Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 18-08-2012, 15:44   #1
 
Pinhead's Avatar
 
Reputacja: 199 Pinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie coś
[Slasher Story] - Bill

Szkolny autobus ruszył z charakterystycznym zgrzytem i piskiem. Miał on już swoje lata, podobnie jak pan Newman, który siedział za kierownicą. Pana Newmana znali wszyscy. Pełnił on w szkole kilka ważnych funkcji i mimo upływającego czasu nadal wydawał się niezastąpiony. Jego twarz znaczyły coraz liczniejsze zmarszczki, a skronie mocno posiwiały. Nadal jednak był on zarówno woźny, stróżem, jak i kierowcą w Bolingbrook High School.
Tak więc nic dziwnego, że to właśnie on był prowadzącym autobus jadący na szkolny obóz.

Pogoda dopisywała. Bezchmurne niebo, lekki południowy wiatr i wszechobecne słońce. Wedle prognoz, tak właśnie miało być przez cały tydzień trwania obozu. Ponoć ośrodek w którym mieli się zatrzymać leżał nad samym jeziorem. Pan Richards nie był jednak pewien, czy będzie można się tam kąpać.
Podróż na miejsce miała zająć blisko cztery godziny, więc trzeba było coś robić by zabić nudę. Jedni siedzieli z walkmanem na uszach i słuchali ulubionej muzyki, inni opowiadali o najnowszym horrorze, jaki widzieli nie dawno, a jeszcze inni po prostu spali.
Mniej więcej w połowie podróży miało miejsce zdarzenie, które nie tylko zelektryzowało wszystkich, ale także na długo zapadło w pamięć. Przy zjeździe z autostrady miał miejsce poważny wypadek. Ciężarówka przebiła barierkę ochronną i wpadła na przeciwległa jezdnię i staranowała dwa samochody. Ranni i zabici leżeli na ulicy, niczym porzucone szmaciane lalki. Na miejscu nie było jeszcze żadnych służb porządkowych, więc widok był makabryczny. Chaos, krzyki i krew.
Mimo ostrzeżeń pana Richardsa i tak wszyscy przycisnęli nosy do szyby i z mieszaniną przerażenia i fascynacji obserwowali miejsce wypadku. Autobus jechał wolno ze względu na korek, jaki powstał. Każdy więc mógł nasycić w pełni swoją chorobliwą ciekawość. Wiele osób później żałowało tego, że nie posłuchali pana Richardsa. Było już jednak za późno. Krwawe obrazy odcisnęły się już w ich pamięci.

Na szczęście reszta podróży minęła już bez przeszkód. Gdy autobus zatrzymał się przed bramą ośrodka, nikt już nie pamiętał o zakrwawionych ciałach i tragicznym wypadku.

Miejsce, jakie wybrał pan Richards naprawdę było cudowne. Niewielki obóz składający się z kilku bungalowów, stołówki, świetlicy oraz placu zabaw, znajdowała się w głębokim lesie tuż nad brzegiem jeziora. Do obozu prowadziła wąska żwirowa droga, wijąca się przez kilka kilometrów po lesie. Cisza i spokój były wręcz niesamowite. Słychać było szum drzew i śpiew ptaków. Żadnych samochód, wrzasków, czy innych nieprzyjemnych odgłosów miasta.

Cała grupa wysiadał z autobusu i idąc za panem Richardsem udali się do świetlicy. Tutaj nastąpił przydział domków wedle wieku i płci.
- A teraz kilka zasad, by nasz wypoczynek tutaj przebiegał sprawnie i bez żadnych nieprzyjemności. Po pierwsze nikt nie opuszcza obozu bez pozwolenia. Żadnych samodzielnych wypraw do lasu, czy nad jezior. To dzikie miejsce i może być bardzo niebezpieczne. Teren obozu jest ogrodzony, więc w jego obrębie nic wam nie grozi. Wszyscy słuchają poleceń i komunikatów, czy to wydawanych przeze mnie, czy też przez panią Morgan, czy to przez pana Washingtona, opiekuna obozu. Przestrzegamy planu dnia, który będzie ogłaszany zawsze na porannym apelu. Na nim także będą ustalane dyżury i obowiązkowe prace. Mam nadzieję, że nie będzie z tym problemu, jak w zeszłym roku. Gdy to kilkoro z was odmówiło sprzątania naczyń po posiłkach i musieliśmy przerwać obóz w połowie jego trwania.
To chyba na razie wszystko, a teraz możecie się iść wypakować. Spotkamy się za godzinę na obiedzie.

Pierwszy dzień minął szybko i nad wyraz pracowicie. Trzeba było nie tylko się wypakować, uprzątnąć domki, ale jak się okazało także przygotować rowery wodne na jutrzejszą wodną wycieczkę. Gdy więc zapadł zmrok większość obozowiczów padała z nóg i nie myślał o niczym innym, jak tylko o prysznicu i szybkim położeniu się do łóżka.
 
__________________
Wakacje - poza siecią prawdopodobnie do 14.09
"Zastanawiałeś się, czemu piekło ma bram siedem i dni w tygodniu jest siedem..." Martwy Snajper
"We have such sights to show you" - Hellraiser
Pinhead jest offline  
Stary 19-08-2012, 05:11   #2
 
Charm's Avatar
 
Reputacja: 34 Charm jest na bardzo dobrej drodzeCharm jest na bardzo dobrej drodzeCharm jest na bardzo dobrej drodzeCharm jest na bardzo dobrej drodzeCharm jest na bardzo dobrej drodzeCharm jest na bardzo dobrej drodzeCharm jest na bardzo dobrej drodzeCharm jest na bardzo dobrej drodzeCharm jest na bardzo dobrej drodzeCharm jest na bardzo dobrej drodzeCharm jest na bardzo dobrej drodze
Przyszedł więc ten dzień. Dzień, w którym miał otrzymać nagrodę za zdane testy. Wyjazd na obóz. Terlnis nie kwapił się do tego, by cały tydzień spędzić w towarzystwie osób, które widzi na codzień w szkole. Nijak nie będzie to wymarzony odpoczynek w samotności, która była najlepszą ze znajomych nastolatka. No cóż. Przynajmniej odpocznie i przeżyje coś nowego. Od czego chce odpocząć tak bardzo, że ryzykuje kilka kolejnych dni z ludźmi, za którymi nie przepada? Od nudy. Od codzienności. No i od rodzinki. I oni od niego pewnie też.
Na miejscu ponoć ma znajdować się jezioro, jakiś las, wszędzie cisza, spokój... Może być przyjemnie. Zawsze to jakieś nowe miejsce, przygoda. Odskocznia od tej cholernej codzienności, która zaczęła go przytłaczać już dawno temu. Niejednokrotnie pragnął uciec, wybyć z domu, ot tak, bez słowa, albo nie wrócić ze szkoły. Pójść, gdzie nogi poniosą, przeżyć coś... Żyć w podróży, poznawać nowe miejsca. Jednak bał się, że sobie nie poradzi. Nigdy nie zdobył się na to, by urzeczywistnić swe szalone, chwilowe plany. Teraz, jeśli spojrzeć pod odpowiednim kątem, właśnie to robił.

Zabrał ze sobą cały gruby zeszyt, który wyjął, razem z ołówkiem, z torby zaraz po zajęciu miejsca w autobusie. Drugie, co zrobił, to zdjęcie z głębokim odechem kurtki, która w tak upalne dni powinna leżeć na samym dnie jego szafy. Ale może się przyda, przynajmniej wieczorami. Położył ją na plecaku pod nogami, które podciągnął pod siebie i oparł o siedzenie tak, że mógł spokojnie położyć arkusz na udach przed sobą. Trzecią rzeczą było odgarnięcie grzywki z oczu, co było już raczej mimowolnym odruchem Terlisa nabytym przez te kilka długich lat, niż świadomą czynnością. Siedział w takiej pozycji, gotowy do rozpoczęcia pierwszego swego rysunku w tej podróży, zanim jeszcze pojazd ruszył w drogę. Codzienny rytuał, który powtarzał rano w drodze do szkoły. Miał kawałek drogi, więc dojeżdżał. Podczas jazdy czasami trzęsło, co utrudniało mu pracę, lecz dawał radę. Był cierpliwy.
Teraz podróż miała być nieco dłuższa, niż codziennie. Siedział sam, przynajmniej dopóki nie zobaczył, że miejsce obok zajął Sam Limbert, nieco otyły gość, który w torbie miał zapewne więcej jedzenia, niż rzeczy na zmianę. Terlnisowi nie przeszkadzała jego obecność, choć wolałby siedzieć sam. Ale cóż, czterdzieści osób musiało się gdzieś zmieścić.
Sam był jedną z osób, które miały swój styl i nie udawały kogoś, kim nie są. Jak ta panienka, Alice, czy ten cały jej chłopak, Caligen. Wielka piękna i jej osiłek, których zsumowana mądrość mogłaby grubaskowi podskoczyć.
Cztery godziny podróży minęły na krótkich wymianach kilku słów, których znaczną większość wypowiedział sąsiad; na ciszy, kiedy tamten słuchał swego rapu, a Ter obserwował okolicę bądź kontynuował tworzenie pierwszego obrazu do swej ambitniejszej pracy, mającej zilustrować kilka ważnych etapów tej przygody; na słuchaniu podekscytowanych głosów obozowiczów, którym tematy nie kończyły się, dopóki nie zaczęli zasypiać; no i na nudzie. Jak to w trasie bywa, bezczynność była wszechobecna i nawet pasja w końcu zawodzi. Autobus, a właściwie jego połowa, pożerana przez jakiegoś wielkiego gada, typu ziejącego ogniem smoka, świecił wszelkimi odcieniami czerni i szarości na papierze. Był gotowy. Niemal żywy.
W samą porę, bo właśnie autobus zwolnił nieco tempo. Czyżby to już? Są na miejscu? Niemożliwe. Byli na środku autostrady. Coś się wydarzyło. Wypadek, jakaś ciężarówka i osobowe. Zderzyły się chyba. Mnóstwo rannych, sporo śmiertelnie. Krzyki, piski, nie tylko na zewnątrz, bo i w środku. Niektóre dziewczyny widocznie miały zamiar udowodnić, że "płeć słaba", to dobre określenie. Ter, ignorując słowa ich nauczyciela wf-u, spojrzał na zakrwawioną ofiarę za oknem, nad którą klęczała zapłakana kobieta. To było dziecko. Niewątpliwie martwe. Koszmarny widok, jednak nie mógł oderwać oczu. Czuł, że ten obraz nigdy nie zniknie z jego pamięci...
Minęli wszystko i ruszyli dalej. Jak gdyby nigdy nic. Żadnej pomocy, żadnego ratunku. Jednak co mogli zrobić oni, uczniowie jakiejś tam szkoły średniej i kilku belferów? Może to i lepiej, że się nie zatrzymali.

Na miejscu było całkiem przyjemnie. Las był, jezioro było, obóz stał, jak mówiono. Zostali zaprowadzeni do świetlicy, gdzie Terlnis dowiedział się o swym miejscu do spania. Dowiedział się też, że mogło wcale nie być tak przyjemnie, jak myślał. Zakaz opuszczania obozu, zakaz kąpieli, przymus posłuszeństwa i pracy... Co to za odpoczynek? No to się ładnie wpakował. Jego pierwszą myślą było przejście się po lesie właśnie, albo w pobliżu jeziora. Jednak wolał się nie wychylać już pierwszego dnia. Zaklął cicho i postanowił sobie odpuścić. Na razie.
Poszedł do pokoju, rozpakował się, potem poszwędał nieco po obozie, pomagając to tu, to tam. Tak dzień zleciał. Zapadł zmrok, pozostało tylko wziąć prysznic i ułożyć się w łóżku. Bynajmniej, nie spać. Tworzyć nowy rys. Rys martwego dziecka i jego matki w płomieniach i krwawych szczątkach...
Aż nie zmoży sen.
 
Charm jest offline  
Stary 19-08-2012, 13:24   #3
 
Anonim's Avatar
 
Reputacja: 2282 Anonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputację
--------TŁO--------


Nie wiem czemu Terry namówiła mnie na wycieczkę. Jeszcze nie mogę się odstrząsnąć po ostatnich wydarzeniach. Pamiętam jakby to było przedwczoraj, gdy siedziałem w kawiarni i czekałem na Terry, gdy wjechała do środka ciężarówka masakrując trójkę osób siedzących bezpośrednio przy szybie i powodując u mnie ciężkie obrażenia ciała.

[media]http://www.youtube.com/watch?v=na0tIvCG36k[/media]

Po rehabilitacji wróciła moja siła, ale wciąż do końca nie panuję nad własnym ciałem. Czasem pojawiają się przeróżne bóle w moim ciele, które prawdopodobnie związane są z traumą po zajściach ze szpitala. Leżałem jak gdyby nigdy nic, przytomny i właściwie szczęśliwy, bo wszelkie badania wykazywały, że wrócę do zdrowia... no może co prawda, nie byłem aż tak szczęśliwy, gdy dowiedziałem się, że nie będę mógł profesjonalnie uprawiać sportów kontaktowych, ale chyba powoli z tym się godziłem. W każdym razie po tamtym dniu myśli o sporcie zniknęły, a pojawił się jedynie strach. Otóż pewien sanitariusz postanowił wraz ze swoją nieletnią dziewczyną, córką ordynatora, pobić jakieś rekordy seryjnych zabójców. Chodził i zabijał ludzi strzałami śrutowymi, a ona chichocząc wycinała im numery skalplem na czołach według kolejności zabijania.


Przeżyłem, bo próbowałem obudzić osobę z sąsiedniego łóżka i przypadkowo spadłem na podłogę. Po pierwszym strzale znalazłem już się pod łóżkiem. Do szkoły wróciłem całkiem niedawno, ze wszystkimi problemami pomaga mi Terry, ale na wycieczkę zabrałem też dwie składane kule, które trzymam w torbie. Niestety, gdyby mój stan nagle się pogorszył to bym musiał odsłonić swoje słabości przed resztą. No nic. Mam złe przeczucia.

--------DZIAŁANIA--------


Alice próbuje mnie namówić na wycieczkę rowerami wodnymi, ale dąsam się. Nie wiem czy jest to taki genialny pomysł. Gdyby tylko było tu coś ciekawszego do robienia to bym pewnie zdołał ją namówić. Niestety nic mi nie przychodzi do głowy... z drugiej strony wolałbym zostać tutaj z nią sam na sam. Niestety pierwszego dnia nie było takiej możliwości.

Wdałem się w sprzeczkę z Samem Limbertem, gdy zobaczyłem, że ma torbę pełną batonów i zapytałem czy by nie kopsnął jednego, a ta gruba świnia odmówiła. Powiedziałem mu, żeby poszedł być grubym gdzieindziej.

Przy okazji udając, że pracuję dokładnie przypatrzyłem się całemu obozowi. Skoro ciężarówki wjeżdżają do kawiarni, a psychopatycznych morderców zatrudnia się jako pielęgniarzy to lepiej być przygotowanym na każdą ewentualność. Do tego ostatnio leciała Noc Żywych Trupów, więc lepiej być przygotowanym, gdyby wszyscy w obozie (no prócz Terry... i pewnie Sama, bo jest za gruby... i Terinisa, bo jest chory) zamienili się w żywe trupy i trzeba będzie szybko ich zlikwidować i uciec. Lub uciec. Dobrze znać wszelkie drogi ucieczki z domków, obozu, gdzie są kluczyki do autobusu, gdzie są noże, siekiery i łódki... bo na rowerku wodnym to ciężko uciekać. Ogółem to spodziewam się najgorszego, ale w sumie w domu też już zacząłem otwierać konserwy w ciężkich rękawicach robotniczych, bo wsżędzie widzę śmierć. Czytałem o tych ludziach, którzy zginęli w kawiarni, że jeden z nich miał wizję na wyścigach samochodowych, a potem drugą w kinie - w obu miejscach uratował mnóstwo osób, a potem każdy z nich ginął w tajemniczych okolicznościach. Ja może nie miałem wizji, ale to dość przerażające - ten fakt, że jest jakieś fatum i nie da się oszukać przeznaczenia.

--------Bohaterowie Niezależni--------



Fotografia: Ja i Terry czekając na przesłuchanie w sprawie zabójstw w szpitalu.

--------Zdanie Cartera o ważniejszych BNach--------


OPIEKUNOWIE
pan Harry Newman

Mężczyzna po pięćdziesiątce. Pełni w szkole funkcję woźnego, stróża, kierowcy, a także złotej rączki. Jednym słowem facet od wszystkiego. Miły, sympatyczny i lubiany przez wszystkich. Bardzo uczynny i pomocny. Prawdopodobnie jest chory psychiczny. Do czasu wycieczki nie wiedziałem tylko, że aż tak ma zrytą psychikę. Specjalnie nadmiernie zwolnił przy karambolu, żeby wszyscy mogli oglądać trupy na drodze. Poprzez lusterko widziałem na jego ustach cień ponurej satysfakcji. Nie ufam mu, ale nie mam jeszcze na tyle przekonywujących dowodów, żeby zdradzić ten brak zaufania komukolwiek.

pan Thomas Richards
Nauczyciel wychowania fizycznego. Szkolny traper i propagator turystyki i survivalu. Pogodny i wesoły gość z który m łatwo się dogadać. Ma swoje zasady i jeżeli ktoś je przestrzega, to wszystko jest w porządku. Jest wyrozumiały i w sumie dość pobłażliwy, ale potrafi być też surowy jeżeli czyjeś zachowanie uzna za niebezpieczne, czy też wyjątkowo głupie. Jest również wyjątkowo pamiętliwym sukinsynem, którego surowość czasem zamienia się w zwykłe znęcanie się nad słabszymi. Tak było z Malcolmem, z którego był gówniany sportowiec i nikt z nim nie chciał grać. Wcale nie dziwiłem się sobie i innym uczniom, że nie chciano mu podawać piłki, ale tak z perspektywy czasu patrząc Richards powinien robić trochę więcej niż tylko dokładać do dołowania tego typa. W końcu Malcolm wyprowadził się z rodzicami i tyle go widzieliśmy. Żadna strata, ale to tylko przykład tego kim tak naprawdę jest Richards. W czasie wycieczki zauważyłem też to, że Richards jest w dość bliskich stosunkach z Washingtonem. Podobne zaangażowanie w szerzenie nazizmu (jeśli chodzi o porządek i umiłowanie natury) wskazuje, że być może łączy ich coś więcej i również związane z nazizmem. Być może mają podobne zboczenia seksualne jak Ernst Röhm, lider okrytych ponurą sławą bojówek SA. Fuj. Zresztą do braku zaufania wystarczy mi fakt, że to popaprany sukinsyn.

pan Derek Washington
Kierownik obozu. Człowiek lasu, traper, survivalowiec, sportowiec i doskonały organizator. Surowy i poważny. Nie lubi i nie toleruje ludzi łamiących panujący w obozie porządek i zasady.
Doskonale zna okolicę. Nie znam tego typa, ale podejrzewam go o zboczenia seksualne, bo coś zbyt dobrze dogaduje się z Richardsem. Podejrzane gówno i tyle.

pani Susan Morgan
Nauczycielka angielskiego. Starsza pani o surowych zasadach i moralności. Lekko nie przystaje do obecnej epoki (przypominam lata 80-te). Nie rozumie i w większości przypadków nie akceptuje zachowania młodzieży. W jej oczach zyskują tylko porządni uczniowie potrafiący się zachować, ubrać i wypowiedzieć. Prawdpodobnie nie jest człowiekiem, a jakąś istotą z kosmosu przebraną w ubranie z człowieka. Tak czy inaczej z pozostałych opiekunów tylko z nią ewentualnie dałoby się dogadać. Ma dla mnie sporo wyrozumiałości, bo jej siostrzenica była jedną z ofiar w szpitalu. Wcześniej zresztą nie miałem z nią problemów - nasze stosunki były nijakie, choć kiedyś powiedziała mi, że zupełnie nie ma polotu w tym co piszę.

OBOZOWICZE
Alice Meadow

Szkolna piękność. Tak samo głupia, jak urodziwa. Szefowa cheerleaderek i najpopularniejsza osoba w szkole. Dziewczyna Barta Caligana. I ma sztuczne cycki. Nigdy nie spotkałem jej rodziców, ale muszą być chorzy psychicznie skoro pozwolili na sztuczne cycki nastolatce. Nic do niej nie mam i nawet mi się podobała zanim oddała się pod skalpel. Terry jej nienawidzi i w związku z tym i ja okazuję wobec niej niechęć. Ona mnie chyba też nie lubi odkąd pobiłem Caligana. No, ale to było przed wypadkiem.

Bart Caligan
Typowy mięśniak, kapitan drużyny footballowej, chłopak Alice Meadow. Przekonany o swej wyższości, urodzie, sile i atrakcyjności. Typ szkolnego playboya i lowelasa. Pobiłem go przed wypadkiem. Teraz w czystej walce nie mam z nim większych szans, ale chyba wciąż czuje wobec mnie respekt, bo nie zaczepia mnie w ogóle. Pewnie sobie zdaje sprawę, że jego ewentualna zemsta w czasie, gdy jestem niedysponowany zakończyłaby się moją zemstą w być może nieczystym stylu, ale skutecznym. Słowem: niech wypierdala.

Rebeca Peterson
Typowa okularnica i kujonka, ulubienica pani Morgan. Najlepsza uczennica w szkole, Zwyciężczyni wielu konkursów i olimpiad. Samolubna, wyniosła, pogardza mniej inteligentnymi od siebie. Jej pasją jest dziennikarstwo i fotografia. Podkochuje się we mnie, ale z jakieś powodu wydaje mi się, że jest przepełniona złem. Jeszcze nie mam żadnych dowodów na to, ale coś w jej zachowaniu jest nie tak. Coś jak odwrotność Newmana. Tamten jest zbyt miły dla wszystkich, a ta jest zbyt niemiła dla wszystkich. Z pewnością coś ukrywa, być może jest podobnym psychopatom jak sanitariusz i jego dziewczyna. Być może oddaje cześć szatanowi. W każdym razie to osoba o wyjątkowo plugawym wnętrzu. Oczywiście staram się traktować ją raczej pozytywnie, żeby nie zorientowała się, że ja wiem, że coś z nią jest nie tak.

Sam Limbert
Szkolna fajtłapa i obżartuch. Nieustannie coś je. Uwielbia czytać komiksy i słuchać rapu. I do tego nie dzieli się batonami. Gruba świnia. Niech idzie być grubym gdzieindziej. To samo słowo dla niego co i dla Barta. A rap to gówno.
 

Ostatnio edytowane przez Anonim : 19-08-2012 o 14:03.
Anonim jest offline  
Stary 20-08-2012, 12:05   #4
 
Wenglu's Avatar
 
Reputacja: 0 Wenglu jest na bardzo dobrej drodzeWenglu jest na bardzo dobrej drodzeWenglu jest na bardzo dobrej drodzeWenglu jest na bardzo dobrej drodzeWenglu jest na bardzo dobrej drodzeWenglu jest na bardzo dobrej drodzeWenglu jest na bardzo dobrej drodzeWenglu jest na bardzo dobrej drodzeWenglu jest na bardzo dobrej drodzeWenglu jest na bardzo dobrej drodzeWenglu jest na bardzo dobrej drodze
W końcu naszedł ten dzień. Dla większości były to chwile długo wyczekiwane, jeśli nie dla trzydziestu dziewięciu uczniów siedzących teraz w autobusie. Pomimo ogólnie panującej wesołości Robertowi nie udzielał się przyjemny nastrój. Był strasznie niewyspany. Przez całą noc jakiś przeklęty owad latał nad łóżkiem chłopaka, co nie dawało mu spać. Pan Carlson z obojętną miną, powolnie wsiadł do samochodu. Jak zwykle, przyszedł wcześniej. Wolał przybyć przed wyznaczonym czasem i nieco poczekać, niż się spóźnić. Zajął pierwsze napotkane puste miejsce. Usiadł na siedzeniu przy oknie a swój plecak położył na fotelu obok, przykrywając go zdjętą kurtką. Ciężko byłoby paradować w niej przy takiej pogodzie. Gitarę trzymał pomiędzy nogami. Miejsce nie było najprzyjemniejsze, lecz chłopak już nie raz znajdował się w mniej wygodnych pozycjach. Nieco irytujący był delikatny zapaszek wymiocin wydobywający się z obicia foteli, lecz po kilku chwilach zmysł powonienia Roberta przyzwyczaił się do niego i woń przestała mu przeszkadzać. Ledwo kilka minut później pojazd pełen był uczniów. Panował gwar. Robert nie tolerował hałasu i tłoku, ale w tej nietypowej sytuacji nie miał wyjścia i musiał to przetrzymać. W końcu zaczęło brakować miejsc. Chłopak wiedział, że prędzej czy później zostanie zmuszony do ustąpienia komuś miejsca. Wziął plecak, zajmujący siedzenie obok i ułożył go sobie na kolanach. Nie minęły dwie minuty, a ktoś był zmuszony zająć miejsce obok Roberta. Pech chciał, że była to Rebeca Peterson. Wkurwiała go ona bardziej niż wiele innych osób będących w tym autobusie. W sumie, to chyba wszyscy go wkurwiali.
- Wypierdalaj - syknął przez zęby, witając dziewczynę zimnym spojrzeniem. Niestety słowo to wypowiedział na tyle cicho, że dziewczyna musiałaby posiadać nadludzki słuch by to usłyszeć. Niemal od razu zaczął tego żałować, ale szybko pocieszył się wnioskiem, że wdawanie się z Rebecą w konwersację nie poprawiłoby sytuacji. Cóż, zawsze mogło być gorzej... No może nie mogło, ale sytuacji nie dało się już poprawić. Autobus ruszył. Teraz Robert skazany był na kilka godzin w towarzystwie znienawidzonej kujonki. Przytulił się do swojego plecaka, oparł na nim głowę i nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w obrazy migające za szybą. Wkrótce zasnął.

Drzemka była przyjemna. Poprawiła samopoczucie, zmęczonego wysłuchiwaniem nocnego koncertu, Roberta. Nie śnił o niczym. On nigdy nie miał snów. Albo przynajmniej ich nie pamiętał. Pobudka nie była już tak miła. Chłopaka zbudził wzmożony gwar i piski pojedynczych dziewczyn. Coś się działo. Tylko co? Jednym, gwałtownym ruchem wyprostował się i rozejrzał szybko po autobusie. Widział, że wiele osób gapi się na coś przez okna, poszedł więc ich śladem. Przykleił nos do szyby. Zmasakrowane auta, ciała rozrzucone na drodze, chaos. Tyle cierpienia i śmierci przez czyjąś nieuwagę. Ale Robert już dawno pogodził się ze śmiercią, zwykle nie robiła na nim wrażenia. Zwykle, gdyż widok kobiety z wnętrznościami rozrzuconymi w promieniu trzech metrów spowodował niemałe obrzydzenie, a może nawet i lekki przestrach, zapewne nie tylko u niego. Popatrzył zaledwie kilka sekund. Nie chciał obserwować śmierci, w przeciwieństwie do reszty pasażerów autobusu. Nie ciekawiło go jak ona wygląda. Interesowało go jedynie źródło nagłego poruszenia w samochodzie i na drodze. Kiedy już je poznał, wrócił do poprzedniej pozycji przytulając się do swojego, lekko obślinionego podczas ostatniej drzemki, plecaka. Pogrążył się w rozmyślaniach na temat śmierci raźno kroczącej przez świat. Nie chciał mieć z nią więcej styczności. Pomimo strasznego przeżycia, twarz Roberta pozostawała niezmieniona. Cały czas ta sama, obojętna mina. Tym razem sen nie przyszedł tak szybko. Widok zmasakrowanej kobiety od czasu do czasu migał chłopakowi przed oczami. Mimo wszystko jednak udało mu się odlecieć do krainy Morfeusza.

Tym razem nie spał tak miło i długo. Strasznie się wiercił. Jak zwykle, nie pamiętał co mu się śniło. Pobudka również nie była przyjemna. Podczas gwałtownego hamowania autobusu w obozie bezwładne ciało Roberta przesunęło się do przodu. Jego głowa ominęła krzywo stojącą gitarę i spotkała się z oparciem fotela. Bynajmniej, spotkanie to nie było przyjemne, ale chociaż szybko i efektywnie wybudziło chłopaka, który wyprostował się nie wiedząc co się stało. Dopiero gdy spostrzegł, że jego „kochana” towarzyszka podróży wysiada, zorientował się, że są już na miejscu. Kilkoma zręcznymi ruchami zarzucił na ramię plecak, a kurtkę na szyję. Gitarę wziął do rąk i ruszył za resztą wycieczkowiczów. Wyszli z autobusu. Pierwsze wrażenie nie było najgorsze. Cisza, świeże powietrze, dość ładnie wyglądające domki. Ogólnie miła okolica. Poszli do świetlicy. Robert opierał się o ścianę tuż przy drzwiach wejściowych, czekał na informację, w którym domku ma mieszkać. Było mu obojętne z kim będzie to robił, mogła być to nawet grupka wesołych zombie. Liczyło się tylko miejsce. Kiedy już uzyskał pożądane wiadomości czekało go niezbyt ciekawe przemówienie. Pan Carlson większość słów pana Richardsa miał w miejscu, gdzie plecy tracą swoją nazwę. Po zakończonej zbiórce udał się prosto do swojego tymczasowego miejsca zakwaterowania.

Odrzwia jednego z domów powoli się otwarły. Do środka wszedł ciemnowłosy chłopak z plecakiem i gitarą. Zamknął za sobą drzwi, szybko rozejrzał się po pomieszczeniu. Niedbale rzucił swój plecak i kurtkę na najbliższe łóżko. Delikatnie położył nań również gitarę. To byłoby na tyle, jeśli chodzi o rozpakowywanie się. Postał chwilkę w bezruchu, zastanawiał się co teraz czynić. Później chodził, zwiedzając dokładniej każdy zakamarek mieszkania. Średnio przypadło mu do gustu. Nie było źle, ale nie było w nim też nic nadzwyczajnego. Następnie wziął łyka z manierki przyczepionej do plecaka, przypiął ją z powrotem i wyszedł.

Popołudnie i wczesny wieczór minęły na włóczeniu się po obozie i unikaniu wszelkiej pracy. Mimo nudów, Robertowi nie chciało się robić czegokolwiek. No, może oprócz łażenia w te i z powrotem oraz przysiadania w różnych miejscach. Zdarzyło się również kilka szybkich wymian zdań na temat zawodu matek niektórych uczestników obozu albo bardzo kreatywnych dyskusji o narządach rozrodczych. W taki oto, mało konstruktywny, sposób minął Robertowi pierwszy dzień wypoczynku.

Gdy słońce poczęło znikać za horyzontem chłopak wrócił do swojego plecaka i gitary. Przysiadł na łóżku, wyjął instrument. Zaczął grać. Dźwięki były dość smętne. W sumie, to nie była to nawet żadna piosenka. Robert wymyślał to co grał na bieżąco i zwykle nie składało się to na jakąś współgrającą ze sobą całość. W końcu zaczęła zbliżać się pora ciszy nocnej. Gitarzysta zapakował swój instrument z powrotem do pokrowca, położył go pod łóżkiem. Wcisnął tam również plecak. Bez zbędnych rytuałów rzucił się na posłanie w ubraniu, ściągnął jedynie buty. Zasnął szybko. Liczył na to, że odeśpi poprzednią, koncertową, noc. W końcu nic nie może się równać z wypoczynkiem w łóżku. Spanie w dziwnej pozycji mając plecak zamiast poduszki nie dawało tyle przyjemności. Wreszcie. Upragniony, odżywczy sen...
 
Wenglu jest offline  
Stary 20-08-2012, 21:20   #5
 
RoboKol's Avatar
 
Reputacja: 32 RoboKol jest na bardzo dobrej drodzeRoboKol jest na bardzo dobrej drodzeRoboKol jest na bardzo dobrej drodzeRoboKol jest na bardzo dobrej drodzeRoboKol jest na bardzo dobrej drodzeRoboKol jest na bardzo dobrej drodzeRoboKol jest na bardzo dobrej drodzeRoboKol jest na bardzo dobrej drodzeRoboKol jest na bardzo dobrej drodzeRoboKol jest na bardzo dobrej drodzeRoboKol jest na bardzo dobrej drodze
- Borze zielony, gdzie jest ta pieprzona szczoteczka do zębów... - Powiedziała pod nosem Kathy, i to tak, by jej współlokatorka, Angela McCarthy, tego nie słyszała. Nie chciała sobie robić z niej wroga z powodu słowa "pieprzona", jak i tej feralnej szczoteczki. Przecież przysięgłaby, że ją pakowała. Dwa razy w domu sprawdzała, czy ma! I teraz jakby ją gdzieś wcięło, wsiąkło. Ta mała, niezbędna rzecz, zniknęła pozostawiając po sobie wściekłość właścicielki. Chociaż nie... Brown nie była wściekła. To było coś pomiędzy złością, a totalnym gniewem. Moment, w którym człowiek ma jeszcze siłę coś sprawdzić, jeszcze jest w stanie myśleć o milionie rzeczy, a jednocześnie jest zły na cały świat.
Jej torba była duża. Nawet za duża na potrzeby takiej prostej osoby. Przecież nie brała żadnej gitary, nie ma jakiejś gigantycznej kuchni, nie przywiozła ze sobą dziesięciu kilogramów zielska. Po prostu wzięła to, co było niezbędne. No, plus dwa czyste zeszyty. Jeden do bazgrolenia z nudów, a drugi do pisania. Pamiętnik? Nie. Raczej coś w rodzaju relacji z obozu. Oczywiście, żeby nikt tego nie przeczytał, pisała w języku walijskim. Gdyby ktoś zajrzał, zdziwiłby się od nagromadzenia spółgłosek przy dziwnym, niemal całkowitym braku samogłosek. Czyli - inni uznają to za majaki, szyfr, albo pisanie byle czego z nudów.
Na razie Kathy miała już zapisaną krótką notkę o podróży. No tak, podróż...

W autobusie siedziała z jakimś chłopakiem, którego imienia za cholerę sobie nie mogła przypomnieć. Chyba nawet się nie przedstawił, tylko witając się powiedział ciche: "cześć". Zresztą, przynajmniej ominęła ją męcząca rozmowa z kimś, kogo widziała może kilka razy w życiu. A w każdym razie dostrzegała.
Ładna pogoda poprawiła jej humor. Było ciekawie. Kathy przysłuchiwała się rozmowom w autobusie, ale nie przywiązywała dużej wagi do gadek w stylu "ale tę bym zaciągnął w krzaki", czy "tak się nawalę, że nie będę wiedział kiedy wrócę". Zaciekawił ją nawet ten nowy horror. Komentarze o nim były... Interesujące. Co najmniej. Rzadko uczniów interesują horrory, oni wolą przesiąknięte efektami specjalnymi filmy akcji z epickimi bitwami co najmniej gigantycznych robotów. Dlatego Kathy uznała, że warto to obejrzeć. Właściwie to niewiele oglądała filmów, czy telewizji. Wolała czytać.
Nie omieszkała w relacji nie pominąć wypadku na autostradzie, który w zasadzie zepsuł im przyjemną podróż. Ale przynajmniej część tych, których można nazwać jedynie kretynami się zamknęła... Krew, pot i łzy. To widziała Kathy. Bezręka kobieta, próbująca wstać i szorująca wystającą kością o asfalt. Ledwo żywy, zalany czyjąś krwią mężczyzna, próbujący otworzyć drzwi swojego auta... Nie, nie, nie. Widzieć wszystko oznacza, że się widzi za dużo. A w takich sytuacjach, takich miejscach Kathy widziała wszystko. Każda rana zapadała jej w pamięć. Każda krew przypominała jej o aniele niewinności, skurwysynu, który pociął jej twarz.
Później już nie patrzyła. Zamknęła oczy. Starała się nie myśleć o tym, nie chciała, by jakakolwiek dzika, spaczona myśl zatruła jej umysł. Nie udało się. Widoki powracały, zwielokrotnione przez galopującą wyobraźnię.
Reszta podróży minęła w dziwnej atmosferze. Grobowa pasowałaby tu, gdyby jechali z pogrzebu. Nie, to była masakra, więc taka właśnie była atmosfera. Na szczęście poszło w miarę szybko. Kathy bardzo szybko wybiegła z autobusu, chcąc rozprostować kości. Za to zresztą została opieprzona przez jednego z opiekunów. Dopiero wtedy się rozejrzała. Mówiąc, że było ładnie, to za mało. Na pierwszy rzut oka można było zobaczyć, że miejsce doskonale nadaje się do odpoczynku. I to kreatywnego. Miliony rzeczy tu skłaniały do opisywania, rysowania, tworzenia. Nie, w takich zakątkach nie mógł istnieć internet, czy telewizja. One tylko zepsułyby ten genialny klimat, spaczyłyby piękno okolicy. Kathy stała przez chwilę jak zaczarowana, dopóki nie popchnął jej przez przypadek jeden ze szkolnych mięśniaków gramolących się z autobusu.
Przemówienie pana Richardsa było banalne. Standardowe, aż do bólu. Mógł chociaż rzucić jakiś śmieszny tekst, zachęcić wszystkich do aktywnego wypoczynku jakąś błyskotliwą przemową. Ale nie, gdzie, po co? Nie ma czegoś takiego, jak malutka propaganda, kierująca zmęczonymi umysłami uczniów. Zamiast tego Brown zwróciła uwagę na ukrytą groźbę. Tak, trzeba było spełniać swoje obowiązki. Ale nie musiał przypominać, że za brak tego obóz może zostać skrócony. Nie, to złe słowo... Zredukowany!
Wreszcie, przyszedł czas na poznawanie swoich mieszkanek. Było to dość ciekawe. Do tego ten przydział... Angela McCarthy była śliczną, niemal do bólu prostą blondynką, która - gdy zaczynała mówić - nie zamykała jadaczki, póki jej ktoś litościwy nie zatkał. Na szczęście nawet taka blondynka była już zmęczona, więc mruknęła tylko kilka słów i leżała na łóżku planując następny dzień (czyli kolejność chłopaków, do których ma zagadać), a także trawiąc to, co się stało dziś.
Kathy lubiła takie proste umysły. Miały one tę cudowną przewidywalność, zawsze wiedziało się, co należy się po nich spodziewać. A w każdym razie - nigdy nie należało liczyć na ich pomoc. Przynajmniej Angela nie zwracała uwagi na twarz Brown. Albo bała się zapytać. Na szczęście blizna niemal nie pulsowała bólem...

Było już późno. Nadal nie mogła znaleźć szczoteczki. Westchnęła ciężko. Lokatorka uśmiechnęła się do niej i odwróciła się na brzuch, zakrywając głowę poduszką. Brown zrzuciła torbę na podłogę. Spojrzała krytycznie. Z jednej strony miała ochotę rozwalić cały świat, a z drugiej chciało jej się śmiać.
Szczoteczka wypadła z bocznej kieszonki torby. Kathy nie miała już sił. Po pięciu minutach zasnęła.

Opinia o NPC:


Pan Harry Newman
Mężczyzna po pięćdziesiątce. Pełni w szkole funkcję woźnego, stróża, kierowcy, a także złotej rączki. Jednym słowem facet od wszystkiego. Miły, sympatyczny i lubiany przez wszystkich. Bardzo uczynny i pomocny... Kathy lubi takich ludzi. Nie, wróć! Bo właściwie, to już niemal nie ma takich ludzi, jak pan Harry. Należy on do gatunku, któremu zbyt szybko grozi wyginięcie. I chociaż Kathy zna go tylko z widzenia, zawsze powie mu: "dzień dobry, panie Harry".

Pan Thomas Richards
Nauczyciel wychowania fizycznego. Szkolny traper i propagator turystyki i survivalu. Pogodny i wesoły gość z który m łatwo się dogadać. Ma swoje zasady i jeżeli ktoś je przestrzega, to wszystko jest w porządku. Jest wyrozumiały i w sumie dość pobłażliwy, ale potrafi być też surowy jeżeli czyjeś zachowanie uzna za niebezpieczne, czy też wyjątkowo głupie... Zadziwiające, jak często imiona i nazwiska ludzi mają po dwie sylaby. To dziwne odkrycie, ale Kathy, nie wiedzieć czemu, często zwraca uwagę na takie coś.
Pan Thomas męczył ją zawsze o jakieś ćwiczenia. Przynajmniej nie starał się okazywać fałszywej litości. Kathy podobało się to, że jest to człowiek z zasadami. A tacy nie rodzą się często.


Pan Derek Washington
Kierownik obozu. Człowiek lasu, traper, survivalowiec, sportowiec i doskonały organizator. Surowy i poważny. Nie lubi i nie toleruje ludzi łamiących panujący w obozie porządek i zasady.
Doskonale zna okolicę... Może być. I tyle. Jedyne, co się Kathy nie podoba, to to, że właśnie ten człowiek będzie ich przewodnikiem. Wolałaby sama eksplorować tę krainę... Ale cóż, każdy ma swój zawód i swoją pasję. Pan Derek widocznie połączył obie te rzeczy, więc musi być człowiekiem szczęśliwym...

Pani Susan Morgan
Nauczycielka angielskiego. Starsza pani o surowych zasadach i moralności. Lekko nie przystaje do obecnej epoki (przypominam lata 80-te). Nie rozumie i w większości przypadków nie akceptuje zachowania młodzieży. W jej oczach zyskują tylko porządni uczniowie potrafiący się zachować, ubrać i wypowiedzieć... Kathy nie podoba się imię Susan. Ma do tego jakąś dziwną awersję, niewyjaśnialny dryg, każący jej okazywać wrogość wobec ludzi o tym imieniu. I nie, Kathy nie jest złośliwa dla starszej pani. Jest raczej inteligentnie wredna, co tylko wpienia panią Morgan.

Alice Meadow
Szkolna piękność. Tak samo głupia, jak urodziwa. Szefowa cheerleaderek i najpopularniejsza osoba w szkole. Dziewczyna Barta Caligana... Dlaczego? To pytanie zawsze zadaje sobie Kathy, gdy widzi Alice. Dlaczego? Dlaczego ma tak ślicznie psychodeliczne imię? Dlaczego to zwykła kretynka, której życie nigdy nie miało nic wspólnego ze złożonością? Dlaczego jej popularność sprawia, że każda minuta, podczas której nie pada jej nazwisko, staje się moment perfekcji? Kathy po prostu jej nie lubi. Nawet jej to powiedziała. Bo po co kryć coś takiego?

Rebeca Peterson
Typowa okularnica i kujonka, ulubienica pani Morgan. Najlepsza uczennica w szkole, Zwyciężczyni wielu konkursów i olimpiad. Samolubna, wyniosła, pogardza mniej inteligentnymi od siebie. Jej pasją jest dziennikarstwo i fotografia... Gdyby nie to, że jest ulubienicą pani Morgan, Kathy być może spróbowałaby się zaprzyjaźnić z Rebecą. W końcu Brown lubi ludzi z pasją. Cnotę arogancji można spróbować przebić sporą dozą wyobraźni. Ale coś takiego jak podlizywanie się pani Morgan... Nie.

Sam Limbert
Szkolna fajtłapa i obżartuch. Nieustannie coś je. Uwielbia czytać komiksy i słuchać rapu... Komiksy, komiksy, komiksy! Ktoś je jeszcze czyta! Kathy też czytała w każdej wolnej chwili, ale teraz bardziej się przerzuciła na poważną literaturę. I do tego Sam jest pechowcem! Gdyby nie to, że nieco za dużo je, byłby ideałem spaczonej psychiki Brown.
 
__________________
Jak obudzić w sobie wielkość, gdy jest ona niezbędna?

Ostatnio edytowane przez RoboKol : 20-08-2012 o 21:38.
RoboKol jest offline  
Stary 21-08-2012, 04:07   #6
 
Elas's Avatar
 
Reputacja: 117 Elas wkrótce będzie znanyElas wkrótce będzie znanyElas wkrótce będzie znanyElas wkrótce będzie znanyElas wkrótce będzie znanyElas wkrótce będzie znanyElas wkrótce będzie znanyElas wkrótce będzie znanyElas wkrótce będzie znanyElas wkrótce będzie znanyElas wkrótce będzie znany
Philip Curtis. Z pewnością byłby zwykłą, szarą myszkę, gdyby nie jedna, znacząco wyróżniająca go cecha. Być może nawet był równie charakterystyczny co największe sławy w tej szkole, chociaż raczej z powodu dziwności. Otóż, chodzi tutaj o jego pasje. A bez wątpienia są nią militaria i niemalże wszystko co z nimi związane. Wcale jednak nie chodzi tutaj o czytanie „Sztuki Wojny” autorstwa Sun-Tzu na luźniejszych i nieprzydatnych w jego mniemaniu lekcjach czy to, że zna więcej nazw broni niż samochodów. Z pewnością nie zapewniłoby mu to rozpoznawalności mimo braku znajomości jego imienia. To było coś innego. Chodzi tutaj o mundur w leśnym kamuflażu oraz buty taktyczne, które wraz z wojskowym plecakiem noszonym do szkoły, zapewniały mu charakterystyczność. Bo ile osób chodzi dumnie w czarno-zielono-brązowych ciapkach? Cóż, z pewnością nie było ich tak wielu. Tym bardziej, że ten strój był nieodłączny dla Philipa od dobrych 3 lat.


Pakując się na biwak, Philip nie był pewien, czy rzeczywiście chce tam jechać. Jego przyjaciel – i w sumie jedyna osoba z którą się trzymał – nie dostał się na wycieczkę. Jego wyniki w nauce były minimalnie za małe, zbrakło mu dosłownie punktu na teście aby się zakwalifikować. A teraz wychodziło na to, że Philip został pozbawiony jedynej osoby którą tak naprawdę znał, z którą mógłby robić rzeczy ciekawe, przez innych zwane także szalonymi.
Pakując do torby podróżnej – o dziwo normalnej! - zapasowy komplet munduru, chłopak czuł dziwną pustkę. Nie był pewien, kto pojedzie. Nie interesowało go to zbytnio, pewny, że jego przyjaciel pojedzie z nim. A teraz nie miał pojęcia, czy będzie miał do kogo usta otworzyć. Tydzień wśród praktycznie obcych ludzi? Cóż, z jednej strony istnieje możliwość, że któryś z nich okaże się spoko. Z drugiej może się skończyć na samotnych spacerach po lesie. Była to wystarczająca zachęta dla Philipa, aby nie olać tego wszystkiego.

Autobus. Zdecydowanie najbardziej znienawidzony środek transportu przez Philipa. Smród i hałas to jedyne dwie rzeczy jakie mu się z tym kojarzyły. Jedyne pozytywne skojarzenie jakie był w stanie wywołać, to odjazd na jednostkę będący początkiem wojskowej kariery. Jednak rzeczywistość szybko przywołała go do porządku, przypominając, że wciąż jest za młody a ludzie dookoła to uczniowie a nie rekruci, którzy w większości nie rozróżnią M14 od M16. Westchnął cicho, wchodząc po schodkach do środka. Był jednym z tych, którzy weszli ostatni, więc nie miał zbytniego wyboru jeżeli chodzi o miejsca. W końcu usiadł obok jakiegoś chłopaka, którego twarz kojarzył.
- Cześć. - rzucił, próbując jakoś wygodnie ułożyć torbę i samemu się jakoś rozsiąść. Ostatecznie wyszło zarówno ciasno jak i niewygodnie. Jednak Philip miał sposób na to, aby w magiczny sposób przyśpieszyć podróż. Zamknął oczy a jego umysł udał się w wędrówkę, którą bezproblemowo można by zaznaczyć na mapie świata. Połączone chaotycznymi kreskami, przecinającymi oceany jak i kontynenty, miejsca miały jedną, wspólną cechę. W okolicy każdego z nich rozegrała się bitwa, która z jakiś powodów zasłużyła na pamięć. Czy to były Kanny i Hanibal otaczający przeciwnika dwukrotnie mniejszymi siłami, czy to była Normandia i Operacja Overlord, największa operacja desantowa w historii, czy rzeka Kałka, gdzie mongolskie siły rozgromiły liczniejszego przeciwnika. Te i wiele bitew przyśpieszały upływ czau. Przynajmniej do zatrzymania się autobusu.
Widząc masę wlepionych w szybę twarzy, postanowił zignorować ostrzeżenie. Po kilku chwilach mu także udało się dopchać i dojrzeć to, czym wszyscy tak bardzo się zainteresowali. Błyskawicznie doszedł do wniosku, że i tym razem starsi mieli racje. Wrócił na miejsce jeszcze szybciej, niż dostał się do okna, z trudem powstrzymując odruch wymiotny. Już sam autobus wystarczył aby go wywołać, sceny, jakie dojrzał, tylko temu pomagały. Obrazy w których dominowała czerwień nie chciały opuścić jego umysłu. Nawet pola obok Kanny odczuły ten wpływ, gdy twarze rzymskich żołnierzy umierających pod kopytami nubijskiej lekkiej kawalerii przybierały twarze aż nadto podobne do tych, jakie zdążył dojrzeć na miejscu wypadku.

Dotarli! Wyskakując z autobusu, Philip z wielką ulgą przywitał świeże powietrze, które szybko wywiało mu z głowy niezbyt miłe obrazy. Co więcej, lasy zastąpiły także pola pod Waterloo, sprawiając, że chłopak zamiast o wojnie zaczął myśleć o wędrowaniu. Lasy, które widział, nadawały się do tego idealnie. Jego wyobraźnia już widziała ślady jego butów na ściółce leśnej. W takich chwilach żałował jednak, że nie mieszka w Europie. Tam w końcu była szansa na znalezienie bunkrów, a tutaj? Tylko drzewa. A może aż drzewa?
- Piękny las, aż chciałoby się tam przejść! - stwierdził głośno, przeciągając się przy tym lekko. Starał się przybrać taki głos, żeby było pewne, że chodzi tu o przechadzkę bez opiekunów, jednak nigdy nie był specjalnie dobrym aktorem. Chwilę później Richards zaczął mówić. Słowa z przemowy, zapewniające o tym, że są one niebezpieczne, jedynie utwierdzały Philipa w przekonaniu, że warto się do nich wybrać. W końcu co to za zabawa bez odrobiny ryzyka? Podobał mu się także pomysł wprowadzenia dyscypliny i obowiązkowych zadań. Z odrobiną wyobraźni mógłby się tu poczuć jak w wojsku! Lekki uśmiech pojawił się na jego twarzy.

Do przydzielonego mu domku udało mu się dostać jako pierwszemu. Błyskawicznie zajął łóżko najbliżej okna, które wydawało mu się najbardziej odpowiednie dla jego planów. Następnie zajął się rozpakowywaniem. To wyglądało jednak dosyć nietypowo, ponieważ tak naprawdę przepakował się do plecaka, który tym razem już był w kamuflażu. Sporo sprzętu powędrowało także do jego pasa. Manierka, latarka, nóż a nawet saperka! Jakby miał iść w bój.
Gotowy był błyskawicznie. Spojrzał na pozostałe trzy łóżka. Jedno wciąż było niezajęte, pozostałe dwie osoby kojarzył z twarzy. Praktycznie rzecz biorąc tylko z tego, więc gdyby mu ktoś powiedział, żeby przekazał coś Terlnisowi bądź Robertowi Carlsonowi, to nie wiedziałby, któremu z współlokatorów to przekazać. O ile w ogóle by wiedział, że jest z tymi osobnikami w jednym domku.
Pierwszego dnia Philip postanowił się nie wychylać, jednak już zaczął planować. Jego wzrok często spoglądał na ogrodzenie, szukając miejsc w których mógłby się przedostać na zewnątrz, omijając bramę – która zapewne będzie przez opiekunów strzeżona. Wszystko to oczywiście w trakcie wykonywania mu zleconych zadań.
Gdy w końcu mogli pójść spać, Philip był zmęczony. Zadbał o higienę, położył się i starał się zasnąć jak najszybciej. W końcu śpiący żołnierz to nieskuteczny żołnierz! A na jutrzejszą noc z pewnością będzie potrzebował sił.

Zdanie o NPCtach

Harry Newman
Miły i pomocny co jest dosyć rzadkie w dzisiejszych czasach. Może aż nadto miły, ale może być w tym metoda. W końcu dyscyplina nie zawsze musi się opierać na brutalności. Lubię go, jednak mam nadzieje, że nie natknę się na niego kiedy będę robił coś nie do końca dozwolonego.

Thomas Richards
Z jednej strony mamy podobne zainteresowania, z drugiej zdecydowanie zakazał opuszczania obozu, co mi ani trochę nie pasuje. Cóż, znam go na tyle, żeby wiedzieć, że nie mogę dać się złapać, albo będę miał przesrane. Mimo to, lubię go.

Derek Washington
Powinienem go lubić za samo nazwisko, jego zainteresowania natomiast nie powinny zostawiać mi już żadnych wątpliwości. Jednak jego nietolerancja wobec tych, którzy łamią zasady, jest mi doskonale znana. Pewnie będziemy w dobrych stosunkach, tak długo, jak nie dam się złapać.

Susan Morgan
Stara kurwa. Niewiele brakuje, by była między nami otwarta wojna. Dyskryminuje mnie za sam fakt chodzenia do szkoły w mundurze. Gdyby miała tylko jakiś powód, pewnie uziemiłaby mnie przy pierwszej okazji.

Alice Meadow
Szkolna pięknisia. Nie lubię jej, wydaje się aż nadto sztuczna, jakby wszystko co robiła było tylko dla popularności.

Bart Caligan
Niewiele różni się od swojej dziewczyny. Prawdopodobnie tylko budową ciała, bo oboje są siebie warci.

Rebeca Peterson
Taka wyniosła, taka mądra! Och, jaka wspaniała! Pogardza mną, bo uważa mnie za głupszego, kiedy sama pewnie nie potrafiłaby wymienić więcej niż 5 bitew. Co z tego, że posiada wiedzę, skoro prawdopodobnie jest ona bezużyteczna.

Sam Limbert
Kto to?
 
Elas jest offline  
Stary 21-08-2012, 15:36   #7
 
Ziutek's Avatar
 
Reputacja: 200 Ziutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie coś
Nie wiedział dlaczego i po co jedzie na wycieczkę. Żeby dać tym półmózgowcom okazję do utopienia go w tym jeziorze? W domu chociaż był bezpieczny. Ale uznał że musi uciec od męczących starych. A wiadomo? Może uda mu się nawiązać jakąś przyjaźń? Tak, jasne. Za każdym razem tak mówił i za każdym razem wracał z niemiłymi wspomnieniami.

Ubrany w powycierane niebieskie dżinsy, beżową koszulę z podciągniętymi pod łokcie rękawami, białym t-shirtem i czarnych trampach Johnny stał nieco dalej od innych i rozmawiał z podobnymi sobie modląc się by chociaż teraz szkolne osiłki dały mu spokój. Był gotowy na szturchanie i rzucanie wszystkim w jego stronę w czasie podróży, ale przyzwyczaił się. Kiedy autobus zajechał pod szkołę, założył plecak na jedno ramię, a małą torbę na drugie i spokojnym krokiem ruszył ku niemu. Nie śpieszył się by zająć najlepsze miejsce bo gdyby tak się stało od razu zostałby przez kogoś zrzucony na podłogę. Zajął wolne miejsce przy oknie, byle dalej od idiotów. Od razu z plecaka wyjął książkę, science fiction. Ostatnio dużo tego było w księgarniach i bibliotekach. Bardzo szybko wchłonął go ten fikcyjny świat. Czasem oberwał papierową kulką, albo ktoś stuknął go lekko w głowę, ale już się przyzwyczaił.

Odkleił oczy od druku dopiero wtedy kiedy w autobusie wybuchło poruszenie spowodowane tragicznym wypadkiem obok którego mieli okazję przejeżdżać. Na nim ten widok nie zrobił wielkiego wrażenia, rzadko co robiło na nim jakiekolwiek wrażenie. Wzruszył tylko ramionami i powrócił do czytania co jakiś czas poprawiając spadające z nosa okulary z okrągłymi oprawkami.
Jako jeden z niewielu nie musiał obawiać się egzaminów. Chłonął wiedzę jak pompa wodę więc nauka nie sprawiała mu kłopotów. Niestety natura nie obdarzyła go ciałem podobnych do takiego szkolnego sportowca. Był wysoki i przeciętnej postury co wykorzystywali silniejsi robiąc sobie z niego gruchę do boksowania.

Przez ostatnią godzinę podróży gapił się w okno podziwiając krajobrazy bowiem oczy szczypały go już od czytania, a szyja bolała z powodu jej przechylenia na długi czas. Ubranie lepiło mu się do pleców dlatego westchnął kiedy delikatny wiaterek zawiał mu na mokre części ciała chwilę po wyjściu z autobusu. Odebrał torbę i spokojnie ruszył do przydzielonego mu pokoju. Zajął łóżko dalej od drzwi wejściowych, manele położył w jego nogach i położył się na pościeli na kilka minut by zrelaksować się po podróży. Potem już stawiał się na zbiórki i na inne niepotrzebne jego zdaniem rzeczy. W tym czasie nie interesował się z kim współpracuje bądź z kim śpi, z góry uznał, że te osoby nie mają chęci kumplować się z kimś takim jak on. Na koniec dnia zdążył tylko się rozebrać i padł na łóżko jak kłoda.
 
__________________
"W moim pokoju nie ma bałaganu. Po prostu urządziłem go w wystroju post-nuklearnym."
Ziutek jest offline  
Stary 22-08-2012, 15:17   #8
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 6861 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
Roxie wyskoczyła z czarnego mercedesa, poczekała, aż szofer wyjmie z bagażnika jej nowiusieńki, trekingowy plecak na aluminiowym stelażu i doniesie do autobusu. Bardziej pasowałaby jej skórzana walizka na kółkach, ale cóż.. w końcu miał to być obóz, nie wypoczynek w luksusowym hotelu.

Była podekscytowana. Prawdziwy wyjazd na prawdziwy camping! Była już – oczywiście – na kilku zorganizowanych campach, ale tam jechało się własnym samochodem (szczególnie, jeśli ktoś zabierał własnego konia, narty, albo ulubioną żaglówkę). Założyła plecak i zdziwiła się, że mimo aluminiowego stelażu jest dość ciężki.

- Do widzenia, John – rzuciła i wsiadła do autokaru.
- Dzień dobry – przywitała się uprzejmie z panem Newmanem – zawsze odnosiła się z szacunkiem do dorosłych, rodzice przykładali dużą wagę do dobrego wychowania – a potem z innymi nauczycielami.

Rozejrzała się po autobusie. Znała większość osób.. hm.. przynajmniej z widzenia. Zamachała do Alice, ale nie mogła z nią usiąść, bo tamta – oczywiście – siedziała z Bartem. Alice odmachała dziewczynie. Dość lubiła Roxie, wiedziała bowiem, ze tamta nie zagraża jej pozycji szefowej cheerleaderek. Wyjaśniły to sobie już dawno. Roxie była o wiele sprawniejsza fizycznie niż Alice (od dawna ćwiczyła gimnastyke artystyczna, u najlepszych trenerów) a jej rodzice dużo bogatsi (ufundowanie nowej hali sportowej dla szkoły było dla nich nic nie znaczącą pozycją w budżecie) - wiec bez problemu dostała by pozycję głównej cheerlederki. Ale Roxie nie była zainteresowana Bartem, który wydawał się jej nieco zbyt mało subtelny. A, jak powszechnie wiadomo, szefowa cheelederek musi być dziewczyną kapitana drużyny. Tak więc Roxie nie zagrażała Alice, więc ta darzyła ja czymś w rodzaju sympatii.

Pomachała też Rebece, ta jednak zmierzyła ją niechętnym, raczej pogardliwym spojrzeniem. Roxie uśmiechnęła się w odpowiedzi – Rebeca musiała mieć dziś gorszy dzień, więc była mniej miła niż zwykle.Hmm.. jakby się zastanowić, to przez większość roku miała gorsze dni. Ale Roxie to nie zrażało – na obozie będzie więcej czasu i mniej stresów więc na pewno się zaprzyjaźnią.

Doszła do wolnego siedzenia i zwaliła plecak. Usiadła i wyciągnęła z bocznej kieszeni torbę – jeszcze ciepłych – muffinek. Ich kucharka upiekła je z samego rana. Częstowała wszystkich wokół, cześć prychała, oburzona – pewnie nie lubili muffinek – ale inni chętnie brali.

Autobus ruszył. Trzęsło niemiłosiernie, co po luksusowej jeździe mercedesem wydawało się jej nawet zabawne. Założyła słuchawki i zaczęła bezgłośnie powtarzać francuskie słówka nagrane na taśmie. Mama twierdziła, że kulturalni ludzie powinni szanować osoby, do których przybywają w gości – co w skrócie oznaczało, ze skoro ma spędzić cały sierpień w Paryżu, powinna biegle posługiwać się tamtejszym językiem.

Wypadek wyglądał strasznie. Roxie wiedziała, ze rodzice nie pochwalają ostentacyjnego wpatrywania się w nieszczęście innych, ale siedziała akurat z tej strony autokaru, skąd mogła –musiała – widzieć wszystko bardzo dokładnie.
Wypadek popsuł jej humor. Pomodliła się za ofiary i postanowiła poprosić tatusia, żeby ustanowił jakiś fundusz do rodzin ofiar. Tak, to jedyne co mogli zrobić.

Obóz wyglądał prześlicznie. Warunki były, oczywiście, bardzo skromne – jej pokój w bungalowie był mniejszy niż pokój ich kucharki – ale spodziewała się tego. Zakwaterowała się z Laurą Stern – ich rodzice bardzo się przyjaźnili, i dziewczyny miał razem lecieć do Paryża.

Zaczęły, podekscytowane, omawiać planowany wyjazd.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji
kanna jest offline  
Stary 22-08-2012, 23:36   #9
 
Dahhard's Avatar
 
Reputacja: 0 Dahhard jest na bardzo dobrej drodzeDahhard jest na bardzo dobrej drodzeDahhard jest na bardzo dobrej drodzeDahhard jest na bardzo dobrej drodzeDahhard jest na bardzo dobrej drodzeDahhard jest na bardzo dobrej drodzeDahhard jest na bardzo dobrej drodzeDahhard jest na bardzo dobrej drodzeDahhard jest na bardzo dobrej drodzeDahhard jest na bardzo dobrej drodzeDahhard jest na bardzo dobrej drodze
Nareszcie! Tak, te słowa każdy strudzony uczeń wykrzyknąłby na myśl o początku wakacji, na myśl o nieustającej zabawie, imprezowaniu, spaniu do późnego popołudnia i całodobowym obijaniu się.
Dla uczniów, którzy zdali testy organizowany był jak każdego roku wyjazd, wycieczka, na którą zabierani byli wszyscy ci, którzy pozytywnie zdali egzaminy końcowe.
Navarro nie był wybitnym uczniem, lecz radził sobie na tyle by bez problemów przejść do następnej klasy. Testy, których wyniki właśnie otrzymał poszły chłopakowi nadzwyczaj dobrze.
W domu pewnie mi nie uwierzą. – Szedł uśmiechnięty do domu, musiał szykować się do wyjazdu w końcu był on lada dzień.

Navarro z samego rana udał się w wyznaczone miejsce, by tam wraz z innymi uczniami wsiąść do autobusu i wyjechać na upragnioną, przez wszystkich wyczekiwaną wycieczkę.
Ubrany w ulubioną czerwoną marynarkę wsiadł do autobusu, przywitał się z kierowcą, którego lubił, choć nie wiedział za co. Może wydawał mu się sympatyczny? Kto wie.
Vieiro nigdy nie lubił siadać na początku, wybierał środek autobusu i tam też zajął pierwsze lepsze, wolne miejsce. Po kilku chwilach dosiadła się do niego Sara. Dziewczyna w jego wieku, z równoległej klasy. Wpadli na siebie kilkakrotnie na szkolnym korytarzu, jednak nic poza tym. Szara myszka, cicha spokojna, kujonka. Nie olśniewała swoją urodą choć do brzydkich również nie należała. Nosiła śmieszne okulary, które zawsze rozbawiały chłopaka ilekroć ją gdzieś widział.
- Cześć. – Powiedział po chwili ciszy. Był nieco nieśmiały, lecz mimo to starał się zacząć rozmowę. Dziewczyna nie była, jednak zbyt rozmowna. Mruknęła coś pod nosem i zatopiła wzrok w grubej książce.
Zapowiada się miła podróż…

Piękna pogoda, gorące słońce, bezchmurne niebo, zapowiada się wspaniały wyjazd.
Podróże autokarem nigdy nie były nudne, lecz Navarro nie miał z kim porozmawiać, wokół nie było żadnej bratniej duszy. Nałożył, więc słuchawki, włączył swój ulubiony utwór , zamknął oczy i zasnął.
Obudził się tuż przed miejscem, do którego dążyli. Dopiero z opowieści innych uczestników wycieczki dowiedział się co stało się w połowie drogi, dowiedział się o makabrycznym wypadku. Nie przejął się, nie miał powodu.

Navarro nie był do końca przekonany co do miejsca, które na obóz wybrał pan Richards, ale gdy tylko dotarli na miejsce od razu je zmienił.
Piękne miejsce, idealne na przeżywanie wakacji. Tyle miejsc do odwiedzenia, tak wiele ciekawych rzeczy, które można tu robić, lecz nie było z kim. Ta myśl nieco ostudzała wakacyjny zapał obozowicza.
Obóz nie był przesadnie wielki, kilka domków, w których będą spali uczniowie, jakaś świetlica, plac zabaw, jednym słowem nic nadzwyczajnego. Cisza i spokój, daleko od cywilizacji. – W sumie odpowiadało to chłopakowi, odpocznie od szkoły, będzie leniuchował całymi dniami. Nic go nie obchodziło.

Świetlica, jak świetlica, Vieiro wysłuchał kazania nauczyciela, które jego zdaniem było zupełnie niepotrzebne. Wysłuchiwanie o zasadach było bardzo nudne.
Po tym jak został mu przydzielony domek udał się do niego.
Navarro wszedł spokojnie do domku, nikogo jeszcze nie było. Dotarł jako pierwszy.
Położył swoją walizkę na łóżku rozpakował się i czekał na pozostałych lokatorów.
 
Dahhard jest offline  
Stary 24-08-2012, 18:49   #10
 
Pinhead's Avatar
 
Reputacja: 199 Pinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie coś
WSZYSCY
Pobudka nastąpiła skoro świt, ledwo słońce wychyliło się zza horyzontu. Nie wszystkim obozowiczom było to w smak, ale zachęcające okrzyki pana Richardsa, że w stołówce czeka już śniadanie podziałały mobilizująco.
Zaspani i półżywi obozowicze zebrali się w rozległej stołówce. Przypominała ona, tą jaką znali ze swojej szkoły. Kilkanaście kilkuosobowych stołów, długa lada, gdzie wydawano posiłki i ten dziwny wszechobecny zapach, jaki zawsze panuje w miejscach zbiorowego żywienia.
Na śniadanie podano miskę płatków owsianych z ciepłym mlekiem oraz kilka bułek i po dwie niewielkie konserwy. Jak poinformował pan Washington był to suchy prowiant na wycieczkę, która odbędzie się za półtorej godziny.
Wolnego czasu nie było, więc wiele po posiłku. Większość obozowiczów udała się na powrót, by wykorzystać ten czas na małą drzemkę.

Około godziny dziewiątej została ogłoszona zbiórka. Wszyscy obozowicze oraz opiekunowie zebrali się na placu. Narodowa flaga łopocząca na wietrze sprawiała, że apel kojarzył się z wojskową zbiórką. Skojarzenie to podsycane było także przez postawę zarówno pana Richardsa, jak i Washingtona. Obaj mężczyźni stali w szerokim rozkroku z rękami splecionymi za plecami.
- Proszę o chwilę uwagi - krzyknął wuefista - Dzisiaj chciałbym wraz z naszym kierownikiem obozu, zaproponować wszystkim chętnym wodną wyprawę. Nie jest ona obowiązkowa, ale gorąco do niej zachęcam, gdyż widoki i wrażenia będą naprawdę niezapomniane. Popłyniemy na druga stronę jeziora i tam obejrzymy... - nauczyciel zawiesił głos - To może niech pozostanie niespodzianką. Wszyscy, który są chętni na wycieczkę proszeni są o stawienie się za dziesięć minut na przystani. A ci którzy jednak wolą leniuchować, niż czynnie wypoczywać zostają pod opieką pani Morgan oraz pana Newmana. Wierzę, że ona również przygotowała dla was jakieś specjalne atrakcje.

PRZYSTAŃ
Na plaży przy przystani czekały już dwie duże łodzie, którymi miano udać się na wycieczkę. Obaj organizatorzy wyprawy trafnie wytypowali liczbę uczestników, gdyż niecała tylko połowa z nich miała ochotę na spędzenie dzisiejszego dnia w taki właśnie sposób.
Reszta wolała wylegiwanie się na plaży lub kąpiel pod czujnym okiem pana Newmana.
Łodzie jak się okazało nie miały żadnego silnika, a jedynie po dwie pary wioseł.
- Tak, tak moi drodzy - rzekł uśmiechnięty pan Richards - Niestety trzeba się będzie troszkę napocić w czasie tej wyprawy. Mówiłem przecież, że to będzie czynny wypoczynek.
- To jednak co was czeka na miejscu - dorzucił kierownik obozu - Wynagrodzi wam wasz trud, obiecuję.
Łodzie zostały spuszczone na wodę i wszyscy kolejno wchodzili do środka. Reszta obozowiczów, stojąc na brzegu machała na pożegnanie kolegom wyruszającym na wycieczkę.

NA ŁODZIACH
Wiosłowanie było ciężkie i bardzo męczące, a na dodatek bardzo monotonne. O ile dziewczyny mogły oddać się spokojnie kontemplowaniu widoków i plotkowaniu, to chłopcy musieli się nieźle natrudzić, by łodzie spokojnie płynęły po tafli jeziora.
Jedno trzeba było przyznać, że widok faktycznie był fantastyczny i robił wrażenie nawet na tych, którzy zwykle nie zachwycali się tego typu rzeczami. Spokojna tafla jeziora w której odbijało się stojące wysoko słońca. Przelatujące co jakiś czas nad głową wodne ptaki. Wspaniała cisza i to powietrze, które aż dodawało człowiekowi sił. Dookoła jeziora ciągnął się wysoki sosnowy las, który robił niesamowite wrażenie i przywodził na myśl odległą przeszłość, gdy pierwsi ludzie musieli w tych lasach walczyć o przetrwanie. Nic jednak nie umywało się do widoku monumentalnej wyspy na środku jeziora. Górowała ona nad okolicą i budziła instynktowny respekt, a nawet jakiś dziwny lęk. Było w niej coś takiego, że aż ciarki przechodziły człowiekowi po plecach . Emanowała ona jakąś tajemnicza siłą i aurom. Ona również porośnięta była lasem, a na jej środku wznosiła się skalista góra, której szczyt wystawał ponad korony drzew.
- A dlaczego nie popłyniemy na wyspę? - zapytał Bart Caligan, który mimo, że był jednym z silniejszych chłopaków wcale nie garnął się do wiosłowania. Siedział tylko na tyle łodzi, obejmując swoją dziewczynę Alice.
Słysząc to pytanie pan Richards lekko się zmieszał i widać było, że szuka w myślach jakiegoś logicznego wyjaśnienia pominięcia wyspy jako atrakcji.
- No cóż... Jakby to powiedzieć....- zaczął niepewnie - Tam nie ma wiele do oglądania, o to kawałek lasu i skalistej plaży. Poza tym brzeg jest strasznie stromy i trudno się na niego dostać.
- A co to za przeszkoda? - prychnął oburzony chłopak.
- Nie zapominaj Bart, że są z nami także dziewczyny - uciął pan Richards.


Tymczasem w drugiej łodzi, którą pilotował pan Washington na to samo pytanie padła zupełnie inna odpowiedź. O dziwo mimo swojej niedorzeczności była o wiele bardziej przekonująca niż wyjaśnienia wuefisty.
- Wyspa to nie jest dobre miejsce. - rzekł spokojnie kierownik obozu - Krąży o tym miejscu wiele legend i większość z nich pełna jest tajemniczych zdarzeń, śmierci i ogólnie bardzo nieprzyjemnych rzeczy. Nawet miejscowi omijają ją z daleka, jak mówią lepiej nie prowokować losu. Jak wasi nauczyciele się zgodzą, to dzisiaj wieczorem opowiem może jedną z takich legend. Ostrzegam jednak, że ci z was którzy mają słabe nerwy mogą przez to mieć bezsenną lub nawet pełną koszmarów noc. Zastanówcie się, więc czy tego naprawdę chcecie.
Jego ostatnie zdanie zabrzmiało niemal, jak śmiertelna groźba


Gdy po godzinie łodzie dobiły do drugiego brzegu, większość chłopaków miała ochotę jedynie na długi odpoczynek. Takowy został, co prawda zorganizowany, ale trwał jedynie kwadrans i tylko w niewielkim stopniu pozwolił zregenerować siły.
Pan Washington wstał jako pierwszy i gromki głosem powiedział:
- No co z wami, takie z was słabeusze. Nie wierzę, że mieszczuchy mają tak słabą kondycję. Oj, zaniedbuje pan chyba swoje obowiązki, panie Richards. No nic. Kto chce zobaczyć na własne oczy indiańska jaskinię, niech idzie za mną.

Po krótkiej wędrówce przez las cala grupa dotarła do ukrytej pośród krzaków jaskinie. Wejście do niej było niewielkie i trudno je było dostrzec. By dostać się do środka należało przejść prawie na kolanach przez otwór mający niecały metr średnicy.
W środku unosił się dziwny ziołowy zapach, który wręcz otumaniał zmysły.
- Oto i jesteśmy - rzekł pan Washington - Słynna na cała okolicę, Jaskinia Dłoni. Spójrzcie.
Kierownik obozu skierował światło latarki na ściany groty. Były one w całości pokryte odciskami ludzkich dłoni.
- To tutaj ponoć odbywały się rytuały miejscowych Indian. Legenda mówi, że młodzi chłopcy, którzy mieli stać się mężczyznami mieli udać się samotnie do tej groty i zostawić tutaj odcisk swoje dłoni. Miał to być dowód ich obecności tutaj. Ponoć grota nawiedzana była przez różne duchy, które miały do nich przemówić i określić ich ścieżkę, jaką będą podążać przez dorosłe życie.


W OBOZIE
Gdy wycieczkowicze trudzili się w czasie wiosłowania po jeziorze, w obozie panowała iście sielankowa atmosfera. Część obozowiczów kąpała się w jeziorze, reszta opalała się, albo grała w badminton. Świecące od rana słońce sprawiało, że temperatura wody była idealna. Jedynie kilka osób, na czele z Rebecą Peterson, zostało na brzegu z panią Morgan. Nauczycielka zaproponowała swoim ulubieńcom grę w kalambury. Trudność gry została podniesiona przez to, że wszystkie hasła miały dotyczyć dzieł Szekspira.
Przez blisko dwie godziny panowała kompletna niczym nie zmącona cisza.
Nagle od strony domków rozległ się przeraźliwy wrzask i pisk. Ton głosu wskazywał, że to jakaś dziewczyna krzyczy z przerażenia. Pan Newman i kilku chłopców pobiegło w kierunku źródła dźwięku.
Gdy grupa dobiegła do domków zauważyła przed drzwiami jednego z nich płaczącą dziewczyną kucająca przy drzwiach,. Była nią najmłodsza uczestniczka obozu, dwunastoletnia Kathy Lohan.
Pan Newman przyklęknął przy niej i objął ją ramieniem, szepcząc jednocześnie coś na ucho.
W odpowiedzi Kathy ocierając łzy również coś mu szepnęła.
- Rozumiem - powiedział pan Newman - Chłopcy, niech jeden z was zaprowadzi Kathy do pani Morgan, a reszta chodźcie za mną. Ponoć ktoś próbował dostać się do damskiej toalety, gdy była w niej Kathy.
Ani pan Newman, ani żaden z chłopców który byli z nim, nie znaleźli żadnych śladów obecności kogoś obcego w obozie. Wszystko wskazywało na to, że albo Kathy Lohan przestraszyła się jakiegoś cienia lub zwierzęcia, które uderzyło w szybę lub ktoś z obozowiczów zrobił sobie niewybredny kawał.
Mimo napomnień pani Morgan nikt się nie przyznał do tego i wyglądało na to, że cała sprawa pozostanie nierozwiązana.
Kathy w końcu się uspokoiła, ale wydarzenie to sprawiło, że atmosfera do końca dnia nie była już tak spokojna i idylliczna, jak dotychczas. Pan Newman cały czas nerwowo chodził po obozie i szukał podejrzanych śladów, a pani Morgan kilkakrotnie dawała ostatnią szansę przyznania się do winy i uniknięcia kary.

WIECZOREM
Popołudniowy incydent sprawił, że o mały włos, a odwołano by ognisko, które zaplanowane było na wieczór. Na szczęście pan Washington interweniował u opiekunów grupy i rozpoczęto przygotowania. Uprzednio jednak pan Washington i pan Richards kilkakrotnie obeszli obóz w poszukiwaniu ewentualnych śladów obecności kogoś obcego w pobliżu. Dopiero w ten sposób uspokojona pani Morgan wyraziła zgodę na ognisko. Ostrzegła jednak wszystkich w czasie apelu, że jeżeli coś podobnego się jeszcze raz powtórzy, to obóz zostanie natychmiast skrócony i wszyscy wrócą do domu.
- Takie żarty - krzyczała zdenerwowana - Mogą uczynić wiele złego i wcale nie są śmieszne. Postawcie się na miejscy Kathy. Wyobraźcie sobie jak ona musiała się czuć? Ktokolwiek to zrobił, jest podłym tchórzem. Nie tylko na ofiarę swojego głupiego żartu wybrał najmłodszą z was, ale także nie ma odwagi się do tego przyznać i stanąć tutaj przed wami. Wstyd, po prostu wstyd!

Do tego tematu postanowiono więcej już nie wracać i zająć się ogniskiem, które miało wszystkim poprawić nastrój.
Przygotowano kiełbasy i ziemniaki oraz pianki do pieczenia.
Pan Richards i Washington z pomocą chłopców rozpalili duże palenisko, a dziewczyny przygotowały kiełbasy do pieczenia i zrobiły sałatkę.
Gdy wszystko było gotowe, cała grupa usiadła wokół trzaskającego miło ognia na specjalnie przygotowanych kłodach.
Ludzie zebrali się w mniejsze grupki i dyskutowali o przeróżnych tematach.
Gdy pierwsze kawałki upieczonych kiełbasek lądowały w ustach obozowiczów, pan Richards wyciągnął gitarę i zaczął śpiewać. Swój koncert rozpoczął od obowiązkowej w jego repertuarze
piosenki country.
Niestety mimo przyjemnego głosu, to piosenka, którą zaprezentował pan Richards spodobała się jedynie pani Morgan. Ona także lubiła country i Johny’ego Casha.
- Oj widzę, że coś nie spodobała się wam ta piosenka - powiedział wuefista wybijając ostatni akord - To może coś bardziej młodzieżowego teraz.

Niestety także hit The Mamas and Papas z roku 65-tego nie przypadł nikomu do gustu. Nazwanie go bardziej młodzieżowym zakrawało, po prostu na istną kpinę.
- To może teraz ja - odezwał się pan Washington, gdy tylko wybrzmiały ostatnie dźwięki piosenki - Nie mam co prawda, tak wspaniałego głosu, jak wasz nauczyciel, ale śpiewać też nie zamierzam. Opowiem wam jednak coś, co myślę was zainteresuje.

OPOWIEŚĆ PANA WASHINGTONA
- Wydarzenia o których chcę wam opowiedzieć miały miejsce, jakieś czterdzieści lat temu. Zaraz po wojnie, gdy ludzie powoli wracali do normalnego życia i funkcjonowania. Wielu młodych chłopców, w waszym wieku, wracało z Europy, gdzie walczyli z faszystami. Wśród nich był chłopak z tych okolic, nazywał się Bill Henderson.
Miał niecałe dwadzieścia lat i chciał rozpocząć normalne dorosłe życie i zapomnieć o koszmarze wojny. Gdy zaciągał się do armii, traktował wojnę, jak przygodę. Jednak rzeczywistość brutalnie obeszła się z jego wyobrażeniami. Bill na własne oczy widział okrucieństwo wojny z jej całą perfidią i bezsensowną przemocą. Widział śmierć zarówno żołnierzy, jak i bezbronnych i niewinnych cywilów. Słyszał płacz matek, które trzymały na rękach swoje martwe dzieci. Słyszał krzyki przerażonych dzieci, które klęczały przy zwłokach swych rodziców. Trzymał za dłoń swojego kolegę z oddziału, który trafiony kulą snajpera umierał na jego rękach. W końcu Bill sam musiał zabijać i być równie okrutny, jak jego wrogowie.
Bill był nieśmiałym i skrytym chłopakiem, marzącym o wspaniałej przygodzie. Życie jednak uczyniło z niego brutalnego żołnierza, który by przeżyć musiał zabijać z całą bezwzględnością.
Gdy wojna się skończyła, a Bill wrócił w ojczyste strony. Marzył tylko o tym, by założyć rodzinę, mieć spokojną pracę i jakiś niewielki domek na odludziu.

Kilka lat ciężkiej pracy i jego marzenia zaczęły się spełniać. Zatrudnił się w tartaku i pracował w nim na trzy zmiany. Praca była męcząca i trudna, ale wynagrodzenie było godziwe.
Bill w krótkim czasie mógł kupić sobie kawałek ziemi i zacząć budować dom. W międzyczasie poznał też Mary. Śliczną dziewczynę, która pracowała na kuchni w tartaku.
Po dwóch miesiącach Bill oświadczył się, a po kolejnych trzech dobył się ich ślub.
Pierwsze trzy lata ich życia były iście sielankowe. Bill pracował w tartaku, a za zarobione pieniądz urządzał ich wspólny dom. Mary zajmowała się nim i opieką nad dziećmi. Zaraz po ślubie urodziła ona Billowi dwóch chłopców, a po kolejnym roku śliczną córeczkę.
Niestety los się od nich odwrócił i nad rodzina Hendersonów zawisły czarne chmury.
Właściciel tartaku umarł, a jego syn, który odziedziczył firmę nie umiał właściwie nią zarządzać. A na dodatek okazał się strasznym hazardzistą i pijakiem. W ciągu kilku miesięcy tartak zbankrutował, a ludzie wylądowali na bruku. Bill, co prawda znalazł pracę jako leśnik, ale nie była ona tak dobrze płatna, jak ta wcześniejsza. W skutek czego szybko pojawiły się w ich rodzinie problemy finansowe. Mary próbowała także znaleźć pracę, ale poza nielicznymi dorywczymi pracami, nie mogła niczego znaleźć.
Bill z dnia na dzień coraz bardziej popadał w depresję i złość. Zaczął włóczyć się po lesie i wracać późno w nocy do domu. Mary musiał w tym czasie zajmować się domem i dziećmi.
Gdy Bill pierwszy raz wrócił do domu pijany, Mary uznała, że to forma rozluźnienia się i zapomnienia o kłopotach. Niestety dość szybko stan ten zaczął się powtarzać. Bill coraz częściej wracał pijany, a na domiar złego zaczął się awanturować.

I właśnie wtedy wydarzyła się potworna tragedia. Pewnej nocy, ktoś wymordował całą rodzinę Hendersonów. Znalazł ich strażnik leśny, szef Billa, który jak co rano przyjechał po niego, by zabrać go do pracy.
Zapukał do drzwi, ale nikt mu nie odpowiedział. Zaniepokojony zajrzał do kuchni przez okno. Gdy to zrobił w momencie od niego odskoczył. Jego bujne kasztanowe włosy w momencie posiwiały. W kuchni na podłodze leżała w kałuży krwi martwa Mary. Jej głowa była rozcięta na pół niczym dojrzały arbuz.
Na trzęsących się nogach szef Billa wszedł do środka. W sypialni znalazł trójkę maluchów. Każdy z nich leżał w swym łóżeczku z odrąbaną główką, która leżała na poduszce. Morderca ułożył je tak, by wyglądało, że dzieci śpią. Szef Billa omal nie zemdlał ze strachu i przerażenia. Z coraz większym przerażeniem zaczął szukać Billa. Na miękkich nogach wszedł do salonu i tam go właśnie znalazł. Bill siedział na skórzanym fotelu i spał w najlepsze. Pod jego nogami wlało się kilkanaście pustych butelek i puszek po piwie. A obok stała oparta o fotel zakrwawiona siekiera, którą kiedyś Bill pracował w tartaku.

Bill nigdy nie przyznał się do zamordowania rodziny. Mimo wielokrotnych przesłuchań zapierał się. Ślady jednak ewidentnie wskazywały na niego. W domu nie znaleziono żadnych dowodów obecności kogoś obcego. Odciski na siekierze także należały do Billa.
Bill twierdził, że to indiańskie duchy z wyspy na jeziorze. By przekonać śledczych, że mówi prawdę opowiedział im, jak kiedyś wybrał się tam, by odpocząć i pomyśleć w samotności. Włócząc się po lesie natrafił na tajemniczą grotę. Bill wszedł do środka i znalazł tam stosy ludzkich czaszek oraz kości. Uciekł stamtąd czym prędzej, gdyż wydawało mu się, że ktoś do niego mówi. Uciekał co sił w nogach i ciągle mu się wydawało, że ktoś go goni. Jak twierdził od tamtego czasu nawiedzały go straszliwe koszmarne sny.

Opowieść pana Washingtona przerwał nagle wybuch płaczu. Dla wystraszonej popołudniu Kathy Lohan to było za wiele. Dziewczynka płakała i cała się trzęsła ze strachu.
- Panie Washingtona chyba już wystarczy na dzisiaj - burknęła oburzona pani Morgan.
Podeszła do Kathy i objęła ją ramieniem.
- Oj przepraszam - odparł spokojnie kierownik obozu - Myślałem, że młodzież lubi takie opowieści z dreszczykiem. Przecież to tradycja, by w wieczorami przy ognisku opowiadać tego typu rzeczy. Poza tym przecież każdy wie, że takie opowieści są wymyślone i wyssane z palca.
- Ta brzmiała nad wyraz wiarygodnie - wtrącił pan Richards - Lepiej chyba będzie, jak na tym zakończymy nasze ognisko i pójdziemy spać. Sen jest nam wszystkim potrzebny, po tym dniu pełnym wrażeń. Tym bardziej, że jutro pobudka skoro świt.
 
__________________
Wakacje - poza siecią prawdopodobnie do 14.09
"Zastanawiałeś się, czemu piekło ma bram siedem i dni w tygodniu jest siedem..." Martwy Snajper
"We have such sights to show you" - Hellraiser

Ostatnio edytowane przez Pinhead : 24-08-2012 o 18:57.
Pinhead jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 12:29.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166