Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 23-06-2012, 15:43   #1
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9227 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
Lalki

Rozdział 1 - "Wiesz co Jaaaceeek?"

Nine Inch Nails: Every Day Is Exactly The Same - YouTube

03.12.2009 - czwartek

To był ciężki poranek ale przecież ostatnio miewał tylko takie.
Z przybitą miną zwlekł się z łóżka i obserwował przez chwilę śpiącą żonę. Nadal była atrakcyjną kobietą, nawet bez makijażu i z rozrzuconymi na poduszce włosami chociaż zmarszczki w kącikach oczu jak niepyszni zdrajcy oznajmiali, że dobija do czterdziestki. Mimo wszystko czas obszedł się z Anią łagodniej niż nim. Potwierdziło to z całą stanowczością odbicie w lustrze kiedy wykonywał machinalnie poranną toaletę.
- Jacek, podrzucisz mnie?

Przebierał akurat w rzędzie koszul i krawatów kiedy w progu pojawiła się Dominika. Jego piętnastoletnia córka z dnia na dzień zasypywała go coraz śmielszymi formami fanaberii od kolczyka w brwi począwszy a skończywszy na tatuażu wokoło pępka, który teraz w pełnej krasie prezentowała poniżej przyciętej tuż pod biustem koszulki z logo zespołu o którym w życiu nie słyszał. Postrzępiony materiał był zdecydowanie dłuższy z jednej strony i sprawiał wrażenie jakby wyszedł spod ręki szalonego ogrodnika a później został przerzuty przez jego psa i w finale wytargany mu siłą z gardła.
- Idziesz w tej szmacie do szkoły? - Jacek nie miał zwyczaju wtrącać się w młodzieńczy bunt swojej latorośli ale jego zmysł estetyki pewnych kwestii przeboleć nie mógł. Jak i ojcowska zaborczość, która wiele miała do powiedzenia w obliczu pokazywania reszcie świata gołego brzucha i kości biodrowych jego córki, którą przecież jeszcze nie dawno nosił na ramieniu aby odbiło jej się po kaszce.

- Jacek, nie znasz się, ok? - wepchnęła się obok niego żeby mieć lepszy dostęp do lustra i odchyliwszy dolną powiekę pociągnęła po niej czarną kreską niespecjalnie bacząc na oszczędność. - To jest vintage.
- Co jest? - Jacek ostatnimi czasy coraz mniej nadążał za Dominiką a w kwestiach nazwijmy po pobłażliwie, mody, to już w ogóle ręce mu do niej opadały ale w końcu był facetem, który od dwudziestego roku życia niemal codziennie wbijał się w garnitury. Miał wrażenie, że jakikolwiek styl zatracił już ostatecznie, poza tym obiecywał sobie dawno temu, że wobec własnego dziecka będzie tolerancyjny i różnica pokoleń jego dotyczyć nie będzie. Cóż, chyba właśnie zmienił zdanie.

- I skończ w tym „Jackiem” - warknął jeszcze. - Jestem twoim ojcem a nie kumplem z klasy. Przez piętnaście lat mówiłaś mi „tato” i było dobrze.
- No właśnie, piętnaście lat – wywróciła oczami. - Znaczy, że już wyczerpałam limit tego słowa, nie? Poza tym „tato” mówią tylko grzeczne lale. Może jeszcze się cofniemy do „tatusiu”? Róbmy mi obciach na całej linii.
Prawdę mówiąc nie miałby nic przeciwko „tatusiowi” ale nie powiedział tego na głos. „Tatusiu” kojarzyło mu się z cudownymi czasami, kiedy jego córka nosiła dwa kucyki, bawiła się lalkami a wieczorem zalegała z ojcem na kanapie żeby się poprzytulać.
- Przebierz się albo nie dostaniesz kasy do końca tygodnia – rzucił ostrym tonem.

Przez chwilę mierzyła do prawdziwie nienawistnym spojrzeniem, niemal jak Brad Pitt w „Snatch'u” kiedy spalono mu przyczepę ze śpiącą cygańską mamusią. Aby dopełnić dramatyzmu brakowało tylko Ani, która trzymałaby ją pod ramiona w rytm wierzgania nogami i kłapania paszczą.
- Wiesz co Jaaaceeek – z premedytacją przeciągała sylaby – wal się.

Rodzinna pogawędka na tym się skończyła bo i Dębowski nie miał ochoty ani siły aby ją przedłużać. Ubrał się jak co dzień w schludny garnitur, wygładził krawat i ostatni raz rzucił okiem na śpiącą w najlepsze żonę. Nawet go zirytowało, że on musi zapierdalać do pracy podczas gdy ta „artystyczna dusza” wyleguje się w wyrze do jedenastej. I jeszcze żeby z tych jej obrazów jakaś kasa była. Maluje te bohomazy a później obwiesza nimi dom, który już wygląda jak pieprzona miejska galeria. Kiedyś kochał w niej to poczucie wolności i swobodę ale od kilku dni wadziła mu, jak wadziło mu niemal wszystko co stawało na drodze. Szczęśliwie kiedy wychodził do pracy Ania „jeszcze spała” a gdy wracał „już spała”. To na tyle ułatwiało sprawę, że się nie kłócili. Co prawda rozmawiać też ze sobą nie rozmawiali ale chociaż stanęło na swoistym zawieszeniu broni.

Złapał teczkę, narzucił na siebie płaszcz i zajrzał jeszcze do kuchni gdzie siedziała Dominika wgapiona w ekran swojej komórki.
- Jedziesz? - zapytał dla formalności.
Poszła z miną angielskiej królowej, która wyświadcza przysługę pospólstwu.
Kraków o poranku tonął w korkach, ziąbie i ponurych barwach popiołu. Mróz nieco odpuszczał po tym jak zaatakował zajadle na początku grudnia ale temperatura i tak oscylowała w granicach zera. Śnieg zdążył jednak stopnieć i ulice pokrywała teraz brudna maź i zmętniałe kałuże.

Kiedy stali w korkach Jacek bez przerwy stukał palcami o kierownicę i zerkał na zegarek. Ostatnio jego nerwowość zaczęła przybierać neurotyczne kształty i zmitygował się w duchu, że musi bardziej nad sobą panować. Jeszcze tego brakowało żeby jego podwładni i współpracownicy zaczęli podejrzewać go o jakieś nerwowe załamanie. W jego zawodzie trzeźwy umysł jest niezbędny. Zwizualizował sobie w głowie trailer do horroru „Się zjebało Jackowi Dębowskiemu”. Typowy głęboki głos lecący w tle każdego bodaj spolszczonego zwiastuna.
On... stracił pracę.
Ona... poniekąd nigdy jej nie miała.
I wtedy się zjebało.
Prywatna szkoła córki. Kredyt na dom. Samochód. I rosnąca sterta rachunków.
Ale to był dopiero początek rodzącego się koszmaru... Zbliżały się święta. I wszyscy znów będą ciągnąć od niego pieniądze.

Zerknął ukradkiem na córkę, która ignorowała go ostentacyjnie gapiąc się w szybę i podrygując nogą. Na wstępie podróży wcisnęła do uszu słuchawki i podkręciła muzykę na tyle, że nawet on słyszał słowa piosenki. Rozwali sobie słuch, ale jej sprawa. Nie miał ochoty znowu jej pouczać.
Kolejny szok przeżył kiedy Dominika wyskoczyła z samochodu przed szkolną bramą. Dołączyło do niej dwóch chłopaków o wątpliwym wyglądzie wymarzonego zięcia, przy czym jeden z nich objął jego córkę wpół i wpił się w jej usta niczym wyszkolony gwiazdor porno.
- Kurwa – skomentował Dębowski i przez chwilę wahał się czy szukać w bagażniku łyżki do opon czy wpakować do jego wnętrza swoją córkę i wywieźć do klasztoru w Tybecie.

Nim podjął decyzję grupa nastolatków ulotniła się jak kamfora a światło zmieniło na zielone. Na nadzorowaną przez niego komendę dotarł spóźniony ale fakt ten miał w dupie bardziej niż zazwyczaj.
- Dzień dobry panie prokuratorze – powitał go młody policjant. Dębowski nie kojarzył jego twarzy więc to musiał być jeden ze świeżego narybku.
- Musiorski Wojciech – wyprężył się jak struna łapiąc za kant czapki. Brakowało tylko żeby zarzucił na ramię karabin albo wykrzyknął „Heil Hitler”. Nadgorliwość powinna być z urzędu karana.

- Panie prokuratorze bo tutaj jest taka jedna... Bardzo histeryzuje. Od piątej rano siedzi i nie chce się ruszyć. Chyba wariatka.
Dębowski zaklął, nie był nawet pewien czy w myślach czy na głos. Od razu pomyślał o Cecylii Nabiałek, emerytce z przeszłością psychiatryczną, która wpadała regularnie dwa razy w miesiącu ustawicznie jako świadek morderstwa, które popełniał któryś z jej psychopatycznych sąsiadów. Najgorsze w tym wszystkim, że prawo nie pozwalało tak od razu jej spławić i każdorazowo musiał posyłać na miejsce mundurowych, którzy sprawę mieli zbadać. A nuż rzeczywiście znajdą trupa. Jak na razie jednak nikt nie miał aż tyle szczęścia a na jego biurku lądowała dodatkowa sterta makulatury do wypełnienia.

- O, to ona – z zamyślenia wyrwał go funkcjonariusz, który wskazał ręką na siedzącą w korytarzu kobietę.
Pierwszym co odnotował niewyspany mózg Jacka był fakt, że nie była to pani Nabiałek. Drugim była oczywista atrakcyjność petentki. Kobieta wstała z krzesła na widok Dębowskiego i wyciągnęła w jego stronę roztrzęsioną dłoń.
- Lena Witkowska – była posiadaczką niskiego głębokiego głosu, który nijak nie pasował do drobnej postury a był tak pożądany przez gwiazdy rocka albo prezenterów radiowych. Zastanowił się czy musiała wlewać w siebie hektolitry wódy czy palić dwie paczki dziennie żeby dorobić się takiego tembru. - Chciałam złożyć doniesienie o przestępstwie ale ta banda kretynów nie traktuje mnie poważnie – łypnęła z wyrzutem na Musiorskiego, który zaczerwienił się jak uczniak.

Kobieta musiała być przed trzydziestką, miała alabastrową cerę nakrapianą oszczędnie cętkami piegów. Spirale włosów, w odcieniu bliższym pomarańczy niż czerwieni, męczyła bez litości ciągnąc je i okręcając wokół czubków palców. Ubrana była w ten zbuntowany sposób, który jest przywilejem dorosłych nastolatków. Poszarpane jeansy, motocyklowe buty i skórzaną kurtkę. Mimo dziewczęcej urody tkwił w niej jakiś „pazur” i niemal promieniowała buntem.
- Ma mi pan przydzielić ochronę. Albo wystawić z miejsca pozwolenie na broń.
Dębowski westchnął. Zaczynał przychylać się do opinii Musiorskiego, że to jednak wariatka.
 

Ostatnio edytowane przez liliel : 16-09-2012 o 11:55.
liliel jest offline  
Stary 23-06-2012, 17:55   #2
 
Harard's Avatar
 
Reputacja: 246 Harard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie coś
Poranny rozruch zajmował mu ostatnio dużo więcej czasu. Może dlatego, że łapał się na tym, że zamiast się golić, długo patrzył w szarawy odcień skóry, wory pod podkrążonymi, przekrwionymi oczami.
Dominika zdawała się wynajdywać coraz to nowe sposoby doprowadzania go do szału. Nie wiedział czy teraz po prostu jakoś bardziej to nim szarpało, czy rzeczywiście umyślnie robiła to by go wkurzać. Rozumiał wiele rzeczy, nastoletni bunt, odreagowanie, opozycja względem “starych”, obiecywał sobie przecież że nie będzie na to reagował z ogniem w oczach. Ale... Zachowywała się tak że naprawdę zaczynał się zastanawiać czy może to jego z Anką wina, że gdzieś po drodze popełnili jakiś błąd.
Wbił się w garnitur i rzucił jeszcze jedno spojrzenie na śpiącą żonę. Irytowała go, choć wiedział doskonale z czego to wynikało. Był kłębkiem nerwów ostatnio i odbijało się to wyraźnie na ich życiu. Dodając do tego jeszcze nawał pracy, po prostu nie mieli czasu dla siebie. Tyle dobrego, że nie zaczęli jeszcze sobie skakać do gardeł... Zebrał papiery z biurka i wsadził do aktówki, nie zapominając o przegraniu wczorajszej pisaniny na pendrive’a. Musi obgadać z Patrykiem te piątkowe zatrzymania, tak by wszystko poszło sprawnie i bez bólu.
Nawet nie próbował udawać, że zagląda do lodówki by zjeść coś na szybko. Kawa w firmie musi wystarczyć do południa.

Stanął przed samochodem sparaliżowany po raz kolejny. Koszmarne obrazy migały strzępkami pokazu slajdów przed oczami... Nie mógł się ruszyć. Dopiero Dominika tkwiąc przed ciągle zamkniętymi drzwiami dla pasażera, warknęła coś do niego, niezmiennie dodając “Jacek” na końcu i wyrwała go z otępiennego stuporu.
Drgnął zauważalnie i przyciskiem pilota otworzył auto. Jechali w milczeniu, ona z ryczącymi słuchawkami na uszach, on z zimnym potem sperlonym na czole i zaciśniętymi rękami do białych kostek na kierownicy. Jechał aż do bólu przepisowo. 40 na znaku, 40 na liczniku... Nawet nie zdążył podjechać pod szkołę, kiedy córka wyskoczyła z wozu, a on na widok obściskującego ją gówniarza miał ochotę wysiąść i rozerwać go na pół.
Wysupłał z kieszeni płaszcza papierosa i wcisnął przycisk samochodowej zapalniczki. Gryzący oczy dym miał uspokajać, ale niewiele z tego wychodziło. Z przywyczajenia słuchał wiadomości w radiu, ale słowa mijały go nie pozostając na dłużej w pamięci. Postanowił pojechać od razu na komisariat i tak miał dziś dyżur, więc wolał na miejscu przekonać się ilu mają jeńców z nocy. Patryk mówił, że dziś ma poranną zmianę, więc wpadnie też i kawę w naczelnikowskim gabinecie wypije, zanim pojedzie do firmy. Zaparkował obok bramy, zajmując jedno z ostatnich miejsc przed szarą kamienicą. Odwrócił wzrok zaciskając zęby od wgiętego lekko zderzaka i wgniecenia na masce. Ledwo widoczne, ale jemu zdawało się wielkie jak krater... Wyszarpnął teczkę z bagażnika i ruszył do wejścia, stawiając wysoko kołnierz płaszcza. Wstukał kod na odrapanym panelu i odkłonił się dyżurnemu za szybą kantorka. Ciężkie, żelazne drzwi zaskrzypiały kiedy pchnął je barkiem silnie, wchodząc do ledwo ogrzewanego wnętrza komisariatu. Nie przeszedł dwóch kroków jak dopadł go wychodzący z dyżurki młody chłopak w mundurowej koszuli. Nie widział go wcześniej, musiał być jednym z uzupełnień braków kadrowych, o których mówił Patryk po tym, jak trójkę jego najlepszych dochodzeniowców awansowali do Miejskiej do PeGietów. Rekomendacja Jacka się przydała, należało im się, ale teraz będzie się trzeba użerać z nowym zaraz po szkole...
No i się zaczęło od razu.

****

Jacek przypatrzył się kobiecie uważnie i powiedział pokazując drogę.
- Widzę, że zależy pani na czasie - zerknął na drżące ręce. Tak już wypisuję wniosek o pozwolenie na broń, pszepani - to może zaczniemy od tego, że powie mi pani o co chodzi.
- Ktoś mnie prześladuje - złapała plecak i motocyklowy kask, które leżały na krześle obok i ruszyła w ślad za Dębowskim. - To się zaczęło... jakoś pod koniec listopada. Może wcześniej ale w listopadzie byłam już pewna, że sobie tego nie ubzdurałam.
- Panie... Wojtku.- oglądnął się jeszcze ale zaraz ściszył głos. Nie musiał się wydzierać bo policjant dreptał za nimi dwa kroki z tyłu. - Niech pan weźmie klucze od dwójki i przyniesie protokoły. Załatwimy to od razu, nie będę pani odsyłał do nas, do Prokuratury.
Z wariatkami co natychmiast potrzebują pozwolenia na broń najlepiej działać na gorąco. Młody zrobił przepisowe w tył zwrot i jeszcze zanim doszli do pokoju w końcu korytarza, przyniósł z portierni klucze i naręcze papierów.
- Proszę, niech pani wejdzie.- wskazał jej miejsce na krześle przy biurku, sam zaś usiadł i przeczesał włosy palcami. Cholera. Sprawdził kieszenie, ale papierosy jak na złość zostały w samochodzie. Nie był przyzwyczajony i nie miał odruchów palaczy. W końcu zaczął tydzień temu...
- I od początku jeśli łaska. Jak to się zaczęło, czy podejrzewa pani kogoś?
- Pozwoli pan, że zapalę? - zapytała kobieta jakby czytając mu w myślach. Ręce jej się trzęsły kiedy odpalała czerwonego Marlborasa. - Niuanse - skwitowała jakby to wszystko wyjaśniało. - Zaczęło się od niuansów. Najpierw ktoś mi przestawił wazon. Z kuchni do pokoju. Myślałam najpierw, że może w jakimś roztargnieniu zapomniałam, że go tam postawiłam. Wydało mi się to dziwne, ale prawdę mówiąc nie myślałam nad tym zbyt długo. Później się to zaczęło nasilać. Co kilka dni, regularnie. Znalazłam swoją czerwoną sukienkę rozłożoną na łóżku w sypialni jakbym się miała wybrać na jakieś pieprzone przyjęcie, rozumie pan? Jakby mi ją ktoś naszykował. Szminka postawiona obok lustra, zamiast w kosmetyczce. Wystraszyłam się, owszem, ale to wszystko.... No wie pan, zakładałam tolerancję błędu. Że to może ja zrobiłam po pi... to znaczy, po imprezie. Ale dzisiaj w nocy, a w zasadzie rano to się poważnie przeraziłam i od razu do was pognałam bo robi się z tego jakiś scenariusz do filmu grozy.

Matko moja... Jęknął w duchu Jacek, ale nie dał po sobie niczego poznać na zewnątrz. Tak od samego rana? Bez kawy nawet? Musiorski, tak? No może i młody, ale jeszcze nie wyszkolili go że takie panie odsyła się aby w cichości domowych pieleszy zawiadomienie na piśmie sobie złożyły?
- Pani pozwoli... - sięgnął nie czekając bynajmniej na pozwolenie po jednego z jej papierosów. A więc jedziemy utartym szlakiem. - Przepraszam że przerwę, ale zaczniemy od formalności. Muszę zebrać pani dane osobowe.
To zwykle powoduje że usystematyzowanie zeznań pozwala cokolwiek sensownego wycisnąć co będzie się dało zapisać w protokole. Przecież o czerwonych sukienkach pojawiających się znikąd pisał nie będzie.
- Ma pani ze sobą dowód osobisty? - wziął podany dokument i chwilę w ciszy przepisywał dane wypełniając kolejne rubryczki. Spojrzał na nią dochodząc do tej kluczowej.
- Czy była pani kiedykolwiek leczona neurologicznie, psychiatrycznie lub odwykowo?
- Bierze mnie pan za wariatkę, tak? Ja wiem jak to brzmi. Ale mówię prawdę! - podniosła głos i odsunęła niespodziewanie krzesło łapiąc z podłogi kask i plecak. - Jeśli nie chcecie mi pomóc sama złapię sukinsyna.
- Proszę się uspokoić, to tylko standardowe pytania. - Jacek zerknął na nią beznamiętnie. - Nie mają na celu urażenia pani, tylko ustalenie faktów. - To może zgodne z prawdą nie było, ale do cholery była ósma rano! - Zaraz przejdziemy do meritum. Niech pani usiądzie, to już nie potrwa długo. A więc...?
Wróciła opieszale na krzesło.
- Byłam na odwyku. Ale to było sześć lat temu. Jestem czysta.
- Leczyła się pani przeciwnarkotykowo czy przeciwalkoholowo?
Zagryzła wargi jakby to nie był temat, na który miała ochotę.
- To pierwsze.
- Dobrze. - uśmiechnął się lekko - Już po wszystkim. Teraz niech mi pani powie... Mieszka pani sama?
Skinęła.
- Sama. Wynajmuję pokój z kuchnią w śródmieściu.
- Rozumiem że właściciel mieszkania również ma do niego klucze? Czy zmieniała pani zamki?
- Chyba ma, nie wiem. Nie mam z nim w zasadzie kontaktu, on nie mieszka w Polsce. Robię mu przelew raz w miesiącu i tyle. I nie, nie zmieniałam zamków. Chociaż dziś mam w planach.
Jacek zapisał parę zdań do protokołu.
- Widziała pani jakiekolwiek ślady manipulowania przy zamkach? Choćby drobne zarysowania, czy może przy oknach? Na którym piętrze pani w ogóle mieszka?
- To, że byłam ćpunką nie znaczy, że na złodziejstwie też się znam - rzuciła dość wrogo. - Nie przyglądałam się zamkom ani oknom. Jak tylko się obudziłam wypadłam z mieszkania jak z kurwa procy, rozumie pan? Jeśli chce pan mieć ogląd na zamki to nich pan tam kogoś pośle.
- Mówiła pani, że dziś w nocy a w zasadzie rano coś panią przeraziło. Co się właściwie stało?
- Obudził mnie jakiś dźwięk... - przygryzła paznokieć. - Wczoraj trochę zabalowałam... nie jakoś szczególnie, żeby pan sobie nic nie wyobrażał. Sen miałam twardy ale wszystko pamiętam. Wstałam z łóżka, zapaliłam lampę... Chyba jak zaczęłam się ubierać to do mnie dotarło - pokazała mu dwie, dość wypielęgnowane dłonie. - Ktoś mi w nocy pomalował paznokcie. U nóg też. I niech pan nie zaczyna, że zwariowałam, ja nigdy nie maluję paznokci - oparła czoło na blacie stołu jakby samą ją przeraził wydźwięk tych słów. Paznokcie zaś oskarżycielsko były pokryte jaskrawo czerwonym lakierem.

Próbował trzymać kamienną twarz. Robert będzie wniebowzięty... musi mu zrobić kserówkę protokołu jak skończą, jak nic będzie w pierwszej piątce wariatek...
Potarł dłonią gładko ogoloną twarz.
- Czy z mieszkania coś zginęło, zostało zniszczone? - próbował jeszcze choć na siłę znaleźć jakieś znamię czynu zabronionego tak by się to przy pisaniu odmowy wszczęcia dochodzenia zakwalifikować jakoś dało z większym sensem. Bo jak nie, to Robert umrze ze śmiechu. Włamanie poprzez przełamanie zabezpieczeń mieszkania w nieustalony sposób, a następnie... pomalowanie pokrzywdzonej Lenie Witkowskiej paznokci... A może lepiej 191? Zmuszanie do określonego zachowania?
A przecież z wyglądu nie pasowała do stereotypowej wariatki. Nawet ładna dziewczyna. Rudawe loki wraz z alabastrową skórą i lekkimi piegami robiły ciekawe wrażenie. Nawet styl zbuntowanej rockmenki nie raziłtak jak … u Dominiki. Spojrzał na nią gdy oparła czoło o blat. Chyba nawet dotarło do niej jak brzmi to co mówi.
- Nie, nic nie zginęło - dodała już całkiem zrezygnowana. - Pośle pan ze mną jakiegoś policjanta żeby chociaż sprawdził zamki? No i czy jego tam nadal nie ma, bo jestem pewna, że jak się obudziłam to tam był.
- Oczywiście. Pojedzie z panią pracownik STK. Sekcji Techniki Kryminalistycznej - dodał zaraz widząc jej nic nie rozumiejącą minę - oraz patrolówka. Sprawdzą zamki i zrobią oględziny. Nie podejrzewa pani nikogo, kto mógłby... panią nachodzić? Nie miała pani z nikim zatargów, głuchych telefonów, nikt pani nie groził?
Wzruszyła ramionami.
- Wie pan jak jest, świrów nie brakuje. Znam dużo ludzi, jeszcze więcej się gdzieś bokiem przewija. Ale nie, nikt mi tak otwarcie nie groził. Jakiegoś szczególnego podejrzanego też nie mam.
Taak świrów nie brakuje. Jeszcze raz zerknął na całkiem ładną buzię.
- Jedna ważna sprawa pani Leno. - podpisał protokół i wyciągnął z aktówki pieczątkę, po czym przesunął formularz po biurku wskazując gdzie ona ma podpisać. - Tutaj ma pani telefon bezpośrednio do dyżurnego, jeśli coś się będzie dziać, będzie pani sądzić że ktoś znowu... jest w mieszkaniu, niech pani dzwoni. - Podał jej kartkę z telefonem dyżurki, tam gdzie siedział Nowy. Niech się stara i odbiera od niej pięć telefonów dziennie. I w nocy. Nauka pacyfikacji wariatów przez praktykę...
- Dziękuję - pokiwała głową. Odebrała od niego numery i podpisała protokół. Sprawiała teraz wrażenie jakby powietrze z niej zeszło. Już się nie wściekała, chyba dopadła ją faza rezygnacji. - Gdyby coś się działo... - zamachała kartką.

***

- Sam przyjąłeś od niej zawiadomienie? - Patryk zerknął na niego dziwnie, kiedy opowiedziała mu po krótce wydarzenia poranka - Zamiast spuścić ją na naszą zetkę? Ładna chociaż była?
Zaśmiał się, widząc minę Jacka. Taak, na pewno pan naczelnik oglądnął ją sobie wcześniej i wiedział jak wbić szpilę. Obgadali sprawę piątkowych zatrzymań, a że Patryk od rana był w dobrym humorze, nie obyło się też bez tony komentarzy, że do pani Witkowskiej poślą antyterrorystów, dwa helikoptery i połowę kryminalnych, bo pan prokurator obiecał.

Przed dziesiątą Jacek wszedł do swojego gabinetu. Zdecydował się iść z komisariatu pieszo. Myśl o ponownym zbliżaniu się do samochodu skutecznie zachęcała do spacerów. Uśmiechnął się równie promiennie co sztucznie do jakiejś raszpli z okręgówki mijanej na schodach, która wymownym gestem odwinęła rękaw i patrzyła na zegarek, w stylu “patrzcie no ludzie kiedy to się przychodzi do pracy”.
Kiedy podniósł głowę znad czytanych akt było już po 16. Szlag nawet bufet w sądzie już zamknięty. Złapał słuchawkę i zamówił coś z pobliskiej knajpy. Jeszcze nawet w połowie nie przebrnął przez te tomiszcza. Ala z sekretariatu trzy razy wózkiem obracała zanim przywiozła wszystko i teraz jego gabinet wyglądał jakby przedszkolak zbudował sobie fort z kartonowych pudeł. Poluzował krawat i podwinął rękawy koszuli po czym dopił resztki zimnej herbaty i zapalił lampkę na biurku. Musiał to łyknąć dziś, bo jutro trzeba siąść do pisania zarzutów, jak się ma wyrobić do piątku, kiedy spuszczona ze smyczy sfora Patryka wpadnie z drzwiami do ośmiu mieszkań w Krakowie. Znowu wróci do domu koło 23...
 
Harard jest offline  
Stary 26-06-2012, 22:39   #3
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9227 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
Do domu dotarł grubo po zmroku. W zasadzie nie spodziewał się komitetu powitalnego, ciepłych kapci i skorych do rozmowy gardeł. I dobrze, bo oszczędził sobie rozczarowań. Czekała tylko kolacja w mikrofalówce i nadal zaklejona koperta z Gazowni.

Dominika zapewne spała co wydedukował po zamkniętej na cztery spusty sypialni i tabliczce wiszącej na klamce opatrzonej subtelnym napisem „fuck off”.
Dopiero kiedy położył się do snu zauważył, że druga połowa ich małżeńskiego łóżka wielkości lotniskowca jest opustoszała. Coś się w nim szarpnęło panicznie. Zapalił światła i w pierwszym odruchu pootwierał szafy. Ale ubrania Ani tkwiły na miejscu w takim samym nieładzie jak zawsze. Wrócił więc do salonu, zajrzał do kuchni, łazienki, pralni a nawet spiżarni. Nic.

Przeszło mu przez myśl, że wyszła po prostu jak stała, pod wpływem impulsu. Zostawiła go z dorastającą córką z którą nie potrafił się dogadać, z kredytami i czającym się za rogiem załamaniem nerwowym. Obleciał go strach. I wtedy usłyszał stukot, gdzieś z piwnicy.

Ostrożnie zszedł krętymi schodami w dół i stanął oko w oko ze swoją żoną, która uzbrojona w paletę i pędzel nanosiła z zapałem farbę na płótno. Znał ją na tyle aby rozpoznać sytuację. Wpadła po uszy. Rozgorączkowana przez wenę i dziecięcy wręcz entuzjazm, wyglądała jakby napaliła się zioła. Kto wie, może nawet skojarzenie to zrodziło się w jego głowie nie bez powodu.
Zbliżył się w jej kierunku aby rzucić okiem na jej nowy projekt ale wtedy go dostrzegła i wyskoczyła z zaborczym:
- Jacek, stój!
Podbiegła do Dębowskiego z uśmiechem pomiędzy rumianymi policzkami, pocałowała go gorliwie i zarzuciła ręce wokół szyi.
- To będzie coś ekstra. To... to... będzie przełom! Mam przeczucie, Jacek. Pracuję nad dziełem mojego życia!

Znów była tą dziewczyną w jakiej się zakochał. Pełną życia, pasji i fantazji, w upaćkanych akwarelami ogrodniczkach i włosami upiętymi w nieładzie na czubku głowy.
Przyjemnie było odwzajemnić pocałunek i podchwycić jej pełne optymizmu nastawienie. Jakby nic się między nimi nie psuło. Ale Ania taka już była. Biegunowa. Jeśli się nie śmiała musiała płakać. Jeśli nie odwalało jej ze szczęścia to z rozpaczy. Pełna uczuć i namiętności niczym czynny wulkan.

Pogładził jej plecy ale ona chyba tego nie zauważyła bo zaraz wróciła do sztalugi.
- Jeszcze popracuję. Nie mogę teraz przestać. Nie, kiedy jestem na fali...
Wsunęła w usta papierosa, odpaliła i zagapiła się w płótno roziskrzonym niecierpliwym wzrokiem.

* * *

Rozdział 2 - "Jak mawiała moja babcia, licho nie śpi"


04,12,2009 - piątek

Zaspał!
Złość roznosiła go odkąd otworzył oczy. Budzik łypał na niego drwiąco z nocnej szafki oznajmiając dziewiątą. Dominika wyszła do szkoły nawet nie racząc zainteresować się czy ojciec przez noc nie wyzionął ducha. A Ania nadal babrała się w farbach i sądząc po stężeniu nikotyny w jej pracowni w ogóle się nie kładła.

Stopień jego irytacji zdradzała niewyprasowana koszula, którą na siebie włożył. Trudno. Najwyżej będzie cały dzień paradował w zapiętej marynarce a jeśli ktoś raczy ten fakt skomentować to urwie mu nogi przy samej dupie!

Wypadł z domu bez kawy i śniadania aby zaraz utkwić w korku, który skutecznie ostudził poranny zastrzyk adrenaliny. Kraków przeżył kolejne uderzenie mrozu bo z nieba sypał się drobny uciążliwy śnieg. Wycieraczki pracowały na pełnych obrotach.
Dojeżdżał już do budynku Prokuratury kiedy rozdzwoniła się komórka. Duński dyszał do słuchawki i najwyraźniej też zaczął dzień lewą nogą.

- Dębowski, czy trafił ci się ostatnio jakiś awans, o którym kurwa nie wiem?! Bo jeśli nie to powinieneś od półtorej godziny zapierdalać za pieniądze podatników. Gdzie się podziewasz?

Podjął próbę nałgania szefowi o rodzinnych i zupełnie niespodziewanych trudnościach wagi ma się rozumieć katastrofalnej kiedy Duński przerwał ten spektakl jednym dobitnym zdaniem.
- Masz trupa na Zwierzynieckiej. Adres pisz.

Przez kolejny kwadrans przedzierał się na rzeczoną ulicę. Miejscem zdarzenia okazała się obdrapana kamienica śmierdząca wilgocią i odorem starych ludzi.
Jedna z sąsiadek, starowinka o plecach wygiętych w paragraf, obserwowała wędrówkę Dębowskiego w górę klatki schodowej.

Przy drzwiach na pierwszym piętrze stał Wasiak, stary wyga z Wydziału Zabójstw. W trupach robił dłużej niż Dębowski i miał reputacje twardego psa, który nie grzeszy co prawda manierami ale jest niebywale skuteczny. Większość współpracowników nie przepadało za nim przez wzgląd na nieprzyjemne obejście ale Wasiak chyba nie robił tego celowo, taki się po prostu urodził. Dębowski pracował z nim już nieraz i nauczył się znosić, tak jak znosi się katar sienny na wiosnę.

- W środku jest bajzel jak chuj – gliniarz pociągnął bucha wyjątkowo śmierdzącego peta na miarę Popularnych, których był entuzjastą. - Denat to niejaki... - sięgnął po staromodny notes na sprężynie – Henryk Młynarski. Lat dziewięćdziesiąt dwa.
Uśmiechnął się jak z dobrego żartu i uprzedził pytanie Dębowskiego.
- Powaga, dziewięćdziesiąt dwa. Musimy sprawdzić jakim cudem opieka społeczna się nie upomniała o tego rzęcha. Nie wspominając komu chciałoby się zabijać kogoś, kto już nad grobem wisi. Starczyło trochę poczekać i sam by kojfnął. Ale, jak mawiała moja babcia, licho nie śpi.

Babcia Wasiaka była powszechnym autorytetem cytowanym w Zabójstwach.
- Wasiak, może zaczniesz swoje pierdolenie jak już wejdziemy do środka? - warknął nadal niedobudzony Dębowski.
- Ano właśnie. Z tym może być mały problem. Bo w środku jest już dwóch techników a trzeci ryj to tam wejdzie na wścisk.

Otworzył na oścież drzwi do mieszkania i szybko wyszło na jaw co Wasiak miał na myśli.
Długi i wysoki na blisko trzy metry korytarz wypełniony był po brzegi stosami czasopism, sprzętów i trudnych do zidentyfikowania szpargałów co przywodziło na myśl wysypisko śmieci.
- Moja babcia to miała – mina Dębowskiego wyraźnie poprawiła detektywowi humor. - Patologiczne zbieractwo. Uprzedzałem, że bajzel jak chuj. Technicy się nabijali, że mogliby spędzić tu wakacje i wszystkiego nie zdążą przetrząsnąć. A kto wie, narzędzie zbrodni może nawet gdzieś tu jest... Trzeba się będzie napocić żeby przeorać ten pierdolony śmietnik.

Jacek zignorował przestrogi policjanta i wszedł do mieszkania. Jak się okazało było całkiem spore, prawie sto pięćdziesiąt metrów krawatowych chociaż zatracało się tutaj właściwą percepcję. Podczas oględzin czuł się jak mysz w labiryncie. Otaczały go piętrzące się pod sam sufit sterty rupieci i chcąc nie chcąc trzeba było poruszać się wąskimi ścieżkami wyznaczonymi przez właściciela do przemieszczania się między pokojami. W środku panował zaduch i absolutny mrok, rozpraszany żółtawym światłem archaicznych żyrandoli. Okna niemal zupełnie nie przepuszczały światła zastawione po brzegi pudłami, książkami i sprzętami codziennego użytku, które mogły pamiętać czasy przedwojenne.

Salon był jedynym przestronniejszym pomieszczeniem i właśnie tam leżało ciało. Mężczyzna leżał na plecach w pobliżu kawowego stolika, na którym oprócz zapleśniałych filiżanek, talerzy, książek, lampy, porcelanowych figurek, cukiernicy, budzika, dwóch wazonów, siedmiu książek, serwetnika, butelki wina i misy na owoce stała plansza z niedokończoną partią szachów.

Dębowski wstrzymał oddech. Trupi swąd to jedna z tych niedogodności, do której nawet po latach pracy nie sposób przywyknąć. Mdły, słodkawy smród wgryzał się w ubranie i we włosy i Dębowski miał wrażenie, że czuje go na sobie jeszcze cztery kąpiele później.
Pochylił się nad ciałem i zerknął na zmiażdżoną czaszkę. Kawałki kości zapadły się do środka , krew rozlała się sporą kałużą na dywan w arabskie wzory, wsiąkła głęboko i zdążyła już całkiem przyschnąć.
Z twarzy pozostała krwawa miazga ale nie była to chyba jedynie zasługa sprawcy.
- Kot go podżarł – wyjaśnił Wasiak, który wyrósł za plecami Dębowskiego i efekt klaustrofobii się pogłębił.

Majewski, znany Jackowi biegły medyk sądowy, przykucnął z wyrazem konsternacji na szczurzej twarzy.
- Kilka ciosów w głowę, może nawet kilkanaście. Narzędzie twarde tępokrawędziste. Rany tłuczone, wgniecione kości czaszki to bezpośrednia przyczyna zgonu. Stężenie pośmiertne w pełni wykształcone, powoli ustępuje. Przełamane w stawie łokciowym już nie powraca, ale może to przez temperaturę... Zimno tu jak w psiarni. Przypuszczalny czas zgonu to trzy, cztery dni temu. Więcej powiem jak go przewiozę do ZMSu.
Przyświecił latarką na chudą starczą pierś na której wymalowany krwią widniał symbol swastyki.

- Po tym jak już się wyżył roztargał ofierze koszulę i naznaczył, najpewniej jego własną krwią.
Drugi z Technicznych, który do tej pory przechadzał się po mieszkaniu i trzaskał zdjęcia posłał Dębowskiemu niepewne spojrzenie.
- Panie prokuratorze... Mamy się przez te wszystkie graty przekopać? To niewykonalne jeśli by pan chciał znać moje zdanie.
Nagle zza jakiś rupieci wychybnął czarny kot. Zatrzymał się przy trupie, oblizał nadal czerwony od zaschniętej krwi pysk i z namaszczeniem otarł się o prokuratorską łydkę.
 

Ostatnio edytowane przez liliel : 16-09-2012 o 11:56.
liliel jest offline  
Stary 29-06-2012, 18:41   #4
 
Harard's Avatar
 
Reputacja: 246 Harard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie coś
Jacek uśmiechnął się lekko. Kolejny napad twórczego szału. Uwielbiał ją w takim stanie, to było jak powrót do tych rzadkich lepszych czasów. Tych które już były. Wczorajszy pocałunek tylko dodał mu energii. Zakradł się jeszcze przed wyjściem do pracowni i przez chwilę stał tylko patrząc na nią w progu. Dopiero po kilku minutach dostrzegła go w ogóle i już brała się do opiekuńczej obrony swojego dzieła.
- Boisz się że ci zauroczę ten obraz, czy co? - uśmiechnął się szerzej. Zawsze tak było, dopiero jak skończy pozwoli się zbliżyć. - Siedziałaś tu całą noc?
Kiedy pokiwała głową znad sztalugi w roztargnieniu, wiedział że już średnio kojarzy co mówi do niej.
- Zjedz coś chociaż.Słyszysz? Bo cię przemocą stąd wyniosę!- zbliżył się bardziej aby się podroczyć.
- Już dobrze, dobrze - odłożyła pędzel i wytarła dłonie w brudną szmatę - Chwila przerwy rzeczywiście nie zaszkodzi. Chodź, zrobię ci kawę - posłała mu ciepły uśmiech i chciała złapać za rękę ale w porę zrejterowała. - Ubabram cię.

Tak łatwo wywinąć jej się nie dał. Kiedy przeciskał się koło niego w wąskim piwnicznym przejściu przycisnął ją do ściany i nie zważając na cholerne upapranie farbkami wpił się w jej usta. Potrzebował tego. Choćby na chwilę, na ulotny moment. Poczuć ten smak, który zdawało mu się zapominał. Zapach jej włosów.

Przez chwilę obściskiwali się we własnym domu jak para nastolatków ale Anka w końcu wywinęła się z jego objęć.
- Nie jesteś aby spóźniony? - zaśmiała się chyba tym faktem rozbawiona. A może po prostu miała dobry humor. - Ja z kolei padam na pysk. Ale wiesz co? Może wrócisz dzisiaj wcześniej z pracy? Wbiję się w tą małą czarną, którą sobie kupiłam na sylwestra i wyskoczymy na włoskie żarcie i dobre wino?
- A do diabła z tym. Dziesięć minut świata nie zbawi - jeszcze raz pocałował ją z pasją, aż w końcu wymruczał. - Postaram się. Moglibyśmy zaglądnąć do Da Pietro. Chyba sto lat minęło odkąd tam byliśmy...
Trochę lżej i jakby... normalniej się zrobiło.

Wyjechał na ulice z pośniegową szarą breją i nawet nie starał się patrzeć na zegarek. Komórka zawibrowała w przyciśniętym przez pasy garniturze. Zerknął na wyświetlacz i zaklął cicho. Cztery nieodebrane połączenia od dyżurnego, a przecież dziś jeszcze ten wymieniony dyżur z Robertem. Cholera. Szef od razu wyjechał z gębą, ale akurat miał rację. Skończył gadanie i przedzwonił do dyżurnego, zbierając pewniejsze dane. No jasna cholera, no. Zabójstwo. Skoro nawet ostrożni w ocenach zwykle policjanci na dyżurce mówili to w prost, znaczy że facet ma siekierę w plecach... Wymówił się mętnie od propozycji podjechania radiowozu pod firmę i zabrania go na miejsce zdarzenia, bo przecież nie będzie im tłumaczył że w ogóle jeszcze do prokuratury nie dojechał.

***

Wszedł do niemiłosiernie zagraconego mieszkania. Technicy zaczęli już dobre dwie godziny temu, więc drogę dojścia mieli już oczyszczoną i nie było ryzyka że coś zadepta. No Wasiak miał rację. Staruszek leżał ze zmasakrowaną twarzą w saloniku, gdzie nie było naskładane tyle tego badziewia. Znaczy się w porównaniu do innych części mieszkania. Pochylił się nad zwłokami i przyglądnął uważnie. Młode chłopaki z patrolu zaglądali przez ramię przeciskając się korytarzem. No tak, ciekawość ciągnęła ich tutaj, nie często się trafia zabójstwo. Wysłuchał relacji medyka sądowego, dobrze że trafiło na Majewskiego a nie tego pijusa Słomkę...

Na pytanie technika, uśmiechnął się kwaśno:
- A to się dobrze składa, prawda? Przecież jesteście specjalistami od niewykonalnego. Podręcznikowe, piękne i klasyczne oględziny chcę tu widzieć. - Kurwa. Anka go zabije, dobrze będzie jak wróci do domu nad ranem...
- Zdjęć chcę tyle, żeby się dało nimi komendę wytapetować. Zacznij od rozbryzgów liniowych na ścianach i suficie. - wskazał na kropelki krwi powstające od zamachów narzędziem o którym mówił medyk. Usiłował liczyć ciosy, ale nie wychodziło dokładnie. Kilkanaście na pewno. Chłopaki będą musieli obrobić zdjęcia i policzyć dokładnie.
- Gazet czytać nie musicie - warknął na widok nieszczęśliwej miny technika wskazując na sterty czasopism i książek - oświetlenie UV i czarne plus luminiol i może uda się znaleźć narzędzie. Ale zanim zaczniecie pryskać zacznijcie od pobrania próbek krwi dla hemogenetyki. Może sprawca też się zranił. I paznokcie chłopaki, zanim dotkniecie zwłok, zapakietować na sucho mu palce. Sprawdzić przedramiona czy nie było prób zastawienia się przed ciosami, złamań obronnych.
Może się bronił, zostawił naskórek sprawcy pod paznokciami.
- Potem ślady obuwia. Tam wskazał na dojście. Daktyloskopia na klamce i całych drzwiach. Skoro zamknął za sobą to może zostawił ślady.
- Sprawdzone już panie prokuratorze. Miał rękawiczki skórzane. Fajnie się odbiła struktura poletkowa pod zamkiem. Zabezpieczone już będzie można porównać. Nie ma żadnych śladów włamania na drzwiach, zamki już wymontowaliśmy do mechanoskopii, ale na moje oko to albo otworzył kluczem, albo sama ofiara go wpuściła.
Jacek zamyślił się i zanotował w pamięci serię pytań do sąsiadów.
- w korytarzu trafiliśmy też dobrze odwarstwiony ślad obuwia w krwi. Częściowy co prawda ale będzie można określić rozmiar. Oświetlenie z filtrami powie więcej, ale... - technik zawahał się.
- No? - Ponaglił go Wasiak.
- No po takiej masakrze sprawca powinien być zachlapany od stóp do głów. Wygląda na to że się umył. Brakuje jednego z ręczników, wstępne badanie luminolem na zlewie wskazuje że była tam krew.
- Hmm... - Jacek w zamyśleniu analizował spływające informacje. - Dobra robota. Ale grzebania w tym bajzlu i tak wam nie odpuszczę. Skoro zabrał ze sobą ręcznik, narzędzie zbrodni pewnie też ale chcę być pewny, choćbyście z sitem tu mieli wrócić.

Zeszło do południa nawet nie wiedział kiedy. Dopiero po obskoczeniu mieszkania podeszli na spokojnie do zwłok. Swastyka na ciele wymalowana zapewne krwią denata. Spora i nierówna. Kazał natrzaskać zdjęć a sam się rozglądnął za pamiątkami z II wojny. Denat był pasujący wiekiem. Przepatrzył mieszkanie z grubsza szukając orderów, medali, bibelotów świadczących o jakimś związku z tym okresem. Obrazu z Hitlerem nad kominkiem nie było... Trzeba będzie wypytać rodzinkę, może pogrzebać w Archiwum Państwowym.

- Panie prokuratorze, niech pan zerknie na to. - Technik zawołał go z balkonu. W sporym słoiku leżały niedopałki. Różne marki, ale głównie Marlboro. No i z charakterystycznymi ubrudzeniami od szminki...
- Zabezpieczyć.- Polecił krótko. Może hemogenetycy wyciągną profil ze śliny. Kobieta? Wśród takiego syfu? No ale tojest konkret, ucieszył się w duchu.
Wrócił do saloniku. Niedokończona partia szachów, ale brak listów czy innej korespondencji sugerującej że grał w ten sposób. Dębowski jakoś odruchowo przyjął wersję że mieszkał samotnie. Natręctwo zbieractw zwykle takie osoby dotyka. Może jednak z panią X grał? Albo ćwiczył umysł w ten sposób lub zabijał nudę?

Robota ruszyła, koło 14 zmieniła się ekipa techników, oni z Wasiakiem pewnie zaliczą ze trzy lub cztery zmiany. Stary policjant zdążył już przegonić po okolicy patrolówkę i dzielnicowego w poszukiwaniu kamer i monitoringów. Dzielnica co prawda nie obfitowała w banki i hotele ale a nuż się poszczęści. Sprawca jakoś musiał tu dotrzeć i odejść. Przy precyzyjnie ustalonym przez ZMS czasie zgonu może uda się wyizolować kilka potencjalnych osób... Wkrótce po natężeniu przekleństw Wasiaka zorientował się że mundurowi nic nie znaleźli. Nie przeszkadzało to obsobaczyć ich z góry na dół, czego Jacek wysłuchał z saloniku z lekkim uśmiechem. Pod koniec kurwowania Wasiaka młodzi niemal uwierzyli, że to ich osobista wina że najbliższa kamera to z pół kilometra stąd.

Dobra, pora się zabrać za sąsiadów, bo im świadkowie zdążą poumierać ze starości. Średnia wieku mieszkańców tej kamienicy to chyba ze sto lat... Zerknął na listę dostarczoną przez dzielnicowego. Pora się też przewietrzyć... Zapaszek nie był zbyt intensywny, bo chłopaki pierwsze co zrobili to pootwierali okna na oścież, kiedy juz było jasne że osmologię i psa tropiącego mogą sobie darować, gdy medyk oświadczył że zgon parę dobrych dni temu. No ale komfortowymi warunkami pracy ciężko to nazwać. Śmierdzi i zimno jak cholera od grudniowego mrozu.
Zgarnął Wasiaka i w tym tandemie zabrali się za przesłuchiwanie świadków.
Zaczęli od mieszkania naprzeciwko.
Nim Dębowski zdołał zapukać drzwi się otworzyły i stanęła w nich chorobliwie wychudzona leciwa kobieta. Z pobrużdżonej zmarszczkami twarzy łypała na przedstawicieli prawa tylko jednym działającym okiem. Dębowskiemu ciarki przeszły po kregosłupie. Zupełnie miał wrażenie, że pod opadniętą powieką pulsowała ciemność.
- A kogo licho niesie? - zapytała babcia skrzeczącym nieprzyjemnym głosem. - Aaaa, tak. To ja zadzwoniłam do dzielnicowego. Urszula Wrońska.

- Dzień dobry. - spojrzał na nią drugi raz uważniej chcąc się przekonać czy dziwne wrażenie które go “oblazło” powtórzy się. Swoją drogą to średnia wieku w tej kamienicy dobijała chyba setki... - My właśnie w tej sprawie.
Wasiak oparł się o futrynę ze znudzoną miną. Teraz on miał fajrant a Jacek jak już się porządził, to przeszedł do rzeczy.
- Kiedy się pani zorientowała że z panem Henrykiem coś się stało? Znała go pani dobrze?
- Tyle co sąsiada. “Dzień dobry” takie tam. Ale to był żwawy człowiek, wie pan, jak na swój wiek. No a miałam wrażenie, że go jakiś czas coś nie widać. Pomyślałam, że będzie tak jak z tą spod piątki. Zmarła na początku lata. Zawał. W naszym wieku to tylko się wypatruje pogrzebów. No i przepowiedziałam - albo się Jackowi wydawało albo przez twarz staruszki przemknął podły grymas. Ale to trwało tylko ułamek chwili.

- Przychodził ktoś do niego? Odwiedzał? Może rodzina jakaś? - Przypatrywał się dalej Babie Jadze jak już zdążył ochrzcić staruszkę. - Szczególnie ostatnio? A może widziała pani kogoś bywającego u niego częściej niż normalnie. Kobietę. Córkę może?

- A pewnie, że widziałam. Wnuczki miał. Nawet dwie. I obie nieudane jeśli mam być szczera. Ta młodsza, Violetta, to tu z nim... mieszka, szumnie nazwijmy. Ale to, proszę ja panów policjantów łachudra ostatnia. Tydzień, dwa z dziadkiem posiedzi, taka niby do rany przyłóż, a jak tylko pojawi się na horyzoncie ten jej kochaś to się z nim do auta pakuje i tyle ją było. Trochę to trwa ale w końcu zawsze wraca do nas, na Zwierzyniecką. Pijana do imentu, oblepiona własnymi wymiocinami. Zgnilizna moralna... A pan Henryk ją zgarniał z ulicy do domu, jeść dawał, mył... No parę dni znów grzeczna była ale wszyscy wiedzieli, że to pozory bo zaraz jej licho do głowy strzeli.

Zdziwił się nieco, że ktoś oprócz staruszka może mieszkać w takim bajzlu, czy też raczej pomieszkiwać według słów kobieciny.
- A w tych ostatnich czterech dniach widziała ją pani? Ją albo kogoś innego u pana Henryka? Może kogoś... obcego w kamienicy?
- Nie jestem pewna. Wie pan, mam ciekawsze rzeczy do roboty niż tkwić całymi dniami w oknie. Widziałam zdaję się Beatkę. Mówiłam, że pan Henryk miał dwie wnuczki? Violę i Martę. Beatka to córka Marty. Czasem dziadka odwiedzała, choć pan Henryk narzekał, że ciągnie od niego tylko pieniądze. Pan wie ile emerytury teraz nam dają? Wstydziła by się smarkula. Ale on i tak do niej słabość miał. Zupełnie nie wiem dlaczego bo wyglądała gorzej niż śmierć na chorągwi.
Na Wasiaka nie musiał nawet patrzeć,bo stary wyga już wyciągnął notes i zapisywał imiona dopytując kobietę o bliższe dane.
- Wie pani to ważne. Może spróbuje sobie pani przypomnieć kiedy ją ostatni raz u niego widziała?
- Chyba w poniedziałek - zamyśliła się stara. - Tak, na pewno poniedziałek , z zakupów wracałam i minęłam ją na klatce. Teraz jak o tym myślę... Wydawała się... zdenerwowana. Jeszcze z kamienicy nie wyszła a już papierosa przypalała. Zaklęła nawet bo zapalniczka się zacięła czy coś.
- A może słyszała pani jakąś kłótnię, albo hałasy jakieś? Podniesione głosy? Tak właśnie jakoś w poniedziałek, może w nocy albo we wtorek rano?
- Raczej nie. Ale ja się wcześnie kładę. Z drugiej strony wcześnie też wstaję ale nic niepokojącego nie słyszałam. Ale wie pan, tu mury mają pół metra grubości, nie to co teraz robią, jakieś kartonowe fuszerki.

Wasiak zapisał wszystko z lekkim zdziwieniem dostrzegając niebiesko - zielonkawą smugę na nadgarstku Jacka. Chyba nie smar samochodowy czy coś w tym rodzaju. Zbyt jasny kolor.
- Dobrze. - wtrącił chropowatym głosem, kończąc wstępne przesłuchanie. - Tutaj ma pani wezwanie na komisariat. Spiszemy na protokół i dopracujemy szczegóły. Pomogła nam pani.
Zerknął na Dębowskiego, który pokiwał głową i wyciągnął wizytówkę z telefonami do firmy.
- Jakby w międzyczasie coś sobie pani przypomniała, to proszę się nie wahać i dzwonić. Jakieś dziwne zdarzenia, może ktoś wypytywał o niego, albo kręcił się w okolicy obserwując mieszkanie. Cokolwiek co pani zapamiętała co by odbiegało od normy.

***

Hmm. Dwie wnuczki, absztyfikant jednej z nich podjeżdżający samochodem... Bliższa indagacja co do marki czy numerów rejestracyjnych wozu nie dała rezultatów.Kobiecina nie miała do tego głowy. Samochód duży i granatowy. Tyle udało się wycisnąć. Prawnuczka jeszcze. No i ta cała Violetta pomieszkiwała tu? Ciekawe.

Przepytywanie starszych ludzi zabrało trochę czasu. Usystematyzowali informacje, potwierdzili niektóre. Wnuczki i prawnuczka przewijały się kilkakrotnie, ale nic co by dawało bezpośrednie wyjście na sprawcę. No ale pierwsze co się człowiek uczy w tej robocie to cierpliwość. Tuż po wszechobecnej prawdzie że statystyka rządzi światem. Zanotował w pamięci że Babę Jagę musi przesłuchać osobiście już w firmie na protokół a resztę można zepchnąć na Policję. Jakoś te jej błyski w oczach nie podobały się Jackowi. Sam zaś podsumowywał wersje śledzcze. Sprawca, no bo chyba był jeden, wszedł do mieszkania bez użycia siły. Za wcześnie mówić czy z mieszkania coś zniknęło, choć chłopaki wspominali coś że ślady wskazują że mieszkanie było przeszukiwane. Motyw rabunkowy więc jest prawdopodobny. No ale co z tą swastyką? Trzeba było założyć że albo to podpucha dla odwrócenia uwagi, albo... no wywiad odnośnie przeszłości denata trzeba będzie zrobić.
 

Ostatnio edytowane przez Harard : 29-06-2012 o 22:36.
Harard jest offline  
Stary 30-06-2012, 09:19   #5
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9227 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
Około piętnastej pojawił się sztab fotoreporterów, którzy koniecznie chcieli się dowiedzieć dlaczego na Zwierzynieckiej policja zorganizowała sobie zlot. Wasiak, jak sam się przyznał, potraktował ich z grubej rury, kazał wypierdalać i poszczuł patrolówką. Dębowski przytaknął na znak, że przyjął do wiadomości. Niespecjalnie dbał w tej chwili o swój PR. Miał robotę do odwalenia a szczerzenie się do kamer niekoniecznie się do niej zaliczało.

Przesłuchania świadków ciągnęły się w nieskończoność.
Przerobili całą klatkę. Oprócz pani Wrońskiej z naprzeciwka rozmawiali ze studentami, którzy wynajmowali mieszkanie na parterze i jak się okazało byli jedynym powiewem młodości w tej kolebce archaiku. Gnieździli się w siedem osób na stu metrach i jak wynikało z ich relacji rzadko bywali w domu. Pozostałych sąsiadów kojarzyli ledwie z widzenia, w tym denata jakkolwiek do dzisiaj nie wiedzieli nawet jak ma na nazwisko. Wynajmowali tu dopiero od początku września.

U studentów panował przyjazny ferment i Dębowski wyczuł lekką won alkoholu. No tak, piątek. Wystarczający powód żeby świętować.
W mieszkaniu naprzeciwko nikt nie otworzył. Jak się później okazało mieszka tam jakaś kobieta, której danych osobowych nikt jednak podać nie potrafił. Zdaje się „pani Kasia”, jak wyjaśniła Wrońska. Też tu od niedawna mieszka.

Na drugim piętrze z kolei odwiedzili starsze małżeństwo o szczególnie irytującej przypadłości osób niedosłyszących, którzy każde pytanie Dębowskiego powtarzali na głos po dwa razy przekręcając przy tym znaczenie o sto osiemdziesiąt stopni. Jak się okazało państwo Bielawscy znali dość dobrze Młynarskiego. Czasem zapraszali go na kolację albo robili mu zakupy. „To był taki miły człowiek”. Wiadomość o jego zgonie przyjęli bardzo emocjonalnie, szczególnie starsza pani, która zalała się łzami i zagalopowała się już do samego pogrzebu, który zaplanowała panu Henrykowi zdaje się w najmniejszych detalach, to znaczy jaki kupi wieniec, kogo zaproszą na stypę i który ksiądz z pewnością poprowadzi ceremonię.

Ostatnie drzwi na drugim otworzył im, co za zaskoczenie, kolejny staruszek. Ten dla odmiany miał aparycję starej daty. Trzymał się sztywno jakby mu ktoś kij wcisnął między pośladki i wyglądał jak spod igły. Nienagannie wyprasowana koszula i spodnie na kant, z pewnością nie nowe ale nad miarę schludne. Przyznał, że Młynarskiego znał tyle o ile. Grywali razem w szachy. Nie zwierzał mu się jednak nigdy co do spraw prywatnych ponieważ, „takie rozmowy są w złym tonie skoro nie byli spokrewnieni ani choćby przyjaciółmi”. Przyznał także, że pan Henryk był zwyczajnie osobą mało sympatyczną a jeśli inni sąsiedzi tego nie powiedzieli wprost to jedynie przez wzgląd na fakt, że o zmarłych nie wypada źle mówić.

Kiedy dopiął wszystko na ostatni guzik cebula wykręciła za kwadrans północ. Jacek zaklął pod nosem bo dopiero teraz przypomniało mu się, że obiecał Ance wspólny wypad do knajpy. No to po ptokach.
Technicy klęli pod nosem, że będzie cud jak skończą ten burdel przetrzepywać jutrzejszego dnia. Już co prawda nie musieli silić się na delikatność skoro ślady zostały zabezpieczone no ale ilość szpargałów i tak stanowiła nie lada wyzwanie.
I wtedy zadzwonił telefon. Szykował już nawet tłumaczenia dla Ani ale w słuchawce odezwał się Kolemba.

- Cześć stary... - Jacek rozpoznał w głosie przyjaciela dziwną konsternację. - Musisz na komendę podskoczyć.
- Jestem wypruty – warknął Dębowski. - Cały dzień spędziłem przy trupie.
- No dobra słuchaj, prosto z mostu walnę. W knajpie przy Szczepańskim była burda. Prewencja zgarnęła paru małolatów pod wpływem. Posiadanie, bójka, znieważenie funkcjonariuszy
- I dzwonisz w nocy żeby mi kurwa o takich pierdołach mówić? - Dębowskiemu nerwy puszczały.
- Jacek... Dominika kibluje w areszcie. Przyjedź, dobra?
 
liliel jest offline  
Stary 30-06-2012, 14:29   #6
 
Harard's Avatar
 
Reputacja: 246 Harard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie coś
Jacek przejechał wolno dłonią po twarzy w zmęczonym geście. Zamilkł na dłuższą chwilę, tak że Patryk zaczął już się dopytywać czy nie zasnął przy telefonie.
- Będę za pół godziny... - wycedził w końcu przez zaciśnięte zęby.- Patryk... to była bójka pomiędzy małolatami czy rzuciła się z pięściami na interweniujących silnorękich? I to posiadanie? Co... ile miała przy sobie?
- Nie, na szczęście małolaty we dwie wzięły się za kudły, do gliniarzy nikt z pięściami nie startował. Tylko pyskówka, plucie i obraźliwe gesty. Twoja córeczka raczyła ich poinformować że mogą jej cytuję “chuja barany i cwele zrobić bo jej stary jest prokuratorem i im dupy pourywa jak jej włos z głowy spadnie”. Jeden z kolegów miał parę znaczków z LSD. Ona na szczęście nie, choć nie mam wątpliwości, że sobie wcześniej też coś łyknęła.

Zmęłł w ustach przekleństwo. Wyjątkowo jak na niego plugawe.
- Ani słowa Ance. Zaraz tam będę.
Jacek podszedł do Wasiaka wypompowanego w równym stopniu co i on.
- Muszę jechać. Sprawa z dyżuru. - nie wdawał się w szczegóły - Dopilnuj by zaczęli przeszukiwać dokładnie ten syf. Podjadę jeszcze to podpiszemy protokół. - Zawahał się na moment - Jakbym nie zdążył to wpadnę rano na KP i tam pogadamy.
Po chwili siedział już w aucie i jechał na Pędzichów do izby zatrzymań. Po drodze, zaciskając kurczowo ręce na kierownicy, przerzucał się w myślach czy wybrać wersję wychowawczą w pełni faszystowską czy średnio faszystowską... No, zdecyduje na miejscu jak zobaczy smarkulę...

* * *
Uścisnął dłoń Patryka a ten dodatkowo poklepał go po ramieniu we współczującym geście.
- Nie byłem pewny co z nią robić ale zamknęliśmy ją, tak samo jak pozostałych. Żadnej taryfy ulgowej.
Nie poszedł z nim dalej dając namiastkę prywatności i w końcu Dębowski dowlekł się do rzędu cel odgrodzonych solidną kratą.
Od razu rozpoznał własna córkę, która siedziała na skrzyżowanych nogach ze zwieszoną na piersi głową. Potok rudych loków, w kolorze ciemniejszym niż u Anki, zakrywał kurtyną jej twarz. Chybotała się lekko w przód i w tył bez ustanku przyciskając dłoń do ust.

Zapalił światło wchodząc do ciemnego pomieszczenia. Świetlówki zamrugały jakby w proteście a potem wnętrze betonowych ścian przypominające bunkier wypełniło blade światło. Nie zważał na ciche przekleństwa wybudzonych w innych celkach ofiar rodzącego się już powoli kaca. Podszedł do kraty, stukając po nagiej posadzce obcasami.
Przytomna. Nawet chyba nie obita za bardzo. Gladiatorzy wychodzący “na walkę z przestępczością” nie słyną z delikatności. To prewencji chuligani mają się bać a nie na odwrót. Ileż to razy już czytał radosną twórczość w notatkach służbowych o konieczności zastosowania środków przymusu bezpośredniego celem wymuszenia podporządkowania się poleceniom lub zaprzestania zachowania niezgodnego z prawem. A krzyczenie że mój stary jest prokuratorem, sędzią, posłem - niepotrzebne skreślić to oni słyszą prawie codziennie i niewiele sobie z tego robią.
Kurtyna włosów zasłaniała co prawda twarz, ale na widok córki w miarę całej poczuł wyraźną ulgę. Ulgę która zaraz ustępowała zimnej wściekłości.
- Spójrz na mnie. - powiedział nad wyraz spokojnie. - Nic ci nie jest?
Uniosła oczy mrużąc je lekko w kontakcie z jaskrawym światłem. Miała kilka niewielkich siniaków na twarzy i ślady zadrapań ale ogólnie rzecz biorąc źle nie było.
- Wyciągnij mnie stąd - nie bez problemów przyjęła pozycję pionową i podeszła do krat wpijając palce w jej zimne szczeble. Minę miała skwaszoną i był już pewien, że musi ją mulić od żołądka. - Chcę do domu.
- Bo masz starego prokuratora? - dalej nie warczał, ale pokłady wściekłości czaiły się tuż pod skórą. - Wiesz, że znieważenie funcjonariusza i bójka jest zagrożona nawet do trzech lat pozbawienia wolności? Tobie jako małolacie co prawda to nie grozi. Pójdziesz do sądu rodzinnego, do poprawczaka pewnie cię nie wsadzą bo masz kochającą rodzinkę.
Zwęził niebezpiecznie oczy.
- Ale ze szkoły wyrzucą, w papiery nasrają.
Odwrócił się w kierunku posterunkowego dozorującego zatrzymanych i kiwnął by podszedł bliżej.
- Nie była badana jeszcze przez lekarza, prawda? - Wiedział że nie, bo Patryk mówił że dzwonił od razu po niego. - Podejrzenie użycia środków odurzających, a gorzelnią to czuć na kilometr. Zgadza się pan z diagnozą?
Posterunkowy zerknął na wściekłego Dębowskiego, ale przezornie i rozumnie nic nie odpowiedział.

Jego wywód przerwała Dominika, która warknęła nagle i z całej siły kopnęła w kratę.
- Bo mam kochającą rodzinę? - głos dość mocno jej się plątał ale nie przeszkadzało jej to porządnie się wydzierać. - Żarty sobie kurwa stroisz? Ciebie cały dzień w domu nie ma! A matka nie wiem na jakiej pieprzonej planecie żyje ale na pewno na innej niż reszta populacji! To jest kochająca rodzina? To nawet nie jest normalna rodzina skoro muszę trafić do aresztu żeby zwrócić na siebie twoją jebaną uwagę! Więcej czasu poświęcasz trupom niż żywym!

Spojrzał na nią z uwagą, na trzęsącą się od złości i zieloną na twarzy,bo nadmiar ruchu wykręcił jej żołądek jak ścierkę. Zwrócić na siebie uwagę... Może i miała trochę racji, choć jemu zdawało się że bardziej niż ona to robi na co dzień zwracać się uwagi już nie da. Co do tego że nie ma go w domu rację miała zupełną. Znowu przypomniał sobie o obietnicy złożonej rano Ance. Zaklął w myślach, niemniej jednak nie zamierzał jej darować. Nie po tym do czego mogła doprowadzić. Nie tak dawno słyszał jak Robert opowiadał przy kawie o sprawie gdzie dwie 17latki przekręciły się od jednej dawki amfetaminy. Jednej. Trafiły na źle zmieszany towar, po prostu stężenie było takie że nie miały żadnych szans. Po jednej dawce. Patrzył w jej rozszerzone źrenice, bladą teraz i spoconą twarz. Skąd ona w ogóle do kwasu się dorwała? Jak? Nowa fala wściekłości przewaliła się przez niego.
- Dowóz na Wrocławską do szpitala celem przebadania przed osadzeniem w PIZie. - wywarczał do mundurowego. - Lekarz zdecyduje o płukaniu żołądka. Po tym co tu widziałem jednak zalecałbym wszelkie środki prewencyjne. Rano zaś odbiorę ją...
Odwrócił się do Dominiki. Miał już powiedzieć, żeby przez noc sobie przemyślała dokładnie co zrobiła i jak to mogło się skończyć, ale powstrzymał się. Wiedział że kazań już ma dość i nie będzie słuchać.
Wyszedł i zadzwonił szybko do Patryka.
- Słuchaj, ona pojedzie na Izbę na nockę, a rano odwiozę ją do domu. Patryk... - zawahał się - wsadźcie ją jakoś bezpiecznie. Bez świrów i desperatów. Ja jadę za nią do szpitala, bo...no sam wiesz. Ehh co za pieprzony dzień. Wasiaka każ zmienić na Zwierzynieckiej bo już też ledwo na oczy patrzy.
Urwał na moment.
- I dziękuję. Odwdzięczę się jakoś. A powiedz jeszcze... o co małolatom poszło? Wiadomo coś?
- Nie dziękuj. Zajmij się nią po prostu, też bym wolał żeby już do nas nie trafiła. A o co poszło nie wiem. Ją musisz zapytać.
Kiedy kierował się do wyjścia odprowadzały go wściekłe krzyki Dominiki przez co ciężko było prowadzić z Kolembą jakąkolwiek konwersację.
- Tato, nie zostawiaj mnie tu! Tato, ja...! Nic nie rozumiesz! Błagam cię!
Słyszał gdzieś za plecami jak zalała się łzami.

Tato... Złość parowała szybko, wspomagana ulgą że nic smarkuli się nie stało. Nerwy puszczały, już nie zaciskał szczęk jak imadła. Sięgnął do kieszeni płaszcza motając się dokładniej i osłaniając przed cholernym mrozem i wyciągnął paczkę papierosów. Odpalił jednego i drżacymi ciągle rękami włożył do ust. Podszedł do auta ale nie wsiadał dośrodka. Zimno działało trzeźwiąco kiedy czekał aż zabiorą ją radiowozem na Wrocławską. Ruszył za astrą, a na miejscu podszedł do córki i poprowadził przez ledwo oświetloną izbę przyjęć dyżurnego szpitala. Mundurowy szybko załatwił lekarkę, starszą już panią doktor, która z miną “wszystkie jużcuda świata widziałam” zaczęła prowadzić Dominikę na salę.
Dziewczyna jednak stanęła jak wryta i złapała go za rękę.
- Chodź ze mną... Nie chcę być tam sama.
Poszedł, ściskając lekko jej dłoń. Lekarka najpierw oglądnęła siniaki i zadrapania,alekiedy sięgnęła po sprzęt do płukania żołądka Jacek pokręcił głową widząc że na sam widok gumowego węża o średnicy połowy kciuka Dominika blednie.
- Wlew kroplówkowy pani doktor. Bardzo proszę. - powiedział cicho. - Jeden listek LSD zażyty już kilka godzin temu. I parę piw...
Spojrzał na córkę, patrząc uważnie czy nie wyczyta czegoś o czym nie wie z jej twarzy.

Obyło się bez płukania żołądka. Bez wymęczenia jej torsjami i innymi nieprzyjemnymi efektami kuracji. Leżała nieruchomo z wzrokiem wpatrzonym w sufit na szpitalnym wyrku. Wenflon wbity w przednią część przedramienia wtłaczał w żyły mieszaninę lekarstw i witamin. Jacek zaś siedział przy łóżku i wpatrywał się w śnieg wirujący za szybą i wsłuchiwał się w świszczenie zimnego wiatru w nieszczelnych, drewnianych ramach okiennych.
- No, gotowa. - Zamyślenie i odnowa przeżywane koszmary przerwał chrapliwy głos lekarki. - Papiery już wypisane, zdolna do osadzenia na Policyjnej Izbie Zatrzymań.
- Ubierz się. - Powiedział do dziewczyny i wyszedł z izolatki. Zadzwonił i rozmawiał z Patrykiem przez chwilę. Umówił się że jutro sam ją przywiezie na komisariat, by mogli spisać zeznania. Potem podziękował chłopakom z Izby. Kiedy wyszła niepewna na korytarz byli już sami.
- Jedziemy do domu. - Miał za miękkie serce, ale nie potrafił zawlec ją na nockę z ćpunkami i dziwkami na PIZ.

***

Zatrzymał samochód na podjeździe i wyłączył silnik. Dochodziła druga.
Obejrzał się na tylne siedzenie gdzie, jak się okazało, Dominika spała zwinięta w kłębek. Emocje dzisiejszego dnia musiały zebrać żniwo bo wyglądała na wykończoną i nawet lekkie szarpanie za rękaw nie przyniosło rezultatów.
Zgarnął półprzytomną córkę na ręce i wniósł do pogrążonego w ciemności domu. Anki nie było widać na horyzoncie i postanowił ten fakt skrzętnie wykorzystać. Wślizgnął się na schody i dalej w górę do pokoju Dominiki.
Cisza wcale nie okazała się kojąca, raczej ciężka i ponura, jakby tuż przed burzą.
Ułożył dziewczynę na łóżku i okrył kocem a wtedy ona w przebłysku świadomości ścisnęła jego dłoń i szepnęła.
- Nie pozwolisz mnie skrzywdzić tatusiu, prawda?
Uścisk zelżał.
Dębowski targany dziwnym niepokojem pogładził córkę po włosach. Miał już wyjść z pokoju ale coś mignęło za oknem.
Zgasił lampkę i podszedł blisko do szyby. Na opustoszałej ulicy, dokładnie naprzeciwko niego stała jakaś postać i był pewien, że w tej chwili go obserwuje, patrzy wprost w okno.
W bladym świetle latarni widział tylko zarysy. Potężną posturę i wciśnięte w kieszenie pięści. Mężczyzna pomachał mu ręką w diabolicznej parodii pozdrowienia i cofnął się w mrok.

Wybiegł z pokoju i wpadł do swojego gabinetu. Z szafy ściągnął składany w pół ciężki kij bilardowy z metalową wkładką w brezentowym pokrowcu. Wypadł przed dom i podbiegł do okna sypialni Dominiki na piętrze. Nikogo. Żadnego ruchu ani dźwięku. Dłuższą chwilę chodził koło domu nasłuchując, po czym wrócił do środka, zamykając zamki i sprawdzając je dokładnie. Zaglądnął jeszcze do Dominiki, ale córka spała mocno, wymęczona po nocnych atrakcjach. Sam usnął nad ranem, przed telewizorem na kanapie, nie chcąc budzić Anki. Miał nadzieję, że może uda się jakoś nie wtajemniczać ją w historię dzisiejszego wieczora. No i że uda mu się w tym tygodniu wrócić jakoś szybciej z roboty choć jednego wieczora...
 
Harard jest offline  
Stary 01-07-2012, 23:27   #7
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9227 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
05.12.2009 - sobota

Obudził go dźwięk telefonu.

W zasadzie miał zamiar odespać wczorajszą nadprogramową zmianę i nie wstawać przed południem. Zerknął na wyświetlacz przeciągając zesztywniałe mięśnie. Czuł się jak z krzyża zdjęty. Sen na zimnej skórzanej kanapie w pełnym opakowaniu był równie regenerujący co niespanie w ogóle.

- Która jest godzina? - we własnym tonie wychwycił agresywną, pełną pretensji nutę.

- Dziewiąta – odparł Wasiak niewyczuwając zupełnie problemu. Ba, brzmiał nawet na mocno z siebie zadowolonego.

- Po drugiej do domu dotarłem.

- No i dlatego aż tyle z telefonem zwlekałem. Uznałem, że jak się Dębowski nie wyśpisz to będziesz cały wkurwiony – usłyszał, że Wasiak na zmianę coś siorbie to znów mlaska. - Znalazłem jedną w wnuczek Młynarskiego. Marta Cieślik. I jej córkę, Beatę Cieślik. Karniesz się przesłuchanie poprowadzić skoro już tu są – w zasadzie ostatnie nie było pytaniem czym jeszcze bardziej Dębowskiego zdenerwował.

- Wasiak, kurwa, czy ty się w ogóle kładłeś?

- Jak mawiała moja babcia, po śmierci się będzie odpoczywać.

- Jesteś nienormalny – zakończył z rezygnacją i przerwał połączenie.

Nie musiał nic dodawać. Doskonale wiedział, że Wasiak wie, że najpóźniej za pół godziny pojawi się w firmie. A Wasiak wiedział, że Dębowski wie, że on wie. Pełne zrozumienie bez słów. Lepiej się z tym brzydkim sukinsynem dogadywał niż z własną żoną...

Cały obolały zwlókł się z kanapy i, odwróciwszy się gwałtownie, niemal zderzył się z Anką.
Zupełnie zaskoczone serce wrzuciło piąty bieg a Jacek aż złapał się za pierś.

- Jezu Chryste Anka, co się tak czaisz! Chcesz żebym zawału dostał?

Gdy uderzenie adrenaliny zaczęło ustępować zdał sobie sprawę, że... coś jest nie tak.

Twarz jego żony nie wyrażała... nic, co było nietypowe zważywszy na jej żywiołowy charakter. Anka miała mimikę równie bogatą co hiszpańskie aktorki serialowe a ta sztywna napięta twarz przed jego oczami przywodziła na myśl maskę, którą ktoś nałożył na właściwą skórę. Nie było w niej życia ani emocji.

Dreszcz, niczym śliski wąż, prześlizgnął się Dębowskiemu wzdłuż kręgosłupa. Postąpił dwa kroki w tył aż natrafił na chłód kanapy.

I wtedy podniosła na niego oczy, puste i błyszczące niczym szklane kulki.

Patrzyła, ale tak jakby nie do końcago go dostrzegała. Lekko zgarbiona, z nisko zwieszoną głową i bezwładnie zwisającymi wzdłuż tułowia rękami.
Zaskoczył go fakt, że w ogóle się poruszyła. We flegmatycznym i wymuszonym geście odgarnęła z czoła plątaninę włosów i oblizała spierzchnięte usta.
Zdał sobie sprawę co potęgowało wrażenie sztuczności. Ona... nie mrugała! Wcale. Przecież ludzie muszą mrugać żeby im oczy nie wyschły. Dlaczego ona do kurwy nędzy nie używa powiek?

Mrugnęła. Ospale i bez przekonania. Jakby wyczytała w jego myślach, że powinna. Że tego od niej oczekuje.
 

Ostatnio edytowane przez liliel : 03-07-2012 o 06:50.
liliel jest offline  
Stary 02-07-2012, 17:26   #8
 
Harard's Avatar
 
Reputacja: 246 Harard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie coś
Przez chwilę nie mógł wydobyć z siebie głosu, bo... ona stała jak kukła. Pierwszą reakcją było przekonanie że śpi, przysnął gdzieś i teraz majaczy. Przetarł oczy gwałtownym ruchem, ale ona stała nadal.
- Aniu, co się dzieje? - spytał zachrypłym głosem. - Anka, słyszysz mnie?
Lunatykuje? Ale przecież nigdy wcześniej nie robiła takich numerów. Zdarzało jej się gadać przez sen. Śmiać i to tak że potrafiła go obudzić, a gdy opowiadał jej to rano to niczego nie pamiętała i wpierała mu że się z niej nabija.
Podszedł dalej niepewnym krokiem i wyciągnął rękę by ją złapać za dłoń.

- Słyszę - powiedziała z dawką emocji godną syntezatora mowy.
Odwróciła się na pięcie i szurając kapciami poszła w stronę kuchni.

- Wystraszyłaś mnie. - powiedział dalej niepewny, co się właściwie stało. - Muszę jechać do firmy. Wiem, sobota, ale muszę. Wrócę koło południa.
Dalej nie spuszczał z niej wzroku.

Coś ewidentnie było nie tak. Sztywność jej ruchów, nieobecny wzrok. Otworzyła szafkę z talerzami, gapiła się moment na jej wnętrze, zamknęła. Otworzyła kolejną, znów zamknęła. Za trzecim podejściem zaprzestała tą dziwaczną inwentaryzację. Sięgnęła po kubek i nalała z ekspresu czarnej kawy.

Cholera. Zupełnie jakby to nie była ona, jakby nie wiedziała gdzie jest i co się dzieje... Może rzeczywiście chodzi we śnie? Usiłował sobie przypomnieć co powinno się robić w takich sytuacjach. Chyba nie można jej budzić zbyt gwałtownie.
- Aniu, dobrze się czujesz? - powiedział cicho i podszedł bliżej starając się wyjąć kubek z gorącą kawą z jej dłoni.
- Ja to piłam - przyglądała się jak odebrał jej kawę ale nie zaprotestowała. - Czuję się dobrze. Czemu pytasz?
-Nie wiem, zachowujesz się jakoś dziwnie... Martwię się. Może przepracowałaś się nad tym najnowszym płótnem? Kiedy w ogóle kładałaś się spać? - postawił kubek z wrzątkiem na kuchennym stole.
- Nie, czuję się bardzo dobrze. Wyspałam się - wyminęła go i tym wymuszonym łamanym krokiem poszła wgłąb korytarza klapiąc kapciami.

Wstał od stołu i ruszył powoli za nią. Nie wiedział co robić... Może to jemu odwala? Może po prostu wstała lewą nogą? Postanowił tylko skoczyć szybko na górę i sprawdzić co z Dominiką.
Córka jeszcze spała, w tej samej pozycji w jakiej ostatni raz widział ją poprzedniej nocy. Zwinieta w kłębek, z twarzą wbitą w poduszkę. Trochę go ten widok rozczuli bo śpiąca córka nieodzownie kojarzyła mu się z okresem gdy miała pięć lat Wypisz wymaluj wyglądała teaz tak samo.

Po chwili podszedł jeszcze do okna i wyglądnął odsuwając firankę i patrząc w to miejsce gdzie wczoraj widział tego faceta. Wyszedł śpiesznie uważając by nie trzasnąć drzwiami i zszedł na dół. Anka nawet nie zauważyła wczorajszego ich powrotu do domu? Cholera, a może to skutek tego że zamartwiała się o Dominikę, a on nawet nie pomyślał żeby jej powiedzieć. Poszedł za nią korytarzem.
- Wrócę wcześniej. Zabiorę was na obiad. Aniu?
- Tak, tak - pokiwała głową i weszła do sypialni. Otworzyła dwudrzwiową szafę i gapiła się jak wrona w kość w stertę swoich ciuchów.
Patrzył nadal na nią nie mogąc zrozumieć co ona robi. Jeśli na początku wydawało mu się że może on jest przeczulony to teraz zaniepokoił się mocno.
- Aniu, może połóż się jeszcze trochę. Wcześnie, dopiero dziewiąta. Wczoraj mieliśmy ciężki dzień - starał się mówić spokojnie, podszedł do niej i złapał za rękę po czym zaczął prowadzić w stronę wielkiego łóżka. Spróbował manewrować tak by usiadła i by mógł spojrzeć na nią z bliska. Dalej mrugała w tempie tak powolnym, że zaczynało go to przerażać.
Dała się poprowadzić bez sprzeciwu, usiadła i znosiła pokornie jego niemal lekarski wywiad.
- Co? - zapytała.
- Połóż się. - Dotknął jej czoła w bezsensownym geście domorosłego doktora. - Odpocznij jeszcze. Spróbuj się przespać. Wrócę szybko.
- Nic mi nie jest - podniosła się mimo jego namowy i z powrotem stanęła przy szafie wyciągając z niej lnianą sukienkę w kwiatki. Zrzuciła szlafrok i naciągnęła na siebie ubranie, które, jak Jacek sięgał pamięcią mogła ostatni raz mieć na sobie jeszcze przed narodzinami Dominiki.
- Jedź do pracy, ja... - uśmiechnęła się. W życiu nie widział tak nieszczerego i nieautentycznego uśmiechu - mam dużo do zrobienia - przeciągnęła palcem po wiszącej na ścianie półce i zaprezentowała mu imponującą warstwę kurzu. - Widzisz, trzeba tu posprzątać. Koniecznie...

- Anka, co się dzieje? - powtórzył po raz kolejny, teraz już nie na żarty przestraszony. - Zaczynasz mnie przerażać. Poczekaj... poczekaj zaraz zadzwonię do doktora Płatka. Może to przemęczenie... - zaczął mówić do siebie nerwowo obmacując kieszenie w poszukiwaniu komórki, którą oczywiście zostawił przy kanapie. - Połóż się Aniu, zaraz wrócę.
 
Harard jest offline  
Stary 02-07-2012, 18:12   #9
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9227 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
Doktor Płatek był jedynym zaznajomionym lekarzem i pewnie dlatego był pierwszą osobą, która przyszła Jackowi na myśl w tej bądź co bądź awaryjnej sytuacji. Nie zraził go nawet fakt, że rzeczony ekspert był pediatrą i opiekował się tak po prawdzie Dominką odkąd ropoczęła okres niemowlęcy.

Lekarz przyjechał za pół godziny zapewniony, że sprawa czekać nie może.
- Dlaczego wezwałeś lekarza? - zapytała Anka wyłączywszy odkurzacz kiedy Płatek kładł na łóżku lekarrską torbę na której dnie złowieszczo połyskiwał stetoskop.

Dębowski nalegał sięgając do swoich pokładów prawniczej erudycji. Musiał przekonać lekarza, aby odbiegł nieco od własnej specjalizacji i żonę, że to dla jej dobra.
W końcu wyprosili go z pokoju i Dębowski wykorzystał ten moment aby przekręcić do Wasiaka.
- Zacznij przesluchanie beze mnie.
- Czemu? - bezpośredniość detektywa nie opuszczała go na każdym kroku.
- Sprawy rodzinne - wyjaśnił zmęczonym głosem Jacek.
- Znowu? - Wasiak znów coś jadł i o ile babcia sprzedała mu mnóstwo prawd życiowych, to ta aby nie mówić z pełnymi ustami musiała zostać pominięta jako niewystarczająco istotna. - Ale ploty chodzą o tym co twoja córa wykrzykiwała po pijaku - zarechotał.
- Wasiak, daruj sobie, dobra?
- I dlatego właśnie nie mam rodziny - bąknął policjant i zakończył połączenie.

Jacek usiadł w kuchni i czekał aż wizyta dobiegnie końca. Dłonie mu się pociły i nie bardzo potrafił ustosunkować się do całej sytuacji. Może przesadzał? Nie. Coś z Anką ewidentnie było nie tak. Nie potrafił jedynie wprost określić co.

W końcu drzwi skrzypnęły i usłyszał przytłumioną rozmowę. Lekarz śmiał się pod nosem, tak samo jego żona. Nagle wygladała... normalnie. Zwyczajnie. Twarz miała pogodną, oczy żywe i ruchliwe.
Uścisnęli sobie dłonie i wtedy zauważyli stojącego w korytarzu Jacka.

- Panie Dębowski, zbadałem pańską żonę - zaczął tłumaczyć kierując się do wyjsciowych drzwi. - Nie widzę najmniejszego powodu do niepokoju. Jest odrobinę przemęczona ale kilka dawek witamin załatwi srawę. Poza tym wszystko w porządku.

Posłał ostatni uśmiech Ance i narzucił kurtkę. Jacek zapłacił doktorowi za fatygę i wypuścił na zewnątrz.

Anka tymczasem odprowadziła Płatka wzrokiem. Gdy znów zostali sami, stojąc naprzeciwko siebie jak para zawodników przed walką, to znów się stało.
Jej twarz ściągnął grymas wyzutej z uczuć maski. Cud, że panele w korytarzu nie pokryły się warstwą szronu.
- Nie rób tego więcej - rzuciła sztywno i zeszła schodami do piwnicy. Chrzęst zamykanego na klucz zamka do reszty go ogłupił.
 

Ostatnio edytowane przez liliel : 02-07-2012 o 18:52.
liliel jest offline  
Stary 02-07-2012, 20:07   #10
 
Harard's Avatar
 
Reputacja: 246 Harard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie coś
- Słucham? - tyle zdąrzył wydusić z siebie zanim trzasnęła drzwiami zamykając je na klucz. - Anka!!
Szrpnął za klamkę, walnął pięściąraz i drugi.
- Otwórz! Co się z tobą dzieje do ciężkiej cholery!
Jak usłyszał śmiech i zobaczył jej normalne, wesołe oczy kamień spadł mu z serca. Był pewien że ubzdurał sobie to wszystko, że albo on albo ona nie dobudzili się jeszcze po koszmarnej nocy.
Krzyczał jeszcze chwilę i łomotał w drzwi, ale odpowiadała tylko grobowa cisza. Miał ochotę usiąść i wypić sporego drinka. Co się stało z jego żoną? Przecież nigdy do tej pory się tak nie zachowywała. Miała swoje humory,była impulsywna, roztrzepana i stałaemocjonalnie jak rollercoster, ale to?
Poszedł po chwili na górę. Nic pod cholernymi drzwiami dojej pracowni nie wystoi. Czy tomiało coś wspólnego z tym jej obrazem? No ale przecież nie pierwszy raz tworzyła “dzieło swojego życia” Pamiętał jak raz, jeszcze na aplikacji był to jego akt i spędził dwa tygodnie aby wyperswadować jej z głowy wystawianie go publicznie...
Zapukał do pokoju Niki. Nie wiedział co dalej ale instynktownie chyba chciał aby córka nie widziała tego, nie patrzyła na matkę w takim stanie.
- Hej, śpisz jeszcze? - zapytał cicho uchylając drzwi.

Może ją obudził, a może już jakiś czas nie spała. W każdym razie usiadła na skrzyżowanych nogach i przetarła twarz, na której nadal widniały ślady zbyt mocnego makijażu.
- Będę miała szlaban? - bąknęła zachrypniętym głosem.
- Taki że znak świętego Andrzeja nie wystarczy. - mimo woli uśmiechnął się lekko - Budka dróżnika była by odpowiedniejsza. Pokaż...
Podszedł bliżej oglądnąć siniaki i zadrapania opatrzone trochę wczoraj rzez lekarkę.
- Ale o tym porozmawiamy... później. - Chciał powiedzieć z matką, ale powstrzymał się i odwrócił wzrok. Nie wiedział co go skłoniło bardziej do następnie wypowiedzianych słów,ale chyba po prostu nie chciał córki zostawiać w domu.Nie chciał żeby patrzyła na Anię w takim stanie.- Na razie zbieraj się. Pojadę z tobą na komisariat. Muszą spisać nielaty z tobą wyjaśnienia. Od razu radzę: Dużo słów w rodzaju przepraszam, ja to pierwszy raz, nigdy więcej, żałuję itd.
- Rozumiem - pokiwała głową chyba dość przejęta. - A co z Szymonem? Spędził tam nockę czy ktoś zadzwonił do jego starych?
- Zadzwonić, zadzwonili. Czy wyszedł, tego nie wiem. Chcesz coś zjeść przed wyjściem to się pospiesz. - zatrzymał się jeszcze w drzwiach. - Nika... o co poszło? Ta szarpanina przed klubem na Szczepańskim?
- Babskie sprawy - odparła poważnie w drodze do łazienki. - Nie zrozumiałbyś.
- Może jednak? Wypróbuj mnie, a nuż cię stary zadziwi. Babskie sprawy nie często się mogą skończyć zatrzymaniem przez Policję.
- A te się skończyły - warknęła odkręcając kran. - Posłuchaj tato, dzięki, że mnie wczoraj wyciągnąłeś ale to jedno zagranie nie czyni z ciebie ojca roku. Może kiedyś ci powiem o co poszło. Ale nie kurwa dzisiaj - pchnęła nogą drzwi od łazienki az zatrzasnęły się z hukiem.
Pokręcił głową i zszedł na dół. Przystanął jeszcze pod pracownią i przyłożył ucho do drzwi nasłuchując najmniejszego dźwięku.
Nic.
Może i zachowanie córki jeszcze było do zrozumienia. Kontakt ostatnio mieli mizerny i w większości była to jego wina. Może Wasiak miał rację? Nie. Ojcem i mężem roku nie zostanie...
W kuchni wysiorbał zimną kawę Anki i pokroił koślawe kanapki dla Niki, na które jak zeszła po schodach nawet nie spojrzała. Był za to ciekaw jak się ubrała.
Jeżeli liczył na to, że ich wizyta przejdzie niezauważona to musiał to sobie wybić z głowy. Jego córka miała na sobie postrzępione biodrówki, tak niskie, że ponad nie wystawały paski koronkowych stringów. Na tą okazję nałożyła na siebie chyba z tuzin kolczyków. Ja pierdolę pępek też przebiła? - pomyślał niemal krztusząc się kawą.
Koszulka, już zwyczajowo obcięta do długości topu od bikini, prezentowała zaś pobudzajacy wyobraźnię napis: “Ten bucks per quarter”.
Filiżanka stuknęła ostro o blat stołu.
- Nie wkurzaj mnie nawet.- warknął, mrużąc wściekle oczy. - Nawet nie próbuj. Ja wiele rzeczy jestem w stanie zrozumieć ale nie to. Nie wyjdziesz tak z domu, rozumiesz? Masz się ubrać normalnie. Nie mówię tu o habicie dla zakonnic, ale zwykłe jeansy i bluzka. Normalna, słyszysz? Nie jedziesz na technoparty smarkulo!

- Nagle cię zaczęła moja garderoba interesować? - wypaliła nieźle wkurzona. Po pięciu minutach wróciła do kuchni w koszulce podobnej długości co poprzednia ale jeszcze bardziej obcisłej. Ze skrajności w skrajność. Ta miała opatrzony serduszkami napis :”Córusia tatusia” i ostatnio Dominika nosila ją w przedszkolu. Był pewny, że metka zaleca ten rozmiar dla dziewczynek w wieku od sześciu do siedmiu lat, nic dziwnego, że była przymaława.
- Świetna. - warknął znowu. - Jeszcze tylko kurtkę ubierz bo zimno. A jak ją rozepniesz choć na centymetr na komisariacie to z domu nie wyjdziesz przed wakacjami.


****

Taaak, skurwiel Wasiak i w tym miał rację. Odwracane spojrzenia ludzi nagle tłoczących się na korytarzach. Wszyscy chcecie akurat teraz do kibla, co? Jak musimy przejść przez cały korytarz na koniec budynku. A Dominika pierwsze co zrobiła to oczywiście zdjęła kurtkę.
Bardziej wkurzonego nie widziała go nigdy. Kącik ust drgał spazmatycznie, gromy z oczu gdyby mogły zabijać to wakatów na KP I nie uzupełnili by przez rok. Zaprowadził ją pod drzwi a sam wszedł do środka. Nielaty urzędowały w jednym, ciasnym pomieszczeniu. Chwilę porozmawiał z kierownikiem i potem bez słowa wepchnął Nikę do środka i zamknął drzwi. Sam zaś poszedł do Patryka i poprosił o parę kserówek zdjęć jednej z tych 17latek sprzed miesiąca na stole sekcyjnym. Po chwili nielaty miały je już na biurku i sprawnie wykorzystywały dydaktycznie i prewencyjnie-wychowawczo. Nawet zarzygany kosz jej kazali potem wyczyścić.
Sam zaś poszedł szukać Wasiaka i zapytać o przesłuchania.
 
Harard jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 12:10.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166