Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 25-07-2014, 11:15   #1
 
Python's Avatar
 
Reputacja: 132 Python wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znany
Wagon nr 4 - Spotkanie na granicy

Nowy Jork nieoficjalna stolica współczesnego świata. Współczesny Babilon. Siedziba największych finansowych instytucji na świecie. Dom dla ponad ośmiu i pół miliona ludzi. Miasto, które przytłacza swym ogromem, a jednocześnie fascynuje i zadziwia.
To tu mają miejsce mają miejsce najokrutniejsze zbrodnie i przestępstwa. I to tu ma się odnaleźć dwóch mężczyzn, którzy wiedzieli się tylko przez chwilę we śnie.


Mark Cooper
Cooper mimo, że minęło już kilka dni, nadal był zmieszany i sfrustrowany. Nie potrafił wyjaśnić, ani wytłumaczyć tego, co się stało. Nie potrafił racjonalnie opowiedzieć o tym, co mu się przydarzyło. Wizyta w metrze, która skończyła się w porzuconym na bocznicy nie dawał mu jednak spokoju. Ta sprawa dotykała kwintesencji jego istnienia, jądra jego duszy. Nadal w uszach miał słowa tajemniczych mnichów, którzy twierdzili że został wybrany. Sam jednak nie potrafił powiedzieć, ani przez kogo, ani do czego.
Także obietnica, którą złożył dręczyła go niemiłosiernie. Wiedział, że musi odnaleźć tego mężczyznę i spróbować mu pomóc.

Cooper jako człowiek do głębi pragmatyczny rozpoczął poszukiwania do przeszukania gazetowych archiwów oraz stron internetowych. Zebrał pokaźną ilość materiałów dotyczących zaginięcia Lucy O'Brain. Jej ojciec był policjantem i ten fakt mocno wrył się w pamięć Coopera. Dziewczynka, jak twierdziły gazety została uprowadzona sprzed własnego domu. Nie było świadków tego zaginięcia, ale porzucone na trawników zabawki wskazywały na prawdopodobieństwo takiego przebiegu zdarzeń. Na miejscu nie odnaleziono żadnych śladów, mogących naprowadzić policję na ślad. Psy zgubiły trop zaledwie po kilkunastu metrach. Zakrojone na szeroką skalę poszukiwania także nic nie dały. Co ciekawe nie było to pierwsze zaginięcie dziecka w tej okolicy. W ciągu sześciu miesięcy zanotowano, aż cztery takie przypadki. Dziennikarze sugerowali nawet możliwość działania seryjnego gwałciciela i mordercy, ale policja usilnie zaprzeczała tego typu insynuacjom.
Gdy po dwóch tygodniach od zaginięcia udało się znaleźć ciało dziewczynki, śledztwo dostało nowego impulsu. Ślady znalezione na miejscu zbrodni pozwoliły wysnuć wniosek, że odpowiedzialnym za tę okrutną zbrodnię jest ojciec dziewczynki. Ponoć w miejscu, gdzie zostało porzucone ciało Lucy, policja odnalazła materiał genetyczny, który wskazywał na ojca. Nie był to jednak dowód w pełni obciążający i pozwolił tylko na wytoczenie procesu poszlakowego. Proces ten był bardzo medialny i żył nim prawie cały kraj. Kilka włosów nie wystarczyło do skazania Thomas O'Braina. Obrońca przez cały proces wskazywał na to, że to inna osoba zgwałciła dziewczynkę. Ich jedno z badań wykazało obecność materiału genetycznego ojca w pochwie dziewczynki, to kolejne ekspertyzy nie potwierdziły tego faktu. Sprawa była dziwna i zagadkowa i powołani przez sąd biegli nie potrafili w pełni wyjaśnić tego typu sytuacji. Wskazywano głównie na ludzki błąd w czasie pobierania próbki. Przysięgli wydali wyrok uniewinniający, a eksperci wskazywali że największy udział w tym miała udział nie mowa końcowa obrońcy, czy prokuratora, ale słowa ojca. Wygłosił on jej tuż przed tym, jak przysięgli udali się na naradę w sprawie wydania wyroku.

"- Nazywam się Thomas O'Brain. Jestem policjantem i ojcem zamordowanej i zgwałconej Lucy, mojej kochanej Lucy. Jestem tu... jestem tu, bo tak kochałem moją córkę, że za wszelką cenę chciałem ją odnaleźć. Za wszelką cenę chciałem, aby żyła. Być może popełniłem błąd... być może posunąłem się za daleko. Jednak kto z nas, rodziców, nie zrobiłby wszystkiego, aby ratować swoje dziecko. Strata i ból będą ze mną do końca życia. I wiem, że nic go nie ukoi. Jestem policjantem i nie raz widziałem śmierć. Jednak śmierć dziecka nie da się porównać z niczym. Każda wypala w ludzkiej duszy dziurę nie do zasklepienia. Zawiodłem moją Lucy i tylko za to mogę odpowiadać."

Sentymentalna i ckliwa przemowa podziałała i Thomas O'Braina został uniewinniony. Z tego, co donosiły gazety w niczym mu to nie pomogło. Został ponoć zwolniony z pracy i leczył się psychiatrycznie.
To temu człowiekowi Cooper obiecał pomoc. Trzeba go teraz było tylko odnaleźć.

Thomas O'Brain
Sen. Sen, który niczym powtarzające się po sobie pory roku, w niezmienionej formie nawiedzał Thomasa, stał się impulsem do przebudzenia. Miesiące marazmu, depresji i wegetacji skończyły się. Wystarczyło jedno słowo, aby O'Braina nabrał chęci do działania.
Sen sprawił jednak także, że ból ponownie uderzył w Thomasa z całą siłą. Ponownie w jego umyśle pojawiły się obrazy, które za wszelką cenę starał się wymazać. Kałuża krwi, jego mała Lucy leżąca w rozkroku niczym porzucona na śmietniku lalka i jej błagalne spojrzenie. Spojrzenie, które będzie go prześladowało do końca życia. Wspomnienia przebiły się przez alkoholowe opary i zaatakowały umysł Thomasa.
Tym razem jednak ciężar winy nie przygniótł go. Widok zmasakrowanej córeczki wlał w niego wielką siłę i wielką nienawiść. Nienawiść, która jak sam czuł mogła go zaprowadzić do bram piekieł.

Stojąc przed lustrem w małej łazience, Thomas zastanawiał się jak znajdzie mężczyznę, który obiecał mu pomoc. Mężczyznę, którego widział w tym chorym śnie.
Wiedział, że nie będzie to łatwe zadanie. Czuł jednak, że jest on gdzieś bardzo blisko. Czuł, że go odnajdzie.
 
__________________
Pies po kastracji nie staje się suką.
"To mój holocaust - program zagłady bogów"
"Odważni nigdy nie giną, mając tylko wiarę i butelki z benzyną" Konstruktor
Python jest offline  
Stary 25-07-2014, 11:40   #2
Banned
 
Reputacja: 0 Gveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumny
Nijaki sen, pełen sprzecznych wizji, kolorów i słów. Nie potrafię śnić koszmarów - już dawno stały się rzeczywistością. Weszły w moje życie z butami, zostawiając ślady.

Otwieram powieki. Lekko rozmyty Świat atakuje moje zmysły. Nie mogę spać. Ledwo co żyje, jestem na krawędzi. Niewiele brakuje, abym zaczął brać psychotropy. Ostatnie cząstki człowieczeństwa zostały mi odebrane.
Najpierw odejście Marge, a potem mojego oczka w głowie. Sen, ten szczątkowy, przynosi chwilę ukojenia od rzeczywistości dnia.

Wymięta pościel, która wchłonęła smutki nocy owinęła mnie w szczelny kokon. Jeśli mógłbym... jeśli tylko mógłbym nigdy bym się z niej nie wychodził. Życie ukradło mi wszystko - godność, człowieczeństwo, miłość i spokój.
Leżę, leżę czekając na lepsze. Zupełnie jakby wszystko było złym snem. Szczypie się kilka razy, ale kurwa... przecież coś takiego jak świadomy sen istnieje, prawda?
Dopiero dźwięk telefonu wybija mnie z złudzeń. Staczam się z łóżka wprost na podłogę. Kilka butelek po alkoholu rozbiega się pod wpływem fali uderzeniowej. Jack Daniels, kilka piw, jakaś wódka. Polska, o imieniu tego króla. Bruce wie co reklamuje, oj wie.

Zanim zrzuciłem z siebie oprawcę w postaci kołdry, telefon zdążył dzwonić trzy razy. Na pewno nie był to Chris, mój prawnik. Wszystko już ustaliliśmy, więc po co? Znowu mają mnie oskarżyć? Proszę kurwa bardzo.. nie mam nic do stracenia. Moje życie dobiegło końca.
O Margaret nie ma mowy. Z resztą, ta suka zostawiła mnie i Lucy. Miałem tylko ją, tylko moją ukochaną córeczkę. Szczęście, że po matce odziedziczyła część urody. Charakter zyskała po mnie, nie wykazywał zołzowatych cech.
Pozostała możliwość kogoś z rodziny.

Dotaczam się do biurka na którym zostawiłem telefon. Telefon znanej fińskiej marki odznacza się ciężarem w mojej dłoni - kolejny dowód na to, że nie śnię.
Szybkie sprawdzenie połączeń. Kurwa, jak dobrze, że są te kafelki. Prostota to coś dobrego dla takiego faceta jak ja.
Trzy nieodebrane połączenia od matki. Zatroskana rodzicielka. Właściwie.. pozostali mi tylko oni. Ani matka, ani ojciec czy reszta mojej rodziny nie wierzyła w moją winę. Ich wsparcie trzyma mnie jeszcze w kupie. Jeszcze..

Telefon atakuje szybkim dźwiękiem dzwonka. Klik w ikonkę i aparat do ucha.
- Thomas, dzięki Bogu! Martwiłam się o Ciebie..
Mruczę na znak zrozumienia. Kochana matka..
- Rozmawiałam z ojcem. Myśleliśmy, że może wrócisz do nas, do Hamilton.
Rodzinne miasto, rodzina. Dawne lata i wspomnienia. Czego mam tam szukać? Szczęścia? Zemsty? Zbawienia kurwa mać?!
- Mamo.. doceniam waszą pomoc, ale na razie zostanę tutaj. Jeśli będę chciał, poinformuje was.
Długie westchnienie. Martwi się, ma do tego święte prawo. Matki nie da się oszukać. Mają rada przyzwoitości, radar intencji i cholera wie czego. Nie ważne jakbym był stary, dla niej zawsze pozostanę małym Thomasem.
- Dobrze, ale uważaj na siebie. Dzwoń do nas, martwimy się o Ciebie. Ta tragedia odcisnęła na Tobie straszne piętno.

Rozłączam się. Nie chcę dłużej słuchać matczynej troski. Nie to jest mi teraz potrzebne.
Chcę łyka czegoś co zawiera alkohol i prysznicu. Kac niemiłosiernie dobija się do czaszki i nie daje o sobie zapomnieć.
Tak samo jak wina za śmierć Lucy. Do końca życia będę nosił w sobie piętno winy.
***


Przecieram moją zmęczoną twarz. Coraz więcej siwych włosów i zmarszczek pojawia się na twarzy. Zupełnie jakby Los w postaci rolnika orał moją twarz do woli. Niczym własne pole.. bez litości, byle szybko. Byle zasiać ziarna żalu, zwątpienia, strachu i zniszczenia.

Strugi porannego prysznica zmyły ze mnie opary wczorajszego dnia oraz alkoholową powłokę.
Teraz stoję owinięty w ręcznik. Opieram głowę o lusterko i zamykam oczy.
Obrazy zaskakują same, zaczynają pojawiać się i znikać. Raz szybko, raz wolno. Przeszłość, teraźniejszość i możliwa przyszłość - ja na sznurze. Jeśli nie znajdę tego człowieka, nigdy nie zaznam spokoju.

Postanawiam się ogarnąć. Pościel - mokrą od potu i łez, zbieram z łóżka i rozwieszam w łazience.
Puste butelki i kilka petów ląduje w koszu. Co mnie kurwa podkusiło aby palić?! Nigdy tego nie robiłem. Pić piłem w przeszłości, ale nigdy nie paliłem. Odwaliło mi do końca.

Po kilkunastu minutach mieszkanie jest ogarnięte. Na tyle ile mogłem..
Stara farba na ścianach zaczyna przybierać kremowy kolor. Pojedynczy żyrandol z mały wiatraczkiem działa, zupełnie jak w starych filmach noir. Małe biuro detektywa, zasnute oparami cygara i półmrokiem miasta. Małe łóżko stojące nieopodal okna, stolik pośrodku pokoju. Dwie małe pufy. Regał, biurko, na którym stoi teraz komputer i wejście do małej kuchni.

Staje się coś niezwykłego - po raz pierwszy od wielu miesięcy otwieram okno. Huk miasta o mało nie rozsadza mi czaszki, ale potrzebowałem tego. Czuje, że to nie koszmar, jawa czy chore wizje. To rzeczywistość, jestem jej panem... no dobra, jeszcze i tyle o ile.
Muszę znaleźć tego człowieka!

Wysoki, młodszy ode mnie, o dłuższych włosach i w granatowym garniturze. Kurwa, w samym Brooklynie jest takich setki. A co jeśli mieszka na Manhattanie?
Czy taki gość mógłby być notowany przez policje? Wydaje się być urzędnikiem, biznesmenem, bankierem - kimś ważnym. Jednak z doświadczenia wiem, że tacy nie są święci. O ile biedni ludzie popełniają stały katalog przestępstw, tacy niepozorni są najgroźniejsi.

I nagle.. pewna myśl.
Zasiadam do komputera. Maszyna zaskakuje i zaczyna rozruch. Ma trochę lat, system operacyjny nie należy do nowinek ale chuj! Niezawodność ponad wszystko.
Na fali pomysłu lecę do kuchni. Nastawiam wodę na kawę. Dwie łyżeczki, łyżeczka cukru. Wrzątek i potem mleko - idealnie.

Z kubkiem gorącej cieczy zasiadam do pracy.
Kilka komend, kilka kliknięć i mam dostęp do zdalnej kartoteki okolic Brooklynu. Całe moje szczęście, że służyłem w dochodzeniówce. Mam bardzo szeroki dostęp, szef nie musi wiedzieć o tym co robię. Łysy pingwin..
- Voila! - krzyczę zadowolony.
Dostęp przyznany.
Okręgi Brooklynu zaczynają się od posterunków 60 do 94. Czeka mnie sporo pracy, ale czas to akurat luksus na, który dziś mnie stać. Zatapiam się w poszukiwaniach, jak za dawnych lat. Znowu na tropie.
 

Ostatnio edytowane przez Gveir : 26-07-2014 o 12:33.
Gveir jest offline  
Stary 27-07-2014, 21:14   #3
 
Caleb's Avatar
 
Reputacja: 8070 Caleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputację
Leżę na łóżku w swoim pokoju i przyglądam się leniwym ruchom wiatraka. Żona już jakiś czas temu poddała się i nie pyta co mi jest. Nie dziwię się. Od dawna nie próbuje udawać, że jej zależy.
Co tak naprawdę przeżyłem? Nie potrafię sobie jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony był to szok dla całego mojego jestestwa. Z drugiej, doświadczenie wzmocniło mnie w osobliwy sposób. I nie chodzi o wątek rzekomego wybrańca. Czuję jakby wiele zablokowanych elementów w moim umyśle zaczęło nagle pracować w gorączkowym tempie.
Powoli dźwigam się z posłania. Spoglądam na kalendarz, który przyniosłem z pracy. Jest sobota. Chyba zatracam poczucie czasu. Mija tydzień, od kiedy wziąłem urlop. Wbrew pozorom nie próżnuję jednak.


Jedna ze ścian mojego pokoju pokryta jest osobliwą tapetą. Składają się nań wycinki z gazet, artykuły, zdjęcia jakie udało mi się zdobyć. Wszystkie dotyczą jednej osoby. Stoję na przeciwko mojego monumentalnego dzieła, obserwując czerwone linie, łączące mapę prywatnego śledztwa. Na początku nie szło łatwo. Miałem tylko zatarte wspomnienie z metra i jeden tekst z gazety. Jednak w przeciągu ostatnich dni udało mi się dowiedzieć znacznie więcej, niż się spodziewałem.
Thomas O'Brain. Człowiek, który stracił wszystko i któremu obiecałem pomóc. Dlaczego? Jeśli mam być szczery, nie wiem. Filozof powiedział kiedyś, że tylko ból jest autentyczny. Z pewnością rozpacz tamtego człowieka była prawdziwa, nawet jeśli reszta mojej podróży pozostawała ułudą. Czułem, iż w jego tragedii jest niedopowiedziany akt, którego brzemienia sam nie potrafi udźwignąć.
Problem to znalezienie tego człowieka w tak dużym mieście. Żadne media nie dawały nawet poszlaki gdzie faceta szukać. I nic dziwnego. Opinia publiczna wciąż żyje plotkami, że to on jest winny zamordowania córki. Nie brakuje samozwańczych wykonawców sprawiedliwości.
Tysięczny raz przebiegam opuszkami palców raz po pinezkach, które trzymają fragmenty papieru oraz celuloidu.
- Gdzie jesteś Thomasie? - mówię do siebie, szukając czegoś, co mi umknęło.
Wreszcie mój wzrok spoczywa na zdjęciu obrońcy z sądu.


Patrick Lockhard. Papuga nie ma sobie równych. Żaden z jego klientów nie przegrał sprawy. Czuję podniecenie, bowiem coś mi świta. Dobiegam do biurka i przerzucam służbowe papiery. Trochę to trwa, nim znajduję właściwy plik. Tak sądziłem, że skądś znam tę twarz. Teczka, którą teraz trzymam jest moją kartą przetargową. Dwa lata temu w moim oddziale wykryto, że Lockhard dokonuje oszustw podatkowych. Zajmowałem się wtedy jego sprawą. Chciałem, aby trafiło to na policję, lecz skurwiel miał plecy dosłownie wszędzie. Nie wiem jak to załatwił. Szef po prostu przyszedł do mnie, każąc bym zniszczył wszelkie ślady obciążające prawnika. Ugiąłem się, choć z ciężkim sercem. To było wbrew moim zasadom. Po kryjomu dokonałem kopii kilku wyciągów bankowych. Marna próba podratowania sumienia. Wiedziałem, że nigdy ich tak naprawdę nie użyję.
Już kiedy zbiegam na dół, pakując aktówkę oraz ignorując słowa żony z kuchni, wymyślam potencjalny przebieg naszej rozmowy. Gdy wsiadam do samochodu, przygotowuję wszelkie argumenty na wypadek, gdyby drań mnie przyskrzynił.
Strategia jest prosta. Domagam się widzenia z jegomościem. Chcę od niego adres O'Briana, szantażując dokumentami. Nie mam zamiaru ich użyć i tym razem. Człowiek z takimi dojściami mógłby mnie bez problemu zniszczyć. Niech jednak myśli, że jestem na tyle bezczelny, aby próbować go podejść. Pocę się, gdyż wiem, że potyczka słowna z tym osobnikiem będzie trudna. W dodatku nie jestem dobrym kłamcą. Spoglądam na wizytówkę Lockharda stanowiącą załącznik do moich dokumentów. Znajduje się na niej adres gabinetu podany pod imieniem i nazwiskiem.
 

Ostatnio edytowane przez Caleb : 27-07-2014 o 21:29. Powód: kosmetyka
Caleb jest offline  
Stary 28-07-2014, 16:36   #4
 
Python's Avatar
 
Reputacja: 132 Python wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znany
"Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść."
Ryszard Kapuściński




Oddaleni od siebie, a jednocześnie będący tak blisko, dwaj mężczyźnie nie podejrzewali nawet jak wiele ich łączy. Los, czy też złośliwi bogowie skrzyżował ich drogi życia i popchnął do spotkania.
Drobnego, a wręcz iluzorycznego spotkania, które zmieniło ich osobowość i życie i postrzeganie świata. Oni sami nie zdawali sobie jeszcze z tego sprawy, jak ciężka ich czeka próba i na jak okropną drogę właśnie wkroczyli.


Ludowa mądrość mówi, że "dla chcącego nic trudne" i zarówno Cooper, jak i O'Brain udowodnili to. Poszukiwanie nieznanego mężczyzny w wielkim, współczesnym mieście zdawać, by się mogło zadaniem wręcz niewykonalnym. Oni jednak niczym mityczny Hercules podjęli się tego zadania wierząc, że przyniesie im ono odpowiedzi na które czekają.

Mark Cooper
Gabinet Lockhard, jak przystało na prawnika jego klasy emanował nienachalną elegancją i przepychem. Skórzane fotele, pikowane kanapy i gustowna biblioteczka zapełniona prawniczymi woluminami. Na ścianach dumnie wyeksponowane były dyplomy, nagrody i zdjęcia ze znamienitymi postaciami świata polityki i mediów.
Dopiero teraz Mark zadał sobie pytanie skąd taki człowiek jak O'Brain miał pieniądze na takiego prawnika.
Był przecież zwykłym gliniarzem i policyjna pensja na pewno nie starczyłaby na taką ekstrawagancję.
Być Lockhard sam zgłosił się do tej sprawy węsząc w niej możliwość zdobycia sławy i pokazania się w mediach.
Oczekując na spotkanie z prawnikiem Cooper odnotował w pamięci, że musi to sprawdzić.

Sekretarka powiedziała, że pan mecenas trochę spóźni, gdyż został pilnie wezwany do sądu. Wpuściła ona Coopera do gabinetu szefa i poprosiła, aby poczekał.
Cooper czuł się, jak przed ważnym egzaminem. Ręce mu się pociły, a język w gardle zrobił się niczym gruby, wyschnięty sznur. Bał się, choć sam nie wiedział czego.
Być może chodziło o to, że łamie własne zasady i przekracza granicę, która jeszcze kilka dni temu była dla niego niewyobrażalnie daleko.

Gdy w końcu zjawił się mecenas Lockhard, Cooper możliwie najłagodniej wyłuszczył mu całą sprawę.
Ten słuchał w milczeniu i z zadziwiającym spokojem. Jedynie surowe spojrzenie taksowało Marka przez cały czas. Siła tego spojrzenia była tak duża, że pod koniec swojej wypowiedzi Cooper zaczął się mimowolnie jąkać, choć do tej pory nigdy mu się to w życiu nie zdarzało.
- Jest pan podłą gnidą - odparł po chwili Lochhard - Podłą wszą, gdyż tylko tacy ludzie posuwają się do szantażu. Zdaje pan sobie sprawę, że mógłbym pana wyrzucić na zbity pysk. Mógłbym też wezwać policję, a następnie posadzić pana na kilka latek za kraty. Pan jednak nie chce pieniędzy i to mnie zastanawia. Powiem nawet więcej fascynuje.
Lockhard wstał i zbliżył się do okna.
- Ten O'Brain, to dziwny typ, mówię panu. Dam panu ten adres, ale musi mi pan powiedzieć, po co się chce z nim spotkać. Nie wygląda pan na dziennikarza, ani na kogoś kto chciałby napisać o tym gościu książkę. Co więc pana do niego ciągnie?


Thomas O'Brain
Przez kilka kolejnych dni Thomas praktycznie nie odchodził od komputera. Wiedział, że ryzykuje. Jego hasła mogły być, a nawet powinny być unieważnione. Każda kolejna godzina spędzona na przeszukiwaniu archiwum mogła sprawić, że ktoś w końcu dostrzeże. Oznaczało to nie tylko kres możliwości odnalezienia tego faceta, ale także kolejny problemy z prawem. A to nie było mu potrzebne do szczęścia.
Sprawa była dla niego jednak zbyt ważna, aby odpuścić. Kolejne kolumny, kolejne setki dany, raportów i mandatów. Oczy go już piekły, a ręka trzymają myszkę zaczynała drętwieć. O'Brain mimo to nie przerwał poszukiwań, choć z każdą upływająca godziną zaczynał tracić nadzieję na to, że mu się uda.
Niemal setki godzin wytężonej pracy przyniosły jednak skutek. Niewiele brakowało, a O'Brain przeoczyłby ten mandat. Jeden pojedynczy i praktycznie nic nie znaczący mandat za złe parkowanie. To było jedyne przestępstwo, a właściwie wykroczenie, którego w całym swoim życiu dopuścił się Mark Cooper.
O'Brain przyglądał się zdjęciu z prawo jazdy. To on. Nie miał wątpliwości. Miał jego adres i miał nadzieję, że ten nie zmienił się od czasu wystawienia mandatu. Za nim O'Brain ruszył na spotkanie, postanowił sprawdzić jeszcze wszystkie serwisy społecznościowe. W dzisiejszym świecie było to źródło informacji niemal tak samo dobre, jak policyjne kartoteki, a w niektórych sytuacjach nawet lepsze. Jednak ku zaskoczeniu O'Brain, Cooper nie figurował w żadnym z popularnych serwisów. Jedyną więc nadzieją był adres z prawo jazdy.

Wyjście na ulicę było dla O'Brain niczym koszmarny sen. Zdawało mu się, że wszyscy przechodnie się na niego gapią. Że śledzą jego ruchy, że przyglądają mu się podejrzliwie.
Udało mu się przestać pić, ale organizm dotkliwie odczuwał braki procentów, jakimi karmił go przez ostatnie miesiące. Żołądek go ssał, a dłonie delikatnie drżały. O'Brain musiał być jednak trzeźwy. Za wszelką cenę. I choć korciło go by wstąpić do baru, choćby na jedno piwo, to powstrzymał się.
Wbiegł na stację metra i usiadł na końcu ostatniego wagonu.
Poza nim siedziała tutaj tylko stara meksykanka oraz pewien łysy mężczyzna. Gość napastliwie przyglądał się O'Brainowi. Thomas był niemal pewny, że zaraz się on o coś przyczepi i wyjdzie z tego niezła awantura.

W oczach mężczyzny było coś, co budziło niemal instynktowny lęk O'Braina. Widywał już takie spojrzenia. Tak patrzyli ludzie, którzy dopuścili się okrutnych i bestialskich czynów. Ludzie, którzy przekroczyli wszelkie granice i nie bali się niczego.
Gdy pociąg stanął na docelowej stacji O'Braina, ten był niemal pewny, że łysy gość wysiądzie razem z nim. Ku jego zaskoczeniu tak się nie stało.
Drzwi wagonów zamknęły się, a Thomas z ulga ruszył w kierunku schodów na powierzchnię. Pociąg rozpędzał się i mijał właśnie Thomasa. I w tym właśnie momencie łysy gość doskoczył do szyby i przyklei się do niej niczym wściekły pies. O'Brain z przerażeniem cofnął się o krok, a przez chwilę zdawało mu się, że zamiast wykrzywionej w grymasie nienawiści twarzy skina widzi wyszczerzony pysk krwiożerczej bestii rodem z horrorów.

Trwało to dosłownie ułamek sekundy, ale i tak wystarczyło aby Thomas omal nie dostał ataku serca.
Metro odjechało, a wraz z nim potworna iluzja.

Dom Coopera znajdował się przy szerokiej alei, która wysadzana była rozłożystymi klonami. Zadbany trawnik i nieskazitelny podjazd wskazywał, że gospodarze to przykładna, amerykańska rodzina. W lepszych czasach O'Brain też miał taki dom i rodzinę. To była już tylko przeszłość i nie było sensu do tego wracać i popadać w niepotrzebną nostalgię.
O'Brain zadzwonił i czekał. Nikt nie odpowiadał. Zadzwonił, więc jeszcze raz. I znowu nic.
- Dzień dobry - usłyszał nagle za swoimi plecami - Państwa Cooper nie ma teraz w domu - poinformował z udawaną życzliwością gruby mężczyzna, który najwyraźniej był wścibskim sąsiadem.
- Mogę panu w czymś pomóc?
 
__________________
Pies po kastracji nie staje się suką.
"To mój holocaust - program zagłady bogów"
"Odważni nigdy nie giną, mając tylko wiarę i butelki z benzyną" Konstruktor

Ostatnio edytowane przez Python : 28-07-2014 o 19:04.
Python jest offline  
Stary 28-07-2014, 20:14   #5
Banned
 
Reputacja: 0 Gveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumny
Świat zewnętrzny. Brzmi cholernie paradoksalnie, ale nie potrafię tego nazwać inaczej.
Alkohol, który od dłuższego czasu stał się mi jedynym przyjacielem, teraz dobijał się do bram mózgu.
Kontrolował żołądek i szeptał słodko-gorzkie prośby o uzupełnienie brakującej części mojego dotychczasowego życia.
I jeszcze te spojrzenia ludzi. Czy wyglądam na pierdolonego żebraka czy trędowatego?
Skórzana kurtka, normalny t-shirt i jeansy nie kwalifikują mnie do tej grupy.

Z skanem prawa jazdy łatwiej jest mi dostać się do upragnionego celu. Mam tylko nadzieje, że Mark nie wywinie się z swojej obietnicy.
***

Metro. Kolejni ludzie. Przez śmierć Lucy zrobiłem się strasznie aspołeczny. Nigdy nie byłem wulkanem społeczności czy mega ekstrawertykiem, jednak taka asceza od społeczeństwa daje się we znaki.
W dodatku ten łysy gość. Przygląda się mi z miną psa obronnego, pitbulla gotowego do skoku. Doskoczyć, wygryźć gardło - spełnić swój obowiązek wobec terenu i właściciela. Kto może być właścicielem takiego ogara? Nie przypominam go sobie z lat służby. Pamiętałbym mordę, którą aresztowałem czy przesłuchiwałem. Tego nie da się wymazać.
A mimo tego.. coś budzi we mnie lęk. Nie daję tego po sobie poznać, tak samo tego, że jestem gotów do ewentualnej obrony. Gość jest wyższy, kipi od niego nienawiścią. Wręcz nieludzką..

Mam dziwne obawy, że typ wyjdzie na tej samej stacji co ja. Podchodząc do drzwi obserwuje go w szybie wagonu. Nadal mnie obserwuje. Czego chce?
Gdy pociąg dobija do stacji i otwiera drzwi, wyskakuje na peron z wyraźną ulgą.
To tylko zaczątki paranoi alkoholika i byłego pijaka. Nic niezwykłego.
I wtedy.. gdy dochodzę do schodów, a pociąg rusza w dalszy bieg, łysy doskakuje do szyby i wyszczerzą ryj.
Niczym pies, drapieżnik. Tylko, że pies.. nie, to tylko omamy. Twarz łysego mężczyzny przybrała w ułamku sekundy upiorny wyraz, niczym zdeformowana bestia z horrorów.
Odskakuje w tył, lądując plecami na kolumnie. Cholerne koszmary i alkohol!
***

Okolica jest bardzo ładna.
Zadbana, o wiele lepsza niż Brooklyn. Zupełnie jak z amerykańskiego snu.
Domy dla porządnych ludzi z rodzinami. Matko.. ja sam miałem kiedyś rodzinę i porządne życie.
Skromne ale spokojne, takie jakiego chciałem. Całą lawinę zaczęło odejście tej suki i skończyło się na śmierci mojego aniołka.
Przecieram oczy, aby się nie rozkleić. Obrazy malutkiego Lucy atakują mój mózg raz za razem.
Świadomość, że nie zobaczę jej idącej do pierwszej klasy szkoły podstawowej czy liceum... że nie zobaczę jak dorasta. Kurwa, dosyć.

Szybki rzut oka na adres. Jestem blisko. Zbyt blisko i gładko mi poszło..
Dzwonię kilka razy do drzwi, jednak odpowiada mi głucha cisza. Świetnie, po prostu kurwa świetnie. Najgorzej, że nie mam jego numeru telefonu czy innych danych kontaktowych. Szlag!
- Dzień dobry, mogę panu w czymś pomóc?
Odwracam się gwałtownie i widzę jego - spasłego gościa, z trzema podbródkami, świńskimi oczkami i zakolami. Świetnie kurwa, znam takich jak on. Niezawodna straż sąsiedzka na cały etat i samozatrudnienie. Upierdliwa świnia, która nie przepuści okazji, aby podejrzeć czy uszczypnąć kawałku prywatności drugiej osoby.

Odchrząkuje i przybieram mój dawny wyraz twarzy śledczego. Możesz z gliniarza zdjąć mundur, ale aury nigdy nie zdejmiesz. I to jest moja karta przetargowa.
Świdruje go przez chwilę wzrokiem, po czym odzywam się powoli i miarowo
- Nie sądzę. Chyba, że jest pan w stanie sprowadzić tutaj w ciągu sekundy pana Coopera. Najwyraźniej go nie zastałem, szkoda. Pewnie się minęliśmy... nie wie pan, gdzie może być Mark Cooper?
 
Gveir jest offline  
Stary 28-07-2014, 22:52   #6
 
Python's Avatar
 
Reputacja: 132 Python wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znany
Thomas O'Brain
Mężczyzna uważnie przyglądał się Thomasowi, gdy ten mówił do niego. Dostawał najwyraźniej sprzeczne sygnały i dawało mu to mocno do zastanowienia. Podszedł bliżej, jakby chciał się dokładniej przyjrzeć mężczyźnie. Cały czas lustrował O'Braina od stóp do głów.
- Państwo Cooper są zapewne w pracy. A z kim mam właściwie przyjemność, jeśli można spytać?
 
__________________
Pies po kastracji nie staje się suką.
"To mój holocaust - program zagłady bogów"
"Odważni nigdy nie giną, mając tylko wiarę i butelki z benzyną" Konstruktor
Python jest offline  
Stary 29-07-2014, 08:57   #7
 
Caleb's Avatar
 
Reputacja: 8070 Caleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputację
Nie sądzę, że Lockhard był tak zajęty, by kazać mi tyle czekać. Podejrzewam raczej ostentacyjny pokaz statusu. Tacy ludzie jak on, muszą cały czas pokreślać swoją wyższość. Inaczej korona mu z głowy spadnie, te rzeczy.
Przechadzam się parę razy po gabinecie prawnika. W popielniczce leżą zgaszone cygara, na ścianie - rekonstrukcja Rembrandta, zaś w powietrzu wciąż unosi się zapach dobrej wody kolońskiej. Jakoś ten obraz nie pasuje do imidżu obrońcy gliny z klasy średniej. Osobliwe przyznam, ale ostatnimi czasy trudno mnie już zadziwić.
Pojawił się i Lockhard. Siadł za biurkiem, niczym nie częstował, nie bawił się w żadne towarzyskie ceregiele. Wytłumaczyłem mu lakonicznie i bez zbędnej ekspresji swoje stanowisko. Ten nieznacznie sapnął, poprawił pas.
- Jest pan podłą gnidą. Podłą wszą, gdyż tylko tacy ludzie posuwają się do szantażu.
Muszę ciągnąć dalej tę farsę. Trzeba odbić piłeczkę, bo uzna jeszcze, że będę go słuchał jak posłuszny cielak.
- Mocne słowa jak na kogoś, kto kpi sobie z litery prawa.
Nie mogę powiedzieć, czy właśnię poczuł się urażony. Urwał tylko na chwilę i podjął znowu:
- Zdaje pan sobie sprawę, że mógłbym pana wyrzucić na zbity pysk. Mógłbym też wezwać policję, a następnie posadzić pana na kilka latek za kraty. Pan jednak nie chce pieniędzy i to mnie zastanawia. Powiem nawet więcej fascynuje.
Poczułem ukłucie w klatce piersiowej. Tknął przynętę, ale jeszcze jej nie złapał. Możliwe również, że i Lockhard maskuje emocje, bowiem podchodzi do okna, obserwując życie miasta. Obserwuję jego odbicie w szybie. Głęboko osadzone oczy uważnie lustrują sznur samochodów na czterdziestej piątej alei.
- Ten O'Brain, to dziwny typ, mówię panu. Dam panu ten adres, ale musi mi pan powiedzieć, po co się chce z nim spotkać. Nie wygląda pan na dziennikarza, ani na kogoś kto chciałby napisać o tym gościu książkę. Co więc pana do niego ciągnie?
Zauważam na ręce Lockharda obrączkę. Próbuję odnieść się do poczucia solidarności, gdyż mężczyzna nie wygląda na typ dobrego męża:
- Żona nawarzyła mi niezłego piwa, jeśli mam być szczery. Durna baba. Ten cały O'Brain stracił nie tylko córkę, prawda? Jego stara mu nawiała niedługo potem - mam nadzieję, że wciąż brzmię naturalnie, gdyż to co mówię, to zupełnie nie moja maniera - Żaden facet długo bez kobiety nie pociągnie. Nie wiem jak i kiedy, ale moja żona i Thomas... chyba nie muszę dalej tłumaczyć. Znalazł sobie gość sposób na leczenie ran, kurwa jego mać - głos mi się już łamie, wiem że średnio gram, lecz zachowuję kamienną minę.
Podchodzę do gospodarza, drżącą ręka pociągam go za ramię, by na mnie spojrzał.
- Chcę mu zwyczajnie przemeblować buźkę. Tak po prostu. To był pana klient, wiem. Ale obydwaj zdajemy sobie sprawę, że bronił pan różne kanalie.
 

Ostatnio edytowane przez Caleb : 29-07-2014 o 09:13.
Caleb jest offline  
Stary 29-07-2014, 15:02   #8
 
Python's Avatar
 
Reputacja: 132 Python wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znanyPython wkrótce będzie znany
Mark Cooper
Mecenas Lockhard uśmiechnął się, choć w tym grymasie było więcej niechęci i odrazy niż sympatii, czy też życzliwości. Spojrzał wymownie na dłoń Coopera, która spoczywała na jego barku. Mark zabrał ją, a prawnik wrócił zza biurka.
Usiadł ciężko, jakby przebiegł co najmniej półmaraton. Przez chwilę patrzył w oczy Coopera, któremu zdawało się, że Lockhard spogląda niemal w jego duszę, w głąb jaźni i jestestwa.
- Doprawdy ciekawa, bardzo ciekawa. - Lockhard uśmiechnął się i położył prawą dłoń na biurku - Zgoda. Niech pan odda mi kopie tych dokumentów, które pan ma, a ja dam panu adres O'Braina. Nie gwarantuje, że nadal tam mieszka bo sądząc po stylu jego życia może być różnie. Muszę jednak pana ostrzec. Nie raz prowadziłem sprawy o zbrodnie w afekcie. To, co prawda często okoliczność łagodząca, ale nie wygląda pan na kogoś kto przeżyłby w więzieniu choćby rok. Niech więc pan uważa z siłą ciosu i niech pan najlepiej atakuje z zaskoczenia. Ten O'Braina to niezły skurwiel. Jak sam pan zauważył broniłem w życiu różnych ludzi. Nie płacą mi za wnikanie w ich duszę, ale jestem pewien, że ten gliniarz zabił swoją córkę. W jego oczach widziałem coś co czai się tylko w spojrzeniu degeneratów i prawdziwych zboczeńców. Tego się nie zapomina. Niech więc pan uważa na siebie i na niego.
Lockhard zrobił przerwę, po czym sięgnął po wizytówkę i podał ją Cooperowi.
- A jak zdecydowałby się pan rozwieść z żoną, to służę pomocą oczywiście. Gwarantuje przystępną cenę.
Swój wywód adwokat zakończył obleśnym uśmieszkiem z którego można było wyczytać złośliwość, odrazę i pogardę wobec rozmówcy.
 
__________________
Pies po kastracji nie staje się suką.
"To mój holocaust - program zagłady bogów"
"Odważni nigdy nie giną, mając tylko wiarę i butelki z benzyną" Konstruktor
Python jest offline  
Stary 29-07-2014, 17:19   #9
Banned
 
Reputacja: 0 Gveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumnyGveir ma z czego być dumny
Nie spuszczam tego samego wzroku z grubaska. Takie typy są najgorsze.
Nigdy nie wiesz czego się po nich spodziewać. Spokojny sąsiad, a okazuje się gnidą. Albo gorzej.

Pociągam nosem. Sprawdzam godzinę na zegarku. Jako staroświecki typ, ciągle noszę ten prawdziwy, zawieszony na moim nadgarstku. Popołudnie, środek dnia pracującego.
Nie pracujesz, tylko chlejesz. Dlatego straciłeś rachubę czasu - karcę się w myślach.
- Państwo Cooper są zapewne w pracy. A z kim mam właściwie przyjemność, jeśli można spytać?
Odrywam wzrok od zegarka. Znowu przybijam do jego świńskich oczek mój wkurwiony wzrok. Powoli ta zwała tłuszczu zaczyna grać mi na nerwach. Szkoda, że nie jestem na służbie..
- Nie, nie można spytać, bo nie przybyłem do pana. Gdybym chciał spotkać się z świniakiem, pojechałbym na wiejskie tereny i pogadał z takowym. Skoro nie ma pana Coopera to szkoda, przyjadę w innym terminie i innej porze, gdy ten wróci z pracy.

Wymijam grubasa, potrącając go z bara. Robię to oczywiście celowo. Kurwa, jak ja nienawidzę takich typów! Wygląda jak pedofil. Coś mi świta..
Uśmiecham się pod nosem i na chwilę obracam głowę, jednocześnie się zatrzymując.
- A na pana miejscu bym uważał. Tacy wścibscy społeczniacy nie są mile widziani, a tym bardziej lubiani w społeczności. W dodatku, patrzy panu z oczu istnym zboczeńcem, który lubuje się w podglądaniu sąsiadów, bowiem sam nie ma własnego życia. Do widzenia.
Oddalam się moim normalnym, czyli szybkim krokiem. Wracam do domu, cóż innego mogę zrobić? Wrócę tutaj później, w godzinach gdy Cooper skończy pracę.
 
Gveir jest offline  
Stary 30-07-2014, 08:03   #10
 
Caleb's Avatar
 
Reputacja: 8070 Caleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputację
Ten człowiek napawa mnie odrazą. Obrazuje wszystkto czym gardzę. Niestety, chcę tego lub nie, jest on moją furtką do Thomasa. Wreszcie słyszę słowa na jakie czekałem.
- Niech pan odda mi kopie tych dokumentów, które pan ma, a ja dam panu adres O'Braina.
Uddałem zawahanie, żeby do końca wypaść autentycznie. Podaję mu tekturową teczkę. Widzę błysk w oku mężczyzny. Zapewne spadł mu kamień z serca. Może być buńczuczny w swoim pysznym gabinecie. Wiem, że w istocie jest małym człowieczkiem, który boi się o swoją duszę; może po prostu sobie tego nie uświadamia.
- Ten O'Braina to niezły skurwiel. Jak sam pan zauważył broniłem w życiu różnych ludzi. Nie płacą mi za wnikanie w ich duszę, ale jestem pewien, że ten gliniarz zabił swoją córkę. W jego oczach widziałem coś co czai się tylko w spojrzeniu degeneratów i prawdziwych zboczeńców.
Zapamiętuję sobie te słowa. O'Briana widziałem tylko w metrze. Tamto miejsce wyczyniało różne sztuczki z percepcją. Wciąż chcę wierzyć, iż poszukiwana przeze mnie osoba jest niewinna. Tak czy inaczej, przeświadczenie Lockharda co do O'Briana oraz fakt, że bronił go, tylko dopełnia wizji tego pierwszego. Nie mogę dłużej tu wytrzymać. Nie z taką zgnilizną moralną. Załatwiłem swoje sprawy i mogę się zbierać.
Cel jest prosty, mam go wypisany czarno na białym.
 
Caleb jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:12.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166