Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 10-11-2012, 10:24   #1
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 10277 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
SERCE TAJGI [ZEW Cthulhu 18+]

SERCE TAJGI


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=Zqk1KDIaAZU[/MEDIA]

Śnieg skrzył się miriadami iskierek w blasku księżyca. Drzewa, pradawne i odporne na mrozy, trzeszczały w objęciach lodowatej nocy. Wszystko wokół, cała tajga, wydawały się być uśpione, wyludnione, wymarłe. Jakby zamarły w oczekiwaniu na coś, co miało się zdarzyć, przyjść, nadejść.

Nocną ciszę, przerywaną tylko zawodzeniem podmuchów wiatru, trzeszczeniem śniegu i drzew, przerwało nagle głośne, straszliwe wycie. Potężne zawodzenie, które nie było jednak wilczym zewem, przeszyło tajgę, a potem ucichło.

Za linią drzew znajdowały się śliskie od lodu skały. Kości tajgi. Jej opoka. Coś poruszało się na nich. Powoli, lecz zwinnie. Jakiś kształt. Potężny. Prawie ludzki.

Stworzenie zatrzymało się. Zadarło łeb w górę i – kiedy sierp księżyca wyłonił się spoza chmur – zaryczało ponownie. Ze smutkiem. Prawie ludzkim. I gdyby kto ś mógł usłyszeć ten zew, mógłby nawet poczuć przez chwilę wzruszenie.


* * *



Boston obiegła sensacyjna informacja. Za tydzień znany podróżnik i osoba uważana przez kręgi naukowe za dziwaka i wyrzutka spośród „prawdziwych” naukowców, doktor B. E. Chance, przedstawi w klubie „Zapomnianej wiedzy” swoją najnowszą prezentację dotyczącą stworzenia, którego ludzie nazywają „yeti”.

Samo miejsce, w którym odbyć się miał wykład, dobitnie świadczył o tym, jak bostoński świat naukowy podchodził do takich „naukowców”, jak doktor Chance. Żadna szanująca się uczelnia w mieście nie zamierzała tracić czasu na rozmowy z człowiekiem, którego nazwiska od dłuższego już czasu nie pojawia się nawet w monografii przewodników naukowych. Do „Zapomnianej wiedzy” chodzili ludzie, którzy zajmowali się takimi zjawiskami jak: spirytyzm, nawiedzenia, parapsychologia i równie „poważne” i „naukowe” dziedziny wiedzy.

Niemniej jednak w Bostonie znaleźli się również tacy, którzy doktora Chance uważali za przyjaciela. Uważali za niezłomnego człowieka czynu, który nie szczędził sił, zdrowia, środków na to, by pokazać światu niedowiarków, że gdzieś tam, za ich wygodnym życiem, znajduje się inny świat. Pradawny, zapomniany i mroczny. Świat niewyobrażalnych tajemnic, które – ujawnione – mogły zmienić ludzkie pojmowanie rzeczywistości na wielu płaszczyznach: fizyki, chemii, biologii no i przede wszystkim religii. Ale świat nie był jeszcze na takie odkrycia gotowy i to dlatego takie osoby, jak doktor B.E. Chance były pariasami w gronie naukowców.

Ale na świecie żyli też ludzie podobni do doktora B.E. Chance. Tacy którzy, gdyby tylko los dał im taką szansę, bez wahania ruszyliby za doktorem na jego wyprawę w poszukiwaniu nieznanego.

* * *

Sala prelekcyjna klubu „Zapomniana wiedza” została zaadaptowana tak, aby zapewnić możliwość uczestnictwa wielu chętnym. Krzesła z wysokimi oparciami ustawiono w dziesięciu rzędach po dwanaście sztuk w jednym z nich. Na podwyższeniu ustawiono stół dla prelegenta i tablicę, aby doktor B. E. Chance mógł coś zapisać, gdyby naszła go taka ochota podczas prelekcji. Wnętrze sali pachniało świeżą pastą do podłóg, a naścienne boazerie lśniły tak, jak należy.

Jeśli organizatorzy liczyli, że wykład doktora B. E. Chance'a przyciągnie tłumek zainteresowanych ludzi, to mocno się zawiedli. Kiedy wybiła godzina, o której wykładowca miał rozpocząć prelekcję, pomieszczenie nawet nie wypełniło się do połowy. A jeśli ktoś poświęciłby chwilę na przestudiowanie przybyłych słuchaczy, szybko zorientowałby się, że niemały ich procent stanowią wszelkiej maści dziennikarze i pismaki.

B. E. Chance jednak nie przejął się tym wcale. Wyszedł na podwyższenie, stanął za stołem i potoczył po zgromadzonych ludziach uważnym spojrzeniem. Ci, co go znali, wiedzieli, że doktor Chance odbiega daleko od standardów szacownych naukowców akademickich. Był potężnym mężczyzną – mierzył ponad metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu, miał szerokie bary i zarośniętą twarz, poczerwieniałą od mrozów i trudów podróży badawczych.

Ubrał się równie mało oficjalnie. Co prawda nałożył na siebie zarówno marynarkę i jasną koszulę, ale nie dodał do tego żadnego krawatu, co w pewien sposób skreślało go w oczach wielu przywykłych do konwenansów społecznych ludzi, jako osobę wiarygodną.

- Witam serdecznie tych wszystkich, którzy przyszli na to spotkanie – zaczął doktor B. E. Chance mocnym, donośnym, pasującym do postury głosem. – Witam zarówno moich przyjaciół i sympatyków, jak również wrogów i ludzi, którzy uważają mnie za oszusta, szarlatana czy wręcz szaleńca. Wiedza bowiem, którą się zajmuję od kilkunastu lat, czyli krypto-zoologia nie jest czymś, co skostniałe kręgi naukowe nazywają nauką. Ale, mam nadzieję, że po tym spotkaniu przynajmniej część z państwa mi nieprzychylnych zmieni odrobinę swoje nastawienie.

Doktor podszedł, w blasku magnezowych fleszy, to tablicy i napisał na niej dwa słowa.

DRYOPITECUS GIGANTEUS.

- Dryopithecus giganteus – powtórzył Chance głośno. – Zwany różnie przez pasjonatów śledzących jego pojawianie się. Yeti. Wielka Stopa. Człowiek śniegu. Wendigo. Sasquatch.

Wstrzymał na chwilę oddech.

- Znamy wiele historii na jego temat - kontynuował po tej pauzie. - Badacze historii naturalnej tacy, jak na przykład znany wszystkim Jonas Standing, twierdzą, że to nasz daleki przodek. Potężny kuzyn homo erectus i nas, homo sapiens sapiens, który zagubił się podczas ewolucji. Powędrował w stronę gałęzi człowieczeństwa, której istnienie niechętnie uświadamiamy sobie coraz bardziej.

- Bzdury, doktorze Chance – niespodziewanie głos zabrał znany w bostońskich kręgach naukowych profesor Nathan Dampsey, który podniósł się z krzesła. – Te, jak pan powiada dowody, to tylko opowieści prymitywnych szamanów i osobników, których wiarygodność pozostawia wiele do życzenia.

- Profesorze Dempsey – Chance spiorunował antagonistę wzrokiem. – Z tego co wiem, nie pozwala pan swoim studentom i doktorantom na przerywanie toku pana wypowiedzi. Proszę więc uszanować moje prawo głosu, jako prelegenta.

Skarcony profesor niechętnie zajął miejsce, z którego wstał.

- Dziękuję – Chance najwyraźniej nic sobie nie robił z tego incydentu. – A teraz przedstawię państwu kilka interesujących faktów na temat naszego kuzyna, Dryopithecus giganteus.

Po tym zapewnieniu doktor B.E. Chance przybliżył zgromadzonym słuchaczom wiedzę na temat znalezisk dotyczących yeti. Zrelacjonował relacje himalaistów. Przybliżył opowieści ludów zamieszkujących Tybet. Indian amerykańskich. Dla ludzi, którzy interesowali się zagadnieniem fenomenów krypto-zoologii wykład Chance był ... nudny. Po prostu. Tym, którzy tematyki nie znali mógł – rzecz jasna – wydawać się ciekawy i porywający, bo mocny głos doktora łatwo zjednywał uwagę słuchaczy. Ale dla ludzi lepiej wykształconych w wykładzie nie było niczego atrakcyjnego i musieli to przyznać nawet ci, którzy doktora B. E. Chance uważali za przyjaciela. Z przykrością można było zauważyć, że część zniechęconych kierunkiem, w jakim zmierza prelekcja słuchaczy najzwyczajniej w świecie opuściła salę.

- A teraz, po przedstawieniu państwu tych mało udokumentowanych, lecz ważnych dowodów, chciałbym pokazać coś, co powinno przekonać niedowiarków, że dryopithecus giganteus istnieje i ma się dobrze, ukryty z dala od nas, wścibskich krewniaków.

W potężnych palcach wykładowcy pojawił się jakiś przedmiot.

- Oto jeden z dwóch niezbitych dowodów, jakie zdobyłem podczas mojej ostatniej wyprawy.

Przedmiotem, który pokazał doktor był – jak łatwo można było się zorientować ząb. Wyglądał jak ludzki, ale nawet w masywnych dłoniach B. E. Chance'a wyglądał na potężny.

- Hahahahaha – zaśmiał się profesor Dempsey. – To wszystko, doktorze Chance. Na dowód istnienia urojonego stworzenia pokazuje nam pan ząb któregoś z naczelnych? Prawdopodobnie goryla.

- To nie jest ząb goryla, profesorze – zagrzmiał Chance. – Ani, co więcej, znalezisko archeologiczne. Ten kieł, zdaniem biegłych, którzy dokonywali na nim testów, liczy sobie zaledwie kilkanaście lat! I pochodzi z paszczy dryopithecus giganteus. Pasuje do kłów znalezionych w 1900 roku przez naszego zacnego poprzednika, Jonasa Standinga. Tylko ząb znaleziony przez Standinga pochodził sprzed kilkudziesięciu tysięcy lat, a ten ma ich najwyżej kilkanaście. Chyba nawet ktoś taki, jak pan, profesorze Dempsey, wie co to oznacza dla nauki.

- Dla nauki, doktorze Chance, taka osoba jak pan to absolutny wstyd – profesor Dempsey skierował się w stronę wyjścia. – Zmarnowałem dość czasu dla tej pana farsy, którą nazywał pan wykładem, a która miała poziom referatu ucznia szkoły średniej. Niezbyt przykładającego się do swojej pracy, nawiasem mówiąc. – Na zakończenie dostaję pokaz kła niedźwiedzia lub goryla. Jeśli to miał być żart, panie Chance, to wyjątkowo marny.

Nie czekając na odpowiedź profesor Dempsey wyszedł z sali, a za jego przykładem postąpiło jeszcze kilku zdegustowanych uczestników prelekcji.

- Niech idą – powiedział B. E. Chance. – Nie zależy mi na oklaskach, a jedynie na ukazanie prawdy otwartym na nią umysłom. Nie mamy tutaj do czynienia z mistyfikacją. Nie jestem głupcem, za jakiego chciałby mnie uważać profesor Dempsey. Ten ząb jest tylko przystankiem do głównego celu, szanowni państwo. Za niespełna rok świat dowie się prawdy. Już ja się o to postaram.

- To wszystko, szanowni państwo. Teraz, zgodnie z ustaloną przez organizatorów agendą, kwadrans na wasze pytania.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 10-11-2012 o 21:37.
Armiel jest offline  
Stary 13-11-2012, 17:46   #2
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 23575 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
- North Station! Boston North Station!
Czarnoskóry konduktor przechodził z wagonu do wagonu, powtarzając swoje zawołanie.
- North Station za dziesięć minut!

Dość wysoki, szczupły mężczyzna, spoczywający w wygodnym fotelu pulmanowskiego wagonu pierwszej klasy nie wyglądał na takiego, który by się przejął tym komunikatem. W końcu założenie płaszcza i kapelusza, tudzież wzięcie nesesera nie powinno mu zająć zbyt wiele czasu. Można sobie ze spokojem siedzieć i czekać na zatrzymanie się pociągu.

W końcu pociąg zwolnił i, z szarpnięciem, zatrzymał się na stacji.
Nie spiesząc się Ian wysiadł z pociągu. Skinął na bagażowego. Po chwili wózek wiózł jego bagaże w stronę postoju taksówek.


Dworzec nie zmienił się przez pół roku jego nieobecności. I można było sądzić, że skoro tu się nic nie zmieniło, to i, zapewne, i reszta miasta stała tak, jak dawniej.
Kupiwszy od gazeciarza najnowsze numery “Boston Herald”, “Boston Globe”, “Christian Science Monitor” i liczący sobie prawie pół miesiąca “Atlantic Monthly” wsiadł do taksówki.
- Merriam Street - zadysponował.

Po kilkunastu minutach samochód zatrzymał się przed niewielką willą położoną dość daleko od centrum.


W środku w zasadzie nic się nie zmieniło.
Jedyną różnicę stanowił stosik listów, czekających na cierpliwie na przybycie adresata. Oczywiście stos nie liczył sobie pół roku. Góra dwa tygodnie, jeśli oczywiście Anne stanęła na wysokości zadania i od czasu do czasu zajęła się korespondencją. Ale siostra była nadzwyczaj odpowiedzialna i raczej nie należało sądzić, by zaniedbała ten drobny obowiązek.
Zostawiwszy rozpakowanie bagaży w rękach Jeveesa Ian rozsiadł się w fotelu i, zjadłszy małe co nieco zabrał się za przeglądanie listów.
Zaproszenie na bal, prośba o pożyczkę, kolejna prośba, zaproszenie, prośba od wydawcy, zawiadomienie z klubu, wyciąg z banku, zaproszenie na ślub kuzynki Emily, informacja o przyjęciu zaręczynowym...
Trzeba będzie sprawdzić zapas garderoby. Nawet najbardziej ekscentryczny członek rodu Weldów powinien dbać o pewne formy.
Sięgnął po telefon.


- Anne? Witaj, siostrzyczko. Będziesz miała wieczorem czas? Omówilibyśmy kilka spraw rodzinnych. Śluby się szykują, jak widziałem...
- Lepiej się zjaw dzisiaj w rezydencji, Ian, bo inaczej parę osób się obrazi - odparła Anne. - Skoro wróciłeś, to nawet nie próbuj się nie pojawić.
Ian skrzywił się. Prawdę mówiąc wolałby odespać podróż, niż nudzić się na balu, ale cóż można było zrobić.
- Będę z pewnością - odparł.

Zostało jeszcze kilka listów, z których tylko jeden wywołał większe zainteresowanie Iana. Napisany na maszynie tekst głosił:
Dr B. E. Chance zaprasza na wykład...
Był jeszcze ręczny dopisek:

Drogi Ianie,
mam nadzieję, że wróciłeś już z tej swojej Kanady i się zjawisz.
B.E.


Ian sprawdził datę. I godzinę. Wyglądało na to, że wrócił do domu w samą porę.

- Jeeves? Wychodzę za godzinę. Gdyby mnie kto szukał, będę w “Zapomnianej wiedzy”. A wieczorem mam być na przyjęciu w Rezydencji.
- Frak będzie gotowy, proszę pana - padła odpowiedź.

***

Idąc do “Zapomnianej wiedzy” na szczęście nie trzeba było wkładać fraka czy smokingu. Wystarczy zwykły garnitur.
- Taksówka będzie za pięć minut - poinformował niezawodny jak zawsze Jeeves. Sprawdził, czy jego pracodawca jest odpowiednio odziany i otworzył drzwi.

***

Dyskusja w “Zapomnianej wiedzy” nie obfitowała w zbyt wiele atrakcji. Przedstawione przez B.E. dowody równie dobrze mogły nie mieć żadnej wartości. A mogły też oznaczać, że Chance ma prawdziwego asa w rękawie i, jeśli wszystko dobrze pójdzie, w nie tak znowu odległym czasie położy na łopatki swych utytułowanych oponentów.
Problem polegał na tym, że B.E. nie zechciał nic więcej powiedzieć na ten temat, może nie chcąc się dzielić swymi planami w aż tak szerokim gronie, do którego należało nie tylko kilku dziennikarzy, w tym osławiony Peter Jennings z “Wiadomości porannych”, zwanych przez wiele osób “Szmatławcem porannym”. Jaką sensację wietrzył tutaj reporterzyna? Trudno było to jednoznacznie powiedzieć. Bez wątpienia w “Wiadomościach” pojawi się informacja o yeti (naukową nazwę Jennings poda z pewnością, by uwiarygodnić najbardziej nawet fantastyczną informację), okraczona paroma nazwiskami poprzedzonymi tytułami i odpowiednio podkoloryzowanym występem panny Michalczewsky.
Czego jak czego, ale braku fantazji zarzucić Jenningsowi nie można było.

Gdyby nie przyjęcie, może by się udało Ianowi porozmawiać z Chance’em po skończonym wspólnym spotkaniu. Ale skoro do prelegenta ustawiła się cała kolejka osób, które miały zamiar zająć doktorowi czas, to dla Iana zabrakło tam miejsca, bowiem czasem w nadmiarze Ian nie dysponował, przynajmniej w dniu dzisiejszym.

- Proszę o mnie pamiętać przy kompletowaniu zespołu - powiedział Ian cicho, ściskając doktorowi dłoń na pożegnanie.
Pożegnawszy się ze znajomymi Ian wyszedł.

***


Rezydencja tętniła życiem.
Samochody i powozy co chwila przywoziły przedstawicieli bostońskich wyższych sfer, chcących wziąć udział w zaręczynowym przyjęciu jednej z najmłodszych latorośli rodu Weldów.

Ian poczuł się jak syn marnotrawny, wracający na łono rodziny, bowiem znaczna część rodziny poświęciła mu zdecydowanie zbyt wiele zainteresowania. Na szczęście główni bohaterowie uroczystości, kuzynka Sarah i William Coffin (z tych Coffinów, założycieli miasta, podobnie jak i Weldowie), nie mieli żadnych pretensji do Iana.


Przyjęcie rozwijało się w najlepsze. Każdy chciał rozmawiać z każdym, a Ian również znalazł się w kręgu zainteresowań osób w różnym wieku i płci. Mimo tego udało mu się wygospodarować nieco czasu i zaszyć się z Anne w położonym na uboczu saloniku, by zdobyć o sprawach rodzinnych (i nie tylko) garść informacji z pierwszej ręki. Obiektywnej (jak wiedział) ręki.

Do domu wrócił dość późno.
Lub wcześnie - wszystko zależało od punktu widzenia.
 
Kerm jest offline  
Stary 16-11-2012, 08:56   #3
 
Tom Atos's Avatar
 
Reputacja: 4254 Tom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputację
Kawiarnia ”7th Haeven” była najbardziej lubianym przez Jamesa jeszcze z czasów studenckich miejscem spotkań. Blisko MIT była odwiedzana zarówno przez studentów, jak i pracowników naukowych uniwersytetu. Ściany kawiarni ozdobione wszelkiego rodzaju utensyliami awiacji sprawiały, że James czuł się tu swojsko. Z resztą niektóre z fotografii i gratów przyniósł tu sam. Ku wyraźnemu zadowoleniu Joe Nobile. Właściciela kawiarni, który twierdził, że jest krewnym słynnego włoskiego lotnika Umberto. Ponoć pochodzili z tej samej wiochy koło Neapolu.

James lubił Joego, ale już mu zaczynał działać na nerwy. W kółko opowiadał o tym o czym Mac już wiedział, że w maju Umberto przeleciał na sterowcu „Norge” nad biegunem północnym. Delikatne uwagi że Nobile nie był sam, a Amundsenem też był na pokładzie, a Norwegów było tylu samo co Włochów makaroniarz tylko zbywał wzruszeniem ramion.
Widać bufonada była cechą wszystkich Nobile.

Właśnie kończył dopijać kawę, gdy od strony Berkeley Sreet nadszedł jego gość. Sam pan doktor James Harold Doolittle.


- Cześć doktorku. – rzucił niedbale Mac wstając i wyciągając rękę w stronę Jimmiego.
- Cześć wyrobniku. – odparł tamten z uśmiechem. – Co Cię skłoniło do odwiedzenia starych śmieci? Henry Ford chce żeby jego model T latał?
- Żeby tylko. Zakłada w Brazylii Fordlandię.
- Serio?
- Tak. Chce mieć własne źródło kauczuku. Wpakował w to sporo kasy i tnie koszty. No i tu dochodzimy do sedna sprawy. Jak zrobić skrzydło do Ford Trimotora nie z duraluminium, tylko stali manganowej. –
przeszedł Mac do konkretów.
- Ha, ha, ha. A może lepiej z ołowiu? Chcesz tanio zrób ze sklejek i ceraty.
- Oj, przestań Jimmy. Wkurzasz mnie. Wiesz że ma być cały metalowy. –
Mac wyciągnął zieloną paczkę Lucky Strike’ów.
- Dobra, dobra. Nerwowy się zrobiłeś. Może powinieneś sobie zrobić wakacje, a w czym problem?
- Mam ku..a wakacje. Ford zamknął projekt na pół roku. –
stwierdził ciągle zdenerwowany. – Jak to z czym? Kąt skosu Trimotora. Doszliśmy do 65 stopni. Pokarzę Ci.
Mac wyciągnął z teczki obliczenia i po chwili obaj mężczyźni zagłębili się w dyskusji, która mogła być interesująca tylko dla kogoś znającego się na inżynierii lotniczej.

Było już późno, gdy Mac rzucił okiem na zegarek.
- Szlag. Wybacz Jimmy muszę lecieć. Wujaszek B.E. ma prelekcję o Yeti.
- Pogadam z Bobem Goddardem. Może on coś wymyśli. –
rzucił Doolittle w ogóle nie zdziwiony wiadomością o Człowieku Śniegu. Znał dziwactwa Chance'a – Wpadniesz do nas na kolację? Alicja by się ucieszyła.
- Nie obiecuję. Nie wiem kiedy pogadanka wujaszka się skończy, ale będziemy w kontakcie. – odparł MacDougall pocierając czoło ręką.
- Mac. O tych wakacjach mówiłem serio. Naprawdę powinieneś wyjechać. Oderwać się. – powiedział z troską w głosie Jimmy.
- Pomyślę. No muszę już lecieć. – mężczyźni uścisnęli sobie mocno dłonie i Mac wyszedł na ulicę. Przy krawężniku zaparkował swój motor. Założył pilotkę, odpalił silnik i ruszył.


***

W trzecim rzędzie cokolwiek z boku siedział dość dziwacznie ubrany mężczyzna. Z wyglądu był młody, tak jakoś przed trzydziestką. Czarne włosy miał posmarowane brylantyną, a jego bystre ciemnobrązowe oczy uważnie wpatrywały się w trzymany na kolanach notatnik. Miał na sobie ciemną, dość elegancką marynarkę i modny krawat, jednakże jego gustowny ubiór kończył się w pasie. Niżej miał zakurzone bryczesy i podniszczone brązowe buty z wysokimi cholewami, które ciasno opinały jego łydki. Na oparciu krzesła, które zajmował wisiała czapka pilotka i lotnicze gogle, oraz torba. Taka jaką zwykle używali motocykliści.

Z początku przysłuchiwał się prelekcji doktora, jednak gdy doszło do wolnych pytań wyciągnął notatnik i zaczął coś zapisywać. Mrucząc czasami pod nosem. Przerwał dopiero, gdy doszło do niego zdjęcie łapy stwora. Przyjrzał się fotografii i zamruczał do siebie:
- A może delta?
Po czym przewrócił stronę notatnika i zaczął przerysowywać wizerunek szponów. Gdy skończył schował wszystko do torby i podniósł rękę.
- Panie doktorze. - zawołał - Zdaje się, że parę osób w tym ja, chcielibyśmy porozmawiać z panem na osobności. Czy możemy zatem zakończyć część oficjalną? Oczywiście jeśli nie ma więcej pytań dotyczących prelekcji.
Był cokolwiek już zmęczony tym medialnym szumem. Po za tym chciał się normalnie przywitać, a nie zwracać się do B.E. per “panie doktorze”.

- Dobry pomysł - ucieszył się doktor B.E. Chance najwyraźniej nie mogąc najwyraźniej powrócić do rytmu prelekcji po incydencie wywołanym przez pannę Michalczewską. - Co prawda nie przewidywałem takiego spotkania, ale, jeżeli gospodarze “Wiedzy” pozwolą, myślę że dyskusję można przenieść do klubu.

Stwarzało to jednak pewien problem, o którym doktor Chance najwyraźniej zapomniał. W takich spotkaniach, w klubach, raczej mężczyznom nie towarzyszyły kobiety. Było to co najmniej niestosowne.
 
Tom Atos jest offline  
Stary 16-11-2012, 19:08   #4
 
Szamexus's Avatar
 
Reputacja: 94 Szamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znanySzamexus wkrótce będzie znany
Na dzisiaj umówił się, że będzie pracował na pierwszą zmianę. Od kilku dni nie mógł się doczekać dzisiejszego dnia, a powodem było spotkanie z dr. Chance i jego prelekcja w „Zapomnianej wiedzy”. Od kiedy przeniósł się do Bostonu i zaczął pracę w dokach portu, wizyty w tym klubie oraz w czytelni były jego ulubioną rozrywką intelektualną. Tam odnajdywał wspomnienia swoich górskich przygód i wypraw. Tam tez mógł spotkać ludzi choć w jakiejś części parających się tym co lubił przyrodą gór, samymi górami i ich tajemnicami. Jeszcze w Polsce w Towarzystwie Tatrzańskim, organizacji niewątpliwie będącej pionierską w Europie, miał okazję w praktyce i również w teorii krzewić i rozwijać turystyką górską. Niezrealizowane plany wspaniałej górskiej wyprawy na MtKinley zatrzymały go w tym portowym mieście. Ciężko pracował w porcie który przeżywał swój rozkwit w związku z dobre rozwijającym się w tym czasie w Bostonie przemysłem włókienniczym.

W związku z dzisiejszym wydarzeniem czuł się podekscytowany od rana. Ostanie spotkanie i doktorem i jego zainteresowanie fotografią górską Henryka i historiami jakie opowiadał o Tatrach zachęcały do spotkania tego człowieka raz jeszcze. Poza tym zdążył już zaznajomić się z opinią o doktorze Chance jako człowieku o nieco oryginalnym podejściu do nauki ale również podróżniku co zapewne najbardziej interesowało Henryka.
- Zostaw to Henry. Ja skończę już te paczki. Krzyknął Bob, Amerykanin pracujący razem z Henrykiem. Miły facet i uczciwy.
- Dziękuję. Polecę się przebrać i biegnę żeby zdążyć. Opowiem Ci wszystko! Z uśmiechem odparł Henryk i ruszył do szatni. Dzisiaj do portu przybył ogromny pasażerski transportowiec, Leviatan. Robił wrażenie zawsze jak przybijał do portu. Henryk na te transatlantyckie statki spoglądał z tęsknotą nieco za swoim Zakopanem i tatrzańskimi kolibami. Co raz częściej rozważał powrót, barierą były pieniądze bo albo wróci do domu i zaprzepaści zapewne szanse na realizację wspinaczkowego celu albo nadal będzie zbierał pieniądze ale tęsknił za domem. W tym już kilkuletnim trwaniu pomagały mu listy od przyjaciela. Jan Bachleda, jego druh od wspinaczki i pionier narciarstwa w swoich listach dodawał mu sił i wiary w ostateczny sukces w realizacji postawionego celu. W ostatnim liście przysłał mu fotografię z przyjaciółmi z jednej z tatrzańskich wypraw.

Wyjął z kieszeni marynarki i zerknął, uśmiechnął się widząc Jana, Władka i Romka. To były czasy, westchnął, po czorta chciałem więcej … pomyślał.
Dzisiaj celowo ubrał się nieco wyjściowo, na tyle ile tolerował, miał marynarkę i koszulę flanelową. Przy wyjściu z Portu spotkał jak zwykle o tej porze człowieka wożącego dostawy do marketu w mieście. Zwykle człowiek ten zabierał Henryka swoim wozem dostawczym. I tym razem zabrał się z nim. Pomimo, że jechał nie pierwszy raz to jednak nie był entuzjastą tych automobili, nie raz przejazd przez skrzyżowania był stresujący. I tym razem chyba myślami spowodował kraksę. Przed nimi, dosłownie kilka chwil na ich oczach miał miejsce wypadek. Tłum ludzi zebrał się natychmiast. Jakiś mężczyzna wyskoczył z samochodu, klął i sięgnął do kufra. Wyjął skrzynkę, zwróciło to uwagę Henryka bo dlaczego w takich okolicznościach brać się za rozładunek towarów przewożonych w aucie. Skrzynka musiał być ciężka, bo z trudem mężczyzna ubrany w ciemny garnitur ją dźwignął, na dodatek była mokra, ciekła z niej stróżką woda i … Henryk przetarł oczy … i wystawała z niej ciemnozielona kończyna, macka jak ośmiornicy. Dziwne … pomyślał, dostawca owoców morza, takim autem … Mężczyzna udał się w tym samym kierunku co Henryk. To nie było już daleko. Wszedł ze skrzynką do drzwi jednej z kamienic .. Henryk jeszcze spojrzał w kierunku zamykanych drzwi i przyspieszył w kierunku swojego celu. Za kilka minut był na miejscu.

***

Zajął miejsce w przedostatnim rzędzie. Z zainteresowaniem wysłuchał wykładu i dyskuzji. Zaskakująco żywej i pełnej zwrotów akcji. Ponieważ nie miał szans i zapewne odwagi na publiczne wystąpienie wśród tych wszystkich naukowców i pragnących sensacji fotoreporterów a chciał okazać zainteresowanie (zgodnie z prawdą) tym o czym mówił doktor zdecydował, że wręczy mu fotografię. Tę z górskim, tatrzańskim klimatem, a na rewersie poda mu numer telefonu do Pani Johnson u której wynajmował basment.
 
__________________
Pro 3:3 bt "(3) Niech miłość i wierność cię strzeże; przymocuj je sobie do szyi, na tablicy serca je zapisz"
Szamexus jest offline  
Stary 16-11-2012, 20:37   #5
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 11262 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Uniwersytet Bostoński, duma miasta. Miejsce pracy wielu uczonych poważanych w świecie nauki.


Ludzi o wielkiej wiedzy i równie wielkiej kulturze osobistej. Przynajmniej w większości przypadków. Bowiem profesor zoologii Maximillian Phileas Arturo nieco odbiegał od swych standardów. Młodszy od swych uczonych kolegów zdobył swoje stanowisko po części dzięki wiedzy, po części dzięki darowiznom na rzecz uniwersytetu w postaci różnych wypchanych egzemplarzy egzotycznej fauny. Profesor Max słynął ze swej wiedzy, słynął też z niewyparzonego języka, porywczości i sporej siły. Przez co był jedynym członkiem grona naukowego wzywanym regularnie na dywanik przez rektora uczelni.
Ale przecież nie wina Arturo, że jego rywal Dempsey był “potomkiem gibbona i kozy, który dzięki woli Najwyższego nauczył się mówić”, a przeciwnicy teorii Darwina “zabobonnymi ciemniakami, którzy nie mając własnych argumentów sięgają po książki religijne i traktują Boga jako pałkę do walki z wszelkimi niewygodnymi pytaniami i tezami.” Mimo bycia obecnie przykładnym protestantem Max nie lubił mieszać Boga w naukowe dysputy uznając, że świat jest zagadką do rozwiązania daną ludziom przez Stwórcę do rozwiązania.

O tej porze zwykł kierować się żwawym krokiem do auli wykładowczej, by przekazywać swą wiedzę ubarwioną typowymi dla siebie porównaniami, które w żartach krążyły potem po całej uczelni. Zwłaszcza jeśli te porównania dotyczyły grona profesorskiego uczelni, z którym to w większości był skonfliktowany.


Profesor Arturo był wysokim postawnym mężczyzną, dobrze zbudowanym. I ubierającym się w dobrze skrojone garnitury. Stać go było na to. Zmierzwione włosy i okalająca twarz broda nadawały mu nieco barbarzyński wygląd co w połączeniu z tubalnym głosem robiło piorunujące wrażenie.
Dzięki temu wykładach profesora Arturo panowała zawsze cisza i dyscyplina.
Zresztą porywczy Arturo był też skory do rękoczynów, a i znane były jego uczniom opowieści o burdach barowych jakie prowokował w czasach studenckich i … które ponoć i obecnie mu się też zdarzały.
Niewątpliwie profesor Arturo był jednym z najbardziej kontrowersyjnych badaczy natury na uniwersytecie. Bo i jednym z nielicznych, którzy badali ją czynnie, choć często poprzez muszkę i szczerbinkę.

Obecnie idąc w kierunku budynków uniwersyteckich nie myślał wcale o wykładzie. W każdym razie nie o swoim wykładzie. Dostał bowiem, podobnie jak część naukowców, zaproszenie na wykład B.E.Chance’a.
Profesor Arturo domyślał się czemu będzie poświęcony wykład. I czemu on dostał zaproszenie. Podobnie jak B.E. Chance, Maximilian Arturo badał pochodzenie legend i istnienie mitycznych gatunków. Tyle że przez lata swej badawczej działalności zdołał się przekonać, że legendarne zwierzęta to najczęściej tylko legendy i nic więcej. A “dowody” na ich istnienie jakie pokazywali tubylcy są zwykłymi oszustwami. Arturo wychodził z założenia, że jeśli jakiegoś stwora nie udało mu się upolować, to znaczy że on nie istnieje.
W swym życiu obalił już kilka południowoamerykańskich i afrykańskich mitów. I uważał Chance’a za niepoprawnego marzyciela, który za bardzo ufa podaniom, a za mało twardym faktom. Co gorsza wiedział, że nie tylko on został zaproszony, ale także grono innych naukowców uniwersyteckich. W tym “zaskorupiałe dziadygi” jak to zwykł nazywać swych kolegów po fachu, którzy zamiast poznawać prawa natury zatrzymali się na bronieniu przestarzałych i nielogicznych dogmatów istniejących od czasów Linneusza.
Spodziewał się pyskówki z obu stron, a sam... czuł się głupio.
Z jednej strony darzył pewną sympatią doktora Chance’a, z drugiej przyznawał rację jego oponentom.
Z tymi rozterkami wszedł do sali wykładowej i rzekł głośno.- Dzisiaj panie i panowie, porozmawiamy sobie o rybach. I to bynajmniej nie tych zwykłych. Dipnoi czyli dwudyszne. Kolejny przykład na to, że zwierzęta potrafią w ekstremalnych warunkach. I przykład na to, że dziwactwa nie są tylko domeną prac doktorskich. Także i natura potrafi zaskakiwać...

Wieczorem profesor Maximilian P. Arturo został dowieziony na wykład przez swego szofera. Choć sam umiał prowadzić samochód, to rzadko siadał za kółkiem. Prowadził bowiem tak jak dyskutował, agresywnie i szybko. I kończyło to się często wypadkami. Dlatego też tym razem miał szofera, choć tego nie cierpiał.
Właściwie nie wiedział czego się spodziewać po tej prelekcji. I sensacji... nie było. Niemniej tajemniczość B.E. Chanca skłoniła Arturo do spróbowania spotkania się z doktorem w cztery oczy po wykładzie. I wyjaśnienia kilku tajemnic, które skrzętnie ukrywał za niedopowiedzeniami.
A potem... do domu.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 17-11-2012 o 14:32. Powód: poprawki
abishai jest offline  
Stary 17-11-2012, 03:40   #6
 
Mizuki's Avatar
 
Reputacja: 84 Mizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znany
Zasuwa w zamku zgrzytnęła głośno, a zaraz za nią jęknął żałośnie pod jego butami stary parkiet. Tak jakby właściciel mieszkania zbudził go swymi krokami zbyt wcześnie... Było ledwie przed siódmą. "Był czas przywyknąć..."- spod siwego wąsa dało dostrzec się słaby uśmiech.
Jak co dzień wstał przed świtem aby rozwieźć gazety spod drukarni prosto do saloników prasowych, by tam mogli je w swe posiadanie wziąć gonieni czasem, pracą i bardziej błahymi, codziennymi rzeczami bostończycy. Oczywiście Samuił przeznaczał kilka centów na swój własny, świeżutki niczym pieczywo zza rogu egzemplarz. Skoro już mowa o piekarni, jak często zazdrościł właścicielom? Co prawda wstawali nieco wcześniej niż on, w weekendy jednak skazywali swych klientów na mniej świeże wyroby. Kiedy on mimo wszystko musiał odpalać starego rzęcha i ruszać pod drukarnię Boston Herald.
- Grymaśne pudło...- warknął uderzając dłonią w drewnianą obudowę wielkiego radioodbiornika. - Niech będzie, strajkuj sobie. Pies cię srał...
Radio zawsze rzęziło, kalecząc najlżejszy, wydobywający się z głośnika dźwięk. Na co dzień nawet nie zwracał na to uwagi, chodziło bowiem jedynie o zabicie ciszy panującej w niewielkim, kawalerskim mieszkaniu. Tak by tykanie starego, przywiezionego przez jego rodzinę z Rosji zegara nie doprowadziło go ostatecznie do szału. Ten dzień miał być inny, miły, ciekawy... Może nawet zbyt ambitny jak dla rozwoziciela gazet dorabiającego w rzeźniku u bara, z grubo ponad trzydziestką na karku?
-Taaak...- jego niski, potężny głos zabrzmiał jakby figlarnie, kiedy zbliżył się do wciśniętego pomiędzy ścianę a segment gramofonu. Zdmuchnął kurz z jedynej płyty, przez cały czas gotowej by ułożyć na niej igłę. Pierwsze dźwięki trąbki przywróciły mu uśmiech na twarzy.
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=WGJv4cmmj3M[/MEDIA]
Tanecznym krokiem minął blat oddzielający kuchnię od reszty mieszkania nastawiając wodę na kawę. Dopiero teraz też ułożył na małym stoliku przed kuchenką świeżą gazetę. Cały czas trzymał ją pod lewą pachą, jakby blisko serca... Jego mały skarb? Dzisiaj to nie wiadomości z niej miały stać się największą sensacją, nawyk silniejszy jednak od człowieka. Na oko przesypał do starej, obtłuczonej filiżanki łyżeczkę kawy, po czym zasiadł przy stoliku z gotową bibułką i sakiewką wypełnioną tytoniem. Podśpiewując pod nosem razem z wokalistką z płyty wprawił w ruch niespodziewanie zręczne jak na tak spracowane dłonie palce. Przy użyciu blaszki z medalu, jaki otrzymał po powrocie z wojny- chociaż do czegoś się przydał- odsypał pożądaną ilośc tytoniu i nim gwizdek wzniósł swój wściekły okrzyk papieros był gotowy...
Teraz mógł odpłynąć w głąb swojego świata. Z filiżanką gorzkiej kawy, mocnym papierosem bez filtra i dzisiejszym wydaniem Boston Herald. Gdzieś w tle, za spokojnymi dźwiękami z gramofonu, tykanie zegara popychało czas do przodu. Do dzisiejszej prelekcji dr. B.E Chance.

+-+-+

Drzwi uderzyły w zawieszony w progu dzwonek, kierując ku niemu zaskoczone spojrzenie kobiety zza wyłożonej lodem i czerwonym mięsem lady. Sklep Mięsny Repninów cieszył się w tej okolicy względnym uznaniem klienteli, mimo tego, że zdarzały się tutaj dni kiedy pułki świeciły pustkami a stara, pokryta mazią kiełbasa wykręcała nozdrza i kaleczyła oczy. Jego młodszy brat, Michaił, zawsze pękał z dumny mówiąc o swoim przybytku. W opowieściach tworząc obraz zdolnego biznesmena, z nosem do interesów. Samuiła zaś nudziła wizja kolejnej kłótni po tym jak wspomni o drobnym fakcie- wkładzie pieniężnym jego ojca i zatrudnianiu za psie pieniądze matki, toteż kiedy tylko przytrafiała się taka niemiła okazja milczał, starając się ukryć kpiący uśmieszek w filiżance kawy, czy też musztardówką wypełnioną zimnym bimberkiem.
- Synku, gdzieś ty był, a?- jęknęła zza lady matka. Była bardzo postawną kobietą o szerokich biodrach i dumnie zwisającym, podwójnym podbródku. Brodawka umiejscowiona tuż pod wydatnymi ustami dodawała jej tylko uroku... Przynajmniej w oczach ich ojca.
- Michaił pieklił się od rana... Gdzie jest ten leń, gdzie ta pokraka!- wymachiwała ramionami małpując wręcz idealnie zachowanie swego młodszego syna.
Stawiając braci obok siebie ciężko było znaleźć podobieństwo. A kiedy tylko nadarzała się okazja aby pobyć w ich towarzystwie, różnice wydawały się tylko pogłębiać. Samuił był wysoki, na swój sposób przystojny i zadbany. Niektóre z kobiet pokusiłyby się może o określenie szarmancki? Był raczej oszczędny w słowach, a kiedy już przyszło mu się wypowiadać dobierał słowa w taki sposób by nie kaleczyć rozmówcy. Z reguły okazywał swoim rozmówcą taki sam szacunek, który oni okazywali mu. Przeklinał zatem głównie jedynie w swoim własnym towarzystwie... Oczywiście o tym jaki był wyszczekany potrafili się przekonać jedynie ci, którzy nadwyrężyli jego grzeczność zbyt bardzo.
Michaił zaś... Należał do ludzi spychających znaczenie kultury osobistej do kąta, wraz ze wszystkimi śmieciami z podłogi. Był niski, nieco gruby. Spod gęstych niczym tajga brwi spoglądały na świat niesplamione myślą oczy, zaś gdzieś między pulchne policzki i wydatne jak u matki usta wciśnięty był kartoflany, lekko fioletowy nos.
- Przyszedłem powiedzieć, że dzisiaj niestety nie jestem w stanie pomóc przy pracy.- uśmiechnął się na spektakl aktorski rodzicielki, nachylił przez ladę i ucałował ją w policzek.
- No właśnie miała ja mówić... Żeś się odstroił synku. Powiedz prawdę, niech się matka nie martwi... Randka?- szepnęła ostatnie słowo nachylając się przez ladę.
- Niestety nie.- pokręcił głową.- Przynajmniej nie dzisiaj. Gdzie Michaił?
- Z ojcem, na dole. Tatko przyniósł butelkę... Good morning!
- przeszła nagle na angielski. Dzwonek przy drzwiach uprzedził ją zawczasu. Samuił skinął grzecznie głową kobiecie, która weszła właśnie do sklepu, po czym minął ladę i skierował się na zaplecze. Stamtąd, pośród kawałów mięsa i gotowych, owędzanych specjałów kierował się ku właściwiej "wędzarni". Już po minięciu drzwi, na schodach, w jego nozdrza uderzył znajomy zapach specjału ojczulka...
- Patrzcie kto się zjawił!- warknął Michaił wychodząc z ukrycia za drzwiami. Gdyby miał to nie być Samuił najpewniej zdzielił by tłuczkiem nieproszonego gościa... Pomarszczony niczym baranie jaja tatko siedział przy stoliku w rogu niewielkiego pokoju, nad butelką przypominającą tą od mleka. Płyn w niej był jednak dużo bardziej krystaliczny.
- Zdejmuj ten gajer i idź pomóż matce. Szykujemy z ojcem mięso do wędzenia.- skinął na blaszaną konstrukcję w przeciwnym rogu izby, z której prowadziła ku oknu blaszana rynna.
- Uwędziliście już wy się ładnie.- mruknął Samuił. - Kiedyś was za to posadzą.
- Dopókhii... Tym khrajem..sządzą repu...republikhanie... Nicss nam ni...nie ghhrozi. Są za głupi dl...dla nas!
- wysapał leciwy ojciec odchylając się mocno od pionu na niskim, starym taborecie.
- Choć może tata mieć nieco racji, zdradzi was fetorek.- zaśmiał się lekko. Nic już na to nie mógł poradzić. W żyłach jego ojca płynęła wraz z promilami rosyjska krew...
- Dzisiaj biorę wolne. Jestem umówiony.
- Chyba sobie żarty stroisz!To kto pomoże matce!?
- Jak tylko już wszystko uwędzisz? Zapewne Ty braciszku.
- Nie igraj ze mną...
- Dzisiaj wolne. Basta.
- Zasrany nierób! Car bostonu psia mac! Tak tez się na tej wojnie pewno...

Nie zwracając uwagi na słynne, rosyjskie tyrady brata od których niejednemu zwiędłyby uszy wrócił schodami na górę.


+-+-+

Sama prelekcja ani go nie rozczarowała, ale też nie zachwyciła. Można było wszak podejrzewać, że na takich a nie innych opowieściach na granicy mitów i faktów opierać się ona będzie. Czy naprawdę ktoś spodziewał się, że doktor przywiezie do siedziby klubu zamrożonego w bryle lodu małpiszona? Może jednak znaleźli się ludzie na tyle naiwni... Sądząc po ilości pismaków, którzy zbiegli tutaj jak świnie na koryto.
Samuił pragnął jednak uzyskać odpowiedź na pytanie nurtujące go, wręcz nawiedzające z koszmarami od czasów powrotu z wojny. Co do licha łaziło po tym lesie? Teraz nadarzała się jedyna okazja by o wspomnieniach tych porozmawiać z osobą otwartą i uczoną. Choćby miało zając to kilka godzin poczeka, znajdzie okazję na rozmowę z doktorem.
 
__________________
"...niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys"
Mizuki jest offline  
Stary 17-11-2012, 23:50   #7
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 6861 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
Post wspólny graczy

Nathalie przeciągnęła się w jedwabnej pościeli i przymknęła powieki, żeby zgasić blask słońca, które przedarło się przez nieszczelne zasunięte zasłony.

Gładkie prześcieradło przyjemnie pieściło jej nagą skórę. Hotel był luksusowy, Studio zadbało o to. Luksusowy, a jednocześnie tak podobny do innych hoteli w Stanach i Paryżu, Berlinie… Tylko na wschodzie było inaczej. Albo tak luksusowo, że dech zapierało, albo tak prosto, że strach było tam wchodzić. To był kraj kontrastów.

- Wstawaj, Will – powiedziała do mężczyzny obok– Ty jedziesz do Studia. Musisz mnie jakoś wytłumaczyć… Wiem, że Capra ma terminy umówione na trzy miesiące naprzód, ale naprawdę nie mogę… Dr Chance ma wykład. Musze z nim pomówić.

Mężczyzna otworzył oczy i przyciągnął ją do siebie. Przez chwilę przyjmowała pieszczoty, a potem odepchnęła jego niecierpliwe ręce.

- Will! –w jej głosie była nagana - Muszę się przygotować – powiedziała wysuwając się z łóżka. Naga przeszła do przylegającej do pokoju łazienki.

- Ma cherie – powiedział Will, z przyjemnością lustrując jej smukłą postać– Masz kontrakt. Nie możesz tak po prostu nie przyjść na spotkanie z reżyserem. Nawet tobie taki numer nie przejdzie. Przecież…

Resztę jego słów zagłuszył szum prysznica dochodzący z łazienki.
Mężczyzna pokręcił głowa, niezadowolony i zrezygnowany. Wiedział, że próba przekonania dziewczyny z góry skazana była na niepowodzenie. Zaczął rozmyślać nad wymówka , która przedstawi Francowi Capra.
„Panna Kelly jest niedysponowana” , „Panna Kelly spadła ze schodów i straciła przytomność” (zobaczył natychmiast nagłówek w „Wiadomościach porannych” ), „Panna Kelly musiała spotkać się z chora matką” (oczywista bzdura, Helena Woolf zebrała – po raz kolejny – oszałamiające recenzje po wczorajszej premierze na Brodwayu).

Ubierał się powoli, wahając się między nagłym atakiem migreny (Wiadomości poranne: „Czyżby pannie Kelly udało się obejść prohibicję?”) a wizyta u ciężko chorego dziecka pragnącego, ostatni raz przed niechybna śmiercią, usłyszeć jedną z wzruszających pieśni z w wykonaniu panny Kelly, kiedy ta wbiegła do sypialni.

- I jak? – zapytała okręcając się przed nim.

Nie poznał jej w pierwszej chwili. Wyglądała jak .. szukał długo słowa.. jak pensjonarka. Seksapil, drapieżność i czar, z którego była znana, zniknęły gdzieś, zastąpione prostotą i bezpretensjonalnością. Zniknęły loki, wycięte suknie i perłowy róż na policzkach. Został świeżość, naturalność, nawet pewne.. zagubienie.

Will pochylił głowę w niemym salucie. – Doprawdy, krytycy się nie mylą, jesteś znakomita aktorką, moja droga. Gdzie zdobyłaś to.. ubranie?

Uśmiechnęła się, zadowolona.

- Nie chcę go onieśmielać – powiedziała – Nie sadze, żeby mnie kojarzył, ale ktoś z jego otoczenia mógłby mnie rozpoznać. To by było.. niefortunne.

Założyła jasny kapelusz, ocieniając twarz.

- Wytłumaczysz mnie, prawda? Spotkamy się wieczorem. Lub jutro. – pozwoliła pocałować się na pożegnanie i wyszła.

----

- Aczkolwiek profesor Dempsey to zasuszony gryzipiórek i grafoman, który nie wystawił głowy ze swego gabinetu i nigdy w życiu nie widział stworzeń o których wypisuje referaty, to jednak ma rację. Jeden ząb podobno należący do yeti to żaden dowód. W Himalajach można kupić takich na pęczki, podobnie jak skalpów owego stwora. Aż tyle, że można by uszyć z nich palto. - Huknął donośnym głosem siedzący w pierwszym rzędzie mężczyzna o przysadzistej sylwetce.- W tym całym wystąpieniu brakło mocnych niepodważalnych dowodów.
- Ten trzonowiec jest dowodem, profesorze Arturo
- zaśmiał się Chance. - Lecz pan, oczywiście, jak zawsze, musi najpierw zbadać obiekt, z którego pochodzi. Cecha wrodzona, którą doceniam i szanuję, bo pan nie raz i nie dwa pokazał, że wiara nie zawsze pokrywa się z faktami. Proszę mi uwierzyć. Ząb został dokładnie zbadany. A ja niedługo udowodnię, że miałem rację.
- A gdzież ów ten ząb się trafił, doktorze Chance?
- spytał mimo wszystko powątpiewając profesor. I podrapał się po brodzie mówiąc. - Jak by nie patrzeć mizerny to dowód, nawet jeśli teza prawdziwa.
- Przekona się pan, profesorze Arturo. Już niedługo się pan przekona, że ząb należy do przedstawiciela gatunku Dryopithecus giganteus. A dowód nie jest mizerny. Dysponuję dokładnymi analizami dokonanymi przez niezależnych, europejskich naukowców. Niepodważalne metody udowodniły, że ząb jest naturalny, nie jest mistyfikacją, nie pochodzi od żadnego znanego gatunku naczelnych ani dryopiothecus. I ma nie więcej niż kilkanaście lat. Łącząc te wyniki w całość musimy dojść do jednego słusznego wniosku, prawda profesorze? Że trafiliśmy na wielką szansę i każdy, dla kogo istotne są prawdy ukryte przed oczami ignorantów nauki, staje teraz przed kluczem do rozwikłania jednej z większych zagadek zoologi.

Doktor Chance najwyraźniej wierzył w swoje słowa.
- Albo że i w analizach zdarzają się pomyłki, doktorze. Partaczy można spotkać w każdym zawodzie. Także wśród ekspertów, czego profesor Dempsey był wiele razy przykładem. - Nie tylko Chance miał zatargi z tym przedstawicielem konserwatywnego nurtu i antydarwinistą. Maximilian jednak nie ustępował.- Niemniej jakoś umknęło mi miejsce pochodzenia tego znaleziska.
-Nie są to bynajmniej Himalaje
- uśmiechnął się Chance. - Na razie jednak moje źródła pozostawię nieodkryte.
-Byle nie znowu Kansas.
-prychnął ze śmiechem Phileas.- Zapewniam doktorze, że tam nie ma sasquatcha. Tylko krowy. I te czworonożne i te na dwóch nogach. Zjeździłem ten przeklęty stan wzdłuż i wszerz. I jedyne co było bliskie podobieństwa do wielkiej stopy to wyleniały niedźwiedź, którego ustrzeliłem.
Chance uśmiechnął się w odpowiedzi. Na tyle, na ile profesor go znał, wiedział, że prędzej czy później, może nie w tak publicznym gronie, pozna odpowiedź na nurtujące go pytania.
- Profesorze Arturo - powiedział Chance. - Jak zawsze cenię sobie polemiki z panem, lecz może dajmy też wypowiedzieć się komuś innemu. Czy są jeszcze jakieś pytania?
- Kto dokonał ekspertyzy? -
zapytał mężczyzna z jakiejś gazety.
- Profesor Jonathan Krumwich oraz profesor Apolonius Diagonesis. Obaj z Rzymskiego Kolegium Naukowego - odpowiedział Chance. - Jeszcze jakieś pytania? Śmiało, drodzy państwo.

- Wspomniał pan, doktorze, że niedługo będziemy mieli szansę przekonania się, iż właściciel tego zęba, lub jego krewniak, istnieje.
Mężczyzna, który zabrał głos, był wzrostu trochę więcej niż średniego. W przeciwieństwie do Maximilliana Phileasa Arturo był dość szczupły. Jego opalona twarz świadczyła o tym, że bynajmniej nie należał od grona gryzipiórków.
- Tak przynajmniej zrozumiałem pana słowa. - Mówiący uśmiechnął się, ale bynajmniej nie ironicznie. - Kiedy, mniej więcej, nastąpi ta chwila? Bo byłbym bardzo zainteresowany ujrzeniem któregoś z tych przedstawicieli.
- Niedługo. Muszę załatwić kilka formalności. Znaleźć współpracowników i wyruszyć tam, gdzie trzeba. Proszę uzbroić się w cierpliwość, panie Weld. Na pewno o panu nie zapomnę. Zaproszę na pokaz.
- Ton głosu zdradzał, że dr Chance żartuje.

Henryk Chmurski, siedział w przedostatnim rzędzie i przysłuchiwał się uważnie rozmowie. Jako że nie był Amerykaninem, rozmowa pomiędzy profesorami i doktorem momentami stawała się trudna dla Henryka do zrozumienia. Musiał w skupieniu słuchać zdań tych zawierających sformułowania zawierające bardziej naukowe słowa których na co dzień w Bostońskich dokach portu, gdzie pracował, nie słyszał. Nie rozumiał skąd taka niechęć do tego co mówił dr Chance wśród niektórych naukowców. Jemu samemu jego historie- bo tak traktował wykłady i prelekcje doktora wydawały się bardzo interesujące. Pewnie głównie dlatego, że mówił o rzeczach a raczej stworzeniach potencjalnie pochodzących z gór. A te Henryk kochał najbardziej. Poznał doktora właśnie tutaj, w klubie “Zapomnianej wiedzy” przy okazji krótkiej prezentacji zdjęć z polskich gór, Tatr którym Henryk poświęcił większość swojego 34-ro letniego życia. Był członkiem i aktywnym pracownikiem Towarzystwa Tatrzańskiego o czym przy okazji tamtej prezentacji mówił. Zanim przybył do Bostonu nie słyszał o “wielkiej stopie” a w jego “rodzinnych” Tatrach nikt takiego stwora nie widział. Nie mniej historie, szczególnie te tragiczne którym przypisywano, tu w Ameryce nierzadko sprawczą rolę Yeti były dla niego intrygujące i interesujące zarazem. Podobała mu się prelekcja doktora. Tego rodzaju wydarzenia były na razie jedynym co Henrykowi pozostało z górskich szlaków … wspomnienia i opowieści. Nie tak miało być jak się wybierał do Ameryki, odważny i pełen nadziei na spełnienie snu o McKinley. A ułożyło się tak, że od kilku lat był bez żywych gór, wypraw i tego czym naprawdę żył. Teraz pracował w porcie żeby przetrwać i nie miał szans na realizację marzeń o wyprawie na najwyższą górę Ameryki. Taki ktoś jak dr Chance może być jego szansą na powrót do życia przynajmniej w części takiego jakie kochał. Szkoda, że nie Himalaje pomyślał, ale góry na pewno bo tam bywa to stworzenie i tam zapewne doktor zechce wyruszyć aby dowieść swoich słów na jego istnienie. Tylko jak znaleźć się wśród jego współpracowników, jak to nazwał, to nie dawało spokoju Henrykowi. Miał ochotę wstać i powiedzieć mu, że potrzebuje kogoś takiego jak on. Kogoś kto zna góry, wie jak w nich się poruszać, przetrwać jak tam żyć. Inni pytali, rozmawiali, dowodzili pochodzenia zęba a Henryk myślał … a może bardziej marzył.

- Czy to góry będą celem Pańskiej kolejnej wyprawy? - Zapytał krótko. Chciał się odezwać i pokazać doktorowi. Przypomnieć wierząc, że doktor przypomni sobie o Polaku - taterniku z którym przegadał wieczór o polskich górach, nowych szlakach, wspinaczkach, wypadkach i tajemnicach których żywym świadkiem i uczestnikiem był Henryk.

Nim Chance zdążył odpowiedzieć Henrykowi Chmurskiemu wydarzyło się coś niespodziewanego.

- Doktorze Chance! – szczupła postać kobieca, prawie że dziewczęca, przecisnęła się w stronę podwyższenia. Spóźniła się nieco na wykład i nie zdołała zająć miejsca w jednym z bliższych rzędów. Bezceremonialnie przerwała rozmowę mężczyzn. Miała mocny, głęboki głos, dziwnie niepasujący do drobnej sylwetki. – Doktorze, w końcu udało mi się pana spotkać!

Ubrana w proste spodnie, koszulę i lnianą marynarkę, wyglądała równie mało oficjalnie jak dr Chance. Twarz pozbawiona była prawie makijażu, ukazując jasną, gładka cerę i regularne rysy. Jeśli by nad nią chwilę popracować, lepiej ubrać, umalować, mogłaby uchodzić za piękność. Włosy miała jednak niedbale związane a inteligentne oczy schowane w cieniu ronda kapelusza. Albo nie dbała o ubiór, albo specjalnie wybrała takie „przebranie” – trudno było stwierdzić na pierwszy rzut oka.
- Tak się cieszę – ujęła go za ramię i zajrzała mu w oczy - Musi mi pan pomóc. Zrobi pan to dla mnie, prawda?

Ech! pomyślał Henryk. Zamieszanie jakie zrobiła kobieta zbiło Henryka z pantałyku. Usiadł na miejscu nie dostawszy odpowiedzi na swoje pytanie i czekał na dalszy rozwój wydarzeń. Postanowił jednak, że przypomni się doktorowi gdy już trochę zelżeje dyskusja. Podejdzie i pogratuluje ciekawej prelekcji. Ładna ta dziewczyna, ze swojego miejsca widział ją dobrze. Drobna a ile w niej energii, pomyślał.

Doktor zrobił zdziwioną minę, nieco chyba zaskoczony obrotem sprawy. Zamrugał oczami nerwowo.
- Tak? - spojrzał po zgromadzonych ludziach, których na sali nadal pozostawała dobra trzydziestka. - Pomóc w czym, młoda damo?

- Korespondował pan z moim ojcem - powiedziała, wyciągając z kieszeni list i wciskając mu w dłoń. - Z Henrykiem Michalczewskiem. Pisze tu do pana “Mój drogi przyjacielu”. Musieliście się znać!
- Młoda damo, choć zapewne za tym dramatycznym wystąpieniem kryje się równie dramatyczna historia, to jednak...
- wtrącił się profesor Arturo komentując sprawę głośno. - Czy musi ona być roztrząsana przy tylu świadkach? Jestem pewien, że łatwiej byłoby rozmówić ów problem po konferencji. I może bardziej... prywatnie?
Dziewczyna zmierzyła szybkim spojrzeniem przysadzistego mężczyznę. W jej oczach błyszczała determinacja i przekonanie o słuszności jej działań. Nie odezwała się jednak, tylko znów spojrzała na Chancse’a.
- To nie może czekać, doktorze. On nie może czekać.- poprawiła się szybko.

- Panno Michalczewska - doktor wydawał się być mocno przejęty sprawą. - Faktycznie, widzę że ma panna problem. Nie wiem, co ja mam z nim wspólnego, ale proszę posłuchać rady światłego człowieka, jakim jest profesor Arturo i zaczekać z takimi rozmowami do zakończenia tego spotkania. Obawiam się bowiem, że większość ludzi zgromadzonych na tej sali przybyła w zupełnie innym celu, niż wysłuchiwanie historii rodzinnych, za przeproszeniem panienki.

„Panienki”? Dziewczyna zmarszczyła lekko brwi. Widać było, ze nie przywykła do protekcjonalnego traktowania.
Światła magnezowych fleszy wypełniły znów salę swoimi rozbłyskami. Co rozsądniejsi widzieli już nagłówki, jakie żądne sensacji pismaki wyciągną z tego niecodziennego incydentu.
Dziewczyna zapozowała, odruchowo, ale błysk magnezji przyhamował nieco jej temperament.

- Proszę usiąść panno Michalczewska - poprosił doktor Chance spokojnym tonem na tyle cicho, by słyszała go tylko dziewczyna będąca sprawczynią tego zamieszania. - Chętnie zamienię z panią kilka słów po prelekcji.
- Oczywiście, ma pan rację doktorze - powiedziała, odchodząc na bok. Nie sprostowała pomyłki w nazwisku. I ciągle jednak nie spuszczała z Chance’a spojrzenia szarych oczu.

- Peter Jennings, "Wiadomości poranne". - Niski mężczyzna, do tej pory siedzący spokojnie w środkowym rzędzie, wstał i wbił w młodą kobietę sprytne oczka. - Czy mówiąc "on nie może czekać", miała może pani na myśli powód naszego spotkania, owego... - wskazał na tablicę - dryopithecusa giganteusa?
Dziewczyna uśmiechnęła się. zaczepka dziennikarza nie stremowała jej, widać było, że jest obyta z tego typu sytuacjami.
- Przykro mi, rozmawiam z dziennikarzami wyłącznie po wcześniejszym umówieniu się.

Samuił przez większośc prelekcji milczał, chłonąc zadziwiające nowiny głoszone przez doktora. Jedynie spojrzeniem błądził od kolejno przemawiających osób, ostatecznie za każdym razem powracając do doktora Chance. Przypadł mu do gustu jako osoba... W szczególności po tym jak poradził sobie z wyniosłym doktorem, który chyba przyszedł tutaj tylko po to by torpedować pomysły prowadzącego wykład kolegi. Nie przepadał za takimi ludźmi - którzy z góry zamykają się na wszelkie spostrzeżenia związane z danym zagadnieniem. Sam jednak specjalistą nie był, zatem czy nie zachował by się tak samo jak nadęty doktorzyna zabierając głos?
Na szczęście doktor o tajemniczych inicjałach B.E zachował się jak na mężczyznę przystało. Był opanowany i w sposób rzeczowy odniósł się do zarzutów wytoczonych przez drugiego.
Opanowanie. Tak to w ludziach podziwiał. Histerycy, szczególnie na froncie, byli jak mina na której właśnie usiadłeś zadkiem. Niewypał, który uderzył prosto w twoje pozycje i w ponurej atmosferze czekał na odpowiedni moment by tysiącem odłamków poszarpać ciało na wzór starej szmaty.
Jedno trzeba było przyznać - ząb nie był jeszcze wielkim dowodem. Takiego, ktorego nikt nie zdoła zakwestionowac. Czytanie gazet było jego jedyną, nie licząc okropnie odbierającego radia, rozrywką. A w tych co chwila czytało się od nowych gatunkach odkrywanych na calym globie. Może nie na tyle często by stało się to czymś normalnym, powszechnym... Ale dowodziło, ze każda teoria, przypuszczenie o takim znalezisku mogło być prawdziwe. Wystarczyło pozwolic na działanie.
Z lekkim grymasem na twarzy obserwował kobietę, która nagle wpadła do sali, wręcz domagając się wyjaśnień ze strony profesora. Coś o ojcu? Tragedia rodzinna? Z pewnością nie było to ani odpowiednie miejsce, ani odpowiednia chwila na podejmowanie takich tematów...Chyba, że panna chciała zrobić ze swojego życia osobistego temat dla brukowców.
Oczyma wyobraźni widział już nagłówki jutrzejszych gazet, które przyjdzie mu rozwozic po punktach sprzedaży... “B.E Chance - czy miał coś wspólnego ze śmiercią ojca?”. Oczywiście nie miał zielonego pojęcia czy ojciec dziewczyny nie żyje a może po prostu w ostatnich chwilach życia pragnie raz jeszcze ujrzec starego przyjaciela? Faktem było, że trafiła z momentem jak pięścią w nos.
Wysilił się na drobny uśmiech i przesiadł o jedno siedzisko w prawą stronę. Skinął głową na zwolnione miejsce.

- Proszę bardzo, niech panienka usiądzie. Na pewno zdoła panienka wszystko wyjaśnić po prelekcji. - jego głos był ciężki, nieco ochrypły. Przeciągane końcówki wyrazów zaznaczały bardzo wyraźnie rosyjski akcent. Przyprószone siwizną i zaczesane do tyłu włosy były zadbane, tak samo jak przycięte na równo wąsy. Ktoś bardziej obeznany szybko by poznał, że marynarka zarzucona na ciemną kamizelkę i biała koszulę o srebrnych spinkach na mankietach nie jest z górnej półki... Schludności jednak nie można było mężczyźnie odmówić. Nawet woda kolońska, która była jednym z tych zapachów jaki przedawkowany zwalał z nóg konia, dobrze komponowała się z ogólną prezencją.
- Uszanujmy pracę doktora. - dodał.

- Ta odpowiedź w zupełności mi wystarczy - odparł dziennikarz, nie przejmując się ani odpowiedzią kobiety, ani wtrąceniem się mężczyzny. - Pani Michalczewska odmawia udzielenia odpowiedzi. Świetnie to zabrzmi, dziękuję. - Był wyraźnie z siebie zadowolony.

Dziewczyna nic nie odpowiedziała dziennikarzowi. Uśmiechnęła się lekko - jej przebranie musiało być naprawdę dobre, skoro jej nie poznał. “Wiadomości poranne “ schodzą wyraźnie na psy...
- Dziękuję - powiedziała po rosyjsku do mężczyzny proponującego jej krzesło i usiadła obok - Ma pan rację, zachowałam się nieodpowiednio. Trzeba uszanować pracę doktora.

Nie planowała odpuścić, oczywiście. Jeśli jej nie przyjmie, poczeka, aż wyjdzie, a potem każe kierowcy jechać za jego samochodem. Bez trudu ustali adres. Skoro ojciec nazywał dr Chanse’a „najdroższym przyjacielem” musiało ich coś łączyć. Powinien znać jego miejsce pobytu.

Chance zrobił na niej dobre wrażenie. Przypominał jej ojca – ten sam zapał, stanowczość, przekonanie o prawdziwości głoszonych tez. Ufne i konsekwentne podążanie za ideą, która wydawała się słuszna. Bez przejmowania się Dla innych mógł wydawać się nawiedzonym dziwakiem, w niej budził zaufanie.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji

Ostatnio edytowane przez kanna : 11-01-2013 o 20:10.
kanna jest offline  
Stary 18-11-2012, 00:23   #8
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 10277 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Spotkanie trwało dalej.

- Doktorze - tym razem Peter Jennings zwrócił się do prowadzącego wykład. - Wspomniał pan, zdaje się, o dwóch dowodach.

- Tak – odpowiedział doktor B.E. Chance - Drugim dowodem jest naoczny świadek, który widział przedstawiciela gatunku dryopithecus giganteus z bardzo, bardzo bliska. Niestety, miejsce pobytu tego człowieka uniemożliwiło mi przyjazd z nim tutaj, do Bostonu. Lecz zaręczam państwa, że mam dokładnie spisane jego słowa. Spotkanie te było dość dramatyczne i ów świadek dysponuje po nim ręką naszego obiektu. Proszę. Oto zdjęcie rzeczonej łapy.

Z kieszeni marynarki wyjął zdjęcie, zszedł z podwyższenia i podał zdjęcie pierwszej osobie na sali.




- Interesujące, acz...- mruknął Arturo przyglądając się zdjęciu.- Fałszerstwo należy brać też pod uwagę. Nie byłoby to zresztą nic nowego. Przez całe średniowiecze sprzedawano wszak rogi jednorożców. O kościach smoków z Chin nie wspominając. Ludzie potrafią być bardzo pomysłowi doktorze Chance, w nabijaniu innych w butelkę.

Przejmując zdjęcie z rąk profesora Samuił drgnął lekko. Nie słuchał już zbytnio jego wywodów. Doktor Chance z pewnością nie należał do ludzi tak naiwnych, by sądzić, że nikt nie zakwestionuje i tego “dowodu”. Ale mężczyzna o którym wspomniał... Zakładając, że nie był to starszy pan, z wioski na krańcu świata, rzeczywiście mógł wiele wnieść w sprawie potraktowania tego ewenementu jako naukowego odkrycia. Czy coś takiego nie zmieniło by spojrzenia ludzi na jego “historię”? Czy możliwe, że w lasach wschodniej Francji trafił na zwierzę podobne temu, którego owłosioną łapę widział na zdjęciu?

- Doktorze...- zaczął nieśmiało Samuił, dalej wpatrzony w fotografię. - Ja... Rozumiem, tak mi się przynajmniej wydaje, czemu nie chce pan mówić o pochodzeniu dowodów czy mężczyzny. W Rzymie, ekspertyz dokonano w Rzymie zgadza się?- spojrzał na profesora. - Zatem czy nie uchyli pan choćby rąbka tajemnicy? Dokonał pan odkrycia w Europie, prawda? - starał się nie zdradzać podekscytowania. W jego niskim, pasującym do tęgiego mężczyzny głosie raczej i tak trudno było doszukiwać się zabarwień pochodzących od takich emocji. Być może patrzył właśnie na łapę tego, co wykończyło jego chłopaków?

- Jeśli to wszystko nie jest jedynie mistyfikacją...- mówiąc to zerknął na brodatego mężczyznę siedzącego obok. - Czy potrafi pan powiedzieć coś o zachowaniu takiego zwierza? Czy są agresywne? Czy można przypisywać im wszystkie dziwne opowieści o stworach jakie pan przytoczył na początku wykładu?

Łapa na zdjęciu nijak nie kojarzyła się Samuiłowi z łagodnym, puszystym zwierzątkiem...

- Można. Wręcz należy - odpowiedział doktor Chance zręcznie unikając jednocześnie wyjaśnień na temat miejsca zrobienia fotografii. - Mam teorię, iż dryopithecus giganteus mogą być na dość prymitywnym, plemiennym szczeblu rozwoju. Jak nasi przodkowie polujący z włóczniami na mamuty. Rozumiem, że fotografia nie jest dowodem, ale osoba, która zrobiła to zdjęcie jest uczciwym, znanym wielu z was naukowcem. Zostałem jednak poproszony o zachowanie jego tożsamości w tajemnicy, więc, proszę zrozumieć, nie wyjawię nazwiska fotografa. Jednak dodam tylko, że zaręczał mi, że to co sfotografował jest najprawdziwszym autentykiem. A ja jego słowom ufałem, ufam i ufać będę.

Repnin w tym właśnie momencie podjął decyzję. Po wykładzie za wszelką cenę będzie musiał zamienić kilka słów z doktorem. Może on zdoła go wysłuchać bez dziwnych uśmiechów, czy skurczów twarzy... Jak wyjaśniali poprzedni pseudonaukowcy? Zastanawiające, czy nie każdy z nich powinien mieć otwarty umysł miast zamykać go na nowości? Rzeczy nieodkryte? Tymczasem on, były żołnierz bez wykształcenia czasami przejawiał większą otwartość i pęd ku poznaniu niż oni sami...

Henryk nie mógł się doczekać, kiedy fotografia dotrze do jego rąk. Zobaczył włochatą łapę, z pazurem za nic nie przypominającą żadnego z górskich zwierząt, które znał i widział. Słuchając dyskusji ludzi najbardziej aktywnych na sali, zapewne naukowców nabierał ciekawości, co do tego, co to za zwierz, ten Dryopithecus Giganteus.

- Fantastyczne. – Wścibski reporter, na którego nikt przez moment nie zwracał uwagi, znalazł się w drugim rzędzie i wprost wydarł fotografię z rąk mężczyzny, który się jej przyglądał. - To będzie sensacja - dodał, podsuwając fotografię jednemu z tych, co przyszli z aparatami. Gestowi towarzyszył błysk magnezji. - Prawdziwa sensacja. Znany autorytet, powiada pan, doktorze?

Zachłannie wpatrywał się w zdjęcie.

- Przestrzegałbym przed nadużywaniem słowa sensacja - wtrącił się głośno profesor Arturo. - Sensacją byłyby bardziej solidne dowody, jak... żywy yeti, lub chociaż wypchany.

- Nie zna się pan na sensacjach, profesorze - odparł dziennikarz. - Zapewniam pana, że to jest sensacja. Duża sensacja. Na dodatek poparta kilkoma nazwiskami.

W trzecim rzędzie cokolwiek z boku siedział dość dziwacznie ubrany mężczyzna. Z wyglądu był młody, tak jakoś przed trzydziestką. Czarne włosy miał posmarowane brylantyną, a jego bystre ciemnobrązowe oczy uważnie wpatrywały się w trzymany na kolanach notatnik. Miał na sobie ciemną, dość elegancką marynarkę i modny krawat, jednakże jego gustowny ubiór kończył się w pasie. Niżej miał zakurzone bryczesy i podniszczone brązowe buty z wysokimi cholewami, które ciasno opinały jego łydki. Na oparciu krzesła, które zajmował wisiała czapka pilotka i lotnicze gogle, oraz torba. Taka jaką zwykle używali motocykliści.

Z początku przysłuchiwał się prelekcji doktora, jednak, gdy doszło do wolnych pytań wyciągnął notatnik i zaczął coś zapisywać. Mrucząc czasami pod nosem. Przerwał dopiero, gdy doszło do niego zdjęcie łapy stwora. Przyjrzał się fotografii i zamruczał do siebie:

- A może delta?

Po czym przewrócił stronę notatnika i zaczął przerysowywać wizerunek szponów. Gdy skończył schował wszystko do torby i podniósł rękę.

- Panie doktorze. - zawołał - Zdaje się, że parę osób w tym ja, chcielibyśmy porozmawiać z panem na osobności. Czy możemy, zatem zakończyć część oficjalną? Oczywiście jeśli nie ma więcej pytań dotyczących prelekcji.


James był cokolwiek już zmęczony tym medialnym szumem. Po za tym chciał się normalnie przywitać, a nie zwracać się do B.E. per “panie doktorze”.

- Dobry pomysł - ucieszył się doktor B.E. Chance najwyraźniej nie mogąc najwyraźniej powrócić do rytmu prelekcji po incydencie wywołanym przez pannę Michalczewską. - Co prawda nie przewidywałem takiego spotkania, ale, jeżeli gospodarze “Wiedzy” pozwolą, myślę że dyskusję można przenieść do klubu.

Stwarzało to jednak pewien problem, o którym doktor Chance najwyraźniej zapomniał. W takich spotkaniach, w klubach, raczej mężczyznom nie towarzyszyły kobiety. Było to co najmniej niestosowne.

- Mam nadzieję, ze nie będzie to spotkanie zamknięte? - spytał Peter. Można było odnieść wrażenie, że bardzo chętnie weźmie udział w ciągu dalszym rozmowy.

- Nie. Oczywiście że nie. Ale równie dobrze możemy kontynuować je tutaj. Bez konieczności uciążliwego przenoszenia się na górę.


* * *

Spotkanie przeniosło się na górę, do mniejszej sali klubu, gdzie w kłębach tytoniowego dymu z fajek, cygar i papierosów mężczyźni mogli rozmawiać dużo swobodniej. Jednak wszyscy, którzy liczyli na jakieś większe wyjaśnienia lub sposobność porozmawiania z doktorem B.E. Chance srodze się zawiedli. Nawet członkowie rodziny i najbliżsi przyjaciele mogli poczuć solidną dawkę irytacji, bowiem i ich Chance zbywał, podobnie jak dziennikarza, który usilnie starał się zepsuć swoimi pytaniami całość spotkania.

Po godzinie tej frustrującej sytuacji doktor B.E. Chance, jakby nigdy nic pożegnał się z ludźmi biorącymi udział w spotkaniu, podziękował za przybycie i aktywny udział w dyskursie, a potem – nim ktokolwiek zdążył go zatrzymać – odjechał zamówioną taksówką w sobie tylko znanym kierunku.

Podczas rozmowy jednak, niektórzy usłyszeli coś, co nieco osłodziło tą gorycz ignorancji i odrzucenia.

- Nie teraz. Skontaktuję się z tobą później.

Taką deklarację usłyszeli profesor Arturo i James. Reszta, próbując sforsować mur tajemniczości doktora B.E Chance, albo nie wzbudziła jego zaufania tak krótkim spotkaniem. Ale – rzecz jasna – większość dała jakieś namiary na siebie – a to wizytówkę, a to fotografię z gór z zapisanym kontaktem.

Jedynie panna Kelly mogła poczuć się przegraną. Manewr doktora B.E Chance uniemożliwił jej spotkanie. Obsługa klubu „Zapomnianej wiedzy” okazała się nieprzejednana i odwołując się do przepisów stanowych zakazujących kobietom przebywać w męskim gronie w klubach dla gentlemanów, najzwyczajniej w świecie wyprosiła ją z klubu. Czy to była celowa zemsta B.E Chance na niej, za publiczne wyciągnięcie zaginięcie jej ojca, czy tez przypadek? A może doktor miał coś na sumieniu w tej sprawie i dlatego postąpił tak nieelegancko? Musiała się dowiedzieć. Po prostu musiała. Manewr ze śledzeniem auta też się nie powiódł. Po prostu przeoczyli wyjście z klubu doktora, który chyba opuścił „Zapomnianą Wiedzę” inną drogą.


* * *


Od prelekcji B.E. Chance minęły blisko dwa tygodnie. Ludzie, którym doktor obiecał, że się skontaktuje z nimi później, stracili nadzieję, że tak się stanie. Ludzie, którzy liczyli na nawiązanie z nimi kontaktu, byli wręcz pewni, że Chance nigdy się do nich nie odezwie.

Ci, którzy próbowali nawiązać z nim kontakt, dowiedzieli się jedynie tyle, że doktora nie ma w Bostonie. Jedni mówili, że wyjechał do Filadelfii, inni – że do San Francisco, a jeszcze inni, że do Montrealu. Jaka by nie była prawda, jedyną pewną rzeczą było to, że B.E.Chance przepadł jak przysłowiowy kamień w wodę.

W Bostonie zaczęła się jesień. Dużo wcześniej, niż się spodziewano. Przyniesiona sztormową pogodą i burzowymi chmurami znad Atlantyku. Dnie stały się ponure, deszczowe i chłodne. Humorów ludziom nie poprawiały nawet zwyczajowe zajęcia. Czuli się oszukani. Wystawieni do wiatru. Rozczarowani. I mniej lub bardziej źli.

Aż do dnia 5 września 1926 roku, kiedy w życiu każdego z nich znów pojawił się B.E. Chance.


IAN THOMAS WELD


Depeszę służący Javees przyniósł wieczorem, kiedy Ian szykował się do wyjścia na przyjęcie u tych nudnych Crombergów. Z początku chciał ją zignorować, ale kiedy zobaczył nadawcę, otworzył korespondencję.

Cytat:
DROGI IANIE ---- STOP ---- PRZEPRASZAM ZA BRAK KONTAKTU --- STOP --- ZAPRASZAM NA OBIAD --- STOP --- RESTAURACJA CRYSTAL W BOSTONIE --- STOP --- 7 WRZEŚNIA O ÓSMEJ WIECZOREM --- STOP --- WSZYTSKO CI WYJAŚNIĘ
Tyle i aż tyle. Ian znał doktora B.E. Chance na tyle, aby wiedzieć, że ten musiał mieć ważny powód, by zwlekać z nawiązaniem kontaktu taki czas. Zresztą, w kręgach prawdziwych gentlemanów miesiąc czy dwa nie miały większego znaczenia. Przecież świat nie pędził tak do przodu, jak niektórzy pisarze sądzili, że będzie pędził po wymyśleniu telefonów, radia czy transatlantyków. I chyba nigdy nie przyspieszy, aż do tego tempa, by w kontaktach między ludźmi z wyższych klas liczyły się godziny.


HENRYK CHMURSKI


Ciężka praca, jaką wykonywał Henryk by zarobić na życie pozwoliła mu nauczyć się być pragmatykiem. Z każdym dniem, jaki mijał od spotkania w „Zapomnianej Wiedzy” coraz bardziej powątpiewał w to, że doktor kiedykolwiek się do niego odezwie. Bo i niby, czemu miałby to zrobić?

Dlatego był bardzo zaskoczony, kiedy pod drzwiami znalazł kopertę zaadresowaną dla niego.

List napisał B.E. Chcnce. A z każdym przeczytanym zdaniem, mimo że list był krótki, Henryk czuł, że budzi się w nim nowa nadzieja.

Cytat:
Szanowny Panie.

Dziękuję za fotografię i adres do Pana. Cieszę się niezwykle z tego, że ma Pan doświadczenie w wędrówkach po górach. Tak się bowiem składa, że niedługo szykować będę pewną ekspedycję badawczą w miejsce, gdzie takie doświadczenie może okazać się niezwykle cenne. Jeżeli jest Pan zainteresowany zainwestowaniem swojego czasu w wydarzenie, które może wstrząsnąć podwalinami nauki, zapraszam Pana na spotkanie w dniu 7 września br. w restauracji Crystal w Bostonie. Godzina ósma wieczorem. Z przyjemnością porozmawiam w troszkę bardziej sprzyjającej atmosferze, niż tego feralnego wieczoru w „Zapomnianej Wiedzy”.

Z wyrazami szacunku.

dr B.E. Chance.
7 września. Za dwa dni. We wtorek.


prof. MAXIMILIAN PHILEAS ARTURO


Zachowanie Chance nie odbiegało od normy. Arturo znał na tyle dobrze ekscentrycznego B.E, że mimo przedłużającego się milczenia, wiedział, że doktor nawiąże z nim kontakt. No chyba, że spotkało go coś nieprzyjemnego. jakiś wypadek, lub inne wydarzenie losowe. B.E. Chance miał po prostu nieco odmienne od wielu członków społeczeństwa podejście do terminu „później”.

Ale i on zaczynał mieć czarne myśli, kiedy cisza ze strony B.E przedłużała się na kolejne dni.

W końcu, wieczorem, cisza została przełamana. Co prawda zwykłą, pocztową depeszą przyniesioną przez chłopaka w stroju gońca, ale jednak została przełamana.

Cytat:
DROGI PROFESORZE---- STOP ---- PRZEPRASZAM ZA BRAK KONTAKTU --- STOP --- ZAPRASZAM NA OBIAD --- STOP --- RESTAURACJA CRYSTAL W BOSTONIE --- STOP --- 7 WRZEŚNIA O ÓSMEJ WIECZOREM --- STOP --- WSZYSTKO CI WYJAŚNIĘ --- STOP ---- ODKRYŁEM COŚ NIEZWYKLE ISTOTNEGO --- STOP --- LICZĘ NA TWÓJ UDZIAŁ W WYPRAWIE
A więc jednak stary Chance nie dawał za wygraną. Arturo doskonale znał przeszłość badacza yeti i to, że doktor B.E. Chance stracił ostatnie dziesięć lat swojego życia i prawie cały majątek na pościgu za „człowiekiem śniegu”. Jak na razie bezskutecznie. Czy tym razem udało mu się odkryć coś, co nie istniało? Profesor powątpiewał. Ale nie mógł stracić okazji, by być przy tym, gdyby jednak, jakimś cudem, okazało się iż Chance miał rację.


NATHALIE KELLY


Pozostała w Bostonie, bo tylko tutaj mogła pokopać w sprawie doktora B.E. Chance i swojego zaginionego ojca.

Zatrzymała się w pokoju, w hotelu Touraine skąd prowadziła swoje poszukiwania. W czasie, który minął od spotkania w „Zapomnianej Wiedzy” spotkała się chyba z pół setką ludzi, którzy mogli coś powiedzieć o jej ojcu lub o B.E. Chance, a jedynym, co ustaliła z całą pewnością, to fakt, iż obaj pracowali razem nad jakąś „ważną sprawą”. Przy okazji poszerzyła troszkę swoją wiedzę na temat doktora B.E Chance, który był w Bostonie „osobistością” dość rozpoznawalną. Przez naukowe kręgi akademickie uznany za niedouka, wręcz szarlatana, któremu powinno zabrać się naukowy tytuł. Poza nieliczną grupą postrzeleńców nie miał zbyt wielu sojuszników czy sympatyków.

Doktor B.E. Chance wydal prawie całe oszczędności na podróże po Himalajach i okolicach Tybetu. Na wędrówki po Indiach, Chinach i Półwyspie Indochińskim. Na wyprawy w puszcze Kanady i do Japonii. Szukając tylko jednego – jego obsesji – yeti.

Większość szanujących się towarzystw naukowych już dawno skreśliły ze swoich list jego osobę, a książki, których była autorem B.E. Chcnce trafiały tylko do największych bibliotek, na półki, z których bardzo rzadko ktokolwiek, cokolwiek wypożyczał.

Wszystkie te informacje tylko pogłębiały niechęć Nathalie do dziwacznego, ukrywającego swoje pierwsze imię naukowca.

Jakież było więc jej zdziwienie, kiedy wieczorową porą do jej hotelowego pokoju boy przyniósł na tacy depeszę.

Cytat:
MŁODA DAMO---- STOP ---- PRZEPRASZAM ZA WSZYSTKO --- STOP --- ZAPRASZAM NA OBIAD --- STOP --- RESTAURACJA CRYSTAL W BOSTONIE --- STOP --- 7 WRZEŚNIA O ÓSMEJ WIECZOREM --- STOP --- WSZYSTKO PANI WYJAŚNIĘ --- STOP ---- TAKŻE O PANI TACIE --- STOP --- B.E. CHANCE
Serce zabiło jej szybciej. Przez chwilę miała ochotę z wrzaskiem podrzeć depeszę i wrzucić w płomienie kominka, ale jedno zdanie skłoniło ją do zaniechania tego nerwowego czynu.

„Także o Pani tacie”.


JAMES „MAC” MAC DOUGALL


Milczenie wuja B.E James uznał za nic nadzwyczajnego, ale i on zaczął się niepokoić, kiedy minęło dziesięć dni. Tym bardziej, że dowiedział się, iż krewniak opuścił Boston w „znacznym pośpiechu”, zaraz po spotkaniu w „Zapomnianej Wiedzy”. I owszem, B.E bywał w gorącej wodzie kapany, ale Mac znał go od strony skrupulatnego planisty i człowieka, który dokładnie rozpisuje swoje kolejne godziny.

Dni Jamesa mijały w tyglu coraz bardziej irytującej pracy. Miał wrażenie, że jest jak podgrzany kocioł parowy, który może w każdej chwili eksplodować dokonując wokół siebie zniszczeń na niespotykaną skalę. Ale hamował się. Hamował się, jak tylko potrafił najlepiej.

Depesza od wuja, którą otrzymał 5 września wieczorem, bardzo go zdziwiła.

Cytat:
DROGI KREWNIAKU ---- STOP ---- PRZEPRASZAM ZA BRAK KONTAKTU --- STOP --- ZAPRASZAM NA OBIAD --- STOP --- RESTAURACJA CRYSTAL W BOSTONIE --- STOP --- 7 WRZEŚNIA O ÓSMEJ WIECZOREM --- STOP --- MAM DLA CIEBIE NIEZWYKLE CIEKAWĄ PROPOZYCJĘ --- STOP ---- MAM NADZIEJĘ, ŻE SIĘ NIĄ ZAINTERESUJESZ --- STOP --- B.E. CHANCE
No. W końcu.

Za oknami szum deszczu bębniącego o szyby dodawał tej informacji jakiejś ... tajemniczości.


SAMUIŁ FIODOR REPNIN


W natłoku codzienności Samuił zdążył zapomnieć o krótkiej wymianie zdań, jaką udało mu się obyć z doktorem B.E Chance na potkaniu w klubie. Rozmowie, w której zasugerował doktorowi dyskretnie, by nie wyjść na szaleńca, że .. kiedyś widział coś ... gdzieś...

Liczył na to, że zainteresował naukowca swoją opowieścią, ale chyba się przeliczył. Wróciwszy do szarej codzienności, szybko stracił nadzieję na kontakt.

List, który przyniósł listonosz, bardzo go zaskoczył. A jeszcze bardziej zdziwił Samuiła nadawca, którym okazał się być doktor Chance.


Cytat:
Szanowny Panie.

Nadal wspominam naszą interesującą rozmowę z „Zapomnianej Wiedzy” i wielce ubolewam nad tym, że inne obowiązki nie pozostawiły mi tyle czasu na nią, ile bym sobie życzyły. Z Pana akcentu wywnioskowałem, że pochodzi Pan z terenów wielce mnie ostatnio interesujących. W zaufaniu powiem Panu, że za niedługo szykować będę pewną ekspedycję badawczą w miejsce, gdzie Pana umiejętności językowe mogą okazać się niezwykle przydatne. Jeżeli jest Pan zainteresowany zainwestowaniem swojego czasu w wydarzenie, które może wstrząsnąć podwalinami nauki, zapraszam Pana na spotkanie w dniu 7 września br. w restauracji Crystal w Bostonie. Godzina ósma wieczorem. Z przyjemnością porozmawiam w troszkę bardziej sprzyjającej atmosferze, niż tego feralnego wieczoru w „Zapomnianej Wiedzy”.

Z wyrazami szacunku.

dr B.E. Chance.
Samuił przeczytał list dwukrotnie. Wyraźnie los się do niego uśmiechnął.
 
Armiel jest offline  
Stary 21-11-2012, 21:35   #9
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 23575 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
- Dawno pana nie było.
Jennings, zarządca stajni jeździeckich w Milton, przywitał Iana Welda, stałego i dobrego klienta, nie tylko słowami, ale i głębokim ukłonem.
- Osiodłać Hellsbane? - spytał. - Czy woli pan może Hearke’a?
- Hearke - zdecydował Ian.


Parę minut później poczęstował ogiera marchewką, sprawdził uprząż, a potem dosiadł wierzchowca i ruszył.
Najpierw stępa i wolnym kłusem, by koń przyzwyczaił się do jeźdźca, a potem... potem można było sobie pozwolić na nieco swobody.

Wrócił po dobrych dwóch godzinach szybkiej jazdy, którą śmiało można było nazwać terenową. Okolice Milton obfitowały w miejsca, gdzie zarówno można było pędzić cwałem, jak i spróbować sił swoich i wierzchowca w skokach przez średniej wielkości przeszkody.
Zsiadł i oddał wodze w ręce stajennego. Tutaj nie było mowy o czymś takim, jak własnoręczne rozsiodłanie konia i wytarcie go. Tego się po prostu tutaj nie robiło. Nie mówiąc już o tym, że wiara Jenningsa w umiejętności klientów była, delikatnie mówiąc, niewielka.
Obdarzywszy stajennego odpowiednim napiwkiem i pożegnawszy się z zarządcą wrócił do domu. W końcu nie można było wiecznie uciekać od pracy.

***
- 94 -

ROZDZIAŁ VI

Gdy tylko słońce pokazało się nad horyzontem, mgły, do tej pory delikatnym całunem spowijające powierzchnię jeziora, uniosły się i rozpłynęły powoli, ukazując mnóstwo żyjątek i roślin unoszących się na lśniącej w promieniach słońca tafli wody. Tu potężna lilia wodna wystawiał ku słońcu grube, okrągłe liście, na których bez problemu mogłoby usiąść dziecko. Tam wielki nartnik ślizgał się po lekko pofalowanej powierzchni jeziora. Koliber, niczym żywy szmaragd, zawisł na moment obok obok czerwonego jak krew kwiatu, znęcony zapewne zapachem nektaru. Wielka srebrzysta ryba wyskoczyła z wody w pogoni za przelatującym owadem i z pluskiem zanurzyła się z powrotem. Długi pień drzewa z dwiema naroślami na jednym końcu, mający dziwną właściwość zanurzania się i wynurzania w coraz to innym miejscu, powoli płynął przez jezioro.
- Kajman - mruknął Biggles. - To jest to samo wielkie bydlę, które rozrabiało tutaj dziś w nocy.
William skinął głową.
Siedział na zwalonym pniu wielkiego hebanowca i obserwował las.
Korony potężnych pni drzew łączyły się ze sobą kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Liany oplatały każdy pień, zwisały z gałęzi, przechodziły z jednego drzewa na drugie niczym wielka sieć, czyhająca na nieostrożną istotę, która zechciałaby wędrować podniebnym labiryntem. Pnącza i orchidee czepiały się drzew, ozdabiając swych gospodarzy wielobarwnymi kwiatami. Drzewiaste paprocie rozkładały swe pierzaste liście.
W roślinnym labiryncie fruwały motyle o skrzydłach wielkości dłoni. Stado barwnych papug przeleciało nad jeziorem, a tukan z olbrzymim czerwono-żótym dziobem przysiadł na gałęzi, kilkanaście metrów nad głową Williama.
- Widzieliście gdzieś Shannon? - Tym razem to głos Maxa zakłócił poranną ciszę.
Biggles zaklął, sięgając po opartego o pień drzewa remingtona.
Shannon Whitaker, główny sponsor całej wyprawy, miała przedziwny talent do pakowania się w kłopoty, które lgnęły do niej niczym muchy do miodu.

Ian oderwał palce od klawiatury.


Wyciągnął z maszyny kartkę papieru, spojrzał na wpisany przed chwilą tekst i, podobnie jak Biggles, zaklął.
Nie wiedzieć czemu bohaterowie jego najnowszej powieści zaczęli żyć własnym życiem, uparcie postępując wbrew intencjom ich stwórcy. A Shane była z nich najgorsza. Jeśli coś można było zrobić w trudniejszy sposób, to właśnie na nią można było liczyć. W komplikowaniu spraw prostych nie miała sobie równych.
Trzeba było ją utopić na samym początku, pomyślał z niechęcią.
Niestety pozostawienie jej w Bogocie nie wchodziło w grę, skoro to właśnie z niej uczynił właścicielkę mapy, której twórcą był ponoć Andrea López, jezuita, misjonarz i odkrywca.
Oczywiście mapa była bardzo stara, wiekowa wprost, ale na ile prawdziwa? O tym mieli się przekonać na miejscu.
Po raz pierwszy postawił swego głównego bohatera w takiej sytuacji. Do tej pory wolny jak ptak robił wszystko na własną rękę, sam sobie będąc sterem, żeglarzem, okrętem... A teraz nie dość, że znalazł się sponsor wyprawy, to jeszcze był to sponsor w spódnicy. W dodatku uparta jak muł, z ciekawością znacznie górującą nad rozsądkiem.

Sięgnął po filiżankę.
Cienka porcelana, pamiętająca czasy sprzed epoki herbacianych kliprów, niezbyt pasowała do klimatu kolumbijskiej dżungli, ale co innego picie herbaty z metalowego kubka w środku selwy, co innego ta sama czynność w zaciszu własnego gabinetu. Wszyscy przodkowie pewnie w grobie by się przewrócili, gdyby zaczął pić herbatę na przykład ze szklanki, na modłę którą do Bostonu przywieźli rosyjscy kupcy. Z drugiej strony - smakowi herbaty z samowara trudno było coś zarzucić. Ale i tak - co filiżanka, to filiżanka.

Spojrzał na stos notatek z ostatniej wyprawy. Trochę tego uporządkował, ale drugie tyle pozostało. Może jednak lepiej by było dokończyć tamto, niż zmagać się z nieposłusznymi postaciami?
Wrócił myślą do bohaterów swojej książki.
Czy gdyby wspomniany przed chwilą kajman zeżarł Shannon, akcja potoczyłaby się wartko, czy też kłopoty by się zwiększyły?
- 95 -

- Zeżarł ją. - Biggles spojrzał na kajmana. - I naszą mapę, nie daj Boże.
- Nie pływa brzuchem do góry, więc raczej nie zeżarł naszej szabownej towarzyszki wyprawy. - Max, któremu Shane ostatnio nieźle zalazła za skórę, zdecydowanie nie uznał ewentualnego przypadku ludożerstwa za zbyt wielką tragedię. - Złego diabli nie biorą - dodał z pewnym żalem. - Ona jest niezniszczalna.
- W przeciwieństwie do moich nerwów - odparł Biggles. - Może ty jej dla odmiany poszukasz, Will?
- Zagramy w marynarza? - zaproponował wywołany. Bez wiary w sukces. Wziął winchester. - No dobra, rozejrzę się. - oznajmił.
***

A może by tak mały wypadek?
Myśli Iana stale powracały do Shane.
Tak. Wypadek na polowaniu. Tylko na kogo by to zwalić... Kto najmniej lubił Shane? Biggles? Czy może Max? Z czyjej broni padnie ów fatalny dla sponsorki strzał? Do wyboru był bogato zdobiony marlin z 1889 roku, własność Williama. A może tak dwadzieścia lat młodszy remington, wiernie służący Bigglesowi? Czy też najnowszy model winchestera, którym od niedawna cieszył się Max?


Jeden przypadkowy acz celny strzał by wystarczył. Tylko kogo by tu obdarować wyrzutami sumienia... Powieść z pewnością zyskałaby na głębi, ale co by powiedzieli czytelnicy? Ile osób zaczęłoby wieszać psy na autorze? Przerobić powieść przygodową na psychologiczną? Dla bardziej ‘wyrafinowanych’ czytelników?

- Najpierw do tarczy, czy do ruchomego calu, panie Weld? - Głos Kenta Trentona, właściciela bostońskiej strzelnicy Massachusetts Shooting Clubs, wyrwał Iana z rozważań o ewentualnym ‘wypadku’.
- Tarcza - odpowiedział Ian. - Sprawdzimy, jak się sprawuje ten winchester.

***

Drzwi otworzyły się bezgłośnie.
- Dzwoniła pani Delano - oznajmił Jeeves. - Przyjedzie po pana za godzinę.
- Dziękuję, Jeeves.
Kochana Anne. Zawsze można było na niej polegać. Zarówno w załatwianiu powierzonych spraw, jak i w dopilnowaniu, by młodszy braciszek nie wymigał się od obowiązków, takich jak udział w przyjęciu. Gdyby jej nie znał mógłby się założyć, że chce mu wyszukać żonę.
- I depesza przyszła - dodał służący, podając na tacy złożony we czworo kawałek papieru.


Gdy niezawodny rolls royce Anne wiózł ich na przyjęcie, Ian miał okazję zastanowić się nad tym, co takiego będzie mieć do powiedzenia B. E.

***


Kawior, ostrygi, szampan... Tony jedzenia, morze szampana.
Rozmowy, plotki, interesy, gadanie o niczym.
Próby zdobycia żony, również cudzej.
Usiłowania złapania w sidła męża.
Szara codzienność przyjęć w bostońskich wyższych sferach. Nudy na pudy, przynajmniej dla Iana. Ale trzeba było robić dobrą minę do złej gry.

***
Dwa dni później, na trzy minuty przed ósmą, Ian wysiadł z taksówki tuż przed wejściem do restauracji “Crystal”.
 
Kerm jest offline  
Stary 23-11-2012, 12:20   #10
 
Tom Atos's Avatar
 
Reputacja: 4254 Tom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputację
Klub tylko dla mężczyzn. Kolejne kuriozum upadającego Zachodu. Zupełnie jakby się cofnęli do XIX wieku. Mac nie cierpiał wszystkiego co różnicowało ludzi.
- Może panowie nie słyszeli, że konstytucja Stanów Zjednoczonych zapewnia równość wszystkich obywateli.
Zwrócił się zjadliwie do klubowych sługusów, którzy nie chcieli wpuścić do środka kobiety. Niestety owo stwierdzenie nie zrobiło na nich najmniejszego wrażenia. Oni tylko wypełniali polecenia przełożonych, byli niczym nieświadome niczego golemy.
- Domyślam się dlaczego nie mogą tam wchodzić kobiety. Klub pantoflarzy chce mieć spokój przy piciu whisky i czytaniu gazet. Coś czego nie mają w domu.
Prychnął pogardliwie i spojrzał po zebranych.
- Nie sądzicie Państwo, że temu krajowi przydałaby się porządna dawka socjalizmu? – spytał prowokacyjnie.
Tym niemniej chcąc się spotkać z wujem musiał wejść do środka. Usiadł niedbale na skórzanym fotelu i odmówił zapalenia cygara ostentacyjnie wyciągając papierosa. Nie tknął także alkoholu. Spoglądał tylko z mieszaniną pogardy i rozbawienia na klubowe zwyczaje.

Spotkanie ciągnęło się jak smród spalin za samochodem. Wujaszek nie mógł, czy też nie chciał z nim porozmawiać. Jedyne co James uzyskał, to krótkie zdanie, że później się z nim skontaktuje, a potem B.E. ulotnił się.
Mac nie widział sensu dalszego przebywania w klubie. Spotkanie było zakończone i mógł spokojnie pojechać do swojego hotelu, by się odświeżyć.

Nie było tego złego co by na dobre nie wyszło. James mógł spokojnie się wykąpać i udać się na kolację do Alicji i Jimmiego Doolitttle’ów. Oczywiście wcześniej zadzwonił, że przyjedzie, żeby Alicja miała czas upichcić więcej jedzenia. Mac potrafił zjeść zwłaszcza jeśli ktoś gotował smacznie, a żona Jimmiego cieszyła się wśród znajomych męża zasłużoną sławą pod tym względem.

Państwo Doolitlle mieszkali niedaleko MIT i Mac wziął taksówkę. Nie łączył jazdy z alkoholem, to była jedna z jego zasad. Złamał ją raz, gdy rozbił samochód o słup telefoniczny. Jemu nic się nie stało, ale pasażer trafił do szpitala ze wstrząsem mózgu. To dało mu nauczkę na całe życie.


Na progu przywitała go Alicja z okrzykiem:
- No nareszcie. Choć bo kaczka mi się zaraz spali. – rzuciła z uśmiechem. – Jimmy! Mac już jest.
Zawołała przyjmując od gościa bukiet kwiatów, wraz z pocałowaniem w policzek na przywitanie.
- Kaczuszka na kolacje. Pychota. – rzucił Mac zacierając ręce. Szykował się naprawdę miły wieczór.
I rzeczywiście wieczór był miły. Wśród przyjaciół, przy smacznym posiłku, przy wspomnieniach studenckich czasów, przy opowiadaniu anegdot z wojska. Obydwaj bowiem byli oficerami rezerwy.
Była już prawie północ, gdy pożegnał się z miłymi gospodarzami i wrócił do hotelu.

Następnego dnia odbył spotkanie z Goddardem. Wielce interesujące. Mac nie miał pojęcia, że Robert w marcu odpalił pierwszą na świecie rakietę na płynne paliwo. Nie była może ona imponująca, ale jej stateczniki pionujące lot miały wielce ciekawy kształt. Kształt delty.

Kilka następnych dni poświęcił pracy i prawdę powiedziawszy nie bardzo nawet myślał o wuju, aż do 5 września, gdy otrzymał krótką wiadomość.
- Obiad za dwa dni. – mruknął spoglądając na kalendarz i zapisując termin. – I to nie byle gdzie w samej jaskini zamożnych nierobów. Wujaszek zaczął się obracać w lepszym towarzystwie.
Zakpił spoglądając na rozrzucone na biurku papiery. Poczuł się nagle bardzo zmęczony.
- Jak to powiedział Jimmy? „Zrób sobie wakacje”? - potarł ręką czoło patrząc przez zmoczone deszczem szyby.
- Może rzeczywiście trzeba. – rzucił jeszcze raz okiem na wiadomość. - Ciekawa propozycja … No dobrze wujku. Byleby to nie było szukanie Yeti w Górach Ozark.
Stwierdził wyciągając ostatniego papierosa z paczki.
 
Tom Atos jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:12.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166