Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 12-09-2012, 21:58   #1
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 14213 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
CZAS HORRORU [Horror 18+]

WPROWADZENIE


Tadeusz stał przy słupie z ogłoszeniami udając, że studiuje listę rozstrzelanych warszawiaków. Odwet za zastrzelenie niemieckiego oficera przez polskich żołnierzy podziemia.

Tadeusz zacisnął zęby w wąską kreskę. Jego przedwcześnie postarzałą twarz wykrzywił gniewny grymas. W ciemnych, brązowych oczach pojawił się gniew.

- Bandyci – mruknął cicho pod nosem.

Przeniósł wzrok w stronę kościoła na końcu ulicy. Na krzyż. Przez chwilę pomyślał o Bogu i o tym, jak może pozwalać na to, co z narodem polskim wyprawiają naziści. Jak może patrzyć bez gniewu na to, jak giną niewinni: kobiety, dzieci, cywile.

Młoda kwiaciarka sprzedająca bukieciki polnych kwiatów przed kościołem przeszła na drugą stronę ulicy. Tadeusz ruszył za nią. Ostrożnie, by nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Jego dopiero co odebrane od szewca buty wybijały pośpieszny rytm na brukowanej ulicy.

Dogonił dziewczynę przed zakładem szewca.

- Proszę pani – zawołał za nią.

Dziewczyna odwróciła się. Miała jasne włosy i takie same, niezwykle duże, ale i smutne oczy.

- Poproszę bukiecik tych białych i czerwonych – powiedział umówione hasło.

- Dla kogo kawaler je kupuje? – zapytała pozornie niewinnym tonem. – Pewnie dla jakiejś ładnej dziewczyny?

- Nie – podpowiedział ustalonym hasłem. – Dla chorej siostry. Ma zaledwie piętnaście lat.

Dziewczyna podała mu bukiecik. Zapłacił. Kwiaciarka odeszła, a Tadeusz z bukiecikiem polnych kwiatków ruszył przed siebie. Wszedł do pierwszej bramy. Odwinął karteczkę spinającą łodyżki. Odczytał informację.

Tylko kilka słów, ale wystarczyło, aby zbladł.

- A więc to prawda ... – wyszeptał drżącymi ustami. – On odszedł. Naprawdę odszedł.

Tadeusz osunął się po ścianie, siadł prosto na ziemi w bramie. Wyjął zapałki i papierosa. Zapalił i jednocześnie zniszczył dowód w postaci kartki z bukieciku.

W połowie papierosa wstał energicznie, otrzepał płaszcz.

- Margaret – powiedział do siebie. – Ona będzie wiedziała. Ona wie wszystko.

* * *

Godzinę później patrzył, jak Margaret z nieodłącznym papierosem w zębach i typową, skupioną miną, przegląda jakieś notatki.


- Napij się kawy – wskazała kubek. – Zbożowa. Całkiem smaczna. Masz może cukier.

Zaprzeczył ruchem głowy.

- Więc czemu tutaj przyszedłeś? Czego chcesz?

- Szukam kogoś.

- Jak każdy, Tadeusz, jak każdy.

- Ja szukam duchownego. Znasz go. Sprzed wojny. Nazywa się Lubicki. Krzysztof Lubicki.

Spojrzała na niego z nową uwagą.

- Czemu?

- Wiesz czemu.

Pokręciła głową. Energicznie. Chyba przestraszona.

- Nie idź w tą stronę, Tadeusz – przestrzegła go z wyraźnym lękiem w głosie. – Wiesz, ze to nie doprowadzi do niczego dobrego.

- Mam stać i biernie przyglądać się temu, co naziści robią z tym światem.

- A masz inne wyjście. Podlegasz prawu tego świata tak samo, jak i ja, Tadeusz.

- Przecież wiesz, ze to nie jest nawet moje prawdziwe imię! – uniósł się gniewem.

Ale Margaret najwyraźniej nic sobie z tego nie robiła.

- Nikt z nas nie podaje swoich prawdziwych imion – uśmiechnęła się lekko - Nie idź w tę stronę – powtórzyła. – Nie popełnij błędu Sowy.

- Pomożesz mi, czy nie.

Spojrzała mu prosto w twarz. Wydmuchnęła kłąb dymu.

- Pomogę – odpowiedziała. – Ale to będzie kosztowało.

- Jasne – Tadeusz pokiwał głową zadowolony.

- Na początku paczka papierosów – uśmiechnęła się Margaret. – Potem ... potem dowiesz się reszty.

- Znajdź mi Lubickiego. Potem proś, o co chcesz.

Nie czekał na odpowiedź. Położył paczkę papierosów na stole i skierował się do wyjścia.

- Przyjdź tutaj za trzy dni.

Pokiwał głową, na znak, że usłyszał. Wyszedł zamykając za sobą drzwi. Margaret patrzyła na nie jeszcze przez chwilę.

- Głupiec – pokręciła głową z niesmakiem. – Jak wychylisz nos, oni zjedzą cię w mgnieniu oka. Jedyną szansą na przetrwanie jest ukrywanie się w tej iluzji normalności.

Odpaliła papierosa od niedopałka i wróciła do przerwanej pracy.

* * *

Gdzieś, z daleka od kamienicy w której spotkali się Margaret i Tadeusz, w brudnej, zapluskwionej pościeli stary, wychudzony Żyd otworzył oczy.

- Shoah – powiedział spękanymi wargami leżący a potem zamarł, wpatrując się szklistym wzrokiem w sufit.

- Znam cię – powiedział do pustej przestrzeni pod sufitem. – Wiem, czego chcesz.

Pusta przestrzeń ...zafalowała.... zamigotała... coś się w niej poruszyło. Coś mrocznego i ciemniejszego niż nocne niebo.

Żyd uśmiechnął się.

- Znam cię – zaśmiał się chrapliwie krztusząc flegmą. – Znam i nie boję.

Przez chwilę oddychał ciężko, zbierając siły.

- Weź mnie, jeśli zdołasz.

Ciemność spłynęła w dół, na krótką chwilę otulając ciało wychudzonego starca.

- Gdzie ... to .... jest – gdyby ktoś poza konającym rabinem był jeszcze w zdewastowanym pokoju, usłyszałby świszczący glos dobywający się wprost z wyżej ciemności.

- Nie znajdziecie ... tego .... czego ... nie ... można ... znaleźć – zacharczał Żyd i skonał.

Ciemność odpłynęła.

* * *

Ciąg dalszy nastąpi ...... wkrótce, jak pojawią się gracze
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 15-09-2012 o 15:24.
Armiel jest offline  
Stary 16-09-2012, 12:00   #2
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 14213 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
AKT PIERWSZY

SYBILLA


http://3.bp.blogspot.com/-jcoQe8P3A0...E/s1600/k2.jpg

Odczuwali strach. Bez wątpienia. W każdej chwili swojej służby. Nie znając nikogo, poza swoją komórką organizacyjną. Narażeni nie odwety Niemców w równym stopniu, jak inni mieszkańcy Warszawy. Narażeni na donosy volksdeutchów czy innych szpicli. W każdym narodzie, nawet w walecznych Polakach, znajdą się tacy, których czy to strach, czy inne pobudki popchną do kolaboracji lub denuncjacji.

Na Karcelaku, jak co dzień, kwitł handelek. To było serce stolicy. Tutaj można było kupić wszystko, jeśli się miało odpowiednie kontakty.



DOKTOREK

Deszcz zapowiadał się na pochmurny. Może to i lepiej. Może dzięki temu warszawskie ulice dostaną należnej im oprawy. Cóż to za wojna, kiedy świeci słońce? Czyż dni wojny nie powinna być taka, jak prawda o niej. Mroczne i ponure.

Zygmunt wstał. Napił się wody i rozejrzał po mieszkaniu. Małej kawalerce w suterenie. I tak miał powód do zadowolenia – przynajmniej w tej kwestii. Jego gospodynią była pani Pelagia - miła, straszą kobieta, zapewne łączniczka polskiego podziemia. Nie rozmawiali o tym.

Z trudem opuścił łóżko, myślami kierując się w stronę Agaty. Wstał. Została mu niespełna godzina do spotkania wyznaczonego przez rozkazy. Mieli spotkać się w punkcie zbiórki, jakim były ruiny starej przepompowni nieopodal Wisły. Odprawę, jak zawsze, poprowadzić miał ich dowódca – Tarcza.

Doktorek wstał, by pogawędzić chwilkę z panią Pelagią, a potem ruszyć na spotkanie.


TUNIA


Tunia spoglądała przez okno na ulicę.

- Odsuń się do szyby – powiedziała babka. – Chodź, proszę do stołu. Śniadanie stygnie.

Prosta owsianka. Kromka chleba z dżemem. Kawa zbożowa. Na mięso już nie wydawały pieniędzy. Oszczędzały.

- Znów się gdzieś wybierasz? - babcia obserwowała wnuczkę z uwagą. – A jak się rozpada? Złapiesz przeziębienie. Wiesz ile kosztuje teraz lekarz?

W głosie seniorki słychać było wyraźną troskę. Natalia miała nadzieję, że o nią, a nie o środki do życia.

- A jak wpadniesz na łapankę? Trafisz na Pawiak? Słyszałam, co tam wyprawiają ci przeklęci Niemcy. Że też skarania boskiego, na nich nie ma.

Natalia uśmiechnęła się i nie kończąc śniadania, pożegnała z babcią i wyszła.

Starsza kobieta jeszcze przez chwilę patrzyła w stronę drzwi. W jej wystraszonych oczach pojawiły się łzy.



BENIAMINEK


Znów to poczuł, gdy wstawał. Bóle w plecach. Przeciągające się rwanie korzonków. Brutalnie przypominające o tym, że wybory życiowe i wiek dość mocno nadszarpnęły jego zdrowie.

Ale Piotr nie zwykł narzekać. No. przynajmniej nie robił tego w samotności.

Wstał, obudzony jak zawsze, dzwonami w kościele. Ksiądz Szymon Hajdukiewicz - jego gospodarz – był porządnym człowiekiem. Wyrozumiałym, łagodnym, zupełnie niestworzonym do czasów wojny. Takiej jak ta. Brudnej, okrutnej i nastawionej, – co Beniaminek rozumiał doskonale – na systematyczne wyniszczanie podbitych narodów. Masowe groby w podwarszawskich lasach dawały nieme świadectwo bestialstwa okupantów. I siłę do walki.

Dzisiaj o dziesiątej mieli spotkanie. Akurat czasu by się wyszykować. Tarcza – dowódca ich komórki – był człowiekiem godnym zaufania, mimo swojego wieku. Prostym, konkretnym, nastawionym na dobro swoich podkomendnych. I religijnym. To budziło szacunek Beniaminka.

Za oknami zaniosło się na deszcz. Może nawet i letnią burzę, bo przecież od kilku dobrych dni upał był nieznośny.

Beniaminek westchnął. Czas było ruszać do służby.


SPRZĘGŁO


Życie. Skomplikowany mechanizm, ciąg równań podparty zbyt wieloma niewiadomymi, by ścisły umysł Janusza, dawał radę to ogarnąć.

Jego życie, po wpadce, przerodziło się w pasmo ucieczek i zmiany kolejnych kryjówek. Jego koledzy z podziemia, pomogli mu skryć się przed Niemcami. Dali nową tożsamość. Kazali na kilka dni „przycichnąć”, ukryć się.

To, nad czym pracowała jego komórka wpadło już w ręce Niemców. Dla nich każdy, kto brał udział w tym projekcie, był potencjalnym zagrożeniem. Musiał trafić na przesłuchanie. Wiedza, jaką posiadał, dawała nazistom kolejną szansę w wojnie, którą rozpoczęli z zamiarem zwycięstwa, a która trafiła w końcu na pierwszy opór.

Kroki na schodach usłyszał, jak zawsze w ostatniej chwili.

Potem rozległo się pukanie. Ustalony ciąg sygnałów. To był Mirek. Jego łącznik. Osoba, która przerzucała go już kilka razy pomiędzy kolejnymi domami, kiedy wcześniejsza kryjówka stawała się spalona.

- Sprzęgło – powiedział Mirek zza drzwi – Musimy się zbierać. Przenoszą cię gdzieś.


POETA


Zanosiło się na deszcz. Sebastian musiał jednak dzisiaj iść do pracy. Rozwozić listy. Wiedział, że spotka się dzisiaj jeszcze z kimś jeszcze. Z łącznikiem, który wskaże mu kolejny cel. Jak zawsze, punktem kontaktowym będzie mieszkanie – punkt kontaktowy. A rozkaz zostanie przekazany podczas zwyczajnego wręczania poczty właścicielowi. Panu Łowickiemu, – bo tylko tyle o swoim kontakcie wiedział Poeta.

Polska Podziemna wymagała krwi. Krwi swoich wrogów. Kolaborantów, kapusiów, czasami bandziorów w Niemieckich mundurach. Czasami krwi swoich obrońców. Czasami zwykłych ludzi.

Poeta był żołnierzem. Wykonywał wyroki. Nie wahał się. Już nie.

Przed kamienicą, w której mieszkał pan Łowicki, stała niemiecka ciężarówka, dwa samochody i motocykl. Naziści blokowali bramę.

Poeta zobaczył ich w ostatniej chwili, wychodząc zza rogu.

Niemiecki żołnierz spojrzał na niego i na jego mundur listonosza.

- Halt! – ręka żołnierza podniesiona do góry dała znak Poecie, by podszedł. - Komm her!

Serce żołnierza zabiło szybciej. Nie miał jednak w torbie nic, co mogłoby go obciążyć. Musiał jedynie zachować zimną krew.

No chyba, że już o nim wiedzieli. Że zgarnęli Łowickiego i czekali tutaj na listonosza, z którym się kontaktował.


STRYJ


Będzie padało.

To była pierwsza myśl, jaka przemknęła przez umysł Konstantego po przebudzeniu.
Zaspał.

Pewnie dlatego, że wczorajszej nocy przemykał się ulicami z wiadrem farby i malował „kotwicę” – nowy symbol podziemia, mający zwiastować nadzieję. Polska Walcząca.

Widzicie rodacy! Nie poddaliśmy się! Nie daliśmy zgnieść nazistowskim buciorom.

Stryj był podekscytowany. Dzisiaj miał spotkać się z Tarczą. W końcu zostanie wzięty do czegoś poważniejszego, niż kolportaż ulotek, przenoszenie rozkazów i meldunków. Chciał walczyć. Walczyć w bardziej bezpośredni sposób. Chociaż, po prawdzie, odpowiadało mu bardziej to, co robił teraz. W takiej wojnie czul się lepiej. Mógł bardziej wykorzystać swoje wrodzone talenty i predyspozycje.

Młodzieniec pochłonął śniadanie w biegu i popędził na wyznaczone spotkanie.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 16-09-2012 o 14:38.
Armiel jest offline  
Stary 16-09-2012, 15:19   #3
 
Pinhead's Avatar
 
Reputacja: 199 Pinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie coś
Zaspał. Nigdy mu się to nie zdarzało. Zawsze był punktualny, rzetelny i słowny. Jednak ostatnie miesiące i dni obfitowały w wiele stresujących wydarzeń i sytuacji. Wczoraj wraz z Kuleszą, kolegą z teatru, malowali “Kotwice” na murach. Zadanie niby proste, ale bardzo ryzykowne. Przecież w każdej chwili dowolny patrol niemiecki mógł ich zabić bez żadnego ostrzeżenia, czy pytania. Konstanty ogólnie był przeciwny tego typu akcją, które jego zdaniem miały niewielkie znaczenie i tylko rozdrażniały Niemców. Rozumiał argumenty Moniki, że takie znaki pokazują zwykłym warszawiakom, że wojskowo Polskie działa i nie poddało się. Nie każdy przecież miał kontakty w podziemiu i nie każdy wiedział o innych ich akcjach. Konstanty wolał jednak działania, które w sposób bardziej bezpośredni pomagają ludziom. Przenoszenie rozkazów, czy też kolportaż ulotek wydawały mu się bardziej sensowne niż malowanie na murach. Co jednak mógł zrobić, skoro Monika zgłosiła go na ochotnika do tej akcji. Nie mógł i nie potrafił jej odmówić.
A przecież i tak najlepiej się czuł, gdy mógł pomóc komuś w załatwieniu czegoś w niemieckim urzędzie, czy też ukryciu kogoś poszukiwanego.
Rozkaz jednak wykonał, tak samo jak każdy inny który dostał do tej pory. Kulesza mu pomagał i to było dla Konstantego wielką ulgą. Sam pewnie szybko, by stchórzył i skończył akcję o wiele wcześniej. Na dokładkę Piotr w pewnym momencie wpadł na pomysł, aby namalować choć jedną kotwicę na murach pobliskiego getta. Na szczęście argumenty, które przytoczył Konstanty przekonały kolegę, że to zbyt wielkie ryzyko, zwykła głupota i igranie ze śmiercią. Niemcy pilnujący getta za pewne od razu, by do nich zaczęli strzelać, gdyby tylko ich zauważyli.

Zbyt długi sen był zwykła reakcją obronną organizmu, który potrzebował o wiele więcej odpoczynku niż Konstanty mu ostatnio dawał. Najgorsze jednak, że wydarzyło się to w dniu kiedy pierwszy raz zaproszono go na jakaś poważną naradę. Wiedział, że to coś ważniejszego gdyż miał się spotkać z nowym dowódcą. “Tarczę” bo taki nosił pseudonim ów człowiek, Kostek znał tylko ze słyszenia. Był to mężczyzna w średnim wieku, ponoć były żołnierz wojsko pancernych. Konstanty nie wiele wiedział ponad to.
Przez to, że zaspał musiał się niezwykle spieszyć. W biegu zjadł śniadanie i był zły na siebie, że nie wstał wcześniej. W planach miał odwiedzić obersturmführera Mainhoffa w siedzibie Gestapo. Matka dostała wczoraj wiadomość, że ma on kolejny list od ojca z obozu. Wiązało się to oczywiście z kolejną łapówką dla Mainhoffa. Na szczęście Kostek miał troszkę odłożonych pieniędzy, by wykupić list ojca. Miał tylko nadzieję, że spotkanie nie potrwa zbyt długo i nie pojadą od razu na jakąś akcję, bo to mogłoby oznaczać, że nie zdąży do urzędu by odebrać list.
Obersturmführer Mainhoff był człowiekiem złośliwym i gdyby Konstanty nie zjawił się dzisiaj po list, to w odwecie albo by go zniszczył, albo zażądał większej łapówki za zwłokę.

Konstanty wsiadł do tramwaju i z bijącym sercem ruszył na wyznaczone spotkanie.
Gdy wysiadł w pobliżu parku Praskiego zauważył siedzących na ławce dwóch niemieckich oficerów. Przed nimi kilkunastoletni urwis śpiewał piosenkę przy akompaniamencie pogwizdywania dwóch swoich kolegów. Konstanty podziwiał odwagę tych chłopców, który jawnie naigrywali się z okupantów. Wystarczyłoby, żeby jeden z nich znał parę słów po polsku, a cała akcja zakończyłaby się tragicznie. Na szczęście żaden z hitlerowców nie znał polskiego i radośnie przytupując w rytm melodii, rzucili chłystkom jakieś drobne do czapki.
Konstanty z lekkim uśmiechem wszedł do parku i zaczął szukać miejsca wyznaczonego na spotkanie.
 
__________________
Wakacje - poza siecią prawdopodobnie do 14.09
"Zastanawiałeś się, czemu piekło ma bram siedem i dni w tygodniu jest siedem..." Martwy Snajper
"We have such sights to show you" - Hellraiser

Ostatnio edytowane przez Pinhead : 16-09-2012 o 18:15.
Pinhead jest offline  
Stary 16-09-2012, 17:44   #4
 
Szamexus's Avatar
 
Reputacja: 95 Szamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znany
Środa, ... dziś jest środa to właśnie we środę cztery tygodnie temu dostał informację o śmierci- to złe słowo, pomyślał- zamordowaniu Agaty na Pawiaku. Dlaczego? Dlaczego została złapana? To pytanie zadawał sobie już tak wiele razy, dlaczego ludzie odbierają życie innym ludziom ... tak było już dawno, jeszcze przed wojną gdy w okolicach rodzinnego Ciechanowca mordowano Żydów. Co za różnica ... Polak Żyda, Niemiec Polaka .... łzy napłynęły mu do oczu. Znowu. - echh westchnął z niecierpliwością do siebie samego, czy naprawdę nie może tego opanować, musi żyć dalej ... i chce żyć dalej i robić to co zaczął dzięki Niej, to co przysięgał. Walczył ... tak czuł, że walczy o lepsze życie inne niż to z dzieciństwa ...

Ocknął się gdy Pani Pelagia odezwała się: - Pada, ciepło ale pada, będzie burza. Zjesz śniadanie? Zrobiłam Ci kawę. Odpowiedział szybko: - Dziękuję uprzejmie Pani Pelagio, nie zdążę, nie zdążę zjeść - zabiorę ze sobą i zjem w drodze. Wziął kilka szybkich łyków kawy, chwycił pajdę chleba posmarowanego marmoladą i z nieudawanym smakiem ugryzł wywołując ciepły uśmiech Pelagii .... - Dobrze, że mam ten skórzany płaszcz który mi Pani podarowała, w takie dni sprawdza się doskonale. Spojrzał z pośpiechem na zegarek. - Muszę już biec, nie wiem o której wrócę, mam dziś trochę spraw do załatwienia. powiedział ogólnikowo, zarzucił płaszcz na siebie, sprawdził czy ma kennkarte bez której poruszanie się w okupowanej Warszawie mogło skończyć się aresztowaniem i wybiegł.
"Aresztowaniem" - na to słowo natychmiast przychodziły mu potworne myśli do głowy, strach, lęk i przeraźliwy smutek ogarniał go gdy myślał co czuła Agata w momencie aresztowania, jak się bała, czy liczyła że ją uwolnią ... tak jak uwolnili kilka tygodni wcześniej kogoś w akcji w której uczestniczyli ... Przetarł tylko czoło i oczy, zmrużone od bólu duszy oczy i zrobił krok na ostatni stopień schodów wychodzących z sutenery w której żył, domu tak innego od rodzinnego domu ... Myśli, tak wiele myśli zaprzątało mu głowę, szczególnie rano gdy jeszcze nie był zaangażowany w rytm dnia- tęsknota, troska, myśli o rodzinie Matce i Ojcu rozdzielonych ... Znowu! znowu odbiegał od dnia rzeczywistego, odchodził gdzieś daleko w inną rzeczywistość ... inną a też okropną, smutną, też CZARNĄ ... deszcz, deszcz padający na głowę na szczęście go wyrwał "stamtąd".

Podbiegł do tramwaju ruszającego z przystanku, skoczył na stopień .. to tylko dwa przystanki w kierunku Parku Praskiego, stamtąd szybko dalej pójdzie na piechotę dobrze znaną drogą. Szedł zdecydowanym krokiem z głową nieco spuszczoną, zamyślony ale jednocześnie czujny. Nauczył się tego przez te ostatnie miesiące pobytu w okupowanej Warszawie, pełnej łapanek i pułapek których jak nie nauczysz się omijać to zginiesz. Najlepiej wtopić się w szarość zniszczonych ścian i ulic ... nie czuł się jednak pewnie widząc Hitlerowskie mundury, z trudem znosił wzrok Niemców na swoim ciele, czuł że zimny pot pojawiał mu się na plecach gdy tylko musiał spotykać na swojej drodze tych ludzi, tak innych od niego. Zagrzmiało. Przestraszył się i zatrzymał się na wysokości jakiejś bramy; aż odsapnął, przecież to tylko grzmot pioruna ... ale czy tylko ... a może to Boskie znaki, znaki marnego końca ludzi, odrzucił te złoprorocze myśli aby iść dalej. Zanim zrobił krok spojrzał w bramę ... i zamarł. Zobaczył patrol niemiecki zabierający bezdomną kobietę ... "co za poranek" pomyślał i ruszył szybko dalej udając niczym nie zaskoczonego przechodnia ...

Było późno, po drugiej stronie ulicy dostrzegł mężczyznę zmierzającego do parku. Doktorek poszedł dalej i zdecydował wejść następnym wejściem, jednocześnie przyspieszył ... przebiegając ulice rozejrzał się niejako zwracając uwagę na ruch uliczny, ale mu chodziło o zorientowanie się czy jest bezpieczny. Nic nie zwiastowało niebezpieczeństwa, dotarł do wejścia do transformatorowni gdzie miał się stawić na spotkanie z Tarczą. Dostrzegł mężczyznę z chodnika wchodzącego do środka. Zastanawiał się czy Tunia i Beniaminek już są na miejscu, to byli ludzie którym ufał, ludzie którym ufała Agata ...
 
__________________
Pro 3:3 bt "(3) Niech miłość i wierność cię strzeże; przymocuj je sobie do szyi, na tablicy serca je zapisz"

Ostatnio edytowane przez Szamexus : 20-09-2012 o 22:11. Powód: Zamiana transformatorowni na przepompownię i na odwrót
Szamexus jest offline  
Stary 16-09-2012, 20:59   #5
 
Felidae's Avatar
 
Reputacja: 3379 Felidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputację
Natalia spoglądała ze smutkiem na niebo przez nieco zakurzone szyby. Ciężkie, ołowiane chmury wiszące nad Żoliborzem przypominały jej czarne ptaszysko, które zdawało się zagarniać zazdrośnie wielkimi, rozpostartymi skrzydłami całe miasto. Takie samo ptaszysko jakie widniało w godle okupanta.

Wzdragając się na tę myśl przymknęła na chwilę oczy i w jej głowie pojawił się szybko inny obraz. Dziś był pierwszy lipca. Normalnie rozpoczęłyby się wakacje i jak w zeszłym roku wyjechaliby z Witkiem nad polskie morze.

Zatonęła na jakiś czas we wspomnieniach dopóki głos babci nie przywrócił jej do szarej rzeczywistości. Z trudem przywdziała uśmiech na twarz, obróciła się w stronę, z której dobiegało gderanie staruszki i w końcu po przejściu kilku kroków zajęła miejsce przy stole.
Nie miała za złe babuni, że martwi się o nią. Rozumiała jej strach. Nikt nie był pewien tego, że opuszczając mieszkanie jeszcze kiedykolwiek do niego powróci. Jeszcze wczoraj sama widziała jak w łapance aresztowany został Pan Marcin, sąsiad z naprzeciwka. Starszy, emerytowany nauczyciel, o głowie siwej jak gołąbek. Niewinny jak tysiące innych warszawiaków, których Niemcy zakatowali przez te wojenne lata. Jej, jak na razie, udawało się umykać rękom nazistów. Wiedziała jednak, że igranie z ogniem może być śmiertelnie niebezpieczne. Ale nie umiała inaczej. Do diabła, nie chciała inaczej! Musiała walczyć, musiała każdego dnia przypominać sobie kim była…. jest, musiała udowodnić sobie i innym, że Polska nie umarła. Bo przecież to nadzieja zawsze umiera ostatnia?

Gniew, jaki zgromadziła w sobie przez lata okupacji i lęk który odczuwała każdego dnia wychodząc na akcję były motorem napędzającym jej życie. Nagle słowa takie jak ojczyzna, wolność i niepodległość nabrały bardzo realnego znaczenia. A dzisiaj znowu miała się spotkać z Tarczą, Beniaminkiem i Doktorkiem. Tylko co stanie się z babcią kiedy nagle by jej zabrakło? Nie mogła polegać ani na Irenie ani tym bardziej na Janie…Johannie.

Owsianka, którą normalnie ze smakiem zjadała każdego ranka, nagle straciła smak. Odłożyła więc łyżkę i wstawszy od stołu podeszła do wciąż wyrażającej głośno swoje zaniepokojenie staruszki. Przytuliła się do niej jak małe dziecko i powiedziała:

- Ciiiiiiiiii. Kocham cię babciu.

Potem jakby zawstydzona okazanymi uczuciami zebrała swoje rzeczy, ogarnęła szybkim spojrzeniem mieszkanie, wzięła parasol i już zmierzała w kierunku drzwi. Wszystko przygotowała starannie jeszcze wczoraj wieczorem. Strój, nie krępujący ruchów, ale staranny, torebkę, w której schowała jedynie dokumenty uprawniające do poruszania się po ulicach, trochę drobnych monet w portmonetce i kilka osobistych drobiazgów. Nic, co mogłoby ją w jakikolwiek sposób obciążać lub powiązać ze znanymi jej ludźmi. Żadnych notesów z numerami telefonów, żadnych listów, notatek. Wszystkie potrzebne jej informacje kodowała precyzyjnie w głowie.

Po wyjściu z bramy rozejrzała się dyskretnie, a potem pewnym krokiem skierowała na przystanek tramwajowy. Mijała po drodze pochylone sylwetki ludzi, którzy spieszyli w nieznanym kierunku. Po drugiej stronie ulicy typowy patrol żandarmerii niemieckiej legitymował właśnie człowieka, który popychał ręczny wózek załadowany jakimiś gratami. Natalia miała nadzieję, że nie przewozi żadnej kontrabandy.

Na przystanku zgromadził się mały tłumek. Czekając na tramwaj planowała swoją trasę. Aby dostać się na Pragę musiała dojechać na prawy brzeg Wisły. Tak jak nauczono ja na szkoleniu musiała kilka razy zmieniać kierunek jazdy. Chciała być pewna, że nie ściągnie na głowy kolegów jakiegoś kapusia. Dlatego wyszła z domu odpowiednio wcześnie.
Przesiadała się więc z jednego tramwaju do drugiego i jak zwykle, jak maszyna czujnie rozglądała się na boki niby to przypadkiem omiatając wzrokiem najbliższe otoczenie. Przez chwilę była niemal pewna, że jej śladem podąża niski mężczyzna z ulizanymi włosami, ale na szczęście okazało się, że pojechał dalej dwójką. Dopiero wtedy pozwoliła sobie na podróż do celu.

Tarcza zorganizował spotkanie w ruinach starej przepompowni. Wchodząc w progi budynku myślała o swoich towarzyszach i o tym co przygotował dla nich dowódca.
 
__________________
Podpis zwiał z miejsca zdarzenia - poszukiwania trwają!

Ostatnio edytowane przez Felidae : 16-09-2012 o 21:13. Powód: Literówki
Felidae jest offline  
Stary 18-09-2012, 13:37   #6
 
Gryf's Avatar
 
Reputacja: 4219 Gryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputację


Noc. Strych opuszczonej kamienicy, gdzieś na północy Pragi. Drobinki kurzu tańczyły w świetle księżyca sączącego się przez niewielkie lufciki. Konfident klęczał na ziemi, Beniaminek stał nad nim, celując w głowę. Skazany nie miał więcej niż dwadzieścia lat, po jego rumianej, pryszczatej twarzy płynęły łzy, sądząc po zapachu chyba narobił w gacie.

- W imieniu Polskiego Państwa Podziemnego - ręka uzbrojona w pistolet drżała, oczy Piotra nabiegły łzami, oddech przyspieszył. Nie z powodu wątpliwości. Nie z powodu wyrzutów sumienia. To przez ten cholerny, wszędobylski kurz. - Za zbrodnię donosicielstwa, skazuję cię... - Wściekły kaszel zaatakował niespodziewanie, niemal zginając AKowca wpół. Dzieciak nie potrzebował dalszych zachęt. Zerwał się na równe nogi i całym ciałem naparł na Beniaminka. Żołnierz zatoczył się do tyłu i ciężko upadł na deski poddasza, gubiąc pistolet. Skazany rzucił się do ucieczki.

Zanim Beniaminek podniósł się z ziemi, kroki jego niedoszłej ofiary dudniły już na dole klatki schodowej. Mrucząc pod nosem niezrozumiałe przekleństwa zszedł na półpiętro i otworzył okno. Ciemność, cała ulica tonęła w mroku, żaden odblask księżyca nie sięgał do poziomu parteru ciasnej zabudowy, na ulicy nie działała ani jedna latarnia. Dzieciak zdążył wybiec z bramy, i teraz biegiem przemierzał chodnik w kierunku głównej ulicy wrzeszcząc wniebogłosy "Hilfe! Banditen!".
Beniaminek uniósł pistolet w dwóch rękach, przycelował. Muszka zeszła się ze szczerbinką nieco powyżej głowy uciekiniera. Padł strzał. Jeden. Za to zabójczo skuteczny. Martwe ciało konfidenta siłą rozpędu poleciało do przodu, wyciągnęło się jak długie na chodniku i znieruchomiało.
Żołnierz z kamienną twarzą schował broń, zrobił znak krzyża i mamrocząc modlitwę dziękczynną do Świętego Jerzego, ruszył schodami w dół.

Był na to za stary. Od dawna już powinien pójść w ślady swoich równolatków: do sztabu, albo do ziemi. Problem w tym, że do ziemi mu się nie spieszyło, a zabijał wciąż nieporównanie lepiej niż dowodził.

*

Nazywał się Mazur, Piotr Mazur, ułan i strzelec wyborowy. Od wybuchu wojny miał już kilka pseudonimów, tu, w stolicy, mówili na niego "Beniaminek". Czemu? Wystarczyło spojrzeć na Mazura w kompanii z Agatą, Tunią i Doktorkiem. Ot taki Beniaminek, najmłodszy bachor w oddziale... tylko jakby odwrotnie. Warszawiaki mówiły, że to taki kawał. Wojenny sarkazm, czy coś. Mazur uwierzył im na słowo - jak długo dawali mu robić swoje, mogli go nazywać nawet Petunią Doniczkową.

*

Kościół Michała Archanioła miał potężne, jak na tak małą parafię dzwony. Dzwony, które zbudziłyby umarłego. Po dziesiątym uderzeniu dały też radę staremu ułanowi, śpiącemu w swojej niewielkiej parafialnej izdebce.
Wstał i przeciągnął się. Jego kości odpowiedziały niechętnym trzaskiem, jakby już wiedziały co będzie dalej, jednak Beniaminek nie miał litości dla swojego steranego czasem i wojną ciała. Dziś pompek wyszło czternaście. Dwie dwie więcej, niż w zeszłym tygodniu. Trzynaście więcej, niż w momencie, gdy parę miesięcy temu, wycieńczony i na granicy śmierci głodowej dotarł do Warszawy. Po szwabskim obozie i roku ukrywania się w lesie, pomału wracał do formy. Zbyt Wolno, o wiele wolniej niż by sobie życzył. Aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę, że jeśli choć raz opuści ten poranny pokaz masochizmu, za chwilę będzie mógł się pożegnać z czynną służbą.

Na spotkanie przybył z premedytacją dwadzieścia minut przed czasem. Ot tak, jak zwykle, żeby przez chwilę w spokoju powspominać z Tarczą wojnę z kacapami w dwudziestym, czy pokłócić się o pogrzeb Piłsudskiego na Wawelu.
 
__________________
Show must go on!

Ostatnio edytowane przez Gryf : 11-03-2013 o 11:54. Powód: dodanie "warszawskiego" awatara
Gryf jest offline  
Stary 19-09-2012, 00:32   #7
 
Aeshadiv's Avatar
 
Reputacja: 959 Aeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwu
Na poczcie Sebastian przeglądnął listy, które miał dziś dostarczyć. Kilka zwykłych korespondencji, nic szczególnego, za wyjątkiem jednej. Tej do Łowickiego. Mógł iść spokojnie bez stresu, że go złapią. Zanosił się na kolejny szary dzień roboczy. Do tego miało lać. Przed wyjściem Poeta westchnął. Nałożył czapkę, wziął parasol i udał się powoli w drogę. Nie chciało mu się dziś wybitnie. Miał skontaktować się co prawda z Łowickim i jedynie to motywowało go do pracy w tym dniu.

Szedł sobie spokojnie wzdłuż Wisły. Połowa objętości jego torby była już w rękach ludzi, do których powinno to wszystko trafić. Zbliżał się powoli do ulicy mostowej. Minęły go dwa niemieckie samochody. Poeta podniósł brwi i ponownie westchnął. Niedawno szkopy wzmocniły czujność. Coś wisiało w powietrzu. Jednak nie pozbawiało to Sebastiana motywacji do dalszych działań partyzanckich. W obowiązku prawdziwego Polaka należało (przynajmniej w mniemaniu Poety) przyczynić się przynajmniej raz w życiu podczas okupacji do uszczuplenia niemieckich sił okupujących nasze ziemie.

Za rogiem czekała go bardzo niemiła niespodzianka. Przystanął w pół kroku, po prostu go zamurowało. Miał złe przeczucia co do tych dwóch aut, jednak nie aż takie. Właśnie ujrzał te same dwa samochody. Serce zabiło mu mocniej, ręce zadrżały.
~ Żeby tylko mnie nie... – modlił się w myślach
- Halt! – to słowo nakazało całej nadziei poklepać Sebastiana po ramieniu i powiedzieć: „Powodzenia”.
Poeta jedynie kiwnął głową na znak, że zrozumiał i spokojnie podszedł do żołnierza niemieckiego.
Cały czas miał złudne wrażenie, że może jednak w jego torbie znajdą coś co pozwoli im go złapać i oskarżyć o walkę w Podziemiu. Bał się, mimo tego, że nie było czego.
Podniósł głową po przejściu kilku metrów. Nie mógł okazać strachu, bo szkop na pewno uznałby to za jakieś podejrzane zachowanie. Musiał uspokoić ręce i oddech. Pulsu mu nie będą sprawdzać. Spokojnie zbliżył się do żołnierza.
- Dzień dobry. – przywitał się i oczekiwał dalszych poleceń nazisty.
 
Aeshadiv jest offline  
Stary 20-09-2012, 17:00   #8
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Reputacja: 9298 Alaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputację


Definicja 3.2:
Pokrycie - Niech "A" będzie niepustą (!) rodziną zbiorów i niech A e "A". Wtedy pokryciem zbioru A nazywamy rodzinę H c "A" taką, że A c UH.

Definicja 3.3:
Zwartość - Przestrzeń jest zwarta wtedy i tylko wtedy, gdy z każdego pokrycia da się wybrać podpokrycie skończone.
Naturalnie przez "przestrzeń" należy rozumieć przestrzeń metryczną d(a,b).

Odpowiadając na pytanie Łamanej: Twoje pytanie dotyczy miary Lesbegue'a. W swoim czasie, jeśli Bóg da, wprowadzę ją.
Przypomnijcie sobie prawa De Morgana. Tak, na tym poziomie dalej są używane.



Miał zdolnych studentów. Szczególnymi predyspozycjami wykazywała się Łamana wybiegająca z programem daleko wprzód.
Gdzie z topologicznej zwartości, spójności i zupełności do miary Lesbegue'a? Przecież jeszcze do przerobienia była równoważność metryk oraz cała prawdziwa Topologia!
Przestrzenie Hilberta, przestrzenie Banacha,...

Uśmiechnął się lekko na wspomnienie Stefana przy wielkiej tablicy uniwersyteckiej, głowiącego się nad zagadnieniem nazwanym obecnie "Przestrzeniami Banacha".
Wielki Stefan Banach. To wielka duma być nauczanym przez tak niezwykły umysł. Teraz nie mógł zrobić nic poza zapisywaniem swych myśli na karteczce chowanej w głębokich, lwowskich skrytkach.

Albert świetnie rozumiał jego sytuację. Całą frustrację wynikającą z zakazów i szwabskie dążenie do wynarodowienia dzieci.


Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz
Ni dzieci nam germanił...!


Musiał zająć się Łamaną. Taki umysł i łatwość dostrzegania matematycznych powiązań nie mógł być stracony!
Rozejrzał się po blacie stołu, z którego wyciągnął kolejny kawałek kartki.


Zajmij się, proszę moimi dzieciakami.
Sprzęgło



Andrzej Mostowski musiał ich poprowadzić. Nie znał bardziej oddanej sprawie osoby. Andrzej da radę, zaś po zakończeniu nauki trzeba Łamaną wysłać do Stanów Zjednoczony.
Ona zasługuje na bezpieczeństwo. Tak jak jego pozostali studenci. I te wszystkie biedne dzieciaki nie znające wolności, starsze pokolenie, które tyle już wycierpiało, a mimo to walczy nadal.

Tak naprawdę, prócz konfidentów nie znajdował ani pół Polaka zasługującego na ubezwłasnowolnienie.

Przez chwilę siedział w bezruchu, wpatrując się w na wpół wypaloną świeczkę - jedyny jasny punkt w bezokiennym pomieszczeniu umożliwiający pospieszne nakreślenie kilku słów do studentów.
Powoli przeniósł wzrok na skrawek papieru o nierównomiernie wydartych krawędziach, gdzie widniały słowa za pomocą kawałka węgla wydobyte z nicości.
Ubrudzone palce zostawiały podłużne, czarne ślady.

Z głuchym pomrukiem bezsilności zacisnął dłoń.


y′ = a(x)y^2 + b(x)y + c(x)


Nie wiedział czemu skojarzyło mu się równanie Riccatiego. Może dlatego, że było nierozwiązywalne bez znajomości warunku początkowego.
Miał wrażenie, że cała wojna to takie równanie, zaś ich warunek początkowy...

Jacek...

Karpiński. Inżynier elektronik i cybernetyk. Informatyk. Z tego, co Wilga wiedział, Mały Jacek znajdował się obecnie pod Urlami w akcji "Sieczychy".
Genialny kretyn.

Po znalezieniu Warunku Początkowego jego autorstwa przez Niemców powinien natychmiast wyjechać, uciekać stąd w dowolne miejsce z dala od Polski i Niemiec.
Najlepiej do USA przez Wielką Brytanię. Tymczasem on został i angażuje się w akcje!

Miał nadzieję, że hitlerowcy są za głupi na odczytanie ich zapisów, lecz wiedział, iż w końcu odszyfrują projekt Jacka, co doprowadzi ich od użycia machiny. To będzie koniec.

Zbliża się Godzina P. Porażki. Przez nich!
Nagle zerwał się na nogi, a rzucone krzesło z trzaskiem wpadło na ścianę.

Ich komórka była niezwykle specyficzna.
Większa część kilkuosobowej grupy zajmowała się jedynie załatwianiem i dostarczaniem części. W jednym miejscu jakiś tranzystor, w innym cynę czy kable.
Pozostała dwuosobowa załoga była odpowiedzialna za intelektualne sedno. Z naciskiem na Jacka, ponieważ Albert był jedynie kryptograficzno-optymalizacyjnym trybikiem.
Wszystkie projekty zostały zapisane wedle kryptograficznych wytycznych Sprzęgła, ale najważniejszym elementem była optymalizacja stosunku mocy do objętości.

Reszta była dziełem Karpińskiego - jedynej osoby rozumiejącej stworzone zapisy.

Przetarł oczy, zastanawiając się co robić. Do kogo napisać, by dowiedzieć się czegoś o umiejscowieniu zarekwirowanych rzeczy?
Musiał coś zrobić!

Kroki...

Odetchnął głęboko, schowany za łóżkiem z pistoletem w dłoni. Jeśli to Niemcy, to i tak nic od niego nie wyciągną, ponieważ nic nie wie... Wie... Wie i to dużo! Albert zna osobę wraz z miejscem przebywania! Jacek wie wszystko!
W jednej chwili postanowił. Wywoła strzelaninę. Zginie lub zabije wszystkich, a wtedy zawiążą mu usta na zawsze.

Przepełniła go fala nagłej irytacji z powodu prowadzonych podchodów. Gra w kotka i myszkę, zaś on grał według ich zasad.
Obrzydliwe.
Nie ma nic gorszego niż głupcy tworzący zasady.

Pukanie. Kolejne puknięcie. I następne.
Odetchnął cicho, bez zwłoki zrywając się na nogi.

-Sprzęgło-powiedział Mirek zza drzwi, zaś Wilga zdmuchnął świeczkę i schował pogniecione kartki wraz z kawałkami węgla do kieszeni.

-Musimy się zbierać. Przenoszą cię gdzieś.

Wysłać listy, skontaktować się z Jackiem, znaleźć i zniszczyć machinę, wykraść lub spalić projekty.
Uchylił drzwi, wyślizgując się z zamieszkiwanego dotychczas pomieszczenia.

-Zajmij się doręczeniem tego. To zostaw w pod prawą stroną konfesjonału w katedrze świętego Floriana-przekazał złożoną na cztery kartkę z wykładem.

-To zanieś do Leopolda Tyrmanda. Tego z Prawdy Komsomolskiej. On będzie wiedział co dalej. Jeśli możesz, oczywiście...
 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 20-09-2012, 21:32   #9
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 14213 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
DOKTOREK, TUNIA, BENIAMINEK, STRYJ


- Dzień dobry, pani no i panowie – Tarcza miał niski, mocny głos.

Transformatorownia, którą wybrał na miejsce spotkania, była po części zniszczona. Trafiona bombą podczas nalotów we wrześniu trzydziestego dziewiątego ucierpiała dość poważnie. Teraz nikt tutaj nie chodził. Budynek mógł zawalić się w każdej chwili.

Spotkali się tutaj w piątkę. Tarcza, Doktorek, Tunia i Beniaminek znali się dość dobrze. Stryj – młody chłopak – był „tym nowym”, ale wyglądał na kogoś, komu można było zaufać. A przynajmniej ufał mu Tarcza, skoro zdecydował się przyjąć go do swojej grupy.

Był z nimi jeszcze Wiesio. Kilkunastoletni wyrostek, który został na czujce. Miał ostrzec ich, gdyby ktoś kręcił się w pobliżu. Co przy takiej pogodzie wydawało się być nieprawdopodobne.

- Mamy nowe zadanie – Tarcza nie należał do ludzi lubiących długie wstępy, owijanie w bawełnę, nie był też typem oratora. Był konkretny i parł najprostszą drogą do celu, jak tankietki, którymi ponoć dowodził.

- Trudne zadanie, ale jestem pewien, że sobie z nim poradzicie. Wyjaśnię, co i jak, a pytania zadacie na końcu. Jak będziecie je mieli.

Zaczęło padać. Usłyszeli szum deszczu i ciurkanie kropel wody wlewających się do ruiny przez wyrwę w dachu.

- Od pewnego czasu szkopy coraz lepiej sobie radzą. Wyłuskują naszych, jednego po drugim. Góra sądzi, że gdzieś są przecieki. I my mamy zająć się pewną poszlaką w tej sprawie. Ale nie bójcie się – uciszył ich potencjalne protesty ruchem ręki. – Wiem, że jesteście żołnierzami nie policjantami. Góra też to wie.

Zagrzmiało. Daleko.

- Nad sprawą pracowało dwóch ludzi. Obaj są już w rękach gestapo. Możliwe, że już pracują nad nimi kaci na Szucha. Wiecie, jakie to ryzyko. Problem polega na tym, że w mieszkaniu tej dwójki znajdują się cenne dokumenty. W skrytce, w łazience pod podłogą. Jest szansa, że Szwaby jeszcze jej nie znaleźli. Ale też ryzyko, że obserwują mieszkanie. Trzeba działać szybko, ale z głową. Musicie się podzielić. Asekurować wzajemnie. A jeśli trzeba to zrobić jakąś dywersję, która odciągnie potencjalnych obserwatorów. Tutaj macie adres – podał im karteczkę z namiarami na spalony lokal. – Zapamiętać i zniszczyć.

Znów zagrzmiało.

- Rzeczy ze skrytki jedno z was dostarczy do punktu kontaktowego na Różanej.

Znali ten punkt. Cała czwórka. Zakład szewski. Idealny punkt.

- Hasło: Przyniosłem czerwone buty mojej ciotki, jak rozmawialiśmy. Te do tańca. Właściciel będzie wiedział, co zrobić z pudełkiem i komu je przekazać. Dobra. Teraz py....

- Szwaby! – krzyk Wiesia przerywa Tarczy w pół słowa. – Szwaby tu idą!

Chwila paniki.

- Dwie ciężarówki z żołnierzami. Zaraz zamkną kordon!

- Ruszamy! – oczy Tarczy zalśniły twardym blaskiem.

Wskazał jedną z dziur w budynku.

- Dwójkami! Każda w inną stronę! Ja z Wiesiem!

Nie mogli marnować więcej czasu. Już nawet oni słyszeli nawoływania żołnierzy okupanta. Naziści byli coraz bliżej.


SPRZĘGŁO




Na dole czekała riksza. Najlepszy środek transportu w okupowanej Warszawie. Najpopularniejszy. Poza tramwajem.

- Waldek zawiezie cię na miejsce – Mirek uścisnął dłoń koledze. – Uważaj na siebie.

Sprzęgło zajął miejsce pasażera, a Waldek zaczął pedałować.

Jechali w milczeniu. Ulice miasta były dość puste, prawie wyludnione. Pogoda albo łapanki wygoniły ludzi z ulic. A może jedno i drugie. W sumie o tworzyło logiczny ciąg przyczynowo – skutkowy.

- Szkopy gdzieś się śpieszą – zauważył Waldek, kiedy o mało nie wpadli na konwój złożony z dwóch ciężarówek pełnych żołnierzy oraz prowadzącego ich samochodu z oficerem.

Faktycznie. Wyglądało na to, że gdzieś szykowała się łapanka, albo ... albo ktoś miał poważne kłopoty.

Skręcili w boczną ulicę , przejechali jeszcze kawałek i zatrzymali się przed jedną z bram.

- Oficyna po lewej stronie. Mieszkanie numer 11. Właścicielce powiedz, że jesteś tym mechanikiem ze wsi. Wszystko ci powie. Serwus.

Chwilę później riksza podskakując na kocich łbach skryła się za rogiem.

Sprzęgło ruszył podniszczony podwórkiem. Wszedł w oficynę i bez trudu odnalazł drzwi z numerem 11.

Zapukał.

- Kto tam? – usłyszał po chwili pytanie zadane kobiecym głosem.

- Mechanik ze wsi.

Drzwi otworzyły się i stanęła w nich młoda, ładna, dziewczyna.

- Proszę – zrobiła przejście. – Niech pan wejdzie. Jestem Eliza. Napije się pan czegoś. A może jest pan głodny. Właśnie podgrzewałam zupę. Szczawiową.

- Kto to? – z głębi mieszkania dało się słyszeć wołanie starszej kobiety.

-Mój ... znajomy, babciu – odpowiedziała Eliza. – Mówiłam ci o nim.

Przeszli w głąb mieszkania. Do kuchni. Eliza wskazała miejsce.

- Ma pan tutaj zostać dwa, może trzy dni. Mamy dla pana nowe dokumenty. Od teraz będzie pan nazywał się Andrzej Kotkowski. Jest pan szklarzem. To jak? Chce pan tej zupy?

Nim Sprzęgło zdołał odpowiedzieć z drugiego pokoju znów doleciał głos staruszki.

- Chcę go zobaczyć, Eliza. Tego kawalera.

- Pozwoli pan? – Na twarzy Elizy pojawił się niechciany rumieniec.

Chyba była zażenowana i odrobinę skrępowana tą sytuacją.


POETA



- Kennkarte! – szorstki głos nazisty nie pozostawał złudzeń, co do intencji Szwaba.

Sebastian podał dokument widząc, jak inny żołnierz staje w takiej pozycji, z której łatwiej będzie mu sięgnąć po broń. Niedobrze.

Serce Wioślarza bije mocno. Żołnierz podziemia próbuje uspokoić rozszalałe zmysłu. Nawiązać kontakt wzrokowy z nazistowskim żołdakiem, ale natrafia jedynie na szare, nieprzyjazne i podejrzliwe spojrzenie.

Żołnierz sprawdza dokumenty.

- Tasche! – wskazuje ręką torbę listonosza. – Öffnen!

Sebastian pokazał torbę z listami. Nazista przez chwilę nieufnie sprawdził jej zawartość.

W czasie, kiedy Poeta poddawany był kontroli z bramy wyszło kilku Niemców prowadząc pomiędzy sobą starszego Łowickiego. Przez chwilę spojrzenie likwidatora i łącznika spotkały się. Wzrok aresztowanego był twardy, skupiony, nawet kiedy któryś z Niemców pchnął go brutalnie w stronę czekającego samochodu.

- Gehen! – powiedział kontrolujący Sebastiana żołnierz. – Iśdź! – powtórzył po polsku z koszmarnym akcentem.

Sebastian nie czekał. Obserwując ruszający samochód i zbierających się Niemców poszedł dalej ulicą.

Bicie serca uspokoił dopiero przy kolejnej przecznicy.

Zdawał sobie sprawę z tego, że jest spalony. Że to tylko kwestia czasu, nim katowany Łowicki wyśpiewa, co wie. A wtedy Niemcy poszukają listonosza, któremu starszy łącznik przekazywał rozkazy.

Poeta znał jednak procedury na taki wypadek. Zerwać wszelkie kontakty. Dać znać swojemu bezpośredniemu przełożonemu. Porucznikowi noszącemu ksywkę Cichy. Skrzynka kontaktowa znajdowała się w kościele świętego Jana. Wiadomość przekazywano przez księdza Janusza podczas spowiedzi. Mogło jednak potrwać nawet kilka godzin, nim Cichy otrzyma informację i odpowiednio zareaguje.

Zaczęło padać.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 20-09-2012 o 22:08.
Armiel jest offline  
Stary 22-09-2012, 18:10   #10
 
Pinhead's Avatar
 
Reputacja: 199 Pinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie coś
Konstantym gdy w końcu stanął twarzą w twarz ze słynnym dowódcą czuł się bardzo skrępowany. Czuł się na tyle niepewnie, że nie wiedział do końca jak ma się przywitać. Czy odpowiednie będzie tradycyjne wśród jego kolegów "serwus", czy może harcerskie "czuwaj", a może żołnierskie "czołem" W końcu wybąkał obojętne emocjonalnie i najbardziej formalne "witam"
Dowódca okazał się bardzo konkretnym człowiekiem. Od razu przeszedł do sedna. Konstanty ani nie został przedstawiony, ani nie zapytano go o nic. W sumie spodziewał się jakiegoś rodzaju egzaminu, czy też kontroli. Nic takiego nie się nie stało. Zamiast tego posypała się garść informacji. Zadanie. Ważne i trudne zadanie. Umysł chłopaka chłonął każde słowa, jak gąbka wodę.
Przeciek. Dwóch ludzi aresztowanych. Skrytka. Cenne dokumenty pod podłogą w łazience w mieszkaniu na Mariensztacie, na Bednarskiej. Odzyskać dokumenty. Być może potrzeba zorganizowania dywersji.
Zadanie naprawdę trudne i odpowiedzialne. Konstanty żałował, że nie ma z nim Moniki. Ona zawsze zachowywała spokój i rozsądek, a on zaczął już panikować. Co prawda był w grupie chyba najmłodszy i nowy. Reszta wyglądało na to, że się zna i to pewnie nie na nim spocznie obowiązek planowania akcji. Mimo wszystko i tak czuł rosnącą nim wielki wrzód, ciężar odpowiedzialności. Rozkaz to rozkaz. Nie było od niego odwołania.
Cień strachu padł na Konstantego. Wzmógł się on, gdy chłopak stojący na czujce krzyknął:
- Szwaby!
Szybka reakcja "Tarczy" i równie błyskawiczne rozkazy.
- Dwójkami! Każda w inną stronę! Ja z Wiesiem!
Wzrok "Tuni" skrzyżował się spojrzeniem "Doktorka" Dla Konstantego było jasne, że w tym sposobem on skazany jest na ucieczkę razem z najstarszym pośród nich. Może to i dobrze. Pewnie ten mężczyzna ma spore doświadczenie. Chłopak tylko spojrzał na niego niepewnie i cichym głosem spytał:
- To dokąd biegniemy? Do parku, czy nad rzekę?
 
__________________
Wakacje - poza siecią prawdopodobnie do 14.09
"Zastanawiałeś się, czemu piekło ma bram siedem i dni w tygodniu jest siedem..." Martwy Snajper
"We have such sights to show you" - Hellraiser

Ostatnio edytowane przez Pinhead : 22-09-2012 o 18:21.
Pinhead jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:53.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166