Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 31-07-2011, 16:13   #21
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 41763 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Huk wystrzału, charkot, umierających, zapach prochu, krew, ból... wszystko zdarzyło się tak nagle. W kilkadziesiąt sekund, trzy życia zostały zakończone. Ale koszem bólu i utraty sił.
- A mogłem sobie odpuścić.- syknął cicho James oszukując samego siebie i robiąc prowizoryczną opaskę uciskową. Bolca wbitego w uda, na razie nie ruszał. Nie znał się za dobrze na medycynie.
Przyczaił się z bronią w ręku i czekał. I nasłuchiwał. Tam gdzieś kryła się ostatnia hiena.
Pulsujący ból, przebitej nogi nie pozwalał jednak cierpliwie czekać, aż bestia ucieknie, lub zaatakuje. Prędzej czy później upływ krwi sprawi, że Thorn straci przytomność, a wtedy... równie dobrze mógłby być martwy. A jeszcze nie mógł sobie pozwolić na swą śmierć. Jeszcze nie. Musiał zamknąć ostatnią sprawę. I wymierzyć karę.
Ujął więc załadowanego gnata w obie dłonie i kulejąc ruszył do przodu. Powoli, krok za krokiem, czujnie. Nie zamierzał drugi raz się zaskoczyć.

Głos. Ludzki głos, który należał do programisty Gildii Zero.
Szczęśliwy zbieg okoliczności. Chłopak był gadatliwy i chętny do pomocy. I nie domagał się podziału łupów. Prawdziwy frajer. Prawdziwy skarb na Gehennie, gdzie za wszystko trzeba płacić.
Z drugiej strony wdzięczność to podstawa wrednego układu. Młodzik może potem jęczeć Thornowi nad uszami o pomoc w jakiejś sprawie. Co będzie później, to się jednak dopiero zobaczy, póki co jest tu i teraz.
I fanty.
A było tego sporo. Towarzysze z Punishers byli nieźle uzbrojeni, więc bez problemu powinni odeprzeć atak Hien. Bestie wzięły ich jednak z zaskoczenia.
No cóż... Maksymę “Rutyna zabija” na Gehennie winno się brać dosłownie.
Póki co należało obedrzeć trupy ze wszystkiego co miało jakąkolwiek wartość. Mało etyczne działanie, ale... Gehenna nie miała z etyką nic wspólnego. A łupy okazały się warte wysiłku.

Znaleziony Obrzyn i amunicję do niego Thorn zamierzał zachować dla siebie. Do elektronicznej zabawki jaką był pistolet elektryczny, jakoś nie miał zaufania. I zamierzał ją opylić przy pierwszej okazji. Podobnie jak większość znalezionych przy Hienach przedmiotów.
Wystarczy szlugów na rekonwalescencję i na amunicję i na informatora. No i zyskał pomocnika.
I to takiego, który mógł zadać parę pytań Strażnikowi.
Na razie musieli dotrzeć do celu, czyli do przytulnych zakątków i przyjacielskich ziomków pana Double B. Thorn nie wiedział, który to ważniak, zlecił misję ochrony programisty. Tego będzie się musiał dowiedzieć, na miejscu. No i zajrzeć do tamtejszego składacza truposzy w kwestii rany.
A potem ruszyć dalej i poszukać 4856268.
Nie zaśnie, dopóki nie znajdzie tego dupka i nie uzyska tego co potrzebuje. Na szczęście, dzięki uprzejmości umarlaków miał już czym go przekupić.
Ale wpierw... musiał dożyć.
Dwa trupki z Punishers, byli dobrym przypomnieniem, że nie należy tracić czujności. Podobnie jak pulsująca bólem noga.

Krok za krokiem, Chase szedł ostrożnie przez korytarze, nakazując gestami programiście, by nie gadał. Był może wystarczająco uzbrojony, by posłać mały oddział Hien do czeluści piekieł, ale nie był nieśmiertelny. I kolejny pocisk wystrzelony z ciemności, mógłby go ubić na miejscu.
Powoli do przodu, pilnując by nie wpaść w pułapkę, jaką na tym obszarze mógł zastawić dowolny gang.
Thorn wyglądał zza rogu, na każdy zakręcie, trzymając spluwę w gotowości i odgryzając kawałki mięsnego batonika. Stracił dość krwi, by poczuć ssący go mocno głód.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 05-08-2011 o 11:48.
abishai jest offline  
Stary 31-07-2011, 22:59   #22
 
Baczy's Avatar
 
Reputacja: 1474 Baczy ma z czego być dumnyBaczy ma z czego być dumnyBaczy ma z czego być dumnyBaczy ma z czego być dumnyBaczy ma z czego być dumnyBaczy ma z czego być dumnyBaczy ma z czego być dumnyBaczy ma z czego być dumnyBaczy ma z czego być dumnyBaczy ma z czego być dumnyBaczy ma z czego być dumny
Oczekiwali najgorszego, bo na Gehennie nie było "małych nieszczęść". W środowisku zdominowanym przez przemoc, chciwość i okrucieństwo trzeba było mieć oczy dookoła głowy, wypatrywać niebezpieczeństwa na każdym kroku. No może z wyjątkiem centralnych rejonów zajętych przez gang, gdzie było względnie bezpiecznie, jeśli nie miało się wrogów wśród swoich.
Krzyki nie cichły, zmieniało się tylko ich natężenie, częstotliwość, towarzyszące im walenie w drzwi... Każde uderzenie było jak alarm. Przymocowują ładunki wybuchowe? Próbują wyważyć przeszkodę? A może po prostu biją pięściami w akcie rozpaczy? Ani Jerome, ani Vincent nigdy nie dowiedzieli się, co działo się na zakazanym korytarzu tego dnia, żaden też nigdy nie wracał myślami do tego dnia. Co było, minęło.

Jeszcze zanim zagrożenie całkowicie minęło, Apacz zaliczył to wydarzenie do przeszłości. O ile jego towarzysz zdawał się nie być do końca przekonany o słuszności podjętej przez nich decyzji, o tyle jemu nie przeszło nawet przez myśl, że mógł postąpić niewłaściwie. Tu, na Gehennie, trzeba było dbać przede wszystkim o własny tyłek. Jeśli zgrywanie bohatera ma się opłacić, to czemu nie, jednak robienie tego z jakichkolwiek "szlachetnych" pobudek było czystą głupotą, igraniem ze śmiercią. Co innego ryzykować dla zabawy, to było tutaj, a szczególnie pośród Rippersów, bardzo popularne. Czasem trzeba było przypomnieć innym, dlaczego powinni cię szanować, a czasem trzeba było udowodnić samemu sobie, że ciągle ma się jaja. Drugi argument tyczył się przede wszystkim kolesi, którzy przegrali w pojedynku na cyrkowej arenie, po tym, jak zostali zgwałceni przez zwycięzcę tracili poczucie własnej wartości.

Ale ta sytuacja nie kwalifikowała się do żadnej z kategorii, tutaj drzwi otworzyć mógłby tylko "heros" lub kompletny świr, a żadnego takiego w pobliżu nie było.

W końcu dopadła ich standardowa nuda, pozostawiając to wydarzenie daleko w tyle.

- Hej, czułeś, jak silniki się załączyły? No kurwa przysiągłbym, że statek drgnął , chwilę przed waleniem w drzwi!- Jerome mówił już o wydarzeniu sprzed godziny jakby zdarzało się to co wartę. Ale nie zdarzało się.
- Ta, podobne uczucie. Ale to niemożliwe...
- Kurwa, a co, jeśli lecimy... do domu? Mój syn ma chyba już z... 30 lat? Albo mniej... Ile ja mam lat?

- Skąd ja mam wiedzieć?- parsknął Indianin.
- No ale na ile wyglądam?
- Bo ja wiem, 35,40?
- Kurwa, stary jestem...
- zamilkł, myśląc nad czymś intensywnie.- A co byś zro...
- Tylko kurwa nie to
- przerwał mu w pół słowa Apacz. Nie lubił tych głupich dywagacji, którymi zamęczał go wiecznie towarzysz. Zawsze dawał upust swojej niechęci, lecz, mimo to, zawsze odpowiadał szczerze.
- No ale pomyśl: lądujemy na Ziemi, w ramach przeprosin za nieprzewidzianą awarię i dyskomfort...
- Skąd ty znasz takie mądre słowa?
- Chodziłem z taką jedną nauczycielką kiedyś, przez parę miesięcy. To mnie zajebiście ukulturalniło, wiesz? Ona nauczyła mnie czytać bez literowania na głos.
- Czyli teraz literujesz po cichu? Jebany geniusz.
- Pierdol się. Po prostu chciałem przeprowadzić z Tobą poważną rozmowę, a Ty jak zwykle masz to w dupie.
- Dobra, mów. Nie mam nic lepszego do roboty... chwilowo.
- No więc, w skrócie, uwalniają nas. Tych bardziej potulnych, wiesz. I załóżmy, że Ty byłbyś tym potulnym. Co byś zrobił? Wiem, że zajebali Ci całą rodzinę, czy coś koło tego, ale chyba myślałeś kiedyś o tym, co by było, gdybyś jednak wrócił na Ziemię? Na stepy, czy co wy tam macie.
- Stepy wyszły z mody dawno temu, zbudowali tam fabryki i elektrownie... To, co kiedyś było nazywane rezerwatami, tam gdzie mieszkała garstka Indian... Teraz to blokowiska i domy wielorodzinne, wieżowce i miejsca pracy. To jak osobne miasta. Urośliśmy w siłę, mamy swoje miejsce na ziemiach Zjednoczonych Kontynentów Amerykańskich, stabilne, mocne miejsce, z którego nikt nas już nie wygoni.
- Ale żeś się rozgadał... Ale nie odpowiedziałeś na pytanie. Co robisz, gdy myślisz o powrocie?
- Nie myślę
- odpowiedział spokojnie, zdając sobie sprawę, że właśnie rozpoczyna jedną z ich "małżeńskich sprzeczek".
- Co kurwa?- Jerome nie ukrywał zdziwienia.
- Po prostu, nie jestem taką ciotą jak Ty, nie marzę o niemożliwym.
- Pierdol się, sukinsynu. Poza tym, silniki się włączyły...
- Nie masz pewności...
- Przestań, kurwa, jak możesz tak kłamać przed samym sobą?!
- uniósł się mężczyzna, żywo gestykulując. -Statek leci, kurwa! Czy chcesz tego, czy nie. I powrót na którąś z zaludnionych planet jest jak najbardziej możliwy!
- Jest szansa, ok, ale jak możesz być tak kurewsko naiwny i wierzyć, że cię wypuszczą?! Nie ogarniasz, kto znajduje się na tym statku? Kupa gówna! Wysłali nas tu, żeby mieś spokój, żeby normalne społeczeństwo mogło wychowywać kolejne pokolenia. Na prawdę myślisz, że istnieje jakikolwiek powód, dla którego pozwolą choćby garstce na powrót do cywilizowanego świata?
- Siedzimy tu od lat! Sześć, siedem lat! To szmat czasu, ludzie mogą się zmienić!
- TO nazywasz zmianą?! Kurwa, ślepy jesteś, czy tylko nieodwracalnie pierdolnięty?! Pomyśl, co dzieje się na tym statku: gangi, prochy, dziwki, kanibalizm... Zero moralności, i Ty wcale kurwa nie odstajesz od reszty w tym aspekcie.
- A Ty niby kurwa lepszy?!
- wysyczał Jerome wskazując Apacza palcem.
- Nie, nie lepszy! Ale nie ja pierdolę głupoty o ułaskawieniu.

Jerome poruszał ustami, jakby nie mógł sklecić słowa, po chwili zrezygnował kompletnie. Wiedział, że to w co wierzy jest głupie i że Apacz ma w pewnych sprawach rację, jednak nie zamierzał przestawać marzyć. Po prostu, to jedyne, co mu pozostało.
Resztę czasu warty spędzili milcząc, niemniej jednak napięcie między nimi zniknęło- obaj pogodzili się z różnicami między ich poglądami.

Vincent sam dotarł do stołówki w ich sektorze, gdzie wydawali im żarcie z przydziału. Żarcie, bo nie można było nazwać tego "jedzeniem", przynajmniej nie z czystym sumieniem. Nie to, żeby ktoś tu dbał o sumienie, po prostu termin "jedzenie" zarezerwowany był dla naturalnego pożywienia, na przykład dla warzyw hodowanych przez Gildię Zero w agrodomach.

Przełykał ostatnią łyżkę gęstej brei, przyzwyczajony do mało przyjemnej konsystencji i frustrującego braku smaku czy zapachu, kiedy przysiadł się do niego nie kto inny, jak Jerome. Początkowo Apacz obawiał się, że ten zechce kontynuować rozmowę o uruchomionych silnikach i o powrocie na Ziemię, jednak, o dziwo, tym razem miał coś ciekawego do powiedzenia.

Gdy wesołek skończył wymieniać warunki, Apacz spojrzał na niego twardym wzrokiem i odpowiedział głębokim, poważnym głosem:
- Powiedzmy, że dam Ci pięć procent i zadbam, żeby nikt Ci kosy w plecy nie wbił. Wiesz, jacy bywają chłopacy z gangu... Czasem myślą, że dostaną działkę martwego, jeśli nie wrócą w pełnym składzie...
- Pięć ciężko się liczy. Dziesięć.

Co do tego Jerome miał rację. Poza tym, Navarro nie potrzebował fajek "na gwałt", jakkolwiek by to nie brzmiało. Nie musiał się targować, i szczerze mówiąc, nawet mu się nie chciało.
- Dziesięć. A teraz opowiadaj.
- Wypad na Zakazane Korytarze. Kilka osób jako eskorta. Nic więcej nie wiem. Płacą pięćdziesiąt na głowę plus kurewskie pięć procent znaleźnego.

Kurewskie pięć procent. Przecież to się tak ciężko liczy...
- Kiedy?
- Za godzinę. Wchodzimy na miejsce kogoś kto wypadł.
- Dobra. Gdzie się spotykamy?
- Pod wyjściem z członkiem w czapce błazna.
- Wpadnij po mnie, jak zwykle
- powiedział Apacz, po czym wstał i, nie czekając na odpowiedź, udał się w stronę swojej celi.

"Krótki wypad". "Z daleka od oczu wścibskich gangów". Brzmiało dziecinnie, gdyby nie fakt, że akcja miała przebiegać na ziemi niczyjej, co nie było zbyt precyzyjne. Te korytarze nie należały do żadnego z gangów prawda. Przestawało to jednak napawać optymizmem w chwili, w której człowiek zadawał sobie pytanie: Dlaczego? Dlaczego żaden gang nie przejął władzy nad tymi odcinkami? Skoro teren ma być "z dala od oczu gangów", to znaczy, że nie toczą się o niego walki. Ponownie zapytamy: Dlaczego? Sąsiadują z wypaczonymi strefami i strach trzyma rozsądnych ludzi z daleka? Kryjówka tych inteligentniejszych Pokraków w okolicy? Może Strażnik nadal ma władzę w tamtych sektorach, lub Hieny schodzą się tam na niedzielne obiadki? A może coś jeszcze gorszego?
A może nie? Nie ma sensu się nad tym rozwodzić, w końcu za godzinę będzie miał szansę poznać prawdziwą przyczynę. I oby jej sprostał, szkoda byłoby umierać tak młodo, jak reszta tych śmieci tutaj.
 
__________________
– ...jestem prawie całkowicie przekonany, że Bóg umarł.
– Nie wiedziałem, że chorował.
Baczy jest offline  
Stary 01-08-2011, 23:04   #23
 
Harard's Avatar
 
Reputacja: 689 Harard jest godny podziwuHarard jest godny podziwuHarard jest godny podziwuHarard jest godny podziwuHarard jest godny podziwuHarard jest godny podziwuHarard jest godny podziwuHarard jest godny podziwuHarard jest godny podziwuHarard jest godny podziwuHarard jest godny podziwu
No i po wszystkim. Muerto poskładany jak puzzle, tyle dobrego że nie brakowało żadnych kawałków, musieli go nieść z Areny ostrożnie. Flat Line sprawdzał tylko tętno od czasu do czasu, a sam siedział nad szkłem w labie. Niedobrze. Kończyło się praktycznie wszystko prócz tabletek antyperspiracyjnych. Tych miał pod dostatkiem, wszędzie można było znaleźć ludzi, którzy woleli śmierdzieć, ale mieć klika fajek więcej. Jeśli nie zdobędzie stuffu potrzebnego do receptury, skończy się syntezowanie Tripu, znieczulaczy, a wraz z nimi miłe dochody na boku. Ostatnie krople narkotyku skapnęły do fiolki. Niewiele ponad 50 mililitrów, dziesięć dawek. A zapasów zostało może jeszcze na dwa wsady…

Flat Line zatkał fiolkę dokładnie i naniósł swoje ukryte oznaczenia. Oficjalne napisy na szklanej buteleczce obwieszczały zaś, że przezroczysta ciecz w środku to MetadienonVII, steryd anaboliczny starej generacji. Włożył ją w końcu do swojego pojemnika z medipakiem, lekarstwami i resztą wyposażenia przykładnego doktorka. Uniósł głowę znad stolika i zerknął na Muerte. Kafar poruszył się lekko i jęknął. Dobry znak. Dla bezpieczeństwa przypiął go ciasno pasami do stołu, żeby nie okazało się że czuje się aż za dobrze i pójdzie sobie precz, nie czekając na gratulacje za wysokie, drugie miejsce w walce na Arenie od don Vitto. Mocny sukinsyn, wylizał się choć podczas przesilenia mało brakowało, a grunt zacząłby się usuwać Flat Line’owi spod nóg. Złość Marco Pollo to dość nieprzyjemna sprawa...
- No, przyjacielu – powiedział zmęczonym głosem do ciągle fruwającego w przestworzach na tripowym haju mięśniaka – Kosztowałeś mnie trochę wysiłku i zaopatrzenia. Doceń to, zanim Don Vitto wypruje ci flaki.
Poklepał po pysku pacjenta i poprawił dla pewności pasy.

Zebrał swoje podręczne rzeczy i ruszył w kierunku kantorka Franco Benettiego odebrać wygraną. Okolica powinna być teoretycznie spokojna, ale Flat Line miał oczy dookoła głowy. Taki zdrowy nawyk. Stary bukmacher urzędował tuż przy niewielkiej sali gimnastycznej, którą przerobiono na… powiedzmy centrum handlu, kultury, rozrywki i usług. Hazard, gorzała, dupczenie, czego tylko dusza zapragnie, oczywiście dla tych którzy mieli czym zapłacić.
Jednak aby tam dotrzeć trzeba pokonać kilka poziomów i ciemnych korytarzy. Cyngle Don Vitto niby pilnowali wszystkiego, ale Flat Line już dawno nauczył się nie ufać także swoim. Otarł sperlone potem czoło i rozglądnął się pilnie. Od jakiegoś czasu coś w bebechach Gehenny się popsuło, bo było wilgotno i gorąco jak w saunie. Teraz jeszcze jakiś serwomotor w siłowni obok zaczął nawalać, bo w przeraźliwym, piskliwym zgrzycie toczącym się po korytarzu ciężko było słyszeć własne myśli. Szedł jeszcze ostrożniej, choć do centrum było tylko kilka zakrętów.
Nagle zza drzwi celki Benettiego usłyszał jęk bólu, który przebił się przez przycichające skrzypienie zdezelowanej maszynerii. Stanął i przykleił się do ściany wyciągając nóż. Podszedł kilka kroków bliżej najciszej jak potrafił i nadstawił uszu. Podniesione głosy i kolejny, tym razem głośniejszy krzyk. Zdążył pomyśleć, że najwyższa pora zabierać się stąd, kiedy drzwi eksplodowały niemal a na korytarz wyleciał Franco z poderżniętym gardłem. Dwóch ragazzi wyszło zaraz po nim, a Flat Line podniósł ręce w ogólnowojskowym geście „potulny ze mnie baranek i już chowam nóż” po czym zerknął na chłopaków. Jednego nawet kojarzył, składał mu złamaną rękę z rok temu. Ciekawe o co poszło.
- Coś narobił idioto?! - Wrzasnął Dżuma na drugiego typka, z zakrwawionym nożem w łapie – teraz sam chcesz szukać wszystkich skrytek tego skurwysyna?! Flat Line, zrób coś! Załataj go, kurwa!
Roben spojrzał krótko na booka, kopiącego nogami w agonii i trzymającego się kurczowo za gardło.
- Przecięte dwie tętnice, kość gnykowa i tchawica. Już nie pochlupocze długo. – Wbił zimny wzrok w Dżumę i powiedział spokojnym tonem. – On mi był winien parę fajek.
- Chuj mnie to obchodzi! Don Vitto był winien trzysta! Jak nie znajdziemy wszystkiego, to będzie na mnie że podpierdoliłem! – odwrócił się błyskawicznie i walnął w pysk drugiego mięśniaka. – Porca puttana! Przysięgam braciszku, oddam cię kurwa kiedyś Rzeźnikom na mięso.

Nie uwierzył. Za proste by to było, zresztą Benetti nie był głupi, nigdy nie zadłużyłby się u Don Vitto na taką sumę. Może po prostu capo uznał, że nie potrzebny mu book próbujący utrzymać jakąś niezależność i dyskrecję klientów. Dlatego właśnie Flat Line stawiał u niego. Zakład przeciwko Muerte mógłby zostać źle odebrany przez tego łysego szczura.
- W drugiej rurce od ściany. Gwint jest obluzowany, musisz przekręcić w le… - Dżuma nie dał mu skończyć. Kopnął w pospawaną pryczę, odrywając tylną nogę jednym ciosem. Fajki posypały się z wnętrza. Mężczyzna złapał małą garstkę i wcisnął mu w dłoń.
- Dzięki stary, ale tego i tak mało. – kopnął tym razem nieruchomego już Benettiego. – setka może…
Znów zaczął się wydzierać na wolno myślącego braciszka, ale Flat Line nie miał zamiaru już tego słuchać. Odzyskał dziesięć fajek, dobre i to. No i Dżuma powinien zapamiętać, kto wskazał kryjówkę.

Po powrocie do ambulatorium, szczur ponownie zaszczycił jego progi, a Flat Line znosił cierpliwie klepanie po plecach i radość capo. Mimo wszystko zapłata go zaskoczyła, Don Vitto najwyraźniej naprawdę drżał o swój tyłek. Pozwolił sobie na lekki uśmiech, kiedy wreszcie zostawili go w świętym spokoju. Może to źle rozegrał? Może trzeba było spróbować wykorzystać okazję do pozbycia się szczurka? Ryzyko było jednak za duże. Powoli, spokojnie. Na razie był zbyt słaby, ściągnął by na siebie tylko gniew Marco Pollo. Zaciągnął się dymem i przymknął oczy. Ooo taaak. Już niemal zapomniał jak może smakować prawdziwy papieros…

Kończył sprzątać bałagan pozostawiony po Muercie, kiedy pojawił się kolejny z ludzi Dona wraz z zaproszeniem. Hmmm. Kolejna dawka wdzięczności capo, czy szykuje się coś ciekawszego?
- Jestem gotów. – Odpowiedział i zarzucił nieodłączny plecak na ramię. Wyszli z ambulatorium, drzwi grodziowe zazgrzytały upiornie.
 
Harard jest offline  
Stary 02-08-2011, 10:47   #24
 
Tom Atos's Avatar
 
Reputacja: 4583 Tom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputację
Wielki Q zabawiał się kartami, nawet jedną rzucił Alanowi. Na karcie była wyrysowana twarz klauna z długimi zębiskami i jeszcze dłuższym jęzorem. Pewnie ktoś z rodziny tego malowanego dupka. Wielki Q się mylił. Mello nie miał w dupie losu i przeznaczenia. Alan w nie po prostu nie wierzył. Nie był typem twardziela, który chowa w sobie małą dziewczynkę obrażoną na świat, ale wciąż wierzącą w swoją szczęśliwą gwiazdę, los, czy przeznaczenie i strzelającą focha za każdym razem, gdy spotka ją coś złego. Gehenna odzierała ze wszelkich złudzeń. Jakiś frajer z zacięciem do mędrkowania mógłby stwierdzić, że trzeba być cały czas ostrożnym, bo najmniejszy błąd można przypłacić życiem. Mello widział wielu takich świrów rozglądających się dookoła, jakby się bali, że zaraz ktoś im wrazi kij w dupę. Bzdura. Tu ginęli wszyscy. Ostrożni i odważni, szczęściarze i pechowcy, mali i duzi. Bez żadnych reguł. Można było oczywiście srać w gacie na widok każdego ciemnego korytarza. Tylko po co? Mello pogodził się z tym, że już nie żyje, a jedynie nie zna terminu egzekucji. Darował sobie to wielkie złudzenie zwane nadzieją. Odrzucenie tych wszystkich omamów dało mu coś bezcennego. Uwolnił się od strachu i zaczął pełniej żyć teraźniejszością.

- Za godzinę przy wyjściu z kutafonem w czapce arlekina. Weź ze sobą sprzęt. Opłaci się. Więcej nie musisz wiedzieć. – powiedział tymczasem Wielki Q.
Spojrzał na Alana, jakby czekał na ewentualne pytania.
- Jak bardzo mi się opłaci? - twarz Mello nie wyrażała żadnych emocji.
- Lepiej, niż dotychczas. Dużo lepiej.
- Robimy we dwójkę? -
Alan nie lubił tłoku.
- Nie. Większa grupa.
- Znam kogoś? -
nie lubił pracować z leszczami.
Informacje z Wielkiego Q wyciągało sie jak śrucinę z tyłka. Pojedynczo.
- Nie wiem czy kogoś znasz. Nawet nie wiem, kogo wystawią inni. To skomplikowana operacja finansowa, Alllan.
- Dobra. Będę za godzinę. -
uciął jałową gadkę. I tak chwilowo nie miał nic do roboty.
- To będą Zakazane Regiony, więc weź wszystko co masz.
Mello tylko skinął głową i wyszedł. Szedł do swojej celi, by się nieco przespać. Zakazane Regiony, to nie było w kij dmuchał. Trzeba było się przygotować, czyli jak mówił pewny erotoman „najpierw trzeba włożyć, żeby później wyjąć”. A najlepszym przygotowaniem, było bycie sprawnym, bo dobytek i tak miał niewielki. Z powodzeniem mógł wszystko zabrać w kieszeniach.

Idąc przez korytarze dostrzegł kątem oka znajomą bladolicą twarz Spook. Rozmawiała z jakąś blondyną, chyba Lolipop. Alan jednak nie podszedł. Nie miał wystarczająco dużo fajek na rozmowę. Ograniczył się tylko do puszczenia oka w stronę dziewczyn. Lolipop miała ciekawą ksywkę, którą dostała za swoje wyjątkowe umiejętności. Uwielbiała lizaki i podobno potrafiła każdy zamienić w śmietankowy. Jak dotąd Mello nie miał jednak okazji sprawdzić, czy to prawda.

W pewnym momencie coś dziwnego przykuło uwagę Alana. Z miejsca, gdzie była stołówka, a dokąd nie tak dawno podążał tłum ludzi dochodziły odgłosy … płaczu. Do tego pojękiwań i w ogóle totalnej mizerii. Ciekawość nie była cechą zbyt bezpieczną na Gehennie, tym niemniej ważne było, by wiedzieć co sie w okolicy dzieje. Alan podszedł korytarzem i wyjrzał zza rogu, akurat w momencie, gdy drzwi do stołówki zaczęły się unosić, a spod nich wypłynęła krew. Najwyraźniej coś wygnało ludzi ze stołówki, a Ci co zostali trafili na swój koniec. Mello obserwował wszystko na wszelki wypadek wyciągając samoróbkę. Spodziewał się, że ocalały tłumek zaraz rzuci się do ucieczki. Miał dokładnie te same zamiary, gdyby zza drzwi wyszło coś … nienaturalnego.

Tłum zasłaniał Alanowi widok, ale widać było, że większość ludzi spierdziela w przeciwną stronę, na łeb na szyję. Nie oglądając się nawet za siebie. Tylko nieliczni byli na tyle głupi, ciekawscy lub odważni, że czekali, co będzie się działo dalej.
Tłum parł. Niektórzy wrzeszczeli, by odciąć korytarz. Ktoś krzyczał coś o jakimś demonie. O jakiejś manifestacji. Powstrzymać spanikowany tłum było wręcz niemożliwością. Rozsądne wydawało się usunąć pod ścianę.

Kiedy drzwi otworzyły się na prawie całą wysokość ci, którzy zostali na korytarzu ujrzeli …. krew. Krwawą mgiełkę unoszącą się w jadalni. Przez ten czerwony opar niewiele było widać, ale słychać było … bijące serca. Albo bębny. I czasami ze środka dało się też wychwycić jakiś urwany jęk, zawodzenie czy coś, co pobrzmiewało jak skamlenie zwierzęcia.

Alan przetrwał panikę niemal przyklejony do ściany, gdy uciekający ludzie zwiewali przed siebie. Wciąż spoglądając ostrożnie zza węgła czekał na jakikolwiek atak. Mijały minuty, a nic nie wychodziło ze stołówki. Mello ruszył do przodu czujnie się rozglądając i trzymając gnata w jednej, a nóż w drugiej ręce. Oto los zsyłał mu okazję, którą żal by było zmarnować. Okazję na zebranie kilku fantów, byle nie nazbyt pokrwawionych. Dziwne było jedynie to słyszalne bijące serce. Żaden człowiek nie miał przecież tak głośno bijącej pikawy, może wiec to co innego? Tylko co? Jakieś pieprzone tam tamy? Demon zaszlachtował ludzi, a teraz sobie przygrywa na bongosach?
„Uwielbiał Gehennę. Tu wszystko jest możliwe” - pomyślał z przekąsem.
 
Tom Atos jest offline  
Stary 03-08-2011, 23:25   #25
 
Ravanesh's Avatar
 
Reputacja: 2765 Ravanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputację
Kristi siedziała naprzeciwko „Sowy” wpatrując się w jego oczy widoczne za szkłami okularów. „Sowa” nie lubił, kiedy ktoś gapił się na jego notatki, więc Lenox omijała wzrokiem notatnik pomimo tego, że mężczyzna już go zamknął. Ponadto „Sowa” nie lubił, gdy ktoś go dotykał. Początkowo Kristi sądziła, że facet nie cierpi dotyku kobiet będąc samemu takiego rodzaju lubującego się w mężczyznach osobnika, co to brzydzi się nawet zetknięcia ze skórą płci przeciwnej, ale później odkryła, że więzień miał jakiś przesadny problem z bliskością jakiejkolwiek istoty ludzkiej. Pytanie jak udawało mu się trzymać na dystans całą masę popaprańców daleko od siebie w takich warunkach. „Sowa” miał wiedzę. Wiedział, kto, wiedział, co, wiedział, po co i dlaczego. Oczywiście to nadal nie tłumaczyło stopnia jego niedotykalności. Lenox już dawno nauczyła się, że jeśli człowiek na Gehennie wiedział i rozumiał za dużo to w końcu ktoś wywiercał mu dziurę w ciele, najczęściej w plecach. Nawet Gildia Zero nie była pod tym względem wyjątkiem. Trzeba było dobrze pogłówkować nim przyznało się do posiadania pewnych informacji. Istniały te ogólnodostępne, te mniej publiczne, te dla specjalnych osób i te, które można było wyszeptać tylko własnemu kiblowi, a ostatnią kategorię stanowiły takie informacje, o których nie można było nawet zbyt intensywnie myśleć tak, by nikt nie wyciągnął ich z twojej głowy.

„Sowa” pływał w morzu informacji, czy też raczej tak się Kristi zdawało. Musiał istnieć jakiś powód, dla którego jeszcze nikt się facetowi do tyłka nie dobrał, ani w przenośni ani dosłownie. Czasami jednak kobieta sądziła, że „Sowa” nie, dlatego był bezpieczny, że robił to, co robił, ale dlatego iż stał się „innym”. Jednym z tych odmieńców, o których szeptano w zakamarkach Gehenny, najczęściej do własnych kibli.

- Dzięki stary, jak dostanę tę robotę to odpalę ci procent – Kristi na pożegnanie wygłosiła tą samą formułkę, co zawsze.

Zawsze dotrzymywała słowa. „Sowa” nie naciskał na otrzymywanie giftów za cynki. Po prostu jak się z nim dobrze żyło można było liczyć na kolejne wieści, jak się go olewało to odcinał człowieka od źródełka danych.

Lenox nie traciła czasu i od razu poszła poszukać Meyersa zanim ktoś zdążyłby sprzątnąć jej robotę sprzed nosa. Myślała przy tym o tym, co powiedział jej „Sowa”. Strażnik mógł wyłapać czyjś sygnał, AI ustalił nowy kurs albo wrócił na stary. Oczywiście „Sowa” pewnie wiedział, co mówił przepowiadając kłopoty, ale Kristi wiedziała, co jeszcze zwiastować może taki obrót rzeczy. Zmiany. Na lepsze bądź na gorsze, ale tak czy inaczej porządek rzeczy zostanie zachwiany. Jeśli szykowała się rewolucja to na Gehennie będzie to krwawa rewolucja, tutaj nic nigdy nie działo się na spokojnie. W takim wypadku pojawiało się pytanie, co będzie lepsze: zdobyć broń, postarać się o osobisty kontrakt z Punisherem czy znaleźć sobie kryjówkę? Czy może wszystkie trzy na raz?

Znalazła go bez trudu. Niski, łysy facet o ponurej twarzy i wodnistych oczach socjopaty.
Każdy wiedział gdzie przebywa. W swoim “kantorku”. Kiedyś dyspozytorni SUWu (Stacji Uzdatniania Wody).

- “Sowa” mówił, że szukasz kogoś do roboty – zaczęła bez wstępów.

- Możliwe - badał ją wzrokiem. - Ale nie wiem czy się nadasz.

- Zależy, kogo szukasz i do czego. Powiedz mi, o co chodzi a ja nie będę marnować twojego czasu i powiem od razu czy dam radę. Pasuje? – Lenox nigdy nie nauczyła się tej więziennej, śliskiej gadki i zawsze mówiła wszystko prosto i jasno.

- Asysta w badaniu leków. Na ochotnikach z Hien.

- To już wiem, po co, ale nadal nie wiem, kogo szukasz. Asysta ma polegać na dobieraniu, aplikowaniu dawek i zapisywaniu wniosków czy raczej na “opiekowaniu się” ochotnikami? To pierwsze mogę robić, drugiego raczej nie.

- To pierwsze. Do drugiego potrzebuję ludzi z pałkami elektrycznymi. Zapisujesz wyniki, prowadzisz obserwacje, notujesz zmiany w zachowaniach i podajesz dawki przeze mnie przygotowanych środków. Za dyżur trwający trzy standardowe jednostki czasu płacę ekwiwalent pięciu fajek. W medycznych specyfikach, by było jasne, ale łatwo zbywalnych. Środki znieczulające i dezynfekujące. Praca prawie od zaraz.

Cena nie powalała, ale Kristi nie miała czasu na wybrzydzanie.

- W takim razie, jeśli ci pasuje to biorę robotę. Chyba, że chcesz najpierw sprawdzić moje umiejętności.

- Nie trzeba. Za godzinę. W sektorze przepompowni. Pomieszczenie 12-40.

- Za godzinę. Ok.

Facet zgodził się od razu bez żadnych innych ustaleń. To sporo mówiło o robocie, ale w końcu to były Hieny, nawet, jeśli trzeba będzie podawać im paraliżującą system nerwowy truciznę to i tak były Hieny.

Kristi wykorzystała tę godzinę, aby znaleźć Hendersona i dopytać go o stawki neoinsuliny. Pięć fajek za porcję. Tyle zaśpiewał sobie medyk. Nie za dużo, ale też nie mało. Lenox wiedziała, że Kobra sprzedawała taniej, ale Kristi musiałaby załatwić dostęp do sprzętu laboratoryjnego żeby sprawdzić osobiście każdą porcję od zdrowo rąbniętej niewiasty a to i tak zwiększyłoby koszty lekarstwa. Nie mogła dopuścić, by informator się jej przekręcił po „eksperymentach” Kobry. W takim razie Henderson był jedynym wyborem. Po tym jak już spędzi około 30 dyżurów polegających na faszerowaniu Hien podejrzanymi specyfikami. To uzmysłowiło kobiecie, że potrzebowała jeszcze jakiejś dodatkowej fuchy.
 
Ravanesh jest offline  
Stary 04-08-2011, 01:45   #26
 
Marrrt's Avatar
 
Reputacja: 46580 Marrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputację
Jakiś potwór tu nadchodzi


Szept Szekspira miał tylko jednego słuchacza. A może dwóch, lub trzech. Na pewno sięgnął jednak uszu umykającego do grodzi Szutnika. To jego człowiek tam czekał. A oni biegli. Wyczuwając zbliżającego się Boga. Objawienie!
Larwa duszy wieszcza Gabora nie marnowała czasu. Wrzask tortur rozbryzgnął się po umysłach pierzchających. Oto właśnie dantejskie piekło. Oto śmierć i krew w swej diabelskiej postaci. Trwóż się ludu Szkocji!!!! Krew nadchodzi…

Niech zabrzmią trąby, niech ryczą na zew
Po nich już tylko przyjdzie śmierć i krew

Biegną. Szept, krzyk w ustach Szekspira… Któż mógł słyszeć mistrza? Sam mistrz??! Panika niesie swoje własne słowa. Słowa, słowa, słowa. Strach i przerażenie podsycają niepokój o ciało. O własne kurwa wynaturzone życie. Minąwszy wyjście niektórzy się zatrzymują ciekawi czy było sens robić z siebie durnia. Inni zapierdalają dalej ile tylko sił w nogach niepomni o bimber i ewakuację. Sam Szutnik zaś ze swym jeźdźcem staje w miejscu jak wryty.

Grodzie zamykają się za nimi z głuchym trzaskiem. W powietrzu zaczyna zalegać zatykający fetor idei i zbawienia…

- Umarli… Oni po prostu umarli… Czy widziałeś to mój rumaku??? Umarli… Pierzchajmy stąd co sił w twoich nogach! - mówi cicho. Jakby bez zapału. Jakby nie on. Prawie nikt poza Pastorem tego nie słyszy. Do czasu. Wspomnienie boskiego krocionoga śmierci jest zbyt żywe. Zbyt ruchawe w jego głowie. Bardziej niż strach. Wije się nieposkromienie i pełza po emocjach niczym samozwańczy pan i władca. Nie!

Och, nie, nie. Teraz nie powinni umrzeć
Inny powinni wybrać sobie czas!
Jutro i ciągle jutro, CIĄGLE JUTRO!
To jutro pełzną przed nami z dnia na dzień
Aż do ostatniej głoski w księdze życia
I każde 'wczoraj' oświeca nam głupcom,
Mroczną do śmierci drogę.


Szepcząc bluźniercze sentencje ściska szyję Szutnika, który w szaleńczym biegu bynajmniej nie przerywa modlitwy. Naszej modlitwy. Panie wysłuchaj naszych słów… Niech Twe uszy usłyszą nasz głos. Niech demon przepadnie i nie wraca…

Gaśnij, świeco!
Życie jest tylko wędrującym cieniem,
Biednym aktorem, który przez godzinę
Ciska się, puszy na scenie, a potem
Nigdy już więcej nic o nim nie słychać.
Idioty opowieścią, pełną wrzasku,
Wściekłością, furii, która nic nie znaczy.


Krucy więzień skinieniem pozdrawia Szutnika. Wrzaski bólu i paniki giną za stalowym Styksem. Stoją we trójkę. We dwójkę. Więzień również umyka. Po chwili dołącza kilku widzów. I jeden aktor-rymiaszka. Zdawać by się mogło drugoplanowy. Czemu więc wchodzi tam jako pierwszy?

Rumak przemawia ludzkim głosem. Poważnym. Człowiekszym niż poprzednio, ale nadal niewłaściwym. Czego szukasz elektroniczny poeto?

Szekspir spogląda na czerwone kłęby przedostające się powoli zza otwierających się grodzi. Kleją się do ciała i odzieży. Do jego własnej nagiej skóry teraz gdy już zeskoczył z grzbietu Szutnika. Wdziewa pośpiesznie drelichowe spodnie. Spogląda na ich barwę. Potem na barwę własnych stóp. Mord znaczył swoich powierników… Spojrzał na Szutnika z niewinnym uśmiechem. Nie ma ucieczki od rzeczywistości mój kochany. Podskakuje w kałuży krwi patrząc z niepokojem na rozbryzgi.

Jużem tak głęboko w krwi zagrzązł, że wstecz iść niepodobieństwo

A potem zaśmiał się.

- Niepodobieństwo – powtórzył gdy mijał go jeden z bardziej odważnych więźniów. Ten drugoplanowy – Zupełne niepodobieństwo! – powtórzył jeszcze raz. W jego oczach zeszkliły się łzy. Pewność zaczęła zanikać z jego spojrzenia – O Boże…

Wróciłeś mój drogi murzynie. Mój kochany, naiwny nieudaczniku…
 
__________________
"Beer is proof that God loves us and wants us to be happy"
Benjamin Franklin
Marrrt jest offline  
Stary 04-08-2011, 22:03   #27
 
hija's Avatar
 
Reputacja: 243 hija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie coś
Są tacy, którzy twierdzą, że szaleństwo od od zdrowych zmysłów oddziela jedynie cienka linia. I że łatwiej jest naruszyć jej integralność, niż pragniemy w to wierzyć. Zaprawdę, powiadam Ci przyjacielu, pierdolą. Przebacz im, albowiem nie wiedzą co mówią.
Ta cienka linia, o której mowa to tak zwana normalność. Większość z nas trzyma się jej kurczowo, nie mając nawet o tym pojęcia. Centymetr po centymetrze brniemy wzdłuż tej linii, którą na koniec wycieczki nazwiemy życiem. Wybór jak pokonasz rzeczony odcinek zależy od Ciebie.
Możesz trzymać się zawzięcie i wieść życie zwykłego człowieka.
Możesz puścić i w locie w głąb piekła podziwiać widoki.
Możesz też jak ja, walczyć o swoje, wykonując na linie szalone akrobacje. Raz trzymać się oburącz, raz stąpać po niej jak władczyni świata, raz puścić, by za uderzenie serca złapać ją stopą jak pewny swego cyrkowiec.
Szaleństwo lub normalność.
Wybór należy do Ciebie.



Zamarła złapana pomiędzy obce głosy jak mucha w sieci pająka. Nie mogli jej widzieć, nie martwiła się o to. Przestrzenie pomiędzy wiązkami kabli a sufitem były tak małe, że nikomu nie przyszłoby do głowy podróżować tą drogą. Chyba, że jego własne życie stało pod znakiem zapytania i instynkt samozachowawczy wył głośniej niż ból rodzący się w otartych dłoniach.
Wpatrywała się w nich jednym okiem. Okolona błękitną tęczówką źrenica uważnie śledziła wszelki ruch w ograniczonym polu widzenia. A nie było tego wiele.
Rozmowę urwał nieprzyjemny, trudny do pomylenia z czymkolwiek dźwięk. Zamknęła oczy, gdy poczuła na policzku ciepłe krople krwi. Wstrzymała oddech. Wciągnęła powietrze i trzymała je tak długo, aż przed oczyma pojawiły się jej pierwsze mroczki. Nawet nie pisnęła. Mogła być z siebie dumna. Za pierwszym razem krzyczała a z oczu jej ciekły łzy. Wpadła w zupełną histerię i długo nie mogła się pozbierać. Gino Makaroniarz, jej ówczesny protektor zadbał, by miała odpowiedni trening w zakresie oglądania ludzkich zwłok. Trudno ocenić czy kierowała nim jakaś osobliwa troska czy zwyczajny sadyzm. Tak czy inaczej, być może to właśnie ten trening uratował jej teraz życie.

Leżała bez ruchu, modląc się do własnego serca, by zaczęło bić trochę ciszej. Albo najlepiej zatrzymało się na jakiś czas.
To mogło trwać naprawdę długo, zanim odważyła się poruszyć. Kilka minut poświęciła zdrętwiałym członkom. Wychyliła się wreszcie zza krawędzi wąskiej półki, którą tworzyło okablowanie. Leżał tam w dole. Widziała ciało. Mocno trzymając się najdalej wysuniętego z kabli, zrobiła wymyk i bezgłośnie zeskoczyła na ziemię tuż obok trupa. Zamarła w kucki, po dwakroć bardziej wytężając słuch. W końcu odważyła się. Płynnym ruchem sięgnęła miejsca, w którym mężczyzna powinien mieć gardło. Głęboka rana, w której zniknęły opuszki jej palców pozbawiła ją złudzeń co do stanu Raya. Rozejrzała się raz jeszcze wokół i szybko, niczym atakująca żmija, oklepała kieszenie trupa. Zanim jeszcze zdążyła dokładnie przyjrzeć się drobiazgom, które mogły rzucić na sprawę nieco światła, wyskoczyła w powietrze, odbijając się jak od trampoliny, w powietrzu chwyciła jeden z rozpiętych nad jej głową przewodów i błyskawicznie wciągnęła po nim na górę.

Raz jeszcze obrzuciła spojrzeniem korytarz poniżej. Wdepnęła w gówno i z każdym kolejnym krokiem konsystencja tego gówna podobała się jej coraz mniej. Musiała zadać sobie kilka kurewsko niewygodnych pytań i podjąć kilka kurewsko ważnych decyzji. Na przykład: skąd te wytatuowane jak pisanki łyse głąby wiedziały o trawie? Ktoś musiał przypucować, a biorąc pod uwagę dosyć wąskie grono klientów Rainy, nie wróżyło to nic dobrego. Kto? I jak go za to ukarać? Co zrobić z tym cholernym sprzętem? Patrzyła na ekranik wkp, bezmyślnie przełączając się pomiędzy dostępnymi z podstawowego poziomu aplikacjami. Sama nie wiedziała, czego szuka. Ray przypuszczalnie nie prowadził pamiętnika, w którym mógłby zapisać, ze wybiera się na randkę z ZiZim i że ma wobec tego tete-a-tete złe przeczucia. Zaklęła. Lista ostatnich połączeń naszpikowana była pseudonimami śmietanki kierowniczej G0. Coś, co z początku wyglądało na sporą ilość naprawdę dobrego towaru, szybciuteńko straciło na wartości. Potencjalna mała fortunka stopniała ogrzana ciepłym wiatrem suchych faktów. Każdy z fantów, które przywlokła tu z dołu mógł wskazać ją jako zabójcę Raya. Opuściła się po raz wtóry, i wisząc głową w dół zrobiła szczątkom gangstera zdjęcie.
Wybór padł na Grega, zdawało jej się, że choć niewątpliwie razem z resztą nazwisk a listy rządził bajzlem zwanym Gildią Zero, starał się trzymać na uboczu. “Zamordował Raya. Boję się” oraz zdjęcie poszybowały łączem wkp pod wskazany adres.
To była prawda. Miała pełno w metaforycznych gaciach.
Choć nie słyszała, by ktokolwiek kombinował z namierzaniem sygnału tych mało funkcjonalnych gadżetów, na wszelki wypadek wyłączyła urządzenie na głucho. Nie potrzebowała ogona.


Ruszyła dalej szlakiem kabli. Zmierzała w kierunku granicy z sektorami zajmowanymi przez the Punishers. Choć w zajmowanych przez gang sektorach członkowie G0 mogli poruszać się względnie bezpiecznie, Stars czołgała się wąskim tunelem niemal aż do kantyny sektora S255478, gdzie spodziewała się zastać zwykle stacjonującego tam Jacko, swój prawie sprawdzony kontakt, który - miała nadzieję - pomoże jej rozwiązać problem czyjegoś zbyt długiego języka i zbyt ruchliwych rąk.
Zamierzała również uciąć sobie pogawędkę z nalewającym podły bimber barmanem, ojcem chrzestnym 90% transakcji mających miejsce w tym sektorze. Hughes był człowiekiem - legendą. Żywą tablicą ogłoszeniową. Swatką wielu, wielu szczęśliwie ze sobą handlujących par klientów i handlarzy. Jeśli on nie słyszał, by ktokolwiek rozpytywał o nią to albo robił to wybitnie dyskretnie, albo nie robił tego wcale.
 
__________________
Purple light in the canyon
That's where I long to be
With my three good companions
Just my rifle, my pony and me

Ostatnio edytowane przez hija : 04-08-2011 o 22:41.
hija jest offline  
Stary 05-08-2011, 08:38   #28
 
mataichi's Avatar
 
Reputacja: 252 mataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie coś
- Dziesięć fajek? - brew nad lewym okiem Filozofa aż podniosła się ze zdziwienia. Mężczyzna chciał powiedzieć: "kurwa chyba kpisz", ale zamiast tego dodał:

- Skoro nigdzie się przyjacielu nie wybierasz, pozwolę sobie na krótką historyjkę dla zabicia czasu. A skoro jesteś w takiej potrzebie to ją pokornie wysłuchasz. - rzekł stanowczym tonem opierając się wygodnie o kraty. - Żył sobie kiedyś dzielny gepard. Wiesz co to gepard mam nadzieję? Taki duży kot. Był on w każdym razie niesamowicie szybki i zwinny. Żadne zwierze nie było mu w stanie uciec ani go dogonić. Miał więc pożywienia od cholery i był w stanie unikać większych drapieżników śmiejąc się z ich niezdarności. Pewnego razu dopadł go jednak pech. Na polowaniu umierająca antylopa zraniła go w łapę. Nie przejął się tym początkowo. Niestety drugiego dnia ból nie pozwolił mu dogonić zdobyczy. Następnego było tak samo i kolejnego również. Był coraz słabszy, nikt nie chciał udzielić mu pomocy, aż w końcu jego naturalni wrogowie upomnieli się o niego. Pamiętali jak kpił z nich. Tym razem nie był w stanie im uciec. Pożarli go oblizując się ze smakiem. Zapomniano o nim. Na szczęście my ludzie jesteśmy inny prawda? Pomagamy sobie w potrzebie i nie zostawiamy rannych, w szczególności rannych przyjaciół.

Filozof pogrzebał w kieszeni i wyjął jedną dawkę lekarstw. Rzucił ją na łóżko Zippera.

- To jak będzie z tą informacją?

- No stary, kurwa, dzięki, kurwa! - rozpromienił się a potem napisał coś na karteczce papieru.

- Ten koleś. Zna różne chujostwa jak nikt inny.

Na karteczce było zapisane - Elewator 1212 i ksywka Ponury.

- Powiedz, że ja cię przysłałem Filozof. I kurwa dzięki kurwa, dzięki.

- To ktoś z naszych? – zapytał przerywając serie podziękowań.

- Nie, nie. To wolny strzelec.

- Wracaj do zdrowia, przyśle jeszcze później JoJo żeby sprawdził czy ci czegoś nie potrzeba. – machnął ręką i wyszedł na korytarz. Dbał o swoich ludzi o ile ci nie próbowali zrobić go w chuja. Niektórzy myśleli, że jedyną walutą w tej latającej krypcie są fajki. Dla Filozofa cenniejszą rzeczą były już przysługi. W końcu nie wszyscy byli psychopatami, a przynajmniej nie większość. A nawet jeśli to i tak byli bardziej godni zaufania niż jego dawki przyjaciele z parlamentu.

- Wolny strzelec tak? – powiedział sam do siebie gapiąc się na pomiętą kartkę. Nie miał nic do niezrzeszonych. Absolutnie nic, oprócz tego, że byli zmienni jak chorągiewki. Jak wiatr powiał tak się ustawiali. Z takimi trzeba było grać ostro.

- Kruszyna? – spojrzał na ochroniarza wymownie.

- Kurwa stary co ja jestem twoją wróżką chrzestną żeby cię bez przerwy chronić?

- Aparycję masz odpowiednią, nad skrzydełkami popracujemy. – uśmiechnął się, choć twarz miał wyjątkowo nieprzystosowaną do tego. – To tylko jedna sekcja.

- Jedna sekcja? – ochroniarz zaczął posłusznie iść za Filozofem cały czas marudząc. – Pamiętasz jak mówiłeś to… chyba tydzień temu? Też była jedna sekcja i paru rippersów po drodze. Mieliśmy wtedy kurwa więcej szczęścia niż rozumu.

- Tak, tak. – przytakiwał choć myślami był jak daleko stąd. Coś się święciło, coś większego niż zwykle. Miał do tego nosa. Musiał uruchomić swoich informatorów i dowiedzieć się czy inne gangi nie miały tych samych problemów. Najpierw należało rozwiązać zagadkę dziwnych ran…
 
mataichi jest offline  
Stary 05-08-2011, 09:09   #29
 
Gryf's Avatar
 
Reputacja: 7046 Gryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputację
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=RrxePKps87k[/MEDIA]

Wyszli na zewnątrz, pociągając za sobą tak wielu, jak się dało. Na plecach Jakuba szaleniec recytujący wersy jakiegoś nieznanego mu poety. Za plecami agonia Wieszcza. I strach. W wielu barwach, smakach i odcieniach.
Zaniepokojenie, jego kwaśno-gorzki zapach w powietrzu, gorączkowy, ciepły dotyk na skórze, lodowaty, odbierający oddech smak w gardle.

Gródź opadła. Ciemność. Otchłań. Nagłe zimno. Tylko przez chwilę. Mechanizm magnetyczny puścił i brama ruszyła w drogę ku górze.

Pierwsze przyszło skojarzenie z kurtyną odsłaniającą scenę. Silne, sugestywne i na pewno mające jakiś związek ze słowami człowieka na jego plecach. A potem Jakub ujrzał, co działo się na scenie... i przyszło własne wspomnienie.

+

Flashback. To się już zdarzyło. Ocean krwi. Góry ludzkiego mięsa. Wspomnienie jak uderzenie w twarz. Lwy Pana, było ich trzech: Ras David o dredach sięgających pasa i dwóch diakonów. Jednym z nowicjuszy jest nowo nawrócony Szkutnik. Tryska wręcz wiarą. Jego oczy błyszczą, a całe ciało wyrywa się do działania. Jego entuzjazmu nie studzi panorama setek martwych i umierających współwięźniów, których ciała zaścielały całą przestrzeń otwartego spacerniaka. Ciała zalegały też na biegnących wzdłuż ścian galeriach prowadzących do cel, a nawet zwisały ze znikającego w ciemności wysokiego sklepienia.

Zginął cały blok. Dwa tysiące ludzi. Drobna bójka więźniów spacyfikowana przez Strażnika z rozmachem godnym starotestamentowego Jot-Ha-Wu-Ha. Jedno z wielu zdarzeń bezpośrednio po przejściu przez anomalię, które szybko nauczyło wszystkie ocalałe Dorotki Gehenny, że nie są już w Kansas.


+

- de profundis clamavi ad te Domine. Domine exaudi vocem meam fiant aures tuae intendentes ad vocem deprecationis meae...- Jakub postąpił dwa kroki w stronę stołówki. Dłoń mimowolnie zacisnęła się na benedyktyńskim medaliku - jedynej widocznej oznace przynależności gangowej. Szeptanie słów zapomnianej modlitwy pozwalało Jakubowi nie wrzeszczeć. Zdawał się zupełnie nie zauważać nagiego faceta uczepionego na jego plecach.

Za to doskonale widział człowieka przekraczającego gródź stołówki. Spory gość o aparycji niezbyt urodziwego gladiatora. W rękach wycelowana przed siebie broń, a w oczach prosta i czytelna motywacja.

Pierwszy padlinożerca wkraczał zbadać teren.


+

I znów wspomnienie z bloku zmasakrowanego przez Strażnika. Na pobojowisku uwijało się już około setki więźniów. Szabrownicy skrupulatnie przeczesywali kieszenie i cele ofiar. Jakub z przerażeniem stwierdził, że nikt nie próbuje pomóc rannym. Najpierw poczuł, jak gotuje się w nich krew, ale ułamek sekundy później przypomniał sobie swoją niedawną wizję.

- Gdzie leziesz, nowy - twarz Ras Davida wydawała się w tym świetle bezdennie czarną plamą, w której połyskiwał śnieżnobiały uśmiech i bezlitośnie świdrujące oczy. - Bogu boskie. Cesarskie cesarzowi. Pozwól umarłym brać to co umarłe.

- Ale... oni nie rozumieją. Oni... Są jak te psy żrące się o ochłapy z pańskiego stołu... - Szkutnik z zaskoczeniem stwierdził, że obraz całości tak klarowny w jego głowie, tak jasny, gdy niedawno medytował nad Pismem, teraz ubrany w słowa brzmiał po prostu idiotycznie - ochłapy z pańskiego stołu... a to przecież... każdy z nich to potencjalny Chrystus... muszą zrozumieć, pozwól mi do nich przemówić.

Mistrz David milczał wpatrując się w świeżaka. Jego wzrok nie potępiał, ale zdawał się odbijać naiwność Szkutnika z bezlitosną precyzją wypolerowanego lustra.

- To nie zadziała... - odpowiedział sam sobie.

Naczyciel posłał mu rozbrajający ojcowski uśmiech.
- Dlaczego? - spytał spokojnym, głębokim głosem. Nie było to właściwie pytanie a głośna zachęta do autorefleksji.

- Bo oni zrozumieją tylko tyle, że nazywam ich psami żrącymi ochłapy. I to prawdopodobnie bez względu na słowa, jakich użyję. Wtedy prawdopodobnie nas zabiją i będą dalej robić swoje. - potęga radosnej oczywistości nauk, które David wydobywał z jego ust nie przestawała go fascynować. - Ale jak pokazać psu, że nie jest psem?

- Znasz odpowiedź Szkutniku. Usiądźmy przy stole życia i zacznijmy jeść jak ludzie.

+

To było w innym świecie. Ras David nie żył. Armia Lwa rozrosła się, a następnie rozleciała na dwie frakcje, z których każda zatomizowała na kilkanaście Porządków, Zakonów i Kościołów zainteresowanych głównie poszerzaniem swoich wpływów i ledwie powstrzymujących się, by rzucić się sobie do gardeł.

Ale Jakub nie zapomniał tamtego dnia, ani lekcji, której wtedy otrzymał. Cztery z tamtych "psów żrących ochłapy" mieszkały teraz razem z nim w klasztorze na R-1421.

Szkutnik nieco oprzytomniał, odwrócił głowę w stronę nagiego "jeźdźca", który tymczasem zdążył już opuścić jego plecy i do połowy się odziać.

- Niepodobieństwo – tamten właśnie kończył swój natchniony monolog spoglądając w ślad za wchodzącym do środka uzbrojonym "gladiatorem" – Zupełne niepodobieństwo! O Boże…

- Dzięki za pomoc. - rzucił do towarzysza, którego nagle bardzo pochłonęły plamy krwi pod stopami - Chyba uratowałeś mi życie. Mam zamiar wejść do środka, jeśli chcesz mi towarzyszyć, wolałbym, żebyś nie robił tego w charakterze plecaka. - Co powiedziawszy, z dłonią wciąż zaciśniętą na medaliku, wszedł do środka i ruszył w stronę, z której dochodziło skomlenie. Jego plan był prosty i nie odbiegał zbytnio od tego co robili dwa lata temu. Patetyczne "siedzenie przy stole życia" sprowadzało się póki co do paru punktów: Ocenić niebezpieczeństwo, pomóc rannym, spisać numery zabitych, a następnie zrobić porządek z ciałami i usunąć ślady bytności demona ze stołówki. Angażując do tych czynności tylu więźniów ze zbiegowiska ilu tylko zdoła.
 
__________________
Show must go on!

Ostatnio edytowane przez Gryf : 05-08-2011 o 09:14.
Gryf jest offline  
Stary 05-08-2011, 21:13   #30
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 24798 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację


JAMES THORN, DOUBLE B

Marsz przez korytarze trwał dłużej, niż Double B zapamiętał go w poprzednią stronę. Może dlatego, że Thorn szedł wyjątkowo powoli i ostrożnie ze względu na wzmożoną czujność, jak też na zranioną nogę. The Punishers nie czuł się najlepiej. Usunięcie zaimprowizowanego bełtu było dość prostym zabiegiem, jednak ranę nadal należało solidnie opatrzyć no i zdezynfekować jakimś silnym środkiem. Nie było sekretem, że broń Hien była skażona. Degeneraci smarowali ja kałem, co powodowało, że rany infekowały się. „Chase” obawiał się, że za kilka godzin noga napuchnie mu jak bania i zrobi się naprawdę nieprzyjemnie.

Double B dość dobrze znał okoliczne korytarze i dość szybko, jak na warunki, dobijali się do drzwi strażniczych. Ochraniający sektor wartownicy byli na miejscu. Najpierw sprawdzili, z kim mają do czynienia oświetlając intruzów mocnym halogenem i biorąc na muszki, by w chwilę później otworzyć drzwi.

Double B był na miejscu, Thorn miał jeszcze jedną sekcję do przebycia. Ale najpierw trzeba było spotkać się z szefami, powiedzieć o dokonanych naprawach i o stracie dwóch ludzi. No – i najważniejsze dla Thorna – opatrzyć porządnie ranę. Może nawet opłacić użycie medpaka. To był kosztowny zabieg, ale w obliczu zdobycznych fantów, cena wydawała się dość atrakcyjna. Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie na pożegnanie i każdy ruszył w swoją stronę. Obaj przeczuwali jednak, że niedługo The Punisher upomni się o dług u członka Gildii Zero.




DOUBLE B

Bezpośredni przełożony Double B w Gildii – zwany przez wszystkich Froggy – wysłuchał twojego chaotycznego raportu o wydarzeniach na korytarzach. Froggy miał wyłupiaste oczy i mordę cwaniaka, ale też bystry umysł. Zajmował się w Gildii trudną sztuką koordynacji i logistyki – wysłać ludzi, znaleźć części, zaplanować działania w większym projekcie. Przed GEHENNĄ był – czego specjalnie nie ukrywał – urzędnikiem w dużej korporacji. Robił pieniądze. Robił je po trupach. Dosłownie. Wadliwe części sprzedawane na statki kosmiczne i odszkodowania sypały się jak z rękawa. A że ginęli przy tym ludzie? Cóż. Kogo to obchodziło. Na pewno nie Froggyego.

- To miałeś fart Double – zarechotał Froggy obleśnie. – Rycerz na białym koniu, normalnie, kurwa, uratował ci dupsko. Zapewne zabrał sprzęt punishersom, co? Ciekawe, no nie? Zbieg okoliczności. Nie wątpię.

Znów zarechotał głupkowato.

- No, ale ty żyjesz. To najważniejsze. Możesz dalej brandzlować się w swojej celi. Szkoda tych chłopaków z twojej ochrony – powiedział to tonem całkowicie odbiegającym od sedna wypowiedzi. – Wiesz Double B. Zawsze zastanawiałem się, skąd bierze się twoje pseudo. Myślałem, że od tego, że lubisz ostre trójkąciki męsko – męskie, z tobą w samym środku. Bo wyglądasz na totalną ciotę. Bez urazy, oczywiście.

Zarechotał ponownie obserwując reakcję podwładnego złym, złośliwym spojrzeniem.

- Na twoim miejscu poszedłbym od razu do Marcela Lupo – szefa kontraktu the Punishers na nasz sektor i grzecznie wyjaśnił, co się stało. Nim dojdzie do nich, że ty i twój kochaś, zajebaliście jego ludzi, a teraz opylacie ich fanty, nim jeszcze gówno na ich dupskach dobrze nie zaschło. Taka, przyjacielska rada, Double.

Popił aromatycznego napoju z cynowego kubka.

- A teraz masz cztery standardowe jednostki czasu wolnego. Potem idź do Judith Grey. Chciała cię widzieć po swojej pracy. To tyle. Spadaj.




JAMES THORN

Sekcję, do której dotarł kontrolowała Gildia Zero, co oznaczało, że James miał sporą szansę trafić na dobrego specjalistę, nim infekcja załatwi go na dobre. Szybko namierzył człowieka z The Punishers, który za szluga, zaprowadził go do – jak to powiedział – zaufanego łapiducha.

Doktor była kobietą w sile wieku, ogoloną na łyso i sprawiającą wrażenie zahukanej. Poza małym ambulatorium prowadziła jeszcze coś, co można było nazwać studium tatuażu. Kiedy nowo poznany Punisher – Norman – jak się przedstawił – zaprowadził Jamesa do niej, lekarka właśnie kończyła malunek na twarzy więźnia, który wyglądał jak typowy członek Desperados. Thorn nie przepadał za nimi. Na Terze, za większość działań przestępczych na Zjednoczonych Kontynentach Amerykańskich odpowiadali właśnie Meksykanie i kolorowi z dawnej Ameryki Południowej i Łacińskiej. Tutaj też dominowali w kilku sektorach i najwyraźniej jeden z nich musiał być dość blisko.

James poczekał, aż lekarka skończy i zajął miejsce na krześle opuszczonym przez Desperados.

- Hieny – wyjaśnił kobiecie, gdy zaczęła oglądać zranienie.

- Medpak? Czy ryzykujesz infekcję? Jeśli to pierwsze wezmę siedemdziesiąt fajek za usługę. Jeśli mam oczyścić ranę standardową metodą i opatrzyć wezmę dwadzieścia fajek.

Czekała spokojnie patrząc z wyczekiwaniem na twarz pacjenta.




SPOOK, TÖLGY, APACZ

W wyznaczonym czasie na umówionym miejscu zgromadziła się niemała grupka więźniów. Sześć osób, jak dało się szybko policzyć. Większość z nich znała się z widzenia. W końcu pochodzili z jednej sekcji więziennej. Ktoś, kiedyś, komuś powiedział, że każda sekcja na GEHENNIE miała pomieścić dwa tysiące więźniów. Obecnie zamieszkiwało ją góra połowa tej liczby, ale i tak panował niemały tłok.

Zewnętrzne drzwi ktoś wymalował w dość ciekawy sposób. Na ich powierzchni wysprajowano wielkiego penisa z czerwoną, zakończoną dzwoneczkami czapką trefnisia. Kutas miał domalowane oczy i szeroki uśmiech pełen nierównych, trójkątnych kłów.

Wartownicy przy grodzi musieli wiedzieć o waszym wypadzie. Spoglądali na was z mieszaniną różnych emocji na twarzach – zazdrości, obawy, ulgi.

Wyprawie przewodził człowiek będący dość wysoko w strukturze Rippersów. Znaliście go wszyscy. Chudy, średniego wzrostu. Wołano na niego Razor. I faktycznie był ostry, jak brzytwa.

- Dobra – mruknął przeliczając gromadkę więźniów wzrokiem. – Każde z was wie, kto i dlaczego wybrał was do tej roboty. Zakładam, że ci, co mieli przyjść, przyszli a ci, którzy nie przyszli albo wywinęli orła gdzieś po drodze, albo stchórzyli. Jebał ich pies.

Razor poprawił kamizelkę, którą nałożył na kombinezon.

- Mamy do przejścia około półtorej kilometra. Większość przez Zakazane Regiony. Jak ktoś chce odpuścić, to niech spierdala teraz.

Nikt się nie ruszył. Brzytwa skończył gadanie i dał znak wartownikom. Po kilku chwilach wrota zostały otwarte i więźniowie ujrzeli schody prowadzące w dół.

- Oszczędzać latarki. Zachować ciszę i ostrożność. Ruszamy.


* * *

Schody sprowadziły więźniów dwa poziomy niżej. Na ciemne, ciche korytarze. Szli wyjątkowo ostrożnie, przyzwyczajając oczy do zmroku i nasłuchując. Szuranie nogami pobrzmiewało wyjątkowo głośno na opuszczonych korytarzach. Gdzieś wentylacją niosły się jakieś nierozpoznawalne dźwięki. Metal pracował. Trzeszczał i wydawał z siebie jękliwe zawodzenia. Jakby w jego strukturze uwięziono demona.

Brzytwa zatrzymał się przy wylocie jednego z nielicznych, szerokich szybów wentylacyjnych. Chwilę nasłuchiwał, a potem wyjął z kieszeni kombinezonu małą wiertarkę elektryczną. Przestawił urządzenie na odkręcanie śrub i wskazał ręką Apacza i Tolgyego.

- Stańcie na czatach. Hałas może zwabić Hieny. Ostatnio i one i Pokraki, stały się jakby bardziej aktywne.




KRISTI J. LENOX

Powietrze w pomieszczeniu drżało. To był efekt pracujących pomp. Kristi schodziła po metalowych schodkach w dół czując wewnętrzny niepokój. Pomieszczenie 12-40 leżało na uboczu i w zasadzie niewielu tutaj słyszałoby jej krzyk. Liczyła jednak na to, że „Sowa” wiedział więcej i nie wystawiłby jej jakimś zbokom.

Kiedy zobaczyła jakiś cień poruszający się na dole, serce o mało nie wyskoczyło jej przez gardło. Mężczyzna był wysoki, ubrany w prowizoryczny pancerz zdarty najwyraźniej z jakiejś Hieny. Obok niego stał jednak jej nowy pracodawca. W słabo oświetlonym korytarzyku na dole schodów jego twarz wydawała się dużo bardziej nieprzyjemna, niż wcześniej.

- To jest Gała – wskazał na mężczyznę w pancerzu. – Będzie pilnował wolontariuszy. Drugi ochroniarz jest już na dole i przygotowuje sprzęt.

Bruno zwrócił swoją twarz w stronę Gały.

- Idź do Sekatora. A ty – znów spojrzał na Kristi – chodź ze mną. Powiem ci, co i jak.

Na końcu korytarza były drzwi, a za nimi pomieszczenie, z którego zrobiono dziwaczną salę zabiegową – połączenie gniazda sadysty i ambulatorium. Duży stół, solidnie przytwierdzony do podłoża z pasami do przywiązywania więźniów, agregat prądotwórczy z wystającymi zeń kablami, na ścianach wiszące pejcze, haki, kolekcja narzędzi mechanicznych. Sala tortur.

Z małej, cuchnącej śmiercią i szczynami salki wyjść można było jeszcze dwoma innymi drzwiami. Meyers poprowadził Kristi przez jedne z nich, a Gała zniknął za drugimi.

Pomieszczenie, do którego weszli Bruno i Lenox było zdecydowanie przyjemniejsze. Małe biurko z dwoma krzesłami do niego przystawionymi. Notatniki i długopisy. Szafka ze znakiem czerwonego krzyża, który nie zmieniał się przez stulecia ludzkiego rozwoju. Siedząc w tej salce mieli widok przez wąskie, okratowane okienko na salę tortur. Meyers wyjął z szuflady w biurku małą, przestarzałą kamerę i ustawił ją na stojaku. Sprawdził ustawienia.
Okazało się, że pomieszczenie ma też zamontowany prymitywny system komunikacyjny, bo Bruno włączył jakiś prosty przełącznik na biurku i powiedział:

- Wprowadźcie obiekt numer dwa.

Po kilku chwilach od tego polecenia drugie drzwi w sali „zabiegowej” otworzyły się i weszli przez nie dwaj ludzie – jeden z nich to znany Kristi Gała, a drugi zapewne Sekator. Pomiędzy sobą ciągnęli wychudzonego, nagiego mężczyznę, którego z wprawą przykuli do łóżka.
Gała szybko zakręcił się przy akumulatorze, sprawdzając natężenie prądu i podłączając zaciski do ciała więźnia.

- Gała. Na początek dwieście trzydzieści. Przez piętnaście sekund. – powiedział Meyers.

Popłynął prąd. Strzeliły iskry. Ciało mężczyzny, na którym prowadzono eksperymenty, napięło się.

- Ty – zwrócił się Bruno do Kristi. – Trzymaj. Wstrzykuje mu zawartość strzykawek, zgodnie z oznaczeniami, w tej kolejności. Idź do nich.





FLAT LINE

Tym razem nie szli zbyt daleko. Flat Line szybko zorientował się, że ochroniarz prowadzi go do tej części sektora, która stanowiła ścisłe centrum gangu. Pobliskie cele zamieszkiwali tylko ludzie wierni i oddani Don Vitto. Lub przynajmniej ci, którzy takich udawali. Tutaj każdy nóż i każda kula raniły tylko na rozkaz szefa. La Piovra miała twarde zasady hierarchii. Konkretne i zrozumiałe. Albo ich przestrzegałeś, albo ginąłeś.

Z sektorów „mieszkalnych” skręcili jednak w stronę tych fragmentów sekcji, które kiedyś służyły, jako „zaplecze” dla maszyn STRAŻNIKA. Niewielkie hangary, gdzie roboty doładowywały swoje baterie, dawno wyszabrowane magazyny, pomieszczenia techniczne. W świecie wąskich cel i podobnie wąskich korytarzy większe metrażowo pomieszczenia były prawdziwym skarbem. Jeden z takich „skarbów” służył samemu Don Vitto. Szef sektora urządził sobie w tym miejscu całkiem przytulną „dziuplę”. Brakowało tylko holowizora i kanapy syntplastycznej, która zmieniała kształt dostosowując się do siedzącego na nim człowieka. Ale pryczę Don Vitto zastąpił pospawanym z metalowych elementów, szerokim łóżkiem. Do pomieszczenia wstawił także podobnie zrobiony stół i kilka krzeseł.
Na stole stała ... butelka wódki i dwa kubeczki.

- Siadaj, Flat Line – Don Vitto pokazał gościowi miejsce i gestem kazał odejść ochroniarzowi.

Zostali we dwóch. Szef sekcji polał alkoholu, łyknął sobie solidnie i gestem pokazał lekarzowi, że może zrobić to samo.

- Widzisz – powiedział jakiś czas później. – Jesteś jednym ze sprytniejszych ludzi, jacy dla mnie pracują.

Czyżby położył nacisk na słowa „dla mnie pracują”, czy tylko Flat Linowi się wydawało.

- Mam dla ciebie propozycję. Rozsądną propozycję. Dzielimy się zyskami rozsądnie. Jedna czwarta dla ciebie, reszta dla mnie. Rozpocząłem niedawno pewną operację. Wymianę barterową pomiędzy gangami. Wozimy towary pomiędzy sekcjami i szukam kogoś, kto będzie dla mnie nadzorował te operacje. Pójdzie z handlarzami, dogada interes, przypilnuje by nikt nie kradł fantów. Pomyślałem o tobie. No, ale teraz pytanie, czy ty się w tym widzisz Flat Line? Jednym słowem, czy wbijasz?




RAINA L. STARS

Pełzała, niczym mały, sprytny wąż tunelowy. Myśli Rainy skoncentrowały się na tu i teraz. Przełamała niedawny strach. Działała na najwyższych obrotach szukając wyjścia z sytuacji, w której się znalazła.

W końcu dotarła tam, gdzie chciała. Zwinnie zsunęła się z wiązek kabli i zeskoczyła w dół. W chwilę później wmieszała się w grupki więźniów, nadal czujna, jak mały gryzoń, gotowa czmychnąć, jeśli tylko wywęszy zagrożenie.

Bar był ciasny, zadymiony i zaciemniony. Piło się tutaj prosto na podłodze siadając plecami do ściany. Raina miała fart. Zarówno Jacko, jak i barman byli na miejscu. Pierwszy gadał z jakimś innym Punisherem, drugi pilnował interesu.

Zaczęła od barmana. Podły bimber smakujący jak ciepłe szczyny zmieszane z przemysłowym alkoholem został nalany. Barman spojrzał na dziewczynę bez uśmiechu.

- Szukają cię – powiedział barman tonem – Płacą pięć szlugów za wskazanie miejsca gdzie możesz być.

Pokiwała głową, spodziewając się takiej informacji. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale barman gestem dał jej znak, że ma siedzieć cicho.

- Nie gadam z tobą o niczym więcej, niż interesy. Jasne?

Pokiwała głową ponownie. Miejsce koło Jacko było wolne, więc Raina podeszła i widząc, że Mściciel nie ma nic przeciwko, usiadła obok.

- Jestem w gównie i potrzebuję twojej pomocy – powiedziała bez ogródek, wiedząc że Jacko zrozumie.

- Słyszałem – potwierdził. – Co mam zrobić? I za ile?

Raina westchnęła. Zaczynały się negocjacje, a ich nie lubiła najbardziej.
 
Armiel jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:18.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169