Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 25-07-2011, 19:29   #11
 
mataichi's Avatar
 
Reputacja: 252 mataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie coś
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=_fM6qmBlLpc[/MEDIA]

Filozof zgasił papierosa dopiero gdy poczuł zapach palącego się filtra. Nie lubił marnować tak cennych rzeczy. Przejechał dłonią po swoim poprzecinanym zmarszczkami, szorstkim policzku. „Boże ale ja jestem stary” – pomyślał automatycznie. Zwrotu do Boga używał z przyzwyczajenia. Kiedyś może wierzył w jego pomoc, ale było to wieki temu, w zupełnie innym świecie. Zastanawiał się długo czy ktoś będzie miał na tyle szczęścia żeby umrzeć na tym statku ze starości. Nie był pesymistą, o nie. Pesymiści już dawno skończyli ze swoim życiem, co było akurat jedną z przyjemniejszych form zejścia na Gehennie.

- Jak myślisz dostanę wcześniejszą emeryturę? – rzucił do JoJo zbierając się z pryczy.

- Hę? – dzieciak albo nie zrozumiał, albo nie usłyszał.

- Nie ważne. Zostań tutaj dzieciaku.

Jego młody towarzysz nie był specjalnie bystry. Nie mógł z nim pokonwersować na bardziej skomplikowane tematy. Miał za to jedną dobrą cechę, która Filozofowi nad wyraz odpowiadała. Potrafił słuchać. Gregory prowadził godzinami swoje monologi mając nadzieję, że JoJo cokolwiek z tego wyniesie. Poza tym staruszek miał ubaw wyobrażając sobie minę Crashera, który musiał wysłuchiwać raportów młodego na temat historii i struktury partii politycznych.

Wyszedł na korytarz trzymając w rękach swoją metalową laskę. Była pomalowana pstrokatymi kolorami, tak żeby wszyscy wiedzieli z kim mają do czynienia. Jego ochroniarze niecierpliwili się. Lubił tych chłopaków i szanował ich gównianą robotę.

- Możemy iść. – rzucił od niechcenia i zaczął swój powolny marsz. To też była jego cecha charakterystyczna. Korytarze Gehenny były cholernie niebezpieczne. Ludzie przemykali po nich, biegli, krótko mówiąc robili wszystko żeby tylko szybko i niezauważalnie je przebyć. Filozof był inny. Szedł powoli tak jakby to miejsce nie różniło się niczym od sal parlamentu. Najzabawniejsze było to, że on sam widział podobieństwa. Widział ich aż za dużo. Życie w gangach przypominało mu aż za bardzo przynależność do partii. Tu i tu było się jedynie śmieciem i pomagierem w oczach zwierzchników o ile nie miało się pleców. On je miał, więc mógł sobie pozwolić na nadwyrężenie cierpliwości Crashera.

Byli bezpieczni, przynajmniej według jego informacji. Najbliższe trzy sekcję należały do nich, ale zawsze trzeba było się liczyć z niespodziewanym wypadem innego gangu.

- Z całym szacunkiem Filozof, ale mógłbyś ruszyć dupę. Kiedyś przez ciebie zginiemy. Kruszyna nie wytrzymał, choć w jego głosie nie było agresji. Zawsze go ponaglał i zawsze spotykało się to z obojętnością.

- Nie dzisiaj, nie dzisiaj.

Filozof dotykał opuszkami palców metalowej ściany korytarza. Tak, ten statek był jego kochanką, a on zamierzał poznać jej wszystkie tajemnice. Z kim go zdradzała? Komu na niego donosiła? A przede wszystkim gdzie przebywała późną nocą? To było bardzo czasochłonne, ale z każdym dniem wiedział coraz więcej. Osaczał ją powoli i wierzył, że pewnego dnia przyparta do muru wyśpiewa mu wszystko. Wtedy dopiero posiądzie ją w pełni.

***

Gregory wmaszerował do Kostnicy – zwyczajnej chłodni - z zasępioną miną. Prawie zawsze gdy go tutaj ściągano, musiał oglądać trupy. Tak też było i tym razem. Dwa zmaltretowane ciała leżały na rozłożonej folii, aby krew nie upaprała całej podłogi. Nie przyglądając się temu szczególnie podszedł do Crashera - chodzącej góry mięśni, która na niego czekała. Osiłek był konkretny, co było jego największym plusem.

- Co masz dzisiaj dla mnie Crash? - zdrobnił ksywkę przełożonego na co pozwalało sobie jedynie wąskie grono osób. - Widzę, że chłopców coś nieźle pokiereszowało?

- No właśnie. Chciałbym, byś rzucił okiem. Jesteś jednym z bardziej kumatych ludków w tej całej bandzie jakich znam. Może coś ci świta, kurwa, co?- zapytał z nadzieją.

- Zostali zabici na naszym terenie. Blisko. Za blisko. - dodał ponurym tonem.

- Jasne. Zobaczmy co my tu mamy... o kurwa. - Filozof przybierając inteligentną minę obejrzał ciała, tym razem dokładniej. Pewność siebie szybko przeszła w zdziwienie. A od tego była niedługa droga do strachu.

- Wygląda to na rany kłute z dodatkiem kwasu. Może ktoś zdobył dostęp do jakiejś żrącej substancji. Nie powinniśmy przekreślać jeszcze jednej możliwości, o której wszyscy myślimy. Demona. Nie sądziłem, że tak daleko się zapuszczają. Mogę popytać ludzi, ale nigdy wcześniej o czymś takim nie słyszałem. Inne sekcję nie zgłaszały podobnych przypadków? Tak w ogóle kim była ta dwójka?

- Moi ludzie. Zbierali opłaty za ochronę. Znaleźliśmy ich w tym stanie w bocznym korytarzu. Bez fantów.

- Cóż, gdyby to był demon to raczej nie zależało by mu na rzeczach, ale z drugiej strony mógł ich ktoś po śmierci ograbić. To wszystko czy jeszcze chcesz o czymś pogadać? Wyśle JoJo jak czegoś się dowiem.

- To wszystko. Kruszynka cię odprowadzi.


- W takim razie do zobaczenia, oby było równie miłe co to.


- Mam nadzieję, że nie dziadku.


Filozof oparł się plecami o ścianę korytarza. Myślał. Jego ochroniarz palił szluga parę metrów dalej rozglądając się nerwowo. Lista nazwisk przelatywała przed oczami byłego polityka. Stanęło na dobrym znajomym posiadającym niewiele mówiącą ksywkę Zipper. Chłopak należał do jednych z najgłupszych, a może najodważniejszych ludzi jakich znał Filozof na Gehennie. Włóczył się po jej korytarzach bez oporów jakby to środowisko było dla niego stworzone. Jeśli ktoś z jego informatorów wiedział coś o dziwnych zgonach to będzie to on.

- Kruszyna, nadłożymy trochę drogi. Muszę się z kimś spotkać...
 
mataichi jest offline  
Stary 26-07-2011, 14:04   #12
 
Marrrt's Avatar
 
Reputacja: 46993 Marrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputację
72 godziny wcześniej...

Co to? W powietrzu nagle zwisł sztylet?
Niemal dotykam rękojeści… Chwycę!
Nie mogę chwycić, a przecież go widzę!
Czemu nie mogę cię złowrogie ostrze,
Dotknąć, choć kształt twój widzę tak wyraźnie?
A może jesteś sztyletem widzianym
Oczami duszy? Zwodniczym majakiem
Zrodzonym w mózgu dręczonym gorączką?
Nie, ja cię widzę tak samo wyraźnie
Jak ten mój sztylet!

Zakrzywiona kosa błysnęła w dłoni Szekspira i wykonała błyskawiczny, taneczny łuk w powietrzu. Siedzący obok dziobaty rudzielec runął wraz ze swoim krzesłem plecami na podłogę ratując się tym samym przed, zdawać by się mogło przypadkowym, cięciem. Ktoś zarechotał, ktoś inny zaczął uciszać powstałe niewielkie zamieszanie, z którego z kolei sam aktor niewiele sobie robił.
- No zawrzeć ryje, szmaty! – Łysy brodacz o wadze wskazującej na rzadkie zamiłowanie do „sraczki” nie musiał nawet wstawać. Gwar umilkł. Mógł dalej wpatrywać się i przeżywać pełne przejęcia spojrzenie Szekspira i wczuć się w te jakże dawno minione chwile. Chwile, kiedy jeszcze nie popełniło się swojego zła. Kiedy jeszcze można było tego uniknąć. Nie musisz tego robić. Nie słuchaj tej kurwy! Gdyby ktoś w tej chwili nie patrzył na Szekspira, a na grubasa, to zobaczyłby łzawe zeszklenie w jego oczach. Zresztą nie tylko w jego.
Piekło Gehenny było zdradliwe. Nie było dość straszliwe by nie dało się do niego przyzwyczaić jak do pierwszego lepszego parszywego losu. Wszyscy się przyzwyczajali. Ewentualnie zdychali. A przyzwyczajając się zapominali o całej masie pierdół z czasów sprzed Gehenny.
Szekspir, nawiedzony aktor, wypełniał tę zaczynającą ziać z przeklętych duszyczek Gehenny dziurę. Dzięki temu nie musiał żywić się odpadkami i nie cwelować się za kilka fajek. No i robił TO. Rozdawał mistrza. Niemal za darmochę. Prawdziwego mistrza we własnej interpretacji. On. Ostatni dziedzic wielkiego artysty. Co tydzień w sekcji 1288 pod protektoratem rymiaszków przez kilka godzin zmieniał Cyrk w deski jednoosobowego teatru.

To kłamstwo!
Kłamiesz ohydny tyranie! Dowiodę
Mieczem, że kłamiesz!

Szekspir obejrzał się na jednego ze współwięźniów. W jego oczach błysnęła młodzieńcza pasja. Zapalczywość. Niepohamowana chęć wywrzenia słusznej sprawiedliwości na tym skurwielu, który dopiero po chwili załapał w czym rzecz. Młody Siward o zdobionym sznytami obliczu nie mógł mu jednak nic uczynić. Na nic szybki prosty angielskiego młodzika. Kosa cięła przez słabiznę więźnia. Krew chlusnęła na okolicznych.

Daremnie się trudzisz!
Zranić mnie równym jest niepodobieństwem
Jak ciąć powietrze, które cię otacza.
Tnij mieczem głowy, które możesz zranić –
Bo we mnie życie zaklęte, którego
Żaden zrodzony z kobiety nie wydrze!

Na to właściwe co wierniejsi słuchacze Szekspira czekali najbardziej. Kilku gorliwszych ozdobionych dziarami ofiary, rzuciło się w stronę aktora. Kilku innych bardziej szanujących sztukę ruszyło artyście na odsiecz. W nieokiełznany taniec poszły, noże, kastety i nagie pięści. Zawrzało od dzikich krzyków i bolesnych wrzasków. Kotłowanina śmierdzących ciał spleciona w regularnym mordobiciu ożyła niczym pole bitwy. Oto zdradzieccy angielczycy ścierali się z dzielną załogą Dunsinanu! Dramat sięgał swojego tragicznego epilogu, a ponad krzykami nadal słychać było władczy głos.
W końcu gdzieś pośrodku poobijany mężczyzna wniósł bolesne spojrzenie ku ociekającym na suficie zardzewiałym rurom termicznym. Jego twarz wykrzywiał grymas boleści i przyjmowanej z dumą porażki. Pęknięty łuk brwiowy i krwiście poszarpana skóra na policzku świadczyła o tym, że nie migał się od starcia. Pełnym napięcia i emfazy głosem zakrzyknął spoglądając na najbliższego z walczących.

Ja się nie poddam! Nie będę całować
Ziemi pod stopą młodego Malcolma.
Nie chcę by motłoch smagał mnie przekleństwem.

Ja będę walczył. Oto się osłaniam
Rycerską tarczą. Do broni, Makdufie,
Kto pierwszy krzyknie: „Dosyć”, niechaj sczeźnie!

Oczywiście nie krzyknął nikt. Trochę za to potrwało nim rymiaszki zaczęli na poważnie kończyć rozróbę pacyfikując najwytrwalszych.
 
__________________
"Beer is proof that God loves us and wants us to be happy"
Benjamin Franklin
Marrrt jest offline  
Stary 26-07-2011, 14:12   #13
 
woltron's Avatar
 
Reputacja: 1467 woltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumny
72 godziny później...

Wytatuowany na ręce numer 6740468 przypomniał, ciągle zaspanemu, Pastorowi kim jest. Mordercą i nieudacznikiem.

Ależ bynajmniej nie nieudacznikiem.

Pastor zignorował Szekspira. Krótkie chwile gdy tracił nad nim kontrolę zdawały mu się tylko koszmarnym snem. “Przecież nie mogłem uczynnić takiego zła” wmawiał sam sobie Pastor, doskonale zdając sobie sprawę z tego co robił jako Szekspir.

Był więc nieudacznikiem, który za swoje grzechy trafił na Gehennę. W przeciwieństwie do większości współwięźniów numer 670468 uważał to za sprawiedliwą karę, karę na którą zasłużył. Uważał też, że na Gehennie w ten czy inny sposób znajdzie odkupienie. Nic innego go nie interesowało.

Drżenie plastikowego kubka uświadomiło Pastorowi, że statek po całych tygodniach, a może i miesiącach postoju znowu ruszył, zaś krzyki współwięźniów, że dzieje się coś nietypowego, sprzecznego z ustalonymi regułami i rytmem życia na Gehennie. Pastor wyszedł z swojej celi i dał się porwać tłumowi.

Wylądował w kantynie sekcji 1284. Tłum gęstniał z każdą minutą, a oczy wszystkich zebranych skupione były na Wieszczu, który zapowiedział koniec Gehenny. Pastor przez chwilę dał się porwać psychozie, szalonemu snu Wieszcza i tłumu, bo tłum śnił wraz z Wieszczem, poruszał się w szalonym rytmie słów przez niego wypluwanych. Pastor z całych sił pragnął uwierzyć, że zbawienie jest blisko, na dotknięcie ręki, tuż za rogiem...

Z psychozy wyrwał go metaliczny smak krwi w ustach. Otrzeźwienie przyszło za późno, bowiem wokół ciała Wieszcza pojawiła się czerwona poświata, a cienie w kantynie nienaturalnie się wydłużyły, jakby wyczekiwały na to co miało nastąpić. Pastor przygryzł wargę.

Wiejemy? Tak po prostu zostawiając te niewinne duszyczki demonom? A może... gramy?

Wiedział, z czym się wiąże gra. A jednak...

Gramy...

Pastor poczuł jak mimowolnie się uśmiecha.

Już nie czuł czegoś nietypowego. Nie czuł odstępstw i zagrożenia. Czuł napięcie. Tętniący w żyłach śmiech czarownic i odległe pomruki błyskawicznie nadchodzącej burzy. I emocje...

Takie skupienie… Tylko wiara… Nic innego jak tylko nudna gra. A tyle zupełnie bez sensu ukierunkowanych emocji… Jak zapach ozonu przed burzą. Manifestacja musiała nastąpić. Musiała. I z jednej strony mimo iż wzbudzona tak nudną emocją, musiał przyznać, że chciał ją zobaczyć. A nie grać i przeszkodzić… Być widzem... Tylko, że na bogów dlaczegóż stał w pierwszych rzędach?!
Religijne uniesienie jednak przed osiągnięciem zenitu, zadrżało wyczuwalnie. Oto jego słabości podobny duchowny Jakub zabrał głos Wieszczowi. I mówił. Ale jakżeż on mówił. On nie mówił. On wydawał dźwięki! Przebiegle szczwany klecho. To tobą chcemy być? Przebiegle, ale jakże nietrafienie. Jakże chcesz sterować setkami dukając jak elektroniczny poeta.

Niezaprzeczalnie była w tym komedia. Wieszcz z krzyża broczył świętą krwią. Uciszony na przedsłowiu objawienia. Ze słowem Wybrańca na zroszonych cierpieniem ustach. A oto z tłumu wystąpił jeden z wiernych i przerwawszy ceremoniał pytaniami o dogmaty jął spokojnie tłumaczyć jak stąd co rychlej spierdalać.

Jeśli jednak nabożność zgromadzonych sądziła, że na tym skończy się ta próba wiary, to dalsze wydarzenie musiało chcąc nie chcąc wyrwać z proroczego snu chyba nawet Apostołów i samego Gabora. Oto na plecy Jakuba wskoczył całkowicie nagi mężczyzna z tobołkiem na ramieniu i ucapiwszy się mocno jego karku zakrzyknął głośno i władczo.
- Cichaj mój rumaku ewakuacyjny! Tu Wieszcz złowieszczy wieszczy! - po czym nadal opanowując narowistego wałaszka zwrócił się do tłumu - Wybaczcie te figle mojemu wierzchowcowi! Zabawne to, lecz i niesforne zwierzę. Jakubem Szutnikiem za humor je ochrzciłem. Przeczucia mu jednak odmówić nie można, bo bestia choć poczciwa, to zawsze zwęszy każdą tragedię i finału żadnej ze mną nie doczeka. A wiecie jaka tragedia nad nami teraz wisi? Jakie fatum przeklęte??? Taakieee, że w 1288 rozpieczętowują właśnie zrabowane na Hienach kanistry z ambrozją. Z jagodzianką na kościach! Ze spiryyyyyteeeeem! I nas tam nie ma!!! Gdzie więc może być Wybraniec??? Hajże do 1288!

Skryty za plecami Jakuba i mocno się ich trzymający wymachnął ze trzy razy w powietrzu tobołkiem z odzieżą i nakierował wierzchowca ku najbliższemu wyjściu.
 
__________________
"Co do Regulaminów nie ma o czym dyskutować" - Bielon przystający na warunki Obsługi dotyczące jego powrotu na forum po rocznym banie i warunki przyłączenia Bissel do LI.

Ostatnio edytowane przez woltron : 26-07-2011 o 14:21.
woltron jest offline  
Stary 26-07-2011, 14:27   #14
 
Tom Atos's Avatar
 
Reputacja: 4583 Tom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputację
Smutne są czasy, gdy trzeba spełniać polecenia wymalowanej cioty. Choć w sumie nie mógł narzekać. Było komu obić mordę i w dodatku zarobi za to nieco fajek. Czegóż chcieć więcej od życia? Trzeba było tylko znaleźć tego całego Jacko numer 7678542. Postanowił się pokręcić po okolicy „dwie sekcje dalej”. Co dziwne nieopodal ludziki podążały jakby czymś zainteresowane. Oby ta świnia, którą miał skopać nie była tak ciekawska.

Idąc korytarzem wyciągnął i zapalił peta, niejako na zaliczkę. Zaczął szuka wzrokiem na karkach i rękach przechodniów siódemki. Za rogiem stał ze swoim kramikiem, jak zwykle Li Chao. Drobny Wietnamiec, któremu Mello kiedyś wyświadczył przysługę.
- Się masz Li. – zagadnął siadając na obdrapanym stołku.
- O Alllan. Co słychaaać? – odparł Chao. Kolejny kutas przeciągający głoski.
- Potrzebuję namiarów na jednego gostka. Jacko 7678542. Znasz go? – Mello przeszedł do konkretów. Pieprzenie grzecznościowych formułek męczyło go równie mocno, jak wietnamski akcent Li.
- Taki małły prysczatty łysol. Znam wisi mi parę fajjjek.
Alan krzywo się uśmiechnął:
- To on. Gdzie go znajdę?
- Tam ma celę z tym kubłem przed wejściem.
- Dzięki Li. –
Mello wstał idąc we wskazanym kierunku.
- Może mojje odzyskaaasz? – spytał żółtek w ślad za nim.
Alan spojrzał na niego, jak na karalucha, który pływa z zupie.
- Innym razem. – wycedził przez zęby.

Cela Jacko było mała, jak większość na Gehennie, mała ale przytulna. Można było po różnych ozdobnych duperelach wywnioskować, że albo 7678542 jest pedziem, albo zamieszkuje tu z jakąś dziwką. Póki co był sam i coś akurat jadł.
- Ty jesteś Jacko? – spytał Alan choć wcale nie oczekiwał odpowiedzi.
- Przysyła mnie „Wielki Q”. Wisisz mu 200 fajek. – Mellon obserwował swoją ofiarę mrużąc oczy. Lubił te chwile przed. – Oddaj. Koleś.
Jacko przestał jeść, gdy tylko Alan zaczął mówić i odrobinę zbladł. Jednak to była jego jedyna widoczna reakcja. Przełknął ślinę i odparł wstając.
- Już oddałem. Dosłownie przed chwilą wysłałem kumpla z fajkami do „Wielkiego Q”. Dziwne że się nie minęliście po drodze. Całe dwieście. Sorry za spóźnienie. Wiesz jak to jest w interesach. – rozłożył ręce uśmiechając się zakłopotany.
- O! – zdziwił się Alan. – Oddałeś? A to w porządku. Wybacz najście.
- Nie ma sprawy.
- No to lecę. –
stwierdził Alan odwracając się.
To był klasyczny wykop z półobrotu, który trafił Jacko prosto w pierś rzucając go na ścianę. Alan doskoczył do niego i walnął pięścią w bok głowy obalając mężczyznę na ziemię. Przykląkł przy nim i założył dźwignię na prawy łokieć. Szarpnął. Mężczyzna zawył z bólu. Wszystko to trawo ledwie kilka sekund.
- Nie pogrywaj ze mną desgraçado. Gdzie masz fajki? Złamię Ci łapę w łokciu jak nie powiesz.
- Oddałem. Wszystko oddałem. Przysięgam. –
wyjęczał Jacko.
- Kłamiesz świnio. – kolejne pociągnięcie omal nie wywichnęło stawu.
- Dobra. Dobra … przestań. Oddam … oddam co mam.
Alan puścił ofiarę i sam wstał wyciągając nóż.
- No? – ponaglił mężczyznę wymownie machając ostrzem.
Jacko powlókł się do stojącej w rogu celi szafki i nachylił się wyjmując podwójne dno. Mello chwycił go za ubranie na karku i brutalnie odsunął. Na dnie szafki leżało metalowe pudełko, a w środku fajki. Pobieżny rzut oka wystarczył by ocenić, iż jest ich za mało. O jakąś połowę za mało.
- Gdzie reszta?
- To wszystko co mam. – wyjęczał Jacko.
Mello znał ten ton głosu. Z doświadczenia wiedział, iż tym razem mężczyzna nie kłamie, ale i tak załadował mu sierpowego w szczękę i poprawił drugim w żebra.
- Nie mam więcej. – wychlipał Jacko. Wydawało się że się rozkleja. Chyba jednak pedał.
- Zła odpowiedź seu cuzao. Prawidłowa to „będę miał”. Będę miał za osiem godzin. Słyszysz fiucie? To Twój szczęśliwy dzień. Daje Ci aż osiem godzin na skombinowanie reszty fajek. Za osiem godzin tu wrócę i albo zabiorę towar, albo wezmę Twoje palce.
Alan siłą wyciągnął dłoń mężczyzny i położył na stole. Szybkim ruchem noża obciął mu mały palec u ręki.
- A to moja zaliczka i żebyś pamiętał co Ci powiedziałem veado.
Mello puścił Jacko i odrzucił niepotrzebny już palec.
Mężczyzna zawył trzymając się za krwawiącą dłoń. Szybko zaczął rękę obwijać jakimiś szmatami. Alan podszedł do niego i z czystej złośliwości chwycił za włosy i uderzył głową mężczyzny o ścianę. Dodatkowo rozkwaszając mu nos. Przyjrzał się zakrwawionej twarzy Jacko z bliska z zadowoleniem w oczach.
Po czym wziął pudełko z papierosami i wyszedł.
Alan nie miał złudzeń. Za osiem godzin albo odzyska resztę długu, albo Jacko ukryje się przed nim w najdalszym kącie Gehenny. Na razie jego rozkwaszony ryj będzie robił za żywą reklamę firmy windykacyjnej Mello. I o to chodzi. Trzeba dbać o reputację, by „,Wielki Q”, który tak naprawdę był „Wielkim Chu” dawał mu dalej zlecenia. Teraz Alan szedł z fajkami do szefa oddać te 90 odebranych fajek.
Ten dzień zapowiadał się całkiem nieźle. Miał już 10 fajek. Brakowało mu jeszcze 20. W gangu mówili, że 30 Spook bierze za numerek, a Mello miał od jakiegoś czasu ochotę ją przelecieć.
Oczywiście mógłby spróbować przydybać ja gdzieś w ciemnym korytarzu i obsłużyć się za darmola, ale po pierwsze laska za dobrze wywijała kosą, a po drugie koleżance z gangu należały się pewne względy.
 
Tom Atos jest offline  
Stary 28-07-2011, 23:06   #15
 
Ravanesh's Avatar
 
Reputacja: 2765 Ravanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputację
Przeszklone korytarze i sale Agrodomów stanowiły oazę spokoju w porównaniu do reszty opanowanej przez więźniów części Gehenny. Oczywiście tak było teraz, kiedy Gildia Zero zarządzała tym fragmentem statku. Po przejściu przez anomalię i buncie większość upraw w Agrodomach została zniszczona a pracujące tam maszyny zostały rozłożone na części, z których zmontowano inne rzeczy. Na szczęście Gildia zagarnęła dla siebie zrujnowane pozostałości i zdobyła z innych sekcji materiały do przywrócenia części upraw. Niektóre jednak stracono bezpowrotnie, ludzie natomiast musieli zastąpić maszyny rolnicze i wykonywać żmudne i monotonne, aczkolwiek niezbędne do przeżycia prace. Takie na przykład jak zapylanie. Większość uprawianych w Agrodomach roślin była samopylna, ale transgeniczna soczewica i soja, główne źródło wysoko wartościowego białka roślinnego wymagały pomocy ludzkiej ręki. Na Ziemi to owady odwalały całą pracę, na Gehennie po rozebraniu maszyn – ludzie.

Kristi odziana w bawełniane szorty i podkoszulek noszące zarówno fabrycznie nadrukowane symbole Gehenny jak i ręcznie domalowane oznaczenia Gildii Zero przyklękła przy kolejnym rządku upraw. W dłoniach okrytych bawełnianymi rękawiczkami trzymała pipetę. Rękawiczki nie były obowiązkowe, ale przy pracach z roślinnością nie można było nakładać hamujących pocenie substancji na ręce. Miało to nie dopuścić do niepożądanych reakcji z żywnością. Zamiast walczyć z utrzymaniem małych przyrządów w śliskich, spotniałych dłoniach Lenox wolała, aby pot wchłaniał się w bawełnę. Pobrała pipetą pyłek z pręcików jednego i przeniosła go na słupek sąsiedniego kwiatu. Potem postąpiła tak z kolejną parą, kolejną i kolejną. W zgięciu łokcia poczuła wilgoć i kiedy wyprostowała rękę strumyczek potu popłynął w dół przedramienia. Przetarła dłonią rękę a później kark, czoło i wgłębienie nad górną wargą. Czuła jak pot cieknie jej po plecach. Zerknęła na wyświetlacz temperatury. 87, 8 Fahrenheita. 31 Celsjusza. Organizm bronił się przed przegrzaniem. Przeniosła wzrok dalej. Była w środku rzędu, czekało ją jeszcze cholernie dużo pracy.

Dwie standaryzowane jednostki czasowe później Kirsti zdawała sprzęt pod okiem Angusa Lermonta. Praca nie była specjalnie ciężka, ale diabelnie monotonna, poza tym Angus niczego nie ułatwiał. Był wkurzającym gnojkiem, który dużo gadał a mało robił a jego durne żarty bawiły tylko jego samego.
- Jak tam dzisiaj moja maleńka pracowita pszczółka się sprawiła? – Dziwnie zagryzał wargę, kiedy bezczelnie gapił się na Kristi i jej przyklejony do spoconego ciała top – Lubię jak moje pszczółki dobrze pracują, oj tak, oj tak – potarł palce i jeszcze bardziej się nachylił, aby zajrzeć kobiecie w dekolt. – Gdzie teraz lecisz pracowita pszczółko?

- Bzzz bzzz – Kristi szybko ruszyła w stronę drzwi, bo Angus, mimo że zwykle nieszkodliwy zawsze przyprawiał ją o złość.

Kiedy opuszczała pomieszczenie słyszała jeszcze jego urywany rechot.

Chwilę później Lenox dołączyła do ekipy przygotowującej papkę. Dziwne, ale i w tym pomieszczeniu gdzie temperatura powinna być niższa wskaźnik oscylował około 86 stopni w skali Fahrenheita. Coś było nie w porządku.

- Jak tam „Truteń” Lenox? – Mimo, że Angus sam siebie zwykł nazywać królową pszczół ekipy pracujące pod jego okiem szybko nadały mu inną ksywkę.

- Jak zwykle, nic nie robi, brzęczy i przeszkadza – wzruszyła ramionami – Na Ziemi mamy z milion gatunków owadów, jakiś jajogłowy mógł załadować mały promil z tego na Gehennę.

- Taa pomyśl, co by się stało z nimi po przejściu przez anomalię?

- Pewnie zyskałyby złowrogą świadomość i wyżarłyby nam wszystkim mózgi – Kirsti sprawdziła wraz z pracującym obok Troyem parametry zaczynu, zbytnie ogrzanie masy mogło jej zaszkodzić.

- Spoko zamknęlibyśmy je wszystkie z Ripersami i zdechłyby z głodu – śmiech urwał się szybko, kiedy do sali wszedł Graf Zero.

- Macie przerwę. Agregat biomasy nadal szwankuje. Zostawcie zaczyn w stanie rozkwitu i idźcie odpocząć do swoich pokoi. Poślę po was kogoś, jak będzie można wrócić do pracy.

Kilka osób kręcących się wokół zbiornika z papką zebrało się szybko i opuściło pomieszczenie.

- Jak tego szybko nie naprawią to wszystko będzie można wypierdzielić. Jeszcze trochę i nikt tego nie tknie.

- Coś ty Ripersi zeżrą.

- Ripersi zeżrą wszystko Troy – Lenox zdjęła rękawiczki z dłoni – zresztą inni też to zjedzą, jeśli im odpowiednio podprawisz żarcie.

W pomieszczeniu sanitarnym Kirsti odkleiła od skóry przepocone ubranie i rzuciła je w kąt, nie musiała się martwić o zabrudzone ciuchy. Od tego byli inni. Chwyciła dozownik „Czyściocha”, substancji wymyślonej przez członka Gildii, ·której skład stanowiły różne enzymy rozkładające wszelkie zabrudzenia na skórze. Lenox pokryła całe ciało przezroczystą substancją, odczekała odpowiedni czas na aktywację preparatu, po czym starła ją z siebie. Nałożyła czyste ubranie, kombinezon, który jednoznacznie określał przynależność do Gildii i opuściła teren Agrodomów. „Czyścioch” świetnie radził sobie z brudem, ale czasem miała ogromną ochotę na zwyczajny, staromodny prysznic. Wiedziała jednak, że nigdy nie dostanie takiej ilości wody, która była zbyt cenna żeby marnować ją w ten sposób na kogokolwiek. Zresztą przy spieprzonych agregatach trzeba będzie zwiększyć ilość wody do nawodnienia plantacji. Na Gehennie oznaczało to, że kiedy gdzieś trzeba dać więcej wody to ktoś dostanie jej mniej.

Z daleka spostrzegła gościa, który czekał na nią pod jej celą. Członek Punishersów, z którymi Gildia miała dobre układy, ale na wszelki wypadek sprawdziła teren wokół. Facet poderwał się do góry i błysnął uśmiechem, który chyba miał być w jego mniemaniu uspokajający.

- Ty jesteś Lenox – ni to zapytał ni to stwierdził.

Skinęła głową i zanim zdążyła zapytać, w czym rzecz mężczyzna sam przeszedł do sedna gadki.

- Nazywam się Cathal. Wiem, że interesują cię pewne informacje. Bardzo możliwe, że będę w stanie ci pomóc, ale za odpowiednią zapłatą.

Kirsti zerknęła na drzwi swojej celi. W środku miała zamontowaną sztabę umożliwiającą jej zamknięcie się od środka, ale każdy mógł wleźć do pomieszczenia, kiedy jej w nim nie było. Wprawdzie umieszczała pomiędzy drzwiami a ścianą kilka cienkich drucików, których brak informował ją czy ktoś zaglądał do jej pokoju, gdy jej w nim nie było, ale jeżeli ten cały Cahal stał na zewnątrz to mógł umieścić je na powrót w dawnym miejscu, podczas gdy jego kompan ukrywał się środku. Gehenna nauczyła ją żeby w odniesieniu do innych ludzi zawsze zakładać najgorsze dopóki jej nie udowodnią, że jest inaczej.

Szybko analizowała, co powinna zrobić w takiej sytuacji, kiedy pokład pod jej nogami lekko zadrżał. Statek uruchomił silniki? Stłumiła chęć rzucenia się w kierunku siedziby Gildii, aby dowiedzieć się czy rzeczywiście stało się to, co myślała, że się stało. Jeśli nawet statek ruszył to i tak nie mogli póki, co nic z tym zrobić.
Opanowała się. Spojrzała na członka Punishersów. Oparła się lekko o ścianę sugerując odprężenie, ale tak naprawdę była gotowa do ucieczki gdyby facet okazał się zagrożeniem.

- Mów dalej - zachęciła go niskim głosem.

- Trzydzieści działek neoinsuliny lub lekarstwo o podobnym działaniu. Znam kogoś, kto wie, gdzie osadzono tego, którego szukasz.

- Brzmi zachęcająco a i cena jest rozsądna, ale rzuć mi jeszcze jakieś dane żebyśmy oboje mieli pewność, że posiadasz informacje, jakich szukam.

- To człowiek, który miał okazję sprawdzić dane ze STRAŻNIKA. Nie chwali się tym specjalnie. Lekarstwa są dla niego. Jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej musiałbym cie do niego zaprowadzić. Ale mogę dać ci zastaw w wysokości połowy sumy. Zwrócisz go plus zapłatę jak już się dowiesz czy informacja była warta.

- Umowa stoi. Ale wiesz ja nie jestem cukrzykiem. Rozumiesz, w czym rzecz?

- Poczekam - wzruszył ramionami. - Mój kontakt nie powie niczego bez gwarancji lekarstw. A Gildia ma chyba największe ku temu predyspozycje by je zdobyć.

Skinęła głową.

- Gdzie cię znajdę?

- Znasz członka waszej Gildii. Niejakiego Rubena. On wie jak się ze mną skontaktować.

- Jasne. Znajdę cię.

- To jesteśmy dogadani. - Odpowiedział.

Poczekała aż Cahal zniknie jej z oczu i dopiero wtedy otworzyła drzwi celi wpierw usuwając druciki. Pusto. Pomieszczenie było tak małe, że nikt nie byłby w stanie ukryć się tak żeby nie spostrzec go przy pierwszym rzucie oka. Zatrzasnęła drzwi z powrotem i wcisnęła „czujki” na miejsce. Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę serca Gildii Zero. Jeśli statek rzeczywiście ruszył to tam będą wiedzieli, co się wydarzyło. Poza tym potrzebowała dodatkowej roboty, obecnie nie było ją stać na informatora.
 
Ravanesh jest offline  
Stary 29-07-2011, 04:56   #16
 
hija's Avatar
 
Reputacja: 243 hija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie coś
Pamiętasz te słodkie prześwietlone zdjęcia z twojego albumu? Dzieciństwo, słońce i guma balonowa. Pamiętasz? No. To ja ich nie miałam. Tatuś nadmuchał mamusię, a potem w zasadzie niewiele go obchodziło, co się z nami dzieje. Jeśli jesteś brudnym, wychowanym w wiosce z przyczep campingowych dzieciakiem, z czasem się przyzwyczajasz do braków.
Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało, ze umiem czytać.

Zsyłka tutaj była niezłym szokiem.
Tak bolało, że końcu musiałam się odnaleźć. Jeśli zostajesz umieszczony w tak osobliwym habitacie, w końcu tak zwane normy moralne zaczynają się wypaczać. Hahaha, tak. Nawet ci obrzydliwi kryminaliści osadzeni w tym kotle szatana mają jakieś zasady, ten nie zabija dzieciaków, tamten nie gwałci małych chłopców. Tu, na Gehennie to była kwestia czasu aż ludzie zaczną dosłownie i w przenośni pożerać się nawzajem jak przymierające głodem szczury. Jesz, albo jesteś zjadany.
Nie zrozum mnie źle, zdaję sobie sprawę z powagi historii, którą zaraz Ci opowiem, ale posłuchaj dobrze i wytęż mózg – dziewczynie takiej jak ja; młodej i, musisz przyznać, niebrzydkiej; nie było łatwo uzyskać szacunek. Pierwsza myśl, która przychodzi do głowy to tak, właśnie to. Wiem, dlaczego masz taką minę. Tutaj, jeśli dziewczyna nie znajduje się odpowiednio wysoko w łańcuchu pokarmowym, staje się pucharem przechodnim, do którego zamiast zeń pić, co wieczór dolewają. Jeśli wiesz, co mam na myśli.
Trwało to kilka miesięcy. Ta robota dla Glidii Zero to nic. Moja prawdziwa perełka jest gdzie indziej. Zbudowałam ją własnymi rękami, garstka o garstce wynosząc z agrodomów to gówno, które tu nazywają ziemią. Tytoń i prawdziwa, oldschoolowa marihuana, przyjacielu. To jest prawdziwa moc. Małe móżdżki głupich jak rybki w akwarium morderców, gwałcicieli i wariatów tak łatwo jest otumanić. Jeśli wiesz, co mam na myśli.

Patrzysz na mnie tymi swoimi kaprawymi oczkami osadzonymi w tłustej i zadowolonej gębie i nawet nie masz pojęcia, przez co trzeba przejść, by stać się szczurem, jak ja. Ile to kosztuje przestawić się z życia w hipisiarskiej stalowej przyczepie na kółkach z wiecznie się puszczającą matką-peace-to-the-world-wariatką na te cholerne, klaustrofobiczne tunele. Brak słońca odbiera się na początku jak brak powietrza, łatwo jest się wkurwić. Tak, przyjacielu. Potem już jest z górki.
Da się tutaj żyć, o ile umiesz robić cokolwiek lepiej niż inni. Patrzenie jak trawa rośnie mnie uspokaja. No? To jak? Kupujesz? Bo jak nie, to... Chyba wiesz, co mam na myśli?

*

Przegrzewali się.
Znów coś pierdolnęło w cholernym systemie i Raina Stars, podobnie jak cała reszta jajogłowych z agrodomów, próbowała wykonywać swoją pracę raz za razem ocierając twarz z potu.
W pewnych okolicznościach można by uznać ten gest za seksowny, ale przysięgam, jeśli twój organizm odwadnia się szybciej niż Sudan, seks jest jedną z ostatnich rzeczy, o których myślisz.
Odgarnęła do tyłu przyklejone do twarzy włosy. Od jakiegoś czasu pracowała w sekcji Nowych Odmian, ale dzisiaj siedziała przy garze z korytem, robiąc szczegółowe notatki na temat niezbędnych do wprowadzenia zmian w zakresie obróbki termicznej roślin, które ciężką pracą udawało im się zmusić do owocowania.
Wlazła na nich jak w gówno. Zwykle była czujna czujna do granic obsesji. Co mogło odciągnąć jej uwagę?


- Cześć chica – zagaił starszy wyluzowanym tonem. Jak to możliwe, że ich nie zauważyła wczesniej?! – Słyszałem, że potrafisz załatwić troszkę mercancia na boku. Me entiendes?
- Jakoś się dogadamy, chica – dodał młodszy. – Może jako zapłatę przelecimy cię we dwóch, jak nikt nigdy dotąd? De que le queda?
Zaśmiał się paskudnie.
- Calmarse, Eugenio – uspokoił kumpla straszy. – Bzykanie możemy dodać gratis, jak chcesz, carino.

- Dzięki - głos nawet jej nie drgnął, niczym nie zdradziła strachu, który spłynął jej w dół kręgosłupa zimnym dreszczem. Był jak stary, wierny towarzysz. Przyjaciel, który od pięciu lat ratował jej dupę. - Sama nie daję gratisów i nie oczekuję, że będę je dostawać, muchacho. U mnie obowiązują zasady fair trade. Uczciwa cena za uczciwie produkowany towar. Ta - syknęła przez zęby widząc drgnienie brwi młodszego z Desperados - wiem, co Ci chodzi po głowie. Pewnie, że możecie mnie zarżnąć. I zerżnąć. W zupełnie dowolnej kolejności, ALE! - uniosła palec - zanim zaczniecie, uprzejmie doradzam ruszyć głową. Chcesz mota? Si? No, to się zastanów ilu znasz hodowców.
- Żadnego - zaśmiał się wesoło. - Dopiero poznaję. I chciałbym lepiej
- Swietnie – Handel to handel, nie zawsze przychodzi do robien4ha interesow z ludzmi wzbudzajacymi sympatie. - Cos mi mowi, ze jestes czlowiekiem praktycznym. Dojdziemy do porozumienia.
- Porozumienie, he he he - zaśmiał się tm razem starszy. - To dobre, chica. To dobre. Potrzebujemy z dziesięć zawijasków. Damy piętnaście fajek.
- To o polowe mniej niz mam zaklepane u Czarnych Panter. Ale jestem otwarta na propozycje. Dacie 40 to bedziecie miec prawo pierwokupu innych moich produktow. Jesli wiesz, co chce powiedziec.
- Znaczy, dasz dupy?
- Nie, chico - spowazniala. To byl ten typ kontrahenta, za ktorym nie przepadala. Trudno, pomidory i cygara sa widac towarem dla bardziej rozgarnietych. Wcisnela rece w kieszenie kombinezonu. - Nie daje. Trzydziesci fajek za dziesiec blantow. Fair trade. Przemyslcie deal i skontaktujcie sie ze mna ponownide.
- Dwadzieścia. Ani peta więcej. Może ci się zwyczajnie nie podobamy i chcesz nas zwyczajnie ojebać, co? Albo twoja dupa za dobra dla nas, co laluniu z Gildii. Wykumana kurwa z ciebie to jebiesz takich jak my? Za kiepscy jesteśmy dla ciebie, ze chcesz nas tak opierdolić?
- Al contrario. Mialam o Was zbyt wysokie mniemanie - zacisnela palce na stalowym gwizdku. - Piecdziesiat. I szansa na rabat przy kolejnej partii. Pod warunkiem, ze spowazniejecie.
- Właśnie zrobiłaś sobie wrogów kurwo. Zapamiętaj to, bo następnym razem kiedy się spotkamy na pewno nie będziemy pierdolić się w ten sposób.

Starszy słuchał spokojnie młodszego. Potem zmrużył oczy i uśmiechnął się zimno:
- Wiesz chica, najbardziej nie lubię małych srajdek, co myślą se, że jak przeczytały kilka książek za dużo to mogą traktować takich jak my jak śmiecie. Następnym razem nie będziemy tacy mili.



Co się, kurwa, właśnie stało?
Raina? Raina, laleczko, to Ty?
Nie poznawała samej siebie. Powinna była ubić interes. Przyjąć stawkę i być do przodu o dwadzieścia fajek i kilku nowych przyjaciół. Wyprowadzili ją z równowagi. Trzęsła się z wkurwienia, czuła że całe ciało pokryła jej warstewka zimnego potu. Nie było jej do śmiechu, co to, to nie. Wiedziała, ze prędzej czy później ją znajdą. Poćwiartują jak kawał mięsa, wcześniej, później i w trakcie wielokrotnie gwałcąc.
Adrenalina nahajcowała jej pod czaszką i mózg wskoczył na wyższe obroty.
Potrzebowała ochrony i to najlepiej na wczoraj.



Trzy godziny później nadal leżała na podłodze swojego pokoju.
Było cholernie zimno i całe jej ciało pokryte było gęsią skórką. Bezustanne skoki temperatury nie robiły już na niej wrażenia. Przeciętnych parametrów fizycznych blondynka była jedną z niewielu osób na Gehennie, które miały możliwość samodzielnego syntetyzowania witaminy D3. Przymusowe naświetlanie nadawało jej skórze łagodny, ciepłobrązowy odcień.
Leżała na plecach, z rękami zaplecionymi pod głową. Przez cienkie, zaczerwienione powieki widać było intensywne ruchy gałek ocznych. Raina myślała.

Wolałaby być w jednym ze swoich Wiszących Ogrodów Babilonu, ale nie była głupia.
Na tym zasranym statku odrobina nieuwagi wystarczyła, by spalić kryjówkę. Dobrze o tym wiedziała, bo zanim nauczyła się wyszukiwać najlepsze miejsca i kryć przed wzrokiem postronnych, musiała zaczynać od zera tyle razy, że nie starczyłoby jej palców jednej ręki. Choć wszystkie jej myśli biegły w kierunku labów, umiała już stłumić palącą chęć ucieczki. Leżąc na podłodze bez ruchu, była jak sarna w snopie świateł auta.
Chryste... sarna? Czy na pewno wyglądała tak, jak ją pamiętam?

Zerwała się w końcu z mocno bijącym sercem.
- Musisz się ruszać.
Zaufać swojemu nosowi, w końcu przeprowadził ją suchą stopą przez Czerwone Morze pięciu lat w tym piekle. Na rubieże terytoriów G0 ruszyła sobie tylko wiadomymi ścieżkami. Znała te okolice jak łono matki. Bezlitosnej, lecz sprawiedliwej matki, pozostawiającej przy życiu tylko najsilniejsze lub najsprytniejesze potomstwo.
 
__________________
Purple light in the canyon
That's where I long to be
With my three good companions
Just my rifle, my pony and me
hija jest offline  
Stary 29-07-2011, 08:47   #17
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 24798 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację



JAMES THORN


Gehenna nie lubi honorowej walki. Większość porachunków załatwia się tutaj ciosem noża w plecy, strzałem w potylicę, czy ciosem metalowego pręta zza rogu. Proste, efektywne metody. Najlepsze metody. Stare jak świat, ale niezwykle skuteczne.

James czai się, podchodzi bliżej próbując skradać od cienia do cienia. Nigdy nie był w tym dobry. Ale ma sprawne ciało. Liczy na to, że uda mu się wypracować element zaskoczenia. Że nie popełnił błędu w ocenie sytuacji. Bo GEHENNA nie zna litości dla tych, którzy popełniają błędy.

Hieny są trzy. Dobrze może się im przyjrzeć. Tym paskudnym, śmierdzącym, szalonym pół-ludziom. Piętno Anomalii odcisnęło na nich stempel szaleństwa. Są bardziej jak zwierzęta, mniej jak ludzie.



Czy zaalarmował ich cień, hałas, szósty zmysł? James nigdy się nie dowie. W każdym razie jedna z Hien, ta która odciąga ciało jednego z zabitych spogląda prosto na Jamesa.

Teraz nie ma sensu już się ukrywać. James naciska spust więziennej giwery. Ciężkiej, masywnej spluwy przypominającej starożytne rewolwery, z tym że kaliber odlewanego w celach pocisku był naprawdę imponujący, a w bębenku mieściło się pięć takich paskudnych pocisków. Huk również był imponujący!

Ręka Thorna była przygotowana na taki odrzut, celował nieco niżej, ale kula trafiła Hienę prosto w środek nagiej piersi wyrywając dziurę wielkości pięści. Dwaj pozostali ruszyli do walki. James raz jeszcze nacisnął spust. Kolejny strzał trafił drugiego wroga w udo, zachlapując krwią ścianę korytarza. Hiena z wyciem upadł na kratownicę, nadal jednak żywy.
Trzeci członek zdegenerowanego gangu użył swojej broni, na szczęście dla Jamesa niezbyt skutecznie. Zaostrzony pręt wystrzelony z małej kuszy otarł się o ramię Thorna rozcinając boleśnie skórę, lecz nie robiąc mu poza tym poważniejszej krzywdy. Hiena wrzasnął ochryple i wydobywając zakrzywiony hak, skoczył w stronę Punishersa. Ostatni strzał oddany został już prawie z przyłożenia. Siła strzału posłała biegnącego Hienę w tył, a ołowiany pocisk zamienił jego brzuch w krwawą sieczkę.

Coś wbiło się w udo Jamesa. Tym razem głęboko. Kolejny bełt z zaimprowizowanej kuszy. A wiec Hieny były cztery. Jedna z nich czaiła się nieco dalej, za zakrętem i teraz wykorzystała okazję by oddać celny strzał. Thorn posłał dwa kolejne pociski w stronę napastniczki, bo miał pewność, że ostatnią Hieną jest kobieta, i uskoczył za zakręt korytarza. Drżące z bólu palce odnalazły kolejne pięć pocisków – ostatnie z posiadanego zapasu. Na szczęście James miał swojego dostawcę kul. Tylko koszt dwóch - trzech fajek za jeden pocisk był dość trudny do przełknięcia.

„Chase” spojrzał na przebite prętem udo. Rana należała do tych, które nie sposób było zignorować. Miał szczęście, że przeciwniczka trafiła nieco w bok. Coś mówiło mu, że miejsce, w które celowała, leżało troszkę poniżej jego pasa.

Nie wiedział, czy Hiena żyje, ale wolał nie ryzykować. Z przedziurawioną nogą nie nadawał się za bardzo na bohatera. Czekał, czaił się, przygotowany do obrony. A krew leniwie spływała po nogawce.





DOUBLE B


Odgłosy nie ucichły. Wręcz przeciwnie. Double B wyraźnie usłyszał charakterystyczny dźwięk. Węszenie. I chichot. A potem znów węszenie. Zbliżało się.

Jakiś cień przesłonił uchylone drzwi techniczne prowadzące do pomieszczenia, w którym ukrył się Double B. Węszenie stało się jeszcze głośniejsze, jakby bardziej pożądliwe. Potem ktoś zachichotał obłąkańczo. Drzwi zaczęły się uchylać, a Duble B był pewien, że za chwilę zginie, jak wcześniej jego ochroniarze. W takiej chwili jak ta zaczynał żałować, że nie skombinował sobie chociażby prostego noża. Co prawda nie potrafił nim walczyć, ale dźgnąć przeciwnika znienacka potrafiłby każdy. Nawet on.

Strach zacisnął go w swoich szponach, wzbierała w nim rozpacz, że za chwilę zostanie zarżnięty, jak ubojne zwierzę. Bo właśnie tak Hieny traktowały ofiary – jak upolowaną zwierzynę, którą potem ci degeneraci zjadali. Double B słyszał o przypadkach, kiedy pożerana ofiara jeszcze żyła.

Zacisnął oczy, nie bardzo wiedząc, co może jeszcze zrobić.

Huk strzału boleśnie przeszył mu uszy. Przez chwilę Double B myślał, że Hiena po prostu go zastrzeliła, ale jednak nie. W chwilę po pierwszym dało się słyszeć drugi strzał, a potem następny.

Double B otworzył oczy spoglądając w stronę wejścia. Cień zniknął. Na korytarzu ktoś strzelił jeszcze dwukrotnie. A potem zapanowała cisza.

Chociaż nie! Double B wyraźnie usłyszał, że ktoś ponownie zbliża się ciężkim krokiem w stronę jego kryjówki. Potem usłyszał przeciągły, ale cichy jęk i coś miękkiego upadło gdzieś niedaleko. Przez wąską szczelinę widział dłoń. Bladą, z długimi palcami zakrzywionymi jak szpony i metalową śrubą noszoną na jednym z palców jak sygnet.
Palce zacisnęły się spazmatycznie raz i drugi, zacisnęły w pięść, a potem zaczęły powoli rozprostowywać, aż znieruchomiały w pozycji półotwartej.

Double B czuł wyraźnie ciężki, metaliczny odór krwi.

Zrobiło się cicho.




SPOOK

Lina rozwieszona była pod samym sufitem, jednak ciasnota Gehenny nie pozwalała zachować takiej wysokości, jakiej życzyłaby sobie Spook. Ledwie trzy metry nad ziemią. Nawet gdyby spadła, obiłaby sobie tyłek. Nic poza tym. No chyba, że jakiś świr z gangu postanowił by urozmaicić sobie zabawę ciskając w nią kawałkiem złomu. Precyzyjnie rzucona śruba walnęła ją dość boleśnie w ramię powodując konieczność nagłego balansu ciałem.

Ktoś się zaśmiał i przyłączył do zabawy. Za nim kolejny i kolejny i po chwili w stronę dziewczyny śmigały liczne śmieci, zaostrzone kawałki złomu, ciężkie śruby i zaostrzone blaszki. Niektóre trafiły w cel, jedna niegroźnie zraniła Spook w ucho, tak ze poczuła krew ściekającą po policzku i szyi, inna świsnęła jej koło skroni. Większość jednak uniknęła, zgrabnie balansując ciałem, co wzbudzało zachwyt części publiczności i wściekłość tych, co nie trafiali w cel.

Kiedy z trudem uniknęła ciśniętego ostrza postanowiła, że już dość i robiąc świetne salto wylądowała miękko, jak kot na ziemi. Zebrani w Cyrku członkowie gangu nagrodzili ją brawami, co starczyło jej za opatrunek. Sypnęły się fanty – papierosy, samorobne drugi, flaszka miejscowego bimbru. To zapewne przeprosiny od zbyt krewkiego gangera, który zapędził się nieco ciskając nożem.

* * *

Ponoć w dobrym towarzystwie czas płynie jakby szybciej. Najwyraźniej zasada ta tyczyła się również towarzystwa psychopatów, świrów i zabójców wszelkiej maści, bowiem Spook nie zauważyła, kiedy minęły te dwie godziny.

GoGo Monkey pojawił się w kręgu otaczających ją twarzy, a po chwili siedzieli już pod ścianą wraz ze znanym jej z widzenie człowiekiem. Wiedziała jedynie o nim tyle, że nazywa się D.J. numer więzienny 3022799 i pracował dla Harlequina, prawej ręki samego Rimsharka – króla gangu. No powiedzmy jedna z wielu prawych rąk, bo szef całego gangu Rippersów miał ich więcej, niż chętna dziwka klientów.

D.J ocenił Spook wzrokiem. Pokiwał głową zadowolony.

- Powinna się wcisnąć – powiedział do GoGo Monkeya.

Potem przeniósł wzrok na Spook.

- Jest robota. Trudna. Trzeba będzie przespacerować się kilka kilometrów. Moi szperacze znaleźli ciekawy, zapomniany magazynek w okolicach Zakazanych Sektorów. Problem w tym, że zamek jest solidny. Wpadliśmy na pomysł, że mała, zwinna osoba przeciśnie się przez kanał wentylacyjny, a potem pod dyktando naszego elektronika, otworzy przejście. W ostateczności wyrzuci nam fanty przez kanał wentylacyjny. Robota płatna stówkę i pięć procent wartości tego, co znajdziemy na miejscu. My zajmujemy się ochroną, ty woltyżerką. Ponoć jesteś laską, co ma kości z gumy? Możemy na ciebie liczyć?

Pytanie zawisło w powietrzu, jak wcześnie Spook na linie. Gangowa kapela „Szarpidruty” przygrywała gdzieś w tle. Kawałek dalej dwóch osiłków mierzyło się w zapasach. Chociaż to chyba nie były zapasy. Zwycięzca właśnie gwałcił przegranego na oczach kibicującego tłumu. Zwierzęca zasada dominacji wprowadzana w życie przez pozbawionych sumienia i zasad moralnych ludzi.





TÖLGY

Arlekin był chudy, żylasty i kompletnie pojebany. Tak przynajmniej sądziła większość znających go Rippersów. Opowiadano o nim legendy. Że na Nowej Kaledonii – koloni górniczej gdzieś na krańcach znanego ludziom kosmosu, gdzie mu odpierdoliło od niewolniczych warunków pracy, ukrywał się przez trzy lata w kopalni mordując każdego, kto zbliżył się do jego kryjówki. Jeszcze inni opowiadali, że Arlekin pochodził z industrialnej części Ziemi, gdzieś ze slumsów Zjednoczonych Kontynentów Amerykańskich, i że odpowiada za ataki terrorystyczne na siedziby władz. Kimkolwiek był ten ubrany w jasną koszulę typek o zimnych jak lód oczach ukrytych gdzieś w wąskiej, ascetycznej twarzy, Cygan wiedział o nim dwie rzeczy. Był niebezpieczny i miał władzę.

Arlekin poczęstował Tolgyego fajką. Tytoń w niej był mocny, pewnie nasączony czymś chemicznym, bo od razu poprawił Cyganowi humor.

- Dobra – mruknął Arlekin po dłuższej chwili. – Nadaje się.

To było o Cyganie.

- Słuchaj. Robimy mały rajd na Zakazane Regiony. Kilku chłopaków. Szybki wypad. Szybki powrót. Dostajesz pięćdziesiąt fajek i michę rzygów przez dwa tygodnie za free. Oraz pięć procent znaleźnego, co powinno dać ci kolejne pięć dyszek najmniej. Sprzęt własny, koszty leczenia po naszej stronie. Majster mówi, że jesteś swój chłopak. Cytując Majstra – Dębowy to swój chłop i ma nieźle najebane w tej swojej cygańskiej makówce. Lubię go. Koniec cytatu.

Arlekin wypuścił obłoczek dymu tak zręcznie, że kółko przez chwilę wirowało w powietrzu.
Potem z namaszczeniem wstrzelił drugi obłoczek w sam środek drugiego. Z zadowoleniem na bladej twarzy spojrzał na gości.

- Dobra. To walnijmy sobie po szklaneczce specjału ze smaru, który przyrządzają w Cyrku, a potem powiedzmy dwie godziny na przygotowania. Spotykamy się za dwie godziny przy drzwiach sekcyjnych. Tych z wymalowanym na nich kutasem w czapce błazna.

Popatrzył na Cygana i Majstra swoim wyblakłym, pozbawionym emocji wzrokiem.

- To spierdalajcie. Muszę sobie zwalić, a wasze szpetne gęby mi w tym nie pomagają.





FLAT LINE


Gdyby ktoś inny, niż Flat Line łatał Muerto, ten bez wątpienia przekręciłby się. Jednak Flat Line wiedział, co robi. Ryzykował, to fakt. Ale doskonałe doświadczenie medyczne i spryt, który pozwolił mu skutecznie wykorzystać to, co miał pod ręką, zatryumfowały nad biologią. Muerto, na swoje nieszczęście, był twardy. To też pomogło.

W nerwową godzinę później, było jasne, że przeżyje.

Don Vitto szalał z radości. O mało się nie spuścił ze szczęścia.

- Dobrześ, się kurwa spisał, Flat Line – skakał koło felczera szef komórki gangu.

Nie wiadomo, dlaczego przypominał medykowi jakiegoś wychudzonego gryzonia z ogoloną na łyso czaszką.

- Ozłocę cię, kurwa, Flat Line – piał mafioso, któremu zdolności medyka uratowały kościstą dupę.

Najważniejsze, że nie rzucał słów na wiatr. Kiedy jego ludzie wynieśli rannego Muerto, by przedstawić go bliżej cappo di tuti cappo Don Vitto odwrócił się jeszcze na moment i rzucił coś na stół operacyjny, tuż obok Flat Lina.

- Prawie pełna – dodał i wyszedł.

To była paczka fajek. Ale nie zwykłych fajek. Lecz pochodzących jeszcze z Terry, z jakiejś zapomnianej kontrabandy, kiedy GEHENNA utrzymywała za pomocą promów kosmicznych łączność z resztą ludzkości. Stara dobra marka, zrobiona z najprawdziwszego tytoniu. Słowo „prawie pełna” było mocno przejaskrawione. W paczce było ledwie osiem papierosów. Jednak każdy z nich wart był z pięć zwykłych, więziennych skrętów. Przynajmniej pięć, bo jeśli medyk miałby okazję trafić na znawcę i wielbiciela tytoniu, to uzyskałby za te papierosy nawet kilkunastokrotną przebitkę.

Nadspodziewanie hojny dar. Ale i przysługa, którą wyświadczył felczer nie była mała. Flat Line wahał się tylko przez moment. Wyjął jednego papierosa z paczuszki i zapalił. To było najpiękniejsze pięć minut jego życia w ostatnim czasie.
Siedem pozostałych skarbów ukrył w bezpiecznym miejscu.

Pół godziny później w progu jego ambulatorium pojawił się jeden z ludzi Don Vitto.

- Szef che cię komuś przedstawić. Zbieraj się. Mam cię do nich zaprowadzić.
 
Armiel jest offline  
Stary 29-07-2011, 08:48   #18
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 24798 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację



FILOZOF


Zipper, o dziwo, był u siebie w celi. Nigdzie się z niej raczej nie wybierał, bo lewą nogę miał w przekrwionych bandażach. Kiedy przyszedł do niego Filozof chłopak odpoczywał. Obserwował wchodzącego więźnia z ręką pod kocem. W stronę drzwi kierowało się charakterystyczne wybrzuszenie.

- Mam nadzieję, że to pistolet, Zipper – powiedział Filozof beznamiętnym tonem.

- Nie, dziadzie – wychrypiał Zipper. – Tak się ucieszyłem na twój widok. Co tym razem?

Wybrzuszenie znikło. Chłopak wyjął rękę spod posłania. Filozof spojrzał na okrwawione bandaże. Leżący więzień podążył za nim wzrokiem i uśmiechnął się szaleńczo.

- Przerośnięte – kurwa – szczury – zarechotał, jakby miał powód do radości. – Blisko – kurwa – zęzy.

Filozof pogadał chwilkę o pierdołach, nim przeszedł do sprawy, która go tu sprowadziła.

- Kwas – Zipper wzdrygnął się wyraźnie. – Nie – kurwa – nie spotkałem nigdy niczego z kwasem. I – kurwa – całe szczęście.

Filozof chciał już wstać, niezbyt zadowolony z przebiegu rozmowy, ale Zipper zatrzymał go spojrzeniem zaszczutego gryzonia.

- Filozof – kurwa – powiedział. – Jak odpalisz mi dziesięć fajek, to powiem ci, kto będzie na pewno coś wiedział. Jestem – kurwa – w potrzebie. Noga nie pozwala zarabiać na koryto. Nie mówiąc o tym pierdolonym felczerze, pijawce pojebanej, kurwa – wielkim i mądrym – Strzykawce, niech go jasny chuj pierdolnie.

Przez chwilę Zipper zasypywał wyszukaną wiązanką doktora, który mu najwyraźniej opatrywał nogę.

- To jak, Filozof. Dziesięć fajek i masz dobry namiar, jakem – kurwa – Zipper.

Spojrzał na ciebie błagalnie.




JAKUB SZKUTNIK i PASTOR

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=tUWVtlgCiPA&NR=1[/MEDIA]


Początkowo Jakub przeraził się nie na żarty, kiedy jakiś goły więzień wskoczył mu na plecy wywrzaskując charyzmatycznym głosem komendy. Szybko jednak zorientował się, że intencje tego szaleńca są identyczne z jego własnymi. Posłusznie, starając się nie myśleć o nagim, spoconym człowieku przyklejonym do jego ciała, ruszył w stronę wyjścia. Jak wielu innych więźniów – nie wiadomo czy przekonanych przez Jakuba czy Pastora.

Ludzie wokół wpadali jedni na drugich, smak krwi w ustach i dudnienie w uszach było już chyba wyczuwalne przez każdego – chyba nawet przez największego matoła w dawnej stołówce.

- WYBRANIEC! – krzyk Wieszcza za ich plecami zatrzymał ich w pół kroku, tyle było w nim pasji, tyle siły, tyle prawdziwej mocy.

- NADCHODZI WYBRANIEC!

Pastor odwrócił twarz w stronę wieszczącego na krzyżu. I szybko tego pożałował. Widział, jak z otwartych ust nieszczęsnego obłąkańca wynurza się w rozbryzgach krwi i strzępów skóry coś, co wygląda jak wielki krocionóg, który zamiast owadziego łebka ma ludzką, rogatą twarz.

Demon wrzasnął krzykiem torturowanego człowieka, który swoje człowieczeństwo zostawił dawno temu gdzieś na przeklętym więziennym statku.

Drzwi do stołówki opadły w dół, tuż za plecami Jakuba Szkutnika, dosłownie kilkanaście centymetrów przed twarzą Pastora.

Przez chwilę nic się nie działo, by za chwilę dało się słyszeć zza grodzi wrzaski – straszliwe wycia, krzyki i pełne bólu ryki. Nikt z tych, którym udało się wybiec na korytarz nie miał na tyle silnej woli by biec dalej. Ludzie wpatrywali się w drzwi do stołówki z przerażeniem wymalowanym na twarzach zakapiorów.

I wtedy, po niespełna minucie, drzwi drgnęły wyraźnie i zaczęły unosić się ku górze. Wąską szczeliną od razu popłynęła krew znacząc buty ludzi stojących najbliżej wejścia. W tym buty Szkutnika.




ALLAN MELLO


Wielkiego Q Mell znalazł tam, gdzie poprzednio – właśnie kończył ustawiać wieżę z kart. Dwaj ochroniarze na zewnętrz wpuścili Alana bez szemrania. Na widok Mello Wielki Q walnął w zapewne misternie układaną konstrukcję i spojrzał na Mello z wyczekującym uśmiechem. Alan wyjął odzyskane fajki i położył na stole.

- Gdzie reszta? – zapytał pomalowany Rippers.

- Dałem mu osiem godzin.

- Dobrze, Alllan – Wielki Q pokiwał głową zadowolony. - Nieźle sobie poradziłeś, jak zawsze. Masz talllent. Rzekłbym nawet, kurewski dar.

Wziął jedną kartę ze stosu rozwalonej talii. Uniósł ją i z zainteresowaniem przyjrzał. Potem cisnął ją w stronę drugiego więźnia. Alan złapał ją i spojrzał zaciekawiony.



- Wierzysz w los, Melllo? – zapodał jakąś pedalską gadkę Wielki Q. – Zresztą, nie, nie odpowiadaj.

Uciszył Mello teatralnym skinięciem dłoni.

- Zgadnę – położył palec na ustach, przymrużył oczy, zrobił pokręconą minę. – Masz w dupie los i przeznaczenie, Melllo.

Zaśmiał się, poklepał po udach.

- Mam dla ciebie poważniejszą robotę. Marnujesz się, jako szeregowy Rippers. Tak sądzę. Masz zapał. Mało finezji ale zajebiście dużo cholernego zapału.

Podniósł jeszcze jedną kartę i przyjrzał się jej uważnie, jakby próbował odczytać z niej przyszłość.

- Za godzinę przy wyjściu z kutafonem w czapce arlekina. Weź ze sobą sprzęt. Opłaci się. Więcej nie musisz wiedzieć.

Spojrzał na gościa, jakby czekał na ewentualne pytania.




APACZ

Wrzaski ucichły po kilkunastu minutach. Przez cały ten czas Apacz i Jerome wpatrywali się w drzwi, jakby spodziewali się, że lada chwila coś wyrwie je z futryny i ciśnie w stronę ich barykady. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Minuty wlokły się niemiłosiernie, prawie jak godziny, aż w końcu obaj wartownicy uznali, że zagrożenie minęło.

Aż do końca trwającej trzy godziny warty nie mogli przestać myśleć o tym, co wydarzyło się za drzwiami prowadzącymi na Zakazane Rejony. Kto krzyczał. Czy nadal tam jest? W końcu jednak powróciła rutyna i nuda. Cokolwiek znaczyły te wrzaski, niebezpieczeństwo było po drugiej stronie stalowych drzwi.

Ani Jerome, ani Apacz nie słyszeli niczego, nie czuli niczego, nie widzieli niczego.

Kiedy pojawiła się ich zmiana, Jereome siedział cicho, nawet słowem nie wspominając o incydencie. Składanie raportów nie należało do obowiązków strażników. Jedynie siedzenie i obserwacja. W zamian za to otrzymywali przydział wody, „sraczki” i papierosa. Niezbędne do przetrwania minimum.

Wrócili w milczeniu do swoich cel, wcześniej wstępując na zasłużone żarcie.

* * *

Substancja podana w plastykowej miseczce miała konsystencję rzadkich glutów, całkowity brak zapachu (może to i lepiej) oraz smak rozgotowanego kleiku. Po takim posiłku tylko łyk bimbru i papieros powodowały, że kubeczki smakowe jeszcze reagowały na bodźce.

Apacz siedział i obserwował wstęgi dymu wirujące leniwie w pomieszczeniu. Obok dwóch ludzi dobijało jakiegoś interesu. Apacz nie patrzył w ich stronę. Znał więzienne obyczaje, z których jednym z najważniejszych był ten, że nie podsłuchuje się czyichś rozmów. Łatwo było wtedy wpaść w kłopoty. A kłopoty na GEHENNIE bardzo często oznaczały rychły koniec.

Musiałeś wiedzieć, kogo i kiedy mogłeś wykończyć. Apacz dobrze wiedział, że wymachiwanie nożem na lewo i prawo, prędzej czy później doprowadzi do tego, że takiego „majstra” szybko znajdą gdzieś w bocznym korytarzu z poderżniętym gardłem albo z kosą w plecach.

Jerome pojawił się, jak zły duch. Gębę miał uśmiechniętą od ucha do ucha. Przysiadł się koło Apacza i spojrzał na niego z tym kretyńskim uśmiechem.

- Słuchaj, Indianiec – zamlaskał, jak obżarty kocur. – Mam robotę. Dla dwóch ludzi. Jeśli odpalisz mi dwadzieścia procent ze stawki, jaką ci zaproponują, to powiem ci, od kogo, co i za ile oraz pozwolę ci pójść ze mną. Chodziłoby o krótki wypad. Przeniesienie trochę stuffu pomiędzy sekcjami. Korytarzami niczyimi. Z daleka od oczu wścibskich gangów. Wbijasz w to na moich warunkach, czy szukać kogoś innego?




KRISTI J. LENOX

Kolejne korytarze, szerokie – w odróżnieniu od tych w części mieszkalnej. Sekcje statku przeznaczone wcześniej na pomieszczenia produkcyjne. Teraz zajmowane przez samą górę Gildii 0. Gildii. Też coś. Sama nazwa nie zmieniała faktu, że „jajogłowi”, do których zaliczała się również Kristi, są gangiem, takim jak reszta. I działają jak gang. Inaczej by nie przetrwali pośród wszystkich tych zwierząt i wykolejeńców, których na GEHENNIE nie brakowało.

Przywódcy G 0 wiedzieli o tym dobrze, ale podjęli dodatkowe środki zaradcze. Kontrakt z The Punishers. I teraz idąc przez znajome korytarze kobieta mogła czuć się prawie bezpieczna. W najważniejszych miejscach stali oni. Ponurzy, umięśnieni, uzbrojeni i sprawiający profesjonalne wrażenie. Lenox potrafiła rozpoznać modyfikację ciał, jakiej podawano niektórych żołnierzy Terry. Znaczna część gangu The Punishers składała się z byłych wojskowych, policjantów, a nawet łowców nagród. Niektórzy oglądali się za nią w typowo męski sposób, co nawet mile łechtało uśpioną, kobiecą próżność niemłodej już pani naukowiec.

Kristi nie była nikim ważnym w Gildii 0. Musiała się z tym pogodzić. Ale przez te kilka lat udało się jej wyrobić parę znajomości i kontaktów. Dlatego też wiedziała, gdzie uderzyć teraz.

Pomieszczenie, gdzie dawniej magazynowano półprodukty, teraz zamieniono w „klub”. Od innych mordowni na GEHENNIE klub różnił się jedynie tym, że bito się tutaj zdecydowanie rzadziej. Wypatrzyła go od razu. Niewysoki, chudy, w staromodnych okularach zrobionych własnoręcznie. „Sowa”. Siedział samotnie i bazgrolił coś w notatniku, kupionym zapewne za fajki od jakiegoś mięśniaka, który traktował go wcześniej, jako srajtaśmę.

Krsiti dosiadła się do Sowy, a mężczyzna w okularach spojrzał na nią i zamknął notes. Oczy przez szkła wydawały się być nienaturalnie powiększone.

- Silniki? – ni to stwierdził, ni zapytał „Sowa”.

Kobieta przytaknęła. Juz od dawna wiedziała, że rozmawiając z Sową, trzeba odzywać się jak najmniej i pozwolić, by ten dziwak zamknięty ponoć za projektowanie śmiercionośnych gazów bojowych do głowic rakietowych użytych podczas Wojen Kolonialnych z koloniami opanowanymi przez dysydentów wygadał się w swoim własnym tempie.

- Włączyły się korekcyjne – powiedział Sowa z pewnością siebie w głosie. – To oznacza, że STRAŻNIK musiał złapać jakiś sygnał i skierował statek w stronę jego źródła. Może był to inny statek, może jakaś znana Terze kolonia, może coś innego – okularnik wzruszył chudymi ramionami.

Milczał przez chwilę.

- Co to dla nas oznacza? – zapytał sam siebie, a Kristi przytaknęła ponownie.

Sowa milczał kolejną chwilę.

- Kłopoty. – powiedział to takim tonem, że kobietę przeszedł dreszcz niepokoju.

- Szukam kogoś, kto może załatwić neoinsuliny za przysługę lub na raty. Nie stać mnie teraz.

Lenox wiedziała, że może być szczera z Sową.

- Popytaj Kobrę lub Hendersona.

Kobra zajmowała się ambulatorium należącym do Gildii, a Henderson był kimś w rodzaju medyka polowego – zawsze pierwszy na miejscu wypadku przy pracy z apteczką. Kobry Lenox prawie nie znała, ale słyszała o niej paskudne rzeczy. Że lubi od czasu do czasu podać komuś coś, co nie do końca jest lekarstwem i pacjent zawija się na drugą stronę. Henderson był nawet w porządku.

- A co do „nie stać mnie teraz” – Sowa spojrzał na Kristi z uśmiechem. – Słyszałem coś, że Bruno Mayers szuka kogoś do pomocy.

- Bruno Meyers? – Krsiti nie znała człowieka.

- Tak. 7418627. Znajdziesz go w sekcji uzdatniania wody.




RAINA L. STARS

“To przez upał!” – powtarzała sobie dziewczyna w myślach kryjąc się w zakamarkach wnętrza statku. To zapewne, dlatego ich nie zauważyła i dlatego pociągnęła tą transakcję w najgorszy z możliwych sposobów.

Desperados byli gangiem, który kobiety traktował instrumentalnie, jako narzędzia zaspakajania mężczyzn. Typ macho, który nie zmieniał się przez wieki. Dominacja fizyczna i psychiczna mężczyzny. Kobieta miała być wdzięczna, że wydziarany od stóp, do głów facet ma ochotę ją przelecieć. Tak myśleli ci w Desperados. Spieprzyła to. Wiedziała o tym. Wiedziała, ze ten sam kult macho nie pozwoli im jej odpuścić. Że w najlepszym przypadku dopadną ją, wielokrotnie zgwałcą, a potem porzucą gdzieś i tyle. W najgorszym po wszystkim ją zabiją.

Raina znała Gehennę. Wiedziała, że jej nie odpuszczą. Wiedziała też, że ma sporo możliwości, by się przed nimi obronić. Oczywiście nie sama. Desperados byli silnym gangiem. Ale mieli wrogów. Furie. Gang twardych lasek, które nie cierpiały tych wszystkich szowinistycznych dupków, a w szczególności Desperados. Terytoria Furii zaczynały się jednak sześć sekcji dalej i musiałaby przejść przez strefy wpływów Desperados. Zbyt duże ryzyko. Prywatny kontrakt z kimś z The Punishers. Jest szansa, że trafi na porządnego kolesia, który przyjmie zlecenie. Ale jest też szansa, że trafi na kogoś, kto za ochronę weźmie połowę udziału w zyskach i jej tyłka za free w ramach premii. To była GEHENNA. Tutaj mało kto robił coś za darmo.

Na razie pozostało jej tylko ukrywanie się. Istniała bowiem spora szansa, że Desperados mają „swoich ludzi” w Gildii Zero. Ludzi, którzy chętnie wciągną ją w pułapkę, w zamian za przywilej wzięcia udziału w zbiorowym gwałcie czy coś równie niskiego.


* * *

Zaalarmował ją, jakiś hałas. Ukryta w wąskiej przestrzeni między wiązka kabli, a sufitem, przywarła mocniej w swojej kryjówce.

- Co chciałeś, ZiZi? – usłyszała zbliżające się głosy.

ZiZi! Serce zabiło jej szybciej. Taką ksywkę nosił jeden z ważniejszych ludzi w Gildii Zero.

- To są sprawy, które musimy obgadać z daleka od postronnych oczu – powiedział suchy, męski głos.

- ZiZi. Ciągnąłeś mnie tyle korytarzy, bo chcesz mi obciągnąć – drugi mężczyzna szydził z nonszalancją kogoś, czyje stanowisko i pozycja pozwalają mu na takie działania względem jednej z wyżej postawionych osób w G0.

- Bądź poważny, Ray – uciął żarty drugiego mężczyzny ZiZi. – Czułeś to tak samo, jak ja. Silniki korekcyjne.

- Musimy nawiązać kontakt ze STRAŻNIKIEM. Dowiedzieć się, gdzie skierowała się GEHENNA.

- Niby jak.

- Poprosimy demona o pomoc, Ray. Obserwowałem cię od pewnego czasu. Masz spore zadatki na to, by do nas dołączyć.

- Do nas? – zaśmiał się Ray złowieszczo. – Jesteś częścią Przemienionych. Postradałeś rozum szukając porozumienia z tymi ... tymi .. istotami?

- Są tutaj takimi samymi więźniami, jak my, Ray.

- Pojebało cię, ZiZi.

To wydarzyło się nagle. Raina poczuła krew. Zobaczyła, jak struga ciemnej posoki chlusta na ściany, na sufit, nawet na jej kryjówkę. Z dołu dało się słyszeć przerażający, ścinający pęcherz chichot.

- Głupiec – powiedział ZiZi nieco odmienionym głosem. – Miałeś swoją szansę Ray. Trzeba było ją brać.

Potem drugi mężczyzna wyszedł. A pierwszy.... pierwszy właśnie z mlaśnięciem odkleił się od sufitu. Czy raczej to, co z niego pozostało.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 29-07-2011 o 09:16. Powód: literówki
Armiel jest offline  
Stary 29-07-2011, 22:13   #19
 
Lechu's Avatar
 
Reputacja: 45965 Lechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputację
"Kiedy w końcu nastanie cisza? Chce się stąd wydostać. Nie mogę dać się tak po prostu zabić. Ktoś węszy. Do tego przeraźliwie chichocze. Hieny. Kurwa. Oby mnie nie znalazły. O nie. Węszenie się zbliża. Ktoś jest pod drzwiami. Uchyla je...”

***

Nagle w korytarzu poniósł się huk wystrzału. Double B jeszcze bardziej wcisnął się w kąt z kablami myśląc, że to jego ostatnia chwila. Ale moment. To nie do niego strzelali. Zanim uczony zdołał się nad tym zastanowić usłyszał jeszcze dwa następne strzały. Słyszał jakby odgłos zaropiałego cielska uderzającego o ziemię. Czyżby ktoś walczył z Hienami? To była jego szansa! Ben otworzył ślepia w chwili, gdy padły dwa kolejne strzały. Potem zapanowała cisza. Uczony starał się wstrzymywać oddech, ale na dłuższą metę to nie zdało egzaminu. Po prostu oddychał cicho jak się tylko dało. Jakby jego wrogowie mogli usłyszeć nawet nieco cięższy oddech. To były Hieny. One miały wyczulony słuch, węch, wzrok a nawet coś więcej - szósty zmysł. Jak prawdziwi drapieżnicy...

Coś zaczęło ciężko kroczyć w kierunku pomieszczenia technicznego. Z mlaśnięciem upadło pod same drzwi. Olbrzymie, chude, zakończone szponami łapsko zapewne należało do ostatniej z Hien. Poza tą łapą Brown zobaczył powiększającą się plamę krwi. I odór - okropny, miedziany smród wydobywającej się z świeżych ciał posoki. I teraz nastała cisza...

Double B mimo iż wystraszony nie mógł czekać w pomieszczeniu technicznym w nieskończoność. Widok rzezi jedynie pogłębiał jego strach o własny zadek. W końcu musiał coś zrobić. Licząc na własne szczęście miał nadzieję, że za drzwiami jest ktoś kto nie wpakuje mu od razu kulki. Programista powoli podszedł pod drzwi nasłuchując... Po pewnym czasie przemówił:

- Jest tam kto? Jak tak proszę nie zabijaj mnie... - głos uczonego był pełen strachu i niepewności.

Odpowiedź pojawiła się po chwili. Ironiczna i złośliwa.

- Coś Ci się statki pomyliły. Tutaj zabijają skamlące szczeniaczki. Na obiad. - niemniej chwilę potem usłyszał.- Ktoś ty?

Double B był całkowicie zaskoczony jakąkolwiek odpowiedzią. Myślał, że cisza oznacza brak kogokolwiek, ale w sumie mało kto odszedłby nie sprawdzając ciał Hien. W sumie nie ważne kto to był uratował mu zadek i za to należy mu się chociaż odrobina szczerości.

- Nazywam się Ben Brown. Dla znajomych Double B. Jestem programistą Gildii Zero. Coś jeszcze Cię interesuje? Co tu robisz? Pomóż mi proszę... - znowu za skomlał uczony jakby nie do końca będąc przygotowany na tak stresowe sytuacje.

- A co, pocięli cię? Jeśli tak, to zmów paciorek. Ja tu nie zszywam wyjców, ani nie dokuśtykam na czas by Ci jakiegoś felczera sprowadzić. - odparł głos nie siląc na przedstawianie się.

- Jak to nie dokuśtykasz? Jesteś ranny? Jak tak to mogę pomóc. Znam się na pierwszej pomocy i leczeniu ran. W sumie nie sądzę abyś szybko znalazł kogoś odpowiedniejszego ode mnie. Tylko, że ja nie mam apteczki. Co ja pieprzę... Nawet bandaża nie mam. - powiedział już normalniej uczony jakby trochę uspokojony.

- To z Ciebie za... a tak... programista. - głos był pełen ironii i zaskoczenia. - A co z tobą, że potrzebujesz pomocy?

- Wiesz mi to nie przeszkadza, ale może któremuś spacerującemu po niczyim terenie debilowi będzie więc może pogadamy normalnie. Podejdź do tych drzwi od pomieszczenia technicznego. Tu za rogiem. Leży pod nimi martwa Hiena. - rzekł patrząc na półotwartą dłoń odmieńca informatyk.

- Taka wredna pinda z kuszą? - spytał głos.

- Wiesz możliwe, bo ma na dłoni jakiś pierścień ze śruby. Jednak stąd gdzie stoję widzę samą dłoń i kałuże krwi. Wydaje mi się, że załatwiłeś wszystkich, bo jak nie to czy podsłuchiwałby naszą rozmowę...? - zapytał zbity z tropu Double B. - Jak jesteś ranny chodź tu szybko a zaraz postaramy się coś z tym zrobić. Może z ubrań tych goryli z The Punishers się coś skombinuje. Albo mają przy sobie apteczkę na co bym nie liczył...

Kuśtykanie i przekleństwa przez chwilę rozbrzmiewały, nim mężczyzna dotarł do drzwi i przez nie wszedł. Najpierw pojawiła się lufa broni i twarz o zimnym spojrzeniu. Potem mężczyzna wszedł do środka. Noga przebita metalowym bolcem dość mocno krwawiła, mimo że mężczyzna starał się zatamować krwawienie niezdarnie zrobioną opaską uciskową.
Spojrzał na Double B i rzekł:

- Nie wyglądasz, na pokiereszowanego.

- Ale ja nie mówiłem abym był ranny. Pomoc przyda mi się w wydostaniu się stad. Ci dwaj co ich Hieny zabiły byli moimi ochroniarzami. Przybyłem tu aby naprawić procesor termiczny. Kontroluje on temperaturę w Agrodomach i części sekcji należącej do Gildii Zero...

- A co mnie to obchodzi. Nie potrzebuję sprawozdania z twojej działalności. Na początek... mówiłeś coś leczeniu. - mężczyzna ze spluwą bezczelnie wszedł mu w słowo.

- Tak, tak... - powiedział w ciemnościach uczony. - Pozwól mi nieco rozjaśnić te ciemności. - podszedł do swojego laptopa i otworzył go.

Matryca dawała na początku znikome światło, ale wystarczyło kilka kliknięć aby zaczęła imitować światło latarki. Double B nie pierwszy raz pracował w ciemnościach... Teraz dostrzegając kto przed nim stoi uczony zrobił zaskoczoną minę. Przecież on znał tego człowieka! No znał to może za dużo powiedziane. Wiedział kto to jest...

- Poczekaj jeszcze chwilę... - rzekł Double B wciągając świszcząco powietrze na widok wystającego z nogi mężczyzny pręta.

Ben szybko wyszedł za drzwi i po chwili wrócił z jakimś zawiniątkiem w łapie. Odwijając znaleziony przy jednym z martwych ochroniarzy bandaż spojrzał na twarz Chase’a... Wiedział, że jest to człowiek z The Punishers. Niepozorny, ale bardzo ogarnięty w walce i sprawach Gehenny... Dobrze, że akurat na niego trafił.

- Słuchaj mogę to usunąć albo owinąć z tym prętem. Wiedz jednak, że będzie okropnie ciężko Ci wrócić z tym prętem w nodze... - powiedział Brown.

- Ty tu jesteś medyk, czyż nie? - spytał retorycznie Chase wzruszając ramionami.

Double B wiele słyszał na temat umiejętności bojowych i wytrzymałości członków The Punishers. “Ciekawe ile jest w tym prawdy” pomyślał dokładnie oglądając metalowy bełt. Po zapoznaniu się z jego konstrukcją i sprawdzeniu jak wszedł Brown zabrał się za pozbywanie się go z nogi rannego. “Nie ma co się cackać” pomyślał wyciągając pocisk jednym, płynnym ruchem. Krew dość obficie trysnęła z rany, ale za pomocą bandaża i kawałka ubrania Double B założył polowy opatrunek.

- Póki co musi Ci wystarczyć. - powiedział po skończeniu roboty. - Słuchaj mówiłem Ci o tym czemu tu jestem, bo jestem dosłownie dwie minuty pracy od naprawienia tego ustrojstwa. Poczekasz chwilę? - dodał nawet nie myśląc co może się stać jak Chase go tu zostawi.

- A ile warty jest mój czas? Jak i czym zapłacisz za odprowadzenie Cię? Wbrew temu co sądzisz, nie przybyłem tu z odsieczą kumplom. Mam własne sprawy do załatwienia. - odparł Thorn wstając i zaciskając zęby z bólu. - I tracenie czasu nie leży w moim interesie.

- Kurwa... - cicho zaklął programista. - Mogę Ci zaoferować fajki oraz moją dozgonną wdzięczność. Dałbym Ci co tu mam, ale sprzęt jest dla mnie zbyt cenny. Pomóż mi a może dostaniesz gaże tych jeleni co mnie nie upilnowali. A właśnie jeden z nich miał na imię Paweł. Kojarzysz? W końcu byli od Ciebie z gildii... A właśnie. Przepraszam za tych jeleni i goryli, ale sam rozumiesz...

- Za dużo gadasz. - Chase znów wszedł mu w słowo. Podszedł do niego i spojrzał mu w oczy uśmiechając się złowrogo, niczym drapieżnik na widok ofiary. - Wdzięczność to se możesz... Wisisz mi przysługę Double B. Dużą przysługę. I gdy przyjdzie czas... zrobisz coś dla mnie, programisto.

- Tak jest. - powiedział nieco niepewny uczony. - Co tylko będziesz chciał. Znam się na elektronice, mechanice, monitoringu i w sumie nieco na medycynie. Cały zakres moich usług należy do Ciebie. Tylko mi pomóż się stad wydostać... - dodał podchodząc do matrycy laptopa i szybko napierdzielając po klawiaturze.

- Nie martw się. Nie zamierzam wymagać od Ciebie byś upolował jakąś Hienę w ramach rekompensaty. Ale też nie gwarantuję, że to co Ci zlecę... będzie bezpieczne. - odparł Chase siadając tuż przy drzwiach. - Masz przy sobie jakąś broń?

- Nie. Prawdę mówiąc brzydzę się przemocą... Wiem, że z tego co mówię możesz wywnioskować, że urwałem się z nie tej bajki, ale tak jest. Uratowałeś mi tyłek i szczerość się należy. I oczywiście wdzięczność. A ja o swoich znajomych nie zapominam... - odpowiedział jak zawsze nieco przydługo programista. - O. Już skończyłem. Teraz temperatura będzie w normie. Dzięki tobie mamy o parę Hien mniej i o wiele wody więcej. Nie trzeba teraz tak nawadniać Agrodomów... Za dużo mówię...

- Za dużo mówisz. - potwierdził Thorn, skinął głową i rzekł. - Poszukaj sobie scyzoryka wśród trupów. Nawet jeśli nie zamierzasz bronić swojej skóry, zawsze możesz się nadziać na swój nożyk. Czasami lepiej nie dać się wziąć żywym. Reszta fantów dla mnie. Rekonwalescencja nie będzie tania, ni amunicja.

- Ale jak żeby inaczej. To ty ich... Dzięki. - powiedział wreszcie krótko uczony po czym odpiął kable, założył obudowę mainframe’a i schował przenośny komputer do torby. - Naprawdę dziękuję. Nie zapomnę Ci tego. Możemy już ruszać. Jesteś gotowy?

Na zewnątrz Chase pozbierał wszystko co było warte choć fajkę. Kulejąc kuśtykał od trupa do trupa, obdzierając ich z przedmiotów niczym ścierwnik. W tym czasie Double B poszukał sobie jakiejś broni - w końcu tak zalecił mu doświadczony wojownik. Zebrawszy wszystko Thorn rzekł:

- Prowadź programisto.

***

"Ale ja mam fart. Natrafić na takiego komandosa! I to w centrum takiego bajzlu! Może Chase wygląda jak bezdomny, ale ten jego wzrok. Jak spojrzy aż się włosy jeżą... Muszę nas wyprowadzić stąd najbezpieczniejszą drogą. Na szczęście znam te korytarze dość dobrze."
 
Lechu jest offline  
Stary 29-07-2011, 22:48   #20
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 10063 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
She's a killer!
She's a thriller!
Spookshow baby!

[media]http://www.youtube.com/watch?v=IZyUxgi-iC0&feature=related[/media]
Zeskoczyła z wdziękiem opadającego jesiennego liścia. Jakby grawitacja mniej na nią oddziaływała niż na resztę populacji. W powietrzu wykręciła jeszcze młynek, salto z półobrotu i miękko wylądowała na betonie.


Otarła rękawem krew ze skaleczonego ucha ale całkiem nie przejęta tym faktem zgięła się w egzaltowanym ukłonie i wykrzywiła usta w upiornej karykaturze uśmiechu. Zaraz później skrupulatnie poczęła kolekcjonować swoje fanty.

Była nieco poharatana. Płytkie rany i zadrapania były jednak kosztami wkalkulowanymi w ten fach. Koledzy z gangu sprezentowali jej nie lada atrakcję. Zdarza się.
Gang. Tu na Gehennie Gang był niemal jak rodzina. I jak z rodziną najlepiej się z nimi wyglądało na obrazku. Ale człowieku, niczego lepszego w promieniu paru parseków i tak nie uraczysz.

Papierosy, dragi, wóda. Niepisana waluta Gehenny.
Szlugi ułożyła w płaskim blaszanym pudełeczku i wetknęła do kieszeni kombinezonu. Resztę wrzuciła do plecaka i wmieszała się w tłum. Koniec widowiska.

Rozmowa o interesach przebiegła błyskawicznie. Spook słuchała uważnie choć na DJ-a, przydupasa Harlequina, nie patrzyła wcale. Facet mógł mieć wątpliwości czy ruda w ogóle łapie nad czym on się rozwodzi ale kiedy zawisło pytanie czy bierze tą robotę pokiwała twierdząco burzą rudych loków.
- Spook się przeciśnie przez każdą rurę. Jakby Spook chciała mogłaby się przepchać przez otwór w czyjejś dupie.

Po gadce usiadła przy barze i kątem oka obserwowała zapasy dwóch nadgorliwych gangerów, a raczej to w co się one przerodziły. Nie odwracała wzroku. Gapiła się jakby spijała ten widok chociaż kamienny wyraz twarzy uniemożliwiał odszyfrowanie co w zasadzie chodziło rudej po głowie. Ani czy ją to obrzydzało czy może nakręcało. Puste beznamiętne oczy nie wyrażały nic prócz obojętności.

Wychyliła jeszcze jedną kolejkę i splunęła pod buty.
- Rodzina angina wagina...
Odwróciła się na pięcie gotowa opuścić cyrk. Odprowadzały ją pojękiwania zapaśnika i odgłos ciała trącego o ciało.

* * *

Zarobiła nadprogramowo piętnaście szlugów i z miejsca postanowiła je spożytkować. Bądź co bądź Spook była kobietą a ta sobie lubi powydawać na bzdety, nawet na końcu wszechświata na latającym złomie wypełnionym zwyrodnialcami. Pewne rzeczy się nie zmieniają.
Znała jednego gościa, który rezydował w tym samym bloku więziennym i handlował wszelakim stuffem. Poza tym nigdy z niej nie zżynał. Wpadła do niego, popitolili chwilę na wstępie do interesów. To znaczy on pitolił, zapytał o zdrówko na co Spook odparła:
- Zdrówko parówko.
I rzuciła mu na pryczę skręty, wódę i pigułki.
Barter przebiegł gładko i po kwadransie wracała już do swojej celi zaopatrzona w rzeczy, w które taka wariatka jak ona mogłaby się zaopatrzyć.

Miała ochotę kimnąć się chwilę przed robotą ale nie było jej dane. Przed jej celą stała Lolipop, wysoka blondyna o drapieżnych oczach i mocno wyciętym dekolcie, zza którego uśmiechali się do niej dwaj klauni wytatuowani na pokaźnych piersiach gangerki. Kobieta opierała się o drzwi jej „posiadłości” z jedną zgrabną nóżką zarzuconą fantazyjnie na zdezelowane oparcie krzesła.
- Spook gołąbku – posłała jej wilczy uśmiech poprzetykany miejscami sympatią. - Gdzie się podziewałaś?
Ruda odwzajemniła grymas. Lolipop zajmowała celę sąsiadującą z tą Spook i obie panie postanowiły trzymać sztamę w świecie zdominowanym przez uzbrojonych mężczyzn udających pajaców. A może wcale nie udających, zwał jak zwał.

- Spook była w cyrku. Spook znalazła parasolkę – na potwierdzenie pomachała rachitycznym trofeum a Lolipop skarciła ją wzrokiem jak matka, której niesforne dziecko chwali się co przywlekło ze śmietnika.
Lakoniczna odpowiedź nie zdziwiła blondaski bo i zdążyła poznać dziwaczny sposób bycia sąsiadeczki. W końcu baby lubią mieć koleżanki w celi obok, wpadać do niej na ploteczki oraz dzielić z nią tajemnice życia prywatnego, co wcale trudnym nie było bo echo niosło się po bloku niemiłosiernie i nawet jeśli ktoś dziesięć cel dalej przeżywał nocne igraszki to każdy zdawał sobie sprawę z kim, jak długo i za ile.

- Wyrzuć tę rzecz, możesz kogoś skaleczyć – Lolipop skomentowała znalezisko rudowłosej. Zdjęła nóżkę z krzesełka i oparła ją zalotnie o stalowy pręcik drzwi odpalając sobie papierosa.
Spook tymczasem postanowiła wypróbować swój sceniczny potargany artefakt. Skoczyła na zardzewiałą ramę krzesła, od zawsze bodaj pozbawionego siedziska. Jedną stopą zaparła się o niższy kant, drugą o oparcie i poczęła balansować ciałem unosząc wysoką nad głową swoją parasolkę. Po chwili krzesło przekrzywiło się i opierając cały ciężar na dwóch zaledwie nogach.
- Obczaj, facet na dziesiątej... - Lolipop zeszła do konspiracyjnego szeptu. - Słodziak, co?
Spook zerknęła dyskretnie, samym kątem oka. Po korytarzu sunęło kilka osób ale z miejsca wyłowiła wzrokiem przemykającego pośród nich bruneta o atletycznej budowie.
- Spook nie zna.
- Może Spook go nie zna – ciągnęła sąsiadka szczerząc się triumfalnie – ale on zna Spook.
Ruda zachwiała się przez moment, szkielet krzesła zawył przeciągle i już miał runąć kiedy odzyskała równowagę. Nic nie mówiła ale znać było, że słucha uważnie i oczekuje ciągu dalszego.
- Marty mówił, że Logan mówił, że Barb mówiła, że pytał ile Spook bierze za dymanko – jej brwi poszybowały ku górze a uśmiech się poszerzył jakby co najmniej bawiła się w swatkę.
Krzesło zachybotało ponownie i tym razem ruda rąbnęła na beton. Zebrała się jednak szybko, poprawiła fryzurę jakby co najmniej wyszła właśnie od fryzjera i wygładziła dłońmi wdzianko w więzienne pasy.
- I? - zapytała stając obok blondaski i ostentacyjnie już łypiąc na typka, który podług słów towarzyszki miał być „słodziakiem”. Cóż, Lolipop lubiła złamane nosy i gęby recydywistów. Zresztą o inne elementy krajobrazu było w okolicy ciężko.
- Co i? - skrzywiła się blondyna.
- Ile Spook bierze za dymanko? - zapytała bo temat poważnie ją zaciekawił.
- Trzydzieści – rzuciła tamta tonem zdradzającym absolutną pewność co do rzetelności odpowiedzi.
- Dużo... - Spook podrapała się po brodzie. Bądź co bądź suma wydała jej się przesadzona jak za jeden numerek.
- Ano dużo. Ale za jakość się płaci! – wyjaśniła Lolipop z miną profesora uniwersyteckiego. - Słuchy chodzą, że ta Spook niezła jest w te klocki... Wiesz, z akrobatką to można ładnie pofikać, wygibasy porobić... Jakaś odskocznia od sztampowego dupczenia. Wiesz, jak odłożę trzydzieści szlugów to może zaszaleję i ją sobie fundnę.
- Mhm... - zamyśliła się ruda. - Jak Spook odłoży to też ją sobie fundnie... - przez chwilę milczały mocno bodaj rozważając sprawę kiedy Spook wypaliła nagle. - Masz linę?
- Rany boskie! - Lolipop złapała się za wytatuowane piersi jakby nagle któś przyładował jej styliskiem siekiery w splot słoneczny. - Mówiłam, że bym chętnie z sąsiadką przeżyła odskocznię od standardów ale lina i kneble to chyba lekka przesada!
Obie zaśmiały się gardłowo, nieprzyjemnie.
- Spook na robotę idzie.
- Moment, moment, bo się pogubiłam. Na dupczenie czy komuś mordę obić?
- Ani to ani to. Spook idzie na szaber. Na zakazany Rewir.
- Kurwa, na rewir? - Lolipop pokręciła nosem. - To nie wiem czy ci coś pożyczę. Najpewniej już nie oddasz... - przez moment wyglądała na nadąsaną ale w końcu szturchnęła rudą łokciem i uśmiechnęła się pod nosem. - A bierz... W ostateczności chociaż twoją celę komuś podnajmę.
 

Ostatnio edytowane przez liliel : 29-07-2011 o 23:09.
liliel jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 08:43.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169