Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 22-12-2011, 18:02   #1
 
Kirholm's Avatar
 
Reputacja: 65 Kirholm wkrótce będzie znanyKirholm wkrótce będzie znanyKirholm wkrótce będzie znanyKirholm wkrótce będzie znanyKirholm wkrótce będzie znanyKirholm wkrótce będzie znanyKirholm wkrótce będzie znanyKirholm wkrótce będzie znanyKirholm wkrótce będzie znanyKirholm wkrótce będzie znanyKirholm wkrótce będzie znany
[18+ Horror] Sella Nevea

SELLA NEVEA


- I co ustaliłeś, Marco? - spytał proboszcz nerwowo ściszając głos. Panowie zamknęli się w małym pomieszczeniu przy zakrystii, wielebny chciał bowiem by jak najmniej informacji trafiło do zgromadzonych w świątyni wiernych.

Rasini pociągnął łyk herbaty z filiżanki i delikatnie odłożył naczynie na spodek. Oparł się o zabytkowy dębowy stolik i spojrzał na księdza niepocieszonym wzrokiem.

- Niestety, jak dotąd nic nie udało się ustalić. Zadzwoniłem po techników, lada chwila powinni tu być.

- Przecież rozmawiałeś z wiernymi, bądź ze mną szczery Marco, nie masz żadnych przypuszczeń?

- Nie śmiałbym nic zatajać. Nie prowadziłem jeszcze szczegółowych przesłuchań, zamierzałem szybko zamienić kilka zdań z każdym z podejrzanych, często na pierwszy rzut oka widać kto coś kombinuje, a poza tym chciałem dać jak najmniej czasu potencjalnemu mordercy na obmyślenie kłamstw. Jest ksiądz pewny, że nikt nie zdołał uciec?

- Ehh – proboszcz westchnął, a zmarszczki na jego twarzy wydały się być znacznie głębsze niż zazwyczaj – Niestety nie jestem tego pewien. Zrobiłem co mogłem, jak najszybciej, aczkolwiek morderca mógł opuścić świątynię innym wyjściem, przy głównym bowiem jest monitoring.

- Wiem o kamerach. Gdy tylko pojawią się technicy, obejrzymy nagrania.

Ludwik de Koch

Student z Francji siedział na drewnianej ławce, w bocznej nawie kościoła. Na klęczniku modliła się starsza, kompletnie osiwiała kobieta, wpatrzona w obraz przedstawiający wniebowstąpienie Najświętszej Marii Panny, po drugiej zaś stronie zaobserwował grupkę trzech młodych Niemców. Trudno ich było nie zauważyć, bowiem zachowywali się nader głośno, Ludwik miał również podejrzenie, iż są po kilku głębszych. Jeden z nich trzymał coś co w komnacie oświetlonej jedynie kilkoma świecami wyglądało na najnowszej generacji konsolę. Pozostali dwaj gapili się na ekranik jak sroki w gnat, co i raz wykrzykując raz to zapewne wyrażając radość z kolejnych rekordów bitych przez ich towarzysza, a raz wściekając się, iż muszą zaczynać grę od nowa.

Daina Pavlis

Piękna dziewczyna wraz ze swoją przyjaciółką zajęły miejsca w ostatnich ławkach nawy głównej. Kobieta chciała wyjść na papierosa, aczkolwiek stojący przy wyjściu duchowny stwierdził, iż nie ma takiej możliwości, a powstrzymanie się od palenia wyjdzie jej tylko na zdrowie. Gdy więc Daina stwierdziła, iż kolejne godziny spędzi na nudnej i cichej konwersacji z przyjaciółką, nagle usłyszała niski, męski głos, a gdy odwróciła głowę ujrzała dość przystojnego, młodego mężczyznę, o zwichrzonej czuprynie kruczoczarnych włosów i sympatycznej twarzy. Nosił na sobie błękitną polówkę od Ralpha Laurena i luźne dżinsy.

- Przepraszam, drogie panie – rozpoczął po angielsku z delikatnym wschodnim akcentem – Czy można się dosiąść? Pytałem komisarza jak długo to potrwa, obecnie czekają na techników, a z racji tego, że większość tu zebranych to turyści to zamiast zabrać od nas dane osobowe wszystkich nas tu trzymają, do momentu aż będą coś wiedzieć. Zapewne spędzimy tu następne kilka godzin, dlatego stwierdziłem że może warto z kimś pogawędzić. Piotr jestem, przyjechałem z Polski.

Mike Kozlowski i Lucas Davis

Mężczyźni siedzieli obok siebie w centralnej części głównej nawy. Zupełnie się nie znali, przypadkowo zajęli takie a nie inne miejsca. W normalnych okolicznościach zapewne oboje zwiedzaliby teraz kościelne dzieła sztuki, aczkolwiek nikt z osób zebranych obecnie w świątyni nie miał nastroju do podziwiania kunsztu średniowiecznych artystów czy zabiegów architektonicznych. Oboje potwornie się nudzili, w całym budynku panowała nieprzyjemna cisza, co i raz przerywana odbijającymi się echem krzykami bezczelnych Niemców lub niewyraźnymi dźwiękami krótkich rozmów prowadzonych przez duchownych z wiernymi. Co i raz musieli odpowiadać na pytanie ile to wszystko jeszcze potrwa, czy mają już podejrzenia kto zamordował księdza oraz kiedy przyjadą policyjni technicy.

Paweł Kolanowski

- Panie Kolanowski – mężczyzna usłyszał za sobą głos starszego księdza w brązowym habicie – Radio zepsuty bardzo, pomóc może? - duchowny nie władał zbyt dobrze językiem angielskim, atoli pracownik firmy Samsung Polska zrozumiał o co chodzi. Pewnie komisarz przekazał informacje, iż w świątyni znajduje się człowiek który być może zna się na rzeczy i może na miejscu nareperować radio. Mężczyźni udali się do zakrystii, a ksiądz wyciągnął urządzenie z szafy. Po krótkiej pogawędce udało im się ustalić, że do reperacji wpierw będzie potrzebny śrubokręt, niebawem więc takowe narzędzie zostało przyniesione.

Jan Nowak

Ksiądz z Polski modlił się teraz w ciszy i skupieniu przed drobnym ołtarzem w mieszkalnej części klasztoru. Nie miał ochoty w tej chwili konwersować z załamanymi po stracie bliskiego duchownymi, jak również przebywać w głównej części świątyni, gdzie przynajmniej przez pierwszą godzinę panował niesamowity gwar. Dopiero, gdy część ludzi zmęczyła się oczekiwaniem na przesłuchanie i nudą panującą wewnątrz emocje opadły i większość po prostu siadła w ławkach i z twarzami ukrytymi w dłoniach oddawali się w objęcia Morfeusza. Księdza z kontemplacji wyrwał dopiero głośny huk. Nowak od razu domyślił się, iż zamknięto główne wejście do kościoła, a skoro je zamknięto to uprzednio ktoś musiał je otworzyć.

Marco Buccola

Włoch zirytowany powolnym działaniem policji oraz przerażony całą tą sytuacją stał teraz przy rzeźbie przedstawiającej św. Łukasza. Z zadumy wyrwała go dopiero rodzina skośnookich, po kształcie twarzy zapewne z Chin. Każdy członek owej familii miał na szyi nowoczesny aparat fotograficzny, w rękach zaś dzierżył mapę okolicy oraz butelkę wody do picia. Wszyscy posiadali także podróżne plecaki, te same modele, tej samej firmy. Turyści jakby nie przejęli się morderstwem jakiego dokonano w świątyni, non stop robili kolejne zdjęcia, tak że ciemność kościoła co i raz rozświetlał błysk flesza. W pewnym momencie ojciec rodziny podszedł do Marco i łamanym angielskim począł namawiać go by zrobił im zdjęcie na tle pomnika patrona świątyni.

Simon Frost

Fotograf ochłonął. Był jednym z pierwszych, którzy ujrzeli zmasakrowane truchło kapłana, jednakże już w zasadzie podczas przesłuchania zaczynał dochodzić do siebie. Niestety sytuacja póki co nie prezentowała się zbyt dobrze i nie zanosiło się na to, iż Simon da radę niedługo opuścić sakralną budowlę. Gdy tylko pojawili się technicy był pewien, iż posiedzi tu jeszcze minimum dwie godziny. Kątem oka ujrzał niezwykle piękną dziewczynę i dałby sobie głowę uciąć, iż była Amerykanką, bowiem gdy najprawdopodobniej rozładował się jej telefon przeklęła z idealnym akcentem.



Wszyscy

Nagle drzwi do kościoła otworzyły się, a jego wnętrze przez chwilę wypełniło się lekkim światłem. Słońce już kończyło swoją wędrówkę po niebie, aczkolwiek tak czy siak na zewnątrz było jaśniej. Daina, siedząca najbliżej wyjścia, ujrzała stojący przed kościołem radiowóz włoskiej policji i kierujących się do środka funkcjonariuszy z walizkami zapewne wypełnionymi specjalistycznym sprzętem. Gdy tylko piątka policjantów w jaskrawożółtych kamizelkach znalazła się wewnątrz świątyni, komisarz wymieniwszy z kolegami uściski dłoni ponownie zamknął świątynię.
 

Ostatnio edytowane przez Kirholm : 24-12-2011 o 12:33.
Kirholm jest offline  
Stary 22-12-2011, 22:35   #2
 
Shavitrah's Avatar
 
Reputacja: 10 Shavitrah nie jest za bardzo znanyShavitrah nie jest za bardzo znanyShavitrah nie jest za bardzo znanyShavitrah nie jest za bardzo znany
Dzień rozpoczęła zwyczajnie, może nawet aż nadto. Ze sfery marzeń sennych gwałtownie wyrwał ją rozentuzjazmowany głos przyjaciółki stojącej tuż za drzwiami prowadzącymi do sypialni. Daina była więcej niż pewna, że gdyby tylko nie były one zamknięte, ta bez wahania wparowałaby do środka i zaczęła własnoręcznie wyciągać ją z miękkiej, cudownie ciepłej pościeli.

- Już, moment... Daj mi chwilę - mruknęła niezbyt składnie, jednocześnie wstając i przecierając oczy. Przez kilka minut próbowała odzyskać przytomność umysłu, jednak ostatecznie pomógł jej w tym kuszący, wydobywający się z kuchni aromat świeżo przyrządzonej kawy.

Ubrała się i doprowadziła do jako-takiego porządku w całkiem krótkim czasie, po czym wyszła z pokoju, uprzednio oglądając się jeszcze przez ramię na zostawione w nieporządku łóżko. Postanowiła zająć się jego pościeleniem później. Przyjechała tu przecież wypoczywać, a nie spędzać poranki na sprzątaniu.

* * *

- Jakie mamy plany na dzisiaj?
- Miałyśmy iść zwiedzać ten kościół, czy coś.
- Naprawdę nie możemy tego przełożyć? -
Daina nie była aż tak zachwycona perspektywą spędzenia dzisiejszego dnia w - jak przypuszczała - dusznym, małym budynku wypełnionym po brzegi nie tylko wiernymi, ale też turystami. Widząc stanowczą minę Adriany westchnęła tylko nieco ostentacyjnie i upiła kilka łyków ze swojej filiżanki.


Śniadanie obie dokończyły już w milczeniu, które przerwała Adriana dopiero wtedy, gdy zabrała się do mycia naczyń.
- Ciągle nosisz ten pierścionek - bardziej zauważyła, niż zapytała. Wlepiła wzrok w błyskotkę i zmarszczyła brwi w wyraźnym geście dezaprobaty, nie dając kobiecie szansy na wejście jej w słowo. - Jak sobie chcesz, ale ja bym go zdjęła.
- Przyzwyczajenie.
- Jak sobie chcesz...


* * *

Do celu swojej podróży dotarły bez żadnych przeszkód, a sam budynek okazał się być znacznie bardziej przestronny, niż przypuszczała Daina. Skłamałaby mówiąc, że nie odczuła przy tym żadnej ulgi; nie przepadała za przebywaniem w zatłoczonych miejscach, a zwłaszcza tych gorzej jej znanych. Przed wejściem do jego głównej sali zawahała się nieco, jakby sama nie będąc pewną swoich intencji - przeżegnać się, czy nie? Ostatecznie zwyciężył jednak odruch i palce kobiety wykonały pośpiesznie znak krzyża. Dość niedokładnie.

Zdecydowały się rozdzielić - Adriana udała się w stronę ołtarza, Daina zaś skierowała swe kroki ku licznym dziełom sztuki, szczególną uwagę zwracając na porozmieszczane tu i ówdzie płaskorzeźby. Choć nie była specjalistką w tej dziedzinie i najprawdopodobniej jako laik nie była w stanie docenić wielu ich walorów, wydały się dla niej bardziej interesujące od obrazów czy też innych - niemalże przesadnych, jeśli ktoś byłby ciekaw jej opinii - zdobień. Była przekonana, że prawdziwa wiara nie potrzebuje całej tej okapującej wręcz złotem i przepychem otoczki i dowodzić jej należy poprzez czyny, a nie adorowanie święconych figur czy innych obiektów.

Rozglądała się właśnie dookoła i usiłowała wyszukać w tłumie znajomą twarz swojej przyjaciółki, gdy nagle do jej uszu dobiegł kobiecy krzyk dodatkowo spotęgowany dzięki akustyce tego miejsca. Mimowolnie odwróciła się w kierunku jego źródła, by zauważyć wianuszek ludzi zbierających się wokół jednego z konfesjonałów. Powoli zaczęła podchodzić bliżej, jednak kolejne jej kroki były już bardziej zdecydowane - ciekawość robiła swoje. Zatrzymała się gwałtownie, gdy tylko zdołała dostrzec strużki krwi cieknącej z konfesjonału; uczyniła to jednak zbyt późno, by nie dostrzec zmasakrowanego księdza. To, co widzi, właściwie dotarło do niej dopiero po kilkunastu sekundach, jednak nawet to nie było w stanie złagodzić jej reakcji. Momentalnie poczuła specyficzną miękkość w nogach, a w pole widzenia zaczęły wkraczać jaskrawe plamy, skutecznie je zasłaniając. Zacisnęła mocno oczy i przytrzymała się pobliskiego filaru, starając się wykonać kilka głębokich wdechów.

Gdy minął już pierwszy szok, nie odważyła się podejść bliżej i przysiadła powoli na brzegu jednej z dalszych ławek, ukrywając twarz w roztrzęsionych nieco dłoniach. Zdecydowała się rozejrzeć dopiero, gdy poczuła siadającą obok Adrianę; mimo wszystko czuła się pewniej, mając ją przy sobie. Zauważyła trzech turystów głośno dyskutujących z proboszczem, jednak w tej chwili nie zastanawiała się jeszcze, jaki mógł być powód tej kłótni.



* * *

Na pytania zadawane przez komisarza starała się odpowiadać możliwie jak najbardziej rzeczowo, choć pozbieranie myśli nie należało do najłatwiejszych zadań. Gdy ten w końcu zakończył rozmowę i udał się, jak przypuszczała, przesłuchiwać kolejne obecne w kościele osoby, poczuła znajome uczucie odruchowo kierujące jej dłoń do kieszeni płaszcza i przywołujące do myśli aromatyczną woń tytoniu. Choć ostatnio starała się możliwie jak najbardziej ograniczać w kwestii palenia, tym razem zdenerwowanie wystawiło jej silną wolę na zbyt ciężką próbę.

Sytuacji wcale nie polepszał fakt zamknięcia wyjść z kościoła, o czym dowiedziała się, gdy duchowny kategorycznie zabronił jej opuszczenia budynku. Wzbierająca w Dainie irytacja sprawiła, że na te słowa żachnęła się jedynie i wróciła do zajmowanej wcześniej ławki; w drodze zdała sobie jednak sprawę, że na jego miejscu postąpiłaby tak samo. Konieczne środki ostrożności... Z braku lepszego zajęcia pogrążyła się więc w rozmowie z Adrianą, podczas której nie dowiedziała się zbyt wielu nowych rzeczy. Prawdę powiedziawszy, nie dowiedziała się niczego, co rzuciłoby trochę światła dzisiejsze wydarzenia. Wzdrygnęła się na wspomnienie widoku ujrzanego w konfesjonale i zamierzała się już podzielić z przyjaciółką przemyśleniami na temat tego, jak zdegenerowana osoba mogłaby dopuścić się podobnego czynu i w jakim celu, gdy usłyszała męski głos. Całkiem przyjemny głos z pewnością nienależący do znanego jej już duchownego, w czym utwierdziła się unosząc wzrok.

Ujrzany przez nią mężczyzna sprawiał wrażenie równie zniecierpliwionego obecnym tokiem prowadzonego śledztwa, dzięki czemu Daina poczuła przez krótką chwilę coś w stylu "solidarności" z nim. Być może właśnie ta chwila zadecydowała, że bez większego wahania skinęła głową, wyrażając w ten sposób przyzwolenie.

- Tak, oczywiście. - Delikatny uśmiech pojawił się na twarzy kobiety po usłyszeniu słowa "Polska". Przez moment walczyła z pokusą przejścia na natywny język swojego rozmówcy, którego to zdołała się nauczyć głównie za sprawą ojca i rodziny z jego strony, jednak w końcu uznała taki pomysł za niedorzeczny. Wiedziała, że Adriana nie miała zbyt dużej styczności z tym językiem, wobec czego kontynuowała rozmowę po angielsku, starając się w miarę możliwości chronić od popełnienia jakiegoś nietaktu. Przedstawiła się, co uczyniła również jej towarzyszka.

- Obawiam się, że może to jeszcze trochę potrwać. Tak właściwie... Co się dokładniej stało? -Możliwe, że Piotr nie wiedział więcej od nich, jednak niczym nie ryzykowała, zadając mu takie pytanie. Wydało jej się zupełnie naturalne biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej teraz się znaleźli. Równie naturalna była również chęć podtrzymania rozmowy, a przynajmniej z jej strony.

Gdy drzwi kościoła otworzył się, Daina skierowała swój wzrok na wchodzących do środka mundurowych, kątem oka dostrzegła również radiowóz. Przez moment pomyślała, że zdecydują się jednak ich wypuścić i czym prędzej zakończyć tę farsę, jednak jej nadzieje rozwiały się w momencie ponownego zamknięcia świątyni.
 
Shavitrah jest offline  
Stary 23-12-2011, 01:11   #3
Architekt Horroru
 
Lomir's Avatar
 
Reputacja: 2621 Lomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputację
Ten wyjazd był dla niego przykrym obowiązkiem. Kolejnym życzeniem jego żony, które musiał spełnić, ku swemu niezadowoleniu. Wiedział, że czy się zgodzi czy nie i tak nie uniknie kłótni, ale z doświadczenia wiedział, że lepiej będzie gdy postąpi zgodnie z życzeniem żony.
Sella Nevea – na tą miejscowość padł wybór, oczywiście Mathy. Mike mógł się tylko domyślać, gdzie jego żona usłyszała o tej miejscowości, ale ani jedna z opcji nie pomagała mu przekonać się do tej decyzji. Podejrzewał, że albo jedna z koleżanek jego żony, równie zmanierowanych, opowiedziała jej jakie to wspaniałe i modne miejsce, albo wyczytała to w jakiejś kolorowej gazecie, które Mike uważał za kompletnie idiotyczne.
W dniu wyjazdu nie obyło się od awantury, która miała miejsce gdy jechali na lotnisko LAX. Powód był, jak zwykle, prozaiczny. Marthcie nie spodobało się to, że Mike zamówił taksówkę za wcześnie. Prawda była taka, że to żona Mike’a zdecydowała się w ostatniej chwili przepakować swoją walizkę, żeby wymienić jedną sukienkę na inną, czego nie omieszkał jej wytknąć. Chwilę potem pożałował swojej decyzji.
Dalsza część podróży minęła znośnie – Matha nie odzywała się do Mike’a więcej niż było to konieczne. Większość lotu młody mężczyzna przespał, lekko znieczulony szklanką, czy dwoma, whisky.

* * *

Hotel, w którym się zatrzymali był niewielki, idealnie wpasowujący się w architekturę otaczających budynków. Mike uznał, że projektant tego budynku znał się na swoim fachu, co obecnie nie było często spotykane, a młody mężczyzna coś o tym wiedział.
Wielkość hotelu nie odpowiadała zupełnie jakości zakwaterowania. Marmur, drogie systemy szklenia elewacji, zamki elektroniczne. Co za tym szło, cena też była na wysokim poziomie.
Idylla Mike’a nie trwała długo. Dosłownie po przekroczeniu progu pokoju Matha zaczęła narzekać i uskarżać się na zupełnie irracjonalne niewygody. Kolejna kłótnia wisiała w powietrzu, a jej wybuch był tylko kwestią czasu. Nie minęło go za wiele, gdy małżeństwo krzyczało na siebie i wymyślało sobie od najgorszych. Mike czuł, że jego nerwy są napięte jak postronki i praktycznie jest na granicy wytrzymałości…


* * *

Mike obejrzał się w stronę dobiegających go głosów. Powoli docierały do niego wszystkie szczegóły.
Kościół, zbiegowisko ludzi, konfesjonał. Gdy, zaciekawiony zamieszaniem, podszedł do zgromadzonych osób zobaczył na posadzce krew i powiódł wzrokiem za źródłem jej wypływu, a widok który ujrzał spowodował, że cofnął się o krok i zatoczył. W zasadzie spowodowały to obrazy, wspomnienia, które przywołał widok okaleczonego księdza.
Młody architekt spróbował ułożyć wszystko w całość. Zaczął od ogółu – skąd się tu wziął. Pamiętał, że przyleciał z żoną do Sella Nevea. Tu następowała czarna dziura, która kończyła się w momencie ocknięcia się w kościele. Zauważył, że miał na sobie ubranie, które miał również w dniu przylotu. Jednak plamy na nogawkach, zagniecenia na koszuli i zapach sugerowały, że nosił je od dłuższego czasu. Sprawdził kieszenie, komórka, portfel i jakiś inny obiekt, którego nie rozpoznał, a gdy wyciągnął go lekko z kieszeni - zamarł.
Wrócił na swoje miejsce, usiadł na drewnianej ławie i zamarł w bezruchu. Starał się ogarnąć gonitwę myśli, która rozpętała się w jego głowie. Gdy dotarło do niego co tu zaszło i zauważył radiowóz policyjny przez otwarte drzwi kościoła jego serce zaczęło bić jak oszalałe…

* * *

W chwilę później do głowy wpadła mu myśl, co powinien zrobić. Wstał i rozejrzał się po kościele. Wypatrywał miejsca, gdzie znajdowało się jak najmniej osób. Udał się w tym kierunku, z zamiarem pozbycia się problematycznej zawartości kieszeni. Liczył na to, że hałaśliwi Niemcy przyciągną większą uwagę niż on. Mike, starał się wyglądać na opanowanego i spokojnego, a przemieszczając się usiłował jak najmniej zwracać na siebie uwagę. Przyjął taktykę na „znudzonego czekaniem turystę”. Zmierzając w kierunku ustalonym wcześniej rozglądał się po kościele, udając zaciekawienie architekturą okresu romańskiego. W istocie, mimo okoliczności, przemknęło mu przez myśl, że obiekt ten jest jednym z lepiej zachowanych z tego okresu. Nie mógł jednak skupić na tym swoich myśli, które uciekały do zaistniałej sytuacji, spekulacji i możliwych rozwiązań i tłumaczeń.
 
Lomir jest offline  
Stary 24-12-2011, 15:08   #4
MTM
Komendant Pazur
 
MTM's Avatar
 
Reputacja: 10895 MTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputację


Specyficzna taksówka spokojnie pruła przez pustkowie. Pogoda była wymarzona. Żółta kula ogrzewała, a można nawet rzec przypiekała kierowcę i jego pasażera. Niebo było bezchmurne, jednak Lucas nie pogniewałby się gdyby spadł deszcz. Siedząc na tylnim fotelu wachlował namiętnie swym wysłużonym kapeluszem. Właśnie w tym momencie przypominał sobie jak równo rok temu siedział w Egipcie asystując sławnej pani archeolog. Wtedy to temperatura była znacznie wyższa. Niemały uśmiech zagościł pod jego nosem na wspomnienie, że jego szefowa musiała przez cały dzień chodzić w samej bieliźnie gdyż ktoś schował jej ciuchy.
- Chyba mamy problem – powiedział po włosku kierowca, wyrywając Lucasa z zamyślenia.
- Che cosa? – zapytał, starając się dopasować akcent.
- No ten, chyba brakło paliwa – gruby człowieczek przepraszająco spojrzał na swojego klienta. W tym momencie pojazd zaczął zwalniać.
- Cholera… - mruknął pod nosem zakładając swój kapelusz. – Ile jeszcze zostało do Sella Nevea’y?
- No będzie z jakieś dwa kilometry – odpowiedział uczciwie, wyciągając kluczyk ze stacyjki. Mozolnie wygrzebał się z siedzenia. Wyszedł na pobocze by rozprostować gnaty. Zaraz też dołączył do niego asystent archeologa.
- A do stacji benzynowej? – spytał ponownie, przeciągając się i ziewając.
- Będzie na miejscu. Jednak zaraz zadzwonię po lawetę i po kłopocie – dopowiedział, uśmiechając się w stronę pasażera. Próbował zachować dobre pozory, żeby nie rozgniewać klienta i by ten nie doniósł na niego skargi.
- Wie pan co? Od wylotu z Niemiec nie miałem okazji się przejść. Z przyjemnością dojdę na miejsce piechotą.
Kierowca był zdziwiony propozycją pasażera. Tego by się nie spodziewał. Jednak Lucas uspokoił jego ducha, wypłacając mu całą należność. Grubas chciwie wziął pieniądze i pomógł turyście wypakować walizkę. Mała to była walizka, bo też niewiele Lucas potrzebował. Szczęściem dla niego, że jej kółka mogły sprawnie przemieszczać się po asfaltowej drodze. Dopytał się jeszcze o drogę po czym pożegnał zadziwionego włocha.

***

Po półgodzinnej wędrówce dotarł na miejsce. Tego mu brakowało. Jako młody chłopak przemierzał całe Colorado ze swoim ojcem. To było jego drugie hobby, zaraz po grzebaniu w ziemi. Mężczyzna zachwycił się urokami miasteczka. Przystanął na chwilę, aby określić swoje położenie na mapie kupionej jeszcze przed wylotem. Gdy już zorientował się gdzież to ukrywa się tajemniczy dom, w którym miłe małżeństwo zaproponowało mu pokój, bez zwłoki ruszył dalej.



Z oddali zobaczył domek. Nieco się zdziwił na jego widok, ale za tą cenę nie mógł spodziewać się willi z basenem.
Małżeństwo okazało się bardzo przyjazne. Rozmawiał nawet z nimi po angielsku. Mąż był cieślą w średnim wieku, a żona małą kobietką o niesamowitej urodzie. Po tym jak wdał się z nimi w pogawędkę na temat tutejszych zabytków, Lucas poczuł nagłą potrzebę zobaczenia jednego z nich. Toteż następnego dnia, zaraz po świcie udał się przed kościół Świętego Łukasza. Po drodze starał się jak najwięcej zwiedzić. Do samej świątyni nie wszedł, albowiem musiał jeszcze załatwić parę spraw w mieście, jednak nawet z zewnątrz kościół prezentował się świetnie.
Ponownie wrócił tu koło godziny trzeciej, i tym razem z zamiarem dokładnego przebadania budowli.

***

Lucas nie był zawiedziony, że tu przyszedł. Z wlepionym wzrokiem na naścienne ozdoby wędrował przez cały kościół nie zwracając uwagi na innych. Kiedy już mu się to znudziło, pomyślał, że warto by było trochę się pomodlić. Nie był osobą głęboko wierzącą, a przynajmniej na taką nie wyglądał.
W końcu przeszedł do wykonywania planu, który był jego priorytetem. A mianowicie miał zamiar namówić proboszcza, aby ten dał mu pozwolenie na wgląd w kroniki kościoła. Miał nadzieję dowiedzieć się z nich wielu ciekawych rzeczy. Jednak tak jak przewidywał, nie udało mu się. Zrezygnowany wrócił do ławki, prosząc Boga, aby ten wpłynął na proboszcza. Niedługo potem zaczęły się dziać dziwne rzeczy, które na zawsze wyryły się w jego pamięci.

Nie ukrywając był tym wszystkim lekko przerażony, jednak udało mu się zachować trzeźwy umysł. Nie znał tego księdza, więc i nie czuł z nim żadnej więzi emocjonalnej.
Uznał, że póki co nie może nic zrobić i najlepiej będzie jak wróci do ławki i poczeka aż sprawa rozwiąże się sama. Teraz zorientował się, że ma w ławce sąsiada. Nie zwracał jednak na niego większej uwagi. Nie przejmując się miejscem pobytu dobył swojego skórzanego plecaka po to, by zaraz wyciągnąć z niego duży, srebrny termos. Chmurka pary ulatywała z cieczy, którą napełnił zakrętkę. Była to bowiem herbata przywieziona prosto z Indii. Jego ulubiony napój pomagał mu się zrelaksować zawsze i wszędzie. Dopijając ostatni łyk, zauważył, jak piątka policjantów weszła do świątyni. Spoglądając teraz na nich uważnie, czekał, jaki będzie dalszy rozwój wydarzeń.
 
__________________
"Pulvis et umbra sumus"

Ostatnio edytowane przez MTM : 27-12-2011 o 17:28.
MTM jest offline  
Stary 27-12-2011, 13:58   #5
 
rumcajs666's Avatar
 
Reputacja: 0 rumcajs666 nie jest za bardzo znany
Tego dnia Paweł nie wstał zbyt wcześnie. Wczorajsza droga z Torunia do Grazu zupełnie go wyczerpała. Na dodatek wieczorne piwo na dobranoc uśpiło go od razu.
Śniadanie zjedzone w jakiejś knajpce za miastem nie było zbyt okazałe. Jakiś czas po przekroczeniu granicy Austrii i Włoch znów poczuł głód. Na szczęście wszędzie można było znaleźć jakieś zajazdy. W jednym z nich, w okolicy Tarvisio, Paweł usłyszał rozmowę kilku turystów, wychwalających przepiękny kościół, będący niedaleko stąd.
- I tak się nie spieszę, mam przed sobą cały urlop. Mogę tam zajrzeć. Obejrzę go i wieczorem będę w Wenecji. - pomyślał.

***

Kościół z zewnątrz prezentował się wspaniale. Wysoka budowla z czerwonej cegły, z ogromnymi oknami. Paweł obszedł budynek dookoła. Nie był sam, oprócz niego kręciło sie sporo ludzi w pobliżu. Wyjął aparat i wspominając żart znajomego - “Jeśli będziesz cały czas robił tyle zdjęć, dostaniesz skośne oczy i skóra Tobie pożółknie” - zaczął fotografować budynek. Paweł miał manię robienie dokumentacji ze swoich podróży. Interesowały go nie tylko zdjęcia budynków, ale i turystów. W czasie wcześniejszych podróży zdarzało mu się spotkać kilka razy te same osoby w różnych miejscach.
Wnętrze kościoła także nie przyniosło rozczarowania. Przede wszystkim w całym miejscu unosiła się specyficzna atmosfera sakralnego obiektu. Nie zdusiły jej nawet dziesiątki turystów robiących zdjęcia, mlaszczących gumami do żucia, głośno rozmawiających. Paweł zauważył, że pomiędzy turystami przemyka kilka postaci w habitach, co oznaczało, że kościół jest nie tylko atrakcją do zwiedzania.
W pewnym momencie, kiedy był skupiony nad jednym z obrazów, usłyszał krzyk. Głośny, przeraźliwy. Zdezorientowany obracał przez chwilę głową próbując ustalić miejsce skąd wydostał się ten krzyk. Jego uwagę przyciągnęła spora i wciąż rosnąca grupa ludzi wokół jednego z konfesjonałów. Z daleka niewiele mógł zrozumieć z rozmów, gdyż wszystkie języki świata mieszały się ze sobą. Dopiero kiedy podszedł bliżej, usłyszał konkretne słowa.
- O Boże, kto go zabił? Strasznie to wygląda, nie mogę na to patrzeć.
Nawet nie próbował dopchnąć się bliżej, gdyż ludzie byli zbyt ściśnięci. Kiedy tak stał razem z tłumem, usłyszał huk. Tym razem jednak od razu dało się zidentyfikować hałas - ktoś zamknął drzwi kościoła.

***

Siedział w ławce naprzeciw policjanta.Ten z notesem w ręku zadawał pytania, nic co mogło pomóc w rozwiązaniu zagadki. Skąd Paweł jest, gdzie pracuje, co tutaj robi. Po zapisaniu odpowiedzi podziękował w angielskim, po czym wstał i podszedł do kolejnej osoby. Paweł natomiast siedział dalej w ławce.
- Kurczę, co mnie podkusiło żeby tutaj przyjechać? Dzisiaj już na pewno nie zdążę do Wenecji. Nie wiem kiedy nas wypuszczą. - Chciało mu się krzyczeć ze złości, ale powstrzymał się.
Kiedy zwymyślał siebie w myślach, usłyszał za sobą:
- Panie Kolanowski. Radio zepsuty bardzo, pomóc może?
Kiedy się odwrócił, zobaczył starszego księdza w brązowym habicie.
- Oczywiście. I tak nie mam nic innego do roboty. - Odpowiedział szybko, a po cichu dopowiedział sobie - Przynajmniej będę miał się czym zająć.


Radio było w zakrystii, stare i z widocznymi śladami użytkowania. Paweł wziął je do ręki, obejrzał, po czym stwierdził
- Potrzebuję śrubokręt, żeby dostać się do środka.
Ksiądz skinął głową i zniknął za drzwiami. Paweł został sam w pomieszczeniu.
Wtedy usłyszał skrzypienie drzwi i kościół wypełnił się światłem. Wyjrzał zza drzwi zakrystii i zobaczył więcej policjantów wchodzących do świątyni.
 
rumcajs666 jest offline  
Stary 27-12-2011, 19:19   #6
 
Faurin's Avatar
 
Reputacja: 13 Faurin nie jest za bardzo znanyFaurin nie jest za bardzo znanyFaurin nie jest za bardzo znanyFaurin nie jest za bardzo znany
Nawet życie pospolitego barmana potrafi być intrygujące. Do niedawna jednak Marco w to wątpił. Dopiero kilka minut temu uświadomił sobie, że można być uczestnikiem pewnych nietypowych zdarzeń, chcąc tego czy też nie. Tak to już jest- losem rządzi przypadek.

Włoch nie potrafił jednak tego zrozumieć. Jego żywot opierał się na schematach, rutynowych zajęciach, więc takowe wydarzenia , jakich dzisiaj był świadkiem, są dla niego czymś niewyobrażalnym. Czymś, co nie mieści się w jego głowie.

Jak zwykle w środku tygodnia, w każdy dzień, rankiem i popołudniu zajmował się mieszkaniem. Można by powiedzieć, że mieszka sam, bo jego współlokator, rodowity Francuz, zwymyślał go swego czasu i do tej pory traktują się jak powietrze. Nie mógł jednak go się pozbyć, bo dom nie należał wyłącznie do niego. Żabojad- tak pieszczotliwie Marco nazywał Martina- swego eks-przyjaciela, mimo iż dał mniejszą połowę kwoty, gdy dochodziło do kupna domu, to i tak nie wypadało wywalić na bruk miłośnika mięczaków. A nawet gdyby wypadało, cóż, Pismo Święte, które w tym momencie Marco ściskał w swej prawej dłoni, mówiło, że urazy trzeba chętnie darować, a krzywdy cierpliwie znosić.

Popołudniami natomiast zaczynał dopiero, według siebie, egzystencję. Pracował w małym pubie, który często wieczorami jest pełen licznych turystów oraz miejscowych. Czasami ci drudzy wypierają tych pierwszych, bo „gdy mecz jest w telewizji, pub jest tylko dla bliskich”. Lubił to co robi, bo umożliwiało mu to wyjście z domu i ucieczkę od swego mieszkania. Często poznawał nowych ludzi, przez co jego telefon był zapełniony jeżeli chodzi o listę kontaktów. Znajomych pełno, ale brakowało mu przyjaciela, jednak i tak jego życie , mimo tej rutyny którą można bez przeszkód dać tytuł „praca/dom/praca/dom”, wydawało się przyjemne. Wiedział, że jest tylko doczesne.
Jest jeszcze jeden ważny aspekt w życiu Marco, często pomijany przez niego, gdy opowiada o sobie podczas konwersacji z nowo poznaną osobą. Mowa o jego temacie tabu, któremu poświęca wiele uwagi, który jest jego swoistą mekką. Religia była i jest dla niego czymś niezmiernie ważnym. Co prawda nigdy nie aspirował do roli duchownego, ale początkowo studiował teologię, co udowadnia, że spraw duchowych nie traktuje pobieżnie.

I ten właśnie aspekt , ta jego część życia, bo bez wątpienia Bóg jest dla niego niezmiernie ważny i odgrywa znaczącą rolę w jego egzystencji, sprawia, że Marco wie jaką drogę w życiu obierać. Wie, czym się kierować, jak zachowywać, jak reagować. Nie ma dla niego niedzieli bez mszy, a i w środku tygodnia, z rana zazwyczaj, czasami bierze udział w liturgii. Przed pracą zaś zawsze wstępuje na chwilę do zabytkowego kościółka, który znajduje się na trasie jaką przebywa zmierzając do pracy. Chwila kontemplacji i zadumy zawsze dobrze mu robi, a fragment z Pisma Świętego działa na niego tak, jak na wielu alkohol- daje mu chęć do działania, odwagę oraz pogodę ducha.

Nie inaczej było tego dnia- tego felernego wtorku, który miał czelność wyjść poza ramy schematów. Dzień, który rozpoczął się tak normalnie, a w końcu zastawił na Marco sidła, w które dał się złapać. A któż by nie dał? Barman nigdy by nie pomyślał, że w najbezpieczniejszym miejscu na ziemi- domu bożym, oazie spokoju i harmonii, co prawda przerywanej czasami przez okropnych turystów, ale i tak… zdarzy się coś takiego! Marco nigdy, ale to nigdy, nawet w najgorszych koszmarach nie wyobrażał sobie takiej tragedii.
Nie musiał się przepychać zbyt blisko konfesjonału, gdzie znaleziono zwłoki księdza, bowiem jego ławka, przy której klęczał, znajdowała się w niedalekim sąsiedztwie miejsca, gdzie niedawno jeszcze oczyszczał się z grzechów. Gdy tylko usłyszał krzyk młodej kobiety jego wzrok skierował się w tam, gdzie, jak się okazało, leżały zwłoki duchownego. Jego oddech zaczął miarowo przyspieszać; palce wypuściły paciorek z różańca pozwalając, by ten osiadł na całej dłoni; Pismo Święte upadło na posadzkę otwierając się na Apokalipsie św. Jana, jednak Marco już tego nie zauważył. Jego wzrok przykuł dość specyficzny symbol na klatce piersiowej księdza.

Morderstwo- to był jeszcze w jakimś stanie zrozumieć, chociaż też ciężko przechodziło mu to przez myśl. Ale… ten symbol. Nie mógł się za bardzo przyjrzeć, bo tłum gapiów uniemożliwiał mu to. Wydawało mu się jednak, że był to wypalony znak. Przynajmniej sprawiał wrażenie takowego. Czyli oprócz ciężkiego przewinienia nie tylko prawnego, ale też duchowego i etycznego, sprawca, a raczej jego mord musiał mieć jakieś podłoże religijne. Fanatyczne, czy też nie, ale na pewno religijne. I antychrześcijańskie. To oburzyło doszczętnie Włocha.

Minął jakiś czas, zanim zbiegowisko rozeszło się po całym kościele, szczelnie zamkniętym przez proboszcza…

- Szef mnie zabije- pomyślał

... podczas którego ogarnął się trochę. Nie wyszło mu to zbyt dobrze, bo wyraz jego twarzy był podobny do nieboszczyka, którego powoli zaczęli otaczać funkcjonariusze prawa. Mimo iż zmienił swe położenie- poszedł na przeciwległy koniec kościoła, to i tak jego wzrok ukradkowo, jakby bał się, że ktoś dostrzeże, spoglądał w stronę niecodziennego zajścia. Po chwili jednak przerwał jego zadumę, jego chaos myśli, policjant. Umundurowany, z notesem i długopisem w ręce podszedł do niego i zaczął zadawać pytania. Tutaj przelała się szala goryczy- jego niezrozumienie i lęk przerodził się w frustrację i złość. Pytania zadawane mu były co najmniej głupie. Wiedział, że konieczne, ale… czy nie powinni oni teraz szukać sprawcy, a nie napastować niewinne osoby?!
Policjant gdy odchodził, rzucił mu na odchodnym kilka słów by się uspokoił, został na miejscu i nie utrudniał w śledztwie. Pff… gdyby akurat nie miał nic lepszego do roboty w tym pochrzanionym momencie.

Stanął przy pomniku św. Łukasza. Miał nadzieję, że w tej chwili jego towarzystwo będzie kojące. Tak jak owy święty, przy którym stanął był towarzyszem i przyjacielem św. Pawła, tak on chciał teraz by potowarzyszył jemu. Tutaj jednak czekał na Marco kolejny sprawdzian silnej woli.
Grupka turystów zmierzała w jego stronę. Skośnoocy, pewnie z dalekiego wschodu szli pstrykając zdjęcia jakby nic się nie stało. Jakby w tym pomieszczeniu było tak, jak kilkanaście minut temu. W barmanie wrzało. Wszystko się w nim gotowało. Jednak gdy podszedł do niego najstarszy facet z owej grupki, pewnie głowa rodziny, i zapytał, czy nie zrobi im zdjęcia. Cóż… właśnie w tym momencie Buccola oblał test. Oblał test i to z kretesem. Miast odwrócić głowę, odejść, w miarę spokojnie spławić, bądź przynajmniej pouczyć, że tak nie wypada, Marco zrobił zgoła coś innego. Coś, co prawdopodobnie skupiło wzrok wielu na jego osobę. Wyszarpnął aparat z rąk mężczyzny i cisnął nim o ziemię.

- Oto Twoje zdjęcie- warknął na koniec, po czym odwrócił się na pięcie.

Zatrzymał się dopiero przed ołtarzem. Tam uklęknął i schował twarz w swoich dłoniach. I prawdopodobnie zapłakał.
 
__________________
Nobody know who I realy am...

Ostatnio edytowane przez Faurin : 31-12-2011 o 13:24.
Faurin jest offline  
Stary 28-12-2011, 10:58   #7
 
Dayron's Avatar
 
Reputacja: 0 Dayron nie jest za bardzo znany
Dzień był paskudny. Padało od rana. Moje wyobrażenie o wiecznie słonecznych Włoszech prysło od razu. Było dość sennie. Popiłem łyk kawy. Do spotkania z Lidią pozostało około godziny. Mieliśmy dziś sfotografować i opisać kościół Św. Łukasza w centrum Sella Nevea. Zapowiada się ciężki dzień. Dopijam kawę i wychodzę z hostelu.





***

Na miejsce spotkania z Lidią docieram chwilę przed czasem. Nie szkodzi. Zrobię parę zdjęć kościoła z zewnątrz. Zależy mi na tym projekcie. Jest to okazja, abym pokazał się na uczelni od najlepszej strony. Po chwili dzwoni telefon. To Lidia. Spóźni się. Pracujemy razem w ramach międzyuczelnianego projektu unijnego p.t.: „Europejska sztuka romańska w kościołach wczesnego średniowiecza”. Ja student architektury średniowiecznej na Sorbonie w Paryżu, ona grafik komputerowy na Uniwersytecie w Milanie. Mamy stworzyć wirtualny, trójwymiarowy model tego kościoła. Praca układa się dobrze.

Po obejrzeniu zewnętrznej fasady budowli, postanawiam zajrzeć do środka. W nawie środkowej kręci się trochę ludzi. Słyszę rozmowy w wielu różnych językach. Głównie turyści i ich przewodnicy głośno opowiadający historię kościoła. Siadam w jednej z drewnianych ław obok modlącej się kobiety. Zaczynam szkicować plan kościoła.

***

W pewnym momencie słyszę krzyk przerażonej kobiety. Tłum zbiera się przy konfesjonale. Z konfesjonału wylewała się strużka ciemnej krwi. Nagły szok, mężczyzna najprawdopodobniej jest martwy. Przez chwilę stoję oszołomiony. Potem robię parę zdjęć martwemu księdzu. Cała sytuacja wydaje się bardzo podejrzana.

Zamknięto wszystkie drzwi. Pewnie szukają sprawcy. Zważywszy na okoliczności to pewnie jakieś lokalne porachunki lub zwyczajni anarchiści-fanatycy. Ale dlaczego księdza? Nikomu nie pozwalają wyjść z budynku. Dzwoni telefon. To Lidia. Nie może wejść do kościoła. Wszędzie pełno policji. Ze spotkaniem trzeba będzie poczekać do wyjaśnienia sprawy.


Obok mnie na klęczniku żarliwie modli się starsza, już całkiem osiwiała kobieta. Zapowiada się, że nie ruszy się przed dłuższą chwilę. Wyciągam kartkę papieru i zaczynam szkicować ten obraz. Po chwili dobiegają mnie głośne krzyki trzech Niemców z drugiej strony nawy. Wyglądają jakby przyszli się tu rozerwać. Grają na konsoli. Należy ich trochę uspokoić. Podchodzę do nich i zwracam im uwagę:

- Panowie, jesteście w kościele. Uszanujcie to, że inni chcą się tutaj pomodlić w skupieniu.

Grupka trochę przycichła. Nie wiem czy mnie zrozumieli, ale kontekst sytuacji raczej był zrozumiały.

W tym momencie drzwi się otworzyły i do kościoła wchodzą policjanci. Całe szczęście. Mam nadzieję, że to wszystko szybko się skończy. Mam robotę do zrobienia.
 
__________________
I totally freaked out! O_o

Ostatnio edytowane przez Dayron : 28-12-2011 o 11:07.
Dayron jest offline  
Stary 28-12-2011, 19:40   #8
 
zodiaq's Avatar
 
Reputacja: 20 zodiaq jest na bardzo dobrej drodzezodiaq jest na bardzo dobrej drodzezodiaq jest na bardzo dobrej drodzezodiaq jest na bardzo dobrej drodzezodiaq jest na bardzo dobrej drodzezodiaq jest na bardzo dobrej drodzezodiaq jest na bardzo dobrej drodzezodiaq jest na bardzo dobrej drodzezodiaq jest na bardzo dobrej drodze
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=W9vSxboT2Ek&feature=related[/MEDIA]

- To co zwykle messere? - chłopak stał za kontuarem, dumnie nadymając się przed obcokrajowcem. Jego świat kręcił się wokół sklepu i pomocy rodzicom, nie miał innych zmartwień, był dwunastolatkiem....kurwa...chciałbym być dwunastolatkiem - przemknęło mu przez głowę zbierając z lady wykładane przez dzieciaka towary. Położył na blat odliczoną kwotę i wyszedł, pozostawiając pękającego z dumy chłopca.
To co zwykle...drugi raz w sklepie i to co zwykle...urodzony handlarz.
Nad miasteczkiem, zapadał zmrok, ludzie znikali w drzwiach swoich domów, ulice pustoszały...

Wybudził się około dziewiątej z poparzonymi, papierosem z którym usnął, palcami.
Telefon, numer matki...znowu to samo, znowu go znaleźli.
- Cholera - syknął rozbrajając urządzenie na części pierwsze. Karta złamała się wpół, spał dalej, a raczej leżał z zamkniętymi oczami... kujące promienie słońca wymusiły zmianę pozycji. W pokoju unosiła się gryząca łuna tytoniowego dymu. Nie miał zamiaru wietrzyć, lepszy smród fajek niż zapach sioła, doskonale wyczuwalny na krańcu miasteczka. Nie mógł do tego przywyknąć, nawet po półrocznej tułaczce zapachy traw, siana i zwierząt wywoływały u niego ból głowy. Śniadanie zjadł jak co dzień, z puszki. Zupo-podobny przecier z pomidorów i marchwi z lekko wczorajszym pieczywem, mocna, czarna kawa i batonik odżywczy. Tak napchany mógł wyjść ze swojej nory ulokowanej w starym, całkiem przyjemnym pensjonacie, który okupował.
Słońce paliło w twarz...dochodziło południe.

Dzwonek wydał z siebie serię wysokich, nieznośnych dźwięków:
- Zamknięte - wydarł się z zaplecza barman.... Mimo to anglik zamknął za sobą drzwi, zawiesił płaszcz na wieszaku i powolnym krokiem podszedł do ulokowanego, najbliżej barowi, stolika.
W czasie rozkładania maneli na stół, zza kontuaru wyłonił się podstarzały Włoch:
- Powiedziałem, że zamknięte - włoski język idealnie pasował do takich ludzi, wydarci, pazerni staruszkowie, narzekający na dzisiejszy świat i ludzi.
Dodawał im "krzykliwości".
- Dwa piwa i się stąd wynoszę - czysty, brytyjski akcent zmieszał starca, który nieporadnie wpatrywał się w klienta.
- Birra - rzucił poirytowanym głosem, umyślnie kalecząc język. Dziadek bez słowa sprzeciwu wrócił na swoje miejsce, po chwili postawił pełny kufel przed studiującym mapę Europy obcym. Siedział tam bazgrząc w notesie i rysując po mapie do czasu, aż pierwsza klientela zawitała w drzwiach pubu.
- Szczyny - z perfidnym uśmiechem na ustach wcisną barmanowi banknot. Jutro...jutro opuści to miejsce, ruszy dalej, na południe, byle dalej od Londynu.

*


- Znów się spotykamy - stał oparty o jeden z kamiennych filarów, wpatrując się w pozłacany krzyż z uwieszonym nań Chrystusem. Nie umiał się modlić, już nie. Z wiekiem i nabywanym wykształceniem zaczął drążyć temat religii. Im dłużej drążył, tym więcej widział nieścisłości. Jednak teraz, teraz potrzebował rozmowy z kimkolwiek.
Szloch wybudził go z zamyślenia, Włoszka siedziała oparta plecami o zimną ścianę świątyni, po chwili usłyszał resztę, powoli wybudzając się z letargu. Stłoczona grupa pokrzykiwała, po czym zaczęła się rozbiegać po kątach kościoła, dopiero wtedy podszedł do truchła, kałuża juchy zlewała się z purpurą dywanu ułożonego przed konfesjonałem, nacięcia na skórze, widział je dokładnie, na tyle aby wyryć je sobie w pamięci.
- Proszę odejść - na ramieniu poczuł kościstą dłoń. Wrócił do poprzedniej pozycji, oparty o filar przeczesywał włosy palcami, obracając w drugiej ręce nieodpalonego papierosa. Jedynie ponure spojrzenia kapłanów dzieliły go od przyssania się do filtra.
Huk otwieranych drzwi zwrócił uwagę wszystkich zebranych, na widok policjantów przeczesał jeszcze raz włosy i czekał na swoją kolej do przesłuchania.

Kilka minut później siedział "rozwalony" w pierwszej ławce. Wpatrując się w sklepienie kościoła palił upragnionego szluga, kompletnie nie zwracając uwagi na protestujące pochrząkiwania duchownych.
- Pieprz się - syknął przez obłok dymu w kierunku krzyża. Miał prawo to powiedzieć...tego dnia miał prawo robić wszystko, byleby wydostać się z tego miejsca.
 
zodiaq jest offline  
Stary 30-12-2011, 23:01   #9
 
deMaus's Avatar
 
Reputacja: 259 deMaus ma w sobie cośdeMaus ma w sobie cośdeMaus ma w sobie cośdeMaus ma w sobie cośdeMaus ma w sobie cośdeMaus ma w sobie cośdeMaus ma w sobie cośdeMaus ma w sobie cośdeMaus ma w sobie cośdeMaus ma w sobie cośdeMaus ma w sobie coś



Jan Nowak
Dzisiejszy dzień należał do bardzo wyczerpujących, zaraz z rano wybrał się na długą wyprawę w góry, a że jak zawsze zabrał ze sobą sprzęt fotograficzny, to można było śmiało twierdzić, że urządził sobie porządny trening wytrzymałościowy.

Wrócił już po obiedzie, więc musiał zadowolić się odgrzanym posiłkiem, po którym wziął prysznic, i jako, że postanowił jutro wyjechać w dalszą drogę, w końcu sfotografować wnętrze kościoła.
Był gościem braci od czterech dni, ale do tej pory nie uwiecznił wnętrza. Jak się okazało była to decyzja dobra i zła zarazem.

Dobra ponieważ był na miejscu i mógł pomóc, nawet jeśli nie policji, to innym świadkom. Czy to poprzez rozmowę, był w końcu po psychologii, ale także poprzez spowiedź, w przeciwieństwie bowiem do braci z tej parafii władał kilkoma językami, więc mógł posługiwać dla turystów z zagranicy.

Samo wydarzenie nie wstrząsnęło nim tak jak by się tego spodziewał. Naturalnie był to szok, i w pierwszej chwili był sparaliżowany, ale po chwili odnalazł w sobie siłę do działania, i pomógł proboszczowi zaprowadzić spokój, i przetłumaczyć jego słowa, dla tych turystów, którzy nie rozumieli włoskiego.

Zaraz potem przejrzał swoje zdjęcia, które zdążył już zrobić, i szybko wykonał zdjęcia miejsca zbrodni.
Jego zdjęcia nie przydadzą się policji na nic, ponieważ, zależało mu na tym aby uzyskać efekt pustego kościoła, więc wykonywał je z podwójnym filtrem szarym, na czasie otwarcia migawki 80s. Czas taki gwarantował, że żaden człowiek poruszający się z prędkością większą niż ślimak, nie zostanie naświetlony. Tak na prawdę ktoś musiał by stać w miejscu przez około minutę, aby zaistnieć na fotografii, choć by jako niewyraźny duch.

Zdjęcia miejsca zbrodni jednak mogły się przydać. O ile morderca jest wśród nich, jak zakładał proboszcz, a Jan się z nim zgadzał, może chcieć zatrzeć jakiś ślad. Zdjęcia wykonane zaraz po zdarzeniu, mogą pomóc policji ustalić, czy do czasu ich przybycia, coś się nie zmieniło.

Następnie powiedział w kilku językach, po angielsku, włosku, hiszpańsku, a nawet ukraińsku, zebranym w głównej nawie, że jeśli ktoś chciałby skorzystać sakramentu spowiedzi, albo rozmowy z wykwalifikowanym psychologiem, to służy pomocą, i że będzie w bocznej nawie, aby zapewnić częściową intymność rozmowy.

Przekazał także proboszczowi, że kiedy pojawi się policja, to ma do przekazania im karty pamięci, z zdjęciami sprzed, zdarzenia, jednak są bez ludzi, oraz z miejsca zbrodni, wykonane zaraz po wyprowadzeniu ludzi do głównej nawy. Odmówił jednak przekazani karty już teraz, a proboszcz zrozumiał to dobrze i nie skomentował.
Winnym mógł być każdy, i tak na prawdę tylko każdy nie winny, był pewny, że to nie on. Innych pewnym być nie można, to podstawowa logika.

Oczekiwał w bocznej kaplicy modląc się, i czekając na swoją kolej do przesłuchania.
Kiedy usłyszał trzaśnięcie drzwi, wszedł do głównej nawy, aby zobaczyć jak komisarz wprowadza pięciu nowych policjantów, zapewne techników.
Jan skinął głową z aprobatą i jednocześnie powitaniem, po czym wrócił do bocznej nawy, aby ponownie podjąć modlitwę i oczekiwanie.
 
deMaus jest offline  
Stary 31-12-2011, 01:11   #10
 
Lechun's Avatar
 
Reputacja: 78 Lechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znany
Pobudka nie należała do najprzyjemniejszych. Niesamowity ból głowy, ciężkie powieki i pustynia w gębie. Wczoraj znowu przesadził z alkoholem. Często mu się to zdarzało, gdy wyjeżdżał z domu, jednak tym razem przegiął. Urwał mu się film i nawet nie pamiętał, jak znalazł się w łóżku. Co więcej, nie wiedział, w jakich okolicznościach przeniósł się z pobliskiego baru do swojego pokoju hotelowego. Nic. Pustka w głowie. I w sumie to był jego najmniejszy problem - tym większym(i na dobrą sprawę jedynym w tej chwili) była suchość w ustach, którą natychmiast musiał zniwelować. Ale tak naprawdę nie chciało mu się wstawać. Mogło się palić, mogło się walić, ale Simon był gotów umrzeć w tym cholernym łóżku.

Jednak pożar ani trzesięnie ziemi nie było konieczne. W rzeczywistości wystarczył tajemniczy hałas dobiegający z kuchenki. Simon zerwał się na równe nogi i otulając się w kołdrę, ruszył w stronę źródła dziwnych dźwięków. Owym źródłem okazała się piękna blondynka, grzebiąca po szafkach.
W końcu z triumfalnym uśmiechem wygrzebała słoik z ziarenkami kawy. Dopiero wtedy zorientowała się, że była obserwowana. Posłała uśmiech(jeden z piękniejszych, jakie kiedykolwiek widział Amerykanin) i powiedziała słodkim głosikiem, który w głowie Frosta brzmiał jak miliard śrubek zrzuconych na blachę. Jednak mężczyzna był gotów na takie poświęcenie, by jeszcze trochę popatrzeć na to zgrabne ciałko odziane wyłącznie w podkoszulek i bieliznę.
- Cześć kochanie, chcesz kawy?
Tak... Teraz pamiętał. Wczoraj w barze ją poznał i postawił jej drinka. Później drugiego. Aż w końcu sprowadził ją do siebie. I została na noc. Jak się nazywała? Alice? Agnes? Nie. Sonia.
- O niczym innym nie marzę, kochanie...
- Wczoraj mówiłeś co innego.
- Wczoraj nie miałem kaca.
- odparł z uśmiechem, klepiąc dziewczynę w pośladek.

***

Uczesany, ubrany i najedzony(Sonia bowiem poza widocznymi walorami potrafiła serwować idealne omlety) wyciągnął z kurtki paczkę papierosów i wyciągnowszy jednego, wsadził go do ust. Dopiero wtedy zorientował się, że nie ma obrączki. Serce podeszło mu do gardła, gdy przyglądał się dłoni, na której nie było nawet śladu po biżuterii. Nie umkło to uwadze Sonii.
- Schowałeś. Do szuflady szafki nocnej. - Powiedziała jakby z wyrzutem. Czyżby myślała ona, że to, co się między nimi wydarzyło to było coś na poważnie? Chyba aż tak głupia, by tak sądzić...
Simon bez słowa wrócił do sypialni i wyciągnął z szafki obrączkę i zegarek, które założył, gdy rozległ się dzwonek telefonu.
- Panie Frost, taksówka przyjechała. - rozległ się skrzekliwy głos portiera. No nic. Simon złapał za torbę na ramię i ruszył w stronę drzwi.
- Chodź, Sonia. Odwiozę cię do domu. - odpowiedziało mu spoliczkowanie.
- Jestem Barbara!
Ale przynajmniej nie Alice. Ani Agnes. Odpalił wreszcie papierosa i wyszedł z mieszkania.

***

Taksówkę opuścił już z aparatem w ręku.
Przyjechał tu, by przygotować artykuł do kolejnego wydania National Geographic. Już widział ten artykuł Sella Nevea. Cisza i Piękno. Wspaniale. Ben będzie mógł się chwalić przed kolegami, jakiego to ma zajebistego ojca. Oczywiście jak podrośnie. Simon porobił kilka zdjęć samego kościoła, jak i okolicznych terenów i wszedł do środka, nie przejmując się chrześcijańskimi obrządkami. Przyszedł tutaj by zebrać materiały do artykułu, nie by się modlić. Zbyt dawno tego nie robił...

Gdy już skończył, usiadł w ławce w okolicy konfesjonału. Czekał bowiem na ojca Alfredo, z którym się umówił na rozmowę, gdy ten zakończy spowiadać. Wtem jego uszu dobiegł kobiecy krzyk. Niewiele się zastanawiając, zostawił torbę i ruszył biegiem w stronę jego źródła.
- Kurwa mać! - powiedział, gdy zobaczył zmasakrowane zwłoki księdza. Czuł jak nogi mu się uginają i musiał usiąść. Zbladł też niesamowicie, a jeszcze bardziej, gdy odkrył, kim był denat. Ojciec Alfredo.

***

W trakcie udzielania odpowiedzi na pytania komisarza, uspokoił się nieco. Pozwolił sobie nawet na zapalenie papierosa, zwłaszcza że teraz denerwował się bardziej zamkniętym pomieszczeniem. I bronią, którą miał w torbie... Torba! Dopiero teraz sobie o niej przypomniał. Poszedł szybko po nią, gdy nagle zobaczył niezwykle atrakcyjną kobietę, męczącą się z telefonem. Niewiele myśląc wyciągnął swój i bez słowa(ale za to uśmiechem) podstawił go kobiecie. Jakiś pretekst do poznania, skoro trochę czasu razem spędzą. A i o kradzież się nie bał: gdzie można uciec w zamkniętym kościele otoczonym przez policję?
 
__________________
Maturzysto! Podczas gdy Ty czytasz podpis jakiegoś grafomana, matura zbliża się wielkimi krokami. Gratuluję priorytetów. :D

Ostatnio edytowane przez Lechun : 31-12-2011 o 11:04.
Lechun jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:20.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166