalazłem się krótko przed dzwonkiem, razem z innymi pospiesznie wszedłem do pedantycznej klasy, przy okazji witając się ze Scottem krótkim skinieniem głowy. Lekcja angielskiego była koszmarnie nudna, tak jak tego oczekiwałem. Mimo to próbowałem uważnie słuchać wykładu nauczycielki na temat renesansu angielskiej literatury i teatru, ale informacje o Szekspirze i jego dziełach notowałem bardziej mechanicznie niż ze zrozumieniem i po kilkudziesięciu minutach odetchnąłem z ulgą, gdy Proudville zaczęła dyskutować z resztą uczniów, gdzieś na drugim końcu sali.
- McFreud znowu wysłała mnie do Perkinsa - usłyszałem szept Sam za własnymi plecami - Ta kobieta mnie naprawdę nienawidzi.
- Przeskrobałaś coś konkretnego? - zapytałem bez nuty zdziwienia w głosie, a ona wskazała na własną koszulkę. - Poza tym dostało się też Scottowi. - Ta informacja lekko mnie zaskoczyła, uniosłem brwi, oczekując dalszych wyjaśnień.
- Chyba nie nosiliście jej we dwoje? - ironię w moim głosie wyczułoby nawet dziecko.
- Nie, w ogóle jej nie nosiliśmy. Zamiast do Perkinsa, trafiliśmy do męskiego kibla - odparowała, pogrywając ze mną. Poczułem lekkie ukłucie. Ukłucie czego? Zazdrości? - Po prostu coś powiedział o czarnym kolorze, McFreud to usłyszała i wysłała go zaraz za mną do pedagoga.
- Zostaliście recezentami jednej z jego nowych “powiesci”? - nasz szkolny pedagog słynął z 'zatrudniania' uczniów do oceniania jego wypocin. Nie mogło być to przyjemne i to był to jeden z powodów, dla których nie warto było trafiać do Perkinsa. Pomijając jego osobę, oczywiście.
- Lepiej - odparła Sam bez entuzjazmu.- Zostaliśmy jej bohaterami. Na dodatek przez cały czas DELIKATNIE sugerował, że razem tworzylibyśmy świetną parę na Halloweenowym balu. - Obróciłem się, spoglądając na Scotta. Był zajęty skrobaniem czegoś na skrawku papieru. Znowu napadło mnie to dość nieprzyjemne uczucie, które sprawiało, że w tym momencie niezbyt za Windenem przepadałem.
- To prawda, jeżeli tylko przebierzesz się za jakiegoś rozkładającego się trupa... - wypaliłem, uśmiechając się kwaśno. Takie zachowanie niezbyt do mnie pasowało. Ufałem Sam i może właśnie dlatego czułem się zazdrosny. Rzadko kto może cieszyć się moim zaufaniem. Cieszyć się? Co za narcystyczne określenie...
- Hm? - w jej czekoladowych oczach ujrzałem krztynę satysfakcji, ukrytą pod pytającym tonem. Przegrałem. Ale wcale nie było mi z tym źle - Czemu akurat rozkładający się trup? - dociekała.
- Nie wiem... tak mi przyszło do głowy... - powiedziałem, unikając dalszej rozmowy na ten temat. Proudville zmieniła rozmówcę na dziewczynę siedzącą nieopodal, więc zniżyłem ton głosu do szeptu. - Poza tym, nie oznajmiłaś jeszcze jako kto pojawisz się na balu, a mięso i świeża krew to coś, czego będę tej nocy pragnął - uśmiechnąłem się do niej w pewien charakterystyczny sposób, który uwielbiała.
- Zobaczysz na balu - odparła, również szeptem i wbiła we mnie wzrok. W klasie zrobiło się dziwnie cicho, przez co nie mogłem wydusić z siebie słowa i powoli spojrzałem do góry, ponad głowę Sam - prosto w oczy Proudville.
- Może panna Everett powie nam, dlaczego dzieła Shakespeare'a były rewolucją w angielskim teatrze? - Samantha nie wiedziała, co powiedzieć. Siedziała więc cicho, wręcz wyzywająco cicho, przez co po sekundzie nauczycielka odpowiedziała sama sobie i powtórzyła mi pytanie. Spojrzałem na nią ze zrezygnowaniem, obserwując jak skrupulatnie notuje uwagi w swoim zeszycie. Niezręczna cisza została przerwana przez dzwonek, który jednak nie powstrzymał Proudville od pewnego rodzaju zemsty. Świetnie, wypracowanie do napisania. Na tak beznadziejny temat i w tak cholernie krótkim czasie. Wyszedłem z sali zaraz za Sam, którą zaczepiła Caroline. Rozmawiały wraz z Ann na temat organizacji balu. Wysłuchałem ich dialogu, samemu się nie odzywając. Pożegnawszy się z dziewczynami, Samantha uśmiechnęła się do mnie i przytuliła się. Niecodzienne zachowanie. Lekko zaskoczony i skołowany po chwili odwzajemniłem uścisk. Sam potrzebowała czasem zaskoczyć, zrobić coś zarówno szalonego jak i zwyczajnie dziwnego. Chociaż jak przytulenie się do bliskiej osoby można traktować jako nienormalne? W jej przypadku - tak. Chociaż miałem nadzieję, przeczucie, że ta dziewczyna to zmieni, że nie jest jej z tym do końca dobrze i że powoli się tym męczy. Stała tak przez chwilę, wtulona we mnie, a ja pozwalałem znaleźć jej to ciche oparcie, bezpieczeństwo, których potrafiła się doszukać w tak prostym geście. Mimo lekkiego gwaru na korytarzu usłyszałem, jak telefon Sam wibruje w jej torbie. Z początku dziewczyna nic nie robiła, ale potem zdecydowała się odebrać rozmowę.
- Uh, przepraszam na chwilę- mruknęła i, odsunąwszy się na 'bezpieczną' odległość, spojrzała na wyświetlacz. Tym razem to ona wydawała się zaskoczona, a po kilku minutach rozmowy bezsprzecznie zbladła.
- Nathan wrócił. Wywalili go z uczelni – oznajmiła w odpowiedzi na mój pytający wzrok. Powiedziała to głosem, jakby nic się nie stało. Ot, zwyczajna drobnostka.
- Jak to? - spytałem niedowierzając. Nathan nie do końca był zżyty z rodziną. Napewno nie tak jak z książkami – dobry, porządny uczeń. Nie mogłem sobie wyobrazić powodu, dla którego wyrzucono go ze szkoły. Sam wzruszyła ramionami, zapewne samej się nad tym zastanawiając.
- Nie zamierzam się w to mieszać... póki co - dodała. - Dzisiaj i tak prędko do domu nie wrócę. Po lekcjach wpadnę do ciebie na trening.
- Przecież to twój brat... Nie wolisz w tym czasie wpaść do domu i dowiedzieć się, o co chodzi? – Wiedziałem, że wolała to zrobić. Wiedziałem również, że sama była tego świadoma, potrzebowała tylko, żeby ktoś inny powiedział to na głos, lekko zasugerował, a w razie potrzeby zmusił do podjęcia właściwej decyzji.
- Mój brat? W całym życiu zamienił ze mną może... kilka zdań? Nawet życzenia urodzinowe sobie darował. Poza tym słyszałam, że ojciec jest nieźle wkurzony. Nie zamierzam w takiej chwili wkraczać na teren królestwa Everettów. – opierała się i chwyciwszy mnie za rękę, pociągnęła ku stołówce, skąd dało wyczuć się mieszankę przyjemnych zapachów. Stwierdziwszy, że tak naprawdę Sam przejmuje się bardziej, niż to okazuje, ruszyłem za nią, postanawiając że porozmawiamu o tym, gdy do tego dojrzeje... lub dowie się więcej szczegółów. Przeciskaliśmy się przez zatłoczone korytarze w kierunku stołówki, a przy samym wejściu zostały nam wciśnięte dwie fioletowe kartki. Spojrzałem na jedną z nich.
- Obowiązkowe przebrania – przeczytałem na głos.
- Piekielne bestie i przerażające stwory? Kto redagował tą ulotkę - westchnęła Sam, zgniatając kartkę i wrzucając ją do kosza na śmieci. - Czy ja naprawdę jestem jakąś aspołeczną dziwaczką? - spytała ni stąd ni zowąd. Znowu. Udawałem przez chwilę, że myślę nad tym, co odpowiedzieć. Prawdę powiedziawszy, miałem wyrobioną opinię na ten temat, miałem nadzieję, że słuszną.
- Gdyby się tak zastanowić... - zacząłem powoli z uśmiechem, jednocześnie przytulając głowę dziewczyny do swojego ramienia - to nie do końca, ale to zależy tylko i wyłącznie od ciebie.
Samantha uśmiechnęła się z wdzięcznością. Ufała mi, tak jak ja ufałem jej.
Gdy weszliśmy na stołówkę, ta pękała w szwach. Szybko się rozejrzałem, dostrzegając nawet Scotta przy stoliku, wpatrującego się w laptopa i wystukującego coś na klawiaturze. Uśmiechnąłem się tylko i lustrowałem salę dalej, w poszukiwaniu wolnego miejsca dla mnie i Sam. Jakimś cudem znalazły się takowe. Cała przerwa minęła nam na rozmowie i jedzeniu lunchu. Zeszło nam się z tym dłużej niż większości uczniów. A gdy zostaliśmy sami, Sam spróbowała zaskoczyć mnie po raz kolejny – chwyciwszy moją bluzę, przyciągnęła do siebie i pocałowała. Myślę, że to jedna z tych cech, które w niej uwielbiałem – nieprzewidywalność. Odwzajemniłem pieszczotę i ciepło spojrzałem jej w oczy, uśmiechając się i przytulając do siebie, później ponownie całując. Dziewczyna zachowywała się dziwnie, nawet jak na nią. Nie martwiło mnie to zbytnio, była silna.
- Jeżeli martwisz się Nathanem, to wszystko będzie w porządku – moje słowa zapewnienia odbiły się echem od sali. Ten chłopak musiał umieć poradzić sobie z takim problemem. Przynajmniej tak go sobie wyobrażałem, przy okazji zastanawiając się, czy jest równie przyjaźnie nastawiony do obcych przedstawicieli płci męskiej w domu Everettów, jak jego brat. Zapewne przekonam się o tym, gdy go poznam. To jest, jeśli go poznam – trzeba pamiętać, że dom jest strzeżony przez wściekłego psa.
- Wiem, że będzie - odparła, wtulając się we mnie, na szczęście nie słysząc moich myśli, ale potwierdzając pierwszą ich część. - Martwię się jedynie o ojca - powiedziała szczerze, decydując się na wyznanie, co tak naprawdę ją trapi. - Po tym jak matka trafiła do psychiatryka jego nerwy to... Możesz sobie to wyobrazić...
- Szczerze mówiąc, to nie potrafię, ale spróbuję zrozumieć - przerwałem jej w pół słowa. Jej matka... nigdy jej nie spotkałem. Everettowie mieli w swoim życiu ciężki okres, spowodowany tym wydarzeniem. Nie wiedziałem, jak to jest, gdy rodzina zostaje rozbita, ale zapewne niedługo będę miał okazję się przekonać, jako że moja własna matka usilnie nad tym pracuje, spotykając się i kochając z innymi mężczyznami, gdy ojciec jest w pracy. Lub co gorsza sprowadzając ich do domu pod jego nieobecność.
- A Nathan... Nikt nigdy nie miał z nim kontaktu, prócz właśnie matki. Och, nieważne, nie będę cię zadręczać perypetiami rodziny Everettów. Chyba powinniśmy się zbierać na lekcje.
- Chyba powinniśmy - zgodziłem się. - I nie zadręczasz. Wydaje mi się, że to najlepszy moment, by nawiązać z nim bliższe kontakty, skoro nie udało się wam to do tej pory. No i nadarza się okazja, żebyś zerwała ze stereotypem twojej aspołecznej osobowości.
- Zastanowię się nad tym - odparła cicho i oboje ruszyliśmy na swoje lekcje.
Dla mnie ostatnia godzina wypełniona była wzorami redukcyjnymi. Matematyka upłynęła pod znakiem rozwiązywania przykładów, z których nie potrafiłem rozwiązać tylko kilku najtrudniejszych, być może dlatego, że słońce za oknem sali lekcyjnej zdawało się krzyczeć swoimi ciepłymi promieniami, że dzisiejszy trening odbędzie się na szkolnym boisku. Piłka nożna była sportem, który pokochałem dosyć niedawno. Wcześniejsze nieudane próby podjęcia kilku innych sportów, zapewniały mi niezłą kondycję a regularna gra pewną dozę techniki i doświadczenia, które nie były jeszcze jednak doskonałe. Jeszcze.
Krótko po matematyce znalazłem się w szatni, gdzie spotkałem Colina. Brunet z zadowoleniem potwierdził moje domysły, twierdząc, że trener chce nas dziś wykończyć na murawie. Przebrani w sportowe stroje dołączyliśmy do reszty chłopaków, prowadzących luźne rozmowy i ruszyliśmy na boisko. Podczas spaceru dała o sobie znać temperatura - krótkie spodenki sprawiły, że skórę niektórych z nas pokryła gęsia skórka. Rozgrzewka, mająca na celu rozgrzanie naszych organizmów i przygotowanie do dalszej części treningu, została więc przeprowadzona bardzo sprawnie. Po kilku minutach truchtu, wymachów, kroków dostawnych i skipów, byliśmy rozgrzani na tyle, żeby przejść do reszty ćwiczeń. Czas niezauważalnie biegł, tak jak biegaliśmy i my, z każdą minutą coraz bardziej zmęczeni. Piątkowe popołudnie wydawało się naszemu trenerowi doskonałą okazją do zmuszenia nas do morderczego biegania, celnych strzałów i dokładnych podań. Pod koniec drugiej godziny kazał nam rozstawić żółte talerzyki, mniej więcej co dwadzieścia metrów, w dwóch rzędach, zostawiając przy co drugim jednego chłopaka. Reszta miała ustawić się na samym początku. Ćwiczenie polegało na podaniu piłki do osoby stojącej przy najbliższym talerzyku i późniejszej próbie jej odebrania. Coś wręcz relaksującego po wcześniejszych godzinach. Około piątej trzydzieści trener ostatni raz dmuchnął w gwizdek.
- Dzięki! Na dziś koniec. Czyja to dziś kolej? - spojrzał na nas, zmęczonych, ale zadowolonych. - Twoja, panie Lewis. Odniesiesz sprzęt do hali?
- Jasne - zgodziłem się. Pożegnawszy się reszta drużyny powoli zaczęła wracać do szatni, niektórzy brawurowo zdjęli koszulki, żeby ochłodzić się po wyczerpującym treningu. Zacząłem zbierać talerzyki i piłki, gdy po chwili dołączył do mnie Colin, wykazując chęć pomocy. Nie mieliśmy wcześniej okazji zamienić zbyt wielu zdań. Korzystając więc z chwili, pogrążyliśmy się w rozmowie.
- Zauważyłeś może Sam gdzieś w pobliżu boiska? - spytałem, gdy wchodziliśmy z powrotem do budynku hali.
- Podczas treningu? Nie, nie było jej tam. Dlaczego?
- Miała na mnie czekać, ale widocznie uznała, że jednak nie może przyjść. Czeka mnie więc samotny spacer do domu.
- Chyba, że skorzystasz z jedynej w swoim rodzaju oferty - podwózki prosto pod drzwi. - spojrzał na mnie. - Decyzja.
- Pewnie - zgodziłem się. - Zaraz wrócę, odniosę tylko sprzęt na swoje miejsce - oznajmiłem, stwierdziwszy, że jest naprawdę sympatycznym kolesiem i skierowałem się do składzika. Brunet skinął głową i wyminąwszy się z kimś w drzwiach, wszedł do środka pomieszczenia.
 
__________________
.
Baranio jest offline  
Stary 04-01-2011, 18:45   #13
 
Endless's Avatar
 
Matt Lewis:


Sprzęt, który używaliście podczas treningu, należał do magazynu wewnątrz hali sportowej. Trener bardzo nie lubił, gdy odkładało się go na złe miejsce, toteż nie chcąc ryzykować krytyką z jego strony, ruszyłeś do wysokiego gmachu. Słońce dogorywało już, tonąc za horyzontem i oblewając wszystko ostatnimi, pomarańczowymi promieniami swej zdesperowanej chwały. Udałeś się na skróty, idąc ścieżką wydeptaną przez kolegów. Obciążał cię sprzęt i piłki w siatce, które targałeś za sobą. Nie spieszyłeś się więc, ale i tak zyskałeś na czasie wybierając tę ścieżkę. Stanąłeś przed ciężkimi, zamkniętymi drzwiami hali. Musiałeś odłożyć na moment sprzęt, aby móc je otworzyć. Pragnąc jak najszybciej pozbyć się tego kłopotliwego balastu, wszedłeś w ciemny korytarz, zastanawiając się też, czy Sam jest już w domu, czy jeszcze urzęduje w szkole.

Z chwilą, gdy postawiłeś stopę w zaciemnionym korytarzu, huknęły drzwi i oślepiła cię nagła zmiana. Wnętrze było oświetlone, jak gdyby na zewnątrz było niezwykle słoneczny południe. Zamrugałeś, osłaniając się przed światłem. Po krótkim męczeniu się z przyzwyczajeniem do jasności, zdumiony dokładnie przyjrzałeś się korytarzowi. Lampy nie były zapalone. Światło wpadało poprzez okna, rozjaśniając wnętrze budynku. Nawet z tych dwóch okien, które umieszczone były po obu stronach drzwi wejściowych. Wyjrzałeś przez jedno i twoim oczom ukazał się widok skąpanej w słońcu, zielonej trawy i imponujący gmach szkoły. Szarpnąłeś drzwi w przypływie lekkiej paniki, lecz nie chciały się otworzyć. Zrezygnowany, a przede wszystkim zagubiony, wziąłeś leżący sprzęt i ruszyłeś przed siebie. W hali gimnastycznej znajdowało się kilka sal oraz basen. Doskonale wiedziałeś, jak dojść do głównej hali, gdzie rozgrywały się wszystkie ważne rozgrywki szkolne i międzymiastowe - trzeba było skręcić w prawo na skrzyżowaniu i iść dalej, do końca krótszego korytarza. Idąc tak, mijałeś otwarte na oścież drzwi do małych klas, oświetlone złotymi promieniami dojrzałego słońca. Na prawdę nie miałeś pojęcia, co się działo, czy stało, czy... po prostu nagła zmiana była dla ciebie niewyjaśniona. Skręcając w korytarz, wiodący prosto do głównej sali, usłyszałeś dźwięki instrumentu. Rozpoznałeś w nich pianino lub fortepian. Białe drzwi do hali były uchylone, i to stamtąd dochodziła melodia. Nie miałeś zbytniego wyboru, aby dostać się do magazynku, i tak musiałeś tamtędy przejść. No i jeżeli ktoś tam był, to na pewno mogłeś się upewnić, czy nie masz żadnych złudzeń... chociaż to i tak niczego by nie wyjaśniło. Wszedłeś do środka i przywitał cię niezwykły widok.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=YfPE5t5fxzE[/MEDIA]

W centrum hali stał masywny fortepian stworzony z białego drewna, a przy nim siedziała długowłosa szatynka, grająca na tym starannie wykonanym instrumencie. Szedłeś dalej, idąc w stronę składzika i chcąc lub nie, zbliżałeś się do niespodziewanej muzykantki. Im bliżej byłeś, tym więcej szczegółów zauważałeś. Dziewczyna była w twoim wieku, może rok młodsza. Miała na sobie białą, lekką sukienkę z odsłoniętymi ramionami oraz z wycięciem na plecach, przykrytym jej długimi, czarnymi włosami, które układały się w spokojne fale. Dziewczyna miała zamknięte oczy, a bosą stopą wygrywała rytm na parkiecie. Jej smukłe dłonie biegały po klawiszach fortepianu, wygrywając piękną melodię. Słońce wydawało się być jej jedynym słuchaczem, zauroczonym przez jej palce, pieszczące klawisze instrumentu. Złoty okrąg wyglądający zza okien zsyłał na dziewczynę snop złotego światła, które przeplatało się w jej włosach, tańczyło na jej jasnej skórze i przenikało przez długie rzęsy. Wyglądała na artystkę, która żyje w doskonałej harmonii ze swoją muzyką, poruszając w jej rytmie swoim delikatnym, dziewczęcym ciałem. Słońce było jej kochankiem, opiekuńczo tulącym ją w swych ciepłych promieniach. Melodia stawała się coraz bardziej wyrazista, napełniała dziesiątkami różnych uczuć, hipnotyzowała, przywoływała przed oczy zachwycające krajobrazy szmaragdowych dolin, skąpanych w promieniach żegnającego je słońca. W samej dziewczynie było coś, co niezwykle pociągało i kusiło, wzbudzało pożądanie... a mimo to, jej drobna postać wydawała się całkowicie bezbronna, czysta, nieświadoma, jakby grzech jeszcze nie zdążył naznaczyć duszy osoby, która tworzyła tę niesamowitą pieśń. Czasami otwierała oczy, i mrużąc je, spoglądała na słońce zza swych rzęs. Jej dłonie ani przez chwilę się nie zatrzymywały, obdarowując świat i słońce cudowną melodią, będącą balsamem dla duszy, serca i ciała. Ta melodia i niesamowite piękno dziewczyny, sprawiały, iż każdy pragnąłby przytknąć swoje dłonie do jej jasnej cery.

Gdy melodia się skończyła, speszona dziewczyna spojrzała na ciebie i nim zdążyłeś coś powiedzieć, wybiegła z hali w wielkim pośpiechu. Westchnąłeś i poszedłeś już prosto do składziku. Otworzyłeś go kluczem trenera i odłożyłeś sprzęty. Kiedy wyszedłeś, znowu stanąłeś zaskoczony. Słońca już nie było, chowało się za horyzontem, zsyłając coraz to słabsze, pomarańczowe promienie. Zdawało się, iż wszystko wróciło do normy. Otrząsając się ze zmieszania, opuściłeś halę i w pośpiechu wróciłeś do szatni, skąd twoi koledzy dawno wyszli. Miałeś do swojej dyspozycji całą łazienkę, a na parkingu czekał na ciebie Collin.

Scott Winden:


Uporządkowywanie gazetki i nadawanie jej ostatecznego kształtu było żmudnym zajęciem, a w dodatku wykorzystując okazję, wraz z panią Proudville dokonywaliście drobnych poprawek i zmian w artykułach napisanych przez innych uczniów. Zajęło to stanowczo zbyt dużo czasu. Mniej więcej po godzinie 17, Proudville uznała, iż wszystko jest gotowe do druku. Nauczycielka wydała ci ostatnie polecenia, po czym odeszła do pokoju nauczycielskiego po swoje rzeczy i wróciła do domu swoim autem. Miałeś wydrukować jeden egzemplarz, oryginał, i przechować go do wtorku. Włączyłeś drukarkę i rozpocząłeś powolne drukowanie 35 stron numeru październikowego. Drukarka wydawała z siebie okrutne buczenie. Cóż, oznaczało to, iż czas najwyższy, aby szkoła zainwestowała w nowy sprzęt. Słońce nie było już wystarczająco jasne, aby pracować bez oświetlenia. Podszedłeś do włącznika światła, umieszczonym na ścianie przy drzwiach, ale nie włączyłeś go. Usłyszałeś dziwny dźwięk, na pewno nie była to drukarka, bowiem dobiegał on zza drzwi. Otworzyłeś je i zajrzałeś na ciemny korytarz trzeciego piętra budynku przedmiotów ścisłych. Nie było na nim nikogo, ale znów to usłyszałeś. Odgłos przypominał czyjś szloch i dochodził z głębi korytarza.

Timothy Scheungraber:


Dźwięk tłuczonego szkła i obudziłeś się z płytkiego snu. Ledwo rozbudzoną świadomością przyłapałeś się na tym, iż podskoczyłeś. Uspokoiwszy się nieco, rozejrzałeś się po swoim "królestwie". Było jasno, albo przynajmniej tak ci się zdawało, w każdym razie, widziałeś wszystko równie dobrze, jak za dnia, a światło było wyłączone. Komputery także. Nie zauważyłeś niczego podejrzanego i wstałeś. Gdy postawiłeś stopę na ziemi, zachrzęściło szkło. Spojrzałeś w dół i ujrzałeś walające się po podłodze kawałki szkła i wydobywającą się spod twojej stopy krew. Syknąłeś z bólu i opadłeś na krzesło. W stopie utkwił ci na całe (nie)szczęście mały kawałek ostrego szkła. Wyjąłeś go bez trudu, ale mimo jego małych rozmiarów, krew wydobywała się obficie. Ostrożnie obchodząc stłuczoną szklankę, podszedłeś do drzwi. Szarpnąłeś klamkę, ale nie chciała puścić. Szarpnąłeś drugi raz, z takim samym efektem. Wtedy spojrzałeś za okno. Niczego za nim nie widziałeś. Niczego prócz wiszącej w powietrzu, rdzawej mgły, tak gęstej, iż nie byłeś w stanie ujrzeć domu sąsiada, a nawet swojego ogródka. Nie miałeś pojęcia, czy to jakaś anomalia, czy złudzenie, a kiedy spojrzałeś na niebo, dostrzegłeś słabą plamę światła, za pewne słońce, leniwie przebijającą się przez gęstą mgłę. Musiałeś zająć się swoją raną, a do tego potrzebna była łazienka. Kuśtykając, znów spróbowałeś otworzyć drzwi. Tym razem ustąpiły, pozwalając ci wejść do niewielkiego, ciemnego pomieszczenia z drabiną na piętro drzwi. Schodząc po niej usłyszałeś sapanie śpiącego dziadka. Nie zważając na nie, opatrzyłeś w łazience swoją ranę. Kiedy skończyłeś wiązać bandaż, wszystko nagle zatrzęsło. Trzęsienie ziemi? W Fell's Tomb jak i całym stanie Washington nie było to częstym zjawiskiem. Wstrząsy targały posadami domu, wprawiając w drżenie wszystko, co nie było przytwierdzone do ścian lub podłogi. Z szafek i półek pozlatywały butelki, gąbki, kubki i inne przybory łazienkowe, aż w końcu się uspokoiło. Wtedy usłyszałeś krzyk dziadka, wołającego cię ze swojego pokoju.

Sam Everett:


Powrót Nathana do domu był z całą pewnością wstrząsającą nowiną, ale miało to też swoje plusy. Brat odwzajemnił twój uścisk, z równie silnym ciepłem. Sprawiał wrażenie bardzo zaskoczonego, ale chyba mieliście podobne odczucia względem swojej bliskości. Spędziłaś w jego towarzystwie kilka godzin, rozmawiając ze sobą, o tym co się stało, oraz o wielu innych rzeczach, nadrabiając zaległości w zaniedbanej więzi. Czas zdawał się upływać niepostrzeżenie, w tej nieczęstej w domu Everett'ów szczególnie ciepłej atmosferze. Dopiero krótkie zerknięcie na zegarek uświadomiło cię, iż czas najwyższy, aby wyjść na spotkanie z Caroline. Była 16.46, więc z boleścią przygotowałaś się do wyjścia i pożegnawszy się z bratem (obiecawszy powrót do rozmowy wieczorem) opuściłaś dom i z pośpiechem udałaś się do szkoły.

Ann Stevens i Sam Everett:


Kiedy Ann dotarła na miejsce, Caroline czekała przed bramą szkoły w towarzystwie dwóch dziewczyn, kończąc papierosa. Kiedy Ann podeszła, aby się z nimi przywitać, poczuła czekoladowy zapach aromatycznego tytoniu. Caroline była ubrana w beżowy płaszcz sięgający bioder, pod który nałożyła granatową bluzkę. Jej dżinsowe spodnie i skórzana torba zdawały się być doskonałym dopełnieniem tej jak zwykle eleganckiej dziewczyny.
- Muszę przyznać, że jestem bardzo podekscytowana tym balem. Dawno nie mieliśmy takiej oficjalnej zabawy, dlatego chciałabym, żeby wystrój był wystrzałowy. - powiedziała. Niestety mamy do dyspozycji tylko to, co przygotowała szkoła, ale myślę, że to wystarczy.

Niedługo dotarła Sam, obrzucając nieprzyjaznym wzrokiem jedną z dziewczyn, która stała przy Caroline. No tak... Była to Martine Strider, wysoka, szczupła brunetka, obrzucająca wszystkich pogardliwym spojrzeniem. Nikt jej nie lubił w szkole, oprócz Kate Moss, czarnoskórej dziewczyny, która była drugą obcą osobą. W przeciwieństwie do swojej koleżanki była o wiele bardziej sympatyczniejsza i można było z całą pewnością powiedzieć, że jest na prawdę w porządku. Wiele osób dziwi się, dlaczego ta zadaje się z taką zimną suką, jaką jest Martine. Jakakolwiek byłaby ich reputacja, obie dziewczyny od zawsze były odpowiedzialne za wystrój szkoły na różne uroczystości, stąd też ich obecność.


- Dobrze moje panie. Skoro już wszystkie jesteśmy, przejdźmy do rzeczy. Zacznijmy najpierw od hali...
Caroline obróciła się i przeszła przez bramę, prowadząc za sobą do hali czwórkę dziewczyn. Słońce powoli znikało za horyzontem...
 
__________________
Come on Angel, come and cry; it's time for you to die....
Endless jest offline  
Stary 12-01-2011, 23:28   #14
 
Cold's Avatar
 
Czwórka dziewcząt, w tym także i ja, podążała za swoją przewodniczką bez najmniejszych śladów entuzjazmu, bądź ukrywając go. Tuż za Caroline, niczym maszyna krocząca imperium, maszerowała dumna Martine Strider z Kate przy swoim boku. Dziewczyna szła wyprostowana, zdecydowanie wykorzystując swoje długie nogi do tego zadania. Czasami tylko zdawała się zerkać dyskretnie za siebie, na mnie i Ann. To, że sytuacja była wyjątkowo napięta, było bardzo odczuwalne. Nawet Kate Moss, zawsze gadatliwa i pełna optymizmu, tym razem szła w milczeniu.Kate miała swoje, dosyć infantylne moim zdaniem, ale jednak, powody dla których wręcz nie cierpiała mnie – a to z prostego powodu. Według niej to ja odbiłam jej Matta, w którym była (a może i nadal jest?) szaleńczo zakochana. A przynajmniej takie zasłyszałam gdzieś plotki. Przewodnicząca samorządu wreszcie stanęła w miejscu, i idące zaraz za nią Kate i Martine, omal nie zderzyły się z nią, uwięzione myślami gdzieś daleko.
- Przepraszamy... - powiedziała zatroskana Kate, a ja jedynie podniosłam jedną brew. No tak, liczba mnoga, jak mogłam się tego nie spodziewać?
- Nic się nie stało - odparła Caroline, uśmiechając się i potrząsając głową.
Organizatorka tego nieszczęsnego spotkania wkroczyła na jeden z trzech stopniu przy wejściu do hali gimnastycznej, po czym obróciła się do nas przodem.
- Zaczynamy - wydusiła z siebie, wyraźnie przejęta i podniecona swoim zadaniem. Szkoda tylko, że jej wielki entuzjazm nie działał na wszystkich. A przynajmniej zdawał się omijać mnie szerokim łukiem.
Znów się obróciła i pokonała dystans dzielący ją od dwuczęściowych drzwi na halę. Materiał ich wykonania nie był istotny, ale zawsze był problem z ich otwarciem, z powodu ich sporej masy. Caroline podołała jednak temu i wkrótce białe drzwi uległy, otwierając przed nami wejście do ciemnego korytarza. Fenster weszła bez obaw, przyciskając włącznik światła. Wszystkie lampy zabuczały, po czym jak jeden mąż zaczęły się zapalać, wpierw migając a później coraz bardziej jaśniejąc.
- "Numer jeden" na mojej liście to dekoracja korytarza - wyznała przewodnicząca, zagłębiając się w budynku hali.
Stanęła przy pierwszym z dwóch skrzyżowań korytarzy, obracając się na piętach.
- Serpentyny, wstążki, czy światełka... - powiedziała unosząc ramiona.
Spojrzałam na nią i przewróciłam oczami. Byłam gotowa na wiele, lecz wizja spędzenia wieczoru z dziewczynami, dla których problemem wagi państwowej jest dylemat pomiędzy serpentynami a światełkami, zaczynała doprowadzać mnie do frustracji.
- Ciężki wybór - powiedziałam, siląc się na miły ton głosu, choć ta krótka wypowiedź aż kipiała od ironii.
- Hmm... - Caroline chwyciła w palce swoją brodę. - Ann, podejdź tu. No śmiało - zwróciła się do Stevens. - Co o tym myślisz? Może zmodyfikowana wersja świątecznych lampek?
Wtedy Ann, jakby wyrwana z głębokiego zamyślenia, wyszła przed szereg.
- A może i wszystko i nic? - wypaliła od razu. - To znaczy, same lampki to mało. Ma być Halloween, ma być bal. Lampki, najlepiej czerwone, mogłyby być przysłonięte. Wstążki lub coś w tym stylu też - Machnęła ręką trochę chaotycznie, pokazując sufit. - Ale postrzępione, zwisające z góry. A światełek część bym dała stałych, część migających. Powoli. Mdli mnie jak jest szybko.
Fenster potakiwała głową, przyłączając się do wizji Ann. Ja natomiast stałam i przyglądałam się im. Czy je naprawdę to kręciło?
- Czerwone lampki we wszystkich korytarzach... - powiedziała, wyciągając z torby notes i długopis. - Czerwone lampki stałe we wszystkich korytarzach - powtórzyła. - Migające możemy wykorzystać do wskazania drogi na halę, gdzie będzie główna część imprezy. Doskonale! - powiedziała z radością. Ale ale... Sam, znasz się na elektronice... Myślisz, że nie będzie problemu z podłączeniem tego? W każdym korytarzu są co najmniej trzy gniazdka... ale czy kabel wystarczy?
- A skąd pomysł, że się znam na elektronice? - rzuciłam obojętnie, krzyżując ręce na piersi. Zostałam wyrwana z zamyślenia i wcale mi się to nie podobało. Wolałabym być w zupełnie innym miejscu. Chociażby w domu, by móc w końcu porozmawiać z bratem. Poza tym był jeszcze Matt, który prawdopodobnie jeszcze siedział na treningu. Na myśl o swoim chłopaku, spojrzałam w stronę Kate, mimowolnie uśmiechając się kącikami ust.
- Masz to wypisane na twarzy - powiedziała Ann radośnie, na co odpowiedziałam jedynie wymownym spojrzeniem.- W razie czego mogę pogadać z opiekunką kółka teatralnego, nie zjedzą mnie raczej za podkradnięcie rozgałęzienia.
- Oh, chodzi o to, że pracujesz w rozgłośni... pomyślałam, że możesz mieć już jakieś doświadczenie ze szkolną elektroniką - wyjaśniła Caroline. Czerwone i czarne wstęgi wiszące na kablach! Jak ściekająca krew i kawałki mięsa! - nagły pomysł Caroline został uwieczniony w jej notatniku.-
- Nad korytarzem jeszcze pomyślimy, ale teraz chodźmy na halę. Tam będzie więcej roboty...
Kiedy dotarłyśmy do ciemnej hali, Caroline włączyła kolejne oświetlenie, powoli rozjaśniające mroki sali gimnastycznej.
- Ookej... burza mózgów!
- Um... Miło było, ale okazuje się, że muszę się wcześniej urwać - skłamałam, postanowiwszy spędzić ten wieczór w nieco innym towarzystwie. Może jeszcze udałoby jej się złapać Matta gdzieś przed szkołą? - Poradzicie sobie beze mnie... z pewnością - dodałam po chwili, po czym zaczęłam się zbierać do wyjścia.
- Ale on też tu przyjdzie... - głos Caroline zmienił barwę w połowie zdania, na bardziej łagodny, dziewczęcy.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=lyvvV1ommeI[/MEDIA]

Obróciłam się zaskoczona, a to, co ujrzałam, wprawiło mnie w jeszcze większy szok.
Hala gimnastyczna na moich oczach zaczęła się zmieniać. Części sufitu opadły w niektórych miejscach na parkiet, z ścian odchodziły płaty farby, sprzęt pozostawiony na niej gniótł się i pojawił w zupełnie innych miejscach. W ścianach ziały sporej wielkości otwory. Ze wszystkich dziur i szczelin do środka sączyło się pomarańczowo-złote światło, ujawniające wszędobylski kurz, dryfujący w powietrzu i rzucając światło na jedno wielkie gruzowisko, którym stało się te miejsce. W wielu miejscach na zniszczonym podłożu znajdywały się spore kałuże, zasilane kroplami wody, skapującej z żelaznych belek rozwalonego dachu. W miejscu, gdzie stała Caroline, znajdował się mały stosik gruzu, opadniętego z sufitu, a na nim siedziała czarnowłosa dziewczyna, w śnieżno-białej sukni. Była piękna... taka delikatna...
- On też tu przyjdzie. - powiedziała łagodnie, zeskakując na pokryty gruzem parkiet.
Stanęłam jak słup soli, próbując pozbyć się mimowolnego uczucia niepokoju. Rozejrzałam się pośpiesznie, mrugając kilkakrotnie oczami, jakby to było tylko przewidzenie. Na usta cisnęło się tylko jedno: Co do cholery...?!
Zwróciłam swój wzrok ku czarnowłosej dziewczynie. Co ona właściwie tu robiła? Skąd się wzięła?
- Kto tu przyjdzie? Kim ty jesteś? I... gdzie jesteśmy? - ostatnie pytanie zadałam nieco niepewnie. Sama nie do końca wierzyłam w to, co się właśnie wydarzyło. Poczułam się jak główna bohaterka jednej z gier opowiadających o Cichym Wzgórzu. Dlaczego w ogóle tak się czułam? Czy w ogóle powinnam zastanawiać się nad tym, czy to się dzieje naprawdę?
Dziewczyna była zbyt daleko, abym mogła rozpoznać jej twarz. Ale pomimo tego, było w niej coś znajomego... niepokojąco znajomego... Dziewczyna zachichotała i ostrożnie stawiając stopy na gruzach, zaczęła iść w moim kierunku.
- Matt. On też tu jest. Prawda? Tu, z tobą. Ale jeszcze go nie ma. A będzie.
- O czym ty, do cholery, mówisz? - rzuciłam, przyglądając się, jak dziewczyna powoli zbliża się do mnie. Nie, nie zamierzałam jeszcze działać jak typowa bohaterka horrorów klasy B. Najpierw musiałam się czegoś dowiedzieć. Co z tym wspólnego miał Matthew? Czy to był jakiś głupi żart? Jeśli tak, to nie trafiony. Nie bałam się odpadającej płatami farby ze ścian i tandetnego wystroju wnętrz oraz dziewczyny w długich czarnych włosach, jak z filmu o dziewczynce, która wychodziła z telewizora.
Szatynka zatrzymała się niecałe pięć metrów przede mną.
- Żart? To nie jest żart. To jest rzeczywistość. Taka MOŻE BYĆ rzeczywistość, wiesz? Ale twoja taka nie jest. Przecież znasz to miejsce. Rozejrzyj się wokół siebie. Czy żartem jest rozpadający się budynek? Śmierć i zniszczenie? Tego chciałaś... - wzruszyła ramionami, uśmiechając się.
To miejsce... nawet pora dnia była inna, o czym stanowiły złote fale, wlewające się przez otwory w suficie, ścianach i wybitych oknach.
- To koszmar - stwierdziła dziewczyna. - Możesz się bać.
- Ja tego chciałam? - powtórzyłam pytająco Sam, cofając mimowolnie jedną nogę do tyłu. Zaczynałam coraz bardziej wątpić w moją poczytalność.
- Nie uciekniesz.
Nagle poczułam łaskoczący szept w uchu i chłodny dotyk palców dziewczyny, która w jakiś sposób znalazła się tuż za moimi plecami. Wyskoczyłam do przodu, a dziewczyna zaśmiała się, puszczając mnie ze swego wątłego uścisku.
Zatrzymałam się i spojrzałam za siebie. To była chora sytuacja, musiałam to przyznać. Ale nie zamierzałam się bać. Nie mogłam na to pozwolić, bo o to najwidoczniej chodziło tej dziewczynie. A przynajmniej tak mi się wydawało.
- Co miałaś na myśli, mówiąc, że tego chciałam?! - rzuciłam bardziej odważnie, choć czułam jak serce prawie wyrywa się z klatki piersiowej.
I wtedy... wszystko stało się jasne.
- Chciałaś wiedzieć, jak to jest po drugiej stronie lustra...
Ta dziewczyna... jej twarz... identyczna jak moja. Gdyby nie jej długie włosy, byłaby idealnym klonem. Dziwne, że nie zauważyłam tego wcześniej. Jakbym sama się jeszcze nie poznała... albo nie poznała osoby, którą widuję w lustrze. Na widok mojej miny, druga Everret uśmiechnęła się szyderczo, przymrużając oczy.
- To... To nie... - wyszeptałam jedynie, wpatrując się w swoje drugie 'ja'. Słowa grzęzły mi w gardle, nie chcąc przejść dalej. Stałam tak z rozchylonymi wargami, a w oczach malowało się coś pomiędzy zdziwieniem a przerażeniem. Choć może 'przerażenie' to zbyt mocne słowo. Czy naprawdę znalazłam się po drugiej stronie lustra? Czy tak właśnie wyglądał ten świat? Czy to właśnie tworzyło się po zetknięciu dwóch zwierciadeł?
- A czego ty chcesz? - spytałam po chwili, zupełnie spokojnie. Nie wiedziałam skąd ten nagły spokój u mnie. Może było to wywołane tym, ze zdałam sobie sprawę z tego, z kim tak naprawdę rozmawiam?
Coś w jej oczach błysnęło i szybko zgasło.
- Pytasz mnie, czego ja chcę? To oczywiste. Ale czy to w twojej mocy? Jeśli tak, to zrób coś z tym miejscem. Nie chcę, żeby tak wyglądało... Ale czy masz tyle siły? Czeka cię naprawdę wielkie wyzwanie... To co widzisz, to jedynie zapowiedź porażki. Przedsmak tego, co się stanie, gdy nie podołasz.
- Nie podołam czemu? - zapytałam, chcąc dowiedzieć się jak najwięcej.
Druga Sam wzruszyła ramionami, po czym obróciła się i ruszyła w kierunku stosu gruzu, leżącego przy ścianie hali, po którym można było się wspiąć i wyjrzeć przez wielki otwór. Dziewczyna szła powoli, nucąc tylko sobie znaną melodię. Muzykę szaleństwa.
Prawdziwa, jeśli tak można powiedzieć, ja ruszyłam powoli za samą sobą.
- Rozejrzyj się. Nim będzie za późno.
Nagle znów zaczęły nawiedzać mnie myśli o ośrodku dla obłąkanych, o kaftanach, o czterech ścianach bez okien i drzwi, o swojej matce. Czy czasem nie szłam właśnie śladami swojej rodzicielki? Powoli krocząc ku szaleństwu?
Gdy tylko dotarły do mnie słowa mojego drugiego 'ja', automatycznie wykonałam jej polecenie. Sama nie wiedziałam dlaczego, ale tak właśnie zrobiłam. Starałam się zapamiętać każdy, nawet najdrobniejszy szczegół tego obskurnego, absurdalnego pomieszczenia.
- Za późno na co?
- Na to, żeby mieć nadzieję - alternatywna ja dotarła do kupy gruzów i rozpoczęła wspinaczkę na jej szczyt. W jej połowie westchnęła głośno.
- W tym miejscu dzieje się coś złego. Albo te miejsce z natury jest złe... W każdym razie... stanie się coś, co wszystko zmieni.
- Masz na myśli salę gimnastyczną? - Stanęłam u podnóża kupki gruzów i spojrzałam w górę, na alternatywną siebie. Pytanie było głupie, acz zadałam je automatycznie. Wciąż ciężko było mi pojąć to, że znalazłam się nagle w takim miejscu. Chociaż już nie próbowałam niczemu zaprzeczać. Jeśli to był sen, obudzę się rano i o wszystkim zapomnę. Jeśli nie, to albo zwariowałam, albo działo się coś dziwnego. - Mówiłaś coś o śmierci, o zniszczeniu. Co to wszystko ma wspólnego ze mną? Dlaczego wspomniałaś o Matthew? Czy on... Czy on też tutaj jest? - spytałam, a ton mojego głosu zabrzmiał niepewnie. Skarciłam się za to w myślach.
Dziewczyna w ciszy dotarła na wierzchołek góry gruzu, gdzie stanęła na prostych nogach, spoglądając przez dziurę. Złote światło oświetlało jej ciało, kiedy ta wpatrywała się w jakiś punkt.
- On tu był już. A może dopiero będzie? To też jego dotyczy. Was wszystkich. - powiedziała, odwracając się do mnie.
- Nie rozumiem - odparłam szczerze.
- Ja też. To po prostu się stanie. Czy tego chcesz, czy nie chcecie. To wszystko przez tę sukę!
- O kim ty mówisz?
- O tej kurwie! Ta... - urwała nie dokończywszy swojej kwestii, panicznym wzrokiem przebiegając po suficie.
Wtedy wszystko znów zaczęło się zmieniać. Budynek, jak i wszystko inne, zaczęło się topić, i skapywać na ziemię.
- Mamy mało czasu...! Ono chce mi przerwać... ! - krzyczała.
- Halloween. To się stanie w Halloween! Ta cała pokurwiona schiza!-
Na ziemię spływały pozostałości zrujnowanej hali, odkrywając inny, ukryty obraz hali, w której przed chwilą znajdowała się Sam.
- Księga! Kiedy to się zacznie... szukajmy księgi! - klon zaczął się panicznie rozglądać wokoło.
- Halloween? Księga? Co chce ci przerwać? Co się dzieje?! - krzyknęłam, patrząc jak potężne płaty ścian i sufitu spływały na ziemię.
Dziewczyna spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczyma.
- Za późno... pamiętaj, Księga! - krzyknęła.
Gdy gruzy pod jej nogami zaczęły się topić, długowłosa ja posiniała, a na jej szyi pojawiły się ciemne siniaki, podobnego koloru co pierścienie wokół jej martwych oczu. Martwe ciało klona zniknęło w wszechobecnej brei, która wsiąknąwszy w ziemię, postawiła mnie przed Caroline i pozostałymi dziewczynami.
- Sam? Wszystko w porządku? Sam? Sam?? - dopytywała się Caroline
- Co? Gdzie ja... - Rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu swojego klona, lecz na marne. Wszystko powróciło do normy, a przynajmniej do stanu, jaki większość uznaje za normalny. Spojrzałam na Caroline, jakby chcąc się upewnić, czy to aby na pewno ta Caroline. - Nie... Czuję się dobrze.
- Nie wyglądasz dobrze. Może faktycznie powinnaś wrócić do domu. Potrzebujesz, żeby ktoś cię odprowadził?
- Nie, dzięki. Matt... On chyba powinien tutaj jeszcze być... - W głowie odbijały się echem słowa alternatywnej Sam, dotyczące właśnie Lewisa. Uśmiechnęłam się blado do dziewczyn, po czym ruszyłam w stronę wyjścia z hali. - Na razie - rzuciłam jeszcze przed opuszczeniem pomieszczenia.
Gdy tylko wyszłam na świeże powietrze, od razu zrobiło mi się lepiej. Musiałam się nad tym wszystkim zastanowić. Najwidoczniej tylko ja byłam świadkiem dziwnej przemiany hali gimnastycznej oraz tylko ja widziałam alternatywną wersję samej siebie. To nie było nic normalnego. Ale też nie mogłam stwierdzić, że było nieprawdziwe. Byłam tam, wszystko było takie rzeczywiste.
„Kochana matko,
jeśli właśnie to przekazałaś mi w genach,
to dziękuję ci bardzo.
Ty jebana suko, gnij w męczarniach”.
Wyobraziłam sobie siebie piszącą list do matki. A właściwie krótką notkę z serdecznymi podziękowaniami za chorobę psychiczną.
Gdy tylko dotarłam do domu, zignorowałam swoich braci. Nie mogłam z nimi w takim momencie rozmawiać. Musiałam sobie to wszystko poukładać w głowie. I wtedy zadzwonił Matt. Co dziwne, jego głos w słuchawce szybko mnie uspokoił. To było miłe uczucie. Udało mi się zapomnieć o tym dziwnym zdarzeniu, ale nie na długo...
 
__________________
Jaka, sądzisz, jest biblia cygańska?
Niepisana, wędrowna, wróżebna.
Naszeptała ją babom noc srebrna,
Naświetliła luna świętojańska.

Ostatnio edytowane przez Cold : 13-01-2011 o 00:06.
Cold jest offline  
Stary 13-01-2011, 00:07   #15
 
Baranio's Avatar
 
Szatnia była pusta i cicha, a ulatniający się zapach męskich dezodorantów i na wpół wyschnięte wodne kałuże na zielonych kafelkach świadczyły o tym, że reszta drużyny dawno już stąd wyszya. Ściągnąłem z siebie strój i chwyciwszy puszysty ręcznik, ruszyłem pod prysznice. Odkręciłem kurek z gorącą wodą i po chwili jej szum zagłuszył piękną melodię graną przez nieznajomą dziewczynę, ciągle dźwięczącą mi w uszach. Jej postać znów stanęła mi przed oczami, smukłe dłonie delikatnie wygrywające subtelne dźwięki, fale czarnych włosów, spokojnie opadających na plecy, skąpanych w złotym świetle słońca. Podniosłem głowę, pozwalając strugom lać się wprost na moją twarz. Próbowałem wyrzucić prześladujący mnie obraz z mojego umysłu, mimo iż uczucie, które we mnie wywoływał było przyjemne, ale jednocześnie i nieokreślone. Zacząłem się zastanawiać, kim w ogóle była artystka i co robiła o tej porze w szkole, grając na fortepianie, na boso. Postanowiłem się tego dowiedzieć. Jej twarz nie wydawała się znajoma... chociaż być może?...
Po głębszym zastanowieniu, irracjonalność uczuć, jakie wywołała we mnie ta sytuacja, zrzuciłem na zmęczenie po kilkugodzinnym, wyczerpującym treningu. Ochłonąwszy troszeczkę, zakręciłem wodę, sięgnąłem po ręcznik i, opasawszy go w biodrach, wyszedłem spod prysznica.

Collin wyraźnie już zniecierpliwiony czekał na mnie w swoim samochodzie, jednym z nielicznych znajdujących się o tej porze na szkolnym parkingu, zwykle wypełnionego po brzegi uczniowskimi autami.
- Przepraszam... długo czekasz? - zapytałem, siadając na miejscu pasażera. Brunet spojrzał na mnie i odpalił samochód, a radio zaczęło grać jakieś rockowe kawałki.
- Szczerze mówiąc, to miałem już sprawdzać, co się z tobą dzieje, ale postanowiłem dać ci jeszcze chwilę prywatności.
- Miałem... małe problemy z... otworzeniem składzika - skłamałem. Nie miałem ochoty opisywać dziwnego w moim odczuciu spotkania. Słońce znikło już prawie całkowicie, strzelając ostatnimi, czerwonymi promieniami, które przedzierały się przez pożółkłe liście drzew. Po kilku minutach jazdy, wypełnionej monologiem Collina, znalazłem się pod własnym domem.
- Chłopaki chcieli wyskoczyć później na piwo, dołączysz do nas? - zaproponował kierowca, gdy już miałem wysiadać z auta.
- Nie, dzięki. Jestem cholernie zmęczony, dzisiaj sobie odpuszczę. – odmówiłem. Mimo iż nieczęsto bawię się z nimi, to tego wieczora naprawdę nie mialem na to ochoty. - Dzięki za podwiezienie. Narazie.
- No cześć! – zatrzasnąłem drzwi i odprowadziłem wzrokiem odjeżdzający samochód. Spojrzałem na podjazd – był pusty, co oznaczało, że ojciec nie wrócił jeszcze z pracy. Dom wydawał się cichy, jakby nikt w nim nie mieszkał. Podszedłem do frontowych drzwi i nacisnałem klamkę, chwilę później cicho zakląłem. Nikogo nie było w środku, a moje kieszenie wolne były od ciężaru kluczy, które zostawiłem rano na biurku. Próbowałem zadzwonić do matki, ale po kilku minutach stwierdziłem, że nie warto tracić na to czasu. Lily dzisiejszy wieczór miała spędzić u przyjaciółki... Wybrałem więc numer Sam i nacisnąłem zieloną słuchawkę, po trzech sygnałach usłyszałem jej głos.
- Halo? - spytała.
- Hej. - odpowiedziałem - Nie znajdziesz może schronienia dla bezdomnego wilkołaka? Zaczyna mi być chłodno...
- Jak to bezdomnego?
- Zapomniałem kluczy do domu, do matki się nie mogę dodzwonić, ojciec jest w pracy, a Lily na imprezie...
- Normalnie zaprosiłabym cię do rozgłośni, gdzie ominąłbyś cerbera. - Tutaj dało się usłyszeć powstrzymywany chichot. - Wpadnij do mnie. Postaram się pozbyć Davida.
- Co masz zamiar z nim zrobić? - zapytałem, idąc już w kierunku domu Sam.
- Em... Jeszcze nie wpadłam na żaden genialny plan, więc przygotuj się na spotkanie trzeciego stopnia - odparła, a ja cicho westchnąłem.
- OK, będę za parę minut, w razie czego, przemycisz mnie w torbie. Do zobaczenia
Samantha w odpowiedzi zaśmiała się do słuchawki. Wolnym krokiem po raz drugi dzisiejszego dnia przeszedłem tę samą drogę. Każdy podmuch chłodnego wiatru utwierdzał mnie w przekonaniu, że się przeziębię.
Stanąwszy przed domem mojej dziewczyny, lekko zapukałem do drzwi, a potem odsunąłem się na bezpieczną odległość, w obawie przed zamaszystym otwarciem drzwi, jak to mieli w zwyczaju robić Everettowie. Klamka zadrgała. I wbrew moim oczekiwaniom drzwi drzwi zaczęły uchylać się powoli, skrzypiąc złowieszczo. Po chwili ukazała się sylwetka rosłego brata Sam - Davida, pogromcy chłopaków swojej młodszej siostry.
Spojrzał swoimi zielonymi oczami na mnie, skrzyżował swoje umięśnione ręce na piersi i oparł się bokiem o framugę drzwi.
- Czego? - rzucił szorstkim, męskim głosem.
- Em... zastałem Sam? - zapytałem, a mój głos musiał brzieć doś niepewnie.
- Sam? Aaaach, więc to ty jesteś ten, jak ci tam było... - mruknął, udając, że się zastanawia.
- Matthew - dokończyłem za niego - taak, to ja.
- Taaa... - burknął w odpowiedzi, ponownie mierząc mnie spojrzeniem. - Po co przyszedłeś?- Ogłupiały wpatrywałem się w starszego brata Sam, kryjąc zdziwienie i nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć na tak oczywiste pytanie.
- Żeby zapłodnić twoją młodszą siostrę. Będziesz wujkiem! - Nagle zza Davida przybyła z odsieczą Samantha. Złapała mnie za rękaw kurtki i wciągnęła do środka. Spojrzałem na nią, a mój wzrok mówił niewiele więcej niż ‘miało go tu nie być’ i zacząłem zdejmować buty.
David zamknął drzwi, zlustrował mnie podejrzliwie, po czym wyminął nas i ruszył do salonu. Po chwili dało się usłyszeć transmisję meczu futbolowego. I, sądząc po przekleństwach Davida, drużyna, której kibicował, przegrywała.
- Nie udało mi się go namówić, żeby poszedł z Nathanem na piwo - szepnęła Sam, kiedy ściągnąłem drugiego buta i odstawiłem go obok pierwszego.
Zanim jednak zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, przez hol przeszedł wysoki, szczupły mężczyzna. Ubrany był w ciemne dżinsy i czarny t-shirt. Nie był z pewnością postury swojego starszego brata, lecz miał wyraźnie zarysowane mięśnie.
Przystanął na chwilę, kiedy zauważył nieznajomą osobę w holu. Spojrzał pytająco na Sam, a jego wąskie usta wygięły się w lekkim uśmiechu. Widać było, że przyszło mu to z lekkim trudem, aczkolwiek był to szczery uśmiech. Miał zmęczoną twarz. Wyglądał, jakby nie przespał ani jednej minuty ostatniego tygodnia.
- A to właśnie... mój brat Nathan. Nathan, to mój chłopak Matt - powiedziała Sam. Łatwo było wyczuć jej zmieszanie. Uśmiechnęła się niemrawo, ja natomiast wymieniłem z nim uścisk dłoni. Nathan wyglądał na sympatycznego i czułem, że gdybym spotkał go w innym czasie i innych okolicznościach, na pewno nie miałbym problemów z dogadaniem się z nim.
- Miło nareszcie cię poznać – powiedziałem, patrząc młodszemu z braci Sam w oczy poprzez szkła okularów. Ledwo dostrzegłem zielony kolor tęczówki, być może z powodu ciemności panującej w holu, a być może dlatego, że źrenice Nathana były bardzo rozszerzone.
- Wzajemnie. Szczególnie, jeśli zważy się na fakt, iż nieczęsto miewałem okazje do poznania osoby, w której moja młodsza siostra ulokowała swoje uczucia - odparł. Każde jego słowo wydawało się być doskonale przemyślane, nawet jeśli tak nie było. Miał przyjemny dla ucha ton głosu, który nie ociekał nienawiścią, w odróżnieniu od Davida.
Samantha, mimo iż rzadko jej się to zdarzało, zaczerwieniła się na twarzy, to też odwróciła wzrok w zupełnie inną stronę. Jej zachowanie troszeczkę mnie rozbawiło, dlatego zachichotałem w duchu.
- Mam nadzieję, że teraz będą same dobre okazje, żeby się poznać - przyznałem, będąc ciągniętym przez dziewczynę po schodach na górne piętro, gdzie każdy z Everettów posiadał swoją sypialnię.
- Przepraszam cię - powiedziała, gdy w końcu znaleźliśmy się za drzwiami jej pokoju. - Myślałam, że jakoś się uda wyminąć Davida i Nathana, ale... No, już trudno. Żyjesz.
- Ciekawe, czy wyjść będzie równie łatwo... - zastanawiałem się na głos, siadając na łóżku i opierając się o ścianę. Westchnąłem lekko. - Jak spotkanie z Caroline i resztą?
- Nijak. Prawie w nim nie uczestniczyłam - odparła, wzruszając ramionami. - Zaraz po rozpoczęciu wyszłam stamtąd.
- Dlaczego? - spytałem, jak zwykle w takich sytuacjach, podnosząc jedną brew.
- To dosyć... głupie - powiedziała, przeczesując włosy dłonią. Wyglądała na zakłopotaną.
- Co takiego zrobiłaś? - uśmiechnąłem się, czekając na dokładniejsze wyjaśnienia.
- Nic nie zrobiłam. - Usiadła obok mnie. - Przyszlam na spotkanie, ale kiedy usłyszałam wielkie rozwodzenie się nad serpentynami, poddałam się.
- Nie lubisz serpentyn? - zapytałem retorycznie. - A co z... Nathanem? I gdzie jest twój ojciec?
- Nie wiem gdzie jest ojciec. Widziałam go dzisiaj jedynie w progu, kiedy wychodził wkurzony na Nathana. Ja też zostałam w to wciągnięta, mimo że sprawa mnie nie dotyczy. Bo wiesz, Nathan na studiach wpadł w złe towarzystwo, zaczął ćpać, potem doszedł do tego handel... Aż w końcu dowiedzieli się o tym i go wywalili. Wcześniej został aresztowany i takie tam. I ojciec oczywiście do dzisiaj nie wybaczył mi mojego... byłego - spojrzała na mnie niepewnie. Musiała dziwnie się czuć, mówiąc tak otwarcie o tym wszystkim. - I tej sprawy z narkotykami i dzisiaj znowu o tym wspomniał. Tak po krótce przedstawia się ta cała sprawa. - Przytuliłem ją, próbując pocieszyć i pozwalając na krótką chwilę ciszy.
- Będzie dobrze - wyszeptałem. - Ja za to nie mam pojęcia, gdzie jest moja matka. A raczej u kogo...
- Znowu gdzieś poszła? - spytała Sam, odwzajemniając uścisk.
- Tak, ale pewnie wróci... nad ranem. Nie wiem, czy ona sobie zdaje sprawę z tego, jak bardzo krzywdzi mojego ojca... Idziesz dziś do rozgłośni? - próbowałem zmienić temat.
- Nie, dzisiaj John tam siedzi. - John był znajomym Davida, właścicielem rozgłośni, w której pracowała Sam.
- Może to i lepiej... mamy więcej czasu dla siebie – ucieszyłem się, a chwilę później przypomniałem sobie o dziwnym spotkaniu zaraz po treningu. Po krótce opisał Sam, co wydarzyło się, gdy odnosiłem sprzęt, w większości skupiając się na nieznajomej dziewczynie.
- Wiesz przypadkiem, kto to może być?
Samantha odsunęła się ode mnie. W jej oczach malowało się coś dziwnego. Nigdy dotąd tak na mnie nie patrzyła. Co wyrażała jej twarz? Zaskoczenie? Strach?
- To... To mogłam być ja - odparła cicho, wbijając wzrok w swoje stopy. - Choć niekoniecznie... - Przez chwilę nie mogłem nic powiedzieć, próbując zrozumieć sens jej słów.
- Jak to? Nie rozumiem... - to przecież nie mogła być Sam, poznałbym ją.
- Posłuchaj... Dzisiaj, podczas spotkania z Caroline... wydarzyło się coś, czego nie jestem w stanie do końca wytłumaczyć. - Podniosła wzrok i ponownie na mnie spojrzała. Teraz dopiero dało się zauważyć, że w jej oczach malowało się swego rodzaju zagubienie. - Matthew... Boję się, że skończę jak moja matka. - Po jej policzku spłynęła samotna łza, którą otarłem zanim zdążyła dopłynąć do jej brody.
- Nie skończysz... To nie mogłaś być ty... Co się w ogóle wydarzyło? Byłaś na boso? Umiesz grać na pianinie? - nie czułem się dobrze ani komfortowo zadając te pytania, miałen wrażenie, że zadaje ich zbyt wiele. Nie rozumiałem, dlaczego je zadaję, to było absurdalne.
- To nie chodzi o to, że to byłam ja... Prawdziwa ja. To w ogóle nie musiałam być ja, ale... Zastanawiałeś się kiedyś, co tak naprawdę znajduje się po drugiej stronie lustra? Czy osoba, którą codziennie widujesz ma jakieś uczucia? Czy rzeczywiście jest tobą czy może to zupełnie ktoś inny, twoje przeciwieństwo? - spytała zupełnie poważnie. Jej pytanie sprawiło, że pomyślałem swoim dzisiejszym poranku - przeglądałem się w lustrze, ale nigdy nie zastanawiałem się nad tym, czy odbicie lustrzane posiada takie same uczucia jak ja, czy w ogóle je posiada i czy tak naprawdę jest mną.
- W przyrodzie rzeczy będące swoimi odbiciami lustrzanymi, nie są identyczne. Na przykład niektóre związki chemiczne... Te, które są swoimi odbiciami lustrzanymi różnią się tylko jedną cechą, ale nie są sobie przeciwne... Dlaczego mnie o to pytasz? Odbicie w lustrze to odbicie w lustrze, ono nie ma uczuć...
- Nieważne... - odparła cicho, kładąc się na boku, tyłem do mnie.
- Dlaczego o to pytasz? - powtórzyłem pytanie, ignorując jej zniechęcenie.
- Nie zrozumiesz - powiedziała, wpatrując się w swoją dłoń.
- Nie wszystko muszę rozumieć, ale o wszystkim chcę usłyszeć... Wchodząc do hali, miałem wrażenie, jakby słońce skupiło całą swoją uwagę na mnie. A raczej na tej dziewczynie i jej melodii, tak jakby... Ona grała dla słońca, a ono było jej wiernym i jedynym słuchaczem. To dziwne... i pewnie głupie, ale gdy skończyła grać, słońce zaszło za horyzont... Wszystko wróciło do normy... Jeżeli to byłaś ty... - właściwie nie wiedziałem, co powiedzieć, nie bardzo wierząc w jej słowa. Nie mógłem zaakceptować tego, że ową szatynką była właśnie Sam. Dlaczego uciekła? I dlaczego do cholery była na boso? Ale dziewczynie leżącej obok niego, zadałen tylko pierwsze pytanie.
- To nie byłam ja. Przynajmniej nie ta ja, z którą teraz rozmawiasz. - Odwróciła głowę w moją stronę. - Pytałam o lustro, o odbicie, bo podczas spotkania z Caroline nagle znalazłam się... Wszystko wokół zaczęło się zmieniać. Stałam ciągle w tej samej hali sportowej, ale była... Zupełnie inna. Jakby wyciągnięta z horroru. Farba ze ścian zaczęła odpadać płatami, nawet sufit wręcz kapał na ziemię. I stałam tam wraz z dziewczyną o długich czarnych włosach, w białej sukience. Gdy tylko do mnie podeszła, okazała się być mną. Moim lustrzanym odbiciem, a według jej słów znalazłam się po drugiej stronie lustra... - Dziewczyna westchnęła. - Nieważne, zapomnijmy o tym... To przez to, że Nathan tak nagle wrócił, ojciec... To musiało być to. Przewidzenie. - Podsumowała, lecz jej słowom brakowało przekonania. Patrzyłem się jej w oczy, próbując ukryć narastający we mnie niepokój. Jej historia była niemożliwa, jest po prostu... szalona.
- Tak, zapewne tak... Nie wzięłaś przypadkiem niczego od Nathana? - zapytałem, mimo iż nie wierzyłem, żeby Sam była teraz do tego zdolna. Ale przezorny zawsze ubezpieczony.
Dziewczyna podniosła się do pozycji siedzącej. Miałem żałować zadanego pytania.
- Co? - spytała, podnosząc jedną brew. - Tak, przed pójściem do szkoły poszliśmy w dwójkę do kuchni i naszprycowaliśmy się jakimś świnstwem, żeby było nam weselej. A teraz wybacz, muszę wciągnąć kolejną działkę - warknęła, wstając i ruszając ku drzwiom, ale złapałem ją za rękę i pociągnąłem tak, że dziewczyna wylądowała na mnie. Jej czekoladowe oczy znalazły się tuż przy moich. Czułem jej ciepły oddech na twarzy.
- Dobrze, dobrze, przepraszam... Nie powinienem był. Też jestem cholernie zmęczony po dzisiejszym treningu.
- Może chcesz troszkę maryśki na rozluźnienie? - gdzieś w środku mnie niebezpiecznie poruszyło się sumienie.
- Chętnie... - zacząłem. - Okej, nie gniewaj się już... - krytyczny wzrok Sam zmusił mnie jednak do innego zakończenia zdania. - Tak w ogóle, to czy Nathan planuje zrobić coś z... zaistniałą sytuacją? - martwiłem się.
- Nie wiem. Na razie zostanie tutaj, znajdzie pracę... Ojciec kiedyś przestanie mu to wypominać.
- Mam nadzieję... będzie mu ciężej z wyrzu... - w tym momencie w moich spodnaich zaczął wibrować telefon. Wydłubałem go z kieszeni i spojrzałem na wyświetlacz. Dzwonił ojciec, pytał się, gdzie jestem. Odpowiedziałem mu, że niedługo wrócę i się rozłączyłem, patrząc na Sam.
- Powinienem się niedługo zbierać. - powiedziałem. - Nie chcę cię zostawiać samej - przyznałem, przytulając Sam.
- Dam sobie radę - odparła. - Odprowadzę cię do drzwi.- zaśmiałem się cicho i poszedłem za Sam. Davida albo znudził mecz i zasnął, albo komplenie nie był zainteresowany moim wyjściem. Nathana również nigdzie nie było. Założywszy kurtkę, pocałowałem sam i przytuliłem na pożegnanie. Będzie jej teraz bardzo ciężko, pomyślałem, wychodząc.
Na zewnątrz było już całkiem chłodno, dlatego przyspieszyłem kroku. Przez całą drogę zastanawiałem się nad tym, co wydarzyło się po treningu, co właściwie widziałem i słyszałem. I kogo. Nie mogłem przestać martwić się o Sam, o jej dziwny stan... Miałem nadzieje, że te przywidzenia naprawdę były spowodowane zmęczeniem i stresem. A jeśli nie?...
W domu, mimo obecności ojca, ciągle było cicho. Zastałem go śpiącego na kanapie przy włączonym telewizorze. Spojrzałem na niego. Z wiecznie zmęczonej, nieogolonej twarzy był podobny do mnie, albo raczej ja do niego. Jego zarost powoli zmieniał kolor na biały, podobnie jak włosy. Staruszek co jakiś czas pochrapywał. Postanowiwszy go nie budzić, przykryłem go tylko kocem, a sam poszedłem do kuchni. W momencie, w którym zobaczyłem lodówkę, mój brzuch wydał głośny pomruk. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak głodny jestem. Na jednej z półek lodówki znalazłem talerz, na którym w spokoju czekał na mnie ryż z kurczakiem w sosie curry, oraz kartka zapisana zgrabnym pismem Lily.
Moja młodsza o dwa lata siostra stała się gospodynią tego domu, od kiedy nasza matka praktycznie się z niego wyprowadziła. Przynajmniej duchem. Nie rozumiałem, dlaczego nasi rodzice męczą się, będąc ze sobą w związku. Teoretycznym związku. Prawdopodobnie dla 'naszego dobra'.
Po kilku minutach spędzonych w mikrofalówce, kurczak znów był ciepły i nadawał się do szybkiego skonsumowania. Chwyciwszy widelec, ruszyłem do własnego pokoju. Usiadłem przy biurku, przed komputerem. Postanowiłem odpisać na maila Davidowi mojemu jedynemu, jak do tej pory, prawdziwemu przyjacielowi. Po krótce streściłem mu parę poprzednich dni, skupiając się na wydarzeniach z ostatnich paru godzin, dzieląc się również obawami na temat Sam. Żałowałem, że David studiował zbyt daleko, by bywać w Fell's Tomb w każdy weekend.
 
__________________
.
Baranio jest offline  
Stary 13-01-2011, 00:53   #16
 
Gratisowa kawka's Avatar
 
Candle 1

Czwórka dziewcząt, w tym ja, podążała za swoją przewodniczką bez najmniejszych śladów entuzjazmu, bądź ukrywając go. Tuż za Caroline, niczym maszyna krocząca imperium, maszerowała dumna Martine Strider z Kate przy swoim boku. Dziewczyna szła wyprostowana, zdecydowanie wykorzystując swoje długie nogi do tego zadania. Czasami tylko zdawała się zerkać dyskretnie za siebie, na idące z tyłu Sam i mnie. To, że sytuacja jest wyjątkowo napięta, było bardzo odczuwalne, z czego zdawała sobie sprawę przyjaciółka Martine. Kate, zazwyczaj żywa, gadatliwa i beztroska, teraz sprawiała wrażenie poddenerwowanej, albo przejmującej się czymś. Nic dziwnego... Kate miała swoje, dosyć infantylne, ale jednak, powody dla których wręcz nie cierpiała Sam - choćby to, że Sam odbiła jej Matt'a, którym dziewczyna była szczerze zainteresowana. Przewodnicząca samorządu wreszcie stanęła w miejscu, i idące zaraz za nią Kate i Martine, omal nie zderzyły się z nią, uwięzione myślami gdzieś daleko.
- Przepraszamy... - powiedziała zatroskana Kate.
- Nic się nie stało. - odparła Caroline, uśmiechając się i potrząsając głową.
Organizatorka tego nieszczęsnego spotkania wkroczyła na jeden z trzech stopniu przy wejściu do hali gimnastycznej, po czym obróciła się do nas, bardzo, bardzo okazując swoje emocje.
- Zaczynamy. - wydusiła z siebie, wyraźnie przejęta i podniecona swoim zadaniem.
Znów się obróciła i pokonała dystans dzielący ją od dwuczęściowych drzwi na halę. Materiał ich wykonania nie był istotny, ale zawsze był problem z ich otwarciem, z powodu ich sporej masy. Caroline podołała jednak temu i wkrótce białe drzwi uległy, otwierając przed nami wejście do ciemnego korytarza. Fenster weszła bez obaw, przyciskając włącznik światła. Wszystkie lampy zabuczały, po czym jak jeden mąż zaczęły się zapalać, wpierw migając a później coraz bardziej jaśniejąc.
- "Numer jeden" na mojej liście to dekoracja korytarza. - wyznała pani przewodnicząca, zagłębiając się w budynku hali.
Stanęła przy pierwszym z dwóch skrzyżowań korytarzy, obracając się na piętach.
- Serpentyny, wstążki, czy światełka... - powiedziała unosząc ramiona.
Samantha spojrzała na dziewczynę i przewróciła oczami. Była gotowa na wiele, lecz wizja spędzenia wieczoru z dziewczynami, dla których problemem wagi państwowej jest dylemat pomiędzy serpentynami a światełkami, zaczynała doprowadzać ją do frustracji.
- Ciężki wybór - powiedziała, siląc się na miły ton głosu, choć jej krótka wypowiedź aż kipiała od ironii.
Zauważyłam, że oczy Samanthy były niezwykle wywrotne gdyż dziewczyna nierzadko nimi przewracała. W myślach nawet postanowiłam, że będę sobie notować kolejne przypadki i sprawdzę czy działo się częściej to czy też przypomnienia o wybraniu swojej przyszłości w wykonaniu nauczycieli, ale... te drzwi sprawiły, że zupełnie mi to wyleciało z głowy. Ot, przypomniało mi się o nich i przeszedł mnie lekki dreszcz.
- Hmm... - Caroline chwyciła w palce swoją brodę. - Ann, podejdź tu. No śmiało. - zwróciła się do mojej osoby. - Co o tym myślisz? Może zmodyfikowana wersja świątecznych lampek?
W tym momencie wróciłam niejako do rzeczywistości, wystąpiłam przed szereg i też podrapałam się po brodzie. A to był fajny gest.
- A może i wszystko i nic? - wypaliłam od razu. - To znaczy, same lampki to mało. Ma być Halloween, ma być bal. Lampki, najlepiej czerwone, mogłyby być przysłonięte. Wstążki lub coś w tym stylu też - Machnęłam ręką trochę chaotycznie, pokazując sufit. - Ale postrzępione, zwisające z góry. A światełek część bym dała stałych, część migających. Powoli. Mdli mnie jak jest szybko.
Fenster potakiwała głową, widziałam w jej oczach, że czaiła bazę.
- Czerwone lampki we wszystkich korytarzach... - powiedziała, wyciągając z torby notes i długopis. - Czerwone lampki stałe we wszystkich korytarzach. - powtórzyła. - Migające możemy wykorzystać to wskazania drogi na halę, gdzie będzie główna część imprezy. Doskonale! - powiedziała z radością. - Ale ale... Sam, znasz się na elektronice... Myślisz, że nie będzie problemu z podłączeniem tego? W każdym korytarzu są co najmniej trzy gniazdka... ale czy kabel wystarczy?
- A skąd pomysł, że się znam na elektronice? - rzuciła obojętnie Samantha, krzyżując ręce na piersi. Najwyraźniej wyrwanie z zamyślenia nad smakiem pasztetu czy inną równie ważną sprawą jej nie odpowiadało. No i pewnie wolałaby zgłębiać strukturę tej specyficznej pieczonej mielonki w zaciszu własnego domu, czy coś... W końcu chyba Everett pomyślała o swym mężczyźnie bowiem spojrzała w stronę Kate, mimowolnie uśmiechając się kącikami ust w ramach triumfu jaki odniosła. Nigdy nie zrozumiem kobiet.
- Masz to wypisane na twarzy – powiedziałam więc radośnie w kierunku dziewczyny, na co ona odpowiedziała jedynie wymownym spojrzeniem.- W razie czego mogę pogadać z opiekunką kółka teatralnego, nie zjedzą mnie raczej za podkradnięcie rozgałęzienia.
- Oh, chodzi o to, że pracujesz w rozgłośni... pomyślałam, że możesz mieć już jakieś doświadczenie ze szkolną elektroniką. - wyjaśniła Caroline. - Czerwone i czarne wstęgi wiszące na kablach! Jak ściekająca krew i kawałki mięsa! - nagły pomysł Caroline został uwieczniony w jej notatniku.
- Nad korytarzem jeszcze pomyślimy, ale teraz chodźmy na halę. Tam będzie więcej roboty...

Kiedy dotarłyśmy do ciemnej hali, Caroline włączyła kolejne oświetlenie, powoli rozjaśniające mroki sali gimnastycznej. Kroki dziewcząt pobrzmiewały echem na tej wielkiej przestrzeni.
- Ookej... burza mózgów!
- Um... Miło było, ale okazuje się, że muszę się wcześniej urwać - rzuciła Sam, postanowiwszy spędzić ten wieczór w nieco innym towarzystwie. Na przykład swojej własnej zajebistości. - Poradzicie sobie beze mnie... z pewnością - dodała po chwili, po czym zaczęła się zbierać do wyjścia. W myślach ją wsparłam ("może zaczną rozmawiać więcej niż dwie osoby") a jednocześnie wypomniałam sobie jednostronny sarkazm choć zewnętrznie tym razem to właśnie ja przewróciłam oczami, idealnie naśladując styl dziewczyny.
- Tak szybko? - odparła zaskoczona Caroline, obracając się na piętach i spoglądając na Sam.
Ta odwróciła się i odwzajemniła spojrzenie, ale było ono puste, a sama dziewczyna nic nie powiedziała.
- Wszystko w porządku? - zapytała Caroline.
Everett nie odpowiadała. Nawet nie drgnęła.
- Sam? - Caroline ponowiła pytanie, nie uzyskawszy jakiejkolwiek odpowiedzi. - Sam?
Nagle dziewczyna otrząsnęła się, jakby ze snu i czym prędzej wybiegła z sali. Po tym zdarzeniu przewodnicząca samorządu wstrząsnęła ramionami i powróciła do zajęcia.
- Podium ustawimy... no właśnie, gdzie? Możemy je ustawić na przeciwko trybunów - wskazała ścianę na przeciwko wejścia do hali. - Lub tam, na końcu hali.
Spojrzałam do góry, następnie na boki, oceniając w myślach oświetlenie. Kiwnęłam lekko głową raczej do siebie niż do nich, zamyślona, po czym pstryknęłam w palce i wskazałam ścianę.
- Na samym końcu hali jest słabsze oświetlenie. Tak czy inaczej przy podium przydałby się jakiś dodatek, ale można dociągnąć po bokach lampy. Z drugiej strony, wtedy cała rozrywka będzie się skupiać tu... a ta końcówka pozostanie z lekka opustoszała...
Podrapała się po głowie.
- Chyba, że macie jeszcze dodatkowe plany, jak nie to myślałabym nad makietą czy czymś w tym stylu.
Caroline odnotowała chyba moje słowa bo kiwnęła głową.
- Moglibyśmy ustawić tam stoły z jedzeniem i piciem. To wystarczy, żeby zapełnić tamtą stronę? Chociaż... Tak! Mam pomysł! Przewiesimy kurtynę odgradzającą tamtą część z tą, a w niej zrobimy małe przejście. Za kurtyną będą stoły z żarciem i tak dalej, i dodatkowo wciśniemy tam świrów z klubu fanów horrorów. Prosili mnie o własny zakątek, do stworzenia sali grozy... niech tam straszą! - klasnęła.
- Ale co z oświetleniem? - zagadnęła Martine, której odejście Sam sprawiło wyraźną ulgę. Wręcz słyszałam to wewnętrzne westchnienie sygnalizujące, że można z lekka rozluźnić przeponę i mięśnie brzucha.
- Nie możemy mieć włączonego głównego oświetlenia. To jest Halloween, musi być strasznie i nastrojowo. - dodała Kate.
- Moglibyśmy wykorzystać jakieś elementy ze starej dekoracji... - Caroline miała tu ciężki orzech do zgryzienia.
- Teatralne ma część reflektorów stałych, część można przenieść. To po pierwsze. Po drugie, porobi się lampiony w miejscach, które nie będą potrzebować na gwałt silnego oświetlenia. Nie wiem, przy stołach, horrory niech myślą same nad oświetleniem, w niekoniecznie zapełnionych rogach sali...
- W magazynach mamy jeszcze jakieś pozostałości po dawnych imprezach. Włączając w to wszelkie wiszące i stojące dziwadła... Ale z lampami masz rację Ann. To świetny pomysł. - dodała kolejną adnotację do notesu.
- Inna rzecz, że w hali jest wysoki sufit. Albo więc lampiony będą wisieć bardziej po bokach, albo w niektórych miejscach zrobić oświetlenie na podłodze. Ma ktoś z was takie przenośne reflektory ogrodowe? Walnęłoby się przy wejściu, za parawanem...

Candle 2

I jakby to był perfidny pech, zgasło oświetlenie, zatapiając salę w mroku, który był nie do rozproszenia przez zachodzące światło. Ktoś pisnął ze strachu, najpewniej Kate lub Martine.
- Spokojnie... to pewnie dozorca zgasił światło. - Caroline odezwała się uspokajająco, włączając latarkę w komórce. - Pójdę je włączyć. Poczekajcie chwilę.
Dziewczyna ruszyła w kierunku wyjścia, i zniknęła w nim. Zrobiło się nagle bardzo cicho, mrok zdawał się pochłaniać wszystkie dźwięki w swoim obrębie. Dopiero brzęczenie zapalających się lamp, przerwało ten przeklęty stan, ale gdy ciemność zniknęła, Martine i Kate nigdzie nie było. Nawet Caroline nie wracała.
Dla mnie to absolutnie wystarczyło. Ciężko westchnęłam, zebrałam się w sobie, warknęłam coś pod ich adresem i pospiesznym krokiem skierowałam się ku wyjściu, uznawszy, że pomyślę nad tym gdy już znajdzie się na zewnątrz. To chyba tylko moja wyobraźnia, ale dziewczynie nagle wydało mi się, że w sali zrobiło się strasznie duszno. Drzwi zamknęły się z hukiem przed moim nosem, nieomal nieźle go gruchocząc. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, ściany i sufit hali wydawał się roztapiać i skapywać na parkiet hali. Każda breja na deskach odrywała obraz dawnej hali, ukazując mi zupełnie nową jej wersję - ponurą, zniszczoną halę, skąpaną w ciemnoszarym świetle, przytłumionym przez mgłę. Hala gimnastyczna wyglądała jak jeden z tych opustoszałych magazynów, które były częstą tematyką słabych horrorów. Bo dziwnej brei nie było żadnych śladów, nie licząc licznych kupek gruzu i poniszczonych sprzętów. Zarówno sufit jak i ściany, były podziurawione na wzór sera szwajcarskiego, w nieco koszmarnej scenerii. Po zrujnowanej sali rozchodził się jęk wiatru. Drzwi, które się zamknęły, teraz stały otworem...
Najpierw krzyknęłam, potem przywarłam plecami do drzwi, obracając się szybko, potem zesztywniałam, obserwując obraz. Przez dobrą chwilę tak stałam, zupełnie nieruchoma, wpatrując się w krajobraz. Umysł gorączkowo szukał jakiegoś logicznego wyjaśnienia, aż wreszcie je znalazł.
- Fuck - warknęłam pod nosem, uznawszy właśnie, że ktoś mnie potraktował jakimś psychotropem. No, ale skoro już byłam na fazie... lepiej się nie ruszać. Jeszcze nieumyślnie na coś wpadnę (nie chodzi o pomysł, nie potrzebowałam dragów aby być pomysłową). Postanowiłam więc opierać się o drzwi... o kur, były otwarte...
Wywaliłam się na ziemię, wstałam, otrzepałam się i tak sobie stanęłam. Ot, poczekam aż stracę przytomność czy coś. Narkotyki to nie gra komputerowa. Kur, kur, kur. Utrata przytomności byłaby o wiele łagodniejszym losem - tak mogłam stwierdzić, kiedy ujrzałam korytarz zrujnowanego gmachu. Tak jak i sala, w wielu miejscach miał ubytki, przez które można było przedostać się do małych klas. Pomimo porażającej pustki i jęku wiatru, sprawiał wrażenie bezpiecznego, a przynajmniej prawdziwego. Skoro był tak baardzo prawdziwy, powinnam chyba nim iść czy... nie, nie ruszam się. Zamiast tego więc, nie z nudów a z przezorności, obserwowałam sposób odmalowania korytarza, ubytki, jak wyglądały - miałam nadzieję, że uda mi się ocenić czy to taki sam styl jaki znałam, czy może to stan przeszły, szkoła sprzed parudziesięciu lat... no i skąd ubytki. Czy to wiek który rozsypał mur, czy też jakieś eksplozje, uderzenia, może trzęsienie ziemi... Pociągnęłam jeszcze nosem, sprawdzając jak pachniało powietrze. Wilgoć, może pył, może raczej kurz czy też jeszcze coś innego. Chociaż - skoro już przyjęłam, że wszystko było odrealnione, równie dobrze mogłabym poczuć prażoną kukurydzę. Nieważne. Każda wskazówka powinna być przydatna.
Powietrze przesycone było wilgocią i stęchlizną, a korytarz wyglądał na zrujnowany przez upływ czasu i akty wandalizmu w wykonaniu znudzonej młodzieży. Na łuszczących się ścianach nie było jednak żadnych malunków, czy graffiti o tym świadczących. Cokolwiek się stało, wyglądałby jakby Czas zdecydował się zabrać mnie w podróż ze sobą...

Candle 3

Z plastycznego punktu widzenia to było fascynujące. Zrujnowany korytarz, kompletnie zatęchły, farba odchodząca od ścian, które pewnie za mocniejszym uderzeniem łomu rozsypią się w proch... feerię barw budowały odcienie szarości, przeplatające się jedna z drugą i przyćmiewające wszystkie intensywniejsze kolory. Ostrą kropką wśród tego krajobrazu była absolutnie niepasująca tu, nowa, niezniszczona Ann, o pobłyskujących przez chwilę od artystycznej fascynacji oczach. Ta jednak szybko ustąpiła niepewności. To wszystko było naprawdę nietypowe. Ale jednocześnie takie... statyczne. Nic mnie nie goniło, dostrzegałam źródła światła, które były stałe i nieruchome, pył spokojnie grał w powietrzu, które utknęło przed laty w zastoju. Fantastyczne w swej istocie. Ten budynek odkrywał moją cichą pasję - miasta-widma, plamki, zdarzające się od czasu do czasu na mapie USA i które bardzo chciałam zobaczyć gdy byłam młodsza. To jednak tym bardziej sprawiało, że łatwiej mi było wmawiać sobie, że to wszystko to tylko sen lub skutek jakiegoś głupiego nabuzowania, które ktoś zechciał mi zapewnić. W kontekście cichej i kojącej samotności zaczęłam się jednak zastanawiać, czy mam bluźnić, czy ograniczyć się do cichego "uau". Uczyniłam jeden próbny krok na korytarz i zatrzymałam się, wciąż obserwując otoczenie. Spostrzegawczość miałam słabą, ale może dostrzegę jakiś ruch, w razie czego... poza własnym. Nic się jednak nie zmieniło. Ciszę mąciły jedynie odgłosy jęczącego powietrza, nasycające zrójnowaną budowlę lekką mgiełką. Korytarz zdawał się zachęcać do wejścia, dawał niemą obietnicę bezpieczeństwa. A, jak powszechnie wiadomo, takie obietnice bywały złudne. Gdy jednak minęła chwila i wróciła mi dopasowana już do absurdu sytuacji racjonalność, powoli, spokojnie ruszyłam korytarzem, stawiając ostrożne kroki i w myślach podśpiewując. Wszystko to aby odpędzić od siebie strach. Ale jednocześnie moje najgorsze mary były jak najbardziej realne, a w coś takiego... na nogach trzymał mnie własny sceptycyzm. Nawet się z niego cieszyłam, pozwalał mi bowiem w spokoju podziwiać nieruchomą mgiełkę, światło i wsłuchiwać się w jęk wiatru, w którym jedynym odstępstwem był dźwięk moich własnych kroków, dziwnie wyostrzonych przez ogólnie ciche otoczenie. Przemierzałam groteskowy korytarz, z cichą nadzieją na jakąkolwiek rezolucję. Jednak zdawał się on ciągnąć o wiele dalej, niż był robił to w rzeczywistości – tak zauważyłam po jakimś czasie. Żadnego skrzyżowania nie było, tylko jeden, długi, zamglony korytarz i dziury w jego ścianach, ukazujące zagracone salki, wykorzystywane niegdyś przez trenerów i kapitanów drużyn na spotkaniach, w celu uzgodnienia taktyki i ogólnego podsumowania. Teraz jednak stały puste, martwe jak cała reszta tego odmienionego pomieszczenia. W pewnym momencie, dach nad korytarzem skończył się, obnażając żelazne pręty i belki, stanowiące podstawę i wzmocnienie konstrukcji. Ściany również wydawały się kończyć, a całość sprawiała wrażenie nadgryzienia przez czyjeś olbrzymie szczęki. Korytarz skończył się wraz z pojawieniem się gruzów, będących niegdyś częścią ścian. Przede mną rozciągała się ogromna przepaść, której koniec zasłaniała wszechobecna mgła, gęściejsza na zewnątrz. Cisza, naruszana przez szum wiatru i szelesty poruszających się płatów farby na ścianach, była wręcz nienaturalna. Wraz z pojawieniem się tej ślepej uliczki, powstało pytanie - co się stało z resztą kompleksu szkolnego...? Tego jednak nie chciałam sprawdzać. Widziałam jeden korytarz, odchodzące od niego sale, surrealistyczną wizję perspektywy i coś, czego nie dostrzegałam wcześniej (no bo przecież to była tylko faza), czyli dalsze zrujnowanie budynku. Zadumana więc przykucnęłam przy wyrwie w jednym z jej niższych punktów i zadumałam się nad tym co by było, gdybym wyciągnęła rękę przed siebie i pomachała. Nie no, to by było głupie. Dłoń przecięła powietrze, poruszając nieznacznie kłębiącą się mgłę. Nic się nie stało, jakby rzeczywistość była jak najbardziej realna. Potem więc dotknęłam murku. Rozsypie się, zje mnie? Palce, a potem cała dłoń, przylgnęła do chłodnego i wilgotnego murku. Przytrzymałam ją tak przez chwilę, a gdy ją odjęłam, pozostały na niej płaty farby, tynku lub czegokolwiek co pokrywało zrujnowane ściany. Wtedy ciszę przerwał chrzęst gruzu i ktoś nucący jakąś nerwową melodię. Na to drgnęłam od razu i rozchyliłam szerzej powieki w ramach spontanicznej reakcji na gwałtowny wzrost poziomu adrenaliny we krwi. Coś zaburzyło mi ciszę. Nie byłam sama. A to dziwne...
Stanęłam prosto i, nieruchoma, obróciłam głowę w kierunku źródła dźwięku, mimowolnie spłycając oddech aby stał się niemalże niesłyszalny. Poczekam, zobaczę, usłyszę.
 
Gratisowa kawka jest offline  
Stary 13-01-2011, 00:56   #17
 
Gratisowa kawka's Avatar
 
Candle 4

Dziewczyna. To była dziewczyna, o długich, jasnych włosach. Naga. Dosyć szczupła. Odwrócona do mnie plecami. Siedziała w korytarzu, rękoma oplatając kolana i kiwając się w tył i przód, nuciła łkającym głosem melodię, co chwila pociągając nosem i drgając z zimna. W horrorach takie chwytały za gardło, zaczynały dusić i okazywały się zaginionymi siostrami więc... pierwsza zasada: nie chwytać za ramię. Ponieważ jej wcześniej nie zobaczyłam, znaczyło to, że to tylko NPC. Czyli... że czekała na odpowiedni ruch. Jeżeli to nie wyjdzie, game over. Nieszczególnie przejęta tą wizją (najwyżej się obudzę) podeszłam cicho i zdjęłam żakiet, którym okryłam trzęsącą się dziewczynę. Potem odeszłam o krok.
- Co tu się sta... nie - zapytałam, czy też stwierdziłam z lekkim wahaniem w głosie. Ale nie brzmiałam jak przestraszona. Bynajmniej.
Dziewczę ani na moment nie przestało się kołysać ani nucić. Wydawała się kompletnie nie zwracać uwagi na mnie, pochłonięta przez coś trawiącego jej umysł i rozsądek od samego źródła. This is madness. Westchnęłam ciężko i wzruszyłam ramionami, po czym ruszyłam w kierunku wyrwy aby zatrzymać się. Długie, jasne włosy... musiałam zobaczyć jej twarz. Podeszłam pospiesznie i popełniłam ten błąd ułożenia denatce ręki na barku aby ją delikatnie obrócić i sprawdzić, czy to przypadkiem nie byłam ja sama. Kimkolwiek była owa dziewczyna, jej twarzy nie dało się łatwo rozpoznać. Zdobiły ją cztery, długie na całą twarz rozcięcia, w tym dwa na oczach, wszystkie pokryte grubymi strupami. Z pewnością nie potrafiła nic zobaczyć. W każdym razie, poczułam jakąś dziwną nostalgię, a raczej dziewczyna wydała mi się aż nazbyt znajoma... Ale w dalszym ciągu się nie odzywała, nie dając też żadnych wskazówek. Ułożyłam więc jej dłonie na barkach i spytałam, tym razem spokojniejszym i cichszym głosem:
- Hej, słyszysz mnie? Nazywam się Ann.
Dziewczyna otworzyła zaschnięte usta, ale wydał się z nich tylko cichy jęk.
- Boli... tak bardzo bolało... - powiedziała szlochem.
- Rozumiem. Ale poszukamy sposobu, żeby przestało, tak? Tylko pomyśl i powiedz mi kim jesteś.
Z jej ust buchnęła para, a wtedy pojawiły się pierwsze płatki śniegu.
- Nie wiem... nie pamiętam... - odparła drżąc jeszcze mocniej.
Chłód był bez wątpienia dotkliwy, aczkolwiek nie odczuwałam go. Dziwne. Temperatura dla mnie była taka jak przedtem – pokojowa. Neutralna. Nieodczuwalna.
- Okryj się żakietem, będzie ci cieplej. Powiedz mi, co pamiętasz.
Drżenie ustało, a jasnowłosa dziewczyna uspokoiła się.
- Noc... - gwałtownie przekręciła głową. - Halloween... - znów machnęła głową. - Strach... nie... nie... nie nie nie nie!
Lekko potarłam jej ramiona, aby ogrzać zmarznięte, przestraszone stworzenie. W ponurym zadumaniu przymknęłam powieki.
- Spokojnie. Cokolwiek to było, skończyło się już. Spokojnie... Zimno ci, prawda?
- Nie! To się nie skończyło... To dopiero początek... - w tym momencie otworzyła oczy, a ja, jak się spodziewałam, stanęłam w obliczu samej siebie, straszliwie okaleczonej i nagiej. Wiedziałam to. Wiedziałam. Nagle zachciało mi się płakać z całej tej przewidywalności tragedii - objęłam samą siebie ramionami i milczałam przez chwilę.
- Czyli ja się z tym zmierzę - powiedziałam cicho. Dlaczego to powiedziałam, u licha?
- Odnajdź Księgę. Zróbcie to, zanim... zrobi to ktoś inny.
- Jaką Księgę?
Pytanie kończące odcinek lub sen, zazwyczaj zakończone cliffhangerem. Dlaczego w ogóle przyszło mi to na myśl w takiej chwili?
- To od niej się zaczęło... Ona jest kluczem...
- Tak. Ale daj mi jakąś wskazówkę, żebym mogła... żebyśmy my mogli ją znaleźć.
Śnieg stawał się coraz bardziej natarczywy i padał gęściej. Okaleczona ja zaczęła szczękać zębami.
- Nie mogę.... powiedzieć nic... więcej... - powiedziała z wysiłkiem. - Jeżeli... prze-przegracie... To-to-to będzie koniec-c-c-c....
Nagły powiew wiatru zamienił ją w chmarę białych płatków śniegu, które poleciały wraz z prądem powietrza. Śnieg zaczął wirować wokół mnie. Neutralny. Było go coraz więcej. Wkrótce wszystko było białe i nagle przebiło się światło.
- Ann? Co jest? Co się stało? Zemdlałaś... - Caroline klęczała, potrząsając moimi ramionami. Chyba właśnie się obudziłam.

Candle 5

Rozchyliwszy powieki, ujrzałam znajomy sufit hali gimnastycznej i trzy zatroskane twarze nad sobą. Jęknęłam, uniosłam rękę i potarłam nią czoło, po czym lekko zadrżałam. Myśli kotłowały mi się w głowie, ale wyuczona neutralność na twarzy pozwoliła to szybko zatuszować.
- Coś mi odwaliło - mruknęłam cicho i spojrzałam na nie. - Ano... zmęczona jestem. Odwalałam coś dziwnego jak byłam nieprzytomna?
Głupie pytanie. Ale co mogłyby podejrzewać nastolatki? Były zaskoczone tym pytaniem.
- Mówiłyśmy właśnie o tym, że przewiesimy w kilku miejscach sznury, a wokół nich owiniemy pozostałe lampki i powiesimy lampiony i inne ozdoby, kiedy tak po prostu padłaś na ziemię.
Pstryknęłam w palce i uśmiechnęłam się.
- Ale teraz już kontaktuję - powiedziałam wesoło. - Tylko wiecie, chyba przeleżę przynajmniej dzisiejsze ustalenia. Car, dasz mi swój numer? Zadzwoniłabym pod wieczór i ewentualnie omówiłybyśmy dalsze sprawy, tak, no nie chcę was zatrzymywać.
Nadal byłam z lekka (mało powiedziane) oszołomiona, czego starałam się nie pokazywać. Szczególnie wizją samej siebie, tak okaleczonej. O wyobraźnio!
- Naturalnie. - odparła blondynka i wyrwała kartkę z notesu, zapisawszy na niej swój numer. - Idź do domu skarbie i odpocznij. Zadzwonisz wieczorem i pogadamy. - uśmiechnęła się lekko, pomagając mi wstać. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Była... miła, po prostu miła. To takie przyjemne.
Pomimo lekkich zawrotów głowy i wciąż trzymającej mnie burzy w mózgu, wyprostowałam się dość pewnie jak na osobę minutę temu absolutnie nie kontaktującą. Wzięłam kartkę i kiwnęłam głową, czytając numer. Powtórzyłam go sobie jeszcze w myślach.
- Dzięki i sory, że was przestraszyłam - powiedziałam i ruszyłam w kierunku drzwi. - To na razie!
Tym razem nie powinny mi się zamknąć przed nosem, mendy. Lepiej żeby tego nie robiły, dla własnego dobra... Mojego własnego.

Candle 6

- Cześć – powiedziałam cicho, wchodząc do domu. Powiesiłam płaszcz w przedsionku, usłyszałam odpowiedź z salonu, częściowo zagłuszoną przez dźwięk telewizora, i poszłam na górę, trzymając się poręczy trochę kurczowo. U szczytu schodów stanęłam i gwałtownie ją puściłam, po czym spojrzałam na swoją dłoń i ruszyłam do pokoju, w którym to szczelnie się zamknęłam i ciężko westchnęłam.
Chwyciłam za ołówek, kartki i zaczęłam rysować. Naturalistyczna wizja własnej twarzy, sala, korytarz, widok zza murku, wszystkie obrazy jakie zdały mi się osobliwe. Nawet mój żakiet, wiszący na nagim, drżącym ciele mnie samej. Zabawne.
Gdy puściłam narzędzie chaosu, było małe, kilkakrotnie połamane i lekko się lepiło ot potu jaki wydzielał się na moich dłoniach podczas tworzenia. Robiłam to w jakiejś gorączce – dużo linii naraz, mnóstwo drżenia, lekkiej abstrakcji, ale jednocześnie efekt końcowy za każdym razem nabierał cech ostrego realizmu. Moją twarz można by było posądzić o naturalizm. Zabawne.
Zadzwoniłam do Car, aby nie ciągnąć wspomniałam o tym, że Tim zechciał się wkręcić i dość szybko odpuściłam sobie myślenie. Potem położyłam się na łóżku na wznak i długo, długo myślałam, aż wreszcie zmorzył mnie sen. Długo myślałam do siebie. Ale te myśli to oddzielny i niezwiązany zupełnie z całością rozdział tej opowieści.
 
Gratisowa kawka jest offline  
Stary 16-01-2011, 03:18   #18
 
Delta's Avatar
 
Wpatrując się w masywną, starą drukarkę, z której wydobywało się jednostajne buczenie, zastanawiałem się nad swoimi jutrzejszymi planami. To sobota, więc nie będzie zajęć, a to oznaczało czas wolny. Z drugiej jednak strony powinienem się zająć załatwieniem sobie jakiegoś stroju- miałem co prawda sztuczne, wampirze kły i trochę czerwonej farby, która miałabyć substytutem zakrzepniętej krwi, ale przydałoby się coś jeszcze. Może jakiś stary garnitur po ojcu? Nie, raczej nie. Powinienem się udać na wycieczkę po sklepach i znaleźć coś w starych klimatach, jakąś liberię, frak albo inny strój, który będzie pasował do image'u Draculi.

Wstałem do włącznika światła, gdy zorientowałem się, że siedzę w półmroku. Drukarka ze zgrzytem wypluła z siebie kolejną stronę, już trzydziestą. Zapełnienie jednej strony tuszem zajmowało jej około minuty, co było czasem niemal pięciokrotnie dłuższym niż zrobiłaby to jej dzisiejszy, nowszy odpowiednik. Ale nie mogłem narzekać, jeszcze pięć minut i...
Dziwny dźwięk dobiegający z korytarza przykuł moją uwagę, odsuwając myśli od krążenia dookoła weekendu. Otworzyłem drzwi i rozejrzałem się ostrożnie, marszcząc brwi, gdy dotarło do mnie, że ktoś płacze. Była godzina 17, w szkole nie powinno już być żadnej żywej duszy poza nocnymi pracownikami, i widziałem jak pani Proudville odjeżdżała spod szkoły, więc w takim razie kto? Z wahaniem ruszyłem w głąb korytarza, szukając palcami włącznika światła na ścianie.
Gdy wreszcie go znalazłem, poczułem na nim coś mokrego i lepkiego. Wcisnąłem włącznik, ale nic się nie stało. Czy to była jakaś awaria? Światło nie działało. Na domiar złego, w głębi korytarza trzasnęły zamykane drzwi, a szloch stał się teraz ledwo słyszalny, przytłumiony.
- Co do… - mruknąłem zaskoczony, cofając rękę. Wytarłem palce o bok spodni, klnąc bezgłośnie na dowcipnisiów, którzy wysmarowali czymś przełącznik i obracając głowę w stronę skąd dobiegło trzaśnięcie drzwi. Spojrzałem w głąb korytarza, na ciemność w nim panującą i z mojej piersi wydobyło się krótkie westchnąłem. Ruszyłem powoli w tamtą stronę, szukając wejścia do sali gdzie zniknął głos płaczącej.
Mroki korytarza gęstniały, ciemność stawała się prawie namacalna, a wszystko co owinął jej całun, zdawało się znajdować w zupełnie innej rzeczywistości. Im dalej szedłem, tym bardziej odczuwałem niepokój. Po moich plecach przechodziły dreszcze, zupełnie jakby dłonie mroku figlarnie muskały mnie pieszczotliwie po kręgosłupie. To było bardzo dziwne - słońce jeszcze kompletnie nie zaszło, a wszelki ślad światła niknął w niesamowitej ciemności. Przez okno na końcu korytarza przedostawała się jedynie słaba poświata, rzucając światło tylko na to, co było bezpośrednio przy szybie, ale dzięki temu, mogłem zlokalizować zarys drzwi w ścianie. Podchodząc bliżej, i wytężając swój wzrok, rozpoznałem symbol damskiej toalety. To stamtąd dochodziło owe szlochanie.

Zatrzymałem się przed łazienką, czując dziwny dyskomfort z faktu, że będę musiał do niej zajrzeć, dyskomfort prawdopodobnie zakorzeniony u podstawy młodych lat, gdy wizyta w damskiej toalecie była przedmiotem śmiechu i licznych, arcyciekawych historii. Szybko otrząsnąłem się z tego wrażenia – nie miałem w końcu dziesięciu lat, na Boga.. – kładąc dłoń i naciskając klamkę. Pchnąłem delikatnie drzwi.
Gwałtownie poraziła mnie niesamowita biel wnętrza, która po chwili okazała się być jedynie oświetlonym pomieszczeniem z białymi kafelkami na podłodze i ścianach, od których światło odbijało się i raziło w oczy. Łazienka wyglądała jak zazwyczaj wyglądają takie pomieszczenia - wewnątrz, przy ścianie, naprzeciw czterem zamkniętym szaletom, znajdowały się dwa zlewy a nad nimi ciągnęło się lustro. Drzwi ostatniej kabiny przy ścianie były otwarte, i ktoś, kto wyraźnie płakał, lub był w rozpaczy, siedział podkulony na podłodze wewnątrz. W kącie pomieszczenia leżała niedbale rzucona torba.
Zmrużyłem oczy. Gdy mój wzrok przyzwyczaił się do światła i dostrzegł skuloną w kabinie postać, z wahaniem zrobiłem krok do środka.
- Hej, wszystko w porządku? – zapytałem cicho, kierując swoje słowa do płaczącej.
Dziewczyna. To musiała być dziewczyna. Zdawała się nie słyszeć moich słów, jedyne co zrobiła, to bardziej się skuliła, mocniej przyciskając dłonie do twarzy, którą ukryła między kolanami. Dopiero po chwili to zauważyłem - miała krótkie, czarne włosy.
- Co się stało? – zapytałem ponownie, podchodząc powoli ku niej. Przyjrzałem się niepewnie, z pewnym zakłopotaniem dochodząc do nietypowych wniosków. Krótkie włosy przywołały mi na myśl Samanthę, ale nie podejrzewałem, żeby dziewczyna była z gatunku tych, które zamykają się w damskiej łazience, żeby popłakać. Chyba, że… może chodziło o Matta?
Przykucnąłem przed płaczącą, wyciągając do niej rękę, żeby dotknąć delikatnie jej ramienia.
- Sam?
Na dźwięk swojego imienia dziewczyna uspokoiła się i znieruchomiała.
- Sam? Co się dzieje? – zapytałem cicho, przyglądając się jej z uwagą.- Dlaczego płaczesz?
Wyprostowała się powoli i odjęła dłonie od twarzy. Była cała zakrwawiona - krew z trzech paskudnych cięć na pliczkach i czole plamiła jej twarz szkarłatem.
- Matt... - wyjąkała drżącymi ustami.
- Chryste…- Gwałtownie wciągnąłem powietrze na widok ran. Gdy pierwsze zaskoczenie minęło, poczułem nagłe uderzenie gorąca i falę niezbyt przyjacielskich uczuć w stronę chłopaka Samanthy. Rozejrzałem się po łazience w poszukiwaniu papierowych ręczników.- Sam, powinniśmy szybko pójść z tym do skrzydła szpitalnego.
- Nie! - krzyknęła, kiedy tylko padło słowo szpital. Nie chcę! Ja... boję się...
Z moich ust wydobyło się ciche westchnięcie. Podniosłem się na nogi i podszedłem do dozownika papierowych ręczników, wiszącego przy suszarce obok wejścia, biorąc kilka z nich i spryskując część wodą z najbliższego kranu. Czym prędzej przyklęknąłem z powrotem przy dziewczynie, ostrożnie sięgając do jej twarzy, żeby zacząć delikatnie ścierać krew z jej policzków.
- Ciii… Wszystko będzie dobrze.- powiedziałem szeptem, starając się brzmieć uspokajająco. Pierwszy cieniutki ręcznik momentalnie zabarwił się szkarłatem.- Ale powinna to zobaczyć lekarka. I policja. – dodałem po chwili.- Co się w ogóle stało?
- Mat... - jęknęła. To on mi to... zrobił... - powiedziała zanosząc się płaczem, od którego krzywiła się z bólu.
- Cii… Nie ma go tu.- odparłem od razu uspokajającym tonem, delikatnie przecierając okolicę jej ran. Gdy pierwszy papierowy ręcznik przestał nadawać się do użytku, odłożyłem go na bok, sięgając po drugi i ostrożnie oczyszczając czoło Sam. Wiedziałem, że nie powinienem kontynuować tematu, ale dziennikarska ciekawość zwyciężyła.– Dlaczego to zrobił?
- Nie wiem... gonił mnie... w lesie... - pokazała wewnętrzną stronę dłoni, na których także były rozcięcia, ale jakby od ciernistych krzewów. - Boli...
- Policja się nim zajmie jak tylko się dowie. Teraz już nic ci nie grozi. – powiedziałem, zmuszając się do pokrzepiającego uśmiechu, który w teorii miał nieco podtrzymać na duchu dziewczynę. Wymieniłem kolejny ręcznik i przetarłem także jej ranną dłoń, po czym po chwili wahania przysiadłem obok niej pod ścianą, wyciągając rękę, żeby objąć ją w uspokajającym geście.




Zamierzałem kontynuować namowy dopiero jak już trochę odzyska spokój.
Dziewczyna drżała, ale nie protestowała. Miałem wrażenie, że moja obecność w jakiś sposób zdawała się dodawać jej otuchy. Siedzieliśmy tak, milcząc, a w mojej głowie powstało bardzo ważne pytanie - gdzie jest teraz Matt?
W tej chwili, w drzwi do łazienki uderzyło coś z całym swoim impetem. Sam aż podskoczyła.
- To Matt! - jęknęła i skuliła się ze strachu.
Ktoś zaczął szarpać za klamkę, ale drzwi nie chciały się otworzyć, jakby były zamknięte na zamek. Desperackie szarpanie i walenie w drzwi ucichło dopiero po dłuższej chwili...
Najpierw zakląłem szpetnie, a potem przeraziłem się nie na żarty, pewnie nie mniej niż Sam. Jeżeli to faktycznie był Matt – a miałem cholernie pewne przeczucie, że to właśnie on, bo kto inny dobijałby się akurat teraz do drzwi damskiej łazienki – to z całą pewnością miał przy sobie to co spowodowało rany na twarzy dziewczyny. A bardzo nie chciałem się znaleźć w zasięgu jego noża, szczególnie teraz, gdy chłopakowi najwyraźniej coś odbiło.
Cholera by to wzięła, w ogóle nie chciałem się znaleźć w zasięgu *żadnego* noża!
- Spokojnie, wszystko będzie dobrze.- zapewniłem ją od razu, chociaż wcale nie byłem tego taki pewien. Gdy dotarło do mnie, że drzwi od łazienki nie są zamknięte, moje serce zamarło na krótką chwilę, po czym w panice zaczęło walić od środka w klatkę piersiową. Już chciałem puścić Sam i rzucić się do wejścia, ale dostrzegłem, że drzwi wciąż trzymają, nawet pomimo unoszącej się klamki. Najwyraźniej musiały się zatrzasnąć kiedy wchodziłem, albo…albo nie wiedziałem co. Mogłem tylko się modlić – zadziwiające jak człowiek nagle staje się wierzący w chwili stresu - żeby zamek wytrzymał.
Wpatrując się w drzwi, zacząłem szeptać uspokajające słowa do Sam, jednocześnie sięgając do kieszeni po swoją komórkę. Miałem tylko nadzieję, że policja zjawi się na czas… Nim jednak zdążyłem cokolwiek zrobić, zgasło światło w toalecie, skrywając wszystko w mroku. Wyciągnięta komórka szybko rozbłysła światłem wyświetlacza. Zasięg był, co sprawiło mi ulgę. Wtedy jednak światło znów się zapaliło, i zauważyłem, że Sam zniknęła.
- Co do cholery…? – zakląłem zaskoczony, patrząc bezmyślnie w puste miejsce obok siebie. Wyraźnie czułem ją pod swoim ramieniem i zorientowałbym się, gdyby mi się wyrwała! Poderwałem się na nogi, wyglądając z kabiny – było pusto, po Sam ani śladu. Z zakłopotaniem i dziwnym, ściskającym uczuciem w klatce piersiowej, spojrzałem w stronę, gdzie wcześniej odkładałem zakrwawione, papierowe ręczniki. Ich także nie było, jakby nigdy nie istniały, a wszystko do tej pory było moim koszmarnym przewidzeniem.

Z ociąganiem podszedłem do drzwi łazienki i po chwili wahania nacisnąłem powoli klamkę. Ustąpiła bez problemu. Z sercem podchodzącym mi do gardła otworzyłem drzwi, oczekując ataku noża, który jednak nie nastąpił. Nie było śladu także i po Mattcie; korytarz był oświetlony i pusty, nie było także niepokojącego mroku, który towarzyszył mu wcześniej, a za oknem było już ciemno.
Spojrzałem na komórkę, którą trzymałem w dłoni, wpatrując się w nią długo, intensywnie rozmyślając. A jeśli… Nie, nie. Ale może? Otworzyłem listę kontaktów i odnalazłem Sam. Po kolejnych długich sekundach wpatrywania się w wyświetlacz nacisnąłem „Połącz”, przykładając telefon do ucha.
- Halo? - odezwała się zdziwionym tonem. Cóż, nie miałem w zwyczaju wydzwaniać do niej, więc miała prawo do zaskoczenia.
Przez krótką chwilę nie wiedziałem co powiedzieć, powoli zaczynając czuć się jak idiota.
- Sam? Hej, tu Scott z tej strony – zacząłem w końcu nieco niepewnie. – Słuchaj… Wszystko w porządku?
- Um... Tak, wszystko okej - odpowiedziała z zastanowieniem. - Dlaczego pytasz?
- Na pewno? I nic się nie stało? – powtórzyłem ostrożnie, ignorując jej pytanie. Milczałem przez chwilę, po czym odchrząknąłem zakłopotany. – A jest tam gdzieś w pobliżu ciebie Matt?
- Nie, nie ma go tu. Dlaczego miałoby mi się coś stać? - spytała podejrzliwie. - Scott?
- Bo… - Ugryzłem się w język, przerywając zanim jeszcze właściwie zacząłem. Nienajlepszy pomyyysł, Scott. – Nieważne. Ale… uważaj na niego, okej? Wiem, że ze sobą chodzicie i tak dalej, ale po prostu uważaj.
- Nie... Nie rozumiem. Dlaczego miałabym na niego uważać?
Właśnie. Dlaczego, Scott?
- Po prostu. Cholera, Bóg mi świadkiem, że nic do niego nie mam, ale…- przerwałem na chwilę, zastanawiając się nad tym co powinienem powiedzieć. Ostatecznie jednak potrząsnąłem głową do własnych myśli.- Nieważne. Zapomnij, że coś mówiłem. Po prostu na siebie uważaj.
Na ekranie telefonu wyświetlił się czas połączenia, gdy nacisnąłem guzik w kształcie czerwonej słuchawki, rozłączając się. Ekstra. I co dalej? Teraz Sam na pewno będzie miała mnóstwo pytań jutro, gdy się spotkają… Wróć, nie „jutro”. W niedzielę, na balu z okazji Halloween. I całe szczęście, może zdąży zapomnieć o tej rozmowie.
Strasznie lubię się oszukiwać.
Spojrzałem ostatni raz w stronę łazienki, po czym z westchnięciem schowałem komórkę do kieszeni i wróciłem do sali komputerowej. Drukarka nie pracowała już od dawna, a wszystkie strony gazetki leżały smętnie w podajniku. Niemal mechanicznie zebrałem je w całość, spinając odpowiednio i wrzucając do torby, wsuwając między ekran laptopa, a klawiaturę, żeby się nie pogięła. Zebrałem wszystkie swoje rzeczy, wyłączyłem komputer wraz z drukarką i zgasiłem światło, wychodząc na korytarz. Wszystko wydawało się takie nierealne, gdy ruszyłem do wyjścia ze szkoły, jeszcze raz upewniając się, że ubikacja nadal jest pusta.
Nic dziwnego, że o damskich łazienkach krążą różne historie. Sam właśnie miałem zamiar dołączyć do nich nową.

Nie pamiętałem jak wróciłem do domu. Całą drogę przebyłem w zamyśleniu, ledwie zauważając, że już jest całkiem ciemno i że zabawiłem w szkole dużo dłużej niż bym chciał. Nie miałem nawet najmniejszej ochoty na robienie zdjęć, a co więcej poszedłem drogą okrężną, obok szosy. Wędrówki przez las były ostatnim co chciałem zrobić, szczególnie po tym co widziałem. Jeszcze brakowało mi tylko, żebym to ja musiał zwiewać przed Mattem uzbrojonym w nóż, co i tak nie było takie nieprawdopodobne, jeżeli Sam mu powie, że próbuję podburzać ich związek. A tak to właśnie wyglądało.
Cudownie. Cu-do-wnie. Dlaczego faceci dziewczyn nigdy mnie nie lubią?

W domu zjadłem kolację i porozmawiałem chwilę z matką, która również niedawno wróciła z pracy. Potem poszedłem do siebie, zauważając na zegarku nad biurkiem godzinę 22:00. Szybko podjąłem decyzję – pora na sen. Czułem się jakbym nie zaznał go od co najmniej doby, gdy adrenalina związana z dziwną sytuacją w szkole opadła, zabierając swoje żniwo… Wiedziałem, że jak tylko się położę na łóżku to zasnę momentalnie. Ściągnąłem koszulkę przez głowę i rzuciłem ją na krzesło, wchodząc do łazienki. Zerknąłem przelotnie w stronę lustra… i zamarłem.
Odbicie uchwyciło mnie całego, od stóp do głów. Zmęczone spojrzenie, lekko zarysowane mięśnie na klatce piersiowej, cienką bliznę między trzecim, a czwartym żebrem z prawej strony, której nabawiłem się jak miałem sześć lat…
I ciemną smugę krwi na spodniach, w miejscu gdzie wytarłem w szkole palce.
Tej nocy miałem problem z zaśnięciem.
 
__________________
"I would say that was the cavalry, but I've never seen a line of horses crash into the battle field from outer space before."
Delta jest offline  
Stary 18-01-2011, 14:18   #19
 
Endless's Avatar
 
Timothy Scheungraber:

Słysząc wołającego cię dziadka, nie mogłeś zwlekać. Czym prędzej opuściłeś łazienkę i przebyłeś ciemny korytarz. Drzwi do pokoju dziadka były zamknięte. A raczej nie chciały się poddać i otworzyć, nawet gdy włożyłeś w to więcej wysiłku. W końcu zrezygnowany, przyznałeś sobie, że nie masz innego wyboru, jak tylko użyć brutalnej siły. Kopnąłeś w drzwi i ustąpiły. O dziwo nie zostały uszkodzone i nie wypadły z zawiasów, ale otworzyły się samoistnie. Jakby kopnięcie było sekretnym kluczem. Tak czy inaczej, wbiegłeś do pokoju dziadka i... nie było go tam. Pokój był pusty, nie licząc znajdujących się w nim szaf, komody, pościelonego łóżka, telewizora, fotela i stolika z pilotem. To było... naprawdę dziwne. Spojrzałeś jeszcze na okno, ale te było całe, zamknięte i do pokoju sączyło się przez nie rdzawe światło, tłumione przez gęste obłoki mgły na zewnątrz. Uznawszy, że pokój nie ma przed tobą nic do ukrycia, zszedłeś po schodach, w głowie mając echo wołania dziadka... Dopiero wtedy zdałeś sobie sprawę, że w jego głosie było coś... nie tak. Było w nim przerażenie, a może nawet... obłęd? Cokolwiek z nim było, zaniepokoiło cię to nie na żarty. Zszedłeś na dół z nadzieją, iż zastaniesz dziadka w kuchni. Na parterze także panował smętny, rdzawy półmrok. Kuchnia nie była wyjątkiem, aczkolwiek w porównaniu z resztą domu, było w niej jaśniej, co też można zawdzięczać niedużym rozmiarom pomieszczenia i oknom. Tak jak myślałeś, dziadek był tam. Stał przy zlewie z opuszczoną głową, jakby zasnął na stojąco. Był zwrócony do ciebie plecami. Podszedłeś do niego powoli, mówiąc do niego. Ten jednak nie odpowiadał i stał w bezruchu. W końcu położyłeś dłoń na jego ramieniu, odwracając do siebie. Widok był wstrząsający. Stary Scheungraber miał szeroko otwarte, można rzec wytrzeszczone i przekrwione oczy, z których strużkiem spływały łzy. Po chwili mężczyzna zadrżał, otworzył usta i jęknął cicho, a jego ożywione oczy przypatrywały się czemuś za plecami wnuka. Usłyszawszy za plecami cichy chichot, obróciłeś się z wolna i... ujrzałeś ją. Długie, czarne włosy, blada twarz, szaleństwo i obłęd w oczach... Naga Tamara Gringe, we własnej osobie. Podeszła do ciebie, kołysząc biodrami, po drodze sięgając po coś na blacie. Gdy była przy tobie, jedną ręką dotknęła twojej twarzy, gładząc palcami po policzkach. Sekundę później, w twoim brzuchu zatopiły się kły zimnej stali, spoczywające w jej drugiej ręce. Ogarnęła cię przygnębiająca bezsilność i obojętność. Powoli osunąłeś się na kolana, a potem padłeś na zbroczone krwią kafelki podłogowe, drgając w śmiertelnych spazmach. Ostatnim, co zobaczyłeś i poczułeś, była Tamara pochylająca się nad tobą i jej pocałunek.

Dźwięk tłuczonego szkła i obudziłeś się z koszmarnego snu. Ledwo rozbudzoną świadomością przyłapałeś się na tym, iż podskoczyłeś. Uspokoiwszy się nieco, rozejrzałeś się po swoim "królestwie", mając przed oczami resztki koszmarnych obrazów. Na całe szczęście, w pokoju było bardzo jasno, a przez okno wpadało delikatne, złote światło słońca. Uważając na kawałki szkła, odszedłeś od stanowiska.

30 października 2010 r.

Nastał sobotni poranek. Nad Fell's Tomb unosiła się wilgotna, poranna mgiełka, a promienie słońca witały wszystkich miłośników porannego wstawania. Niebo było bezchmurne, ale to stan, który mógł się zmienić w ciągu dnia, chociaż prognoza pogody nie przewidywała gwałtownych opadów. Ciche, utkwione w sennym uroku miasto wydawało się być jakąś czarodziejską, wolną od zmartwień krainą - arkadią. Jednakże, takie stwierdzenie byłoby wielce błędne...

Sam Everett:

Nie pamiętasz, kiedy twój ojciec wrócił do domu. Wydarzenia minionego dnia niesamowicie cię wyczerpały, co odczułaś dopiero po odejściu Matt'a. Resztę dnia spędziłaś w swoim pokoju, obcując z komputerem. Telefon Scott'a był niezwykle... niepokojący? Tak, to chyba dobre stwierdzenie. Brzmiał, jakby był czymś przestraszony. A gdyby wszystko było w porządku, na pewno nie dzwoniłby. Nie robił tego często. Zasnęłaś przy włączonym telewizorze, zapamiętawszy jedynie dziwny teledysk, który puszczono w nocnym programie. Jego wymowa... nie wprawiła cię w najlepszy nastrój, zwłaszcza biorąc pod uwagę wydarzenia na hali gimnastycznej.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=x3yIjP0h4bQ[/MEDIA]

***

Sobota rozpoczęła się dla ciebie pukaniem do drzwi. Nim pozwoliłaś komuś wejść, poświęciłaś trochę czasu na otrzeźwienie wciąż śpiącej części umysłu. Ktokolwiek pukał, był wyjątkowo zdeterminowany.
- Możesz wejść. - wychrypiałaś.
Drzwi się otworzyły, a na twoje terytorium wkroczył Nathan, niosący tacę ze śniadaniem (tosty z bekonem) i kubkiem kawy.
- Dzień dobry! - powiedział radośnie, stawiając tacę ma niskim stoliku przy twoim łóżku.
Przemieściłaś się do pozycji siedzącej, i wtedy brat umieścił tacę bliżej ciebie.
- Mam nadzieję, że będzie smakowało. Sam robiłem. - stwierdził z odrobiną zmieszania.

Matt Lewis:

Piątkowa noc nie należała do najlepszych, o czym zadecydowały dźwięki kłutni dobiegające z dołu, do twojego salonu.
- Co cię to obchodzi, gdzie byłam! Przez 20 lat miałeś to gdzieś, tylko praca, praca i praca! - krzyczała matka.
- Jak śmiesz! Pracowałem dla nas! Dla ciebie! Dla dzieci! - ojciec nie pozostawał dłużny. Poświęciłem się, żebyście mieli za co żyć! I to w cale nie upoważnia cię, do pieprzenia z obcymi facetami!
- Wiesz co? Jesteś najzwyklejszym w świecie frajerem. - odparła gniewnie.
Potem nastała cisza, przerywana tylko głośnymi odgłosami matki wchodzącej po schodach. Trzasnęły drzwi od sypialni rodziców, a po chwili ktoś do nich cicho zapukał i wszedł.
- Przepraszam... - rozbrzmiał przytłumiony głos ojca. Kocham cię, nawet nie wiesz jak bardzo. Haruję jak wół z miłości do ciebie i naszych dzieci. Proszę... daj nam szansę.
Odpowiedzi już nie usłyszałeś, bowiem wszystko ucichło, a ty powróciłeś do spania. Jakże się cieszyłeś, iż Lily dzisiaj nie ma w domu...

***


Następnego dnia obudziłeś się obolały i niewyspany. Czyżby to była nieświadoma reakcja stresu ciała? Cokolwiek by to nie było, nie czułeś się najlepiej i nawet łagodne promienie słońca nie pomagały twojemu samopoczuciu.

Scott Winden:


Gdy się obudziłeś, odczułeś skutki zbyt krótkiego snu. Wszystkie twoje mięśnie sprawiały wrażenie bardzo napiętych i dosłownie słyszałeś, nie mówiąc, że czułeś, jak krew pulsuje w twoich żyłach. Gdy tylko otworzyłeś oczy, zapiekły cię. Już w tej chwili, zacząłeś żałować, iż tamtego dnia wszedłeś do tej przeklętej łazienki... Gdy tylko wstałeś z łóżka, dostrzegłeś leżącą na twoim biurku karteczkę, ze zgrabnym pismem matki.

"Scottie, jestem w pracy i wrócę dopiero w niedzielę rano. Posprzątaj w domu i nie waż się urządzać w nim dzikich orgii ; P
Twoja matka."



Ann Stevens:


Otworzyłaś oczy i powróciłaś do życia. Jęk wiatru to był jedyny dźwięk jaki słyszałaś. W twoim pokoju było ciemno, ponieważ przez okno wpadało jedynie leniwe, srebrzyste światło. Wstałaś i wyjrzałaś przez nie, dostrzegając wirujące w powietrzu płatki śniegu i grubą warstwę białego puchu, który pokrywał wszystkie domy, drzewa, ziemię, a nawet ulicę. W domu nie było zimno, ale czułaś chłód, patrząc na to, co działo się za oknem...
 
__________________
Come on Angel, come and cry; it's time for you to die....
Endless jest offline  
Stary 20-01-2011, 22:30   #20
 
Gratisowa kawka's Avatar
 
Snowflake 1

Wstałam...
Byłam nawet trochę zdziwiona tego ranka. Nie przyśnił mi się żaden koszmar, co powinno nastąpić po tym idiotycznym zasłabnięciu. Może więc coś mnie tknęło, kiedy podeszłam do okna, a może byłam bardziej zirytowana niż zaskoczona gdy ujrzałam w końcu października coś tak abstrakcyjnego jak śnieg.
- Ojej - powiedziałam do siebie cicho i poczułam chłód. Wróciłam się więc po kołdrę aby się nią szczelnie owinąć, zrzucając winę nie na irracjonalny wpływ samego widoku świata pogrążonego w zimnie, a grzejnik.
W łóżku nie odnalazłam jednak ukojenia. Ciepło, które znajdowało się pod pościelą, zdążyło już ulecieć, pozostawiając łóżko zimne i nie dające żadnego pocieszenia. Być może miało to dużo wspólnego ze szronem, który pokrywał wszystkie powierzchnie, meble i przedmioty w pokoju.
To już miałam prawo uznać za bardziej podejrzane. Przestąpiłam nerwowo z nogi na nogę i ruszyłam w kierunku drzwi trochę odruchowo, na samym początku myśląc coś w stylu "trzeba podkręcić ogrzewanie". Zaczęłam się trząść. Irracjonalna myśl. Z jej głupoty zdałam sobie jednak sprawę dopiero gdy chwyciłam za klamkę, którą zaraz puściłam i stanęłam, oszołomiona.
- A może to mi się śni? - zapytałam na głos i się uszczypnęłam.
O ile wnętrze sypialni wyglądało na małą Antarktydę, o tyle prędko rozpoznałam znajomy już mi paradoks - nie odczuwałam niskiej temperatury. Fazaaaa. W ogóle żadnej nie odczuwałam, moje ciało było jakby obojętne i pozostawało dla chłodu i ciepła nieosiągalne.
Przemyślenia przerwał mi skurcz i burczenie żołądka. Te stanowiły dla mnie naturalny symptom, że jestem głodna, a przede wszystkim w tamtej chwili - że to chyba jakaś forma pośrednia. Trzęsłam się, trzęsłam, ale bardziej ze zdenerwowania, nie odczuwałam bowiem chłodu i mogłabym dotknąć tego śniegu a nie poczułabym, że palec powinien mi w ciągu chwili się odmrozić. No cóż. Pomyślałam, wzruszyłam ramionami, obróciłam się na pięcie i spojrzałam w okno.
Mój pokoik znajdował się na pierwszym piętrze tego niezbyt wysokiego zabudowania mieszkalnego. To oznaczało, że, jeśli zrobię co zrobię, najwyżej złamię nogę. Uśmiechnęłam się do siebie, wzięłam rozbieg i wyskoczyłam przez okno, nie omieszkując wybić po drodze szyby.
Szyba ustąpiła, a jej odłamki wraz ze mną w roli pocisku wyleciały na zewnątrz. Gdyby nie gruba, śnieżna poducha skrywająca ziemię, z całą pewnością nie wyszłabym z takiego wypadku, mając tylko kilka rozcięć na ramionach, którymi się zasłoniłam. Śnieg był niesamowicie miękki i... nie był zimny. Nic a nic, sprawiał jedynie wrażenie jakiegoś neutralnego koca lub materaca. W oknie mojego pokoju, nawet nikt się nie pojawił, co zrodziło wątpliwości, czy w domu aby wszystko było w porządku.
Spojrzałam do góry, oszołomiona. Leżałam na śniegu raz obróciwszy się w powietrzu i upadłszy z pierwszego piętra, a czułam... niewiele. Przez chwilę tylko tak tkwiłam, zupełnie nieruchoma, gorączkowo myśląc, aż wreszcie zaczęłam się dość mozolnie gramolić z ziemi. To nie był sen, tyle wywnioskowałam. To było... coś innego. Wpół świadomość, wizja, stan jakiegoś podsnu, może jego druga warstwa jak w Incepcji, nie wiem. Ale to absolutnie nie był sen i, gdy ani ból, ani zagrożenie życia, ani nawet wrażenie spadania nie pomogły, należało powziąć stanowcze środki aby to szybko skończyć. Innymi słowy: odebrać jakąś wiadomość. Ostatnio było, że jakaś Księga i mówiłam ja. Spojrzałam na okno. Może tym razem mój ojciec?
Wyprostowałam się więc i, nie ważąc absolutnie na zimno (czułam się trochę jak abstrakcyjna Królowa Śniegu), podeszłam do drzwi wejściowych, które otworzyłam z pewnym rozmachem. Powtarzałam sobie w myślach, że to nie jest prawdziwe i tylko jedna myśl mnie przerażała:
A co, jeśli się nie obudzę?

Snowflake 2

Nim dotarłam jednak do drzwi, moją uwagę przykuła czerwona sylwetka na tle ścieżki w śnieżnym polu. Była to osoba, a jej długie, poruszające się na wietrze czarne włosy dawały wskazówkę co do płci. Kobieta, poruszała się ścieżką w stronę lasku, a raczej parku, który stanowił centrum miasteczka.
O, świetnie. Brunetka, czyli postać mroczna, w stroju czerwonym, czyli o barwie krwi. Ale powinnam sprawdzić stan taty. Ale to przecież sen. Ale... Dłoń zadrżała nad klamką, po czym odsunęła się od niej, kiedy i ja uczyniłam krok do tyłu. Pomyślałam, pomyślałam i krzyknęłam w kierunku kobiety:
- Hej! Poczekaj chwilę!
Słowa zaginęły w ryczącym wietrze, nim dotarły do osoby, do której były kierowane. Postać w czerwonym płaszczu poruszała się coraz szybciej, im bliżej niej się znajdowałam (prawie jak Toon Cars). Ruszyłam w szaleńczy pościg, ale nim dotarłam do kobiety, ta zniknęła już pomiędzy nagimi drzewami, zostawiając za sobą tylko ślady na śniegu, prowadzące głębiej w parkowy las. To mi sugerowało, że powinnam wejść do lasu. Nie czułam tego a wiedziałam - były drzewa, były ślady... było też niebezpieczeństwo. Znów się więc zawahałam aby wreszcie ciężko westchnąć, zrobić jeden niepewny krok do przodu i zapuścić się w krzaczory, śledząc uważnie ślady stóp. Powoli, z pewną trwogą, zanurzyłam się pomiędzy konary wysokich drzew, podążając tropem śladów postaci w czerwieni. Szłam ostrożnie, bacząc żeby się nie zgubić i osłaniając oczy przed rzadziej już wirującymi płatkami śniegu. Najgłupsze było, że pomimo iż byłam tylko w piżamie, wytrwale przedzierałam się przez białe zaspy i nagie krzewy, które na cale szczęście nie miały kolców. Wreszcie trop skończył się i odnalazłam właścicielkę czerwonego płaszcza, która siedziała wyprostowana na drewnianej, ozdobnej ławce, na której jakimś cudem nie było śniegu. Dziewczyna nie była wyjątkowo piękna, sprawiała raczej wrażenie normalnej nastolatki. Uroku jednak dawały jej gęste, czarne włosy, długie rzęsy i lekko rumiane policzki. Jej czerwony płaszcz sięgał do kolan. Na nogach miały jeansy, a jej stopy obute były w niewysokie kozaki z brązowej skóry.
Przystanęłam wtedy, ba, stanęłam zupełnie prosto, patrząc na postać. Ostatnim razem zwykłe, logiczne pytania się nie sprawdziły, potarłam więc dłonią czoło, szukając czegoś odpowiedniego. Pomimo przepastnych zasobów pastiszu sytuacyjnego, nie znalazłam odpowiedniej kwestii na tę okazję. Westchnęłam ciężko.
- O cokolwiek ci chodzi - zaczęłam więc. - Wyrażaj się jasno. Wiem, że to trudne, nawet ja nie potrafiłam...
Spojrzałam na swoje ramiona i otrzepałam piżamę.
- Ale postaraj się, ok? Powiedz mi, co to za faza?
- Słucham? - odezwała się dziewczęcym głosem, a jego ton zdradzał roztargnienie dziewczyny.
- Dobra. Jak się nazywasz i w ogóle. Dobry Boże, brzmię jak wariatka...
- Nie przejmuj się. - powiedziała całkiem rzeczowo, uśmiechając się pocieszająco. - Może usiądziesz? - wskazała miejsce obok siebie. O, czyli ona była częścią tego, tego...
- Postoję - odparłam trochę głucho. - Jak to możliwe, że mamy śnieg w końcu października? Jest zimno...
Potarłam dłońmi ramiona, w oczywisty sposób blefując. Po drodze spróbowałam nie przetrzeć tak dla odmiany wszystkich skaleczeń, co mi jednak nie do końca wyszło i syknęłam cicho. W myślach dodatkowo przeklęłam. Nieważne.
- Czasami tak już jest. Żyjemy przecież na północy Stanów, niedaleko Kanady. Tu zawsze zima jest wcześnie. - wyjaśniła. - Przy okazji, bardzo ładnie rysujesz. Pewnie wszyscy ci to mówią, ale cóż... po prostu jesteśmy pełni podziwu.
- Jesteście - powtórzyła za nią trochę niepewnie. - Dobrze... ale to wciąż dziwne. O tej porze nie pada. Nie tyle, aby brodzić po kolana po jednej nocy i relatywnie ciepłym dniu. Poza tym, po tym co mówiłaś, rozumiem, że się znamy. Jakoś. Ale wybacz, nie kojarzę. To kim jesteś?
- Ja...? - powtórzyła zaskoczona. - Prawdopodobnie jestem kimś kogo znasz, chociaż sama nie zdajesz sobie z tego sprawy. Niestety nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie za ciebie. To kwestia, której rozwiązanie przyjdzie niedługo. Tak czy inaczej, chciałam cię o coś zapytać.
Oczywiście. "Jestem super tajemnicza i w ogóle i mam psionizne zdolności jak Jean Grey z X-menów, więc oduczyłam się pytać po ludzku". Powiedziałam więc głupią i alogiczną rzecz:
- Jak mnie znasz, mogłaś spytać na żywo. Wal śmiało, jak wywnioskowałam - mamy czas...
- Czy wiesz, co wydarzyło się kilka lat temu, podczas ostatniego balu Halloween? - zapytała tym głosem, który miał wzbudzić ciekawość u osoby, której się pyta. Szczerze? Był jakiś pomnik, ale nie miałam pojęcia.
- Nie...? Wtedy nawet tu nie mieszkałam.
- To bez znaczenia w takim razie. - stwierdziła. - A czy wierzysz w istnienie innej rzeczywistości?
- Nie mam ku temu podstaw - Udałam, że pytanie nie wydało mi się głupie.
- Cóż więc, wiedz że taka istnieje, a granice między dwoma światami są bardzo cienkie. - dziewczyna wyjaśniała, jakby to była najnormalniejsza rzecz w jej świecie. - Halloween to czas, kiedy granice między rzeczywistościami zacierają się tak bardzo, iż możliwe jest przenikanie się obu światów. Wkrótce, to się znowu stanie, ale dla Fell's Tomb skutki tego zdarzenia będą o wiele bardziej poważniejsze, ze względu na specyfikę położenia miasta.
- To ma jakiś związek z Kanadą? - zapytałam nim pomyślałam. A potem się spięłam.
- To znaczy... co masz na myśli?
- To bardzo skomplikowane. Fell's Tomb zostało wzniesione w miejscu, w którym znajduje się bardzo ważny dla tej drugiej rzeczywistości punkt - Studnia Snów. To jest coś, jakby węzeł, albo wyciek potężnej energii. Ludzie nie są w stanie jej wyczuć, ale ona ma wpływ na wasze życie - na wasze sny. Z reguły, energia Studni jest dobroczynna, ale w Halloween od incydentu sprzed trzech lat, ta energia jest... inna. Moim zadaniem jest dostarczenie tej informacji mieszkańcom Fell's Tomb. Padło na ciebie. Zrobisz z tym, co zechcesz, ale proszę cię, bądź ostrożna. Czasu jest już nie wiele...
[url=http://www.youtube.com/watch?v=-uc9r1uf5ms=Prawdopodobnie w tymże momencie[/url] miałam idiotyczny wyraz twarzy. Wersja ta mnie bowiem zdziwiła i... co najgłupsze, w moim umyśle zrodziło się to ziarno zwątpienia, przez które dostrzegałam logikę opisu. Opierała się na jednym: ciągle utrzymywałam, że to coś pośredniego między snem a jawą, a tu pojawia się Studnia Snów. Przewrotne?
- Mam dwa pytania - powiedziałam więc po chwili gadania do siebie w myślach. - Po pierwsze, co się stało z energią w Halloween. Po drugie, czy to ma związek z jakąś książką?
- Taak, księga. - dziewczyna zamyśliła się. - Trzy lata temu w Sutherland Highschool wydarzyła się tragedia. To właśnie tam pojawia się Księga... Cokolwiek tam miało miejsce, zło i cierpienie, które zrodzono wtedy, przesączyło się do Studni Snów. Od tamtej pory, tego jednego dnia, energia Studni staje się zła i nieobliczalna, a Księga była tylko narzędziem. Kluczem.
To było dziwne, mistyczne i nierealne. Może dlatego brnęłam? Nawet nie z poszanowania dla misji, w którą umysł uparcie nakazywał nie wierzyć, ale ze względu na zwykłe, głupie zainteresowanie? To było idiotyczne. A jednak nadal pytałam, żądna kolejnych odpowiedzi.
- Klucz działa w dwie strony. Gdzie ona jest?
Podrapałam się po głowie. O, a teraz byłam... detektywem. Irracjonalne. Rozmówczyni Ann wzruszyła ramionami.
- Utkwiła w miejscu, w którym nie można jej dosięgnąć z żadnej z rzeczywistości. Jeżeli jest jakikolwiek sposób, na uzdrowienie energii, to z pewnością jest on w Księdze, która ją zaraziła.
- O, to znaczy, że możemy uzdrowić energię przez coś, czego nie można zdobyć! Pięknie! I niech zgadnę: w Halloween, ponieważ jest takie magiczne, będzie moment kiedy stanie się osiągalna więc robimy quest for Camelot 2? Czy coś? No szlag. Dobra. Nieważne. Co się może wydarzyć, jak nie styknie?
Dziewczyna spojrzała poważnie na Ann.
- Nie mówię, byś mi wierzyła. Proszę tylko o to, byś była ostrożna. Być może nic się nie stanie, ale zawsze warto być uprzedzonym przed ewentualnym niebezpieczeństwem.
W odpowiedzi dobrą chwilę milczałam, patrząc na nią raczej ponuro. Nie była to ciekawa wizja - najpierw widziałam samą siebie w wersji wściekle podrapanej, poharatanej, jakby... przyszłej, twierdzącej, że coś nadejdzie, a teraz to? I to mnie miało napawać optymizmem? Nie, bynajmniej. Łatwiej by było zaprzeczać. Robiłam to więc nadal, choć z mniejszą niż poprzednim razem ochotą, przez co same drzewa nie były nawet interesujące.
Mój zmysł artystyczny umarł na dobrą chwilę.
Zakończeniem jakiegoś rozdziału było ciężkie, zmęczone westchnienie z mojej strony. Wyprostowałam się wtedy i poprawiłam okulary, próbując wrócić do stanu sprzed samego snu. Nie szło jak cholera.
- No to... - zaczęłam, niepewna co powiedzieć. - Dzięki za informację. Naprawdę. Jednak później się zastanowię czy cię... was, za nią przeklinać czy błogosławić.
Zerknęła w kierunku, z którego przyszła.
- Tymczasem chyba czeka na mnie moje życie, czy coś. Pozdrów pozostałych. Chciałabym już wrócić do siebie.
- Tak, mój czas też już dobiega końca. - stwierdziła dziewczyna w płaszczu, po tym jak spojrzała w niebo.
Śnieg właśnie przestał padać.
- Pamiętaj, o czym ci powiedziałam. - zwrócila się do Ann. - I... uważaj na siebie. - dodała ze szczerą troską i najzwyczajniej w świecie zniknęła. W tejże chwili śnieg na ziemi i drzewach począł momentalnie topnieć, tak samo jak grube chmury na niebie. Biały puch zdawał się wsiąknąć w ziemię, a chmury po prostu wyparowały, ukazując błękitne niebo i świecące słońce. Z drzew poczęły wyrastać listki, które następnie pociemniały i zmartwiały do jesiennej postaci. Wszystko wróciło do normy, łącznie z temperaturą, co zauważyłam rychło, gdy tylko poczułam zimny wiatr smagający moją skórę.

Snowflake 3

W tym momencie chwyciłam się za ramiona już ze szczerego zimna, po czym... syknęłam z bólu. Rany wciąż tam były, identyczne jak przedtem, ja stałam jak idiotka w piżamie i pokazywałam jak bardzo byłam głupia. A mimo to tkwiłam tak w parku przez chwilę, oszołomiona, drżąc jak topola osika kiedy ją puknąć pięścią. Prawdopodobnie stałabym dłużej - sen był mocnym przeżyciem, w swojej realności i oderwaniu od niej... we wszystkim. Jednak ból, który się nasilał i o sobie nieustannie przypominał, sprowadził mnie na ziemię. Rany były identyczne z tymi, które czułam, kiedy wyskoczyłam we śnie przez okno.
Co znaczyło, że mało nie zabiłam się, próbując się obudzić, tak byłam zdesperowana. Wstrząsnął mną dreszcz, kiedy ruszyłam szybko aby iść w kierunku domu.
Tatę obudził dźwięk tłuczonej szyby. Przypuszczam, że chwilę mu zajęło zebranie się z łóżka bowiem nie zdążył zawiadomić policji, kiedy wróciłam.
Odegrałam więc przepiękną scenę z łazienką. Zakradłam się tam, zmoczyłam włosy, owinęłam sobie ramiona znalezionym opatrunkiem, z suszarki ściągnęłam pranie i ubrałam się, aby wyjść bez pośpiechu, przecierając włosięta ręcznikiem. Ziewnęłam szeroko. A potem przerwałam w połowie.
- O kurczę... - mruknęłam i stanęłam za ojcem, który właśnie miał dzwonić. - Przepraszam...
Zrzuciłam winę na siebie, opowiadając historię mojej dawnej próby zrobienia witrażu na oknie. Wedle niej usiłowałam stworzyć wspaniałą pracę z bibuły, plastikowych opakowań i farbek, co mi absolutnie nie wyszło i skończyło się na zabawie z rozpuszczalnikiem, który musiał walnąć w uszczelki. Dodałam jeszcze, że tej soboty umyłam szybę i zauważyłam na niej pęknięcie, które zignorowałam. Przez uszkodzoną z dawna konstrukcję musiała się do reszty pobić.
Mój fart był taki, że tata znał lepiej mój miejscami skrajny ekscentryzm niż skłonność do prób samobójczych, nie wziął więc tego pod uwagę. Nie byłam jednak pewna co pomyślał, kiedy na mnie spojrzał. Dowiedziałam się, że zadzwoni do firmy aby zamówić nowe, do tego czasu miałam sprzątnąć szkło. No i, standardowo, zapowiedział jajecznicę. Uratowałam się przed psychologiem. Chyba. Uff.
Sobota więc była jednym wielkim sprzątaniem. I, tym razem, pisaniem - spisałam dokładnie wszystko, co pamiętałam, do zeszytu włożyłam szkice i całość wcisnęłam do szafy. Potem sprzątnęłam, potem wyniosłam się z pokoju i w składziku (bo tym zasadniczo było pomieszczenie koło mojego pokoju) przysiadłam i, ze słuchawkami na uszach, wzięłam się za rysowanie. Wszystkiego. Miałam ochotę wyjść poza kartki z ołówkiem. Taki dziwny niedosyt przez cały dzień.
 
Gratisowa kawka jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:20.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168