Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 10-10-2015, 09:07   #1
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 14213 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Frères de Sang [Zew Cthulhu] 18+

Frères de Sang


Muzyka rozbrzmiewała w mieszkaniu, wypełniając je przyjemnymi dla ucha dźwiękami.

Chociaż widok za oknem nie był już tak przyjemny. Marsylia z jej wąskimi uliczkami i ciemnymi zaułkami.

Jakże inna od tej, jaką znali turyści – pełna eleganckich wczasowiczów, kasyn i kawiarenek.

Mężczyzna uśmiechnął się i raz jeszcze spojrzał na przywiązaną do krzesła kobietę. Ofiara już jakiś kwadrans temu przekroczyła granicę bólu i strachu. Teraz jej jasne oczy, ostro kontrastujące z pociętą nożem, okrwawioną twarzą, spoglądały zupełnie obojętnie i martwo. Nie mogło być inaczej, bowiem mężczyzna – po torturach, jakie zadał kobiecie – poderżnął jej gardło i spoglądał na nią tak długo, aż życie zgasło w przerażonych oczach zaufanej pokojówki.

Mężczyzna uśmiechnął się zimnym, wilczym uśmiechem i opuścił niewielkie mieszkanie. Dowiedział się tego, czego chciał się dowiedzieć.


* * *

Cytat:

Marsylia, 14 lipca 1932r

Szanowna Pani.

Z wielką przykrością i bólem zawiadamiam Panią, że w dniu 4 lipca 1932 zmarł w swojej posiadłości Pan Castor de Overneyes. Po odczytaniu jego ostatniej woli, okazało się, że uczynił Szanowną Panią, jedną ze swoich spadkobierczyń. Dlatego też, zapraszam serdecznie Panią do Marsylii, celem dokonania stosownych formalności związanych ze sprawami spadkowymi. Zapraszam, zatem do mojego biura w Marsylii, w dniu 16 lipca 1932r o godzinie 12:00 celem odczytania ostatniej woli zmarłego – adres: Rue de Navarin 12.

Z wyrazami szacunku.

Aleksandre Filippe du Bernande

Posłaniec przyniósł ten list pod wieczór, kiedy domownicy szykowali się do spoczynku.

Castor de Overneyes. Miał ponad osiemdziesiąt lat i śmierć była mu pisana. Ten niegdyś wpływowy człowiek odsunął się od życia zaraz po Wielkiej Wojnie, na której stracił jedynego wnuka. Pozbawiony najbliższej rodziny, chociaż posiadający liczną rzeszę dalszych krewnych, z którymi nie pozostawał jednak w zbyt zażyłych kontaktach.

Mówiono o nim, że utrata bliskich osób i wiek pomieszały mu zmysły. Że, zamknięty w swojej willi, przesiaduje w niej całymi dniami. A teraz nie żył. I pozostawił po sobie majątek, który składał się z okazałego domu w dobrej części Marsylii, z widokiem na morze. Z dzieł sztuki, pamiątek z dalekich wypraw, które Castor odbywał, gdy był młodszy i angażował się w wyprawy badawcze do Afryki, Indii, Tybetu, Arabii a nawet Indochin.
Sprawą zajmował się Aleksandre Filippe du Bernande, jeden z najbardziej znanych prawników w Marsylii, co oznaczało, że Castro pozostawił po sobie nie byle jaki majątek.

Ciekawe tylko, dlaczego to właśnie do niej przyniesiono ten list. Czym zasłużyła na uwagę odludka i ekscentryka, by nie rzec dobitniej – szaleńca.

Ciekawe ….


C.D.N.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 04-02-2016 o 19:55.
Armiel jest offline  
Stary 11-10-2015, 11:39   #2
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 14213 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Marc Vernier

List o śmierci starego przyjaciela otrzymał dość szybko. Odległość oddzielająca Marsylię od rodzinnego Montpellier Verniera była nie aż tak duża.

Pociąg jechał nieco ponad trzy godziny a tory prowadziły przez malownicze regiony wybrzeża Morza Śródziemnomorskiego. Z okien roztaczał się przepiękny widok na nadmorskie miejscowości, ale urokliwe krajobrazy nie cieszyły Marca. Śmierć Catora, mimo że spodziewana w związku z jego wiekiem, i tak zasmuciła nadspodziewanie silnie.

Z pociągu udał się wprost do kancelarii Aleksandre Filippe du Bernande, położonej w jednej z okazalszych kamienic w samym centrum Marsylii. Z dworca kolejowego na miejsce pojechał dorożką. Zapowiadał się piękny, słoneczny dzień.


Sophie L'Anglais

Depesza o śmierci Castora de Overneyes przyszła do niej rano, nie pozostawiając jej zbyt wiele czasu do podjęcia decyzji.

Podróż do Marsylii na pogrzeb człowieka, którego w dzieciństw uważała niemal za najmądrzejszą osobę na świecie, miał w sobie zbyt wiele pokładu ekscentryczności, by Sophie miała ją podjąć tak błyskawicznie. Szczególnie, że nie przepadała w obecnym czasie za podróżami.

W końcu jednak jakaś sentymentalna nutka w jej sercu zagrała swoją melodię i kobieta zakupiła bilet na nocny pociąg, zabierając tylko niewielki bilet i licząc na to, że gdzieś w sezonie letnim znajdzie sobie nocleg, chociażby w domostwie zmarłego, które na pewno nie należało do najmniejszych.

Podróż przespała, chociaż sen, jak zawsze, nie należał do najprzyjemniejszych. Pociąg z Paryża do Marsylii był dość zatłoczony, strasznie hałasował i ogólnie nie nazwałaby go zbyt komfortowym. A może po prostu była już zbyt dojrzała, aby podróżować.

Na Rue de Navarin 12 dotarła z dworca taksówką. Przedstawiła się, mimo ze przybyła znacznie przed czasem, a uprzejmy Aleksandre Filippe du Bernande zatroszczył się o nią, jak o damę, pozwalając skorzystać z niewielkiego pokoju dla gości, gdzie mogła odpocząć, odświeżyć się i przebrać przed odczytaniem testamentu.

Luis Deullin

Śmierć krewniaka była tylko kropką nad „i” dopełniającą jego izolację. Otrzymanie listu o spadku, zaskoczyło Luisa. Co prawda utrzymywał z Castorem dość dobre relacje, jeśli weźmie się pod uwagę resztę rozproszonej po Francji rodziny, ale nie spodziewał się, że zdziwaczały de Overneyes zapisze mu jakiś majątek. Z drugiej strony jednak ucieszył się, że krewny nie zapomniał o tym, jakie łączyły ich w przeszłości relacje.

Z Montpellier do Marsylii pojechał pociągiem, a przez większość drogi pracował nad koncepcją nowego rozwiązania technicznego. To mogło mieć sens.

Z pociągu, do kancelarii, udał się pieszo, korzystając z doskonalej pogody. Był środek lipca i żar, dosłownie, lał się z nieba, jednak wąskie uliczki Marsylii dawały odpowiednią ilość cienia.

Na miejsce dotarł, jako jeden z ostatnich. W takich chwilach żałował, że nie mógł podroży przebyć samolotem.

Ottone Lèmmi

Dla Ottne’a informacja o śmierci Catora – jednego z jego ważniejszych klientów (przed kilkoma laty) była mniej szokująca, niż wieść o tym, że stary ekscentryk wyznaczył go na swojego spadkobiercę. Owszem, kiedyś łączyła ich nawet pewna więź zawodowa, oparta na wzajemnym zaufaniu i poszanowaniu, ale nie sądził, że zaowocuje ona szansą n wyrwanie się z tarapatów finansowych.

Antykwariat nie przynosił takich zysków, na jakie liczył Włoch. Starczało na opłaty i na jakie takie życie. Pieniądze po Catorze de Overneyes mogły stać się wielką, życiową szansą dla przecież już niemłodego Ottone’a.

Ubrał się więc w najlepszy z garniturów, jaki jeszcze mu się ostał, zamknął i tak rzadko odwiedzany przez klientów antykwariat i ruszył do centrum miasta, gdzie mieściła się kancelaria w której miano odczytać wyrok.

To był tylko kilkunastominutowy spacer przez miasto, ale i tak upał dał mu się we znaki. Niezbyt często miał okazję opuszczać zacieniony i chłodny antykwariat.

Na miejsce dotarł ocierając chusteczką pot z czoła kilkanaście minut przed umówioną godziną odczytania testamentu.

Bertrand Prunier

Bertrand był zaskoczony listem od kancelarii adwokackiej, w której otrzymał informację nie tylko o śmierci Castora, lecz także o przekazaniu mu kolekcji figurek Izydy, stanowiącej dla niego pewien rozdział w przeszłości oraz, „innych, niezwykle cennych informacji i przedmiotów” jak zapewniano w liście.

Z Castorem nie łączyło go nic. No prawie nic. Wspólna przeszłość zbudowała pomiędzy nimi coś w rodzaju mostu zrozumienia. Bertrand był myśliwym, jak kiedyś Castor. Czym jednak zasłużył sobie na wyróżnienie?

Bertrand długo wahał się, czy przyjąć zaproszenie, w końcu jednak wsiadł do nocnego pociągu, zabierając tylko bagaż podręczny na kilka dni i nad ranem dotarł do Marsylii.

Stolica Prowansji przywitała go piękną, słoneczną pogodą i tą ciekawą, śródziemnomorską zabudową, która zawsze budziła w nim jakąś iskierkę … badacza. W tych bielonych dachach i czerwonych dachówkach tkwiła jakaś urzekająca jego serce magia.

Do kancelarii dotarł rikszą – doskonały środek transportu w wąskich ulicach Marsylii, wcześniej jednak zahaczając o zarezerwowany telefonicznie hotel i posilając się tutejszą kuchnią.


Claude Lévi-Strauss


Claude spędził, z powodów zdrowotnych, ostanie dwa lata w Marsylii podnajmując niewielki dom w spokojnej, oddalonej od zgiełku miasta dzielnicy. Zajmując się czytaniem książek i swoimi badaniami nie poświęcał zbyt wiele czasu na życie towarzyskie. Owszem, spotkał się raz czy dwa z Castorem przez ten czas, jednak nie spodziewał się, że po swojej śmierci stary ekscentryk jego wyznaczy na swojego spadkobiercę.

Kancelaria Aleksandre Filippe du Bernande znajdowała się dość daleko od domu Claude’a więc wybrał się do niej, jak cywilizowany człowiek – taksówką. Bardziej z ciekawości, niż z żądzy posiadania czegoś po zmarłym, chociaż oczywiście zbiory Castora mogły komuś takiemu, jak Claude, mocno pomoc w badaniach tego, co tak usilnie zaprzątało ostatnimi laty jego wyobraźnię. Tego, czemu poświęcił niemal wszystko.

Już od dawna podejrzewał, że Castor wie o wielu sprawach dużo więcej, niż chciał zdradzić. Może, paradoksalnie, śmierć zmieniła jego stanowisko.
Z tą myślą Claude przekroczył próg kancelarii, jak zawsze podpierając się swoją nieodłączną laską.

Wszyscy

Kiedy zegar w rogu eleganckiego pokoju wybił południe, Aleksandre Filippe du Bernande
spojrzał na szóstkę siedzących przy stole ludzi i sięgnął po stosowne dokumenty.

- Witam Państwa serdecznie, w tym smutnym dniu. – Zaczął oficjalnie. – Zostałem upoważniony przez zmarłego monsieur Castora de Overneyes, aby odczytać jego ostatnią wolę. Zgodnie z prośbą zmarłego zawiadomiłem wszystkie osoby, które kazał mi zawiadomić. Niestety, nie widzę wszystkich powiadomionych przyjaciół i krewnych zmarłego, niemniej jednak testament zostanie odczytany w obecności tych, którzy stawili się na spotkaniu. Dodam jeszcze, że dla każdego z Państwa zmarły przygotował osobny list, który mam przekazać do rąk własnych. Gdyby mieli państwo jakieś pytania, proszę pamiętać, że jestem tylko prawnym wykonawcą woli zmarłego i udzielam odpowiedzi tylko w sprawach związanych z prawem spadkowym.

Do stołu doniesiono zimną lemoniadę, ciepłą kawę, ciasteczka i owoce.
W tym czasie prawnik z namaszczeniem otworzył sporą kopertę i rozpoczął czytanie.

- Stwierdzam, że pismo to jest ostatnią wolą zmarłego spisaną przez niego w mojej obecności w dniu 17 maja 1931 roku w mojej obecności, o czym świadczą stosowne podpisy. Od tego dnia szanowny zmarły nie wniósł zmian do swojej ostatniej woli.

Mężczyzna zwilżył usta w szklance wody i zaczął czytać.

- Ja, Castor de Overneyes, będąc całkowicie zdrowym na ciele i umyśle zapisuję mój majątek niżej wymienionym osobom, z uwzględnieniem spełnienia przez nich jednej, bardzo istotnej dla mnie sprawy, której nie udało mi się zakończyć przed moją śmiercią.

Pani Spohie L'Anglais przekazuję kolekcję płócien olejnych znanych malarzy według listy zamieszczonej w załączniku do niniejszego testamentu. Jestem przekonany, że Pani subtelność i zmysł artystyczny ucieszy ten niespodziewany dar, chociaż niech wie, że był niczym, w porównaniu do daru dziecięcej przyjaźni, jaki ja od Pani otrzymałem.

Panu Claude Lévi-Strauss otrzymuje mój dom w Marsylii przy Rue Plersance wraz z meblami i wyposażeniem, zawartym w liście dołączonej do testamentu, z wyłączeniem przedmiotów, które przepisałem innym osobom w spadku. Wiem, że dom ten zrobił na Panu spore wrażenie, jest ono jednak niczym, w porównaniu do tego, jaką przyjemność sprawiła mi Pana w nim obecność. Wiem też, że potrzebuje Pan miejsca, w którym będzie pan mógł odpocząć na stare lata i wolę, aby to Pan wniósł do niego odrobinę życia.

Pan Ottone Lèmmi otrzymuje ode mnie kolekcję starej broni – zgodnie ze spisem oraz część mojego antycznego księgozbioru wraz z kwotą 70.000 franków. Mam nadzieję, że pomoże to Panu odnaleźć upragniony spokój i prowadzić dalej tą działalność, która wniosła w moje życie tyle radości.

Panu Marcowi Vernier, wiedząc o jego zamiłowaniu do starych ksiąg, przekazuję kolekcję pewnych osobliwych wolumenów. Mam nadzieję, że ucieszy ona Pana tak bardzo, jak mnie świadomość, że trafia ona w ręce człowieka, którego umysł podąża krętymi ścieżkami, podobnie jak mój. Przyjaźń z Panem była dla mnie niezwykle cennym doznaniem i cieszę się, że mimo różnic światopoglądowych, zgadzaliśmy się ze sobą w tak wielu kwestiach.

Pan Bertrand Prunier otrzymuje kolekcję rzeźb zgodnie z listą. Cieszę się, że miałem okazję Pana poznać, młody człowieku. Twoja dociekliwość w pewnych kwestiach zrobiła na mnie takie wrażenie, że w moich ostatnich chwilach życia, pomyślałem o Panu, jako doskonałym wykonawcy przedsięwzięcia, którego niestety nie udało mi się dokończyć. Liczę na to, że moja darowizna pozwoli Panu pomyśleć o mnie odrobinę cieplej , a przy okazji nie straci Pan nic ze swojego cennego daru szukania tego, co wydaje się być nie do znalezienia.

Mojemu krewniakowi, Panu Luisowi Deullin zapisują stadninę koni w Aubagne oraz 120.000 franków w obligacjach i papierach depozytowych. Mam nadzieję, że pomoże to Panu rozwinąć skrzydła i spełnić swoje marzenia.

Mój kuzyn – Eugenio De Voltau otrzymuje posiadłość w Berre L’Etang wraz z przynależną jej ziemią. Ze względu na stan zdrowia kuzyna wykluczam go z obowiązku wypełnienia mojej ostatniej woli.

Moja szalona krewniaczka Charlotte De Voltau otrzymuje jacht „Gardien de la Elepchant” wraz z domkiem w Mejean.

Pannie Carrolyn de Euge, która we mnie nie zwątpiła, zapisuję obligacje bankowe oraz oszczędności gotówkowe w wysokości 100.000 franków – to dla Ciebie droga przyjaciółko za ciepłe słowa i trudy, jakie musiałaś przeze mnie znosić. Mam nadzieję, że zmieni to Twoją trudną sytuację i pozwoli cieszyć się życiem, na jakie zasłużyłaś.

Resztę majątku postanowiłem przekazać tutejszej parafii kościoła katolickiego oraz muzeum i domu sierot, co ustanawia osobny testament.

Wykonawcą mej woli czynię Aleksandra Fillipa du Bernande – mojego prawnika i adwokata, który nie raz był mi już podporą w trudnych dniach.
Warunkiem przekazania środków zapisanych w testamencie wymienionym osobom, jest spełnienie przez nich mojej specjalnej woli, którą przekazuję w stosownych listach wręczonych do rąk własnych.

Wykonawca mej woli, Pan Aleksandr Fillip du Bernande otrzymał stosowny list, w którym zawarłem warunek i sposób zweryfikowania wypełnienia mej woli.
Jeżeli warunek ten zostanie pozytywnie zweryfikowany w dniu
13 października 1932r przez wykonawcę mej woli, środki i majątek, który Wam przepisałem zostanie Wam przekazany. W przeciwnym wypadku Pan Aleksandr Fillip du Bernande, jako wykonawca mej woli, musi zastosować zapisy w liście przekazanym jego osobie.

Żegnajcie moi bliscy.

Mam nadzieję, że uda Wam się zakończyć sprawę, jak należy.

Castor de Overneyes

Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagi fhtagn

Ostatnie słowa adwokat odczytał z niemałym trudem wymawiając osobliwe zgłoski.

- Dość złożona prośba, nie przeczę – powiedział prawnik. – Jak wiecie, szanowny zmarły był dość … specyficzną osobą o niezaprzeczalnie wysokim poziomie kultury i wiedzy, obarczonym spuścizną ekscentryczności. Uprzedzając fakt. Nie wiem, co jest państwa zadaniem i jaki jest warunek. Otrzymałem dwa pisma. Jedno, dość ogólne i drugie, które mam otworzyć dopiero w dniu 12 października 1931roku.

Wzruszył ramionami.

- Ponadto zmarły przeznaczył kwotę 120.000 franków dla Państwa oraz kazał przekazać państwu komplet kluczy do jego mieszkania, które do 12 października bieżącego roku ma stanowić Państwa współwłasność, bez możliwości zbycia. Oznacza to, że możecie państwo korzystać z domostwa przy Rue Plersance 8. Możecie państwo korzystać dowoli z mieszkania, lecz nie wolno wam niczego spieniężać, do momentu finalnego przekazania państwu stosownych praw w dniu 13 października 1932 roku.

Potem odłożył pismo na bok i wyciągnął sześć kopert wyraźnie opatrzonych ich nazwiskami. Odczytując je wręczył kopertę do rąk poszczególnych spadkobierców.

- Mam nadzieję, że te pisma powiedzą państwu więcej i jeśli zgodzą się państwo przyjąć spadek na warunkach określonych przez szanownego zmarłego, zajmiemy się podpisaniem stosownych dokumentów.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 04-02-2016 o 19:56.
Armiel jest offline  
Stary 13-10-2015, 12:40   #3
 
Tom Atos's Avatar
 
Reputacja: 4254 Tom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputację
Paryż żegnał go deszczem, gdy wreszcie się zdecydował i z niewielką walizką wysiadł z taksówki przed Gare de Lyon, by złapać nocny pociąg do Marsylii. Miał jeszcze tyle czasu, by prócz biletu kupić też w kiosku paczkę Gauloises, zapałki i jeden marsylski dziennik.

Podróż trwała ponad osiem godzin i Bertrand przeczytał gazetę od deski do deski resztę czasu z nudów i zmęczenia przesypiając.
Marsylska aura była zupełnie odmienna od paryskiej. Było znacznie cieplej, no i słonecznie. To nie była pierwsza wizyta Pruniera w tym mieście. Sprawy zawodowe sprowadziły go kilka miesięcy temu. Znał Marsylię na tyle, by wiedzieć gdzie się zatrzymać i gdzie dobrze i niedrogo zjeść.

Hotel Lutetia miał te parę gwiazdek, akurat tyle by mieć czystą pościel na sprężynowym łóżku, stół, krzesło, szafę i żadnych robali.
Bertrand zdążył jeszcze zdrzemnąć się na tym łóżku godzinkę, umyć, przebrać i zjeść posiłek w pobliskiej kafejce. Zupa rybna i ryba z rusztu popita rodańskim winem wprawiła go w dość przyjemny nastrój.

Przez myśl mu przeszło, że każdy kto idzie na odczytanie testamentu odczuwa radość przemieszaną ze smutkiem. Co do niego smutku nie czuł. Raczej zaciekawienie i ekscytację. Zmarły nie był osobą, którą by wspominał z nostalgią. Choć bez wątpienia był interesującym człowiekiem.
Na spotkanie dotarł rykszą o czasie. Lubił ten środek transportu. Pozwalał mu poczuć miasto, jego egzotykę, pośpiech, brud i smród.

Założył cienki, letni, jasnoszary garnitur i słomkowy kapelusz. Wysoki blondyn, gładko ogolony o miłej powierzchowności nie wyglądał na żigolaka, brak mu było tej próżnej elegancji i dbałości o ubiór. Nie wyglądał bogato, raczej zwyczajnie. Bardziej przypominał studenta, którym do niedawna był.

Uważnie, choć nienachalnie przyjrzał się pozostałym spadkobiercom. Czterem mężczyznom i kobiecie. Większość byli to krewni zmarłego, co nie dziwiło. Zastanawiające jednak było, iż nie przyszli wszyscy zaproszeni, a także to że otrzymali indywidualne wiadomości. Bertrand przeczytał swoją z rosnącym zdumieniem. Castor najzwyczajniej był wielki oryginałem, a samotność źle się odbiła na jego szarych komórkach. Tym niemniej w każdym szaleństwie tkwi metoda, a sprawa robiła się coraz bardziej intrygująca.

Z zaciekawieniem przyglądał się reakcji pozostałych. Zapewne mieli inne wiadomości, ale czy równie oryginalne.
- Cóż drodzy państwo skoro jesteśmy współspadkobiercami sądzę, że powinniśmy zapoznać się z treścią naszych wiadomości – zaczął Bertrand.
- Co do mnie to pan Castor w swym liście napisał mi, że zacytuję „Dla bezpieczeństwa klucz do piwnic zostanie przekazany mojej nowej przyjaciółce – pannie Carrolyn de Euge mieszkającej przy ulicy La Fontaine 14”. Dodam że chodzi o klucz do piwnicy w jego domu, gdzie znajduje się coś … szczególnego.
Rzucił okiem na du Bernande’a
- Jeśli się nie mylę, to panna Carrolyn została zaproszona na spotkanie. Jednak nie przybyła. Sądzę, że powinienem ją odwiedzić. Będę zobowiązany jeśli ktoś z Państwa zechce mi towarzyszyć.
Powiedział spoglądając z lekkim uśmiechem na Sophie L'Anglais.
 
Tom Atos jest offline  
Stary 13-10-2015, 17:41   #4
 
Cattus's Avatar
 
Reputacja: 14048 Cattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputację
List od prawnika Luis przyjął z lekkim niepokojem. Wszak przyszedł on z Marsylii, a z miastem tym Luis związany był tylko w jeden sposób, poprzez swego wuja, Castora. Otwarcie koperty potwierdziło złe przeczucia. Staruszek zmarł. Jednak większym zaskoczeniem było to że przepisał jakiś spadek swemu siostrzeńcowi.

Na szczęście ostatnimi czasy Luis nie był zbyt mocno uwiązany w pracy. Wysłał więc telegram informujący o swej absencji w przeciągu przyszłego tygodnia i niezwłocznie spakował swoje rzeczy do podręcznej walizki. Ile mogło trwać załatwienie wszystkich spraw? Parę dni? Tak czy inaczej najwygodniejszym sposobem dostania się na miejsce był pociąg.

Podróż minęła mu niespodziewanie szybko. Jeszcze na peronie, czekając na odjazd pociągu w znudzeniu obserwował jakieś zabłąkane mewy krążące po stacji. Gdy najwyraźniej znalazły coś smakowitego i zaczęły głośno dawać o tym znać wszystkim naokoło, wtedy też Luis dostrzegł coś niezwykle intrygującego.

~ A gdyby tak odwrócić całość...? Zastanawiał się wyciągając gruby szkicownik z walizki.

Kilkanaście stron później, okazało się że był już na stacji w Marsylii. Nawet lipcowy żar umknął jego uwadze aż do chwili, gdy otarł krople potu z czoła. Zdjął więc marynarkę i przewiesił ją przez ramię. Złapał całkiem lekką walizkę i pośpiesznie wyszedł z budynku dworca.

***


W Marsylii nie był od bardzo dawna. Ostatnim razem jako dziecko, gdy z matką odwiedzali wuja. Lecz nie zapomniał zupełnie okolicy. Fakt, wiele się zmieniło, ale wiedział mniej więcej w którą stronę należy iść i liczył na to że reszta wspomnień wróci z czasem. Co nie do końca się spełniło o czym niedługo się przekonał. Na szczęście miejscowi w swojej życzliwości skierowali go we właściwą stronę.
Wąskie uliczki dawały wystarczająco dużo cienia żeby spacer okazał się być całkiem przyjemnym. W tej części miasto wyglądało niemal tak samo jak lata temu. Nawet znajomy wiatrowskaz w kształcie koguta był na swoim miejscu, jedynie z czarnego zmienił kolor na mocno rdzawy. Kolejne przypomnienie o nieubłagalności mijającego czasu.

Będąc już pod kancelarią założył marynarkę, poprawił cienką rękawiczkę z jasnej skóry na lewej ręce i wachlując się kapeluszem trzymanym w prawej wszedł do środka. Gdy zaproszono go pokoju gdzie siedzieli już inni spadkobiercy, Luis przywitał się z każdym z nich, dodatkowo kłaniając damie.
Był to przystojny mężczyzna w kwiecie wieku, o ciemnych włosach i niebieskich oczach, bacznie lustrujących otoczenie. Jego ubiór uszyto z dobrego materiału, a równo zawiązana muszka i dokładnie przycięty wąs zdradzał pewną dbałość właściciela o szczegóły.


Kiedy wybiła właściwa godzina, wszyscy wysłuchali treści testamentu. A więc stadnina koni i 120 tysięcy w papierach wartościowych. Taki majątek dawał pewne możliwości, ale nim można było myśleć nad tym jak go spożytkować, trzeba było wypełnić wolę zmarłego.
Dość dziwaczne było ostatnie zdanie spisane przez Castora, które nie brzmiało jak żaden znany Luisowi język. Czy był to rodzaj pożegnania? Kolejny przejaw ekscentryczności krewniaka.

Luis otworzył swój list kiedy tylko mu go przekazano i przejrzał tekst. Następnie zrobił to jeszcze raz. Tym razem wolniej, nieznacznie marszcząc brwi podczas czytania.

- Po treści wnioskuje że wiadomość jest dość podobna u nas wszystkich. W moim liście również staruszek wspomniał panią Carolin, której nie ma tu dzisiaj z nami. Też uważam że trzeba będzie ją odwiedzić, lecz wydaje mi się że najpierw mamy nieco formalności do dopełnienia. Czyż nie, Panie Bernarde? Luis skinął głową prawnikowi.

- Co myślicie na temat woli zmarłego zawartej w naszych listach? Moją powinnością jest udzielenie pomocy Panu Claudeowi w pewnej... rzeczy związanej z posiadłością zmarłego krewniaka. Reszta treści tego listu jest dość... niecodzienna. Luis starannie dobierał słowa.
 
__________________
Our sugar is Yours, friend.

Ostatnio edytowane przez Cattus : 13-10-2015 o 17:56.
Cattus jest offline  
Stary 13-10-2015, 19:44   #5
 
Anonim's Avatar
 
Reputacja: 2282 Anonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputację
Śmierć Castora de Overneyesa wstrząsnęła Marciem Vernierem. Utrzymywali ze sobą kontakty niemal do samego końca, ale ten koniec był dość nagły. Marca specjalnie natomiast nie zdziwiło to, że jest spadkobiercą Castora de Overneyesa - przynajmniej w zakresie jego dość specyficznych książek. Marc Vernier po prostu miał nadzieję, że kilka szalenie interesujących pozycji w biblioteczce Castora nie wpadnie w łapska ignorantów, czy tam różnych dziwaków, bo wówczas równie dobrze można byłoby spalić - ludzkość już by ich nie ujrzała. Marc był inny - Marc chciwie trzymał pozycje dopóki nie sporządził z nich odpisów, notatek - zalążków nowych książek - a później zamierzał oddać je w zaufane ręce na przykład biblioteki uniwersyteckiej (do której zresztą już przekazał kilka pozycji). Marc również odczuł mały niepokój w związku z tym zgonem i miejscem Castora w społecznych relacjach.


**********



Marc z żywym zainteresowaniem wysłuchiwał testamentu Castora i odnotowywał sobie w pamięci kolejne nazwiska jakie padały - łączył je z pozostałą piątką klientów du Bernanda. Zmarły nie zawiódł go i przekazał mu najcenniejszą rzecz jaką posiadał. Marc był szczęśliwy... do czasu, gdy pojawiły się komplikacje. "Warunek" był z pewnością bardzo osobliwym życzeniem, pomimo iż odczytana treść brzmiała dość niewinnie. Niewinność jednak jak zawsze ma swoje granice i ta zakończyła się z pierwszą sylabą okultystycznego tekstu zawierającego w sobie dobrze znaną Marcowi nazwę "Cthulhu". Vernier czujnie popatrzył po zgromadzonych, czy ich wyrazy twarzy nie zmieniły się w nienaturalny sposób słuchając niby to przypadkowych sylab kreujących iście zwłowieszcze zdanie.

- Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagi fhtagn. - powtórzył w myślach, aby zapamiętać. Niektóre z tych słów rozpoznawał, ale znaczenia całości nie znał. Wiedział, że zarówno Cthulhu jak i R'lyeh to nazwy własne związane z dość bluźnierczymi legendami o tak pradawnych krainach jak Zaginiony Kontynent Mu (wedle niektórych kolebka rasy aryjskiej, wydawało się, że popularność tych teorii rosła i przedostawała się do świadomości całych społeczeństw - oczywiście zakamuflowana w naukowy żargon), czy Królestwem Waluzji.

Po odczytaniu testamentu w pomieszczeniu zrobiło się niewielkie poruszenie i nagle w rękach Marca Verniera znalazł się list od Castora. Pozostali również dostali listy. Vernier otwierając swój miał nadzieję, że Castor pisał wprost i nie używał niedomówień. Ponownie przyjaciel nie zawiódł Marca. To był naprawdę dobry człowiek...

... już po kilku zdaniach Vernier oprzytomniał i przypomniała mu się gorąca kłótnia jaka rozgorzała w domu Castora pewnego pamiętnego dnia. Ponadto przed samą śmiercią Castor zachowywał się w sposób co najmniej nieostrożny i niedyskretny co było mocno w niesmak Vernierowi. Co prawda stary de Overneyes dał się zapamiętać jako osoba umiejąca dobierać sobie towarzystwo, a w tym towarzystwie dobierać osoby, którym można zaufać, ale "nowa przyjaciółka" brzmiało ponad miarę podejrzanie. On nie żyje, a ona jest nową przyjaciółką - w tych kilku słowach zawierała się spora fala zdumienia Marca Verniera. Po chwili jednak te myśli ustąpiły innym. Spokojnie schował swój list do koperty i następnie schował je do kieszeni. W tym czasie już pierwsze komentarze padły z ust tych, którzy swe listy przeczytali wcześniej:

Młodzieniec Bertrand z zaciekawieniem przyglądał się reakcji pozostałych. Z pewnością bez problemu dostrzegł lekkie zdenerwowanie Marca, z którym zresztą nie krył się. To było ciężkie. Poza tym Bertrand musiał zobaczyć jak Vernier również lustruje towarzystwo. W pewnym momencie młodzieniec przemówił:
- Cóż drodzy państwo skoro jesteśmy współspadkobiercami sądzę, że powinniśmy zapoznać się z treścią naszych wiadomości. Co do mnie to pan Castor w swym liście napisał mi, że zacytuję „Dla bezpieczeństwa klucz do piwnic zostanie przekazany mojej nowej przyjaciółce – pannie Carrolyn de Euge mieszkającej przy ulicy La Fontaine 14”. Dodam że chodzi o klucz do piwnicy w jego domu, gdzie znajduje się coś … szczególnego.
Bertrand rzucił okiem na du Bernande’a, a to samo zrobił Vernier przy okazji omiatając wzrokiem resztę towarzystwa. Marc w ogóle nie podejrzewał o nic du Bernanda oprócz przebywania w dość osobliwych towarzystwach - osobliwych oczywiście nie oznaczało złych, to po prostu Vernier od jakiegoś czasu... dłuższego czasu... nie angażował się w życie towarzyskie palestry. Oczywiście był już wcześniej przedstawiony Aleksandrowi Filipowi du Bernandowi, ale to była powierzchowna znajomość ograniczona do kilku krótkich rozmów na tematy profesjonalne. Młodzieniec natomiast kontynuował przy okazji zalotnie spoglądając na Sophie L'Anglais, a być może nawet samemu sobie z tego nie zdawał sprawy. Z jakiegoś powodu Marc Vernier już zdążył polubić Bertranda Pruniera, a skoro Castor mu ufał to nie należało skreślać takiej osoby, choć prawdopodobnie i w związku z wiekiem był szalenie niedoświadczoną osobą.
- Jeśli się nie mylę, to panna Carrolyn została zaproszona na spotkanie. Jednak nie przybyła. Sądzę, że powinienem ją odwiedzić. Będę zobowiązany jeśli ktoś z Państwa zechce mi towarzyszyć. - wzrokiem wystosował zaproszenie do Sophie L'Anglais, choć nie bardzo było wiadomo zaproszenie do jakich czynności. Bezpośrednio po tej wypowiedzi Marc chciał zaprotestować, ale wtem odezwał się elegancik Luis Deullin
- Po treści wnioskuje że wiadomość jest dość podobna u nas wszystkich. W moim liście również staruszek wspomniał panią Carolin, której nie ma tu dzisiaj z nami. Też uważam że trzeba będzie ją odwiedzić, lecz wydaje mi się że najpierw mamy nieco formalności do dopełnienia. Czyż nie, Panie Bernarde? Co myślicie na temat woli zmarłego zawartej w naszych listach? Moją powinnością jest udzielenie pomocy Panu Claudeowi w pewnej... rzeczy związanej z posiadłością zmarłego krewniaka. Reszta treści tego listu jest dość... niecodzienna. - elegancik starannie dobierał słowa. W tym miejscu Marc Vernier zdecydował się przemówić, no bo właściwie już wiedział tyle ile potrzebował wiedzieć o treści innych listów.
- Proszę wybaczyć moją bezpośredniość, ale nie znam Carrolyn de Euge i choć była przyjaciółką Castora (co czyni ją osobą poleconą przez tego szacownego człowieka) to nie mogę zupełnie jej ufać. Jesteśmy tu zebrani - niemalże wszyscy, których Castor cenił i ufał na tyle, aby powierzyć swoje dobra materialne i tajemnice. Panna Carrolyn de Euge wiedziała gdzie i kiedy będzie to spotkanie, a jednak nie dotarła na nie - nie jest wykluczone, że właśnie w tym momencie używa powierzonego jej klucza i działa przeciw woli zmarłego. Wszakże nie możemy być w dwóch miejscach na raz i skoro jesteśmy tu to nie ma nas aktualnie w posiadłości Castora... - Marc nie chciał przyjmować roli przywódcy, ale sprawa ta dla niego wydawała się na tyle pilna, że trzeba było natychmiast ją poruszyć zanim padną jeszcze inne propozycje co do dalszego postępowania. Samotnie nie pójdzie tam. Nie chciał o tym mówić na głos, ale podejrzewał najgorsze. Treść listu nie pozostawiała złudzeń co do wartości ukrywanego przez Castora przedmiotu. Wartości przebijającej nawet księgi pozostawione dla Verniera. Wartości - niemal zerowej dla zdrowych na umyśle ludzi, ale po świecie wędrowało zbyt wielu szaleńców gotowych poświęcić swoje i cudze życie dla nieracjonalnych celów i pragnień. - ... Ja oczywiście rozumiem, że są formalności, którym musi się stać zadość, ale... chciałem wyrazić swoje zaniepokojenie ze względu na stan zdrowia Castora de Overneyesa jaki prezentował przed swoją śmiercią i podkreślić, że wymieniona przeze mnie panna była nową znajomą Castora... nie opuszczę jednak tego zgromadzenia sam i gorąco zachęcam pozostałych, aby natychmiast udać się do domu Castora i sprawdzić czy wszystko jest w porządku.

Był dobrym mówcą, ale nie mógł wywlec na światło dzienne wszystkich argumentów jakie posiadał i miał świadomość, że jego próby mogą zostać zablokowane zarówno przez prywatne interesy piątki osób z nim zebranych jak i formalistyczne podejście do życia du Bernanda. Rozumiał to, ale miał nadzieję na coś innego. Nie podejrzewał też nikogo w tym pomieszczeniu o złą wolę. Postanowił jednak bacznie przyglądać się reakcjom innych nie tylko werbalnym, ale i niewerbalnym.

Marc Vernier był lekko grubym człowiekiem o niezwykle przenikliwym wzroku, ale równocześnie wzbudzającej zaufanie twarzy. Był takim adwokatem jakiego chciało się mieć po swojej stronie nawet jeżeli czasem zachowywał się w lekko ekscentryczny sposób to wynikało to z ponadprzeciętnej wiedzy jaką posiadał. Był również popularną osobą w niektórych kręgach, choć akurat nikt z wyjątkiem adwokata du Bernanda nie wyglądał na takiego, który mógł wcześniej słyszeć o Marcu Vernierze.
 
Anonim jest offline  
Stary 16-10-2015, 13:06   #6
Szpieg Reptilian
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 38651 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację
Człowiek od zawsze obawiał się tego co niewiadome i ostateczne, a cóż spełniało te kryteria lepiej niż śmierć? Nie sam proces umierania zazwyczaj przepełniał ludzkie serce trwogą, lecz to co miało stać się później - wielka nierozwiązywalna zagadka, tajemnica sama w sobie. Można było raptem gdybać i snuć domysły, pewności czy jest coś “później” nie miał nikt. Tworzono więc religie mające na celu uspokojenie ludzi oraz zapewnienie, że kiedy ustanie ich oddech, a oczy zamkną się na zawsze, nie będzie to oznaczać ostatecznego końca. Opiekunami śmierci zostali bogowie jak chociażby Ozyrys, Hades, Azrael, Tanatos, Mictlantecuhtli czy Ereszkigal. Ich domeny wypełniły dusze umarłych, żywi zaś odzyskali częściowy spokój. O wiele mniej przerażające jawiło się to, co przynajmniej teoretycznie zostało poznane i okiełznane. System się sprawdzał, podważyć go nie szło, jako że nauka nie znała odpowiedzi na wszystkie pytania. Tak wiele zostało jeszcze do odkrycia, w swoim czasie i swoim miejscu… ale na pewno nie w marsylskiej kancelarii prawniczej, dnia 16 lipca 1931 roku.

Siedząc w wygodnym fotelu przybytku przy Rue de Navarin 12, Sophie wbrew wszelkim logicznym czynnikom czuła smutek, a irracjonalne poczucie winy drapało wewnątrz czaszki pazurami ostrymi niczym chirurgiczne skalpele. Chwila odpoczynku możliwa dzięki uprzejmości pana du Bernande, pozwoliła kobiecie pozbyć się irytującego wrażenia ciągłego pogłosu stukających kół jakie przyczepiło się do niej już na samym początku podróży pociągiem. Konieczność tkwienia kilka godzin w jednym, trzęsącym się miejscu powodowała ból i nieznośną sztywność całej lewej strony ciała. Nie łudziła się, gdyby nie wzięte w przedziale leki nie dałaby rady wyjść na peron z godnie wyprostowanymi plecami. Odwykła od wycieczek, bez dwóch zdań. Pomyśleć, że kiedyś potrafiła spędzić tydzień w siodle, później miesiącami przedzierać się przez zapomniane przez Boga i ludzi fragmenty tropikalnej dziczy. Starzała się, tetryczała… jeszcze trochę, a utknie w Paryżu do końca swoich dni. Szkoda, bo kochała podróże w nieznane. Czas jednak bardzo skutecznie potrafił zrestrukturyzować priorytety życiowe nawet tych najbardziej niepokornych dusz.

Świetnym przykładem był tu sam zmarły. L'Anglais zapamiętała go jako pełnego spokoju i wewnętrznej siły człowieka o niespotykanej wiedzy oraz cierpliwości. Nawet za jej szczenięcych lat nigdy na nią nie nakrzyczał, choć należała do wyjątkowo uciążliwych, zadających dziesiątki pytań dzieci. Tłumaczył, pokazywał, objaśniał, opowiadał. Dzięki niemu została tym, kim była dzisiaj… a teraz nie żył. Nie zdążyła go pożegnać, podziękować za wszytko co zrobił na przestrzeni prawie trzech dekad. Czytając ostatnie słowa Castora, spisane na wysokiej jakości papierze nie potrafiła się skupić.

Ubrana w długą welurową sukienkę w kolorze smolistej czerni i identycznej barwy prosty żakiet z angielskiego tweedu, ciemnowłosa kobieta przez całe spotkanie przypominała bardziej posąg niż żywego człowieka. Nie wykonywała zbędnych gestów, trzymając obleczone rękawiczkami dłonie: lewą ułożoną na trzymanej na kolanach niewielkiej torebce, prawą ściskającą kurczowo wyciągniętą z koperty kartkę. Słuchała toczącej się tuż obok dyskusji, potakiwała nieznacznie głową, raz za razem wodząc wzrokiem po ciągu atramentowych liter. Odezwała się dopiero gdy zapanowała chwilowa cisza.

- Castor chorował na serce, narzekał też na problemy z ciśnieniem. W jego wieku to nic niezwykłego. Wraz z uciekającą młodością do człowieka przyczepia się masa mniejszych, bądź większych dolegliwości zdrowotnych. Wszystkich nas to czeka, taka kolej rzeczy. - w jej głosie dało się wyczuć żal. Złożyła list starannie na pół jedna ręką i odłożywszy go na kolana podjęła wątek - Od dawna też nie ruszał się z domu, a co dopiero z kraju. Raczej nie złapał żadnej egzotycznej choroby którą zaraziłby pannę de Euge. Przez wzgląd na szacunek dla zmarłego dopełnijmy wpierw wszelkich potrzebnych formalności, następnie zajmijmy się resztą. Ja również dostałam informację o konieczności pojechania do domu przy ulicy La Fontaine 14. Jeśli panowie pozwolą udamy się tam wspólnie. Później zaś będę dozgonnie wdzięczna jeśli któryś ze znających miasto panów pomoże mi i wskaże drogę do biblioteki lub księgami. Dawno nie byłam w Marsylii, wiele się tu zmieniło. - zakończyła, uśmiechając się pierwszy raz od poprzedniej nocy.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

"I am the bad one, distant and cruel one.
I am the dream that, keeps you running down."

Ostatnio edytowane przez Zombianna : 16-10-2015 o 17:01.
Zombianna jest offline  
Stary 16-10-2015, 18:23   #7
 
GreK's Avatar
 
Reputacja: 8783 GreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputację
Claude, uniósł brwi na dźwięk swego nazwiska a przy "dom w Marsylii" rozkaszlał się, zasłoniwszy usta białą chustą, suchym, natarczywym, astmatycznym kaszlem, w którym utonęła nazwa ulicy. Nie spodziewał się wiele i przybył raczej wiedziony ciekawością, niż chciwością, liczył co najwyżej na ciekawy inkabuł, czy wskazówkę dotyczącą jego najnowszych badań, lecz dom? Jego zdumienie większe jeszcze było niż w momencie otrzymania zaproszenia na odczytanie testamentu.

***

Tego dnia Lévi-Strauss siedział w l'Hôpital Saint Joseph na Boulevard de Lovain w zielonym ogrodzie sanatorium zatopiony w lekturze Victor Hugo "L'homme qui rit". Budynek umiejscowiony był dziesięć minut spacerkiem od plaży, który to dystans zwykł był pokonywać co najmniej dwa razy dziennie, rankiem i wieczorem, gdy upał jeszcze nie dawał się we znaki. Elegancki pan w średnim wieku, w dobrze skrojonym fraku, podpierający się modną ostatnimi czasy laską, z szykownym cylindrem na głowie. Zawsze dokładnie ogolony, z uczernioną, dokładnie przystrzyżoną brodą.

Nieodłączna laseczka z rączką z kości słoniowej, wyrzeźbionej z pamiątki przywiezionej z Afryki, z tej pamiętnej ekspedycji, w której pogruchotał nogę, oparta była teraz o ławkę na której półleżał, z przykrytymi mimo upału pledem nogami. Książkę trzymał w lewej ręce, w prawej zaś podtrzymywał główkę fajeczki, którą ćmił powoli, wbrew zaleceniom lekarzy, ku wyraźnemu ich strapieniu. Drzewa szumiały cicho i dawały przyjemny cień a chłodna bryza od morza rozganiała rozgrzane powietrze. Gdy usłyszał chrząknięcie uniósł wzrok. Pielęgniarz w nienagannym uniformie stanął trochę z boku, sztywno.

- Monsieur Lévi - ukłonił się lekko - list do pana.

Zdziwił się. Sprawy w Paryżu pozostawił zamknięte i nie oczekiwał aktualnie żadnej korespondencji poza paroma książkami, które zamówił w antykwariacie. Kopertę rozerwał ustnikiem fajki. Informację o śmierci Castora de Overneyes przyjął ze smutkiem, z jakim przyjmuje się wieści o śmierci znajomych. Nie, żeby ze starym dziwakiem wiązało go coś więcej niż zainteresowania, lecz odejście staruszka wprowadziło go w stan melancholijnej zadumy.

***

Najwidoczniej zmarły miał jednak dar zaskakiwania, bo przy ostatnich słowach testamentu wypowiedzianych, z niemałym trudem, przez adwokata Aleksandre Fillip du Bernande, Claude oparł się wygodnie na krześle i w zamyśleniu zaczął gładzić brodę, z której to zadumy wyrwało go dopiero wręczanie kopert. Treść wiadomości zaintrygowała badacza i spowodowała, że na jego bladej zazwyczaj twarzy pojawiły się lekkie wypieki. Pojawiły się pierwsze głośne komentarze i sugestie. Przyglądał się wszystkiemu w milczeniu, obserwując uważnie przybyłych. Już wcześniej dostrzegł wśród spadkobierców jedną znajomą twarz, Ottona prowadzącego dość przyjemny antykwariat w pobliżu wybrzeża gdzie zwykł był spacerować. Pozostałych nie znał.

Skinął głową Luisowi Deullin, który zaoferował pomoc w związku z, jak się domyślił, posiadłością, którą zapisał mu w spadku zmarły. Wysłuchał wszystkich głosów, po czym wstał, poprawił poły fraka i zastukał końcem laski w podłogę, by wszyscy zwrócili na niego uwagę. Gdy już ucichło rzekł z wolna, niespiesznie, namyślając się nad słowami, które wypowiadał. Przedłużając niektóre.

- Madame L'Anglais - skinął głową w kierunku damy, - monsieurs! Nie działajmy pochopnie. Uważam, że po dopełnieniu formalności powinniśmy wpierw przedyskutować zaistniałą - zrobił krótką przerwę, szukając odpowiedniego słowa - n i e c o d z i e n n ą, przyznacie, sytuację nim podejmiemy jakiekolwiek kroki. I choć pewnie wielu z was znało zmarłego lepiej ode mnie, nie uważam go za człowieka, który wybrał nas do tej... hmmm... m i s j i przypadkowo.
 
__________________
Miasteczko Diamond Taint. - Horror. Storytelling. 18+.
Rekrutacja dodatkowa! - ciągle możliwa, chętnych proszę o PM
GreK jest teraz online  
Stary 17-10-2015, 19:22   #8
Ośmiorniczka
 
Fyrskar's Avatar
 
Reputacja: 8097 Fyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputację
Powiedzieć, że Lèmmi był zaskoczony śmiercią swojego klienta, znaczyło dokładnie tyle, co rozminąć się z prawdą. Chodziło tu o coś zgoła innego, niż o niewiarę pokładaną w zdrowie bogatego mężczyzny, to bowiem wraz z wiekiem, jak u niemal każdego starzejącego się człowieka, słabło. Sposobem tym ciało stawało w opozycji do tego, do kogo nie należała. Będąc człowiekiem fatalistycznego usposobienia, Ottone potraktowałby ze spokojem i uznałby za zwykłą kolej rzeczy. Tak by się stało, gdyby nie spojrzał na to ze stanowiska tak samolubnego, jak to tylko było możliwe. Przyzwoitość i szacunek kazały mu uronić nad losem Castora łzę, ale jeśli wejrzałoby się w jego myśli, można by pomyśleć, że płacze nad własnym zasranym losem i biedą, jaka jutro, pojutrze lub za tydzień zajrzy mu do oczu. W końcu bez pieniędzy bogatego klienta miał marne perspektywy na utrzymanie interesu.

Ostrożnie obejrzał pozostawioną przez listonosza kopertę. Siedział przy biurku w mieszkaniu na tyłach antykwariatu i walczył sam z sobą. Walające się naokoło sterty papierów, z których część charakteryzowało stan antykwariatu, a część wzywała Włocha do zapłaty, rzucały na rozświetloną, papierową fakturę koperty cienie tyleż długie, co niepokojąco postrzępione. Wahał się. List od prawnika mógł się okazał ostatnim jaki odbierze w tym domu. Zaklął pod nosem. Nawet jeśli go spali, to przecież i tak jego treść będzie prawomocna. Wygrzebał z obluzowanej szuflady nożyk i rozciął kopertę.

Ostrożnie i niepewnie zaczął wertować tekst. Pochłaniał go z każdym słowem coraz szybciej, a gdy skończył, powtórzył lekturę jeszcze dwukrotnie, wolniej i dokładniej. Nie mógł uwierzyć w to, o czym czytał. Overneyes zapisał część spadku... jemu? Ottone dla pewności zerknął na odpowiedni ustęp raz jeszcze. To było niemal niedorzeczne. Gdyby potrzebował go do pomocy w jakiegoś rodzaju sprawie, to tak, wtedy prawdopodobnym byłoby, gdyby skierował się do Lèmiego. Ale uwzględnienie go w testamencie? To było wybawienie i serce biło antykwariuszowi z radości, a rozum podpowiedział mu, że powinien podejść do sprawy z dużą ostrożnością.

◆◆◆

Ottone źle się czuł w sztywnym, zachowanym na podobną okazję garniturze. Ciemnobrązowo, niemodnie z krojony. Podobnie jak ten, który nosił na sobie na co dzień. Mimo to czuł się, jakby był w obcej skórze. Odetchnął ciężko i jedną ręką otwierając drzwi, nachylił się w stronę lustra. Potarł policzki i rzadką brodę, wsunął okulary na nos. W głębi duszy liczył, że nie będzie odbiegał prezencją od innych spadkobierców, choć czuł, że tak nie będzie.

Musiał przyznać, że bardziej od pozostałych spadkobierców, choćby i Clauda, a nawet bardziej od samego spadku, zafrapowała go treść pozostawionego przez zmarłego listu. Treść ta nie mogła dalece odbiegać od treści listów pozostałych. Potwierdzały to słowa Bertranda. Ottone przywołał na ułamek sekundy tajemniczą frazę, którą prawnik zakończył ostatnie słowa zmarłego. Nie były one w żadnym znanym Lèmiemu języku, mógłby jednak przysiąc, że miał niegdyś w rękach jakieś dzieło, w którym widniało coś podobnego. Jak na złość, nie pamiętał kiedy i gdzie miało to miejsce.

- Wydaje mi się, że wszyscy otrzymaliśmy podobne zadanie - Włoch zabrał w końcu głos. - Przyznam, że niecierpliwiłbym się wielce, gdybym nie zaoferował mojego towarzystwa wszystkim tym, którzy zechcieliby odwiedzić pannę de Euge. Jestem wielce ciekaw, o ileż ciekawsza od beczek ogórków jest zawartość piwnicy świętej pamięci pana Overneyesa.
 

Ostatnio edytowane przez Fyrskar : 19-10-2015 o 16:19.
Fyrskar jest offline  
Stary 18-10-2015, 11:14   #9
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 14213 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Wszyscy

Formalności, których trzeba było dopełnić zajęły jeszcze blisko godzinę. Odczytanie stosownych klauzul, sprawdzenie tożsamości uczestników odczytu testamentu, podpisy związane z przyjęciem warunków, przyjęciem mecenatu adwokata, przejęciem tymczasowym spadku, kwestii podatkowych, notarialnych, proceduralnych no iw końcu przekazanie kluczy do mieszkania zmarłego Castora de Overneyes przy Rue Plersance.

Od samej ilości papierów można było dostać zawrotu głowy, jednakże trze było przyznać, że Aleksandre Filippe du Bernande doskonale znał się na swojej pracy i potrafił zorganizować ją niezwykle sprawnie, tak że spadkobiercy nie zauważyli nawet, jak wybiła godzina czternasta.

- Jeszcze tylko jedno – ucieszył się adwokat zbierając starannie parafowane dokumenty. – Obiad, którego menu ułożył zmarły. Jesteśmy idealnie o czasie. Poproszę za mną.

Opuścili kancelarię i przeszli dosłownie kilkadziesiąt kroków, na róg Rue de Navarin, gdzie mieściła się elegancka, wręcz szykowna restauracja. Podawano w niej lokalną kuchnię i już po chwili zjadali się tradycyjnymi potrawami kuchni śródziemnomorskiej – smakołykami, które szczególnie osobom związanym z czasów dzieciństwa lub młodości, przypomniały tamte właśnie czasy, gdy przesiadywały ze zmarłym w jego domu. Do ostryg i małż, do sałatek i ryb, podawano delikatne wina dobrego rocznika, a na scenie przygrywał uzdolniony gitarzysta wypełniając przestrzeń tradycyjnymi, śródziemnomorskimi melodiami.

Przez chwilę nawet zapomnieli o swoich niepokojach wypełniając zmysły przyjemnościami doczesnego świata. Czy właśnie to chciał przekazać im zmarły? By cieszyli się takimi właśnie przyjemnościami? Ciepłem słońca, smakiem potraw i win, brzmieniem muzyki?

Obiad zakończył się lodowym deserem, który ledwie mogli zmieścić, i restaurację opuścili – po uściskach dłoni i zapewnieniach Aleksandre Filippe du Bernande, o jego dozgonnej pomocy na wypadek kwestii związanych ze spadkiem - o czwartej popołudniem, kiedy upał na ulicach odrobinę zelżał.
Tutaj spadkobiercy podzielili na dwie grupy. Jedna postanowiła natychmiast udać się do domu zmarłego na Rue Plersance, a druga na La Fontaine 14, do mieszkania Carrolyn de Euge.

RUE PLERSANCE

Dom Castora znajdował się na końcu długiej, krętej ulicy wspinającej się na wzniesienia okalające Maryslię. Położony nieco na uboczu, pośród zieleni, otoczony staliwnym płotem, z solidną bramą wyglądał na nieco nieprzystępne miejsce. I odrobinę zapuszczone.

Miał w sobie jednak niezaprzeczalne piękna stojąc tak, w lekkim oddaleniu od innych rezydencji, trzypiętrowy, okazały. Z ulicy roztaczał się też wspaniały widok na Marsylię i zatokę, nad którą powstało miasto, a ci, którzy kiedyś odwiedzali Castora w jego domu, wiedzieli, że podobne widoki podziwiać można z ogrodu, przy stoliku szachowym.

Brama na posesję była otwarta i szeroką, piaszczystą drogą dostali się pod drzwi do domu.

Jeden z kluczy przekazanych przez prawnika otwierał drzwi wejściowe do budynku i po chwili stali w szerokim, niemal hotelowym patio z którego dostać się było można do pomieszczeń na górze – gdzie mieściły się sypialnie, biblioteki i gabinety lub skorzystać z salonu na dole, jadalni zdolnej pomieścić z trzydzieści osób jednocześnie, pomieszczeń dla służby i kuchni.

Według dokumentacji dom miał blisko sześćset metrów kwadratowych – bez strychu i piwnic - chociaż wydawał się bardziej rozległy, kiedy spacerowało się pomiędzy tymi chłodnymi murami.

Wszystkie meble pokrywała warstwa kurzu, ważniejsze pomieszczenia pozamykano na klucz, jednak znaczna część pokoi nadal była dostępna.
Nic nie budziło ich niepokoju, być może poza ciszą wypełniającą przestrzeń. Nawet odgłosy z zewnątrz wydawały się być przytłumione, jakieś odległe, jakby dochodziły z miejsca znajdującego się gdzieś indziej, nie na tym samym świecie, co dom Castora.

Nie wyglądało jednak na to, by ktoś ingerował w dom po śmierci właściciela.
Szybko odnaleźli drzwi do piwnicy. Niezwykle szerokie, solidne i grube wzbudziły ich jakiś irracjonalny niepokój. Takie drzwi montowano w więzieniach, jako wrota zamków lub kaszteli lub w skarbcach bankowych. Takie drzwi miały skrywać sekrety lub majątek dużo cenniejszy, niż wszystko inne.

Drzwi zamykały trzy potężne zamki. Niestety, żaden z kluczy otrzymanych w kancelarii adwokackiej nie pasował do nich.

Drzwi były wspaniale zdobione. Wyrzeźbione na nich dwa lwy trzymały klucze z wyraźnymi symbolami chrześcijaństwa.

Ogólnie, drzwi do piwnic sprawiały naprawdę imponujące i tajemnicze wrażenie.

Tuż przy wejściu do piwnic spadkobiercy zauważyli dwie szerokie bruzdy znaczące kamienną posadzkę podłogi. Wyglądało na to, że ciągnięto tutaj jakiś ciężki ładunek. Na tyle ciężki, że posadzka z piaskowca, którą wyłożono podłogi rezydencji, nie wytrzymała obciążenia.


La Fontaine

Ulica La Fontaine znajdowała się na obrzeżach śródmieścia Marsylii i stanowiła bramę do innego świata. Świata dzielnic zamieszkanych przez mniej zamożną część społeczeństwa. Świata, do którego lepiej nie było zapuszczać się po zmroku – ciemnych i wąskich zaułków, bram prowadzących na małe podwórka, którymi dostać się było można na sąsiednie ulice. Świata, który oferował nieostrożnym ludziom napad, rabunek a niekiedy coś dużo gorszego.

W dzień była to po prostu mniej zamożna część Marsylii, gdzie ludzie starali się jakoś związać koniec z końcem przy pracach dorywczych, w porcie lub we własnych, tradycyjnych interesach –małych sklepikach, straganach, zakładach.

Adres zamieszkania panny de Euge okazał się być czynszówką, jakich wiele. Nie było spisu lokatorów, więc zmuszeni byli udać się do mieszkania gospodarza, by dowiedzieć się, gdzie mieszka poszukiwana przez nich osoba.

Gospodarzem okazał się być mężczyzna w sile wieku o wyraźnej domieszce krwi Maurów. Na początku udawał, że nie wie, o co chodzi, ale banknot o niewielkim nominale odświeżył mu pamięć i w ten sposób dowiedzieli się, że Carrolyn de Euge wynajmuje, wraz z przyjaciółką, mieszkania pod dziewiątką na trzecim piętrze.

Po chwili stali już przed drzwiami oznaczonymi dziewiątką. Zapukali, lecz nikt im nie odpowiedział. Zapukali ponownie, ale znów niczego nie usłyszeli.
To wzbudziło ich niepokój.

Zza drzwi na końcu korytarza dochodziło do nich echo jakiejś awantury, nieco wyżej ktoś straszliwie kasłał, pod budynkiem przejechała ciężarówka z rozregulowanym silnikiem, na parterze słyszeli głośną rozmowę dozorcy z jakimś lokatorem. Jednak zza drzwi numeru dziewięć nie dochodził żaden, nawet najcichszy dźwięk.

Chociaż nie. Usłyszeli coś. Brzęczenie much. I czuli. Jakąś nieprzyjemną, ledwie wyczuwalną, mdlącą woń.
 
Armiel jest offline  
Stary 22-10-2015, 16:10   #10
Szpieg Reptilian
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 38651 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację
Restauracja, Rue de Navarin

Zdawało się, że przed śmiercią Castor de Overneyes pomyślał dosłownie o wszystkim. Nie dość, że ściągnął do Marsylii grupę obcych sobie ludzi, kilkoma spisanymi na czerpanym papierze słowami nakłonił ich do współpracy, na dodatek wybrał potrawy mające pojawić się na żałobnym stole. Widać przeczuwał swój rychły koniec i zawczasu zadbał o każdy możliwy detal, nie pozostawiając przypadkowi zbytniego pola do manewru. Może chciał pożegnalną wieczerzą podziękować im za poświęcony mu czas, a może miała ona stanowić ostatni moment spokoju przed zbliżającymi się milowymi krokami problemami? Postępowania spadkowe i testamenty prócz namacalnych dóbr materialnych lubiły przynosić ze sobą również masę zgryzot, przeistaczając się z uśmiechu losu w szpaler rzuconych pod nogi kłód… a z zachowaniem równowagi i bez tego Sophie miała dość własnych kłopotów.

Po głównym posiłku, Luis wstał wyraźnie chcąc coś powiedzieć.
- Korzystając z tej idealnej okazji, jako krewniak zmarłego chciałbym wznieść toast za pamięć mego wuja, Castora de Overneyes. Niech spoczywa w pokoju. Luis uniósł kieliszek wina i upił z niego mały łyk. - Chciałbym również wypić za to doborowe towarzystwo, które w pełni zawdzięczam memu wujowi. Mam nadzieje że w najbliższym czasie będziemy mieli okazję poznać się lepiej. Skinął głową zebranym i po chwili usiadł na swoje miejsce.

Claude wychylił toast, po czym wyciągnął fajkę i tytońcówkę. Zabierając się, z właściwą mu flegmą, za czyszczenie cybucha. Odchrząknął, po czym podjął rozmowę.
- Nie sposób się nie zgodzić z panem Deullin. Zdaje się, że przyjdzie nam spędzić ze sobą trochę czasu. - Poczekał aż wszyscy zgodzą się z tym stwierdzeniem.- Dobrze by więc było, żebyśmy się poznali. Im prędzej, tym lepiej… tak mniemam...
Otworzył tytońcówkę i zaczął napełniać główkę fajki aromatycznym tytoniem.

- Państwo pozwolą, że zacznę od siebie - odchrząknął ponownie nie przerywając pracy. - Claude Lévi-Strauss, antropolog, badacz. Pracuję w Bibliothèque Publique d'Information de St Denis. Obecnie na urlopie zdrowotnym w Marsylii. Wuja pana Deullin - tutaj uczynił nieznaczny ukłon w kierunku Luisa - znałem słabo. Łączyła nas wspólna pasja odkrywania misterium nieodgadnionego. Z całą mocą mogę jednak stwierdzić, że był człowiekiem niezwykłym - dodał po namyśle.

Spojrzał na przybyłych.
- To tyle odnośnie mojej skromnej osoby.
Zamknął srebrne wieczko, po czym schował pudełeczko w połach fraka. Sięgnął po zapałki.

- Ottone Lèmmi - Włoch wypił ostrożnie łyk wina z kieliszka i odstawił naczynie na swoje miejsce. W wytwornym towarzystwie czuł się raczej nie na miejscu. Odruchowo upił jeszcze trochę trunku. - Pochodzę z Florencji, prowadzę antykwariat, z którego korzystał świętej pamięci pan Overneyes, a także pan Claude - skinął wspomnianemu. - Mam nadzieję, że razem sprostamy zadaniu pozostawionemu nam przez zmarłego.

- Ja, jak już wiecie nazywam się Luis Deullin. Bratanek zmarłego. Na co dzień projektuje samoloty w wytwórni Bleriot Aeronautique. Spokojna praca. Szczęściem od czasu do czasu mam okazje je oblatywać, bo inaczej człowiek by wrósł w ziemie przed deską kreślarską. Uśmiechnął się, odruchowo bawiąc rękawiczką na lewej ręce. Gdy sam to dostrzegł, napił się wina, opuszczając zakrytą dłoń poniżej krawędzi stołu.

- A jeśli o sprostanie zadaniu Castora idzie to jestem dobrej myśli panie Ottone. W końcu on sam nas do niego dobrał, a przyznać trzeba że mimo swej... ekscentryczności był człowiekiem roztropnym, który niewiele pozostawiał przypadkowi.

Na te słowa odezwała się czarnowłosa kobieta, odstawiając ledwie napoczęty kieliszek na stół tuż obok talerza.
- Co prawda to prawda, zawsze wydawał się widzieć świat w szerszej perspektywie. Za młodu przypuszczałam po cichu, że wie wszystko o wszystkim, zupełnie jakby żywił się książkami i przetrzymywał w głowie pochłonięte informacje. Nawet go o to spytałam, ale tylko się roześmiał po czym zaprzeczył. - uśmiechnęła się do swoich wspomnień, przenosząc wzrok z zastawy na zgromadzonych mężczyzn. Kiwnęła każdemu nieznacznie głową i kontynuowała - Mimo dość tragicznych okoliczności cieszę się, iż dane mi było panów poznać. Nazywam się Sophie L'Anglais i jestem wykładowcą Université de Paris. Specjalizuję się w badaniu kultury i zwyczajów starożytnych, dawno wymarłych cywilizacji. Sumerowie, Egipcjanie… w pogoni za ich tajemnicami zwiedziłam kawał świata, ale to było kiedyś. Teraz mieszkam na stałe w Paryżu. - zakończyła, ponownie sięgając po wino.

- Ach to zapewne stąd wydała mi się pani znajoma. W zeszłym roku ukończyłem humanistykę w Paryżu i bywałem na wykładach ze starożytności. - wtrącił się młody człowiek w letnim garniturze. - Jestem Bertrand Prunier dziennikarz z Le Canard enchaîné. Niestety Pana Castora znałem z niezbyt miłych okoliczności. Wytoczył mi proces o zniesławienie, który nota bene wygrał. Domyślacie się zatem Państwo w jakie zdumienie wprawił mnie jego zapis.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko popijając wino i sięgając po papierosa.
- Nie macie Państwo nic przeciwko, że zapalę? Skoro Pan Claude wyciągnął fajkę... - Usprawiedliwił się wyciągając papierosy i oferując je gestem i pytającym wzrokiem.

- Ach… - westchnął bibliotekarz wyciągając fajkę z ust. - Nie sądziłem, że to może… przecież…- i wypuścił obłoczek dymu.

- Może mi Pani powiedzieć Panno Sophie, gdzie Pani mieszka w Paryżu? Może jesteśmy sąsiadami. Wynajmuję mieszkanie przy placu Vintimille. Niedaleko placu Pigalle.
Pytanie kobiety, czy nie mieszka w pobliżu Pigalaka. Dzielnicy słynącej z licznych domów rozpusty było zdecydowanie prowokacyjne, by nie rzec bezczelne.

- Niestety muszę pana rozczarować, panie Prunier - L’Anglais spojrzała w zadumie na dziennikarza chwilę się nad czymś zastanawiając, ale pokręciła głową dziękując za poczęstunek - Mieszkam w okolicy Villa Montparnasse. Cicha, spokojna, skłaniająca do refleksji okolica. - odpowiedziała z pełną powagą mając nadzieję, że wspomnienie pobliża paryskiej nekropolii pozwoli jej uciec od dalszego drążenia tematów prywatnych.

Marc Vernier spokojnie konsumował przyniesione smakołyki i przyglądał się pozostałym, a także słuchał. Zawsze słuchał! Wyjrzał przez okno restauracji i zobaczył uliczny ruch, a i nic podejrzanego. Teraz jak już minęło tyle czasu na siedzeniu w kancelarii to nie trzeba było się śpieszyć. Prawdopodobnie jeżeli miało być za późno to już było. Nijakie rozmówki pozostałych sprawiały wrażenie, że nikt nie zorientował się z powagi sytuacji. Castor może i był starcem, ale jego wiedza mogła być w niektórych kręgach niezwykle niebezpieczna. Jedyna kobieta w tym towarzystwie wspomniała o książkach, które Castor tak lubił czytać - tak naprawdę było to jego obsesją z wiadomych powodów. Najgorsze miało jednak nastąpić nie w formie zapisanej, a jakiegoś… Marc przerwał nagle ciąg myśli, gdy zauważył, że pozostali jakby przymilkli. Postanowił się odezwać, żeby nie wyjść na mruka:
- Ciekawe towarzystwo się zebrało… - powiedział jak gdyby nigdy nic, a wszyscy spojrzeli na niego, bo już niemal zapomnieli, że Marc w ogóle jeszcze był przy stole. - … jest tutaj antropolog, antykwarysta, projektant samolotów, kulturoznawca, dziennikarz, no i ja. Ja wiem po trochu tego wszystkiego co państwo no może z wyjątkiem samolotów, choć czasem korzystam z ofert transportu lotniczego. - Marc uśmiechnął się i pokiwał głową w stronę Luisa. - No i nie jestem jego krewnym, choć moja znajomość z Castorem trwała wielu, wielu lat. - przez moment Marc sprawiał wrażenie, że odpłynął w stronę swoich wspomnień, ale jego czujne oczy nie przestały obserwować otoczenia - Zastanawia mnie czemu my mamy zająć się ostatnim zadaniem Castora. Antropolog, antykwarysta, projektant samolotów, kulturoznawca, dziennikarz i ja. - powtórnie wyliczył wszystkich obecnych spoglądając na nich po kolei. Miał uczucie, że odpowiedź na to pytanie jest przed jego oczami. Inni porównywali stopnie zażyłości, zaufania, ale tu było coś więcej - pewien chaotyczny układ - szalony porządek, którego umysł Castora ogarniał ze względu na swoją, mówiąc łagodnie, ekscentryczność. Marcusowi nie podobała się ta gra, choć już zadecydował w nią zagrać: gdyby rzeczywiście to co zostało mu zlecone w liście było takie ważne to ten dodatkowy list będący w posiadaniu du Bernanda byłby natychmiast ujawniony. Nie był, bo to tylko jakaś gra. Ganianie, szukanie gęsi.
- Ach, i wybaczcie moje poprzednie naleganie na pośpiech. Znam… znałem Castora na tyle, że zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji. W relacjach ze mną był szalenie poważny i stąd to się wzięło. Może i nie powinienem oskarżać jego nowej znajomej, która mając klucz do skrytki w jego mieszkaniu nie stawiła się na odczytanie testamentu, choć również była wezwana. Trochę obawiam się o pannę de Euge. - po wymienieniu jej nazwiska ponownie przyjrzał się rozmówcom, ich reakcjom, czy jakiś ich ruch nie zdradzi ich odnośnie posiadanej przez siebie wiedzy. Oczywiście przyjmował, że nie zdradzi, bo to są prawdopodobnie sami swoi - za takich ich uważał Castor, a Castor nie wpakowałby Marcusa w nieciekawe towarzystwo… za życia.
- Cthulhu fthagn. - dodał i ponownie spojrzał po zebranych - Dość dziwne sformułowanie nieprawdaż? Może któreś z państwa już je słyszało?

- Projektant, owszem. Lecz nie tylko. Podczas Wielkiej Wojny byłem pilotem w stopniu porucznika. Może to miało jakiś wpływ na moją obecność tutaj? Wszak sugeruje pan że zostaliśmy dokładnie dobrani do tej sprawy. No i z jakiego powodu obawia się pan o panią de Euge? Odpowiedział Luis. - A te tajemnicze słowa absolutnie nic mi nie mówią. Wie ktoś jaki to może być język, albo jak się łączy z tym wszystkim? Zapytał zaciekawiony.

- Ja z kolei gdzieś już natknąłem się na podobną frazę - rzucił znad kieliszka Ottone. - Bez wątpienia w jednej z książek dostarczonych świętej pamięci panu Castorowi, ale, wybaczcie, kompletnie nie pamiętam w której. Kiedy wrócę do antykwariatu, przejrzę notatki, a nuż się czegoś dowiem.

L'Anglais przysłuchiwała się w ciszy owej wymianie zdań, błądząc myślami wśród własnych wspomnień. Wydawało się jej, że zetknęła się już z dziwnym zwrotem, lecz gdzie i kiedy nie potrafiła jednoznacznie określić. Języka również nie rozpoznawała, co wprawiło ją w lekkie zakłopotanie. Z drugiej strony uśpiona na dnie duszy ciekawość podniosła leniwie powiekę, budząc się do życia po długiej, paryskiej drzemce. Oto przyszło się jej natknąć na zagadkę, a Sophie uwielbiała zagadki. Zwłaszcza ich rozwiązywanie, przynoszące naukowemu światu kolejne, jakże cenne okruchy informacji o otaczającym och świecie.
- Jeżeli nie będzie pan miał nic przeciwko, chciałabym rzucić okiem na pański księgozbiór - zwróciła się uprzejmie do przedmówcy, kładąc obleczone koronkowymi rękawiczkami dłonie na stole -Lecz wpierw zajmijmy się bieżącymi sprawami. Dom Castora i mieszkanie panny de Euge. Wybieram się w drugie miejsce, panowie uczynią jak uważają za stosowne.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

"I am the bad one, distant and cruel one.
I am the dream that, keeps you running down."
Zombianna jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:04.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166