Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 22-07-2012, 11:34   #1
 
Cooperator's Avatar
 
Reputacja: 822 Cooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwu
[Cthulhu Dark]W jądrze ciemności

W JĄDRZE CIEMNOŚCI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wraz z końcem pory suchej, ekspedycja Uniwersytetu Jana Kazimierza powróciła spod granicy mauretańskiej do Dakaru. Miasto, stolica francuskiego Senegalu i największy port afrykański między Casablancą a Capetown, zrobiło na uczestnikach wyprawy osobliwe wrażenie. Kiedy tuż po Nowym Roku statek przybijał do kamiennych nabrzeży doków, wydawało się wszystkim, że to żyjący ośrodek z którego promieniuje europejska cywilizacja. Z pewnym zdziwieniem wówczas pokazywano sobie nieustający ruch na ulicach, z poczuciem dumy oglądało się maszty telegrafów i najnowocześniejsze amerykańskie statki, cumujące na rei i rozładowywane przez krajowców. Nawet liczba samochodów przewyższała Warszawę i Kraków, a tylko ciemne twarze tubylców i nawoływanie muezinów przypominało, że ta enklawa to jednak nie Europa.

To zabawne, jak bardzo przyroda potrafi nauczyć człowieka pokory. W czasie podróży szlak prowadził przez wyschnięte koryta gigantycznych rzek, nieprzekraczalnych w czasie pory deszczowej; podróżowanie skrajem Sahary dało straszliwy pokaz siły piasku duszącego wszelkie życie, a opuszczone wioski krajowców, oznaczone totemami zarazy, bardzo wyraźnie pokazywały słabość ludzkich starań o - jakże pompatycznie to brzmi - panowanie nad naturą. Wyglądało zaś na to, że dalsza ekspedycja upłynie pod znakiem jeszcze większych trudności.

Dlatego było coś jednocześnie smutnego i ironicznego we wkraczaniu do Dakaru. Dumne centrum cywilizacji, przyczółek przed ekspansją Zachodu na ten zapomniany kawał świata, porażał swoją marnością w obliczu oczekiwań człowieka. Mrówczy trud z jakim uwijali się Murzyni, Metysi i Berberowie wydawał się sztuczny i śmieszny, jak źle przygotowane przedstawienie teatralne. Coś z pompatyczności szkolnej akademii mieli wyprężeni jak struna francuscy policjanci, a nieustanny podkład muzyczny, niczym fortepian, stanowiło bzyczenie najróżniejszych gatunków much.

Nie oznaczało to jednak wcale, że północny wypad okazał się niepowodzeniem. Wręcz przeciwnie. Wśród fetyszy znajdowanych u krajowców można było znaleźć rzeźby wykazujące niepodważalne podobieństwa z kulturą starosemicką - bez żadnych wątpliwości naukowcy Uniwersytetu wskazywali rodzime odpowiedniki obrzydliwego rybokształtnego Dagona, a nawet babilońskiej Isztar. W folklorze, pomimo niewątpliwych wpływów islamu i chrześcijaństwa, przebijały opowieści o najeźdźcach ze wschodu - wśród lwowskich uczonych rozpoczęła się dyskusja, czy nie chodzi o hurycko-semicki lud Hyksosów, ale to by oznaczało, że musieli w starożytności przejść przez Saharę w wystarczającej liczbie, by zdominować cały obszar! Była to śmiała teoria. Może nawet zbyt śmiała.

Tomas Morgen, Gustaw Santorski

W końcu zatrzymano konie przed niskim, długim budynkiem należącym do jednej z amerykańskich firm handlowych, która wynajęła go uczonym Uniwersytetu. Jej przedstawicielem w Dakarze był Rosjanin, Mysłow, towarzysz broni kierownika ekspedycji z czasów I wojny światowej. Razem służyli na Kaukazie i ratowali Ormian z rąk tureckich oprawców, walcząc z kurdyjską partyzantką. Obaj także dysponowali sporą wiedzą na temat staroirańskiego folkloru, co owocowało długimi dysputami, równie męczącymi jak brzęczenie owadów za moskitierami. Tym bardziej, że rozmawiali po rosyjsku.

Kierownik ekspedycji, Ignacy Hodolewski, dobiegał trzydziestki. Średniego wzrostu o wyraźnie słowiańskiej urodzie, był jeszcze szczupły, ale starczył rzut oka, że ma tendencje do tycia. Jego głęboko osadzone szare oczy często wyrażały smutek, a kiedy nie zajmował się bieżącymi sprawami prowadzenia wyprawy, przeważnie milczał bądź notował coś w swoim dzienniku, prowadzonym zresztą z wielką sumiennością. Do jego rytuału należało codzienne wywieszanie polskiej flagi pośrodku obozowiska i odśpiewanie państwowego hymnu na wieczornym apelu. Urodził się na rosyjskiej ziemi w polskiej rodzinie i Do Tej, Co Nie Zginęła dążył przez większość życia, za co odpłacono mu oskarżeniem o szpiegostwo na rzecz komunistów i ostracyzmem społecznym. Nie da się jednak zaprzeczyć, że pomimo ponuractwa sprawy bieżące załatwiał bez zarzutu.
-Herr Doktor- zwrócił się po niemiecku do Tomasa Morgena, lekarza ekspedycji.- Zanim uda się pan na jakże zasłużony odpoczynek, niech pan z łaski swojej spojrzy na naszych tragarzy i dopilnuje, by żaden nie odszedł stąd z jakimś zabłąkanym stworzonkiem.
Pasożyty rzeczywiście stanowiły prawdziwe utrapienie w podróży. A co będzie w czasie pory deszczowej?
-Gdy pan skończy, proszę przygotować mi listę medykamentów, które skończyły się w czasie podróży. Spędzimy w Dakarze tylko dwie doby i chciałbym jeszcze przed zachodem słońca nie musieć pamiętać o lekarstwach. Szukaj mnie pan w kwaterze Mysłowa.

Kolejne polecenia posypały się tym samym tomem. Zabezpieczyć zbiory. Wytrzepać namioty. Wysłać telegram do Casablanci, a stamtąd do Europy. Zakupić żywność. Sprawdzić sprzęt. Wreszcie podziękował żołnierzom francuskim z garnizonu Saint Louis, którzy otrzymali rozkaz zabezpieczenia ich przed ewentualnymi wrogimi krajowcami. Nikt nie miał wątpliwości, że poza uśmiechem i uściskiem dłoni, kierownik ekspedycji wydał właśnie część budżetu ekspedycji, której raczej nie będzie w stanie rozliczyć. Jak jednak wiadomo - podstawową motywacją białych w koloniach jest podniesiona do rangi dogmatu chciwość.

-Panie Santorski- odezwał się wreszcie Hodolewski do językoznawcy wyprawy. Nawet po polsku mówił z wyraźnym rosyjskim akcentem.-Pójdzie pan ze mną do konsula, jak tylko się odświeżymy. Ale wcześniej czeka nas rozmowa z pewną młodą damą o której przybyciu poinformował mnie Mysłow. Za piętnaście minut przyjdź pan do mojego pokoju.

Iga Michalczewska

W końcu panna Michalczewska nie dotarła do Egiptu. W Paryżu udało się Idze porozmawiać z archeologiem, Jerzym Karnowskim, jednym ze ścisłych współpracowników ojca. Chyba słyszał o charakterze młodej Michalczewskiej, bo jej nagłe się pojawienie w jego pokoju hotelowym skwitował tylko uprzejmym uśmiechem. Karnowski odpowiedział cierpliwie na większość pytań. Wyraził też przekonanie, że nie uda jej się ojca dogonić.
-Zna pani ekscentryczne teorie ojca zapewne lepiej ode mnie- oznajmił.-A także jego przekonanie, że są ludzie zainteresowani wyraźnie, by pewna wiedza nie doszła do uszu opinii publicznej. Pani ojciec nie zaginął, tylko ruszył na Saharę odnaleźć potwierdzenie swojej podstawowej tezy.
Córka dobrze wiedziała o jaką tezę chodzi. O kult Wielkich Przedwiecznych, który z lochów egipskich świątyń wynieśli Hyksosi, połączywszy go z bluźnierczymi rytuałami odległej Azji. Ojciec był nieraz wyśmiewany za trzymanie się tej teorii, a w ostatnich rozmowach twierdził wręcz, że czuje się obserwowany, a jego życie może być zagrożone. A potem to zniknięcie...
-Niemniej zadbał o tajność wyprawy. Udało mu się na miejscu zebrać sprawdzonych ludzi. Znam ich i mogę potwierdzić, że w tym szalonym przedsięwzięciu pozostaje w dobrych rękach. Poza mną, powiedział o tym naszemu przyjacielowi, Ignacemu Hodolewskiemu.
Jeśli rzeczywiście ojciec Michalczewskiej przyjaźnił się z tym Hodolewskim, to nie powiedział tego córce. Z drugiej strony, rosnące zaufanie, jakim ją obdarzał, nie oznaczało nieposiadania przed nią sekretów. A tych staruszek miał całkiem sporo. W dalszej rozmowie Karnowski mówił o paru osobach, które ojciec z pewnością znał. Stary rosyjski badacz folkloru, profesor Domeyko, ekscentryczny lwowski uczony Piotr Konaszewicz, teozofka Sara Schlang...
-Wyprawa Uniwersytetu prowadzona przez Hodolewskiego obecnie jest w Senegalu. Pani ojciec po przebyciu pustyni ma się z nim tam spotkać. Jeżeli pani sobie życzy, mogę załatwić odpowiednią wizę...

Tak też Michalczewska znalazła się w Dakarze. Niestety, rozminęła się z ekspedycją, a jej plany szukania lwowskich uczonych na własną rękę załamały się pod wpływem rezydenta, Rosjanina Mysłowa. Mysłow, podchodzący pod pięćdziesiątkę, dobitnie wytłumaczył jej niebezpieczeństwa podróży, a widząc determinację, westchnął i zaproponował wycieczkę za miasto. Senegal to nie Egipt, a kontrola nad obszarem nie przypominała brytyjskich wzorów kolonialnych. Dzikie twarze krajowców, konieczność podróży wzdłuż studni, gdzie roiło się od ludzi potencjalnie niebezpiecznych i groźna możliwość rozminięcia się z naukowcami ostatecznie przemówiły. Mysłow zobowiązał się wysłać telegram do Saint-Louis, nadgranicznego portu senegalskiego, by tamtejszy gubernator postarał się przekazał go ekspedycji, gdyby tylko była w pobliżu. Długie dni oczekiwania na odpowiedź dłużyły się niemiłosiernie.

Hodolewski odpowiedział pozytywnie. W przesłanym telegramie dużo więcej nie zawarł, a lakoniczność potęgowała podejrzenie, że wieści o zagrożeniu życia jej ojca wcale nie były bezpodstawne. A teraz w końcu z okna zobaczyła powracającą ekspedycję.
 

Ostatnio edytowane przez Cooperator : 06-08-2012 o 15:32.
Cooperator jest offline  
Stary 23-07-2012, 02:37   #2
 
Paradoks's Avatar
 
Reputacja: 31 Paradoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodze
Logika wypełnia świat; granice świata są też jej granicami. W logice nie możemy zatem powiedzieć: to a to w świecie jest, a tamtego nie ma. Zakładałoby to bowiem na pozór, że wykluczamy pewne możliwości, a tak nie może być, gdyż inaczej logika musiałaby wyjść poza granice świata; mianowicie musiałaby móc spojrzeć na te granice także z drugiej strony.
Santorski z wdzięcznością powitał przypominającą mrowisko kompozycję zabudowań Dakaru. Piasek chrzęszczący między zębami nadal przypominał mu, na jak bardzo wrogich Europejczykowi jest terenach — z trudem powstrzymał się przed karczemnym splunięciem ziarnistą śliną na ziemię. Zamiast tego dopiął kołnierzyk koszuli i dandysowskim gestem poprawił sobie przedziałek. Wjeżdżali.

Po raz kolejny skierował swoje myśli ku skarbie — lubił go tak nazywać, sam przed sobą — którym objuczyli swoje konie. Weszli w posiadanie świata takiego, jakim był trzy i pół tysiąca lat temu — i to w najdosłowniejszym sensie. Choć Santorski sam dopiero uczył się czytać pismo hieroglificzne, fascynował go sposób, w jakim w kamieniu zaklęto poszlaki do odtworzenia języka Starożytnych: jego składni i semantyki, idiosynkratycznej i niepowtarzalnej logiki myślenia sprzed mileniów. W tych zawiniątkach mają więc mechanizm generowania deskrypcji i sądów w języku pierwotnym, odtworzenia najbardziej pierwotnych relacji znak–desygnat, kiedy słowo po raz pierwszy stykało się z ciałem. Przedtem był już tylko chaos.

Sawanna, słońce, trawa, akacja, koń, piasek, ślina — myślał Santorski — to wszystko próby uczłowieczenia tego, co Nienazywalne; próby ujęcia w karby jakiejś logiki sensu largo (składni i semantyki) tego, co zupełnie amorficzne. Nazywanie — to jest prawdziwe i jedyne Genezis, tutaj rodzi się wszystko. Wszystko, o czym da się opowiedzieć i sensownie pomyśleć.

Czym więc są te hieroglify? Zapisem Afryki takiej, jaką oglądali ją Starożytni około 1500 roku przed Chrystusem, spetryfikowanym językowym obrazem świata, który już umarł. Nie ma w tym świecie miejsca na samochody, samoloty, broń palną i wszystkie te zawrotne osiągnięcia techniki, choć samoloty i sztucery nie powstały z żadnej pozaświatowej materii. Gdyby chcieć wytłumaczyć Hyksosowi (dajmy na to), czym jest silnik spalinowy zabrakłoby odpowiednich słów (tylko niecelne metafory). To zbyt język o zbyt słabej semantyce, w jego logice nie byłoby miejsca na coś takiego, jak silnik spalinowy; nie ma tu logicznej możliwości tłoka i komory spalania. A jednak w nim, w tych hieroglificznych praznakach, utrwalają się pewne zręby logiki każdego możliwego języka, logiki sensu stricto. Co takiego ona bierze za nielogiczne, nienazywalne, niemożliwe? Odpowiedź jest prosta, uśmiechnął się sam do siebie Santorski. Gdyby coś było nienazywalne, nie moglibyśmy powiedzieć, że to nienazywalne; nie da się wyjść ze swojego języka i przyjrzeć się mu z boku. Wszystko jest możliwe, wszystko jest nazywalne. Jak mawiał Hamlet, the rest is silence.

***

Krzątanina towarzysząca rozładunkowi karawany wyrwała Santorskiego z rozmyślań. Zajęty otrzepywaniem się z kurzu, odszedł na bok, żeby nie przeszkadzać tragarzom. Wtedy usłyszał za sobą Hodelewskiego.

Panie Santorski, pójdzie pan ze mną do konsula, jak tylko się odświeżymy. Ale wcześniej czeka nas rozmowa z pewną młodą damą o której przybyciu poinformował mnie Mysłow. Za piętnaście minut przyjdź pan do mojego pokoju.

Przyzwyczajony już do autorytarnego, żołnierskiego tonu kierownika karawany (a może tylko od odnosił takie wrażenie, wyrwany z akademickiej kurtuazji?) skinął tylko głową i ochoczo udał się do przydzielonej mu kwatery, zakosztować nieco cywilizacji. Tym większe było jego zaskoczenie, gdy ujrzał, że do wspomnianego odświeżenia się miały mu wystarczyć metalowe miednica i urynał, pokryte jednakowo grubą warstwą rdzy. Santorski westchnął głośno. Kwadrans później, gdy stał u progu pokoju Hodolewskiego dopinając świeżą koszulę i zawiązując wokół szyi bawełniany krawat, nadal psioczył w myśli na rozczarowujący powrót do dwudziestego wieku. I niby jak tu zatroszczyć się o higienę osobistą, jak odpocząć po wyprawie, gdzie popracować — myślał, pukając do drzwi — w tym... tym... baraku skrojonym dla czarnego bydła. Nie do pomyślenia!
Czego nie możemy pomyśleć, tego pomyśleć nie możemy; a więc nie możemy też powiedzieć, czego pomyśleć nie możemy.
 
Paradoks jest offline  
Stary 02-08-2012, 05:18   #3
 
Aeshadiv's Avatar
 
Reputacja: 959 Aeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwu
Jak na tamte czasy uniwersytet bardzo dobrze płacił. Robota nie wyglądała na ciężką. Od czasu do czasu trzeba było opatrzeć kogoś poparzeniem, opieprzyć o warunki higieny i postraszyć różnymi konsekwencjami nieodpowiedzialnego zachowania. Thomas był w tym dobry. Warunki polowe, do których był przyzwyczajony dały mu sporo doświadczenia w radzeniu sobie w takich przypadkach jak operacja na środku pustyni. Na ten moment jednak mógł spokojnie dać Panu Hodolewskiemu listę potrzebnych rzeczy. W sumie nie tyle zależało mu na lekach, co na odpowiedniej żywności. Choroby, które niesie ze sobą Czarny Kontynent są zdecydowanie łatwiejsze do zwalczenia, gdy organizm jest zaopatrzony w witaminy i potrzebne substancje odżywcze. Cóż pozostało zrobić? Popytać tragarzy czy ich coś nie boli.

Thomas uśmiechnął się słysząc prośbę Hodolewskiego.
- Jak sobie Pan życzy, porozmawiam z nimi i powiem czego nie robić. Powtórki z zasad higieny nigdy za wiele. – następnie ruszył do miejsca gdzie przebywali tragarze.
Przywitał się ze wszystkimi.
- Witam. Pewnie większość z was kojarzy mnie z widzenia. Moje nazwisko Morgen. Jestem odpowiedzialny za wasze zdrowie podczas tej ekspedycji. Studiowałem na akademii medycznej w Monachium. Możecie być pewni, że jestem doświadczonym doktorem. – zaciągał z wyraźnie niemieckim akcentem.
- Zacznijmy od podstaw. – ogłosił mówiąc głośno.
- Glista na początek. – powiedział cicho do siebie i wyprostował palec wskazujący.
- Jeżeli kogoś z was bolałby brzuch. W szczególności gdzieś w tej okolicy. – pokazał na brzuch w miejscu, gdzie mieści się dwunastnica. – Proszę do mnie to natychmiast zgłosić. Gdy zareagujemy szybko powinno być dobrze i wytrujemy robaczki zanim się rozmnożą.
- Dwa... gwinejczyk – ponownie powiedział do siebie i środkowy palec jego prawej dłoni dołączył do wskazującego.
- Panowie! Możecie mieć bóle nóg. Nie mówię tutaj o jakimś stłuczeniu czy innym pospolitym odczuciu, a raczej o ... – Thomas mlasnął kilka razy, stuknął się palcami po głowie. Szukał słowa, które miał na końcu języka... – Reißen ... Jak to było na polski? Taki... jakby rozciągnięty do bólu, taki...
- Rozrywający? – dopowiedział ktoś ze słuchaczy.
- Ja! Tego słowa mi właśnie brakowało. Taki rozrywający ból wzdłuż mięśni! To mi też proszę pozgłaszać w razie wystąpienia. – starał się być miły, jednak uwaga, którą właśnie miał powiedzieć, musiała dotrzeć do słuchających go.
- A niech zobaczę, że który pije wodę prosto z rzeki czy innego naturalnego źródła... to sami sobie będziecie to paskudztwo wycinać! Woda ma być zawsze! ZAWSZE! Przegotowana. Inaczej to duża szansa na wypicie jajeczek. – pogroził palcem, postraszył, poprzesadzał.
- Wszystko myć! Przegotować! I nie brać z niewiadomych źródeł. Jakby ktoś widział gorzej, to tak samo zgłosić. Ogólnie wszystko co niecodzienne to zgłaszać! Nawet krwawy mocz czy kał. Nie ma się czego wstydzić! Nie takie rzeczy widziałem. Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze współpracować. Poproszę jeszcze listy leków, jakie panowie biorą na codzień. Przyda mi się wiedzieć co mogę komu podać wraz z innymi stosowanymi na codzień. Miłego wieczoru życzę! – kończąc Thomas udał się do siebie. Tam usiadł, chwilę odsapnął i nalał sobie trochę wody.
- Od czego by tu... Dobrze... Mamy zwiedzać jakieś egipskie stare ... hm... jak stare to i grzyby... – głośno myślał zapisując kolejne pozycje do listy potrzebnych na wyprawę leków.
 
Aeshadiv jest offline  
Stary 05-08-2012, 23:59   #4
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 7135 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
Iga – właściwie Jadwiga, ale nie znosiła tej wersji swojego imienia uważając ją za niemiłosiernie pretensjonalną i nigdy nie pojęła czemu jej matka, aktorka w końcu, wolna duchem kobieta, tak ją nazwała – stała wpatrując się w przybrudzoną szybę.

Ubrana była w spodnie, wysokie buty do konnej jazdy i luźną koszulkę. Lniana marynarka leżała porzucona niedbale na krześle. Kapelusz z szerokim rondem ocieniał twarz, która bez silnego, scenicznego makijażu wydawała się znacznie młodsza. Też związane luźno włosy i smukła sylwetka odejmowały lat. Mało kto domyślał się, że skończyła już 21 lat. Trzeba było też dużej spostrzegawczości, aby skojarzyć ją z postaciami, które odgrywała. Pod znielubionym imieniem, oraz nazwiskiem panieńskim matki. Mało kto wiedział, że córka prof. Michalczewskiego wcieliła się w Elzę w „Uwięzionej niewinności” i pannę Helenkę w bijącej rekordy popularności „Niezwykłej historii Helenki z trojakiem”. Na szczęście mało kto wiedział. Popularność, o która nie zabiegała, a została jej dana przypadkiem, wraz ze sławną matka i jej aspiracjami uczynienia z Jadwigi „cudownego dziecka” , męczyła Igę.

Dlatego tak lubiła życie na wykopaliskach u ojca, gdzie wszystko było dość proste, przewidywalne, uporządkowane. Miała talent do rysunków, języków, smykałkę do rozróżniania cennych fragmentów wśród pokruszonych kawałków skorup – wśród Egipcjan i współpracowników ojca czuła się potrzebna i przydatna. To było miłe uczucie.

Odkrycia archeologiczne interesowały ją dużo bardziej niż balet, step i śpiew, do ćwiczenia których zmuszała ją matka (żeby oddać sprawiedliwość: matka opłaciła jej też lekcje jazdy konnej i fechtunku). Żałowała, że zobowiązania zawodowe zmusiły ją do opuszczenia ojca i spędzenia ostatnich miesięcy w Paryżu – agent przekonał ja jednak, że po zerwaniu kontraktu na udział na amerykańskim filmie nie wygrzebie się z długów do końca życia. To był racjonalny argument.

Martwiła się o ojca, jego znikniecie było.. niespodziewane. Dodatkowo, obawiał się o własne życie, o czym czasem – niechętnie – wspomniał Idze. „Środowisko naukowe nie jest gotowe na moje odkrycia, Gwiazdeczko – zwykł był mawiać – są zamknięci na nowości i nie dopuszczają myśli, że idee przechodzą między kontynentami szybciej niż niosący je ludzie. I że potrafią się łączyć, a z ich połączenia nie powstaje prosta suma, a zupełnie nowa jakość. Często jakże odległa od bazowych idei”.

Iga westchnęła. Tak chciała pojechać za ojcem! Jednak rozsądek - pod postacią Mysłowa, co musiała niechętnie przyznać – powstrzymał ja przed szaleńczym pomysłem wyprawy w nieznane. Miała dołączyć do wyprawy Ignacego Hodolewskiego. Nie znała go osobiście, ojciec też nie wspominał nic o tym, że się przyjaźnią. To było nieco dziwne, zwykle nie krył swoich przyjaźni przed córką, przeciwnie, lubił się nią chwalić przez znajomymi… Skoro ten jednak miał znać ostatnie odkrycia ojca, Iga nie mogła się doczekać spotkania. Aby skrócić czas oczekiwania przeczytała – dość pobieżnie, nie wydały się jej szczególnie zajmujące, choć kilka akapitów i zagadnień ją poruszyło, musiała to przyznać - jego "Szkice z wojny kaukaskiej. " Pozycję zdobiła podobizna autora. Wydawał się dość przystojny, ale dziwne młody, zbyt młody jak na przyjaciela jej ojca, który właśnie przekroczył czterdziestkę.
Niepokój pomieszany z oczekiwaniem narastał, a lakonicznie telegramy Hodolewskiego niczego nie wyjaśniały.

W końcu! Przez szybę zobaczyła zbliżająca się ekspedycję. Oczekiwanie dobiegło końca, Iga – nie zabrawszy nawet porzuconej na krześle marynarki – wybiegła z pokoju i zbiegła schodami na dół.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji
kanna jest offline  
Stary 06-08-2012, 21:35   #5
 
Cooperator's Avatar
 
Reputacja: 822 Cooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwu
Iga Michalczewska

Iga Michalczewska zbiegając ze schodów nieomal zderzyła się z dwójką mężczyzn wchodzących do budynku. W jednym z nich, na podstawie niechybnego podobieństwa do autora "Szkiców wojny kaukaskiej" rozpoznała Hodolewskiego. Drugi, szczupły i drobny Arab, pozostawał jej nieznany. W jego krótkim, ostrym spojrzeniu wyczuła nieprzychylne zamiary niebezpiecznego człowieka. Krótkie warknięcie, które wyszło z jego ust, choć padło w nieznanym dialekcie, świadczyło wyraźnie o braku sympatii.

Kierownik ekspedycji próbował bezskutecznie zamaskować zaskoczenie uśmiechem. W półmroku holu wydawał się starszy przynajmniej o dekadę, jakby to słońce trzymało go przy życiu. Jakby z pewnym wahaniem ucałował rękę, po czym przedstawił się krótko:
-Hodolewski. Karnowski opowiadał mi o celu pani przybycia. Miałem po panią posłać, ale widzę, że niepotrzebnie. Proszę poznać Alikhara, naszego dragomana.- Arab skłonił głowę na tyle dostrzegalnie, by trzeba było to zauważyć, ale na tyle nieznacznie, by wziąć to za jednoznaczne lekceważenie. Po chwili zniknął wymrukując jakieś uzasadnienie.

Hodolewski wysłał przodem boya do "przygotowania pokoju". Sam szedł szybko, otaczała go aura milczenia przez którą ciężko się było przebić. Z pewnym zdziwieniem Iga spostrzegła, że mijając kilka luster na korytarzu, mających zapewne zwiększyć optycznie wielkość budynku i go rozjaśnić, starannie unika spojrzenia w ich kierunku. Odezwał się dopiero, gdy boy otworzył drzwi do "przygotowanego" pokoju. Wszystkie prywatne rzeczy kierownika ekspedycji stały w zapakowanych walizkach, jakby zupełnie nie ruszone. Na szerokim, osłoniętym dodatkową moskitierą stole leżała rozłożona mapa Afryki Zachodniej.

Pokój był długi na pięć kroków, a szeroki na jakieś cztery. Okno wzmocnione moskitierą wychodziło na brudny dziedziniec firmy, skąd dobiegały odgłosy towarzyszące pracy tragarzy. Proste wojskowe łóżko stało naprzeciw drzwi, na kilku stojących drewnianych szafkach były wystawione zwyczajowe drobne przedmioty, jak krucyfiks, oliwna lampka czy kiście owoców. Przy łóżku stało obramowane w srebro zdjęcie przedstawiające młodą, dosyć przeciętnej urody kobietę.

Wszystko to miało w sobie jakąś podejrzaną sztuczność - warstwa kurzu jasno wskazywała, że pod nieobecność ekspedycji nikt tu nie zaglądał. Po tym, że pokój zamknięto na kilka ciężko chodzących zamków (choć akurat to można wytłumaczyć wilgocią) można było przypuszczać, że pokój rzadko kiedy wykorzystywano - a przecież w Dakarze Hodolewski miał spędzić miesiąc, czekając na przyjazd reszty ekspedycji. Brakowało istotniejszych książek, wszystkich raczej nie brał ze sobą w rekonesans. Kilka osobistych drobiazgów rozrzuconych zbyt starannie, aby był to efekt zwykłego krzątania się po kwaterze wydały ostateczny wyrok.

Hodolewski tu nigdy nie mieszkał.

Dodatkowo, w całym pokoju nie było ani jednego lustra.

-Sądzę, że ma pani do mnie kilka pytań- odezwał się po chwili, gdy już wysłał boya po herbatę i wskazał miejsce za stołem. W jasno oświetlonym pokoju prezentował się dużo lepiej niż w mrocznym holu.-Podziwiam pani wytrwałość w dotarciu tutaj. Na podstawie tego, co pani ojciec opowiadał, jestem skłonny zmienić swoje plany. Początkowo zamierzałem panią przekonać, ażeby pozostała pani w Dakarze do momentu przybycia ojca. Niemniej, nie sądzę, by zatrzymanie pani było możliwe- uśmiechnął się. Tym razem zrobił to dużo naturalniej. Jego miękki śpiewny akcent kontrastował z dobitnością każdego z krótkich zdań.-Proszę jednak wysłuchać jednego ostrzeżenia- spoważniał. Akurat wbiegł chłopak z herbatą. Hodolewski wysłał go zaraz po listę leków do doktora Morgena. Gdy drzwi zamknęły się za młodym Arabem, kontynuował.-Afryka to nie jest miejsce dla białego człowieka. Opuściliśmy ją jako prymitywni praludzie i z okrutną radością przywróci nas do tego stanu. Albo zabije, jeśli tylko może. Proszę uważać na kolonialnych urzędników w Senegalu. Każdy z nich jest na prostej drodze do zatracenia siebie.

Po kilku minutach rozległo się pukanie do drzwi.

Tomas Morgen

Murzyni byli ludem "pośrednim", jak dosyć dowcipnie poinformował doktora jeden z francuskich żołnierzy kolonialnych, służących w czasie rekonesansu za ochronę ekspedycji. Pośrednim w tym sensie, że mieli w sobie jakąś zadziwiającą feudalność, zmuszającą do tego, by poleceń nie przekazywać bezpośrednio, a poprzez wybrane przez nich autorytety. Poza tym jednak lubili być poddawani wszelkim zabiegom medycznym, biorąc to za autentyczny przejaw troski ich pracodawców. Chociaż Francuzi odnosili się do krajowców o wiele bardziej humanitarnie niż Brytyjczycy, praca w koloniach dalej była towarem tanim, a z tego względu łatwo było zadbać o nowych pracowników, gdyby starzy, jak to ujął bezpośrednio dzielny francuski bojownik o cywilizację, się zużyli.

Eksploatację widać było na pierwszy rzut oka - po wielu tragarzach widać było blizny po niezaleczonych ranach, a niekontrolowane skurcze świadczyły o przebytych zakażeniach. Ogólna wytrzymałość ludów negroidalnych umożliwiła im uniknięcie większych urazów, zaś oralna kultura plemienna zupełnego wyjałowienia. Polska ekspedycja przez nich była traktowana jako wypoczynek - co nastawiło negatywnie wobec uczestników wyprawy nielicznych osiadłych w Senegalu Francuzów.

Pomimo wprowadzonej czasami na siłę poprawności relacji wśród członków ekspedycji, Morgen chwilami czuł się traktowany gdzieś pomiędzy francuskimi żołnierzami a murzyńskimi tragarzami. I chociaż uprzejmość galicyjskich uczonych powodowała, że w jego obecności starano się mówić po niemiecku, lekarz podejrzewał, że stało się to na wyraźną prośbę Hodolewskiego. W ogóle, kierownik ekspedycji zachowywał się czasami, jakby był oficerem liniowym, przygotowującym naukowców do szturmu na karabiny maszynowe. Nawet jego lakoniczne wypowiedzi dotyczące braterstwa przypominały wyrwane z gazetek frontowych wezwania do obrony Vaterlandu.

Z rozmyślań tych wyrwał ostatni pacjent. Lista leków leżała już gotowa, kiedy weszło trzech krajowców. Zgodnie z zasadą "pośredniości", przemówił najstarszy.
-Monsieur, chory- wyrzucił z siebie z charkoczącym, dziwnym akcentem. Krajowiec bez wątpienia cierpiał. Tylko siła dwóch podtrzymujących go towarzyszy spowodowała, że nie tarzał się z bólu i nie przykrywał lewego oka, które z całą pewnością było przyczyną zamieszania.

Gdy Murzyni podprowadzili bliżej wijącego się z bólu towarzysza, Morgen usłyszał głosy przerażonych Murzynów, ale mógł wyłapać tylko pojedyncze słowa, jak "robaki" i "dusza". Doktor nie zauważył nawet wchodzącego Alego, boya kierownika ekspedycji.
-Proszę pana, pan uważa- powiedział ten bystry dziesięciolatek, a jego wysoki dziecięcy głos przepełniał strach.-Oni mówią, że on jest przeklęty. Jego duch ma robaki.
Tomas Morgen nie usłyszał równie dziwnej wiary w powiedzenie, że oko jest zwierciadłem duszy.

Gustaw Santorski

Z wody w miednicy unosił się ostry zapach chloru. Przynajmniej słodka. Kiedy ekspedycja przybyła do Dakaru, jeden ze służących Mysłowa przez przypadek wyprał rzeczy w słonej wodzie morskiej. Wytrącona sól nie poprawiła wątpliwego komfortu przebywania na afrykańskiej ziemi. A potem było tylko gorzej. Przeglądając się w lustrze Gustaw Santorski dostrzegł, że sporo schudł. Krwi także sporo stracił, musiał to przyznać. Najgorsze były wielkie muchy o nazwie łacińskiej nie odzwierciedlającej ich piekielnego charakteru, a które sam ochrzcił mianem Musca infernalis, które nie dość, że miały tendencję do pokrywania kilkucentymetrową warstwą każdego napoju, to jeszcze odżywiały się w nader obrzydliwy sposób - najpierw wygryzały krwawiące rany, a potem zanurzały w nich całe paskudne mordy. Zabezpieczanie każdej takiej ranki jodyną w porze suchej może było zbytnim przewrażliwieniem doktora Morgena, ale w porze mokrej mogło to uratować życie.

Jakby głębiej się nad tym zastanowić, Santorskiego wcale nie dziwiło, że Afryka okazała się tak świetnym kontynentem do badania przeszłości ludzkości. Ludzkość bowiem od kiedy odpowiednio wyewoluowała, opuściła to miejsce jak najszybciej, pozostawiając wszystko bez czego mogła się obejść. Denerwujące bzyczenie za moskitierą zdawało się potwierdzać ten osąd. Zirytowany przebrał się w czyste ubranie i w pośpiechu równym jego antenatom opuścił swoją kwaterę.

Usłyszał szybko nadchodzące kroki. W ciemnym korytarzu spostrzegł biegnącego Alego, boya kierownika ekspedycji. Zatrzymany, wymamrotał coś o lekach doktora Morgena. Santorskiemu przed oczami stanęła dowcipna ironia doktorantów, że jeżeli uczy się hieroglifów, to może uda mu się odcyfrowywać znaki, które lekarz wyprawy nazywa pismem. Gdy stanął przed drzwiami kwatery Hodolewskiego, mignęła mu szybko znikająca w jednym z pokojów sylwetka Alikhara.

Santorski zapukał do drzwi, po czym usłyszał krótkie:
-Wejść.

Po zapachu perfum odgadł, że owa dama o której wspominał kierownik ekspedycji, była w środku.
 
Cooperator jest offline  
Stary 11-08-2012, 01:26   #6
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 7135 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
Iga zbiegła po schodach, w sposób nielicujący z jej wiekiem i pozycja, jak uświadomiła sobie po krótkiej chwili. Niestety, poniewczasie.

Nieomal wpadła na Hodolewskiego, oraz towarzyszącego mu Araba. Kierownik ekspedycji wyglądał na osobę nieco zgubioną, choć oczywiście musiało być to złudzenie. Arab za to patrzył na nią nieprzyjaźnie i z pogardą. Zbyt dużo widziała takich spojrzeń, aby mieć jakiekolwiek wątpliwości co do jego intencji.

Iga przywitała się, podając dłoń do ucałowania. Potem ruszyli korytarzem. Kobieta powstrzymała cisnące się jej na usta pytania czekając, aż znajdą się w bardziej odosobnionym miejscu. Zauważyła – przelotnie – że unika patrzenia w lustra. Zanotowała ten fakt w pamięci, ale nie zastanowiła się nad nim dłużej.

Kiedy tylko drzwi zamknęły się za nimi, Iga nie potrafiła już dłużej hamować emocji.
- Proszę powiedzieć mi wszystko! Wszystko! – poprosiła, ba zażądała rzucając kapelusz na blat stolika. Uświadomiła sobie swoją nieuprzejmość i uśmiechnęła się przepraszająco – Proszę wybaczyć mi moja zapalczywość… czekanie nie jest moją mocną stroną. Bardzo martwię się o ojca.

Hodolewski spróbował coś powiedzieć, ale nie dopuściła go do głosu.

- Gdzie on jest? Widział go pan? Kiedy? Wie pan coś o jego najnowszych odkryciach? – zarzuciła go gradem pytań. – I kiedy, na Boga, zdążyliście się poznać?

- Proszę usiąść – powiedział wskazując krzesło. Wydawał się nie mieć zbyt wielu doświadczeń z poddenerwowanymi, pewnymi siebie młodymi kobietami - Pozwoli pani, że zacznę od ostatniego pytania - poznałem pani ojca zaraz po wojnie światowej, kiedy przedostałem się z armii Denikina do kraju. Oczywiście, słyszałem o nim wcześniej poprzez kontakt, jaki utrzymywał z Konaszewiczem. A Konaszewicza znamy wszyscy - uśmiechnął się.
Profesor Piotr Konaszewicz miał reputację jeszcze większego ekscentryka niż ojciec Igi. Katedra etnologii na Uniwersytecie Jana Kazimierza nie wydała większego uczonego równocześnie będącego tak kontrowersyjnym w swoim tezach. Wywodził on na przykład etymologię Lwowa z religii pokrewnej praegipskiej z której mieszkańcy Memfisu mieli zaadoptować na przykład sfinksa. Lwopodobnym bogiem miała być zła istota o ciężko wymienialnym imieniu Nyarlathotepa. Publikacje Konaszewicza rozpalały wyobraźnię teozofów, masonów, okultystów i innej zainteresowanej magią szarlatanerii... A także pionierskich badaczy folkloru i archeologii.

- Gdzie jest teraz … Zapewnie, coraz bliżej – odsunął jej kapelusz i na mapie leżącej na stole wskazał Saharę. - Pani ojciec postanowił sprawdzić starożytny szlak karawan, którym, według jego tez, Hyksosi mieli wyruszyć na podbój Afryki Zachodniej po wygnaniu ich z Egiptu. To trudna podróż i opierająca się moim zdaniem na bardzo słabych przesłankach. Na Uniwersytecie Miscatonic w Arkham ogłoszono ostatnio kilka teorii dotyczących klimatu w ostatnich kilku tysiącleciach. Z potwierdzonych źródeł wiadomo nam, że na obecnej północnej Saharze jeszcze w czasach rzymskich były liczne jeziora stanowiące źródło gospodarki tamtejszych ludów. Ale żeby wyznaczać hipotetyczne oazy bez badań w terenie i żeby na podstawie tego pchać się na Saharę-pokręcił głową.- Cóż, dla mnie to było zbyt wielkie ryzyko i powiedziałem to pani ojcu. Miałem zresztą kontrakt na tę wyprawę...

Przez chwilę milczał, jakby bijąc się z myślami. Wreszcie zaczął ostrożnie:
-Pani Michalczewska. Zgadzam się z podstawową tezą pani ojca i jemu podobnych, że to, co uważamy za wiedzę o przeszłości tego świata, to nasze pobożne życzenia. Wierzę też -zawahał się - że istnieją zjawiska, których nie da się prosto wytłumaczyć. Możliwe też, że w sprawie Hyksosów pani ojciec ma rację. Postanowiłem mu pomóc. Jeśli wśród folkloru ludów zachodniej Afryki ostały się jakieś elementy kultury Hyksosów, albo wśród krajowców odnajdziemy ludzi o bezsprzecznie hyksoskim fenotypie... Cóż, pewnie pani ojciec coś z tym zrobi.

Iga słuchała ze zniecierpliwieniem, powolny tok narracji złościł ją. Nie sprostowała nawet, kiedy nieomal obraził ją, nazwając "panią Michalczewską"... Wiedziała jednak, ze naukowcy nie lubią, kiedy się im przerywa.
- Czy to prawda, ze mamy się spotkać? kiedy?- rzuciła, kiedy Hodolewski zamilkł na chwilą, aby zaczerpnąć tchu.

Mężczyzna spojrzał bystro na Igę, wyglądając na niemiło zaskoczonego.
-Widzę, że Karnowski uległ pani urokowi i powiedział więcej niż powinien. W sumie jednak, jakby pani zaczęła pytać się po Kairze o niego ktoś mógłby się zastanawiać, gdzie wyruszył, a to mogłoby być niebezpieczne. Zwłaszcza dla pani. Umówiliśmy się, że po przebyciu Sahary ruszy nam na spotkanie we wschodnim Senegalu. I on, i my jesteśmy wyposażeni w telegraf, który umożliwi nam kontakt. Alikhar także powiadomi krajowców, by kierowali go w naszą stronę.

Kierownik ekspedycji jeszcze raz nalał herbaty do dzbanka.
-Pani Michalczewska, mam prośbę. Konsul wie o pani przybyciu, Dakar to duże miasto, ale każdy Europejczyk jest pilnie śledzony... Dlatego pójdzie pani z nami do niego na ostatnią - skrzywił się - a przynajmniej, mam nadzieję, że ostatnią audiencję. Proszę nic nie mówić o swoim ojcu. NIC pani nie wie o jego pracy, o jego wyprawie, o jego poglądach. I nic o telegrafie. To bardzo ważne, rozumie pani?

- Panno Michalczewska - poprawiła go w końcu - O telegrafie nic nie wiem, więc jak mam o nim opowiadać? – uśmiechnęła się, ale spoważniała po sekundzie - Jaki ma więc przedstawić cel swojej wizyty, a szczególnie co mam podać za powód wyjazdy z pana ekspedycją? – potrzasnęła głową. - Poza wszystkim - dużo ludzi wie, że spędzałam czas na wykopaliskach ojca.
- Dziwię się też – dodała po sekundzie, patrząc badawczo na Hodolewskiego - że nie miałam przyjemności poznania pana wcześniej... mam wrażenie, że ojciec znajdował upodobanie w chwaleniu się moja osobą przed swoimi kolegami.

-Liczę na pani pomysłowość - uciął krótko. - Wpiszę panią do grupy zabezpieczającej znaleziska; wiem, że ma pani doświadczenie w tej dziedzinie.
Wstał od stołu i podszedł do szafki, gdzie stało zdjęcie kobiety. Mimochodem starł kurz ze szkła.
-Pani mi nie ufa - odezwał się z pewnym sardonicznym rozbawieniem. Kiedy się odwrócił, nie było na jego twarzy śladu uśmiechu.-A mimo to przyjechała pani aż tutaj. Odwaga i lojalność to szlachetne cechy charakteru. Moi bracia byli podobni do pani. Potem przyszli bolszewicy i odebrali im życie.
Daleki grzmot zwiastował nadejście jednej z pierwszych burz pory deszczowej w Senegalu.
-Moi bracia nieźle na tym wyszli. Odebrano im tylko życie, ale jako męczenników za sprawę każdy ich szanuje. Mnie bolszewicy odebrali dobre imię. Pani ojciec to uznany badacz i wspaniały człowiek, ale nawet od niego nie mogę wymagać, aby pokazywał się publicznie z posądzonym o szpiegostwo na rzecz Sowietów i agitację komunistyczną. Cóż z tego, że oskarżenie zakończyło się oczyszczeniem z zarzutów? Polacy swoje wiedzą.

- Wiem tylko, ze zagadnienie polityczne nie interesowały mojego ojca. Jestem w tej materii bardzo podobna do niego.. Interesowali go Przedwieczni i finansowanie jego wypraw. Ale może mieć pan rację...- zamyśliła się na moment - Ojciec jest przewidujący. Rozumiał, że osoby finansujące wyprawę mogą wycofać się, jeśli dojdą do nich jakieś pogłoski o przyjaźni z Sowietami.
- To jednak nie tłumaczy, dlaczego mi nigdy o panu nie wspomniał…
- nie planowała dać się zbyć.

Hodolewski tylko się uśmiechnął, choć był to jedynie pusty grymas, bo oczy pozostały poważne. W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi.
- Wejść - odpowiedział.

Iga skrzywiła się z niezadowoleniem, zrywając z krzesła. Ktokolwiek stał za drzwiami, nie mógł wybrać sobie gorszego momentu na przybycie!
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji
kanna jest offline  
Stary 11-08-2012, 17:05   #7
 
Paradoks's Avatar
 
Reputacja: 31 Paradoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodzeParadoks jest na bardzo dobrej drodze
Jeżeli dobra lub zła wola zmienia świat, to tylko jego granice, nie fakty: nie to, co da się wyrazić w języku.

Santorski, wtulony w mrok korytarza, zatrzymał dłoń drzwiami. Ciszę przerywał głos dochodzący zza drzwi. Santorski nie chciał podsłuchiwać, ale był już się zawahał – myśl stała się czynem – i wycofanie się, zapukanie jak gdyby nigdy nic wydało mu się jakieś sztuczne, niehonorowe (tak to sobie tłumaczył: podsłuchiwanie i niepodsłuchiwanie ugruntowane są w równie niedorzecznych aksjologiach). Słuchał więc, zaklinowany w niedozapukaniu, skryty w mroku, zawstydzony swą niekonsekwencją, niezdolny do wyartykułowania polecenia dla ciała.

Proszę nic nie mówić o swoim ojcu – poznał głos Hodolewskiego, tę żołnierską emfazę, którą znaczył słowa-klucze. – Nic pani nie wie o jego pracy, o jego wyprawie, o jego poglądach. I nic o telegrafie. To bardzo ważne, rozumie pani?

Myśl stała się czynem, czyn pociągnął strumień myśli, które kiedy indziej nie zostałyby pomyślane. Tajemnica, co, kto, dlaczego. Teraz nie mógł już się zapukać po prostu. Zza drzwi dobiegł głos kobiety, cichszy, ale niepozbawiony pewnej niezwykłej butności. Wytężył słuch.

Jaki ma więc przedstawić cel swojej wizyty, a szczególnie co mam podać za powód wyjazdy z pana ekspedycją? Poza wszystkim– dużo ludzi wie, że spędzałam czas na wykopaliskach ojca. Dziwie się taż, że nie miałam przyjemności poznania pana wcześniej... mam wrażenie, że ojciec znajdował upodobanie w chwaleniu się moja osobą przed swoimi kolegami.

Liczę na pani pomysłowość – znów Hodolewski. – Wpiszę panią do grupy zabezpieczającej znaleziska; wiem, że ma pani doświadczenie w tej dziedzinie.

Kroki. Santorski napina mięśnie. Nie, nie podchodzą do drzwi. Słucha dalej.

Pani mi nie ufa. A mimo to przyjechała pani aż tutaj. Odwaga i lojalność to szlachetne cechy charakteru. Moi bracia byli podobni do pani. Potem przyszli bolszewicy i odebrali im życie.

Grzmot, Santorski się wzdryga. Burza, no tak. Ale czy nie powinien już zapukać? W każdej chwili ktoś może wyjść, przejść, zajść, dojść.

Moi bracia nieźle na tym wyszli. Odebrano im tylko życie, ale jako męczenników za sprawę każdy ich szanuje. Mnie bolszewicy odebrali dobre imię. Pani ojciec to uznany badacz i wspaniały człowiek, ale nawet od niego nie mogę wymagać, aby pokazywał się publicznie z posądzonym o szpiegostwo na rzecz Sowietów i agitację komunistyczną. Cóż z tego, że oskarżenie zakończyło się oczyszczeniem z zarzutów? Polacy swoje wiedzą

Zapukać? Nie zapukać? Jeszcze chwila, może dowie się czegoś jeszcze. Znów ona:

Wiem tylko, że zagadnienie polityczne nie interesowały mojego ojca. Jestem w tej materii bardzo podobna do niego... Interesowali go Przedwieczni i finansowanie jego wypraw. Ale może mieć pan rację... Ojciec jest przewidujący. Rozumiał, że osoby finansujące wyprawę mogą wycofać się, jeśli dojdą do nich jakieś pogłoski o przyjaźni z Sowietami. To jednak nie tłumaczy, dlaczego mi nigdy o panu nie wspomniał…

Teraz. Puka, dwa razy, stanowczo.
Wejść – dobiega zza drzwi. Santorski poprawia krawat wystudiowanym gestem, jest już sobą.

Skrzypnięcie drzwi, uderzenie jasności, i oto, gdy tylko źrenice przywykną: dwie postaci wtłoczone w ciasne wnętrze kwatery podobnej do jego lokum. Hodolewski i ona. Była młoda, z filuternymi warkoczami plączącymi się przy karku wręcz dziewczęca, co karykaturalnie dysonowało z wysokim konnym obuwiem i globtroterskimi spodniami. Spod kapeluszowego cienia spoglądały nań bystre i zdecydowane oczy, jak gdyby niedopasowane do ciała, które do tej zaciętości spojrzenia jeszcze nie dojrzało, które obiecaną uwodzicielskość miało dopiero w potencji (i w tymże niedopasowaniu właśnie, w nim było coś diabolicznego). Ta chłopięcość, czy właściwie protopłciowość, wydała się Santorskiemu intrygująca i podniecająca zarazem. La fillette fatale, tak nazwał ją w myślach; zdrobnienia nasuwały się same.

Proszę, proszę do środka – mówił Hodolewski. – Przedstawiam pani doktora Gustawa Santorskiego, językoznawcę z Uniwersytetu, członka naszej ekspedycji. Panie Santorski, oto panna Jadwiga Michalczewska przybyła z Paryża, zasili grupę zabezpieczającą znalezione przez nas artefakty.

Santorski, zamknąwszy za sobą drzwi, zatrzymał się o krok przez Michalczewską i z arystokratyczną gracją ujął jej dorosłą-niedorosłą dłoń.
Mademoiselle – nachylił się nisko i, patrząc na nią marmurowym, nieprzeniknionym wzrokiem, złożył bezgłośny pocałunek kilka centrymetrów nad wierzchem dłoni. – Je suis enchanté.

Nie wątpię – mruknęła, z niejakim z trudem maskując niezadowolenie. Przejechała spojrzeniem po dość przystojnej, jednak nudnej w swoim wymuskaniu twarzy Gustawa. – Mnie też miło pana poznać, dokotrze - powiedziała zabierając dłoń, nieco zbyt gwałtownie, na co Santorski pozwolił nieznacznie się uśmiechając.

Odwróciła się na powrót do Hodolewskiego, tracąc zainteresowanie Santorskim.
To kiedy wyruszamy?

Krótko mówiąc: świat musi się wtedy stać w ogóle inny. Musi niejako skurczyć się albo rozszerzyć jako całość.
 
Paradoks jest offline  
Stary 13-08-2012, 02:40   #8
 
Aeshadiv's Avatar
 
Reputacja: 959 Aeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwu
Gdy wprowadzono tego nieszczęśnika Thomas przebadał go. Larwy much, ale jakieś dziwne. Thomas zauważył, ze z ust czarnoskórego tragarza cieknie krew. Posadził go szybko obok siebie i nacisnął palcami obydwu rąk nieco niżej kości policzkowej powodując otworzenie się ust. Język murzyna był poraniony od zębów. Widać ból na prawdę był nie do zniesienia.
- Proszę pana, pan uważa. Oni mówią, że on jest przeklęty. Jego duch ma robaki. - usłyszął od chłopczyka.
- Dziecko, jak byłem na wojnie to widziałem jak nasz oficer miał paczkę papierosów Białomorawskich w jelicie cienkim, więc mnie już nic nie zdziwi.
Po chwili jednak zwrócił się do roztrzęsionego z bólu czarnoskórego mężczyzny. Tłum gapiów cały czas obserowował to co robi lekarz. Sam Morgen nie zauważył nawet oczu ciekawskich.
- Mówiłem do cholery jasnej! Higiena to podstawa! Nie ma, że cały dzień pracy, a wieczorkiem jak piasek z zimnym wiatrem naleci do oka to brudnymi łapami wycierać łzy! Teraz dam ci wybór! Jak się zdarzy coś takiego jeszcze raz to już go nie będzie.
Doktor postawił przed mężczyzną trzy przedmioty. Świeczkę, łyżeczkę i mały słoiczek z miodem.
- Tutaj masz teraz wybrać to czym wyciągnę z ciebie to robactwo
– wskazął na miód i łyżeczkę. Murzyn chyba zrozumiał, że druga opcja będzie bardziej bolesna i okaleczy go na stałe. Zdecydowanie bardziej spodobała mu się pierwsza możliwość. Wskazał palcem na słoik.
Thomas wziął na palce kilka kropel miodu. Zbliżył się do czarnoskórego tragarza i nasmarował jego oczodół. Gapie patrzyli się ze zdziwieniem. W sumie nie znali czegoś takiego jak miód.
- Teraz tak w kilku słowach co ci jest. Nie masz robaków w duszy tylko w oczach. Jak w duszy chcesz żeby ci kto grzebał to księdza wołaj czy innego znachora. Ja tu jestem od leczenia ciała. Masz małe stadko larw w oku. Z tego co zauważyłem są to po prostu muchy. Powinny wyjść, aby nażreć się i wtedy je wyłapiemy. Nie wiem czy wiesz, ale jak masz martwą tkankę... w sensie mięso albo skórę albo coś innego, nie będę tłumaczył czym jest tkanka, to wtedy muchy się na to rzucą, ale jak dalej płynie tam krew to się nie chwycą. Więc ja im podkładam coś co ma mocny zapach i pewnie je zwabi. Nie licz na żadne znieczulenie, bo sam sobie na to zasłużyłeś, a te maleństwa powinny dośc delikatnie wyjść. Jak jednak to jest coś innego... to...
– wskazał palcem na łyżeczkę i świeczkę.
- To módl się do czego to tam chcesz żeby to się okazały zwykłe muszki. Co do artymii serca, gorączki i innych to też są dwie opcje. Albo infekcja i skończy się źle, albo po prostu stres wywołany tym, że boli w dość nietypowym miejscu ciała, gorączka walką z obcymi organizmami i ... a co ja wam będę tłumaczył medycynę. Mówiłem myć łapska do cholery! Teraz do siebie, ty tutaj zostajesz, chce cię mieć na obserwacji.
– zwrócił się najpierw do gapiów, później do pacjenta.
Usiadł przy swoim łóżku i przyglądał się efektom swojej nieco polowej metody.
 
Aeshadiv jest offline  
Stary 20-08-2012, 18:22   #9
 
Cooperator's Avatar
 
Reputacja: 822 Cooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwu
Tomas Morgen

Krajowcy stali jak zahipnotyzowani. Wysmarowany miodem Murzyn pojękiwał, ale jakby trochę się rozluźnił. Nieruchomy wzrok wbił w lekarza, nie mrugał. Widocznie poruszanie gałką oczną zwiększało ból. Nastąpiła pełna napięcia cisza, przerywana jedynie chrapliwym oddechem krajowca. W końcu spod góry miodu zaczęły wyłaniać się poszczególne, wijące kształty. Z nietypową jak na muchy rytmiką, przypominającą węże hipnotyzowane przez fakirów zaczęły pełzać po twarzy czarnego, wyciągając nieforemne główki w kierunku okna. Ten przerażający, rytmiczny taniec nie przypominał niczego, co Morgen widział wcześniej, aczkolwiek chłodny, analityczny umysł od razu zakwalifikował to pod "nieznane zachowania nieodkrytych gatunków
afrykańskich".


Po chwili wypełzło wszystko, co mogło, a zupełne zignorowanie miodu jako pożywienia okazało się po prostu kolejnym objawem. Tylko jeden incydent zakłócił zupełnie błahą czynność usuwania larw - gdy jedną z larw za mocno chwycono szczypcami, pękła, a w tym czasie coś - bo na pewno nie larwa - wydało cichutki pisk, jakby bólu i gniewu. Gdy nieco zaskoczony lekarz spojrzał na krajowców, dostrzegł, że uciekli.


Mechanicznie: rzuty na zastosowanie metody: podstawowa kość: 3; kość profesji: 6; kość obłędu: 6. Rzut na Niepoczytalność: 1. Niepoczytalność nie zwiększa się.


Gustaw Santorski, Iga Michalczewska

-Już idziemy- mruknął Hodolewski. Jakby od niechcenia odwrócił zdjęcie kobiety.

Po chwili pokój stał opuszczony tak jak, zapewne, przez cały czas, odkąd niby to miał zająć go kierownik ekspedycji. W drodze na dół słychać było krzątanie się innych uczestników wyprawy; przez półotwarte drzwi przechodzący zauważyli, że doktoranci zasiadają do brydża czy pokera, z innego pokoju dobiegały przytłumione przekleństwa na jakość wody do mycia. Kiedy Michalczewska, Hodolewski i Santorski znaleźli się na parterze, usłyszeli mieszaninę rosyjskiego i angielskiego, którym porozumiewali się pracownicy Firmy. Coraz głośniejsze, postępujące po sobie łomoty oznaczały, że trwała walka z czasem, czy uda się zabezpieczyć wszystkie towary przed nadchodzącą burzą. Otwartymi drzwiami chwiały kolejne podmuchy.

Scena rozgrywająca się za drzwiami, na wewnętrznym dziedzińcu, godna jest dłuższego opisu. Na pierwszym planie trwała praca jak w ulu, kolejne beczki, skrzynie i pakunki znikały w przepastnych magazynach. Zbyt ciężkie rzeczy zabezpieczano pospiesznie brezentowymi płachtami, wiatr targał połami zakładanych przeciwdeszczowych płaszczy, a wraz z nim piasek, najgorszy wróg życia może z wyjątkiem człowieka, wdzierał się zupełnie wszędzie.

Tym bardziej zastanawiające było tło. Stanowili je krajowcy, po części Murzyni, po części arabsko-berberska mieszanka, stojący milczącym murem przy wejściu do pawilonu zajmowanego przez doktora Morgena i jego pacjentów. Jęki dochodzące ze środka dowodziły, że lekarz pracuje, ale jakaś niesamowita fascynacja, która malowała się na twarzach widzów sprawiała, że podświadomie szukało się drugiego dna.

Hodolewski z ponurym wyrazem twarzy przemówił do tłumu, wyrzucając z siebie słowa po francusku, po czym spróbował, choć z wyraźnym akcentem, arabskiego i jakiegoś narzecza. Tragarze unikali jego wzroku, widocznie zakłopotani, niczego jednak nie odpowiadali. Kierownik ekspedycji kilka razy wołał swojego boya, Alego, ale chłopaka nie było już w tłumie.

Wszyscy
-Herr Doktor, czy wszystko w porządku?- zawołał kierownik ekspedycji, wchodząc do pawilonu, gdzie leżał czarny pacjent.
 
Cooperator jest offline  
Stary 22-08-2012, 22:13   #10
 
Aeshadiv's Avatar
 
Reputacja: 959 Aeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwu
Gdy pierwszy robak wyszedł spod gałki ocznej murzyna na twarzy Morgena zawitał uśmiech. Udało mu się w miarę bezboleśnie i bez użycia żadnych leków odrobaczyć tragarza.
- Nie takie rzeczy się w okopach robiło. – powiedział sam do siebie.
Gdy pierwsze pasożyty zaczęły wypełzać doktor pierwsze co zrobił to chwycił słoiczek na próbki i szczypczyki chirurgiczne.
- Zaraz się zobaczy co to jest. – mruknął do siebie i zaczął po kolei delikatnie zbierać larwy do szklanego pojemnika.
Nie miał pojęcia co to jest, więc musiał to przebadać. Może jak wróci z wyprawy, to napisać jakiś artykuł o nowych gatunkach pasożytów. Gdy jedna z ostatnich pełzających larw była już w szczypcach Morgen nieco mocniej je zacisnął. Usłyszał stłumiony krzyk bólu i gniewu. Zerknął w stronę wyjścia z pawilonu. Nikogo tam nie było. Zmarszczył brwi i mruknął pod nosem.
- Pewnie, żarty sobie robicie ze mnie. Śmiało, jak się co stanie to będziecie żałować tych figli.- zamknął słoiczek i wyszedł rozglądnąć się kto sobie z niego żarty stroi. Nikogo wokół nie było.
Wrócił do tragarza, który już nieco spokojniejszy patrzył się na niego ciemnymi oczami. Zerkał od czasu do czasu na Morgena, a to na słoik. Thomas ponownie sięgnął po szczypce. Otworzył pojemnik i ścisnął kolejną larwę. Zrobiła to samo. Znów do uszu lekarza dotarł pisk. Morgen schował słoik i zaczął podenerwowany chodzić po pokoju.
- Co to u licha może być? Pustynia na mnie chyba niezbyt dobrze działa... – próbował w jakiś racjonalny sposób wytłumaczyć sobie to czego właśnie był świadkiem.
- Herr Doktor, czy wszystko w porządku? – usłyszał.
- Chciałbym, żeby było. Proszę wejść. Muszę coś Państwu pokazać. – powiedział nieco zaniepokojony. Sięgnął po szczypczyki i słoiczek.
 
Aeshadiv jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 11:22.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166