Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 19-05-2013, 23:06   #1
 
Yarot's Avatar
 
Reputacja: 340 Yarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skał
[Zew Cthulhu] N/1

Rozdział I
Warszawa, 2 stycznia 2013 rok
Sala konferencyjna większa, Komenda Rejonowa Warszawa VII


Hucznie przywitany Nowy Rok został już dawno w tyle. Teraz przypominają o nim tylko resztki po petardach, strzępy balonów oraz liczne butelki i puszki po piwie na ulicach. Jeszcze parę godzin i armia zbieraczy ogołoci przynajmniej z tych ostatnich trawniki i skwery. Z resztą służby miejskie będą mieć więcej roboty. Przynajmniej to nie zmienia się z roku na rok. Podobnie jak zima, która zaskakuje drogowców. A zima właśnie zaskoczyła i sobie poszła. Kolejny Nowy Rok bez śniegu Warszawiacy zdają się traktować jako coś normalnego. I zwiastują, że jeszcze się napada, ale w marcu i kwietniu.
Zebranych w sali konferencyjnej pogoda za oknem mało obchodziła. Raz, że nie zmieni toku zdarzeń, które właśnie będą zawiązywane, a dwa, że i tak są w pracy więc nie mogą skorzystać z tego, co jest za oknem. Przynajmniej tak na to zapatrywał się komisarz Janusz Kwieciński - szef
Wydziału Śledczego, który był całym spiritus movens obecnego zgromadzenia. Po pięćdziesiątce, postawny choć wynikało to nie z muskulatury a rozwoju innych parii ciała. Wąsik z lat osiemdziesiątych dopełniał całości, podobnie jak rozpoczynająca się łysina na głowie. Całe szczęście, że przystrzygł się na krótko, to przynajmniej nie rzuca się to tak bardzo w oczy. Niebieskimi oczami wodził po zebranych. Zegar na drzwiach wskazywał na 8.50. Do odprawy zostało jeszcze 10 minut, ale wszyscy już byli. Poza komendantem. Na niego czekali by móc zacząć formalne istnienie N/1 - nowego zespołu dochodzeniowego w strukturach komendy.

Siedzieli razem z komendantem nad tym jeszcze w grudniu. Tempo, w jakim powołano zespół, imponowało, ale przed końcem roku trzeba było domknąć budżety i wykorzystać to, co miałoby się zmarnować już za kilka dni. Jednak nie tylko chęć wykorzystania budżetu leżała u podwalin powołania N/1 do życia. To przede wszystkim sprawa, która od listopada wpadła w ich rejon i nie mogła być potraktowana rutynowo. Chodziło o policjanta a w takich wypadkach nikt tutaj nie chciał podchodzić rutynowo. Uczulił go na to właśnie Antoni Korycki, obecny kierujący Komendą. Łatwo się sparzyć i czegoś zaniechać. A sprawa od samego początku robiła się pogmatwana. Kwieciński sprawdził komórkę, ale nie miał na niej żadnych wieści od Koryckiego. Zegarek wskazywał na 8.55 więc jeszcze nie było się o co martwić. Komendant jest punktualny i pewnie zaraz zaszczyci ich swoją obecnością.
Cały nowy skład zespołu już jest na miejscu. Starszy i doświadczony glina w postaci Roberta Ziętka przyglądał się papierom trzymanym w ręku, ale od czasu do czasu zerkał na wszystkich z uwagą. Niedaleko niego usiadła najmłodsza w zespole - Eliza Popiołek. Na podstawie otrzymanych akt to właśnie ona została wybrana do zespołu. Miała wszystko, co trzeba by zacząć robotę a lepszego startu w policyjne życie nie wyobrażał sobie inaczej niż od trudnej sprawy. Pamiętał sam, jak w 1977 został przydzielony do sprawy Jana Sojdy i mordu pod Połańcem. Nie było łatwo, ale to były inne realia i inna Polska. Teraz też jest trudno, ale rzeczywistość jest zdecydowanie inna. Kolejnym mężczyzną był szpakowaty, dobrze zbudowany gość, który odbył daleką drogę by do nich tu przyjechać. Komisarz zastanawiał się jak się to wszystko mieści w jednym człowieku, a co miał okazję przeczytać w aktach. On sam wiele przeszedł, ale nie miał nawet połowy wiedzy, jaką posiada Tomasz Brender. Pewnie doświadczenie miał większe, ale wiedzę zdecydowanie mniejszą. I ostatnią nową osobą była pani Julia Kazan. Nigdy nie miał ani śmiałości ani należytej odwagi by swobodnie rozmawiać z kimś, kto zajmuje się psychiatrią. Czuł się wtedy jak na widelcu i starał się by nie powiedzieć o jedno słowo za dużo. Bo przecież tacy zaraz wyciągną z człowieka wszystko to, czego nawet on sam nie jest świadomy. Widział to na filmach i miał swoją małą fobię z tym związaną. W tej sprawie nie liczyły się jednak żadne prywatne sympatie i antypatie tylko dobro śledztwa. A ten zespół miał je zapewnić. Ostateczna decyzja zapadła po świętach i komendant...
- Witam wszystkich - zabrzmiał basowy głos i do sali wparował we własnej osobie Antoni Korycki. Raźnym krokiem podszedł do stolika z rzutnikiem. Przywitał się z Kwiecińskim przerywając mu jego przemyślenia. Postawił teczkę obok stołu i popatrzył się na zebranych. - Zostało jeszcze 2 minuty. Poproszę jeszcze o chwilę i zaczynamy.
- Wszyscy? - rzucił w stronę Janusza siadając i nie patrząc na swojego podkomendnego.
- Tak. Jak widzisz jest też Janek Hierat. Przekażemy sprawę i dalej będzie się tym zajmować N/1 - Janusz uporządkował papiery przed sobą. Czas było zaczynać. - Wszystko ustawione i zorganizowane. Osoby są, środki też. Teraz zostało tylko poprowadzić sprawę.
- Proszę państwa - komendant wstał z krzesła. Oczy wszystkich zwróciły się w stronę najważniejszego w sali. - Niezmiernie miło mi powitać was tutaj. Bez was nowy zespół nie miałby racji bytu a mi osobiście zależało, by trafiły tu osoby najlepsze i kompetentne. Zespół "en łamane na jeden" - Korycki wymówił to z lekką ironią w głosie - ma przed sobą pierwsze zadanie. Dla niektórych to nie pierwszyzna, ale sprawa, w którą jest zamieszany policjant nigdy nie jest czymś rutynowym. Dlatego proszę was o podejście do tego szczególnie sumiennie. Szczegóły sprawy zaraz dostaniecie do wglądu. Szczegółowe dokumenty są w archiwach i macie do nich dostęp. Macie też do dyspozycji Janka Hierata, który od listopada zajmuje się tą sprawą. Wszystko to, co udało się osiągnąć przez niecałe dwa miesiące jest już zebrane. Liczę, że zespół sprawnie przejmie wszystko to, co wiadomo do tej pory i pchnie dalej śledztwo do szczęśliwego zakończenia. O szczegóły poproszę teraz waszego bezpośredniego zwierzchnika w naszej jednostce czyli komisarza Kwiecińskiego.
- Już trochę zdążyliśmy się poznać - Janusz wstał i poprawił na sobie mundur. - Jak już nadmienił komendant sprawa jest delikatna. Przez to może być trudna i to jest jej główna trudność. Janku - zwrócił się do siedzącego za stołem obok niego mężczyzny - proszę, rozdaj materiały dotyczące sprawy.
Janek Hierat ruszył swoją dużą tuszę i wstał zza stołu. Miał w ręku gruby plik papierów, które rozdał każdemu przechodząc się po sali. Podszedł też do laptopa i podłączonego do niego rzutnika. Sprawdził podpięcia i skinął lekko głową w stronę Janusza, gdy wszystko się zgadzało.
- Zacznijmy od początku. Szczegóły sobie doczytacie, tutaj skupimy się tylko na ważniejszych punktach.
Światło przygasło i zapaliła się lampa rzutnika. Na białej ścianie pojawił się obrazek straży pożarnej gaszącej jakiś dom.
- Jest 13 listopada zeszłego roku. Krótko przed siódmą rano wybucha pożar przy ulicy Łyszkiewicza 29. Walka z żywiołem trwa ponad 8 godzin. Budynek nie spłonął całkowicie a bilans ofiar zamknął się liczbą 3. Jedną z ofiar jest Jakub Wawrzek, emerytowany policjant. Pracował on ostatnie dwa lata przed przejściem na emeryturze w strukturach naszej komendy, na komisariacie w Rembertowie. Było to ponad dwanaście lat temu. Przyczyną pożaru mogło być zaprószenie ognia lub nieszczęśliwy wypadek - budynek nie należał do nowych i wszelkie instalacje w nim miały po kilkanaście lat. Badania pożarniczne wskazały jednak, że mogło dość do podpalenia. Szczegóły są w dokumentach. Dodatkowo wyszło jeszcze, że pan Wawrzek był militarystą i kolekcjonował eksponaty wojskowe. Niektórzy w tym upatrują przyczyn pożaru, jednak ten trop ostatecznie odpadł. Po zbadaniu okoliczności dopuściliśmy jeszcze jedną hipotezę - morderstwo. Nie wiemy jeszcze czy była by to zemsta, rabunek czy cokolwiek innego. Jedyny trop tej hipotezy to kurier DHL, którzy przyjechał dzień wcześniej do budynku i zostawił paczkę.

Kwieciński przeskakiwał ze slajdu na slajd pokazując zdjęcia budynków, osób oraz kolekcji Wawrzeka. Wszyscy w milczeniu chłonęli to, co widzieli. Tylko szum lampy rzutnika mącił ciszę pomiędzy słowami komisarza.
- Zadaniem N/1 będzie właśnie zbadanie sprawy tego pożaru. Czy doszło tu do podpalenia a splot nieszczęśliwych okoliczności może rzucać cień na policjanta lub jego działania? Czy miały tu miejsce porachunki z kimkolwiek a jeśli tak, to jaki był motyw? I wreszcie czy była to wina byłego policjanta czy jednak ktoś wszystko to odpowiednio przygotował i zaaranżował? Chodzi nam o zbadanie sprawy i doszukanie się prawdy. Nie chcę byście pomyśleli, że ktokolwiek chce by na siłę znaleźć sprawców tego i wykluczyć udział policjanta. Właśnie dlatego chcemy was, ludzi spoza komendy, którzy mogą na to spojrzeć obiektywnie i mają znacznie większe szanse na odnalezienie prawdy. W rozmowach z wami zaznaczałem, że to będzie delikatna sprawa ale nie podawałem szczegółów. Właśnie dlatego byście się niczym nie sugerowali. A dobro śledztwa jest najważniejsze.
- Dokładnie tak - podniósł się komendant i staną na tle zdjęcia z pożaru w świetle projektora. - Janusz przekazał to, co najważniejsze. Chcemy poznać prawdę - nawet tą niewygodną. Mamy na to środki, mamy najlepszych ludzi i mamy dobre chęci. Pozostaje tylko teraz zabrać się do pracy i dobrać się do tego, co siedzi pod tą sprawą. Janusz już pewnie przekazał, że macie możliwość zakwaterowania, samochód oraz własny pokój. Do tego wyposażenie czy cokolwiek innego, by niczego nie brakowało. W końcu policjant nie będzie pisać w zeszycie przez cały czas. Nawet u nas jest już XXI wiek. - uśmiech zagościł na twarzy starszego mężczyzny. Raźno przeszedł się wzdłuż sali i usiadł ponownie za stołem.
- Jeśli macie jeszcze jakieś pytania - rzekł Kwieciński - do mnie lub do komendanta to śmiało pytajcie. O szczegóły śledztwa odsyłam do materiałów. Gdyby trzeba było to Janek Hierat jest do dyspozycji w każdy dzień. Od dziś liderem zespołu zostaje Robert Ziętek. To z nim ustalajcie wszystkie pomysły i kierujcie sprawy, które od dnia dzisiejszego pojawią się w bieżącej pracy. On będzie kontaktem zespołu ze mną i wszelkimi innymi osobami z zewnątrz, które chciałyby się dowiedzieć czegoś o śledztwie. O terminach nie mówię, bo wiadomo, że im szybciej tym lepiej. Nie chcę nikogo popędzać tym bardziej, że zespół jest nowy i nie znacie się jeszcze za dobrze. Ale mam cichą nadzieję, że może po miesiącu już coś będziecie mieli, prawda Antoni?
Komendant pokiwał głową.
- Pytajcie.
 
__________________
...and the Dead shall walk the Earth once more
_. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : ._

Ostatnio edytowane przez Yarot : 19-05-2013 o 23:25.
Yarot jest offline  
Stary 20-05-2013, 20:51   #2
 
Harard's Avatar
 
Reputacja: 247 Harard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie coś
Mosiężna tabliczka na drzwiach nie zostawiała wątpliwości co do tego, kto urzęduje w tym miejscu. Komisarz Kwieciński jeszcze przed świętami polecił by Robert stawił się u niego z samego rana w biurze właśnie dziś by przedstawić to, co będzie go dotyczyć przez najbliższy czas. Dobrze, że dziś było mało ludzi na komendzie. Przerwa między świętami a Nowym Rokiem nigdy nie była lubiana bo to czas na wolne, ale wiadomo, że ktoś musi pracować by odpoczywać musiał ktoś. Ci, którzy odwalali dzisiaj pańszczyznę, przemykali się pod ścianami z kubkami herbaty w dłoniach i spuszczonym wzrokiem. Lepiej dziś nie wpadać na szefa, który zadziwiająco, właśnie w takich momentach miał zwykle przypływ weny. Dla Roberta nie było to jednak ważne. I tak nie znał tu nikogo a już tym bardziej komisarza Kwiecińskiego. Mało go to obchodziło, bo chodziło o robotę, którą trzeba wykonać i potrzebowano do tego dobrego gliny. U siebie w Krakowie za takiego uchodził i nie zamierzał zaniżać swojej wartości tylko dlatego by komuś było dobrze. Nigdy taki nie był i nie zamierza być. Jednak kompletna zmiana miejsca pracy i przez to zamieszkania była już czymś istotnym w jego życiu. Poza Kraków nie wychylał nosa od dawna a tu taka zmiana. Zamierzał ją wykorzystać jak najlepiej choć pod skórą czuł, że to raczej ktoś próbuje coś ugrać dla siebie i niekoniecznie tym kimś jest Robert Ziętek.
Cóż, raz się żyje. Zapukał zdecydowanie w drzwi i nie czekając na pozwolenie wparował do gabinetu. Nie był on specjalnie bogaty. Ot, biurko, szafa i niewielki kredensik. Do tego obowiązkowy fikus, okno z widokiem na ulicę oraz siedzący za biurkiem mężczyzna. Wyglądał na swoje lata i każda zmarszczka na twarzy była okupiona rokiem za biurkiem policyjnego wydziału śledczego. Drobny wąsik jeszcze sprzed dwóch dekad dopełniał całość Janusza Kwiecińskiego.
Popatrzył na wchodzącego Roberta i przerwał notowanie czegoś w kalendarzu. Odłożył czerwony długopis na biurko i spojrzał na wchodzącego. Z kamienną twarzą wskazał na fotel po drugiej stronie biurka, lekko wstał, przygładził mundur i wyciągnął rękę na powitanie.
- Witamy, nadkomisarzu Ziętek. Komisarz Janusz Kwieciński. Proszę usiąść.

Nadkomisarz Robert Ziętek od rana był wkurwiony. Złożyło się na to oczywiście wiele czynników, część racjonalnych, część niezbyt. Oddelegowanie do zespołu wydzielonego Komendy Stołecznej... Co to mogło oznaczać? Durnie myśleli, że awans. Mniejsi durnie, że ciche zesłanie po zamieceniu pod dywan jakiejś afery. Robert zaś jako ostrożny realista uważał to za szwindel. Oderwano go od jego zespołu w zasadzie z dnia na dzień. Bez żadnych przecieków, przymiarek, dyskretnych rozmów z krakowskim szefostwem. Faks na biurko Komendanta i wyjazd. Ani od poniedziałku, ani od nowego roku... Coś tu nie grało. To nie było na pokaz. Zaczynał wierzyć, że naprawdę jedzie do roboty, bo ktoś o nim pomyślał jako o starym psie... Oznaczało to sprawę wewnętrzną i nie chcieli angażować nikogo ze stolycy. Czyli największe gówno jakie można sobie wyobrazić w pracy śledczego - ściganie kolegów i sranie do własnego gniazda. Mogło to oznaczać potrzebę spojrzenia na jakąś sprawę okiem spoza środowiska, spoza układów i powiązań, ale jednak konkretną porządną robotę kryminalną jaką umiał robić. Ostrożny rachunek prawdopodobieństwa... i wychodziło, że pięć do jednego dla gówna.
A mniej racjonalne przyczyny wkurwienia? A że tuż po Świętach, a że o ósmej rano, więc musiał przyjechać już wczoraj i spać w tanim hoteliku, bo jeszcze nie zdążył się wpisać na stan nowej jednostki i nie miał prawa do przydziału mieszkania służbowego... To że jego stare Audi złapało kapcia po drodze i musiał zasuwać lewarkiem już nawet pomijał, bo pół dnia zgrzytania zębami wystarczy. Tak jak i to, że jeszcze nie znalazł czasu by zadzwonić do Doroty.
Zaparkował pod KRP VII i przyglądnął się budynkowi. Widać było, że w kolejce do budżetu remontowego byli bliżej koryta niż Kraków. Wysiadł z samochodu, poprawił czarną, skórzaną kurtkę stawiając kołnierz. Zimno i wiało jakby się kto powiesił. Obrócił głowę w jedną i w drugą stronę, spojrzał na kilka zaparkowanych astr i nieoznakowanych renówek i fordów obsypanych śniegiem. Roztarł ręce i zerknął na zegarek. Jeszcze jest trochę czasu, bo w nowym mieście nie wiedział ile zajmie mu czasu dojazd. Wszedł w końcu do środka, czekając jak strona przed drzwiami z panelem elektronicznym. Nie znał przecież kodu i dyżurny musiał go wpuścić.

***

Skinął głową i uścisnął silnym pewnym ruchem podaną dłoń. Odruchowo przechylił się odrobinę w prawo na fotelu, tak by kabura i kajdanki z tyłu za pasem nie uwierały.
- Dziękuję. – Miał basowy, ciężki głos, pasujący do wysokiego wzrostu i barczystej budowy. Wbił przenikliwy wzrok w komisarza. Miał mgliste pojęcie, czym ma się zajmować tutaj. W oficjalnym pisemku zdążył przeczytać, że tworzony jest nowy zespół i niewiele więcej poza domysłami, które łaziły mu po głowie. Czekał więc, aż rozmówca zdecyduje się zacząć odprawę. Wyznawał prosty system, szczególnie z nowymi szarżami. Nie marnuj czasu, takie rozmowy nie są prowadzone dla wrażeń towarzyskich. Bo choć stopniem był wyższy od Kwiecińskiego, to było jego podwórko i jego zabawki i doskonale wiedzieli o tym oboje. Pytanie więc po co wam jestem potrzebny w waszej piaskownicy nie miało sensu, bo przecież zaraz mu to objaśni.
- Panie Robercie, za stary wyga jest z pana i ze mnie bym jeszcze tutaj czarował siebie i pana półsłówkami. Dlatego przejdę od razu do konkretów, bo one są tutaj najważniejsze - sięgnął do szuflady biurka i wyjął szarą teczkę. - Zespół przejmie śledztwo, które jest prowadzone od miesiąca. Jego szczegóły zostaną przekazane na osobnym spotkaniu, jak już zbiorą się wszyscy. Ja chciałem byśmy mogli spotkać się wcześniej i przekazać to, co najważniejsze. Pan, panie Robercie, będzie formalnym szefem tego zespołu. To pan składa meldunki, pan komunikuje mi i komendantowi o postępach śledztwa i to pana decyzje wpływają na jego kierunek. Nie chcę niczego narzucać ani sugerować. Z całą pewnością ktoś taki jak pan ma swoje metody i swoje podejście. Liczę na to bo sprawa trudna może nie jest, ale bardzo delikatna.
Komisarz czytał jeszcze coś w teczce po czym zamknął ją i spojrzał na siedzącego przed nim przyszłego podwładnego.
- Dostanie pan trzy osoby do zespołu. Liczę, że uda się wykorzystać ich umiejętności i zgrać tak, by śledztwo przyniosło spodziewane wyniki. Wiem, że ma pan doświadczenie w pracy w zespole i w jego kierowaniu. Zatem nie będzie to nic niezwykłego.
Taaak. Robert skinął głową. Sprawa trudna nie jest, ale jednak ściągają kogoś z zewnątrz. Delikatna, albo taka przy której można się pobrudzić. A po co topić w bagnie swojego, skoro można wziąć kogoś zza miedzy? Lampki ostrzegawcze, które wcześniej mrugały lekko teraz rozpoczęły roztańczony, kolorowy korowód.
- Rozumiem, panie komisarzu. Kilka pytań mi się nasuwa od razu, a jak wiadomo na jasnych sytuacjach wszyscy wychodzą lepiej. Śledztwo prowadzone od miesiąca? Jaki jest powód montowania nowego zespołu? – może zbyt bezpośrednio, bo to w meritum sprawy nie wchodziło, ale chciał wiedzieć na czym stoi. Jeśli odpowie, będzie miał jakiś ogląd na to w jakim stopniu rozgrzebana jest ta sprawa...
- Po drugie, mój zespół. Czy przed spotkaniem z nimi dostanę informacje z akt o tych ludziach? Chciałbym od razu wiedzieć czego się spodziewać. – Robert uśmiechnął się samymi wargami, oczy nadal świdrowały dziury w komisarzu. – Jeśli natomiast wzywani byli tutaj w trybie ekspresowym jak ja i akta personalne zostały w macierzystych jednostkach... To może pan mi ich trochę przybliży? I trzecia kwestia, wiem że o sprawie będziemy rozmawiać w szerszym gronie, bo nie ma sensu strzępić języka kilka razy. Ale może choć ogólnie, żebym wiedział jak to półka. Zabójstwo, coś gospodarczego, narkotyki, handel ludźmi? Polityka?
Ostatnie słowo wypluł z lekko tylko maskowaną odrazą.
- Papiery jeszcze idą więc najwyżej przedstawię tylko krótko kogo będzie miał pan u siebie. Chodzi tutaj tak naprawdę o aspiranta, a w zasadzie aspirantkę, która jest po krótkim przeszkoleniu i w zasadzie bez doświadczenia na służbie w mieście. Nazywa się Eliza Popiołek i wydaje się, że będzie z niej jeszcze dobry glina. Dobra rodzina z tradycjami. Jej ojciec jest komendantem i wspominał by o tym nie mówić. Lepiej, żeby pan wiedział. Poza panią Popiołek będzie jeszcze dwóch specjalistów na stałe do wykorzystania, o ile będzie konieczność. Nie jest może to za bardzo imponujący zespół, ale sadzę, że uda się panu z niego wykrzesać wszystko to, co najlepsze. Jednym ze specjalistów jest Michał Brender. Obyty policjant ze specjalizacją w analizie danych oraz prawie międzynarodowym. Do tego zna z pięć języków, ma wtyki w Interpolu, pracował w ramach MEPA, szkolił się w WEGA - sądzę że będzie z niego pożytek. Wrócił dopiero co z Austrii i jest gotowy podjąć pracę. I wreszcie pani Julia Kazan - psycholog, psychiatra, negocjator i mediator w jednym. Jak sam pan widzi, jest w czym wybierać i zakres możliwości jest duży.
Komisarz odchylił się na krześle, które cichutko trzasnęło.
- Sprawa jest delikatna bo dotyczy śmierci policjanta. Co prawda emerytowanego, ale jednak policjanta. Jest podejrzenie, że nie był to ani nieszczęśliwy wypadek ani śmierć samobójcza. Na chwilę obecną to wiemy. Reszta już musi zostać zbadana w toku śledztwa. Oczywiście dotychczasowe materiały, zdjęcia i wszystko inne zostanie przekazane. Wszystkim będzie zależeć na tym, by sprawę zbadać. Nie można niestety wykluczyć na chwilę obecną jakiejkolwiek roli osób trzecich. Zatem czy to polityka, czy zemsta czy jeszcze coś innego musi zostać ustalone.
Hmm, na pierwsze pytanie nie odpowiedział, ale brak odpowiedzi to też wskazówka. Może miejscowi spieprzyli i nie ma powodu do dumy? Zespół był zdywersyfikowany jak jasna cholera. Analizował szybko to co usłyszał.
Młoda dziewczyna po oficerce w Szczytnie, bo tylko w taki sposób dochrapała się już aspiranta bez doświadczenia. Plecak, tatuś załatwił posadkę. Pierwsze wrażenie mocno niekorzystne. Ciekawe czy będzie trzeba niańczyć... Z drugiej strony komisarz zapunktował mówiąc o tatusiu komendancie od razu, a nie wystawiając go na minę.
Idźmy dalej. Spec po Mitel Europejsze Policaj Akademi. Szlag, nawet w myślach jego niemiecki brzmiał tak, jakby umiał tylko kazać podnieść jeńcom wysoko ręce... Słyszał plotki że współpraca z MEPA się będzie kończyć jakoś na dniach, pewnie dlatego rzucili go tutaj. WEGA kojarzyło mu się już bardziej mgliście. Wiener coś tam... Austriacki policyjny Specnaz, elita antyterrorystów. No no... Lingwista, komputerowiec analityk i pewnie strzelec.
Profilerka. Choć to chyba mocne spłycenie, skoro również negocjatorka i kilka innych specjalizacji. Polska szkoła podobno najlepsza w Europie w profilowaniu portretów psychologicznych. Czytał kiedyś akta Gumisia, lokalnego Unabombera, który grasował w Krakowie ładnych parę lat temu. Jego profil był tak zbieżny z tym co ustalili psychiatrzy i psycholodzy po badaniu żywego okazu, że ciarki łaziły po kręgosłupie.
Hmm. Samo meritum sprawy zaskoczyło go nieco. Może jednak alarmy włączyły mu się przedwcześnie? Zabójstwo emerytowanego policjanta wyglądało na uczciwą policyjną robotę. Może po prostu woleli kogoś z zewnątrz nie po to by go udupić w razie niewykrycia sprawców, ale z innych powodów?
- Dziękuję panie komisarzu. – Powiedział w końcu, przechodząc do spraw personalnych jego zespołu. Tak, jego zespołu. Robert szybko wchodził w przydzielane mu role. To już byli jego ludzie, o których należy zadbać. – Prosiłbym o szybkie zakwaterowanie, tych którzy są spoza miasta. Szukanie mieszkań na gwałt, czy włóczenie się po hotelach nie wychodzi na dobre a spędzimy tutaj trochę czasu. Rozumiem, że zespół będzie miał również dostęp do podstawowego sprzętu na Komendzie. Laptopy, komórki, samochód?
- Cieszę się - chyba pierwszy raz od momentu pobytu Roberta w tym miejscu, dostrzegł uśmiech na twarzy komisarza. - Oczywiście zakwaterowanie będzie dla każdego, do tego laptopy, komórki i samochód na zespół. Pokój osoby też się znajdzie, więc nie będziecie musieli gdzieś korzystać przy okazji. Szafka i biureczka też się znajdą. Od 2 stycznia przejmuje pan formalnie obowiązki kierującego zespołem. 2 stycznia, o godzinie 9.00 spotkamy się już razem i przedstawię sprawę. Pan już o niej wie, oni dowiedzą się właśnie wtedy. Wcześniej dostanie pan materiały, jakie udało się zebrać naszej ekipie. No, nie jest tego za wiele, ale jednak jest. W razie co, proszę się ze mną kontaktować. O wszelkich formalizmach jak urlopy, zwolnienia i wynagrodzenia czy przydziały proszę pytać pana Jutrznię - jest w pokoju 212. Ma już wszystkie niezbędne dokumenty oraz będzie prowadzić papierkową robotę. Wy macie działać a nie liczyć dni urlopowe.
Wąs komisarza poderwał się w uśmiechu i zawisł nad wargami jak motyl.
Skinął głową i zamruczał coś pod nosem ciągle zamyślony. Sądził, że pójdzie gorzej... Facet skoro dobierał zespół musiał wiedzieć, że jemu współpraca z przełożonymi układa się różnie. Ale trzeba było przyznać że odprawa wypadła prosto i zwięźle, za co Robert był wdzięczny. Komisarz wydawał się być konkretny, co lepiej rokowało niż współpraca z dupkiem przepełnionym samouwielbieniem i mniemaniem o swojej wszechmocy. Od tego Ziętek miał już swoją byłą żoneczkę i jej aktualnego gacha.
Dostali na wstępie całkiem niezłe warunki i obsługę kancelaryjną, o dostęp do specjalistycznych badań, laboratorium na razie nie pytał bo nie było potrzeby. Na to przyjdzie czas po zapoznaniu się z aktami.
- Z materiałami chciałbym się zapoznać natychmiast. Odwiedzę od razu pana Jutrznię, jeśli skończyliśmy.
Wyszło może trochę obcesowo, ale Robert niezbyt przejmował się konwenansami. No i co tu wiele mówić, zdążył już nabrać cholernej ciekawości odnośnie samej sprawy.
- Oczywiście. Zapraszam na początku stycznia. Jak pan odwiedzi Jutrznię to proszę potem pójść do swojego nowego pokoju. Kolega intendent panu powie gdzie. Materiały już będą czekać.
Kwieciński wstał z fotela i wyszedł zza biurka.
- Nadkomisarzu Ziętek, witamy na pokładzie - wyciągnął dłoń na przywitanie. - Liczę, że sprawa znajdzie swoje rozwiązanie szybko i profesjonalnie.

***

Pierwsze co zrobił, to poszedł do Jutrzni i podpisał mu pół tony papierów. Wyszedł jednak już bogatszy w klucze do mieszkania służbowego, klucze do przydzielonego samochodu, laptopa i komórkę. Poprosił by akta zaniesiono do ich wydzielonego gabinetu a sam zszedł na dół i wyszedł na miasto.
Z auta wyciągnął swoją teczkę, w kiosku zaś kupił dwa plany miasta, kawę i kubek. Uzbrojony w niezbędnik śledczego wrócił do pokoju i zabrał się za akta. Przestudiowanie wszystkiego dokładnie zajęło mu ponad trzy godziny. Dwa spore tomy akt i załączone dowody rzeczowe, które też kazał od razu przynieść z magazynu.
Przeglądał i notował sobie od razu kwestie, które trzeba będzie dorobić i sprawdzić. W pewnej chwili pochylił się nad jednym z kluczy. Szlag, literki jak mrówki...
Podszedł do drzwi i zamknął od środka gabinet po czym z teczki wygrzebał okulary i założył je na nos. No nie pomagało dalej. Włożył ze złością pingle na swoje miejsce i wziął zdjęcie na ksero po czym powiększył zbliżeniowo cholerny napis, skopiował i włożył do materiałów.



Pierwsza rzecz do sprawdzenia. Prawdopodobnie skrytka w firmie należała do ofiary, ale pewności nie było. Mógł ją upuścić morderca. Tak, Robert zakładał po przeczytaniu akt że doszło do zabójstwa. Owszem wielowersyjność powodowała że przyczynę wypadkową też trzeba było sprawdzić. Szczególnie że Wawrzek naskładał w mieszkaniu różnych ciekawych rzeczy. To prowadziło do kolejnej notatki nadkomisarza. Trzeba załatwić biegłego od pożarnictwa i zapytać o parę rzeczy. Przede wszystkim o ten samozapłon. Fosfor, rubid i cez – brzmiało profesjonalnie na tyle, że nie każdy pewnie miał dostęp do tego typu chemikaliów. Może to też pole do popisu? Reglamentacja, czy choć rejestrowana sprzedaż? No i co najważniejsze, facet w domu miał mały arsenał. Granaty, amunicja, ze zdjęcia rozróżnił nawet samoróbkę jakiejś broni palnej. No to skoro paliło się jak diabli, czemu nie doszło do wybuchu? „Nie stwierdzono śladów prochu, ani oznak detonacji czy eksplozji...” Może specjalista wyjaśni, ale najpierw trzeba przejechać się na miejsce zdarzenia. Może po prostu te wybuchowe szpeja trzymał jakoś zabezpieczone tak że ogień do nich nie dotarł?
Trzecia sprawa to kurier. Chłopaki zrobili kawał dobrej roboty wykluczając najoczywistsze wyjścia i sprawdzając co się da, ale jest pole do poprawy. Droga dojazdu. Nie teleportował się na miejsce, trzeba będzie sprawdzić czy na okolicznych kamerach monitoringu nie zarejestrował się furgon DHL. Nie znał cholera miasta, nie miał nawet pojęcia czy w okolicy działa jakiś monitoring miejski jak w centrum Krakowa. No ale może hotele, banki, bankomaty pomogą. Trzeba będzie docisnąć świadków i precyzyjniej ustalić kiedy mógł on się pojawić w okolicy budynku, bo inaczej ślęczenie nad zapisami kamer doprowadzi kogoś do pasji. Ale na razie trzeba ten monitoring zabezpieczyć.
Świadkowie to kolejny temat. Ci z miejsca zdarzenia to jedna grupa, ale trzeba też poszukać głębiej. Skoro zbierał militaria, może ktoś z tego kręgu. Może należał do jakiegoś klubu? Może spisał gdzieś swoje zbiory, wystawiał, prezentował? Rubid, cez i fosfor nie pasował co prawda do zacierania śladów przez włamywaczy, ale może to właśnie tło rabunkowe? Szczególnie że kolejny z kluczy wyglądał jakoś tak jak od kasy pancernej czy sejfu. Następny powód by pooglądać jeszcze spalone mieszkanie. Hmm a ten? Od samochodu? Ucierpiał mocno od pożaru. Trzeba sprawdzić czy Wawrzek miał zarejestrowany w CEPiK-u samochód na siebie.

Nawet się nie obejrzał jak ciemno się zrobiło. Akta schował do szafy, nie chciał brać ich do mieszkania. Miał kilka dni na zapoznanie się z komendą, zadzwonienie do Doroty i odbębnienie sylwestra. Szybko się okazało że córka razem z narzeczonym wyjechali w góry, ale kiedy tłumaczył że zahaczy się w Warszawie na jakiś czas, Dorota była chyba zadowolona. Umówili się że spotkają się zaraz po jej powrocie.

***

Robert siedział i przyglądał się ludziom wchodzącym do sali konferencyjnej uważnie. Był wysokim i barczystym mężczyzną, ubranym z czarny golf i dżinsy. Sam dzielił uwagę pomiędzy to co mówił poprzedni referent sprawy, a obserwację członków nowego zespołu. Dla nich zawartość akt i to co mówił Janusz Kierat było nowością, on znał już akta. Interesowało go to co pierwsze zwróci uwagę zespołu, o co będą pytać. Sam jednak zanim zaczęli, wstał, przywitał się krótko i przedstawił:
- Witam państwa, Nazywam się nadkomisarz Robert Ziętek i jak to zostało powiedziane nadzoruję pracę naszego zespołu. Oznacza to dwie rzeczy – chciał by od razu byłą jasność w tych kwestiach. – Nie musicie się przejmować kontaktami z szefostwem Komendy, prokuratorem nadzorującym sprawę i ewentualnie pismakami. To moja działka, wy możecie się skupić na pracy merytorycznej. Druga sprawa to że odpowiedzialność za pracę zespołu spada przede wszystkim na mnie, a więc będę od was wymagał skupienia i szybkiego działania. Przede wszystkim zaś skutecznego. Kwestie organizacyjne mamy już ułożone, ci spoza miasta dostali przydziały do mieszkań służbowych, formalności załatwimy potem. Teraz jest dobra okazja by pytać referenta o to co się państwu nasunęło na gorąco.

Tak, było to nie fair, bo sam miał dużo więcej czasu, ale postanowił od razu urządzić sobie test. Dlatego też nie spieszył się z pytaniami odnośnie meritum. Szczególnie uważnie zaczął przyglądać się młodszej aspirantce Elizie Popiołek. Musi się pilnować by przy szefostwie nie wyskoczyć do niej per "Plecak"...
 
Harard jest offline  
Stary 20-05-2013, 22:44   #3
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Wiedeń 10 Grudnia 2012. Komenda Główna Policji, biuro szefa d/s współpracy międzynarodowej.

- Thomas miło cię widzieć w dobrym zdrowiu - komisarz Sprear znany był ze swych kąśliwych uwag i tym razem szykował coś specjalnego - zima nie sprzyja szaleństwom na motocyklu?
- Nie, panie komisarzu. Jednak...
- Kawy? -
wskazał ręką stojący na bocznym stoliku termos - Siadaj. Mam jakąś wideokonferencję za półgodziny z Interpolem więc będę się streszczał. Pomijając całe ładne bla bla bla wstępu. Polska Policja, przez swojego łącznika z Interpolem biuro START poprosiła o czasowe wsparcie specjalisty od przetwarzania danych i lingwisty. No i zgadnij na kogo wypadło? - zrobił minimalną przerwę - Twoja specjalizacja Brender, znasz język, specyfikę kultury, itp... Z Polakami współpracujemy coraz częściej, a w zasadzie ciągle tkwimy w układzikach z zeszłej epoki. Spędziłeś rok w Szwecji, to dokładnie taki sam przydział. Zostawiasz blachę i broń służbową w Wiedniu. Tuż po Świętach - 27 grudnia 0900hrs. meldujesz się w biurze komisarza Kv...ien...czyn...sky, - perfekcyjną naturę komisarza musiała mocno zaboleć nieumiejętność wypowiedzenia poprawnie nazwiska - w Warszawie. On powie ci wszystko. Ja cie tylko deleguje... i tak będę wypełniał papierki do nowego roku. Karen powie ci wszystko. Powodzenia Brender, mam nadzieję, że ten wyjazd będzie z pożytkiem dla wszystkich. Uff... - uśmiechnął się przewrotnie.
- Dziękuję komendancie. - Thomas wstał i zasalutował. Odwrócił się na pięcie i zmierzał do wyjścia.
- Brender, liczę na Ciebie. Zmiataj, zanim przypomnę sobie o ostatnim zdjęciu z A2...


*****
Wiedeń 27 Grudnia 2012. Mieszkanie Thomasa Brendera.

Zegar wskazywał dwie minuty po północy kiedy mężczyzna wyciągnął kubek z ekspresu i machinalnie zamieszał łyżeczką. Podszedł do okna i spojrzał na udekorowane ulice, u niego od kilku lat nie stała żadna świąteczna ozdoba. Nie cierpiał Świąt Bożego Narodzenia, nie jadł wigilijnej kolacji, bo wciąż... Zanurzył usta w kawie i uśmiechnął się. Polska. W sumie nie miał jakoś okazji tam pojechać, czy może raczej wrócić... teraz taka okazja się nadarzyła. Przydział oczywiście miał dwie strony i kant - jak każdy dobry medal. Odpowiadało mu to. Dopił napój i wypłukał kubek; Tatiana - sympatyczna studentka, która dorabiała sprzątaniem będzie dopiero po nowym roku... Rozejrzał się jeszcze raz po mieszkaniu i wyszedł na korytarz apartamentowca. W garażu z kwaśną miną powiódł wzrokiem po R1 i usadowił się za kierownicą samochodu, jednak niecałkiem obudzony podwójnie podwójnym expresso. Było wpół do pierwszej, zimna grudniowa noc. Wsunął kluczyk w stacyjkę i przekręcił; komputer pojazdu odżył testując poszczególne układy, po ułamku sekundy zremiksowana wersja "Enjoy the Silence" Depeche Mode uderzyła w uszy z zestawu audio.

"All I wanted, all I needed is here in my..."
...hands.
- dopowiedział w myślach i spojrzał na logo na kierownicy. Silnik zastartował cicho i maszyna potoczyła się wolno po betonie parkingu i osiedlowym asfalcie. O tej porze praktycznie pustą ulicą ruszył w kierunku wyznaczanym przez nawigację. Kilka minut później Mitsubishi znalazło się na autostradzie i utrzymywany do tej pory na wodzy samochód zachłysnął się paliwem. Wskazówka obrotomierza powędrowała w górę, sekundę później opadła nieznacznie kiedy wymusił zmianę biegu.
"All I wanted, all I needed is here..."
"...words are very unnessesary..."


"Verlangsamen der Geschwindigkeitsbegrenzung auf 120!" usłużnie i zupełnie niepotrzebnie podpowiedziała nawigacja.


*****
Warszawa 27 Grudnia 2012. Gabinet komisarza Kwietniewskiego.

Komisarz Kwietniewski wywarł na Brenderze bardzo dobre wrażenie. Nie rozmawiali specjalnie długo ponieważ w zasadzie nie było o czym. Sprawami logistycznymi nie było sensu nękać komisarza, a dość jasno sformułowane cele też nie pozostawiały niedopowiedzeń. Tomasz trochę denerwował brak informacji o pozostałych członkach zespołu, ale - na wszystko przyjdzie czas...
Wypytał logistyka o mieszkanie, okolicę i wszystko inne spędzając u niego znacznie więcej czasu niż u komendanta, ale chciał mieć ogląd dzielnicy, w której przyjdzie mu mieszkać. Pojechał za wskazaniami nawigacji i kilkanaście minut później wietrzył już swoje nowe cztery kąty. Na komendę nie było daleko i to było bardzo dobre - mógł spokojnie chodzić piechotą pozostawiając samochód pod domem. Nie chodziło bynajmniej o to, że nie lubiał jeździć samochodem - raczej o to, że jego Mitsubishi wyglądało "nieodpowiednio", aby nie powiedzieć po prostu szpanersko na tle Opli, Volkswagenów i Renówek... W mieszkaniu oczywiście nic nie było, więc Thomas napadł najpierw kantor, potem restaurację chińską, potem spożywczaka i około 1600hrs. był z powrotem u siebie. Wieczorem wyszedł jeszcze raz - do siłowni, którą widział podczas południowego spaceru i - na zakończenie dnia - porządnie się zmęczył.


Kilka kolejnych dni Tomasz spędził na poznawaniu najbliższej okolicy, siedzeniu na siłowni i strzelnicy. Był przeciwnikiem zastanawiania się "co by było gdyby" lub "ciekawe o co chodzi?" Czas pokaże. Do 2 stycznia miał wolne i starał się jak najwięcej przebywać wśród ludzi, jego polski musi być tak czysty jak to tylko możliwe. Znając narodowe uprzedzenie Polaków do Niemców... przekładane na mówiących po niemiecku... Ech...


*****
Warszawa 2 Stycznia 2013.

Tomasz wstał wcześniej, aby dać sobie czas na właściwe przygotowanie się do "antre na sale". Trzeba się było ogolić, wbić w wyprasowane ciuszki, założyć okularki dla lepszego, bardziej profesjonalnego, wyglądu... Odwalić cały ten staff...
Kilkanaście minut przed godziną dziewiątą znalazł się na sali notując, że miejsca nie są oznaczone nazwiskami. Zdjął płaszcz, dobrze dopasowana koszula i spodnie dobrze ukrywały jego mięśnie, choć optycznie wzrost robił swoje - prawie 190 centymetrów powodowało, że Brender zupełnie nie wyglądał na "pakera"... Zajął pierwsze lepsze miejsce z tych "dla plebsu" i spokojnie czekał. Siedzący w sali mężczyzna nie zamierzał się przedstawić, zatem Thomas również stwierdził, że nie będzie wyrychlał się z powitaniem. Skinął tylko głową.

Odprawa w zasadzie nie powiedziała Brenderowi nic nowego, może nawet na chwilę poczuł się zawiedziony rodzajem sprawy. Przez chwilę wydawało mu się to strzelaniem z armaty do muchy - jednak z drugiej strony... Nowy, niezgrany zespół musiał mieć czas na zgranie się i dopasowanie... Profesjonalnie zdusił odczucia w zarodku i zaczął przeglądać dostarczone materiały...

- Nazywam się nadkomisarz...
- "Ała" -
pomyślał Thomas nie odrywając wzroku od dokumentów - "Nie jest dobrze. Trep. Byle nie buc...",
-...formalności załatwimy potem... - "a jednak... Facet, nie liczyłeś chyba, że ktoś spoza miasta pojawi się w Warszawie na kilka minut przed odprawą? Formalne i logistyczne sprawy każdy inteligentny ma już załatwione. Błagam, tylko nie prowadzenie za rączkę..." -
kamienna twarz dalej nie wyrażała absolutnie niczego.

Wyczekał spokojnie, aż Nadkomisarz Buc skończy perorować o oczywistościach...
Tomasz przeczytał tylko pierwszą część raportu nie chcąc zeznaniami świadków “zanieczyszczać” sobie osądu sytuacji. Pojawiło się oczywiście kilka pytań dotyczących samego zmarłego policjanta, ale również przedmiotów... te wydawały się ważniejsze.
- Tomasz Brender przydzielony do zespołu w charakterze specjalisty. - pominął całą niepotrzebną tytulaturę - Czy ustalono... - zastanowił się nad konstrukcją językową - czy wiadomo jakie zamki otwierają znalezione na miejscu zdarzenia klucze? Zwłaszcza jeden jest mocno nietypowy - patentowy, przypomina klucz do skrytki, lub może został dorobiony?
Janusz Hierat udzielił odpowiedzi na te pytania: Jeśli chodzi o klucze, to są klucze do domu, ale jest sporo kluczy, których przeznaczenie nie jest znane. Ne znaleziono w okolicy zamka, do którego by to pasowało.
- Wracając do przesyłki i kuriera DHL... Skąd pochodzi informacja o wizycie kuriera? Czy ewentualny świadek podał wielkość przesyłki? Czy DHL tego dnia dostarczał jakiekolwiek przesyłki w tym rejonie? Czy sprawdzono, czy jakaś inna firma kurierska nie dostarczała czegoś pod ten adres?
- O DHL-u wspominał jeden z mieszkańców - Jerzy Malicki. Wspomniał o kurierze, który przyjechał po południem i przywiózł paczkę. Słyszał głosy na klatce i to przedłużające się. Możliwe, że odbiorca uciął sobie pogawędkę z kurierem. Paczka była wielkości pudełka od pantofli. DHL twierdzi, że żaden kurier nie był w tym dniu pod wskazanym adresem. Ponadto w dyspozytorni nie było jakiejkolwiek przesyłki pod tym adresem od ponad 3 lat. -
Thomas skinął głową jakby zupełnie nie zauważając braku odpowiedzi na najważniejsze pytanie. Z własnego doświadczenia wiedział, że ludzie mają tendencję do "nierejestrowania" ludzi w uniformach. Świadek widział kuriera, to nie musiał być DHL - pomimo to świadek tak twierdzi, bo to firma, którą zna...
- Czy przesłuchano przyjaciół i znajomych denata? - zbiegł wzrokiem na dół i przeczytał dostarczony w aktach opis służby.”Verdammt” - zaklął w myślach. - Czy rozpatrywano wątek związany ze stanowiskiem jakie piastował przed odejściem na emeryturę? - zapytał kołując wokół tematu po części z grzeczności, a po części z faktu, że teraz była to tylko hipoteza...
- Przesłuchań przyjaciół i znajomych nie dokonano. To pozostaje w gestii N/1. Podobnie - co do wątku ostatniej pracy - nie badano nic odnośnie ostatniej pracy. Rzecz do ustalenia w toku śledztwa przez N/1.
- Dziękuję.


Thomas rzucił na stół oczywistości - przynajmniej dla niego - logo z klucza trzeba było wrzucić w internet i zobaczyć co wyjdzie - dziwne, że tego do tej pory nie zrobiono... Albo ktoś tutaj coś przeoczył, albo... prowadził jakąś grę. Reszta dowodów w zasadzie nic nie mówiła - przynajmniej na pierwszy rzut oka - była konsystentna z zainteresowaniami denata. Brak śladów prochu i detonacji materiałów wybuchowych również podtrzymywał tezę o "bezpieczeństwie" hobby... W raporcie straży nie było wzmianki o domniemanej ilości substancji zapalającej, ale pudełko po butach to jakieś 2-4 litry... Powinno starczyć; zgadza się również kolor płomienia... tylko skąd rzadkie pierwiastki i zapalnik? Trudne do zdobycia i kosztowne... Długo rozmawiali... Może denat nie spodziewał się przesyłki i "kurier" musiał mu ją wcisnąć? Lub chodziło o coś zupełnie innego... Póki co było kilka zupełnie oderwanych od siebie elementów...

Zaczynał żałować, że nie wyciągnął tabletu z kieszeni płaszcza... już miałby część odpowiedzi...
 

Ostatnio edytowane przez Aschaar : 21-05-2013 o 10:17.
Aschaar jest offline  
Stary 21-05-2013, 14:05   #4
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 7134 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
20 grudnia 2012, Rock Cafe, Złote Tarasy, Warszawa

Stolik był najlepszy w całym lokalu.

Najlepszy z punktu widzenia Julii, oczywiście. Wypatrzyła go zaraz po wejściu do Rock Cafe, kiedy jak zwykle zatrzymała się w progu, szybkim spojrzeniem lustrując wnętrze. Jakaś parka – wytapetowana małolata i pryszczaty młodzieniec – właśnie się od niego zbierali. Julia wyciągnęła htc udając, że odbiera maila. Kiedy w końcu wstali, nie poczekała nawet, aż kelnerka uprzątnie kubki, tylko podeszła zdecydowanym, spokojnym krokiem. Była zadowolona - stał najdalej od wejścia, umieszczony w samym rogu, niedaleko drzwi na zaplecze – usiadła tak, żeby za plecami mieć ścianę, a przed sobą znakomity widok na całą salę i główne wejście. Nie lubiła być zaskakiwana.

Czekolada była pośledniej jakości – najwyżej 55, może 60 % kakao, oszacowała - Julia przyzwyczajona była do rzeczy z wyższej półki. Ale była naprawdę mocno gorąca, co się rzadko zdarzało. Piła powoli, czując jak gęsta słodycz parzy język. To było miłe uczucie.

Otworzyła skórzaną teczkę i spojrzała na podanie w foliowej koszulce. Zaczęła bezwiednie stukać wypielęgnowanymi paznokciami w blat. Co powinna zrobić?

Jej pozycja w Krakowie była stabilna. Nikt nigdy nie podważył jej zdolności, intuicji, rzetelności, pracowitości. Nie spóźniała się, wywiązywała z zobowiązań, osiągała znakomite wyniki. Na ostatniej ewaluacji usłyszała jednak – nie zostało to wpisane wprost do jej akt, ale Zbuk - jej bezpośredni przełożony – wiecznie spocony, obleśny dupek, którego idée fixe była „integracja zespołu” z naciskiem na jej osobę – starł się jej to przekazać.

- Pani Julio, nie mam zastrzeżeń do pani pracy, ale dochodzą mnie słuchy.. – otarł czoło chusteczką, sprawiał wrażanie, ze obecność Julii go spina, to było absurdalne - niektóre osoby mówią, że nie angażuje się pani zbytnie w życie socjalne naszej komendy.
- Które osoby? – dopytała Julia uśmiechając się miło. – Może zaprosimy je i dokonamy konfrontacji? Chętnie bym usłyszała z ich ust to rozumieją przez „angażowanie w życie społeczne komendy”.
- Ależ pani Julio… usłyszałem to w zaufaniu, nie mogę wskazać osób.
- Acha już ci wierzę.. zamiast powiedzieć mi w oczy, że ci się nie podoba, ze nie jeżdżę na te pieprzone integracyjne spotkania survivalowo-paintbolowo-quadowe, to coś chrzanisz o zespole. A nie powiesz mi wprost, bo nie masz możliwości nakazania mi, żebym jechała. Bo – technicznie rzecz biorąc – nie jesteś moim szefem, misiu. I chciałbyś, żebym sam wiedziała że powinnam. A mi się integracja polegająca na wspólnym budowaniu tratwy i przypadkowym obłapianiu mnie przy okazji nie bawi – pomyślała sobie, po czym znów miło się uśmiechnęła.
- Czy ma pan jakieś konkretne – zaakcentowała słowo – zastrzeżenia co do mojej pracy merytorycznej?
- Oczywiście nie, raczej chodziło mi..
– odchrząknął - zespołowi o pani ogólne zaangażowanie.
- Ogólne zaangażowanie, w sensie?
– znowu poprosiła o doprecyzowanie – przypieranie go do ściany było banalnie łatwe.
- Chętnie bym to pani wyjaśnił, ale niestety musze przerwać naszą rozmowę i panią przeprosić, za 15 minut mam spotkanie z ministrem.

Julia – kierowana wrodzona sobie uprzejmością – nie dopytała tym razem „z którym ministrem?” tylko pożegnała się i wyszła.

Paznokcie tańczyły na blacie stolika. Dużo czasu zajęła jej zmiana nawyku gryzienia palców na stukanie. Ale wysiłek opłacił się. Zbuk, niestety, tez miał silną pozycję, a raczej silne plecy. Jak się uprze, to Julii nie będzie łatwo. Warszawa była dla niej jakaś szansą. Alternatywą. Chyba.

Z jednej strony – nie lubiła nowych miejsc, ludzi i miast. Lubiła za to nowe wyzwania. A praca w stolicy mogła takim być… Perspektywa odcięcia się od przeszłości, w taki symboliczny sposób, też była kusząca. Karol był ciągle jej mężem – nikt nie da jej rozwodu z mężczyzna w śpiączce – ale nie wiązało jej z nim nic więcej. Opiekę równie dobrze mogła opłacać stąd. Uśmiechnęła się sama do siebie. „Stąd”. Czyżby już podjęła decyzję? Na uczelni w semestrze letnim nie brała wykładów, zaocznych odda jakiejś koleżance.. albo będzie dojeżdżać. To w końcu tylko 3 godziny. Doktorat.. konsultacje przez Skype’a są równie skuteczne. Tak naprawdę prawie nic nie trzymało ją w Krakowie – poza sentymentem do miasta.

Jedna rzecz była niepokojąca w tym nowym przydziale. Miała pracować „w zespole”. Ma sam słowo „zespół” coś się jej robiło w środku. Młoda i stary - wyga i żółtodziób. Starszawy facet, pewnie ze swoim hierarchicznym postrzeganiem świata, zaraz pewnie ustawi się w pozycji szefa, a potem zajmie się pokazywaniem im – kobietom – gdzie jest ich miejsce w szeregu.
Młoda – pewnie wyemancypowana, co jest przywilejem młodości – zacznie z nim walczyć , i oporować, a gdzieś w środku tej plątaniny Julia będzie musiała wyszarpać przestrzeń dla siebie. Pokazać facetowi, ze nie będzie jej szefem, z młodej, że jej nie zagraża i że ta nie musi z nią rywalizować. Najchętniej stanęła by gdzieś z boku, ale w tej sytuacji chyba się to nie uda. Czekało ją starcie ze zgorzkniałym facetem i ambitną, pewnie ignorancką, małolatą. Da radę. Jak zawsze.

Ej! Zmitygowała samą siebie. Macie współpracować nad sprawą, nie walczyć o pozycję. Taa.. takie były założenia. Ale Julia znała życie.

Nachyliła się nad podaniem, wyciągnęła Parkera z eleganckiego etui i złożyła zamaszysty podpis.



27 grudnia 2012 roku, Komenda Rejonowa Warszawa VII

Mosiężna tabliczka na drzwiach nie zostawiała wątpliwości co do tego, kto urzęduje w tym miejscu. Komisarz Kwieciński jeszcze przed świętami polecił by Julia stawiła się u niego w biurze właśnie dziś by przedstawić jej to, co będzie ją dotyczyć przez najbliższy czas. Dobrze, że dziś było mało ludzi na komendzie. Przerwa między świętami a Nowym Rokiem nigdy nie była lubiana bo to czas na wolne, ale wiadomo, że ktoś musi pracować by odpoczywać musiał ktoś. Ci, którzy odwalali dzisiaj pańszczyznę, przemykali się pod ścianami z kubkami herbaty w dłoniach i spuszczonym wzrokiem. Lepiej dziś nie wpadać na szefa, który zadziwiająco, właśnie w takich momentach miał zwykle przypływ weny. Dla dziewczyny nie było to jednak ważne. I tak nie znała tu nikogo a już tym bardziej komisarza Kwiecińskiego. Bardziej ją interesowało raczej to, co będzie tutaj do roboty. Miała dobrą pracę i wielu znajomych, a tutaj przyjdzie jej pracować na obcej ziemi i niemal sama. Jest co prawda zespół, ale to nie to samo. Zostaje robota. A ta robota...

Cóż, raz się żyje. Zapukała zdecydowanie w drzwi i nie czekając na pozwolenie wparowała do gabinetu. Nie był on specjalnie bogaty. Ot, biurko, szafa i niewielki kredensik. Do tego obowiązkowy fikus, okno z widokiem na ulicę oraz siedzący za biurkiem mężczyzna. Wyglądał na swoje lata i każda zmarszczka na twarzy była okupiona rokiem za biurkiem policyjnego wydziału śledczego. Drobny wąsik jeszcze sprzed dwóch dekad dopełniał całość Janusza Kwiecińskiego.

Popatrzył na wchodzącą Julię i przerwał notowanie czegoś w dużej teczce. Odłożył czerwony długopis na biurko i poderwał się na nogi. Z uśmiechem wskazał na fotel, przygładził mundur i wyciągnął rękę na powitanie.
- Witamy, pani Kazan. Komisarz Janusz Kwieciński. Proszę usiąść.
Uścisnęła energicznie jego dłoń.
- Dziękuję - powiedziała siadając.
Mundur zwykle dodawał mężczyzną powagi i uroku, ale o komisarzu Kwiecińskim nie można było tego powiedzieć.
Wyglądał dziwnie... niepewnie za swoim biurkiem, które - nota bene - było zbyt małe, jak na osąd Julii. Szef powinien zadbać o godną reprezentację. Ale może wcale nie był tu szefem? Po prostu wyznaczono go do kontaktu z nią. Pożałowała, ze nie sprawdziła na stronie komendy jego pozycji. Zwykle lepiej przygotowywała się do tego typu rozmów.
- Dziękuję za przybycie i mam nadzieję, że przy nowej sprawie i w nowym zespole będzie się pani dobrze pracować - komisarz unikał kontaktu wzrokowego i wydawał się być zmieszany jeśli miał patrzeć wprost na Julię.
- To jeszcze nieformalne spotkanie przed tym właściwym, które odbędzie tuż po Nowym Roku, 2 stycznia. Jeśli ma pani jakieś pytania, to lepiej zadać je teraz. Gdy ruszy zespół, będzie miał swojego szefa, który przejmie obowiązki zarządzającego zespołem i odpowiadającego przede mną i komendantem. Potem to już do niego proszę kierować wszystko to, co uważać będzie pani za słuszne.
Czerwony długopis znów trafił w jego ręce. Zaczął się nim bezwiednie bawić, próbując skupić się na czymś, co było zapisane w teczce. Nie szło mu to za najlepiej i pewnie gdyby nie temperatura za oknem, to by pocił się jak mysz. Jednak z dalszej obserwacji nie wynikało by przyczyną tego było coś, co chciałby ukryć lub uniknąć. Może to zawstydzenie, może kontakt z kobietą? Jego niepewność została potwierdzona, ale rzeczywista postawa nadal pozostała nieodgadniona.

Julia przyjrzała się mężczyźnie, uśmiechając się lekko, przyjaźnie. Uciekał wyraźnie wzrokiem i generalnie sprawiał wrażenie zdenerwowanego. Coś było na rzeczy... Na pewno nie postrzegał jej jako potencjalnego zagrożenia dla swojego stołka, więc skąd to napięcie? Może coś było ze sprawą, do której miała być przydzielona?
- Tak, mam dużo pytań - powiedziała po chwili. - Mam nadzieję, ze nie uzna pan tego za zbytnią obcesowość.. wydaje się pan podenerwowany tą rozmową. Dlaczego?
- Przepraszam, jeśli tak to pani odbiera. Może trochę tak. Nie zwykłem pracować z psychologami i to do tego kobietami. Niech pani tego nie odbiera jako zarzut a raczej moje staroświeckie podejście do pewnych zawodów. Muszę się przyzwyczaić i tyle. Proszę się tym nie niepokoić. Z chęcią wysłucham pytań - to jest przynajmniej obszar, gdzie czuję się pewnie. Od razu jednak uprzedzę, że szczegóły zadania i jego charakter zostaną przekazane na oficjalnej odprawie 2 stycznia i do tego czasu nie mogę udzielać żadnych informacji na ten temat. Zatem
- już wyraźnie spokojniejszy zwrócił się do Julii - co panią interesuje?
- Nie musi mnie pan przepraszać za moje odczucia
- uśmiechnęła się ponownie - I, technicznie rzecz biorąc, nie mam wykształcenia psychologicznego. Jestem lekarzem.
Zdjęła zamszowy żakiet, zostając w samym golfie i jeansach. Założyła nogę na nogę.
- Ciepło tu u pana.. skoro nie możemy rozmawiać o mojej przyszłej pracy, to po co pan mnie zaprosił?
- Zespół ten będzie wyjątkowy, gdyż ludzie w nim zebrani będą z różnych miejsc Polski i o różnej specjalności. Nie co dzień powołujemy coś takiego i dla naszego rejonu jest to niezłe osiągnięcie. Chciałbym, przynajmniej na początku, osobiście doglądać wszystkiego, zanim powierzę to liderowi. Dlatego chciałem się spotkać przed oficjalnym spotkaniem i zapewnić, że komenda zadbała o wszystko. Dostaniecie laptopy, komórki, swój pokój oraz samochód. Do tego zakwaterowanie w mieszkaniu i oczywiście pensję. Wszelkimi papierkami kadrowymi będzie zajmować się pan Jutrznia więc dla was zostanie skupienie się na pracy. Nie wykluczam, że w nadchodzącym śledztwie może pani mieć kluczowy udział i podobnie, jak i inni i obciążanie ich zbędną pracą byłoby głupie.
Kwieciński spojrzał na Julię podziwiając ukradkiem jej rude włosy i zgrabną sylwetkę. Nadal wydawał się być spięty, ale to z minuty na minutę słabło. Możliwe, że mniej formalny ton i odnoszenie się przynoszą skutek. Możliwe...
- Jeśli woli jednak pani konkrety co do zadania, to tutaj muszę zachować procedury i nic nie będę mógł powiedzieć. Co do pracy to obowiązuje to, co na całej komendzie - jeśli jest zrobiona robota to jest dobrze. Nie wymagam siedzenia i odbębnienia ośmiu godzin tylko efektów. Podejrzewam, że to samo powie pani lider zespołu, ale moje przekonanie o słuszności pracy wynika z efektywności a nie ilości godzin za biurkiem. Gdyby nie wiek, to sam bym jeszcze ruszył w miasto - uśmiechnął się choć tylko poprzez skrzywienie ust i ruch wąsem. To i tak znacznie wiele niż cokolwiek do tej pory.
- Czyli nie dowiem się, czemu powołano ten zespół? - westchnęła. - A kto będzie liderem?
Kwieciński uśmiechnął się.
- Jest pewne śledztwo, które trzeba dokończyć. Więcej nie mogę powiedzieć. A liderem będzie doświadczony policjant z Krakowa - Robert Ziętek. Może pani kojarzy, bo to samo miasto, co i pani. Ma on wszystko co trzeba by zarządzać zespołem. Sądzę, że dogadacie się jeśli chodzi o szczegóły.
- Dokończyć?
- dopytała - Czyli policjanci już pracowali nad tą sprawą, tak? Spotkamy się z nimi? Mogę mieć wgląd w dokumenty?
“Dokończyć” pomyślała. Coś im nie szło.. tak bardzo, że aż postanowili powołać zespół, żeby jemu podrzucić to “śmierdzące jajo”. Cała sprawa - choć, de facto, nie poznała jeszcze żadnych konkretów - zaczynała się robić śliska. Służbowy laptop i komórka.. czemu tak to podkreślał? Czyżby to nie był standard?
- Tak, wszystko będzie przekazane i do wglądu. Jak tylko będzie odprawa i formalne przekazanie sprawy. To już 2 stycznia, zatem jeszcze kilka dni. Z różnych względów nie może one być prowadzone przez naszych ludzi. Mamy za mało środków własnych by móc to kontynuować a chcemy by ta sprawa znalazła swoje rozwiązanie. Można powiedzieć że jest priorytetowa dla nas, ale niekoniecznie dla kogokolwiek innego.
- Widzę tu pewna sprzeczność...
- Julia potrząsnęła głową, rozrzucając włosy wokół twarzy - Mówi pan o braku środków, a zatrudnia specjalistów z zewnątrz ? Laptop, mieszkanie... To musi kosztować więcej niż korzystanie z własnych zasobów ludzkich. Dlaczego wasi ludzie nie mogą kontynuować tej sprawy?
- Tak, istnieje sprzeczność. Jednak nie dla naszych zarządzających, którzy rozdają środki na określone działania i projekty. Na coś nowego, najlepiej europejskiego, są pieniądze, ale na codzienną pracę już ich nie starcza. Moi ludzie jeżdżą wysłużonymi gratami, ale nie mam środków na coś nowego lub przynajmniej nowszego rocznikowo dla nich. Skoro są dotację to trzeba je wykorzystać i zakupić sprzęt i przesunąć ludzi by wykorzystać ten budżet. Chcę by pani mnie zrozumiała, nie mam nic przeciwko zespołowi i najchętniej bym dał tą robotę dla swoich. Jednak wtedy kasa z dotacji byłaby nie ruszona i najnormalniej w świecie przepada. Mamy koniec roku, spora kwota czeka na zagospodarowanie. Muszę podejść po gospodarsku do tego i zrobić wszystko, by ją dobrze wykorzystać. Zakup laptopów, komórek, nawet wynajem mieszkania czy samochodu oznacza, że zostanie on na stanie komendy nawet jeśli zespół spełni swoje zadanie i nie będzie potrzebny. Gdyby go nie było, to nie mielibyśmy nawet tego.

Kwieciński najwyraźniej był na swoim terenie i zapędził się tam, gdzie czuje się jak ryba w wodzie.
- Zespół jest ważny. Nie jest powołany tylko dlatego, że trzeba wyciągnąć kasę i tylko tak da się to zrobić. Wywalanie kasy na coś niepotrzebnego jest dla mnie nie do zaakceptowania. Dlatego jeśli już coś takiego robić, to niech to będzie pożytkiem dla nas, dla naszego rejonu. Zespół specjalistów, złożone śledztwo, a Jurek będzie mógł pójść na urlop - po raz pierwszy od trzech lat. Na narty pojedzie czy coś. Przynajmniej tyle mogę zrobić. A zespół zajmie się resztą. Skoro nie mogę dać kasy moim ludziom, to przynajmniej odciążę ich. Tak to wygląda pani Julio. Nie chcę zniechęcać pani od samego początku wywalając takie techniczne rzeczy, które tu zachodzą, ale wydaje mi się, że pani i tak by się dowiedziała. Więc lepiej niech to powiem ja, to przynajmniej będę wiarygodny i za takiego chcę uchodzić.
- Rozumiem...
- powiedziała powoli. Proceder wydawania na gwałt, często bez wyraźniej potrzeby, środków pozostałych na koniec roku nie był jej obcy. Jednak jej poprzedni szefowie zawsze znajdowali sposób, aby pieniądze trafiały do ludzi z zespołu, nie jakiś obcych, do tego z drugiego końca kraju. Więc względy finansowe i “odciążenie” swoich na pewno nie były jedynymi motywami... albo po prostu Kwieciński był marnym szefem. I wydawał pieniądze przypadkowo.
- Dlaczego właśnie ja? - dopytała jeszcze na koniec.
- Nie mamy nikogo o podobnej specjalności u siebie. I tak wszystkich podnajmujemy z Głównej. Mając psychiatrę u siebie, do tego psycholog z umiejętnościami negocjacji i innymi takimi rzeczami, możemy mieć korzyść nie tylko w tym śledztwie, ale i w innych. Jako specjalista może pani pomóc w innych sprawach i nie musimy czekać aż łaskawie znajdzie się ktoś w Głównej i przyślą nam kogoś.
- Coś jeszcze powinnam wiedzieć? Jak rozumiem z resztą zespołu spotkam się dopiero na tej odprawie?
- Tak, z resztą na odprawie
- podobnie jak przedstawieniem sprawy. Czy coś więcej? Sądzę, że i tak będzie wiele pytań - nie ważne ile teraz poruszymy. Podczas normalnej pracy pewnie będzie można znaleźć na to wszystko odpowiedź. W razie co to mój gabinet jest zawsze otwarty i jeśli jest coś, z czym chciała by pani przyjść, to proszę bardzo. To spotkanie miało tylko przełamać pierwsze lody i poznać panią osobiście a nie tylko jako imię i nazwisko w papierach. Tak postępuję w stosunku do każdego członka nowego zespołu. I ma to swoje plusy. Przynajmniej przekonuję się, że mam właściwą osobę na właściwym miejscu.
- Zawsze otwarty, żeby sprzedać masę komunałów i ogólników, bez żadnego znaczenia - pomyślała Julia, a potem uśmiechnęła się, wstając.
- Bardzo dziękuję za spotkanie. To było .. - poszukała słowa - inspirujące.
Po powrocie do siebie będzie musiała sprawdzić tego Ziętka.. skoro jest z Krakowa nie powinno być żadnych trudności. Choć tyle. Przynajmniej jeden konkret.
- Miło mi było pana poznać.
Komisarz wstał zza biurka i wyciągnął rękę w stronę Julii.
- Mi również miło było poznać. Zapraszam na drugiego stycznia na 9.00. Będzie odprawa i pierwsze spotkanie całego zespołu. Mam nadzieję, że praca tutaj, będzie ciekawa i da dla pani wiele satysfakcji.
Podała mu dłoń.
- Bez wątpienia. Do zobaczenia.



2 styczeń 2013 roku, Komenda Rejonowa Warszawa VII

Przyszła chwilę – 20 minut - wcześniej, nie lubiła się spóźniać. Nie żeby miała problem z wkraczaniem do pokoju pełnego ludzi w środku zebrania, raczej chodziło to, żeby zająć dobre miejsce i móc obserwować wchodzących. Szczególnie teraz, kiedy po raz pierwszy miała zobaczyć większość nowych współpracowników, było to ważne.
Ściągnęła kaszmirowy szalik, pozwalając włosom rozsypać się po ramionach. Zdjęła wełniany płaszcz i powiesiła go na wieszaku w rogu pokoju, zostając w samych jeansach wpuszczonych w wysokie kozaki i koszulowej bluzce, dopasowanej do smukłej figury.

Skinieniem głowy przywitała się z komisarzem Kwiecińskim, Roberta Ziętka rozpoznała od razu – znajomi z Krakowa podesłali jej zdjęcia, choć bezpośredniego kontaktu do niego nie udało się jej zdobyć. Jej plany wcześniejszego porozmawiania z Robertem spełzły na niczym. Zresztą – był szczególny czas, koniec roku. ludzie mieli inne zajęcia niż spotkania biznesowe. Niedaleko siedziała młoda dziewczyna, pewnie ta nowicjuszka.. a jeszcze dalej kolejny facet, wysoki, nawet dość przystojny, silnie zbudowany w cywilnym ubraniu.

Oczywiście, zabrakło jakiegokolwiek przedstawienia zgromadzonych w sali osób.

Przejrzała materiały, wysłuchała prezentacji, potem pytań. Wszystko śmierdziało na kilometr. Spodziewała się wątków mafijnych, zorganizowanej przestępczości, może jakiegoś seryjnego zabójcy… Zabójstwo emerytowanego gliniarza i pożar, dla wyjaśnienia którego powołuje się zespół?
Dodatkowo ten.. drugi specjalista Tomasz Brender – co samo w sobie było niepokojące, zespół miał liczyć trzy osoby – miał delikatny, choć wyraźnie słyszalny obcy akcent. Ściągnęli specjalistę z zagranicy?

Oczywiście, zabójstwa gliniarzy miały wyższy priorytet, ale mimo wszystko… Zdecydowanie nie mówili im całej prawdy. Ale na razie nie zadawała żadnych pytań. Przyjdzie na to jeszcze czas. Na razie słuchała, zapamiętywała i starała się zorientować, na czym na prawdę ma polegać ich zdanie.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji
kanna jest offline  
Stary 21-05-2013, 23:02   #5
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9227 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
Mosiężna tabliczka na drzwiach nie zostawiała wątpliwości co do tego, kto urzęduje w tym miejscu. Komisarz Kwieciński jeszcze przed świętami polecił by Eliza stawiła się u niego w biurze właśnie dziś by przedstawić jej to, co będzie ją dotyczyć przez najbliższy czas. Dobrze, że dziś było mało ludzi na komendzie. Przerwa między świętami a Nowym Rokiem nigdy nie była lubiana bo to czas na wolne, ale wiadomo, że ktoś musi pracować by odpoczywać musiał ktoś. CI, którzy odwalali dzisiaj pańszczyznę, przemykali się pod ścianami z kubkami herbaty w dłoniach i spuszczonym wzrokiem. Lepiej dziś nie wpadać na szefa, który zadziwiająco, właśnie w takich momentach miał zwykle przypływ weny. Dla Elizy nie było to jednak ważne. I tak nie znała tu nikogo a już tym bardziej komisarza Kwiecińskiego. Bardziej ją interesowało raczej to, czy on zna ją. I skąd? Jej policyjny nos, który jeszcze może nie jest taki jak trzeba, czuł, że pod tym może kryć się długa ręka jej ojca. A tego by nie chciała. Chiała to rozegrać sama, na własny rachunek i pod własne potrzeby. A ta robota...
Cóż, raz się żyje. Zapukała zdecydowanie w drzwi i nie czekając na pozwolenie wparowała do gabinetu. Nie był on specjalnie bogaty. Ot, biurko, szafa i niewielki kredensik. Do tego obowiązkowy fikus, okno z widokiem na ulicę oraz siedzący za biurkiem mężczyzna. Wyglądał na swoje lata i każda zmarszczka na twarzy była okupiona rokiem za biurkiem policyjnego wydziału śledczego. Drobny wąsik jeszcze sprzed dwóch dekad dopełniał całość Janusza Kwiecińskiego.

Popatrzył na wchodzącą Elizę i przerwał notowanie czegoś w dużej teczce. Odłożył czerwony długopis na biurko i poderwał się na nogi. Z uśmiechem wskazał na fotel, przygładził mundur i wyciągnął rękę na powitanie.
- Witamy, panno Popiołek. Komisarz Janusz Kwieciński. Proszę usiąść.
Eliza chciała ukryć zdenerwowanie pod maską łagodnej uprzejmości.
- Dzień dobry panie komendancie - przywitała się oficjalnie i zajęła miejsce na krzesełku naprzeciwko biurka. Nigdy nie była biegła w kwestiach mody ale tego dnia uznała, że wypada się ubrać bardziej elegancko aby pozostawić dobre pierwsze wrażenie. Miała na sobie dżinsy, białą bluzkę, która pamiętała jeszcze maturę i granatową marynarkę kupioną dzień wcześniej w przecenie. Pół godziny zastanawiała się czy rzeczywiście może sobie pozwolić na ten wydatek bo jej oszczędności kurczyły się nieuchronnie. Ostatecznie zdecydowała, że kilka razy zrezygnuje z obiadu ale za to będzie się elegancko prezentować na pierwszej rozmowie z nowym szefem.
Zaplotła dłonie i wbiła swoje wielkie i odrobinę wystraszone oczy w Kwiecińskiego.
- Cieszę się, że pani do nas przyszła. Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie owocna i obopólna. Nie jesteśmy może jakąś wiodącą jednostką w stolicy, ale mimo wszystko znajdujemy się wśród najlepszych. Podejrzewam, że i tak będzie to o niebo lepsze niż pani ostatnia praktyka w …. - komisarz wyciągnął z teczki jakieś papiery i zaczął je przeglądać. Postukał palcem w jakiś fragment i uśmiechnął się.
- Mam, Turośń Kościelna. Cóż... - zawiesił głos dla lepszego kontrastu. - Rozwojowe to nie było. Nie dla kogoś z pani wykształceniem. W nowej grupie, która właśnie powstaje, ma pani szansę na wiele więcej. To da i satysfakcję i pieniądze. A przecież o to chodzi, prawda?
- Tak panie komendancie - skinęła w odpowiedzi. Przez cały czas była spięta, jakby oczekiwała, że Kwieciński widząc jej dziecięcą aparycję jeszcze jej podziękuje i wyprosi za drzwi. - Bardzo chcę pracować w tym zawodzie. Mam duży zapał i chcę się wykazać... - tak bardzo chciała zapytać o ojca, czy jej nie rekomendował. Nie miała jednak śmiałości. Nie w tej chwili, może później...
- Świetnie - wąsy komendanta poruszyły się jak i chomika. Gdyby to była inna sytuacja to pewnie Eliza by się uśmiała, ale teraz nie wypadało. - Od początku stycznia zostaje powołany zespół do pracy nad szczególnymi śledztwami. Szczególność śledztwa jest tu pojęciem względnym i na chwilę obecną nie musi pani wiedzieć, jak to się odbywa. To, co jest ważne, to oczywiście zespół, w którym rozpocznie pani pracę już za parę dni. Formalnym szefem będzie bardzo doświadczony policjant przeniesiony z Krakowa. On będzie kierować śledztwem i to z nim będę utrzymywać kontakt. On też będzie odpowiedzialny za wyniki oraz za panią, ma się rozumieć. Dzięki temu będzie pani mieć szansę na pracę z profesjonalistami i podpatrzeć to, czego dobry glina uczy się zawsze od starszych. Wszelkie sprawy proszę od stycznia kierować do pana Roberta Ziętka. To znacznie ułatwi wszystkim organizację pracy bo przecież nie mogę z każdym na co dzień rozmawiać. Dnia by nie starczyło - odchylił się na fotelu ciągle się uśmiechając. Rzeczowy, niemal ojcowski ton, musiał chyba wynikać z wieku Elizy. Nic nie mogła poradzić na to, że wygląda jak nastolatka, ale przynajmniej dobrze, że ktoś traktuje ją trochę poważniej niż nastolatkę. Choć ojciec zawsze będzie ją traktować jak swoje ukochane dziecko - nawet jak będzie już stara i będzie kopcić jednego szluga za drugim.
- W takim razie... będę z niecierpliwością czekała na koniec roku - Eliza zdobyła się na nieśmiały uśmiech. - Jestem bardzo bardzo wdzięczna za tą szansę. Wiem, że moje kwalifikacje nie zapierają tchu w piersiach... Prawdę mówiąc, byłam pewna, że nie dostanę tej posady bo musiała być konkurencja i... - zamilkła nagle. Wjechała z ciężkim działem na kruchy lód i nie była pewna czy nie przedobrzyła. - Jeśli mogłabym wprost zapytać... - zaplotła lekko spotniałe dłonie - co kierowała pańskim wyborem...? Nie żebym uważała, że nie zasługuję na tą szansę, tylko... - no tak. Tylko chciałaś zapytać czy tatuś przypadkiem nie dzwonił... Eh, znów ją zatkało. Jakby była troglodytą z niewygodnie wąskim zasobem słów. Nastoletnia Miss elokwencji.
- Panno Popiołek - komisarz splótł dłonie i położył je na biurku. Nie był już uśmiechnięty, ale nadal życzliwie patrzył na siedzącą przed nim dziewczynę. - My w policji może i jesteśmy przywiązani do tradycji, do rodziny czy do wartości samego munduru. Nie oznacza to, że nie możemy zrobić czegoś, co jest nietypowe. Kobiety w naszych szeregach to nadal niecodzienny widok, choć przeciętny Polak już otrzaskał się z tym widokiem. Jednak nadal jesteśmy daleko w tyle za Europą, że o Stanach nie wspomnę. Jako policja dostaliśmy budżet na rozwój struktur, organizacji i wewnętrznej polityki. Tak się stało, że nasz komendant, Antoni Korycki, postanowił utworzyć grupę w naszej jednostce, która byłaby czymś nowym. Nie tylko u nas, ale i w całej Warszawie. Niektórzy prześcigają się w pomysłach - praca z psami, praca z ptakami, nocne patrole, patrole rowerowe czy drony szpiegowskie. To wszystko piękne i ładne, ale niestety wykraczające daleko poza tradycyjne pojmowanie pracy policjanta. A ten powinien być przede wszystkim człowiekiem i być blisko społeczności, której służy. Bo to w końcu służba.
Wstał z fotela i podszedł do okna. Szyba ,wymalowana przez mróz, nie przepuszczała niczego poza światłem. Kwieciński pochuchał na nią i przez mały otwór w lodzie było widać zarysy budynku po drugiej stronie ulicy.
- Służba to obowiązek. Za to nam płacą. A my, jako policja, mamy również swoje potrzeby. Do nas nie przychodzi byle kto. Mówi pani, że nie ma kwalifikacji. Zgadzam się. Nie są one imponujące. Ale przecież dopiero pani zaczyna, to o czym my tu mówimy? Jednak pochodzi pani z rodziny z tradycjami. To bagaż i doświadczenie, którego nie zaszczepi się w każdym. Bycie policjantem zaczyna się dużo wcześniej niż w Szczytnie i takich ludzi nam potrzeba. I takim kimś jest pani, Eliza Popiołek. Rozesłaliśmy do komendantów innych placówek list z prośbą o rekomendacje lub wskazanie ludzi, którzy mogliby zasilić szeregi naszej grupy. Chcieliśmy ludzi młodych, świeżych w policji, ale rokujących. Takich, z których będzie w przyszłości dobry glina. Pani zgłoszenie również się znalazło. Sprawdziliśmy je i zostało wylosowane. Ktoś je złożył i ktoś napisał “To jest dziewczyna, której szukacie”. I dlatego pani jest tutaj i ze mną rozmawia.
Kwieciński wrócił na miejsce. Usiadł wygodnie i spojrzał w twarz Elizy.
- Proszę się nie martwić. Jest pani na początku drogi i to teraz od pani zależy jak nią pokieruje. Naprawdę.

“Pochodzi pani z rodziny z tradycjami”...
Na te słowa Eliza wyprostowała się jak struna jakby sam Ryszard Popiołek pojawił się tuż obok w jakiś magiczny sposób. W takim razie Dawid mówił prawdę, ojciec rzeczywiście się za nią wstawił. Pozornie pomógł aby koniec końców pławić się we własnej racji.
Ktoś napisał “To jest dziewczyna, której szukacie”...
O ironio, napisał jedno, a myśli coś zupełnie innego.
Dłonie Elizy mimowolnie zacisnęły się na kolanach. Myśl, że nie do końca uczciwie dostała tą posadę z jednej strony napawała ją wstydem. Z drugiej - niewiele tak naprawdę zmieniała. I tak będzie musiała udowodnić, że na nią zasługuje. Że to jest jej powołanie i pasja.
- Obiecuję, że pana nie zawiodę. Dam z siebie wszystko - potwierdziła po raz kolejny swój zapał. W zasadzie nic ponad niego nie mogła komendantowi zaoferować
- Panno Elizo. Proszę się tak bardzo tym nie przejmować. Jestem przekonany, że da sobie pani radę i nie potrzebuje pani niczyjej pomocy by pokazać jaka jest naprawdę. Drugiego stycznia o godzinie 9.00 jest spotkanie zespołu, tutaj, na komendzie. Poznacie się wszyscy osobiście i zostanie przedstawione zadanie zespołowi. To będzie już prawdziwa i duża praca. Jej wynik może być bardzo znaczący jeśli chodzi o dalsze kroki w policyjnej karierze.
- Rozumiem. Wobec tego... - podniosła się z krzesła, wygładziła marynarkę - stawię się drugiego stycznia. Powinnam się jakoś przygotować? Coś zabrać? Rozumiem, że nie obowiązuje nas jakiś wyjątkowy dress code?
- Nie, jak najbardziej nie. Wszystko uzależnia śledztwo. Ganianie po lesie w szpilkach nie będzie mądre podobnie jak pójście w dresie na imprezę charytatywną miejscowego przedsiębiorcy. W pracy strój normalny. Pokój, telefon i laptop będą już na panią czekać. Do dyspozycji będzie również samochód - na cały wasz zespół. I, co najważniejsze, zakwaterowanie będzie również dostępne - w jednym z naszych resortowych mieszkań. Niedaleko. To wszystko już od stycznia. Mam nadzieję, że będzie to bardzo owocna współpraca.
Kwieciński wyciągnął dłoń na pożegnanie.
Eliza uścisnęła ją rzeczowo i dość silnie. Sama nie lubiła gdy ludzie mieli wątły uścisk a ich dłoń wyślizgiwała się z jej własnej niby mokra ryba zanim na dobre zdążyła ją wyczuć.
- Jeszcze raz dziękuję za daną mi szansę. I do widzenia panie komendancie.
Eliza miała wrażenie, że dopiero za drzwiami pozwoliła sobie na głębsze zaczerpnięcie powietrza.

* * *
Głos PJ Harvey sączący się z słuchawek zapewniał, że to będzie idealny dzień.
http://www.youtube.com/watch?v=D3tD9EPOEik

Na wsi biegało jej się lepiej. Czyste powietrze i wszechobecna zieleń upajały zmysły i psychicznie rozluźniały. Ale tutaj była spięta. Może to przez zagęszczenie zasłaniających niebo budynków, a może tę porę roku. Zbliżała się siódma rano ale słońce uporczywie nie chciało się podnieść jakby poprzedniego dnia odpadło z ringu przez wyjątkowo bezlitosny nokaut. Eliza minęła jakiegoś wymuskanego mężczyznę w tak obcisłych gaciach, że na metce powinni ostrzegać przed groźbą bezpłodności z powodu zaduszenia plemników na śmierć. Pomachała mu dłonią w wyrazie solidarności cierpiących na bezsenność miłośników słowa „fit”. Ten gest go spłoszył co odrobinę zbiło ją z tropu. Przypomniała sobie, że w mieście się nie biega. Tu się uprawia jogging. A już z całą pewnością nie pozdrawia się obcych przed siódmą rano bo gotowi ci odpowiedzieć chmurą gazu pieprzowego. Nie to co na jej grajdołku w podlaskiem... W ogóle coś tam musieli chyba dosypywać do ujęcia wody bo tutaj, w stolicy, pędząc po betonowej ścieżce czuła się jakby wytrzeźwiała po miesiącach narkotykowego cugu. Nachodziły ją nawet dziwaczne myśli czy całej służby w Turośń Kościelnej w ogóle sobie nie wymyśliła.
Sportowe buty zagłębiały się w płytkim śniegu, z ust wydobywały się miarowe obłoczki pary.
Dobiegła do klatki schodowej i z rozpędu na ostatnie piętro czynszówki, gdzie tydzień temu wynajęła najmizerniejsze lokum jakie w życiu miała okazję oglądać. Dwadzieścia metrów kwadratowych, prl-owska meblościanka, ślepa kuchnia o uroku grobowca i łazienka pamiętająca może i pierwszą wojnę światową. A w samym środku tego porażającego obrazu – ona. Eliza Popiołek, wyskakująca nieśmiało z bielizny termoaktywnej w drodze pod prysznic, a następnie szczękająca zębami tak gorliwie jakby trenowała swoją partię w kapeli beatboxowej. Piecyk znowu nawalił i teraz po spienionych włosach spływała lodowato zimna woda. Przez cały ostatni tydzień Eliza nie mogła wyjść z podziwu, jak odszukała w stolicy najgorszego sortu ruderę. Psi nos, ot co. Najtańsze i najbrzydsze mieszkanie po tej stronie Wisły. Niestety pierwszy z tych przymiotników jawił się jak zbawienie dla jej portfela w wersji light. Jedząc czerstwą bułkę z dżemem myślała o tej nowej posadzie. Była bez dwóch zdań najmłodsza, miała najmniejsze doświadczenie, wiedzę i zawodowy prestiż (tfu, zawodowe co?). Nie będzie miała czasu wykonywać swojej roboty – będzie zajęta chłodzeniem pąsów spalonych z powodu swojej pospolitości. Dookoła jakieś sławy a gdzieś w tle - policjantka z wygwizdowa o aparycji dziecka, która ma wprawę z rozbrajaniu pijaków z broni obuchowej typu sztacheta.
- Jestem ochłapem mięsa wrzuconym między hieny – powiedziała na głos i pociągnęła łyk kawy z aluminiowego turystycznego kubka.
Przejrzała, upchane nadal w walizce, ubrania. Zawieszoną na krześle marynarkę obrzuciła pełnym wątpliwości spojrzeniem. Żadnego dress code. Tak mówił komisarz.

* * *
Z domu wyszła punkt ósma żeby przypadkiem się nie spóźnić. Tyle, że do głowy jej nie przyszło, że autobus najpierw spóźni się kwadrans a później utknie w jakimś monstrualnym korku. Do sali odpraw wpadła chyba ostatnia, zziajana jak szkapa na mecie Wielkiej Pardubickiej.

- Przepraszam, przepraszam, przepraszam... - powtarzała jak mantrę przepychając się do pierwszego rzędu gdzie wypatrzyła wolne krzesło Z rękami wbitymi w kieszenie i zabłąkanym, odrobinę nerwowym uśmiechem wyglądała jak uczennica szkoły średniej, która zgubiła swoją grupę wycieczkową. Eliza była drobną niziutką brunetką o dość infantylnej aparycji, której znoszone dżinsy i luźna zielona bluza stanowczo nie dodawały wieku.
Przez całą odprawę nie odezwała się ani słowem, jakby ten fakt miał uczynić ją conajmniej niewidzialną i odwrócić od niej uwagę. Kątem oka zerknęła na pozostałą trójkę. Niemłody jegomość w skórzanej kurtce woniał psem na kilometr. Eliza spotkała ich wystarczająco dużo aby rozpoznać jednego po samym wyrazie pyska. Ten drugi był trochę zbyt elegancki i wystudiowany na standardowego gliniarza. O kobiecie nie wspominając. Miała klasę, co mogło sugerować, że ich dwójka będzie intelektualną połową zespołu. Stary wyga był ćwiartką od wypluwania poleceń i jechania po nich jak po szmacie. Pozostawało nurtującym pytaniem jaka rola przypada na nią. Z całą pewnością nic chlubnego.

Gdy dostała do rąk opasłe akta zaczęła kartkować je studiując każdą stronę stanowczo zbyt długo. Wydawała się nieco wycofana i zawieszona gdzieś pomiędzy wykładem, protokołami a ekranem smarfona, z którego korzystała z wdziękiem ściągającego na klasówce ucznia.
Szczególnie zaciekawiły ją klucze. Jeden wyglądał jak od skrytki, drugi od kasy pancernej, trzeci – łudząco przypominał ten od jej kredensu w jej pokoju rodzinnego domu – identyczne otwierały barek i kilka szafek. Ostatni klucz, z uszkodzonym fragmentem plastiku – kojarzył się z samochodowym. Jeżeli denat nie miał swojego wozu to stawiało to pytanie – z czyjego samochodu korzystał?
Na google mapsach wstukała od razu adres Łyszkiewicza. Poczuła lekkie ciarki czytając, że ulica wzięła nazwę od Stefana Łyszkiewicza aka „Pechowiec”. Ulica „Pechowca” Jakubowi Wawrzekowi rzeczywiście szczęścia nie przyniosła. Prześlizgnęła się wzrokiem po życiorysie kaprala podchorążego AK a na koniec przyjrzała się budynkowi, o którym w ogóle była mowa. Wirtualnie „przejechała się” wzdłuż całej ulicy. Bez większego powodu, po prostu lubiła wizualizować sobie fakty.

Z klucza od skrytki samodzielnie wyczytała „city self” resztę podpowiedział wujek Google.
Podniosła rękę wysoko i pytanie zadała dopiero kiedy jej zezwolono.
- City Self Storage – hotel dla twoich rzeczy – czytała z wyświetlacza nieco speszonym głosem. - Sprawdzał już ktoś ten klucz?
 
liliel jest offline  
Stary 22-05-2013, 20:06   #6
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Tomasz z wyrazem zainteresowania na twarzy czekał na rozwój wypadków. Nie znał ludzi z którymi przyjdzie mu pracować i wykorzystywał czas do dyskretnego przyglądania się obecnym. Był świadomy, że zagrał brzydko zgarniając najłatwiejsze do wyłowienia informacje. Sam widział jeszcze trzy wątki, które warto byłoby poruszyć, jednak - w zdecydowanie mniejszym gronie... kiedy nie będzie to wyglądało na chwalenie sie przed szefami... i kiedy reszta zaprezentuje jakiś wkład w pracę, choćby przez podanie nazwiska... Nie starał się nawet jakoś specjalnie analizować zeznań świadków, zwłaszcza sąsiedzi nie byli specjalnie pomocni... Zaklnął w myślach ponownie, kiedy dziewczę wyciągnęło smartfona i zaczęło miziać ekran. "Punkt" - dodał kiedy panienka wyrecytowała informację o "City Self Storage", denat miał wiec skrytkę, to zmieniało wiele...

W sumie jednak Brender myślał o czymś zupełnie innym - musiał jakoś załatwić podmianę laptopa na stacjonarną maszynę. Idealnie byłoby z zewnętrznym adresem IP, ale w ostateczności wystarczała zwykła linia telefoniczna i modem... Siedmiocalowy tablet mieścił się wszędzie, ważył niewiele, a pracował kilkakrotnie dłużej niż laptop czy nawet nettop. Tachanie laptopa z sobą Brenderowi się zupełnie nie uśmiechało, a bez sensu było, aby sprzęt stał w pokoju i robił za ekskluzywną podstawkę pod kurz. Ktoś mógł go zdecydowanie lepiej wykorzystać... Najchętniej w ten sam sposób przehandlowałby otrzymany telefon - przekładając samą kartę do swojego... Powiedzmy sobie szczerze - Nokia z półki za 1EUR robiła jakieś zdjęcia... Galaxy S trzaskało nawet filmy w full HD... Jasne, dalej mogły być problemy z uznaniem takiego filmu jako materiał dowodowy, ale lepiej mieć dobre zdjęcie jak nie mieć...
Na chwilę zawiesił wzrok na dobrze ubranej kobiecie, była szykownie i po cywilnemu więc szybko obstawił, że podobnie jak on siedzi na stołeczku specjalisty. Odpadły dwie możliwości - dwóch analityków danych czy dwu lingwistów w taaakiej sprawie to o półtora za dużo. Prawniczka? Raczej nie... Pozostawała działka psychologa i wszystkiego z tym związanego - to nawet pasowało do szykownej, pewnej siebie kobiety...
No dobra, pomimo całej góry dobrych chęci Thomas musiał przyznać, że coś tu nie grało, zupełnie nie grało i nie śpiewało. Sprawa, w która zamieszami byli gliniarze zawsze budziła niezdrowe zainteresowanie mediów. Ta konkretna chyba jednak nie budziła, bo przez miesiąc niewiele zrobiono i prawie nic nie ustalono. Zeznania świadków można było zebrać w kilka godzin, sprawa kuriera to jeden telefon do DHL... i co? Nagle powołuje się specgrupe? No halo, albo odkryli coś czego nie ma w raporcie, albo jakaś gruba afera tutaj idzie... Nie zdołał zdławić uśmiechu kiedy wyobraził sobie spisek z naszprycowanymi podsłuchami laptopami, komórkami, międznarodowym terroryzmem, wąglikiem, kosmitami i czym tam jeszcze... prawie jak...

Dziewczę dalej sprawiało wrażenie króliczka, bynajmniej nie Playboy'a. W sumie nie była to jego robota, ale postanowił, że będzie musiał z nią porozmawiać. Miała zapał, ten błysk w oczach jaki często widział u młodych policjantów przychodzących na kursy... Ci starsi już często go nie mieli... to było przykre...

Pytanie o klucz do schowka zawisło w powietrzu i Thomas przeniósł wzrok na referenta.
 
Aschaar jest offline  
Stary 23-05-2013, 21:32   #7
 
Yarot's Avatar
 
Reputacja: 340 Yarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skał
Kwieciński miał za sobą tysiące odpraw. Były mniej i bardziej udane, mniej i bardziej rzeczowe oraz takie, które wywołują uczucie konsternacji. Nie wiedział wtedy zwykle co powiedzieć tylko zabierał się za robotę, bo nic innego nie pozostało do zrobienia. Tak było tym razem. Czuł to. Czuł, jak każdy policjant, że to spotkanie jest tylko formalnością i że podrzucona sprawa będzie ciążyć wszystkim. Zdawali sobie z tego sprawę razem z Antonim, ale naprawdę nie było wyjścia. Popatrzył na Janka Hierata i posłuchał co mówił. Szkoda mu było kolegi, ale to wyższa konieczność była. Śledztwo może nie ambitnie prowadzone, ale przynajmniej jakoś podciągnięte. Gdyby nie czekanie ze 2 tygodnie na dane od strażaków to pewnie mieliby już namierzoną furgonetkę, może coś więcej by się wycisnęło ze świadków. Jednak wiedział, że sam tego zakazał dla Janka - jak tylko Antoni dowiedział się, że to sprawa policjanta to już wtedy chciał ograniczyć udział naszych do niezbędnego minimum. Sprawa Mitalskiego ciągle była żywa a komendant dostawał białej piany jak o niej słyszał.

- City Self Storage - hotel dla twoich rzeczy. Sprawdzał już ktoś ten klucz? - padło od panny Popiołek. Motyw kluczy pojawił się też u Austriaka. Dobrze, że to złapali od razu. Ciekawe dlaczego Hierat przyszedł z tym do niego przed świętami? Jemu zajęło to prawie trzy tygodnie a dla nich niecała godzina. Może jednak natłok zadań mu uwierał a od początku to zadanie było traktowane po macoszemu?
- Nie, jeszcze nie - znów odpowiadał Hierat. - Kiedy wiadomo już było, że N/1 przejmie sprawę, to odłożono to już do zbadania przez zespół. Sprawa City Self Storage wyszła niedawno i nie zdążyła znaleźć się w dokumentacji jako wynik śledztwa. To była druga sprawa, którą miałem przekazać państwu na tym spotkaniu. Pierwsza to kwestia auta. Jak sami widzicie na zdjęciach są zdjęcia kluczyków od samochodu. Ofiara takowy posiadała i został on zabezpieczony na naszym parkingu. Był przejrzany przez strażaków i saperów pod kontem materiałów wybuchowych, ale nic nie znaleziono. Samo auto jest oczywiście do przejrzenia. Jedyną ciekawą rzeczą tam jest wykrywacz metalu, ale pewnie miał on zastosowanie do poszukiwań militariów. To niemal obowiązkowa rzecz dla osób, które się tym interesują.

Komisarz widział reakcję ludzi na to, co powiedział były prowadzący. Mają kolejny punkt do swojej listy zadań, która pewnie niedługo powstanie. Miał nadzieję, że wszystko będzie dopracowane i logiczne, po sznurku do kłębka czy jakoś tak. Jak Hierat przedstawiał mu swoje spostrzeżenia to sam zastanawiał się o co tu chodzi. Może tu faktycznie nic nie ma tylko przesadny strach Antoniego, że ktoś coś wyniucha a nie oni. Zostaje ten kurier. To poważny trop i jedyny, który wskazuje, że coś jest nie tak, jak trzeba.
Dyskusja jeszcze chwilę trwała. Chyba obie strony zdawały sobie sprawę z tego, że w tej chwili nie ma za dużo do omawiania. Trzeba zaznajomić się z papierami, sprawdzić tropy i uruchomić swoje metody na rozwiązywanie spraw. I dobrze. Im wcześniej wezmą się za to tym lepiej.
- Proszę państwa - Kwieciński wstał zza stołu. - Jeśli to już wszystko, to za waszym pozwoleniem, byśmy skończyli. Od teraz jesteście zespołem N/1 i sprawa Wawrzeka jest wasza. Robert Ziętek jest liderem i on przejmuje teraz dowodzenie. Sprawy organizacyjne znacie - jeśli coś jeszcze będzie to pytajcie albo pana Ziętka albo pana Jutrznię. Dziękuję za uwagę i życzę powodzenia.
 
__________________
...and the Dead shall walk the Earth once more
_. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : ._
Yarot jest offline  
Stary 26-05-2013, 12:33   #8
 
Harard's Avatar
 
Reputacja: 247 Harard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie coś
Sprawa samochodu Wawrzeka i kluczyków do niego wyjaśniła się szybko. Robert Skinął głową Kieratowi, po czym powiedział, że skoro zespół nie ma już pytań do szefostwa i poprzedniego referenta to przejdą do gabinetu posnuć plany śledztwa.
Mieszane uczucia nadkomisarza dominowały kiedy przyglądał się swojemu nowemu zespołowi. No ale nikt kto go znał nie przypuszczał by, że polubi i zacznie się śpiewająco dogadywać z ludźmi o których nic nie wie. Zaskoczyła go bierność profilerki, zakłądał że to właśnie ona będzie mieć najwięcej pytań. Może jednak wolała obserwację, tak jak Robert. Wszystko wyjdzie w praniu.

- Dobra. – Robert usiadł przy biurku i zerknął na swój notes i wykrzywił się – Trzy tomy akt, zapoznajcie się z nimi dokładnie. Prezentacja prezentacją ale pora się dowiedzieć na czym stoimy. Nikt z nas nie lubi odziedziczonych spraw które już ktoś rozgrzebał wcześniej. Na szczęście z tego co wyczytałem, nie spieprzyli niczego tak że nie da się poprawić. Mamy dokładne oględziny, protokoły sekcji, protokoły przesłuchań świadków i strażaków.
Wyciągnął pudło z dowodami rzeczowymi z szafy.
- Trzy pola którymi musimy się zająć w pierwszej kolejności. Skrytka w Self City Storage. Nakazy przeszukania wydębię od Jutrzni za moment więc można się wybrać tam od razu. Drugie to miejsce zdarzenia. Chcę się przyglądnąć z bliska mieszkaniu, przy okazji można się rozglądnąć za monitoringiem i dopytać o kuriera sąsiadów. Nie tylko tych z kamienicy ofiary. Może jakaś babcia ślęcząca w oknie coś widziała. Potem wyjaśnienie dlaczego mieszkanie się jedynie paliło a nie wyleciało od tych granatów w kosmos. Trzecie to grzebanie w bazach. Oględziny samochodu Wawrzeka, jego służba, ewentualne wypytanie kolegów, pogadanie z osobą która przejęła po nim pieczę nad magazynem dowodów rzeczowych. Czwarta to środowisko prywatne, znajomi, kolekcjonerzy. Jeśli ktoś ma jeszcze jakieś pomysły to słucham. Priorytetem jest skrytka i miejsce zdarzenia, im szybciej tym lepiej.
Robert popatrzył po twarzach nowych współpracowników. Nie chciał zaczynać od wyznaczania zajęć według swojej woli. Czekał aż sami się określą.
Thomas uśmiechnął się kącikami ust.
- Nie sądzę, aby miejsce zdarzenia było bardzo pomocne. Od pożaru minął miesiąc i same ślady zostały już zapewne dawno zatarte, podobnie nie sadzę, aby świadkowie wnieśli coś do sprawy. Sprawdzenie kuriera wydaje mi się znacznie prostsze od strony firmy kurierskiej - ona musi mieć w bazie ewentualny kurs... Zakładam, że zdobycie listy wszystkich firm kurierskich działających na terenie Warszawy i wykonanie telefonu do każdej z nich nie zajmie wiele czasu. Oczywiście jeżeli faktycznie był tam kurier. Podobnie nie widzę niczego dziwnego w tym, że mieszkanie tylko się spaliło... Denat był policjantem, człowiekiem obytym z bronią i znającym się na niej, militarystą, o jego hobby wiedzieli przełożeni... musiał zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństwa jakie niesie przechowywanie materiałów wybuchowych zwłaszcza w postaci niewypałów. Nie sądzę, aby ryzykował życie dla swojego hobby. Opinia ogniomistrza również potwierdza, że na miejscu zdarzenia nie było materiałów prochowych. Znalezione na miejscu zdarzenia łuski i skorupy pozbawione były materiałów niebezpiecznych i stanowiły tylko ozdobę. - Mówiąc to wodził palcem po swoim tablecie sprawdzając informacje o przechowalni - Jeżeli przyjmujemy, że nie był to nieszczęśliwy wypadek to motywem mogą być dokumenty. Przypomnę, że pan Wawrzek koncentrował się w swoim hobby na starych mapach i dokumentach - w jego rękach mogły znaleźć się dokumenty dla kogoś niewygodne... Kolejną kwestią jest różnica czasu. Przesyłka została dostarczona po południu, pożar wybuchł następnego dnia rano. Wydaje się mało prawdopodobne, aby paczka przez cały ten czas pozostawała nie otwarta, albo, żeby denat otworzył ją bladym świtem... Nie widzę zatem powodu, aby w tym momencie wiązać przesyłkę z dostarczeniem materiału zapalnego... Wydaje mi się, że najwięcej informacji znajdziemy w przechowalni. Widzę, że na terenie miasta są dwie, musimy więc ustalić, w której denat miał skrytkę. W drugiej kolejności zająłbym się ustaleniem powiązań denata w światku kolekcjonerskim... z kolegami z policji utrzymywał na pewno w pełni poprawne kontakty i na pewno nie ujawniał w tych rozmowach niczego co mogłoby być niezgodne z prawem...
Robert słuchał nie przerywając, choć miał dużą ochotę już po paru zdaniach. Grzecznym trzeba być, niech każdy z nich odkryje we własnym tempie, że jesteś dupkiem panie Ziętek. Nie ma im co ułatwiać....
- Zależy czego na miejscu zdarzenia szukać. Ja pojadę tam potwierdzić to co jest w aktach i wyjaśnić to, co mi się nie zgadza, a o czym mówiłem wcześniej. „Nie sądzę, wydaję mi się, prawdopodobnie” to dobrze brzmi w programach z politykami, lub u wróżek w Polsacie. Osoba wyglądająca na kuriera i poruszająca się furgonem podobnym do tego z DHL jest jak na razie jedynym konkretem i osobą podejrzewaną. Miała kontakt z ofiarą, doszło pomiędzy nimi do jakiejś scysji. Samą firmę sprawdzono już przed nami i to w miarę dokładnie. Jak na razie ustalenia są takie, że z DHLu nie było kursu do mieszkania od 3 lat. Tak więc oznacza to dwie rzeczy albo to był kurs z tych nieoficjalnych o których nie dowiemy się nic dzwoniąc do nich, albo ktoś skorzystał z kamuflażu. Pierwszą opcję wykluczymy w prosty sposób, furgony kurierskie mają GPSy i powinny przechowywać trasy w centrali. A jeśli to kamuflaż, to po to dodatkowi świadkowie także ci nie straumatyzowani pożarem i monitoring. Owszem skrytka jest priorytetem, bo tego na razie nie ruszono. Masz namiary – wskazał na tablet - to zadzwoń i ustal, może została otwarta na jego nazwisko. Jak nie to pokseruj fotki Wawrzeka może go ktoś pozna Oszczędzi nam to trochę czasu, bo pasowanie kluczyka do wszystkich zamków zajmie tydzień. – Jakoś tak odruchowo popatrzył na Popiołek.
- Do skrytki nie musimy jechać wszyscy, warto natomiast zabrać techników, niech zabezpieczą ślady od razu, w zależności od tego co znajdziecie.
 
Harard jest offline  
Stary 27-05-2013, 20:45   #9
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9227 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
- Podejrzaną? Konkretną? - Brender nie krył zaskoczenia, a nawet trochę je podkolorował. W jego umyśle powstała brzydka hipoteza, ale żeby ją zweryfikować musiał znależć się sam na sam z nadispektorem, . - Poza zeznaniem jednego świadka, nie ma żadnych wskazań na kuriera DHL, czy na sam DHL. Samochód nie musiał być nawet kradziony... Nie wiem jak jest w Polsce, ale w Austrii firmy spedycyjne posiadają ajencje i praktycznie każdy kurier prowadzi ajencje danego spedytora. Kiedy kurier zmienia spedytora z którym współpracuje często nie przekleja od razu oznaczeń, tylko zrywa część, czasami nawet używa jeszcze uniformów poprzedniego... Tu nie można wykluczyć tej samej sytuacji. Świadek mógł widzieć samochód takiego kuriera, który właśnie zmienił pracodawcę. Stąd moje pytanie jest szersze - czy jakakolwiek firma spedycyjna dostarczyła pod wskazany adres jakąkolwiek przesyłkę? - postanowił już nie polemizować z pomysłem zabierania techników... Przesunął palcem po telefonie i wybrał numer przechowalni:
- Witam serdecznie, Tomasz Brender, komenda rejonowa policji Warszawa VII. W związku z prowadzoną sprawą mam pytanie, czy pan Wawrzek wynajmuje u państwa skrytkę?
Głos po drugiej stronie słuchawki należał do tych przyjemnych. W dodatku żeński.
- Nie udzielamy takiej informacji dla osób innych niż właściciele. Proszę podać nazwisko, pesel oraz numer identyfikacyjny.
- Przepraszam, nie dosłyszałem pani nazwiska... - odbił piłeczkę Thomas zastanawiając się po co panience numer pesel...
- Renata Niczyńska, City Self Storage - odparła. - Jeśli nie jest pan klientem a chciałby pan u nas wynająć miejsce dla swoich rzeczy to nie ma problemu. Jeśli chce się pan dowiedzieć, czy ktoś jest naszym klientem, to takich informacji osobą postronnym nie udzielamy. Chyba że podadzą nazwisko, pesel oraz numer identyfikacyjny. W każdym innym przypadku proszę o kontakt osobisty w naszym punkcie w Alei Krakowskiej lub Ostródzkiej.
- Chyba się trochę nie zrozumieliśmy. O informację proszę w imieniu polskiego wymiaru sprawiedliwości, nie jako osoba postronna... Oczywiście, jeżeli uważa pani, że zamiast udzielić mi prostej odpowiedzi, abym nie musiał tracic czasu swojego i prokuratora jeżdzeniem w dwa miejsca, woli pani twardą gre, to nie ma problemu - pojawie sie z kompletem nakazów i państwa firma oficjalnie stanie się stoną w sprawie. Na moim biurku leży klucz do jednej z waszych skrytek, podejrzewam, że skrytka należy do pana Wawrzeka. Prędzej czy później ustalę czy to prawda, nawet jak miałbym każdego z pracowników wezwać na przesłuchanie i zdobyć nakaz otwarcia każdej jednej waszej skrytki... Tylko czy o to nam chodzi? Prosze mi pomóc - czy nazwisko Jan Wawrzek figuruje na liście waszych klientów? Jeżeli tak to w której lokalizacji?
- Rozumiem, że o to chodzi. Jednak niestety nie mogę pomóc - oficjalnie takie informację mogę podać jeśli wpłynie oficjalne pismo lub ktoś pojawi się osobiście. Na telefon takie informacje nie są udzielane. Dla dobra klienta. - Kobiecy głos po drugiej stronie był nieugięty, ale bez cienia złośliwości czy złej woli.
- Dobrze, do zobaczenia zatem. - odparł Thomas i dorzucił jakąś grzecznościową formułkę. Zostawało więc dalej 50% szans na trafienie... jeżeli skrytka należała do denata.
===

Eliza jak dotąd nie odezwała się ani słowem. Podpierała plecami ścianę i wyrobionym ruchem kciuka śmigała po ekranie smarfona potwierdzając tym samym, że przynależy już do młodego pokolenia, które po wyjściu z łona matek przykleja pulchne niemowlęce palce do wszelkiej maści urządzeń elektronicznych a później ich poziom uzależnienia już tylko rośnie.
- Na posesji numer 30 C, przy Łyszkiewicza, dokładnie po przeciwnej stronie miejsca zdarzenia na furtce i bramie wiszą tabliczki firmy ochroniarskiej. Poszperałam w googlu i znalazłam logo. Grupa Juwentus. Napisane, że obiekt monitorowany, więc chyba warto zapytać czy są zachowane taśmy z samego pożaru. W dole ulicy, pod 26, jest jakiś osiedlowy sklep. Tam też widać kamerę. Niby dość daleko od numeru 29, i pod takim kątem, że nie widać samego budynku ale jeśli jakaś furgonetka DHL’u tamtędy przejeżdzała to musiała się nagrać. Warto chyba sprawdzić panie nadkomisarzu? - zamiast na twarz Ziętka spojrzała na jego buty. - No chyba, że dojechała od strony Działyńczyków. To wtedy zostaje jeszcze monitoring sąsiada.

Ziętek cały czas patrzył na Brendera i oceniał problem. Chyba jeszcze nie za duży, na razie tylko się popisuje. Czekał jeszcze na profilerkę, ale na razie nie odzywała się wiele ani na oficjalnej odprawie ani teraz. Spojrzał na Plecaka, i pochylił się aby zerknąć na jej smartfona.
- Rzeczywiście, chyba coś mamy ciekawego. Pytanie czy nagranie się jeszcze zachowało, ale to trzeba sprawdzić. Jeden i drugi. Hmm ulica dość wąska, nawet jak jechał od przeciwnej strony to nie miał jak zawrócić, więc pewnie pojawiał się z obu stron. Wypytamy dzielnicowego o inne możliwe kamery, on będzie znał teren najlepiej.
Zanotował nazwe sklepu w notesie, z teczki wyciągnął plan miasta by porównać dojazd i odległości pomiędzy Komendą, Łyszkiewicza a centralą City Self Storage.
- Dobrze. Ja na miejsce zdarzenia, pan Brender i technicy do skrytek po ustaleniu konkretów - analityk dalej wisiał na telefonie. - A Panie?

- Panie nadkomisarzu? - Eliza znów zwróciła się do oficjalnego samca alfa, a w każdym razie do czubków jego butów. - W raporcie pisało, że jedyną żyjącą krewną Wawrzeka jest siostra mieszkająca od 12 lat w Montrealu. Nie ma ani słowa czy ktoś ją powiadomił o śmierci brata. Na pogrzebie jej nie było ale przecież jest jedyną żyjącą krewną i spadkobiercą. Może warto by się z nią skontaktować telefonicznie? Zapytać o relacje. Może się przed śmiercią odezwał. To pewnie nie jakieś priorytetowe - zająknęła się - ale... tak sobie myślałam.

- Można - skrzywił się lekko. - Jak ustalimy kontakt do niej to dlaczego nie. Nie utrzymywali ze sobą szczególnie ciepłych stosunków, ale może powie coś o czasach kiedy Wawrzek służył jeszcze w Policji. Na razie jednak ważniejsze sprawy.
Inicjatywę było jakoś widać, zobaczymy jak będzie dalej.

- No... to może ja pojadę z panem i popytam o ten monitoring? Z sąsiadami porozmawiam? - aspirant Popiołek miała ton wywołanego do tablicy ucznia, który nic a nic nie jest pewien czy podaje właściwą odpowiedź na pytanie. - Albo... - dodala szybko, asekuracyjnie - raczej wezme ten drugi adres CSS? Najwazniejsze to zlokalizowac skrytke Wawrzaka.
 
liliel jest offline  
Stary 28-05-2013, 07:02   #10
 
Yarot's Avatar
 
Reputacja: 340 Yarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skałYarot jest jak klejnot wśród skał
Robert i Eliza

Opel Astra w ciemnoniebieskim kolorze odpowiedział piknięciem, gdy Robert odblokował centralny zamek. Auto wyglądało jak nowe ale nowym nie było. Środek jednak był wysprzątany i pachniało świeżą sosną oraz mentolem. Wskaźnik pełnego baku zamigał na zielono. Środowe południe przechodziło w szare popołudnie wraz z chmurami, które niosły zapowiedź deszczowego wieczora. Zima w tym sezonie nie rozpieszczała nikogo, także drogowców. Po śnieżnym początku przyszedł czas na odwilż a od kilku dni nawet na deszcz. Robert zamierzał prowadzić i nawet nie dopuszczał do siebie myśli by Eliza usiadła za kierownicą. Na szczęście na wyposażeniu była nawigacja i droga na ulicę Łyszkiewicza. Nie było to daleko, ale wykrzyknik przy Marsa wskazywał, że może tam być korek.
Starcie z warszawskimi ulicami skończyło się zwycięstwem i nadkomisarz Ziętek spokojnie wjechał w ulicę Łyszkiewicza. Wąska droga wystarczała ledwie na dwa samochody, które musiały lekko zjechać na chodnik by się wyminąć. Furgon dostawczy przy sklepie manewrował chwilę i zablokował całą drogę. Robert cierpliwie czekał aż kierowca zakończy ustawianie się na podjeździe. Patrzył na okolicę i patrzył na Elizę, czy ona widzi to, co trzeba. Dojazd od ulicy Marsa wydawał się najprostszy i oczywisty. Ciekawe czy taką drogę odbyła furgonetka DHL, która przyjechała tutaj na dzień przed pożarem?
Pod numerem 29 nie było już wiele do oglądania. Taśmy policyjne zniknęły i ich resztki można znaleźć w roztopionej kupie śniegu pod bramą. W powietrzu nadal było czuć swąd spalenizny, który przenosił wiatr od budynku. Nie było widać nikogo w pobliżu. Naklejona kartka na drewnianych i osmalonych drzwiach mówiła o zamknięciu budynku do czasu zbadania jego stanu przez inspektorat budowlany. Wilgoć, pleśń i mokry tynk uzupełnił bukiet zapachów, który był wyczuwalny już na ulicy.
Robert z Elizą stanęli przed drzwiami. Gliniarz popatrzył do środka i zastanawiał się, co dalej. Wszystko wskazywało na to, że tutaj nikogo nie ma a ewentualne ślady dawno zostały zatarte. Możliwe, że coś jeszcze się ostało, ale tego się nie dowie stojąc na progu. Popatrzył na Elizę, która krzywiła się co jakiś czas kiedy szczególnie mocny swąd owionął ich i został w nosie przez parę chwil.
- To robimy tak, jak ustaliliśmy to na komendzie. Wchodzę do środka i sprawdzam, co się da w środku. Ty ruszaj dookoła i znajdź kogoś, kto byłby coś w stanie powiedzieć o tym pożarze. Wspominałaś coś o monitoringu - namierz go i zobacz, czy coś tam widać. Ja będę tutaj więc jakby coś się działo, to tutaj mnie szukaj.
Eliza skinęła tylko głową nadal obawiając się o reakcję innych wobec niej i czując lekkie onieśmielenie wobec starszego kolegi. W końcu to jej pierwsza poważna sprawa. A dla niego? Piąta? Dziesiąta? "Czas się zabrać do roboty" pomyślała. Potem, już na głos, dodała - Tak też zrobię. Rozejrzę się po okolicy. Potem przyjdę do pana.

Tomasz i Julia

Tomasz i Julia wylądowali w drugiej ekipie mającej zająć się skrytkami. Przez telefon niczego nie dało się załatwić i trzeba się pokazać tam osobiście. Mieli, jako zespół, tylko jeden samochód do dyspozycji. Ale mieli wziąć techników, więc zabrali pierwszy możliwy zespół ze sobą. Oczywiście wozem. Wypisane papiery przez Jutrznię wystarczyły by dostać trzech ludzi i sprzęt - na wypadek, gdyby trzeba było zdjąć odciski, zrobić zdjęcia lub okazało się, że w środku jest bomba. Tomasz nie wyobrażał sobie by to ostatnie się zdarzyło, ale nigdy nie da się wszystkiego przewidzieć. Julia natomiast nadal niewiele się odzywała. Patrzyła na wszystko i wszystkich, jakby budowała sobie wizerunek każdego zaczynając od własnej obserwacji. Nie było czasu na poznanie się więc korzystała z każdej nadarzającej się okazji by to robić. A wyjazd w teren był właśnie taką okazją.
Forda transita prowadził Tadek - jeden techników. Reszta, podobnie jak Tomasz i Julia, siedziała na pace z tyłu, trzymając się uchwytów i patrząc na uciekające za oknem miasto. Nie mogli się rozdzielić i załatwić tego oddzielnie. Okazałoby się, że jedna z osób musiałaby skorzystać albo z taksówki albo z komunikacji miejskiej by dostać się na miejsce. Self City Storage ma dwa biura i miejsce magazynowe w Warszawie - jedno przy trasie Toruńskiej na Brudnie a drugie w Alei Krakowskiej, niedaleko giełdy kwiatowej. Jako pierwszy magazyn wybrano ten na Toruńskiej - choć droga była podobna to jednak wygodniej dla kogoś z tej strony Wisły korzystać z magazynu właśnie tutaj. Poza tym łatwiej było teraz dojechać na Bródno niż pchać się przez Centrum. W radio już trąbili o korkach - to tak na przywitanie nowego roku.
- W Sylwestra słyszałem fajny kawał - starał się umilać drogę fotograf, Krzysiek Nowicki. - Spotyka się dwóch kumpli w barze. Jeden z nich ma fioletową facjatę i pi... znaczy śliwkę pod okiem. Ten drugi pyta się go o to, co się stało. Na to ten mówi, że żona go obiła. Kumpel zdziwiony pyta się, jak to możliwe. A ten mówi, że powiedział do niej "ty". Zapadła cisza. Ten kumpel w końcu mówi "Nie rozumiem. Za to, że powiedziałeś do niej "ty" dostałeś po mordzie? Tak po prostu?" A delikwent odpowiada, że owszem. Bo, gdy żona powiedziała, że coś ostatnio słabo się układa między nimi i nie kochali się już od prawie trzech lat, on odparł "Chyba ty".
Trzeci z techników - Jacek Taczyk - zaśmiał się krótko i zdawkowo. Nie był zainteresowany kawałem tylko próbował znaleźć wygodne miejsce by odespać. Najwyraźniej jeszcze był jedną nogą w starym roku. Nie udało mu się jednak zasnąć, bo dość sprawnie udało się dojechać na miejsce. Po okolicznych polach hulał wiatr i zaczęło już mżyć. Tadek zaparkował przed wejściem i spojrzał się na Tomasza.
- To my chyba zaczekamy. Jak będziemy potrzebni to dajcie znać. Przygotujemy sprzęt w razie czego więc nie spieszcie się za bardzo.
- Będziemy, kiedy trzeba - twardo odpowiedział Brender i wyszedł z auta. Wilgoć uderzyła z podwójną siłą. Jazda w takiej pogodzie na motorze byłaby proszeniem się o przeziębienie, choć nie takie rzeczy już robił. No, ale teraz nie ma miejsca na takie zachciewajki. Trzeba sprawdzić ten kluczyk i miał nadzieję, że to będzie tu. Jazda gdzieś dalej w takiej pogodzie nie będzie przyjemna a kolejnego żarciku Krzyśka mógłby już nie znieść.
Poczekał jeszcze chwilę na Julię i razem ruszyli w stronę magazynów. Przeszli przez automatyczne drzwi i podeszli do recepcji. Widać było wejście na halę oraz rzędy drzwi oraz klatek po obu stronach korytarza. W takim molochu pewnie była masa drobnych pomieszczeń i przestrzeni do zagospodarowania. Skoro można dostać miejsce wielkości pół metra kwadratowego, to nic dziwnego, że była ich aż taka ilość. Ciekawe tylko ile wynajął sobie Jakub Wawrzek.
- Dzień dobry. Komenda rejonowa policji, Tomasz Brender - przedstawił się na recepcji strasząc tym samym siedzącą tam miłą dziewczynę. Lekko przestraszona spojrzała na odznakę, spojrzała na twarze przybyłych i z lekkim drżeniem w głosie spytała:
- W jakiej sprawie?
- Mamy klucz do skrytki. Wiemy do kogo należy. Potrzebujemy się tam dostać. Teraz
- możliwie krótka, zwięźle i treściwie policjant starał się formować swoje zdania. Delikatnego akcentu nie dało się zatrzeć, choć sądząc po wzroku delikwentki, to pewnie nawet nie zwróciła na to uwagi.
- Ja poproszę kierownika - powiedziała i ruszyła na zaplecze.
- No, i tak trzeba było od razu. Mam nadzieję, że to tutaj. Jazda w taką pogodę na drugi koniec Warszawy jakoś mi się nie uśmiecha.
Julia popatrzyła tylko na niego i lekko się uśmiechnęła.
- Mi też.
Nie zdążyli się nawet dobrze rozejrzeć, gdy z zaplecza wróciła recepcjonistka wróciła uzbrojona w kierownika i pewniejsze spojrzenie. Kierownikiem okazała się młoda kobieta w szarym sweterku i miłym uśmiechem na twarzy. Z wprawą godną każdego menedżera ruszyła w stronę dwójki policjantów. Wyciągnęła dłoń na przywitanie i zaczęła:
- W czym City Self Storage może pomóc policji?
 
__________________
...and the Dead shall walk the Earth once more
_. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : ._
Yarot jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:16.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166