Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 13-02-2016, 21:35   #21
 
echidna's Avatar
 
Reputacja: 563 echidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemu
Tak, cóż, może i April zapomniała wspomnieć rodzinie o tym spotkaniu. Ale w sumie… dlaczego miałaby się ze wszystkiego zwierzać? Zresztą… przecież to nawet nie była randka. Ot… kolacja ze znajomym. Nie zakupiła na tę okazję nowej kiecki, nie wystroiła w najlepszą z tych, które miała. Prawdę powiedziawszy w ogóle nie założyła sukienki, lecz spodnie, koszulę i marynarkę. Jakoś dla Constantine’a nie chciało jej się golić nóg. Potrzebowała wszak od niego nie komplementów i upojnej nocy, tylko informacji.


Może nawet celowo pani Blackburn pominęła ten drobny szczegół, jakim było wieczorne spotkanie? Dzięki temu ominęła ją cała masa pytań. A teraz nie miała już na nie czasu, wszak mężczyzna stał już u drzwi, gotów w każdej chwili nacisnąć dzwonek. Tak więc jedyne, czego jej nie oszczędzono, to zdziwienie na twarzy córki i podejrzliwość w oczach matki. No cóż… nie była to zbyt wygórowana cena. Może nawet kolacja wcale nie będzie tak nudna? Może uda jej się wytrzymać na niej dość długo, by nie wracać do domu nim Aida i Ava nie pójdą spać? W ten sposób uniknęłaby kolejnej fali pytań.

Czego nie miałaby przynieść przyszłość, fakt pozostawał faktem, April nie miała czasu na wyjaśnienia. Jedyne, na co się zdobyła na pożegnanie to życzenia “miłego wieczoru” i ostrzeżenie, by nie czekały na nią.

- Wyglądasz szałowo.- rzekł na powitanie Matt przyglądając się April z zainteresowaniem, na co ona odparła uśmiechem. Pewnie rzekłby tak nawet, gdyby ubrała strój hutnika. Niemniej nie wyczuła ni nutki fałszu w jego głosie.

- Wpadniemy do włoskiej restauracyjki w hotelu, czy też masz ochotę na jakieś inne miejscowe specjały? Znam kilka miłych restauracyjek w Wiscasset. Ale nie znam twoich kulinarnych gustów.
- To ty tu jesteś mężczyzną, decyduj. - odparła Ampril obrzucając mężczyznę przelotnym spojrzeniem, po czym skierowała swe kroki w stronę auta.
- Więc Włochy.- rzekł z uśmiechem Matt i wyminął towarzyszkę, by otworzyć przed nią drzwi. Na moment się zawahał.- Ty chyba nie jesteś z tych wyzwolonych od wszystkiego feministek, co to same otwierają sobie drzwi i płacą za kolację połowę rachunku i każdą próbę podlizania się kwitują metaforycznym kopniakiem w dumę mężczyzny?
- A co, jeśli jestem i właśnie zebrałeś pierwsze minusowe punktu? - zapytała mimowolnie unosząc brew, po czym nie czekając na odpowiedź wsiadła do samochodu.
- Toooo… przez całą drogę będę ci opowiadał, jaki to ze mnie zwolennik równouprawnienia.- rzekł Matt siadając za kierownicą. Niby niespecjalnie przejmował się wpadką, ale jednak odpowiedź padła podejrzanie szybko jak na nonszalancję. -Zawsze mogę się odkuć w drugą stronę.
- To znaczy? - zainteresowała się zapinając pasy.
- Właśnie prezentując się jako zagorzały feminista.. gdzieś tu miałem poradnik. - stwierdził dla żartu przeszukują schowek na rękawiczki, w którym oczywiście nic nie było. Poza drobiazgami takimi jak śrubokręt, parę prezerwatyw, mała latarka, zapalniczka…


...zdobiona różnymi grawerunkami, scyzoryk i różne duperele znajdowane w schowku na rękawiczki, w którym zadziwiająco rzadko bywały rękawiczki.

- Jak ci się podoba Wiscasset? Dużo się zmieniło odkąd wyjechałaś?- zapytał by rozruszać rozmowę.
- Powiedziałabym, że przybyło mu kilka nowych zmarszczek. Choć widać też, że władze zainwestowały gdzieniegdzie w drobny lifting.
- Coś w tym jest.- stwierdził Matt i zerkając na boki.- Chodź mam wrażenie, że Wiscasset urodziło się stare… wręcz starożytne. Wiesz że te głazy w lasach nie zostały postawione przez Indian? Ponoć zrobili to Wikingowie.
- No Wikingowie to chyba jednak nie starożytność. - oponowała April. - I właściwie gdzie żeś się takich rewelacji doczytał?
- W książkach. Ktoś te kamienie w lesie badał. A właściwie, ktoś bardzo mądry. Nazywał się profesor Windsworth i cóż… napisał bardzo ciekawe książki na ich temat. Ale nie miał żadnych dowodów na poparcie swych teorii. Niemniej… Wikingowie brzmią świetnie, prawda? A jak ty byś wyjaśniła te kamienie w lesie?
- Nie wiem… Indianami? - zakpiła ledwo dostrzegalnie. - Im chyba było tu trochę bliżej, niż Wikingom. No i są dowody na ich obecność tutaj.
- Indianie Wielkich Równin nie budowali takich konstrukcji, a ci na północ od Arizony, w ogóle nie używali kamieni w swych budowlach.- wyjaśnił Matt, gdy już dojeżdżali do hotelu “Lake of Dreams”.
- No to ci Wikingowie wyjątkowo źle musieli wspominać tę wycieczkę - oznajmiła, a widząc całkowity brak zrozumienia na twarzy towarzysza, kontynuowała - Takie konstrukcje u nich to zwykle cmentarze. Tylu poległych, tak daleko od domu... - zawiesiła głos dla lepszego efektu. - To nie była za pewne miła wycieczka.
- Z pewnością… niestety profesor nie dostał pozwolenia na grzebanie przy kamieniach, więc nie mógł potwierdzić swych teorii. - Matt zatrzymał wóz i wysiadł, po czym ruszył by otworzyć drzwi April.

Kobieta poczekała grzecznie, aż towarzysz otworzy jej drzwi, a w podzięce za tę uprzejmość, uśmiechnęła się ślicznie. Potem przyszedł czas na zajęcie stolika i złożenie zamówienia. Dopiero, gdy kelner oddalił się, by przynieść im zamówione drinki, pani Blackburn kontynuowała:

- Może to i lepiej, że nie dostał tej zgody? - zagadnęła, a widząc, że Constantine nie załapał, co miała na myśli, wyjaśniła - Tylko tego by nam brakowało, żeby wkurzone przebudzeniem upiory Wikingów grasowały po okolicy i szczuły krwiożercze wilki i niedźwiedzie na ludzi.
-Z pewnością byłby wtedy problem z duchami…- odparł żartem Matt i spytał z szelmowskich błyskiem w oku.- Ale mieliśmy rozmawiać o mrocznych sekretach. Masz jakieś może?
- Oczywiście! Całe mnóstwo
- I nie zdradzisz żadnego… więc jak ja mam ci opowiedzieć o moich?- odparł mężczyzna przesadnie obrażonym tonem głosu, by po chwili pochylić się ku niej z pytaniem. - To o jakich więc mrocznych sekretach pogadamy?
- Nie powiedziałam, że nie zdradzę żadnego. Na pewno nie zdradzę wszystkich - odparła kobieta. - Zawsze możemy porozmawiać o cudzych sekretach. I tylko nie mów mi, że mężczyźni nie lubią ploteczek - dodała z uśmiechem.
- No to kusisz…przyznaję.- uśmiechnął się zawadiacko Matt i skinął głową.-Wszystkich znać nie muszę, kobieta zawsze powinna mieć jakieś sekreciki. A o kim poplotkujemy najpierw?
- Może o naszej kochanej pani Burmistrz - zaproponowała tonem mającym sugerować, że ta myśl właśnie wpadła jej do głowy - Słyszałam, że w młodości było z niej niezłe ziółko. Razem z innymi miejscowymi dziewczętami bawiła się w jakieś rytualne tańce przy ognisku. - April postanowiła nieco podkoloryzować zasłyszaną historię, by nabrała cech rasowej plotki, a nie informacji zasłyszanej z pewnego źródła. - Takie spotkania tylko dla miejscowych, przyjezdni nie mieli na nie wstępu.
- Wiesz pewnie że Wiscasset wywodzi się z dawnej osadyi purytańskiej, prawda? Z czym ci się kojarzy purytanizm?- zapytał z lisim uśmieszkiem Matt.
- Z polowaniem na czarownice - odparła machinalnie.
- To bardzo uproszczona sprawa… Purytanizm to ruch religijno-społeczny w XVI i XVII-wiecznej Anglii, mający na celu "oczyszczenie" Kościoła anglikańskiego z pozostałości po katolicyzmie w liturgii i teologii. Początkowo działając jako ruch wewnątrz anglikanizmu, purytanie stopniowo oddzielali się od niego tworząc odrębne wspólnoty religijne, czasem nazywane nonkonformistycznymi.- wyjaśnił Constantine niczym wykładowca akadamicki.- I tu pojawia się ciekawostka… otóż… purytanie tworzyli różne wspólnoty, które łączyło jedno: wyrugowanie katolicyzmu z liturgii i teologii… ale wiesz jak to jest. Natura nie znosi próżni. W jednych przypadkach takie zmiany wprowadzały surowsze prawa i ograniczenia swobód… W innych, nowe pierwiastki. Lub stare w nowych szatach. Purytanizm Wiscasset przeniknął pogańskimi tradycjami wywodzącymi się jeszcze z czasów druidzkich. Oświecony anglikanizm wykreślał pogaństwo, więc osoby lubujące się w tej tradycji...udawały się na wygnanie przebrane w purytańskie szatki. Rytualne tańce są zaś tą pozostałością… tajemnicą. Wiem tylko, że kobiety tańczyły tam nago i to był powód, dla którego do tych tańców nie dopuszczano mężczyzn. Poza tym.. nie wiem nic. Pewnie twoja matka mogłaby powiedzieć więcej, ale z mojej matki kiedy żyła nie wycisnąłem nic… a w porównaniu z Aidą była ona bardzo gadatliwa.

No i właściwie na tym mogłoby się zakończyć ich spotkanie. Pani detektyw zgodziła się na tę kolację tylko po to, by mieć pretekst do wypytania historyka o interesujące ją sprawy, a on w tej materii nie wiedział nic. Gdyby więc w tamtej chwili po prostu wstała od stołu i wyszła, zaoszczędziłaby sporo czasu. Z drugiej jednak strony w oczach Matta zyskałaby opinię co najmniej niezrównoważonej, w swoich własnych zaś - zimnej i wyrachowanej. Poza tym plotka o ich nagle zakończonej “randce” obiegłaby Wiscasset lotem błyskawicy. Tak więc chłodna kalkulacja jasno wskazywała, że bardziej opłacalnym będzie poświęcenie tych kilku godzin. Może nawet wcale nie będą tak strasznie zmarnowane?

- W tej chwili tańce się już nie odbywają. Ale kto wie… z czasem mogą znów się zacząć. Tak już się zdarzało. Z tego co wiem, liczba kobiet musi być nieparzysta. Najlepsza jest siódemka i trzynastka, ale czasem nawet trójka wystarczy. - kontynuował tajemniczo dyrektor muzeum splatając dłonie.-Kobiety o tym nie mówią. I ogólnie nie wiadomo, co się tam dzieje. Ale mówimy tu głównie o młódkach tańczących nago w lesie. To musiało przyciągać uwagę młodych odważnych mężczyzn. Są więc wzmianki w starych pamiętnikach o nich. I można się nieco o tańcach dowiedzieć… oczywiście pośrednio.
- Pośrednio? - zainteresowała się kobieta.
- Z relacji mężczyzn siedzących w krzakach i podglądających damy tańczące w kręgu kamieni wokół ognia. Nie zapamiętali zbyt wiele słów, w końcu śpiewały chyba w języku celtyckim lub gaelickim. No i nie wiadomo co paliły w tym ogniu… ale z pewnością mocne zioła. Bo wiły się zmysłowo i nieobyczajnie czasami nawet imitując kopulację.- dodał cicho Matt coraz bliżej oblicza April.- A kamienie ponoć… drżały… Jakieś cienie piekielne migały między nimi. Przypomina to bajdy o Sabatach? Pewnie dlatego, że te tańce właśnie z nich… pośrednio się wywodzą.
- Pośrednio, to chyba twoje ulubione słowo - westchnęła kobieta powoli tracąc zainteresowanie tematem. - Lubimy niedomówienia, czyż nie?
- Nie jest ulubionym, po prostu… to nie jest wszystko takie łatwe do wytłumaczenia.- stwierdził Matt odsuwając się od April.- Opisy są mętne i dość skąpe w szczegółach, a takie tańce przy ognisku były znane w całej Europie wczesnego średniowiecza i łączą się z różnymi uroczystościami, od druidzkich świętych ogni w czasie przesileń, przez słowiańską sobótkę i rytuały płodności, po sabaty czarownic w górach cesarstwa niemieckiego i na czesko-polskim Śląsku. Poganizm nie zostawił po sobie szczegółowych opisów, niestety.
- No cóż, zatem tajemnica miejscowej sekty pozostanie nierozwikłana - skwitowała smętnie kobieta. - A jak tam Twoje leśne eskapady? Przyniosły jakieś oszałamiające rezultaty?
- Zawsze możesz się załapać na kolejny taniec nago w świetle księżyca i poznać wszystko z pierwszej ręki. Masz wszelkie ku temu predyspozycje. Jesteś w odpowiednim wieku, z odpowiednim rodowodem, jesteś miejscowa… Te tańce mogą powrócić z nową przewodniczką.- odparł z uśmiechem Matt i zasępił się wyraźnie.- Wiesz… to bardziej hobby… Przewidywania, które…

Machnął ręką.

- Nie wiem czy akurat zbrodnie i wypadki… są czymś co warto omawiać, przy kolacji, ale jeśli cię to interesuje, to… sekret za sekret? Teraz twoja kolej.
- Sekret… - zamyśliła się szukając w pamięci czegoś wystarczająco mrocznego, by zaspokoić ciekawość Matta, a jednocześnie kompletnie nie związanego z jej największym sekretem. - Cóż… ewentualne sebatnice mogłyby się ode mnie wiele nauczyć odnośnie tego jakim zielskiem palić w ognisku.
- Myślałem o czymś pikantnym, ale zwal ten fakt na moją samczą fantazję.- zaśmiał się cicho Matt. - A co do leśnych eskapad, to zauważyłem i odkryłem parę takich miejsc z przeszłości… zapomnianych przez… Bardziej to wymazanych z pamięci przez miejscową społeczność. W Wiscasset dość często dochodziło do sporów, choć ruiny, które odkryłem, są bardziej z czasów wojny secesyjnej.

Tymczasem kelner przyniósł napoje: jego chianti i jej martini z lodem, miętą i cytryną, którego upiła odrobinę, bowiem z jakiegoś powodu zaschło jej w gardle. Aż dziw, że Matt nie odczuwał takich dolegliwości, choć to głównie on mówił. Nie wydawał się tym specjalnie przejęty. Właściwie, chyba nawet mu to odpowiadało.


- Jedno z nich widziałam, dom Lupiscery - przyznała zaspokoiwszy pragnienie. - A inne?
- Jak wspomniałem… znalazłem fundamenty domu z czasów wojny secesyjnej. I żadnych informacji na ten temat w dokumentach z epoki- napił się wina dodając.-Mam kilka teorii, ale wiesz… ja to sprawdzam nielegalnie. Służby leśne nie lubią, jak się turysta kręci, tam gdzie nie powinien, a w moim przypadku to jest częste.
- Krzywe spojrzenie straży leśnej jeszcze nie czyni tego nielegalnym - zauważyła.
- Niby tak… ale… jak się okazało, tutejsza straż leśna lubi się zasłaniać tabliczkami o dzikiej zwierzynie. Grasują stada drapieżników… do lasu głęboko wchodzić nie wolno. Te ataki niedźwiedzia tylko dają im do tego pretekst. Nie wiem jak blisko jesteś z Seanem, ale… z pewnością potwierdzi fakt nadgorliwego stawiania tabliczek.- odparł Matt z uśmiechem. - A już pozwolenia na wykopaliska nie dostanę, ani funduszy. No chyba, że zmieni się władza. Jak wiesz pani burmistrz trzyma okoliczne agencje za jaja. I niezbyt mnie lubi.
- Ciekawa jestem, czym jej podpadłeś. W sumie jesteś u niej na garnuszku, w końcu to ratusz sponsoruje muzeum.
-Pracą dla konkurencji.- mruknął cicho Matt.-Pomagałem Daisy Ling w kwestiach papierkowych związanych z polityką.
- No tak - podsumowała krótko Blackburn przypominając sobie zasłyszane plotki. - Twoja jedyna nadzieja w tym, że Ling wygra wybory.
- Tak łatwo zwolnić się nie dam.- zaśmiał się cicho Matt, po czym upił chianti. - A jakie są twoje sympatie polityczne?
- Coraz bardziej oddalają się od miłościwie nam panującej - przyznała kobieta.

Podejmowanie decyzji politycznych pod wpływem chwilowego kaprysu może i nie było dojrzałe, ale przecież z bardziej błahych, niż kłótnia, powodów przegrywano w tym kraju wybory.

- To może… dołączyłabyś do mojego obozu… i obozu Daisy ? Wiem że polityka to może nuda, ale myślę że uroczo byś wyglądała na ulotkach z dopiskiem:” Głosuję za Daisy, bo kocham stokrotki.”- rzekł z uśmiechem Matt układając dłonie w czworokątny obiektyw kamery i robiąc jej wyimaginowane próbne zdjęcia.
- To raczej nie w moim stylu.
- Jesteś pewna? Założę się że masz bardzo fotogeniczną twarz.- odparł przyjaźnie Matt.-A wracając do nie twojego stylu. To bardziej pozowanie, czy angażowanie się w politykę do niego nie pasuje?
- I jedno, i drugie - stwierdziła upiwszy łyk drinka modląc się, by mężczyzna zakończył szybko swoje nieudolne próby podrywu. Zaczęła się zastanawiać, czy to z nią było coś nie tak, że wszędzie widziała śliniących się do niej mężczyzn, czy oni faktycznie tak się zachowywali w jej obecności.
- Acha… No szkoda. Przynajmniej będę mógł z czystym sumieniem powiedzieć Daisy, że próbowałem cię przekonać.- odparł z łobuzerskim uśmiechem mężczyzna, po czym… zamilkł na moment wyraźnie próbując… cóż… powiedzieć coś czego się wstydził. -A Aida robi jeszcze jakieś amulety na szczęście, lub chroniące przed urokami?
- Oho, widzę, że na ciche, niepozorne Wiscasset spadła plaga złych uroków. - rzuciła April uśmiechając się promiennie.
-Wychodzę z założenia że…- nagle coś go tknęło.- Jak to… plaga?
- Powiedzmy, że… nie jesteś pierwszą osobą, która w ostaniach dniach zadała mi to pytanie. - odparła. - Reszta to tajemnica handlowa - dodała, by nie musieć wchodzić w szczegóły. Wiadomo wszak, tajemnica handlowa/dziennikarska/spowiedzi/lekarska (niepotrzebne skreślić) - rzecz święta.
-To mnie nie dziwi. Takie czasy… powrót do natury i te sprawy.- nie brzmiało to szczerze w jego ustach. Za to następne słowa jak najbardziej.- Chciałbym zdobyć… amulet dla Daisy. Taki chroniący przed urokami i przynoszący szczęście. Wiesz… żeby dodać jej pewności siebie.
Nie mówił całej prawdy, była tego pewna.
- Cóż za troska - w jej głosie słychać było zdziwienie mieszające się z ciekawością. - Jesteście blisko?
- Poniekąd… ale nie aż tak.- ujął jej dłoń między swoje i spojrzał wprost w jej oczy mówiąc natchnionym głosem.- Czekam na tą właściwą, April

Zaraz jednak wybuchnął śmiechem.-Może nadjedzie następnym autobusem.
- Tak, ale zamiast cię podwieźć, pewnie cię rozjedzie - powiedziała kobieta uśmiechając się łobuzersko.
- Cóż… kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa.- stwierdził z uśmiechem Matt. A kelnerka przyniosła zamówione przez nich dania. Gdy odeszła, Constantine zabrał się za jedzenie pytając.-Planujesz zostać na stałe w Wiscasset, czy też to tylko czasowy pobyt, aż zew wielkiego świata znów obudzi tęsknotę w sercu?
- Na pewno na jakiś czas - odparła enigmatycznie April. - A ty, nigdy nie chciałeś stąd uciec?
- Raz uciekłem, ale…- spochmurniał wyraźnie i zajął się jedzeniem.-Rodzinne sprawy i rodzinny spadek ściągnęły mnie z powrotem. I póki co… nie mogę stąd uciec.
Uśmiechnął się promiennie.-Zresztą, polubiłem pracę w muzeum. Ale wiesz… gdybym utknął w sklepie, to co innego.

Nachylił się ku April i szepnął.-Zdradzę ci sekret. Nie nadaję się na sprzedawcę.
- Pewnie dlatego to nie ty nim jesteś - odparła kobieta kpiąco.
- Prawdopodobnie…- zgodził się z nią Matt i przyjrzał badawczo April.- Ale ciebie też jakoś nie widzę za ladą. Jakoś mi też do tego miejsca nie pasujesz.
- Mam wrażenie, że się powtarzasz
- Bo się po prostu nadziwić nie mogę. Pamiętam przebojową April ze szkoły. Chłopczycę gotową podbić świat i… jak tu rozmawiamy, nadal ją widzę.- zaśmiał się Matt.-Więc ten kontrast mnie po prostu zadziwia. Ale z drugiej strony… nie mam dzieci, więc co ja tam wiem. Mówią że rodzicielstwo miesza strasznie w priorytetach.
- To prawda. - zgodziła się Blackburn dzióbiąc widelcem lasagne na swoim talerzu - Nie jestem już tą sama osobą, którą byłam w szkole. Ale i ty nie jesteś tym samym człowiekiem, czyż nie?
- Trochę tak… Można powiedzieć, że odkryłem iż… nie wszystko jest tym…- zamyślił się i wyglądał jakby chciał coś powiedzieć, ale się wstydzi lub krępuje.-Słyszałaś o mojej matce, prawda?

Nie… Nie słyszała. Gdy wyjeżdżała, państwo Constantine jeszcze żyli. Gdy powróciła, był już w Wiscasset tylko sam Matt. Ale czy to mogło być dziwne? Starzy ludzie umierają, taki jest porządek świata.

- Prawdę powiedziawszy, nie - wyznała szczerze. Nie było sensu kłamać.
- Mama miała załamanie nerwowe, delikatnie rzecz ujmując i… przy tej okazji wyszło parę rodzinnych tajemnic. Długów do spłacenia.- uśmiechnął się kwaśno i sięgnął odruchowo po paczkę papierosów w kieszeni, tylko po to, by otrzymać surowe spojrzenie od przechodzącej kelnerki. W tej sali nie wolno było palić. Matt westchnął cicho i uśmiechnął się dodając.- Sorry, chyba zepsułem nastrój… jeszcze zaczniesz mnie posądzać, że biorę cię na litość.
- A to by poważnie nadszarpnęło twoją pozycję guru w oczach młodych wyznawczyń - rzuciła chcąc obrócić to wszystko w żart.
- Oj tak… reputacja, ważna rzecz.- uśmiechnął się Matt potwierdzając jej słowa. Po czym zmienił temat.- A co sądzisz o tej całej hecy z niedźwiedziem? Chyba ostatnio szukali go w twojej okolicy, prawda?

Dla Matta być może było to niewinne pytanie, dla April jednak zaczęło się stąpanie po kruchym lodzie. Nie mogła mu powiedzieć, co widział i wiedziała. A skoro nie mogła mówić prawdy, musiała ją przemilczeć.

- Maine zawsze było ostoją dzikiej przyrody. Nic dziwnego, że natura czasem wchodzi w konflikt z cywilizacją. - zaczęła ostrożnie.
- Mogłabyś robić za rzecznika tutejszej straży leśnej. Ich wyjaśnienia to… niedźwiedzie czasem zabijają turystów, którzy wkroczą na ich teren. Dziwne to jednak niedźwiedzie rozwlekające zwłoki po całym terenie… zamiast skonsumować swą zdobycz. Zabijające według dziwnych reguł tych turystów. Ale dziwne morderstwa to domena Wiscasset.- rzekł z ironicznym uśmiechem Constantine.
- Och Matt - westchnęła kobieta. - Nie obraź się, ale na milę bije od ciebie dyletantem. Wiesz jaka jest piątka najgroźniejszych drapieżców na świecie? - zapytała, a widząc, że zaskoczony mężczyzna nie potrafi odpowiedzieć, kontynuowała - Tygrys, lampart, wilk, lew i niedźwiedź właśnie. I nie mówię tego, jako obrończyni straży leśnej, tylko jako dziecko człowieka, który całe życie spędził w szeregach tej formacji. - Na chwilę zamilkła, by zjeść kęs od dłuższego czasu nadziany na jej widelec. - Niedźwiedzie czasem atakują ludzi, to fakt. Faktem też jest, że zwykle nie robią tego, by ich zjeść, tylko w obronie własnej. Bo człowiek zbyt blisko podszedł i zaskoczone zwierzę poczuło się zagrożone, bo gdzieś w okolicy niedźwiedź ma ukrytą padlinę, bo gdzieś jest schowane młode, bo niedźwiedź jest ranny i agresywny, bo jest okres rui i samcom wtedy odbija. Nie tylko turyści są ofiarami, miejscowy też. Ale miejscowi zwykle wiedzą, jak należy się zachowywać. - westchnęła. - Wiedziałbyś to wszystko, gdybyś z równą zawziętością, co demony i czarownice, tropił rzetelną informację.
- Możliwe że masz rację.- stwierdził z łobuzerskim uśmiechem Constantine, jakby wiedział coś czego ona nie wiedziała. Zamyślił się wpatrując w oczy April dodając.-Wolę jednak grzebać w czarownicach i demonach, to ciekawsze podejście niż proste zrzucanie wszystkiego na niedźwiedzie.I zabawniejsze zarazem.
- Może i zabawniejsze, ale trąci ignorancją. - fuknęła, może trochę zbyt ostro.

Właściwie dlaczego tak ją denerwowała postawa Constantine’a? Przez chwilę myślała… miała nadzieję… na co właściwie? Matt był tylko dużym chłopcem i najwyraźniej jeszcze długo zamierzał nim pozostać. Może reagowała tak dlatego, że było w nim coś co kojarzyło się jej z Aidą? Czasami miała wrażenie, że ten duży chłopiec nie jest z nią szczery do końca, że coś ukrywa. Tak jak matka. Tylko używał innego rodzaju zasłony, infantylności.

Resztę wieczoru poświęcili na bardziej neutralne tematy. Mówili o zbliżających się wyborach i szansach na wygraną Daisy Ling, o zbliżającym się Festynie i pokazie, jaki szykowały dzieciaki ze szkoły.

***

Jak przystało na prawdziwego gentlemana, Matt Constantine odstawił April grzecznie do domu. Chociaż pewnie gentlemani starej daty mogliby mieć zastrzeżenia co do pory, o której to zrobił. Było już bowiem koło pierwszej. Widać całkiem nieźle im się rozmawiało. Na szczęście Ava i Aida już spały, więc obyło się bez pytań, przynajmniej na teraz.

Kładąc się do łóżka April myślała o sprawach, które czekały ją następnego dnia. O porannym spacerze z psem, żeby ten się wybiegał. Co prawda Rita była podopieczną Avy, ale nastolatkę raczej trudno o poranku ściągnąć z łóżka, a przecież biedne zwierzę nie może za to cierpieć. O telefonie do Sean’a Seniora z potwierdzeniem weekendowego pikniku. O zakupach na rzeczony piknik. W końcu nie samym powietrzem żyje człowiek. Wreszcie o pracach w ogrodzie, jakie ją czekały. Edward parę dni wcześniej wykarczował co większe konary, ale to jeszcze nie oznaczało końca prac. Tak więc czekał ją długi i pełen wyzwań dzień. Nie pierwszy i nie ostatni.
 
__________________
W każdej kobiecie drzemie wiedźma, trzeba ją tylko w sobie odkryć.

Ostatnio edytowane przez echidna : 04-11-2016 o 22:06.
echidna jest offline  
Stary 22-02-2016, 19:46   #22
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 35337 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Gdy zasypiała, miała o czym myśleć. O Wiscasset - mieście które, jak Aida, miało swe sekrety.
I jak jej matka, niechętnie je ujawniało. Czy tak samo postępował sam Matt Constantine?
Może tak, może nie. Nie miała konkretnych planów co do niego, jak i całego spotkania. Więc dziwne było to uczucie rozczarowania. Czy ugrała na tym spotkaniu wszystko co chciała, czy mogła ugrać więcej?
Trudno powiedzieć… Spotkanie przebiegło jak przebiegło.
Zasypiając więc April skupiła się na przyszłości i tym co było przed nią.

...Mglista droga


Zimno… wilgoć. Zimno przenika do kości. Ale ona idzie. Powoli. Do przodu… krok za krokiem.
Mgła otula wszystko. Zimna i stanowcza, ale i opiekuńcza. Ochronny kokon.
Nie pozwala zobaczyć co jest dookoła niej. Osłania przed złem kryjącym się wśród jej oparów.
Droga wydaje się prosta, szeroka, łatwa do przejścia. Bez zakrętów, bez możliwości zejścia z niej. Bez bocznych odnóg.
Ale czy taka jest naprawdę? Mgła nie pozwala dostrzec szczegółów. Mgła… a w niej czaiło się coś.
Coś co ta mgła nie dopuszczała do niej. Coś śmiejącego się szyderczo. Coś… co ona znała.


Coś co swym istnieniem budziło i ból w sercu i nienawiść i żądzę odwetu. Coś co przez mgłę rzucało jej nieme wyzwanie.
Alarm wyrwał April ze snu. Zauważyła nowe zioła w bukietach ustawionych na oknach swego pokoju.
Nowe zioła które Aida użyła do wzmocnienia bariery wokół swej córki. Nowe zioła, które przyniosły jej spokojny sen. Bo przecież to chciała, prawda? Prawda?


Oczywiście rano były pytania, zarówno ze strony matki jak i córki. Standardowe pytania w składające się w jedno słowo.
DLACZEGO.
Dlaczego się spotkała z Mattem. Dlaczego nic im nie powiedziała o randce. Dlaczego to ukrywała aż do końca. Nie były nachalne… ani matka ani córka. Aida tylko nieco sarkastyczna, a Ava nadmiernie ciekawska. No i kolejne pytanie narzucało się samo. Czy będą kolejne randki.
To pytanie jeszcze nie zostało zadanie, ale wisiało jak miecz Damoklesa. Czy będą kolejne randki?
Niby odpowiedź nasuwała się sama. Nie powinno być. Przecież nie zaiskrzyło między nimi. Ba, nie poszła na tą randkę w romantycznym celu i… tu zaczynał się problem. Matt Constantine coś wiedział. Może i nie miał wszystkich potrzebnych April informacji. Może też i April nie mogła jeszcze zadać właściwych pytań, bo ich nie znała.
Spacer z psem był dobrą wymówką. Długi spacer pozwalał poukładać myśli. Przynajmniej dopóki Rita nie zaczęła głośno szczekać w kierunku pobliskich krzaków. I choć z początku April sądziła, że jej pupilka wywęszyła jakiegoś oposa, to jednak szybko doszła do wniosku, że to nie było to… Rita się bała.
A April dostrzegła je.

[MEDIA]https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/736x/fc/2d/07/fc2d0720d27870df51d801dff9b2c803.jpg[/MEDIA]

Wróżki, drobniutkie filigranowe elfki ze skrzydełkami wyrastającymi z pleców. Dość kłopotliwy ludek… Wróżki nie były ze swej natury złe czy dobre. Były jednak podstępne, samolubne i lubiły złośliwe żarty. Czasami zwodziły ludzi na manowce udając błędne ogniki, czasem kradły różne drobne przedmioty by z ich pomocą rzucać , zabawne ich zdaniem, uroki na właścicieli. Czasem potrafiły być pomocne i życzliwe. Czasem potrafiły uleczyć rany zadane przez dzikie zwierzęta, doprowadzić zagubionych do leśnego runa. Dość często objawiały się młodym dziewczętom tuż przed i w czasie dojrzewania stając się ich powierniczkami i przyjaciółkami. Jakoś… bardzo lubiły dziewczęta w tym właśnie w wieku. Wróżki same w sobie nie były złe i potrafiły też być pomocne. Ale przede wszystkim były kłopotliwe.
Jak większość duszków były równie mocno przywiązane do rodzinnej ziemi jak i do ludu z którym się zżyły. I wraz z emigrantami przybyły do Nowego Świata dołączając do lokalnych istot.
Te tutaj, kryjące się w krzewie… wydawały się raczej przerażone i zagubione. Te tutaj… wyglądały jak uciekinierki.


Zakupy w mieście były okazją do zauważenia pewnych detali. Niewielkich i niby nie znaczących. Przynajmniej w tej chwili. Ale zapowiadających zmiany… zwiastuny tego co się stanie.
Ot… dwójka mężczyzn, która robił zakupy w sklepie.


Niby nic niezwykłego. Ot, dwójka rednecków robiących zakupy w Wiscasset. Tyle że w sezonie wakacyjnym ich obecność w mieście była nietypowa. Ta dwójka nie przyjechała tutaj przypadkiem, robili duże zakupy w miejscowym sklepie. Jakby to zaplanowali. Także ich ruchy, były stanowcze i pewne siebie. Jakby przyjechali tu w konkretnym biznesowym celu. Jakby mieli jakąś robotę w Wisca… Polowanie!
Pewnie doszły ich plotki o niedźwiedziu mordercy. Co prawda jeszcze nie wydano oficjalnego komunikatu w tej sprawie, ale pierwsze sępy już zwietrzyły padlinę.
Ci byli pierwszymi, a za nimi pojawią się następni żądni sławy i nagrody za upolowanie morderczego niedźwiedzia z Wiscasset.
Gdy April rozmyślała tak wpatrując się w nich, dostrzegła ją Hannah Richmonde i ze śmiechem zagadnęła.- Chyba nie wpadli ci w oko, co? -
Po tym krótkim żarcie zaczęła plotkowanie od słów.- Zresztą jeśli się gapić na facetów to nie tu, a w ratuszu. Dzisiaj wieczorem odbędzie się otwarte posiedzenie rady miasta, na którym Watson Junior będzie reprezentował straż leśną. Ciekawe jak sobie radzi z publicznymi wystąpieniami.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 23-02-2016 o 10:38. Powód: poprawki
abishai jest offline  
Stary 24-06-2016, 12:34   #23
 
echidna's Avatar
 
Reputacja: 563 echidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemu
”Consuetudo altera natura est”

Jak to powiedział klasyk, najlepsza definicja człowieka to “istota, która do wszystkiego się przyzwyczaja.” Jedni przyzwyczajają się do nudnej pracy i kiepskiej płacy, inni do samotności i pustki w domu, jeszcze inni do wygodnego życia w imię “dobra rodziny”, nawet kosztem osobistego szczęścia.

April również się przyzwyczajała. Przyzwyczaiła się do chłodu poduszki po drugiej stronie łóżka, do samotnego kubka porannej kawy, do porozstawianych w całym domu popielniczek i narzędzi leżących w garażu odłogiem.

Przyzwyczaiła się również do koszmarów. Od dłuższego czasu były nieodłącznym elementem jej życia, trudno się było nie przyzwyczaić. Nie mniej jednak nie protestowała, gdy Aida co jakiś czas rozstawiała w jej sypialni świeżą porcję ziół. Czy pomagały, to było kwestią sporną. Koszmary dalej czasem ją nawiedzały, choć może nie tak często jak kiedyś, nie tak często jak w Waszyngtonie. Może była to zasługa ziół, może mniej stresującego trybu życia, a może zwyczajnie kwestia czasu. Fakt pozostawał faktem, zioła nie szkodziły na pewno, a bez wątpienia były wyrazem matczynej troski, jednym z nielicznych jej przejawów nie doprowadzających pani Blackburn do szewskiej pasji.

Sielski rodzinny poranek mógłby być spokojny. Mógłby, gdyby nie wydarzenia poprzedniego wieczoru. A przecież nic się właściwie nie stało. Ot, kolacja na mieście. Wielkie mi halo! Nim pytania stały się zbyt natarczywe, April wykonała taktyczny odwrót i czmychnęła na spacer z psem.


Rita nie była już podlotkiem, a jednak dalej potrafiła z zapamiętałością szaleńca gonić własny ogon, atakować łapę albo, jak to zwykle na spacerze na łonie natury, rozkopywać wszystkie napotkane dziury niepokojąc mieszkające tam żyjątka. Trudno jej się zresztą było dziwić. Kopanie od zawsze było jej prawdziwą namiętnością, a w ogródku Aidy, chociaż aż się o to prosił, ryć jej nie było wolno. Jedyną ku temu okazję miała na spacerach i okazji tej nie przepuszczała nigdy.


Podobnie też nigdy nie przepuszczała okazji, by buszować po zaroślach, płoszyć dzikie zwierzęta, a potem obszczekiwać je, lub godzić. Dlatego też, gdy rozległo się psie ujadanie, z początku nie zaniepokoiło to April. Taka już była Rity uroda, że żadnej lasówce ani kunie nie odpuściła.

Wszystkiego się April mogła spodziewać po tym spacerze, bliskiego spotkania z jelenieniem, czy lisem, psiej pogoni za wiewiórką, rozkopywania kretowisk, nawet spotkania z niedźwiedziem, bo przecież i to jej się ostatnio zdarzało. Wszystkiego, ale nie grupki wróżek przyczajonych pod krzakiem dzikiej borówki.

- A wy co tu robicie, moje małe? Zgubiłyście się? - zagadnęła chwytając psa na smycz, by ze strachu ani sobie, ani małym stworkom niczego nie zrobił.
- Ciiii! Chowamy się - szepnęły wróżki wyraźnie zaskoczone tym, że April je widziała. Zatrzepotały skrzydełkami chowając się głębiej w gęstwinie. - Przed tym, co nadchodzi i przed tym, co już nadeszło, on się czai. On zebrał już dość mocy, by zagarnąć nas wszystkich.
- Ale kto właściwie? - zapytała przeklinając się w duchu za to, jak mało inteligentnie musiało to zabrzmieć.
- Rogata ciemność… bez twarzy bez formy, przyzywana, spraszana, obłaskawiana, przychodzi w końcu po swą zapłatę… a ty.. czemu nas widzisz. Za duża jesteś, za stara.- zaciekawiły się wróżki, bo i miały rację. April nie była już nastolatką w wieku dojrzewania. Nie powinna ich widzieć.
- O wypraszam sobie - obruszyła się na niby kobieta. - Każda z was jest pewnie grubo ode mnie starsza. A że widzę was… no cóż, tak już mam, że widzę różne rzeczy, których większość ludzi nie dostrzega. Rogatej ciemności jednak nie widzę. Ani tych, którzy ją przyzywają.

Perlisty śmiech skrzydlatych istotek rozbrzmiał niczym dźwięk dzwoneczków.- Jesteś pewna, że nie widziałaś? A może tylko ci się tak zdawało? Rogata ciemność nie ma jednej postaci. To lęki, nadzieje i pragnienia śmiertelnych nadają jej kształt, w którym się zjawia. Ona zawsze się kryje, zawsze jest… inna. I zawsze przynosi mrok. Rogata ciemność budzi zło w sercach.

Rozmowa z wróżkami okazała się kolejnym z tych momentów, kiedy April przeklinała swój dar widzenia “drugiej strony lustra”. Bo na cóż komu dar, z którego nie może w pełni korzystać? Po co jej była zdolność rozmowy z magicznymi stworzeniami, skoro z tych rozmów nigdy nic nie wynikało? Albo April była za głupia, by zrozumieć swych rozmówców, albo te tajemnicze istoty były zbyt tajemnicze, by normalny człowiek był w stanie się z nimi dogadać. Tak czy siak, kobieta po raz kolejny utyskiwała w duchu na enigmatyczną mowę magicznych żyjątek.

- Myślicie, że pod tym krzakiem rogata ciemność was nie znajdzie? - zainteresowała się kobieta. Miała nadzieję, że ironia w tym pytaniu jest słabo dostrzegalna, albo chociaż że wróżki nie potrafią jej odczytać. Denerwowanie takich stworzeń mogło się mało przyjemnie skończyć.
- Otóż…- odparła jedna z wróżek, najwyraźniej ich przywódczyni. Tak samo skonfundowana jak pozostałe. - Liczyłyśmy że jak ukryjemy się bliżej ludzi, to rogata ciemność uderzy wpierw w nich właśnie.
- W końcu nigdy nie przychodzi nie zapraszana. Ludzie ją zaprosili - wtrąciła inna z wyrzutem.
- Chyba jednak nie wszyscy. Ale mam wrażenie, że nie będzie to dla niej mieć znaczenia - mruknęła April, w sumie bardziej do siebie niż do nich.
- Ktoś zaprosił, ktoś musiał zaprosić… ktoś otworzył przejście - stwierdziły chórkiem wróżki, a ich przywódczyni dodała.- A nawet jeśli tylko na chwilę i na moment, to i tak to wystarcza. Raz otwarte drzwi nigdy nie domykają się do końca.
- A gdzie jest to przejście? Wiecie? Możecie mi pokazać? - zapytała z nadzieją. Liczyła na to, że tym razem spotkanie z magicznymi istotami zakończy się czymś więcej niż kolejną serią pytań bez odpowiedzi.

Wróżki zaskoczone tym pytaniem zbiły się w skrzydlatą kupkę i zaczęły się naradzać między sobą.
- Mogłybyśmy wskazać jedno z nich… ale boimy się tam udać.- stwierdziła ich przywódczyni, gdy już się naradziły. - Przecież uciekamy od takich miejsc.
- Wystarczy, że jedna z was mi pokaże to miejsce. Reszta może tu zaczekać. W zamian jestem gotowa zaoferować gościnę w przytulnym ogrodzie. Wokół tylko cisza, spokój i zioła. Żadnych mrocznych bestii, najlepsza wiedźma w okolicy o to dba. Nikt was tam nie będzie niepokoił. Co najwyżej ja, z jakąś drobną prośbą. Co wy na to?

Gdyby tylko była tam Aida, pewnie dla zasady zbeształaby April za podobne pomysły. A gdyby tylko dała radę, przełożyłaby ją przez kolano i sprała tyłek na kwaśne jabłko. Szkopuł w tym, że matki nie było na miejscu. Nie mogła odwieść córki od “szalonego” pomysłu. A w oczach pani Blackburn wcale nie był aż tak bardzo szalony. Mieć wróżkę, a nie mieć wróżki, to dwie wróżki różnicy. A ona mogła mieć nie jedną, a kilka, wdzięcznych i gotowych do pomocy.

Wróżki zamyśliły się… i znów zaczęły się naradzać. Wreszcie spojrzały w niebo i zawirowały wokół kobiety trajkocząc wesoło. W końcu jedna stwierdziła:

- Nie dziś. Nie teraz. Zła noc. Gdy Księżyc będzie patrzył całym swym obliczem na Ziemię. Wtedy możemy się tam udać.

Pełnia, że też to zawsze musiała być pełnia! April nie przepadała za tą fazą Księżyca. Wtedy najczęściej niepokoiły ją złe sny i tajemnicze istoty. Matka tłumaczyła jej kiedyś, że podczas pełni granica między tym i tamtym światem była najcieńsza i najłatwiej było ją przebić. Korzystały z tego wiedźmy chcące przejść na drugą stronę, korzystały też stwory zakradając się do ludzkiego świata.

Nie bez powodu w ludowych wierzeniach pełnia zawsze cieszyła się mianem okresu magicznego, w swej nadnaturalnej aurze ustępując tylko Krwawemu Księżycowi. Czary odprawiane przy blasku pełnego Księżyca były najskuteczniejsza, a zioła zbierane w tym okresie miały szczególną moc.

Wróżki jak widać nie obawiały się, że podczas pełni przez niedomknięte drzwi coś przelezie na ich stronę i że to coś może nie mieć pokojowych zamiarów. Może liczyły na to, że w razie czego owo coś obierze za cel największą z potencjalnych ofiar, czyli April właśnie, a one zdążą w tym czasie czmychnąć. A może po prostu wiedziały, że również ich magia podczas pełni się spotęguje i będzie to wystarczającą ochroną. Pani Blackburn nie podzielała ich beztroski. Mimo to data wyprawy nie podlegała negocjacji.


Spacer z psem był dobrą wymówką. Na tyle dobrą, że gdy April i Rita wróciły z porannych wojaży, dom świecił pustką. Aida poszła otworzyć sklep, to był w końcu jej dzień stania za ladą, Ava z kolei wybyła z Emily załatwić swoje ważne nastoletnie sprawy. Pani Blackburn miała dzień dla siebie. Oczywiście nie zupełnie bezproduktywny, potwierdziła bowiem telefonicznie piknik u Watsonów, musiała też zrobić zakupy i ugotować obiad. Pomijając jednak to, mogła się oddać słodkiemu lenistwu, a właściwie odnawianiu dawnych kontaktów.

Tak jak Agenci K i J z MIB mieli swojego Jacka Jeebsa, czy mopsa Franka, tak i oficer Blackburn miała swoich informatorów, którzy w zamian za przymykanie oczu na drobnego kalibru przekręty, potrafili dostarczać bardzo ciekawych informacji. To dzięki nim i im podobnym waszyngtońska policja wiedział, co się dzieje w półświatku stolicy.

Te znajomości przydały się April, gdy już odeszła ze służby i zaczęła działalność na własną rękę. Wiedziała do kogo się udać, gdy potrzebowała informacji, sprzętu szpiegowskiego, dostępu do niekoniecznie jawnych danych, czy zwyczajnie broni.

To, czego pani Blackburn potrzebowała, było zamówieniem na tyle niecodziennym, że musiała ona wykonać kilkanaście telefonów do znajomych z dawnych lat, nim natknęła się na właściwy trop. Wreszcie jednak znalazła, wystarczyło odezwać się do Mathew O’Donella i Williama Lawsona.

O’Donell miał sklep z bronią niedaleko Chinatown i kilka mniejszych i większych przekrętów na koncie. Lawson był rusznikarzem samoukiem. Miał zostać kowalem, ale po drodze coś poszło nie tak i wywalili go ze zorganizowanej przy cechu rzemieślników szkoły zawodowej. Nie przeszkodziło mu to jednak rozwijać swojej pasji i nauczyć się fachu.

Współpraca obu mężczyzn owocowała wykonywaniem od podstaw broni wg własnego projektu, często na specjalne zamówienie. Oprócz spełniania typowych zachcianek amatorów łowiectwa, strzelców, pasjonatów i kolekcjonerów broni, panowie realizowali również niecodzienne zlecenia.

Broni w sumie April nie potrzebowała. Miała swojego Colta Pythona kaliber 9mm zamkniętego na klucz w kuferku pod łóżkiem, od biedy miała też dziadkową Berettę schowaną gdzieś w odmętach matczynego pokoju. Jedyne, czego jej było trzeba, to amunicja. Ale nie byle jaka, wykonana ze srebra, zaklęta i pokryta runami. W sam raz na zombie-niedźwiedzie i rogate ciemności czające się nieopodal. Nie było to tania zabawa, bowiem jeden specjalny nabój kosztował tyle, co paczka 50 zwykłych, ale też tych niezwykłych używało się tylko w ostateczności. Jak przy tej dziewczynce, przez której śmierć musiała opuścić stolicę.


April miała szczęście. Gdy zadzwoniła, O’Donell miał na stanie dwa ostatnie magazynki. Dzięki temu nie musiała długo czekać na realizację zamówienia. Z odbiorem był tylko jeden, tyci, tycieńki problem. Ona była w Wiscasset, a magazynki w Waszyngtonie. Rozwiązania tej sytuacji były dwa. Mogła poprosić o wysyłkę kurierską, albo zapakować tyłek w samolot i odebrać swój zakup osobiście. Paczka szłaby prawdopodobnie 2 do 4 dni roboczych. I w sumie byłaby to nawet opcja do zaakceptowania. Byłaby, gdyby nie groziła odebraniem paczki przez nieodpowiednią osobę, Aidę lub Avę. Zarówno jedna jak i druga - widząc waszyngtoński adres nadawcy - zaczęłaby zadawać niewygodne pytania. A April nie lubiła odpowiadać na niewygodne pytania. Właśnie dlatego nie zamierzała nikogo informować o swoich zakupowych planach. Właśnie dlatego całe przedsięwzięcie zamierzała sfinansować z prywatnego konta, ze swoich zaskórniaków. Tak aby w historii wspólnej karty kredytowej nie został nawet ślad. Wybór zatem okazał się prosty i oczywisty, wycieczka do Waszyngtonu.


Zakupy w mieście były dobrą okazją do wielu rzeczy: do zaobserwowania rednecków szykujących się na łowy, do podpatrzenia Maggie Carlston i Sary Fallbridgen wśród sklepowych półek, do posłuchania najświeższych plotek, którymi Hannah sypała jak z rękawa.


Wiscasset żyło wydarzeniami ostatnich dni, atakiem niedźwiedzia, bezradnością służb leśnych, bezczynnością władz miasta. Widać to było w nerwowych spojrzeniach, jakie klienci marketu rzucali łowcom nagród, w nerwowych szeptach w kolejce do kas, w dyskusjach na parkingu.

Całe miasteczko żyło polowaniem i wieczornym nadzwyczajnym posiedzeniem rady miasta. Całe miasteczko, ale nie April. Jako chyba jedna z nielicznych nie odczuła ulgi słysząc, że do miasta zjechali łowcy głów. Tylko, że ona wiedziała, że to wcale nie jest taki zwykły niedźwiedź i, że to wcale nie będzie takie zwykłe polowanie. Istniało nawet całkiem duże niebezpieczeństwo, że dość szybko łowcy zamienią się na role z ofiarą. Bogowie raczyli wiedzieć, do czego jeszcze Scarecrow zmusi Lalkarza i jemu podobnych. Tym bardziej należało bezzwłocznie załatwić sprawę srebrnych naboi. Nie mniej jednak wybierała się na wieczorne spotkanie, bardziej z ciekawości i chęci spotkania Seana Juniora, aniżeli z poczucia obywatelskiego obowiązku.


Pielenie ogródka musiało odejść na dalszy plan. Nim się April uporała z zakupami i obiadem, było już dobrze po szóstej. Po posiłku zdążyła jeszcze tylko wziąć szybki prysznic i już musiała lecieć. Cóż, pracowity dzień, nie pierwszy i nie ostatni.

***


Spotkanie rady miasta zgromadziło większy tłum, niż się April spodziewała. Większy, niż burmistrz Spencer mogła sobie wymarzyć na swoim wiecu wyborczym. Przewidziana na ten cel salka konferencyjna zapełniła się bardzo szybko. Gdy Hannah i April się zjawiły, po miejscach siedzących nie było już śladu, a i te stojące rozchodziły się jak świeże bułeczki.


Posiedzenie miało się lada moment zacząć, sala pękała w szwach. Pracownicy administracji po raz kolejny sprawdzali, czy nagłośnienie działa, przewodniczący rady miasta nerwowo ocierał pot z czoła, w sali obok mignęły mundury straży leśnej, a zgromadzony tłumek szeptał z przejęciem. Ostatnie minuty dzieliły ich od uroczystego otwarcia.

April zerknęła na zegarek. Za niespełna dziesiąć godzin musiała być z powrotem na nogach. Jeśli dyskusja się rozkręci, mogli tak siedzieć i do północy. Potem tylko sześć godzin snu, szybka poranna toaleta i godzina jazdy do Portland. Bilet miała już kupiony i wydrukowany, schowany w torebce. Na szczęście nie zabierała ze sobą bagażu i odprawy mogła dokonać on-line. To jej dawało 30 min więcej cennego snu. Potem tylko 1,5 godziny lotu, szybkie załatwianie sprawunków i dawaj w drogę powrotną, żeby zdążyć do domu przed kolacją.
 
__________________
W każdej kobiecie drzemie wiedźma, trzeba ją tylko w sobie odkryć.

Ostatnio edytowane przez echidna : 04-11-2016 o 22:06.
echidna jest offline  
Stary 13-07-2016, 22:39   #24
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 35337 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Wróżki…
Cytat:
Gdyby tylko była tam Aida, pewnie dla zasady zbeształaby April za podobne pomysły. A gdyby tylko dała radę, przełożyłaby ją przez kolano i sprała tyłek na kwaśne jabłko.
To była prawda. Aida z pewnością nie układała by się z wróżkami, tylko przepędziła małe psotnice gdzie pieprz rośnie.
Należało więc znaleźć kącik w którym wróżki nie natkną się na Aidę, bo ta mogłaby zareagować gniewnie na pomysły swej córki. Należało znaleźć takie miejsce do którego ,ni Aida ni Ava, nie zaglądały. Nie potrzeba było być detektywem zajmującym się sprawami nadnaturalnymi by wiedzieć, że wróżki w połączeniu z dorastającą nastolatką to mieszanka wybuchowa.
Należało więc znaleźć dla nich dobrą kryjówkę. I taką April miała w swym ogródku.


Stare urocze drzewo, uschnięte co prawda, ale nadal trwające na posterunku. Aida tam nie zaglądała, a Ava wyrosła już z chodzenia po drzewach. Tam April mogła ukryć wróżki i modlić się, by te skrzydlate stworki nie narozrabiały przypadkiem, gdy jej nie będzie.


Ratusz miasta Wiscasset, był dość mały jak na tak duże miasto. Nie było w tym nic dziwnego. Powstał gdy miasto nie było jeszcze tak rozległe.


Zwarta sylwetka zbudowana w kolonialnym stylu mogła zachwycać studentów architektury, ale robiła się kłopotliwa, gdy trzeba było upchnąć tylu mieszkańców w ciasnej głównej sali. April przybyła na zebranie sama. Aida została z Avą i dziećmi Richmonde,ów. Bowiem oboje przybyli na to spotkanie i zanim w ogóle się zebrało podeszli do April się przywitać.
Podekscytowana Hannah strzelała oczami na prawo i lewo komentując stroje i wygląd ich wspólnych znajomych, a także opowiadając najnowsze ploteczki. Tyle że April nie miała obecnie głowy do plotkowania i te informacja jakoś nie chciały się zakorzenić w jej pamięci nie wspominając już wzbudzeniu zainteresowania. Co innego Patrick Richmonde.


On był kotwicą w ich związku. Poważny, stateczny, opiekuńczy i wyrozumiały. Hannach miała wiele szczęścia że na niego trafiła. Choć nie potrafiła tego do końca docenić.
Patrick milczał, gdy Hannah z April rozmawiały wtrącając jedynie podziękowanie za zajęcie się dziećmi i uprzejme pytanie o sklepik. Przystopował też żonę, gdy do sali wszedł Matt, a Hannah zapytała o randkę April z nim.
- Hannah… April pewnie nie chce opowiadać o tym, w takim miejscu.- szepnął jej do ucha Patrick.- Z dużo ludzi w około, później z pewnością trafi się okazja na takie rozmowy.-
Po czym próbuwał zmienić temat.- To co sądzisz o tym wszystkim? Ja uważam, że straż leśna powinna się tym zająć, ale… naprawdę zająć, bo teraz to co teraz robią to jakieś pozoranctwo.-
- Jak zarządzą polowanie na terenach leśnych to ściągną więcej ludzi i ci wydadzą więcej pieniędzy, już teraz jest większy ruch w interesie.-
stwierdziła Hannah.
- Jak tym w filmie… "Szczęki".- uśmiechnął się ironicznie Patrick i pokiwał dłonią.- Niemniej mnie jakoś nie podoba mi się taka wizja: kilkudziesięciu facetów ganiających ze strzelbami po lesie w okolicy naszych domów.-
- Ale z ciebie szowinista. Kobiety też polują.-
zażartowała Hannah i dodała.- Niepokoją cię kochaniuki faceci z bronią łażący po lesie, ale już niedźwiedź ludojad to nie ?-
Po czym zauważywszy kogoś w tłumie wskazała kogoś.- A propo myśliwych. Jest jeden już na sali.
I wskazała na tajniaka, którego wypatrzyły ostatnio.


Mężczyzna wyraźnie starał się trzymać z boku i nie rzucać w oczy, od czasu do czasu zapisując coś w swoim małym notatniku.
- Kawaler, wynajął pokój tylko dla jednej osoby, zdeponował kilka futerałów z bronią myśliwską w sejfie u Giottów.- powiedziała i zaczęła streszczać to co się dowiedziała o fałszywym życiorysie pana Gabriela Sandersa z COMLINK Limited co. Ileż to można się dowiedzieć o człowieku z jego zameldowania w hotelu. Ile fałszywych informacji. Niemniej April nie mogła nie podziwiać zaradności Hannah. Tyle wydobyła od Gianny. Agent Sanders, o ile imię i nazwisko były prawdziwe, przybył tu więc incognito. Ciekawe czemu?
Robiło się coraz tłoczniej, pojawił się już Eddie i uśmiechając się do April ruszył w jej kierunku, choć to że Blackburn była w towarzystwie Richmonde’ów trochę go speszyła. Pojawili się też Watsonowie wraz z Andreą, jak zwykle uroczo uśmiechniętą i ubraną w modny żakiet.

Po chwili zresztą zaczęła zbierać się rada miasta i przybyła sama pani burmistrz z przedstawicielem straży leśnej Seanem Jr., na siłę wciśniętym w marynarkę przez kogoś. April poniekąd uważała, że lepiej by się prezentował w mundurze straży, ale i tak był diabelsko przystojny, choć… miało się wrażenie że jeszcze chwila a zerwie krępującą go marynarkę i koszulę. Wśród siedziała nemezis pani burmistrz i z pewnością rywalka w najbliższych wyborach Daisy Ling. Posiedzenie było otwarte dla publiczności i ta publiczność właśnie się tłoczyła w sali, wraz z gośćmi spoza miasta. Zaskakująco dużą ilością gości. Część z nich stanowili studenci odpoczywający na wakacjach. Pozostali to byli myśliwy… zarówno Rednecki jak i bardziej wysublimowani łowcy. Futro niedźwiedzia ludożercy przy kominku byłoby wszak idealnym tłem opowieści o dramatycznej walce z bestią.

Ta tutaj walka również była dramatyczna, bowiem cała ta publiczna narada była okazją do politycznych rozgrywek między zbuntowaną częścią rady miasta pod wodzą Ling, a burmistrz i jej frakcją. Głównymi ogarem buntowników nie była jednak Daisy, a wysoki mężczyzna o wyraźnych zakolach w kędzierzawych włosach imieniem Frank Walters- Matthews. April nie znała go, nawet z widzenia. Cóż...Wiscasset było duże,zbyt duże by April znała każdego. Przyglądając się jednak sporowi miało się wrażenie że młoda nauczycielka jest bardziej sztandarem niż liderką buntowników, co jednak nie wypadało źle PR-owo. Gdy Daisy się odzywała, brzmiała jak głos rozsądku.
Samo zebranie służyło bardziej widowni, niż ustalaniu czegoś konkretnego na miejscu. Wszystkie decyzje najwyraźniej zapadły już wcześniej i były tutaj ogłaszane. Przekaz był jasny… Siły porządkowe zwarte i gotowe, ratusz widzi kłopoty i ratusz reaguje .
Tak więc… straż leśna zwiększyła ilość patroli w lesie i odradza zapuszczanie się w głąb lasu turystom z uwagi na zagrożenie. Niemniej zezwala myśliwym na samodzielny odstrzał niedźwiedzi w okolicznych lasach, acz… wszyscy myśliwi chcący zapolować na niego winni wpierw się zarejestrować u szeryfa, oraz podać terytorium które zamierzają przeszukać i przedział czasowy w jakim chcą to uczynić. Względy bezpieczeństwa. W okolicznych lasach bowiem częste są zakłócenia elektromagnetyczne, komórki tracą zasięg, krótkofalówki wariują… Ponoć to była wina specyficznego układu ród żelaza pod lasem, lub… wpływ kamiennych kręgów. O innych podejrzanych wydarzeniach zostało poinformowane FBI i wysłało już swoich agentów, którzy dyskretnie sprawdzą czy nie kryje się za tym coś więcej.
Ogólnie… komunikat całego zebrania był prosty: wszystko jest pod kontrolą, obywatele powinni się czuć bezpieczni, a myśliwi zyskać okazję do ubicia prawdziwego potwora w niedźwiedziej skórze.


Podróżą zaatakowała znienacka. Podobnie jak uczyniła to z randką. Autobus do Portland, potem lot. Nawet miło się jej gadało z Gusem, nieco pulchnym kierowcą autobusu. Próbował ją poderwać ale w ten nieśmiały i nienarzucający się sposób, który nie zwykle irytował… ale też nie dawał nadziei na sukces. Ot miły sposób na zabicie nudy. Gus zresztą opowiedział jej przy okazji, o całej trasie… co na niej widział, jakie legendy są związane z rożnymi zakątkami drogi łączącej Wiscasset z Portland. A także gdzie wydarzyły się największe wypadki.

Lotnisko. Posiłek w miejscowej restauracji. Lot. I była w Waszyngtonie. Stąd miała już tylko przysłowiowy rzut beretem do sklepu O’Donella. Z pozoru zwykłego sklepiku z bonią robioną na zamówienie, dla kolekconorów i fanów militariów. Z pozoru… za tą bowiem fasadą kryło się coś więcej.
Niemniej gdy April przekroczyła progi sklepu… oniemiała.


O’Donellowi i Lawsonowi musiało się nieźle powodzić, bo ich sklepik najwyraźniej przeszedł remont generalny i przy okazji zwiększyli jego powierzchnię. Wyglądał naprawdę… wow.
Samego Matthew akurat nie było. Wyszedł w ważnej sprawie. Na szczęście, William Lawson był na posterunku i widząc wchodzącą April gestem zaprosił ją do lady.
- Jak się masz kwiatuszku? Jak emerytura? Jak wieś?- zasypał ją gradem życzliwych wyciągając nieduże pudełko z którego wysypały się srebrne kule.


- Końcówka ostatniej partii. Miałaś szczęście kwiatuszku, następne będą za miesiąc.- rzekł z uśmiechem William, który traktował April jak przyszywaną bratanicę. W miejsce tej, która mieszkała w Kalifornii i wpadała do niego dwa razy na rok. Sam Lawson natomiast nie miał własnych dzieci. Praca pochłaniała większość jego czasu. Praca i eksperymenty związane z odtwarzaniem działania dawnych artefaktów i “technologii” związanej z magią. Co było niewątpliwie trudne z uwagi na nieliczne zapiski dodatkowo szyfrowane. Ale to Wiliamowi nie przeszkadzało, był prawdziwym pasjonatem.


Powrót był tą samą rutyną, tylko w drugą stronę. Najpierw było waszyngtońskie lotnisko, potem lot, potem lotnisko w Portland. Potem autobus. Standard.
Tym razem kierowcą był Pakistańczyk imieniem Yasir. Nie podrywał April mając żonę i dwójkę dzieci, ale… to właśnie sprawiło, że znów pani Blackburn pogrążyła się miłej pogawędce. Dzieci zbliżają do siebie ludzi, zwłaszcza w dobie telefonów komórkowych zapisywania danych w chmurze. Dzieci to dziesiątki wesołych opowieści o ich pierwszych słowach i pierwszych wpadkach. A w dobie smartfonów to także tysiące zdjęć zarówno sweet foci jak i kompromitujących je, acz zabawnych dla rodziców. Dowody wstydu każdego nastolatka i obciachu ich rodziców… którzy chwalili się nimi pokazując je swoim znajomym.
Yasir miał córeczkę jak April, więc było co porównywać. I można było przywołać tyle miłych wspomnień, więc podróż autobusem upływała całkiem szybko i w przyjemnej atmosferze, aż do czasu…


… pojawienia się zimnego potu na plecach April. Przeszywającego ciało niczym piorun. Zrobiło się tak nagle ciemniej wokół kierowcy. Jakaś czarna mgiełka go otoczyła. I zanim April mogła jakoś zareagować to… mgiełka zrobiła się czerwonawa, a ciałem zaskoczonego Yasira targnęły bolesne drgawki.


I wtedy właśnie, widmowa dłoń przebiła klatkę piersiową mężczyzny, wywołując u niego krzyk bólu i utratę przytomności. To jednak widziała jedynie April, reszta pasażerów spanikowała widząc że ich kierowca ma jakiś atak i osuwa się na kierownicę wprawiając rozpędzony autobus w pijane się zataczanie raz w prawo raz w lewo. April zauważyła także zakręt o którym Gus wspomniał podczas jej poprzedniej podróży.
- Oooo tu… kilkanaście lat temu, autobus z dzieciakami walnął czołowo to duże drzewo. Nikt nie przeżył. Straszliwa tragedia. Nigdy nie ustalono jej przyczyn. Droga była pusta, widoczność dobra, autobus w dobrym stanie technicznym. Pech.-
Pech… a teraz pozbawiony kierowcy autobus pędził na dokładnie to samo drzewo. Tragedia więc mogła się powtórzyć. Ale nie musiała. April nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa w tej sprawie.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 14-07-2016 o 13:06. Powód: poprawki... od groma poprawek :(
abishai jest offline  
Stary 07-11-2016, 23:43   #25
 
echidna's Avatar
 
Reputacja: 563 echidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemu
Hannah Richmonde, wieloletnia przyjaciółka April. Matka, żona i kochanka, w tej właśnie kolejności. Czasem pani Blackburn zastanawiała się, jak to się stało, że połączyła je przyjaźń. Jak to się stało, że znosiła jej wariactwa, patrzyła przez palce na pretensjonalność, przymykała oczy na wścibstwo i pobłażała gadulstwu. Gdyby urządzono zawody w plotkowaniu, Hannah na pewno stanęłaby na podium. Pani Richmonde miała rozliczne znajomości, uwielbiała babskie pogaduszki i kolekcjonowała ploteczki. Dotarcie do niej każdej, najmniejszej nawet pogłoski, było tylko kwestią czasu.

Nie zdziwiło zatem pani Blackburn, gdy tuż przed rozpoczęciem obrad w ratuszy, przyjaciółka poruszyła sprawę spotkania, czy też, jak kto woli randki, z Mattem Constanstinem. Prędzej, czy później to pytanie musiało paść.

- To nie była randka - palnęła nie bardzo wiedząc, co powiedzieć, by uciąć temat. Na szczęście nie musiała rozwijać tematu. Patrick skutecznie ukrócił detektywistyczne zapędy żony.

***

Gdy spotkanie w budynku Rady Miasta chyliło się ku końca, April wymknęła się ku wyjściu. Nie chciała utknąć w przejściu, miała bowiem coś do zrobienia. Tajniak na szczęście nie wpadł na ten sam pomysł. Gdy kobieta zbliżyła się do drzwi wyjściowych, dostrzegła go. Stał w jednym z ostatnich rzędów pochłonięty obserwacją spotkania i notowaniem. Czyżby faktycznie jego zadaniem było zbadanie przygotowania władz na sytuację kryzysową?

- Kto by pomyślał, że wielki biznes tak się zainteresuje losem małego, zapyziałego Wiscasset - zagadnęła pani Blackburn zachodząc mężczyznę od tyłu.

Tajniak obrócił się nieco zaskoczony, najwyraźniej sądził, że nie rzucanie się w oczy świetnie mu idzie.

- April Blackburn, miło mi.
- Gabriel Sanders z COMLINK Limited co. .- odparł po dłuższej chwili przypatrywania się April i milczenia. Spojrzał na radę miasta i dodał.-Trzeba szukać nowych okazji do rozwoju biznesu i ekspansji na nowe rynki. Kto stoi w miejscu, ten de facto się cofa, panno… pani Blackburn?
- Pani - poprawiła go. - I co, znalazł pan nową okazję do rozwoju? COMLINK… - zawiesiła głos - Jakoś nic mi to nie mówi - przyznała zgodnie z prawdą.
- Alternatywne sposoby komunikacji bezprzewodowej. Podobno w okolicznych lasach są z tym problemy.- rzekł Sanders odruchowo sięgając pod marynarkę i podając April wizytówkę.-Obsługujemy instytucje najczęściej, ale jeśli stać panią na nasze ceny.
- To raczej nie dla mnie. - stwierdziła kobieta obejrzawszy wizytówkę. Włożyła ją do kieszeni obiecując sobie sprawdzić to później. - A i burmistrz Spencer raczej nie będzie miała głowy do nowych inwestycji. W końcu nie wiadomo, czy utrzyma się na stołku na następną kadencję.
- Bardziej celuję w tutejszą straż leśną, jeśli mam być szczery.- odparł ze śmiechem Sanders i spytał.-A czemuż to burmistrz miałaby stracić swój stołek. Taka stara wyga?
- Właśnie dlatego, że z niej taka stara wyga. Są tacy, którzy uważają, że temu miastu potrzebna jest świeża krew - odparła pani Blackburn zupełnie szczerze. No bo właściwie czemu miałaby kłamać? Nawet jeśli Gabriel Sanders nie był w rzeczywistości przedstawicielem firmy telekomunikacyjnej, lecz federalnym tajniakiem.
- Pani należy do tych osób?- zapytał zaciekawiony Sanders, po czym spojrzał w kierunku pani burmistrz dodając.- Nie wiedziałem, że jest aż tak nielubiana.
- Skąd mógł Pan wiedzieć, przecież nie jest Pan stąd, prawda? - pytanie zabrzmiało zupełnie niewinnie, ot mimowolne spostrzeżenie.

Prawdziwy pan Sanders, przedstawiciel handlowy, miałby prawo nie wiedzieć takich rzeczy, bo i skąd. A pan tajniak Sanders… tu trudno było zgadnąć, co pan tajniak wie, a czego szefostwo mu nie powiedziało. Bo też trudno było zgadnąć, co tak naprawdę pan tajniak Sanders robi w małym, przaśnym Wiscasset. Sprawdza przygotowanie władz w kryzysowych sytuacjach? Szpieguje kogoś? Szuka zjawisk paranormalnych? April gubiła się w domysłach. Nigdy nie należała do zwolenników teorii spiskowych, a jednak ta sprawa nie dawała jej spokoju.

- Jeśli o mnie chodzi, ostatnio coraz częściej rozważam, czy nie byłoby to dobre wyjście.
Sanders przesunął spojrzeniem po sali. - Czy to z powodu ostatnich wypadków zmieniła pani zdanie, albo tej kwestii niedźwiedzia ludojada? Uważa pani, że w Wiscasset zrobiło się… niebezpieczniej?
Po czym spojrzał na samą April dodając. - Nie jestem tu długo, ale póki co miasto zrobiło na mnie pozytywne wrażenie. Ale chętnie się dowiem o miejscach, których winienem się wystrzegać.
- Nie, sprawa niedźwiedzia akurat nie wpłynęła na moją sympatię, lub jej brak do pani burmistrz.Przeważają zupełnie inne kwestie. - wyznała, nie wdając się zbytnio w szczegóły - Wiscasset to spokojne miasteczko, ale - jak już mówiła straż leśna - raczej wystrzegałabym się lasów. Nie wygląda mi pan na myśliwego, byłby pan łatwym kąskiem dla dzikich zwierząt.
- Pozory mogą mylić. Zdarza mi się polować na urlopach w Kolorado.- odparł z uśmiechem Sanders i znów spojrzał na przemawiającego akurat Seana.- Ale nie wiem czy akurat na tego niedźwiedzia będę polował. Konkurencja jest spora, a ja… nie jestem na urlopie.
- No i nie ma pan strzelby, a bez tego może być trudno - mówiąc to April uśmiechnęła się pod nosem.
- Cóż… to akurat problem łatwy do rozwiązania w Maine, nieprawdaż ?- dodał z uśmiechem Sanders sięgając pod marynarkę odsłaniając przyczepiony do klapy znaczek NRA….


… którego musiał być dumnym członkiem… lub była to część jego legendy jako handlowca. To tłumaczyłoby poniekąd przywiezienie ze sobą broni palnej w pokrowcach.

- Broń niby zawsze można wypożyczyć, ale jednak nic nie zastąpi własnej, wypróbowanej. Zwłaszcza, jak się idzie na wielką zwierzynę, taką jak grizzly. - zauważyła kobieta. Przykrywka miłośnika polowań chyba nie była skrojona na miarę pana Sandersa. Prawdziwy myśliwy wiedziałby takie rzeczy.
-Jak wspomniałem… z chęcią zapoluję, acz nie na samego niedźwiedzia. Nie lubię tłoku na polowaniu, a widzę, że jest już wielu chętnych na zaszczytną rolę miejscowego pogromcy niedźwiedzia ludojada.- stwierdził niezrażonym tonem Sanders.-Poza tym… ten ulubiony sztucer mam zawsze pod ręką.
Po czym spytał.- A pani… poluje?
- Nie, to nie dla mnie. - rzuciła w odpowiedzi April. - Ojciec parę razy zabierał mnie ze sobą na polowanie, więc wiem, którym końcem się strzela, ale to by było na tyle. Zdecydowanie lepiej sobie radzę z bronią krótką
-Chciałbym to zobaczyć.- odparł szarmanckim tonem Gabriel.-Z doświadczenia wiem, że takie szkolenie od dziecka daje imponujące efekty. Może będzie okazja, by spróbować się zmierzyć na miejscowej strzelnicy ?- spojrzał na przemawiającego jeszcze Seana.-Coś mi mówi, że spędzę trochę czasu w tym mieście.
- Czyżby przewidywał Pan problemy ze zdobyciem intratnego kontraktu? - zagadnęła zastanawiając się, cóż mogą oznaczać jego słowa. - Jeśli tylko będzie kiedyś okazja, chętnie podejmę wyzwanie.
-Zawsze są problemy przy tak dużych i tak kosztownych kontraktach. Dlatego nie załatwiamy spraw przez telefon, czy maila. Najlepiej takie sprawy negocjować osobiście. Przewiduję… tak z trzy… cztery dni?- zamyślił się dość długo Gabriel, po czym znów zerknął na April.- A pani prowadzi jakiś interes ?
- Można tak powiedzieć. - skinęła głową. - Pomagam matce w prowadzeniu sklepu zielarskiego.
- Medycyna ludowa czy coś związanego z Indiami i ruchem New Age?- zaciekawił się uprzejmie Sanders.
- Medycyna ludowa, choć są tacy, którzy nazywają to szarlataństwem - zaśmiała się pani Blackburn. Widząc zaciekawione spojrzenie mężczyzny wyjaśniła - Ludziom nigdy nie dogodzisz..
- To z pewnością dość ostry osąd na temat ludzkości.- zaśmiał się cicho Sanders i dodał.-Ja zaś jestem otwartym na nowiny człowiekiem. Przez rok uprawiałem nawet … pilates. Głównie dlatego, że chciałem zaimponować pewnej Meksykance. Okazało się jednak, że pilates nie ma z Meksykiem nic wspólnego. Cóż… nazwa była myląca.

Czy to zaczynał być flirt, czy tylko się April wydawało? I czy to ona zaczęła, czy pan… dla uproszczenia przyjmijmy, że jednak Sansers? A może pani Blackburn dołączała właśnie do owego mało zaszczytnego grona kobiet ze wściekiem macicy, które w każdym mężczyźnie dostrzegają potencjalnego partnera? Czyżby Hannah miała rację?!

Kobieta potrząsnęła głową odpędzając od siebie natrętne myśl, po czym rzuciła rozbawiona: - Fakt, można się pomylić
- A co można tu odkryć w kwestii jedzenia? Te posiłki w hotelu są bardzo dobre, ale włoskie… chciałbym spróbować miejscowych specjałów. Jakie przybytki kulinarne są warte odwiedzenia w Wiscasset?- zapytał uprzejmie Gabriel.
- Sama chciałabym wiedzieć - zaśmiała się.
- Czyli najlepiej liczyć na domowe jedzenie? Niestety nie znam tu nikogo.- stropił się Sanders.

No bez jaj!” - pomyślała elokwentnie April. To już na pewno nie był wytwór jej wyobraźni. Agent, jak mu tam… niech będzie Sanders, najzwyczajniej w świecie próbował się wprosić do niej na kolację. A może nie tylko na kolację? “I co teraz?” - kolejna błyskotliwa myśl. Że też pani ex detektyw zawsze w takich chwilach zamieniała się w podręcznik krasomówstwa!

Może i nawet miałaby ochotę umówić się z Gabrielem Sandersem. Może wyciągnęłaby od niego coś ciekawego na tematem prawdziwych powodów jego wizyty w Wiscasset. Ale po pierwsze, ledwo doba minęła, odkąd spotkała się z Mattem, a za kolejne niespełna 24 godziny czekała ją randka z Rossem. Byłoby wysoce w złym guście przygruchać sobie trzeciego “amanta” w ciągu niecałego tygodnia. Miejscowe plotkary, z Hannąh na czele, nie dałyby jej żyć. Po drugie, nawet jeśli zamierzała wplątać się w sprawę federalnych, nie zamierzała mieszać do tego swojej córki i matki. A tego nie dałoby się uniknąć, gdyby zaprosiła tajniaka do domu. Tak więc w chwili obecnej nie pozostawało jej nic innego, jak kulturalnie spławić adoratora.

Nie dane pani Blackburn było odpowiedzieć na tę zaczepkę. Jak spod ziemi wyrosła obok nich Hannah. Jeszcze nigdy April nie cieszyła się tak na widok wszędobylskiej przyjaciółki.

- Już myślałam, że uciekłaś - rzuciła z uśmiechem pani Richmonde. - Nie ze mną te numery! - dla lepszego efektu groźnie zmarszczyła brew i pogroziła palcem.

Chyba dopiero w tym momencie zorientowała się, że przyłapała tych dwoje in flagranti. Zmierzyła towarzyszącego April mężczyźnie od stóp do głów, puściła do niej oczko, po czym z wrodzonym sobie wdziękiem zagadnęła:
- Czyżbym państwu w czymś przeszkodziła? - To było takie w jej stylu!
- Eee.. to znaczy… właściwie...- tylko tyle zdołał z siebie wydukać osłupiały agent Sanders.

Nie zrażona popisem jego elokwencji April postanowiła przejąć inicjatywę:
- Panie Sandsers, przedstawiam panu moją znajomą, Hannę Richmonde - zwróciła się najpierw do tajniaka, wskazując na rudowłosą kobietę. Następnie kontynuowała przedstawiając go przyjaciółce - Hannah, poznaj proszę pana Gabriela Sandersa. Pan Sanders jest przedstawicielem firmy COMLINK, która chce podpisać kontakt ze strażą leśną na dostarczanie łączności. Właśnie rozmawialiśmy o tej całej aferze z niedźwiedziem.

Mistrzostwo, po prostu mistrzostwo. Za jednym zamachem April zakończyła niewygodny temat, wyplątała się ze zmierzającej w dziwnym kierunku rozmowy i ucięła spekulacje przyjaciółki.
Zaś biedny Sanders został rzucony na pożarcie Hannuy, która korzystając z okazji zarzuciła go kolejnymi pytaniami ledwo dając czas na odpowiedź. Ciekawska przyjaciółka April wypytywała o wszystko skutecznie odwracając uwagę Garbiela od April jak i sytuacji dookoła. Tymczasem pani Blackburn, korzystając z okazji, że przestała być w centrum uwagi, przeprosiła swych towarzyszy i czmychnęła ku wyjściu.


Randka… April już dawno zapomniała, jak one wyglądają. Kiedy ostatnio randkowała, była młoda, głupia, a w kinach leciał The Truman Show. Po seansie zjedli pizzę “u Luigiego” - knajpie, w której nie szczędzili sera i dodatków, a placek był obłędnie gruby. Dereck znał właściciela - Luigiego Poggio, Włocha z urodzenia, kucharza z zamiłowania - więc nie była to ich ostatnia wizyta w tym miejscu. Jedli tam swoją pierwszą pizzę, jedli również ostatnią, na kilka dni przed śmiercią Derecka. Ta swoista klamra kompozycyjna miała w sobie pewien komizm. A przynajmniej miałaby, gdyby nie tragiczne okoliczności.

Randka w remizie z przystojnym strażakiem. Zjazd po ześlizgu, możliwość siedzenia za kierownicą wozu gaśniczego, przymierzenia strażackiego hełmu i kombinezonu. Marzenie niejednej młodej dziewczyny z małego miasteczka. Tyle, że April nie była już młodą dziewczyną, a i małomiasteczkowość raczej z niej uleciała.

Choć, jak twierdził Eddie, to miejsce zwykle tętniło życiem, tego wieczoru świeciło pustkami. Ross był jedynym strażakiem na posterunku. Pełnił nocny dyżur w jednostce, reszta zastępu miała być pod telefonem, gotowa przyjechać, gdyby była taka potrzeba. Ale nagłe wieczorne wezwania nie zdarzały się zbyt często, w przeciwnym wypadku Edward raczej nie wybrałby remizy na miejsce schadzki.

Gdy April wyjeżdżała na studia, budynek remizy nosił ślady bezlitosnego zęba czasu. Teraz, po gruntownym remoncie, przeżywał drugą młodość. Elewacja z czerwonej cegły, ciemna dachówka, bielone krokwie i stolarka okienna komponowały się w sposób miły dla oka. Gdyby nie troje dużych drzwi do garażu, wielkość samego budynku, a także zaparkowane wozy strażackie, można by go wziąć za schludny domek na przedmieściach.


Wnętrze również robiło wrażenie. Była szatnia z rzędem powieszonych na hakach kombinezonów i hełmów, był magazyn kwatermistrzowski, w którym przechowywano sprzęt ratowniczy, był warsztat dla pojazdów, był osławiony ześlizg, była też siłownia, w której dzielni strażacy podtrzymywali swą doskonałą formę. Wreszcie była przestrzeń socjalna, w której zaznawali krótkich chwil relaksu w oczekiwaniu na kolejny alarm. Mogli coś sobie ugotować, w spokoju zjeść, ale też pooglądać telewizję, powylegiwać się na kanapie, pograć w rzutki, czy bilard.


Bilard nigdy nie był ulubioną grą April. Może dlatego, że nigdy dobrze w niego nie grała. Wiedziała, którym końcem kija uderzać i do czego służy biała i czarna bila, ale jej gra opierała się raczej na “hit and hope” aniżeli jakiejkolwiek strategii. Mimo to nie oponowała, gdy Ross zaproponował partyjkę.

Bile toczyły się po stole, a oni grali w “Jeszcze nigdy...”. Gdy Ed stwierdził, że jeszcze nigdy nie miał wypadku samochodowego, April musiała wypić łyk swojego Red Ale. Gdy Ava była mała, państwo Blackburn jadąc na wakacje uczestniczyli w karambolu na autostradzie. Kilka osób miało urazy szyi i kończyn, im się na szczęście nic nie stało.

April z kolei wyznała, że jeszcze nigdy nie uczestniczyła w bójce. W odpowiedzi Ross uśmiechnął się pod nosem, po czym łyknął lemoniady. Będąc na służbie nie mógł sobie pozwolić na nic mocniejszego. Pani detektyw aż uniosła brew ze zdziwienia. Nie podejrzewała strażaka o zamiłowanie do przemocy. Jak się okazało, nawet w takich okolicznościach nie przestawał być czarujący i rycerski. Ten jeden jedyny raz, kiedy komuś przywalił, był w obronie zaczepianej dziewczyny.

Gdy Eddie przyznał, że jeszcze nigdy nie namalował graffiti, pani Blackburn kolejny raz musiała się napić. To była jedna z tych bardzo wielu, bardzo głupich rzeczy, które zrobiła w młodości za namową i w towarzyskie Sean’a Watsona.

Żadne z nich jeszcze nigdy nie zrobiło sobie tatuażu, nie kochało się w swoim nauczycielu, nie utknęło w windzie ani nie trafiło do aresztu. Również żadne z nich nie prowadziło pod wpływem alkoholu. Ross zażartował, że to było do przewidzenia, w końcu mundur zobowiązuje.

W końcu, przy którymś z kolei wyznaniu gra nabrała pikanterii. April musiała się napić, gdy Ross wyznał, że jeszcze nigdy nie całował osoby tej samej płci. Ona całowała, koleżankę z roku, Marthę Mayer, na imprezie w szkole oficerskiej. Wypiła również, gdy Eddie stwierdził, że nigdy nie robił TEGO w miejscu publicznym. Dość powiedzieć, że z owego seansu “The Truman Show” April i Dereck nie wynieśli zbyt wiele. Skupili się raczej na byciu w kinie, aniżeli oglądaniu filmu.

Edward Ross również nie był świętoszkiem. Napił się, gdy pani Blackburn przyznała, że jeszcze nigdy nie miała przygody na jedną noc. Podobnie uczynił, gdy powiedziała, że nigdy nie pokazała się nago w miejscu publicznym, a także, gdy stwierdziła, że nigdy nie fantazjowała o nikim tu obecnym. Może i było to nieczyste zagranie, ale czegóż nie robi się, żeby wygrać.

Ostatnie wyznanie padło z ust strażaka. Stwierdził, że jeszcze nigdy nie całował policjanta. April uśmiechnęła się pod nosem, po czym dopiła swoje piwo. Przegrała, choć może lepiej powiedzieć, że zajęła zaszczytne, drugie miejsce. W tym momencie Ross również wyzerował swój napój. Na zaciekawione spojrzenie kobiety odpowiedział tajemniczym uśmiechem, po czym pocałował ją.

To było coś, czego się nie spodziewała. Było to również coś, czego od dawna jej brakowało. Nie broniła się, nie uciekała, odwzajemniła pocałunek. A potem… potem było zupełnie jak w filmie “Alfie”, w tej słynnej scenie z Judem Law i Nią Lon. No, może z tą różnicą, że w tle nie lecieli The Isley Brothers śpiewający “For The Love Of You”.


Ona i on. Dwa ciała zagubione w symbiozie ekstazy, w zachłanności ust, w słodkiej woni namiętności. Dwa ciała rozkołysane porządaniem, rozpamiętane dreszczem, upojone westchnieniem. Rozognione spojrzenia, ręce splecione w miłosny warkocz i tętna wespół bijące. Dwa ciała, które stały się jednym.

Nie dane im było jednak nacieszyć się sobą, wejść na szczyt i skoczyć w błogą otchłań. Nim rozpalone ciała ochłonęły, nim z gardeł wydobyło się finalne westchnienie, nim nadeszło słodkie spełnienie, zabrzmiała syrena alarmowa.


Gdy April otworzyła oczy, nie było już remizy ani stołu bilardowego. Nie było też Rossa trzymającego ją za pośladki. Była ona, skołtuniona pościel i przypatrujący jej się z zaciekawieniem Salem.


Chłodny prysznic zmył sen z powiek i wyciszył rozognione ciało. Mocna kawa dopełniła dzieła. Było zbyt wcześnie na śniadanie. Zresztą Aprili i tak nie chciała marnować na nie czasu. Co prawda odprawy mogła dokonać on-line, więc z wydrukowanym zawczasu biletem musiała być na lotnisku tylko na 20 minut przed odlotem. Ale i tak czekała ją prawie godzinna podróż autobusem do Portland i kolejne półtorej godziny lotu do Waszyngtonu. Dość czasu, by zaspokoić głód kupionymi w przydrożnej piekarni rogalikami.

Nim wyszła, pani Blackburn napisała jeszcze list do matki. Wcześniej nie wspominała o swoich planach wyjazdowych, teraz jednak nie miała wyboru. Gdyby zniknęła bez słowa nad ranem, matka dostałaby szału. Nie postawiłaby całej stanowej policji na nogi tylko dlatego, że przepisy nie pozwalałyby jej zgłosić zaginięcia przed upływem doby. Co prawda w ciągu doby April spokojnie by wróciła, ale w żaden sposób nie umniejszyłoby to gniewu Aidy. W sumie nie można jej się było dziwić. Gdyby Ava zniknęła bez słowa na cały dzień i wróciła, jak gdyby nigdy nic, April też dostałaby szału. Matka zawsze pozostanie matką. Niezależnie od tego, jak duże i odpowiedzialne jest jej dziecko.


Krótka notka powinna uspokoić matkę. Tym bardziej, że nie było w niej słowa o wizycie w stolicy. Aida nie lubiła sporadycznych wizyt swej córki w tym mieście. April nawet miała wrażenie, że jej rodzicielka nie lubi samej jego nazwy. Tak jak by Waszyngton był siedliskiem całego zła tego świat. Tak jak by bała się, że któregoś pięknego dnia April tam pojedzie i już nigdy nie wróci.


Wbrew pozorom Portland international Jetport to nie było małe, prowincjonalne lotnisko na krańcu świata. Zresztą, Miasto Lasów nie było przecież dziurą zabitą dechami, lecz liczącą prawie 70 tysięcy mieszkańców największym miastem w Maine. Lotnisko nie było może tak okazałe, jak JFK, czy Reagan National, ani nawet jak jego imiennik w Oregonie, ale i tak mogło się poszczycić sporym ruchem. Prawie 2 miliony pasażerów rocznie to przecież nie w kij dmuchał. Nie bez powodu przecież Jetport w Portland został okrzyknięte najlepszym portem lotniczym w Ameryce Północnej roku 2015.


April słabo się znała na rynku transportu powietrznego. Nagroda przyznawana przez Airports Council International musiała jednak być czymś wielkim w tym światku, bowiem informacje o otrzymanym niedawno laurze ASQ znajdowały się wszędzie, od banerów przed budynkiem, poprzez plakaty i broszury w środku aż po wygaszacze na wyświetlaczach rozkładu lotów.

***

Klasa ekonomiczna to nie była tym, co tygryski lubią najbardziej. Niestety w chwili obecnej April nie było stać na wożenie tyłka niczym lepszym. Na szczęście lot trwał tylko niecałe 2 godziny, a poranki w środku tygodnia nie były obleganym przez pasażerów terminem. Pani Blackburn miała więc względną ciszę i spokój, dwa sąsiednie siedzenia tylko dla siebie, a także sponsorowane przez Americal Airlines darmowe wi-fi i możliwość podłączenia się do kontaktu. Po prostu żyć, nie umierać.


Korzystając z kilkudziesięciu wolnych minut, kobieta przeszperała internet w poszukiwaniu informacji na temat pana Sandersa i jego firmy. Jak się okazało, przedsiębiorstwo COMLINK Limited co. faktycznie istniało. Firmowy profil Gabriela Sandersa zgadzał się z tym, co agent powiedział, poza jednym detalem. anders nie wyglądał na 40 lat, które - według witryny COMLINK - miał. Nie sposób jednak było zweryfikować, czy Sanders, o którym piszą, jest ty, którego April spotkała, bowiem na firmowej stronie nie było zdjęcia pana Sandersa. Była za to informacja, że ma on żonę i dwójkę dzieci.

Również przeszukiwanie portali społecznościowych nie przyniosło jednoznacznych rezultatów. Na facebooku na przykład zarejestrowanych było kilku Gabrielów Sandersów, acz żadnego z tej firmy akurat. Nie mniej i bez przestudiowania jego walla, pani Blackburn była pewna, że Gabriel, którego spotkała, nie pasował do profilu z firmy, do roli 40-latka z dwójką dzieci. Ktokolwiek kroi to przebranie, był nienajlepszym krawcem.



Waszyngton, stolica światowego mocarstwa. Główny ośrodek władzy federalnej, siedziba Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i 174 placówek dyplomatycznych. Prywatnie, dla April, miasto nierozerwalnie związane z najlepszymi i najgorszymi wspomnieniami z jej życia. To tutaj poznała Derecka, tutaj się w nim zakochała, tutaj urodziła mu córkę i ostatecznie to tutaj go pochował. Nic więc dziwnego, że jednym z punktów wycieczki były odwiedziny na jego grobie na Oak Hill Cemetery.


Zaduma, w jaką pani Blackburn popadła przy okazji składania wiązanki na grobie ukochanego, sprawiła, że przez chwilę kobieta żałowała swojej decyzji. Może nie powinna była wymykać się nad ranem, jak złodziej? Może powinna była zabrać ze sobą córkę, by i ona miała szansę uczcić pamięć ojca i odwiedzić rodzinne strony? Ava z pewnością śmiertelnie by się obraziła, zresztą słusznie, gdyby tylko wiedziała o tej wycieczce. Na szczęście dziewczyna miała się nigdy o tym nie dowiedzieć. Jej matka nie przyjechała tu chodzić po cmentarzu i wspominać dawne, dobre i bezpieczne czasy. Przyjechała, by zapewnić sobie i jej równie bezpieczną przyszłość.


Minęło sporo czasu, odkąd pani detektyw po raz ostatni zaglądała do prowadzonego przez Matta O’Donella i Williama Lawsona. Już na pierwszy rzut oka widać było, że panowie nie zmarnowali tego czasu. Lokal, który April zapamiętała jako spelunkę, od której na pierwszy rzut oka pachniało szwindlem, zmienił się nie do poznania. Sam Lawson zmienił się zdecydowanie mniej, nieco przytył, bródka mu posiwiała, dalej jednak nosił się nonszalancko, z rozchełstaną koszulą, burzą rozpuszczonych, teraz już nieco przyprószonych siwizną, włosów i sznurem koralików na ręku i u szyi. Taki… niegrzeczny chłopiec, tyle że pół wieku później.

Z tego, co April widziała, Bill Lawson był typem bawidamka. Rzadko która niewiasta była w stanie oprzeć się jego urokowi buntownika. Podziwiał kobiety, adorował, po prostu uwielbiał, a one uwielbiały jego. Choć w młodości musiał się cieszyć nieprzeciętnym powodzeniem u płci przeciwnej, teraz ograniczał się jedynie do nieszkodliwych flirtów. Chociaż pani Blackburn nie zdziwiłaby się, gdyby mężczyzna przygruchał sobie od czasu do czasu jakąś ryczącą czterdziestkę.

Również pani detektyw należała do grona fanek Lawsona. Uwielbiała z nim rozmawiać, uwielbiała, gdy nazywał ją kwiatuszkiem, choć nie wątpiła, że nie jest jedynym kwiatuszkiem w jego bukiecie. Ot, taka już była jego natura: kochał kobiety, wszystkie, bez wyjątku.

Kiedy więc przy okazji finalizacji transakcji Bill się rozgadał i zaproponował kawę, uległa pokusie bez chwili wahania. Mimo dość swobodnego stylu życia, Lawson należał do tego wymierającego gatunku, jakim byli prawdziwi dżentelmeni. Skoro więc zaproponował kawę, nie chciał słyszeć o tym, by to April po nią poszła do pobliskiej kawiarni. Nie dał się przekonać, że to dla niej ani problem, ani specjalne koszty, i że nie chciałaby go odrywać od pracy. Nie znoszącym sprzeciwu głosem polecił jej rozsiąść się wygodnie na krześle i pilnować dobytku, sam zaś skoczył po coś do picia.

***

Dwie godziny pogawędek minęły szybko, zdecydowanie zbyt szybko. Przez ten czas April zdążyła się podzielić swoimi wrażeniami na temat wsi, pielenia ogródka i ogólnego poczucia marazmu i stagnacji, jakie ogarniało ją czasem w Wiscasset. Emerytura chyba jednak jej nie służyła. Z kolei William Lawson ubolewał nad faktem, że bez detektyw Blackburn Waszyngton nie był już tym samym miastem, co dawniej. Najlepszym tego dowodem była nieobecność Matta O’Donella, który po raz kolejny w tym miesiącu poszedł się użerać z urzędasami.

Rozmawiało się niezwykle miło, jak zwykle zresztą. Nim się jednak pani Blackburn obejrzała, minął cały czas, jaki zagospodarowała sobie na potrzeby nabojowego biznesu i czas jej było wracać.


Podróż powrotna była równie szybka i pasjonująca, co w przeciwną stronę, czyli wcale. Miało to jednak swoje plusy. W samolocie April odespała pobudkę skoro świt, przynajmiej częściowo. Po cichu liczyła na to, że również w autobusie z Portland uda jej się przyciąć komara. Niestety rozgadany pakistański kierowca zniweczył jej niecny plan.

Wobec niemożności zmrużenia oka, pani Blackburn siłą rzeczy włączyła się do niezobowiązującej pogawędki na temat tego jakim utrapieniem potrafią być dzieci, a nastolatki w szczególności. W miarę rozmowy kobieta nawet przestała złorzeczyć na dalekowschodniego gadułę. Nie dane jej było jednak bezpiecznie dokończyć podróży ni rozmowy...

***

Zimne poty, ciemność, a potem szkarłat otulający bezwładne ciało kierowcy niczym całun.

Niech to szlag” - pomyślała kobieta rzucając się ku kierownicy. Kierowcy prawdopodobnie nie sposób było już uratować. Za to cały autobus pełen pasażerów, włącznie z nią, i owszem. Na to, by być wdzięcznym za gadulstwo Yasira, nie było już czasu...
 
__________________
W każdej kobiecie drzemie wiedźma, trzeba ją tylko w sobie odkryć.
echidna jest offline  
Stary 17-11-2016, 13:38   #26
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 35337 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Czas jest względny. Jego odczuwanie też.
Sekundy dzielące rozpędzony pojazd od jego celu, wydawały się rozciągnięte. Martwe drzewo o rozłożystej o koronie, upiornie wyciągające gałęzie w kierunku czerni nocnego nieba niczym dziesiątki dłoni o kościstych palcach, oświetlone światłami jadącego w jego kierunku autobusu. Jakby dusze zabitych ludzi tkwiły uwięzione w drzewie i desperacko próbowała się wyrwać z niego.
“A teraz i ty dołączysz April”- szeptała cicho podświadomość kobiety. Te naturalne instynkty ukryte pod cienką warstwą ogłady cywilizacyjnej.
A on.. czart kryjący się za tym wszystkim pewnie się śmiał.


Sekundy na odsunięcie ciała kierowcy autobusu jeszcze szarpanego ostatnimi przedśmiertnymi drgawkami. Sekundy… cholera nacisnął pedał gazu tuż przed skonaniem. Dla April był już tylko ciężarem, choć łapał ostatnie oddechy, Był martwy… nikt nie mógł przeżyć tego, co zobaczyła. Lekarz zawyrokuje atak serca, ale ona wiedziała lepiej.
Sekundy na zajęcie miejsca kierowcy, sekundy przybliżające ją do drzewa. Spokój… ocena sytuacji. Następne stracone sekundy.
Plan pierwotny, ominąć drzewo i utrzymać się na drodze. Niewykonalny. Bus nabrał już pędu jadąc wprost na drzewo. Mogła w nie walnąć czołowo, mogła walnąć bocznie, mogła ominąć jadąc w głęboki słabo oświetlony las. Żadna alternatywa nie była dobra… April wcisnęła hamulce do oporu. Bez względu na to jaką opcję wybierze, należało zmniejszyć prędkość do minimum.
Sekundy odmierzały jej czas życia. Czas na decyzję...


Huk, trzask pękającego szkła i jęk wyginającego się metalu. Uderzenie, wstrząs.
Nie pamiętała co krzyczała… chyba o przejściu na tył. Uderzenie boczne… w połowie autobusu. Jeśli nie uda się wyminąć drzewa i utrzymać na drodze. Taka decyzja padła. Nie udało się wyminąć drzewa. Nie udało się utrzymać na drodze. Kości losu potoczyły się inaczej.


Autobus przewrócił się na bok. April potłukła, rozbiła łuk brwiowy, potłukła się. Ale nie było tak źle. Nawet nie była za bardzo obolała. Miała szczęście. Wszyscy mieli. Tym razem drzewo nie dostanie nowych duszyczek do swej kolekcji. Rozpoczęły się dzwonienia, do znajomych, na policję, do straży pożarnej, pogotowia. Kilka minut później zaroiło się od jasnych i migających świateł radiowozów i karetek i straży pożarnej.
Zaczęły się standardowe procedury. Odpompowanie paliwa z baku autobusów, wynoszenie rannych pospieszne opatrywanie i odwożenie karetkami. Koce i herbata z termosu. April jako lekko poszkodowana nie była priorytetem. Sytuacja była szybko opanowana, więc była chwila na krótką rozmowę sąsiadów. Bo też i zjawił się tu troskliwy Eddie, który oczywiście wypytał czy dobrze się czuje, obejrzał jej obrażenia głowy. Ogólnie był czuły i opiekuńczy, jako strażak i w sumie bliska jej osoba. Niestety obowiązki szybko odciągnęły ją od czekającej na swoją kolej w karetce April. Miała więc czas przejść po okolicy wypadku zabezpieczanego właśnie taśmami policyjnymi. I przyjrzeć się pracy policjantów, poprawnej i przesadnie emocjonalnej. Ale to w końcu była prowincja nie duże miasto, gdzie takie sceny były rutyną a ni sensacją.
Natrafiła więc szybko na coś co odróżniało prowincję od wielkiego miasta.
Matta Constantine.


Ekscentryczny muzealnik w swym niemodnym prochowcu również się pojawił na miejscu wypadku. Bardziej jednak od samego autobusu interesowało go coś innego. Owo upiorne drzewo i ciemna pustka nocy nad nim. Spoglądał w górę szukając wśród upiornych gałęzi odpowiedzi… a może nie w nich, a w zimnej pustce kosmosu nad nimi?
Tak czy siak Constantine w swym prochowcu kojarzył się April z tymi ekscentrycznymi detektywami z groszowych kryminałów wzorowanych na publikacjach Agaty Christie i A. Conan-Doyle’a. Widzący coś czego zwykli policjanci odkryć nie byli w stanie. Ślady które umykały ich percepcji.


Szpital pracował na pełnych obrotach. Ale April nie zagrzała w nim miejsca. Kilka naukowych terminów jakie otrzymała na drogę, sprowadzały się do faktu nabicia sobie góza i niegroźnego rozcięcia skóry na czole oraz paru stłuczeń. Nawet szwów nie musiano jej zakładać. Żadnych poważnych obrażeń nie miała, więc nie mogła nawet liczyć na kilka chwil spokoju w szpitalnym łóżku.
Można więc było powiedzieć, że miała szczęście. W niedużym woreczku przepisane jej leki ograniczały się do kilku maści na stłuczenia i butelkę środków przeciwbólowych. I nic więcej.
Obecnie April siedziała w poczekalni i przeglądała zawartość portfela. Nie miała już karty, ale ktoś zostawił parę aparatów telefonicznych na żetony w szpitalnym przedsionku. Stały z boku, całkowicie zapomniane. Mogłaby zadzwonić ze swej komórki, gdyby nie fakt że… cóż… telefon akurat nie miał tyle szczęścia. Całkowicie rozwalony nie nadawał się do niczego. Oby kartę sim się z niego odzyskać. I zapisane na niej numery.
Miała trochę monet więc zadzwonienie nie byłoby problemem. Tylko do kogo zadzwonić? Do Aidy? Oznaczało to ciężką rozmowę i dużo pytań. Do Hannah? Tak samo, może nawet jeszcze ciężej.
Dużo wszak padłoby pytań, choć pewnie żadne z nich nie byłoby podszyte wyrzutem jak w przypadku rozmowy z Aidą. Na pewno powinna powiadomić Avę, żeby się nie martwiła. Ale czy dziś chciała wracać do swego domu?
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 11:47.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169