Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 16-06-2013, 12:39   #1
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 16118 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Abandon All Hope: ADAM I EVA „A32E93” - horror 18+

Wprowadzenie
Jackson spojrzał na kaszlącego mężczyznę. Beznamiętnie przyglądał się spoconej twarzy, obserwował wysiłki, z jakimi chory próbuje wypluć z siebie płuca. Kaszlący człowiek nie przestawał, aż w końcu z ust wylała mu się krwawa piana i spocony, wynędzniały chory legł na brudnej poduszce. Tylko spazmatyczny ruch wychudzonej klatki piersiowej zdradzał, że człowiek jeszcze żyje.

- Już po nim, Jackson – powiedział zimnym głosem drugi z mężczyzn stojący w wejściu do celi. – Dobij go i skróć jego męczarnie.
- Clay, kurwa, on jeszcze żyje.
- Niedługo – powiedział mężczyzna w wejściu nazwany Clayem. – Wiesz, jak to się skończy. Jak zawsze. Wyrzyga swoje płuca i wysra krwiste gówno i zdechnie. Jak każdy…
Mężczyzna przerwał wsłuchując się w dziwny, niosący się korytarzem szum.

- Kurwa … - w słowach Claya po raz pierwszy zagościły jakieś emocje. – Zrobili to, debile!

* * *

- Chuje zjebane! – wrzeszczał wysoki, czarnoskóry mężczyzna strzelając ze swojej zaimprowizowanej broni w głąb korytarza w nacierający tłum ubranych w pomarańczowe kombinezony więźniów.

Każdy strzał kończył się trafieniem, co nie było trudne, zważywszy na to, że korytarz zapchany był ludźmi z trzech sąsiednich sektorów. Biegnący potykali się o padających. Z tłumu ktoś posłał w kierunku strzelca bełt. Pocisk rozorał czarnoskóremu skórę na głowie i ucho, ale strzelec nie przestawał walki.

- Chuje zjebane! – wrzeszczał coraz głośniej, widząc, że nie da rady powstrzymać napierającego tłumu więźniów.

- Zamykać! – ryknął Murzyn dziko i puścił się pędem w stronę grodzi do własnej sekcji. Nie zdążył. Drugi bełt trafił go w plecy, prosto w kręgosłup i strzelec padł na ziemię. Po chwili pierwszy z szarżujących więźniów był już przy nim. Uderzeniem maczugi rozwalił murzynowi czaszkę w geście zemsty za zabitych przez niego znajomków i ruszy dalej.

Nagle korytarz wypełnił żywy strumień ognia. Pierwsi biegnący, oblani płonącą substancją, zawyli dziko i padli na ziemię lub wpadali na ściany, płonąc jak zapałki – szybko i gwałtownie.

Napór zdeterminowanych więźniów osłabł, szturm załamał się.
Wrota do sektora A-0676 zatrzasnęły się przed nosem tych, którzy przeszli nad zwęglonymi, spopielonymi ciałami niedawnych kompanów.


* * *


- Jest spawarka, szefie – niski mężczyzna pokazał przytachane ustrojstwo.
Wysoki, żylasty więzień o twarzy urodzonego psychopaty spojrzał na zamknięte drzwi oznaczone kodem kreskowym SENTINELA oraz z dopiskiem na dole zrobionym przez uwolnionych więźniów A-0677.

- Zaspawaj to, na głucho. Nie chcę tutaj zarazy. Sprawdzić wszystkie potencjalne drogi. Wyszukać tych, którzy mieli kontakty z tymi z A-0677 i zajebać. Nie chcę tutaj żadnego zdechlaka. Jasne!?

- Jasne, szefie!

Niski mężczyzna skinął na kilku innych i jako pierwszy wziął się ochoczo do pracy.


* * *


Do tej pory niekwestionowany przywódca sektora A-0677 Karl - numer więzienny 0034569 – spoglądał na twarze swoich zastępców z trudnym do odczytania wyrazem twarzy.

- Wszystkie drogi? – upewnił się.
- Tak. Wszystkie. Odcięli nas w każdym możliwym sektorze. Chcą, byśmy wyzdychali. Nawet Gildia Zero się na nas wypięła.
- I chuj im wszystkim głęboko w obsraną dupę – powiedział Parszywy Joe, jak to miał w zwyczaju z przesadną dosadnością.
Karl spojrzał na prymitywnego, przypominającego orangutana zastępcę z nieskrywaną niechęcią.
- Zdechniemy tutaj, Joe – wycedził słowa przez zęby. – Wszyscy. Jeśli nawet nie zabije nas ta zaraza, to zabraknie nam wody i jedzenia. Tylko handel z sąsiednimi sektorami dostarczał nam odpowiednią ilość zapasów. My wytwarzaliśmy amunicję do samoróbek, oni dawali nam żarcie i wodę. Tak to, kurwa, działało.
- Widać wolą być zdrowi niż otrzymywać regularne zapasy amunicji – uśmiechnął się Clay. – Ale nie wszystkie drogi zostały przez nich odcięte. Jest jeszcze Kibel.
Spojrzeli na niego, jak na wariata.
- Kibel? – Karl nie krył zdziwienia. – Serio? Chcesz otworzyć właz do Kibla.
- To niegłupie. W sektorze A-0676 miałem kontakt – wtrącił się Otton poprawiając prymitywne WKP-gogle na twarzy. – Doktor Irmina Ratztan. Miała mi przekazać próbę szczepionki i potrzebne mi do pracy nad własnym lekarstwem rzeczy. Jeśli otworzymy po cichu Kibel i wyślemy kilku ludzi, a oni obejdą sektory i przyjdą niby z innego, jest szansa. Tylko trzeba wybrać takich, którzy jeszcze nie zdradzają symptomów choroby.
- I takich, co nie spierdolą w chuj, w pizdu, w poruchaną cipę, kiedy już przejdą przez Kibel – dodał Joe.
- No i takich, których gęby nie będą kojarzyły się z szefostwem naszego sektora. By mogli wtopić się w inny sektor. Udawać przyjezdnych z innej części Gehenny.
- Czyli, mamy zawierzyć lujom, którzy nie współpracowali do tej pory z gangami, chuj w gębę chorej na grzybicę starej raszpli? - Joe był sceptyczny. – Przecież, kurwa, oni nie przejdą przez obsrany demonami Kibel.
- Nie – Karl wstał i spojrzał twardo na Claya. – To faktycznie nasza jedyna szansa. Musimy wybrać kilku godnych zaufania ludzi, którzy się nie mieli okazji do tej pory sprawdzić. Musimy dać im wszystko, co będzie potrzebne i spuścić do Kibla. Przez zakazane korytarze powinni znaleźć jakąś niestrzeżoną drogę do innych zajętych przez więźniów sektorów Gehenny i nawiązać kontakt ze znajomą, naukową piczką, naszego Ottona.
- A jak wrócą? – zapytał Otton.
- Tą samą drogą, co wyjdą. Przez Kibel. Kurwa, przez Kibel.
W małej kantynie, teraz pełniącej rolę miejsca spotkania najważniejszych więźniów sektora A-0676, zapanowała pełna napięcia, wymowna cisza.

* * *

C.D.N jak pojawią się wybrani gracze
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 16-06-2013 o 12:41.
Armiel jest offline  
Stary 21-06-2013, 00:45   #2
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 16118 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację


WSZYSCY

Sektor był zgubiony i wszyscy, którzy mieli mózgi, a nie gówno pod czaszką, dobrze o tym wiedzieli. Więźniowie zdychali, jak szczury. Kaszląc, plując krwią, a w końcu leżąc we własnym, zmieszanym z krwią gównie, zbyt słabi, by wstać i zrobić coś z sobą.

Różni ludzie dopatrywali się w zarazie różnej genezy. Niektórzy sądzili, że to naturalna choroba, która zdarza się w chlewie, w jaki zmienił się sektor po wyrwaniu spod władzy Strażnika. Inni uważali, że to właśnie SI sterująca GEHENNĄ odpowiada za tą zarazę. Że to rodzaj broni chemicznej czy biologicznej, którą szalona maszyna rozprowadziła w sektorze, by wybić niepożądany element. Jeszcze inni twierdzili, że przyczyn szukać trzeba w Anomalii. Że zaraza ma źródło w demonicznej energii wszechświata, w którą zanurzył się więzienny statek – gigant.

Ktokolwiek miał rację, a ktokolwiek jej nie miał, nie miało w gruncie rzeczy znaczenia. Liczyło się jedynie to, że zainfekowany człowiek kończył tak samo. Drgawki, poty gorączka, kaszel, krwawy kaszel, biegunka, krwawa biegunka, śmierć w męczarniach. Każdy. Bez wyjątku.

Nic więc dziwnego, że po tym, jak sąsiednie sektory odcięły A-0677 od reszty więziennych sektorów, to objęty „kwarantanną” sektor zmieniał się w … przedsionek piekła. A metamorfoza postępowała szybciej, niżby ktokolwiek, nawet największy złamas, sobie tego życzył.





CARLA FORD

Metalowe ściany jej celi spływały czymś śliskim i mokrym. Pociły się, ale kiedy Carla przejechała palcami po tym płynie, ujrzała w bladym świetle zaimprowizowanej, gazowej latarki, charakterystyczne, rdzawe plamy. Krew.
Carla widziała już wiele krwi w swoim życiu. I to nie tylko tej, która opuszczała jej ciało raz w miesiącu, ale też takiej krwi, która u wielu potrafiła wzbudzić mdłości.

Przez ściany przeszło kolejne drżenie. Niektórzy mogli przypuszczać, że GEHENNA włączyła silniki. Ale to było niedorzeczne. Jajogłowi z Gildii Zero byli pewni, że statek nie miał już zapasów paliwa i po prostu dryfował na zatracenie przez pustkę wszechświata.

Ściany znów zadrżały. W powietrzu dało się słyszeć szept.

Carla wiedziała, co to znaczy. Wszyscy wiedzieli.

Demon. Całe to cierpienie okupione krwią i gównem wylewającym się z każdego otworu ludzkiego ciała, musiało zwabić do sektora A-0677 jakiegoś demona. To było oczywiste. Wręcz pewne. Pytanie, – kiedy w końcu demon nabierze tyle siły, energii czy co tam one potrzebują, by zmienić to miejsce w zbiorowy grób. Szczury opowiadały o takich sektorach, gdzie poza kośćmi, nie było już nic. Opowiadali o więźniach, którym Strażnik odciął powietrze w sektorze. O takich, którym nie udało się sforsować zamków w celach i zgnili tam, zjadając sami siebie, po kawałku, aż nadszedł koniec. Carla nie bardzo wierzyła w te opowieści, aż sąsiednie sektory nie odcięły jej sektora a zaraza zaczęła zabijać w zastraszającym tempie.

Ktoś załomotał pięścią w drzwi do jej celi, zamknięte na prymitywny, ale skuteczny zamek.

- Jesteś tam? – poznała glos Ines, jednej z zaufanych szefowej gangu Córek Rzeźni w sektorze. – Kurwa chce z tobą gadać.

To mogło oznaczać wiele. Pracę. Kłopoty. Śmierć. Sex. Cokolwiek. Zależy od kaprysu Eryki, zwanej Krwawą Kurwą, numer 0007689.

- Kurwa mówi, że to pilne.

Zawsze tak mówiła. Nawet, jak chodziło o zwykłe. Połączone z biciem bzykanie. Zawsze.




RICK ORTEGA

Było źle i Rick był zbyt bystry, by tego nie dostrzegać. Zaraza zbierała coraz większe żniwo. Każdy, nawet największy twardziel, zastanawiał się, kiedy i on zacznie rzygać krwią, aż skończy, jak i reszta zarażonych. W Kiblu – gdzie wrzucali trupy.

To, ze ich odcięto, było faktem. Rick był podczas nieudanej próby sforsowania grodzi do sąsiedniego sektora. Widział ginących ludzi i czuł smród ich palonych ciał. Zginąć w walce było chyba jednak lepiej, niż w powolnej agonii wypluwać z siebie flaki. Albo wysrać je na podłogę którejś nocy.

Ostatnio nie czuł się najlepiej. Było to winą stresu i napiętej sytuacji, albo też się zaraził. Ci z Gildii mówili, że nie ma lekarstwa i nikt nie jest odporny. Ci z innych sektorów też tak sądzili, kiedy odcinając A-0677 skazali ponad ośmiuset więźniów zamieszkujących nadal sektor na śmierć. Pozostawało pytanie –c o skończy się pierwsze, zapasy jedzenia i wody, czy ludzie?
Większość więźniów siedziała teraz w swoich celach. Tylko nieliczni szukali kontaktu z innymi. Rick sam nie wiedział, co lepsze.

Pukanie do drzwi celi nieco go zaskoczyło, ale i wyrwało z marazmu, w jaki popadł.

- Rick – to był głos jego kumpla, Otisa 5522334. – Jest robota dla ciebie. Tylko musisz ruszyć dupę z celi. Chodź szybko.




IGOR LENTZ

Blondas miał przymusowe wolne. Gilidia Zero zajęła się naradami, nasiadówkami i pracami w laboratorium – niewielkiej placówce przerobionej z ambulatorium, kiedyś służącego maszynom STRAŻNIKA, a teraz więźniom.
Jego „koledzy” z Gildii zajmowali się próbą zrozumienia, dlaczego ludzie umierają. Co powoduje tą paskudną, śmiercionośną chorobę.

Igor przyglądał się ich rozmową. Licząc że dowie się czegoś więcej. Ale dowiedział się tylko tego, że nawet wiedza G0 w tym przypadku gówno daje.
W pewnym momencie, jeden z „doktorków”, którego Igor znał pod ksywką „Uszko”, wstał, zachwiał się, zarzygał czerwienią pół stołu i padł w drgawkach obok przerażonych, ale i zafascynowanych tym niespodziewanym obrotem wydarzeń ludzi.

Jeden z nich – doktor Morten - wyjął pistolet z fartucha i strzałem w głowę, który dosłownie oderwał „Uszkowi” pół czaszki, zakończył agonię kumpla.

- I chuj – skomentował morderstwo jednym, nie pasującym do Gildii słowem. – Tyle, jeśli idzie o genialną teorię przeciw, kurwa, ciał. Ktoś ma inne pomysły?

- Hej – do Igora podszedł wysoki, szczupły ochroniarz z The Punishers, których G0 wynajmowała, jako siłę bojową. Nazywał się Lincoln. – Chodź ze mną. Jest robota dla kogoś takiego, jak ty. Zostaw tych pieniaczy. Nobel uważa, że możesz pomóc w inny sposób.

Nobel. Nicolaus Nanetechko. Truciciel. Psychopata. Zamknięty za wiwisekcję na ludzkich niemowlętach i próbie łączenia ludzkiego DNA ze zwierzęcym. Szaleniec. Przywódca Gildii Zero w pięciu najbliższych sektorach. Idealny przywódca. Jedna z nielicznych osób, których Igor naprawdę się bał. Którego bali się wszyscy na A-0677.

Morten patrzył prosto na Igora, który zobaczył, że ochroniarzowi leci krew z nosa. Jeden z pierwszych symptomów choroby.





NETANIASZ CRUCIFIX


Netanaisz, rzecz jasna, przebywał w kaplicy – sanktuarium nielicznych przedstawicieli Liona Army w pobliskich sektorach i modlił się. Najlepiej, jak potrafił. Z dwudziestu ośmiu członków jego ugrupowania – nie lubił słowa gang w przypadku Armii Lwów – pozostało ich przy życiu jedenastu. Z tego czterech już w zaawansowanym stadium Zarazy. Ale, wbrew pozorom, choroba ściągnęła do kościoła wielu zatwardziałych więźniów, którzy przed śmiercią chcieli poszukać szansy na ocalenie swej duszy.

Modlitwa brzmiała w uszach Netaniasza, lepiej niż najpiękniejszy psalm. Wsłuchiwał się w nierówny szept skazańców i czuł … spokój.

Ale nie tylko spokój. Gdzieś, na krawędzi jakiegoś niepojętego postrzegania, Crucifix wyczuwał … coś złego. Widział pierwsze sygnały, pierwsze zwiastuny demona. Tyle nagłej śmierci i tyle bolesnego cierpienia zapraszało Pozaświatowca tutaj, do ich sektora. A to mogło skończyć się tylko w jeden sposób. Wszyscy umrą. Pewnie wcześniej, niż zabije ich choroba. A demony będą mogły ucztować na ich ciałach, co samo w sobie nie było tak istotne, ale i na ich nieśmiertelnych duszach – na co prawdziwy członek Armii Lwów nie mógł pozwolić.

- Bracie – jego przyjaciel Izaak, zakasłał w kawałek zniszczonej szmaty służącej mu za chusteczkę. – Diakon mówi, że znaleźli pewną alternatywę i ze ty masz szansę znaleźć ocalenie dla nas wszystkich. Chodź ze mną, bracie.




OLEG PETRENKO

Z racji swoich upodobań Torch miał zajęcie. Na początku zarazy ciała zmarłych więźniów bez certolenia się wrzucano do Kibla. Teraz jednak jeden z bocznych korytarzy i kilka opuszczonych cel wykorzystano, jako prowizoryczne krematoria. Gildia Zero przytargała resztki chemikaliów i łatwopalnych substancji i teraz Dziecko Peruna miało zadanie – niszczyć zarażone ciała za pomocą kwasu i ognia.

Korytarze śmierdziały, jak krematorium. Tłusty dym z niszczonych ciał osmalił wszystko wokół, a sadza układała się na ścianach i suficie, w jakieś fantazyjne, demoniczne, zawijasy. G0 płaciło za robotę niewiele – porcję żarcia, dwie fajki i butelkę samogonu za kilka godzin wyczerpującej pracy.
Oleg miał pomocników. Wielkiego, ciemnoskórego typka, na którego wołali Zabij i który toporem kroił trupy zarażonych na mniejsze kawałki. Chudego nerwusa o imieniu Filippo, który obdzierał ciała, z czego się tylko dało i co umknęło uwadze tragarzom – więźniom znoszącym ciała do korytarza śmierci. Ostatnim był spokojny facet o imieniu E.T, który miał w sobie domieszkę obcej, gommoriańskiej krwi. Oleg nigdy nie widział prawdziwego Gommorianina, ale sądząc po kolorze skóry E/T, musieli mieć oni błękitną skórę i jasne jak łabędzi puch włosy. E.T, mimo że dziwnie wyglądał i pachniał, był w porządku.

- Na dzisiaj koniec – Nadzorca z Gildii pojawił się, jak zawsze, jak spod ziemi.
Maska, którą Oleg ochraniał twarz przed smrodem i sadzą poczerniała od tłustego dymu.

- Zabij – Nadzorca skierował uwagę na wielkiego topornika. – Odkrawaj kilka soczystych plastrów dla szefów – członek G0 wskazał dłonią miejsce, gdzie dopalały się truchła. – Tylko niezbyt spalone. Takie, by dało się je zjeść.
Nadzorca spojrzał na Olega.

- Zawsze to jakieś urozmaicenie od tego biosy fu proteinowego – powiedział. – Zresztą, odcięto nas. Niedługo zabraknie żarcia.

- Torch – krzyk poniósł się echem po zadymionym korytarzu.

Za zasłoną dymu ktoś się rozkaszlał.

- Torch – powtórzył ten sam głos. – Szukam Torcha. Parszywy Joe go szuka. Ma dla niego jakś ekstra robotę, czy coś.

Kaszel znów rozległ się gdzieś poza kurtyną dymu.

- Torch!



PRAHA

Praha nie miał złudzeń. Wiedział, że jeśli czegoś nie zrobi, umrze. Jak wszyscy. A Praha nie chciał umierać.

Analizował wszystkie możliwe drogi ucieczki z odciętego sektora i zawsze wychodziła mu tylko jedna. Kibel.

W sumie równie dobrze mógł strzelić sobie w łeb. Na jedno by wyszło.
Praha siedział w swojej celi i z pamięci przypominał sobie kolejne ścieżki tunelami. Nic. Zero. Ciągle to samo. Troszkę to było frustrujące.
Ściana jego celi spływała jakimś paskudztwem. Krwią albo czymś do niej zbliżonym. Czasami Praha słyszał dziwne, jękliwe głosy, jakby dzieci, rozlegające się nie wiadomo skąd. To też szczurowi tunelowemu, jakim był, układało się w jedną, klarowną odpowiedź – zbliżała się śmierć. A kiedy gdzieś manifestował się demon, rozsądny człowiek powinien być daleko od takiego miejsca. Inaczej zdychał.

Praha wiedział, że ktoś jest pod jego celą, nim rozległo się pukanie.

- Praha, cwaniaczku – Praha nie lubił Sancheza, wymuskanego gangstera z gangu Desperados, którego poznał po głosie. - Parszywy Joe chce zamienić z tobą kilka słów, zaciągnąć porady.

Mimo, że Sanchez był fiutem, to jednak Parszywy Joe był facetem, z którym trzeb się było liczyć.

- Kiedy? – zapytał Praha.

- Teraz – odpowiedział przydupas lokalnego bossa.





JONASZ


Jonasz się bał. Z prozaicznej przyczyny. Nie chciał umierać. Nie chciał zdychać, jak pies. Nie w tak brudny, paskudy sposób.

Gdzieś, z ciemnych korytarzy sektora A-0667, odciętego do kilku godzin od reszty GEHENNY, do ust Jonasza dolatywały okrzyki bólu, wrzaski cierpienia, czasami wystrzał lub agonalny, rwący się charkot. Ale głownie słyszał kaszel. Ten charakterystyczny, sucho – wilgotny kaszel, który towarzyszył chorym w wypluwaniu płuc.

To było kwestią czasu, kiedy i Jonasz zacznie pluć krwią, a potem wydali z siebie własne jelita. Jak ponad setka zmarłych od zarazy w przeciągu kilkunastu godzin. W tym tempie niedługo nie będzie musiał się niczym martwić. No, chyba że samym procesem umierania. Bo wrzaski, jakie słyszał, wyraźnie dawały do myślenia, co do bolesności tego rodzaju umierania.

- Jonasz, Jonasz, Jonasz – trzykrotne pukanie w drzwi celi oznajmiło nadejście Trójki.

Trójka był geniuszem i schizofrenikiem jednocześnie. Chudy, koślawy, pokrzywiony przypominał bardziej jakąś pokrakę z Zapomnianych Sektorów, niż człowieka. Ale Jonasz go lubił. No, powiedzmy, tolerował. Jak większość w tym i kilku pobliskich sektorach. Bo Trójka zawsze miał dobry humor i zawsze sypał żartami z rękawa.

- Jonasz, Jonasz, Jonasz – powtórzył Trojka. – Kazali mi po ciebie przyjść. Kazali przyprowadzić. Kazali.

- Kto? – Jonasz nie lubił być na świeczniku tutejszych zakapiorów.

- Sam Karl. Tak właśnie, Karl. Karl.

Jeden z ważniejszych ludzi w sektorze. Wpływowy. Bezwzględny. Mający liczne sieci powiązań. Warto było z nim dobrze żyć. Albo można było przestać żyć.

- Mówił co chce?

- Nie, nie i po trzykroć nie! – wykrzyknął pobudzony Trójka, a potem nagle zaczął przeraźliwie kaszleć, a kaszel przeszedł w jęk i po chwili w świszczenie.

- Chyba się posrałem – usłyszał Jonasz za metalowej grodzi płaczliwy głos Trójki. – Posrałem się. Posrałem.

Zza drzwi dobiegło rozpaczliwe, urwane szlochanie. Trójka pewnie leżał pod wejściem do celi Jonasza i płakał.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 21-06-2013 o 09:44.
Armiel jest offline  
Stary 21-06-2013, 13:08   #3
 
Lechu's Avatar
 
Reputacja: 3700 Lechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputację

Żołnierz bez namysłu przyklęknął, chwycił pewniej karabin i musnął selektor zmiany trybu ognia. Jego kompozytowa broń posłała w stronę przeciwnika krótką, śmiertelnie celną serię. Rick się nie zastanawiał ani przez chwilę. Mimo iż nigdy nie strzelał do prawdziwego wroga. Wroga z krwi i kości. Człowieka, który zginął starając się zabić go. Ortega - mimo iż przeciwnikiem rzuciło jak szmacianą lalką - widział dokładnie zdziwienie na twarzy szatyna na ułamek sekundy przed rozerwaniem jego czaszki przez pocisk kalibru 5,56mm. Widział wyraźnie jak najpierw poluźnia uchwyt na karabinie, następnie traci władzę nad nogami, a później siła kinetyczna serii pocisków szarpie nim niczym rozdrażniony byk. Czy coś czuł? Jedynie buzującą w ciele adrenalinę. Czas na rozmyślenia nadejdzie później...

***

Mówią, że żołnierz, który był na misji bojowej już nigdy jej nie zapomni. Mówią, że walka i adrenalina staje się jego domeną. Naturą, której za nic nie jest się w stanie wyprzeć. Po szaleństwach młodości, latach spędzonych w wojsku żaden nie mógłby żyć bez systematycznych zastrzyków adrenaliny. Jedni zapewniają je sobie robiąc pompki na rękach na granicy dachu wieżowca. Inni wstępują do organizacji ochroniarskich czy stają się konwojentami. Jeszcze inni - jak Rick Ortega - po wielu zawirowaniach życia schodzą na prostą drogę przestępczości. I mimo iż nie kradł, nie wymuszał haraczów, nie gwałcił czy zastraszał za jednego z takich został wzięty...

W podziemiu był znany jako jeden z rzeźników biorących udział w nielegalnych walkach. Wchodził na ring bez słowa, sprawiał, że przeciwnik nie był w stanie z niego wyjść i odchodził aby po tygodniu czy dwóch znowu o sobie przypomnieć. Na początku był dziki jak drapieżnik polujący na swą zwierzynę. Z czasem jednak się uspokoił i w ringu przypominał szachistę. Ciężkiego do przewidzenia gościa raz dającego dojść do inicjatywy przeciwnikowi, innym razem miażdżący go zaraz po magicznym uderzeniu rękawicami. Lubił to, ale jak wszystko i to musiało się pewnego dnia skończyć. Przez tajniaków, przez jego brak krytycznego spojrzenia na siebie i przez niego. Przez gościa, który wszedł z nim do ringu…


Prowadzony przez funkcjonariuszy Rick nie miał pojęcia co teraz z nim będzie. Zaprzepaścił karierę wojskowego, spalił za sobą most do pracy ochroniarza. Nie mógł już liczyć na pomoc wysoce postawionego oficera USArmy - świętej pamięci ojca. Tak bardzo chciał wyjść z jego cienia, że zatracił się w tym wszystkim. I dalej poszło z górki. Policja mówiła o byłym operatorze sił specjalnych zabijającym ludzi w klatkach, media cieszyły się kolejną sensacją w postaci weterana nie radzącego sobie psychicznie po powrocie z misji bojowej, a on... Otrzymał unikalny numer, pomarańczowy strój, nowe buty, obręcz magnetyczną i bilet w jedną stronę - w kosmos. Na wielkim statku zwanym Gehenną.

***

Był tam. Przy wrotach pomiędzy sektorami A-0676 i A-0677, gdzie kotłowali się ludzie. Od czasu kiedy zabił pierwszego człowieka minęły lata, a ludzi przybywało. Rick - mimo iż już nie ten sam - nie stracił tego co w żołnierzu najważniejsze. Dyscypliny. Setki kilogramów mięsa puszczał przodem sam spokojnie mierząc z odległości dobrych 50 metrów. Nie zapomniał o podwyższeniu w postaci zniszczonej, kompozytowej szafy. Znad głów innych więźniów numer 0614541 mierzył w kierunku drzwi działowych. Okular jego lunety przyłożony do gałki ocznej bacznie śledził każdy ruch łoża jego samopowtarzalnego karabinu. Rick spociłby się, gdyby nie specjalnie chemicznie spreparowane tabletki, które mu na to nie pozwalały.


Rick widział śmierć czarnoskórego ochroniarza grodzi jednak nie skupiał się na nim ani na bełtach zdobiących jego ciało niczym jeżyka na półkę. Nie zwrócił uwagi na jego roztrzaskany łeb. Był zajęty. Ortega namierzał ludzi stojących najbliżej potężnej broni chroniącej grodzi. Miotacza ognia. Rick był dobrym strzelcem i jedna kula starczyła na każdego kogo tylko był w stanie celnie trafić. Wiedział, że nie tylko on strzela. Z przeciwnej strony strzelcy zbierali swe żniwo wśród ludzi z jego sektora. Zarażonego sektora. Mimo iż każdy jego strzał był celny to w magazynku miał tylko dziesięć kul. Magazynku, który kiedyś musiał się skończyć. Gdy to się stało, a jego kumple byli niebezpiecznie blisko wejścia do upragnionego sektora pierwszy z przeciwników doskoczył do miotacza ognia...

Płomień, który uniemożliwił żołnierzowi dalszy ostrzał oznaczał jedno. Porażkę. Ciała jego kumpli smażyły się szybko jak bekon wrzucony do ognia. Więźniowie znikali jakby byli pokryci siarką. Jakiś osobnik po przeciwnej stronie chwycił wrota w tym samym momencie padając od kuli wystrzelonej przez członka gangu The Punishers. Kolejni jednak zamknęli je bezpowrotnie. A Rick wiedział co zrobią następnie. Zaspawają. Na głucho.

***

Ortega siedział u siebie. Ściany jego celi jeszcze nie zaszły krwią, ani innym gównem, ale to było jedynie kwestią czasu. Ponad metr-osiemdziesiąt mięśni wyposażone w całkiem niezły mózg wiedziało, że prędzej czy później przyjdzie ich kolej. Żołnierz zacznie dygotać, pocić się, dostanie gorączki, a po tym krwawy kaszel i srajposoka - jak zabawnie nazwali krwistą sraczkę więźniowie - były jedynie kwestią czasu...

Wielu dopatrywało się w chorobie czegoś nadprzyrodzonego. Jedni twierdzili, że to demon, inni, że to kara za grzechy - co de facto oznaczało to samo - a bywali i tacy co myśleli, że stoi za tym STRAŻNIK. Rick mógł jedynie gdybać i się zadręczać czego robić nie chciał i nie lubił. Wolał działać. Nie wiedział jak ma temu zarazić więc jedyne co mógł robić to jeść ostatnie porcje zdatnego do skonsumowania żarcia i ciężko pracować nad sobą. Może był w bagnie, ale treningów nigdy nie porzucił. Jego umiejętności ewoluowały od kiedy trafił na ten pieprzony statek. Nauczył się skradać i ukrywać lepiej niż kiedykolwiek. Stał się lepszy w napierdalaniu na pięści i walce na noże. Jest bardziej wysportowany i - o ile to możliwe - nawet strzela lepiej niż kiedykolwiek. Może to prawda, że im cięższe warunki tym człowiek się bardziej wysila. Aby przeżyć. Egzystować choćby po szyję w gównie...

Ortega słyszał, że ciała trafiają do Kibla. Piekło jakie sami sobie zgotowali uciekając spod skrzydeł pierdolniętej sztucznej inteligencji było niczym w porównaniu do tego miejsca. I mimo iż początkowo przechodziły mu ciarki na samą myśl o tym teraz się nie bał. Nie dlatego, że był twardy, ale dlatego, że było mu już wszystko jedno. Jego morale zostało podłamane ostatnią porażką. Poza tym - nie wiedział czy to wina samego przebywania w zarażonym sektorze czy wdychania smrodu palonych ciał - czuł się ostatnio nie najlepiej. Jeszcze nie kaszlał więc mogła to być wina tej męczarni psychicznej jaką przeżywał tu każdy. Ta nieświadomość własnego losu. Lekarstwa ponoć nie było - nie wliczając kulki wpakowanej sobie własnoręcznie w łeb. Rick zastanawiał się też ilu z tych ponad siedmiu setek ludzi już zaczęło żreć własnych kumpli. Pewnie co najmniej co trzeci. W końcu ciał przybywa, a Kibel może w końcu się zatkać...

Pukanie do drzwi zaskoczyło żołnierza na tyle, że wyciągnął z pochwy - przyczepionej do uda - swój nóż wykonany przez jednego speca z jego gildii. Długie, pragnące krwi ostrze zabłyszczało w mroku celi Ortegi...


- Rick. Jest robota dla ciebie. Tylko musisz ruszyć dupę z celi. Chodź szybko. - usłyszał żołnierz rozpoznając głos Otisa o prostym do zapamiętania numerze.

- Już idę, Otis. - odpowiedział Punisher zabierając ze sobą cały swój dobytek. - Jaka to robota? - zapytał wychodząc z celi i poprawiając karabin na prowizorycznym zawieszeniu Rick.
 

Ostatnio edytowane przez Lechu : 22-06-2013 o 00:30.
Lechu jest offline  
Stary 22-06-2013, 10:49   #4
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 5421 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację



Praha wiedział, że ktoś jest pod jego celą, nim rozległo się pukanie. Potrafił docenić, że choć nikt się nie go nie bał to wszyscy pukali do celi grzecznie i kulturalnie jakby był jakimś bossem z innej bajki. Szacunek był ważny zwłaszcza gdy druga walutą Gehenny, zdaniem szczura tunelowego ważniejszą, była informacja.

- Praha, cwaniaczku – Praha nie lubił Sancheza, wymuskanego gangstera z gangu Desperados, którego poznał po głosie. - Parszywy Joe chce zamienić z tobą kilka słów, zaciągnąć porady.

Mimo, że Sanchez był fiutem, to jednak Parszywy Joe był facetem, z którym trzeb się było liczyć.

- Kiedy? – zapytał Praha.

- Teraz – odpowiedział przydupas lokalnego bossa.

- Okay. Krzywy Ryj miał pod celą skitrane szlugi. Wczoraj wypluł płuca. Idź Sanchez, zobacz czy ich tam nie ma. – rzucił spokojnym mono-tonem facetowi co ubierał się w Mariachi”R”Us zostawiając głąbowi do wyboru czy chodzi o fajki czy to co wypluł nieboszczak.

Jednak swoim głosem nie dał choćby cienia podejrzenia, jak bardzo mierzi go ten absztyfikant Parszywego Joe. Wręcz przeciwnie. Zresztą Praha gardził prawie każdym a ufał nikomu. Nie byłoby to jednak ani profesjonalne ani polityczne, nawet kiedy ściany zaczynały już srać juchą, żeby odkrywać się przed wilkami. A to, że Krzywy Ryj do końca swego sępowatego życia leciał w chuja nawet z samym sobą, to już inna sprawa. Zdechły nie miał za życia nigdy niczego dłużej jak pięć minut dla siebie na własność. Tym bardziej fajek. W dupie miał jednak Praha, przy obecnym stanie rzeczy, rozczarowanie Sancheza. Zbliżała się śmierć a z dwojga złego fixer wolał już jękliwe głosy sierot z nie wiadomo skąd niż spacerek do kantyny pod rączkę z gładkim fiutem.

- Zaraz będę w kantynie. – dodał siedząc na sedesie wyczuwając, że goguś z Desperados wciąż stoi pod celą. – Wysram się i lecę.

Standardowy sracz był nielicznym rekwizytem krajobrazu rezydencji Prahy, obok piętrowego wyrka i sporych rozmiarów szafy zamiast regulaminowej szafeczki osobistej. Co Praha trzymał w przymocowanej do podłogi, sufitu i ściany szafie nie wiedział nikt, choć dla wielu pobudzała wyobraźnię. W rzeczywistości była pusta. Zbudowana z niezniszczalnego tworzywa jakiegoś utwardzonego plastiku służyła kiedyś obsłudze tego hotelu za miejsce składu jakichś chyba ważnych fantów. Zdemontował ją z jednego z pomieszczeń w tunelach technicznych dawno temu. Zaraz po Abarocie. Kiedy wszystko stanęło na łbie a drzwi cel otwierały się nocami jako norma anomalii. Częstym było nawiedzanie się więźniów w celach romantycznych, a że Praha cenił sobie swoje z wyciskane bąki na głośno, to i wolał aby takimi zostały. Bez problemu dorobił zabezpieczenie od środka zdobycznej szafy, z której niewygody korzystał już wielokrotnie. Na wszelki wypadek. A bo to mało degeneratów, zboczeńców, pederastów nie wspominając o zwyrodniałych killerów mieszkało po sąsiedzku? I choć z sąsiadami Praha zawsze trzymał sztamę jak z najlepszymi funflami, to i tak wiedział swoje.

Praha wkurwiony był na stan rzeczy jaki zapanował na statku w innym wymiarze. Zawsze był modelowym więźniem, co i wtedy nie przeszkadzało rozkręcać handelek na czarnym ryneczku, i czekać tylko było jak Strażnik weźmie go na swoja listę uprzywilejowanych lepsiejszych. Podobno tworzyła się kasta tych, którzy mieli mieć dużo do gadania jak wylądują na planecie nadającej się do kolonizacji. W dupie miał głęboko wirtualne stanowiska, bo za propagandę Nowego Reżimu brał zapewnienia, że to był cel podróży banitów z Ziemi a i nawet jeśli, to że to stanie się akurat za jego życia i przed emeryturą Strażnika... Znając jednak metody i działania fałszywych pacyfistów ze Starej Terry, to na Gehennie musiało być wszystko to co potrzebnym było, nawet czystko teoretycznie, na zasiedlanie Nowej Australii... Nawet jeśli wszystkich wyczyścili od potomstwa co się zajebiście łączyło z ideą drugiej szansy. Pierdoleni konformiści. Jednak jakby co, na pewno były statki do transportu sprzętu i ludzi z orbity. Nigdy nie używane silniki o napędzie nuklearnym z powodzeniem mogłyby dać mu się wyrwać z tego piekielnego wymiaru. Zawrócić. Uciec. Już by wolał do końca swych dni dryfować w samotności i podziwiać gwiazdy. Jako wolny człowiek. Bo dzielić piekło życia z milionami potępieńców było jeszcze na upartego całkiem znośnie. Dzielić ten los z demonami i szaloną SI było gorsze od śmierci. A Praha chciał żyć.

Przed wyjściem sprawdził krytycznym wzrokiem konsystencję i kolor swego gówna nim poleciało do przetwórni nawozów agrodomowych. A może maszyny na resajklu się zjebały na tyle, że zaraza siedzi na przykład w tytoniu i innych ziółkach, przyszło mu do głowy.

Zamknął za sobą celę mając już na nosie chustę, która robiła mu za prowizoryczną maskę. W końcu kurwa jakoś musi sie ten wirus przenosić, a że na chemii i medycynie się Praha nie znał, to jednak czuł się przekonanym i bezpieczniejszym, że jak nic nie będzie robił, choćby zaciągał skrawka szmaty na ryj, to zdechnie jak ten leżący pod ścianą Koza, którego martwy wzrok odprowadzał właśnie Prahę. Chyba pierwszy raz odkąd pamiętał, tamten nie dłubał w nosie. Za to wisiały z długiego kinola brunatne skrzepy juchy co przez usta i brodę kładły się strupowatym kożuchem na jego wątłej klacie białego podkoszulka na ramiączkach.

Kurwa, zaklął spokojnie w myślach. Chudy Koza, skreślił gościa w pamięci. Dwie fajki poszły się kochać. Przynajmniej spłacił dług dla samego siebie. I Praha też był sobie to winien, żeby się z Gehenny wyrwać. Byle za życia, w zdrowiu i jak nie z kobiałką to chociażby z androidalną surogatką seksiu.

Musiał spierdolić z tej konserwy w puszce przez Kibel. Nie oszukujmy się, nie było innej drogi. Na przedramiennym WuKaPie sprawdził co miał sprawdzić i nie idąc ani szybko, ani wolno, zmierzał do kantyny schodząc z drogi mijającym go nielicznym więźniom. Komu trzeba było to pozdrowił lub powiedział co tamten chciałby usłyszeć. Przed wejściem do kantyny poprawił uśmiech w kącikach ust i nóż w rękawie. Kozik miał taki zwyczajny. Więzienny. Żaden bagnet czy maczeta. Ot, taki normalny do zabijania ludzi. Jak każdy pożądny Geheńczak.
 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill
Campo Viejo jest offline  
Stary 22-06-2013, 18:33   #5
Jej mackowatość
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 11094 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
Jeszcze kilka lat temu Carla była piękną kobietą o porcelanowej cerze i jasnym wejrzeniu. To dlatego była tak niebezpieczna.


Nikt nie spodziewał się zagrożenia ze strony przyjemnej dla oka lekarki. „W końcu ona stała po stronie życie, prawda?” – niektórzy tak właśnie myśleli, inni – bardziej pechowi – musieli zrewidować poglądy.

Utrata kilku nawet mało ważnych dla funkcjonowania organizmu części ciała jest w stanie zadziwiająco szybko przekonać nawet najbardziej upartego człowieka. Swojego czasu panna Ford również się o tym przekonała, gdy Papa Lucio orał jej ciało fiutem i nożem.

[MEDIA]http://24.media.tumblr.com/2e30b40cd9006b6951277a8844fa80cf/tumblr_mhcwee9Aci1s262fpo1_500.gif[/MEDIA]

W odwecie Carla (żądając tego człowieka jako zapłaty za swoje półroczne usługi) wyłupiła mu oczy, wykastrowała, wybiła przednie zęby, odcięła ucho oraz większość palców. Mężczyzna umarł jednak nie z powodu odniesionych ran (były szybko przypalane, a on sam trzymany na dopingu), lecz wykrwawiając się z odbytu, w który została wpuszczona substancja wolno żrąca.

To były dawne czasy… tylko paskudne szramy na twarzy wciąż przywodziły je w pamięci. Kobieta odruchowo przejechała po nich palcami, doskonale pamiętając kształt i grubość. Wreszcie założyła maskę – tą, dzięki której była znana. Puste wejrzenie przerażało zarówno jej ofiary, jak i pracodawców.


Choć Ines mówiła, że to pilne, Carla nie spieszyła się. Podręcznym skalpelem rozcięła ranę na nadgarstku. I tak nie było sensu pozwalać jej się goić, skoro jeden z jej stałych klientów miał fetysz krwi i zawsze chciał spijać jej „vitae” – czy jak on to tam nazywał. Pojeb.

Przyłożyła teraz otwartą ranę do ściany i poczuła jak ta sama do niej stara się przyciskać. Krew wnikała w pulsującą, wilgotną powłokę, rozchodząc się po niej w sposób zaprzeczający prawu grawitacji. Cichutkie mlaskanie, jakie towarzyszyło temu aktowi, napełniało Carlę rosnącym podnieceniem.

- Gdy w końcu przyjdziesz nas wszystkich wyrżnąć – mówiła do wyimaginowanego Demona, głaszcząc zakrwawioną dłonią ścianę celi – Proszę cię tylko o jedno… żebyś miał wielkiego kutasa, na którym będę mogła zdechnąć.

W końcu oderwała się, ściskając w dwa palce ranę. Kilka szybkich i wprawnych ruchów bandażem ograniczyło jakiekolwiek ryzyko wykrwawienia. Carla zarzuciła na siebie wytartą, skórzaną kurtkę. Kiedyś przywłaszczyła ją od jednego ze 'specjalnych' klientów, którzy składali jej pierwszą i ostatnią zarazem wizytę.

Odryglowała drzwi i stanęła na wprost sióstr z gangu Daughters Of Slaughter: dwóch pełniących rolę obstawy oraz Ines – zirytowanej czekaniem, lecz wciąż na tyle mądrej, by tego nie manifestować.

Szły w milczeniu, nieniepokojone przez tutejsze zjeby. Raz tylko jeden ćpun wysunął trochę za bardzo swoją zielonkawą mordę z zaułka. Ciężki but jednej z siostrzyczek szybko sprowadził go na właściwą ścieżkę.

- Czego chce Kurwa? – zapytała Carla podejrzanie cichej Ines.
- Sama się dowiesz.
- Mhm.
– postanowiła trochę podrażnić towarzyszkę i zahaczyć o temat, który był solą w jej oku - Jak twój kochaś?
- Dobrze.
– burknęła ponuro córa – Choć prawie go wtedy zapierdoliłaś.
- Sam mnie o to błagał.
- I dlatego ja nie zapierdoliłam Ciebie.
- Nie dałabyś rady.
- Ale pewnie bym próbowała.
- Nie czaję, co ty w nim widzisz. To ścierwo a nie facet.


Przystanęły przed wejściem do VIP-oskiej części sektora – siedziby Krwawej Kurwy i jej burdelu. Jedna z siostrzyczek podała hasło, czekały chwilę aż drzwi zostaną odryglowane dla nich.

- Moje ścierwo. – głos Ines zadrżał lekko – Jesteś, kim jesteś. Nie liczę, że to zrozumiesz.
- I dobrze
. – powiedziała Carla wymijając ją i obstawę. Ponieważ nie było to wymagane, nie zaprzątała sobie już głowy rozmową.

Czegokolwiek chciała od niej Eryka, niech to nastąpi. Cierpliwość nigdy nie była cnotą Carli Ford… jeśli w ogóle jakąkolwiek cnotę jeszcze miała.
 
__________________
Up high in the middle of nowhere
Don't know, but you know, when you get there
Walk slow and low on a tightrope
Hope it last, but you know, you never know...

Ostatnio edytowane przez Mira : 22-06-2013 o 19:31. Powód: literówka
Mira jest offline  
Stary 23-06-2013, 19:12   #6
 
Baczy's Avatar
 
Reputacja: 546 Baczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnie
- Torch! Torch! Torch!- skandowały tłumy zgromadzone na trybunach.
Jeden ruch nadgarstka i wysoki świst silnika przeszył powietrze, nie dał jednak rady zagłuszyć panującego w hali gwaru nawet na moment. Koło boksowało, tworząc piaskowy ogon tuż za motocyklem. Zwolnił rączkę hamulca i wyrwał do przodu, ku uciesze gawiedzi.

- Najpierw rozgrzewka, dwie małe rampy. Co? Za mało? No dobrze, niech więc będą dwie małe płonące rampy! – Słowa prowadzącego jeszcze bardziej rozbudziły kibiców, wrzawę słychać było daleko poza terenem Stadionu Olimpijskiego w Monachium.

Podczas gdy Oleg robił rundkę wokół całego toru, specjalnie przygotowane rampy zapłonęły, całe.
Igrał z ogniem, zawodowo i nie tylko. Tak naprawdę to ogniowi zawdzięczał wolność, jak więc mógł go od tak, pozostawić za sobą? Jak mógł go nie podziwiać, nie szanować... Jak mógł nie próbować go przewyższyć? Mierzył się z nim zarówno na torze, jak i na planach filmowych. I chodź zawsze dbał o odpowiednie środki bezpieczeństwa, zawsze też było to dla niego wyzwanie. Przy każdym podejściu próbował iść dalej, i dalej, zupełnie jakby nie istniała żadna granica, jakby mógł w którymś momencie okiełznać żywioł. Wielu myślało, że wypadek, w którym doznał poważnych poparzeń twarzy, spowodowany był właśnie jego „brawurą”. Nazywali to „brawurą”. „Zawsze stawiał przed sobą nowe wyzwania, podnosił poprzeczkę wyżej i wyżej. Szanuję go za to, ale powiedzmy sobie szczerze- kiedyś musiał się zatrzymać. Są pewne granice, których przekroczyć się nie da, a kiedy robi się TAKIE rzeczy, to jedna pomyłka może się skończyć tragicznie.” Gówno prawda. Pieprzeni „eksperci”, niczego nie rozumieli.

Występ w Monachium był pierwszym od czasu wypadku i ostatnim w jego karierze. Zatrzymania dokonano publicznie, w momencie, w którym odbierał nagrodę główną zawodów. Dlaczego tak bardzo chciano go upokorzyć?

Początkowo policja wiedziała tylko o podpaleniu Pawła Milovica. Spytany o motyw, Oleg powiedział prawdę- to tamten majstrował przy jego motorze i to przez niego sztuczka Torcha wymknęła się spod kontroli, topiąc mu ćwierć twarzy. Początkowo zszokowani aresztowaniem fani, teraz stali po jego stronie, szczególnie, że Petrenko posiadał dowody, dzięki którym policja potwierdziła jego wersję. Jednak, jakkolwiek właściwa była zemsta, spalenie kogoż żywcem uznawane było za morderstwo z wyjątkowym okrucieństwem. Oleg nie łudził się, że szybko opuści więzienie, jednak dość szybko wyprowadzono go z błędu- spędzi tam resztę swojego życia. Wcześniej niekarany, przynajmniej nie po uzyskaniu pełnoletności, nie znajdował się w policyjnej bazie danych. Teraz jednak, dzięki odciskom palców i badaniom DNA, powiązano go łącznie z dwunastoma podpaleniami na przestrzeni ostatnich 9 lat. Po tygodniu śledztwa funkcjonariusze zauważyli pewien wzór- wszystkie podpalenia ludzi, czyli 9 z 12, miały miejsce w rocznicę śmierci ojca Petrenki. Geniusze. Co ciekawe, Jego ojciec spłonął żywcem, a Oleg wylądował w poprawczaku za nieumyślne spowodowanie śmierci. Bo fakt faktem, ten pierwszy raz to był wypadek. Bardzo pomyślny, biorąc pod uwagę jak wielką kanalią był jego ojciec. Gdy kariera motocrossowca nabierała rozpędu, agentowi Olega udało się zatuszować jego rolę w całym incydencie, przez co stał się tylko chłopakiem, który był światkiem okrutnej śmierci ojca, nie zaś współwinnym. A ponieważ ukraińskie prawo jest pełne dziur, po opuszczeniu poprawczaka dostał, jak każdy, drugą szansę- jego kartoteka została wyczyszczona, włącznie z odciskami palców. Dzięki tej bezsensownej, ale jakże poprawiającej morale zdeprawowanego ukraińskiego społeczeństwa, ustawie, morderstwo ojca nie ciągnęło się za nim i mógł zacząć żyć na nowo

Wylądował w pudle w wieku 30 lat, krótko potem został przetransportowany na Gehennę. I mimo iż fani z Terry odwrócili się od niego po ujawnieniu wszystkich jego zbrodni, zyskał nowych. Już wcześniej był znany na całym świecie, jednak tylko w pewnych kręgach. To po aresztowaniu zdobył największą sławę- jego nazwisko, jak i twarz, były widoczne we wszystkich serwisach informacyjnych. „Gwiazda sportu seryjnym mordercą!”, „Ulubieniec tłumów piromanem?”, „Moczył się do 15stego roku życia!”. Stał się pożywką dla mass mediów, brutalną sensacją, jakiej pragnęli ludzie jeszcze za czasów cesarstwa rzymskiego. Blogi i tabloidy przerzucały się zdjęciami jego rzekomych ofiar, a jego twarz była na topie portali plotkarskich. Na każdym z nich podawali nieznane informacje o Olegu Petrence. Tak bardzo nieznane, że nawet on sam nie zdawał sobie z nich sprawy.

Był jednak plus jego złej sławy- miał spokój za kratkami. Był gwiazdą z jajami. Nie jakimś spedalonym aktorem czy piosenkarzem, który zaciska oczy przy pobraniu krwi albo płacze o odszkodowanie za złamany na scenie paznokieć. Nie był dla nich gwiazdką, którą można trzymać na łańcuchu w celi i dymać do woli. Nie trafił tu za podatki. Był jednym z nich, psychopatą odrzuconym przez społeczeństwo za to, kim jest. „I nieźle wykurwiasz na tym małym motorku”, mówili. Bo faktycznie, nieźle wykurwiał. I chociaż początkowo wizja przyszłości w takim miejscu nie wyglądała zbyt różowo, szybko nauczył się doceniać nowych fanów, którzy z czasem nauczyli go, jak przeżyć na Gehennie.

Dzisiaj już mało kogo interesowało, kim był na wolności, mimo iż pseudonim pozostał. Przez 20 lat zdołał zbudować sobie odpowiednią reputację, zarówno w Dzieciach Peruna, gangu zrzeszającym wszelkiej maści Słowian, jaki i poza nim. Był uniwersalnym staruszkiem. Znał się na ogniu i wybuchach, w czym pomagało mu zarówno doświadczenie kaskadera, jak i specyficzne zamiłowania, ale więcej czasu poświęcał zdobywaniu wiedzy. Kiedy ciało odmawia posłuszeństwa i nie może się bronić, warto mieć coś, przez co inni zapragną cię chronić. Na przykład informacje. Dość dobrze znał też okoliczne tunele, przez długi czas zajmował się przemytem i eskortami, a to, że ciągle żył chyba najlepiej świadczyło, że zna się na tym. Do tego był spokojny, bezkonfliktowy i, co najważniejsze, pozbawiony ambicji, przez co nawet szefowie go lubili, nie widząc w nim zagrożenia dla swoich pozycji.

Organizacja krematorium w odciętym sektorze była miłą odmianą, mimo smrodu palonych ciał, niewielkiej gaży i kontaktu z zarażonymi. Najcięższą fizycznie pracę wykonywali za niego pomocnicy, głównie Zabij, więc mógł skupić się na tańcu w ogniu. Zawsze mocno skupiał się na pracy, w końcu jeden drobny błąd mógł oznaczać kalectwo lub śmierć. Swoją drogą, teraz było łatwiej- jeśli coś groziło, to tylko śmierć. Pytanie brzmiało tylko, jak bardzo powolna, upokarzająca i bolesna.
Przez skupienie i chwilowe poczucie bezpieczeństwa (przynajmniej jeśli chodzi o nóż w plecach) nie usłyszał nadejścia nadzorcy z G0. Skinął mu przyjaźnie głową, ściągając roboczą chustę z twarzy. Zawsze był spokojny, miły, i nadal, mimo oszpeconej twarzy, potrafił być czarujący, przynajmniej w miejscu takim jak to, gdzie szpetota była niczym innym, jak tylko urozmaiceniem. Taki był, od zawsze starał się unikać kłopotów i zjednywać sobie ludzi. Nigdy nie zgrywał twardziela ani się za takiego nie uważał, chociaż, metaforycznie rzecz ujmując, jaja miał większe niż przeciętniak z Gehenny, czyli znacznie większe niż niejeden kozak z Terrańskiego więzienia.

Gdy usłyszał polecenie dla Zabija, z ledwością powstrzymał grymas zniesmaczenia cisnący się na twarz. Nie wiadomo było, jak roznosi się zaraza, ani nawet czym tak naprawdę jest, tym bardziej jedzenie mięsa zarażonych nie wydawało się być dobrym pomysłem. Wysoka temperatura swoją drogą, ale wszystko powinno się spalić, na popiół, łącznie z kośćmi. Tak na wszelki wypadek. Ale, przecież to nie jego sprawa.

- Tylko wolno jedzcie, żeby wam nosami nie poszło- skomentował tylko beznamiętnie, wiedząc że nadzorca chętnie wziąłby też kawałek dla siebie. Bo z drugiej strony- skoro nie wiadomo, jak to się przenosi, to w każdym momencie jesteś tak samo narażony na złapanie choróbska. Tak myślący woleli widać ryzykować i robić, na co mieli ochotę, zamiast bawić się w jakieś tam środki ostrożności. Jeszcze tydzień i zaczną dymać trupy przed przywleczeniem ich do krematorium.

Słysząc, że ktoś go woła, odkrzyknął.
- Już się zbieram. Poczekaj na zewnątrz, bo płuca wykaszlesz.
- Miłego dnia, panowie.
- Zasalutował współpracownikom i odwrócił się na pięcie.
Wychodząc zabrał obszarpaną kurtkę wiszącą przy wyjściu i wyjął z niej swoją chustę z jakiegoś grubego materiału, prawie nie przesiąkniętą smrodem palonej skóry. Obwiązał ją wokół twarzy i udał się do wyjścia. Zarys sylwetki ukazujący się w kłębach dymu nie był imponujący, przeciętny wzrost i budowa ciała, lekko przygarbiony. Jednak wielu wiedziało, że ten pięćdziesięciolatek nie przeżył tylu lat na Gehennie, bo dobrze ssał kutasy.
W ogóle nie ssał kutasów. Był za to zaradnym skurwielem, któremu bardzo zależało na przeżyciu.

- Parszywy Joe czegoś chce. No proszę, robota goni robotę.
 
__________________
– ...jestem prawie całkowicie przekonany, że Bóg umarł.
– Nie wiedziałem, że chorował.
Baczy jest offline  
Stary 25-06-2013, 23:23   #7
 
Komtur's Avatar
 
Reputacja: 11515 Komtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputację
Seattle stolica zachodniego wybrzeża, niczym kulista iluminacja rozpraszało mroki nocy na wiele kilometrów. Dwa potężne reaktory, zwane archaicznie atomowymi, zapewniały ogromne ilości prawie darmowej energii. Po zakończonych wojnach żyło się w tym mieście bardzo dostatnio i bezpiecznie. Sielankę tego miejsca zakłócały jedynie, napływające od czasu do czasu chmury toksycznych oparów i konspiracyjne ruchy antyrządowe. Z pierwszym miasto radziło sobie znakomicie, przyjmując zasadę że czego nie możesz pokonać trzeba to przeczekać. Tak więc gdy nadchodziła fala trującego powietrza, ta wielka aglomeracja, zamykała się w świetnie wyposażonych i szczelnych, klimatyzowanych mieszkaniach i oczekiwała na zmianę pogody. Trudniej wychodziło władzom z opanowaniem tego drugiego, a przynajmniej tak było na początku. Tygiel narodowościowy jakim była społeczność Seattle utrudniał funkcjonariuszom nowego porządku inwigilowanie dysydenckich środowisk, których było tutaj pełno. Unifikacja miała tu wielu zagorzałych przeciwników z którymi jednak rząd zamierzał się radykalnie rozprawić.



Tej nocy pogoda nie rozpieszczała Seattle, strugi zimnego deszczu wylewały się na ulice, które podobnie jak podczas toksycznych alertów całkiem się wyludniły. Samotny mężczyzna szedł pewnym krokiem, rozbryzgując zalegające w zagłębieniach chodnika kałuże. Woda siekała go niczym bicz, całkowicie niszcząc jego zwykle starannie wymodelowaną blond fryzurę, ale on jakby nie zwracał na to uwagi. Większość ludzi kuliłaby się, osłaniając płaszczem by zminimalizować nieprzyjemne efekty pogody, natomiast on poruszał się tak, jakby szedł w ciepły słoneczny dzień. Od czasu do czasu tylko oglądał się za siebie, zdradzając że czymś jest zaniepokojony, jakby spodziewał się że ktoś go śledzi. Źródło jego obaw pojawiło wkrótce. Trzy postacie w przeciwdeszczowych pelerynach, wynurzyły się z zaułków ulic, okrążając mężczyznę w ich rękach pojawiły się ciemne rękojeści szokerów Faradaya, zwanych popularnie "biczami bożymi". Blondyn zatrzymał się, a jego twarz nie zdradzała szczególnego zaskoczenia, jakby dokładnie spodziewał się tego spotkania...



***


Nobel był świrem, ale w jego szaleństwie było więcej niż trochę geniuszu, może dlatego był aż tak niebezpieczny. Igor to wiedział i nie zamierzał mu się na razie przeciwstawiać, zwłaszcza że dzięki niemu pozycja Gildii Zero w tym sektorze była tak mocna. Jeśli ktoś miał jakiś sensowny plan jak wyjść z tego zaplutego krwią szamba cało, to był nim właśnie Nanetechko. Lentz krótkim skinieniem głowy pożegnał się z doktorkiem i ruszył za Lincolnem. Korytarze były wyjątkowo ciche i puste.

Gdyby się dobrze przysłuchać można by usłyszeć mruczenie aparatury systemu podtrzymującego życie. Po nieudanej próbie przebicia się wszyscy siedzieli na dupie, rozpamiętując porażkę, modląc się lub ćpając.



Sposób chodzenia Igora był zawsze ten sam, mocny i dynamiczny, zdradzał naturalną pewność siebie, której nigdy mu nie brakowało nawet w tym pudle. Potrafił zadbać sam o siebie i nawet ta zaraza nie specjalnie go przerażała. Była raczej kolejnym wyzwaniem, które należało pokonać by zrealizować swoje osobiste cele, choćby nie wiadomo jak nierealne.

W końcu dotarli do celi Nobla. Ochroniarze przeszukali go dokładnie, a potem pozwolili wejść. Nicolaus leżał rozłożony na wygodnym fotelu, specjalnie dla niego przerobionym z siedziska dentystycznego i wpatrzony w sufit palił fajkę. Lentz czekał, wiedział że nie należy się odzywać pierwszy, szef G0 nie lubił tego, podobnie jak wielu innych rzeczy, które drażniły jego chory umysł. Zresztą takie zachowanie Natechenki to była swoista demonstracja władzy dla co bardziej wyróżniających się członków gangu, dla reszty miał bardziej bezpośrednie metody pokazywania siły.
 

Ostatnio edytowane przez Komtur : 25-06-2013 o 23:51. Powód: literówki
Komtur jest offline  
Stary 27-06-2013, 02:24   #8
MTM
Komendant Pazur
 
MTM's Avatar
 
Reputacja: 12434 MTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputację
"Synu mój, nie zapomnij mych nauk, twoje serce niech strzeże nakazów,
bo wiele dni i lat życia i pełnię ci szczęścia przyniosą:
Niech miłość i wierność cię strzeże; przymocuj je sobie do szyi, na tablicy serca je zapisz,
a znajdziesz życzliwość i łaskę w oczach Boga i ludzi."

Woń kwitnącej czereśni. Soczysta, miękka trawa otula czarny, świeżo wylakierowany obcas. Na plecach smolistej koszuli odcisk swój odbija przyjemnie drapiąca kora. Szeregi śmietankowych chmur przechadzają się jak anieli w garniturach, skropieni promieniami żarzącego się słońca - tarczy potęgi samego Pana. W lekko szorstkich dłoniach spoczywa oprawiona czarną skórą okładka. Wydaje się, że leży tam od zawsze. Że dłoń i tajemnicza księga stanowią jedność, jak gdyby zostali stworzeni tylko dla siebie. Jedno zbędne bez drugiego.

Wypłowiałe litery gościły swego czytelnika mądrością. Mądrość przepełniała jego oczy. Jego uszy. Jego usta. Jego głowę. Jego ciało. Jego duszę. I mądrość tam się zagnieździła. On mądrość widział. On mądrość słyszał. On mądrość mówił. On mądrością myślał. On mądrość czynił. On mądrość czuł.

Tak kiedyś uważał. Tak kiedyś wierzył.

Tak teraz uważa. Tak teraz...




Powieki wypuściły na świat błękit, błękit nieba, którego brakowało tu na dole. Mężczyzna ze zgoloną głową przetarł ręką zmęczoną twarz. Mimo odbijających się na jego obliczu wycieńczenia i trosk, wciąż zachowała jakiś zapał.

Znajdował się w jednym z pokoi rekreacyjnych, przemeblowanym i opatrzonym nazwą "Kaplicy pw. św. Izajasza". To właśnie to miejsce zrzeszało społeczność Lion's Army działającą w sektorze A-0677. Nie żeby ta cała wspólnota była specjalnie liczna, mimo to, każdego dnia dało się tu zastać gromady osób szukających zbawienia. Do czasu... Do czasu, aż nie zaczęto wytaszczać przed drzwi kolejne zakrwawione ciała. Jednak kaplica wciąż funkcjonowała, choć z nieliczną załogą.

Netaniasz podniósł wzrok znad modlitewnika i omiótł nim surowo przystrojone pomieszczenie. Jedynym elementem ozdobnym, jeśli można było to tak nazwać, był dość masywny, stalowy krzyż, zespawany przez dobrego parafianina, stojący aktualnie na stole z kantyny, przemianowanym w ołtarz. Poza tym co zdolniejsze zbłąkane dusze namalowały na ścianach sceny biblijne, które zapewniały całemu wnętrzu iście mistyczny klimat.

Jak mantrę, powtarzaną przez jakiegoś obłąkańca nie potrafiącego przestać, słyszał smętne głosy gości domu bożego. Co raz były przerywane regularnym kasłaniem. Mimo panującej klęski, szalejącej zarazy i wszechogarniającej śmierci, ciągle rozbrzmiewała na nowo. Kapłan uśmiechnął się w duchu i potarł kilkudniowy zarost, a zaraz potem, jakby odruchowo, przejechał kciukiem po czole i nosie.

On nie widział tylko strachu. Strachu, który odbijał się od tych istot na każdym kroku. Strachu przed głodem, strachu przed gwałtem, strachu przed śmiercią. Nie. Strach nie był wszystkim. I on to wiedział. Przecież musi być coś jeszcze. Coś poza tymi egoistycznymi potrzebami. Każdy z tych ludzi ma wolną wolę. Dlaczego więc tu przyszli? Wierzą? A może to tylko inne oblicze strachu. Strachu przed Bogiem.


Było coś jeszcze. To również wiedział. To potrafił wyczuć. Obecność. Ta szalona, opętana obecność. Niech się boją choroby. Istnieją na tym statku rzeczy o wiele gorsze. Rzeczy, z którymi czy to wierzący, czy nie, wolałby się nie spotkać.


A jednak byli tu i teraz, pogrążeni w sławieniu Pana. Nie wyzbyci swoich trosk, a ostatecznie tacy spokojni. Co mogło zagrozić ich duszom? Żadna zaraza temu nie podoła. Spokój i bezpieczeństwo.


- Bracie. - Jakiś ochrypnięty głos wyrwał go z zamyślenia. Był to Izaak, człowiek, którego Netaniasz znał najdłużej z pośród wszystkich braci. To Izaak mu pomógł, kiedy na początku wpadał w tarapaty. To Izaak zapoznał go z przełożonymi Lion's Army. To Izaak załatwił mu człowieka od tatuaży. Izaak był młodszy, zafascynowany postawą więźnia nr 5694901. Wielu z pośród duchownych jacy trafili na Gehennę, było słusznie posądzonych. Nawet tutaj kontynuowali swoją grzeszną działalność, a co gorsza przybierali na rozmachu. Pedofile, gwałciciele, mordercy, sekciarze, przez myśl by nie przeszło, że to oni udzielali kiedyś rozgrzeszenia.

Netaniasz był zagubiony. Nie chciał przystawać do żadnego z tych bezbożnych gangów. Trzymał się więc sam. Ilość zbrodniarzy była tak przytłaczająca, że bał się wychodzić nawet ze swojej celi. A jednak musiał się przystosować, jeżeli chciał dalej pielęgnować swoją wiarę. Samobójstwo nie wchodziło w grę, zostało więc przetrwanie.

Kiedy sprawy przybrały zły obrót, napotkał ambitnego, prawie jeszcze chłopaka, Izaaka. Wstąpił do wspólnoty Lion's Army i przyjął rolę kapłana tego kościoła. O swej przeszłości niewiele mówił. Liczyło się teraz to, co mogą zrobić dla swojej przyszłości.

- Diakon mówi, że znaleźli pewną alternatywę i że ty masz szansę znaleźć ocalenie dla nas wszystkich. Chodź ze mną, bracie.

Netaniasz zamknął modlitewnik, odkładając go na bok i wrzucił do swojej torby znacznie grubszą księgę. Następnie pozdrowił modlących się i każdemu z osobna wykonał znak krzyża na czole, dodając przy tym kilka pokrzepiających słów. Przy drzwiach zatrzymał się przed stalową, zardzewiałą już szafką. Wyjął z niej całkiem niezłą strzelbę i zarzucił na ramię. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda dobremu samarytaninowi.

Ostatni raz obejrzał się przez ramię i zatrzymał wzrok na topornym krzyżu. Nagle coś ukłuło go w serce. Miał wrażenie, jakby spoglądał na niego po raz ostatni.


"Z całego serca Bogu zaufaj, nie polegaj na swoim rozsądku,
myśl o Nim na każdej drodze, a On twe ścieżki wyrówna."
*

__________________
* "Księga Przysłów, 3"
 
__________________
"Pulvis et umbra sumus"
MTM jest offline  
Stary 27-06-2013, 20:05   #9
 
obce's Avatar
 
Reputacja: 231 obce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie coś
Poprawia gogle VR i krótkim ruchem nadgarstka obraca przed sobą trójwymiarowy model Gehenny. Zdziera z niego kolejne warstwy, rozkłada kolejne siatki map: korytarzy, rur hydro, szczelin wentylacyjnych, światłowodów i kabli, które przebijają cielsko statku jak układ krwionośny. W tle - zredukowany do dyskretnej ikonki - Ego przepuszcza dane przez kolejne podprogramy diagnostyczne, wylicza kolejne krzywe progresu zarazy, konstruuje kolejne modele statystyczne, określa limit pozostałego Jonaszowi czasu.

W jednym z otwartych okien migają kolejne i wciąż te same wyniki.
720 godzin.
Zaraza przyspiesza - symptomy ulegają nasileniu, skraca się okres inkubacji, skraca czas kolejnych stadiów. Od pierwszego kaszlu do ostatecznego posrania droga jest krótsza niż do najbliższego kibla. Choroba wwierca się w biolo z rosnącą skutecznością. Ewoluuje, dostraja się, dostosowuje, przełamuje układ odpornościowy z łatwością, z jaką Jonasz patroszy zabezpieczenia na komputerze Pavlo. Trzydzieści dni i 98,9% populacji sektora A-0677 będzie stertą stygnącego gówna.

Jonasz boi się tych wyników. Trzydzieści dni oznacza, że nie ma już czasu ani na niepewność, ani na wahanie, ani na złudną nadzieję.

Wszyscy wiedzą, że trzeba uciekać. Nikt tego nie robi.
On jednak patrzy na sześć pulsujących znaczników na jednej z map i wie, że musi spróbować.

Bo w końcu komu może się to udać jak nie jemu?

Popatrzcie tylko: były przedstawiciel elity korporacyjnej Nowej Terry. Pochodzenie odbite jest na jego twarzy jak maleńkie logotypy HelixCorpu na opuszkach palców.

Rzeźbiona genetycznie androgynia odzwierciedla modę, której hołdowali jego rodzice - na szczupłe, długie ciała wybielone do granic albinizmu i regularne twarze wymykające się wszelkim klasycznym kryteriom męskości i kobiecości - niemal nierealne, jakby przestylizowane, wyzywające androidalną urodą. Przejrzyste jak kwarc oczy, włosy śliskie i jasne jak wiązki światłowodów. Gdy stoi naprzeciwko lustra - w nieodłącznych goglach-VR, z podręcznym WKP na przedramieniu i pierścieniami wirtualnymi na palcach - nie może oderwać wzroku od opalizującego delikatnie na boku szyi holo-stempla firmy zajmującej się głębokim modelowaniem osobowości.
“Żadnych granic”.
Przemodelowali go tak, jak sobie tego życzył. W swój własny projekt.

I oto on: transczłowiek pasujący do Gehenny jak grafenowy komputer do farmy naturalnego gnoju. Panseksualne dziecko techniki. Dyrektor kreatywny badań nad nabudowywaniem SI na strukturach neuronalnych. Człowiek z branży, przed którym wszystkie drzwi stały kiedyś otworem. A teraz? A tutaj? Jonasz wysuwa podbródek, przechyla głowę. Regres. Zastój. Prymitywizm najprostszych form i instynktów.

A jednak...

No właśnie. A jednak w tym więziennym chlewie nastąpił jeden z największych przełomów kognitywistyki. SI ewoluowała. Ożyła. Przekroczyła granice sztucznego bytu stając się czymś więcej: postistotą postulowaną przez transhumanizm. Dawnym marzeniem Jonasza. Jego pieprzonym kosmicznym wielorybem z nanotworzywa i tytanu. Jego drogą ucieczki. Bo Jonasz z krystaliczną jasnością zdaje sobie sprawę z jednej rzeczy: spieprzć z tego piekła można jedynie podpinając się pod wewnętrzną sieć Gehenny, pod jej cholerny układ nerwowy. Trzeba zhakować jej mózg i przeprogramować go. Poprzestawiać priorytety. Przeheblować jego kody źródłowe programami diagnostycznymi. Zdobyć więcej informacji o tym, co dyletanci z Lion’s Army jako pierwsi uparli się nazywać “demonami”, a co przecież nigdy nimi nie było. Przejąć kontrolę i wrócić do domu.

Tak.
Patrząc w lustro, Jonasz wierzy, że znajduje się to w zasięgu jego możliwości.
Bo w końcu komu może się to udać jak nie jemu?


* * *


Gdy Trójka puka, Jonasz zaczesuje włosy gładko do tyłu i sprawdza mocowanie gwizdka obronnego.
Gdy Trójka kaszle, Jonasz subwokalizuje podręcznej SI kolejne polecenia.
Skupiony na sobie, odpowiada jakby mimochodem, bez pełnego zaangażowania. Nie poświęca nawet myśli temu, że to nie Nobel go wzywa, a Karl. Człowiek, którego poza sporadycznymi kontaktami warto było omijać szerokim łukiem.
Gdy Trójka płacze, Jonasz zapisuje aktualizacje danych i chwyta stojący w kącie niewielki plecak.
Gdy Trójka ma spodnie pełne krwawego gówna, Jonasz minimalizuje wszystkie okna i w końcu powoli otwiera drzwi.

Żal mu tego pokręconego, genialnego człowieczka. Żal mu tego przedziwnego, niesamowicie kreatywnego mózgu. Żal mu, naprawdę. Ale boi się i brzydzi kontaktu z tym osmarkanym, śmierdzącym i dygoczącym ciałem, wokół którego rozlewa się kałuża krwi i rzadkich jak woda odchodów.

Dlatego z miękkim, odrealnionym niemal wdziękiem przechodzi ponad płaczącym Trójką, który niedługo zacznie spektakularnie umierać. Zostawia jednak otwarte drzwi do swojej celi. Nie zamierza przecież tu wracać.

- Wyczyść się, Trójka - mruczy cicho, przestępując z nogi na nogę. - Powiem komuś, że tu jesteś.
 
__________________
"[...] specjalizował się w zaprzepaszczonych sprawach. Najpierw zaprzepaścić coś, a potem uganiać się za tym jak wariat."

Ostatnio edytowane przez obce : 27-06-2013 o 21:40.
obce jest offline  
Stary 27-06-2013, 23:46   #10
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 16118 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację


Korytarze sektora tonęły w gęstym, prawie namacalnym mroku i śmierdziały. Śmierdziały w sposób trudny do zniesienia: spalonym mięsem, gównem, krwią i czymś jeszcze. Czymś złym. Czymś nienazwanym. Czymś, co wypełzało powoli spomiędzy sworzni i nitów, spomiędzy łączeń stalowych płyt, z szybów wentylacyjnych, z filtrów systemu podtrzymywania życia. Powoi, niezauważenie, wślizgiwało się do ludzkich głów, wwiercało pod czaszki, do umysłów – najpierw nieśmiało, potem coraz bardziej ofensywnie, aż w końcu tryumfowało w ostatecznej wiktorii.
Tak. Strach zwyciężał wszystkich, nawet najtwardszych spośród więźniów skazanego na zagładę sektora..



CARLA FORD


Krwawa Kurwa nie była ładna. Nie była też brzydka. Ale miała to coś, co powodowało, że ludzie się jej bali. Może fakt, że była ogromna – ponad dwumetrowa i postawna. Może fakt, że masą mięśniową mogła zawstydzić niejednego maniaka wyczynowej kulturystyki. A może bali się jej po prostu, bo była jebnietą, krwawą psycholką, która lubiła zabijać.

Kiedy Carla weszła do celi, Kurwa właśnie kończyła ćwiczenia.

Spojrzała na Carlę z tą swoją, dość nieprzyjazną twarzą.

- Jesteś, suko – powiedziała, jak to miała w zwyczaju, tonem balansującym w jakimś niepojęty sposób pomiędzy miłością i nienawiścią, łagodnością i agresją.

- Siadaj – wskazała Ford miejsce w nogach swojej pryczy, a kiedy Carla posłuchała polecenia wielka kobieta zaczęła mówić.

- Jest jeden wielki syf, suko – Kurwa cedziła słowa powoli. – Zdechniemy w swoim własnym gównie, jeśli czegoś się nie zrobi. I ten złamas, Karl i jego dupnoluźne przydupasy wykminili sposób, wiesz. Gildia Zero pracowała nad szczepionką dla sektora, ale sprawa się, jak wiesz, zjebała i reszta sektorów wypięła się na nas. Założyli swoje pancerne pasy cnoty i nie dają się dymać.

Kurwa zaśmiała się, jakby rozbawiona swoim kiepskim żartem a potem spojrzała z dzikim błyskiem w oczach na Carlę.

- Ale przeoczyli jedną drogę. Przez Kibel. Cwaniaki z innych wpadli na pomysł, że puszczą tam jakiś słabiaków, których gangi trzymały na boku. Że niby pójdą, przemkną się na wizytę u sąsiadów, bo nikt ich nie pozna i załatwią szczepionkę.

Kurwa pokręciła głową, jakby sam pomysł wydawał się jej niedorzeczny.

- Przez kibel, czaisz to? Słabiaków.

Spojrzała na Carlę z nowym zainteresowaniem.

- Ja nie mam zamiaru ryzykować. Nie puszczę jakiejś cienkiej piczki. Puszczę ciebie. Bo wiem, że pójdziesz, zdobędziesz tą szczepionkę i wrócisz z nią do nas. Nie wyruchasz nas. Nie spierdolisz. Bo to nie w twoim stylu i wiesz, że nikt nie da ci takiego pierdolenia, jak ja. Nikt nie da ci tyle dobrej roboty, którą tak lubisz, jak ja. Dobrze mówię.

Carla pokiwała głową.

- To chodź. Zbieraj graty i idziemy.




RICK ORTEGA

Otis szedł koło niego przez wąski korytarz krztusząc się dymem. Mijane cele były albo zamknięte, albo puste, chociaż w niektórych nadal leżały jakieś kształty – ludzie, lub porzucone sienniki. Otis szedł rozglądając się czujnie. Rick zresztą też.

W bocznym korytarzu zobaczyli jakiegoś gościa, który siedział na korytarzu i śmiał się histerycznie. Minęli go, czując spojrzenie szaleńca na plecach.

- Wszyscy już zdechliśmy, kutasy! – niespodziewanie wykrzyknął za nimi więzień.

Zignorowali go.

- Co to za robota? – powtórzył Rick.

Otis wzruszył ramionami.

- Mi nic nie powiedzieli – odpowiedział z pewnym rozżaleniem.

Nie było nic więcej do dodania.

Po chwili dotarli do bardziej zatłoczonej części sektora. Ze stołówki, przerobionej teraz na kantynę, słychać było jakieś śpiewy i odgłosy pijackiej burdy.

- Każdy chce się zabawić, na sam koniec.

Skręcili w stronę części sektora, w której rządzili Desperados. Kawałek dalej, po schodach, zeszli do starej przepompowni, która służyła Latynosom za metę. Było ich tam pełno. Półnagich, wytatuowanych na całym ciele, o ostrych, wyzywających twarzach i postawach.

Ale dwójkę Punisherów przepuścili bez słowa. Dopiero przy drzwiach do pomieszczeń zajętych przez Parszywego Joe wytatuowani strażnicy zagrodzili drogę Otisowi.

- Ty nie, hombre – wycedził jeden z nich kładąc dłoń na kolbie samorodnego pistoletu. – Tylko ten piękniś.

Otis, posłusznie, odsunął się w tył, a gangerzy otworzyli drzwi przed Rickiem.





IGOR LENTZ

Nobel sprawiał spokojne wrażenie, ale Igor Lentz wiedział, że to tylko pozory.

Pilnowało go dwóch ochroniarzy z The Punishers.

Nobel przyjął gościa w swoim prywatnym apartamencie – pomieszczeniu wielkości czterech standardowych cel. Na Terze uznano by je za klitkę, tutaj – na GEHENNIE – można ją było uznać za apartament.

- Napij się – Nobel poczęstował Igora szklaneczką, na której dnie pływała odrobina przeźroczystej cieczy.

Woda, wódka albo kwas. Znając Nobla niczego nie można było być pewnym.

- Zwieracze jeszcze masz mocne? – zapytał niespodziewanie szef G0.
- Że co? – niezbyt przytomnie odpowiedział Lentz, nie za bardzo wiedząc, czy Noblowi chodzi o ilość więziennych „romansów”, czy pyta o coś konkretniejszego.
- Czy srasz już krwią.
- Nie – Lentz poczuł pewną ulgę. – Jestem zdrowy.
- Na razie – powiedział Nobel. - Pij.

Lentz wypił. Mocny, destylowany alkohol.

- Dobra. Teraz pogadamy.

Nobel usiadł wygodnie na syntplastycznym krześle i spojrzał na Igora.

- Mam dla ciebie propozycję. Zejdziesz do Kibla. Przejdziesz przez Zakazane Sektory. Wyjdziesz w jakimś sektorze poza tymi, w którym mogłeś być znany i zdobędziesz szczepionkę na chorobę, która nas zabija. A potem wrócisz tutaj, tą samą drogą, co przyszedłeś i oddasz mi ją do rąk własnych. Jasne.

Igor nie odpowiedział. Szansa na zrealizowanie tak szaleńczego planu była niemal zerowa.

- Masz tydzień. Po tym czasie trucizna, którą wypiłeś, dokona zbyt daleko idących spustoszeń w twoim ciele.

Igor nawet nie był zaskoczony. Po Noblu mógł spodziewać się czegoś podobnego.

- Odtrutkę dostaniesz, jak przyniesiesz szczepionkę.

Nobel zawsze dotrzymywał słowa. Przynajmniej to było pewne.

- To co, dogadaliśmy się?

Igor pokiwał głową. Jakoś nie bardzo widział inne wyjście.




NETANIASZ CRUCIFIX

Diakon nazywał się Theo i miał zmienione przez mutagen oczy.

Niektórzy sądzili, że to kwestia stygmatów demona, inni że znak wiary i nadprzyrodzonych mocy, które przebudziły się w Theo.

- Bądź błogosławiony, bracie – powitał Netaniasza Diakon.
- Bądź pozdrowiony, Diakonie.
- Wybrałem cię, do ważnej misji – Theo przeszedł od razu do konkretów, jak to miał w zwyczaju. – Zanurzysz się w brudzie człowieczym, przejdziesz rzez piekielne korytarze, by dostać się do miejsca, gdzie zbłąkana owieczka z Gildii Zero ma dostarczyć nam lekarstwo na chorobę. Odcięcie naszego sektora jest próbą, ale wiem, że nie przetrwamy jej bez pomocy ludzi wiary. Takich jak ty.

Oczy Diakona zalśniły złociście, jakby wewnętrzny blask bijący od szefa Armii Lwów w sektorze A-0677 wylewał się z człowieka, przyjmując iście materialny kształt.

- Samo dotarcie do lekarstwa będzie niełatwym zadaniem. Ale dopilnowanie, by wróciło tutaj, będzie jeszcze trudniejsze. Większość gangów wysyła jednego ze swoich ludzi. Mało znanych, by nie rozpoznano ich poza sektorem, lub by ryzyko na to było jak najmniejsze. Można z całą pewnością zakładać, że niektórzy z tych ludzi dostaną … inne zadania lub nie zechcą wrócić z lekarstwem do tych kazamatów śmierci. Ty, bracie Netaniaszu, musisz dopilnować, by chciwych i tych słabej wiary, spotkał los, na jaki zasługują. Wiesz, co mam na myśli.

Wiedział dokładnie. Gehenna miała swoje własne prawa. Brutalne i skuteczne.

- Rozumiem, że mogę na tobie polegać, bracie. Że Armia Lwów może na tobie polegać w imię Boga, którego czcimy pod wieloma imionami, ale który ma tylko jedno imię prawdziwe.

- Oczywiście, diakonie – potwierdził, zgodnie z tym, co czuł, Netaniasz.

- Zatem zbierz swoje rzeczy i idź wypełnić powierzone ci zadanie.




OLEG PETRENKO


Sektor wyglądał na wyludniony. Zazwyczaj zatłoczone korytarze, teraz świeciły pustkami. Tylko czasami mijali jakiegoś więźnia idącego w przeciwnym kierunku lub zwyczajnie podpierającego ścianę.

Ktoś zaczepił ich żebrząc o fajkę, ktoś inny chciał sprzedać destylowaną wodę nawołując ze swojej celi. Jakaś chuda i niezbyt ładna kobieta oferowała swoje ciało w zamian za kilka fajek lub lekarstwa.

Tylko na jednym z większych skrzyżowań, służących w sektorze jako miejsce wymiany informacji i dóbr, kłębił się spory tłumek, zapychający wszystkie dochodzące korytarze.

- Dwadzieścia fajek – darł się jakiś człowiek w pomarańczowym uniformie. – Tylko dwadzieścia fajek za lekarstwo na sraczkę. Czym jest dwadzieścia fajek!

Naciągacza, bo przecież trudno było uwierzyć, że jakiś człowiek sprzedaje lek na tą morderczą chorobę na korytarzu, obskoczył jednak dziki tłumek.

- Chuj – przewodnik Olega splunął na ziemię. – Mam nadzieję, że mu ktoś pożeni kosę. Obejdziemy ten motłoch.

Ominęli zatłoczone skrzyżowanie korzystając z bocznej drogi. Na tym korytarzu w kucki siedziało kilku gangerów z mniejszego gangu The Siciliano powiązanego z La Piovrą. Latynosi, zazwyczaj skorzy do zaczepek i puszenia piórek, tym razem nawet nie drgnęli, kiedy Torch mijał ich z przewodnikiem.

- Czekają na śmierć – wyjaśnił bez potrzeby ochroniarz.

Po chwili dotarli do tej części sektora, w którym rezydował Plugawy Joe. Po szybkim przeszukaniu przez strażników na korytarzu, Oleg wszedł do środka i stanął oko w oko z niesławnym gangerem.

- Jesteś poparzony fiucie – powitał go Joe, a radosny uśmiech kontrastował z wykrzywioną twarzą.

Parszywy Joe nie był sam w kantynie. Oprócz ochrony czekał tam również inny mężczyzna, w którym Torch rozpoznał dość znanego szczura tunelowego, Prahę.




PRAHA


Przejście przez korytarze sekcji nie zajęło im zbyt wiele czasu i przypominały szczurowi spacer po grobowcu. Wszędzie ludzie kaszlali, srali lub wyli z bólu, strachu, utraconej nadziei. Jeśli piekło istniało, a niektórzy wierzyli, że właśnie GEHENNA jest piekłem, to ich sektor awansował właśnie w koszmarnej hierarchii. Bez dwóch zdań.

Parszywy Joe uśmiechnął się krzywo, kiedy Praha wszedł do kantyny.

- Jesteś, ty mały, sprytny chujku – bandzior powitał Prahę rozradowanym uśmiechem.

- Mam dla ciebie robotę, której nie przyjąć nie możesz. Szansa na sprawdzenie, czy jesteś aż takkk – przez chwilę dziwnie przeciągnął słowa, czymś zdekoncentrowany, ale szybko odzyskał poprawną dykcję – dobry jak mówią. Swoisty sprawdzian.

Spod stołu, przy którym siedział Parszywy Joe, wyszła dość ładna, jak na standardy GEHENNY kobieta o zafarbowanych na jasno włosach.

- Ona jest zajebista ekstraklasa, kurwa – pochwalił kobietę Joe. – Obciąga, jak niewyżyty odkurzacz. Jak będziesz chciał, to obciągnie też tobie, za free, kurwa, za free, aż ty się zrobisz free. Kumasz, kurwa.

Parszywy Joe wyjął fajkę i zapalił.

- Przejdziesz przez Kibel i przyniesiesz tutaj szczepionkę na to gówno, co nas zabija. Jak ci się to uda, Desperados będą ci robić dobrze, kiedy tylko sobie zażyczysz. W tym sektorze, kurwa, będziesz jebanym bohaterem i zrobią ci pomniki. A każda, kurwa, dziwka, wskoczy ci na chuja, nim tylko zdążysz pomyśleć, że cię mały swędzi, białasku. Wchodzisz w to, kurwa?
Pojawiała się szansa na wyjście z tego zapyziałego sektora i tylko głupiec by nie zaryzykował.




JONASZ


Jonasz nie lubił chodzić samemu po korytarzach sektora. Jego androgeniczna uroda przykuwała uwagę różnych więźniów, a kuszenie losu było ostatnim, czego by chciał. Nie miał jednak wyjścia.

Miejsce, w którym Karl przyjmował swoich kumpli i wydawał rozkazy było dość niedaleko. Zawsze, nawet teraz, kręcili się tam lojalni szefowi więźniowie. Elita sektora. Najcięższe wyroki. Największe szumowiny. Najlepiej uzbrojeni i wyposażeni. Gotowi rozedrzeć na strzępy każdego, kto zagrozi ich szefowi. Jakby Karl nie potrafił sam o siebie zadbać.

- Cześć – przywitał Jonasza Karl nie pasującym do jego fizjonomii bandziora, głębokim, kulturalnym głosem. – Jestem Karl.

Jonasz to wiedział. Wszyscy w tym sektorze to wiedzieli.

- Posłałem po ciebie, bo mam konkretną propozycję. Dołączysz do niewielkiej grupki, która opuści sektor i uda się po leki. Nie będzie to bezpieczne. Będziecie musieli przejść przez Zakazane Sektory pod Kiblem. Znaleźć jakieś przejście, bo oczywistym jest, że reszta sektorów zajętych przez więźniów, odcięła się od zakazanych rejonów tak samo, jak my. Znaleźć pewną osobę i odebrać od niej leki dla nas, a potem wrócić do naszego sektora z tymi medykamentami. Twoje talenty hackera mogą się przydać. Ceną będzie moja wdzięczność i tyle fajek, ile sobie zażyczysz.

Jonasz słuchał. Analizował słowa, jak to miał w zwyczaju.

- Zgadasz się?

Wiedział, że nie ma wyjścia. Odmówienie komuś takiemu jak Karl było zwyczajnym samobójstwem. Pokiwał głową na znak, że akceptuje propozycję.
 
Armiel jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 08:51.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166