Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 06-04-2015, 22:37   #21
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 35337 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Przy telewizorze zebrało się całkiem spore towarzystwo. Był ku temu oczywiście ważny powód.
Rozgrywki baseballa w których akurat brała udział drużyna z Detroit.
Na środku więc siedział Wade, a obok niego Brian Woods. Był i Bert Bernstein choć on aż takim fanem baseballu nie był. No i Phil Hopes.
- A gdzie… twój… hmm… gdzie Trenton?- zapytał niepewnym tonem Wade, który nie czuł się zbyt dobrze poruszając tematy mniejszości seksualnych.
- Dopina sprawy jutrzejszej parady, czy pikiety, czy… czymkolwiek ma być ta demonstracja. Tak czy siak nie ma czasu na rozrywkę.- odparł z cierpkim uśmiechem Phil.
- A przeciw czemu demonstrują tym razem?- zapytał z ironią w głosie Bert.
- Cholera wie… ale pewnie skończy się to tak samo jak zawsze.- stwierdził w odpowiedzi Hopes nawet nie zdając sobie sprawy jak bardzo się mylił...

Spadająca kometa!Że też Alistaira Dowsona ominął taki widok. Zresztą sądząc po zamieszaniu… kometa upadła gdzieś niedaleko, wywołując chaos nawet w jego własnym bloku.Śmigające po schodach jak sarny, jakieś dwie dziewczyny z gołymi nogami… Harris zbiegający do “świetlicy” blokowej.
Chaos… ale mały i bardziej śmieszny niż groźny.
Światło działało, winda też…
Uderzenie meteorytu nie wpłynęło za bardzo na ich domostwo. A dotarcie do własnego samochodu zajęło Alistairowi kilka minut. Samochód rodzinny, jak twierdziła jego żona. Samochód dobry dla dwójki emerytów.. dwójki. A pozostał on sam.
Niemniej przy rodzinnym rozmiarze pojazdu tego oldsmobile’a zaskakująco łatwo się prowadziło, nawet w takim zatłoczonym mieście jakim było Detroit. A miasto było zatłoczone i w chaosie wylewającym się na ulice. Alistair mijał kolejne samochody obserwując ludzi nerwowo próbujących się gdzieś dodzwonić. W XXI paraliż bezprzewodowej komunikacji, czynił nowoczesne miasto kulawym z wytrąconą laską, którą dotąd się podpierał.
Teraz… gdy przejeżdżał przez jego ulice Dowson mógł się przekonać, jak bardzo ludzie uzależnili się od tak prostej technologii jak telefon komórkowy. I jak radzą sobie bez niego.

Nie dotarł do miejsca uderzenia meteorytu. Na jego drodze stanęła blokada policyjna, pełna zestresowanych stróżów prawa, którzy chyba nie mieli pojęcia co tu się dzieje. Bez telefonów, wieści musiały być przekazywane w sposób tradycyjny… na nogach. Przekładało się to na oczywiste opóźnienia między centrum wydarzeń, a ośrodkiem decyzyjnym. A przez to policja nie w pełni panowała nad sytuacją i stąd ta nerwowość funkcjonariuszy.


Niemniej administracja działała. Dookoła Grand Circus Park, rozstawione były blokady policyjne które przekraczały jedynie wody strażackie, karetki i inne pojazdy agencji rządowych… z czego najbardziej niepokojące były specjalistyczne wozy do likwidacji skażeń chemicznych i radiologicznych. Ludzie w hazmatach z czytnikami Geigera, których dźwięk wprawiał w dreszcz. Zwłaszcza Alistaira który pamiętał jeszcze nuklearną psychozę zimnej wojny.
Niemniej policjanci przy blokadach twierdzili, że wszystko jest porządku i nie ma powodów do obaw. Ale czy Dowson mógł im wierzyć widząc olbrzymią czarną chmurę formującą się z dymu unoszącego się znad parku i okrywającą niebo nad Detroit mrocznym całunem?

DETROIT LATO 2010 dzień 1


Ranek zasnuty był ciemnoszarymi chmurami, przez które słońce z trudem się przebijało. Zrobiło się więc nieco chłodniej i bardzo ponuro. Jakby miasto tonęło w cieniu. Ten mroczny krajobraz działał na wyobraźnię, zwłaszcza gdy wszelkie sygnały radiowe były zagłuszane z nieznanego powodu. Detroit było więc ślepe i głuche.
Ale nie bezradne. Nastał czas gazet i drukarni. Nastał złoty czas kurierów. Nastał czas listów.
Przez miasto śmigały rowery przekazując krótkie informacje listowne, gdy nie działała sieć komórkowa. Na ten czas władze miasta Detroit wydały obwieszczenie rozwieszane po całym mieście w setkach egzemplarzy.


Wczoraj w godzinach wieczornych w centrum Grand Circus Park uderzył meteoryt wywołując gwałtowną eksplozję oraz odczuwalny wstrząs. Zniszczenia udało się jednak ograniczyć do minimum, podobnie jak ilość ofiar śmiertelnych, obecnie szacowanych na dziesięć osób.
W wyniku eksplozji do atmosfery wyemitowana została olbrzymia ilość pyłów, o niespotkanym składzie i właściwościach. Pył ów utworzył chmurę zakrywającą całe miasto i wywołującą kłopoty z łącznością bezprzewodową na terenie Detroit i okolic. Owa chmura jest co prawda radioaktywna, ale w stopniu nie zagrażającym życiu i zdrowiu mieszkańców miasta. Szacuje się że w przeciągu półtora tygodnia ulegnie rozwianiu przez warunki atmosferyczne i życie w Detroit powinno wrócić do normy. Tymczasem jednak niedogodności spowodowane jej istnieniem zmuszają władze miasta do podjęcia następujących kroków.
1) Detroit Metropolitan Wayne County Airport- zostaje zamknięte aż do odwołania.
2) Michigan Central Station - zostaje zamknięte aż do odwołania, a ruch pociągów w Detroit i okolicy wstrzymany również do odwołania.
3) Ruch wodny na rzece Detroit zostaje wstrzymany aż do odwołania.
4) Ruch kołowy na arteriach wchodzących i wychodzących z miasta podlega ograniczeniom wynikającym z wyłączenia tych ulic spod ruchu pojazdów prywatnych, na rzecz dostarczania towarów do miasta Detroit.
5) Wszelkie urlopy dla służb mundurowych miasta jak i personelu szpitalnego zostają odwołane ze skutkiem natychmiastowym. Pracownicy tych instytucji powinni jak najszybciej zameldować się w miejscu pracy.
6) Wszelkie imprezy masowe zostają odwołane, wszelkie demonstracje i zgromadzenia są z góry uznawane za naruszenie prawa.
7) Zostaje wprowadzona godzina policyjna od 21:00 do 4:00.
Wszystkie powyższe punkty wchodzą w życie ze skutkiem natychmiastowym. Władze miasta Detroit zdają sobie sprawę iż powyższe ograniczenia są drakońskie w swym wymiarze, ale z uwagi na wyjątkowość sytuacji, muszą być wprowadzone by dało się zapewnić spokój i bezpieczeństwo mieszkańcom Detroit.



Nawet za cenę praktycznej izolacji miasta?

Rzeczywistość zapukała do drzwi Tary Lantany dość wcześnie rano. Uderzenia w drzwi były tylko preludium które wyrwało ją z drzemki. Potem było skrzypienie otwieranych drzwi.
I cichy szept.- Tara… Tara… śpisz?
Potem głośniejsze słowa.- Tara… moja komórka szwankuje, mogę pożyczyć twoją?
Głos należał oczywiście do kuzynki Lilly. Ta weszła do pokoju Tary mówiąc.- Nie wiem czemu ciągle pokazuje brak zasię...oook...ok.
I panna Hopkins zaczęła się dyskretnie wycofywać tyłem z pokoju. A Tara przyglądała się temu i jej ciekawości wręcz wypisanej na twarzy. No tak…
Ciężar na piersi przypomniał Tarze o JC. Dj-ka bowiem spała w jej łóżku, przytulając się do niej i z głową wprost na jej piersi. Sytuację ratował nieco fakt, że Tara miała na sobie rozpinaną koszulę i majtki, a JC biały T-shirt i… prawdopodobnie również majtki… te z tego kompletu do gorsetu.
Choć leżący na podłodze, zapewne rzucony niedbale pas od pończoch, mógł sugerować różne rzeczy zrobione przed snem.
Do Tary zaś wracały wydarzenia związane z wczorajszym dniem. I seks z chłopakiem Lilly w jej pokoju i układ jaki z nim zawarła. I… pocałunek.. najpierw jej własny na ustach zaskoczonej JC, a potem jej wargi pieszczotliwie przyciśnięte do ust Tary. Ale to było wczoraj, w oparach alkoholu i tej chwili przepełnionej napięciem erotycznym.
Teraz jednak był poranek, alkohol już wyparował a wraz z nim ta chwila intymności, która mogła sprawić, że Tara wyląduje w łóżku z kobietą.
Z drugiej strony… była w łóżku z JC. Czuła jej głowę na swoich piersiach, a jej piersi miękko ocierające się o jej brzuch. Tamta chwila szaleństwa minęła, acz… z jej konsekwencjami Tarze przyjdzie się zmierzyć wkrótce. Jak i z ciekawością Lilly… nieco później.

Pierwsze co zrobił Charlie Belanger po wpadnięciu do domu było uruchomienie laptopa Aiko i ponowne przekonanie się, że komputer nie łapie zasięgu. A potem… co miał robić? Spać?
Nie mógł zasnąć… ciągle miał przed oczami twarz człowieka, którego oczy matowiały w błyskawicznym tempie. Jaka choroba zabija w ten sposób i tak gwałtownie? Wąglik?
Co gorsza, zanim nie pojawiły się te gwałtowne objawy facet wydawał się być całkowicie zdrowy. Nie pocił się nadmiernie, nie gorączkował, nie kaszlał czy kichał (dzięki Bogu)... Wydawał się zdrowy, a Charlie siedział w jego pobliżu. Czy więc się zaraził? Czy już był chory?
Nie czuł gorączki. Jego termometr wskazywał 36,5… czy to już jest choroba? A najgorsze co go mogło spotkać, to ludzie w hazmatach, izolatka i umieranie w samotności. Bo… był w pobliżu choroby i mógł się zarazić. Mógł być nosicielem.
Przez całą noc wpatrywał się w drzwi swego pokoju i nasłuchiwał odgłosów z klatki schodowej. Czy już tam się czai S.W.A.T. w maskach gazowych, by wyważyć drzwi i zakuć go w kajdanki. A potem znalazłby się odizolowany w jakimś tajnym ośrodku rządowym… brrr… Nadmiar filmów sensacyjnych pozwalał się rozwinąć takim obawom w głowie Charlie’go. Pocieszał się jednak tym, że w tamtym barze był pierwszy raz. Panował ogólny chaos, no i minie trochę czasu zanim ktokolwiek się połapie, że Charlie przebywał w okolicy pacjenta zero.
Ranek zastał więc Charlie’go niewyspanego, zestresowanego i nieco zmęczonego. I głodnego.
No i zmartwionego… internet nie działał, komórki także. Zamierzał pojechać do rodziców… upewnić się że wszystko z nimi w porządku.
Niemniej, gdy już wychodził z mieszkania natknął się na Aiko Shinami idącą po schodach, zapewne w kierunku jego mieszkania.

Po dość ekscytującym niedzielnym wieczorze George Harris spodziewał powrotu do spokojnego i monotonnego trybu tygodniowego. Czyli praca w bibliotece i powrót z pracy do powolnego tłumaczenia kolejnych stron z niemieckiego. Jakkolwiek ta niespodziewana fucha była miłą odmianą dla George’a to jednak trudno było uznać ją za coś co mogłoby być choć odrobinę ekscytujące. Co najwyżej byłaby to czysto intelektualna rozrywka.
Jadąc na rowerze George zauważył jednak nie tylko nieco wzmożony ruch na ulicach, ale przede wszystkim zwiększoną ilość patroli policyjnych. Co prawda obecna sytuacja niewątpliwie wymagała dodatkowych środków ostrożności, ale to były liberalne Stany Zjednoczone i taka ilość patroli budziła nieprzyjemne skojarzenia z totalitarnym reżimem.
Tym bardziej, gdy… huk! Granaty!
Słysząc ten hałas George zatrzymał się nagle Ze skrzyżowania do którego dojeżdżał zaczęli wybiegać ludzie krzyczący głośno i rzucający za siebie jakimiś transparentami. Wyłaniali się oni z obłoków dymu… Zapewne obłoków gazu łzawiącego, bowiem łapali z trudem powietrze i mieli załzawione twarze. A huk który George słyszał, był odgłosem granatów hukowych. Zresztą tuż za uciekającymi w stronę Harrisa demonstrantów podążali policjanci z maskami gazowymi na twarzach, pałkami i plastikowymi tarczami. I bezlitośnie rozpędzali oni demonstrantów, aresztując co bardziej krewkich z nich. A co najgorsze i spanikowani cywile i podążająca za nim policja wspierana wozami z armatkami wodnymi… oni wszyscy biegli wprost na zaskoczonego rozwojem sytuacji bibliotekarza!
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 06-04-2015 o 22:44.
abishai jest offline  
Stary 11-04-2015, 01:38   #22
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 74914 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Karl Hoobs - zapracowany optymista


Na Hobs'ie ten cały detektyw w prochowcu o widocznym zamiłowaniu do klasycznych kryminałów sprawił całkiem sensowne wrażenie. Na tyle, że postanowił zaryzykować czas i kasę by jednak dać mu tę sprawę. Dlatego zamierzał naszykować potrzebne dokumenty. Miał ich całkiem sporo bo pani Ortega zaypywała go regularnie całkiem sporą ilością makulatury z rządaniami, pretensjami i roszczeniami o własciwie wszystko. Część z nich miał u siebie w domowym biurze a część, z reguły te najświeższe w firmowym. Do poniedziałku powinno mu się udać skompletować całkiem solidną teczuszkę z dokumentami. Uznał, że detektywowi kserówki wystarczą w zupełności jeśli chciał zbadać treści czy styl Marii Ortegi.


---


Niedzielne spotkanie z dziećmi upłynęło mu szybko, za szybko. Ledwo zauważył ich wysiadajacych z samochodu swojej eks gdzie nawzajem zaszczycili sie tylko przelotnym spojrzeniem i w jego mniemaniu prawie już musiał ich odwozić z powrotem. Starczyło ledwo na wspólny wypad do kina. Oczywiście Al i Kim musieli stoczyć prawdziwą wojnę o to na co chcą iść. Ostatecznie minimalnie "Harry Potter" za ktorym obstawiał głównie Al, wygrał z "Toy Story 3" za którym wstawiała się jego siostra. Gdy poszli potem jeszcze na małe conieco.

Wówczas Karl starał się wybadac jak im się film podobał i pośrednio naumieć ich rozmawiać bo wiedział, że im się przyda. Młodsza Kim gadała jak najęta zachwycając ojca swoim szczebiotem ale dorastajacy Al akurat chyba przechodził fazę superpoważności i jakby się uparł wymieniać jakieś niedoskonałości montażu czy fabuły filmu. Zupełnie jakby wcześniej przeczytał na jakimś forum ale zapytany o to wprost przez ojca spurpurowiał, coś mruknął wymijająco i jakoś wyraźnie przycichł po tej wpadce.

---


Z Mel jak zwykle podarli trochę koty bo pofatygowała się nawet wyjść przed dom by go standrdowo wkurzyć gadką o przetrzymywanie dzieci i straszeniem wezwaniem policji. Miałe je cholera jedna cąły tydzień a jemu wręcz minuty i kwadranse wydzierała. Karl nie wracając już samochodem sam nie mogł uwierzyć co się z nimi porobiło. Przecież kiedyś tak nie było. Nie latał by przecież za taką wredną cholerą ani nie chodził z nią potem, nie oświadczał się no i nie żył w małżeństwie przez tyle wspólnych i zdawałoby się szczęśliwych lat. A teraz? Skakali na siebie przy byle okazji. Choć właciwie to się wzajemnie i skutecznie unikali. Prócz takich momentów jak ten a nawet wówczas raczej się hamowali bo się mijali przy dzieciach głównie. Ale wspólnych okazji czy tematów prócz nich już własciwie nie mieli.

Wracając do domu odczuł wstrząs i odległy huk. Jakby coś wybuchło. Coś dużego. Wkrótce potem siadło radio w samochodzie. Nie przejmował się tym jeszcze ale zaciekawiło go co to mogło tak wybuchnąć. Miał nadspodziewanie dużo czasu na rozmyślania na ten i inne tematy bo wkrótce utknął w korku. Okazało się, że gdzieś tam przed nim jest nie tylko wypadek ale i normalna policyjna blokada. Stało się coś chyba większego niż zwykła kraksa bo co chwila jechały wozy na sygnałach od karetek, po policję i straż pożarną. Dopiero tak stojąc w korku się zaczął trochę niepokoć że to może być coś poważniejszego niż zwykły wypadek czy nawet większy karambol.

Dlatego dotarł do domu znacznie później niż pierwotnie zamierzał. Do końca radio w samochodzie nie odzyskało ludzkiej mowy. Zresztą jak na próbę sprawdził te w telefonie a potem samą sieć w telefonie i sam telefon ze zdziwieniem odkrył, że też nie działają. Czyżby szlag trafił jakiś przekaźnik czy co? Znowu ci terroryści coś wysadzili? Może jakieś hakerskie zabawy? W ciekawym świecie w końću żyli. Ostatnio czytał, że taki hakerski atak może być jednym z objawów cyberwojny która może się przerodzić w dowolny konflikt zbrojny z nuklearnym włącznie. Z tego wszystkiego Karl już by wolał zwykły karambol.

W międzyczasie dowiedział się jednak, ze tot en meteor tak ich załatwił. Ten sam co miał minąć Ziemię a jak już to się sfajczyć w atmosferze. Jakoś się jednak nie rozminął i nie sfajczył tylko gruchnął w sam środek miasta. I to ze wszystkich miast na świecie musiał sobie wybrać akurat te w którym Karl mieszkał! Jak ktoś ma farta...

Jednak ogłoszenia i obwieszczenia jakie sztab kryzysowy rozwieszał i ogłaszał wszelakimi sposobami zrobiły na Hobs'sie wrażenie. Wyglądało bardzo poważnie. Jakoś go to dziwiło w sumie. Meteor jako taki duży chyba nie był a przynajmniej nie rozwalił połowy miasta w jednym wielkim kraterze a jakoś skutki sięgały na całe miasto. No i ta cisza radiowa. Nie był chemikiem czy fizykiem ale to chyba nie bylo naturalne. Spodziewał sie czegoś w rodzaju bomby czy innego wielkiego ale w końću wybuchu. Powinno wybuchnąć, gruchnąć, zapalić zadymić i tyle. Potem by się to pogasiło, rozebrało, poremontowało i żyło dalej. Ale ta cisza informatyczna praktycznie sparaliżowała całe miasto.

Karl zastanawiał sie co to oznacza konkretnie dla niego. Głównie dla jego dzieci na drugim końcu miasta, do których nawet nie mógł zadzwonić, no i dla własnych pracowników i knajpki. Doszedł jednak do wniosku, że póki się da trzeba będzie przeczekać i spróbować zachowywać się normalnie. Choć od razu pojawił się problem. Normalnie zamówienie na towary skladał albo telefonicznie albo internetowo. Teraz te dwie podstawowe środki uzupełniania zapasów odpadły. Postanowił, że na jutro ma spokojnie wystarczającą ilość zapasów. A rano otworzy się jak zwykle i po prostu pojedzie samochodem i przywiezie co sie da. Przysiadł jednak i doszedł do wniosku, że na jego oko ten szajs będzie trwał przez tydzień. Co najmniej tydzień. Bo te obeiweszczenia i to co sie działo na ulicach wyglądało na serio i poważnie.. Więc potrzebaby wybulić kasę i kupić co się da i ile się da. Póki ceny są jeszcze w miarę normalne i póki jest co kupować. Może nawet na rano wynająć jakiegoś vana? Tak, ale na pewno trzeba będzie zrobić większe zakupy.

Ale jak tak dumał, i dumal martil się co raz bardziej. Wyszło mu, że na razie sieci i łączności nie ma ale prawdziwy chaos zacznie się jeśli zabraknie światła na dłużej. Od razu pomyślał o swojej firmowej chłodni. No przecież wszystko mu szlag trafi wówczas. Może kupić jakiś generator? Możnabyło też postawić na towary które nie wymagały lodówek choć to znacznie ograniczyłoby mu dotychczasową ofertę. No i te generatory na wodę nie chodzą. Oj, jak tak myślał i myślał to co raz bardziej sie zasępiał. Ten kryzys będzie go bardzo drogo kosztował i to i w nerwach i kasie.
 
__________________
MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline  
Stary 14-04-2015, 11:48   #23
 
Molkar's Avatar
 
Reputacja: 2207 Molkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputację
Charlie widząc Aiko przypomniał sobie o tym, że przecież pożyczył od niej laptopa, szybko trzeba było zagadać aby jakoś wybrnąć z tego, że wyleciało mu to z głowy

- O witam, do mnie idziesz ? - nie byłem pewien czy już wstałaś.

- Taa... do ciebie właśnie. - odparła ze skwaszoną miną Aiko i potarła czoło dodając podejrzliwym tonem głosu.
- Miałam dość parszywy poranek, kaca i brak tabletek, komórkę świrującą brakiem zasięgu w centrum miasta. I jeszcze kłopoty z … nieważne. Zakładam, że ta niemrawa mina na twym obliczu świadczy o tym, że masz dla mnie kolejne złe wiadomości? Jak ja nienawidzę poniedziałków.

- Czy ja wiem czy złe wieści, laptop działa, nic nie zepsułem. Projekt zrobiłem i trzymam go dla pewności na pendrivie i komórce, bo wysłać niestety nie wysłałem. Po wybuchu wczoraj wieczorem padł net jak i sieć komórkowa więc póki tego nie naprawią to nici z wysłania projektu. Zaraz przyniosę Ci laptopa a sam zbieram się też aby jechać do rodziców zobaczyć co u nich.

- Po jakim znowu wybuchu? - zdziwiła się Aiko.

- No wczoraj wieczorem, niedaleko podobno jakiś meteoryt spadł, ulice zablokowane przez policję jak i inne służby a w nocy panika, musiałaś być na prawdę gdzieś daleko skoro nie słyszałaś albo mieć mocno zakrapianą imprezę.

- Disco party… transowe przeżycie… jeśli wiesz co mam na myśli. Nie było słychać własnych myśli, a co dopiero… meteorytu. Ale za to muzyka dosłownie przechodziła przez całe twe ciało. Bardzo sensualne przeżycie… - zaczęła mówić z lekkim uśmiechem, by na koniec dodać.
- Bardzo bredzę?

- Nie bardziej niż można się spodziewać po osobie która całą noc imprezowała, zapraszam do mnie od razu oddam Ci laptopa i tak patrząc może coś do picia ? do wyboru woda, energetyk i puszka pepsi się znajdzie - mówiąc to Charlie obrócił się w stronę mieszkania i zaczął do niego wracać.

- Nie… wiesz… nie chcę ci zajmować czasu. A po napiciu się czegoś, pewnie będę musiała zając łazienkę na parę chwil. Mam w domu co pić, ale jeśli masz mocne proszki na ból głowy to nie odmówię pastylki. - uśmiechnęła się Aiko, pytając.
- To gdzie się wybierałeś? A tak… rodzice. Walnęło koło nich?

- Coś się znajdzie nie wiem czy one mocne czy nie, ale jak kupowałem to dostałem informacje, że najlepsze bez recepty tylko ja za często tam ich nie biorę, ostatni raz tylko jak ząb nie dawał mi żyć. Tak do rodziców, walnęło bliżej nas niż ich ale zamieszanie straszne i wole się upewnić, że wszystko w porządku u nich jest.

- To… zrozumiałe. - stwierdziła po namyśle Aiko i uśmiechnęła się kwaśno.
- Wybacz… ciężko się jednak myśli na kacu bez proszków. To daj to co masz.

Charlie wchodząc do mieszkania wskazał miejsce na kanapie aby Aiko mogła sobie usiąść, na stole również stał jej laptop. Podszedł do szafki wyciągnął po dłuższej chwili szukania w niej czegoś listek tabletek po czym wrócił razem ze szklanką wody mineralnej.

- Proszę, tabletki oraz woda do popicia. Jak widzisz laptop też przyszykowany do oddania. Mam nadzieje, że kac szybko minie bo wiem jak okropny może być.

- To nie pierwszy kac w moim życiu. - rzekła z uśmiechem Aiko i po połknięciu tabletki sięgnęła po laptop.
- No to nie będę cię już zatrzymywała. Chyba się spieszyłeś.

- Można tak powiedzieć, chce to załatwić z samego rana aby się nie zamartwiać, w takim razie pewnie do później i oby kac minął dość szybko bo z nim to się za nic zabrać nie da - Charlie uśmiechnął się życzliwie i razem z Aiko wyszedł z mieszkania udając się do samochodu którym miał zamiar pojechać do rodziców.

- Więc powodzenia ci życzę… i oby te całe zamieszanie znikło do wieczora. Rodzice będą się martwić o mnie. Wypadałoby do nich zadzwonić. - odparła z uśmiechem Aiko schodząc wraz z nim po schodach, choć jej cel nie był tak daleki. Jej własne mieszkanie na pierwszym piętrze.

Charlie po odprowadzeniu Aiko udał się na dwór do samochodu, po drodzę do niego spostrzegł na słupie ogłoszenie które okazało się być obwieszczeniem zasad obecnie panujących w mieście, na szybko je przestudiował po czym telefonem zrobił dla pewności zdjęcie w razie gdyby chciał sobie je przypomnieć. Odszukał kluczki od samochodu po czym udał się w stronę domu rodziców.
Dawno nie widział tylu ludzi na ulicach, awaria telefonów komórkowych jak i internetu sprawiła, że każdy wychodził z domu aby rozmawiać z innymi, w końcu to był jedyny sposób aby teraz zdobyć szybko informacje. Charlie zamyślił się przez chwilę, że potrzeba wręcz katastrofy w mieście aby ludzie zaczęli bardziej z innymi rozmawiać. Podczas drogi do rodziców spostrzegł też kilka osób robiących większe zakupy,
- hmm może to nie takie głupie wjechać jak będę wracał kupić trochę rzeczy które mogą poleżeć w razie jakiś problemów - mamrotał pod nosem Charlie

Do rodziców miał kawałek, większa ilość osób na ulicach sprawiła, że mimo wszystko droga zajęła dłużej niż zwykle. Po dotarciu na miejscu zaparkował przed domem rodziców i miał nadzieje, że będą w domu.
Po dotarciu na miejsce okazało się, że w domu jest tylko matka Charliego, ojciec był w pracy. Matka oczywiście od razu zaczęła się wypytywać co to się stało wczoraj wieczorem. Charlie opowiedział co wiedział, czyli tak naprawdę nie za wiele, pominął fakt osoby w barze, w końcu teraz po nocy nie wiedział do końca czy to nie był tylko jakiś pojedynczy przypadek i nie ma co denerwować rodziców. Później rozmowy już zeszły na normalne tory, wysłuchał plotek rodzinnych, narzekania mamy, że ma o siebie dbać, dobrze jeść itd.
Charlie spędził u rodziców prawie pół dnia, jak wracał była już pora obiadowa. Wracał już trochę mniej zestresowany, jednak wizyta u rodziców jak zawsze działa odstresowująco. Po drodze jak wcześniej pomyślał wjechał do większego marketu robiąc większe zakupy. Zakupił wody i jedzenia na ok dwa tygodnie. W końcu i tak się nie popsuje a w razie czego lepiej mieć. Dorzucił na to wszystko jakiś mocniejszy alkohol ze dwie butelki.
Po wszystkim wrócił do domu jednak odpocząć bo po nieprzespanej nocy zaczynało łapać go zmęczenie.
 
__________________
„Dlaczego ocaleni pozostają bezimienni – jakby ciążyła na nich klątwa – a poległych otacza się czcią? Dlaczego czepiamy się tego, co utraciliśmy, ignorując to, co udało nam się zachować?”
Steven Erikson, „Bramy Domu Umarłych”, s. 427
Molkar jest offline  
Stary 18-04-2015, 15:19   #24
 
Affek's Avatar
 
Reputacja: 0 Affek to imię znane każdemuAffek to imię znane każdemuAffek to imię znane każdemuAffek to imię znane każdemuAffek to imię znane każdemuAffek to imię znane każdemuAffek to imię znane każdemuAffek to imię znane każdemuAffek to imię znane każdemuAffek to imię znane każdemuAffek to imię znane każdemu
Po obudzeniu się George nie do końca wiedział, co pocznie. Jakieś cholerstwo z nieba walnęło w miasto, i to było pewne. Powątpiewał jednak, czy ktokolwiek w bibliotece się tym przejmie. Weźmie więc komputer i zacznie tłumaczyć. Ma nadzieję, że to w jakikolwiek sposób skróci, a przynajmniej da takie złudzenie, jego męki w miejscu pracy. W tak optymistycznym nastawieniu wyruszył z mieszkania. Wyszedł, wsiadł na rower. Już był blisko swego celu, jednak to, co zobaczył, sprawiło, że aż zszedł z siodełka.
Demonstracja. Zapewne ci chuligani chcą zniszczyć miasto. Policja interweniowała, armatki wodne poszły w ruch. Zadziałało to jak płachta na byka i tylko sprowokowało demonstrantów. Idioci. Najgorszy jednak był fakt, iż Harris znalazł się w niemalże samym środku zamieszek.
Niech to szlag. - pomyślał George, po czym wsiadł na rower i jechał, nie zważając na miejsce, w które zmierza. Byle dalej od tej biegnącej hołoty.
Huk broni palnej i dymy podążały za Harrisem. Słyszał za sobą krzyki bólu i strachu. Czuł się jakby trafił w strefę wojny w jakimś kraju trzeciego świata. Ale to był przecież kraj wolności, Ameryka?
Widok brutalnie rozpędzanej demonstracji sprawiał, że przechodnie, a nawet kierowcy zawracali i próbowali się rozproszyć dodatkowo powiększając zamęt na ulicach i w zaułkach. Harris miał przewagę na swym rowerze i mógł się szybko oddalić, gdyby nie fakt że… słabo znał tą część miasta i trafił w ślepy zaułek wraz z kilkoma zagazowanymi działaczami gejowskimi w tęczowych koszulkach.
- To jakaś paranoja koleś.- gdy wszyscy łapali drugi oddech, odezwał się ni to do swych towarzyszy, ni to do Harrisa niski młodzik obcięty na jeża z kolorową apaszką na szyi.- Nie mogą nas tak traktować! Poskarżę się mojemu kongresmanowi!
- Chłopcze, spokojnie! To nie jest koniec świata. Widzisz, bezpieczeństwo jest ważniejsze niż wolność. Musisz przetrwać ten tydzień. Nie rzucaj się.
- Pieprzyć takie bezpieczeństwo… wiesz kim ja jestem? Projektantem mody… mam własny butik, kupują u mnie gwiazdy… a ci… faszyści… ci … gnoje.. potraktowali mnie jak czarnucha ze slumsów. Gaz łzawiący… serio?!- pieklił się młodzik, ale i jego kumple mieli dość jego krzyków. Bo jeden z nich odezwał się gniewnie.- Zamknij się Richie… Nikogo tu nie obchodzi twoja buda z ciuchami. Nie oberwałeś pałą przez grzbiet. Do diabła… chyba jednak odbiło. Przecież to miała być pokojowa demonstracja. Jak mogli powiedzieć… rozejdźcie się do domów. Tyle pracy włożyliśmy… szlag.
-Mnie tam coś tu się nie widzi że to normalne. Czemu tak ostro nas potraktowali i…- odezwał się kolejny aktywista.- … przesadzili ze środkami. I w ogóle, skąd ta nerwowość?
Harris prychnął.
-Mam gdzieś wasze wolnościowe idee. Dla mnie jesteście jedynie zgrają idiotów, którzy zapewne niedługo zdemolują to miasto. Przez takich jak wy normalni obywatele mają przesrane. Cholerni aktywiści! - George wsiadł na rower i czym prędzej by się oddalił. Niestety ten plan można było uznać za nieudany, gdy u wyjścia z ciasnej uliczki pojawili się zamaskowani policjanci.


- Na ziemię i ręce za głowę!- krzyczeli. A część aktywistów tak uczyniła. Reszta po prostu dała drapaka w kierunku drewnianej ścianki blokującej koniec uliczki i zamykającej możliwość ucieczki, przynajmniej na rowerze. Bowiem wysportowany mężczyzna mógł w teorii pokonać tą dwumetrową przegrodę.
Szlag. Właśnie to miałem na myśli. - pomyślał George i uczynił to, co kazał policjant.
-Panie władzo, doszło do… pewnego nieporozumienia.
- Powiesz to na posterunku.- padła odpowiedź, a Harris został bardzo szybko skuty i przez kilkanaście minut, siedział wraz z innymi aktywistami na zimnym bruku, czekając na transport. Nie wolno się im było odzywać i George mógł się z pierwszej ręki przekonać, że sytuacja wydawała się cięższa niżby to wynikało z ogłoszeń rozwieszonych po całym mieście. Skąd ta cała nerwowość? Policjanci praktycznie nie zdejmowali masek gazowych i nie odzywali się. Z braku sygnału nie używali w ogóle krótkofalówek, które nadal mieli przypięte na pasku. Potem zaś podjechała więźniarka i po zapakowaniu do niej Harris wraz z resztą trafił do aresztu.

------

Policjanci na posterunku nie bawili się w przeszukiwanie, tylko grupowo upchnęli bibliotekarza z resztą aktywistów do ciasnej celi.
- Czekać tu spokojnie na swoją kolej… zostaniecie spisani i puszczeni wolno, więc nie rozrabiać.- rzekł oschle policjant zamykający drzwi do celi za wchodzącym Harrisem.
George miał pecha i tym razem. Siedział zirytowany w kącie celi. Szukał kogoś, na kogo mógłby zrzucić winę. Widział paru aktywistów, ale zaczęcie na nich wrzeszczeć byłoby jak wbić kij w mrowisko. Harris siedział więc i czekał na swoją kolej.
-Hej… Nie zauważyłem cię podczas parady, a wydaje mi się że znam chyba wszystkich ważniejszych członków. Jesteś nowy w mieście?- jeden szczupły mężczyzna w okularach podszedł z ciepłym uśmiechem na twarzy do George’a.


Obcisła koszulka pozwalała się przyjrzeć jego muskulaturze i przypominał trochę jakiegoś modela męskiego. Tyle że słowa jakie wypowiedział… mimo, że przyjazne, zabrzmiały dość niepokojąco w uszach Harrisa.
- Nowy w mieście… ? Nie. Dlaczego? Dlatego, że nie uczestniczyłem w tej chorej demonstracji? A co, każdy obywatel miał obowiązek się tam stawić? Nie, ja po prostu chcę żyć spokojne życie bez większych problemów. A takie wydarzenia jak te mi to utrudniają. - odpowiedział drżącym głosem George. Nie był przyzwyczajony do takich wydarzeń
- Och… To znaczy… ja myślałem że jesteś jednym z nas. Bo przecież w innym przypadku, by cię nie zgarnęli. A tak w ogóle…- podał dłoń do przywitania.- Jestem David.
- Ja George, ale możesz mi mówić Harris. - George podał Davidowi rękę. - Trafiłem tutaj przez przypadek. Wasza demonstracja była dokładnie przede mną. I mnie również złapali.
- A więc… George… ładne imię. -zaczął David z uśmiechem.- Nie przepadasz za demonstracjami czy… nie jesteś otwarty na nowe doznania?
- Można raczej powiedzieć, że nie jestem społecznym typem człowieka. Wolę rozwiązywać problemy samemu, nie lubię wchodzić innym w drogę i gdy inni robią to wobec mnie. Irytuje mnie to. Nic w tym dziwnego. A co do demonstracji… zawsze mi się kojarzą i kojarzyć będą z bezsensownym niszczeniem miasta, wybacz. Przewodziłeś im, czy coś takiego? - zapytał z zaciekawieniem Harris.
-Uczestniczyłem… walczę o nasze… o prawa dla mniejszości.- wyjaśnił David pocierając podbródek.- Poza tym grywam w “Face’Sade”. To taki miły lokal, który odwiedza się po osiemnastej. Jak pewnie się domyślasz, obecne restrykcje trochę są mi na rękę. A to jak rozpędzili legalną demonstrację na którą było pozwolenie z ratusza to…- wzdrygnął się David.-... podłość.W każdym razie… wpadnij do klubu jak będziesz miał ochotę. Załatwię ci jednego darmowego drinka.
George się uśmiechnął.
- Dziękuję, bardzo miły gest z twojej strony. Kiedyś na pewno tam zajdę. Skoro demonstracja została przeprowadzona za pozwoleniem ratusza, zmienia to nieco sprawę. Jej dość, hm, agresywne zakończenie nie było wam na rękę. Rozumiem wasze pobudki i mimo, że całym sercem nie znoszę jakichkolwiek demonstracji, to wiem, o co walczyliście. Dość szczytny cel, nie powiem. Jestem ciekaw, jak ta sytuacja się potoczy - powiedział Harris, chodząc po celi.
Dalszą rozmowę przerwało wejście policjantów. Zaczęli wzywać kolejne osoby, najpierw padło na Davida Jeffersona, czyli przyjacielskiego Davida, a potem na Harrisa.
-Świetnie. Nie muszę udawać miłego gościa, którym nie jestem. - pomyślał George. W pewnym sensie rozumiał, o co im chodziło. Nie zmieniało to jednak faktu, że demonstracji nie znosił całym sercem i nic nie zapowiadało się, aby nadeszły jakieś zmiany. Był spóźniony. Znowu będą wyrzuty. Nikt nie uwierzy, że on, wzorowy obywatel, został przetrzymany na posterunku. Gdy wyszedł, zdał sobie sprawę z jeszcze jednego problemu. Nie miał najśmielszego pojęcia, gdzie jest. Postanowił pozwiedzać, jednak smog i ogólny chaos na drogach mu tego nie ułatwiały. Miał swój rower, więc mógł szybko czmychnąć w co cichszą uliczkę. Po dłuższej chwili, znalazł się w miejscu, które pamięta. Kiedyś tędy przejeżdżał. Mniej więcej znał drogę stąd do biblioteki.

------

Były wyrzuty, były kłótnie, tradycyjny dzień w jego miejscu pracy. Ale i przetłumaczył ponad 200 stron dokumentu, jaki powierzył mu Henry. Początek wydawał się zaskakująco prosty, jednak miał rację co do terminów technicznych. Wykorzystał jednak dobrodziejstwo inwentarza biblioteki i znalazł niejedną książkę, która mu odpowiadała. Bardzo mu to pomogło. Nie lubił tłumaczyć dokumentów, wolał coś dającego większy margines błędu. Jednak za takie pieniądze mógłby tłumaczyć nawet opakowania papieru toaletowego. Po pracy postanowił skoczyć na jakieś małe zakupy, kończy mu się herbata. Dość spore kolejki, chaos. Udało mu się jednak kupić jakieś napoje i herbatę. Ludzie byli przerażeni, George jednak odczuwał wewnętrzny spokój. To przez znużenie pracą. Miał przynajmniej taką nadzieję. Jak to się nazywało? Znieczulica społeczna? Po zakupach postanowił wrócić do domu i się zdrzemnąć, wczorajsze emocje źle wpłynęły na jego sen.
 
__________________
It all makes perfect sense. Explained in dollars, centes, funts and pense.
Affek jest offline  
Stary 18-04-2015, 23:04   #25
Elitarystyczny Nowotwór
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 128043 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację
Tydzień zaczął się z grubej rury, nie ma co. Tara potrzebowała kilku chwil, żeby jej mózg zaczął pracować na tyle, by połączenie poszczególnych faktów stało się możliwe bez potęgowania syndromów dnia poprzedniego. Cholera, przecież był poniedziałek, dlaczego budzik nie zadzwonił?!
Dopiero po trzech sekundach przypomniała sobie, że komórkę zostawiła w mieszkaniu śpiącej tuż obok Jenny, tak samo jak większość garderoby, zdrowy rozsądek i parę innych rzeczy. Do tego oczywiście musiał przybyć Piąty Jeździec Apokalipsy i zobaczyć ją w stanie totalnej rozsypki.
Stare powiedzenie, że poniedziałek jest najgorszym dniem tygodnia nigdy nie miało dla Lantany aż takiego sensu jak w tym momencie.
Spojrzała w dół na czubek głowy JC, unoszący się i opadający zgodnie z rytmem oddechu, jej oddechu na litość boską! Fakty poprzedniej nocy wracały powoli, wprawiając Tarę w coraz większe niedowierzanie. No to popłynęła po całości...
Wiedziała, że jeśli w końcu wyrwie się z kieratu, to będzie ciekawie. Nie zakładała jednak że aż tak.
Ewakuacja bez budzenia sąsiadki była niemożliwa. Chcąc nie chcąc, Tara potrząsnęła delikatnie jej ramieniem.
- Hej, budź się śpiochu. Lilly mnie woła, muszę wstawać...no już Jenny, otwieramy oczy i przetaczamy się na drugą połowę łóżka. Nie zmuszaj mnie do użycia środków przymusu bezpośredniego...

-Tara? Czy to już.... ranek?- ziewnęła JC powoli się budząc i powoli unosząc z wygodnej poduszki jaką stanowił biust Lantany. Uśmiechnęła się ciepło spoglądając wprost w oczy Tary.-Dzień… dobry… Dobrze spałaś?

- Mhmm, jak kamień - potwierdziła kiwając głową i podniosła się na łokciach do pozycji półleżącej, a z jej ust wydobyło się głośne ziewnięcie - Jest raaaaaaano… ehh, Lilly coś chce. Możesz jeszcze pospać jak chcesz, a jak nie to...śniadanie? Chyba da się upolować w naszej lodówce coś, co wciąż nadaje się do jedzenia i nie jest płatkami kukurydzianymi.

- Nie wiem… czy powinnam… sytuacja i tak jest… skomplikowana.- wydukała JC siadając i przyglądając się Tarze. Ostrożnie i delikatnie musnęła palcami pod kołdrą skórę uda Lantany, po czym szybko cofnęła dłoń.-Ja.. rozumiem… naprawdę… trochę wypiłaś… trochę sytuacja wymknęła się spod kontroli. Trochę… za dużo powiedziałam… Ja sobie zdaję sprawę, że rankiem, pomysły z wieczora nie są… nie wydają się już tak… sensowne. Po prostu zapomnijmy o całej sprawie. Znajdź mi jakieś wygodne jeansy, to wymknę się cichutko i “wczoraj” przejdzie przeszłości. Bez konsekwencji jakichkolwiek.

Decyzję podjęła pod wpływem chwili, nie roztrząsając zbędnych, negatywnych aspektów. Zrobiło się jej cholernie żal zagubionej Jenny, próbującej nie robić swoją osobą żadnych problemów. Wiedziała, że jeśli czegoś nie zrobi, dj’ka wycofa się na z góry ustaloną pozycję i minie długi czas, nim znowu będą mogły rozmawiać bez dystansu.
- Możemy...spróbować znaleźć ci jakieś spodnie lub spódnicę jeśli wolisz - zaczęła ostrożnie, przyglądając się jaką reakcję wzbudzą jej słowa - potem zjemy śniadanie i zobaczymy, czy w wiadomościach będą mówić o wczorajszej eksplozji. Co ty na to?

- Zgoda… spodnie… Ja mam te pończochy na sobie i wyglądałabym w spódnicy trochę… Chyba nie chcę zakładać mini...teraz.- uśmiechnęła się ciepło i nieśmiało JC. Wstała i nachyliła się po leżący na ziemi pas do pończoch, nie zwracając uwagi na to że wypina swe cztery litery osłonięte frywolnymi majteczkami w kierunku Tary. Dobry znak. Widać że czuła się tu swobodnie i bezpiecznie.

Ruda odetchnęła z wyraźną ulgą, zaraz jednak opanowała się i wyszczerzyła zęby w drapieżnym uśmiechu. Mogła pozwolić sobie na ekspresję póki JC stała odwrócona tyłem. Nie chcąc stać jak kołek, podeszła do szafy.
- Bierz co chcesz - machnęła zachęcająco ręką w stronę pokaźnego stosu ubrań i wyłożyła pokrótce propozycję planu działania - Spodnie są na dole, kiecki na wieszakach...częstuj się. Chcesz wziąć prysznic? Przyniosę ci czysty ręcznik i obudzę ekspres do kawy.

-Nie wiem czy powinnam… W końcu i tak… przeszkadzałabym za dużo. Nie chcę jeszcze zajmować wam prysznica. W domu mam własny.- rzekła beztroskim tonem JC dopinając pończochy i ruszyła w kierunku szafy, by wyłuskać z niej jeansy dla siebie. Zażartowała przy tym cicho.-Poza tym… mogło by mnie pokusić, by pogapić się jak wy się myjecie. Nie ma co… ryzykować. Lilly jeszcze śpi, prawda?

- Nie przeszkadzasz w najmniejszym stopniu - Lantana przewróciła oczami i dodała wesoło - może uda się zamontować kamerkę w łazience. Miałabyś wgląd w sytuację kiedy chcesz...ale to jak będziesz grzeczna, szybko się ubierzesz i dotrzymasz mi towarzystwa przy śniadaniu, tak na początek. A Lilly? Już wstała. Chciała pożyczyć ode mnie telefon, bo rozwaliła swój...chyba. Kiepsko kontaktuję, gdy ktoś zaraz po przebudzeniu zawraca mi głowę pytaniami.

-Nie wygłupiaj się…- JC spłoniła się na samą myśl o kamerce. I zabrała do ubierania spodni... dość obcisłych spodni, ale pasujących do zmiętego t-shirta którego nosiła. Potem rozejrzała się za swymi okularami. -To co proponowałaś w kwestii śniadania? I Lilly też zje z nami?

- Pewnie tak, zobaczę co i jak. Przyjdź do nas, jak będziesz gotowa - ruda rzuciła w progu i mrugając konspiracyjnie, wyszła z pokoju. Trzeba było złapać młodą póki gościa nie było w pobliżu. Lepiej, żeby nie palnęła czegoś głupiego. Poza tym Tara była ciekawa co stało się w nocy na mieście. Może media znów działały, bo w to, że Lilly cokolwiek pamięta...cóż, w to jakoś szczególnie nie wierzyła.

Lilly akurat zajęta była przełączeniem kanałów w telewizorze… każdy z nich był opatrzony hasłem “NO SIGNAL”. Zerknęła przez ramię na Tarę i rzekła.- Co jest do diaska? Moja komórka padła, internetu nie ma, telewizja… też. Opłaciłyśmy chyba wszystko prawda?

- Tak, opłacałam wszystko - Tara skwitowała sytuację cichym prychnięciem, włączając ekspres. Sytuacja robiła się wybitnie nieciekawa. Może byli w stanie wojny, a one to przespały? - W nocy doszło do jakiegoś wybuchu...nie wiem, nie pytaj. Nie pchałam się na pierwszy ogień, tylko zgarnęłam JC do nas i poszłyśmy spać. Ty już chrapałaś, więc nie zarejestrowałaś, że sieć padła...źle, że jeszcze tego nie naprawili. Trzeba przejść się po piętrach, może któryś z sąsiadów ma jakieś informacje. Zajęłabyś się tym? - spojrzała na Lilly z wyraźną prośbą - Nawet nie zdążyłam wypić porannej kawy. Bez tego gryzę, drapię i pluję jadem… jesteś ubrana, skocz do Wade’a. Jeśli ktoś ma cokolwiek wiedzieć, to pewnie on, a jak nie to ktoś inny. Szczęśliwie mieszka tu dużo ludzi.

-Właśnie… ehmmm… Co właściwie robiłyście z JC?- zapytała Lilly z błyszczącymi od ciekawości oczami wpatrzonymi w Tarę.-Czyżbym coś przegapiła?

- Tak, przegapiłaś początek wojny, atak terrorystyczny...albo coś w podobnym klimacie - spojrzała na kuzynkę z politowaniem - Miałyśmy z JC babski wieczór, a jak zaczęło się źle dziać, zgarnęłam ją do nas, coby nie siedziała sama w czterech ścianach. Coś jeszcze chcesz wiedzieć?

-Ech… Atak terrorystyczny? Jakoś nie wychodzi nam ta wojna z terroryzmem.- westchnęła Lilly rozdzierającym tonem głosu. Zamyśliła się marszcząc brwi.-Ale dlaczego w jednym łóżku?
Zanim Tara zdążyła odpowiedzieć, pojawiła się JC w jeansach Lantany i spytała obracając się, by je zaprezentować.-Mogą być/
-Babski wieczór, tak?- Lilly się zamyśliła próbując przetrawić tą sytuację.

- Mogła spać albo ze mną, albo z tobą...z tym że druga opcja niosła ze soba ryzyka zostania obrzyganą. Lilly...wiesz co to znaczy mieć umiar? Jakim cudem wróciłaś wczoraj do domu? - Lantana zmarszczyła brwi i zmieniając gładko temat, spojrzała na kuzynkę potępiająco.

- Nie jestem pewna… mam nadzieję, że z Aiko. A może z tym przystojniakiem… albo...z tą blondyną. Boże.. mogłam zgubić Aiko!- Lilly zaczęła panikować.- A miałam ją pilnować!
Po tych słowach wybiegła z pokoju i skierowała się do drzwi. A JC spojrzała zaskoczona Tarę, nie bardzo rozumiejąc co się wydarzyło na jej oczach.
Zupełnie jakby nic niezwykłego się nie stało, Lantana wyciągnęła z szafki dwa kubki i obróciwszy się w jej stronę, spytała:
- Słodzisz?

-Łyżeczkę… Czy coś się stało?- zapytała JC podchodząc do Tary.-Wdepnęłam w jakiś rodzinny dramat.

- To Lilly - machnełą ręką, jakby samo stwierdzenie wyjaśniało wszystko. Zakrzątała się przy ekspresie, przelewając gorącą kawę do szklanek - Własnie sobie przypomniała, że miała wczoraj pilnować Aiko i na dobrą sprawę nie pamięta czy wróciły razem...wiesz. Lilly - powtórzyła.

- To prawda… Ale Aiko jest dość samodzielna. I silna I bardzo seksowna.- zachichotała JC próbując herbaty.-Ale chyba powinnam odpuścić ten temat, prawda? Robię się monotematyczna.

- W ten sposób nigdy na nią nie patrzyłam - Lantana zamyśliła się, otwierając lodówkę - ale fakt. Jest niezła...jajka, ser, pomidory. O, nawet mleko jest i płatki chyba też. Na co masz ochotę?

-Mhhmmm.. - wymruczała cicho JC, po czym szybko dodała nieco nerwowo.-Pomidor i ser wystarczy. A ty co planujesz skonsumo… zjeść?

- Najpierw? Kawę - parsknęła - A potem się zobaczy. Pewnie identyczny zestaw, nie jestem wybredna...a to co jest wygląda smakowicie - zakończyła, przelatując mimochodem wzrokiem po sylwetce JC.

-To kto kroi chleb, a kto smaruje kanapki?- zażartowała JC i zamyśliła się.-Mogę o coś zapytać… O coś… prywatnego?

-Jasne, pytaj - Tara usiadła dopiero, gdy na stole pojawiły się bułki ze słonecznikiem i wafle ryżowe.

-Kim była pierwsza dziewczyna, którą pocałowałaś?- wydukała zaczerwieniona JC pochylając się ku kanapkom, by ukryć swą twarz za kurtyną włosów.

- Katie, koleżanka z klasy. Pojechałyśmy na wycieczkę szkolną...i tak jakoś wyszło. - ruda wzruszyła ramionami - Wiesz...namiot, środek lasu i dwie siedemnastolatki w jednym śpiworze…

-Wiem.. wiem..- potwierdziła szybko JC i napiła się herbaty.- I jak było? Mi za pierwszym razem… serce niemal wyskoczyło z klatki piersiowej.

- Jak z facetem, tylko trochę mniej nachalnie - parsknęła na samo wspomnienie tamtego wybryku - Szczerze to dla mnie bez różnicy. Liczy się człowiek ogólnie, a nie to co ma lub nie ma między nogami. Teraz mów jak to było u ciebie...jeśli chcesz oczywiście.

- U.. mnie? Miał to być szczeniacki wygłup. Taki eksperyment po tym jak Dorothy zerwała z chłopakiem. Ja wtedy miałam chłopaka, ale… wypadało mieć wtedy chłopaka. I pocałowałyśmy się z ciekawości. Dla mnie było to odkrycie czegoś niesamowitego, dla niej coś ciekawego. Trochę potem eksperymentowałyśmy z Dorothy, a potem…- westchnęła smętnie i wyraźnie zmarkotniała.-... potem nasza znajomość okazała się dla niej zabawą. I odstawiła mnie na bok, gdy poznała nowego chłopaka. Ja… nie potrafiłam jej odstawić.

-[i] Człowiek to nie zabawka[ /i] - mruknęła niewyraźnie, wgryzając się w kanapkę - Trzeba jasno wyłożyć czego się po danej sytuacji oczekuje, żeby później nikt nie cierpiał niepotrzebnie. Tak...łatwiej żyć, zresztą co ja ci będę gadać głupoty - zawahała się, ale dość szybko prychnęła pod nosem i podjęła temat - Ile najdłużej wytrzymałaś z jedna kobietą?

- Byłyśmy młode... głupie i… jakoś nie potrafiłam jej się przyznać, że… dla mnie to było coś więcej niż dla niej.-westchnęła cicho JC.- A potem tak jakoś… nie było zbyt wiele… partnerek. Zresztą lubię dziwne rzeczy.
Czerwieniła się na twarzy coraz bardziej.- Ale nie ma co mówić o przeszłości. Tylko o przyszłości… To… wybierzemy się może razem na jakiś film, czy coś?
W tej chwili jak burza do pokoju wpadła Lilly wołając od razu.-Meteor spadł! Jak mogłaś to przegapić Tara. Przecież lubisz astronomię.

Pierwszym, co przyszło Lantanie do głowy było :”bo obracałam twojego faceta...parokrotnie, miałam masę roboty przed Mansonami i w końcu zamiast siedzieć w domu i grać odludka, wylazłam do ludzi, lądując finalnie w łóżku z sąsiadką?”
Powstrzymała się jednak i jedynie wzruszyła ramionami:
-Meteo...szlag...i ja to przegapiłam? - westchnęła, jednocześnie plując sobie w brodę. Upadek meteorytu...i to tuż pod nosem! Musi przynajmniej zobaczyć jak wygląda miejsce katastrofy. - Ostatnio miałam dużo pracy? Wiesz...rachunki same się nie opłacą - zakończyła spoglądając na kuzynkę z miną “oplacam wszystko sama od pół roku. Czuj się winna”.

-Więc o czym tak plotkujecie? Aiko wróciła żywa… to plus. Wróciła sama… to minus. My byłyśmy dwie ostre laski i nie wyrwałyśmy wspólnie żadnego faceta na pełnej piwa i prochów sali dyskoteki. Fatalny wieczór.- odparła dramatycznym tonem Lilly. -Może powinnyśmy dołączyć do waszego wieczoru?

-A co u Gregorego? - Tara z niewinna miną dolała sobie kawy - Też z wami był?

-Nie… I nie mów mu co robiłam. Chociaż wyrywałyśmy chłopaka dla Aiko to… mógłby poczuć się zazdrosny. Tym bardziej, że chyba się… z kimś całowałam.- zamyśliła się Lilly i zerknęła na Tarę i JC.-A wam co najwyżej pozostało cmoknięcie się nawzajem…
I ta uwaga sprawiła, że JC zakrztusiła się herbatą, po czym zaczerwieniona dodała.-Skąd ten pomysł?
-Noooo… przyjacielskie buziaki Tary w policzek?- Lilly zdziwiła się tak gwałtowną reakcją dj-ki.

- Widzisz? To u nas rodzinne, ale spokojnie, nie rzucamy się na losowo wybranych przechodniów - odparła ze śmiechem, klepiąc sąsiadkę po plecach i spojrzała na Lilly - Zawsze przed snem Kwadrat dostaje całusa w czoło. JC też dostała, żeby się nie czuła pokrzywdzona. To normalne, no nie? - spytała, puszczając Młodej oko.

-Nooo.- uśmiechnęła się Lilly wesoło.I zaczęła przekazywać inne informacje.- Byłam u Wade’a. Powiedział, że wiszą jakieś plakaty na słupach. Że atmosfera nad miastem jest zanieczyszczona. I że telefony działać nie będą. Wychodzisz gdzieś przed południem Tara? Bo miałabym wiadomość do przekazania Gregory’emu.
-Jak to nie będą działać?- zapytała JC zaskoczona.
-Nie wiem. Poza tym… widziałyście wczoraj czy przedwczoraj Terrence’a Cartera? Sara Harper się o niego martwi.- Lilly dopowiedziała kolejną sensację.

Tara słuchała i markotniałą coraz bardziej. Cholera...dlaczego akurat teraz, gdy miała w garści zlecenie życia? Czemu cały ten cyrk nie mógł się rozpocząć, gdy już obsłuży Mansonów, zgarnie honorarium i rozsiadając się wygodnie w fotelu, zacznie przebierać w wysokopółkowych propozycjach?
- Cholera...będę musiała zdalnie załatwić tych przeklętych dekoratorów i florystkę - trzasnęła ze złością kubkiem o stół - To na dwóch końcach miasta...pięknie po prostu. Nienawidzę poniedziałków. Dobra...co gdzie i jak chcesz Gregoremu przekazać? Mogę robić za smsa, wszystko mi jedno. - zamknęła oczy i odliczywszy do dziesięciu, otworzyła je ponownie i na spokojnie dokończyła - Nie widziałam naszego dziennikarza. Może wpadł w cug i przepił ostatnie kilka dni. Sara pukała do niego i jej nie otworzył? Poprośmy Wade’a o klucz zapasowy - przeniosła wzrok na Jenny -Pogadasz z wujkiem? Jeżeli coś mu się stało i potrzebuje pomocy...albo się powiesił? Trupy latem strasznie szybko zaczynają cuchnąć.

-Jasne… Pogadam. Myślę że mój wujek to załatwi.- uśmiechnęła się ciepło JC i zamyśliła.- A radio działa?
-Chyba nie.- zawyrokowała Lilly.-Skoro komórki nie to…
-To pewnie i tak dostanę bezpłatny urlop. Mogę ci pomóc Tara. I tak nie będę miała nic do roboty.- rzekła z uśmiechem JC. A Lilly dodała z uśmiechem.-To mogę ci pomóc w pracy.

- A potem pójdziemy pooglądać meteoryt? - spytała z nadzieją, udając małą dziewczynkę proszącą mamę o kupno nowej lalki - Meteoryty są fajne, zobaczysz sama, JC…

-Czemu nie… to będzie takie romantyczne.- zaśmiała się JC, a Lilly wzruszyła ramionami.-Gdybyście wzięły odpowiednich chłopaków ze sobą, to pewnie tak.

- Dobry pomysł, młoda! - Tara wstała od stołu i z szerokim uśmiechem minęła kuzynkę - Może Gregory da się wyrwać na taki romantyczny spacer. Skoro technologia wzięła wolne, nie powinien mieć aż tak dużo pracy…Idę się umyć. Za dwadzieścia minut wyruszamy, dobrze JC?

- Ok… ja też powinnam się umyć… może więc pójdę do siebie.- zaproponowała JC, a Lilly dodała.-Ej… Gregory’emu wystarczy moja romantyczna bielizna. Pewnie jest wyposzczony po weekendzie.
Wstała i ruszyła do swego pokoju, by napisać notatkę dla swego chłopaka.

- Na pewno, Lilly, na pewno - Tara szepnęła pod nosem. Dobrze, że nic się wczoraj nie stało...i przedwczoraj. Naraz zatrzymała się i wróciła biegiem do salonu, łapiąc JC nim ta przekroczyła próg - Jestem głupia! Skoro są aż takie problemy z komunikacją, Mansonowie będą chcieli przełożyć wesele! Pojadę do nich i wszystko ustalę, to zajmie maksymalnie godzinę z delikatnym hakiem. Zorientuję się po drodze, czy kina też szlag trafił...jeśli tak to wrócę i przejdziemy się na spacer, albo skoczymy do sklepu po produkty i razem coś ugotujemy żeby zjeść przy filmie w domu - wyrzucała z siebie na szybko kolejne słowa, wyraźnie zdenerwowana wizją odwołania ceremonii przez klienta-numer-jeden - Poszukałabyś przez ten czas profilaktycznie czegoś do obejrzenia i mojego telefonu? Został gdzieś u ciebie.

-Ccco?- zupełnie zdezorientowana tym nagłym nadmiarem informacji JC z początku nie zrozumiała o czym mówiła Tara. By po chwili skinąć głową.-Tak. Tak… Dobrze.
-Telewizja nie działa, więc film raczej z DVD. Wątpię by moja kancelaria jednak została zamknięta, więc.. albo się pospieszysz, albo będziemy się razem myć pod prysznicem.- wtrąciła Lilly, wywołując wyraźną czerwień na twarzy JC. Panna Hopkins to zauważyła i skomentowała.-Dobrze się czujesz? Masz ciągle jakiś rumieniec, może to gorączka?

- Syndrom dnia poprzedniego - Lantana rozłożyła ręce, zgarniając Lilly i spychając ja w stronę korytarza - Nie wszyscy są tak przetrawieni wódą, że nie czują komplikacji dzień po. Idź tą notkę pisać do swojego rycerza na białym koniu. Słowo honoru, dokonam na tobie rytualnego mordu, jeszcze trochę. - nadawała cały czas w drodze do łazienki, zostawiając młodą gdzieś po drodze. Liczyła, że zajmie się sobą i da sąsiadce ulotnić się cichaczem na bezpieczną pozycję.

I to jej się udało. Lilly ruszyła dokończyć pisanie miłosnego liścika, a JC zdołała opuścić ich mieszkanko. Tara miała łazienkę dla siebie. A gdy wyszła Lilly już czekała z liścikiem i uśmiechem.-Podrzuć to pod wypisany na kopercie adres, tak przy okazji. Nie wiem jak ci dziękować kochana kuzynko.

Kobieta przyjęła wiadomość i schowała ją do torebki, uprzednio wyciągając z niej trzy puste paczki po papierosach.
- Kupię kawałek ziemi w Alabamie i posieję tam oset - ze śmiertelną powagą wręczyła blondynce garść zbędnych śmieci - Będziesz go zbierać ręcznie, w pełnym słońcu, kurzu i pyle...i bez kremu z filtrem

-Masz strasznie ponure pomysły. Myślę że…- Lilly nachyliła się ku Tarze i cmoknęła ją w policzek.-... potrzebny ci chłop, taki do którego mogłabyś się tulić wieczorem i czuć się jak księżniczka, a potem jak… dzikuska z barbarzyńcą. Znajdziemy ci takiego z Gregorym.

- Dzięki mała - Tara zachichotała, kręcąc głową z wyrazem czystej rezygnacji, wymalowanym na twarzy - Ale to za parę tygodni. Na razie trzeba pozałatwiać inne sprawy. Zresztą wyobrażasz sobie...a zresztą nieważne -machnęła ręka i skierowała się do wyjścia -Może w tym szaleństwie jest jakaś metoda…


***


Sprawy z Alice-Prawie-Manson udało się załatwić w kwadrans. Pech chciał, ż przyszły pan młody wyleciał z miasta w niedzielę wieczorem, a przez paraliż komunikacyjny i odcięcie miasta kontakt pozostawał niemożliwy. Lantana jedynie kiwała głową, próbując uspokoić roztrzęsioną blondynkę. W drodze do jej rezydencji, dorwała jeden z plakatów informacyjnych, porozwieszanych po całym mieście jak wątpliwego uroku ozdoby choinkowe. Zostali zamknięci na Bóg jeden raczył wiedzieć ile czasu, bez możliwości i perspektyw na zmianę położenia. Żeby zająć myśli klientki czymś optymistycznym, Tara zostawiła jej wszystkie posiadane katalogi i albumy, wskazując na te zawierające coś ciekawego. Razem z nimi wręczyła wizytówkę z adresem mówiąc, że gdyby dziewczyna chciała o coś zapytać, lub po prostu pogadać, niech wpadnie na kawę.

Wracając do samochodu, poczuła ulgę. Nie straciła zlecenia, rozłożyło się ono jedynie w czasie. Spokojniejsza, zasiadła za kółko i ruszyła ku centrum. Ruch na ulicy był w miarę normalny, ale zwiększyła się ilość patroli. Prawie na każdym skrzyżowaniu dało się zauważyć ludzi w charakterystycznych mundurach...nawet takich, którzy większą część życia spędzili za wygodnym biurkiem


***


Tara nie widziała nigdy giełdy podczas normalnej pracy, ale ten ogólny chaos na jaki się natknęła przypominał jej mrowisko rozwalone petardą. Brak kontaktu ze światem wywołał panikę i narady zarządów… choć chyba niewiele z nich wynikało. Niemniej znalazły się osoby, które wskazały Tarze biuro Gregory’ego.

Chaos zdawał wdzierać się w każdą dziedzinę życia. Mijając masę spieszących dokądś ludzi, Lantana ze zdumieniem uświadomiła sobie jak bardzo współczesne społeczeństwo uzależnione jest od zdobyczy techniki. Wystarczyła jedna, permanentna awaria i już świat nie wiedział co ma dalej robić. Niegdyś ludzie funkcjonowali całkiem sprawnie bez arsenału elektronicznych cacuszek, podłączonych do wielkiej, globalnej sieci 24 godziny na dobę. Technologia rozleniwiała - a skutki tego lenistwa dało się zauważyć dosłownie wszędzie.
Miało to i swoje dobre strony - niektórym naprawdę przyda się przerwa od Facebooka.
Znalezienie odpowiednich drzwi, wręczenie wiadomości, wymiana paru uprzejmych banałów i powrót do domu - plan był prosty, ale takie lubiły brać w łeb najchętniej.
-Kogo ja chcę oszukać? - mruknęła do siebie, pukając trzy razy we framugę.

-Proszę wejść.- krótka spokojna odpowiedź na jej pukanie. Pewnie Gregory spodziewał się posłańca, ale nie takiego jak ona.

Z uprzejmym uśmiechem nacisnęła klamkę i przekroczyła próg gabinetu, rozglądając się ciekawie dookoła.
-Masz jedną nową wiadomość - zaczęła zamiast powitania, naśladując charakterystyczny ton automatycznej sekretarki - Pierwsza nowa wiadomość. Otrzymana od: Lilli Hopkins - w jej dłoni pojawiła się biała koperta z bazgrołem na wierzchu.

Gregory był sam. To mogła być dobra lub niedobra wiadomość dla Tary. Podobnie jak zaskoczone spojrzenie mężczyzny, wędrujące po jej ciele od stóp do głowy.
-Tara co ty… wyglądasz tak profesjonalnie i elegancko.-wydukał zaskoczony. Jego biurko było pełne papierów zadrukowanych jakimiś tabelkami. A sam mężczyzna przypominał już tego przystojniaka, którego przyprowadziła Lilly, a nie tego samca który posiadł Tarę w kuchni.

-Cześć Gregory - odpowiedziała wesoło, idąc powoli w kierunku rozmówcy i wachlując się dzierżonym kawałkiem papieru - Niezłe biuro...i widoki też całkiem niezłe. Bardzo przeszkadzam?

-Tak szczerze… to nie bardzo. Nie mamy kontaktu z giełdami światowymi, w tym i z matczyną giełdą nowojorską. Jesteśmy ślepi jak… krety.- splótł dłonie razem mówiąc.-Ale… szczerze powiedziawszy, prędzej spodziewałbym się diabła tutaj niż ciebie. Myślałem, że mocno zaszaleliśmy w niedzielę.

-Nikt się nie spodziewa hiszpańskiej Inkwizycji - parsknęła, marszcząc groźnie czoło i z chytrym uśmiechem przesunęła część papierzysk z biurka, by móc na nim przysiąść - Hmmm...niedziela? Pamiętam jakby to było wczoraj, a może się mylę? - udała że się nad czymś poważnie zastanawia, lecz zaraz wzruszyła ramionami -Sms jest płatny według taryfy operatora, to tak na marginesie.

-Tara… próbuję wymyślać wymówki, by nie robić tego co… właśnie robię.- dłoń mężczyzny spoczęła na kolanie Tary i powoli przesunęła się po udzie wsuwając pod spódniczkę Lantany muskając skórę jej uda.-U was nic się nie stało? Trochę się o was martwiłem wieczorem, gdy nie mogłem się dodzwonić.

- Obyło się bez tragedii - Lantana momentalnie spochmurniała - Chociaż w pierwszej chwili myślałam, ze to atak terrorystyczny, albo coś podobnego. Najadłam się strachu, nie powiem. Walnęło solidnie, zaraz zaroiło się od straży, policji i pogotowia...a przecież mieszkamy spory kawałek od parku. Prawie jak jakaś wojna.

-To prawda. U mnie w dodatku były problemy z zasilaniem w wieżowcu…Ciemno i cicho, systemy bezpieczeństwa zamykały mieszkańców w domach. Totalny horror. Nadmiar elektroniki dookoła szkodzi.- rzekł żartobliwie Gregory jedną dłonią otwierając kopertę i wyjmując list od Lilly, drugą bezczelnie wodząc po udzie Tary pod spódniczką. Ta dłoń była widoczna pod materiałem, więc...kolejny gość Gregory’ego mógł to zauważyć.

- W takich momentach cieszę się, że zamiast elektronicznego dozorcy mamy Wade’a - mruknęła, obserwując poczynania rozmówcy. Czekała na moment aż wszędobylska ręka zawędruje na wewnętrzną stronę ud, a gdy tak się stało, z niewinną miną złączyła nogi i ścisnęła je z całej siły.

Gregory zamarł na moment czując jak wpadł w pułapkę. Niemniej poruszał palcami robiąc dobrą minę do złej gry.
-A jak ktoś wejdzie?- mruknął starając się brzmieć obojętnie. Po czym skupił się na czytaniu pisma od Hopkins.-Mam do was wpaść… wiesz co Lilly planuje?

- Taka duża, poważna firma. Pracownicy chyba wiedzą jak się puka? - uniosła krytycznie brew, gapiąc się na tył listu - Możemy się spodziewać wszystkiego. Z ciekawości: kiedy ta wizyta niby ma być? Możliwe, że wpadła na kolejny genialny pomysł...jak to Lilly. Wkrótce się przekonasz, czemu nazywamy ją Piątym Jeźdźcem Apokalipsy.

-No.. pukają, tylko czy wtedy wypuścisz? Bo mam wrażenie, że niekoniecznie. Lilly napisała, że ma ochotę na romantyczny wieczór a nawet noc. I resztę zostawiła mi. Z uwagi na tą całą godzinę policyjną… wolałabyś żebym zabrał Lilly do siebie czy… został u was na noc?- zapytał Gregory nadal starając się poruszać palcami dłoni swej uwięzionej przez Tarę.

-A masz w planach pomylić pokoje? - przekrzywiła głowę, uśmiechając się delikatnie.

Gregory zaśmiał się cicho i spoglądając w oczy Tary spytał.-A chciałabyś bym pomylił? Uważam że i tak bardzo wykorzystuję sytuację na moją korzyść. Nie chciałbym, żebyś uznała że nie daję ci spokoju.
Tymczasem ktoś zapukał do drzwi i odezwał się kobiecy głos.-Mogę wejść?

- To samo mogę powiedzieć o sobie - rozchyliła uda, zwracając uwięzionej między nimi dłoni wolność i wstała z biurka. Żarty żartami, ale zachowanie pozorów stać musiało na pierwszym miejscu. Na wszystko przyjdzie czas.

-Proszę.- rzekł Gregory przełykając nerwowo ślinę. Do środka weszła kobieta w typowo korporacyjnym mundurze.


Przyjrzała się bacznie Tarze, po czym zwróciła wprost do Gregory’ego.- Panie Lardetsky raport dla pana Wolfberga jest już gotowy?
- Tak. Oczywiście panno Wiliams.- rzekł z uśmiechem Gregory wstając i oddając teczkę z dokumentami.-Tyle ile można było zrobić w obecnej sytuacji. Już wiadomo co nieco na temat dalszego dnia ?
-Nie… obawiam się że nadal obradują. Jeśli znajdzie pan czas, to…- znów baczne spojrzenie na Tarę.-To może pan poczekać u mnie na kawie.
- Nie chcę się narzucać, zresztą mam teraz ważną rozmowę… sprawy rodzinne, rozumie pani.- uśmiechnął się Gregory, a panna Wiliams opuściła pokój wraz dokumentami.

-Ją też pukasz? - Tara spytała cicho, gdy znów zostali sami, mierząc mężczyznę uważnym spojrzeniem.

-Ją? Skąd ten pomysł?- zapytał zaskoczony Gregory i stuknął palcem prosto w czubek nosa Tary.-Pamiętaj że ten pomysł z seksem bez zobowiązań narodził się w twojej ślicznej główce. Ja tego ci nie proponowałem, ani żadnej innej kobiecie. Oczywiście, że nie sypiam z nikim poza Lilly… i tobą.

-Może chodziło o mordercze spojrzenie? - kobieta zamyśliła się. Stadko panienek krążących dookoła jednego faceta. Który nie marzył o czymś takim? Świętych od dawien dawna spotykało się jedynie na obrazach i w przypowieściach, a życie rządziło się swoimi prawami - Pannie Wiliams chyba zależało na tej kawie...i jeszcze “sprawy rodzinne. Rozumiem, że wyglądam jak dobrotliwa ciocia Lucy, ale nie musisz mi na każdym kroku wypominać wieku. - zakończyła markotnie, robiąc naburmuszoną minę.

-Myślę że jakoś ci to wynagrodzę. -dłonie Gregory’ego zsunęły się po żakiecie muskając piersi do guzików je zapinających.- Co ty na to?
Zaczął je rozpinać, jeden po drugim.

-A co jeśli wejdzie kolejna panna Wiliams? - spytała chwytając jego dłonie i unieruchamiając je nim pozwolił sobie na więcej i póki wciąż miała nad sobą kontrolę -Jak wytłumaczysz się tym razem?

-Pokój ksero zamyka się od wewnątrz. Żeby jeden makler nie mógł podejrzeć co kopiuje drugi. Jest tu kilka konkurencyjnych firm.- mruknął jej do ucha Gregory.

Kobieta westchnęła z rezygnacją./ A może choć raz da sobie na wstrzymanie?
- Wszystko masz widzę przemyślane i rozplanowane...jestem pod wrażeniem. Pokój ksero brzmi lepiej niż schowek na miotły, ale - zrobiła krótką pauzę, muskając policzek Gregorego wierzchem dłoni - plamy tuszu strasznie ciężko jest wywabić...

-Możesz powiedzieć NIE… w końcu to nie jest jakaś niewola. A wczoraj… było dość intensywnie.- stwierdził z uśmiechem Gregory obejmując Tarę w pasie i tuląc do siebie. Jego dłonie wodziły po jej spódniczce okrywającej obszar pupy.-Więc zrozumiem, jeśli nie jesteś teraz w nastroju. Zresztą, szczerze powiedziawszy nie planowałem dziś kolejnego razu.

- Nie dość że przystojny, to jeszcze wyrozumiały...a może ukradnę cię na stało, co? -- wymruczała wspinając się na palce i zamykając jego usta swoimi.

-Pow.. - nie zdążył odpowiedzieć czując wargi Tary na swoich, jego dłonie drapieżnie podciągnęły spódniczkę Lantany i zacisnęły się na tak obnażonych pośladkach.
Przez chwilę rozkoszował się jej pocałunkiem.Po czym oderwał usta od jej warg.- To nie było NIE.

-Hmm...rozwiń myśl -poprosiła, wodząc leniwie opuszkami palców po jego torsie, obrysowując przez materiał koszuli napięte mięśnie - Nie dosłyszałam, coś przerwało. To pewnie przez te problemy z siecią.

-Nie bardzo mam ochotę… myśleć… teraz…- jego usta przylgnęły do szyi Tary, pieścił pocałunkami jej skórę przez chwilę, nim się opanował i odsunął.-To chodźmy zanim skończymy tutaj na biurku.

- Skoro tak pan stawia sprawę - wyszeptała, patrząc mu prosto w oczy - Zaraz za panem, tylko proszę wziąć ze sobą cokolwiek, co uwiarygodni potrzebę wizyty w punkcie xero. Chociażby...to -namacała i podniosła z biurka pierwszą lepszą teczkę na dokumenty i wcisnęła ją między siebie a Gregorego -Trzeba dbać o pozory.

Gregory chwycił za dokumenty i ruszył przodem zamykając jednak drzwi tuż za Tarą. Gdy szli korytarzem obok siebie spytał szepnął.- Nie powiedziałaś mi, czy wolisz bym załatwił ci wolną chatę na noc, czy też został z Lilly w jej pokoju?

-A ty jak wolisz? Naprawdę dla mnie jeden diabeł, ale szczerze? -odpowiedziała pytaniem na pytanie i dodała ponurym tonem -Po ostatniej nocy wolałabym, żeby był z nami w domu jakiś mężczyzna, gdyby znów coś zaczęło się dziać. Taki komfort psychiczny, zwij jak chcesz.

- Zaciągniesz mnie do piekła za… domyślasz się za co.- stwierdził ze śmiechem Gregory szarmancko otwierając drzwi do pokoju z kopiarką.-Ale masz rację… przynajmniej do czasu aż ten stan policyjny nie minie. Lilly będzie zachwycona, ale ja… nie obiecuję, że nie będę sprawiał kłopotów. Trochę… mnie podnieca, kochać się z tobą pod nosem Lilly. To szalone, ale… i niesamowite zarazem.

-Dobrze że Lilly ma słabą głowę - Lantana parsknęła i zaraz wyobraziła sobie siebie w kotle wrzącego oleju. Za to co wyprawiała podobna kara jawiła się jako coś nieuniknionego. cóż...przynajmniej nie będzie jej zimno -A ja zawsze mogę udać przerażoną i wprosić się wam do łóżka jako pasażer na gapę…

- Jak Lilly będzie pijana?- zamyślił się Gregory, a Tara niemal była pewna, że jego wyobraźnia podsuwa mu ten wymarzony trójkącik. Ideał czy nie… był facetem z krwi i kości.
Zamknął za Tarą drzwi i docisnął jej ciało do nich całując namiętnie i tuląc się do niej. Dokumenty rozsypały się po podłodze.

Pospiesznie zarzuciła mu ramiona na szyję i odwzajemniając pocałunek pchnęła lekko do tyłu ku czemuś, o co można by było się oprzeć. Rytmiczne uderzenia w zamknięte drzwi, przez które chwilę wcześniej przeszli w pośpiechu kobieta i mężczyzna nasuwały jednoznaczne i bardzo trafne skojarzenia.

Wylądowali na ksero… on w zasadzie rąbnął zadkiem o ksero, a przyciski na urządzeniu zostały uruchomione przez przypadek.Gregory całował jak oszalały jej usta, dłońmi wodząc pod spódniczką tary i próbując niezdarnie zsunąć jej bieliznę. Opanował się na tyle by rzec.- Przerwa... zróbmy to na spoko...jnie… bo zedrzemy z siebie ubrania… porwiemy… je.

-Racja - wydyszała, a na zaczerwienionej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, gdy odsunęła się do tyłu i paroma niecierpliwymi ruchami zrzuciła bieliznę. Nie chcąc bawić się w zdejmowanie spódnicy, podciągnęła ją do góry -Nie mamy zapasowych ciuchów.

Mogła z satysfakcją przyglądać się jak spojrzenie Gregorego wędruje po jej nagich nogach w górę. Łakome i pożądliwie spojrzenie. Niewątpliwie doceniał jej zgrabne nogi, tak jak ona mogła docenić, że po opadnięciu bokserek zobaczyła iż jest już w pełni gotowy do podboju jej ciała.
Dobrze wiedzieć, że robi na nim tak piorunujące wrażenie.
Gregory usiadł na ksero nie przejmując się tym, że włączony automat uwiecznia właśnie jego goły zadek na kolejnych kolorowych kopiach.
-Chodź do mnie…- zachęcił z uśmiechem.

Nie potrzebowała dodatkowej zachęty. Prawie wskoczyła mężczyźnie na kolana, ignorując cichy trzask jaki wydała z siebie maszyna. Łapiąc go za ramiona, podkuliła nogi i oparła je o podświetlaną szybę, nabijając się na wyprężoną męskość. Z gardła Tary wydobył się przeciągły syk, gdy kolejne twarde centymetry znikały wewnątrz jej ciała, wciąż obolałego po poprzedniej nocy. Uczucie dyskomfortu minęło szybko, zastąpione przez dzikie, pierwotne uczucie pożądania.
-Potem chcę kopię -wymruczała, zbliżając swoją twarz do jego twarzy - Będę miała pamiątkę na samotne noce

-To i twój tyłeczek.. chcę ...skopiować.- wydyszał Gregory będąc ujeżdżanym przez kochankę niczym rasowy rumak. A i Tara wymagała wiele narzucając mu dość szybkie tempo rozchodzące się falami rozkoszy po jej ciele.Gregory podwinął jej bluzkę i muskał ustami brzuch Tary. Coś szeptał.. co brzmiało jak “narkotyk”, ale większość słów nie docierała do umysłu Lantany.

Finał nastąpił szybko i gwałtownie. Tara musiała zagryźć zęby na ramieniu kochanka, by jej krzyk nie przedarł się przez lichą barierę z drewnianej płyty i nie zaalarmował nikogo z zewnątrz. Wtuliła się w niego, przyciskając uda do jego boków i wbijając rozcapierzone paznokcie w plecy na wysokości łopatek. Rude włosy rozsypały się w nieładzie po plecach naelektryzowaną chmurą. Każdy mięsień jej ciała żył własnym życiem, a orgazm przeciągał się, podsycany kolejnymi sztychami i pchnięciami podnieconego mężczyzny.

Gregory zaś wtulił twarz w jej piersi również starając się zapanować nad swym ciałem. Tara zadrżała jeszcze, gdy poczuła jego hołd składany rozkoszy jej ciała. Drżał jeszcze przez chwilę tuląc ją do siebie. I mówiąc cicho.-Jesteś jak narkotyk… uzależniasz od siebie. Wiesz?

Odczekała chwilę i dopiero gdy miała pewność że nogi nie odmówią jej posłuszeństwa, opuściła kolana Gregorego. Zamiast odpowiedzieć werbalnie, ujęła jego twarz w dłonie i złożyła delikatny pocałunek na czole.

-Nie mogę cię odprowadzić do parkingów.- westchnął Gregory głaszcząc Tarę po policzku. Sięgnął po jedną z kopii.-Na pamiątkę, tylko… nie pokazuj Lilly, bo może poznać.

-Nie pokażę - obiecała, składając kartkę na pół i schowała ją do torebki. W trybie ekspresowym doprowadziła się do porządku, poprawiając włosy oraz ubranie. Sprawdziła też makijaż w niewielkim, składanym puzderku z lusterkiem. -Powiedz mi gdzie znajdę toaletę?

-Jasne…- odparł z uśmiechem Gregory i dodał naciągając spodnie na siebie.-[i]Tylko pozbierajmy dokumenty. I po chwili porządkowania kartek oboje opuścili to “gniazdko miłości”.


***


Podziemny parking giełdy przywitał ją ponownie chłodem, zapachem benzyny i ciemnością, rozświetlaną punktowo przez porozrzucane na suficie jarzeniówki. Z początku nie zwróciła na to uwagi, zbyt pochłonięta rozpamiętywaniem namiętnych wydarzeń ostatniego kwadransa, ale z każdym kolejnym krokiem natrętne wrażenie, że ktoś ją obserwuje, rosło i potężniało, jeżąc włoski na karku i przyprawiając serce o szybsze bicie. Była śledzona, każdy jej ruchu, nerwowy obrót przez ramię - nic nie umykało skrytego w mroku prześladowcy. Kim był, co u licha próbował osiągnąć? Straszył ją, wycinał świetny w swoim mniemaniu dowcip...a może coś gorszego? Tara nie wiedziała, wrażenie osaczenia zmusiło sztywne nogi do nabrania szybszego tempa, głowa raz po raz obracała się w lewo, prawo i przez ramię, a rozbiegane oczy próbowały namierzyć zboczeńca.

Zboczeniec - tak go roboczo ochrzciła, chcąc nadać strachowi realną formę. Nazwany lęk jest łatwiejszy do przezwyciężenia, człowiek może założyć przynajmniej w przybliżeniu czego się spodziewać i nie zaprząta sobie głowy niewiadomymi szczegółami.

Stukot szpilek odbijał się echem po zamkniętej hali, mieszając się w uszach kobiety z przyspieszonym oddechem i wariackim dudnieniem w skroniach do których dołączyło ciche szuranie, dobiegające zza pleców.
Jezu...dlaczego ona? Zaraz ją dopadnie, pobije i zgwałci…
Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła biec, modląc się w duchu, by nie potknąć się, ani nie przewrócić. Dlaczego postawiła samochód tak daleko wejścia? Czy zdąży wsiąść do środka i zamknąć drzwi?

Z paniki wyrwał ją nagły rozbłysk tuż przed nosem. Krzyknęła, zasłaniając w panice twarz przedramieniem.
-Patrz jak łazisz! - do spanikowanego umysłu doleciał męski, wyraźnie zirytowany głos do którego dołączył dźwięk klaksonu. Po chwili z piskiem opon minął ją czerwony pontiac i jak gdyby nigdy nic, pojechał w swoją stronę. Nie czekając na oklaski, kobieta rzuciła się biegiem w kierunku własnego samochodu i wsiadłszy do środka, ruszyła z kopyta nawet nie oglądając się za siebie.
 
__________________
Living Dead Owl

"I am the bad one, distant and cruel one.
I am the dream that, keeps you running down."

Ostatnio edytowane przez Zombianna : 18-04-2015 o 23:21.
Zombianna jest offline  
Stary 18-04-2015, 23:04   #26
Elitarystyczny Nowotwór
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 128043 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację
***


JC zapewne była w domu swoim, więc tam się Tara udała po powrocie do domu i przygotowaniach. Dj-ka otwarła z uśmiechem na obliczu, widząc Lantanę.- Cześć. Lubisz risotto? I Monty Pythona?
Ubrana była na luzie. Znów w sweter i jeansy.

Tym razem miała na sobie wszystkie części garderoby i żadna z nich nie była gorsetem - fakt ten odrobinę ratował sytuacje. Gdyby Jenny powitała ją od progu w stroju podobnym do wczorajszego, Tara musiałaby użyć wyższej dyplomacji, a po przygodzie na parkingu najzwyczajniej w świecie nie miała do tego głowy. Wciąż czuła się roztrzęsiona, a resztki strachu czaiły się gdzieś na granicy świadomości, gotowe przypomnieć o sobie w najmniej spodziewanym momencie.
-Cześć - wydusiła, siląc się na uśmiech i cmoknęła brunetkę przelotnie w policzek -Jasne, uwielbiam Monty Pythona. Żywot Briana, Święty Graal i całą resztę widziałam już setki razy...o i skecz z papugą! -im więcej mówiła, tym bardziej jej humor wracał do normy - Risotto też uwielbiam, jest lepsze niż spaghetti. Wiesz...mam alergię na gluten.

-To dobrze trafiłam z posiłkiem.- uśmiechnęła się JC i wpuszczając Tarę do środka.-Pożyczyła antologię filmów, więc… obejrzymy sobie nasze ulubione. Jak tam interesy? Ja mam płatny urlop w rozgłośni.

-Mansonowie przełożyli ślub, ale to było oczywiste - z ogromną ulgą oparła się o ścianę i zdjęła z nóg buty -Na szczęście wciąż chcą mnie jako organizatora, więc przynajmniej ten problem odpada. Zostawiłam Alice całą stertę magazynów, broszur, folderów i dysk ze zdjęciami żeby w wolnym czasie popatrzyła czy jest tam coś, co jeszcze chciałaby dorzucić...a jak tobie minął dzień? Rozmawiałaś z wujkiem?

-Tak… Zajrzy wieczorem z paroma sąsiadami żeby było oficjalnie.- JC skinęła głową i westchnęła.-Miałam czas, więc zajrzałam na pobliski posterunek policji. Tam jest horror… W tej chwili nikt już nie prowadzi śledztw, wszyscy zostali przesunięci do prewencji, więc można tylko zgłosić przestępstwo.
Po czym zaprowadziła Tarę do znajomego jej pokoju. Niski stolik został uprzątnięty z płyt. Leżała na nim za to komórka Lantany.
-Zaraz przyniosę risotto.- po tych słowach Lantana ruszyła do kuchni.

-Dziękuję Jenny, umieram z głodu - Tara uśmiechnęła się szeroko sadzając tyłek na kanapie i podciągnęła kolana pod brodę, obejmując je ramionami. Sytuacja robiła się...nieciekawa - i to delikatnie rzecz ujmując -Pamiętasz Nowy Orlean i huragan Katrina? - spytała głośno.

-Tak… Pamiętam. Strasznie się tam działo. Aż skórę ciarki przechodzą. - JC wzdrygnęła się nerwowo układając talerze z posiłkiem na stoliku i dodała cicho.-Ale przecież chyba… u nas tak nie jest, prawda?

Tara zaśmiała się nerwowo, obracając głowę w stronę okna. Znów przypomniała sobie dziwne zajście na parkingu i im się zorientowała, zaczęła opowiadać. Pominęła jedynie rozmowę i epizod z Gregorym w zamkniętym pokoju.
-...gdyby ten kierowca go nie spłoszył, nie wiem jak by się to skończyło. To...wciąż mną trzęsie. Jaką mamy pewność, że ten zboczeniec nie znajdzie kolejnej ofiary i tym razem skutecznie się nią nie zajmie?! Sama powiedziałaś, że policja ma pełne ręce roboty: nie są w stanie upilnować wszystkich wariatów, a ludzie zaczną świrować, bo sytuacji daleko do normalności...ale nie ma co rozsiewać pesymizmu - zreflektowała się na koniec, wzruszając ramionami - Pewnie przesadzam, nie przejmuj się. Zjem i mi przejdzie.

JC przez chwilę rozmyślała, po czym przytuliła nagle Tarę i cmoknęła w policzek.Ale u mnie jesteś bezpieczna.
Po czym odsunęła się z lekkim rumieńcem na twarzy i dodała.-Przyniosę wino do obiadu. To jaki film chcesz oglądnąć najpierw?

- Święty Graal? - spytała z nadzieją - Wieki tego nie oglądałam. Pomóc ci w czymś, coś przygotować?

-Nie… nic… jesteś gościem.- rzekła wesoło JC znikając za drzwiami kuchni.-Wolisz białe czy czerwone?

-Może być białe, do risotto pasuje idealnie - Tara skrzyżowała nogi na kanapie, nie przejmując się za bardzo tym, że przez to spódnica podjechała do góry odsłaniając więcej niż powinna.

- Nie znam się na winach, butelki mam od pięciu lat. Ale wino się chyba tak nie psuje.- wchodząc do pokoju JC zatrzymała się nagle i spoglądała na Lantanę wędrując po niej spojrzeniem, co przypomniało Tarze jakie preferencje ma dj-ka. I że bezczelnie korzysta z okazji.-Mam nadzieję, że będzie ci smakować.
Postawiła butelkę na stole i ruszyła ku telewizorowi i ukrytemu pod nim konsoli by puścić z niej odpowiedni krążek z filmem.

Na kolanach Tary wylądowała poduszka, ukrywając odsłonięte uda. Po chwili dołączył do niej talerz z obiadem. Wyglądał smakowicie.
-Mmmm..pyszne - wymruczała z pełnymi ustami [/i]- Naprawdę nie musiałaś. Głupio mi, że ci nie pomogłam, tylko przychodzę na gotowe.[/i]

-Po prawdzie… jedzenie zamówiłam i tylko odgrzałam bo w zasadzie nie gotuję. Mój wujek umie gotować, ale wątpię by smakowały ci pierogi czy bigos… do tego trzeba się przyzwyczaić.- po włączeniu filmu JC ponownie znikła w kuchni, by wrócić z kieliszkami do wina. Po czym ostrożnie nalała trunku i siadając blisko Tary zabrała się za jedzenie.
- Wiesz...nigdy nie jadłam pierogów - Lantana z uśmiechem przyjęła kieliszek i upiła niewielki łyczek wina. Zimne, półwytrawne - dokładnie takie jakie lubiła. Stres schodził z niej powoli, zastępowany przez błogi spokój i rozluźnienie. Obserwowała jednym okiem lecący film, parskając co jakiś czas i chichocząc pod nosem. Niektóre rzeczy bawiły za każdym razem, nieważne ile razy widziało się je wcześniej.

- Nie polecałabym też pierogów wujka Wade’a… są lepsi kucharze od niego. - mruknęła tylko JC i skupiła się na jedzeniu i filmie. Wino wręcz sączyła wyjątkowo drobnymi łyczkami. I chichotała przy zabawniejszych fragmentach filmu.

Nim seans dobiegł końca, talerze zalśniły czystością, butelka pokazała dno, a Tara wpółleżąc na kanapie klepała się lekko po pełnym brzuchu. Czuła spokój i rozluźnienie, problemy dręczące ją przez ostatni czas uleciały gdzieś daleko, nie pozostawiając po sobie nawet nikłego śladu. Dobrze było po prostu odpocząć.
-To co, jutro u mnie? - rzuciła ziewając, gdy na ekranie pojawiły się napisy.

- Zgoda… o której? Ja mam cały dzień … wolny.- mruknęła cicho JC i czerwieniąc się lekko, sięgnęła dłonią pod poduszkę. Przesunęła opuszkami palców po stopie, a potem łydce Tary. A następnie nie dając jej czasu na reakcję, wstała i zabrała się za sprzątanie talerzy.

- Osiemnasta? - ruda obserwowała z uwagą poczynania towarzyszki, powoli układając w głowie plan na przyszły wieczór - Możliwe, że będziemy miały w pakiecie chłopaka Lilly. Całkiem sympatyczny gość, polubisz go.

- Fajnie…- uśmiechnęła się wesoło JC i spytała idąc do kuchni.- A jakie atrakcje masz w planach?

-Mam zepsuć niespodziankę? - Tara powoli podniosła się z kanapy i splatając ręce za plecami, rozciągnęła zastałe mięśnie.- Torturami ze mnie tego nie wyciągniesz, ale spokojnie. Spodoba ci się...mam nadzieję.

- A jak nie… to…- zostawiwszy naczynia w zmywarce, wróciła po kieliszki. Swój miała pełny do połowy. Uniosła go przyglądając się trunkowi w nim falującemu.-Będziesz mi coś winna jak mi się nie spodoba?

-Niech tak będzie - Tara przeszłą przez pokój i zgarnęła pozostawione w kącie buty. Wade dbał o czystość w bloku, mogła bez przeszkód zaryzykować powrót do domu na bosaka - Będę jak złota rybka: spełnię jedno twoje życzenie.

- Naprawdę…?- zaczerwiona JC zamarła i… zaczerwieniła się niczym burak. Po czym szybko opróżniła trzymany kieliszek z trunku.

-Naprawdę- ruda przytaknęła i pocałowała ją na pożegnanie w policzek - ale teraz pozwolisz, że odpłynę do swojego akwarium. Pilnie potrzebuję snu.


***



Możliwość odpoczynku i złożenia głowy na poduszce - niestety kobieta ich nie uświadczyła. Lilly była wręcz pełna energii i radości. Wszędzie jej było pełno. I przy garnkach które nadzorowała i przy wyborze wina i przy odtwarzaczu DVD na którym co chwila zmieniała płyty zastanawiając się nad wyborem filmu. Gregory miał przyjść i miał zostać na noc. Dlatego Tara przez godzinę mogła podziwiać swoją kuzynkę w coraz to nowym komplecie seksownej bielizny, bowiem tak długo Lilly nie mogła się zdecydować w którym zamierza go zaciągnąć do łóżka. I jeszcze co chwila pytała Tarę czy obecność Gregory’ego jej nie przeszkadza.
Ubrała się na koniec w sukienkę która wywoływała Tarze dość.. ciekawe skojarzenia. Tą samą sukienką Lantana skusiła Gregory’ego do seksu w kuchni.


Kilkadziesiąt minut przytakiwania, doradzania i obserwacji wywołały u Tary ból głowy. Nie była zła, bardziej zmęczona i lekko podcięta, dzięki czemu zniosła nerwową krzątaninę w miarę spokojnie i bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym...ale przy sukience nie wytrzymała. Spojrzała krytycznie na kuzynkę, marszcząc brwi i każąc się jej obrócić parę razy dookoła własnej osi, podnieść ramiona i się pochylić.
- Zdejmij to, młoda. Nie wyglądasz korzystnie - pociągnęła ja za rękę i postawiła przed lustrem na korytarzu - Widzisz? Rozłazi się na biuście, odcina pod pachami. Trzeba ci znaleźć coś, co nie wygląda jak zdjęte z młodszej siostry.

-Skoro tak twierdzisz…- westchnęła Lilly i dodała z uśmiechem.- Potrzebuję czegoś seksownego… czegoś co by mówiło, że jest seksownym opakowaniem, bardzo seksownego produktu. Żeby ją ze mnie zerwał jak dzikus.

-I niby mam ci dać coś swojego po takiej deklaracji? - Lantana prychnęła i zaraz machnęła z rezygnacją ręką. Logiczne argumenty i tak nie dotarłyby do zaaferowanej blond głowy - Pamiętasz tą kieckę, którą dostałaś ode mnie na urodziny w tamtym roku? Tą niebieską, prześwitującą. Jeżeli chcesz, żeby zdarł z ciebie opakowanie, to lepszego nie znajdziesz - mruknęła, tłumiąc kolejne ziewnięcie. Co prawda wspomniany łach bardziej nadawał się pod latarnię, niż na kolację, ale Lilly chodziło właśnie o taki efekt.-Przebierz się, a ja poszukam czystych ręczników i przygotuję kilka drobiazgów. Skoro Gregory był tak miły i wyraził zgodę na zamieszkanie z nami przez jakiś czas...niech się tu czuje jak u siebie..

Lilly nie trzeba było dwa razy powtarzać. Ledwo Tara zakończyła wypowiedź, a już pognała do pokoju w celu znalezienia wabika na Gregorego. Nie było to jednak trudne zadanie, prawda? Tara już się przekonała o jego dużym… wigorze.

Ruda w tym czasie wzięła prysznic i nie spiesząc się nigdzie przygotowała całą drobnicę, potrzebną do ugoszczenia w domu dodatkowej osoby. Wyciągnęła nawet z szafy dyżurną kołdrę, poduszkę i pasujące do nich poszwy z Hello Kitty, aby wszystko pasowało do wystroju pokoju młodej. Nie zamierzała stroić się na wizytę Gregorego, byłoby to co najmniej podejrzane. Ubrała krótkie szorty i zieloną tunikę dłuższą od dolnej części garderoby. Nakarmiła też Kwadrata, wrzucając mu do terrarium rozmrożone myszy i zwiększyła moc lampy grzewczej, żeby przyjemniej mu się trawiło. Dobre wychowanie nakazywało powitać gościa i podziękować mu za troskę i chęć opieki nad parą średnio rozgarniętych kuzynek, dlatego zamiast położyć się spać, Lantana dotrzymywała Lilly towarzystwa, racząc się kolejną butelką wina w tak zwanym międzyczasie.

Gregory zjawił się o czasie, wystrojony i przystrzyżony … z dwoma bukietami kwiatów. Po tym jak Lilly rzuciła się na niego całując namiętnie i jak już rozdał bukiety uśmiechnął się blado pytając.
-Czy to na pewno nie będzie dla was problem jak zostanę?- zapytał niepewnie. Wydawał się być rozkojarzony i roztrzęsiony. Ale czy na pewno to była wina małej zdrady jakiej dopuszczał się z Tarą?

Stojąc z boku Tara przyglądała sę uważnie gościowi. Coś nie grało...a po dzisiejszym epizodzie na parkingu jej myśli powędrowało w jednoznacznie pesymistyczne rejony. Postanowiła nie roztrząsać tego, nie od progu. Zamiast zasypać mężczyzn pytaniami, poczekała aż młoda skończy się łasić i odpowiedziała ciepło:
-To my powinnyśmy sie spytać, czy nadużywanie twojej dobroci i czasu nie stanowi problemu. Uwierz mi, obie z Lilly bardzo się cieszymy że tu jesteś i jesteśmy wdzięczne za pomoc i opiekę. To...zwariowany czas.

-Tylko szaleniec by się nie skusił.- rzekł przesadnie wesołym tonem Gregory, a jego spojrzenie przesunęło sie po ciele Tary. Niewątpliwie nawet w tym grzecznym stroju przyciągała jego uwagę.
- To co planujemy na ten wieczór?- zapytał w końcu.
- Na późny… coś ekstra.- mruknęła zmysłowo Lilly klejąc sie do Gregorero.- A na razie… dobry film, dobre żarcie i dobre towarzystwo. Co ty na to kowboju?
-Jak można odmówić takiej zabawie.- odparł z uśmiechem Gregory.
-Zapewniam cię że zabawa będzie później. Bardzo niegrzeczna zabawa. - wymruczała Lilly ciągnąc Gregory’ego do pokoju.

- Taka z ciebie pani domu? - spytała widząc co Lilly wyprawia. Chciała zamienić dwa słowa z Gregorym w miarę na osobności, bez towarzystwa wścibskiej, rozentuzjazmowanej kuzynki, dlatego pokręciła z politowaniem głową i wskazała brodą na kuchnię - Leć po te smakołyki które upichciłaś i daj chłopakowi złapać oddech. Widzisz, że zdyszany jakby go ktoś gonił.

Lilly niechętnie odlepiła się od swego chłopaka i przesadnie kręcąc pupą ruszyła do kuchni, zostawiając Gregorego na sam z Tarą.
-Ładnie ci w tych szortach. Masz nogi warte grzechu.- rzekł żartobliwym tonem Gregory.

-Wszystko w porządku? - spytała z wyraźną troską - Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha…

-Nie. Wiesz… to sprawa.- splótł dłonie razem i uśmiechnął się blado.-Coś się wydarzyło w pracy, ale nie chcę cię niepokoić. A tym bardziej Lilly. Zapewne jak ten cały chaos komunikacyjny się zakończył, policja zajmie się sprawą.

- Coś na parkingu? - zadała kolejne pytanie i naraz zrobiła się blada. Czyżby zboczeniec dorwał kolejną ofiarę?

-Skąd wiesz?- Gregory wydawał się poważnie zaskoczony jej słowami i zaniepokojony nimi jednocześnie.

- Gdy wracałam ktoś mnie gonił po waszym parkingu. Nie wiem jakby się to skończyło, gdyby jakiś kierowca nie przepłoszył tego zboczeńca. Uciekłam nie oglądając się za siebie…bałam się to zrobić. Telefony nie działają, a wracać na górę...kiedy on tam gdzieś był...nie dałam rady. - przyznała, obejmując się ramionami.

- Znaleziono nogę Jeffa Andersona juniora, przy jego czerwonym pontiacu. Tak.. od stopy do połowy łydki.- wyjaśnił cicho Gregory wzdrygając się na samo wspomnienie.-Tylko tą odgryzioną nogę leżącą na tylnym siedzeniu jego kabrioletu.

Kobieta zrobiła krok do tyłu i zakryła usta nim zdążył z nich wylecieć przerażony krzyk. Czerwony Pontiac...to on uratował Tarze życie. Zboczeniec nie był zboczeńcem, tylko sadystycznym mordercą. Kobieta zaczęła się trząść, gdy doszło do niej jak blisko paskudnej, bolesnej śmierci się dziś znalazła. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa i opadła na ziemię, niezdolna do wydobycia z siebie artykułowanego dźwięku. Mogła to zgłosić patrolowi policji, zrobić cokolwiek...może gdyby się przełamała, ten cały Jeff byłby wciąż w jednym kawałku.

-Tara… czy ty dobrze sie czujesz? Tara.. co się dzieje.- to zachowanie przeraziło Gregorego.- Lilly… Tara ma jakiś atak.Jest na coś chora?! Potrzebuje leków?!
Kuzynka w panice wybiegła z kuchni nie wiedząc co się stało.

-N..nic mi nie j..jest - wyjąkała, zagryzając wnętrze policzka. Ból otrzeźwił ją na tyle, by dała radę wydusić z siebie - To on...on mi pomógł. Jeff...a teraz...to moja wina…

- O czym ty mówisz? - spytała nieco przerażona Lilly, a potem spojrzała na Gregorego.-O czym ona mówi?
-Nie mam pojęcia. Potrzebujesz się napić wody, czy czegoś… mocniejszego?- zapytał Gregory nadal wyraźnie wystraszony reakcją Tary.

-Lilly, kochanie. Przyniesiesz mi whisky? - poprosiła kuzynkę i ułożyła usta w coś na kształt uśmiechu - Podwójną...bez lodu.

Lilly znikła tak szybko jak się pojawiła, by przygotować drinka kuzynce. A Gregory zmartwiony przyglądał się Tarze pytając.-Co się stało?

- Czerwony pontiac...to dzięki niemu uciekłam. Tylko dzięki niemu. Przestraszył napastnika… jezu...przeze mnie Jeff...on..- mamrotała, kiwając się i kręcąc głową jak przy chorobie sierocej.

-...-odpowiedź zamarła na ustach Gregorego. Po chwili dopiero potarł swoje czoło dłonią mówiąc.-Jeff junior był pompatycznym aroganckim dupkiem.. więc mogłaś być jego jedynym dobrym uczynkiem w życiu. Nie przejmuj się tym Tara… nie mogłaś wiedzieć, a nawet gdybyś wiedziała, to nie wiem czy mogłabyś coś zrobić. Zresztą, wiem że wyjdę na egoistę, ale cieszę się że uciekłaś.

Kobieta pokiwała głową mechanicznie, bez emocji. Wciąż patrząc tępo przed siebie, a poczucie winy darło jej serce pazurami, zostawiając rozedrgany, krwiąwiący ochłap.
- Nie mów Lilly… - poprosiła, w końcu skupiając się na twarzy Gregorego - Cieszę się że tu jesteś…

-Może jednak… wiesz… powinnaś ty spać z Lilly? Nie jestem pewien czy powinnaś na noc zostać sama.- stwierdził cicho Gregory, gdy Hopkins wkroczyła z drinkiem i podała go Tarze.

-Nie chcę wam psuć wieczoru...przepraszam - wymamrotała, chwytając szklankę i pozbywając się połowy zawartości jednym łykiem. Westchnęła głośno i wypuściwszy z sykiem powietrze, kontynuowała - Pójdę do siebie i nie będę przeszkadzać…nie nadaję się dziś na duszę towarzystwa.

Lilly powinna być zadowolona z takiego obrotu sytuacji. Ale nie była. Wyraźnie zmartwiona spytała.- Na pewno wszystko w porządku Taro?

- Tak kochanie...nie przejmuj się. Nic mi nie będzie. - Lantana podniosła się powoli na trzęsące się nogi - Wybacz, ale nie dam rady nic teraz zjeść...muszę…-głos Tary załamał się, machnęła więc ręką i dopiła drinka, a pustą szklankę odstawiła na szafkę.

Oboje siedzieli w milczeniu spoglądając jak wychodzi. Nastrój przyjaznej zabawy… padł. Przynajmniej na jakiś czas. Lantana na miękkich nogach dotoczyła się do swojego pokoju. Od razu skierowała się w stronę łóżka, zgarniając z biurka Ipoda. Mechanicznie, niczym zaprogramowany robot, zdjęła z siebie spodnie, wsadziła w uszy słuchawki i zagrzebała się pod kocem w pozycji embrionalnej, nie mogąc pozbyć się z pamięci obrazu człowieka, który uratował jej życie.
 
__________________
Living Dead Owl

"I am the bad one, distant and cruel one.
I am the dream that, keeps you running down."
Zombianna jest offline  
Stary 19-04-2015, 09:19   #27
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 24483 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Ulicą przemknął wóz strażacki na sygnale kierując się, podobnie jak Alistair, w stronę miejsca upadku meteorytu. Tuż za nim, niczym młode za ojcem, pędził radiowóz policyjny wyjąc opętańczo i błyskając światłami.

Tak mogły zacząć się zamieszki w 1967 w Detroit, podczas których życie straciło ponad czterdzieści osób, blisko pięćset zostało rannych, ponad siedem tysięcy aresztowano i spalono blisko dwa tysiące budynków. Alistair pamiętał je doskonale. Miał wtedy niewiele ponad dwadzieścia lat i stawiał pierwsze kroki w zawodzie, który poprowadził go do emerytury. Pamiętał brutalność policji, pamiętał szaleństwo ogarniające ludzi. Był jednym z tych rannych w statystykach policji. Żołnierz na służbie, zaraz po swojej turze w Wietnamie. Przeszedł przez piekło wietnamskiej dżungli, które zagrzebał głęboko w swoich wspomnieniach, po to by oberwać kamieniem w twarz od rozszalałego, czarnoskórego protestującego. Złe wspomnienia wróciły. Alistair w mundurze pośród płonących domów.

Koło parku rozciągnięto kordon ochronny i Alistair niewiele zobaczył. Zawrócił i skierował się w stronę znanego dyskontu spożywczego. Miał złe przeczucia. Wiedział, że w sytuacji wyjątkowej ludzie rzucą się na zapasy. Będą walczyć, plądrować, stracą resztki ludzkiej godności.

Na parkingu pod sklepem było sporo miejsca. Znalazł miejsce najbliżej wyjścia, jak tylko się dało. Z wózkiem wjechał do sklepu. Zabrał wodę – 12 galonów w plastikowych, łatwych do przenoszenia butlach. Dopakował 12 sporych konserw z mięsem, 6 paczek z ryżem, 6 opakowań makaronu, 6 puree ziemniaczanego. Do tego dorzucił 10 puszek z owocami, 6 puszek z fasolą, 6 puszek z marchewką i groszkiem, 12 puszek z gotowymi obiadami, 2 paczki cukru i po jednej paczce herbaty i kawy w dużych opakowaniach. Potem przyszła kolej na pieczywo. Brał te lekkie, z długim terminem ważności, w sumie dwa tuziny opakowań. Na koniec wziął ser zapakowany próżniowo i dwa słoiki masła orzechowego, cztery słoiki dżemów, 4 puszki tuńczyka, 6 tabliczek czekolady oraz trzy butelki wina.

Zapłacił przy kasie przykuwając uwagę kasjerki.

- Na pani miejscu też bym zrobił zapasy na dwa tygodnie. Na wszelki wypadek, gdyby sytuacja miała się pogorszyć. Już nas odcinają. Kto wie, co będzie później.

Ledwie dopchał wózek do samochodu i zmieścił wszystko w bagażniku oraz na tylnym siedzeniu.

Mężczyzna z megafonem wykrzykujący hasła o religijnym końcu świata pojawił się kilka chwil przed tym, nim Alistair opuścił parking pod sklepem. Jechał ostrożnie i bez trudu dotarł na miejsce.
Potem zajął się przenoszeniem rzeczy z samochodu do domu, robiąc z sypialni małą spiżarnię. Razem z tym, co miał w domu, powinno starczyć mu zapasów na dwa tygodnie. Odsapnął chwilę po czym poczłapał do sąsiadów, by powiedzieć im o tym, że warto zrobić zapasy.

Zaczął od Wade’a prosząc go o pomoc w tej kwestii. Potem wrócił do domu i napełnił wannę oraz wszystkie większe gary wodą. Do celów higienicznych i picia, gdyby coś się zepsuło. Sprawdził, czy rolety antywłamaniowe na oknach są sprawne, zamknął drzwi do mieszkania i z książką w rękach czekał na rozwój wydarzeń.

Nie wiedział czemu, ale bał się. Bał się syren za oknami. Bał się działań rządu. Wtedy, w 1967 dowiedział się, będąc częścią „aparatu porządkowego”, do czego zdolni są ludzie w czasach zagrożenia.

Spojrzał na apteczkę w domu, ale – jak zawsze – miał ją dość dobrze zaopatrzoną, także w środki opatrunkowe, lekarstwa pierwszej potrzeby i tabletki przeciwbólowe. Tych zapasów nie musiał uzupełniać.

Brakowało mu żony, z którą mógłby podzielić się obawami.
 
Armiel jest offline  
Stary 20-04-2015, 20:59   #28
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 35337 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Pub funkcjonował poprawnie. Jakkolwiek ograniczenia wprowadzone przez władze miasta zastosowały, to jednak nadal funkcjonował kontrolowany przepływ towarów, zwłaszcza żywności i artykułów pierwszej potrzeby. Na razie więc Karl Hoobs nie musiał się martwić w kwestii chłodziarki. Ale… może jednak warto było zainwestować w jakiś poręczny generator prądu?
Przejrzenie fachowej prasy pozwoliło stwierdzić że taki generator prądu o mocy 5000 do 7000 watów to był wydatek 700 dolarów. Ale przenośny 10 000 to już by kosztowało Hoobsa 1000 dolarów. Niby nic, ale…
Nie wiadomo ile będzie go kosztowała rozprawa z pasożytem, który go gnębił. Przekazał dokumenty detektywowi i po ich pobieżnym przejrzeniu usłyszał w odpowiedzi, że będzie ciężko. Uczciwe postawienie sprawy.
Zmartwiło go też to, że Larry się nie zjawił. Choć powinien. A Karl powinien o tym fakcie poinformować kuratora. Ale nie mógł mu przecież tego zrobić, prawda?
Jeden dzień opuszczony to jeszcze nie koniec świata, prawda?

DETROIT LATO 2010 dzień 2


Poranek… zapowiadał się parszywy dzień. Bezwietrzny. Chmury powstałe po uderzeniu meteorytu jakoś nie ulegały rozgonieniu. Nic dziwnego, więc że dzień był pełen nieprzyjemnych niespodzianek.

Dla niego było to już drugi dzień bez Larry’ego. To już było niepokojące. Obecnie jednak Karl Hoobs był zajęty pracą, ale co powinien uczynić po niej? Udać się do niego? Niby wiedział, gdzie Larry mieszkał. Adres miał. Ale nigdy tam nie był?
Zgłosić to kuratorowi? To czyniąc zakończył by warunkowe Larry’ego. Chłopaka czekała reszta odsiadki plus kara za złamanie warunkowego.
Ale nie mógł tych dwóch dni nieobecności po prostu zignorować. Karl musiał podjąć decyzją.. jakąkolwiek decyzję. Nie zdążył jednak podjąć decyzję, bo coś zakłóciło spokój jego knajpy.
Awanturujący się klient. Duży jak szafa murzyn o pulchnej twarzy.
Wrzeszczący i silny i bardzo agresywny.


-Ty! To twoja wina skurwielu!-
wrzasnął na widok Karla, dziwiąc Hoobsa tymi słowami. Karl bowiem nie rozpoznawał tego murzyna. Nigdy się nie spotkali.
-To twoja wina, że mój słodki pączuszek, że moja kruszynka… moja…- żal i strach były powodem tej agresji. Obawa…- że moja Maria zaginęła. Nasłałeś na nia kogoś, co? Gdzie jest moja Maria.
Każde kolejne słowo wypadające z ust mężczyzny budziło Hoobsa narastające podejrzenie.
- Harold?- wyrwało się z ust Karla. Harold… imię ojca dzieciaków Marii . Nigdy się nie spotkali twarzą w twarz, ale Hoobs znał jego imię z papierów. Podobno się rozwiedli… albo uciekł z inną. Co więc robił w jego restauracji? … cóż, zapewne Maria nie była samotną matką jak deklarowała. Tylko nie zamężną kobietą, która żyła w konkubinacie z Haroldem. Cwana su… ale co oznaczało jego wkroczenie i jego oskarżenia? Co się stało z Marią Ortegą?

Inne zmartwienie miał Charlie Belanger … Coś go dręczyło. Niby nic ważnego. Szczegół bez znaczenia. Detal.
Ale wrył mu się w pamięć i jakoś irytował. Gdy bowiem wczoraj wracał z zakupów samochodem widział grupkę osób, stojących razem… Byli nieco brudni nieco zapuszczeni. Ot, początkujący kloszardzi. Stało ich z czterech… może sześciu. Stali obok siebie, szli niemrawo.
Detal. Ciekawostka.Normalnie nie poświęciłby im większej uwagi.
Tylko jeden ich detal sprawiał, że ten obrazek nie dawał Charliemu spokoju.
Oni wszyscy bez wyjątku mieli bielmo na oczach. Grupka ślepców. To nie mógł przypadek.
Tak jak nie było przypadkiem, że do drzwi Charliego zapukał mężczyzna w oficerskim stroju.


Policjant po otwarciu przedstawił się i pokazał zdjęcie z kamery monitoringu. Zdjęcie z jakiegoś pubu.
- Zapewne rozpoznaje pan osoby na tym zdjęciu?- bardziej stwierdził niż zapytał policjant. Charlie w zasadzie nie znał nikogo na tym zdjęciu z imienia. Poza jedną osobą.
Na zdjęciu był mężczyzna, który wtedy oślepł na jego oczach złapany na zdjęciu w chwili ataku choroby, byli stali bywalcy patrzący na to z paniką. I był sam Charlie właśnie uciekający w panice.

Zaś Tara Lantana… miała za sobą nieprzespaną noc. Muzyka nie odpędziła koszmarów. Otulona tylko kocami Lantana czuła się źle. Czuła jak nic nie chroni ją przed potworami powstałymi z ciemności i wyobraźni. Była sama, sama, sama… Nie chciała tego. Potrzebowała kogoś, potrzebowała towarzystwa. Potrzebowała ciepła drugiego ciała, otuchy i bezpieczeństwa.
Ale wybrała samotność w naiwnej wierze, że jest dość silna.
Nie była… Szok który przeżyła nie dało się zwalczyć zakopaniem w koce i słuchaniem muzyki.
Potrzebowała kogoś. Nic dziwnego, że łzy w końcu przełamały mur woli kobiety i zaczęły spływać po policzkach.
Zatopieni we własnej rozkoszy Gregory i Lilly zapomnieli o niej… tak się Tarze zdawało.
Przynajmniej do rano. Wtedy bowiem Gregory wszedł do jej pokoju. Tylko w bokserkach, ale… jego powody były bardziej szlachetne.
- Tara.. czy wszystko w porządku? Lilly musi pójść do roboty jak się obudzi, ale ja zostanę z tobą. Ale tylko do południa, bo potem z Lilly jedziemy po moje rzeczy. Możesz się wybrać z nami, albo… może ktoś w tym bloku może zostać z tobą? Lilly wspominała o jakiejś Aiko i.. o tym, że jakiś Wolfgang ma wobec niej dług wdzięczności i może… Swoją drogą nigdy o nim przy mnie nie wspominała. - potarł podbródek wracając do tematu.- Tak czy siak nie zostawimy cię przecież samej.

Nie tylko dla niej wczorajszy dzień zakończył się koszmarnie. Także i George Harris mógł narzekać na wczoraj, choć u niego parszywa część dnia zaczęła się znacznie wcześniej. Najpierw przypadkowe aresztowanie, potem odsiadka w areszcie. A następnie spisanie personaliów. Jakby był parszywym przestępcą, a nie praworządnym obywatelem!
A to był dopiero początek.
Kolejnym koszmarkiem był powrót do biblioteki i pyskówka z naczelną chimerą biblioteki. Dorothy wypomniała mu olbrzymie spóźnienie i nie przyjęła w ogóle jego wytłumaczeń do wiadomości.
- Protestować to możesz sobie w godzinach wolnych!- krzyknęła, mimo że Harris wspomniał, że wcale nie miał zamiaru brać udziału… przecież nie brał w ogóle udziału w demonastracji.
- I będę miała na ciebie oko.- zagroziła i dotrzymała słowa. W bibliotece nie miał okazji zabrać się za tłumaczenie. I stracił większość dnia. Co niestety było problemem dla Harrisa.
Dzięki babsztylowi dopiero zaczął tłumaczenie, a przecież nie mógł sobie pozwolić na straty czasu, jeśli miał zdążyć w terminie wyznaczonym przez Bowmana. Jeśli zawzięta Dorothy znów go przypilnuje dziś w bibliotece, a był tego pewien, to znów… straci mnóstwo czasu. Musiał więc coś wymyślić, jeśli miał w ogóle brać pod uwagę, wykonanie tego zlecenia dla Henry’ego.

Dla Alistaira Dowsona wczorajszy dzień był rozczarowaniem. Przyjemnym rozczarowaniem, ale jednak… Zamieszki nie wybuchły, krew się nie polała. Ograniczenie wolności związane z niedawnym upadkiem meteorytu jego następstwami nie spowodowały eskalacji przemocy podobnej do tej z ‘67-go. W końcu meteoryt był naturalną katastrofą, a Stany Zjednoczone były przyzwyczajone do radzenia sobie z takimi katastrofami. Trzęsienia ziemi, wybuchy nieczynnych wulkanów, tsunami, tajfuny… USA przetrwały to wszystko. Do corocznych atrakcji można było zaliczyć coroczne śnieżyce i trąby powietrzne. Państwo zdawało wtedy egzamin, czemu nie miało teraz?
Zamieszki nie wybuchły, zapasy zalegały w domu jak i woda. Wczorajszy dzień minął na nerwowym oczekiwaniu. Obecny zaczął się od wizyty Wade’a.
-Hej… jest taka sprawa. Widzisz. Od kilku dni nie było widać Terrence’a Cartera. Tego spod czternastki. Obiecałem jego sąsiadce, że zajrzę do jego mieszkania. Miałem wczoraj, ale coś mi wypadło… Poza tym jest taka sprawa, że nie chcę żeby to wyglądało na włamanie. Więc chciałbym to zrobić komisyjnie. Brian już się zgodził, Berta wolałbym w to nie wciągać… stary Żydek jest kiepskiego zdrowia i Rose by mi by mi nie wybaczyła, gdyby tam kipnął na serce.- nachylił się ku Alistairowi dodając.- Wiesz jak to jest z dziennikarzami, cały czas na nogach… i stymulantach. Trzeba się przygotować na to że Carter już puka do świętego Pietra, a ciało zostawił w mieszkaniu. Widoki więc mogą być nieciekawe. Tak czy siak, para to nie komisja i potrzebujemy trzeciego. To jak?

Dzień powoli się kończył, gdy w budynku mieszkalnym zjawił się wkurzony Phil Hopes z informacją, że policjanci pobili Jamesa Trentona na organizowanej przez niego manifestacji. Nie było to w sumie niespodzianką. Pyskaty James nie potrafił utrzymać nerwów na wodzy, zwłaszcza gdy walczył o sprawę. Często wchodził w konflikt z policją i nawet prowokował stróżów prawda do napaści… by potem mówić o brutalności policji. Było tylko kwestią czasu kiedy przegnie pałę.
Wszyscy o tym wiedzieli, nawet Phil. Ale i tak był wściekły. Trenton z objawami wstrząśnięcia mózgu i połamanymi kośćmi trafił do szpitala. A to już była przesada. Phil chciał jechać go odwiedzić, ale nie sam… liczył, że część sąsiadów pojedzie z nim. Nie pomylił się.
Paru się dało namówić.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
Stary 01-05-2015, 11:18   #29
 
Molkar's Avatar
 
Reputacja: 2207 Molkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputacjęMolkar ma wspaniałą reputację
Charlie usłyszał pukanie do drzwi, trochę był zaskoczony bo kto mógłby go odwiedzić ?? Po otwarciu drzwi przywitał go funkcjonariusz policji. Charlie spodziewał się, że może do tego dojść w końcu w obecnych czasach kamery są wszędzie i pewnie w pubie też takowa była.
Pytanie o zdjęcie wyrwało Charliego z zaskoczenia, przyjrzał się zdjęciu i tak jak myślał zobaczył siebie uciekającego z pubu w którym doszło do wypadku. Popatrzył na stróża prawa mówiąc :

- Tak, poznaje siebie na tym zdjęciu, a… ale reszty nie znam, w czym mogę pomóc ?

- W takim razie idzie pan ze mną.- stwierdził spokojnym tonem policjant.-Proszę nie stawiać oporu. - odpowiedział funkcjonariusz

- Eee gdzie mamy się udać ? w jakim celu ? Mam prawo wiedzieć takie rzeczy i do tego na jak długo ? Jestem aresztowany ?

- Eeee… nie. Chyba nie. Raczej wezwany na rozmowę, czy też przesłuchanie… jako świadek…- - policjant potarł czoło dodając.
- Słuchaj ja tu robię za chłopca na posyłki garniturów z NSA. Nie wiem po co cię wezwali, ale to chyba ważne.

Charliemu nie bardzo spodobała się odpowiedź chyba wolałby usłyszeć, że jest aresztowany. No cóż nie miał zamiaru zacząć stawiać oporu wie że za dobrze by się to nie skończyło.

- Proszę dać mi chwilkę wezmę jakiś ciuch który się nada na wyjście i klucze od mieszkania.

- Oczywiście- odpowiedział flegmatycznym tonem policjant.

Charlie na szybko przebrał koszulkę którą miał do chodzenia po domu zgarnął jakąś bluzę i klucze od domu po czym wyszedł z mieszkania zamykając je za sobą mówiąc do policjanta

- Ok, jestem gotowy można jechać.

Kilka minut później Charlie był w policyjnym radiowozie przemierzającym w kierunku okolic upadku meteorytu. I jadąc tak miał okazję przemyśleć parę spraw i dostrzec parę nieścisłości. Z czego największą był fakt, że policjant był tylko jeden… gdzie był jego partner. Przecież policjanci od krawężników do detektywów śledczych zawsze pracowali w parach. Ten był jednak jeden.

Nie miał jednak okazji… Policjant jechał powoli i zamyślony, w dodatku dość okrężną drogą. Rozglądał się przy tym bacznie, jakby kogoś szukał.

Gdy tak przejeżdżali przez kolejną dość pustą uliczkę Detroit, usłyszeli huk strzałów i spanikowany krzyk kobiety. Policjant zatrzymał wóz sięgnął po mikrofon CB radia, zapewne by powiadomić centralę i wezwać posiłki. Uczynił to jednak odruchowo i nawet nie próbował się odezwać. W końcu i tak by nikt go nie usłyszał. Spojrzał na Charliego i rzekł.

- Nie wychodź z samochodu.

Po czym zabrawszy jeszcze śrutówkę z pojazdu, wyszedł i ruszył w kierunku z którego posłyszeli krzyki odgłosy broni. Przyczajony niczym myśliwy… jakby wiedział czego się spodziewać.

Nie tego spodziewał się Charlie wsiadając z policjantem do samochodu. Sądził, że zostanie zawieziony na najbliższy posterunek gdzie zadadzą mu może kilka pytań. Trochę się niepokoił tym, że policjant jest sam ale bać się zaczął dopiero kiedy został sam w samochodzie. Siedząc rozglądał się nerwowo na boki, zerknął czy przypadkiem policjant nie zostawił kluczyków w stacyjce co w razie czego pozwoliłoby zdecydowanie szybko uciec chociaż miał wielką nadzieje, że funkcjonariusz zaraz wróci i pojadą dalej. Ku jego zadowoleniu kluczyki znajdowały się na swoim miejscu.

Charlie czekał jak mu kazano, minęło pięć minut, dziesięć i Charlie mimo, że coraz bardziej nerwowy nadal próbował usiedzieć w samochodzie. Po ok dwudziestu może i więcej minutach zaczął obawiać się, że policjant może już nie wrócić szczególnie, że było słychać kilka strzałów po tym jak poszedł sprawdzić. Charlie myślał jak najszybciej można by było wrócić do siebie. Nie chciał zabierać policjantowi samochodu, a może jakoś wróci ale tego nie miał zamiaru co raz bardziej sprawdzać. Jeśli ktoś tam był kto strzelał może się w końcu pokusić o to aby przyjść popatrzeć czy w samochodzie nie ma kogoś jeszcze. Charlie zerknął na zegarek i stwierdził jednoznacznie, że trzydzieści minut to aż za dużo jak na czekanie. Rozejrzał się raz jeszcze po okolicy, było zbyt cicho nawet jak na takie zadupie. Zerkał to na drzwi a to na stacyjkę samochodu nie mogąc się zdecydować, może zawsze przecież odjechać kawałek chociaż aż oddali się od tego miejsca, może z ulicę, może dwie i zostawi radiowóz. Po chwili rozmyślań strach jednak wygrał i Charlie zaczął przesiadać się na miejsce kierowcy chcąc chociaż wycofać się z dwie ulice i wtedy postara się wrócić do domu. I tak by miał kłopoty jakby go ktoś złapał w radiowozie. Po przegramoleniu się na miejsce kierowcy, odpalił radiowóz po czym zaczął powoli wycofywać.

Po przejechaniu z czterech może pięciu ulic Charlie postanowił, że raczej będzie w miarę bezpieczniej, w końcu od strzałów trochę odjechał i mógł udać się już do domu na nogach, przecież zaraz dojedzie do ulic bardziej uczęszczanych i jak go jakiś patrol zatrzyma to będzie miał takie kłopoty, że najbliższe długie dni spędzi za kratkami. Zatrzymał samochód na poboczu, wysiadł zostawiając go w stanie jakim był zamykając tylko drzwi. Miał nadzieje, że jak kręci się tu jakiś nieciekawy element to stojący samotny radiowóz skusi go bardziej niż niewyglądający na jakiegoś bogacza dzieciak. Starał się określić w którą stronę iść i jak aby omijając jakieś osiedla i trzymać się raczej głównej drogi tak by dotrzeć jak najszybciej do miejsca gdzie będą jacyś ludzie chodzić po mieście. Nie zastanawiając się za wiele ruszył szybkim krokiem.

Charlie po dostaniu się w bardziej zaludnione ulice, odruchowo udał się do najbliższego komisariatu, sądził że powinien zgłosić całe zajście. Stojąc przed wejściem nie mógł się za bardzo zdecydować czy wejść czy iść dalej. Z jednej strony przecież i tak do niego przyjadą raz jeszcze skoro mają jego zdjęcie i może wtedy mieć na prawdę przechlapane, z drugiej strony obawiał się dość dużych kłopotów które z tego wszystkiego mogą wyniknąć. Co raz bardziej dostrzegał tu wizję tego, że czego by nie zrobił to i tak będzie miał niemałe kłopoty.

Po kilku minutach bicia się ze sobą w myślach zaczął powoli iść w stronę wejścia na komisariat. Wszedł do środka i zaczął się dość nerwowo rozglądać gdzie można by podejść porozmawiać.

To co zobaczył po wejściu, przerażało… Charlie zobaczył kolejki. Owszem zrozumiałe było to, że w takiej sytuacji komisariaty będą zatłoczone, ale to…?

Kolejki. Dziesiątki ludzi stojących do okienek. Jak w DMV, tylko gorzej. Zwłaszcza że przyjmujących policjantów, było jak na lekarstwo. I stojąc w kolejce Charlie słyszał powtarzające się kwestie. Zaginiony, zaginiona… niemal każdy obywatel przyszedł tu właśnie z tego powodu. Niemal w całym mieście ginęli ludzie… bez śladu zazwyczaj.

Charlie po tym co zobaczył zaklął pod nosem, to przecież zejdzie mu spokojnie z pół dnia aby w ogóle dostać się do okienka a co dopiero załatwić sprawę. Słuchając co chwilę zgłoszeń, że ktoś zaginął bez śladu zaczął się trochę niepokoić. Przypomniał sobie opustoszałe ulice, dziwnie zachowującego się policjanta który jechał jakimiś bocznymi drogami, a do tego był sam co nie pasowało w ogóle do patroli czy to interwencji policji. Ale cóż w całym strachu który gdzieś się kotłował w głowie najbezpieczniejsze miejsce jakie przychodziło mu i tak na myśl był to komisariat policji, bo co by zrobił we własnym mieszkaniu ? Charlie nastawił się na długie czekanie w kolejce i powoli brnął do przodu wraz z każdym obsłużonym petentem.

- Imię i nazwisko. A potem imię i nazwisko zaginionej osoby - takimi słowami powitała go policjantka, zapewne niemal odruchowo powtarzając je przy każdej kolejnej osobie.

- Eee, no więc… - zaczął Charlie jakby nagle zabrakło mu języka w gębie
- No to więc Charles Devraux funkcjonariusz policji Detroit - po czym czekał na reakcję policjantki mając nadzieje, ze wyrwie ją z powtarzanych jak automat pytań.

Kobieta spojrzała niezbyt zaskoczona na Charliego, co było niepokojące. Czyżby takie słowa jej nie dziwiły?

- Kiedy zaginął Devraux? - zapytała biorąc się do notowania.

- Z godzinę może dwie temu - odparł Charlie.

- Co pan wie na temat jego zaginięcia? Każdy szczegół jest ważny - rzekła w odpowiedzi kobieta.

- Zaginął w okolicy … - Belanger zaczął wyjaśniać gdzie to się stało, gdyż ta okolica Detroit była mu mało znana. A gdy skończył określać miejsce wydarzenia przeszedł do okoliczności zaginięcia. - wysiadł z radiowozu po usłyszeniu strzałów w okolicy, ale niestety już nie wrócił.

- A co pan robił w tym radiowozie? - zapytała funkcjonariuszka podejrzliwie.

- Funkcjonariusz Devraux powiedział, że ktoś chce ze mną porozmawiać, jacyś ludzie z NAS, NSA czy jakoś tak. Niestety nie dojechaliśmy na miejsce.

- Pete! Pete! Chodź tu na chwilę! - krzyknęła głośno kobieta i po chwili pojawiła wysoki i muskularny policjant w mundurze.

-Pete… odstaw pana Belangera do jednej z cel… jakiejś jedynki, żeby nikt mu nie przeszkadzał. - rzekła do niego policjantka, po czym zwróciła się do Charliego.
- Poczeka pan w niej sobie, aż ustalimy, gdzie pan miał trafić. Zważywszy na kłopoty z łącznością i ogólny bajzel… może to trochę potrwać.
Pete pochwycił za ramię Charliego i mruknął.

- Proszę za mną.

Charlie jak mu kazano udał się z policjantem, miał nadzieje, że jednak wszystko będzie dobrze i dość szybko się sprawa wyjaśni. Po dotarciu do celi stwierdził, że dziwne to uczucie w niej zasiadać. Usiadł na pryczy i zaczął się zastanawiać nad ostatnimi wydarzeniami. Miał wielką nadzieje, że wszystko będzie dobrze.
 
__________________
„Dlaczego ocaleni pozostają bezimienni – jakby ciążyła na nich klątwa – a poległych otacza się czcią? Dlaczego czepiamy się tego, co utraciliśmy, ignorując to, co udało nam się zachować?”
Steven Erikson, „Bramy Domu Umarłych”, s. 427
Molkar jest offline  
Stary 02-05-2015, 00:15   #30
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 74914 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Karl Hoobs - zapracowany optymista


Poniedziałek rano - sklep AGD



Z samego poniedziałkowego poranka Karl postanowił zrealizować swój zamiar z nabyciem generatora. Obawiał się o dostawy prądu do głównie do swoich kas, lodówek i chłodni a przemysł spożywczy i pochodny był bardzo wrażliwy na tego typu awarie. Śrubkom czy telewizorom nic złego się nie stanie jak postoją parę godzin czy dni bez prądu, a nawet z taką mąką czy olejem. Ale mięso, jajka czy nabiał już tak odporne na takie rzeczy nie były. No i cała reszta tak samo. Cała ludzka znana mu cywilizacja bazowała na energii elektrycznej i zasilajacych ją cudach techniki. Bez niej zaczynał się chaos i barbarzyństwo. Czyli głód i zamieszki, rzeczy którym on jako spokojny człowiek do tego przedsiębiorca a z usposobienia domator jakoś z natury żywił niechęć i awersję.

Udał się do tego samego domu handlowego w którym wcześniej kupił i lodówkę do domu i do sklepu i który serwisował mu oba urządzenia a Karl jako stąły klient miał rabat i to całkiem przyzwoity.

Wewnątrz oglądał różne generatory od małych generatorków przypominajace silnik do motorówki, po wielkie jak jakaś prawie szafka. W zależności od potrzeb klienta i zasobności jego portfela. Karl był obyty technicznie jako domowa złota rączka więc orientował się calkiem nieźle w swoich potrzebach energetycznych lokalu z jednej strony i możliwościach urządzeń z drugiej.

Dosć szybo ograniczył więc pulę do kilku modeli a ostatecznie do dwóch które go interesowały. Własciwie nalezały do osobnych kategorii małych i dużych generatorów. Duży mógł więcej i oczywiście kosztował wiecej. Karl związany walką z tym Chińczykiem z przeciwka, wynajęciem detektywa i prawdopodobną sprawą sądową z Ortegą nie bardzo chcial się angazowac w jakieś specjalne koszta. Choć samczy testosteron by miec więcej, większego, o największej mocy, gabarytach no i cenie bardzo go kusił. Zwłąszcza, że jego zmysł techniczny również był zafascynowany mocą tego urządzenia.

Ostatecznie jednak wygral zmysł przedsiębiorcy, pragmatyzm no i ekonomia. Zdecydował się jednak na mniejszy Graham 2000. Ostatecznie był kilka stów tańszy do tego na jego lokal wystarczał w zupełności a bardzo korzystnie wychodziło mu spalanie paliwa na niskim poziomie. Zwłaszcza jakby miało potrwać dłużej jakies takie zaćmienie czy co. Wówczas koszty paliwa oraz jego oszczędność tego co się kupi mogła mieć kolosalne znaczenie. No i energetycznie akurat ten model był prawie tak sprawny jak przeciętny duży egzemplarz. A Karlowi po prawie godzinie w sklepie i gadce ze sprzedawcą udało się ejszcze wynegocjować rabat na 15%! Liczył, że na 10% byłoby nieźle wiec te dodatkowe 5% przesądziło sprawę. A jeszcze naprawy fwarancyjne i serwis... Któż by się na to nie skusił? No na pewno nie Karl i nie w takiej sytuacji jaką miał teraz.



Poniedziałek południe - Knajpka "Karl's Food"



Ten wielgachny Murzyn, który okazał się bardzo napastliwy, chałasliwy i po prostu agresywny a jakby było mało to jeszcze był gahem Tej - O - Której - Się - Nie - Mówi... by nie wkurzyć szefa... No i facet się awanturował tak samo jak znał to wcześniej od Ortegi tyle, że nie listownie i mailach tylko tak osobiście.

- Haroldzie. Może powiesz mi co się stało? Dlaczego przychodzisz do mnie? Nie widziałem Marii od miesięcy. - Karl był zaskoczony nagłym najściem Murzyna i jego awanturą. Akurat się te zniknięcie zbiegało z początkiem pracy detektywa którego wynajął. Ale o ile znał się na ludziach to raczej nie spodziewał się takich “znikań” po nim. Sprawiał wrażenie profesjonalisty. A do tego… Skoro sprawa rozchodziła się o Marię… To Hobbs z natury jakoś robił się nieufny i podejrzliwy. Jakiś numer ze znikaniem jaki obmyśliła ze swoim gahem jakoś specjalnie by go nie zdziwił. Poza tym czemu przylazł tutaj a nie na komisariat? Najpierw więc musiał się dowiedzieć czegoś więcej od tego wzburzonego mężczyzny.

- Bo widziałem,jak ten Larry kręcił się wokół naszego domu jakieś dwa dni temu. A przecież wiadomo, że to kryminalista z wyrokiem… który trzyma sztamę z tobą.- warknął wrogim tonem Harold.

- Larry jest moim pracownikiem. I prosiłbym byś zważał na słownictwo. Larry pewnie wracał do domu, mieszka niedaleko Marii. Nic mi nie wiadomo o żadnych kłopotach Marii i jej zniknięciu. Jeśli masz jakieś zażalenia proponuje byś zgłosił to na policję. Ja prowadzę lokal i nie wiem jak mógłbym ci pomóc w znalezieniu Marii. - ton i cała awantura nie podobały się Karlowi ale nie chciał jej eskalować. Miał nadzieję przemówić Haroldowi do rozsądku i przekonać go by zaczął szukać winnych gdzie indziej.

-Zgłosiłem glinom i wiesz co? Powiedzieli, że zajmą się po zakończeniu sytuacji kryzysowej. Przyjęli zgłoszenie i wypieli się dupą do mnie… cholera… pewnie dlatego że jestem czarny.- Harold był zbyt zdenerwowany na spokojną rozmowę.

- W policji pracują nie tylko biali Haroldzie… - zauważył cierpko przedsiębiorca. Właśnie tego typu gadek nasłuchał i naczytał się z jego partnerką więc jak widać dobrali się świetnie. - Przykro mi z powodu zaginięcia Marii ale nie wiem jak mógbym ci pomóc w tej sprawie. Zapewniam, że nic mi o tej sprawie nie wiadomo ani nie miałem z nią nic wspólnego. Jesteś pierwszą osobą która przychodzi do mnie i mówi mi o tej sprawie. Jeśli to cię uspokoi to mogę pojechać na komisariat i złożyć zgłoszenie o zaginięciu Marii, bo w końcu nadal jest moją pracownicą. Jeśli chciałbyś coś jeszcze to słucham. - właściwie jeszcze nie wiedział jak rozegrać sprawę z zaginiciem Larry’ego więc i tak liczył się z tym, że musiałby udać się na komisariat więc w razie czego mógł załatwić obie sprawy na raz. Poza tym jeśli faktycznie Ortega zaginęła to należało coś zrobić by ją odnaleźć. Szukać po tej wielkiej ogarniętej chaosem metropolii nie zamierzał, ale zgłosić mógł.

- Nie zgrywaj naiwniaka. Dobrze wiem, że robiłeś wszystko, by wciągnąć w kierat mojego pączuszka w ciąży. Nie udawaj świętoszka. Po prostu powiedz gdzie ona jest i co z nią zrobiłeś. Albo gdzie jest ta więzienna gnida, Larry!- wybuchł mężczyzna szturchając grubym paluchem klatkę piersiową Karla.

- Harold. Nie wiem gdzie jest Maria i co się z nią stało. Przyjmij to do wiadomości. A sposoby jakie sugerujesz nie są moimi sposobami. Jeśli chcesz coś jeszcze załatwić to albo zmień ton albo przyjdź z policją. Wówczas chętnie porozmawiam. - Karl już się trochę wnerwiał na tego pretensjonalnego problemotwórcę. Dało się zauważyć, że ton zdecydowanie ochłódł i brakowało w nim zwyczajowej przyjacielskości z jakiej Hobbs był najczęściej kojarzony.

- Zacznij mówić, bo skuję ci mordę staruchu.- warknął murzyn i… nagle zawył z bólu, bo ktoś znalazł się za jego plecami, podczas całej tej rozmowy. Ktoś niski i zwinny… ktoś kto błyskawicznie wykręcił mu rękę zmuszajać do klęknięcie. Ktoś kogo Hobbs znał dobrze… przeklęty właściciel konkurencyjnej knajpki.


Gui Meng trzymając w kleszczach Harolda stwierdził spokojnym głosem.- Psujesz dobrą atmosferę na tej ulicy. Zakłócasz Chi i Tao… Przeszkadza mi to. Opuść tą restaurację i ulicę w spokoju, albo… będę zmuszony zrobić ci krzywdę.
Odpowiedzią na to były krzyki bólu i steki przekleństw Harolda.

-Twoi goście są niewychowani panie Hobbs.- skomentował to Meng.
Karl musiał przyznać, że takie ultimatum, w dość rozsądnej i grzecznej formie jaką chyba zaserwował partnerowi Marii powinno dać mu do myślenia nad jego zachowaniem i skłonić do sensowniejszego zachowania. No ale nie. Harold wybrał tę bardziej agresywną bramkę. Gdy to zrobił Karl odruchowo spojrzał na wystający za ladą kij bejzbolowy trzymany na takie okazje. Nie chciał tego robić ale wolał “w razie czego” pomachać kijem, licząc na odpowiedni efekt niż dać się pobić. Bo Harold zdaje się do tego dążył i właściciel lokalu szczerze mówiąc był już tym znacznie zaniepokojony. Nie lubił tego typu sytuacji i na ogół udawało mu się ich unikać. Teraz jednak zdaje się niekoniecznie musiało to zadziałać jak zazwyczaj.

O dziwo, gdy Harold nagle stęknął i jęknął i się wyraźnie “zawiesił” w pierwszej chwili Karl nie wiedział co się stało. Jeszcze tego brakowało by tu odwalał jakiś atak serca czy co… Jak miałby teraz po karetkę zadzwonić?! Ale zdziwił się jeszcze bardziej gdy zza sporawego Murzyna wyłonił się niezbyt postawny Azjata. I to właśnie TEN Azjata.

- Moi goście mają odpowiednie maniery. I siedzą przy stolikach. - uśmiechnął się Karl wskazując na resztę swoich gości. - Haroldzie, będzie zdecydowanie lepiej i zdrowiej dla nas wszystkich jeśli posłuchasz pana Meng i opuścisz ten lokal. Takie zachowanie raczej nie pomoże ci w poszukiwaniach. I jest karalne. - rzekł Hobbs korzystając z niespodziewanego wsparcia ze strony konkurencji. Miał nadzieję, że Harold uzna wyższość argumentów obu przedsiębiorców i właścicieli lokali i da sobie wreszcie siana. Meng zdaje się przemówił językiem jaki Harold zdaje sie znał bardzo dobrze.
Odpowiedzią były kolejne przekleństwa, a potem jęk bólu z ust Harolda.

-Nie dosłyszałem. Panie Hobbs, czy słyszał pan żeby się zgodził?- odparł z kamienną Menga, a z ust Harolda wyrwał się krzyk.- Zgadzam się, zgadzam!
Gui Meng puścił jego rękę. Obolały murzyn spoglądał z wściekłością na obu sycząc pod nosem.- Pozwę was za to.

- Tak… możesz tego spróbować. A nie wątpię, że pan Hobbs również to uczyni.- stwierdził spokojnie Gui Meng.

- Dokładnie. - potwierdził słowa drugiego biznesmena właściciel “Hobbs Food”. - Proponuję ci Haroldzie byś skupił się na poszukiwaniach Marii. Tu jej nie ma i nie było już od dawna. A takimi metodami nic tu nie zdziałasz. - rzekł oschle do tego nietypowego gościa swojego lokalu.
Harold obrzucił wrogim spojrzeniem obu mężczyzn i pomrukując coś pod nosem wyszedł z lokalu niczym zbity pies.

- Cóż… Nie spodziewałem się takich awantur na tej ulicy. To ponoć spokojna dzielnica, ale z drugiej strony... w obecnej sytuacji każdemu mogą puścić nerwy.- podsumował sprawę Gui Meng.
Karl obserwował w napięciu całą scenę. I gdy mimo wszystko awanturnik opuścił jego lokal odczuł prawdziwą ulgę. - Przepraszam państwa za tą awanturę. Niestety obecny kryzys w mieście nie wszyscy ludzie znoszą tak dzielnie jak my tu w tym lokalu. - uśmiech powrócił na twarz przedsiębiorcy. Czuł, że musi coś powiedzieć dla uspokojenia sytuacji. Dał znak swoim pracownikom, że już wszystko jest w porządku i mogą wracać do swoich zajęć a sam wyszedł zza lady i podszedł do niespodziewanego sojusznika.

- Dziękuję za pomoc Gui. - wyciągnął do niego rękę i dla powitania i dla okazania wdzięczności za okazaną pomoc - No zazwyczaj jak wiesz, jest tu raczej spokojnie. Właśnie dlatego wybrałem tę miłą i spokojną okolicę na lokal. - westchnął Hobbs. Tak właśnie było. I dlatego tak mu odpowiadała ta okolica. Można było czuć się bezpiecznie. Mieszkali i przychodzili tu ludzie nie szukający i nie sprawiajacy na ogół problemów. Więc takie sytuacje jak teraz zdarzały się ale niezbyt często. Dało się przeżyć.

- Ale powiedz, cóż cię sprowadza do mojego skromnego przybytku? - zagaił bo zgadywał, że chyba raczej konkurent nie przybył tu tak całkiem przypadkowo.

- Twoja restauracyjka jest naprzeciwko mojej.- uśmiechnął kwaśno Meng.- Gdy więc duży murzyn w bojowym nastroju włazi do twojego pubu, to trudno to przegapić. Może i jesteś dla mnie niechcianym problemem na tej ulicy, ale należy przestrzegać pewnych zasad… jak to się mówi... fair play?
Spojrzał za idącym już ulicą Haroldem. - Pozwolenie na taką demolkę, jaką pewnie by on wywołał, byłoby niehonorowym posunięciem z mej strony.

- Fair play… Tak, to bardzo dobra zasada. Miło mi poznać dżentelmena który je stosuje w dzisiejszych czasach. Zwłaszcza w takiej sytuacji jaką mamy obecnie. - Karl słuchał zaskoczony, że osoba od której na samym końcu spodziewałby się jakiejś pozytywnej reakcji przyszła mu z pomocą i to tak szybką i skuteczną. - Jeszcze raz dziękuję za pomoc i w imieniu swoim, i moich pracowników, i moich gości. - dodał już ze swoim serdecznym uśmiechem skierowanym do Azjaty. - Tak, jeśli wszyscy będziemy się starali zachować jak należy to mamy szansę przetrwać ten kryzys i to przetrwać z twarzą. - dodał jeszcze na koniec tego wątku. - A jak sobie radzisz w tej interesującej sytuacji? - spytał robiąc dłonia nieokreślony gest dookoła mając na myśli te problemy z telefonami, siecią i w ogóle. Bo tym razem efekt tej “awarii” jaką spowodował ten meteoryt był odczuwalny w całym mieście chyba. Więc i w ich obu lokalach również.

- Średnio… składników do moich dań, nie uznano za artykuły pierwszej potrzeby.- wzruszyła ramionami Gui, wkładając dłonie w kieszenie spodnie.- Ale jakoś to idzie. A co obecnego kryzysu, to zakładam, że obustronne zawieszenie broni na jego czas jest najlepszym rozwiązaniem, prawda?

- Myślę, że w zaistniałej sytuacji nie ma co sobie pod sobą dołków kopać. Obawiam się, że najbliższe dni będą dla nas bardzo zajmujące. A kto wie ile to potrwa… - zgodził się z Gui jego sąsiadem z naprzeciwka. - Myślę, że to dobry czas na potrenowanie stosunków dobrosąsiedzkich. - dodał z uśmiechem.



Poniedziałek popołudnie - mieszkanie Larry'ego



Szczerze mówiac to był zaniepokojony zniknięciem Larry'ego. Jego kryminalna otoczka z natury rzeczy budziła zastanowienie i uwagę. No a jak coś było nie tak w okolicy to stawiało go w pierwszym rzedzie podejrzanych. Niemniej jednak dotąd był jednym z lepszych pracowników i ludzi z jakimi Karl się zetknął. Kto wie, może gdyby chłopak miał lepszego adwokata albo więcej szczęscia... W kazdym razie na pewno nie był niewinny bo do więzienia za drobnicę raczej się nie trafiało. Ale jakkąlwiek było kiedyś teraz odkąd zaczął pracowac w lokalu Karla ten nie miał powodów do narzekań na chłopaka. Może się zmienił, może naprawdę chciał zerwać ze swoja przeszłością i wizerunkiem, może akurat trafiało mu podejście jakim otaczał swoich pracowników Hobbs. Tego Karl nie był pewny. Ale pewny był, że jak dotąd Larry nie nawalał a na pewno nie znikał z pracy już drugi dzień bez wyjaśnienia. To mu groziło poważnymi konskwencjami nie tylko w pracy.

Normalnie Karl by zadzwonił do niego i na numer kontaktowy który miał każdy z jego pracowników w razie tego typu sytuacji właśnie. No ale telefony nie działały. Ani komórki ani stacjonarne. Po częsci to zrzucało z niego odpowiedzialność za powiadomienie władz, czego nie chciał zbyt prędko robić bo pewno chłopak by skońćzył za kratkami. A zdaniem Karla każdy, a zwłaszcza tacy ludzie jak Larry, zasługiwał na szansę.

No ale gadka tego Harolda wzbudziła do reszty jego czujność i niepokój o los i poczynania pracownika. Czyżby Larry okazał się w jakiś sposób nadgorliwy? Chciał jakoś się zasłużyć przed szefem i "coś zrobić" w sprawie tej Ortegi? Bo to zdaje się segerował a raczej wrzeszczał Harold. A właściwie, ze to Karl go wysłał z takim kryminalnym zadaniem. W to zaś Hobbs nie wierzył. Nie zatrudnił by kogokolwiek z napadami agresji czy problemotwórcy zwłaszcza po wyroku. Po co mu w pracy i w domu jakieś problemy z policją czy sądami? A Larry na jakiegoś fana latania z bejzbolem czy ciachania nożem ludzi jakoś mu nigdy nie wyglądał. No ale jak jego ranna zmiana miała się ku końćowi, przyszła druga, wieczorna i nikt z pracowników nie wiedział nic o jego losie Karl już się powaznie zaniepokoił. Postanowił więc odwiedzić swojego pracownika i wyjasnić sprawę. Jeśli zwiał to nie miał wyjścia i musiał powiadomić policję. Ale jeśli coś mu się stało i był chory czy miał wypadek a telefonów nie było to jeszcze mógł mu pójść na ręke i dać chorobowe czy coś pomyślec w tej materii. Z tym nastawieniem pojechał pod kojarzony z okolicą adres gdzie mieszkał czarnoskóry chłopak.

I dopiero jak wjechał w tą dzielnicę przypomniał sobie dlaczego tak rzadko tu bywał. To właściwie było getto. Nie, że włądze coś zmuszały kogoś czy selekcojowały ot, tak jakoś się ułożyły życiorysy tej części mieszkańców, że pokoleniowo mieszkali blisko siebie tworzac latynosko - czarnoskórą enklawę. Do tego wręcz klasycznie była to raczej uboższa część społeczeńśtwa. W efekcie więc nakładąły się na to wszystkie tego typu pochodne sprawy jak choćby rozboje, grupy przestępcze , gangi, ludzie z bronią maszynową strzleających z jadacych samochodów, gangerskie graffitti na ścianach i tego typu sprawy. Wszystko to sprawiało, że on, biały biznesmen wyglądający na klasycznego przedstawiciela klasy średniej dość rzucał się w oczy. I czuł się jak na jakiejś strzelnicy czy co...

Do tego teraz. Teraz było jeszcze gorzej. Jakoś tak cicho i pusto... Nawet policyjne pratole zdawały sie przemukac chyłkiem w radiwozach. A młodzi, wydziarani, wykolczykowani i obwieszeni biżuterią ludzie którzy na karlowe standardy jednoznacznie kojarzyli mu się z wizerunkiem gangów jakie znał z nwesów tez jakoś go nie zaczepiali i zdawali się być nerwowi i gdzieś pezemykać i czmychać... Choc na to akurat nie narzekał. Pytanie o to czy nie ponieść mu portfela czy telefony albo odkryć oderwaną wycieraczke czy lusterko w samochodzie wcale mu się nie było potrzebne do pełnego życiorysu.

Hobbs czuł niepokój co najmniej jak tak się zagłębiał w kolejne uliczki i kwartały tego getta. ~ W razie czego to nawet nie dam rady zadzwonić na policję... Albo pogotowie... ~ pomyślał całkiem trzeźwo. Zastanawiał się czy nie zawrócić. W sumie byłoby to rozsądne. Ale jednak nie chciał się przyznać, przed smym sobą, że ulega swoim lękom. Noo iii... Co by wówczas kiedyś dzieciom powiedział? Jak miał ich wychować i dawać przykład? Miał kiedyś przemilczeć, że jechał kiedyś po swojego pracownika i zawrócił boo... No bo co? Miał coś wymysleć? Że pożar, zamieszki, bandyci z bronią? Miał kłamać? Własne dzieci? Nieee.... To nie wchodziło wrachubę. Musiał to przetrwać i to spróbowac nadal być na tyle dobrym człowiekiem by sie potem nie wstydzić patrzeć w lustro przy goleniu. A golił sie codziennie...

W końcu niejako z ulgą zatrzymał samochód przed domem w którym mieszkał chłopak. Okazało się, że to kilkupiętrowa kamienica. Gdy wszedł na klatkę schodową i doeszdeł do drzwi poczuł już coś pomiędzy obawą a strachem. Drzwi które powinny wedle numeracji należeć do jego pracownika były wyłamane! I co dziwne od środka. ~ Co tu sie stało?! ~ przełknął nerwowo ślinę i rozejrzął się po klatce w górę i w dół. Nigdy nie widział czegoś takiego. Na pewno nie na włąsne oczy. Widział już trochę włamań u sąsiadó czy to w samochodach czy sklepach ale na ogół były to wyłamane kłodki czy zamki ale o ile sobie przypominał to było doś podobne. Ot wybita szybka czy rysy i slady po łomie czy podobnym narzedziu. Ale zawsze to było od zewnątrz. Bo po wyłamaniu zamku cyz kłódki nie było już problemu z przekraczaniem przejscia w którąkolwiek stronę. Ale... Pazury? Od środka mieszkania? Znaczy co? Ktoś... Coś... Było wewnątrz i chciał wydostac się? Nie za nic w świecie nie słyszał o czymś takim...

Zawołał Larry'ego po imeniu choć bez zbytniej nadziei widząc cisze i martotę widocznej z korytarza części mieszkania. Widział też burdel jak po solidnej dewastacji czy plądrowaniu mieszkania. Jakoś był prawie pewny, że Larry'eg tam nie ma. Nie ma żywego... Chciał wrócić do samochodu i odjechać stąd czym prędzej! Ale... Ale nie... Jak tam gdzieś był Larry? Jesli potrzebwał pomocy? Niee... Sumienie by go potem zeżarło... Więc pukajac we framugę i wołając imię chłopaka po raz ostatni wszedł w końću do środka. A tam...

No chaos. Przełykał nerwowo ślinę. I co chwila zaciskał pięści. I czuł jak się zaczyna pocić. Ze strachu. Bo tu się stało coś złego. To było widac na kazdym kroku. Ślady pladrowania nasilały się. Poprzewracane, połamane i poprute medle, rozchełstana i rozrzucona pościel, podarte żaluzje, zerwany żyrandol, brak rzeczy w stylu telewizora czy komputera które były wkazdym domy dość jasno świadczyły o o splądrowaniu tego miejsca.

No i krew. Widział ślady krwi. Nic, że ktoś się zaciął przy krojeniu warzyw czy puścił farbę z nosa o nie. To wyraźnie ktoś krwawił i to solidnie. Karl nie był lekarzem ani policjantem czy patologiem. Ale wiedział, ze ktoś tu oberwał i to solidnie. Nawet to było za dużo tych krwawych plam na kilka strzałów z pięści w twarz. Dużo za dużo... Co tu się stało!?

No a najgorsze to były te ślady pazurów. Bo nawet krew jeszcze jakoś był w stanie zrozumieć. Jakiś napad z pobiciem czy coś takiego. Ale te pazury?! Co zostawia takie slady?! Jakieś zwierze? I to ile... Musiało mieć sporo czasu... I wściekłosci... I po co? Koty ścierają pazury, króliki zęby co jest wkurzajace ale zrozumiałe. Ale tak jak tutaj? Nie, musiał zadzwonić na pol... A tak... Jak wziął telefon w rękę przypomniał sobie, że nigdzie nie zadzwoni... Trzeba było pojechac i zgłosić. Niech przyjadą ci spece od śladów i spojrzął na to. Może oni jakoś to rozgryzą.

No ale... Kto mu uwierzy? Że widział jakiś burdel i pocięcia w mieszkaniu zbiegłego kryminalisty na warunkowym? No nawet jak uwierzą to nie potraktują serio. Tylko jak Harolda. Teraz priorytety policji też się pewnie troche zmieniły. Ale...

Drżącą ręką wział telefon i obcykał ślady krwi. I kilka dobrych zdjęc na te szponiaste ślady. I wyłamane drzwi. Też z tymi śladami dziwnymi. O tak! Teraz miał co pokazać na komisariacie! Lepiej niż puste słowa rotrzęsionego przediębircy lokalu gastronomicznego.

Miał już wychodzić gdy po wahaniu się postanowił zapukać do drzwi naprzeciwko. W mieszkaniu Larry'egu musiał byc hałas na 102 choćby z wyłamaniem tych drzwi. No i to dosć rzuca się woczy tak rozwalone drzwi. Miał zamiar spytac czy wiedzą co i kiedy się stało. Może Larryego zabrała karetka to wiedzą do jakiego szpitala. Może cokolwiek wiedzą cy wyjasniłoby sytuację co się stało w jego mieszkaniu czy o jego losie.

W drodze poerotnej przejechał tak by sprawdzić jak to ma się lokalizacyjnie adres Larry'ego do adresu Marii. Bo wcześniej w barze sprzedał tą bajeczkę Haroldowi torchę z pamięci i na poczekaniu. Ale teraz okazało się, że naprawdę mieszkają niedaleko siebie. Ba! Przed domem Marii zauważył kręcącego sie Harolda. I to wściekłego. A teraz nie miał przy sobie pomocnej dłoni i umiejetności Gui Meng'a. Więc spokojnie przejchał dalej. Miał nadzieję, żę Harold nie zna jego samochodu więc nie zwróci na niego uwagi. Poza tym zdaje się, ze miał dość agresywną naturę a Karla pospołu ze swoja lubą uważał za dojną krowę winna posłuszeństwo i aportowanie na rządanie a nie jakiegoś partnera do dyskusji. No i za białego kapitalistę i wyzyskiwacza biednej, czarnej ludności. Jakby Ortega za darmo pracowała... Zresztą! Właśnie o to cały wic się rozbijał! No żeby własnie cholera jedna pracowała!
 
__________________
MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 12:14.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169