Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 22-03-2014, 11:42   #1
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 16118 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
REJS [Horror 18+]

To był piękny, słoneczny dzień. Luksusowy statek „DESTINY” przygotowywał się do wyjścia w morze. Na błękitnym niebie nad Miami nie widać było ani jednej chmurki, co zapowiadało naprawdę cudowną aurę dla tysięcy wycieczkowiczów wchodzących na pokład.

Odziani w idealnie uprasowane i wykrochmalone uniformy stewardzi biegali pomiędzy kolejnymi gośćmi, wskazując kajuty, przenosząc bagaże, instruując o zasadach panujących na pokładzie wycieczkowca. Nienaganne maniery stewardów były owocem ciężkich szkoleń i starannej selekcji . Gości z klasy VIP witał osobiście kapitan lub jego zastępca prowadząc w stronę luksusowych kabin – apartamentów, których nie powstydziłoby się wiele luksusowych hoteli.



Jedne kajuty były mniej szykowne, drugie nieco bardziej eleganckie, wszystkie jednak funkcjonalne i dobrze wykorzystujące ograniczoną przestrzeń okrętu.

Może i nie był to szczyt luksusów, ani nie oferował gościom zbyt wiele przestrzeni, ale okręt nadrabiał to innymi atrakcjami. Teatr, kasyno. Miejsce do gry w golfa, baseny, sklepy i centra fitness – każdy mógł tutaj znaleźć coś dla siebie.

Szczególnie nocą miejsce to mogło urzekać swoim pięknem.


Na okręcie panował pozorny chaos. Kolorowo ubrani, podekscytowani ludzie próbowali jak najszybciej rzucić się w wir zabawy. Łatwo było zauważyć, że na pokład „Destiny” wchodzą rożni ludzie – rodziny z rozwrzeszczanymi dziećmi, single płci obu, nowożeńcy w podróży poślubnej, znudzeni VIP-owie, którzy byli rozpoznawalni raczej z pierwszych stron drugorzędnych magazynów ilustrowanych, podstarzali biznesmani, którym powiodło się w życiu, ich „świta” złożona zawsze z przynajmniej kilku gotowych na każde kiwnięcie palcem asystentów, podstarzałe damulki wypatrujące młodych gigolo, chętnych urozmaicić im podróż. Cały przekrój amerykańskiej społeczności, złożonej jednak głownie z tych, którym zasobność portfela pozwalała na taką wycieczkę do raju.

Pośród tych wszystkich ludzi było jednak kilka osób wmieszanych pomiędzy pasażerów, na które nikt nie zwracał uwagi. Co prawda każdy pasażer został dokładnie sprawdzony, jego bagaż prześwietlony pod katem niebezpiecznych ładunków czy też broni – na pokładzie „Destiny”, podobnie jak na pokładzie samolotów posiadanie niebezpiecznych narzędzi było zabronione, a broń – o ile pasażer otrzymał pozwolenie na jej wniesienie – musiała być przez cały rejs zdeponowana w specjalnym sejfie pod groźbą usunięcia je posiadacza z pokładu i sankcji prawnych – to jednak ryzyko zamachu terrorystycznego było brane pod uwagę przez armatora. Ludzie ci byli prywatnymi ochroniarzami statku działającymi „pod przykrywką”, a ich tożsamość znana była jedynie kilku osobom na pokładzie w tym, rzecz jasna, kapitanowi.

I chociaż fataliści i specjaliści od statystyk potrafili wyliczyć prawdopodobieństwo różnych niebezpiecznych zdarzeń, to nikt jednak nie potrafił przewidzieć tego, co przytrafi się „Destiny” w ciągu kilku najbliższych dni. A gdyby ktoś nawet potrafił przewidzieć los okrętu i znajdujących się na nim ludzi i chciał o tym opowiedzieć komukolwiek, natychmiast zostałby odizolowany od reszty społeczeństwa i podany terapii, której celem byłoby przywrócenie takiej osobie bez wątpienia utraconego zdrowia psychicznego.
Punktualnie o godzinie 11:15 „Destiny” opuścił port w Miami, przy wtórze wiwatów ludzi na nabrzeżu odprowadzających swoich bliskich na pokład i wycia pokładowych syren.

Rejs właśnie się rozpoczął.

A nad nieświadomym okrętem zawisło widmo rychłej zagłady.

Piekło wyciągało szpony po to, co mu zabrano. I nie liczyło się z tymi, którzy staną mu na drodze.


JOHANNA BERG

Johanna przybyła na statek jako jedna z pierwszych. Jej trupa artystyczna została przywitana przez drugiego oficera, który – po kurtuazyjnym wprowadzeniu – przekazał im najważniejsze informacje o „DESTINY”. Wycieczkowiec robił wrażenie. Może nie należał do najdroższych i najbardziej luksusowych w swojej klasie, lecz i tak znajdował się na wysokiej pozycji na liście najlepszych transatlantyków na świecie. Przynajmniej tak zaręczał drugi oficer.

Johanna czuła pewną ekscytację. Musiała to przyznać. Owszem, koncertowała w wielu miejscach, na wielu salach i w wielu filharmoniach, ale występy na płynącym przez ocean okręcie było dla niej czymś nowym. Dla grupy, z która dziewczyna występowała, również.

Otrzymała kabinę 6216 na Górnym Pokładzie, która okazała się interiorem bez widoku na ocean, a na dodatek miała ją dzielić z Vanessą Vigo, niewysoką, ciemnowłosą i jasnoskórą skrzypaczką, z którą w sumie, jak do tej pory, zamieniła tylko kilka zdań. Nie tego oczekiwała, ale cóż zrobić. Miejsce na okręcie było w cenie, a armator zapewne wolał na nim zarobić, sprzedając lepsze kajuty komuś, kto za bilet płacił, a nie komuś, komu musiał dodatkowo zapłacić za występy.

- Jakoś damy radę – pocieszyła ją Vanessa. – To tylko dwadzieścia dni. No i karnawał w Rio.

Johanna nie do końca podzielała entuzjazm koleżanki. Miała wręcz pewność, że tak felerny pokój dostała tylko dlatego, że Russel Ingerd – ich menadżer – miał do niej o coś „focha”. Może będzie musiała z nim pograć ostrzej i odzyskać miejsce w jakiejś wygodnej, jednoosobowej kabinie z widokiem na ocean, jak cywilizowani ludzie na poziomie.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 25-03-2014 o 20:18. Powód: dodanie gracza
Armiel jest offline  
Stary 23-03-2014, 22:12   #2
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 16118 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
MALCOLM GOODSPEED

Malcolm czuł ducha przygody, jaki zawsze towarzyszyła mu, gdy zaczynał nową podróż lub podejmował się nowej aktywności. Wchodząc na pokład „Destiny” musiał, niestety, przeciskać się wraz z tłumem innych pasażerów. Rozwrzeszczanych lub spiętych, rozentuzjazmowanych lub wręcz przeciwnie – wygaszonych i spokojnych.

Załoga wycieczkowca uwijała się w pocie czoła, cały czas starając się zachować fason i profesjonalizm. Stewardzi wiedzieli, że od tego zależy wysokość napiwku, jaki otrzymają za wniesienie rzeczy do kajut, oraz późniejsze relacje z pasażerem.

W końcu, po ostatnim spojrzeniu na bilet, Malcolm otrzymał „swojego” stewarda – ciemnoskórego, szczupłego i młodego mężczyznę - który wziął usłużnie bagaż Goodspeda i dość szybkim krokiem przeprowadził przez labirynt długich korytarzy, na których panował istny chaos czyniony przez innych pasażerów.

- Pańska kajuta, sir – powiedział steward zatrzymując się przed drzwiami z numerem 2282 na poziomie Głównego Pokładu.

Otworzył drzwi kartą magnetyczną noszoną w kieszeni. Pomógł wnieść bagaże.

- Pańska karta magnetyczna leży na stole – wskazał kopertę ułożoną na niewielkim stoliku. – W kopercie znajdzie pan również podstawowe informacje o naszym „Destiny”, sir, jak również najważniejsze instrukcje. Gdyby pan miał pytania, wystarczy zapytać kogoś z załogi, sir.

Ciemnoskóry steward uśmiechnął się, czekając na napiwek wyraźnie spiesząc się jednocześnie po kolejnego pasażera.


JULIA JABLONSKY

Julia wchodziła na pokład, czując za swoimi plecami oddech Diego i jego wodę kolońską. W miarę cierpliwie znosiła zamieszanie i kolejkę, jaka tworzyła się przy wejściu na statek – w końcu zaokrętowanie się ponad dwóch tysięcy ludzi nie było sprawą prostą. Szczególnie, że wielu podróżnych przyjechało prawie na ostatnią chwilę.

Steward – młody Latynos, którego śniada twarz i czarne włosy – kontrastowały ze śnieżną bielą munduru – chciał wziąć ich bagaże, ale Diego nie pozwolił mu zabrać swojej wysłużonej, sportowej torby. Zdziwiony chłopak spojrzał na Julię, jakby w niej szukał wsparcia, ale nie znalazł i po prostu zajął się swoją robotą prowadząc pasażerów, większą grupą, do ich kajut.

Kajuta 6266 znajdowała się na Górnym Pokładzie.

Steward otworzył ją swoją kartą magnetyczną.

- Państwa karty magnetyczne znajdują się na stole – wskazał kopertę ułożoną na niewielkim stoliku. – W kopercie znajdą państwo również podstawowe informacje o naszym „Destiny” oraz instrukcje, z którymi trzeba się zapoznać. Życzę państwu udanej podróży i dobrego odpoczynku.


RICHARD CASTLE

Zamieszanie związane z zaokrętowaniem odrobinę irytowało Richarda. Nie lubił czekać w kolejce, nie znosił, kiedy zrównywano go z innymi. Jednak w tym przypadku nie mógł narzekać. Nie przy tym wejściu, gdzie udało mu się nawet rozpoznać kilka znanych twarzy świata biznesu, finansjery lub mediów. Może nie twarzy z pierwszych kolumn gazet czy topowych wiadomości, niemniej jednak takich, z którymi należało się liczyć.

Więc Richard czekał, aż przejmie go elegancka i atrakcyjna stewardesa i poprowadzi do właściwej kajuty wraz z grupką innych zamożnych pasażerów.

W wyłożonych miękką wykładziną korytarzach nie czuć było tego, że znajdują się na statku. Podobne korytarze Richard zwiedzał w wielu hotelach. Wycieczkowiec nie był statkiem pasażerskim. Był pływającym hotelem z wieloma gwiazdkami, o czym nie pozwalała zapomnieć obsługa w marynarskich uniformach.

Na bilecie widniał numer 7309 i wskazany pokój, czy też kajuta, znajdowała się na Pokładzie Cesarskim, kilka metrów nad poziomem morza. Na pewno była nieco większa, niż inne kabiny, ale i tak szału nie było.

- Pańska karta magnetyczna leży na stole – stewardesa wskazała kopertę ułożoną na niewielkim stoliku. – W kopercie znajdzie pan również podstawowe informacje o naszym „Destiny”, jak również najważniejsze instrukcje. Gdyby pan miał pytania, wystarczy zapytać kogoś z załogi.

Dziewczyna wyglądała na zmęczoną, a powitanie przypominało formułkę pracownicy call-center, jednak stewardesa nadrabiała urodą, zgrabną sylwetką i pięknymi, brązowymi oczami. Mogła nawet gadać głupoty, Richardowi nie przeszkadzało to w najmniejszym stopniu.


HEATHER MOORE


Heather ze znudzeniem obserwował, jak menadżer i reszta ekipy poci się z całym potrzebnym sprzętem. Większa część rzeczy została zwieziona do wynajętej ładowni. Wszyscy ludzie z ekipy zostali rozlokowani na Górnym Pokładzie. Jej przypadła kabina numer 6134 z małym balkonikiem wprost nad taflą wody kilkanaście metrów niżej.

W kajucie, poza zmrożonym winem musującym i deserem z owoców czekała na nią koperta, w której znajdowała się karta magnetyczna – klucz do jej kajuty, oraz instrukcje i informacje najważniejsze, aby poruszać się po statku. Jakby się nad tym zastanowić, ona tego nie potrzebowała. Od tego miała Antonia – chłopca na posyłki dla jej ekipy, który chyba się w niej podkochiwał, przynajmniej tak się jej wydawało. Miała jego numer w krótkim wybieraniu i gdy tyko czegoś ze chciała wystarczyło wcisnąć jedną cyferkę, a parę minut później Antonio przybiegał w podskokach, niczym dobrze wytresowany psiak patrząc na nią tymi swoimi wielkimi, zagubionymi ślipkami. Żałosny.

Heatcher ze znudzeniem oczekiwała początku rejsu i wieczoru, na którym miała odbyć się impreza jej ekipy. Dzisiejszy dzień był dniem adaptacyjnym. Dopiero jutro mieli rozpocząć zdjęcia.



MALCOLM JENNINGS


Malcolm uwielbiał ten moment, gdy dostojnie wkraczał na pokład samolotu, statku czy innego luksusowego środka transportu i od razu pokazywał, na kogo należy zwracać największą uwagę. Jego świta czyniła sporo zamieszana, ale to tylko podsycało samozadowolenie Jenningsa, bowiem przyciągało jeszcze więcej zainteresowanych spojrzeń.

Należał do tych gości, których witał kapitan – szczupły mężczyzna po pięćdziesiątce, z opaloną twarzą, szarych inteligentnych oczach i przenikliwym spojrzeniu. Kapitan wzbudzał zaufanie i Jennings z przyjemnością uściskał mu dłoń wymieniając przy tym kilka banalnych formułek powitalnych z zaangażowaniem negocjujących pokój na świecie polityków. To Malcolm też lubił. Grę pozorów.

Skupiając na sobie uwagę, trzymając pod rękę Sandrę za którą wielu dużo, dużo młodszych od Malcolma mężczyzn oglądałoby się z przyjemnością, pozwolił się zaprowadzić do swoje kabiny – jednej z okazalszych i luksusowych na pokładzie. Jego kabina miała numer 7322 i leżała dość blisko wind. Co ułatwiała dotarcie. Z okien tarasu przylegającego do apartamentu Jennings miał widok na wodę i port w Miami.

- Sir – to był Watson. – Powinienem panu zrobić zastrzyk.


GREGORY WALSH JR.

Gregory nie spieszył się z wejściem na pokład. Pozwalał, by ludzie wpadali na niego, pogrążony w swoich myślach. Chłonął tą atmosferę ekscytacji, podniecenia, tą gorączkową przepychankę przy zejściu z trapu.

Tak zaczynało się większość podróży. Ekscytacją. Lecz Gregory miał nadzieję, że nie skończy się podobnie jak jego ostatnia podróż, która miała być podróżą życia – rozczarowaniem i zgorzknieniem.

Powoli jednak i jemu zaczął udzielać się nastrój. Może spowodował to fakt, że w końcu sprawdzono po raz ostatni jego bilet i mógł udać się do swojej kabiny, a może fakt, że jego i grupkę kilku innych turystów w luźnych, kolorowych koszulach, prowadziła piękna brunetka o zgrabnych nogach i ciemnych, tajemniczych oczach, odrobinę poprawiła mu humor.

Jago kabina miała numer 2255 i znajdowała się na Głównym Pokładzie.

- Pańska karta magnetyczna leży na stole – stewardesa wskazała kopertę ułożoną na niewielkim stoliku. – W kopercie znajdzie pan również podstawowe informacje o naszym „Destiny”, jak również najważniejsze instrukcje. Gdyby pan miał pytania, wystarczy zapytać kogoś z załogi.

Potem dziewczyna uśmiechnęła się do niego ciepło.

- Proszę się nie martwić – powiedziała szczerze, zapewne łamiąc tym samym protokół pokładowy. – cokolwiek się stało, jakoś się poukłada.

- Co proszę? – wyrwało mu się niezbyt inteligentnie.

- Wydaje się pan być czymś zmartwiony – wyjaśniła stewardesa.

- Nie. Po prostu jestem zmęczony.

- Wodę znajdzie pan w lodówce, tam w tej małej szafce pod telewizorem. Miłej podróży.


ROBERT TRAMP

Wycieczka była pewną dla Roberta pewną próbą woli. Sprawdzianem jego społecznych relacji, adaptacji do zachowań jednostek zamkniętych w ograniczonej przestrzeni. Ale najtrudniejszą próbą, jaką musiał przejść Robert, był odpoczynek od pracy.

W jego firmie uznawali, że jest za bardzo spięty, że potrzebuje odpoczynku, nabrania dystansu do pracy. Może mieli rację?

Tłocząc się wraz z innymi pasażerami Tramp obserwował wszystko z właściwym sobie dystansem, jednocześnie uczestnicząc w tym, co działo się wokół jego osoby, jak i patrząc na to z pewnej perspektywy. Analizował, układał, porównywał, szukał podobieństw.

- Kabina 2241, interior, Główny Pokład, – kiedy nadeszła kolej Roberta usłużny steward wyrósł jak spod ziemi, chętny do zaprowadzenia pasażera na miejsce.
- Nie trzeba. Sam trafię – zgasił jego zapał Tramp.

Nim wyruszył do Miami zapoznał się z planami „Destiny” jeszcze w swoim domu. Rozkład pokładów, kajut, najważniejszych i mniej ważnych regionów tego oceanicznego giganta. Taką Robert miał naturę. I nawet wczasy i perspektywa karnawału w Rio de Janeiro nie mogły go zmienić.

- Muszę pana zaprowadzić – wyjaśnił steward z wystudiowanym, zmęczonym uśmiechem na piegowatej twarzy. – Klucze do kabin czekają w kopertach w środku.

Sensowna, aczkolwiek niespotykana procedura, zważywszy na fakt, że ten pływający hotel miał spore lobby i recepcję. Ale Robert zaakceptował takie podejście do klienta, które w gruncie rzeczy było nawet pewnego rodzaju ułatwieniem. Dał się więc zaprowadzić stewardowi na miejsce.


CARRY MAY

Carry niewiele zapamiętała z wejścia na statek. Nadopiekuńczy ojciec całą drogę przez trap prowadził ją pod rękę, chociaż wiedział, że strasznie tego nie lubi. Drażniło ją też szczebiotanie jego partnerki, która co chwilę rzucała coś w stylu:

- Jakiż on wielki. Widzieliście tamtego grubasa. Jest większy nawet niż Henderson spod 18207. Spójrz, jakie tamta babka ma cycki, na pewno sztuczne. Ale śliczny Chihuahua.

Jakby nigdy nie miała zamiaru się zamknąć.

- Masz pokój numer 6179, jakbyś potrzebowała, by ktoś cię doprowadził. My mamy tuż obok ciebie, 6177 więc wystarczy, byś nas zawołała.

Nie lubiła tego, kiedy aż tak się o nią troszczył. Drażnił ją wtedy. Irytował. Ale nie chciała robić scen zaraz po wejściu na pokład. Dała się więc poprowadzić do kabiny.

- Moja córka ma problemy ze wzrokiem – wyjaśnił ojciec prowadzącemu ich marynarzowi. – Czy ktoś mógłby zająć się jej wygodą i bezpieczeństwem.
Szelest papieru upewnił ją, że ojciec wręczył komuś jakiś banknot.

- Oczywiście, sir – zadowolenie w głosie stewarda upewniło Carry, że musiał być to spory napiwek. – Osobiście tego dopilnuję.

- Teodor Mueller – ojciec chyba przeczytał naszywkę stewarda.

- Tak. Dla przyjaciół, Teo.

- Dopilnuj wygód mojej córki, Teo, a zaprzyjaźnisz się jeszcze z kilkoma takimi prezydentami, jasne?

- Jasne, proszę pana, jasne jak słoneczko.

Po chwili Carry siedziała już w swojej kajucie ciesząc się chwilą samotności i spokoju.


NORA ROBINSON

Nora na pokład weszła bramą przeinaczoną dla VIP-ów, o co zabiegała przez całą drogę z domu do portu. Wśród elegancko, choć na luzie ubranych kobiet i mężczyzn czuła się zdecydowanie bardziej na miejscu, niż pośród tłumu mniej ważnych ludzi wlewającego się na pokład „Destiny” pozostałymi pięcioma trapami.

Z uprzejmym uśmiechem podała pierwszemu oficerowi dłoń do pocałunku, uśmiechając się promiennie, kiedy ten przywitał się z nią z godną gentelmana kurtuazją i z może odrobinę sceniczną teatralnością dała się poprowadzić oficerowi w stronę ich pokoju. Kabina 7194 na Pokładzie Cesarskim – piękna kajuta dla VIP-ów z własnym tarasem i widokami, jakich mogli pozazdrościć mniej zamożni pasażerowie.

Humor Nory popsuła jakaś rozwrzeszczana i niestosownie ubrana gromada mężczyzn i kobiet wchodzących również wejściem dla VIP-ów, przy których skakała spora grupa ludzi z obsługi łatwych do rozpoznania dzięki uniformom.
Przestronna i półotwarta winda zawiozła ich na poziom okrętu, na którym mieli swoją kabinę.

Steward zaniósł ich bagaże na miejsce, stawiając je tylko na chwilę, kiedy otwierał specjalną kartą magnetyczną zamek.

- Państwa karty magnetyczne znajdują się na stole, państwo Robinson – wskazał kopertę ułożoną na niewielkim stoliku. – W kopercie znajdą państwo również podstawowe informacje o naszym „Destiny” oraz instrukcje, z którymi trzeba się zapoznać. Życzę państwu udanej podróży i dobrego odpoczynku.

Zostali sami.

Mąż Nory rozejrzał się po pokoju z marsem na twarzy.

- Ujdzie, chociaż spodziewałem się czegoś bardziej komfortowego i zdecydowanie większego. A ty co sądzisz?

EDWARD TAKSONY

Edward czuł się nieswojo wchodząc na pokład „DESTINY”. Po pierwsze – wbiegł na niego prawie w ostatniej chwili, kiedy załoga zabierała się do zamykania trapu. Nie on jeden zresztą. Spóźnialskich pasażerów była jeszcze kilku.

Zdyszany podał bilet nadal uśmiechniętym stewardom, a ci sprawdzili go dokładnie.

- Kabina 2287, Główny Pokład – steward odczytał dane z czytnika przy pasie. – Proszę za mną. Zaprowadzę pana.

Przez chwilę Taksony mógł maszerować za przewodnikiem podziwiając ogrom i przepych okrętu. Czuł się tutaj bardzo, ale to bardzo nie na miejscu. Ale chyba nie tylko on. Wiele mijanych osób miało na twarzach wyraz oszołomienia i dezorientacji.

- Pańska kabina, sir – widać było, że steward powtarza tą formułkę po raz setny tego dnia, bo w głosie młodego Latynosa brakowało emocji.
Pańska karta magnetyczna leży na stole – steward wskazał kopertę ułożoną na niewielkim stoliku. – W kopercie znajdzie pan również podstawowe informacje o naszym „Destiny”, jak również najważniejsze instrukcje. Gdyby pan miał pytania, wystarczy zapytać kogoś z załogi.

Formalności stało się zadość i steward pozostawił bagaże w kajucie i opuścił ją oczywiście wcześniej nadstawiając dłoń na napiwek.

Edward został sam. Jak prawie całe swoje życie.


CLEMENTINE MAY

Kajutę Clementine dzieliła jeszcze z trzema innymi dziewczynami.
Mia Sunrise pracowała jako masażystka w jednym ze SPA na pokładzie. Drobniutka Trecy Jopen zajmowała się utrzymywaniem kabin gości w czystości, a małomówna Janices o ostrzyżonych na chłopaka włosach pracowała w kuchni.

Wszystkie cztery stanowiły tylko drobny element w liczącej tysiąc dwieście osób obsłudze „Destiny”. Zadaniem tej armii ludzi było tylko jedno - maksymalizacja satysfakcji ponad dwóch i pół tysiąca klientów z podróży i wypoczynku.

Podczas gdy pasażerowie korzystali z luksusów oferowanych przez okręt personel miał tylko jedno zadanie – pracować.

Korzystanie z części przeznaczonej dla pasażerów poza wykonywaniem obowiązków zawodowych było po prostu zakazane. Załoga jadła, odpoczywała, relaksowała się i żyła w wydzielonej do tego części statku. Najważniejszym zakazem było nie wchodzenie w pozasłużbowe relacje z klientami. Każdy pracownik podpisał stosowne dokumenty, a złamanie tych zakazów mogło skutkować wyrzuceniem z pracy. Pod tym względem armator był bardzo surowy.

Na tej samej przestrzeni, na której mieszkało dwóch pasażerów armator lokował od czterech do sześciu członków załogi. Oczywiście szeregowych, bo kapitan czy oficerowie mieli podobne przywileje i wygody, co turyści.
Każdy z nich miał swoje obowiązki. Jak tylko „Destiny” opuści Miami otworzone zostaną baseny i atrakcje. Clementine miała wtedy obowiązek ubrać się w swój uniform służbowy i stawić się u swojego menadżera na Pokładzie Spa.

Zaczynało się piekło, jakim dla każdego pracownika i załoganta „Destiny” był każdy rejs.


WSZYSCY

Punktualnie o godzinie 11:15 „Destiny” opuścił port w Miami.

Potężny okręt o długości ponad 270 m, wysokości od kila po szczyt masztu blisko 72 metrów, oraz szerokości ponad 3 5m, ważący ponad 100 tysięcy ton, potrafiący osiągnąć prędkość 20 węzłów, codzienne wykorzystujący 8 ton żywności, dysponujący 1321 kabinami pasażerskimi zdolnymi pomieścić ponad 2500 ludzi, potrzebujący ponad 1000 osób z załogi do obsługi potrzeb klientów oraz samego okrętu, wyruszył w drogę.
 
Armiel jest offline  
Stary 24-03-2014, 12:51   #3
 
Wojan's Avatar
 
Reputacja: 33 Wojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodze
Malcolm był zadowolony, nie tylko z pogody, która była wręcz idealna, nie tylko z faktu, że jego nazwisko figurowało na liście sponsorów rejsu, ale także z całej oprawy, jaka towarzyszyła inauguracji rejsu.
Ilość ludzi ich radość i rzucane ukradkiem w jego stronę spojrzenia były niczym kojący balsam na jego zmęczone życiem serce.
Wszyscy wiedzieli kim jest i poczytywali sobie za zaszczyt, że będą mogli podróżować razem z nim. Wszak nie co dzień ma się okazje spotykać, jadać i bawić się w towarzystwie jednego z najbogatszych ludzi w Ameryce.
Jennings już w wieku 22 lat był na liście 100 najbogatszych ludzi w Ameryce.
Tuż po swoich trzydziestych urodzinach plasował się już pierwszej 20. Teraz przekroczywszy sześćdziesiątkę, nie interesował się już tym tak bardzo jak kiedyś. Nadal jednak zainteresowanie, zazdrosne spojrzenia innych ludzi i ich wymuszony, bądź też szczery podziw były dla niego bardzo ważne.
Także z wielką przyjemnością udzielił krótkiego wywiadu miejscowej prasie. Opowiedział w nim o swoim zaangażowaniu społecznym, o loterii jaką zorganizował, pozwalając tym samym kilkunastu niezamożnym obywatelom spełnić swoje życiowe marzenia, a także o tym, że ten rejs był jego marzeniem od dawna. Powiedział, że czuje się jak nastolatek, który wyrusza na swój pierwszy szkolny obóz.
- Ludzi będzie tylko troszkę więcej niż wtedy i nie będzie wychowawców - zażartował na koniec, czy najwyraźniej szczerze ubawił dziennikarzy.

Po krótkiej rozmowie z kapitanem, Malcolm udał się wraz ze swoim osobistym lekarzem do kajuty.
- Ja rozumiem, to rutynowe działanie, doktorze - Być może wyglądam na podnieconego, ale nie masz się czym obawiać. Naprawdę. Proszę cię tylko o jedno. Jak następnym razem będziesz miał do mnie podobną sprawę, to bądź łaskaw poinformować mnie o tym bardziej dyskretnie. Nie wszyscy muszą wiedzieć o moich kłopotach i nie domaganiu. Wolałbym uniknąć plotek w tym temacie. Aha i przyślij do mnie później Sandrę. Chciałbym usiąść z nią na tarasie i raczyć się widokiem znikającego za horyzontem miasta.
Malcolm usiadł w fotelu i już bez słowa poddał się wszystkim zabiegom, jaki chciał przeprowadzić doktor Watson.
 
__________________
"Amnestia to jest dla złodziei, a my to jesteśmy Wojsko Polskie" mjr. Dekutowski ps. "Zapora"
"Świnie noszą koronę, orzeł w gównie tonie,
a czerwono białe płótno, porwał wiatr" Hans
Wojan jest offline  
Stary 24-03-2014, 21:22   #4
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 14345 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Gregory spoglądał na łóżko trzymając w ręku butelkę wody mineralnej.


Na wielkie czerwone łóżko w kabinie dla nowożeńców. Do licha… powinien był zamienić bilet na inny. Ale czy w tamtym chaosie Gregory pomyślał o tym? Nie. Jego koledzy i koleżanki z pracy też o tym nie pomyśleli wypychając także nieco wbrew jego woli na ten rejs.
No cóż… Głupio by się teraz było czepiać o zmianę kajuty na mniejszą. Gregory odłożył więc butelkę na stolik i zaczął wykładać bagaże na łóżko. Książki, książki...chyba przesadził z ich ilością. Kiedy to wszystko przeczyta? Laptop z całym oprzyrządowaniem. Miał założonego bloga… poprawka, mieli założonego bloga na czas tej podróży. Mieli w planach video-relacje wrzucać co drugi dzień.

No i na wszelki wypadek miał też sprzęt do wideo-konferencji. E-book… jego też wziął?
Musiał się pakować na niezłym kacu…
Co jeszcze niepotrzebnie spakował. A tak… prezent od ojca. Po kie licho mu to potrzebne na wycieczce? Prezent wylądował z powrotem na dnie torby.
Zestaw pierwszej pomocy. Na statku mają ich pewnie sporo. Ba… powinien być nawet więcej niż jeden lekarz.
Ale on musiał zabrać ze sobą profesjonalną apteczkę. Jakie jeszcze głupoty spakował?
Dotarł do zdjęcia w oprawce.
Uśmiechała się z niego Becky w tej seksownej bluzeczke i w naszyjniku, który jej podarował.
Gregory przez chwilę pieszczotliwie głaskał twarz dziewczyny. Uśmiechnął się gorzko, westchnął i szerokim zamachem wyrzucił zdjęcie przez okno.
Do diabła z Becky!

Gregory przeszedł się po pokoju przeczesując włosy dłonią. Dość smęcenia się. Czas się zabawić i napić się czegoś z procentami zamiast wody.
Szybko zmienił ubranie na wygodniejsze i podszedł do lustra. Ot, dwudziestopięciolatek w niesfornej fryzurze i okularach. Szczupły i wysportowany… widać, że dbał o kondycję. Dalej było już gorzej.
Nieogolona twarz, strój luźny i pozbawiony gustu. Miało się wrażenie, że Gregory nie potrafi zadbać o swój wygląd i… to była prawda. Gregory nie przywiązywał uwagi do stroju i w tak dość niechlujnym t-shircie, jeansowych spodniach i trampkach wybrał się na zwiedzanie statku. Zamierzał rozejrzeć się po tutejszych atrakcjach…. obejrzeć basen, rozejrzeć się po siłowni. Jako finał tej wycieczki planował tutejszy bar i masę egzotycznych drinków… Zamierzał spróbować je wszystkie. Zwykle unikał alkoholu z racji swego zawodu.
Ale teraz był na długim urlopie. Pewna ręka i oko nie były mu obecnie potrzebne. Mógł więc posmakować nowych przyjemności. Coś mu się od życia należało, po ostatnich wydarzeniach.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 24-03-2014 o 21:24.
abishai jest offline  
Stary 25-03-2014, 00:45   #5
 
Dziadek Zielarz's Avatar
 
Reputacja: 323 Dziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skał
"Destiny - duma Atlantyku!" głosił napis na plakacie, który Godspeed mijał podczas wycieczki za stewardem. Jak na dumę Atlantyku przystało wszędzie pełno było... w zasadzie wszystkiego. Przepych wylewał się zewsząd, umiejętnie wtłaczany w gardła pasażerów słowem i gestem usłużnych stewardów i stewardess. Na głupim korytarzu prowadzącym do nieco mniej ekskluzywnych pokoi na głównym pokładzie leżał czerwony dywan z pluszu, a po ścianie ciągnęły się rzędy świateł w zdobnych abażurach. Nawet mosiężne tabliczki na drzwiach pokoi były tak eleganckie jak to tylko możliwe w przypadku metalowej tabliczki.

Malcolm ciągle nie potrafił się przyzwyczaić do otaczającego go blichtru i choć poza plecami jego przewodnika nikt nie mógł dostrzec jego podekscytowania, mężczyzna odruchowo sięgnął po papierosa by nie uśmiechać się jak ostatni idiota.

- Tutaj nie wolno palić, sir. - głos czarnoskórego przewodnika ociekał wręcz fałszywą usłużnością za setki dolarów.

Zapalniczka zatrzymała się w połowie drogi do ust. Mężczyzna przewrócił oczami, po czym przywołując na twarz zwyczajowy uśmiech schował fajkę do paczki.

Wesoły nastrój nie opuszczał Malcolma od wkroczenia na trap. Ostatecznie wcale nie miał płynąć ogromnym wycieczkowcem, ale skoro los zesłał mu bilet - nie pozostało nic innego jak wejść na pokład i zobaczyć co z tego będzie. Nawet jeśli rejs miałby okazać się fałszywym tropem, zawsze mógł przecież spędzić kilka miłych dni na koszt frajera, od którego zdobył bilet. Podróż była świetnym pretekstem do opuszczenia nudnych Stanów. Nawet tego nie planował, ale teraz wydało mu się całkiem jasne, że dokładnie od tego momentu powinien zacząć długo odkładany wyjazd. Na dobry początek karnawał w Rio, a potem złapie jakiś szybki lot do Europy. Co z tego, że zostawi za sobą mieszkanie, samochód, czy pracę, którą niedawno zaczął? I tak miał ochotę rzucić życie w Miami, jednak po co zamieniać je na kolejny, pozornie ekscytujący epizod w innej części USA, kiedy rozciągała się przed nim znacznie lepsza perspektywa?

W końcu dotarli do pokoju. Steward wysunął dłoń by przywitać się z szeleszczącym Andrew Jacksonem. Ucieszyło go to w wystarczającym stopniu by nie skrzywić się i opuścić pokój bez szemrania. Kiedy został już sam Godspeed poklepał się po kieszeniach i zapalił długo oczekiwanego papierosa. Rzucił torbę na łóżko, okręcił się dokoła pobieżnie ogarniając pokój wzrokiem. Złapał butelkę wody mineralnej, upił kilka łyków i zatrzymał się przed lustrem na ścianie. Spojrzał na siebie krytycznie. Twarz po trzydziestce, obecnie nieco zafrasowana, już po chwili wyrażała absolutne samozadowolenie. Biały, sportowy garnitur, niebieska koszula rozpięta pod szyją. Przystojniak odstawił wodę, przeczesał włosy grzebieniem, poprawił kołnierzyk, oraz mankiety i przywołał na twarz swój najlepszy uśmiech. Papieros tlił się w ustach wypuszczając smużkę siwego dymu.

Minęło ledwo kilkanaście minut, a on czuł się jakby zmarnował cały dzień. Niewiele myśląc Godspeed ruszył na rekonesans. Nie było co siedzieć na niższym pokładzie, kiedy interesujące sprawy działy się przynajmniej kilka kondygnacji wyżej. Uzbrojony w kartę magnetyczną do swojego pokoju i pochowane po kieszeniach marynarki drobne przedmioty był gotów na przygody. Jeśli, rzecz jasna, owe przygody będą obfitować w drinki z palemką, piękne kobiety i nadzianych gości w kasynie, tylko czekających by ich oskubać. Niekoniecznie w tej kolejności.
 
Dziadek Zielarz jest offline  
Stary 25-03-2014, 13:10   #6
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 7135 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
Nareszcie.

Nareszcie sobie poszli. Ojciec traktował ją jak jakąś niedorozwinięta małolatę, to było takie upokarzające… I tak cud, że pozwolili jej mieszkać samej... A nie, nie cud, po prostu chciał ją posuwać w spokoju. Tą „Mów mi Melody, skarbie, to od melodii, rozumiesz, taki lapsus językowy.” Lapsus. Sama była lapsusem, wyfiokowana dziwka. Kolejna, która leciała na pieniądze ojca, z cyckami większymi niż rozum… Niestety, ojciec poważnie myślał o ślubie z tą panną.

Westchnęła. Niepotrzebnie się złości, ojciec ją kocha i się martwi, a Melody chciała dobrze. Wszystkie podręczniki typu „Jak rozmawiać z nastoletnia córka nowego partnera” - przeczytała kilka, jeszcze w dzieciństwie, żeby wiedzieć, czego się spodziewać po tych nowych „przyjaciółkach” tatusia - kazały się uśmiechać, zaprzyjaźniać i nie udawać, ze jest się matką dziecka. Choć ona miała przecież matkę, a – co ważniejsze - nie była dzieckiem. Od prawie roku miała w końcu prawo jazdy.

Obeszła kajutę i łazienkę dookoła, sprawdzając wymiary i położenie rzeczy. Z zadowoleniem stwierdza, że nie różni się od tego, co zamieszczono na oficjalnej stronie statku. To było bardzo ważne – nauczyć się miejsca, w którym się będzie przebywało. Rozkładu korytarzy, schodów, pomieszczeń. Wszystkiego. Tak, żeby wiedzieć, gdzie się jest i nie robić z siebie ofiary.
Od czasu, jak zagubiła się w czasie spotkania z przyjaciółmi w galerii handlowej bardzo dbała takie rzeczy. Zawsze uczyła się na pamięć rozkładu każdego nowego miejsca. Tworzyła sobie w głowie mapę. Od tego czasu wystarczało, żeby ustawiła dobrze głowę i wtedy mogła złapać kątem oka skrawek napisu, oznaczenia ulicy, piętra – wtedy szybko sytuowała siebie, jak ludzika z Google maps, na wirtualnej mapie w mózgu. Prawo, lewo, dwa poziomy do góry, trzecie drzwi, winda. Potrafiła dotrzeć wszędzie. Bez pytania się innych, proszenia. Proszenie się było upokarzające.

Skoro kabina zgadzała się z planem, była szansa, że reszta też. Wyciągnęła elektroniczna lupę i ustawiła ją nad leżącym na stole planem. Porównała z mapą statku, która stworzyła sobie w głowie. Wyglądało, że wszystkie się zgadza. Odetchnęła z ulgą. W razie czego, zawsze mogła zeskanować plan a potem wydrukować go na wypukłej drukarce, choć przeuczanie się było trudniejsze, niż uczenie od nowa.

Zadowolona, ugięła kolana i wybiła się lekko w górę i tył, tak, aby spaść na plecy, na łóżko. Zarzuciła ręce za głowę i wyciągnęła nogi, przeciągając się.
Drobne, wysportowane ciało wyglądało tak, jakby nie mogło się zdecydować, czy należy jeszcze do nastolatki, czy już do młodej kobiety. Straciło już dziecięca niezgrabność, ale jeszcze nie rozkwitło w pełni. Za rok, dwa... dziewczyna będzie przyciągać wszystkie spojrzenia. A dziś? Umięśnione ręce i nogi, zupełnie płaska pupa, lekko zarysowane biodra. Małe, już pełne, piersi sterczące do przodu. Gładka, piegowata buzia, bez śladu makijażu. Dopasowana koszulowa bluzka bez rękawów, szorty z bawełny, crocsy.

Wyciągnęła się na łóżku, przymknęła oczy i wciągnęła mocno powietrze,
zapamiętując zapach pomieszczenia. Krochmal, kwiaty, odświeżacz powietrza, słona woda. Zapachy – podobnie jak dźwięki - były ważne. Pomagały rozpoznawać ludzi i miejsca. Ojciec zawsze pachniał tą samą wodą po goleniu, wyprawioną skórą, końmi. Melody silikonem i tym wrednym, małym szczurem.

Dobrze więc, najpierw lunch, założy tą zieloną sukienkę nad kolano, w której wygląda, jakby uciekła z jakiejś pensji dla grzecznych panienek. Ojciec będzie zachwycony. Pozwoli ojcu poodprowadzać się pod statku, przynosić sobie jedzenie, posłucha paplania Melody, nie zabije szczura, jak znów będzie próbował coś jej ściągnąć talerza…

Potem siłownia – choć pewnie nie mają tu równoważni ani nic takiego - może basen… Wyrysowała sobie, na swojej wirtualnej mapie- drogę z jej kajuty na pokład z salą fitness. Potem kolacja, potem powie, że jest zmęczona ilością wrażeń i wcześniej się położy. A jak tylko ojciec zajmie się Melody – ścianki nie wyglądają na dźwiękoszczelne – pójdzie sama rozejrzeć się po statku. Potańczy, zabawi się.

Ciekawa, czy przepisy odnośnie sprzedaży alkoholu na statkach są tak samo restrykcyjne, jak na lądzie… jak nawet będą chcieli oglądać jej prawo jazdy, to zawsze znajdzie się jakiś miły dżentelmen, który na pewno chętnie postawi jej drinka.

Może jakoś uda się jej przeżyć te pieprzone „rodzinne” wakacje. Może.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji

Ostatnio edytowane przez kanna : 25-03-2014 o 13:13.
kanna jest offline  
Stary 25-03-2014, 22:22   #7
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
- I ostatnie pytanie Richardzie - Sara Goodam z CBS rozpłynęła się w uśmiechu. Po raz kolejny podczas tego wieczornego wywiadu - Twoja ostatnia książka sprzedaje się jak świeże bułeczki, pobiłeś zresztą swój poprzedni rekord... Czy kolejna książka będzie jeszcze lepsza? Czy już nad nią pracujesz? Zdradzisz część fabuły?

Mężczyzna zrobił minę z pogranicza "że co?" oraz "no chyba żartujesz..."; uśmiechnął się zyskując kolejne sekundy i odparł:
- Zawsze mam kilka pomysłów na dalsze przygody... - kłamstwo, nie masz absolutnie nic konkretnego; zresztą co konkretnego można mieć w dwa miesiące po wydaniu powieści?!? - Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów, mogę tylko powiedzieć, że Nikki w końcu uda się na zasłużony urlop...
- Dziękuję bardzo - moim i państwa gościem był Richard Castle, autor bestsellera "Śmiertelnie Gorąco".


- Sara Goodam, CBS. Do zobaczenia już jutro wieczorem.


Godzinę później mężczyzna był w swoim mieszkaniu. Rzucił marynarkę na sofę i spojrzał w okno z panoramą Nowego Yorku. Jasne, już teraz, weźmie, siadzie i napisze kolejny bestseller... Bo to było takie proste i oczywiste…
“Może wziąłbyś urlop?” - przypomniał sobie słowa Cartera i skrzywił się na samą myśl. Jeszcze gorzej…


Dolny Manhattan wyglądał świetnie z 25 piętra apartamentowca przy Grand Street. Richard poszedł do chłodziarki i wyjął butelkę wina. Nalał zdecydowanie za dużo i wyszedł na taras. Zimna bryza od rzeki Hudson orzeźwiła go trochę - jasne - wiedział, że nawet jak się za coś zabierze to nie bedzie to miało żadnego sensu, ale równocześnie - siedzenie w Nowym Yorku czy w domku letnim w Viveyard Heaven; też nie miało sensu… W żadnym z tych miejsc niczego nie napisze; a kolejna idiotka zada podczas kolejnego wywiadu pytanie o urlop Nikki… Szlag jasny. Jeżeli cokolwiek by na pisał; cokolwiek; to mógłby potem mieć jakąś niemoc twórczą czy inne bloki, czy ogólnie pojęte “bla, bla, bla”. Teraz tak na dobrą sprawę sprzedał jakiś kit o niczym…

Rzucił okiem na okładkę jakiegoś kolorowego magazynu “Malcolm Jennings sponsor rejsu. “Destiny” dla każdego." Sam tytuł był mocno pretensjonalny, ale Richard przekartkował magazyn. Multimilioner zorganizował loterię dla pracowników… Hmmm… W umyśle pisarza zaczynał się rysować obrazek… Taki statek, nie do końca pasujący pasażerowie, nie do końca przyzwyczajona do sytuacji załoga, nie do końca rozumiejący zmianę bogacze… Oni, oczywiście w dwu różnych kajutach; pozornie wypoczywający… Oni… Zawsze myślał o swoich bohaterach jako o istniejących postaciach, których działania on tylko opisywał. Statek i sytuacja miały potencjał. Teraz jeszcze nie wiedział, czy będzie to morderstwo, czy może coś zgoła innego - kradzież może… Zaginięcie...


To miało sens. Wszedł do internetu i wyszukał adres biura podróży. Wybrał numer - cóż najwyżej odbije się od automatycznej sekretarki.

Niecałe dwa tygodnie później - po dwu spotkaniach autorskich w samym Miami, jednym w Tampie i wywiadzie dla lokalnej telewizji (skoro już jest w okolicy) - Richard pojawił się na nabrzeżu i trochę skrzywił. Tłum był niemożebny. Rozejrzał się po okolicy rysując w pamięci obraz. Na szczęście - razem z kilkoma innymi VIPami przeszedł bocznym trapem i podążył do kabiny 7309. Pokład 7, bilet wart swojej ceny… Kiedy został w pokoju sam rzucił torbę na łóżko i wyjął laptopa. Utworzył nowy plik “Heat” i zapisał:
- na nabrzeżu tłumy jakby co najmniej Titanic wypływał;
- boczna kolejka dla lepszych pasażerów; Nikki narzeka…
- przemęczona stewardesa, skoncentrować się na brązowych oczach i figurze
- kajuta niewielka, ale ekskluzywna

Castle miał kilkanaście minut do 12:15 na którą zapowiedziano wypłynięcie z portu w Miami. Przebrał się, włożył do kieszeni marynarki plik wizytówek, sprawdził czy pióro jest w porządku i znalazł na pokładzie widokowym - pełnym. Zrezygnował ze ścisku, notując w pamięci obraz machających ludzi i samojebek najnowszym iPhone. Zszedł na niższe pokłady i spacerował po korytarzach z przygotowanym nieśmiertelnym tekstem ”dziękuję, wszystko jest w porządku, nie jest mi potrzebna pomoc” czy innym “chciałem poznać statek” oraz “przepraszam nie wiedziałem, że tu nie wolno przebywać, proszę mi wskazać drogę do części pasażerskiej”.

Plan na resztę dnia wydawał się odpowiedni. Zwiedzenie statku, lunch, uzupełnienie notatek, wizyta w SPA, wizyta w kasynie lub na pokładzie wypoczynkowym… Tak, aby poobserwować ludzi i ich zachowania. Każdy bohater miał jakiś rzeczywisty pierwowzór…
 
Aschaar jest offline  
Stary 27-03-2014, 02:35   #8
 
Proxy's Avatar
 
Reputacja: 6187 Proxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputację
Ludzie będący w głębokiej finansowej dupie robią różne rzeczy. Najczęstrzym ich zajęciem, można powiedzieć, że hobby, jest pogarszanie swojej sytuacji. Alkohol, dragi, inne egzotyki. Bo przecież jest prościej przychylić kielona i zapomnieć, czy strzelić w żyłę i w ogóle nie być świadomym problemu. Państwo, choć niekoniecznie społeczeństwo, chce pomagać takim ludziom i robi to z mniejszym, czy większym skutkiem. Inaczej mówiąc - nie zapomina się o tym i przynajmniej “stara” coś zrobić i pomóc. Gorszym przypadkiem są osoby, które pomimo wszystkiego odmawiają całej pomocy i zaciskając pięści i pośladki mówią z zaciętością “poradzę sobie”, “dam radę”, “nie potrzebuję pomocy”...

* * *

- Poradzę sobie, dam radę, nie potrzebuję pomocy - odrzuciła nie chcąc kontynuować rozmowy ze znajomym ratownikiem.

- No cholera, no. Kobieto, ogarnij się, w ogóle mnie nie słuchasz. Nie jesteś przecież sama… - młody, lecz doświadczony w swojej profesji gość, westchnął ze zmartwieniem starając się znaleźć argumenty, które ją przekonają do zmiany zachowania - Okej, nie powiem, że wiem jak to jest, bo przyznam, że nie mam pojęcia. Ale cholera, gdybym sam stracił przez swoją byłą mieszkanie i cały majątek to bym skorzystał z pomocy znajomych. Byłoby wtedy łatwiej. Będzie Tobie łatwiej jak tak zrobisz. A Ty do nikogo się nie odzywasz, nagle odwracasz się od wszystkich, co chcą Tobie pomóc i wiecznie bierzesz dyżury. Praktycznie od trzech miechów mieszkasz tu na pogotowiu. To jest za dużo jak na jedną osobę, nie dasz rady. Zrób tak jak ja mówię, jak mówią wszyscy. Nie chcemy mieć kumpeli w pierdlu a obok siebie, potrzebujesz naszej pomocy, tylko tego nie~

- Wychodzę, mam samolot za dwie godziny - przerwała i nie pozwoliła dokończyć jego wywodu. W prawdzie w ogóle go nie słuchała, skupiona przy kończeniu pakowania wszystkich swoich gratów z pomieszczenia rekreacyjnego w którym faktycznie prawie mieszkała przez ostatni kwartał.

* * *

Transport do Miami był cholernie skomplikowaną rzeczą mając między nogami motocykl podkręcony i przystosowany do miejskich ratowniczych wycieńczeń. Nie miała go gdzie zostawić, więc musiała zabrać go ze sobą. Jazda nim przez połowę stanów odpadała całkowicie a jedynym sposobem jaki mogła przeteleportować się na miejsce docelowe było połączenie, które prawie wyczyściło jej portfel do reszty, zostawiając paredziesiąt dolców. Jednak znalazła się tam gdzie potrzebowała. Może jedenaście godzin przed wypłynięciem ale jednak - mówi się trudno. Spędzenie jednej nocy bez dachu nad głową nie należało przecież do najtrudniejszych. Są ludzie, którzy żyją tak na co dzień a Clem, choć była tego bardzo bliska, jeszcze nie należała do tej grupy. Jeszcze…

* * *

- Przepraszam, zauważyłam pani motocykl~ - zaczęła niespodziewanie nieznana matka stojącego niedaleko rozpłakanego smarkacza, wybijając całkowicie Clem z kontemplacji - ~Jak się cieszę, że panią znalazłam~ ~Mój syn przewrócił się i ma rozdarte kolano~ ~Czy mogłaby pani~

Siedzenie przy plaży i oglądanie wschodu słońca zawsze musiało być przerywane. Zawsze, włączając to przede wszystkim przypadki, gdzie było jej przerywane w połowie fajki - to było najgorsze.

- Pewnie - odpowiedziała bez większego wyrazu ani przejęcia odstawiając gdzieś na bok papierosa, by po wszystkim do niego wrócić. Wstała z nieco przysypanego piaskiem chodnika tuż przy wybrzerzu.

Zrobiła parę kroków do wielkiej czerwonej torby na tyle motoru mierząc chwilę wzrokiem malca, który choć dzielny, wciąż się mazał na widok odrobiny swojej krwi. Założyła rękawiczki i wyciągnęła parę rzeczy.

- Pokaż, no - odezwała się neutralnie, kucając już przy chłopaku - Usiądź - Na jego samego nie zwracała większej uwagi, skupiła się na tym, co miała zrobić. Oczyścić, zdezynfekować, zakryć, przykleić, opatrzyć.

Malec widział dzielną pani doktor w akcji ratowania własnej skóry, jego matka widziała osobę, którą zesłał sam bóg o którym i tak prawie cały czas mówiła w niekończącym się potoku komentarzy i ulg związanych z szybkim odnalezieniem pomocy.

- I po wszystkim. Za dwa dni się zagoi - odpowiedziała tym samym neutralnym tonem.

Całą falę podziękowań nie zarejestrowała będąc skupiona gdzieś w sobie na czymś zupełnie innym, albo mówiąc precyzyjniej na niczym. Kontemplowała dogorywając i starając się nie zasnąć całkowicie. Przez noc kawa, papieros, papieros, kolejna kawa, nad świtem już sam papieros. Najwidoczniej to nie pomogło, bo sam świt przegapiła nawet nie orientując się kiedy. Słońce było już zdecydowanie wyżej niż zakładała. Była znużona a odpoczynek nie przynosił efektów. Nawet wypalić nie mogła w spokoju, bo ktoś musiał jej przerwać. A właśnie zostawiony na chwilę papieros wypalił się sam zostawiając tylko tlącego się wymiętolonego peta.

Całe życie pod górę.

* * *

Na Destiny dobrnęła w końcu z pełnym bakiem benzyny, którego tak bardzo będzie potrzebować na pokładzie, że aż wcale - ale jednak, z nowo zakupioną baterią fajek i innym obładowaniem jak muł juczny. Odsyłając motor w odmęty ładowni, bez większego humoru wczołgała się na trap w jednej dłoni mając potrzebne papierki a w drugiej swojego palącego się przyjaciela. Obsługa przejrzała dokumenty i przytakując wpuściła na pokład. Jednak nie ze wszystkim.

- Bez fajki - zasądził stanowczo jeden z gości pilnujących trapu.

Niestety z pewnym kwestiami nie można było dyskutować a po paru szybkich i głębszych buchach papieros wyleciał za burtę do wody a sama jego właścicielka wyminęła pracowników nie chcąc z nimi już gadać.

Pokój wyglądał całkiem sensownie. Zawsze lepsze to niż nic. A tak się składało, że Clem miała dokładne nic. Trzy wolne łóżka z czterech. Najwidoczniej Tracy jeszcze była na pierwszej porannej zmianie. Clem objęła brzegowe wolne łózko zrzucając na nim wszystkie swoje graty. Mogła chwile odetchnąć nie musząc się niczym i nikim przejmować. Wyciągnęła więc słuchawki, by rzucić się w połowie na łóżko a w połowie na swoje toboły. Włączyła trzeszczącą muzykę i przymknęła na chwilę oczy starając się odprężyć.

Zanim się ocknęła i zorientowała, muzyka w słuchawkach już nie grała. Było słychać tylko energiczne nawijanie wszystkich już trzech współlokatorek. Mówiąc precyzyjniej Mia nawijała za nie wszystkie.

- Kochana! Jesteś na największym okręcie pasażerskim po ten stronie ameryki! I jeszcze Tobie za to płacą! Naprawdę jest się z czego cieszyć! - starała się rozświetlić czarną sytuację najdrobniejszej osóbki, której przypadła najgorsza i najbardziej niewdzięczna robota sprzątania - Jako jedyna będziesz mogła liczyć na napiwki z naszej czwórki. Ja będę musiała obejść się smakiem i nacieszyć się całodniowym macaniem przystojnych nadzianych facetów - obróciła wszystko w żart celowo nie wspominając o tym, że w większości jest całkowicie odwrotnie - Największy statek to i najlepsza załoga, no nie Clementine? - zwróciła się do zbierającej się do kupy po przebudzeniu ratowniczce.

Załoga widziała się pierwszy raz w życiu, jednak z rozpiski dostarczonej przez armatora znała nazwiska współlokatorów. Jedynie, co Clem mogła odpowiedzieć to pokiwać potakująco i nie przytomnie głową powodując uśmiech zrozumienia u rozmówczyni.

- A co u Ciebie śpiąca księżniczko? - odezwała się tym razem malutka Trecy, zgodnie ze wszystkimi uznając moment przywitania za odbyty.

- Fajki… - odmruczała niemrawo po chwili.

- A widzisz. Trzeba się wycwanić. - pomachała ze sprytnym uśmiechem czymś długopisopodobnym.

Minęło jeszcze trochę czasu zanim wszystkie pracownice oporządziły swoje rzeczy, wypakowały się, ogarnęły łazienkę i ujarzmiły krytycznie małą ilość miejsca w okolicach lustra i kranu. Większość była przy wspólnych rozmowach. Wiadomym było, że najbardziej aktywna będzie Mia, później odpowiadająca na pytania Trecy i ciągnięta za słowa Janices. Sama Clem również reagowała na wszystko, jednak niekoniecznie słowami a całą masą innych sposobów. Znużony człowiek nie ma ochoty na rozmowy - tak przynajmniej tłumaczyła sobie to reszta.

- Wiesz, nie jest trudno ale trzeba mieć swoje sposoby. Ja na przykład wyobrażam sobie, że jest to… Guy Jones. Ta jego uroda i w ogóle. Nie ma co, każdej się podoba. Rękę dam sobie uciąć. Co nie Clementine? Co o nim myślisz?

Clem skrzywiła się lekko nie oczekując nagłych pytań. Zamiast wzruszyć ramionami wzruszyła kancikami ust.

- Nie żyje. Stalowy pręt przebił mu płuca. Utopił we własnej krwi zanim karetka zdążyła dojechać. - udzieliła wyczerpującej odpowiedzi na zadane pytanie wchodząc do łazienki wrzucając poskładane ręczniczki i od razu wracając. Współlokatorki ucichły nieco zszokowane - ...No co? - dorzuciła widząc na sobie wzrok wszystkich.

- Ale… Ty masz… Wspaniałe wyczucie… Czarnego humoru… - Podsumowała Mia naciąganym uśmiechem do opisanej dość masakrycznej sceny dla nieprzyzwyczajonych osób. Zauważyła, że ratowniczka była najmniej rozrywkową osobą w towarzystwie. Również nie miała zamiaru tak tego zostawiać - Jak tylko skończymy zmianę to wyciągamy cię na balangę. Musisz się rozerwać trochę. Jak widać potrzebujesz odrobiny luzu, kochana - zadecydowała za wszystkich, jak się okazało za aprobatą.

Postawiona przed faktem dokonanym Clem nie wiedziała, co powiedzieć. W sumie jeśli mowa o jakieś przyszłości - jej było bez większej różnicy. Jak będzie to będzie.

* * *

Paręnaście minut przed odbiciem od brzegu stała wyszykowana w uzbrojonym czerwonym mundurze pełnym wszelakich odblasków i oznaczeń medycznych. Zmarnowana i znużona twarz na niewyróżniającej się wysokości odbijała się od lustra oceniając swój wygląd. Może nie był taki zły? Może sama na siebie patrzyła o wiele krytyczniej niż wszyscy na nią? Nad tym się nie zastanawiała, tylko ogarnęła czarne krótsze włosy, choć z pewnością nie tak krótkie jak w przypadku Janices. Niestety, z tym, co widziała nic zrobić się już nie dało. Ten typ tak ma. Teraz tylko jeszcze przydałoby się chwycić za torbę medyczną i zapalić przed rozpoczęciem zmiany u menagera….
 

Ostatnio edytowane przez Proxy : 27-03-2014 o 02:54.
Proxy jest offline  
Stary 27-03-2014, 21:57   #9
 
BoYos's Avatar
 
Reputacja: 200 BoYos ma w sobie cośBoYos ma w sobie cośBoYos ma w sobie cośBoYos ma w sobie cośBoYos ma w sobie cośBoYos ma w sobie cośBoYos ma w sobie cośBoYos ma w sobie cośBoYos ma w sobie cośBoYos ma w sobie cośBoYos ma w sobie coś
- Ja go kurwa zabiję. - Johanna wiedziała już, kogo to jest sprawka. Ona już wszystko wiedziała. Jej twarz gdy weszła do pokoju zmieniła się momentalnie. Vanessa początkowo niby się przejęła tym, co mówi Johanna, lecz z drugiej strony sama nie przywykła od takich luksusów, jak sama Joha. Sama sypiała często w jakichś nawet dobrze wyposażonych apartamentach, ale nawet wtedy do swojej koleżanki się nie umywała. Owszem, była dobrą skrzypaczką...ale perełka zespołu to perełka. Inna gaża, inne wszystko. Dlatego Vanessę dziwiło jedynie to...czemu akurat Joh jest z nią w pokoju. Ma to odebrać jako awans? Czy może spadek Joh?

- Dobra Joh nie przejmuj się, będzie dobrze. Wiem, że za dużo nie gadałyśmy...ale może jakoś przetrwamy, nie? - Skrzypaczka była prawdopodobnie tylko dwa, może trzy lata starsza od Johanny, co nadal dawało to, że były niby rówieśniczkami, ale jakoś to nadal nie pomagało złapać im kontaktu w trasach czy próbach.
- Sorry Van, tak nie będzie. Gdzie on jest? Gdzie jest reszta? Czemu tylko we dwie mamy pokój na jakimś...za przeproszeniem... - Johanna wyszła z pokoju na korytarz, rozciągnęła ręce na szerokość, obejrzała się i obkręciła się w kółko i spojrzała ponownie na Vanessę - Wypizdowie!? I co...i niby, że potrzebuję prywatności!? To we dwie tutaj kiblujemy, a on się bawi na górnym pokładzie i poklepuje Sam i Annę po dupie? Wiem, że nie chciałaś mu ciągnąć. Dlatego tu jesteś ze mną. Ale teraz przesadził. Nie chciałam robić scen przed występem tutaj, ale widzę nie mam wyboru. - Vanessa zrobiła wielkie oczy.
- Skąd o tym wiesz!? - Dziewczyna aż podskoczyła. Vanessa jednak ostudziła ją swoim spojrzeniem i odpowiedziała jej dość oschle, choć można było wyczuć nutkę podtekstu - /wszyscy o tym wiedzą/.
- Nieważne...

- Dobra plan jest taki. Narazie nic nie wymyśle. Idę do niego, załatwię temat. Może póki nikogo nie ma uda mi się coś załatwić. A jak nie, to szykuj usta bo trzeba będzie trzeba dać dupy kapitanowi. - Vanessa zrobiła wielkie oczy i się zaczerwieniła jak burak.
- No co Ty...hahaha...żartuję. Wrzuć na luz, skoro mamy już być same to nie możesz się ciągle zachowywać jak cnotka. Jak będziesz grzeczna to dam Ci coś z mojej półki. Znajdź rozpis występów i zadzwoń po Catherine, niech zorganizuje resztę moich rzeczy. Aha...i rezerwuję to łóżko. - Johanna rzuciła walizkę na łóżko.
Drzwi pokoju zatrzasnęły się.

Kobieta szła po korytarzu ubrana dość luźno, jak na osobę, która ma tak wysoko postawione zadanie na tym rejsie. Zwykła koszula, czarna marynarka, włosy spięte w kuca, czarna spódnica za kolano i na nogach baletki. Niby galowo, niby swobodnie. Lepsze to niż szpilki i inne tego typu historie. W głowie opracowywała plan, który ma zniszczyć swojego menadżera, za to, że tak ją potraktował. Zawsze było dobrze. Uzgodnili, że nie wyniosą sypialni na relacje oficjalne. Przesadził. I to srogo.

Po drodze mijała stewardów i stewardessy, którzy czasami się albo uśmiechali w jej kierunku, albo po prostu mijali. Nie dziwiła się, że personel jej nie zna. Dużo większe prawdopodobieństwo, że goście będą ją znali, szczególnie Ci wiekowi - niż sam personel. Doszła do schodów, doszła do windy. Mimo wszystko, wybrała schody.
Wiedziała, gdzie zespół ma pokoje, bo gdy szła za stewardem, w dali widziała jak chłopcy na posyłki zespołu przynosili sprzęt. Tak...cały zespół nie pozwoliłby dotknąć żadnego instrumentu nikomu spoza środowiska. Wszystko było na kontrakcie. Takie sławy nie pozwolą na to, by ktoś niepowołany dotknął, nie daj Boże przestawił lub przestroił jakikolwiek instrument. Mogłoby to wywołać skandal, lub co gorsze - prasa mogłaby ich rozszarpać. A co za tym idzie, mocne 3 miejsce stałoby pod znakiem zapytania. Mimo wszystkich tych czynników, Joh wiedziała, jakich użyje argumentów. On zaczął wyciągać wszystko na wierzch? W takim razie walca...czas zacząć.

Dojrzała go, gdy korygował ekipą rozlokowywującą sprzęt. On także ją dostrzegł, dlatego spuścił wzrok w papier, który właśnie podpisywał. Gdy znalazła się na wyciągnięcie ręki wypalił pierwszy.
- Przykro mi, nie miałem innej możliwości. Jego głos był bardzo spokojny i opanowany. Wiedział, że tą bitwę wygrał.
- Ty w kulki lecisz Rus? A co, to ja muszę kiblować na dole zamiast inni? Wiesz kim jesteś. Wiesz kim JA jestem. Jestem gwiazdą tej orkiestry. Nie próbuj mnie wkurwić, bo zrobię Ci taki balet, o jakim nawet nie śniłeś. Mieliśmy umowę chyba, nie?
- Ooo, pokazałaś pazurki...skarbie. Lubię Cię taką. - Jego głos stał się prowokacyjny.
- Nie mów tak do mnie! - Prawie uniosła się krzykiem. - Mów o co Ci chodzi. Skończ z tą śmieszną zabawą.
- No dobrze. Skoro nalegasz. - Mężczyzna wyprostował się i spojrzał na nią. - Tydzień temu. Bankiet. Johanna wybuchnęła śmiechem, który usłyszał chyba cały korytarz. Po chwili uspokoiła się.
- Albo dostanę najlepszy pokój jaki jest możliwy, albo odchodzę do Wiener Philharmoniker. Masz czas do końca dnia. Miłej zabawy. - Kobieta wyjęła z torebeczki list, który wręczyła menadżerowi i ruszyła do windy.

Co za gbur. Co za gbur. Co za gbur. - Powtarzała w myślach cały czas, aż do przyjazdu windy. Gdy drzwi się otworzyły kobieta szybko przekroczyła próg i spojrzała na konsolę. Owszem, często widywała windy, ale żeby były tablica przycisków była na tyle skomplikowana, by nie wiedziała sama, gdzie chce jechać - to jej się nie przytrafiało.
- Proszę wybrać piętro na, które winda ma się udać. - mechaniczny głos powitał ją na start.
- Proszę wyblać piętro, sratytaty nanana. Obojętne kurwa gdzie pojadę. Chuj, niech będzie tutaj. Byle na powietrze. - Wcisnęła jakiś przypadkowy przycisk i winda ruszyła na dół.

Drzwi otworzyły się, a ją powitała wielka sala. Jednak z tego co pamiętała, każda sala ma wyjście i tutaj rodziły się dwa przypadki. Albo do następnej sali, albo na jakiś balkon czy taras. To jej było bardzo na rękę. Musiała się odprężyć, bo właśnie miała do przejścia x dni ze starymi piernikami, nudnymi biznesmenami oraz zarozumiałymi żonami ważnych polityków. Może wieczorem znajdzie jakąś rozrywkę, ale do wieczora nie wytrzyma. Co prawda występ ma co dwa dni, zaczynając od jutra. Dziś może przy szaleć. Mimo wszystko, musi uważać i trzymać się własnej procedury. Punkt pierwszy...rozpoznanie terenu i ewentualnych wrogów dobrej zabawy.
Jej taktyka się sprawdziła. Minęła kilka sal i w efekcie na samym końcu wyszła na świeże powietrze. Znajdowała się chyba gdzieś na najniższym pokładzie, bo przed nią był tylko taras i filary. No i banda. Trafiła chyba dobrze, bo nie widziała nikogo. Tak jej się przynajmniej wydawało.

- Sukces jest kompletny. - powiedziała cicho do siebie. Skręciła trochę w bok, by nie stać na samym środku i gdy doszła do winkla...stała tam kolejna z niekończącej się listy osób obsługi. Tym razem zamiast z rzeszy stewardów i stewardes stała kobita z obsługi medycznej. Ślepy mógł tylko nie zauważyć osoby w czerwonym stroju, wieloma odblaskami i wyraźnym napisem na plecach "RATOWNICTWO MEDYCZNE". Krótsze czarne włosy i pozycja nieco pochylona nad bandą, korzystając pewnie w taki miejscu z chwili izolacji od świata.
Joh spojrzała na nią spod oka i wiedziała, że jak zacznie uciekać czy coś, zrobi się to zbyt podejrzane. Zaczęła spokojnie. Podeszła do dziewczyny dość blisko, ale nie aż tak by ta nie poczuła się niezręcznie. Oparła się na burcie i wzięła dwa głębokie wdechy.
- Dziennikarka?

Ratowniczka na głos obróciła tylko głowę z nieco pytającą miną i średnio oczekującą nagłych pytań. Jej wzrok przez chwilą mierzył całą Joh, widząc osobę powiązaną z restauracją znajdującą się za plecami.
- Nie - odpowiedziała znużonym głosem średnio podtrzymującym rozmowę i zdecydowanie nie zainteresowanym dowcipami, by następnie wrócić do dłoni zaciągając lekko papierosa.

- Wspaniale. I już Cię lubię. - odparła kobieta i już miała sięgać do torebeczki...gdy jednak przezorność wygrała.
- Wice Prezydent Austrii ma się pojawić osobiście na konferencji. Mam do niego dojście. - Przekazała tą informację tak, jakby to była dla niej normalna sytuacja.

- Super, nie znam człowieka. - Odpowiedziała tak samo niemrawo jak ostatnio wzruszając zamiast ramionami to kancikami ust pociągając po raz kolejny.

- Świetnie. Współpracę uważam za rozpoczętą. - powiedziała bardzo żywo i z torebki wyciągnęła dość pokaźnego jointa. Już miała przyszykowaną zapalniczkę więc odrazu rozpaliła. Pierwszego bucha wciągnęła do momentu, aż jej prawie gałki wyszły z oczodołów, co mogło wprawić ratowniczkę w stan zdziwienia. Dodatkowo robiła to dość głośno. Gdy skończyła, wstrzymała powietrze i trzymała tak przez 5-6 sekund. Potem wypuściła z ust biały dym, a powietrze wokół niej nabrało charakterystycznego zapachu.

- Ty jaja sobie robisz, czy tak na serio? - Zaczęła zmieszana choć sama nie wiedziała na co dokładnie była to reakcja. Czy na bezpardonowe zachowanie, czy na wyciągniętego skręta.

- Ale...że o co się rozchodzi? - zapytała spokojnie, bo już czuła tą ulgę, którą dostarczała początkowo nikotyna.
- Aaa...no dobra, ale wyjątkowo. - wyciągnęła rękę ze skrętem w stronę Ratowniczki.

- Wal się - odrzuciła bez większego przejęcia, jednak z niezadowoleniem i skwaszoną miną - Schowaj to zanim ktoś zobaczy. Nie dam się wyje*ać przez jakąś babkę, co towar bierze od jakiegoś dilera z australi.

Kobieta spojrzała na nią i zaśmiała się cicho
- Dobrze mamo, już chowam. - by następnie wziąć kolejnego bucha i wydusić z siebie biały dym
- Spoko, teraz przynajmniej siedzimy w tym razem jak nas znajdą. Poza tym to nie towar z AUSTRALI tylko najlepszy towar z WIEDNIA, którego będąc szarą myszką nie załatwisz. Ja gówien nie ruszam. Wiesz ile się nachodziłam? Po drugie nie mogą wyrzucić osoby, której gaża kosztowała ich tyle co prawie całe piętro. Łatwa kalkulacja. - westchnęła cicho.

- W dupie mam gdzie to znalazłaś i ile Ci płacą - rzuciła skrzywiona z niezadowolenia wpatrując się w kobietę stojącą obok - Sama sobie w tym siedzisz. W mojej krwi nic nie znajdą - zaciągnęła się odwracając wzrok w przeciwną stronę.

- Poważnie wyglądam Ci na osobę, która ‘to’ znalazła? - pokręciła głową, ściągnęła ostatniego bucha i wyrzuciła resztkę do wody.
- Wiesz nie znam Cię i w ogóle...ale… - kobieta sięgnęła do torebki i wyciągnęła już normalnego papierosa, którego podpaliła i wzięła do ust
- Ale nie powinnaś wyżywać się na osobach, których nie znasz. Pomyśl, że nie tylko Ty masz problemy. Jakie by nie były.

Ratowniczka zadawała się nie reagować na moralne uniesienia nieznajomej. Nie odzywała się przez dłuższą chwilę w której nikt nie wiedział, czy w ogóle słyszała, co się do niej mówiło, czy może dała sobie chwilę na ochłonięcie. Zostało jej jeszcze połówka do wypalenia.

Wiolonczelistka zaciągała się papierosem powoli, tak samo jak długo trzymała to co wdycha w płucach.

- Jak wypłyniemy będzie tutaj kupa ludzi, nie będzie gdzie palić - wycisnęła z siebie ratowniczka bez większego przejęcia, czy emocji.

- Dlatego dobieram sobie najlepsze towarzyszki, które znają się na rzeczy. - powiedziała. - Johanne, Wiolonczelistka Berliner Philharmoniker - przedstawiła się wyciągając dłoń w stronę ratowniczki.

Może faktycznie nie potrzebne były oschłe reakcje? Napotkana kobieta spojrzała raz jeszcze na nowo poznaną artystkę, przełożyła papierosa do drugiej ręki, wypuściła dym bokiem i również podała dłoń witając się.

- Clementine May. I wybacz, ale nie mam bladego pojęcia, co to jest to na “B” - skomentowała odwracając się do bandy plecami i opierając łokciami.

Kobiety uścisnęły dłoń i wróciły do papierosa.
- Ja też nie. - powiedziała, starając się to obrócić w żart.
- Siedzisz na scenie i grasz, zabawiając starych oblechów, którzy przychodzą prawdopodobnie tylko by oglądać Twoje nogi. Bo i tak pewnie są głusi od 100 lat. Czuje się jak dziwka, tylko że estradowa. Dodatkowo w moim zespole są same miękkie faje, które są nudne jak flaki z olejem. Dlatego muszę się odprężać sama. - zrobiła przerwę na papierosa. - Teraz masz przynajmniej więdzę na artykuł na pierwszą stronę Bilda.

- Dwanaście godzin babrzesz się w cudzej krwi, jedziesz na sygnale setką w centrum miasta przeciskając się przez ruch uliczny. Robisz wszystko, by znaleźć się u poszkodowanego najszybciej jak się da. Wiesz, że jeśli będzie poślizg z czasem człowiek umrze. Wiesz, że jeśli popełnisz jeden błąd, człowiek umrze. Wiesz, że jeśli sama popełnisz błąd wylądujesz razem z motorem pod kołami ciężarówki prowadzonej przez średnio rozgarniętego kierowce. Bez przerwy masz świadomość tego, że jeśli nic nie zrobisz człowiek umrze na Twoich oczach. Ich rodziny będą wyklinać Cię do końca życia, że nie uratowałaś ich. Jeśli jednak to zrobisz, będą dziękować bogu, że był łaskaw jeszcze go nie zabierać z tego świata.

- A Ty palisz zioło nie mogąc wytrzymać godziny z gołymi nogami pokazywanymi paru tysiącom ludzi? Na Twoim miejscu byłabym najszczęśliwszą osobą na świecie - zakończyła mętnie patrząc się przez chwilę na artystkę, kończąc fajkę - Bez urazy, ale nie powiedziałabym, że masz takie same, czy większe problemy niż ja, a to tylko wierzchołek góry lodowej - zakończyła wzruszając zamiast ramionami to kancikami ust.

- Żyletka z Ciebie. Tym bardziej dobrze, że na siebie wpadłyśmy. - powiedziała i uśmiechnęła się. Ratowniczka miała po części racje. Tak jak ma ją każda osoba, która ocenia inną po dwóch zdaniach.
- Nadal próbujesz wcisnąć kit, że to z powodu pracy stoisz i wyżalasz się w głowie nad swoim życiem? Przejdź do konkretów. Co się stało? - odwróciła się do pozycji, w której stała ratowniczka.

- Wcale się nie użalam - odrzuciła obronnie i na odczepkę krzywiąc się lekko - Lubie to, co robię ale co za dużo to nie zdrowo.

Płonący koniec papierosa dobrnął już prawie do samego filtra. Przemieliło go trochę między palcami i pstrykając wyrzuciła za burtę.

- Odbijamy już a ja zaczynam dyżur. Nie tnij się rozbitymi kieliszkami to nie będę musiała za Tobą biegać - ratowniczka odkleiła się od bandy najwidoczniej uznając to za pożegnanie. Pochyliła się lekko łapiąc za dużą czerwoną torbę i zawiesiła ją na ramieniu kierując się na pobliskie schody.

Joh tylko uśmiechnęła się i pomachała.
- Zapowiada się ciekawy rejs.
Zaciągnęła się papierosem po raz ostatni.
 

Ostatnio edytowane przez BoYos : 27-03-2014 o 22:13.
BoYos jest offline  
Stary 28-03-2014, 00:41   #10
 
Cold's Avatar
 
Reputacja: 237 Cold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie coś
Heather sięgnęła po miskę z owocowym deserem i usiadła na skraju łóżka. Łyżeczką nabrała niewielką ilość tejże pyszności i skosztowała. Bita śmietana nie całkiem przypadła jej do gustu, ale owoce okazały się nawet smaczne.
Odstawiając miskę zjadła jeszcze kilka kawałków soczyście zielonego kiwi, po czym nalała sobie odrobinę wina do popicia.

Nie upijając jeszcze ani łyczka, podeszła do drzwi prowadzących na niewielki balkon. Otworzyła je na oścież, wpuszczając do kajuty świeże, morskie powietrze. Odetchnęła głęboko, przymykając powieki na moment i delektując się chwilą.
Postawiła krok do przodu i już znalazła się na balkonie, opierając się jedną ręką o barierkę, w drugiej trzymając lampkę wina. Upiła skromny łyk, zsunęła stylowe okulary przeciwsłoneczne z głowy na nos i oddała się chwili.

Lekka morska bryza rozwiewała kosmyki jej brązowych włosów, które niesfornie okalały dziewczęcą buzię.
Wpatrując się w horyzont, rozmyślała nad tym, jaką przygodę przyniesie jej zbliżający się rejs.

Gdy już opróżniła kieliszek wina, wróciła do kajuty. Zsunęła z nosa okulary przeciwsłoneczne i rzuciła je na miękką pościel rozłożoną na łóżku. Wylądowały zaraz obok egzemplarza najnowszego wydania magazynu ELLE, z którego okładki uwodzicielsko spoglądała Heather Moore.


- Hollywoodzka enigma... - Heather zaśmiała się pod nosem z tytułu, jaki nadała jej redakcja.
Przypomniała sobie także sam wywiad. Dziennikarka, która z nią rozmawiała, niejaka Karen Richardson, była jedną z najserdeczniejszych dziennikarek, jakie Heather spotkała do tej pory. Do tego prezentowała sobą coś więcej, niż te wszystkie hieny cmentarne, z którymi każda medialna osoba miała prędzej czy później do czynienia.
Sam wywiad miał miejsce kilka miesięcy wcześniej, niedługo po gali rozdania Oscarów. Heather była świeżą właścicielką tejże nagrody, otrzymała ją w kategorii najlepszej aktorki pierwszoplanowej, za rolę w dramacie „O czym marzę”.

Natomiast pseudonim nadany jej przez magazyn ELLE wziął się stąd, że Heather bardzo skromnie wypowiadała się o swoim życiu prywatnym, które poza kilkoma faktami było grubo owinięte tajemnicą. Karierę zaczęła w wieku dziecięcym i od tamtego czasu wiele nauczyła się na temat nieufności, nie tylko wobec prasy.

Sięgnęła po czarną kopertówkę, z której wyciągnęła telefon komórkowy. 6 nieodebranych połączeń. Nie miała jednak ochoty się tym przejmować, wystukała jedynie wiadomość tekstową do Antonia, by przygotował jej sukienkę na wieczór i schowała telefon z powrotem do torebki.

Podeszła do lustra, by poprawić fryzurę. Zaczesała lekko pofalowane włosy na bok, poprawiła grzywkę i musnęła usta nawilżającą pomadką. Brązowe, bystre oczy zakryła za szkłami ciemnych okularów i jeszcze tylko spryskała się perfumami o orzeźwiającej nucie zapachowej, po czym dzierżąc w dłoni swoją torebkę, postanowiła zwiedzić przynajmniej część pokładu.


Z pewnością chciała znaleźć siłownię lub chociażby coś na jej kształt, gdzie mogłaby spędzać przynajmniej godzinę dziennie na bieżni. Kolejnym punktem wycieczki był basen i ocena, na ile nadaje się do pływania, a nie do wesołego pluskania z drinkami. Przed wieczorną imprezą próbowała także unikać menadżera oraz całej ekipy filmowej, chciała się rozkoszować ostatnimi godzinami prywatności.
Ostatnim przystankiem miał być bar, gdzie zamierzała zapoznać się z kimś ciekawym, kto umiliłby jej czas interesującą rozmową.
 
__________________
Jaka, sądzisz, jest biblia cygańska?
Niepisana, wędrowna, wróżebna.
Naszeptała ją babom noc srebrna,
Naświetliła luna świętojańska.
Cold jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 11:17.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166