Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 07-03-2015, 15:51   #1
 
Autumm's Avatar
 
Reputacja: 6825 Autumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputację
[Sesja solowa] Droga

Życie to szpital, w którym wszystkich chorych trawi pragnienie zmiany łóżka. Ten chciałby cierpieć koło pieca, a tamten ufa, że wyzdrowieje przy oknie. Zdaje mi się, że tam, gdzie mnie nie ma, byłbym zawsze szczęśliwszy i sprawa przeprowadzki jest przedmiotem ciągłych dyskusji z moją duszą... I wreszcie moja dusza wybucha i krzyczy, jakże rozsądnie: "Gdziekolwiek, gdziekolwiek, byle poza ten świat! - Charles Pierre Baudelaire.

Stacja I

Zaczęło się - a może skończyło - od mroku. Jak zwykle. Ciemność przyszła do niego nie jak stary przyjaciel, lecz jak nieustępliwy stalker, sadystyczny prześladowca, który - nieważne ile razy odegnany - wraca po raz kolejny, lubując się w cierpieniu i bezsile swojej ofiary. Noc ogarnęła go jak morze, zalewające naporem fal samotnego rozbitka; lodowate fale wpychały go coraz głębiej pod powierzchnię, nieuchronnie ściągając w dół - a jedynym kresem tej wędrówki było tylko i wyłącznie zupełne dno, bez odrobiny padającego z góry światła, bez najmniejszego cienia nadziei. Nikt nie wyciągnął na czas pomocnej ręki, nikt nie rzucił ratunkowego koła; tonął więc jak kamień, w nielicznych przebłyskach świadomości dostrzegając tylko jedną, z dawna objawioną mu prawdę: nie było dla niego zbawienia. Był sam, beznadziejnie sam w tej nierównej walce z losem, innymi ludźmi, rzeczywistością i wrogiem najgroźniejszym z nich wszystkich - samym sobą.

Być może gdyby nie był tym, kim był, wyszedłby z tej bitwy zwycięsko. Lecz nie sposób uwolnić się od własnego ja, nie można zmienić natury człowieka, naprawić dawno popełnionych błędów. Przegrał więc.

Przegrał wszystko, co było do przegrania, tracąc w tym upiornym upadku mizerne resztki każdej rzeczy, która była dla niego cenna i ważna. I kiedy widział już granicę, kiedy obracał w głowie, niczym wyczekany dar, myśl, że oto nadszedł jego koniec, że odejdzie w miękkie objęcia nicości, żegnając się z okrutnym światem i cierpieniem, że zabierze swoje udręki do grobu, za którym będzie - w końcu! - tylko martwy spokój, jego demony po raz kolejny dowiodły swej perfidii i doświadczenia w szatańskim rzemiośle dręczenia potępionych dusz. Odebrały mu nawet śmierć, tą ostatnią deskę ratunku - i skazały na kolejny krąg piekła, tysiąckroć razy gorszy niż wszystkie, które dotychczas odwiedził.

Skazały go na życie. I towarzysząc mu jak żelazny krzyż świadomość że wszystko, co go dotychczas spotkało, by dziełem jego własnych rąk.

***

- Mam dobre wieści. Lekarz prowadzący jest zdania, że mogą pana wypuścić już pod koniec tygodnia. - głos pielęgniarki był płaski i obojętny; nie starała się nawet udawać odrobiny zaangażowania, oddzielając się murem profesjonalizmu od tych wszystkich ludzkich nieszczęść, którymi musiała zajmować się na co dzień. Widział ciemny osad pod jej zmęczonymi oczami, nieudolnie maskowany grubą warstwą pudru; czający się w jej spojrzeniu grzech pychy, kiedy w głębi serca oceniała każdego z pacjentów, stawiając się ponad nimi, ponad tymi wypalonymi wrakami, łatanymi po wielokroć jak zajeżdżone do cna samochody, które muszą odrobić swoje długi, nim litościwie odda je się na złom.

Kobieta poklepała go po ręce i odeszła zająć się kolejnym przypadkiem; jej kroki chrzęściły na drobnym żwirze. Prócz tego powoli niknącego dźwięku - i okazjonalnej, cichej skargi jakiegoś świeżo wskrzeszonego ludzkiego ciała - w lepkim powietrzu panowała martwa cisza. Szpitalny ogród był niczym wnętrze ognistego pieca; przez wysoki mur nie przedostawało się nawet najlżejsze tchnienie wiatru, a błyszczące niczym nawoskowane liście starych oliwnych drzew nie dawały nawet złudzenia cienia. Promienie słońca przebijały wszystko na wskroś, smagając bezlitosnym żarem rozrzucone wśród uschłych trawników białe kukły pacjentów i personelu szpitala.

Siedział nieruchomo na kamiennej ławce, czując jak przez cienki materiał szpitalnej pidżamy parzy go nagrzana, chropowata powierzchnia. Stracił zupełnie poczucie czasu... koniec tygodnia o którym wspominała pielęgniarka mógł być już jutro, jak i dopiero za kilka dni. Z jednego jednak zdawał sobie jasno i wyraźnie sprawę - kończył mu się ten pożyczony, zamrożony czas, a za murem ostrzyły zęby i przebierały kopytami krwiożercze bestie. Szpital nie był rajem, o nie. Był jednak - mimo wszystkich swoich wad i nieustających drobnych upokorzeń, jakich w nim doświadczał - swoistym azylem, względnie spokojną poczekalnią, a może raczej przedsionkiem piekła; przystankiem między jednym upadkiem a następnym. Czuł się jak spłukany, skacowany kanciarz, któremu w ręku pozostały same blotki, a ktoś właśnie powiedział "sprawdzam". Nie pozostało mu wiele; prawdę mówiąc nie pozostało mu wiele więcej niż nic.

Lecz nie poddał się jeszcze; przykuty do szpitalnego łóżka, uwięziony w białych murach jak dzikie, niebezpieczne dla otoczenia zwierzę, odnalazł wśród tych nieodróżnialnych od siebie dni coś, co uważał za dawno utracone: delikatną i słabą iskrę, ledwo pełgającą na ruinach jego sczerniałego serca. Nie mógł nazwać jej jeszcze "nadzieją" czy "siłą"... nie, czasem jej światło było tak słabe, że zastanawiał się mgliście, czy rzeczywiście tam była. *Coś* jednak w nim się zmieniło - czy na lepsze? - lecz cokolwiek to było, wymagało pochylenia się nad tym z troską i cierpliwością, bez żadnej gwarancji, że cały ten trud przyniesie jakieś wymierne efekty. Żeby jednak cokolwiek mogło rozwinąć się na wysypisku, jakim było jego obecne życie, najpierw musiał sam przed sobą zrobić rachunek sumienia... i odpowiedzieć na kilka prostych, lecz bolesnych jak wbijający się w ranę nóż, pytań, udzielić sobie samemu szczerej spowiedzi, nie spodziewając się rozgrzeszenia.

Co doprowadziło go do tego miejsca, w którym obecnie się znajdował? Co stracił, a co jeszcze mu pozostało? Co czekało go na zewnątrz? I kim, do cholery, tak naprawdę był...?

Oliwne drzewa nie znały odpowiedzi na te pytania; tak samo oślepiająco błękitne niebo pozostało nieme. I tylko upał narastał, jakby w lejącym się z góry żarze znaleźć się miała jakaś przewrotna odpowiedź.
 

Ostatnio edytowane przez Autumm : 19-03-2015 o 21:31.
Autumm jest offline  
Stary 12-03-2015, 22:54   #2
 
killinger's Avatar
 
Reputacja: 1955 killinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputację
Zieleń i biel mówiły mu, że już nie musi się bać. Polubił je, aseptyczne, bezpłciowe i nieludzko obojętne. Cały utrzymany w tej tonacji pokój szpitalny zdawał się mu czasem klatką, którą powinno się zmieść z powierzchni ziemi. Czekał na swoją panią Wolność, która powiedzie lud na barykady, jak w obrazie Delacroix'a. Czekał hipnotyzując wzrokiem wskazówkę sekundnika na zawieszonym naprzeciw łóżka ściennym zegarze.
Czasem jednak wynurzał się w biało-zielonym wszechświecie, zachwycony nim, niczym polinezyjski poławiacz pereł pierwszym zaczerpniętym oddechem po zbyt głębokim zanurzeniu w morzu. Cieszył się wtedy jak dziecko, którym po trosze się stał. Biało-zielony sztandar ścian zwyciężał wówczas w nierównej walce z mrokiem, z ciemnością która nie ma swojej nazwy, lecz którą znał dobrze. Za dobrze.

W międzyczasie nauczył się czegoś cennego. Zawieszony pomiędzy nieprzytomnym królestwem demonów podświadomości, a chwilami wytchnienia ofiarowywanymi niczym garść złota, wydzielanego poddanym dłonią skąpego władcy, poznawał coś nowego.
Swego przyjaciela. Swego Pana i Władcę. Swego Oprawcę.
Czuł dzięki niemu, że żyje. Pustka w którą On wsączał drżące macki umykała w nieznane. Szarpiąc struny neuronów, doprowadzając do omdlenia, wycieńczenia niemalże, lekce sobie ważąc puchnące miligramy opiatów w żyłach, Jego Wysokość Ból zadomowił się w jego głowie, stając nie tylko sublokatorem, ale czasem wręcz pierwszoplanową istotą w organizmie Rogera.

Bo ból był kluczem. Kluczem do zapomnienia. Cementował nieotwieralnym spoiwem szuflady, w których pogrzebana została przeszłość. Tajne akta, raporty, niebezpieczne media wszelkiej maści, zapachy, dźwięki, wszystko to-czego-już-nie-ma-i-kurwa-nie-będzie.

Nie znosił chwil, kiedy skręcone w konwulsyjnym tańcu Świętego Wita ciało, z którym dyskutował właśnie Mister Pain, rozszalałe nierytmicznymi skurczami mięśni, poddawać się musiało porcji morfiny wstrzykiwanej przez siostrę Harriett. Pochylała się wtedy zawsze w ten sam sposób, zamiatając przy tym wielkim biuściskiem. Mały złoty zegareczek przypięty do kieszeni jej fartucha podrygiwał, a on nienawidził wskazówki sekundnika, pędzącej ku swemu cyklicznemu przeznaczeniu, wiedząc że każde jej drgnienie zmniejsza okres obcowania z Przyjacielem.

Po minucie gotów był już by umrzeć. Umierał więc kilka razy na dzień, z tym że nigdy do końca. Bo zawsze u samego kresu wracał dający niepamięć i otępienie potworny i nieubłagany Władca Neuronów. Kochał go i nienawidził.

Z czasem proporcje pomiędzy owymi skrajnymi emocjami ulegać poczęły pewnej metamorfozie. Nie wiedział kiedy to zaczęło się dziać, ale w chwili, gdy po raz pierwszy odczuł pragnienie otrzymania leku przeciwbólowego, pojął istotę owej zmiany. Śmierć to droga na skróty. To łatwizna, komfortowy wybór dla tych, którzy nie mają za wiele na sumieniu.
Śmierć to luksus na który on jeszcze nie zasłużył. Bez bólu lepiej o tym pamiętał. Lepiej to rozumiał. O dziwo nauczył się pełniej cierpieć, będąc wolnym od zwykłej, choć silnie stężonej boleści.

Po tygodniach zaprzyjaźnił się ponownie. Nowy kumpel był zupełnym przeciwieństwem poprzedniego, odrzuconego bez większego żalu, przez Rogera a może przez instynkt samozachowawczy? Przyjmował go niczym gorliwy katol komunię, jak łakomy dzieciak cukierki. Żył nim, z nim i dla niego. Vicodin pokochał go z wzajemnością.

Harriett Gonzales stała się członkinią tajnego Trio. Dawała mu dużo więcej tabletek, niż dopuszczały przepisy stanowe i zalecenia w ulotkach. Obojętna, chłodna, raz tylko otworzyła się przed nim. Wyrzucił jej słowa z pamięci. Wypalił je całkowicie, wypłakał z umysłu. Vico, Harriett i on zrozumieli się jednak doskonale, połączeni splątanym węzłem popieprzonego życia, które niosło podobieństwo jej i jego historii.

Tego dnia, gdy pozwolił się wystawić na działanie promieni słonecznych w ogrodzie, obojętna pielęgniarka obwieściła mu koniec. Koniec uporządkowanego biegu rzeczy. Zbudował tu przecież tak doskonałą fortecę, tak dobrze wszystko w sobie zablokował, odgrodził i uszczelnił. Zużył na to pewnie więcej ton wirtualnej materii, niż pochłonęło stworzenie Zapory Hoovera! Wszystko na nic?

Groszkowana faktura ławeczki z piaskowca, nagrzanego wczesnoletnią, przesączoną aromatami aurą, tak nietypowo ciepłą dla tej części Stanów, przestała cieszyć go swoim komfortem, przestała w ogóle go obchodzić.

Zrozumiał, że nie ucieknie od tego, że opuszczenie murów to po prostu niezbędny i nieunikniony krok. Po raz pierwszy od nie wiadomo jakiego czasu, zdał sobie sprawę z istnienia spraw innych niż łóżko, zegar na ścianie, spacer, czy nudne oglądanie Ophrah w świetlicy. Pomyślał o zielonych banknotach, o kosztach deductible z Planem Platynowym i coinsurance, oraz o tym, że kiedyś był przewidujący i cała polisa na pewno przyda się przy rozliczeniu ze szpitalem.

Przeraził się. Trzeźwy głos w głowie, biznesowo patrzący na przyszłość, był tak różny od rozmemłanego skamlenia samoobwiniającego się kaleki, że byłby gotów przysiąc na Boga, że to podszepty szatańskie, a nie jego własne myśli.
W Boga jednak już nie wierzył, a Bóg z pewnością także stracił wiarę w Rogera.

Wtedy stracił kolejnego przyjaciela. Vicodin nagle znalazł się poza orbitą. Na scenę wkroczył pan "Up,Up and Away"! Nie, nie, nie chodzi o Supermana, ten na pewno nie zadawałby się z tak żałosną kupą gnoju, ale pojawiła się iskra, pojawił się impuls, o najsłabszym z możliwych natężeń. Impuls pchający naprzód, nie pozwalający się zatrzymywać na dłużej. Zew, którego musiał usłuchać wiedziony przeczuciem, nadzieją, lub zwyczajnie omamiony fantasmagorią z przeżartego narkotycznymi wizjami umysłu.

W drogę, kto się rusza ten żyje.
Póki żyje, może odprawiać pokutę.

 
__________________
To, co zraniło cię raz, może zranić cię dwa razy...

Ostatnio edytowane przez killinger : 13-03-2015 o 14:09. Powód: kosmetyka
killinger jest offline  
Stary 19-03-2015, 22:46   #3
 
Autumm's Avatar
 
Reputacja: 6825 Autumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputację
Wśród więźniów, potępionych dusz skazanych na długie odosobnienie, znana jest pewna prosta mądrość, mająca ocalić nadzieję wbrew przeciwnościom losu. Brzmi ona: "Tak naprawdę to wszystko trwa tylko dwa dni: dzień w którym się wchodzi... i dzień, w którym się wychodzi".

Ta świadomość pozwala zachować rozsądek i psychiczne zdrowie, kiedy człowiek zmuszony jest do nieustannego powtarzania obłędnie jednakowych rytuałów, kiedy otaczają go znane na wylot maski, kiedy cały jego świat zamyka się w kilkumetrowym, ciemnym pudełku. Lecz więźniowie mają o czym marzyć - pielęgnują w głębi serca wymarzony błękit nieba, wyobrażają sobie jak będzie smakować powietrze wolności, planują co zrobią, gdy tylko opuszczą więzienne mury. Pozostała na zewnątrz rodzina zwykle próbuje podtrzymywać osadzonego na duchu: w końcu tylko najbardziej zatwardziałym wyrzutkom społeczeństwa nie przysługują wizyty, telefony czy możliwość otrzymywania poczty.

Nic dziwnego więc, że dnia wyjścia każdy wypatruje z radosną niecierpliwością, licząc niecierpliwie upływający zbyt wolno czas. Ale by cieszyć się z powrotu na świat, trzeba żywić przekonanie, że rzeczywistość poza kratami jest choć trochę lepsza niż to, co spotyka się za nimi.

W jego przypadku tak nie było. Był na tyle obrotny i zdeterminowany, by uwić sobie w szpitalnych murach ciepłe gniazdko, dalekie od bycia przyjemnym, ale wystarczająco znośne, by zapomnieć w nim o tym co czekała na niego "tam po drugie stronie". A raczej co tam nie czekało...

Nikt nie odwiedził go przez te długie miesiące agonii, kiedy dogorywał na białym łóżku, w odmętach leków i piekle własnego sumienia.

Nikt nie zadzwonił do niego, kiedy oddałby wszystko za zwyczajną rozmowę z drugą ludzką istotą, wyśnioną odskocznię od ostrych połajanek lekarzy i obłąkanego mamrotania innych pacjentów.

Nikt nie wysłał mu żadnego listu ani prezentu, skazując go na szemrane układy z personelem i żałosne kupczenie własną godnością, by zapewnić sobie choćby ułudę tego życia, do którego był przyzwyczajony.

A przecież oni tam byli tam za murami, w innym czasie, w innym życiu; byli kochający i mili, wspierający i rozumiejący, pełni troski i współczucia, które w ich rozumieniu polegało na zamykaniu oczu i przyjacielskim klepaniu po plecach, tylko po to, by podtrzymać jego rozpad na tyle długo, na ile jeszcze był im potrzebny. I z tymi samymi sztucznymi, przyklejonymi do gumowych twarzy uśmiechami wrzucili do tego szpitalnego azylu, kiedy był już im zupełnie bezużyteczny, jak pęknięta świnka - skarbonka, którą wydrenowana ze wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość. Wyrzucili - i zapomnieli, wyparli z pamięci i wymazali ze wspólnych wspomnień; wstydliwy wypadek w idealnej rodzinie, coś niesmacznego, o czym przez grzeczność nie wspomina się na niedzielnych obiadach.

***

Wychodził w gorszym stanie niż wchodził. Ubrania, w których go tu przywieźli, nadawały się tylko do utylizacji, dostał więc parę adidasów, bieliznę, koszulę, bluzę i jeansy - wszystko wyglądające jak pożegnalna wyprawka wychowanka sierocińca, mocno woniejąca chemiczną pralnią. Z portfela zniknęło kilka banknotów i szczęśliwa jednodolarówka; szybka telefonu była rozbita, szczęśliwie tylko w rogu. Zegarka - jedynej pamiątki z lepszych dni - też nie udało się odnaleźć. Na pytanie, co się z tym wszystkim stało, zniechęcony Murzyn, który wydawał mu ten nadwyrężony majątek, spojrzał tylko ciężko spod opuchniętych powiek i wzruszył ramionami; takie rzeczy się zdarzają, proszę pana. Co ja mogę na to poradzić?

Reszta rzeczy z łatwością dała upchnąć się w podróżnym neseserze. To co środku - i garść leków w pomarańczowych pojemniczkach ("dwa razy żółta pigułka, raz niebieska, czerwona tylko po posiłku, jeśli pojawią się migreny") było całym bagażem z jakim wyruszał na niby dobrze znane, ale przecież od nowa odkrywane szlaki. Ochroniarz poprowadził go śliskim, ciemnym korytarzem wprost w oślepiającą jasność dnia i zatrzasnął za nim ciężkie drzwi ze słyszalnym westchnieniem ulgi. Nikt na niego nie czekał, nie było kwiatów, radosnych okrzyków i powitalnych pocałunków. Tylko pylista droga dojazdowa, prowadząca do większego węzła komunikacyjnego i wbity w pobocze rachityczny, zardzewiały drogowskaz, przy którym - jak przypominał sobie powtarzane przez pacjentów legendy - podobno zatrzymywał się raz na jakiś czas autobus.

Powietrze nie smakowało wcale inaczej, niebo nie miało intensywniejszej barwy, nawet trawa nie była bardziej zielona po tej stronie murów. Pojawiły się tylko dwie nowe rzeczy - ledwo słyszalny szum dalekiej cywilizacji i stęchły smród jakiś bliżej niezidentyfikowanych odpadów, które ktoś beztrosko wyrzucił na pobocze. Rozrywające czarny worek ptaszysko łypnęło na wychodzącego człowieka błyszczącym paciorkiem oka i poderwało się ociężale do lotu; z szeroko rozwartego dzioba dobyło się ni to szydercze, ni to nienawistne krakanie - jakby tym drażniącym uszy dźwiękiem rzeczywistość chciała mu coś powiedzieć...
 
__________________
"Polecam inteligentną i terminową graczkę. I tylko graczkę. Jak z każdą kobietą - dyskusja jest bezcelowa - wie lepiej i ma rację nawet jak się myli." ~ by Aschaar [banned] 02.06.2014
Nieobecna 28.04 - 01.05!

Ostatnio edytowane przez Autumm : 20-03-2015 o 12:39.
Autumm jest offline  
Stary 22-03-2015, 14:06   #4
 
killinger's Avatar
 
Reputacja: 1955 killinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputację
Może i dobrze się stało. Przecież nie istnieje coś takiego jak wieczny odpoczynek, tak jak wieczne pióro nie pisze wiekami, a spokój nie bywa wcale święty. Ot, ludzkie gadanie. Wyjście spoza wysokiego, sięgającego gdzieniegdzie 3 jardów wysokości ogrodzenia, było czymś tak znaczącym, jak fakt ponownych narodzin. Przedarł się więc przez błony, wynurzył z wód porodowych swej nowej-starej rzeczywistości i zamarł na dłuższą chwilę.

Szczęk zamka za plecami zwiastował nadejście czegoś innego niż do tej pory. Niedroga, lecz schludna klinika przeprowadziła go w sposób nieudolny, lecz cierpliwy i w zasadzie życzliwy przez największe zawirowania okaleczonego jestestwa. Doktor prowadzący o przecudnie francuskim akcencie, siostra przełożona o oliwkowej cerze, ciemnoskórzy pielęgniarze, żółtoskórzy kucharz i intendent, przypominający polinezyjczyka kierowca, ledwie mówiący po angielsku ogrodnik ze wschodniej Europy - wszystko zostawiał za sobą.

Wpatrując się w pustą, szutrową nawierzchnię wiodącą do South Sunday Creek Road, a dalej poprzez Sheffield Road do drogi numer 52 Hrabstwa Custer, widział w swej wyobraźni jak krok po kroku pracą swych mięśni wprawiających w ruch ścięgna i kości, przemierza tę odległość. Skraca dystans pożerając stopa po stopie, jard po jardzie te kilkanaście mil dzielących od ...
Miles City. Dziwne, zupełnie nie myślał o tym miejscu jako o swoim domu. Czternaście lat uczciwego tuczenia amerykańskiego fiskusa swoimi niemałymi dochodami rocznymi. Dom nieobciążony hipoteką, kupiony za spadek po rodzicach. Dwa przyzwoite auta, żadne japońskie ścigacze, a uczciwe i solidne ropożłopy rodem z Detroit. Ogródek w którym osobiście przygotowywał lekkie stanowiska na gliniastym podłożu, by umiejętnie rozmieszczone róże bukietowe wymieszane z odmianą floribunda i różą miniaturową, przez wiele miesięcy w roku cieszyło oko kwietnym dywanem.

Trzy działające non stop iMac'i, profesjonalny tablet graficzny, trackballe świecące wyuzdaną czerwienią kuli ekshibicjonistycznie wystającej z obudowy. Katalogi, makiety, branżowe periodyki. Dwa termiczne kubki, w których zawsze bulgotała gorąca czarna kawa. Nie, nie żadne szczyny ekspresowych rozwiązań w jakich lubują się leniwi mieszkańcy USA. On nie był leniwy, parzył kawę osobiście słuchając chrzęszczenia żaren w bębnowym młynku, następnie wyłapując pełne aromaty z dzbanka, by w końcu wrzący, idealny produkt trafiał do jego kubków. Jeden z nich z grawerem, który wart był tyle co medale dla sportowców, był apoteoza chwały i ukłonem w kierunku jego wizji, nadających zawodowej pracy indywidualnego sznytu. Drugi był stokroć cenniejszy, z idiotycznie uśmiechniętą gębą niejakiego Dextera i logo Cartoon Network. 6,99 plus podatek w lokalnym Walmarcie. Tysiąckroć cenniejszy, mimo że ten pierwszy był bezcenny w branży.

Dwanaście martwych kociąt, tuzin słodkich zdechłych kociaków...
Doktor Jimmy LeFebre kazał mu zmierzyć się z problemem później. Nie dał rady wyciągnąć go z traumy, więc kazał czekać, a w każdej chwili gdy nadejdą wspomnienia, uciekać myślami. Mantrował się więc durnymi kotkami, zamiast spojrzeć trzeźwo w przeszłość. Kiedy jednak podejmowali na sesjach terapeutycznych próby retrospektywnych analiz, popadał w zapaść tak gwałtownie, że doc po prostu sobie odpuścił. Le Febre dał mu jednak wskazówkę, wizytówkę swojego znajomego ze studiów, lekarza praktykującego na wschodnim wybrzeżu, z sukcesami posługującego się hipnozą i jakimiś mistycznymi blokerami, który ratował ludzi w sytuacjach niemal beznadziejnych.

Wschodnie wybrzeże to kierunek równie dobry, jak Miles City. W sumie może nawet lepszy. W Miles chyba nie chciał być, w każdym razie nie dłużej, niż potrzeba. No a ile czasu potrzeba, by zgarnąć z sejfu książeczkę czekową i niewielki plik banknotów. No i Klamkę. Ruger z serii P. Jeden z wielu przejawów mitu o wolności, jakie mieszkają w co drugim domu w stanach. Pozostało 14, może 16 mil.

Postawił więc pierwszy krok i poczuł, że było to dobre. Zaśmiał się głośno ze swej prymitywnej parafrazy Księgi Rodzaju. Śmiał się jak szalony, mocno i ze wszystkich sił, w dzikim amoku. Śmiał się niewesoło, a strasznie, skowyt duszy zamieniony został w szczekliwe podśmiechiwanie, wpółzduszone ściśniętym gardłem. Żałość dławiąca niemal do granic możliwości, niemal zabierająca pęcherzykom płucnym zdolność absorbcji tlenu. Lęk przed życiem, nie, raczej lęk przed tym że musi żyć, choć nie chce. Bo nie odpowiedział jeszcze Najwyższemu ani sobie samemu na pytanie jak zapłaci za to wszystko. W jakich ratach i z jaką stopą odsetek. Bo prowizję za przygotowanie kredytu zapłacił słoną w szpitalnym łóżku, rujnując swoje nerki pieprzoną chemią, niszcząc swój precyzyjny niczym lancet umysł inżyniera gównianymi popłuczynami wynalazków koncernów farmaceutycznych. Zapłaci, zapłaci co do ostatniego zasranego centa, zedrze całą duszę, nie oszczędzi ani jednej komórki swego ciała, ale zapłaci, odpowie za wszystko i zrozumie wszystko. A kiedy pojmie że to koniec pokuty, pokłoni się nisko Panu Rugerowi, a ten rozgrzeszy go ostatecznie. Jako samobójca nie trafi do żadnej niebiańskiej poczekalni, a zjedzie na sam dół, w miejsce gdzie pokuta będzie wieczna, ale już spokojniejsza.

Na razie postawił drugi krok. Rechotliwe dźwięki spowodowały otwarcie wizjera w drzwiach wiodących do szpitala. Machnął niezobowiązująco ręką, by pokazać że nic się nie dzieje godnego uwagi i ruszył dalej. Tanie, chińskie buty na nogach skrzypiały i irytowały zbyt sztywna podeszwą. Droga na szczęście była równa. Równa jak 2/3 całej zasranej Montany, tak słynącej ze swoich Gór, a tak przecież płaskiej w większej części powierzchni. Zrozumiał, że tak naprawdę nigdy nie lubił Montany. Nie znosił tez małego i spokojnego Miles City. Nie znosił metrowych zasp i burz śnieżnych, nie znosił krótkiego lata, bezbarwnej i suchej jesieni, wiosny... Nie kurwa, wiosna była w porządku. Co nie zmienia faktu, że decyzja został podjęta. Telefon do Teda Bronsona, starszego wspólnika Bronson&Hatchett Construction, któremu nagroda jaką zdobył Roger w dorocznym Excellence Award, przyniosła realnie kilka milionów zysku na wzrastającej renomie marki. Powie dokładnie tyle ile musi, dwie sylaby. I'm quit. Ted, mimo że to chciwy satrapa zrozumie. Może ciśnie na ziemię swego skórzanego stetsona, podepcze go kowbojskimi butami, może przez włochate przedramiona wystająca z podwiniętych rękawów koszuli przejdzie elektryzujący dreszcz nerwów, ale jego mądre, bystre oczy pozostaną zimne. Zrozumie, może nawet wcześniej to wiedział, niż sam Roger.

Wejdzie do domu, cicho, na paluszkach. Nie może hałasować, tak nie wypada w sanktuarium. Zbierze garść potrzebnych drobiazgów. Zaparkuje to do plecaka ze stelażem od NorthFace'a trochę ciuchów, kosmetyki, sprzęt campingowy. To wystarczy. Ruszy na wschód. Ale weźmie też ze sobą termiczny kubek do kawy z Dexterem. Tego sobie nie odmówi na pewno.

Pierwsze dwie mile przemaszerował w spokoju. Krokiem dziarskiego staruszka. Było to nowe doświadczenie, wożenie dupy wszędzie, kariera zabierająca czas na urlop. Od dawna mieli się przecież wybrać na szwendaczkę. Mieszkając nad Yellowstone River naturalnym jest chyba wędrówka do Parku. On jednak nigdy nie miał czasu. Ten pieszy marsz był więc pewnie pierwszym od czasu highschoola. Mimo bólu mięśni i lekkiego kłucia w małym palcu lewej stopy, zwiastującego pojawienie się odcisku, naprawdę odnajdował zadowolenie w wędrówce. Nikt go nie widział, więc nikt nie mógł go oceniać. Nikt nie przypinał mu łatki szaleńca, nikt nie drażnił swoim fałszywym współczuciem, nikt nie spoglądał na niego z lękiem czy obrzydzeniem. Stawianie prawej stopy przed lewą, znów prawa do przodu, kolejny i kolejny krok. Proste ale genialne w swym braku komplikacji. Zawsze był zwolennikiem czystej formy, tu zaś obcował z jej najwyższą postacią. Tylko on, droga i podeszwy ze sztywnego plastiku.

Słońce mozolnie wspinało się po nieboskłonie, jakby jakiś niewidziany Syzyf wtaczał je na sam szczyt, a z którego strącane złośliwością bogów po dwunastej znów zacznie się zsuwać niżej i niżej. Na razie było dość nisko, by nie uprzykrzać wędrówki nadmiarem ciepła. Jednak to nie ciepło wytrąciło z błogostanu skupiony na polnej drodze umysł. Zmysł słuchu przyniósł odległe pomrukiwanie. W tak płaskim terenie dźwięk niesie się nieźle. Nie wiedzieć czemu Roger przestraszył się, że to nadciąga tornado, że porwie go i zginie, nim dopełni swej misji. Bał się tak bardzo, że aż poczuł mdłości. Żołądek zwinął się w ciasną kulę, bardziej przypominał zaciśniętą rękawice baseballową, niż worek wypełniony kwasem i śmieciuchami. Odwrócił się, omiatając wzrokiem czyste, zimnoniebieskie niebo z nielicznymi cumullusami snującymi się aż po horyzont.

Wypatrzył źródło urywanego, cichego brzmienia. Duży pickup w kolorze starości nadciągał drogą, wzbijając wokół siebie pokaźny słup kurzu. Wzniecany szybko poruszającymi się kołami auta pył rozsnuwał się za ciężarówką jak jakieś widmowe skrzydła, dodając autu magicznej otoczki.

- Dokąd droga prowadzi kolego? - usłyszał chropawy głos spalonego słońcem mężczyzny, którego twarz garbowana latami wichrem i lodem ostrych zim środkowego zachodu na zmianę z letnimi spiekotami, przywodziła na myśl księżycowy krajobraz. W pomarszczonym obliczu uwagę przykuwał solidnie wykonany dłutem nieoszczędnego rzeźbiarza nos, oraz osadzone bardzo blisko niego rozbiegane oczka.
- Miles City, niedaleko stąd - wymijająco starał się uprzedzić fakty Roger.
- Nie tak niedaleko, będzie dobry tuzin mil. Mnie po drodze chłopcze, jadę do Billings, akurat wskoczę na stanową dziewięćdziesiątkę czwórkę w Miles, to i ciebie zabiorę. Ładuj się złociutki, ładuj się.

Nie znalazł siły by odmówić. Może nie znalazłby w sobie dość sił by dojść przed zmierzchem, ale podwózka przez sympatycznie zapraszającego mężczyznę, wydała się Rogerowi jakaś nie na miejscu. Plugawiła jego kontakt z drogą. Pamiętacie - on, droga i podeszwy. Nie było tam miejsca na pickupy.

- Wyglądasz jak siedem nieszczęść, golnij sobie bracie. Old Booze, najlepsza księżycówka jaką w życiu piłem. W sumie, piję tylko ją, to i najlepsza jest - rechot starszego faceta idealnie pasował do jego zgarbionej, zużytej życiem sylwetki i wyniszczonej twarzy. Roger z bliska widział mnóstwo popękanych naczynek na nosie, nie widział za to mnóstwa zębów. Poplamione nikotyną palce lewej dłoni bębniły nieokreślone rytmy country na kierownicy, a prawa ręka rzeczywiście otworzyła schowek ukazując sporej wielkości flaszkę z mętnawą cieczą.

Spojrzał na kierowcę, zobaczył go jakby od nowa. Nie widział już zmarszczek, nie widział wychudzonego ciała i zmienionych alkoholem rysów. Widział za to jakieś nienazwane, ale wyraźne zło czające się w starszym gościu. Zło które na pewno było zagrożeniem, dla kogoś, a może dla samego Rogera? Idiotyczne przeczucie nasilało się z każdą chwilą. Co te tabletki porobiły z moją głową. Co jest do cholery? Biała, długa blizna zaczynająca się na ciemieniu, skryta w cieniu zapuszczonych specjalnie, dłuższych włosów zaczęła swędzieć i pulsować niemiło.

Zadziałał dość odruchowo. Zanim wykopałby z kieszeni paczkę prozacu, albo tych pomarańczowych gówien, których nazwy nie pamiętał, sięgnął do schowka. Odkręcił i pociągnął solidnie. Staruch zaśmiał się nieprzyjemnie, choć z uznaniem, widząc jak jego pasażer przełyka na bezdechu dwa bardzo solidne hausty samogonu. Widząc jak połyka kolejne dwa, śmiać się przestał, a po kolejnym, wyszarpał butelkę i przytulił zazdrośnie do piersi.
- To nie mineralna synku, to mocny destylat. Nie chlaj tyle na raz, bo mi furę zarzygasz.

Wędrowiec uchwycił się tej myśli. Paskudztwo jakie biło od kierowcy, może i było ułudą, ale na tyle mocną, by oddziaływało w sposób niemal rzeczywisty na zmysły. Kilka łyków alkoholu stępiło to odczucie do poziomu niemal akceptowalnego. Mimo to wspomnienie było na tyle silne, ze każda chwila w ciężarówce zdawała się torturą. By ją przerwać, zaczął symulować nadchodzące torsje. Minutę później wciągał już normalne, suche powietrze, nieskażone tajemniczym brudem dziada w pickupie, który pożegnał się z nim bez zbytniej wylewności.

W odległości jakiejś mili przed nim, połyskiwały szerokie wody Yellowstone River. Podróż okazała się być dziwna, ale skutecznie przemieściła go ku pierwszemu celowi podróży. Do wiszącego mostu nad szerokim rozlewiskiem dotarł po 20 minutach. Solidne, stalowe liny grubości niemal jego wychudzonego nadgarstka zbiegały się w pięknej, równej i symetrycznej apoteozie harmonii w zaczepach na szczycie centralnych słupów mostu. Potężne dźwigary, których majestatyczne piękno często inspirowało go, gdy pracował w domu, tym razem wydały mu się po prostu wielkimi klocami sprężonego żelbetu. Przeszedł obok nich obojętnie. Bez zaangażowania omiótł też perspektywę miasta i skierował się ku podmiejskiemu osiedlu domków.

Wiele nie pamiętał. Wychodził z domu tak jak założył, szybko i z plecakiem. Pamiętał tylko, że ktoś zaalarmowany wizytą długowłosego obwiesia w pustym domu wezwał policję. Pamiętał, że funkcjonariusz Keane, nie znany mu mundurowy, który go legitymował, zerkał ze zdziwieniem na dość przystojne oblicze prezentowane na zdjęciu w prawie jazdy stanu Montana i porównywał je dwoma uważnymi spojrzeniami z bladą, chudą i zarośniętą gębą tego, który je wręczył do kontroli. Jeszcze lepiej pamięta wrażenie, gdy powiedział policjantowi że ma broń, ale od razu okazał pozwolenie na jej posiadanie z klauzulą noszenia w ukryciu, wymaganą prawnie. Najlepiej jednak pamięta zmieniający się wyraz oczu gliniarza, gdy skojarzył nazwisko Rogera.

Odchodził powoli opadającą nieco ulicą, czując na sobie czujny wzrok Keane'a i jego partnera z auta. Wzrok niosący w sobie ogromny ładunek odczuć, nieobojętny i nieprofesjonalnie zabarwiony emocjami. Miał to w dupie. Jak w zasadzie wszystko.

Prawie wszystko, póki nie dotarł do Likierów Ala. Kupił 0,7 produktu rodem z Tennessee wraz z papierową torebką. Pociągnął mocny łyk prosto z zamaskowanej butli i ruszył prosto przed siebie, mając za plecami zachodzące słońce, zupełnie odwrotnie niż bohaterowie westernów, jakie oglądał w młodości.
 
__________________
To, co zraniło cię raz, może zranić cię dwa razy...

Ostatnio edytowane przez killinger : 22-03-2015 o 14:12. Powód: formatowanie
killinger jest offline  
Stary 29-03-2015, 22:16   #5
 
Autumm's Avatar
 
Reputacja: 6825 Autumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputację
Obudził go chłód. Chłód i parcie na pęcherz, wredna pobudka nienajmłodszego ciała, które domagało się uporczywie lepszego traktowania. Kiedy poruszył się, jeszcze otumaniony miazmatami snu, jak człowiek zanurzony w lepkiej, ciągnącej się wacie cukrowej, do tych nieprzyjemnych symptomów dołączył radośnie ból zdrętwiałych i podkurczonych mięśni.

Nie miał już tych nastu lat, magicznego wieku, w którym człowiek czuje się nieśmiertelny i nie poddany żadnym prawom natury; dawniej przepita noc i poranna pobudka *gdzieś* w plenerze nie były żadnym zmartwieniem, a co najwyżej zabawną anegdotką, w sam raz do pochwalenia przed kolegami podczas kolejnej imprezy. Teraz czuł się jak zdjęty z krzyża; ubranie nasiąkło poranną wilgocią, skulone nogi prostowały się z paskudnym strzyknięciem, a głowa ćmiła go jak bod bolącego zęba, nie mówiąc już o tych wszystkich twardych elementach podłoża, plecaka i broni, które odbiły się czerwonymi śladami na jego zmęczonej skórze.

Rozprostował się w końcu, rozkładając się niczym przerdzewiały, nieużywany od lat scyzoryk, rozwierany wbrew woli nieustępliwą siłą. Trącił coś ręką; w półmroku nie widział co, ale dźwięk toczącego się szkła i cichy szept lejącej się na ziemię cieczy nie pozostawiały wątpliwości, podobnie jak woń alkoholu, która rozniosła się w powietrzu, niczym zły demon uwolniony ze magicznego zamknięcia. Torsje, które przyszły sekundę później, wybudziły go już kompletnie; zerwał się nagle, zgięty w pół, lecz pusty żołądek zwinął się tylko w ciasny supeł. Prócz długiej nitki śliny, która pociekła z jego spierzchniętych ust i paskudnego kwasu w przełyku nie wypluł z siebie nic więcej.

Nie pamiętał nic, prócz sklepu, w którym kupował flaszkę i blaknącego wspomnienia tej początkowej ekstazy, kiedy w myślach wyrzucał z głowy wszystkie pierdolenia nadętych doktorków i wlewał w gardło pierwszy łyk płynnego złota. Zaraz. Przecież nie mógł wypić aż tyle, by sponiewierać się jak freshman w collegu; zresztą mógł to łatwo sprawdzić - zdradziecka butelka leżała, niczym dowód zbrodni w jakimś tragikomicznym śledztwie, kawałek dalej, w pyle i brudzie pokrywającym wypaczone deski drewnianej podłogi.

Podłogi, bo znajdował się w jakimś niewielkim, pustym pomieszczeniu, którego od lat nikt chyba nie odwiedzał; przez szpary w zabitych oknach sączyło się nieśmiało delikatne światło razem z porannym chłodem. Pojedyncze, zamknięte drzwi, na których wisiał podarty "łapacz snów", wystające ze ściany żałosne strzępy instalacji elektrycznej i ślady po stojących tu dawniej meblach czy innych dużych sprzętach - plus kurz i jakieś dawno zetlałe, wysuszone śmieci - to było wszystko co go otaczało. Szybko, w panice sprawdził stan swojego posiadania; ale nie, miał wszystko z czym wyruszał - czy raczej uciekał - z domu. Brakowało tylko kubka z Dexterem, ale po prostu mógł zakopać się w warstwie zapasowych ubrań, które napchał do plecaka.

Gdzieś w oddali przejechała ciężarówka, wyjąc na coś klaksonem; głuche dudnienie, rozchodzące się przez papierowe ściany, uderzyło go jak młotkiem w skroń i rozeszło się po całym ciele bolesną falą, podrażniając i tak napięty pęcherz. Przynajmniej, sądząc z bliskości dźwięku, był niedaleko jakiejś większej drogi. Tyle dobrego...

...bo jeśli prawdą było to, że pierwsze kroki na nowej ścieżce determinują, jak będzie wyglądała cała podróż, to jego wyprawa na wschodnie wybrzeże zapowiadała się naprawdę fatalnie...
 
__________________
"Polecam inteligentną i terminową graczkę. I tylko graczkę. Jak z każdą kobietą - dyskusja jest bezcelowa - wie lepiej i ma rację nawet jak się myli." ~ by Aschaar [banned] 02.06.2014
Nieobecna 28.04 - 01.05!

Ostatnio edytowane przez Autumm : 19-04-2015 o 01:23.
Autumm jest offline  
Stary 30-03-2015, 00:12   #6
 
killinger's Avatar
 
Reputacja: 1955 killinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputację
Przebudzenie nie należało do miłych. Nawet średnio przyjemnych. Jeszcze nie tak dawno modliłby się po otwarciu oczu i stwierdzeniu, że urwał mu się film, by w łóżku lub łazience nie natrafić na jakieś damskie towarzystwo. Nie wybaczyłby sobie tego, ani ona...

One Mississipi, two Mississipi... thirty Missisipi
Czerwone światełko alarmu w czaszce przygasło. Pół minuty koncentracji na dekoncentrowaniu się podziałało wystarczająco.

W zasadzie to dobrze, że nie było tu żadnej laski. Biorąc pod uwagę jaki kaliber towarzystwa trafiłby wraz z nim to tego pałacu, to zdecydowanie lepiej, że nie ma nikogo prócz niego samego. Wzdrygnął się na myśl o wymęczonych, zużytych życiem, zniszczonych pracą, koką i alkoholem dziwkach w wieku późnoemerytalnym. Znów zebrało go na wymioty.
No tak, naprawdę wiedział jak wpędzić się w zły nastrój o poranku.

Uniósł się chwiejnie, zły trochę na otoczenie, które nie zaoferowało żadnego stojącego przyjaźnie obok sprzętu, ułatwiającego doprowadzenie rozdygotanego ciała do pionu. W zasadzie nie oferowało w ogóle żadnych sprzętów. Szopa była pewnie kiedyś mieszkaniem, tania kanadyjska konstrukcja, której drewniany szkielet przezierał przez odpadające elementy obicia ścian. Spomiędzy gipsowo-kartonowych, połamanych płyt przezierały też nierówne pokłady szarozielonej wełny mineralnej. To ona stała się celem jego najbliższych działań.

Podszedł powoli, lecz z pijacką godnością do najbardziej zrujnowanego kąta. Odpiął guziki spodni i z zadowoleniem zaczął oddawać mocz, celując uważnie w ciemność, w której czaiły się kłęby wełnianego ocieplenia.
- Świat jest popierdolony kolego, ale chyba na razie dość już narozrabialiśmy. W zasadzie to bardziej ja niż ty. Ty jesteś grzeczny i tak na razie zostanie. Rozumiemy się?
Penis co prawda nie odpowiedział, ale w geście pełnej aklamacji poczęstował ciemną szczelinę ostatnią kroplą cuchnącego moczu.

Spieczone alkoholem ślinianki powoli budziły się do życia. Oderwał mały guzik od mankietu koszuli i wsunął go do ust, żując niespiesznie. Pobudziło to gruczoły do pracy, co przerodziło się w niedługim czasie we względny komfort. Może to za dużo powiedziane, poczuł to raczej tak, jakby nad pustynia Mojave przez mgnienie oka spadł deszcz, ale starczyło to na razie do poprawienia nastroju.

Musiał coś ze sobą zrobić. Upijanie się nie ma żadnego sensu. Ma pigułki, ma cel i sporą drogę do pokonania. Wczoraj podjął podróż na północny wschód, by tam dotrzeć do Stanowej Dwunastki, którą dałoby się dojechać aż do Minnesoty. Od jezior do East Coast wcale nie miałby już tak daleko. To pamiętał jeszcze całkiem nieźle. Zanim się upodlił musiał dojść raczej niedaleko, pewnie znalazł jakiś opuszczony domek, jeszcze z czasów Kennedy'ego sądząc po zdewastowaniu. Zdecydowanie nie opuścił jeszcze Miles City. W takim tempie to do Gwiazdki nie zdąży odnaleźć poleconego lekarza.

Kucnął przy plecaku. Wygrzebał z niego ciemnozieloną bluzę polarową od Jacka Wolfskina, wciągnął ją bez rozpinania przez głowę by szybko się rozgrzać. Przełożył do bocznej kieszeni plecaka, zapinanej na dwa solidne rzepy Klamkę. Dobrze że się w nocy przypadkiem nie postrzelił, czyste wariactwo łazić po mieście ze spluwą. Co prawda był w Montanie, krainie najprawdziwszych kowbojów dzikiego zachodu. Nie malowanych teksańskich gogusiów śpiących na nafcie, a miejscu gdzie najtwardsi i najdzielniejsi farmerzy dochodzili bogactw, przepędzając niezliczone stada na Wschód. Czy to jednak zezwala mu od razu na stanie się rewolwerowcem?

Na razie ważniejsze są inne rzeczy niż broń. Pragnienie dawało mu się tak we znaki, że poprzysiągł sobie nigdy więcej nie pić. W zasadzie, to chyba nie pierwszy raz coś takiego postanawiał.
Luźno skojarzył za to, że przy jednym z wjazdów na highwaya stoi sobie przybytek dobrego smaku spod szyldu lokalnej sieci Wendy's. Ogromny Krowiakburger, shake, dzbanek kawy i do tego domowa szarlotka z gałką lodów. Panie, któryś stworzył Niebo i Ziemię, spraw by u Wendy już było otwarte.

Zaraz, zaraz. Skoro może iść na normalne śniadanie, to czemu nie może kupić biletu na Amtraka, albo poszukać dworca autobusowego i wygodnie ruszyć klimatyzowanym Greyhoundem?

Bo tak byłoby ci kurwa za wygodnie. Za prosto frajerze. Odpada, capisci?

Pieprzony głos w głowie miał rację. Nie jest tu po to by sobie dogadzać. Nie, nie będzie sobie niczego ułatwiać. Nie ma żadnego moralnego prawa do tego by poczuć wygodę, zadowolenie, radość. To nie ta bajka, ta nie będzie miała żadnego happy endu. Ma być cierpieniem i tyle.

Pokutą.

Smutek ścisnął mu gardło. Tak musi być. Transport publiczny zatem odrzucił. Pozostaje wędrówka, czasem autostop. To musi wystarczyć. No i oczywiście wystarczy.

Małe kawałeczki papieru, jak płatki nieco przyczernionego śniegu, wirowały po pokoju. Lekki przeciąg dowodzący nader sprawnej wentylacji rodem z dziur w ścianach, rozwiewał je tak, by układały się niejednorodnymi kupkami na ziemi. Ich wzór na pewno powiedziałby wiele wróżbiarzowi korzystającemu z magicznych akcesoriów, ale nic zupełnie nie znaczył dla zdesperowanego, żywego cieleśnie, lecz mentalnie martwego mężczyzny.
Okładki książeczki czekowej nie darł, nie miało to żadnego sensu. Na szczycie zniszczeń ulokował przełamane w pół złotą kartę Visa i pokaźnie zaopatrzoną Diner's Club. Stawiały zaciekły opór, ale pracując zapamiętale w końcu je pokonał.

Powodowany nagłym impulsem klapnął na dupsko, gorączkowo odpinając rzepy z bocznej kieszeni. Po chwili trzymał w garści Pana Klamkę. Kompozytowy uchwyt wciskał się miłośnie w jego dłoń, kokietująco ocierał się wylotem lufy o skroń. Chciał zaśpiewać, raz ale niezapomnianie, chciał zagrać pierwsze skrzypce w kakofonicznej powodzi napierających na Rogera dźwięków. Ruger wydawał się ciepły, przyjacielski. Zasłuchany w to co chciał wypowiedzieć cierpiący mężczyzna. Miał tylko słuchać, nie komentować, nie dawać rad, nie współczuć. Miał wysłuchać i przemówić na sam koniec zdecydowanym głosem.

Roger jednak nie był jeszcze gotowy na tę rozmowę. Na tę i wiele innych, które powinny się odbyć, a których nie miał siły przeprowadzić.

Wstał. Kopnął ze złością flaszkę Jacka Danielsa Single Barrel, posyłając ją prosto w zasikany kąt. Jeśli wróci do Jacka, to co najwyżej do Green Label, albo innej taniochy. Nie zasługuje na nic więcej. Tak postanowił.

Bez zbędnego ociągania ruszył w kierunku krzywych drzwi, o jednym przerdzewiałym i niemal zerwanym zawiasie. Pchnął je mocno, pozwalając by poranne słońce obejrzało go sobie dokładnie. Sam spojrzał na nie z pogardą, wyzywająco.

Ostatnia myśl na progu zrujnowanego domku dotyczyła roztapiającej się gałki lodów waniliowych na talerzyku z ciepłą szarlotką u Wendy.

 
__________________
To, co zraniło cię raz, może zranić cię dwa razy...

Ostatnio edytowane przez killinger : 30-03-2015 o 00:16. Powód: literówki
killinger jest offline  
Stary 01-04-2015, 00:24   #7
 
Autumm's Avatar
 
Reputacja: 6825 Autumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputację
Zanim dotarł do wymarzonej wolności i wolno unoszącego się nad horyzontem słońca, musiał przejść przez jeszcze jedno pomieszczenie - większe i bardziej przestronne, w którym uchowały się jeszcze stare meble, przykryte dziurawą folią i z dużą witryną, która teraz zamiast szyby miała wiórową płytę.

Między tymi dwoma pokojami minął niewielki korytarzyk; po jego lewej stronie znajdował się kiedyś schowek, chyba na miotły: teraz w niewielkiej, pozbawionej drzwi wnęce, ktoś wymalował sprayem koślawą, szczerzącą się gębę z podpisem "Killjoy was here", a pod graffiti wykwitała mała górka stopionej stearyny.

Po prawej stronie korytarzyka otwierała się ciemność; wędrowiec dostrzegł stromo biegnące w górę schodki. Zwrócił uwagę na nie tylko dlatego, że przez chwilę wydawało mu się, że z góry dobiega cichy, pełen skargi jęk boleści, a powietrze, zamiast zwykłego zapachu starej, suchej stęchlizny, niesie ze sobą delikatny powiew róż i aloesu.

Ale to musiały być przywidzenia, rojenia zamęczonego umysłu. Musiał zaczerpnąć świeżego powietrza, zobaczyć kolory świata na zewnątrz, poczuć i dotknąć potwierdzenia, że jego decyzje mają sens - i że rzeczywistość zgadza się z kierunkiem, jaki obrał... choć początek miał doprawdy niefortunny.

Słońce, nie robiąc sobie nic z jego hardej, zaciętej miny, zalało jego przyzwyczajone do mroku oczy oślepiająca falą bieli. Aż zamrugał, a w kącikach zalśniły łzy. Otrząsnął się szybko; poranek był chłodny, ale powietrze - i jego ciepłe ubranie - nagrzewało się szybko, dodając mu energii.

Z powodzi światła zaczęły wyłaniać się kolejne elementy: betonowy plac, spod którego zaczęły wyrastać wiechcie traw, szeroka, czarna rzeka asfaltu, znajdująca się dosłownie na wyciągnięcie ręki, rozciągnięty nad placem dach, przerdzewiała tablica "FOR SALE", przewrócone dystrybutory...

Był na jakiejś starej stacji benzynowej, która dawno podupadła i nie znalazła nowego właściciela. Nie pamiętał, by taka znajdowała się jakoś w znanych mu granicach Miles City; zresztą, jak okiem sięgnąć, wokół rozpościerała się tylko płaska, nieciekawa równina, przecięta nitką highwayu, z rzadka urozmaicona zielonymi tablicami znaków.

Zanim Wędrowiec na dobre otrzeźwiał, wpatrując się w ten krajobraz, ktoś kaszlnął, zwracając jego uwagę. Ręką mężczyzny powędrowała do broni automatycznym gestem, szybkim i bez udziału świadomości; lata treningu i szkolenie żołnierza robiły swoje. Ale to była tylko jakaś kobieta, opierająca się o parapet jednego z zabitych okien; nie wygląda na zagrożenie... przynajmniej na razie. Umiarkowanie atrakcyjna - jak na te późne czterdzieści lat, które niewątpliwie miała - ubrana w powycierane czarne jeansy i lekką kurtkę. Włosy miała kruczoczarne i błyszczące, ewidentnie farbowane; zza uszu wystawało jej kilka niesfornych, białych pasemek. Nie wyglądała na kogoś, kto podróżuje piechotą czy sypia w takich miejscach jak stare budynki; nie miała nawet torby.

Paliła papierosa, trzymając resztę dogasającego skręta między palcem wskazującym, a kciukiem, tak blisko ust, jakby całowała się w palce. Na grzbiecie prawej dłoni miała wyblakły tatuaż; część niknęła pod rękawem, ale dało się dojrzeć kawałek zakończonej poprzeczką pętli.

Spojrzała bokiem na Wędrowca, otrząsnęła popiół do kubka z Dexterem i strzeliła z wyraźną przyjemnością wciąż żarzącym się petem w tabliczkę "Strefa wybuchu. Nie zbliżać się z otwartym ogniem."

- Jak noc? - spytała i uśmiechnęła się lekko - Mam nadzieję, że wszystko okej między tobą a tym drugim? Nieźle go wczoraj sponiewierałeś... Trochę żal mi gościa, ale z tego co wiem, to zasłużył sobie. Czasem trzeba zrobić komuś coś paskudnego, nawet jak to twój kumpel. To się nazywa sprawiedliwość. - odstawiła kubek na okno i wbiła ręce w kieszenie. Rękaw podjechał w górę, odsłaniając resztę tatuażu; to był krzyż ankh.

Nie mógł jej wyczuć. Z jednej strony wydawała mu się zwyczajna, niemal nijaka z tym wyglądem zmęczonej życiem matki, nieudolnie pozującej na seksownego milfa; z drugiej strony... było w niej coś innego, coś, czego nie potrafił dobrze określić. Nie nieświeża mgiełka zepsucia czy brudne znamiona małych grzeszków; raczej coś, co przywoływało dawne, silne wspomnienia, których nie potrafił precyzyjnie umiejscowić; obca twarz, która została przypadkiem uwieczniona na rodzinnej fotografii i tam już pozostała, wżerając się w pamięć i podświadomość, ale zawsze pozostająca na granicy pola widzenia; gość na wydarzeniu, którego wszyscy widzieli, ale nikt nie potrafił przypomnieć sobie jego imienia.

- Potrzebujesz czegoś? - spytała, podchodząc kilka kroków - Mam kilka szpejów, które mogą ci się przydać, szczególnie jak zamierzasz tak dalej podchodzić do ludzi na swojej drodze! - wskazała brodą na dłoń mężczyzny, która nadal znajdowała się blisko Rugera; zaśmiała się, a potem rozkaszlała suchym kaszlem nałogowego palacza, umierającego na ostatnie stadium raka płuc.

Spoglądając za jej gestem, mężczyzna spojrzał na swoja dłoń... i ze zdumieniem zauważył, że knykcie ma zdarte i zsiniałe, jakby zeszłej nocy solidnie obił sobie pięści w jakiejś zupełnie niepamiętanej bójce.
 
__________________
"Polecam inteligentną i terminową graczkę. I tylko graczkę. Jak z każdą kobietą - dyskusja jest bezcelowa - wie lepiej i ma rację nawet jak się myli." ~ by Aschaar [banned] 02.06.2014
Nieobecna 28.04 - 01.05!

Ostatnio edytowane przez Autumm : 01-04-2015 o 00:28.
Autumm jest offline  
Stary 05-04-2015, 18:04   #8
 
killinger's Avatar
 
Reputacja: 1955 killinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputację
Światło sprawiało ból. Teraz w pełni rozumiał jego dualna naturą. Fale rozmywały obraz w załzawionych oczach, a złośliwe cząsteczki uderzały wrednie w gałki oczne wybijając agresywnymi fotonami całą radochę z oglądania krajobrazu.

A było co oglądać. Wielkie Pieprzone Nic. W dodatku za cholerę nie wiadomo gdzie umiejscowione, bo że nie w zakichanym Miles City, to raczej widać od razu.
Potem sprawdzi, co dokładnie zawierają szyldy "For SALE" rdzewiejące na krawędzi betonowego placu. Na razie ma coś lepszego niż rdzewiejące blachy do sprawdzenia.

Kobieta zaskoczyła go i zezłościła. Sam nie wiedział czego było więcej, zdumienia, czy nerwów. Wyskakujący jak za pomocą magicznej sztuczki pistolet dopełnił czary niezrozumienia, wlewając ostatnią kroplę absurdu, która przełamała napięcie powierzchniowe zrozumiałej rzeczywistości. Wszystko przelało się bez ładu, a on zwyczajnie poczuł brak jakiejkolwiek chęci do działania.

Przełknął narastające i oczywiste w tych okolicznościach pytania. Kim jesteś, kim ja jestem, gdzie jesteśmy i co tu robimy? Nie, nie wypowiedział żadnego z nich. Patrzył tylko na nią i słuchał. Zbudził się w nim zapomniany, a może raczej świadomie stłumiony instynkt drapieżnika. Nic tu nie grało, za wiele niewiadomych w równaniu, by można było pokusić się o jakiekolwiek przewidywania. Czy to możliwe, że film mu się urwał? Jasne, czemu by nie. Nie raz wypijał butelkę bourbona, kiedy wracały jakieś niepotrzebne wspomnienia ze słonecznego kraju, w którym spędził dwa lata. Rozrywany miną humvee, pieprzeni niepiśmienni snajperzy, dzieciaki z semteksowymi pasami na piersiach. Widział wszystko, a w każdym razie dość dużo, by nie chcieć widzieć więcej. Tam słońce też daje się we znaki, w swoim upierdliwym korpuskularno-falowym tańcu świętego Wita.

Tam też poprzysiągł sobie, że nigdy nie wymierzy już pistoletu w inną osobę. Na pograniczu Strefy, w małym i obrzydliwie biednym miasteczku miał wybudować coś na kształt szkoły. Był w tym dobry, w całym Korpusie Inżynieryjnym wypracował sobie opinię człowieka, który bez trudu dogaduje się z miejscowymi i potrafi ich zmotywować do działania. W zasadzie tylko on sam wiedział, że te potakujące, brodate postacie kiwają głowami nie dlatego, że przekonuje ich swoimi racjami, a dlatego że US Army ma za sobą dużo poważniejsze argumenty niż jego namowy. Nie znosił tych beżowych, zakłamanych kutasów. Nie znosił tego kraju, swojej w nim misji, syfu i głupoty godnej neandertalczyków. Najbardziej zaś nie znosił fundamentalizmu którym karmili się nieprzytomnie, upijając się wersetami bełkotliwego pisma, tak jak uczciwy kowboj w Montanie chla w saturdaj najt fiverze.

W tym właśnie kurwidołku kilku palantów o mentalności średniowiecznych chłopów, urządziło sobie konkurs rzucania kamykami do celu. Mimo, że na tym zadupiu na pewno nikt i nigdy nie trenował baseballa, daliby sobie radę, bo cel był nieruchomy. Przywiązana do pala kobieta pewnie zachowała się jak ostatnia zdzira, pokazując publicznie połowę łydki, a może tylko przesoliła baranią pieczeń? Kto by ich tam rozumiał. Był sam, z tłumaczem. Miał ze sobą tylko radio i M11. Zgodnie z okólnikami sztabu, ta okolica była całkowicie bezpieczna. Tak jakby jakiekolwiek miejsce w słonecznym kraiku było bezpieczne dla białego człowieka...

Omal nie zastrzelił przywódcy, jakiegoś duchowego prowodyra. Stawiał się i okazywał brak szacunku epoletom oficerskim. Krótki M11 wyglądał może jak zabawka, ale dwa strzały pod nogi postawiły cholernego terrorystę do pionu. Rykoszet rozorał mu łydkę, widać było jak na białym chałacie wykwita krwistoczerwony mak na dole i słomkowożółty tulipan na wysokości przyrodzenia. Cóż, każdy ma prawo się zeszczać kiedy do niego się strzela. W oczach kacyka widział jednak tak wielkie szaleństwo, tak wiele nienawiści, zła i strachu zmieszanego z bólem w wybuchowej mieszance, że poprzysiągł sobie nie używać broni przeciw innym ludziom. Nawet takim pokurczom bez krzty rozumu. Wtedy uratował kobietę, którą przekazali potem patrolowi Angoli.
Dziś nie było raczej potrzeby łamać uświęcony zasad dotyczących broni. Raczej, bo czarnowłosa budziła w nim niepokój.

- Mam dziś kiepski dzień, ma'am. Nie jestem do końca sobą. Nie podoba mi się jednak to, co robisz z moim kubkiem. Nie rób tego nigdy więcej, bo mnie to wkurza.

Schował pistolet, zaskakująco płynnym ruchem. Co do diabła, przecież od lat nie używał broni, nawet o niej nie myślał. Teraz z kolei czuje że Klamka jest po prostu przedłużeniem jego dłoni, niemal wyczuwał organiczne łączniki między kompozytem kolby i synapsami w jego dłoni. Pal licho, potem o tym pomyśli.

Na razie trzeba by jakoś podejść damulkę, ale tak by nie przyznawać się zbytnio do niewiedzy. Naprawdę nie miał pojęcia co się tu wyrabia, ale musiał wpaść w alkoholowy ciąg. A może ktoś mu czegoś dosypał, ludzie są czasem podli.

- Gdzie jest ten drugi? Faktycznie mocno oberwał? Nie pamiętam tego.
Badawczo zerkał na jej reakcje, próbując wywnioskować cokolwiek z jej zachowania. Niepokoiła go, intrygowała, przerażała też trochę. Gdzieś już ją widział, ale nie potrafił przywołać z pamięci żadnych szczegółów. W zasadzie nic w tym dziwnego, ostatnio przecież pracowicie oddawał się zabijaniu wszelkich wspomnień, prochami, ćwiczeniami z koncentracji a nawet modlitwą.

Co prawda był niewierzący. Wyrósł w uczciwej rodzinie metodystów, ale już jako mały chłopak popadł w zwątpienie. Udawał wiarę przed pobożnymi rodzicami, uczęszczał na biblijne spotkania w kole młodzieżowym przy kościele w Miles, ale kiedy słuchał pastora Newtona, jak to inne, gorsze odłamy chrześcijaństwa błądzą i wiodą swoich wiernych wprost do piekła, a prawie wcale nie różnią się doktrynalnie między sobą, doszedł w końcu do jedynego słusznego wniosku, że skoro wszyscy są tak bardzo podobni i wszyscy oskarżają się o herezje, to wszyscy są sobie równi. Wszyscy kaznodzieje kłamią, a Bóg pewnie ma to gdzieś. Albo nie ma, bo nawet nie ma tego "gdziesia" zwyczajnie nie istniejąc.

Po lekach jednak zaryzykował kilka skromnych modlitw, nie słowami wyuczonymi w domu, ale tak jakoś celował po prostu w kosmiczny absolut, a nie do jakiegoś wiekowego starucha o wrednym usposobieniu, każącego kochać się bez powodu.

- Masz coś do picia? Zdechnę zaraz na tej zasranej pustyni. Wyglądasz na dobrą samarytankę, pomijając mój kubek oczywiście. Zorganizuj coś mokrego bez procentów i zaprowadź mnie do tego potłuczonego obwiesia.

Spojrzał na nią i z ledwie dostrzegalnym wahaniem dodał na końcu "Proszę"
 
__________________
To, co zraniło cię raz, może zranić cię dwa razy...
killinger jest offline  
Stary 11-04-2015, 23:46   #9
 
Autumm's Avatar
 
Reputacja: 6825 Autumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputację
Kobieta słuchała go z czymś w rodzaju uprzejmego zainteresowania na twarzy; taką miną, jaką obdarza się młodszego kuzyna, kiedy z przejęciem zaczyna opowiadać o swoich osiągnięciach w jakiejś grze, czy czymś podobnym. Broń nie zrobiła na niej żadnego wrażenia; ignorowała ten fakt całkowicie, jakby wędrowiec wcale jej nie trzymał.

- Lubię tego typka. - powiedziała, znów unosząc kubek i spoglądając na obrazek - Szkoda, że to tylko serial. Przydałoby się skasować kilku badguyów też tutaj, prawda? - mrugnęła okiem i odstawiła naczynie z powrotem na parapet.

- Prawie go zabiłeś! - zaśmiała się na pytanie o poszkodowanego - No, może trochę przesadzam. Ale nieźle przestawiłeś mu tą piękną pedalską buźkę. Szybko nie będzie komuś znów wypominał grzechów. Wszyscy mamy niedoskonałości, nie? - spytała, kiwając głową - A już na pewno nie powinien tak mówić do kobiety. Chyba go po prostu zazdrość wzięła, że z nią byłeś. Zresztą, nie dziwię się. Przez takie piękności ludzie potrafią mordować... niegrzeczny chłopczyk! - pogroziła mu palcem w żartobliwym, matczynym geście.

Kiwnęła na mężczyznę głową i kopiąc nonszalancko jakiś metalowy element, który został z pordzewiałych resztek dystrybutorów, ruszyła za róg budynku. W pochylonych ramionach i włosach, które opadły na twarz jak kaptur, odsłaniając tylko ostry profil, było coś niepokojąco znajomego. Przebłysk, myśl, wrażenie: kobieta w czarnym czadorze, stojąca z boku grupy kamieniujących nierządnicę wieśniaków. Bez ruchu, bez gestu; soczysta czerń w pustynnym, monochromatycznym krajobrazie, w którym wszystko przypominało wyblakłą fotografię. I tylko oczy, oczy pożądliwie wpatrzone w katowaną ofiarę, jak wzrok głodnego kruka, gapiącego się na padlinę - niby żywe, a jednocześnie bezdennie puste, błyszczące guziki przyszyte do pluszowej zabawki, nieudolnie udającej coś rzeczywistego. Nie widział jej później w cisnącym się wokół tłumie, jakby zniknęła w momencie, kiedy egzekucja została przerwana.

Ale to było tylko dziwne czknięcie podświadomości, zapewne jeszcze zmaltretowanej kacem; kobieta potrząsnęła głową, wprawiając włosy w ruch i wspomnienie zniknęło.

Z boku stacji stał zaparkowany masywny cadillac z tyłem przerobionym na duży, toporny bagażnik. Maszyna, sądząc po charakterystycznym przodzie, musiała być wyprodukowana w połowie lat 80. Mimo to była w idealnym stanie: zadbana, z chromowanym wykończeniem i czarnym, błyszczącym lakierem. Tylko opony z białym lampasem i błotniki były pokryte kurzem drogi. Kobieta podeszła do bagażnika i otworzyła klapę; podłużne wnętrze był wypełnione metalowymi walizkami i podłużnymi, czarnymi torbami. Rozpięła jedną i wyciągnęła z niej butelkę wody, rzucając ją mężczyźnie. Przez rozpięty zamek torby widać było coś, co przypominało charakterystyczną lufę i szynę karabinka M4.

- Nie wiem, gdzie położyłeś swojego kumpla. - wzruszyła ramionami, siadając na tylnym zderzaku i macając się po kurtce. W końcu wydobyła z jednej kieszeni paczkę papierosów, wystukała jednego i zapaliła metalową zapalniczka. Kiwnęła fajkami w kierunku wędrowca, gestem poczęstunku.

- Jak już go sprałeś, kazałeś się zawieźć jak najdalej na wschód. Ta dziewczyna, o którą się pobiliście, protestowała, ale się uparłeś. Jesteś bardzo przekonujący, jak się wkurwisz, wiesz? Zdecydowany człowiek. Lubię takich. - zaciągnęła się i wypuściła z ust miękką chmurę. Papierosy musiały być cholernie mocne; dym aż szczypał w oczy i nos. - Zabrałeś ją i tego biedaka ze sobą. Wysadziłam was tutaj, bo mam interes w okolicy, a to miejsce kojarzę. - kontynuowała - Jak wracałam, to pomyślałam, że wpadnę zobaczyć, co się u was dzieje. Pomogłam ci wtedy. Nie muszę teraz brać udziału w rodzinnych dramach i ckliwych scenkach braterskiego pojednania. - skrzywiła usta, przygryzając papierosa - Bo chyba nie zamierzasz go dobić, nie? - wyszczerzyła zęby w kiepskiej parodii uśmiechu i puściła mężczyźnie oczko.
 
__________________
"Polecam inteligentną i terminową graczkę. I tylko graczkę. Jak z każdą kobietą - dyskusja jest bezcelowa - wie lepiej i ma rację nawet jak się myli." ~ by Aschaar [banned] 02.06.2014
Nieobecna 28.04 - 01.05!

Ostatnio edytowane przez Autumm : 12-04-2015 o 14:02.
Autumm jest offline  
Stary 12-04-2015, 11:56   #10
 
killinger's Avatar
 
Reputacja: 1955 killinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputację
Jasna cholera. Pobił się z kimś za jakąś babkę? To jakiś absurd... zwłaszcza po tym, co niedawno przeżył. W zasadzie wszystko wokół było co najmniej podejrzane.
Poczuł gęsią skórkę na plecach, zimny palec wstydu z powodu bijatyki drapał go niemiło po krzyżu. Prawie zabił swego oponenta? Jak to możliwe? Co u licha tamten musiał zrobić, by wyzwolić w Rogerze pokłady furii jakiej u siebie nigdy nie dostrzegał?
Zaraz, zaraz, jak ona to powiedziała? Nie będzie wypominał grzeszków? Do tego piękna kobieta?

Dla złapania chwili na zastanowienie, podszedł do parapetu i zabrał kubek. Dexter uśmiechał się szerokim, głupkowatym wyszczerzem, zupełnie nie czuły na rozgrywające się wokół zdarzenia. Wytrząsnął zawartość, otarł kubek rąbkiem polaru. Dziwnie było tak stać z dwoma zajętymi dłońmi, wsunął pistolet za pasek spodni z tyłu.

Najgorsza w tym wszystkim jest niewiedza. Owszem, mózg odłącza rejestrowanie faktów przy pewnym stężeniu alkoholu we krwi, ale trochę niepokojące jest to, jak wiele wydarzyło się w ostatnim okresie. Co gorsza, nie miał żadnej pewności, co do przedstawionych przez nieznajomą brunetkę faktów, a zweryfikować też za bardzo nie było jak zdarzeń sprzed obudzenia się.

Tajemnicza i podejrzana, czy nie, miała wodę, a to już coś. Odkręcił białą zakrętkę Eviana i pociągnął długi łyk, rozkoszując się błogosławionym wpływem wilgoci na swą jamę ustną. Skinął głową w podziękowaniu, po czym upił jeszcze jeden, mały łyk.

Kobieta utrzymywała że mu pomogła, że zawiozła go i dwójkę nieznanych towarzyszy w to miejsce, poniekąd na jego własne życzenie. Cóż, mimo że to brzmi dziwnie, jakieś ziarno prawdy w tym może tkwić. Zawsze włączał mu się po libacji sonar, który nieomylnie prowadził go do domu, niezależnie jak bardzo bywał sponiewierany. A potrafili czasem nieźle zabalować. Jerry Murray, inżynier konstrukcji, współpracownik w firmie Bronsona, a prywatnie dobry kumpel nigdy nie odmawiał spotkania po pracy w barze. Nie zdarzało się to bardzo często, nie, byli przecież ludźmi na poziomie, ale co mniej więcej dwa tygodnie praktykowali twardy reset wysokoprocentowymi napojami. Niezależnie od swego stanu Roger zawsze budził się w domu, może nie zawsze w łóżku, ale zawsze instynktownie trafiał do rodzinnej siedziby. Teraz widocznie sonar wskazywał wschodnie wybrzeże jako kierunek, niechybnie prowadząc go tam, nawet gdy był totalnie uwalony.

Poobdzierane kłykcie wskazują, że faktycznie z kimś zadarł. Nie czuł zbytnich skutków bójki, ale będąc jeszcze na wpół nietrzeźwym, może sobie nie uświadamiać konsekwencji wieczornej walki. Na razie nic go nie bolało, zatem może faktycznie ten drugi oberwał po prostu mocniej. Musiało być ostro, skoro czarnulka widziała w tym prawie żądzę mordu. Cholerne babsko. Skąd ją mógł znać? Mignięcie czegoś na kształt wspomnienia, umiejscawiające ją w innym czasie i rzeczywistości, z rozpalonymi gorączką oczyma przy egzekucji, musiało być urojeniem. Tam przecież wszystkie kobiety z zasłoniętymi twarzami mają czarne i błyszczące oczy...

Wtedy przypomniał sobie kolejny drobiazg. Równie ulotne wrażenie dźwięku i zapachu, dochodzących z pięterka. Przypomniał sobie wąskie, ciemne schodki. Czemu ciężko potłuczony koleś tam trafił, zamiast być zostawionym na dole? Może faktycznie był agresywny i wbrew rozsądkowi po prostu kazał im wleźć na górę. Kurde, ciekawe czy ktoś opatrzył ofiarę jego wczorajszej wściekłości. Trzeba się tym zająć, jest przecież cywilizowanym człowiekiem, może i poniosło go wczoraj, ale to już minęło, a w dodatku zupełnie nie czuje złości do kogoś, kogo nawet nie pamięta.

- Przypomnij mi moja droga, jak masz na imię? Głowa mi szwankuje, to musiała być ciężka noc. Dziękuję ci za podwózkę, miło że chciało ci się targać nas wszystkich po tym, co widziałaś. Chyba wiem, gdzie jest ta dwójka, skoczę do nich i sprawdzę jak się miewają. Może będziesz na tyle uprzejma, by podrzucić nas bliżej jakiegoś miasteczka? Wiem, że nadużywam nieco twej uprzejmości, ale jeśli miałaś jakieś interesy w okolicy, to pewnie wiesz gdzie tu są zamieszkałe tereny. Daj mi chwilę.

Ruszył z powrotem do domku. Rudera z zewnątrz prezentowała się nieco lepiej, niż od środka. Poddasze zaopatrzono w niewielkie okienka, z powybijanymi niestety szybami. Pewnie nieźle zmarzli tam na górze nocą. Cóż, sami sobie są winni, na pewno to ich wina, że zachował się brutalnie. Od kilkunastu lat nawet z nikim się nie kłócił, o rękoczynach nie wspominając. Za wyjątkiem tego jednego, jedynego pamiętnego wydarzenia. Ok, zmieniło się co nieco w jego głowie, ale to zrozumiałe, po tym co przeszedł. Mimo to Roger nadal widział się jako statecznego przedstawiciela klasy średniej, z aspiracjami, niemal pozbawionego wad. Co więc musiało się zdarzyć, by doszło do pobicia innej osoby? Co do cholery zaszło?

Wszedł w przyjemny, chłodnawy półmrok. Oczy wymęczone jaskrawym światłem słońca szybko przystosowały się do łagodniejszego wnętrza domu. Poczuł niemiły zapach. Nieświeże, zatęchłe powietrze przecinały nitki paskudniejszych woni. Poczuł się nieswojo, trochę jak dziecko wpatrujące się z napięciem w drzwi szafy, kiedy rodzice ostatnim pocałunkiem już się z nim pożegnali przed snem. Cały dom był taką szafą, z czającym się w środku potworem.

Tylko że najgorszym potworem w tym miejscu mógł się okazać Roger.

Ruszył ciężko wąskimi, skrzypiącymi schodami na górę. Zapach zmienił się nieco, wplotła się w niego słodkawa nutka perfum o różanym aromacie.

Zwalniał. Zastanawiał się co powie, kiedy już znajdzie się na górze. Nie przywita się przecież serdecznie, jakby nic się nie stało. Dla dodania sobie animuszu rzucił w stronę krańca schodów
- Witam, mam trochę wody, pewnie się wam przyda.

Każdy krok powodował skurcz żołądka. Jeszcze kilkanaście stopni, jeszcze kilka. Wszedł na górę i rozejrzał się po pomieszczeniu.
 
__________________
To, co zraniło cię raz, może zranić cię dwa razy...
killinger jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 12:04.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166