Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 06-03-2016, 00:10   #101
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 43327 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Frank Jackson - małomówny optymista.


~ No nie jest dobrze... ~ sapnął w myslach Jackson gdy przełknął po raz kolejny ślinę w suchych ustach. Męczył się. Chyba szybciej niż powinien. Tak, w sumie miało to sens po takiej utracie krwi. Czuł się słaby i zmęczony. Chętnie by wlazł do jakiegos wygodnego łóżka i spał do rana. Albo jeszcze lepiej do południa! A co! W końcu wakacje no nie?

Ale zamiast wygodnego łózka i cywilizowanej dawki ciemności zmieszanej z półmrokiem pokoju tak znanej i niby nie groźnej otaczał go leśno - burzowy żywioł. Nie był przyzwyczajony do takiego środowiska. Ciemno, wiatr piździ, galęzie co chwila trzaskają, no strach sie bać normalnie. A jeszcze ten stwór gdzies tu po ciemności grasuje. ~ Jak ja sie w to wpakowałem? Przecież jestem technikiem telewizyjnym. Obrabiam obrazy z reportaży i do newsów. Przyjechałem tu na wakacje. A tuu... Jakies pieprzone paranormal activity z indiańską legendą w roli głównej! ~ nie mógł pojąc gdzie popełnił błąd. Przecież robił to co wszyscy i powinien teraz spać w namiocie po meczącym dniu na spływie i zbierać siły do następnego a potem odpłynąć dalej i zmierzyć się z przygodą na tym wodnym szlaku. Tak! Tak miało być! A nie jakieś szamany, potwory, zombiaki, wendigo no i jeszcze wszystko w tym pieprzonym lesie! No zabić się o te korzenie można było. Wszędzie te kurestwo nasadzane ni w pięć ni w dziewięć zupełnie bez sensu... A gdzie bloki? Gdzie płyty chodnikowe? Asfalt? Beton? Jak trawniki to równe, krzaki też przystrzyzone w żywopłoty a nietn chujowy gąszcz co sie po pięciu krokach jakby się postarać to się dałoby zgubić. Co za syf...

Te niewesołe rozmyslania i złożeczenia jakoś podnosiły go na duchu pozwalajac odbiec myślami od sytuacji w jakiej się znalazł. Bo uczepił się tej nadziei na odnalezienie tej jaksini i tego szamana ale tak na prawdę nie miał pojęcia gdzie ich szukać. A dokładniej nie do końca wiedział gdzie się znajduje w tym leśnym zadupiu. Zgadywał, ze gdzieś w pobliżu rzeki ale niewiele mu to dawało jeśli nie wiedział gdzie się na tej mapie przy tej rzece znajduje. Miał pomysł ale nie umiał przekuć teorii w praktykę. Zostawało zwyczajnie zdać się na łud szczęcia ale nie był pewny czy potwór, utrata krwi albo zwykłe wycieńćzenie nie dopadną go wcześniej nim odnajdzie tą cholerną jaskinię i tego szamana. ~ Też niezły cwaniak. Nadał do mnie sygnał a teraz zgasł. I weź go znajdż w tym gąszczu po ciemku. ~ skrzywił się trochę kwasno pod adresem tego starego z wizji. Chyba tamten przecenił jego mozliwości albo jakos może zakładał, że kazdy w tym lesie to ma jakiś indiański zmysł by do niego trafić czy co... Jak tak to się cholernie zdziwi, że trafił mu się zwykły białas z miasta.

I jak tak sobie spacerował po nocy przez piękny na widokówkach pierwotny las o zdrowym, żeskim powietrzu to zdawało mu się, że dostrzegł jakieś światło przed sobą. Zbystrzał od razu i schował lighstick'a pod kurtkę by sie upewnić. Ale nadal je widział. Zastanawiał się co zrobić ale na nic mądrego nie wpadł. Może to był ten stary z wizji? Ruszył w tamtą stronę ale zatrzymał się. To był ich stary obóz. Wrócił do punktu wyjścia. I jak widział nie tylko on. Grupka ze spływu też tam dotarła. Taszczyli kogoś więc pewnie ktoś oberwał. Wahał się chwilę. Iśc do nich? Ta skromny ludzki okruch cywilizacji jaką tam widział wołał go do siebie. Kusił. Przyjazne ludzkie choć trochę znajome twarze. Może Bear by wiedział jak stąd wyjść? Może Connor by założył mu porządny opatrunek? Może Nick by znowu powiedział czy zrobił cos pokrzepiającego? Albo ta Arisa w końcu wywaliła kawę na ławę co tam pod kopułką jej sie kłebi? Zresztą w takiej sytuacji chętnie by się tam po prostu znalazł. Z wielgachnym i silnym John'em, zdecydowanym Bruce'm czy tą ślicznotką Angie. Noo... spotkałby się z nimi. Powiedział o tej grocie i chyba szamanie. Może oni też coś takiego mieli? Może razem by na coś wpadli? Tylko czemu wrócili do obozu? Też się zgubili? Wpadli na jakiś pomysł?

Ale nie był pewny swojej reakcji. Tego co sie dostało i weszło w jego ciało grożąć utratą kontroli. Na razie znikło ale na razie trzymał się z dala od ludzi. Szukał w myślach pretekstu czy sposobu by jakoś się z tego wywinąć i pójść tam do nich. Wodził tak rozpaczliwie po tych ciemnych pniach i konarach gdy nagle wpadła mu w oko jakaś dziwna regularnosć nie pasująca ani do gałęzi ani reszty standardowego wyposażenia lasu. Lufa! Strzelba! Strzelec! O kurwa!

Przez moment zamarł jakby sam stanął na przeciw lufy. Momentalnie się wszystko w nim zagotowało i przeżył klasyczny, instynktowny wariant decyzyjny ataku czy ucieczki. Atakować? Uciekać? Tamten facet miał przecież strzelbę a on tylko nóż i latarkę. Spojrzał jeszcze raz i tak, był już pewien tamten czub mierzył do grupki przy obozie! Chciał ich zabić! PRzez chwilę rozważał inne wrianty. Może to kawał? Może ma sól w nabojach? Albo celuje do czegoś obok? Ale nie miał czasu. Sam niczego godnego strzelania prócz jego znajomych z obozu nie dostrzegał. Ale kurwa przecież on miał broń! Do Franka mogł nie celowac tylko dlatego, że go nie zauwazył jeszcze! A jak zobaczy? Może chybi? Może się zawaha? Rozpacz ogarnęła serce młodego baltimorczyka. Przecież kurwa był taki młody! Nie chciał umierać! Ale nie zdąży. Wiedział, że miałby jakąś szanse jakby wpadł w tamtego, zdzielił lagą czy podbił lufę ale nie zdązy! Tamten już celował mógł strzelić w kazdej chwili! Ale jak Frank coś zrobi na pewno go zauważy! I wtedy on był najbliższym celem i kurwa jedynym! Przecież ci z obozu tym bardziej byli za daleko by mu coś pomóc. ~ To jest kurwa niesprawiedliwe! ~ zacisnął z bezsilnej wściekłosci zęby.

- NIE STRZELAJ! Stój nie strzelaj! - wydarł się z całych sił w płucach. I chuj. Zadarł z jakimś uzbrojonym w broń psychopatą co nie miał oporów strzelać do nieuzbrojonych ludzi niczym mu nie zagrażających i bez ostrzeżenia. Frank watpił by był bardziej wyrozumiały dla kogoś kto próbuje pomieszać mu szyki. No i chuj! Szarpnął za lighsticka i rzucił w stronę obcego. Miał nadzieję zaraz potem paść w krzaki na ziemię i przeczołgac się za jakiś pień. Miał nadzieję, że świecacy patyczek zdezorientuje nieco przeciwnika. I była jakaś szansa, że jak upadnie blisko niego to może tamci z obozu go zobaczą. Jak nie to chyba skumają chociaż co znaczy w tym kraju i teksańskim pograniczu okrzyk ostrzegający przed ostrzałem z broni.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest teraz online  
Stary 08-03-2016, 10:50   #102
nudessender
 
Nami's Avatar
 
Reputacja: 44704 Nami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputację
Ange ani nie miała czasu na przemyślenia czy rozmowy, ani ich nie pragnęła. Brat ją zawiódł, przyjaciół nie miała. To miał być miły relaks i przyjemny wypad, by się lepiej poznać, by się pobawić, odpocząć, powdychać świeżego powietrza oraz powysilać nieco mięśnie. Wyszło z tego jedno, wielkie gówno. W dodatku śmierdziało. Nie musieli iść długo, choć tempo narzucone im przez rozgniewaną Ange było ciutkę szybsze niż standardowa prędkość chodu. Miała wszystkiego powyżej uszów, czuła się zeschizowana i jeśli przeżyje i wyjdzie z tego lasu - psychiatryk murowany.
- To są jakieś jaja... - mruknął Connor, a kobieta stanęła obok niego z załamanymi rękami. Już nawet nie miała sił by się złościć bardziej. Przymknęła oczy i niemalże zapłakała
- Masz rację. I to kurwa jakie. - odpowiedziała bezsilnie i lekko uderzyła głową w jego ramię. W sumie, nie wiedziała co robi i z jakiego powodu, ale na tyle była zdruzgotana, że pomału przestało ją to obchodzić. To, co się dzieje, to, że żyje - jeszcze - czy nawet fakt, że zabiła człowieka ogniem. A właśnie, w sumie to może nie zabiła, bo przecież, kurwa, wstał z gleby!
- No pierdolę takie wakacje!
- Zwijajmy się stąd. Nie pytajcie mnie jak i gdzie, bo nie mam pojęcia. Na pewno nie możemy tutaj zostać

- Proponuję Grand Canarie! - rzuciła ironicznie i choć nie chciała być wredna dla Connora, to po prostu była wściekła. Dała szybki tył w zwrot i machnęła na wszystkich ręką. Jak chcą to niech idą, a jak nie to najwyżej sama gdzieś umrze. Po drodze poczęła zrywać z drzew łapacze snów. Ze trzy; tak na zapas.
- Już nigdy nie zaufam bębnom. Nie dość, że chujowo dudniło to i kupsko dało, ychhh! ~ - warknęła wściekle i w ostateczności usiadła na glebie obok ogniska. Jak chcą to niech ją zostawią w cholerę, a co!
Warcząc pod nosem zaczęła przyglądać się dziwacznym ruchom i cieniom w namiocie Mounta. Zastanawiała się czy po prostu tam nie podejść i nie rzucić się na ten namiot swoim ciałem i zacząć walić pięściami w cokolwiek co tam się znajdowało. To przynajmniej byłoby coś. A może szturchnąć to kijem? W sumie i tak już śmierdziało, więc niewiele by to zmieniło.
 
__________________
Kiedy odpuszczę to kim jestem,
stanę się tym, kim mogę być.

Ostatnio edytowane przez Nami : 08-03-2016 o 11:13.
Nami jest offline  
Stary 08-03-2016, 16:18   #103
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 21354 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Barker próbował uporządkować to wszystko co widział, ale… nie potrafił. Czy to co widział zdarzyło się, zdarzy, może się zdarzyć? Czym były wizje? Czego dotyczyły? Bobby nie bardzo je rozumiał a tym bardziej nie potrafił wyrazić słowami. Jedyne co zrozumiał to to że… za tym wszystkim coś prastarego i związanego z tą ziemią. I że Indianie… potrafili okiełznać to zło. A przynajmniej próbowali.
Taką miał przynajmniej nadzieję dając się bezwolnie ciągnąć jak kukła w kierunku znalezionych towarzyszy. Sam zbyt skołowany by się odezwać, oraz milczący.
Jak miał opowiedzieć o wizji, którą same ledwie ogarniał?
I to słowami? Przecież właśnie artykulacja zdań była dla niego problemem.
Zresztą… co by to pomogło?
Kamerę zabrał ze sobą. Nie działała… bo wyczerpały się jej baterie. Więc nie mógł sprawdzić co zawiera, ale… może kryła w sobie odpowiedzi? Klucz do jego wizji, tego miejsca, potworów?
Dlatego ją zatrzymał.


Aaron został ranny. To… przypieczętowało los jego w oczach Bobby’ego. Frank już powiedział co się dzieje, gdy się zostało rannym. Connor więc… się mylił. Potwór nie ranił ich by ich spowolnić, infekował ich tym głodem. Tak jak to zrobił z Frankiem. Ale Bear nie wspomniał o tym głośno. Nie chciał pogarszać i tak już kiepskich nastrojów.
Toteż na pytanie Ange, postarał się uśmiechnąć i powiedzieć.-Fffwszystko w po po porządku ze mną. Znaa znalazłeem apparat… i go próbbowałem rozp rozpr rozzp… co z nim nie tak. Chybba bbatteria ppadła.
I zaprzeczył jej słowom.- Nic nnnnie słyszęę… wyddaje cci się.
To co mówiła Ange nie miało sensu, ale co innego miało? I w sumie mogli iści tam gdzie proponowali Ange z Arisą. Dla Barkera nie miało znaczenia. I tak trafią tam, gdzie las zechce.


Dotarli do obozowiska, co… Barkera jakoś nie zaskoczyło. Ostatnim razem też tu zaszli. Nie miało znaczenia w którym kierunku się udadzą. Las ich nie wypuści.
- Nnnie.. mmma seennssuu… Nie mmma pottrzeby.- stwierdził spokojnie Bear popierając Ange, wyraźnie mniej zaniepokojony powrotem do obozu niże reszta. -Uddammy się gdzie gdzie gdzie… kolwiek. Trafffimy i ttak ttu.-
Wskazał pochodnią na namiot.- Tto miejjjsce jest nnasz naszym zamkkiem, osstatnim bbastionem. Czczy tto się się nnam ppodoba czy nnnie.-
Wiedział na czym stoi, a to dodawało otuchy Bearowi i siły w tej kiepskiej sytuacji.- Wwwięc wwyykkorzystamy tto.. Ttrzeebba na nowo rozpppalić ognisssko.. trzebbba się przyg-gotować na atttak. Trzeba… zajająć się tym.- wskazał pochodnią na tajemniczy namiot. - Zajjj rzeć i… noo.. przeggonić bądź.. zniszszczyć stwora.-

Tak. To trzeba było zrobić. Przygotować się do walki z zagrożeniem które przyjdzie. Zniszczyć to co było w namiocie. Znaleźć jakieś baterie wśród zostawionych tu rzeczy.
Bear pogłaskał delikatnie załamaną Ange po głowie chcąc jej dodać otuchy.- Niiigdzie nie idę. Trzebbba tylko oggień roozpalić baardziej.-
Po czym pokazał kamerkę Nicolasowi.- Znaajjdziesz batterię do do tego? Może ona zaafwierać jakieś odpo odpowiedzi.-
Uzbrojony w rakietnicę i płonącą pochodnię zwrócił się w kierunku namiotu Mounta, po czym rzekł do Connora.- Piszszesz się na przega ganianie szczcz szszczur… grryzoni?

Bał się tego co kryje się w namiocie. Ale to był znany mu strach. Tak samo “Bear” czuł się stojąc bezbronny przed rozjuszonym niedźwiedziem. Ta sytuacja też była beznadziejna, ale przynajmniej wiedział na czym stoi i co musi zrobić. Różnica polegała na tym, że wtedy był z nim wuj Jeffrey z flintą, który ustrzelił z niej owego drapieżnika, z drugiej strony… Barker też nie był tu sam, prawda?
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 08-03-2016 o 16:29.
abishai jest offline  
Stary 08-03-2016, 21:35   #104
 
Hazard's Avatar
 
Reputacja: 6924 Hazard ma wyłączoną reputację
I wrócili. Tak po prostu. Obozowisko stało się dla nich sercem rozszalałego na morzu wiru, który przyciągną ich do siebie, jakkolwiek by się nie starali wyrwać. Byli w pułapce. Ange i Bear dobrze ocenili sytuację. Nie mogli już uciekać, musieli się przygotować i walczyć. Na ich nieszczęście, jedyną słuszną bronią zdawały się jedynie ogień i talizmany. Westchnął i podszedł bliżej ognia.
- Zmyjcie z siebie krew - Paquet zaproponował Mikołajowi i Connorowi, kiedy przechodził obok. - To Coś, co napadło na nas w lesie śmierdziało zgnilizną i krwią. Wy jesteście cali ubabrani w niej i zapewne wyglądacie teraz dla tej bestii jak świąteczny obiad...
Nie czekając na odpowiedź, mężczyzna ruszył dalej. Wiedział, że już zbyt długo odkładał coś ważnego na później.
Zbliżył się do ogniska i przyklęknął przed siostrą. Tak długo odkładał tą rozmowę, że przez dobrą chwilę nie wiedział co powiedzieć. Ponura mina siostry wróżyła rozmowę podobną do tej, którą wcześniej odbył z Arisą - czyli niezbyt miłą.
- Ange, jak się trzymasz? - zapytał w końcu. Wiedział, że zawiódł siostrę, jednak nie sądził, by jakiekolwiek tłumaczenie mogły coś wskórać. - Wiem, że może to wyglądać całkiem inaczej, ale martwię się o Ciebie w takim samym stopniu co o Arisę.
Kobieta z początku wzruszyła ramionami, a jej wzrok obserwował nietypowe anomalie dziejące się w namiocie Mounta.
- Nie wiem co robić, po prostu - odparła bez żadnych pretensji i pokręciła głową. Zagryzła dolną wargą ust, jakby w zastanowieniu.
- Zastanawiam się czy jakiekolwiek próby mają sens, czy nie lepiej po prostu rozpalić ognisko i zaczekać tu do świtu. - przeczesała włosy za ucho i spuściła głowę
- Hej, wszystko będzie dobrze. - Widząc zmartwioną minę siostry, Bruce położył jej rękę na ramieniu i uśmiechnął się słabo. - Chyba nikt z obecnych nie wie co ma robić. Sytuacja jest… nierealna. To miejsce i to coś… Też nie rozumiem co się dzieje, ale wiem na pewno, że musimy trzymać się razem. Zostanie tutaj, przy ognisku, to chyba nie jest zły pomysł… Ale ten huk przed chwilą nie podobał mi się wcale. Mam nadzieję, że to tylko wiatr przewrócił drzewo…
Ange ponownie wzruszyła ramionami, zupełnie jak poprzednio.
- A czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Drzewo czy rogaty idiota, chyba już wszystko jedno - odparła obojętnie wyciągając zza pasa nóż i się mu przyglądając, a następnie ponownie skierowała wzrok na czerniejący namiot
Paquet chwycił trzymającą nóż rękę siostry i spojrzał na nią z troską, przeczuwając co chce zrobić. Chyba wolałby, by Ange krzyczała teraz na niego, niż by popadała w taką obojętność.
- Głowa do góry, wydostaniemy się z tego miejsca - powiedział. - Lepiej nie zbliżajmy się do namiotu. Jeżeli kryje się tam coś podobnego do tego… czegoś, co wcześniej widzieliśmy, to nóż nie zda się na nic. Bear ze swoją racą i Connor z tym talizmanem poradzą sobie. - Bruce westchnął i spojrzał na ogień. - Przydałoby się dołożyć do ogniska kolejny namiot - i tak wątpię, by komukolwiek się dzisiaj przydał. Pomożesz?
Tym razem szatynka kiwnęła twierdząco głową. Podniosła się niezgrabnie z zimnej gleby i strzepała piach z pośladków po czym poszła pomóc bratu. Ten wyciągnął wolną, płonącą żerdź z ogniska i ruszył w stronę namiotu, który znajdował się najbliżej źródła światła.
- Aha, wcześniej wzięłaś sobie talizman, prawda? - zapytał Bruce. - Trzymaj go blisko siebie. To coś boi się tego, a przynajmniej tak to wyglądało, kiedy ostatnim razem go spotkałem. Zabierzmy namiot szybko i wracajmy.
 
Hazard jest offline  
Stary 08-03-2016, 22:27   #105
 
Lomir's Avatar
 
Reputacja: 3506 Lomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputację
Mikołaj obserwował jak widmowe pająki znikają, jeden po drugim. Wyparowują przy zbliżeniu płomienia pochodni zupełnie jak krople letniego deszczu spadające na rozgrzanego grilla. Skojarzenie rozbawiło chłopaka. Dlaczego w takiej sytuacji przyszło mu na myśl słoneczne letnie i leniwe popołudnie przerwane ciepłym deszczem? Tego nie wiedział. Może jego mózg przekraczał granice, spoza której już nie można wrócić i Mikołaj postradał zmysły?

To by było za proste. Oddać się w objęcia szaleństwa, położyć na ziemi i umrzeć. Nawet jeśli to najwygodniejsze wyjście to młody mężczyzna był zbyt silny psychicznie żeby się załamać. Musiał walczyć do końca, czy tego chciał czy nie.

Sytuacja przybierała coraz to gorszy obrót. Kolejna ofiara, tym razem był to Aron, którego okaleczone ciało musieli ciągnąć. Mikołaj był przeciwny pozostawieniu na wpół martwego mężczyzny w lesie, nawet jeśli był balastem dla całej "ekspedycji". Nie mógłby sobie spojrzeć w oczy po czymś takim. Może był zarozumiałym dupkiem, bananowym dzieckiem bogatego ojca, ale w głębi duszy był dobrym człowiekiem. I miał nadzieję, że to dobro go nie zgubi...

W trakcie marszu Mikołaj kilkukrotnie sprawdzał swój sprzęt elektroniczny oraz analogowy kompas. Nie spodziewał się niczego innego.
- Typowe. Jak w każdym, pierdolonym, horrorze klasy B. - powiedział do siebie. GPS do niczego się nie nadawał. Strzałka wskazująca lokalizację skakała z miejsca na miejsce, niczym młoda żabka, odwiedzając miejsca oddalone od siebie nawet o kilometr. Kompasy, zarówno te elektroniczne jak i ten analogowy zachowywały się tak, jakby znajdowali się na biegunie. Igła kręciła się w kółko, co rusz pokazując północ w innym kierunku. Z komórką nie było lepiej, nawet połączeń alarmowych nie dało się wykonać, nie mówiąc już o regularnym zasięgu.
-Pieprzony szmelc. I na co tu wydawać tyle kasy, skoro kiedy tego najbardziej potrzebuję to cała ta jebana elektronika wypina się na mnie dupskiem? - powiedział po raz kolejny do siebie.

Gdy dotarli do obozu Mikołaj stał z otwartymi ustami i wybałuszonymi oczami. Po komentarzu Connora chłopak powiedział wpatrując się w obozowisko
-Z ust mi to wyjąłeś...-

Chłopak przysłuchiwał się rozmowie ekipy. Spojrzał na pochodnię. Nie dobrze, powoli się dopalała, ale mogła pomóc rozpalić ogień po raz kolejny.

- Póki palą się pochodnie powinniśmy nazbierać jak najwięcej drewna, jeśli mamy rozpalić ognisko. Widziałeś, że te namioty nie chcą się palić. Musimy działać teraz, szybko. Jeśli decydujemy się, że zostajemy tutaj to ja idę po drewno, ale potrzebuję kogoś do pomocy, żeby trzymał chrust albo pochodnię. Connor? Pomożesz mi? -

Jeśli wszyscy przystali na propozycję, aby zostać w obozie, a Connor zdecydował się pomóc Polakowi to razem ruszyli w mrok nocy. Poza drewnem Mikołaj wypatrywał kolejnych łapaczy snów, które mógłby zabrać i przytroczyć sobie do plecaka. Z tego co zaobserwował Mayfield działały równie dobrze co otwarty płomień.
 
__________________
Może kiedyś jeszcze tu wrócę ;)

Ostatnio edytowane przez Lomir : 10-03-2016 o 14:42.
Lomir jest offline  
Stary 09-03-2016, 00:22   #106
 
Proxy's Avatar
 
Reputacja: 7688 Proxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputację
- Obóz... Pieprzony obóz... - podsumowała pod nosem z wymuszonym uśmiechem na twarzy.
Reagowanie dziwną radością na tak mocny stres było czymś, czego Arisa na prawdę się nie spodziewała po sobie. Nie wiedziała czemu tak się działo. Wyczuwała jakąś głęboką ironię sytuacji? Bezsensowną naiwność i wiarę, że "wszystko będzie dobrze"? Nie mogła do tego dojść. Nie mogła też nad tym zapanować. Tak samo jak nie mogła zapanować nad drżeniem rąk. Palce widocznie trzęsły się, gdy z całych sił próbowała ich nie ruszać.

Bębny. Cienisty potwór ich nie potrzebował. To były bębny Indian. Coś tu robili a ona sama słyszała jakieś "echo" pozostałe po nich. Sądząc po ilości łapaczy snów... Musiało to mieć rangę jakiegoś na prawdę istotnego rytuału.
- A więc to tutaj wszystko się zaczęło... - rzuciła w eter a wymuszony uśmiech przekształcił się nerwowy śmiech.

Po paru dłuższych chwilach uspokoiła się a radość rozpaczy usunęła się na rzecz skręcających nerwów. Na czym stali? Co mogli zrobić? Co wiedzieli? Nie wiedzieli nic. Nic nie kleiło się w logiczną całość. Nawet nie mieli co sklejać, nie było żadnych skrawków. Gówno, gówno, gówno.

Wrócili do kajaków, na których widniała jej wiadomość. Należało dodać kolejną informację. Pozostawić okruszek po sobie, by szukające ich ekipy miały jakikolwiek trop, co z nimi się stało. Musiała po sobie coś zostawić... By ktoś się o czymś dowiedział...

- Kur*a... Beeeaaar! - uniosła głos, gdy skleiła fakty znaleziska gaduły. Bruce nie zajął się tym tematem i całość rozeszła się po kościach. - Co znalazłeś w lesie? - zapytała zbliżając się do myśliwego. - Aparat? Znalazłeś w lesie aparat...? Człowieku! Powinieneś o tym trąbić po całej okolicy. Połącz fakty. Nikt przypadkiem nie gubi w lesie paru tysięcy dolarów. Taki aparat jest za ciężki, żeby wypadł niezauważony. Bateria padła? - Arisa sięgnęła po urządzenie odbierając je Bearowi z rąk. Sama poprawiła czołówkę i zabrała się za otwieranie jego wodoodpornej obudowy. - Wiesz, co to znaczy dla takiego aparatu? To znaczy, że jego właściciel naładował go do pełna a on rozładował się sam. To trwa. Długo. Nie potrzebujemy baterii, potrzebujemy jego karty pamięci - podsumowała dobierając się do slotu, w którym element ten powinien być.

Aparat mógł rozładowywać się przez rok. Mógł być porzucony celowo. Mógł być własnością Barta Calgarego. Bear był geniuszem, że odtworzył proces decyzyjny tak zaprawionego w surwiwalu zawodnika obierając tę samą trasę. Był sokolim okiem, że wypatrzył w ciemnicy taki przedmiot. Niestety równie dobrze mógł być farciarzem, wpadając na niego przez przypadek i całkowitą ofiarą losu ignorując szersze dzielenie się znaleziskiem.

Japonka miała do dyspozycji sporo urządzeń, na których mogła dostać się do danych zawartych na takowej karcie. Telefon, GPS, tablet Ange, sprzęt fotograficzny nadzianego Nickolasa. Jeśli nawet transpaltacja danych zawiodłaby - mnogość elektroniki pozwoliłaby na zmontowanie zasilania do jedynego urządzenia odczytującego felerny typ karty.

Mógłby to być pierwszy krok do dowiedzenia się czegokolwiek.
 
Proxy jest offline  
Stary 09-03-2016, 12:59   #107
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 21354 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
-Nnnie.. zajjmuję się ele-ele-ktroo... nie znam się na noowin... Techniika t tto nie mmoja działka...- Bobby wzruszył jedynie ramionami słysząc je zarzuty. No i też to wykoncypował wcześniej: że ktoś zgubił w lesie ów aparat, że mógł zawierać jakieś wskazówki co do samych zdarzeń.
Tyle że to nie miało znaczenia. Kto zgubił ten aparat i tak prawdopodobnie nie żyje. Wtedy nie umiał włączyć nagrań, a oni mieli na głowie i inne sprawy, takie jak szukanie Bruce'a i majaki i... znalezienie Bruce'a i reszty. I powrót do obozu i bębny. Wedle mniemania Barkera, nie było okazji i czasu. Aż do teraz.
-Jjjak ummiesz... to... zrób. Jjja się nna ttyym nie znam. Ffffww pracy uszy... użyfff... Cykam luustrzanką Nikona, po ojczulku.- której ze sobą nie miał, podobnie jak innego aparatu fotograficznego. Nie używał ich na urlopie.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
Stary 10-03-2016, 16:10   #108
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 20681 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
FRANK

Krzyknął, aby zwrócić uwagę nieznajomego an siebie. Odciągnąć od reszty ludzi. Powstrzymać.

Wiatr wył. Huczał. Tętnił. Dudnił. Świstał.

Nieznajomy nie zareagował.

Rzucony lightick poszybował w jego stronę. Upadł obok. Nie odciągnął uwagi.

Huknęło, kiedy mężczyzna nacisnął spust.

ARON

Przez ciało Arona przeszedł niekontrolowany skurcz. Mężczyzna zamachał gwałtownie rękami. Kopnął nogami ziemię. Z pokrwawionych ust wyrwało mu się nagle dziwne, przyprawiające o ciarki wycie. Niby ludzkie, ale jednak bardziej zwierzęce.

Ruchy jego ciała stały się gwałtowniejsze, mniej skoordynowane, bardziej dzikie!

Z ust bryznęła mu krew, zmieszana z czymś czarnym i gęstym jak dym! Czymś, co niczym upiorny ukwiał rozkwitło mu nad twarzą wysnuwając wokół czarne, wijące się macki.

Groza tego, co widziały ich oczy zmusiła obserwatorów do doskoczenia w tył, byle dalej od tego, co działo się z sympatycznym skądinąd czterdziestolatkiem. A ten wydał z siebie ostatni nieludzki jęk, przeciągający się w czasie na dobre kilkadziesiąt sekund, by w końcu opaść na ziemię.

Leżał tam nieruchomy, z twarzą wykrzywioną w paroksyzmie agonii, a dym, który pojawił się nad jego ustami z wolna wnikał na powrót do ciała, kryjąc się w miękkim wnętrzu niczym widmowy krab-pustelnik w znalezionej w morzach muszli.

BOBBY, CONNOR, ANGELIQUE,

W chwilę przed makabrycznym spektaklem, jaki zrobił Aron, Bobby i Connor - wraz z uzbrojoną w kij Angie - zajęli się namiotem.

Angie dźgnęła płótno kijem, co jednak niewiele dało, więc cała trójka najwyższą starannością i ostrożnością, ochraniając się wzajemnie, podeszła do wejścia. Jeden z mężczyzn otworzył połę, a drugi gotów był posłać do środka ognistą flarę, pocisk, cokolwiek, byleby posłać do piekieł to co w namiocie szalało!

Niepotrzebnie.

Bo namiot okazał się być pusty, chociaż słowo pusty nie oddawało prawdy o tym, co w nim ujrzeli.

Kiedy tylko otworzyli poły światła zniknęły, dym zniknął, smród zniknął, wnętrze namiotu również zniknęło.

A na jego miejscu widzieli … drzewa! Leśną ścieżkę skąpaną w blasku księżyca drogę …

Oniemiali spojrzeli po sobie nie bardzo wiedząc, co widzą.


JOHN, BRUCE, MIKOŁAJ


Uwagę trójki mężczyzn przykuło to, co działo się z Aronem. Ten szalony taniec świętego Wita. Ten demoniczny pokaz padaczki w skrajnie obłąkanej postaci i formie.

Dzieląc swoją uwagę pomiędzy Bobbyego i Connor, dziewczyny i Arona. Może właśnie dlatego tak szybko zareagowali na to, co się wydarzyło w chwilę po tym, jak Aron znieruchomiał na ziemi.

Huknęło.

A zaraz po tym z lasu doszło ich wycie. Niby wilcze, ale w jakiś sposób … inne, chociaż nie potrafili powiedzieć, co w tym wyciu było innego i obcego.
A potem to poczuli! Cała trójka.

Poczuli jakimś właśnie rozbudzonym zmysłem, z którego posiadania nie zdawali sobie sprawy.

Coś się zbliżało. Pędziło w ich stronę pełne żądzy! Głodne! Spragnione!
Piorun uderzył gdzieś blisko, niczym diabelski bęben.

Musieli uciekać! Czuli to! Uciekać stąd najszybciej, jak najdalej tylko zdołają! Nie mogli tutaj pozostać ani chwili dłużej!

ARISA

Arisa usiadła obok ogniska, wykorzystując tę resztkę światła jaki dawało i ignorując drgawki Arona i działania trójki przy namiocie, zajęła się elektroniką. Sprawnie wyłuskała kartę pamięci z rozładowanego urządzenia upewniając się, że nie uszkodzi w ten sposób niczego. Bez trudu udało jej się przełożyć zadrukowaną elektroniką blaszkę do innego urządzenia. Włączyła je i z zadowoleniem zorientowała się, że wszystko jest sprawne.

Mogła odczytać to, co znajdowało się na znalezionej kamerze! Mogła!

I wtedy top poczuła! Zbliżające się zagrożenie! Coś pędziło w ich stronę! Była tego pewna! Z bliżej nieokreślonego kierunku, nadciągało coś paskudnego, coś potwornego, coś, czego nadejście mogło być jej końcem! Ich końcem.

Musieli uciekać! Szybko! Nie zatrzymując się. Nie wahając! Nie tracąc czasu.


FRANK


Huknęło! Nagły blask poraził oczy Franka, a kiedy znów je otworzył ujrzał, że mężczyzna z karabinem zniknął, podobnie jak zniknęli członkowie spływu w którym brał udział.

Nadal jednak widział namioty. Sflaczałe, jakieś takie … zagubione, puste.
I wtedy to zobaczył… Ludzi.

Przeźroczyste, zwiewne sylwetki, pląsające pomiędzy namiotami w dziwaczny, nieludzki sposób. Niewyraźne kontury, jak duchy, poruszające się „poklatkowo”, „skokowo”, jak zjawy w japońskich horrorach, których ruchy były takie … odczłowieczone, mechaniczne, dziwaczne…

Sylwetki pojawiały się, znikały, przesuwały, przeskakiwały z miejsca na miejsce. Czasami słyszał też jakieś dziwne szelesty… niczym echa odległej mowy…

Zamarł. Zamrugał oczami.
 
Armiel jest offline  
Stary 10-03-2016, 17:26   #109
Konto usunięte
 
Kenshi's Avatar
 
Reputacja: 11419 Kenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputację
Strażaka aż zamurowało, gdy zobaczył, co dzieje się z Aronem. To, jak się zachowywał, przywodziło mu na myśl tandetne horrory z lat 90-tych, które - nomen omen - lubił oglądać. Szkoda, że teraz uczestniczył w jednym z nich. Ich kolega z ekipy wyglądał, jakby został opętany przez to, co próbowało dopaść ich wszystkich. Czarne, wijące się macki, które wyskoczyły z jego ust razem z krwią sprawiły, że Mayfield skrzywił się i odskoczył do tyłu. Odruchowo schował dłoń do kieszeni i zacisnął ją na łapaczu snów, jakby to miało mu w czymś pomóc. Pierwsze, co przyszło mu na myśl, gdy Aron padł, a dym wniknął w jego ciało, to czy oni wszyscy mają to już w sobie i czy to tylko kwestia czasu, aż ten demon/bestia/zło wcielone czy cokolwiek innego ich wykończy? A może po prostu wybierało najsłabszych? Obecnie było milion pytań bez odpowiedzi.

Wpatrując się a leżące ciało Cage'a, miał zamiar sięgnąć do plecaka po nóż, ale chwilę później doszedł do wniosku, że to nie miało sensu. Co miałby zrobić tym kozikiem? Porzucił szybko ten pomysł, wciąż zerkając w stronę Arona. Po tym co zobaczył i po tym, co się tej nocy działo, Mayfield wiedział, że koleś albo udaje, że nie żyje, albo rzeczywiście nie żyje. Umysł wrzucał mu przed oczy wkrętki, że jak tylko podejdzie do leżącego bez ruchu Arona, to ten nagle rzuci się na niego z zębami, jak zombiaki w 'The Walking Dead'. Wolał nie ryzykować; zresztą, kto by chciał... zwłaszcza po tym, co stało się z Mountem? Mając wciąż na oku leżące zwłoki, ruszył w końcu z Bear'em i Ange w stronę pulsującego światłem namiotu.

I tu kolejny opad szczeny. Światło zniknęło, a namiot okazał się być pusty. Chociaż nie do końca, bo wnętrze wypełniło się... drzewami i jakąś ścieżynką! Ot tak, na pstryknięcie palców namiot zaprezentował im pogrążony w ciemnościach las... To już była przesada. Co to, do cholery, miało znaczyć? W książce Alicja przenosiła się do Krainy Czarów przez króliczą norę, a oni mieli przejść do Królestwa Koszmarów przez zaczarowany namiot? WTF? Connor nie ogarniał tego swoim umysłem, a z szeroko otwartymi ustami, wpatrując się w równie zaskoczonych towarzyszy, musiał wyglądać co najmniej dziwnie, jeśli nie idiotycznie.
- Czyżby jakaś dróżka na drugą stronę rzeczywistości? Aż sam nie wierzę, że to mówię... - rzucił do Ange i Bobby'ego, gdy już udało mu się zebrać trochę myśli. - Pewnie to coś, co zagięło na nas parol chce, żebyśmy tam weszli, ale z drugiej strony... chyba lepiej to sprawdzić, niż kręcić się w kółko i potem znowu tu wrócić. Co myślicie? Może Arisa ma na to jakąś swoją teorię równoległych wszechświatów, albo coś?

Raz jeszcze zerknął w głąb namiotu i zamrugał kilka razy oczami, by upewnić się, że to wszysto nie jest jakąś pieprzoną iluzją. Potem wychylił się nieco i niezbyt głośno krzyknął w stronę Japonki.
- Arisa, chodź no tutaj, musisz coś zobaczyć...
 
__________________
[i]Don't take life too seriously, nobody gets out alive anyway.[/i]
Kenshi jest offline  
Stary 13-03-2016, 12:45   #110
 
Komiko's Avatar
 
Reputacja: 159 Komiko ma w sobie cośKomiko ma w sobie cośKomiko ma w sobie cośKomiko ma w sobie cośKomiko ma w sobie cośKomiko ma w sobie cośKomiko ma w sobie cośKomiko ma w sobie cośKomiko ma w sobie cośKomiko ma w sobie cośKomiko ma w sobie coś
John od kilku dłuższych chwil w ogóle się nie odzywał. Obserwował jedynie pozostałych. Co jakiś czas potakiwał lub kręcił głową, dzięki czemu reszta mogła przynajmniej wiedzieć, że wciąż jest przy nich, obecny myślami, przynajmniej częściowo. Starał się rozpaczliwie ułożyć w głowie jakiś sensowny plan, ale paranormalna natura mających miejsce wydarzeń przekraczała granice jego wyobraźni.

Pozostali przy konającym koledze wraz z Mikołajem i Brucem, reszta zajęła się mniej lub bardziej pożytecznymi czynnościami. Widząc jak Aaron umiera w męczarniach, Smith postanowił, że powinien wreszcie przestać stać nieruchomo jak słup i również zabrać się do działania, dla dobra ich wszystkich. Zauważył zaniepokojony wzrok, którym oddalający się Connor spoglądał na Aarona i wydawało mu się, że odczytał myśli młodego strażaka.

John podszedł bliżej okularnika, i butem, ostrożnie podważył jego ciało tak by przekręcić je na brzuch. Potem przykucnął przy ciele i przytrzymał je sobie, jedną muskularną łapą oplatając jego szyję, a drugą chwytając za głowę. Następnie z całej siły szarpnął, zamierzając o ile starczy mu sił zakończyć cierpienia mężczyzny, złamać mu kark i obrócić jego głowę o sto osiemdziesiąt stopni. W takim stanie, nawet gdyby zmienił się w zombie to posiadałby przysłowiowe "oczy w dupie" i musiałby chodzić tyłem, co raczej nie czyniłoby go zbyt groźnym, albo przed siebie po omacku co dałoby identyczny efekt. To co zrobił wcale nie poprawiło mu humoru. Wstał z posępną miną i wyczuwając zagrożenie, przygotował się na ewentualny atak, znów kurczowo ściskając swoją prowizoryczną dzido-pałkę.
- Słyszeliście ten huk i to wycie? Czy miesza mi się w głowie? Bądźcie czujni... Chyba coś się zbliża. -
John odsunął się od połamanych przez siebie zwłok i rozglądał uważnie, chcąc w razie czego być gotowym na atak, i do obrony, lub rzucić się na ratunek, gdyby tak jak wcześniej, potwór postanowił zaatakować kogoś słabszego.
 
Komiko jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 01:18.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166