Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 29-09-2011, 20:21   #1
 
mataichi's Avatar
 
Reputacja: 111 mataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znany
Czaszki

Favela Borel
15 Września, 8:00


Dwóch mężczyzn siedziało na werandzie rozpadającego się domu. Starszy z nich był ślepy. Jego łysą czaszkę zdobiła pokaźna szrama, po której drapał się od czasu do czasu z przyzwyczajenia. Pił on gorzką kawę bez mleka i palił papierosy. Jednego za drugim. Wysłuchiwał słów swojego gościa ze stoickim spokojem. W jego wieku niewiele rzeczy było go już w stanie zaskoczyć.

- Nie dość, że bope zaczęło nas gnoić to jeszcze to. Z glinami możemy przynajmniej walczyć. Chłopcy się boją. Nocami trzy razy więcej ochotników zgłasza się do wart. Nie mogą i tak spać. Morale spada. Co mamy robić?
- Z tym problemem sami możemy sobie nie poradzić. Może to kara za nasze grzechy? – pet wylądował w prowizorycznej popielniczce z zakrętki słoika. Nie było w niej już miejsca, więc kilka starszych wysypało się na podłogę. – Módlcie się do najświętszej panienki o pomoc. To miasto spłynie krwią i tylko wiara może nas ocalić.

Prorok mylił się. Oprócz wiary była jeszcze jedna siła, która była w stanie uratować miasto…

CZASZKI

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=h9tyKu7GOBs[/MEDIA]


Siedziba główna BOPE. Siłownia.
20 Września, 9:00


Latino, USA

- Latino, USA zostaliście przydzieleni do innej drużyny! – krzyknął Manule ich dotychczasowy dowódca wchodząc do pomieszczenia. Była to niespodziewana wiadomość. Ze zmianą oddziału wiązała się zawsze niepewność. Ich kapitan robił dobrą minę do złej gry. Widać było, że zabranie jego dwóch najlepszych ludzi mocno go wkurzyło. Jego zaciśnięte pięści aż zbielały.

Moje modlitwy zostały wysłuchane. – zdobył się na uśmiech. - Więcej nie będziecie zatruwać mi dupska. Będziecie służyli teraz pod Fontesem i jego zapytacie o szczegóły. Ja nic nie wiem. Macie zgłosić się do niego za godzinę.


Favela Rocinha
20 Września, 9.36


Miguel

Miguel obudził się w swoim łóżku co było pierwszą dobrą wiadomością. Niewiele pamiętał z wczorajszego wieczoru. Odleciał jeszcze przed północą. Głowa i stawy bolały go w stopniu znośnym. To była druga dobra wiadomość. Przeciągnął się na łóżku. Obok niego leżała naga dziewczyna, która mruknęła coś jak tylko poczuła ruch. Wciąż spała co było kolejną, już trzecią, pozytywną wieścią tego poranka. Miała może osiemnaście lat. Może. Jej również nie pamiętał. Czy była jedną z dziwek? Raczej nie, choć nie dałby sobie za to obciąć ręki.

Krótko mówiąc świat uśmiechał się do niego tego dnia. Mógł mieć takie wrażenie dopóki nie przypomniał sobie sprawy jaką miał załatwić dla pieprzonego gliniarza. Sprawa z Resvo śmierdziała. Facet znał osobiście komendanta z jednego posterunku policji. Nie mógł sobie tylko przypomnieć którego. Wszystko wskazywało na to, że psy zamierzały walczyć o terytorium między sobą. On stał pośrodku tego bagna. Musiał to tak rozegrać żeby nie oberwać rykoszetem od żadnej ze stron. Znał trzy adresy melin alfonsa, to powinno wystarczyć. Miał przekazać informacje jeszcze dzisiaj, w niewielkiej kawiarni.

Jego przełożeni z Przyjaciół nie powinni mieć nic przeciwko. Resvo miał również powiązania z Czerwonym Dowództwem, ich głównymi rywalami. Jeżeli chciał długo żyć to musiał wiedzieć na kogo mógł kapować.


Siedziba główna BOPE
20 Września, 10.20


Latino, USA, Juan


Ludzie zebrani w małej salce mieli nietęgie miny. Cała piątka została ściągnięta z różnych oddziałów aby utworzyć nowy. Jaki był w tym sens? Nikt nic nie wiedział, a ich kapitan spóźniał się na spotkanie. Oprócz Felicity i Cassio do drużyny został również oddelegowany Juan Carlos de Rivera, metys. Nie miał on przyjemnej nocy. Pokłócił się ze swoją dziewczyną co zdarzało im się bardzo rzadko. Był tak wykończony po pracy, że nawet nie pamiętał o co poszło. Nie miał sił na kontrargumenty i zasnął nie wyjaśniwszy sprawy. Kiedy się obudził, jego ukochana wyszła już do roboty. Cathrine od kilku dni zachowywała się dziwnie. Zaraz przed zebraniem dostał od niej wiadomość, że wieczorem wszystko mu wyjaśni.

Tą trójkę uzupełniało dwóch przyjemniaczków. Jednym z nich był Oscar, którego kojarzyli wszyscy w BOPE. Białas z dobrej rodzinki, który postanowił zabawić się w wojaczkę i o dziwo okazał się być w tym cholernie dobry. Miał taką gładką buźkę, że osoby, które go nie znały, dawały mu co najwyżej dwadzieścia lat. Wyglądał niewinnie i tylko jego zimne spojrzenie zdradzało, że był draniem. Był osobą nietolerancyjną, a jego cięty język przysporzył mu sporo wrogów w oddziale. Ostatnim członkiem ekipy był wielki murzyn Paulo. Te dwa słowa opisywały go w zupełności. Patrząc na jego wielkie łapska można było stwierdzić, że łamanie karków jest dla niego równie łatwe co łamanie patyczków po lodach. Był świeżakiem z bardzo dobrymi wynikami.

- Ale nam się trafiło.Oscar nie wytrzymał ciszy. – Jedna z trzech kobiet w całym BOPE będzie w naszym oddziale. Powinniśmy czasem wyskoczyć po mordowaniu gdzieś mała. U mnie czy u…

Nie dokończył gdyż do sali wmaszerował wreszcie ich kapitan. Felix Fontes zwany również Krwawym Felixem. Nie miał pojęcia, że taki przydomek nosiła już pewna, nieprzyjemna postać w historii. Nie obchodziła go zarówno historia tak jak i reszta nauk. Jedyną filozofią jaką wyznawał była filozofia siły. Był jedną z tych osób, które budowały złą sławę BOPE. Nie należał też do elity dowódców. Miał przekrzywiony nos i uśmiech w tą samą stronę, tak jakby te dwie rzeczy ze sobą współgrały. Również był metysem, wyjątkowo szkaradnym z czego ponoć był dumny. Skiną głową na przywitanie.

- Nazywam się Fontes. Część z was może mnie znać. Jestem od tej chwili waszym dowódcą. Zapewnie zastanawiacie się dlaczego został zorganizowany ten oddział? – miał okropną chrypę. – Został on powołany przez komendanta w celu zbadania niepokojących doniesień jakie otrzymaliśmy od kilku drużyn. Będziecie mogli na razie odpocząć od operacji „Mistrzostwa Świata”.

Wyłożył na stół kilkadziesiąt fotografii. Wszystko przedstawiały ciała okaleczone w ten sam sposób. Każda z nich miała wyrwane serce. Latino przypomniała sobie opowieść matki o starych rytuałach. Jako dzieciak mogła je odbierać jako straszne opowieści. Teraz te historyjki znowu napłynęły do jej głowy, tak jak obrazy mamy.

- Nie wiemy kto za tym stoi i gówno by nas to obchodziło, ale wczoraj w ten sam sposób został zamordowany patrol policji. Sprawa trafiła do naszego komendanta a ten wyznaczył nas żebyśmy się tym zajęli. Policja cywilna zacznie poszukiwania na własną rękę. Najwięcej takich przypadków odnotowaliśmy w Rocinie i Vigario Geral i tam zaczniemy poszukiwania. Jakieś pytania?


Favela Rocina. Kawiarnia „Chaleira”
20 Września, 12.30


Miguel


Greg czekał już na niego. Sączył jakiś kolorowy napój i czytał gazetę. Był ubrany po cywilnemu, choć czuć było od niego psem na odległość. Pocił się jak wieprz mimo działającej klimatyzacji. Miguel przysiadł się do niego. Glina doczytał artykuł nie zwracając uwagi na przybyłego, po czym złożył starannie gazetę. Uśmiechnął się fałszywie.

- Co masz dla mnie? Mam nadzieję, że tym razem coś pewnego, a nie jak w sprawie twojego kolegi, Santiago. – mówił przyciszonym, pełnym pogardy głosem. – Wiesz dobrze gnoju, że możemy cię zgarnąć w każdym możliwym momencie? Mów.

Miguel zacząłby mówić, bardzo chętnie nie szczędząc szczegółów. W tym jednak momencie przed knajpę zajechały trzy zdezelowane samochody. Uzbrojeni ludzie wysypali się z nich i otworzyli ogień w ich kierunku. Kulę zaczęły świstać w powietrzu. Niewinni ludzie umierali nawet nie wiedząc dlaczego.


Favela Rocina. Furgon BOPE
20 Września,12.37


Latino, USA, Juan

Jechali nie zabijać tylko wyciągać z gnoi informację. Oczywiście jedna rzecz nie wykluczała drugiej. Ich misja została jednak szybko przerwana komunikatem w radiu.

- Strzelanina przy ulicy da Gavea. Kilkanaście osób szatkuję jedną kawiarni. Ze środka ktoś odpowiada ogniem.

- Tu kapitan Fontes. – dowódca siedzący z przodu na fotelu pasażera z uśmiechem na ustach odpowiedział dyspozytorowi. - Jesteśmy najbliżej, będziemy na miejscu za trzy minuty. Powtarzam będziemy na miejscu za trzy minuty. – zastukał w metalową przegrodę. – Przygotujcie się. Jest strzelanina na jednej z głównych ulicy. Wkraczamy za dwie minuty.

- Juan zaparkuj w bezpiecznej odległości. Zapowiada się kolejny przyjemny dzień w pracy. Ciekawe kto był na tyle głupi żeby w środku dnia się zabawiać.
 
mataichi jest offline  
Stary 02-10-2011, 17:42   #2
 
Mivnova's Avatar
 
Reputacja: 262 Mivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skał
9:00



Świetnie, przeniesienie. Wszystko od nowa – wyrabianie znajomości, praca na opinię, planowanie schematów akcji i cały pieprzony awans wzięły w łeb po jednym zdaniu. Cassio nie pałał miłością do starego dowódcy, ale wyczuł, że Manule również nie jest szczęśliwy. Sporo się napracowali nad tym, by Brazylia mogła w spokoju ducha zdobyć niedługo medal.
- Do zobaczenia w piekle, szefie – rzucił na odchodne, demonstracyjnie leniwie się podnosząc. Godzina to mnóstwo czasu, zwłaszcza dla kogoś używającego jako miary uderzeń serca. Pamiętał mantrę z czasów rekrutacji: „kwadrans, sucze syny, to więcej niż wam potrzeba do gotowości bojowej po wyrwaniu z łóżka w środku nocy. Wliczając umycie zębów. Cztery kwadranse za to mają wam wystarczyć by sobie zrobić przerwę w pracy, uchlać się i wytrzeźwieć”.
Americo, podobnie jak większość funkcjonariuszy BOPE, nauczył się cenić czas i optymalnie go wykorzystywać. Zgarnął ze stolika gazetkę i postanowił odpocząć w samotności w pozycji siedzącej przed odprawą u kolejnego świrniętego kapitana, czy jakąkolwiek tam szarżę nosił Fontes.
- Trzymaj się, USAIvo, spec od materiałów wybuchowych, nie raczył nawet podnieść czterech liter znad krzyżówki. Reszta członków drużyny pożegnała go nieco energiczniej. Zgarnął cios pięścią w bark, i chwyt za kark.
- Nie daj się wycwelićRobino, kierowca i ponoć as czterech kółek, a w praktyce zwykły kretyn, klepnął Raia ze współczuciem w plecy. - Fontes ponoć lubi takie ładne buźki, jak twoja. Jak coś, to pamiętaj o wazelince.
- Robino… - Raimundo przybił piątkę kolejnemu funkcjonariuszowi. – Zawsze chciałem ci to powiedzieć, a jakoś głupio mi było. Zgól ten wąsik, wyglądasz z nim jak alfons.
- Ja też będę tęsknił, czubku – kierowca silił się na spokój, ale odruchowo podrapał czarną, wąską kreskę nad ustami, przy wtórze wyrazów samczej wesołości drużyny.
- Zaopiekuj się Latino.
- Ta, tylko całą, a nie od pasa w dół. Ma wrócić w jednym w kawałku.
- Eee, Americo! – saper nagle wymierzył długopisem w USA. – Przydaj się ostatni raz. Zarządca, przełożony, zwierzchnik na sześć liter?
- To będzie pewnie Cadela.

10:20

Oscar na dzień dobry załatwił sobie bilet na kłopoty, Raimundo nie mógł się powstrzymać przed wyszczerzeniem zębów. Rozorany kącik ust drgnął mu w próbie odwzorowania normalnego uśmiechu. Latino bez wątpienia przyszykuje dla zalotnika ciętą ripostę. Lalunia umiała bić tam, gdzie boli. Celniej mierzyła tylko z PSG-1 .
Właśnie, Felicita. To dziwne, że dostali przydział wspólnie. Chociaż, po zastanowieniu, stanowili niezły duet. Fotki pokazane przez Fontesa wyraźnie dowiodły, że Rio ma poważny, nowy problem, który wymaga rozwiązania w stylu Czaszek. NIC nie było ważniejsze od Mistrzostw Świata. Manule powtarzał to przy każdej sposobności, opluwał sobie przy tym z emocji brodę. Cassio oglądał już wiele trupów podczas swojej niedługiej kariery. Miał sposobność przyjrzeć się kobiecie zgwałconej parasolką, widział ćpunów z przegniłymi żyłami, mężczyznę trafionego między oczy z Benelli em trójki i nastolatka, któremu rozorano na żywca żołądek, w celu wydobycia ukrytych tam woreczków kokainy. Ale czegoś podobnego jeszcze nigdy. Co to miało, do jasnej cholery, być? Jacyś popieprzeńcy Voodoo?
Dream Team BOPE? Jeśli takie było założenie, ktoś się ostro machnął w nazwiskach. USA intuicyjnie zdążył stwierdzić, że Oscar to jego naturalny rywal o tytuł najbardziej zajebistego gliny, a wielkie czarne coś nazywane Paulem miało od teraz za plecami przynajmniej dwóch rasistów. Latino znał, za to o Juanie nie miał jeszcze wyrobionego zdania. Musiał poczekać, aż zobaczy go pociągającego za spust.
Raimundo nie miał pytań, wierzył że farsa zakończy się po jednej porządnej interwencji w fawelach. Pojadą, namierzą posrańców, rozwiążą problem, out. Jak będzie trzeba, powtórzą metodę. Nie był w stanie na poważnie przyjąć do wiadomości, że jakieś świry na poważnie mogą konkurować z operacją Mistrzostwa Świata.
- Krwawemu Felixowi już ktoś dawno wyrwał serce – szepnął do Felicity, zachowując poważny wyraz. – Pewnie dlatego wybrali go do tej roboty.

12:37

Szpikulec klingi noża wbił się w dziąsło Cassia, gdy furgonetka gwałtownie skręciła za poleceniem dowódcy. W ustach zrobiło się przyjemnie ciepło, Rai nie przerwał dłubania w zębach aż do końca podróży. Policyjne psy też się judziło, zanim puszczano je w terenie.
- USA za de Riverą!Fontes nie miał najprzyjemniejszej aparycji, ale przynajmniej był konkretny. Americo zapiął na twarzy półmaskę z logiem Czaszek i zapakował magazynek do karabinu.
- Wiesz, co mnie wkurza w em szesnaście? – zapytał Juana z zamyśloną miną. – Nic.
Minął już dla młodego porucznika czas, gdy do łba przychodziło mu wyskakiwać przed pierwszą linię lub balansować na granicy rozkazu. Wykonał zachęcający gest do zwiadowcy, a w głowie wysłał zaproszenie dla gruczołów do wypompowania nieludzkiej ilości adrenaliny.
 

Ostatnio edytowane przez Mivnova : 02-10-2011 o 17:44.
Mivnova jest offline  
Stary 02-10-2011, 18:00   #3
Jej mackowatość
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 10287 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
Felicita lekkim skinieniem głowy potwierdziła wiadomość o nowym przydziale. Nie była to degradacja, więc nie musiała się przejmować, w sumie może nawet było jej to na rękę?

Słowa kapitana przyjęła z pełną obojętnością. Choć w życiu nikomu by tego nie powiedziała - nie lubiła swojego dowódcy. Miała jednak świadomość, że nie po to tutaj przyszła, żeby się z kimś lubić. Niemniej kapitan zdawał się szczycić tylko doświadczeniem w akcjach jak uczestnik, a nie strateg. Nie rozumiał na początku potencjału, jaki daje mu snajper w oddziale. W jego oczach był to bezwartościowy dodatek - słaba kobitka, którą trzeba gdzieś oddelegować, bo nie nadaje się do walki w starciu. Dopiero ona sama udowodniła mu swoją wartość, zdejmując jednego wieczora 3 z 5 szefów grupy zajmującej się nielegalnym handlem zwierzętami. Co prawda nawet to nie przekonało do końca kapitana, który uznał pewnie akcję za typowy fart żółtodzioba, dopiero kiedy zawarła nieoficjalny rozejm z USA, a ten zaczął wystawiać jej co grubsze rybki na połów - pokaźna lista ofiar snajperki sprowadziła ją niemal do roli pupilki dowódcy. Niemal - ponieważ nigdy nie pozwoliła się traktować inaczej niż pozostałych - ani gorzej, ani lepiej.

Myślała o tym wszystkim, opierając się o framugę okna i czekając na nowego przywódcę. Z pełną premedytacją ignorowała nowych towarzyszy. Ich - podobnie jak członków dawnego oddziału -nie musiała znać czy lubić, musiała z nimi tylko pracować. Jeśli jest się jednak przy temacie lubienia, to NIE lubiła ludzi spóźnialskich - takie zachowanie było dla niej wizytówką pod znakiem braku profesjonalizmu a nie świadectwem władzy. Na szczęście jednak nowy kapitan nie kazał czekać długo, nie bawił się też w uśmiechy czy oficjalne powitania, od razu przeszedł do konkretów. A te okazały się bardziej niż interesujące. ..

Zabójstwa wyglądały na dzieło albo psychopaty, który umyślił sobie pozostawiać swój znak rozpoznawczy, albo… rytualne morderstwo. Przyjrzała się uważniej fotografiom.

- Och…

Nagle znów miała kilka lat, była małym dzieckiem. Matka zamknęła ją w kojcu z metalowej siatki. Robiła to zawsze kiedy Felicita nabroiła, teraz jednak chciała zapewnić sobie spokój i to, że dziecko nie wejdzie w obszar jej prac. Dziewczynka, mimo całego poczucia niesprawiedliwości, rosnącymi ze zdziwienia oczami przyglądała się jak matka maluje dziwne wzory na środku chaty, używając do tego mieszaniny popiołu i ziół. Kiedy skończyła, zaciągnęła na środek opierającego się i beczącego żałośnie koziołka, którego Felicita często nazywała w myślach Mortim. W dłoni matki zalśnił ostry nóż, którego czubek skierowała do piersi szarpiącego się zwierzęcia, a następnie…

Dość brutalne szturchnięcie łokciem w bok wytrąciło Latino z zamyślenia.

- Krwawemu Felixowi już ktoś dawno wyrwał serce – szepnął do niej USA, zachowując poważny wyraz. – Pewnie dlatego wybrali go do tej roboty.

Ponieważ nie spodziewała się kuksańca, musiała zawalczyć przez ułamek sekundy, by utrzymać równowagę. Na szczęście, skończyło się na tym, że tylko zmieniła nogę, na której się podpierała. Morderczym wzrokiem spojrzała na Raimunda, który wyglądał teraz jak obraz wszystkich możliwych cnót. Zaklęła w myślach, nie odważyła się jednak na ripostę, szczególnie, że Fontes właśnie skończył przemowę.

- Jakieś pytania? - zapytał na koniec.

Nie, nie miała pytań. Skoro mieli jechać zdobyć informacje, jej rola ograniczała się do przetransportowania tyłka z miejsca A do miejsca B. Jej prawdziwe zadanie natomiast zaczynało się dopiero, gdy padał rozkaz zabijania, a tutaj nie musiała mieć pytań. Na ten temat wiedziała już chyba wszystko.

***

Jechali właśnie na miejsce, kiedy usłyszeli komunikat o jakichś zamieszkach w pobliżu. Fontes obiecał się tym zająć. Cóż, jej i tak to obojętne. Wykona każdy rozkaz. Kiedy Juan podjechał na upatrzoną przez siebie pozycję, a chłopcy zaczęli szykować się do wyjścia, ona sprawnie wdrapała się na dach pojazdu, by tam szybko przylgnąć do rozgrzanego słońcem metalu. Przez lupę swojego L115 A3 Long Rifle zaczęła lustrować sytuację. Teraz miała jedno pytanie do kapitana.

- Ranić czy zabijać? - spytała po prostu.
 
__________________
Up high in the middle of nowhere
Don't know, but you know, when you get there
Walk slow and low on a tightrope
Hope it last, but you know, you never know...

Ostatnio edytowane przez Mira : 02-10-2011 o 19:28. Powód: bold
Mira jest offline  
Stary 02-10-2011, 19:41   #4
 
Hawkeye's Avatar
 
Reputacja: 5746 Hawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputację
Juan nie był najszczęśliwszą osobą tego ranka. Wydawała się, że cały dzień może okazać się straconym, pechowym i nieudanym przedsięwzięciem. Dręczyła go wczorajsza kłótnia z Cathrine, oczywiście sprzeczki zdarzały się każdemu, nawet im, chociaż ich związek był bardzo udany. Jednak jej zachowanie, od jakiegoś czasu lekko go niepokoiło. Naprawdę żałował, że przyszedł wczoraj tak zmęczony, nie pamiętał o co poszło, ani nawet za bardzo jakie słowa padały.

W tym momencie działało to na jego niekorzyść, jak mógł próbować jakoś naprostować sytuację, skoro była ona dla niego wielką zagadką? A sms, który otrzymał kilka minut wcześniej, też nie napawał go zbyt dużym optymizmem. Jasne, przyjemnie będzie się w końcu dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi, ale wątpił, żeby rozmowa należała do tych najprzyjemniejszych. Trudno, miał nadzieję, że skończą z tym i wrócą do normalnego, w miarę harmonijnego życia. Takie chwile jak ta, na szczęście nieczęste, sprawiały, że żałował decyzji wyjazdu z rezerwatu. Tam wszystko było prostsze.

Jakby tego wszystkiego było mało, dostał nowy przydział. Patrzył na informację, z niezbyt zadowoloną miną. Był dowódcą oddziału zwiadowców, a teraz chcieli mu to zabrać. Nie mianowali natomiast jego następcy, a dowodzenie nad oddziałem miał przejąć jego dotychczasowy zastępca. Mogło to oznaczać, że nowy przydział będzie tylko tymczasowy. Oby tak było, Juan musiał sam przed sobą przyznać, że pieniądze jakie otrzymywał w ramach dodatku funkcyjnego przydawały się. W końcu trzeba było jakoś wyżyć, opłacić studia i przy dobrych wiatrach, wydać jakieś pieniądze na przyjemności. Wolałby nie stracić nawet jednego reala ... pieniądze, nie były dla niego najważniejsze, ale pomogły osiągać cel, a z końcówką studiów ... naprawdę nie chciał przestawiać się na inne prowadzenie domu.

Niecałą godzinę później siedział już na pierwszej odprawie nowej drużyny. BOPE nie było największą jednostką, dlatego o większości z tutaj obecnych dochodziły go jakieś głosy, lepsze lub gorsze. Miał jakieś niejasne przeczucia, że niektórzy z tutaj zebranych chętnie nazwaliby go "cholo", oczywiście o ile nie baliby się tego, że Juan przerobiłby im buźkę. Co jak co, ale nie lubił być obrażany z powodu swojego pochodzenia etnicznego. Nie był też jednak osobą uprzedzoną, wiedział kiedy ktoś w dość niewybredny sposób, chciał wyrazić podziw dla "tego cholo, który porusza się jak jakiś cholerny duch", a kiedy próbowano go obrazić. Był osobą, która potrafiła sobie cholernie dobrze poradzić, dlatego tych drugich, nie było zbyt wielu. A przynajmniej nie próbowano tego robić w jego obecności.

W ciszy wysłuchał nowego dowódcy, oglądając uważnie zdjęcia i czytając dołączony do nich raport. Ktoś wyrywał im cholerne serca, co najczęściej powodowało zgon. To musiała być zbrodnia na tle rytualnym. Tylko kto mógł dokonać tak makabrycznej zbrodni. Carlos swoje już widział, ale to ... wolałby tego nie oglądnąć. Popatrzył na twarze reszty współtowarzyszy. Wyglądało na to, że większość z nich miała podobne uczucia. Metys odezwał się rzucając żartem, który miał nadzieję, rozładuje trochę napiętą atmosferę, jaka w tym momencie się wytworzyła w pokoju.

-Cóż przynajmniej nie powinno być problemu z odnalezieniem sprawców, aresztujemy pierwszych Azteków, którzy nawiną nam się pod lufę - odłożył zdjęcia, gdy Krwawy Felix dał możliwość zadawania pytań. Ponieważ inni nie wyrywali się, postanowił zapytać o kilka spraw, które krążyły mu po głowie od dzisiejszego ranka.

-Rozumiem, że oddział zostanie rozwiązany po zamknięciu tej sprawy, a my wrócimy do wcześniejszych przydziałów -

- Zgadza się. Według planów komendanta, mamy rozwiązać tylko tą jedną sprawę, więc postarajmy się lepiej. Albo nam się uda albo zaprzepaścimy kurwa nasze kariery czego bym nie chciał. -

To mu odpowiadało. Zdążył przyzwyczaić się do dobrego, znaczy się do dowodzenia. Dawało mu to większą swobodę. Musiał tylko przeczekać, do zamknięcia tej dziwnej sprawy i wrócić do dawnej roboty.

-A co z dodatkiem funkcyjnym ?- zapytał natychmiast ponownie. Wolał mieć jasno postawioną sprawę w tym przypadku. Bo lepiej ewentualne zmiany planować teraz, a nie zastanawiać się co robić, na ostatnią chwilę

- Pracujecie na takich samych zasadach jak do tej pory Rivera. Taka sama kasa, jedynie głębsze bajoro w którym mamy się wytaplać. -

-Do zakończenia pracy pozostajemy w trybie alarmu, czy pracujemy normalnie ?-

- Pracujemy normalnie, ale komendant nalegał żeby szybko rozwiązać tą sprawę. Możecie się spodziewać dodatkowych godzin... wielu dodatkowych godzin. -


Usatysfakcjonowany tymi odpowiedziami Juan Carlos rzucił ostatnie, krótkie spojrzenie na leżące na stole zdjęcie. Zapowiadało się gonienie, za niezłymi popierdoleńcami ... cóż przynajmniej nie będzie ich szkoda, jak już ich dopadną.

Mu przypadło za zadanie prowadzenie samochodu gdy nadeszła wiadomość, o strzelaninie, gdy tylko otrzymał rozkaz, przyspieszył wykonując ostry zakręt.

Gdy tylko zatrzymał się w bezpiecznej odległości przeładował swoją P90 i założył pasek, który miał utrzymać ten pistolet maszynowy, w razie gdyby Juan musiał skorzystać z innej broni.

Americo rzucił krótki tekst o M16, a potem zachęcił Carlosa do ruszenia przodem.

-Trzymaj swoją oblubienicę blisko - rzucił mu jeszcze Metys, potem ruszył do przodu.

Nie było żadnego problemu z odnalezieniem strzelaniny. Przestępcy robili taki hałas, że mógłby przyprowadzić tutaj całą kompanię białych ... bo musiał niestety przyznać, że oni nie potrafili się skradać. Jednak to było jego zadanie. Gdy tylko znaleźli się blisko, wyraźnie się spiął, zachowując się jeszcze ciszej niż do tej pory.

Doszedł do załomu i szybko przeliczył przeciwników, jednocześnie gestami informując pozostałych o ich liczbie. Oparł się o mur i odetchnął głębiej. Trzeba było ruszyć na lepszą pozycję. Dał znak ręką USA, który był najbliżej niego, o trzech najlepszych punktach do ukrycia się. Reszta drużyny i tak miała wkroczyć za chwilę do akcji, więc nie miało to większego znaczenia. Ruszył ...

Pochylił się gdy przebiegał wzdłuż małego płotu, prowadzącego za plecy ostrzeliwujących kawiarenkę. Przyklęknął gdy jeden z przestępców zaczął się cofać w jego stronę. Wyszarpnął z kabury swój nóż i gdy tylko tamten znalazł się na tyle blisko, zasłonił mu usta ręką i przeciągnął ostrzem po jego szyi, praktycznie równocześnie przeciągając jego ciało za płotek.

Szybko podniósł swoją broń i oparł ją o murek, odczekał chwilę dając innym czas na ustawienie się na pozycję ... gdy tylko uznał, że nadszedł najlepszy moment, wycelował w pierwszą grupę zbirów i pociągnął za spust ...
 
__________________
We have done the impossible, and that makes us mighty
Hawkeye jest offline  
Stary 05-10-2011, 12:48   #5
 
Aeshadiv's Avatar
 
Reputacja: 959 Aeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwu
Miguel Jose

12:30


Gapiąc się na Grega czekał aż glina skończy swój teatrzyk. W końcu wieprz teatralnie odłożył gazetę. Widać było, że zna się na udawaniu czegokolwiek jak gówno na poezji. Zapach tego kolorowego syfu, który chyba był napojem energetycznym dla meksykanina był ohydny. Już przyjemniejszy był smród taniej wódy. Gdy chłopak usłyszał "co dla mnie masz" rozglądnął się po kawiarence, tak jakby za jego plecami miał stać jeden z ludzi, na których właśnie miał kapować. Zrobił to dyskretnie uśmiechając się do nieznajomej kelnerki, tak jakby była jego dziewczyną. Ta odwzajemniła uśmiech i wróciła do lady. To dobrze. Było to swego rodzaju potwierdzenie tego, że jego rozglądnięcie nie wyglądało na takie dla bezpieczeństwa.
-Zacznijmy od samej grubej ryby... - zaproponował nachylając się. - Z tego co - przerwał mu pisk opon. Obydwaj odruchowo zobaczyli na ulicę. Greg był albo tak tępy, albo miał dziś zły dzień, bo nie zauważył w tym nic szczególnego.
"To nie wróży najlepiej. A dzień zaczął się tak pięknie." - pomyślał. Grymas na jego twarzy doskonale odzwierciedlał myśli. Przez chwile zobaczył migawkę młodej dziewczyny z dzisiejszego poranka. Cały przyjemny obraz, który trwał niecałe pół sekundy przerwał jeszcze szybszy wystrzał. Pobliski czarnoskóry mężczyzna oberwał kulą prosto w ramię. Upadł pod stół, a szklanka soku na jego stoliku rozbiła się dzięki kolejnemu wystrzałowi. Szkło w postaci tysiąca kawałków upadło na podłogę.

Miguel nie tracił czasu. Jedyne co zdążył pomyśleć to "Dobrze mu tak..." - przypomniał sobie czasy szkoły i jego chore fascynacje. Uśmiechnął się tylko rzucając się na ziemię. Miał nadzieję, że kolejna kula nie dosięgnie go tak szybko jak innych klientów kawiarni. Od czasu do czasu zerkając poza zwalony właśnie nogą stolik szukał okazji do wymknięcia się na zaplecze lokalu. To chyba było w tym momencie najlepsze rozwiązanie. Nie miał przy sobie niczego do obrony przed pistoletem. Jedynie ten stary nóż wojskowy, który pomógł mu przetrwać w puszczy.

"Jeszcze nie, teraz też... już!" - pomyślał czekając aż ten jegomość, który tłukł karabinem w jego stronę zacznie zmieniał magazynek. Dzikim pędem rzucił się w stronę zaplecza. Potykając się o stoliki skulony na czworaka pełzł niczym glista.
 
Aeshadiv jest offline  
Stary 09-10-2011, 17:43   #6
 
mataichi's Avatar
 
Reputacja: 111 mataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znanymataichi wkrótce będzie znany
Favela Rocina. Dach jednego z budynków
20 Września, 12.43


- Stary widzisz to? – murzyn otworzył szeroko usta patrząc się przez lornetkę.
Wygląda na to, że chłopaki z czerwonego komanda weszli na nasz teren. – odpowiedział mu młody, ubrany porządnie mężczyzna. Typ studencika.
- Dzwonimy do Santiaga żeby przysłał posiłki?
- Nie ma takiej potrzeby. – młody imponował opanowaniem – Popatrz dziesięć metrów w prawo. Bope jest już na miejscu. Cholernie szybko. Lepiej się nie mieszać. Zaraz…zaraz. Spójrz za kawiarnie. Czy to nie Miguel?
- Tak szefie, to rzeczywiście on.
- Cholera. Weź dwoje ludzi i wyjdźcie mu naprzeciw.


Favela Rocina. Ulica przed kawiarnią
20 Września, 12.43


Latino, USA, Juan

Na znak kapitana czaszki rozpoczęły masakrę. Juan wykonał znakomitą robotę wyprowadzając drużynę tuż za plecy przestępców i tylko część z nich znajdująca się blisko kawiarenki miała osłonę przed ich kulami. Pierwsza długa seria oddziału skosiła pięciu kolesi. Przerażeni i zdezorientowani ocalali próbowali szukać schronienia za samochodami. Nie wychylając się, odpowiadali ogniem na oślep. Byli przerażeni i mieli doskonałe ku temu powody. W jednej chwili głowa jednego zbira dosłownie eksplodowała. Latino na swoje pytanie usłyszała krótką odpowiedź dowódcy, której towarzyszył paskudny uśmiech: „Nie widzę związku z naszą sprawą. Zabijać”. Robiła więc to co do niej należało.

- Naprzód! – rozkazał Fontes. Pięć czarnych postaci wypadło na ulicę. Trójka bandziorów rzuciła broń i zaczęła błagać o litość. Ostatni z nich chciał uczynić to samo, zrobił to jednak zbyt późno. Pocisk snajperski wbił się prosto w jego serce.

- Raimundo, Oscar, sprawdźcie budynek.


Wnętrze kawiarni przypominało ser szwajcarski. Było kilka trupów. Jakaś postrzelona nastoletnia dziewczyna próbowała bezskutecznie złapać oddech. Krew musiał wypełnić jej płuca. Szamotała się jak ryba wyciągnięta z wody. Kilka osób miało więcej szczęścia, uniknęli kul i teraz podnosili się z ziemi wyciągając na widok czarnych mundurów ręce w górę. Ich interesował jeden człowiek. Biały dobrze zbudowany mężczyzna w hawajskiej koszuli. Nawet nie próbował ukryć rewolweru, który leżał przed nim na ziemi.

- Jestem policjantem! Jestem policjantem! – krzyknął, kiedy lufa M4 znalazła się przy jego skroni. Oscar jedynie się uśmiechnął i gestem nakazał mu wstać.

- I myślisz, że robi to nam różnicę? Zaraz wszystko nam wyśpiewasz przy kapitanie.

Tymczasem na zewnątrz… Latino obserwowała teren. W momencie, gdy dwójka jej kolegów wchodziła do środka, tylnymi drzwiami wypadł na zewnątrz mężczyzna. Był ubrany jak krzyżówka motocyklisty z hipisem. Ważne było, że uciekał, znaczy się był winny. Czego? A jakie miało to znaczenie? Kobieta przyłożyła lunetę do oka. Widziała dokładnie twarz uciekiniera. Narkoman jak nic, była w stanie już to rozpoznać. Innymi słowy gnój, którego śmiercią nikt się nie przejmie. Nacisnęła delikatnie spust. Jakaś niewidzialna siła podbiła jej lufę centymetr w górę i pocisk chybił wbijając się w ścianę budynku. Cel szybko znikł z pola widzenia uciekając w górę wzgórza. Mimo potwornego upału na całym ciele dostała gęsiej skórki. Rozejrzała się wokoło czy rzeczywiście była tutaj sama. Przez krótki moment mogłaby przysiąc, że czuła czyjąś obecność.

- Arona przyjedź furgonem. – głos kapitana w krótkofalówce wyrwał ją z zamyślenia.


Favela Rocina. Ulica za kawiarnią
20 Września, 12.43


Miguel


Miguel miał więcej szczęścia niż rozumu. Dostał się a zaplecze w akompaniamencie jęków, krzyków i świstu kul. W kuchni minął krępą kobietę leżącą plackiem na podłodze. Nie miał czasu jej się przyglądać. Kopniakiem otworzył tylne drzwi i upewniwszy się, że nikt nie odciął tej drogi ucieczki wybiegł na wąską uliczkę. Nie musiał być jasnowidzem żeby móc z prawdopodobieństwem pięćdziesięciu procent wskazać cel ataku. Był nim albo ten pies albo on. Najgorsze, że dziury w pamięci z poprzedniego wieczoru wciąż nie dawały mu spokoju. Czuł, że dowiedział się o jednej rzeczy za dużo. Czyżby ten alfons był aż tak ważną osobą?

Kiedy pierwsze oznaki spokoju zagościły w jego sercu, Miguel poczuł lodowaty powiew powietrza na karku. To był oddech samej śmierci. Kula dużego kalibru świsnęła nad jego głową rozbijając cegły w murze. Małe odłamki uderzyły w jego twarz. Nie odwracał się. Moment zawahania mógł go kosztować życie. Wbiegł w boczną uliczkę pędząc w górę faveli. Nie zwalniał dopóki mięśnie nóg nie zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Przystanął przy kontenerze pełnym śmieci.

Dopiero teraz zauważył, że strzelanina dobiegła końca. Pierwsze pytania zaczęły zakradać się do jego głowy. Kim byli napastnicy? Nie znał ich twarzy, a to mogło oznaczać, że nie należeli do tego samego gangu co on. Prawdopodobnie, bo kto chciałby się go pozbyć? Pewnie mógłby ułożyć jakąś krótką listę nazwisk…

Usłyszał kroki. Ukrył się za kontenerem trzymając nóż w pogotowiu. Za zakrętu wyszło trzech mężczyzn. Jednego z nich, murzyna, kojarzył. Miał na imię Pinto i był wyjątkowo niekumatym kolesiem. Pracował dla Antonia Szewca, człowieka znajdującego się na takim samym szczeblu hierarchii w gangu co Miguel. Przezwisko nie wzięło się z powietrza. Miał kontakty w domach pogrzebowych i sprowadzał narkotyki zaszywając je w ciałach ofiar.

- Musimy znaleźć Miguela. Szef nam nogi z dupy powyrywa jak go nie przejmiemy.

- Chyba, że już jest po nim?

- Tym lepiej dla niego. Szef też by się nie pogniewał.

Przeszli dalej nie zauważając dealera.

Zapachniało mu to zdradą. Należało o tym poinformować oficjalnego przywódcę Przyjaciół, Santiaga, który miał u narkomana dług wdzięczności za lewe informację przekazywane od jakiegoś czasu policji. Miguel wiedział, że lider miał dzisiaj złożyć wizytę Prorokowi, osobie, którą otaczała aura mistycyzmu czy też dobrze nakręcona plotka zapewniająca mu posłuch. Ślepy staruszek potrafił podobno przewidywać przyszłość.


Favela Rocina. Ulica przed kawiarnią
20 Września, 13.24


Latino, USA, Juan

Policja cywilna i pogotowie były już na miejscu. Zebrał się też spory tłum gapiów. Karetki kursowały w powolnym tempie jakby kierowcy liczyli na to, że pacjenci wykończą się po drodze i lekarze nie będą mieli za dużo roboty.
Trójka bandytów siedziała związana i zakneblowana na pacę furgonetki. Kapitan przekazał im informację, że w oficjalnym raporcie nie miało być żadnej wzmianki o więźniach. Ocalały policjant podzieliłby ich los, ale jego koledzy zjawili się wyjątkowo szybko. Nie było sensu wszczynać niepotrzebną bójkę tym bardziej, że koleś z radością dzielił się informacjami. Było to co najmniej podejrzane.

- Celem ataku był niejaki Miguel Jose, lokalny dealer i gnój jakich mało.
– przecierał co chwilę czoło białą chusteczką – Miał przekazać mi cenne informację. Pogrzebał najwyraźniej w mrowisku, którego nie powinien ruszać. Nie zdążył się podzielić swoja wiedzą. Uciekł podczas strzelaniny. Jest dość znany w tej okolicy. Lubi ostry towar i łatwe kobiety, więc najlepiej szukać go po nocnych klubach. Prześle wam jego profil. Znajdźcie jego, a dowiecie się czemu wybuchło to zamieszanie. Tylko proszę, nie zabijajcie go.

Szczerość i bezpośredniość policjanta były powalające. Rozmowa szybko się skończyła i Fontes zarządził szybką naradę.

- Americo, Arona i Riviera macie znaleźć jakieś przytulne gniazdko gdzie będziemy mogli wysłuchać co mają do wyćwierkania nasze ptaszki. Jesteście odpowiedzialni za ich przesłuchanie. My udamy się na najbliższy posterunek. Podrzucicie nas tam. Mam znajomego policjanta, może on pomoże nam ustalić co tutaj się dzieje. Przyjedźcie po nas za trzy godziny. Wieczorem trzeba będzie poszukać tego dealera.

Kiedy grupy rozłączyły się, Juan sprawdził swój telefon. Na ekranie wyświetlił się komunikat o kilkunastu nieodebranych połączeniach i jednej nagranej wiadomości. To jego dziewczyna bezskutecznie próbowała się z nim skontaktować.

Odsłuchał wiadomości:

- Kochanie. – drżący głos Cathrine wcisnął go głębiej w fotel. – Jestem w szpitalu świętego Pawła. Proszę przyjedź jak najszybciej. Nie mogę czekać do wieczora. Tak bardzo cię kocham.
 
mataichi jest offline  
Stary 13-10-2011, 18:56   #7
 
Aeshadiv's Avatar
 
Reputacja: 959 Aeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwu
Miguel Jose 12:43

"Kurwa... co to było?" - pomyślał widząc jak pocisk wbijał się w ścianę jak w masło. Kilka bardziej lub mniej ostrych odłamków uderzyło Meksykańca w twarz. Dzikim pędem wybiegł poza budynek kawiarni. Nie było czasu na zastanawianie się nad czymś innym niż ucieczka. Tu szło o jego życie. Mówi się, przynajmniej tak słyszał, że koty mają dziewięć żyć. Jakaś panienka kiedyś mówiła mu "kotku", przyjmując takie określenie dla Miguela oznaczałoby, że dziś stracił około czterech takich kocich żywotów.

Podróbka bagnetu momentalnie zagościła w dłoni Miguela gotowa do ataku, gdy tylko usłyszał kroki. Wychylił się zza kontenera. Na szczęście, leżało tam jakieś stare futro, więc włosy chłopaka dobrze wtopiły się w tę "zasłonę". Bandyci go nie zauważyli.
"Pinto... skurwielu..." - pomyślał widząc czarnucha. Małpia morda i odstające brudne uszy doskonale odzwierciedlały inteligencje gangstera. Taki typowy okaz australopitka...

W końcu poszli... trzeba było w końcu podsumować to co się stało. Kula w kawiarni... najpierw pierdolnęła w ścianę, później dopiero usłyszał wystrzał... bandziory nie miały chyba karabinu snajperskiego... Policja? Czyżby oddziały specjalne? Czuł się otoczony, już nie wiedział czy może ufać glinom. Pasowałoby z ukrycia dowiedzieć się kto za czym stoi... póki co trzeba odnowić stare znajomości...

Miguel bocznymi uliczkami udał się do dzielnicy biedy w której zazwyczaj można było spotkać jego przyjaciela z początków pobytu w Rio. To chyba była jedna osoba, której można było ufać... chyba...

Jakieś cztery mile za granicą slumsów Rio stał budynek zwany przez nielicznych czerwoną budą. Osoby niewtajemniczone nie wiedziały, że nie chodzi tu o kolor domku, bo ten był barwy białej. Wuj Alberto, który był właścicielem owego przybytu był po prostu zatwardziałym komunistą. Swojego psa nazwał nawet Che, ze względu na to, że kiedyś po pijaku potrącił obraz Che Guevara'y i myślał, że kopnął swojego psa. Jak to możliwe? Nikt nie wie. Staruszek pewnie pomieszał wódę własnej roboty z jakimś halucynogenem. Miguel wiedział, że mimo sporej różnicy poglądów i tego człowieka zazwyczaj mógł szukać wsparcia. Nie był to jego przyjaciel, ale raczej koleś do dobrych rad, który zna każdego w Rio.

-Morda Che! - ryknął Miguel, gdy kundel podbiegł do bramki i zaczął warczeć. Po chwili pies jednak poczuł smród jaki zawsze towarzyszył meksykańcowi i przestał być agresywny.
-Grzeczny komuch - skomentował z uśmiechem. Otworzył bramkę i wolnym krokiem, podziwiając konopię rosnącą na parapecie jak kwiatek podszedł do drzwi i zapukał. W sumie bez celu, ale zazwyczaj tak robił, taki nawyk.
-Właź Miguel, wiem, że to ty, bo Che w końcu zamknął mordę, a nie słyszałem niczyich wrzasków. - odezwał się lekko podchmilony głos sprzed telewizora.
Pokój był bardzo niechlujnie urządzony. Na ścianie przy łóżku wisiała mapa Rio. Wisiała to za dużo powiedziane. Ledwo co trzymała się na strzępach taśmy jest tu znacznie lepszym określeniem.
- Witaj Wuju. - przywitał się młody
-Co tam młoda dupo? Przyszedłeś w odwiedziny, czy masz znów przesrane i nie wiesz co zrobić? - zapytał wrednie Alberto. Takie teksciki wybitnie denerwowały Miguela, ale z czasem zaczął się do nich przyzwyczajać.
-No, jak zwykle...
-Co tym razem? Puknąłeś nie tę suczkę?
-Znasz może tę kawiarenkę? - ignorując pytanie Miguel wskazał na mapie jakiś punkt.
-Pewnie, że znam - powiedział krótko stary
-Nawet nie spojrzałeś co pokazuje. - rzucił swoją uwagą Jose.
-Bo znam wszystkie kawiarnie w tym mieście. O która dokładnie pytasz? - pytał dalej gapiąc się na jakaś prezenterkę reklamującą jakieś badziew.
-Charliela? Coś brzmiało jak Charlie... nie pamiętam dokładnie nazwy.
-Chodzi Ci o Chaleira?
-Yhyy...
-No i co w związku z tym? Jest taki mały uroczy kącik.
-Uroczy? W tym uroczym kąciku ktoś prawie zrobił z mojego łba krwawą dziurę... żadni gangsterzy to nie byli. Chociaż posypało się trochę ołowiu.
-Hm? Strzelanina? - Wuj Alberto obrócił się. Ta sytuacja już go zainteresowała. Lubił wiedzieć kto do kogo strzela i za co.
-Wydaje mi się, że ktoś robił albo na mnie nagonkę, albo na gliniarza, przy czym to pierwsze jest bardziej prawdopodobne. Ten ktoś kto do mnie strzelał miał karabin snajperski, więc raczej nie był to członek gangu.
-Twierdzisz, że w gangach nie używa się takich zabawek?
-Gdybyś zabaczył na miejscu Pinto to byś też tak stwierdził.
-Aaa! To zmienia postać rzeczy. - staruszek zaśmiał się poprawiąjąc swoją łysinę poprzez przykrycie jej czapką z daszkiem.
-Nie rozumiem tu jednego. Cała akcja zaczęła się gdy miałem powiedzieć co widziałem tam i ówdzie. Po chwili słyszę jak śmierć mija mnie o trzy centymetry...
-Nie podpadłeś komuś z glin?
-Nie. Właśnie dla nich pracowałem
-A tym drugim?
-Gangom?
-Gangom to na pewno podpadłeś znając twoje kurewskie szczęście.
-To o kim mówisz? - pytał Miguel nie wiedząc o czym stary gada.
-O BOPE, czaszki...
Tutaj Miguel zamilkł... Nie wiedział co powiedzieć. Słyszał sporo o tej jednostce, ale rzadko co miał z nimi do czynienia. Co najwyżej był przez nich przeganiany z tłumu gapiów. Oparł się o szafkę i tak jak stary wgapił się w tyłek prezenterki sprzedającej jakiś badziew w TV markecie.
 

Ostatnio edytowane przez Aeshadiv : 18-10-2011 o 01:38.
Aeshadiv jest offline  
Stary 16-10-2011, 22:50   #8
 
Hawkeye's Avatar
 
Reputacja: 5746 Hawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputację
Juan odłożył swój telefon do kieszeni. W tej jednej chwili, przez jego głowę galopowały najgorsze myśli, a jakiś głosik powtarzał ciągle "stało się coś złego ... coś złego". Metys chciał przekląć, głośno, siarczyście ... jednakże w tej chwili nie ufał swojemu głosowi. Szybko rozejrzał się po okolicy, zastanawiając się ile osób, mogło być świadkami całej gammy emocji, które malowały się na jego twarzy. Na całe szczęście wyglądało na to, że nikt nie zwrócił na niego uwagi. Wziął kilka głębokich oddechów, próbując się uspokoić.

Dopiero po paru chwilach podszedł do USA i Latino.

-Posłuchajcie - odezwał się w miarę spokojnym głosem, chociaż w sposobie jego wypowiedzi dało wyczuć się lekkie zmęczenie i zaniepokojenie

-Czy moglibyście sami zająć się przesłuchaniem ... ważna sprawa rodzina ... muszę pojechać do szpitala - nie chciał wchodzić w zbyt wielkie szczegóły. Nie znał zbyt dobrze tych ludzi i jakoś nie miał ochoty opowiadać im o tych kłopotach. Na całe szczęście pozostała dwójka żandarmów, nie widziała przeszkód, przed rozłączeniem się.

Zwiadowca podbiegł do jednej z ekip BOPE, która przyjechała tuż po strzelaninie zapewnić kolegom ewentualne wsparcie i popatrzeć na ich rękodzieło. Po krótkiej rozmowie wskoczył do samochodu ...

Nie pamiętał zbyt dobrze drogi do szpitala. Jego mózg nawet dobrze nie zarejestrował trasy i przesiadek. Szpital św. Pawła był wysokim, dziesięciopiętrowym białym budynkiem, znajdującym się na niedużym wzniesieniu, w jednej z centralnych dzielnic miasta. Chociaż przyciągał spojrzenia, nikt nie zapytał go o cel wizyty ... być może powodował to mundur, a może mina Carlosa, który w tej chwili nie wyglądał na najprzyjemniejszą osobę pod słońcem.

Szybko zauważył Cathrine. Jej długie, rude włosy, zazwyczaj związane wstążka, zwisały teraz swobodnie. Jego ukochana miała 170 cm wzrostu i była raczej drobna, co powodowało, że w zatłoczonym szpitalnym holu, co chwila znikała mu z oczu. W końcu jednak i ona go zauważyła. Jej zielone oczy, były mocno zaczerwienione od łez, one też rozmazały jej makijaż. W dłoniach ściskała zakrwawioną chusteczkę. Gdy tylko zobaczyła Juana podbiegła do niego, szukając wsparcia.

- Powinnam powiedzieć ci o tym wcześniej. –
starała się żeby jej głos był pozbawiony emocji, ale bliskość sprawiła, że zaczęła się rozklejać. – Nigdy mi tego nie wybaczysz... tak bardzo cię przepraszam.-

Przytulił ją. Serce miał praktycznie w gardle. Nie wiedział co się stało, ale nie mogło to być nic dobrego. Przełknął ciężko ślinę, nie ufając swojemu głosowi -Co się stało? -

- Maria … ona zaczęła zadawać się z jednym z… handlarzy. – głośno przełknęła ślinę. Mówiła powoli. Wyraźnie bała się reakcji Juana. – Próbowała się z tego wyrwać, ale była zadłużona u jednego człowieka. Miguel. Tak miał na imię. Powiedziałam, że pożyczę jej pieniądze. Poszłyśmy razem dzisiaj do niego. Nie chciałam jej zostawiać samej. Pobili Marię. Skatowali ją na moich oczach. Boże powinnam powiedzieć ci o tym wcześniej. – czekała na reakcję ukochanego hamując szloch.

Juan odetchnął z ulgą, bał się, że to coś gorszego, że coś jest nie tak z Cathrine ... po chwili zacisnął zęby. To było głupie, bardzo głupie z jej strony, ale każdy mógł popełniać błędy. Przede wszystkim przytulił ją mocniej, jakby z ulgą i odezwał się spokojniejszym głosem

-Przestraszyłaś mnie ... cholernie mnie przestraszyłaś, bałem się, że coś się tobie stało - zamilkł obserwując jej twarz. Jej łzy i smutek sprawiał mu duży ból, wieki temu ... cóż jego Indiańska część pewnie oddałaby dilera na żer dużym amazońskim mrówkom ... cywilizowany człowiek, rozwiązałby to inaczej. Prawda była jednak, że stał gdzieś pośrodku ... był dumny ze swojego pochodzenia, z obu swoich światów. Uśmiechnął się aby uspokoić dziewczynę

-Przede wszystkim, masz rację, że powinnaś mi powiedzieć wszystko, ale nie martw się, wszystko będzie w porządku ... jednak to co zrobiłyście ... to było głupie - Pociągnął ją lekko w stronę krzeseł i usiadł na jednym z nich. Widać było, że mocno myśli o wszystkim

-Jaki jest stan Marie? - zapytał nagle -Można z nią rozmawiać?-

Pokręciła przecząco głową. – Jest w tej chwili operowana. Lekarz nie chciał mi nic powiedzieć. – zrobiła krótką przerwę na zebranie myśli

Juan nic nie mogłam zrobić. Stałam nieruchomo i tylko patrzyłam się jak ją kopali i śmiali się. Nie mogę wyrzucić tego rechoty z głowy. Mówili, że dawno nikt im nie zapewnił takiej rozrywki. -

Metys popatrzył jej w oczy i odezwał się najbardziej uspokajającym tonem na jaki mógł się zebrać -Nie mogłaś nic zrobić, nie przejmuj się tym ... gdybyś spróbowała, pewnie też byłabyś teraz operowana ... ten Miguel ... miał jakieś nazwisko, uczestniczył w tym? -

- Nie było go. Nie wiem kim byli ci ludzie, pewnie jego kumplami, bo Maria znała jednego z nich. On miał na nazwisko… Jose. Tak, dokładnie tak. -

Carlos zamknął oczy "Miguel Jose", ten świat był mały ... cholernie mały, a pan Miguel właśnie zarobił u niego dużego minusa. Zwiadowca był przekonany, że dowie się wszystkiego od niego, kim byli ci ludzie, a potem zapłacą ... ohh zapłacą w style BOPE. Juan uważał się za spokojnego człowieka, byłe jednak pewne granice, których nie należało przekraczać, a ci ludzie ... ci ludzie popełnili błąd. Dilerzy, władcy cholernej miejskiej dżungli ... cóż prawda była taka, że Juan był wojownikiem ... gdyby został w rezerwacie, pewnie podążyłby ścieżką swojego ojca, zostałby myśliwym i teraz czuł ofiarę. Ci, którzy zginęli dzisiaj, mieli pewnie tyle samo na sumieniu ... a jednocześnie nie zniżyli się do tak niskiego poziomu, jak atakowanie bezbronnej kobiety ... Krwawy Felix, nie będzie miał na pewno nic przeciwko małemu postojowi ... załatwi się to ... byli BOPE i to należało do ich obowiązków ... byli na wojnie. Odezwał się głośno w języku Terena, w języku swojego ojca i swoich przodków

-Niech Bóg błogosławi, moje polowanie - po tych słowach spojrzał na swoją dziewczynę

-Słyszałem o nim - powiedział -Zajmę się tym, obiecuję ci to ... nie musisz się bać ... pamiętaj, że możesz mi powiedzieć wszystko ... pomogę tobie zawsze -

- Nigdy więcej cię o to nie poproszę. – jej spojrzenie zmieniło się na bardziej harde. Kobieta posmakowała zaledwie cząstki prawdziwego oblicza Rio, ale to wystarczyło, żeby zmienić sposób myślenia.

– Niech za to zapłacą. Mają poczuć się bezbronni jak Maria. Nigdy więcej mają się nie zaśmiać. -

Żandarm powoli kiwnął głową. Właściwie nie było nic do powiedzenia. Cathrine napisała na jakieś karteczce adres ... być może klucz do odnalezienia Jose. Miał duże szczęście, że nie uczestniczył w katowaniu przyjaciółki jego ukochanej. Wtedy prośba policjanta, o nie zabijanie go okazałaby się daremna. Tak miał jeszcze szansę, o ile okaże się chętny do współpracy.

-Posłuchaj zostałem chwilowo przeniesiony do tymczasowej drużyny ... mamy sprawę do rozwiązania i ona może powodować, że będę przychodził do domu później ... ale nie bój się, zajmę się wszystkim ... daj mi znać, jak będziesz wiedzieć coś więcej o stanie Marie i uważaj na siebie ... - przytulił ją ponownie. Jej słowa sprawiły, że populacja mętów w Rio straci niedługo paru osobników.

Spojrzał na zegarek, wolał nie spóźnić się na naradę u Felixa i poszukiwania dilera ... stały się one w końcu bardziej osobiste ...
 
__________________
We have done the impossible, and that makes us mighty
Hawkeye jest offline  
Stary 17-10-2011, 21:50   #9
Jej mackowatość
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 10287 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
Americo pozwolił sobie na szczerozłoto wyraz uczuć względem gapiów, gdy schwytanych pakowano do samochodu. Z wolna wyciągnął urękawiczoną dłoń, jakby był gotów by skomentować sytuację jak rasowy przedstawiciel medialny. Poczekał aż przyciągnie wystarczająco duże zainteresowanie, miał w tym doświadczenie. „Ludzie, spokojnie, wszystko wam wyjaśnię” mówiły jego oczy znad półmaski. „Spójrzcie tylko, a wnet sytuacja stanie się klarowniejsza.”

Niezwykle ostrożnie zacisnął pięść i wystawił środkowy palec. Zatoczył ramieniem szeroki łuk, aby wszyscy mogli podziwiać komentarz BOPE. A potem wskoczył do furgonetki. Humor od razu mu się poprawił.

***

„Jak to możliwe… Jak to do kurwy nędzy możliwe?! To było nie więcej niż300 metrów do chuja pana!”


Z tej odległości trafiłaby kolibra z dużym prawdopodobieństwem wyboru między dziobem a ogonem, ale jednak… tym razem nawet nie postrzeliła człowieka. Nikt chyba nie zauważył, ale i tak… na wspomnienie uczucia, które wtedy ją ogarnęło, Felicita zadrżała mimowolnie. To było coś dziwnego, coś w jej głowie, a jednocześnie obce, jakby oślizgłe… przemknęło przez jej umysł niepostrzeżenie i na ułamek sekundy zawładnęło ciałem. Tak to odczuwała, a jednocześnie klęła w myślach na samą siebie, że prawdopodobnie próbuje wytłumaczyć się przed sobą z ewidentnego mega-pudła. To musiała być jej wina, bo przecież co innego? Nie pozwoli duchom przeszłości zawładnąć swoją wyobraźnia, nie będzie przecież…

- Rozmarzyłaś się jak przyjemnie byłoby przytulić misia, napić się kakao, nakryć pod szyję kołdrą i włączyć telenowelę? Czy to może o mnie tak sobie słodko dumasz? Latino, mówię do ciebie!

Głos USA wyrwał ją z zamyślenia, dopiero teraz zorientowała się, że ściska pięści tak mocno, że pobielały jej kłykcie oraz palce z utrudnionego przepływu krwi.

- Weź spierdalaj. - odburknęła, nie umiejąc wysilić w tej chwili swojego mózgu do bardziej rozbudowanej riposty.

Powoli rozluźniła dłonie, odczuwając znajome mrowienie, które zapowiadało rychły powrót czucia. Rozejrzała się, łypiąc spode łba na otoczenie. Prawdę mówiąc ledwo zarejestrowała jak najpierw kapitan, a potem Juan zostawili ją i Americo z jeńcami. Teraz stała przed rzędem kontenerów, jakie zwykle pakowano na ciężarówki. Większość była pusta lub zawalona jakimiś śmieciami, lecz nie kontener HVJ353G. Tu Czaszki miały swój nieoficjalny pokój przesłuchań - jeden z wielu w mieście. Był to jeden z tych punktów na drodze życiowej osób, które zadarły z BOPE, gdzie słuch po większości ginął, a tylko dla niewielkiej grupy, która wyszła stąd cało, stanowił punkt zwrotny, niemal egzystencjonalne katharsis.

- Bierzmy jednego, a resztę zostawmy w furgonie. Są skuci, więc nawet nie musimy ich zamykać. - nagle uświadomiła sobie z całą ostrością to, czym za chwile będą zajmować się z Americo - Niech słyszą tego. - dodała - Może nie popełnią jego błędów, kiedy i za nich się weźmiemy.

Gdy pojazd zatrzymał się przy opustoszałej kamienicy, Cassio wyciągnął obdartusa, czarnego jak grillowany heban. Ciągnął go za włosy tuż przy skórze głowy, zgiętego w pół. Drugą rękę wsadził mu pod pachę, z całej siły wbijając kciuk w miękką tkankę.

- Wypierdalać – mruknął do dzieciaka słaniającego się przy wejściu. Pieprzony nastoletni heroinista zwiał jak wystraszony, sterroryzowany przez pana domu-alkoholika piesek na widok gazety. – Dasz radę, Latino? Wiesz, nie wystarczy pokazać mu cycki, żeby go zmiękczyć. - Oczywiście wiedział, że ją to tylko rozsierdzi.

- Weź... - już miała się powtórzyć, ale nie chcąc uchodzić za półgłówka, rozbudowała wypowiedź - Weź się nie martw. To nie pierwszy raz przecież.

"I nie ostatni."
- dodały jej myśli.

- Wygrałeś los, kolego. I tak się w końcu dowiemy, czego chcemy. Jeśli ładnie będziesz odpowiadał, koledzy będą ci wdzięczni, że nie musieli cię zastąpić, łapiesz?
USA przygotował grunt dla snajperki. W sumie był ciekaw, co się zaraz stanie.

Uśmiech okrucieństwa wypłynął na wargi Latino. Czuła w powietrzu strach. Miała ochotę się wyżyć. Nie interesowały jej zeznania ani tego, ani innego więźnia, chciała po prostu zadawać ból po to, by udowodnić samej sobie, że jest na wygranej pozycji i to nie ona będzie ofiarą.
 
__________________
Up high in the middle of nowhere
Don't know, but you know, when you get there
Walk slow and low on a tightrope
Hope it last, but you know, you never know...

Ostatnio edytowane przez Mira : 17-10-2011 o 21:54.
Mira jest offline  
Stary 19-10-2011, 01:19   #10
 
Mivnova's Avatar
 
Reputacja: 262 Mivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skałMivnova jest jak klejnot wśród skał
- Panie pierwsze Raimundo rzucił pechowcem niczym workiem śmieci. Chudy gangster nie trafił w rozlatujące się, drewniane krzesło i instynktownie próbując zachować pion, oparł się plecami o ścianę wyżartą rdzą przez czas i wilgoć. Szuje zawsze lgnęły do ścian, musiał być to jakiś rodzaj fawelowego mechanizmu obronnego. Prawie jak szczurza zbiorowa świadomość.
Cassio sprawdził jeszcze raz więzy, po czym z wolna się rozejrzał. Wnętrze kontenera zdobiły dwa wzory, jeden mogący być parodią graffiti, drugi układały zaschnięte wymiociny. Czarnuch szarpnął konwulsyjnie stopami po podłodze pełnej pojedynczych kartek z tanich pisemek pornograficznych, puszek po sprayach i zgniłozielonych butelek. Americo postawił krok ku wejściu, by upewnić się, że nikt im nie przeszkodzi. Pod ciężkimi butami zachrzęścił plastik, pewnie strzykawka. Śmierdziało pleśnią, uryną, spermą i zgrzybiałymi papierzyskami. Chyba nowi lokatorzy, wywnioskował z kontrolowanym podług możliwości obrzydzeniem. Z nimi też będzie trzeba pogadać. HVJ353G od zawsze należał do Czaszek, jakieś zasady w Słonecznym Rio musiały być.

Latino obeszła więźnia niczym drapieżnik, który wie, że ofiara już mu się nie wymknie i teraz może się nią rozkoszować bez pośpiechu. Spojrzała mężczyźnie w oczy - było w nich widać, że fakt, iż przesłuchiwać będzie kobieta, dał facetowi złudną nadzieję, że jednak przetrzyma. To dobrze... tylko ludzi, którzy wierzą w lepszy los, można naprawdę złamać.

- Zaczynamy przesłuchanie - odezwała się lekko zachrypniętym głosem, wyciągając z jednego z butów sznurówkę. - To jest pierwszy i ostatni raz, kiedy się do Ciebie odzywam.

A myślałem, że to ja będę złym gliną, pomyślał USA. Odwrócił wzrok i sam do siebie uniósł brew. Przedramieniem otarł z czoła pot. Było gorąco jak w szklarni hodowcy marychy. Porucznik był pełen uznania dla każdej kolejnej sekundy, Latino zdawała się istotnie wiedzieć, co robi.

Błysk zdziwienia pojawił się w oczach czarnucha, nie dał jednak po sobie poznać tego uczucia, zachowując pokerowe oblicze.

- Nie będę pytać, nie będę prosić ani krzyczeć, nie będę straszyć, nie będę nawet mówiła, które odpowiedzi mnie satysfakcjonują, a które nie. To Twoim zadaniem będzie się tego domyśleć. Ja skończę... dopiero kiedy sama uznam, ze powiedziałeś mi już wszystko. Rozumiesz? A zatem... koniec mojego monologu.

Felicita złapała więźnia za kajdanki, którymi miał skute dłonie z przodu. Silnym, zdecydowany kopniakiem obróciła go na brzuch, przez co wyciągnął się jak długi, z rękami nad głową. Wprawionym ruchem kobieta oplotła łańcuch kajdanek trzykrotnie sznurówką, po czym przywiązała ją do metalowej rurki wbitej w ziemię, która kiedyś musiała być częścią jakiejś barierki.

Sprawdziwszy kilkakrotnie węzeł, Latino po prostu przysiadła obok skrępowanych dłoni więźnia, chwytając prawą z nich w swoją - jakby chciała dodać skazańcowi odwagi. Wyjęła z kieszeni paczkę papierosów. Włożyła jedną fajkę do ust, schowała fajki, a następnie z drugiej kieszeni wyciągnęła pudełko zapałek. Płynnym ruchem rozpaliła zapałkę, odpaliła szluga, a tlącą się jeszcze żerdkę sprawnie wbiła pomiędzy paznokieć a palec kciuka czarnucha. Krzyknął się i szarpnął, ale druga dłoń Felicity trzymała go silnie - więc po to był ten uścisk.

Kobieta zaciągnęła się papierosem, delektując się nikotynowym oddechem. Wyjęła kolejną zapałkę z pudełeczka i już bez jej zapalania wcisnęła - tym razem przełamując opór skóry - pod paznokieć aż do korzenia. Popłynęła krew.

Podobny scenariusz rozegrał się z kolejnymi czterema palcami prawej dłoni, pod każdym z nich Arona umieściła 2 zapałki. Mężczyzna krzyczał, klął i błagał, lecz wciąż nie sypał.

Latino włożyła pudełko z zapałkami do kieszeni i po raz pierwszy od rozpoczęcia przesłuchania spojrzała na mężczyznę. Na jej twarz pojawił się uśmiech. Pogładziła wskazujący, pokrwawiony, już spuchnięty palec więźnia i ujęła wystające spod paznokcia zapałki w swoje palce. Uśmiechając się coraz szerzej zaczęła podważać drewienka, wyrywając tym samym milimetr po milimetrze paznokieć mężczyzny.

- AAAAAAAAAAAAAAAAA!!! - tak, to był wreszcie porządny krzyk. Kto by uwierzył, że tak mała i nieznacząca część ciała potrafi tak kurewsko boleć...
- AAAAAAA * * * * - wrzask został urwany łagodnym mlaśnięciem, USA kucnął po drugiej stronie pojmanego i oparł mu kolano na kroku. Starał się jednak, by nie naciskać zbyt mocno. Zaczynanie od jąder mijało się z celem, groźby i ból należało stopniować, inaczej ofiara stawała się zbyt szybko obojętna. Cassio urwał skrzeczenie, przyciskając wskazującym palcem język mężczyzny. Kciuk i środkowy palec wepchał głęboko do ust torturowanego, aby gruby materiał rękawiczki uniemożliwił gryzienie. Miał wprawę, ćwiczył na psach. Rola tego przyjemniejszego policjanta zaczynała mu się podobać. Pieszczotliwie przyłożył do własnych ust drugą rękę, prosząc o ciszę.
- Widzisz, nie podzielam takich metod, serio. Nie sprawia mi to przyjemności – mówiąc musiał uważać, by nie parsknąć śmiechem. Kamienne, a nawet współczujące oblicze dostarczało jednak podwójnej satysfakcji. Aż sam uwierzył we własną wielkoduszność i zarazem pławił się w sukinsynstwie. Nie przerywając wypowiedzi, wpychał palce coraz głębiej, aż pojawiły się drgawki odruchu wymiotnego. – Ale jeśli nie zechcesz z nami porozmawiać, prawdopodobnie ta zimna suka zrobi ci to samo ze stopami. Co do mnie…
USA musiał przerwać na chwilę, gdyż chudzielec zadławił się własnymi wymiocinami. Obrócił mu głowę i pomógł pozbyć się z ust gęstej, gumiastej wydzieliny.
- Co do mnie – podjął z niesmakiem – przebiję ci bębenki. Nie masz pojęcia, kolego, ile człowiek potrafi wycierpieć i nawet specjalnie nie stracić zdrowia. A później, kto wie, może nawet zajrzę ci do dupy. Więc?

„Zapałki – czemu nigdy na to nie wpadłem?”, wyprostowawszy plecy, Americo strząsnął z dłoni lepkie plugastwo. Czuł się jak faszysta i było mu z tym cholernie dobrze. I miał gdzieś, czy to kwestia kompleksów. Miał ochotę powiedzieć do Felicity, jak seksowne robi to na nim wrażenie, gdy tak kobieta milczy i robi swoje, full professional, ale nie chciał psuć efektu gry psychologicznej.
 
Mivnova jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:14.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166