Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 23-01-2011, 01:36   #21
 
Delta's Avatar
 
Kartkę od matki musiałem przeczytać trzy razy zanim mój niewyspany mózg w końcu raczył ją przyswoić i zapamiętać. Potarłem bolące oczy, czując jak pieką, jakby ktoś wypełnił mi powieki piaskiem czy żwirem; byłem pewien, że gdy spojrzę w lustro to zobaczę dwa, czerwone ślepia jak u królika.
Zmiąłem wiadomość w palcach i rzuciłem do kosza na śmieci, nawet nie sprawdzając czy trafiłem. Powlokłem się w stronę łazienki, tym razem jednak omijając lustro spojrzeniem- nie chciałem widzieć w jakim jestem stanie. Już sama wizja podkrążonych oczu i potarganej głowy mi wystarczyła, żebym przeklął wczorajsze wydarzenie po raz n-ty. Nie ma to jak ekstra początek soboty…
Spróbowałem rozbudzić się zimnym prysznicem, ale gdy tylko poczułem pierwsze uderzenia wody, od razu podkręciłem kurek z temperaturą, wzdrygając się na samą myśl o chłodzie. W efekcie po wyjściu z łazienki wcale nie byłem bardziej przytomny, co odbijało się w solidnym, nieskrępowanym ziewaniu. Przestałem dopiero, gdy rozbolała mnie szczęka.

Po ubraniu się w czyste jeansy i koszulkę bez rękawów, postanowiłem zejść na dół i coś przekąsić. Nie byłem zbyt dobrym kucharzem, więc mój wybór ostatecznie padł na zwykłą jajecznicę, której szczęśliwie udało mi się nie ściąć za bardzo. Za to krojenie chleba okazało się pomysłem całkowicie nietrafionym – prawie uciąłem sobie palec. A gdy już go sobie opatrzyłem to jajecznica była zimna. Coraz bardziej ekstra.

W końcu, po pół godzinie, najedzony i rozbudzony – nic nie rozbudza bardziej niż widok własnej krwi na kromce chleba – mogłem zacząć normalnie myśleć. Wróciłem do swojego pokoju i odpaliłem laptopa, siadając przy biurku. Czekając aż się włączy sięgnąłem po telefon, zaczynając przerzucać listę kontaktów.
Moje myśli wciąż krążyły dookoła wczorajszego wydarzania, więc wiedziałem, że przyda mi się coś co skutecznie wyrzuci je z mojej głowy i nawet wiedziałem co to takiego będzie. Gorzej, że nie sądziłem, żeby była na to jakaś szansa tuż przed balem na Halloween, więc… Kliknąłem „Połącz”, gdy w końcu znalazłem odpowiedni numer.
- Hej, S! – rozległo się radosne powitanie w słuchawce, gdy połączenie w końcu zostało zrealizowane.
- Hej, Ami.Amanda Knoxville, blondwłosa, urocza harpia, z którą jeszcze rok temu chodziłem – przez tydzień – miała to, czego było mi w tej chwili potrzeba najbardziej. Informacje. – Mam nadzieję, że cię nie obudziłem?
- Nie, skądże. O dwunastej, głuptasie? – W słuchawce rozległ się perlisty śmiech, mimowolnie przywołując mi przed oczami obraz młodszej ode mnie o rok dziewczyny. Amanda nie pochodziła z Fell’s Tomb. Przyjechała tu niemal dwa lata temu, gdy jej ojciec – dyrektor jakiejś firmy odzieżowej – postanowił wybudować sobie w tym miasteczku małą willę i traktować ją jako swój domek letniskowy. Pech chciał, że dziewczynie i jej matce się tu spodobało, i postanowiły tu zamieszkać na stałe. Wbrew pozorom, Amanda szybko się przystosowała do nowego miejsca – bogata, nieco rozpuszczona dziewczyna, momentalnie zjednała sobie „śmietankę towarzyską” Sutherland High, urządzając u siebie cotygodniowe domówki.
- No tak, ja przed chwilą się obudziłem..
- Miałeś ciężką noc? – Filuterny głos dziewczyny zmusił mnie do mimowolnego uśmiechu, chyba pierwszego od czasu przebudzenia. Pokręciłem głową, wiedząc, że i tak tego nie zobaczy.
- Nie w sposób jaki bym sobie tego życzył – odparłem, przytrzymując komórkę ramieniem przy uchu i uruchamiając na laptopie przeglądarkę, a wraz z nią strony informacyjne. – Słuchaj, nie ma przypadkiem dzisiaj czegoś u ciebie? Wiem, że jutro Halloween i pamiętam, że tydzień temu o tym mówiłaś, ale…
- Przykro mi, S. Wiesz jak jest, muszę się odpowiednio przygotować na jutro, no i z okazji Halloween ojciec wrócił do miasta. Poza tym nikt by nie miał czasu.
- No tak – westchnąłem cicho. – No dobra, to wszystko w takim razie.
- Jasne. Ale za tydzień na pewno coś wymyślimy. Hej, S! A masz przypadkiem jakiegoś pomysłu na oryginalny strój na ten bal?
- Możesz spróbować z mumią.
- Arcyzabawne, S, naprawdę. – usłyszałem w słuchawce dźwięk otwieranej szafy. – Ale może to jest pomysł… Może Kleopatra na ten przykład…
- To Halloween, Ami. Nikt się nie przestraszy Kleopatry.
- Oj tam, nie czujesz klimatu. To może…
- No nic, dzięki – przerwałem jej szybko, wiedząc jak ta rozmowa może się przedłużyć. - Zobaczymy się w takim razie na balu.
- Jasne, jasne. Miło, że zadzwoniłeś! Paa!
Rozłączyłem się i oklapłem na fotel, patrząc bezmyślnie na stronę BBC. No dobra, nie oczekiwałem, że to coś da, ale hej, zyskałem piętnaście minut! Zacząłem przeglądać nowe artykuły, raczej z przyzwyczajenia niż jakichś chęci, których wyjątkowo mi brakowało…

…nagłe pukanie do drzwi wejściowych sprawiło, że aż podskoczyłem z zaskoczenia. Podniosłem się z fotela i wyszedłem z pokoju, zbiegając szybko po schodach na dół. Idąc do drzwi zmarszczyłem brwi, nie spodziewając się dzisiaj gości, ani nie mając pomysłu kto mógłby ode mnie chcieć coś w sobotę tuż przed balem.
- Już idę! – krzyknąłem z holu i podszedłem do wejścia, otwierając drzwi.
Na widok Samanthy stojącej do mnie plecami, zamarłem w miejscu, z dłonią na klamce i zaskoczeniem, które musiało odbić się na mojej twarzy. Chwilę potem zaskoczenie ustąpiło miejsca zakłopotaniu i przerażeniu, które zdołałem zamaskować. No tak, jak mogłem o tym nie pomyśleć?! Głupi, głupi, głupi! To było oczywiste, że mogła przyjść.
- Hej, Sam.
- Cześć – odparła dziewczyna, odwracając się do mnie przodem. Widząc moją minę, uniosła delikatnie brew. - Um... no tak. Wybacz, że tak bez zapowiedzi - zaczęła powoli, jakby zastanawiając się nad tym, co dalej powiedzieć. - Właściwie to pewnie domyślasz się dlaczego tutaj jestem, prawda?
Westchnąłem cicho i kiwnąłem głową twierdząco. Oczywiście, że się domyślałem. Cholerny telefon.
Zrobiłem krok do tyłu, otwierając szerzej drzwi i zapraszając ją gestem do wnętrza.
- Niestety. Wejdź, proszę.
- Dzięki - powiedziała, wchodząc do środka, gdzie było znacznie cieplej. - Posłuchaj. Nie chciałabym ci zajmować dużo czasu, bo pewnie masz lepsze rzeczy do roboty, dlatego przejdę do rzeczy - rzekła, naciągając odruchowo rękawy bluzy. - Chciałabym, abyś mi wytłumaczył... swój wczorajszy telefon.
Skrzywiłem się w czymś co miało być naturalnym uśmiechem, co mi jednak nie bardzo wyszło.
- To była… pomyłka – odpowiedziałem po chwili milczenia, ruszając z powrotem korytarzem i pokazując, by Sam poszła za mną. Moje myśli trzepotały pod czaszką, szukając wyjścia z tej niezręcznej sytuacji. – Słuchaj, wiem jak to zabrzmiało, ale naprawdę nie miałem nic złego na myśli. Po prostu… - zamilkłem na chwilę. Niby jak miałem jej to powiedzieć? „Hej, miałem wczoraj wizję! Normalnie odjazd jak po narkotykach! Ale nic nie brałem, poważnie… ej, napraaaawdęęę!”. Nie, prawda nie wchodziła w rachubę. Szczególnie, że pamiętałem jakie ploty krążyły o poprzednim chłopaku Sam i nie chciałem sprawdzać jak zareaguje na coś co mogło śmiało wyglądać jak solidna delirka. Dlatego też zdecydowałem się na kłamstwo. - To… mi się śniło. Akurat się obudziłem, byłem wciąż jeszcze skołowany, jedną nogą w środku niedoszłego snu i telefon z ostrzeżeniem był pierwszym co mi przyszło do głowy. Przepraszam za to.
Po kilku metrach weszliśmy do kuchni; po środku pomieszczenia stał szeroki, drewniany stół, a przy nim cztery krzesła, z czego na jednym leżała dzisiejsza gazeta. Machnąłem ręką gdzieś w okolicę jednego z krzeseł, samemu podchodząc do szafek wiszących pod ścianą.
- Herbaty? Kawy?
- Herbaty, jeśli można... - odparła, siadając na jednym z krzeseł. - Skoro to był tylko sen, chyba nie miałbyś nic przeciwko opowiedzeniu go mnie? - spytała, mrużąc na moment powieki.
Ekstra.
- A wierzysz w to, że sny mogą się spełniać? – zapytałem po chwili milczenia, częściowo omijając jej prośbę. Otworzyłem szafkę i wyciągnąłem z niej słoik, w którym znajdowała się suszona herbata i dwa, zielone kubki. Przesypałem do środka trochę suszu, włączając elektryczny czajnik.
- To nie jest odpowiedź na moje pytanie, Scott - stwierdziła, uśmiechając się delikatnie. - Poza tym nie widzę związku pomiędzy tym, w co wierzę, a twoim snem, przez który do mnie zadzwoniłeś... - Wpatrywała się we mnie przez chwilę, by później przenieść wzrok na zielony kubek. Znów zamilkłem na kilka sekund, zawieszając swój wzrok na cukiernicy, którą przysunąłem do siebie.
- Śniło mi się, że znalazłem Cię strasznie poranioną. Nożem – odpowiedziałem po chwili cicho. – Przez Matta.
Samantha aż zakrztusiła się własną śliną. Gdy w końcu się uspokoiła, spojrzała ze zdziwieniem na mnie.
- Poranioną nożem? Przez Matta? - spytała, wpatrując się we mnie swoimi czekoladowymi oczami. - Czemu akurat ty... - powiedziała bardziej do samej siebie.
- Mówiłaś, że gonił cię po lesie i… i to wszystko. Dlatego zadzwoniłem, głupio z mojej strony, wiem – odparłem, odwracając się w końcu i opierając plecami o półkę kuchenną. Zmarszczyłem brwi na jej ostatnie słowa, spoglądając na nią pytająco. Zdanie było wyrwane z kontekstu i nie bardzo wiedziałem o co może jej chodzić. Nie miałem jakichś specjalnych kwalifikacji to zostania medium.
Czy też wariatem.
- Co „dlaczego ja”?
- Powiedziałam to na głos? - zmieszała się, odwracając wzrok w inną stronę. - W każdym razie... To tyle? Nic więcej się nie działo? – zapytała.
- Poza tym, że Matt zaczął się dobijać do drzwi to nie. Potem nagle zgasło światło, a jak się znowu zapaliło to ciebie już nie było – odparłem wzruszając ramionami, odwracając się do czajnika, który zaczął cicho terkotać. Minęło kilka sekund i czerwona lampka na przycisku „on/off” zgasła, zgłaszając zagotowaną wodę.
- I wszystko to przyśniło ci się około siedemnastej, tak? Nie byłeś wtedy w szkole? - zapytała podejrzliwie, najwyraźniej przypominając sobie, jak po lekcji angielskiego nauczycielka prosiła, by do niej podszedł.
Wykorzystałem moment nalewania wody do kubków jako chwilę do namysłu i wykombinowania odpowiedzi. Specjalnie powoli przechylałem czajnik, odstawiając go, gdy skończyłem i biorąc jeden z kubków wraz z cukiernicą. Oba postawiłem przed Samanthą. I dopiero wtedy odpowiedziałem.
- Zdrzemnąłem się na fotelu, gdy gazetka się drukowała. Sama wiesz jakie starocie trzyma szkoła, jeżeli chodzi o elektronikę – odparłem zdawkowo, starając się brzmieć naturalnie. Jednak nie odważyłem się spojrzeć w jej oczy, zgrabnie unikając jej wzroku i wracając na swoje stanowisko.
- Tak, to wiele tłumaczy, Scott - odpowiedziała, tonem swojego głosu dając do zrozumienia, że wcale nie uwierzyła w moje słowa. W milczeniu sięgnęła po kubek z herbatą i wbiła wzrok w złocistą ciecz - To dość dziwne, że akurat przyśniło ci się coś takiego - powiedziała w końcu, nadal wpatrując się w kubek. - Pytałeś o to, czy wierzę w spełniające się sny... Scott, czy jest coś, czego mi nie mówisz? - zapytała, w końcu spoglądając na chłopaka znad kubka.
Jasne. Tego, że miałem wizję jak twój facet tnie cię nożem i że jestem pewien, że to się działo naprawdę. Krew na spodniach była tego dowodem. Ale hej, poza tym wszystko w porządku.
Naturalnie nie powiedziałem nic takiego.
- Ten sen był po prostu wyjątkowo… - przez chwilę szukałem odpowiedniego słowa. - ...realistyczny.
Również wziąłem do rąk swój kubek, grzejąc o ścianki dłonie i czekając aż herbata się zaparzy. Po jej powierzchni pływały kawałki ususzonych owoców, sprawiając, że przyjemny aromat momentalnie połaskotał mnie po nosie.
- Ja nie wiem czy wierzę. Ale ostrożności nigdy za wiele, co? – dodałem, odwzajemniając w końcu spojrzenie Sam. – Nie chcę wpływać na twój związek z Mattem, ani szerzyć o nim nie wiadomo jakie plotki. Wydaje się być w porządku gościem, okej?
- Po prostu takie rzeczy nie śnią się bez powodu - odparła, wzruszając ramionami. Upiła ostrożnie łyk gorącej herbaty, czując jak powoli rozgrzewa jej jeszcze zmarznięte ciało. - Mmm, pyszna - skwitowała, uśmiechając się nieco weselej, niż miała w zwyczaju.
Zaniechanie niebezpiecznego tematu przyniosło mi niesamowitą ulgę. Odwzajemniłem jej uśmiech delikatnie, kiwając głową.
- To była ulubiona herbata mojego ojca. I moja także – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, sięgając do szuflady i wyciągając z niej dwie łyżeczki. Podałem jedną dziewczynie, a drugą wsunąłem do swojego kubka, mieszając niespiesznie. – To takie moje małe zboczenie. Herbaty w torebkach po prostu już mi nie smakują, nie mają tego aromatu i smaku – dodałem, uśmiechając się krzywo. Sam kiwnęła głową ze zrozumieniem.

Rozmowa, szczęśliwie nie zbliżając się już do tematu moich snów, toczyła się jeszcze przez kwadrans. Kiedy w końcu oba kubki zostały opróżnione do ostatniej kropli złocistego napoju, Samantha wstała powoli od stołu.
- Na mnie chyba już czas - powiedziała. - Dziękuję za herbatę i rozmowę. I jeszcze raz przepraszam, że tak niespodziewanie.
Uśmiechnąłem się krótko i zabrałem oba kubki, wrzucając je do zlewu.
- Nie ma sprawy. Ja przepraszam za ten telefon.
- Nie ma sprawy - odparła, uśmiechając się.
Kiedy już oboje stanęliśmy przy drzwiach, Sam odwróciła się przodem do mnie i spojrzała mi w oczy.
- Scott... - zaczęła, ale po chwili milczenia dodała - A, nieważne. Do zobaczenia na balu - rzuciła, naciskając klamkę.
Kiwnąłem głową, uśmiechając się do niej na pożegnanie i odprowadzając ją wzrokiem jak wychodzi. Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, oparłem się o nie plecami i wypuściłem z siebie powietrze ze świstem.
Przeżyłem i zachowałem częściową reputację normalnego człowieka. Sukces.
Potarłem oczy i ruszyłem z powrotem do swojego pokoju, zamierzając chwilę odreagować i zrzucić zdjęcia na laptopa.

Resztę dnia spędziłem raczej niezbyt ciekawie – około piętnastej wyszedłem z domu, udając się do centrum na poszukiwanie elementów niezbędnych do mojego stroju. Odwiedziłem chyba za trzy sklepy oferujące stroje na Halloween, dopiero w tym ostatnim zaopatrując się w najbardziej realistyczne, wampirze kły, litr sztucznej krwi i elegancki, staromodny frak. W trakcie tej dwugodzinnej przebieżki spotkałem chyba tuzin znajomych ze szkoły, którzy tak jak i ja, na ostatnią chwilę zostawili poszukiwania czegoś w czym mogliby się jutro pokazać na balu. Kolejne dwie godziny spędziłem na kręceniu się po okolicy, ot tak, robiąc zdjęcia i słuchając o czym ludzie gadają. Ostatecznie w domu byłem około dwudziestej i zanim poszedłem spać zdążyłem jeszcze dokończyć zaległe wypracowanie dla pani Proudville i obrobić paręnaście fotek w Photoshopie.
 
__________________
"I would say that was the cavalry, but I've never seen a line of horses crash into the battle field from outer space before."
Delta jest offline  
Stary 25-01-2011, 16:21   #22
 
Cold's Avatar
 
Wizyta Nathana w moim pokoju była... tak zwaną niespodziewaną niespodzianką. Nigdy bym nie przypuszczała, nawet w najskrytszych marzeniach, że kiedyś dożyję takiej sytuacji.
- Dzień dobry! - powiedział radośnie, stawiając tacę na niskim stoliku przy łóżku. Spojrzałam jeszcze sennym wzrokiem na tosty. Śniadanie do łóżka? Czy ja umarłam?
- Mam nadzieję, że będzie smakowało. Sam robiłem - stwierdził z odrobiną zmieszania. Uśmiechnęłam się do niego. Prawda jest taka, że Nathan od zawsze był wyrzutkiem. Zawsze sam, nigdy z nami (to jest mną i Davidem). Oparcie miał tylko i wyłącznie u matki, z którą był bardzo zżyty. Może to dlatego teraz próbował odnowić kontakt głównie ze mną? Bo bądź co bądź z wyglądu przypominałam naszą matkę? No, chyba że Davidowi także zaniósł śniadanie do łóżka, wtedy to co innego.
- Jak pierwsza noc w rodzinnym domu po tak długim czasie? - spytałam, sięgając po tosta.
- Wiesz... czuję się trochę nieswojo, ale to zapewne tylko przejściowy stan - odparł, uśmiechając się blado.
- Na pewno. A ojcem się nie przejmuj, w końcu mu przejdzie.
- Tak, wiem. Zawsze przechodzi. Ale sama dobrze wiesz, że nie wybaczy prędko.
- Owszem. Mnie do tej pory nie wybaczył mojego ostatniego chłopaka - odparłam, wzruszając ramionami. Taki już był nasz ojciec. Ale i tak wszyscy go kochaliśmy.
- Ale ty nie...
- Nathan, daj spokój - przerwałam mu. Dobrze wiedziałam, co chciał dalej powiedzieć. - To prawda, nie można tych dwóch spraw ze sobą porównywać. Ale to nasz ojciec. Kocha nas...
- Sama nie jesteś pewna swoich słów - odpowiedział, wzdychając ciężko i wbijając wzrok w swoje stopy. Miał zmęczoną twarz. Cały wyglądał na zmęczonego i spiętego.
- Może... Może wybierzemy się któregoś dnia w trójkę gdzieś na miasto? - rzuciłam propozycją. - Nadrobimy stracony czas z dzieciństwa.
- Hm... Może to i całkiem dobry pomysł?
***
Pośpiesznie podreptałam brukowanym chodnikiem prowadzącym tuż pod drzwi. Niechętnie wyciągnęłam lewą dłoń z kieszeni. Może nie było aż tak zimno, w końcu niebo póki co utrzymywało się w bezchmurnym stanie, aczkolwiek zawsze byłam typowym zmarzluchem i 'ciepłolubem'.
Zapukałam raz, drugi i trzeci, po czym wcisnęłam zimną dłoń do kieszeni, wyczekując jakiekolwiek odpowiedzi ze strony lokatorów.
Stojąc tak cierpliwie, przyglądałam się posępnemu ogródkowi. Latem musiał wyglądać pięknie, pomyślałam. Lecz jesienią nie sprawiał pozytywnego wrażenia. Powinnam przestać zwracać uwagę na takie mało istotne szczegóły i rozmyślać nad nimi.
- Już idę! – krzyknął ktoś holu i podszedł do wejścia, otwierając drzwi.
Scott na mój widok jakby zamarł w miejscu, z dłonią na klamce i zaskoczeniem, które odbiło się na jego twarzy. Chwilę potem ustąpiło miejsca zakłopotaniu.
- Hej, Sam.
- Cześć - odparłam, odwracając się do niego przodem. Widząc jego minę, uniosłam delikatnie brew. - Um... no tak. Wybacz, że tak bez zapowiedzi - zaczęłam powoli, jakby zastanawiając się nad tym, co dalej powiedzieć. - Właściwie to pewnie domyślasz się dlaczego tutaj jestem, prawda? - Postanowiłam nie owijać za bardzo w bawełnę. W końcu nie lubię, kiedy ktoś tak postępuje ze mną, więc dlaczego sama miałam tak robić?
Scott westchnął cicho i kiwnął głową twierdząco. Zrobił krok do tyłu, otwierając szerzej drzwi i zapraszając mnie gestem do środka.
- Niestety. Wejdź, proszę.
- Dzięki - powiedziałam, wchodząc do środka, gdzie było znacznie cieplej. - Posłuchaj. Nie chciałabym ci zajmować dużo czasu, bo pewnie masz lepsze rzeczy do roboty, dlatego przejdę do rzeczy - rzekłam, naciągając odruchowo rękawy bluzy. - Chciałabym, abyś mi wytłumaczył... swój wczorajszy telefon.
- To była… pomyłka – odpowiedział po chwili milczenia, ruszając z powrotem korytarzem i pokazując, bym poszła za nim. – Słuchaj, wiem jak to zabrzmiało, ale naprawdę nie miałem nic złego na myśli. Po prostu… - zamilkł na chwilę, wyraźnie bijąc się ze swoimi myślami. - To… mi się śniło. Akurat się obudziłem, byłem wciąż jeszcze skołowany, jedną nogą w środku niedoszłego snu i telefon z ostrzeżeniem był pierwszym co mi przyszło do głowy. Przepraszam za to.
Po kilku metrach weszliśmy do kuchni; po środku pomieszczenia stał szeroki, drewniany stół, a przy nim cztery krzesła, z czego na jednym leżała dzisiejsza gazeta. Scott machnął ręką gdzieś w okolicę jednego z krzeseł, samemu podchodząc do szafek wiszących pod ścianą.
- Herbaty? Kawy?
- Herbaty, jeśli można... - odparłam, siadając na jednym z krzeseł. Zamyśliłam się, próbując sobie dokładnie przypomnieć rozmowę, jaką poprzedniego dnia odbyłam ze Scottem. Z pewnością nie brzmiał jak człowiek zaraz po przebudzeniu. - Skoro to był tylko sen, chyba nie miałbyś nic przeciwko opowiedzeniu go mnie? - spytałam, mrużąc na moment powieki.
- A wierzysz w to, że sny mogą się spełniać? – zapytał po chwili milczenia. Czy to tylko ja, czy Scott próbował się wymigać od odpowiedzi? Otworzył szafkę i wyciągnął z niej słoik, w którym znajdowała się suszona herbata i dwa zielone kubki. Przesypał do środka trochę suszu, włączając elektryczny czajnik.
- To nie jest odpowiedź na moje pytanie, Scott - stwierdziłam, uśmiechając się delikatnie. - Poza tym nie widzę związku pomiędzy tym, w co wierzę, a twoim snem, przez który do mnie zadzwoniłeś... - Wpatrywałam się w niego przez chwilę, by później przenieść wzrok na zielony kubek. Coś tu było nie tak. Sen? Nie wierzyłam, by Scott należał do grupy ludzi, którzy lubili sobie pospać w środku dnia. I to na tyle długo, by mieć koszmary.
Chłopak znów zamilkł na kilka sekund, zawieszając swój wzrok na cukiernicy, którą przysunął do siebie.
- Śniło mi się, że znalazłem Cię strasznie poranioną. Nożem – odpowiedział po chwili cicho. – Przez Matta.
Aż zakrztusiłam się własną śliną. Gdy w końcu się uspokoiłam, spojrzała ze zdziwieniem na Scotta.
- Poranioną nożem? Przez Matta? - spytałam, wpatrując się w chłopaka swoimi czekoladowymi oczami. - Czemu akurat ty... - powiedziałam bardziej do samej siebie, niż do Scotta. O co tu chodziło?
- Mówiłaś, że gonił cię po lesie i… i to wszystko. Dlatego zadzwoniłem, głupio z mojej strony, wiem – odparł Scott, odwracając się w końcu i opierając plecami o półkę kuchenną. - Co „dlaczego ja”?
- Powiedziałam to na głos? - zmieszałam się, odwracając wzrok w inną stronę. Tylko tego brakowało. Bym nie wiedziała, co mówię na głos, a co w myślach. - W każdym razie... To tyle? Nic więcej się nie działo? - zapytałam, chcąc wyciągnąć z niego jak najwięcej informacji. Ostatnio zbyt wiele dziwnych rzeczy działo się wokół mnie, bym mogła ot tak odpuścić. Nawet jeśli rzeczywiście Scott mówił prawdę, że był to tylko sen.
- Poza tym, że Matt zaczął się dobijać do drzwi to nie. Potem nagle zgasło światło, a jak się znowu zapaliło to ciebie już nie było – odparł wzruszając ramionami i odwracając się do czajnika, który zaczął cicho terkotać. Minęło kilka sekund i czerwona lampka na przycisku „on/off” zgasła, zgłaszając zagotowaną wodę.
- I wszystko to przyśniło ci się około siedemnastej, tak? Nie byłeś wtedy w szkole? - zapytałam podejrzliwie, przypominając sobie, jak po lekcji angielskiego nauczycielka prosiła, by do niej podszedł. To dziwne uczucie, kiedy przypominasz sobie takie z pozoru nieistotne szczegóły w odpowiednim momencie.
Scott postawił oba kubki postawił przede mną. I dopiero wtedy odpowiedział.
- Zdrzemnąłem się na fotelu, gdy gazetka się drukowała. Sama wiesz jakie starocie trzyma szkoła, jeżeli chodzi o elektronikę – odparł zdawkowo, starając się brzmieć naturalnie. Możliwe, że tylko mi się wydawało, ale miałam wrażenie, że próbował uniknąć mojego spojrzenia. A jednak!
- Tak, to wiele tłumaczy, Scott - odpowiedziałam, tonem swojego głosu dając do zrozumienia, że wcale nie uwierzyłam w jego słowa. Cóż, sama nie wiedziałam dlaczego. Może po prostu nie chciałam być jedyną, która ostatnio przeżyła coś naprawdę dziwnego? Może chciałam się upewnić, że wcale nie wariuje? Bez słowa sięgnęłam po kubek z herbatą i wbiłam wzrok w złocistą ciecz. A może rzeczywiście zaczynałam tracić rozum? - To dość dziwne, że akurat przyśniło ci się coś takiego - powiedziałam w końcu, nadal wpatrując się w kubek. - Pytałeś o to, czy wierzę w spełniające się sny... Scott, czy jest coś, czego mi nie mówisz? - zapytałam, spoglądając na chłopaka znad kubka.
- Ten sen był po prostu wyjątkowo… - Scott przez chwilę szukał odpowiedniego słowa. - ...realistyczny.
Również wziął do rąk swój kubek, grzejąc o ścianki dłonie i czekając aż herbata się zaparzy. Po jej powierzchni pływały kawałki ususzonych owoców, sprawiając, że przyjemny aromat momentalnie łaskotał po nosie.
- Ja nie wiem czy wierzę. Ale ostrożności nigdy za wiele, co? – dodał, odwzajemniając w końcu spojrzenie. – Nie chcę wpływać na twój związek z Mattem, ani szerzyć o nim nie wiadomo jakie plotki. Wydaje się być w porządku gościem, okej?
- Po prostu takie rzeczy nie śnią się bez powodu - odparłam, wzruszając ramionami. Postanowiłam porzucić ten temat, przynajmniej na jakiś czas, udając, że wytłumaczenie Scotta mnie usatysfakcjonowało. Upiłam ostrożnie łyk gorącej herbaty, czując jak powoli rozgrzewa jeszcze zmarznięte ciało. - Mmm, pyszna - skwitowałam, uśmiechając się nieco weselej, niż miałam w zwyczaju.
Zaniechanie niebezpiecznego tematu było chyba dla Scotta powodem do ulgi, bo odwzajemnił uśmiech delikatnie, kiwając głową.
- To była ulubiona herbata mojego ojca. I moja także – odpowiedział, sięgając do szuflady i wyciągając z niej dwie łyżeczki. Podał jedną mnie, a drugą wsunął do swojego kubka, mieszając niespiesznie. – To takie moje małe zboczenie. Herbaty w torebkach po prostu już mi nie smakują, nie mają tego aromatu i smaku – dodał, uśmiechając się krzywo.

Kiedy w końcu oba kubki zostały opróżnione do ostatniej kropli złocistego napoju, wstałam powoli od stołu.
- Na mnie chyba już czas - powiedziałam. - Dziękuję za herbatę i rozmowę. I jeszcze raz przepraszam, że tak niespodziewanie.
Scott uśmiechnął się krótko i zabrał oba kubki, wrzucając je do zlewu.
- Nie ma sprawy. Ja przepraszam za ten telefon.
- Nie ma sprawy - odparłam, uśmiechając się.
Kiedy już oboje stanęliśmy przy drzwiach, odwróciłam się przodem do Scotta i spojrzałam mu w oczy. Nie wiem dlaczego to zrobiłam. Nie wiem, co w tych oczach zobaczyłam. Ale jedno było pewne. Wcale w tamtym momencie nie miałam ochoty wychodzić.
- Scott... - zaczęłam, ale po chwili milczenia dodałam - A, nieważne. Do zobaczenia na balu - rzuciła, naciskając klamkę. Musiałam się szybko otrząsnąć z tego dziwnego uczucia, które mną zawładnęło na moment.
Chłopak kiwnął głową, uśmiechając się do mnie na pożegnanie.
Gdy już minęłam posępny ogródek, spojrzałam jeszcze raz za siebie, mrużąc powieki. Nadal ta cała sprawa wyglądała mi dosyć podejrzanie, ale nie miałam żadnych dowodów. Właściwie, to zaczynałam sama siebie podejrzewać... O popadanie w paranoję. Weź się w garść, Samantho Everett! Najlepiej byłoby, gdybym zapomniała o tym całym spotkaniu z alternatywną sobą, o opowieści Matta i Scotta i z całą pewnością najlepiej dla mnie byłoby, gdybym na siłę nie próbowała tego wszystkiego ze sobą połączyć. Ale nie mogłam pozbyć się tego nieodpartego uczucia, że to musi być jakaś misterna układanka, do której brakowało jeszcze tylko kilku elementów... Sam, przecież nie jesteś zwolenniczką teorii spiskowych, więc PRZESTAŃ!
Wcisnęłam dłonie w kieszenie płaszcza i ruszyłam przed siebie. Sobotnie popołudnie, a ja zamartwiałam się takimi głupotami.
Westchnęłam sama do siebie i pokręciłam głową z dezaprobatą. Czas się wziąć w garść. Zbliżał się ten chory bal. Czy to nie o tym właśnie w tym momencie myśli 99% uczniów Sutherland? Możliwe. Ja postanowiłam udać się do rozgłośni, wywalić stamtąd Johna i przejąć stery co najmniej do wieczora. Tak, to pozwoli mi się zrelaksować i zapomnieć o dziwnych przewidzeniach.
Wyciągnęłam z kieszeni komórkę i wysłałam krótkiego sms'a do Matthew. "W razie czego szukaj mnie w rozgłośni.", po czym kliknęłam 'wyślij' i pomaszerowałam na skrzyżowaniu w prawo.
Budynek rozgłośni mieścił się w samym centrum naszego małego miasteczka. Znajdował się pomiędzy piekarnią a sklepikiem z butami pana Weskera.
Na dworze z każdą minutą robiło się coraz chłodniej, co zresztą było do przewidzenia. Spojrzałam na swoje odbicie w szklanych drzwiach rozgłośni. Biała jak mleko twarz, a na policzkach czerwone rumieńce. Wyglądałam jak... Nie, Sam, wyrzuć to skojarzenie z głowy! Natychmiast!
Potrząsnęłam głową i pchnęłam drzwi, starając się wyrzucić z głowy ten okropny obraz.

***

W swoim pokoju znalazłam się już po zmroku. Z radością przywitałam wygodne łóżko, do którego ochoczo wskoczyłam, by opatulić się kołdrą i zamknąć oczy. Szkoda tylko, że nie spodziewałam się tego, co mnie czekało w krainie snów...
Staliśmy razem, twarzą w twarz, trzymając się za ręce. Patrzyłam mu w oczy, uśmiechając się delikatnie. On również się uśmiechał. Uniosłam powoli jedną dłoń, by musnąć jego policzek. Pod opuszkami palców czułam twardy, kłujący zarost Matta.
On również zaczął delikatnie gładzić swoimi ciepłymi dłońmi moje policzki, szyję. Wplótł palce we włosy.
Nasze serca z każdą chwilą biły coraz szybciej, pragnąc wyskoczyć z piersi, by móc spleść się w namiętnym uścisku dwóch kochanków. Nachylił się nade mną. Od razu wiedziałam, czego chciał. Przymknęłam powieki i po chwili poczułam jak jego miękkie, ciepłe wargi muskają moje, tylko po to, by wtopić się w nie z pożądaniem.
Jego dłonie szaleńczo błądziły po moich plecach. Wsunęły się pod bluzkę, lekko ją unosząc i ukazując światu kawałek moich nagich pleców. Prawa dłoń powędrowała w stronę brzucha. Ja również nie pozostawałam bezczynna.
Wykorzystałam fakt, iż miał na sobie tylko koszulę. Powoli zaczęłam rozpinać guzik za guzikiem, jeden po drugim. Aż w końcu mogłam zsunąć z niego ten niepotrzebny kawałek materiału. Przejechałam dłonią po jego torsie, a on uśmiechnął się poprzez pocałunek. Łaskotało?
Niedługo potem wszystkie ubrania, jakie mieliśmy na sobie, leżały w nieładzie, porozrzucane po całym pokoju. Pchnął mnie delikatnie na łóżko, nie przerywając namiętnego pocałunku, jaki cały czas nas łączył ze sobą.
Wtedy spojrzał na mnie, odsuwając swoją twarz od mojej. Uśmiechnął się tajemniczo.
- Mam coś dla ciebie - wyszeptał, sięgając za swoje plecy. Po chwili w ciemnościach błysnęło ostrze noża. Rozległ się głośny, szaleńczy śmiech Matthew.
Zamachnął się kilka razy, a na mojej twarzy pojawiły się podłużne rozcięcia, z których zaczęła sączyć się krew. Krzyknęłam, odpychając go na podłogę. Wtedy jego nóż rozciął mi łydkę. Upadłam na podłogę i zaczęłam czołgać się w kierunku łazienki. Udało się! Zamknęłam za sobą drzwi. Słyszałam, jak Lewis się śmieje. Jego głos odbijał się echem w mojej głowie.
Oparłam się o drzwi. Nagle nastała zupełna cisza z drugiej strony. Przytknęłam ucho, starając się nie zwracać uwagi na ból, jaki wręcz paraliżował moje ciało. Wtedy coś uderzyło o drewniane drzwi. Siekiera przebiła je na wylot, tuż przed moim nosem. Krzyknęłam. Scena wręcz jak z "Lśnienia" Stanleya Kubricka.
Zaczęłam się cofać wgłąb łazienki. Coś było nie tak. Moje ruchy stały się jakieś inne. Ograniczone? Odwróciłam głowę w stronę lustra wiszącego na ścianie. Wtedy ujrzałam to, czego nigdy nie chciałam ujrzeć. Byłam...
Obudziłam się z niemym krzykiem. Wpatrywałam się w sufit, przyzwyczajając wzrok do ciemności. Traciłam zdrowy rozsądek.
Była tylko jedna osoba, która mogła mi pomóc. Czy to znaczyło, że musiałam się do niej udać? Przecież przyrzekłam sobie, że już nigdy więcej nie odwiedzę tej kobiety. Mojej matki... Nie, to już nie była moja matka. Przestała nią być, kiedy całkowicie zamknęła się w swoim świecie, zapominając o swoich dzieciach, mężu i prawdziwym życiu.
Chyba jednak nie miałam innego wyboru. Tylko ona mi pozostała. Chora psychicznie. Schizofreniczka, żyjąca we własnym świecie. Kto wie, czy nie posiadała jakichś odpowiedzi? Postanowiłam, że udam się w odwiedziny z samego rana, by móc później wrócić na bal. Te chore sny musiały się skończyć!
 
__________________
Jaka, sądzisz, jest biblia cygańska?
Niepisana, wędrowna, wróżebna.
Naszeptała ją babom noc srebrna,
Naświetliła luna świętojańska.
Cold jest offline  
Stary 27-01-2011, 20:59   #23
 
Endless's Avatar
 
31 października 2010 r.

Ładna pogoda, która odwiedziła Fell's Tomb powoli odchodziła. Niedzielny poranek sprowadził na ulice miasteczka delikatną, rzadką mgiełkę i zakrył niebo szarym puchem, który był dla mieszkańców znanym gościem. W porannej audycji radiowej ogłoszono, iż na niedzielę nie spodziewano się opadów deszczu, ani śniegu, a szczególnie podkreślono, że mgła i wilgoć w powietrzu nie będą zagrożeniem dla Halloween'owej zabawy - zarówno tej w Sutherland High jak i na ulicach miasta. To właśnie o imprezie w szkole była poświęcona ta audycja. Podekscytowany głos w radiu skupiał się głównie na oczekiwaniach młodych ludzi i ich odczuciach, zręcznie omijając temat zaginięcia uczniów podczas uroczystości trzy lata temu - wspomniano o tym wymijającą wzmianką. Impreza w szkole miała się odbyć o godzinie 18 - pozostawało więc dużo czasu na ostatnie przygotowania...

Ann Stevens:

Obudziłaś się na podłodze wyściełanej częściowo wypełnionymi, ołówkowymi szkicami kartkami. Zasnęłaś w swojej pracowni! Co za niefart - przyszło ci na myśl, ale w kilku chwilach pozbierałaś się do kupy i wstałaś obolała. Gdy rozejrzałaś się, spostrzegłaś wiele skończonych prac, w tym jedną prawie ukończoną, znajdującą się wciąż na środku podłogi, w pobliżu sterty gotowych. Wzięłaś ją do rąk, zdziwiona tym, co ujrzałaś. Niedokończony szkic przedstawiał obłąkaną twarz dziewczyny o długich, prostych i czarnych włosach. Nie miałaś pojęcia, kim jest osoba na tym szkicu, ani jak ją narysowałaś. Zaskoczona przejrzałaś gotowe prace, ale te przedstawiały znane ci już sceny - zrujnowaną halę sportową, obskurny korytarz, wielką przepaść na jego końcu, samą siebie okrutnie okaleczoną, dziewczynę, z którą rozmawiałaś wczoraj, las pod okrywą śniegu... Na białe kartki przelałaś dosłownie wszystkie dziwne wydarzenia, które spotkały cię w ciągu ostatnich dwóch dni. Świeżo po tych sytuacjach, wszystko wydawało się takie poważne, lecz teraz, gdy przeglądałaś swoje prace, chciało ci się śmiać, a zasiane ziarno niedowierzania wykiełkowało. Powiedziałaś sobie, że na razie masz dosyć i postanowiłaś zrelaksować się w łazience. Na "dzień spa" miałaś czas aż do godziny 18, kiedy w szkole rozpoczyna się impreza.

Sam Everett:


Pomimo iż sen, który zbudził cię ze snu był ostatnim koszmarem tej nocy, to obudziłaś się w nie najlepszym nastroju. Kiedy doprowadzałaś się do porządku, przypomniałaś sobie o swoim nocnym postanowieniu - chciałaś odwiedzić matkę w szpitalu. Przypomnienie sobie o tym ani trochę nie wprawiło cię z radość czy ekscytację - kto by się mógł cieszyć na wizytę i chorej na schizofrenie matki? Pamiętałaś te kilka razy, kiedy u niej bywałaś, zanim porzuciłaś wizyty na długi czas i żadna z nich nie należała do przyjemnych. Mimo tego, coś w tobie wykiełkowało, tworząc w twoim sercu cichą nadzieję na jakąś zmianę w jej stanie. Twoja rodzicielka przebywała na leczeniu w Silverwood Asylum - ośrodku dla osób cierpiących na schorzenia psychiczne. Szpital ten, podobnie jak Sutherland Highschool, stanowił odrębny byt, będący satelitą, funkcjonującą przy mieście. Ośrodek znajdował się ponad trzy kilometry na zachód od Fell's Tomb, ale w tamtym kierunku łatwo było znaleźć autostopa, bowiem była to droga prowadząca do Seattle. Zawsze mogłaś poprosić brata lub ojca o podwiezienie, ale to by rodziło z ich strony podejrzenia, a na pewno pytania. Tak czy inaczej, wizyta u matki była priorytetem, nim miałaś rozpocząć przygotowania do imprezy na 18. Na dole pewnikiem czekało na ciebie śniadanie, ale łazienka i wizja odprężającej kąpieli była bardziej kusząca.

Scott Winden:

Gdy tylko położyłeś się do łóżka, twój umysł zanurzył się w błogim królestwie snu. Byłeś zbyt zmęczony łażeniem po mieście, a zwłaszcza konfrontacją z Sam, aby zauważyć, kiedy to Morfeusz przyjął cię w swe objęcia.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=P2btxJnl_nM[/MEDIA]

Sen był chaotyczny i bardzo zmienny. Przed oczyma przewijały się tobie obrazy miasta i lasu zatopionego we mgle. Z dużą prędkością manewrowałeś pomiędzy wielkimi konarami drzew, aż przeleciałeś nad żelaznym ogrodzeniem i minąłeś niedużą chatkę. Pomimo gęstej mgły, wiedziałeś gdzie się znajdowałeś - byłeś na terenie szkoły. Upewniło cię w tym przekonaniu wynurzenie się głównego budynku szkolnego i parkingu. Nie zatrzymywałeś się i leciałeś dalej. Znów byłeś tylko ty i mgła, by po chwili dołączyła do was hala sportowa. Przez okno wleciałeś do jej wnętrza, gdzie twoim oczom ukazała się oświetlona drobnymi światełkami sala. Nie licząc czterech osób, była pusta, opustoszała. Zbliżyłeś się do postaci i rozpoznałeś samego siebie, Ann Stevens, Matt'a Lewisa i... Sam Everett. Doszło do ciebie, iż jesteś odrębnym bytem - obserwatorem. Wtedy wszystko się zmieniło. Wraz z grupką osób szedłeś ciemnym, pozbawionym oświetlenia korytarzem. Usłyszałeś głosy towarzyszy - napełnione lękiem, zdziwieniem i... strachem. Wszyscy trzymaliście się blisko siebie, niepewni każdego następnego kroku. Zmiana wizji. Pomieszczenie wypełnione regałami, których półki uginały się od ciężkich książek. To była biblioteka, co stwierdziłeś, kiedy wynurzyłeś się z pomiędzy regałów i ujrzałeś biurka i komputery na nich stojące, ustawione na środku pomieszczenia. Gdzieś dalej, z tyłu, na pustym biurku leżała zamknięta, stara księga, na którą padało słabe światło palącej się obok świecy. Kiedy chciałeś się zbliżyć, nastąpiła kolejna zmiana. Sala wypełniona krwią. Poczułeś wstręt. Obrzydzenie. Kolejna zmiana. Tym razem biegłeś, co chwilę odwracając się za siebie. Słyszałeś rozdzierające ciszę krzyki. Coś cię goniło. Było coraz bliżej... Zmiana. Teraz otworzyłeś drzwi do damskiej łazienki. Ujrzałeś Sam, która siedziała przy ścianie, cała zakrwawiona. Krzyczała do ciebie. Wołała. Wtedy spostrzegłeś ciemną postać, która pomimo włączonego światła była tylko czarną, cienistą sylwetką człowieka. W kilku kolejnych wizjach ujrzałeś inne widoki - rozszarpaną Ann, uduszoną, bladą Sam, nagiego Matt'a, którego ktoś okrutnie okaleczył nożem w wielu miejscach. Bałeś się ujrzeć samego siebie... ale to się jednak stało. Hala gimnastyczna - basen. Twoje ciało unosiło się swobodnie na wodzie, pozbawione życia. Wszystko pociemniało. Kiedy się rozjaśniło, przyglądałeś się drobnej, czarnowłosej dziewczynie, która siedziała i kołysała się w tył i do przodu. Była naga. Przerażona. Cała we krwi. Patrzyła w kąt pomieszczenia, ale jej oczy zdawały się niczego nie widzieć. Cały czas się kołysała i kołysała, aż... spojrzała się na ciebie, jakby cię zauważyła - Tamara Gringe.

Obudziłeś się, z ulgą witając nadejście dnia i koniec dziwnego snu.
 
__________________
Come on Angel, come and cry; it's time for you to die....
Endless jest offline  
Stary 06-02-2011, 17:42   #24
 
Delta's Avatar
 
Rzadko kiedy przebudzenie przyniosło mi taką ulgę jak tego poranka. Otwarcie oczu i stwierdzenie, że wszystko co się wydarzyło miało miejsce w sennym koszmarze, sprawiło, że od razu poczułem niewysłowioną lekkość na sercu, które wciąż biło przyspieszonym rytmem. Już dawno nie miałem takiego stracha… Najwyraźniej Halloween tego roku zadziałało na mnie poważniej niż sądziłem, mając swoje odniesienie nawet w snach. A może przyczyniły się do tego omamy sprzed kilku dni?
Wstałem z łóżka, przecierając twarz i piekące oczy.
Halloween, właśnie. Już od wczoraj wszyscy trąbili o tym wydarzeniu, a jako, że byłem wyczulony na plotki, niejednokrotnie słyszałem jak ludzie półszeptem wspominają wypadki sprzed trzech lat. Czy to właśnie to sprawiło, że mój umysł podświadomie uciekł do Tamary Gringe podczas snu? Nie było innego wytłumaczenia, a i to brzmiało całkiem logicznie. Włączyłem laptopa i czekając aż się załaduje, poszedłem do łazienki wziąć prysznic.

Gdy wróciłem przepasany ręcznikiem, na monitorze błyskała ikonka powiadamiająca o nowym e-mailu. Bez zbytniego zainteresowania przejrzałem spam, który do mnie doszedł, a z którego wręcz wyskakiwały straszne dynie, nietoperze i cały pozostały Halloweenowy stuff, którym żywiła się komercja. Gdy otworzyłem przeglądarkę, żeby jak co dzień sprawdzić co się dzieje na świecie, w mojej głowie pojawiła się dziwna myśl. Z wahaniem przesunąłem kursor z zakładki BBC, decydując się na pewne poszukiwania.

Dwie godziny zniknęły mi jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, upływając na czytaniu artykułów dotyczących wypadku sprzed trzech lat. Niemal żaden z nich nie głosił jednej wersji; czasopisma przerzucały się domniemaniami, dosypując do tego liczne plotki i niestworzone historie. Część starała się robić to w delikatny sposób, część wręcz przeciwnie, do tego stopnia, że niektóre z nich to właśnie dziewczynie zarzucały zaginięcie – prawdopodobne morderstwo – pozostałych uczniów Sutherland High.

Od lektury oderwał mnie dopiero zimniejszy powiew powietrza od strony drzwi, który uświadomił mi, że nie zdążyłem się jeszcze ubrać, ani zjeść. Szybko to nadgoniłem, narzucając na siebie jeansy i szarą koszulkę, po czym schodząc na dół, żeby zorientować się jak stoję ze śniadaniem i przywitać się z mamą. Wyciągając z chlebaka bułki i smęcąc jej o zrobienie mi omletów, zacząłem odpowiadać na jej pytania dotyczące wczorajszego dnia – najwyraźniej była bardzo zaskoczona, widząc po powrocie, że dom wciąż stoi na swoim miejscu, a po pokojach, wśród pustych butelek, nie walają się nieprzytomni koledzy i koleżanki, a co więcej, że ja wciąż śpię w swoim łóżku. Opowiedziałem jej z grubsza wszystko z wczoraj i z piątku – pomijając fragment dotyczący halucynacji w łazience i naciągając, że Sam przyszła ot tak, żeby się ze mną zobaczyć – po czym sam wypytałem o to co sama robiła.


Przygotowania do wyjścia rozpocząłem o 17:00, bo w zasadzie nie miałem wiele do roboty. Odświeżyłem się w łazience, sprawdziłem czy wyczyściłem aparat i mam miejsce na zdjęcia, przewinąłem taśmę w dyktafonie. W końcu przywidziałem frak i stanąłem przed lustrem, przyglądając się swojemu odbiciu – może nie wyglądałem jak sam hrabia Dracula, ale z pewnością pasowałbym na jednego z jego synów. Albo wnuków. Wyszczerzyłem zęby, przypatrując się sztucznym kłom, które wyglądały niemal jak prawdziwe, a nie jak większość tego syfu za pięć centów, które sprzedają w pierwszym lepszym sklepie. Usatysfakcjonowany przystąpiłem do ostatniej części charakteryzacji, sięgając po torebkę ze sztuczną krwią; trochę żałując fraka i białej koszuli, spryskałem ją szkarłatem w kilku miejscach, podobnie zdobiąc sobie kącik ust. Gdy krew zaschła, rzuciłem sobie ostatnie spojrzenie w lustrzanym odbiciu, po czym przewiesiłem sobie przez szyję aparat – nie ma to jak Dracula z Nikonem na piersi – i schowałem do kieszeni komórkę oraz dyktafon. Tak uzbrojony zszedłem na dół i pożegnałem się z matką, kierując się do drzwi, a następnie w stronę szkoły.
 
__________________
"I would say that was the cavalry, but I've never seen a line of horses crash into the battle field from outer space before."
Delta jest offline  
Stary 14-02-2011, 13:46   #25
 
Gratisowa kawka's Avatar
 
Wanna. Ileż tam morderstw popełniono! Od czasów "Psychozy" łazienka zrobiła się bardzo popularna wśród psychopatów, któż bowiem nie chciałby, śladami mistrza jajkofoba, obserwować jak krew miesza się z rozgrzaną wodą? Jakież to romantyczne, musieli sobie myśleć ci mordercy, kiedy decydowali, że to mogłaby być niezła sceneria aby uczynić z czyjejś tragedii ni mniej ni więcej jak tylko obrazek odpowiadający jakieś pojebanej estetyce.
A mnie to nie zachwycało!
Bynajmniej. Kiedy siedziałam sobie w wannie, nakręcona przez ostatnie wizje i zastanawiałam się czy mi aby nie odwala, takie wizje wywoływały u mnie raczej nieprzyjemny dreszcz i budziły zastanowienia nad motywacjami. No bo... po co? Materialne korzyści? Niewymierne przy ryzyku. Satysfakcja? Jaka satysfakcja? Najbardziej zrozumiała była zwierzęca wola przetrwania ale to nad nawet nie dotyczyło, żyliśmy w cywilizowanym świecie! Zanurzyłam się po nos w wodzie i zrobiłam nim kilka bąbelków. Sceptycyzm mnie naszedł przeogromny, ale z drugiej strony dlaczego przyszła mi na myśl tak masochistyczna wersja samej siebie, gdy zasłabłam? Nie rozumiałam, ale i nie chciałam mieć w swojej głowie żadnych patologii. Dodatkowa wizja pójścia na bal halloweenowy nieszczególnie mi się więc podobała.
Mimo to wymyłam się porządnie, zrelaksowałam, pogapiłam w lustro dość długo na zaparowanym lustrze kreśląc ślady obrażeń jakby zastanawiając się jak to mogłoby wyglądać. Czad. Zmazałam wzór, warknęłam coś pod nosem i zaczęłam wycierać włosy, pod nosem nucąc jakąś piosenkę.
Strój miałam już dawno przygotowany. Kilka przerobionych na bardziej damskie i pomniejszonych starych rzeczy ojca, jakiś kapelusz, nieco inne okulary i mocno podkute buty, w połączeniu z jednym pistoletem na kulki i jednym na kapiszony i wykonanym ręcznie z bibuły i tektury cygarem tworzyły kostium prosty i praktyczny, pozwalający też trochę się ukryć. Paniom zapewne narzucono sukienki ale, jak dobrze pójdzie, uda mi się usiąść z boku i poobserwować wspaniałość lateksowych peleryn.
To mi poprawiło nastrój. Wizja samych strojów była niezwykle kusząca, zadowolona więc się przystroiłam, bardzo nieznacznie umalowałam w sposób raczej podkreślający niż ukobiecający (czy coś), no i wszystko przygotowałam do wyjścia. No a potem - do boju, kowboju! Jak mi coś głupiego przyjdzie na myśl, najwyżej obleję się ponczem.
 
Gratisowa kawka jest offline  
Stary 25-02-2011, 23:44   #26
 
Cold's Avatar
 
PIIIIP! PIIP PIIIIP! Przerażający, świdrujący dźwięk rozległ się nagle po całym moim pokoju, a przede wszystkim dotarł także i do mnie, mimo moich usilnych starań ukrycia się przed nim pod miękką kołdrą. Wysunęłam niechętnie głowę i rzuciłam mordercze spojrzenie czarnemu, elektrycznemu budzikowi, który na dobrą sprawę był także radiem. Wyciągnęłam moją trupią rękę w kierunku urządzenia i nacisnęłam niezgrabnie jakiś przycisk wyłączający budzik, włączający natomiast poranną audycję Johna.
Ziewnęłam przeciągle, przeczesując kilkakrotnie włosy dłońmi, przetarłam jeszcze zaspane oczy, po czym wygramoliłam się w końcu z łóżka i udałam się dokonać niezbędnych porannych czynności. Szybki prysznic postawił mnie od razu na równe nogi. Tego mi było trzeba, szczególnie w taki dzień, jak ten. Dopiero gdy stałam, patrząc jak strumień ciepłej wody spływa na mnie, przypomniałam sobie wszystkie plany na dzisiejszy dzień. Jeśli zamierzałam się z tym wszystkim wyrobić na czas, musiałam darować sobie śniadanie. Może to i lepiej? Nikt nie będzie mi zadawał niezręcznych pytań przy stole. "O, Sam, gdzie się wybierasz o tak wczesnej porze?"
Wcisnęłam na siebie czarne jeansy, biały podkoszulek, jakąś flanelową koszulę w czarno-białą kratę i trampki oraz kurtkę, po czym zabrawszy swoją 'szmatę' z kąta, wyruszyłam w najdłuższą dzisiaj podróż.
Gdy tylko znalazłam się przy głównej drodze do Seattle, postanowiłam złapać stopa. O tak wczesnej godzinie było okropnie zimno, nawet jak na koniec października.
Po niedługiej chwili zatrzymał się jakiś niebieski chevrolet. Podbiegłam truchtem do drzwi pasażera i przez szybę spojrzałam na kierowcę. Cóż, nigdy nie zaszkodzi ostrożności. Okazało się, że kierowcą była jakaś młoda dziewczyna wyglądająca na hipiskę, a tuż obok siedział równie młody chłopak. Prawdopodobnie byli parą, choć kto ich tam mógł wiedzieć?
- Podwieźć gdzieś? - spytała radośnie dziewczyna, uśmiechając się.
- Jasne.

Drzwi otworzyły się ze skrzypieniem, ukazując wnętrze niedużego pomieszczenia. A czegóż innego mogłabym się spodziewać po drzwiach w szpitalu psychiatrycznym? Oczywiście, że musiały skrzypieć! W jego środku znajdowało się standardowe wyposażenie - stalowa prycza, stolik z lampką przy niej i dwie komody z jedną szafą, wszystkie ustawione przy ścianie. Pokoik był pełen szarawego, mętnego światła, które wpadało przez przesłonięte firankami, zakratowane okno. Nad jedną z komód wyraźnie widać było ślad, po zawieszonym nad nią niegdyś lustrem bądź obrazem, którego już nie ma w pokoju. Matka siedziała w wygodnym fotelu przy oknie i spoglądała za nie, nucąc pod nosem jakąś melodię.
- Proszę wejść. W razie potrzeby, proszę zawołać pielęgniarkę - powiedział na pożegnanie lekarz, który zajmował się moją mamą.
Mężczyzna obrócił się i ruszył w kierunku schodów w dół.
Odprowadziłam go wzrokiem, wpatrując się przez dłuższą chwilę w drzwi, które cicho się za nim zamknęły. Westchnęłam. Odwróciłam się ostrożnie przodem do kobiety siedzącej w fotelu. Miała długie, czarne włosy i bladą cerę, zupełnie jak ja.
Co ja tam robiłam? Co sobie myślałam, wybierając się w odwiedziny? Przecież przyrzekłam sobie, że już nigdy przenigdy nie wejdę do tego budynku. Ach, no tak. 'Nigdy nie mów nigdy', jak to niektórzy mówią. Gdybym tylko spotkała osobę, która wymyśliła to durne powiedzonko...
- Ekhem - odchrząknęłam, marszcząc brwi. Naciągnęłam rękawy bluzy na dłonie. - Mamo?
Kobieta ucichła i zapadła wyczekująca cisza. Po chwili matka poruszyła się, unosząc spojrzenie na moją twarz, a przynajmniej takie odniosłam wrażenie.
- Taak kochanie? - odezwała się roztargnionym, zaspanym głosem.
To dziwne uczucie, kiedy nie spodziewasz się, że ktoś cię pamięta, a okazuje się, że jest zupełnie inaczej. Byłam pewna, że ona mnie nie pozna. Byłam wręcz na to przygotowana! Miałam wielką ochotę odwrócić się i wybiec z tego pokoju, z tego budynku. Sam, uspokój się. Możliwe, że wcale cię nie poznała, że tylko sobie to wmawiasz!
- Przyszłam... - zaczęłam niepewnie, nie bardzo wiedząc, od czego zacząć, jakiego tematu się złapać. O co tak właściwie chciałam ją zapytać? Tyle się działo, tyle było pytań, a teraz wszystkie gdzieś poznikały. Niech to szlag. - Chciałam się ciebie o coś zapytać...
Kobieta głośno westchnęła.
- Pytania... i pytania... Wszyscy zadają tyle pytań... Zwłaszcza oni. - wyjaśnił jej naćpany głos.
- Oni? - spytałam, spoglądając na nią pytająco. Wyglądała tragicznie. Czyżby nafaszerowali ją niedawno jakimiś lekami?
- Białe fartuchy! - uniosła głos. Ciągle o coś pytają... Ciebie też pytali? - jej wzrok zabłysł ciekawością. Było w niej coś... dziwnego.
- Nie, nie pytali mnie o nic - odparłam trochę zawiedzionym tonem. Nie ukrywałam sama przed sobą, że przez chwilę miałam nadzieję, że jednak nie chodziło jej o pielęgniarzy. - Powracając do moich pytań... Miewasz czasem koszmary? Takie... realistyczne, kiedy tak naprawdę nie masz pojęcia, czy nie przekroczyły już granicy pomiędzy snem a jawą?
Kobieta zacisnęła nerwowo ręce.
- Sny...? Koszmary... Odkąd pamiętam... Ale teraz już nie mam snów, wiesz? Bo białe fartuchy podają mi jakieś lekarstwa. Na sen i głowę. Dzięki nim po prostu zasypiam, bez snów... - zamyśliła się. - Gdzie mój mąż? Nathan? David? Gdzie jesteście?! - poczęła niemiłosiernie się wiercić, rozpaczliwie oglądając się przez ramię, a desperackim wzrokiem poszukując pozostałych członków rodziny. - Gdzie jest moja kochana córeczka... - zapytała, patrząc mi w oczy.
Coś mnie ukłuło w środku, gdy tak nagle zaczęła się szamotać i jeszcze te słowa... 'kochana córeczka' odbijały się echem w moim umyśle.
- Mamo, tu jestem... - powiedziałam, kucając przy niej i kładąc obie swoje dłonie na jej, by ją uspokoić. Nie sądziłam, że stać mnie na taki gest. Coś dziwnego się ze mną działo. I nie mam tutaj na myśli spotykania alternatywnych osobowości. - To ja, Samantha. - Uśmiechnęłam się do niej na tyle, na ile potrafiłam.
Matka momentalnie uspokoiła się.
- Samantha...?
W oczach kobiety zaszkliły się łzy.
- Samantha... córeczko... jak ty wyrosłaś. - stwierdziła pociągając nosem. - Gdzie twoi bracia? I tatuś? Są tutaj, z tobą, prawda...?
- Mamo, posłuchaj... Opowiedz mi o tych koszmarach - powiedziałam, starając nie patrzeć się jej prosto w oczy. Nie mogłam. Nie potrafiłam. - Co się w nich działo? - Musiałam się dowiedzieć, czy matka miała podobne sny... Podobne 'przygody' do moich. Jeśli tak, mogła mi wiele wytłumaczyć, choć to mogłoby oznaczać też, że wkrótce i ja trafię do jednego z tych pokoi. Jeśli nie, to pozostawało mi pozostawić wszystko własnemu biegowi... Pozostawało pozostawić. Sam, zacznij się przykładać bardziej do angielskiego!
- Nie... nie... nie! - zakrzyknęła. - To straszne... okropne... Chcę cię ochronić przed tym... - ostatnie słowa powiedziała z dziwną, smutną powagą.
- Proszę cię. Ja naprawdę muszę to wiedzieć. Muszę poznać odpowiedź. - Uniosłam wzrok, by w końcu spojrzeć w jej ciemne oczy. - Ochronić przed czym? Powiedz mi, proszę...
- Przed drugą stroną... - z jękiem wydusiła z siebie te słowa, a jej oczy stały się wielkie niczym dwie białe piłeczki golfowe.
- Drugą stroną? Co masz na myśli...? - zapytałam, wpatrując się w matkę wyczekująco, chociaż dobrze znałam odpowiedź. Przecież już tam byłam, prawda?
- Jest jak lustro... tak łatwo ją przeniknąć...
Utkwiłam wzrok gdzieś w dali, w nieistniejącym punkcie na ścianie, przypominając sobie ten wieczór, kiedy to znalazłam się... No właśnie, gdzie? Przecież to był jakiś absurd. Inny świat? Druga strona? Nie byłam postacią grającą główne skrzypce w powieści Lewisa Carrolla, więc jakim cudem mogłam się znaleźć po drugiej stronie lustra? Dlaczego w ogóle zaczynałam wierzyć w to, że takie coś mogło mieć miejsce? A jednak... Coś sprawiało, że wcale nie uważałam tej historii za objaw obłędu. Nawet moja własna matka wydała mi się wtedy jeszcze bliższa, niż bym się tego spodziewała. I wcale nie miałam jej wtedy za wariatkę...
- Mamo... - zaczęłam niepewnie, z powrotem spoglądając na nią. - Ja tam byłam. Byłam po drugiej stronie...
Kobieta zastygła w bezruchu, aby po chwili przenieść wzrok z punktu znajdującego się gdzieś za zakratowanym oknem na moją twarz.
- Więc to się już dzieje... - jej usta poruszyły się, a głos ledwo wydobył się z nich.
W oczach matki pojawiły się łzy, które w ciszy, jedna po drugiej zaczęły spływać po policzkach i skapywać na białą koszulę nocną.
- Co się dzieje? - zapytałam. Musiałam wiedzieć. Chciałam wiedzieć. A ona okazała się jedyną osobą, która wiedziała coś na ten temat. Nigdy bym się nie spodziewała, że tak się potoczą sprawy... Że znowu odwiedzę swoją matkę, choć obiecałam sobie, że nie będę miała z nią nic wspólnego. A tutaj okazuje się, że mam z nią bardzo dużo wspólnego. Świetnie.
- To... to... too... - Kobieta próbowała wydobyć z siebie jakieś słowa, ale nie udało się jej.
To, co miała do powiedzenia, najistotniejsza rzecz, wydobyła się dopiero, gdy jej ciałem wstrząsnęły nagłe dreszcze, a z ust zaczęła toczyć się spieniona ślina.
- Ssstudnia! - te słowo wyszło z jej ust wraz z pianą, która trysnęła w powietrze i wylądowała na podłodze.
- Studnia! Studnia! Studnia Snów! - krzyczała w porywie nieoczekiwanych wstrząsów. - To wszystko przez nią! Zatruła ją! Dlatego... zbliża się Inny Świat! - to były jej ostatnie słowa, gdyż dreszcze przybrały na sile i kobieta nie była w stanie powiedzieć nic więcej.
- Mamo... Mamo! Co się dzieje?! Niech tu ktoś przyjdzie! - zaczęłam krzyczeć w stronę drzwi, co jakiś czas spoglądając na matkę. Był to okropny widok. Nikomu nie życzyłabym czegoś takiego. Podniosłam się na równe nogi. Nieco za szybko, zakręciło mi się w głowie. A może to przez to powietrze, ten szpitalny klimat? Podparłam się na moment o ścianę, by później otworzyć jednym ruchem drzwi i krzyknąć, by łaskawie przybiegł tu jakiś pielęgniarz czy ktoś podobny. A w głowie wciąż odbijały się echem słowa mamy "studnia snów", "to wszystko przez nią!", "zatruła ją!" i coś o innym świecie.
Wkrótce do pokoju wpadł ów młody lekarz, a gdy tylko ujrzał, w jakim stanie znajduje się pani Everett, krzyknął coś za drzwiami i zaraz przybiegło trzech silnych pielęgniarzy. Wspólnymi wysiłkami przenieśli szamocącą się kobietę na jej łóżko, przytrzymując jej ręce i nogi, aby się nie wierzgała. Lekarz natychmiast wyjął z głębokiej kieszeni swojego kitla strzykawkę, którą wyposażył w igłę, wydobytą z nowego opakowania i zaczerpnął nieco ponad 1/5 strzykawki słomianym, przeźroczystym lekiem z ampułki, a następnie wykonał pacjentce zastrzyk w ramię. Kobieta szamotała się jeszcze przez chwilę, gdy jej głowa opadła na bok, a oczy same się zamknęły. Lekarz wyjął z drugiej kieszeni chusteczkę i otarł twarz kobiety z piany.
- Kolejny atak... kto by się spodziewał, tak dawno ich nie miała... - powiedział do mnie.
Spojrzałam tylko na niego, wzruszając bezradnie ramionami. Cóż, jeśli chciał w jakikolwiek sposób zainicjować ze mną rozmowę, wybrał najgorszy z możliwych.
- Ja... Na mnie chyba już czas - powiedziałam, po czym odwróciłam się na piętach i powoli ruszyłam korytarzem. Nie czułam się najlepiej. W zasadzie to miałam ochotę zwymiotować. Potrzebowałam świeżego powietrza. Sięgnęłam do torby po komórkę. Miałam jeszcze sporo czasu do balu, więc postanowiłam, że wrócę na piechotę.

Gdy tylko znalazłam się w Fell's Tomb, wyciągnęłam z torby telefon i wysłałam wiadomość do Matta. "Przyjdź po mnie o 17:40. Mam nadzieję, że cię zaszokuję!"
Potem udałam się do miejscowego fryzjera. Hm, tak, tego się nikt nie będzie spodziewał. A że ze mną działo się ostatnio coś naprawdę dziwnego, postanowiłam zaszokować nie tylko swojego chłopaka, ale także DOSŁOWNIE wszystkich uczniów liceum w Fell's Tomb. Będzie na pewno zabawnie.
Co najdziwniejsze, wizyta u fryzjerki sprawiła, że zapomniałam o tej całej sprawie z alternatywnym światem, złem zbliżającym się wielkimi krokami i o innych dziwnych, nadprzyrodzonych, nienormalnych sprawach. Sam, stajesz się dziewczyną!
W końcu nadeszła ta chwila. Usłyszałam dzwonek do drzwi. Nie pozwoliłam Mattowi długo na siebie czekać, otworzyłam i... zaszokowałam.

Nikt się nie spodziewał, że przebiorę się za jakąś tam księżniczkę. A tym bardziej nikt się nie spodziewał, że przedłużę sobie specjalnie z tej okazji włosy!
Szykujcie się na nową Sam Everett! Która zaczyna wariować... Której zaczyna chyba brakować piątej klepki. Raz się żyje, czyż nie?
 
__________________
Jaka, sądzisz, jest biblia cygańska?
Niepisana, wędrowna, wróżebna.
Naszeptała ją babom noc srebrna,
Naświetliła luna świętojańska.
Cold jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:17.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168