Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 21-08-2016, 08:59   #1
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 14213 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
DOMINIUM ZNISZCZENIA [horror/dark fantasy 18+]

DOMINIUM


- Czy wiesz że Róża krwawi? – pytanie zadane szeptem przerwało ciszę komnaty w której stał Maska. Stał lub stała bo nikt nie był pewny co do płci Maski.

Długie szaty Maski zaszeleściły cicho, kiedy spojrzał (a może spojrzała na mówiącego).

- Kiedy zaczęła? – głos Maski też był nijaki. Bez płci. Mógł należeć do zniewieściałego mężczyzny lub męskiej kobiety.

- Kilka godzin temu.

- Czemu dopiero teraz mi o tym mówisz?

- Bałem się – przyznał Szepczący.

- Słusznie. Dobrze wiesz, co to znaczy. Roześlij Węszących. Niech szukają w całym Dominium. I jeśli zawiodą będziesz pierwszym, który doświadczy mojego gniewu.
Szepczący zamilkł. Spojrzał na władcę (a może władczynię?). Znieruchomiał.

- Jeszcze tutaj jesteś? – Maska odwrócił się. Pozornie przestał (a może przestała) interesować się posłańcem.

Szepczący opuścił komnatę na szczycie wieży.

Maska przyłożył (a może przyłożyła) szczupłą, bladą dłoń do zimnej, porcelanowej powierzchni przesłaniającej jego (lub jej) twarz. Spod maski dało się słyszeć dziwny syk, przechodzący w gulgot lub charkot.

Mało kto uwierzyłby że ten przeraźliwy, mroczny odgłos jest niczym innym, jak śmiech. Maska śmiał (lub śmiała) się. Pierwszy raz od ponad stu lat. Róża krwawiła a to oznaczało zmiany i szansę na realizację śmiałych, układanych przez tak długi czas, planów.

Pozostało tylko kilka drobiazgów, które trzeba było dopiąć. Krwawych drobiazgów.



Patricia Maddox

Droga z Ferris była długa i nużąca lecz Patrcia pokonywała już większe odległości i była całkiem dobrym kierowcą. Auto też sprawiało się bez zarzutów. Połykało mile aż miło. Z radia leciała przyjemna dla ucha muzyka – taka sama, jaka towarzyszyła często festynom i rodeo, które kobieta uwielbiała.

Słońce stało dość nisko i niekiedy ostro raziło po oczach, ale dobre okulary przeciwsłoneczne załatwiały temat. Patricia może szarżowała trochę za bardzo, ale droga była szeroka i pusta. Natężenie ruchu czy raczej jego brak pozwalało osiągać całkiem przyjemną prędkość.

To pojawiło się nagle. Rozlało się po przedniej szybie niczym przerażający holograficzny pokaz.

Twarz. Zgniła, przeżarta, trupia. Realna niczym zły sen.

Patricia wrzasnęła przeraźliwie. W zrodzonym gdzieś w podświadomości odruchu skręciła gwałtownie kierownicą. Przednia szyba posypała się w drobny mak, zasypała ją setką drobin szkła. Patricia Maddox straciła panowanie nad samochodem i zjechała na przeciwny pas. Prosto pod Koła rozpędzonego TIR-a który pojawił się nie widomo skąd.
Huk był ostatnim, co usłyszała nim rozpędzone tony stali zmieniły jej samochód w wypraskę.

Otworzyła oczy z krzykiem przerażenia i świadomością, że jej ciało ostre blachy tną na kawałki a bardziej zwarte elementy samochodu miażdżą w krwistą breję. Nic takiego się jednak nie wydarzyło.

Ocknęła się leżąc w cieniu jakiegoś drzewa. Przez jego koronę prześwitywały srebrzyste smugi księżycowego blasku.

Patrica usiadła oszołomiona nie za bardzo wiedząc gdzie się znajduje i co się z nią dzieje. Rozejrzała się otępiała widząc że szosa, którą jechała znikła razem z samochodem, a wokół niej zalegała ciemność.

Była tylko ona, drzewo, księżyc i rozgwieżdżone niebo nad jej głową.


Poczuła się samotna. Samotna i przerażona.


PERCIVAL KENT

To był dzień jak co dzień. Przynajmniej tak się zaczął. Bo skończył się w sposób, którego Perry – jak nazywali Percyego przyjaciele i znajomi – przewidzieć nie mógł. Nikt nie mógł.

Najpierw musiał użerać się na budowie by dopilnować wszystkich nierobów, którzy upierali się by płacił im pensję za nicnierobienie i udawanie, że zależy im na terminach. Najgorsi byli Meksykanie. Nie miał nic przeciwko Meksykanom, dla jasności, ale kiedy pracowali. A nie kiedy robili sobie sjestę przez pieprzone ;pół dnia roboczego.
Oczywiście dostawca materiałów też musiał wywinąć numer i pomieszać numery przewozowe. Chcąc nie chcąc, bo zależało mu na zleceniu, Percy wsiadł do samochodu i pojechał do hurtowni, by sprawdzić, co zostało pomieszane i jak szybko da się odkręcić.
Pół godziny później, niemal wymuszając działania od leniwego Afroamerykanina, czy – nie bójmy się słów – czarnucha, narażając się niemal na proces o rasizm – wymógł, co trzeba i transport potrzebnych do pracy jego ekipie rzeczy ruszył na miejsce budowy.
Percival pojechał tam również, zatrzymując się tylko na chwilę w przydrożnym barze by coś zjeść i napić się kawy. Potrzebował tego po intensywnej utarczce słownej z leniwym pracownikiem hurtowni.

Zjadł coś szybko, wypił kawę i poszedł do WC by wyrównać ciśnienie.
W wejściu zderzył się z bezdomnym o nieco dzikim spojrzeniu.

- Idą po ciebie, brachu … – albo Percivalowi się wydawało, albo bezdomny mruknął do niego, kiedy przepuszczali się w dość wąskich drzwiach.

Pijak – o czym świadczył wyraźnie zapach w toalecie.

Gdyby nie to, że obawiał się że nie dojedzie na miejsce budowy, skorzystałby z innej toalety.

Ale jak mus, to mus.

Percy stanął przy lekko woniejącym pisuarze i wtedy jego uszy rozdarł potężny huk. Ziemia zatrzęsła się mu pod nogami, ściana przy której stał rozpadła się. Pył, kawałki zaprawy i cegły uderzyły w Percyego, który właśnie kończył sikanie.
Upadł na brudną, lepką podłogę przysypany szczątkami ściany czując dym i słysząc przeraźliwe krzyki.

Oszołomiony obrotem sprawy poczuł nagle przeraźliwy smród, jakby wybiła kanalizacja – co było bardzo możliwe zważywszy na to, gdzie właśnie się znajdował – a potem ujrzał jak sufit wali się na niego.

Nim jednak tynk i deski spadły na jego ciało zmieniły się w oczach przerażonego Percyego w paskudną, trupią twarz.


Percival wrzasnął i stracił przytomność.

A kiedy ją odzyskał zorientował się że leży w jakimś rowie przysypany czymś co wyglądało jak gnijące liście. Dół wypełniała błotnista, cuchnąca bagniskiem woda. Perci, działając bardziej na odruchach niż świadomie, wygrzebał się z rowu i upadł na czymś co wyglądało jak błotnisty dukt w środku lasu.

Nie miał pojęcia gdzie się znajduje, ani jak trafił w to miejsce.
Zimny wiatr, który powiał od strony lasu, przyniósł zapowiedź nadchodzącego deszczu. Podobnie jak ciemne, wiszące nisko chmury gnane wiatrem po niebie.


Lidia Hryszenko

Słońce poraziło oczy Lidii. Dziewczyna oderwała przekrwiony wzrok od ekranu komputera. Znów się zasiedziała nad zleceniem. Nawet nie zauważyła, jak minęła noc i miasto obudziło się do życia.

Na ulicy wył alarm samochodu. Głośno. Przenikliwie. Nie wiedzieć czemu skojarzył się Hryszenko z zawodzącym żałośnie zwierzęciem. Rannym i nieszczęśliwym.

Zapisała to, co stworzyła przez całą noc pracy w artystycznym zapamiętaniu. Jutro pewnie spojrzy na to krytycznym okiem i wypierdzieli do kosza. Albo i nie. Nigdy nie miała pewności. Teraz marzyła o prysznicu, bo czuła że ciało lepi się jej do koszulki i o śnie. Przynajmniej kilka godzin. Niewiele.

Poszła do łazienki przyglądając się swojemu blademu odbiciu. Twarz ze szkła wydawała jej się przez chwilę obca. Jakaś taka nawet złowieszcza.

Lidia zrzuciła ubranie i weszła pod prysznic. Puściła wodę. Nie za gorącą i nie za zimną. Taką, jaką lubiła. Spłukała brud z ciała, prawie zasypiając na stojąco. Ale kiedy zamknęła oczy pod powiekami pojawił jej się obraz jakiejś monstrualnej twarzy. Szybko więc otworzyła je z powrotem.

Dziwne widziadło pobudziło ją tylko na chwilę. Była tak zmęczona, ze nie pamiętała jak się ubrała w rzeczy do spania i padła na lóżko zasypiając niczym zabita.

Obudziło ją dziwne zawodzenie. Cholerny alarm? Czyżby nikt nie wyłączył go przez cały ten czas?

Otworzyła oczy i zamarła.

Leżała na zielonej, wilgotnej trawie na brzegu jakiejś zamglonej rzeki. Ubrana w swój wyjściowy strój, nawet ze swoją torbą przewieszoną przez ramię.

Absurdalność tej sytuacji i nierzeczywistość poraziła jej zmysły. Oszołomiła.
I znów usłyszała ryczenie.

A potem zobaczyła jelenia i sarnę.

Zwierzęta płynęły rzeką. Śpieszyły się, jakby uciekały przed czymś. Może przed nią.
Gdzież, na drugim brzegu rzeki Lidia usłyszała znów te wycie. Więc to nie były jelenie. Zatem co?



Megan Hill


Droga prowadziła przez las. Megan jeździła nią już setki razy. W tę i z powrotem. Znała każdy zakręt, każdą prostą, każdy mostek. Wiedziała, gdzie dzika zwierzyna lubi wybiec pod Koła, gdzie trzeba było zwolnić, a gdzie można było przyśpieszyć. Przewidywała wszystko. Poza motocyklistą z piekła rodem.

Pojawił się we wstecznym lusterku i minął ją na zakręcie. Przez chwilę widziała jego twarz, głęboko skrytą pod kapturem, gdy wyprzedził ją w bardzo niebezpieczny i nieprzepisowy sposób.

Może i by obtrąbiła go, gdyby nie ta twarz. Dzika. Niemal nieludzka. Mroczna. Zdewastowany przez narkotyki szaleniec? Bardzo, bardzo możliwe.

Zajechał jej drogę ponownie, nagle hamując i zmuszając ją do tego samego. Ręce na jej kierownicy zadrżały. Bała się. Bała się nieprzewidywalności.

Przyśpieszył i znikł za zakrętem, a kiedy i ona go pokonała zobaczyła go, jak pędzi na nią motorem! Z prędkością jaka chyba tylko zdołał wycisnąć z maszyny!

Odruchowo skręciła w bok, straciła panowanie nad autem i samochód zjechał na pobocze uderzając w drzewo. Wystrzeliły poduszki powietrzne. Zgrzytnęły blachy. Potłukły szyby. A ona na chwilę straciła przytomność przez chwile widząc jeszcze przed swoją twarzą przeraźliwą, lecz nierealną twarz trupa.


Gdy odzyskała świadomość okazało się, że leży… w lesie. Obok niej walały się porozrzucane rzeczy z samochodu. Jej rzeczy. Rozpoznała kolczatkę i smycz. Kawałek dalej apteczkę, ale nigdzie nie widziała samochodu. Za to był las. Cichy, złowieszczy, przyprawiający ją o ciarki na plecach.

Drzewa lekko trzeszczały na wietrze. Poszycie podobnie. Ale nigdzie nie słyszała zwierząt.

Bjarnlaug Jónsdóttir

Dzień był pochmurny i wietrzny. Wiatr pędził ciemne chmury nisko po niebie. Tak nisko, ze wydawało się iż opasłymi brzuszyskami zahaczają o wierzchołki okalających cmentarz drzew. Bjarnlaug pracowała nieśpiesznie nie przejmując się nadchodzącą zmianą pogody – deszczem lub burzą, chociaż na burzę było zbyt mało upalnie. Przycinała żywopłot zostawiając za sobą długą linię poodcinanych gałęzi. Było coś kojącego w tej pracy. Pozwalało się skupić. Dać odpocząć uporczywym myślom.

Bjarnlaug pracowała, aż zaczęło padać. Wtedy wróciła do zaparkowanego blisko miejsca pracy samochodu. Zamknęła się w środku patrząc jak grube, zmarznięte krople deszczu walą o szybę. Zrobiło się dość zimno więc włączyła silnik, walcząc przez chwilę ze starą, kapryśna instalacją rozrusznika i puściła nawiew. Trochę śmierdziało spalinami, ale co tam. Najważniejsze że było jej ciepło.

Coś uderzyło w szybę. Wielkiego i pierzastego, rozbijając się w krwawą miazgę. Spływając po szybie na której pozostały rysy i pęknięcia. Eve uspokoiła bijące serce i włączyła wycieraczkę. Wysłużona guma na ich piórach rozmazała krew po nadtłuczonej szybie. Czerwień posoki mieszała się z deszczówką.

I wtedy na szybie wyraźnie ujrzała twarz.

Zgniłą, przeżartą, trupię twarz.
Niszym z koszmaru szaleńca.

- Co jest …

Huknęło, kiedy piorun trafił w jej samochód! Jaka była na to szansa? Żadna!

Ogłuszona i przerażona Bjarnlaug wyskoczyła na zewnątrz zderzając się z falą deszczu. Ścianą ulewy nie do opisania, jak potop. Przebiegła kilka kroków i nagle poczuła, ze traci grunt pod nogami i stacza się po jakiejś stromiźnie.

Stromiźnie, której nie miało prawa tutaj być.

Krzycząc i osłaniając instynktownie głowę, obijając się – na szczęście niegroźnie – w końcu zatrzymała się na kamienistym, twardym i mokrym podłożu. Deszcz przestał padać, jakby ktoś w niebie zamknął kran i w zapadającym zmierzchu Bjarnlaug mogła zorientować się, że leży na kamienistym brzegu jakiegoś jeziora.

Nie miała pojęcia gdzie się znajduje, ani jak wzięła się nad tą wodą.


Adam Enoch

Hazard to niestała dziwka. Zdradziecka i nieprzewidywalna. I niebezpieczna.
Szczególnie jak gra się z takim ludźmi jak Gruby czy Dzikus. Szefami lokalnych gangów. Można z nimi wygrać, ale to w sumie bardzo niedobrze. Można przegrać, a to jeszcze gorzej.

O tym przekonał się Adam, kiedy kolejny cios w brzuch pozbawił go oddechu na dłuższą chwilę. Dwóch gości go trzymało, trzeci okładał a wszystko działo się w wąskim zaułku zaledwie kilkadziesiąt kroków od ruchliwej ulicy.
Bijący go wyjął kastet i uśmiechnął wrednie.

- Masz tydzień na oddanie kasy inaczej Dzikus przestanie być taki uprzejmy. Pojąłeś?

Nim Adam zdążył odpowiedzieć zbir zdzielił go kastetem prosto w szczękę. Solidnie, aż Adamowi pociemniało w oczach. Na chwilę stracił przytomność. Czuł, że pada na ziemię.

Kiedy ponownie otworzył powieki ujrzał jakiś dziwny powidok. Rozwiewającą się twarz na pewno nie ludzką.

Musiał oberwać zbyt mocno.
Zdecydowanie zbyt mocno. Kolesie chyba przewieźli go gdzieś za miasto i porzucili w jakimś wilgotnym, cuchnącym lesie, na dnie jakiegoś płytkiego jaru otoczonego zewsząd drzewami.

Adam wstał upewniając się, ze szczęka jest cała. Bolała i puchła, ale chyba nie została złamana. No i ni skopali go. Przynajmniej tyle.

Nie miał jednak pojęcia gdzie się znajduje i to napawało go lekkim niepokojem.

CELINE CENIS

Zapowiadało się piękne popołudnie. Celine prowadziła ostrożne, poza miasto rozkoszując się jazdą. Ruch był umiarkowany więc prowadziło się dobrze, zupełnie inaczej niż służbowy pojazd w zazwyczaj zatłoczonym i zakorkowanym mieście z marudzącym pasażerem na tylnym siedzeniu.

Słońce prześwitywało przez korony drzew rosnących po bokach drogi, a Celine oddawała się przyjemności, jaką sprawiała jej jazda przez ten sielski, niemal bajowy krajobraz.
W pewnym momencie jej uwagę przykuła boczna droga odbijająca w las. Celine wiedziała, ze prowadzi ona nad jezioro, nad którym miała ochotę chwilę posiedzieć. Skręciła powoli wyczuwając wyraźnie zmianę nawierzchni pod kołami. Szary asfalt zastąpił wyłożona tu i ówdzie kamieniami ubita ziemia.

Leśna droga doprowadziła ją do jeziora po kilku minutach. Nie była sama. Stało już tutaj kilka samochodów – ludzie szukali odpoczynku pośród drzew. Celine znalazła miejsce do zaparkowania i opuściła samochód. Ruszyła spacerkiem pragnąc powdychać świeżego powietrza. Nacieszyć się widokiem wody i lasu.

Zagłębiła się pomiędzy drzewa, w lekko chłodnawy półmrok czując przyjemny powiew znad jeziora. Ruszyła trasą często wybieraną przez amatorów leśnych biegów.
Sama nie biegła. Wystarczył jej spacer.

Na wisielca natknęła się w pół drogi od jeziora.
Wisiał tuż przy drodze, za zakrętem okalającym ścieżkę.

Wybałuszone gały, pokryta gnijącym mięsem twarz, larwy much bielące się w otwartych w daremnej próbie złapania oddechu ustach.
Celine jęknęła i cofnęła się kawałek, czując że zalewa ją zimny pot.

Wiatr poruszył ciałem i Celine wyraźnie ujrzała, że wisielec ma skrępowane z tyłu ręce, związane grubym powrozem. Było oczywiste, że to nie był samobójca.

Wiatr powiał mocniej i trup poruszył się gwałtownie kierując w stronę oszołomionej kobiety swą odrażającą twarz. Twarz, która nagle – bez ostrzeżenia – ożyła. W stronę Celine wystrzeliła mgła lub dym, który przypominał do złudzenie paskudną, demoniczną mordę.


Celine krzyknęła i nagle owiała ją czerń. Chyba straciła przytomność.

Kiedy ją odzyskała zamarła.
Zniknął las i wisielec. Zniknęło jezioro i drzewa.

Teraz znajdowała się na czymś, co wyglądało jak zamglone wrzosowisko.
Mgła niepokoiła bardziej, niż nagła zmiana otoczenia. Wydawała się jakaś nienaturalna i budziła w Celine podświadomą obawę, że za chwile wypluje z siebie kogoś lub coś – człowieka lub zwierzę, które nie będzie przyjazne.

Powiał zimny, niemal lodowaty wiatr, ale mgła nawet się nie poruszyła.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 11-12-2016 o 19:21. Powód: dodanie kolejnych graczy
Armiel jest offline  
Stary 26-08-2016, 00:36   #2
 
Szkuner's Avatar
 
Reputacja: 7098 Szkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputację
Kilka dobrych chwil leżała na twardych kamieniach, nim poobijana podniosła się na równe nogi. Pierwsze co ją otrzeźwiło to ten wielgachny zbiornik wodny. Racja, Norwegia to kraj fiordów, jezior i pięknych wybrzeży, ale okolice Bardujord to pieprzone lasy! A Barduelva to cholerna rzeka! Od której dzieli ją zresztą kilkanaście dobrych kilometrów. W ogóle to przestało padać... jakby ręką odjął. I jakoś tak cieplej?
Otrzepała szczuplutkie, zgrabne ciało z ziemi i piasku. Umysł młodego paranoika właśnie przeskoczył na wyższe obroty, dając do zrozumienia, że tu faktycznie jest coś nie ten teges. Bjarnlaug szybkim ruchem przesunęła w wygodne miejsce swój myśliwski nóż, który do tej pory spoczywał na pasku, zaraz obok lewego pośladka.
A może to jakiś sen? Ten piorun... zaraz. Piorun pierdolnął w volvo!
Ręka zaczęła jej drżeć. Ledwo trafiła nią w kieszeń skórzanej kurtki, aby chwycić paczkę papierosów. Jakimś cudem udało jej się wyjąć jednego "marlboraska". I całe szczęście, że zapalniczka jest w paczce.
Zaraz siwy dym wypełnił jej płuca, uspokoił. Tytoń zawsze jej pomaga, kiedy znajduje się w stresującej sytuacji. I nie tylko. Jakoś tak lepiej jej z towarzystwem papierosowego dymu niż bez niego.

A może ja nie żyję? No, od tego pioruna. Porządnie wzdrygnęła się na wspomnienie obrazu, który nagle ponownie stanął jej przed oczami. Czasem miewała omamy czy paskudne koszmary. Człowiek po potrójnym morderstwie raczej przestaje być zdrowym na umyśle. Ona na pewno nie uważała się za taką. Często budziły ją sny, dźwięki czy dziwaczne obrazy. Zawsze tłumaczyła to sobie traumą, czasem czymś na wzór pokuty. Chociaż nigdy niczego nie żałowała, no może jedynie tego, ze ojcu pozawalała się tak paskudnie lać. Teraz też starała się wmówić sobie traumę, że ten cholernie niepokojący obraz to tylko jej spaczone myśli. Tak tak, jasne.

Auć! Uszczypnęła się, ale jednak to nie jest sen. Papieros lada moment zniknął, a gorący filtr poparzył ją w usta. Momentalnie wyciągnęła drugiego i w spokoju oddychała już szarawym dymem. Rozglądnęła się po okolicy i stwierdziła, że na swój sposób jest tutaj w porządku. Mimo przyćmionego niepokoju postanowiła nie ruszać się stąd. Z powrotem na górę raczej nie wlezie, jest dość stromo. Tafla tego pięknego jeziora nawet rozluźnia, a chwila odpoczynku od ponurego cmentarza dobrze jej zrobi.

Tępa idiotka! Skąd tu kurwa jezioro!? Gwałtownie wyrzuciła niedopałek i postanowiła działać. Ruszy na lewo, postara się ominąć porośnięty gęstwiną pagórek. Może za nim zbocze jest mniej strome i kamieniste?
 
Szkuner jest offline  
Stary 28-08-2016, 14:11   #3
Adi
 
Adi's Avatar
 
Reputacja: 3008 Adi ma wspaniałą reputacjęAdi ma wspaniałą reputacjęAdi ma wspaniałą reputacjęAdi ma wspaniałą reputacjęAdi ma wspaniałą reputacjęAdi ma wspaniałą reputacjęAdi ma wspaniałą reputacjęAdi ma wspaniałą reputacjęAdi ma wspaniałą reputacjęAdi ma wspaniałą reputacjęAdi ma wspaniałą reputację
Celine jechała asfaltową nawierzchnią swoim samochodem, chciała sobie pojechać do lasu co zrobiła. Pogoda była piękna i nie zapowiadało się na deszcz. W tym dniu akurat miała wolne od pracy, normalnie wozi ludzi za pieniądze, gdyż jest taksówkarzem. Jechała spokojnie pięćdziesiątką, gdy zauważyła zjazd z asfaltowej drogi na szutrową ścieżkę. Skręciła w tym kierunku, Celine dobrze wiedziała, że ta droga zaprowadzi ją nad jezioro. Dobrze byłoby chwycić troszkę świeżego powietrza niż w zatłoczonym mieście. Zaparkowała mały kwadratowy samochód i wysiadła z niego przeciągając się.
Ah nie ma to jak czyste powietrze - pomyślała Amerykanka. Na miejscu znajdowało się już kilka samochodów, to oznaczało, że musiał być tu szlak turystyczny. Celine wybrała drogę dla początkujących biegaczy, sama zaś szła spacerkiem rozkoszując się pięknem lasu i pobliskiego jeziora. Szła tak dobre czterdzieści minut zanim przed jej oczami pokazał się wisielec.
-Rany! - krzyknęła blondynka rozglądając się czy ktoś znajdował się niedaleko niej zakrywając usta dłonią. Nikogo chyba nie było, gdyż nie mogła się za bardzo skupić na otaczającym jej świecie. Przeszył ją dreszcz i zimny pot, wpatrywała się w truchło jak w obrazek, gdy nagle nieco silniejszy wiatr poruszył ciałem, a kobieta się przestraszyła i upadła na ziemię. Nagle jakby zza trupa wyłoniła się mgła, która uformowała się w twarz nie wydając dźwięku, ale i to było straszne. Po czym chyba straciła przytomność, nie wiem nie pamiętała zajścia tylko tą przerażającą twarz. Po odzyskaniu świadomści znalazła się w dziwnym miejscu, zniknął wisielec i las, jej samochód i wszystko wokół blondynki. Nie wiedziała, gdzie się znajduje, ale natomiast była mgła podobna do tej sprzed chwili. W Celine zbierało się na wymioty, a strach wziął górę. Mgła była chyba bardziej straszna niż twarz ukazana z dymu. Powiał zimniejszy wiatr co spotęgowało strach u blondynki. Trzęsła się z zimna. Spojrzała na mgłę, ale ta się nie poruszyła. Chciała wypatrzyć jakiś okoliczny budynek czy ścieżkę prowadzącą gdzieś dalej. Czy są jacyś ludzie. Jak wypatrzy drogę to uda się w tamtą stronę.
 
__________________
Mets ta main, dessents la au dessous de mon coeur.
gg 53887240
Adi jest offline  
Stary 29-08-2016, 15:03   #4
 
cyjanek's Avatar
 
Reputacja: 3120 cyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputację
- Debile. Kretyni. Idioci. - Powstrzymując mdłości mamrotał pod nosem medyczne określenia, mając nadzieję, że ci których dotyczą nie dożyją poranka. - Normalnie przygłupy. Jak mam odzyskać kasę gdy tak mnie załatwili? - Pytanie bynajmniej nie było retoryczne. Nawet w takim stanie nie mógł przestać myśleć o tym co go czeka jeśli…. Musiał się śpieszyć. Stęknął i spróbował usiąść, lecz ledwie drgnął w jego głowie wybuchła supernowa. Na całe szczęście nim go do szczętu spaliła, zapadła się w czarną dziurę. Odpłynął w ciemność.

Wybudziły go dreszcze - to zmaltretowane mięśnie protestowały przeciwko wilgoci i chłodowi tego miejsca. - Gdzie ja właściwie jestem? - poruszył bezdźwięcznie ustami. Nic mu się nie zgadzało. Gdzie miał być szum ulic była cisza, a zamiast twardych płytek z betonu coś mniej uwierającego. Mimo budzącej się ciekawości zwlekał z otworzeniem oczu. Pamiętny supernowej wolał przeczekać aż z głowy ulotni mu się irytujący szum. Mylił się jednak. Nie było ciszy. Dookoła niego szumiały drzewa. Rozchylił powieki i ujrzał baldachim liści nad swoją głową. Gęsty i ciężki, jak w żadnym lesie, który znał. “Puszcza Białowieska?” - wariacka myśl, przecież to by znaczyło, że był pół tysiąca kilometrów od domu. To nie mogło być możliwe.

“A może i było” westchnął przypominając sobie o Amber. Ta to dopiero lubiła eksperymenty. Na liście środków chemicznych i naturalnych, które wypróbowała nie brakowało chyba niczego. On z kolei lubił eksperymentować z nią i czasami dawał się namówić na coś z jej zasobów. “Zaraz… jak to nazwała?” W jałowej pustce głowy spróbował odnaleźć właściwe słowa. “angielski… anielski… ciesielski??...” . Nagła torsja szarpnęła nim i po chwili resztki zawartości żołądka znalazły się na ściółce obok jego głowy. “Co… co to… kto to był?” Obraz maszkary rozwiał się zbyt szybko by zachował w pamięci szczegóły. Spróbował przypomnieć sobie z jakiego filmu może pochodzić, lecz znowu nieskutecznie. Z niesmakiem przekręcił szyję odwracając głowę od wymiocin. Po chwili poczuł się lepiej.

Wstać było łatwiej niż przypuszczał. Tym razem, zupełnie tak, jakby opróżnienie żołądka oczyściło głowę, gwiazda nie wybuchła. Chwilę stał chwiejąc się, a kora, o którą opierał się dłonią była bardziej wyrazista niż wszystko inne. Sięgnął do kieszeni, lecz, że nie ma telefonu wyczuł zanim wsunął w nią palce. “Nici z pomocy, nici z GPS”. Przeciągnął nogą szeleszcząc suchym igliwiem i w ten sposób dał pierwszy krok.
 

Ostatnio edytowane przez cyjanek : 30-08-2016 o 14:33.
cyjanek jest offline  
Stary 29-08-2016, 15:39   #5
 
Morri's Avatar
 
Reputacja: 1858 Morri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłość
To nie była cholerna droga do Ferris. To nie był również szpital, gdzie mogłaby się znaleźć po zmiażdżeniu przez TIR-a. O ile nie była to kostnica, w której teoretycznie powinna się obudzić. Ale kostnic nie stawiano pod rozgwieżdżonym niebem. I tak nigdzie w okolicy nie można by było znaleźć takiego nieba, za dużo świateł...
Patricia rozejrzała się ostrożnie wokół siebie.
- Toto, mam wrażenie, że nie jesteśmy już w Kansas. - powiedziała cicho do siebie, dodając sobie w ten sposób otuchy i czując jak włoski na jej przedramionach podnoszą się. Nie, nie z zimna. To był strach, który lodowatą kulą obudził się gdzieś w jej trzewiach.

Nie skręciła na przeciwny pas ruchu z powodu braku umiejętności, ale pierwotnego lęku, który obudził się w niej na widok przerażającej twarzy. Nie, Patricia nie wiedziała, jak powinno odczuwać się coś pierwotnego, ale to musiało być właśnie to. Bo jak inaczej nazwać fakt, że zupełnie wyłączyła myślenie i pozwoliła zawładnąć nad swoim ciałem jakimś dzikim instynktom, skłaniającym ją do ucieczki? Tak, jakby jakaś wyższa siła, ale zupełnie nie związana z czymś boskim, nakazała jej zachować się irracjonalnie. Nie, nie było w tym nic boskiego, prędzej diabelskiego.
Blondynka nie musiała szczególnie wysilać się, aby przypomnieć sobie makabryczną twarz, która pojawiła się na jej przedniej szybie. Obawiała się, że tego widoku nie zapomni do końca życia, bo obraz wręcz wypalił się w jej głowie. Twarz bez ust, z widocznymi dziąsłami, ohydna i przeżarta, niczym zgniła. Tricia znowu poczuła kulę lodu w żołądku, ukłuła się więc paznokciem w dłoń, tłumiąc mdlące uczucie bólem.

Podniosła się ostrożnie i powoli z ziemi, czując słabość w swoich mięśniach. Żołądek próbował zmusić ją do torsji, jednak póki co udało się jej nie witać resztek obiadu. Patricia w miarę swoich możliwości dokładnie obejrzała całe swoje ciało, nie znalazła na nim jednak żadnego nowego zadrapania, nie mówiąc o ranach. Zupełnie tak, jakby wcale nie wjechała pod jadącego z naprzeciwka TIR-a. Rozejrzała się jeszcze raz. Nie poznawała tej okolicy, ani nie widziała nigdzie w pobliżu ani swojego samochodu, rozbitego, czy też nie, ani nawet TIR-a, pod którego teoretycznie wjechała.
Czy przeleciała przez drogę i uniknęła kolizji? Czy to oznaczało, że kierowca ciężarówki gdzieś ją wywiózł i porzucił? Czy sam był w szoku? Czy ona po prostu zaszła daleko od miejsca wypadku? A jeśli wypadek miał miejsce, to dlaczego była TU? I w zasadzie gdzie było owe TU?! Była sama, w miejscu, którego nie rozpoznawała, nie mając nigdzie w pobliżu nawet skrawka swojego bagażu. Nie miała żadnego punktu zaczepienia. Czy jeszcze żyła? Czy to było piekło? Czy może po prostu oszalała?
Zamiast odpowiedzi w głowie Trici piętrzyły się kolejne pytania podszyte echem narastającego przerażenia i paniki.
 
__________________
"First in, last out."
Bridgeburners

Ostatnio edytowane przez Morri : 29-08-2016 o 15:47.
Morri jest offline  
Stary 29-08-2016, 16:27   #6
Ryo
 
Ryo's Avatar
 
Reputacja: 10349 Ryo ma wspaniałą reputacjęRyo ma wspaniałą reputacjęRyo ma wspaniałą reputacjęRyo ma wspaniałą reputacjęRyo ma wspaniałą reputacjęRyo ma wspaniałą reputacjęRyo ma wspaniałą reputacjęRyo ma wspaniałą reputacjęRyo ma wspaniałą reputacjęRyo ma wspaniałą reputacjęRyo ma wspaniałą reputację
Lidia Hryszenko miała zamiar skończyć to wszystko później. W czort później. Od tego niewyspania wszędzie diabły zaczęła widzieć - był to znak, że najwyższa pora położyć się do łóżka. Na włosy farbowane na lazurowo lunęła struga wody z baterii prysznicowej. Woda pociekła po chudym ciele, strużkami po bladej, stroniącej od słońca skórze. Ciemne punkowe ciuchy leżały koło prysznica, tam je wcisnęła, z nieprzytomności nie bacząc na to, że za niebawem je zachlapie. To nie było ważne. Pieprzyć wszystkie szatany, które śmiały się pojawić jako marne widziadła. Zaraz pójdzie spać, będzie mogła pieprzyć wszystko. Tylko gdzie była ta cała piżama? A może walić ją i glebnąć się na łóżko w stroju Ewy? Lidia w tym momencie nad niczym nie myślała. Cały zasób myślowy poszedł na dziewięć godzin ślęczenia nad plikiem, manewrowanie piórem po tablecie, setek edycji, cofnięć, maźnięć, stek przekleństw i konsumowanie kawy w ilościach, które teoretycznie powinny doprowadzić do migotania komór. Walić to wszystko, chce iść spać, to pójdzie i żadna siła nadprzyrodzona ją od tego nie odwiedzie.

Historia postanowiła po pijaku założyć się z bliżej nieznanymi siłami, że to gówno prawda. Nie wiadomo, co tej nocy wszelakie mitologiczne swtory i bóstwa brały, ćpały, czy i w ilu burdelach balowały, ale jeśli cokolwiek z tego wyszło, to Lidia po obudzeniu się miała doświadczyć efektów wszelkich dziwactw, jakie ludziom... a może i nieludziom do głowy przyszły.

[Lidia] Rozglądnęła się nieprzytomnym wzrokiem na całe otoczenie. Mruknęła pod nosem, przecierając przekrwione oczy barwy jasnoniebieskiej. Ogarnęła z facjaty niebieskie, lekko rozczochrane włosy. Nie obudziła się we własnym łóżku, tylko nad rzeką. Czy wciąż śniła? Przypomniały się jej anomalie z niedawnego świtu. Demoniczna twarz, potworne wycia udające alarm samochodowy [lub na odwrót]. Teraz sytuacja jeszcze bardziej się spierdoliła. To wszystko było tak nierealne, że dziewczyna postanowiła się mocno uszczypnąć. Jeśli nie będzie dostatecznie bolało, będzie oznaczało to, że to wszystko to tylko dziwny sen. Podobno mózg posiadał swoje zabezpieczenia, nawet w najgorszych marach sennych - jeśli dostałeś strzał w obojętnie jakie miejsce, nie odczujesz nawet cząstki bólu, jaka powinna incydentowi towarzyszyć. Jeśli potwory rozszarpywały cię na strzępy, również nie odczuwało się w pełni katuszy, jakie powinny temu w rzeczywistości towarzyszyć.
Uszczypnięcie niepokojąco bolało - więc nie śniła. Lidia powstała na równe nogi i patrzyła na zwierzęta przedzierające się przez rzekę.
Nawet nie raczyła się zastanawiać, jak się tu znalazła. W jej głowie tłukło się inne pytanie - po co jakaś siła ją tu sprowadziła? Przecież wzorowo trzymała się z dala od tych wszystkich mitologii. Lunatykowanie - skąd?
Cóż, chyba będzie musiała przyłączyć się do tych uciekających zwierząt. Sama przecież mogła się stać zwierzyną łowną.
Niepokój dał o sobie znać. W postaci zawrotów głowy i uczucia duszności. Musiała się ruszyć z tego miejsca, nie chciała dać się złapać. Każdy kolejny oddech przypominał walkę z niewidzialnym przeciwnikiem o kolejne porcje zbawczego tlenu. Nie może skończyć jak zwierzyna łowna, po prostu nie i chuj.
Zacisnęła piąstki i mimo nerwów postanowiła działać. Zda się na mądrość natury i podąży tropem tych zwierząt. [Lidia] Była tak podenerwowana, że nawet nie przyszło jej na myśl tejże torby sprawdzać, którą posiadła, choć nie przypominała sobie, żeby kładła się z nią spać. Może powinna to zrobić wpierw? Czas uciekał, a strach coraz bardziej dawał o sobie znać.
Dlaczego? Dlaczego to wszystko się dzieje? Dziewczyna miała ochotę się skulić, schować się przed całą rzeczywistością, nad którą straciła panowanie. Układ oddechowy rwał się do wrzasku paniki, ale nerwy za wszelką cenę starały trzymać ład mimo coraz silniej i zuchwalej panoszącego się chaosu w jej głowie, spowodowanego gwałtownym przypływem strachu. A strach podobno dodawał sił.
Pora sprawdzić to na podstawie biegu z tymi zwierzętami.
 
__________________
Every time you abuse Schroedinger cat thought's experiment, God kills a kitten. And doesn't.

Z mojej strony może się zmniejszyć aktywność w grach.
Ryo jest offline  
Stary 01-09-2016, 22:57   #7
 
Bebop's Avatar
 
Reputacja: 875 Bebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwu
Do Rose’s Diner chodzili od lat. Była to niewielka knajpka utrzymana w klimacie lat 90., nie był to jednak zabieg celowy, lokal od niemal dwudziestu lat nie zmienił po prostu wystroju. Kiedyś wpadał tu z całą rodziną, z czarującą żoną Margaret, z szaloną córką Alice oraz wesołym synem Kevinem. Teraz były to już tylko puste wspomnienia. Alice od dwóch lat pozostawała w śpiączce, a małżeństwo nie wytrzymało tej próby.

Lubił tu wpadać z Kevinem tworząc jakby namiastkę dawnych chwil. Podczas ich nielicznych spotkań, nie potrafił jednak stwierdzić, jak jego syn potrafił się tak niesamowicie zmienić. Kiedyś był fanem koszykówki, WWE i Spider-Mana, teraz wielbił żel, spodnie rurki i Internet. To była teraz jego największa pasja.

- Tato, koszykówka powoli umiera, teraz liczy się tylko e-sport – mówił piętnastolatek– Tak samo telewizja. Vlogerzy to nowi celebryci, każdy może się wybić, Youtube dostępny jest dla każdego. To nie HBO!- Podjął z jeszcze większym ożywieniem. - Wiem jak to działa! Mam już kilka filmików, to będzie hit. Tydzień albo dwa i suby same przyjdą. Suby, polubienia, kasa zacznie płynąć. - Zachichotał. - Może zacznę zarabiać więcej niż ty?

Kent pokiwał głową z udawaną aprobatą. Kevin w ogóle go nie przypominał, ani zachowaniem ani wyglądem. Perry był wysokim, wysportowanym mężczyzną. Nosił tanią flanelową koszulę, stare dżinsy i ciężkie buty sprawdzające się na budowie. Jak na prawie pięćdziesięciolatka kondycję utrzymywał świetnie. Jego syn ubrany był w markowe ciuchy bardziej pasujące do nastolatek, a przeciętna budowa świadczyła o tym, że o prawdziwym sporcie już dawno zapomniał.

- Wypiję za to – odparł Percival i wzniósł toast kubkiem kawy, syn skwitował to krzywym uśmiechem.

- Ta, jasne. Tato, ściemniasz fatalnie – skwitował Kev – ale jeszcze zobaczysz, mówię ci.

- A jak tam szkoła? - Ojciec próbował zmienić temat.

Syn machnął ręką. - I bez niej mam dużo zajęć. Jeszcze dzisiaj biorę się za Twitcha, a od jutra ostro trenuje.

- Wracasz do kosza? - spytał z nadzieją Perry.

- Niezła próba. - Zaśmiał się. - Za rok wezmę udział w mistrzostwach Lola. Mamy już niezłą paczkę, a zawodowe drużny mają swoich sponsorów. - Postukał się palcem w skroń. - Jak mówię tato, główka pracuje. - Zerknął na telefon i nagle wstał. - Moment, wracam za moment. - Niemal wybiegł z knajpy.

Perry nie miał pojęcia o czym właściwie mówił jego syn. Technika nigdy nie była jego mocną stroną, szczytem jego umiejętności była obsługa klawiszowego telefonu z klapką, uruchomienie konta na Facebooku i okazjonalnie przeglądanie zabawnych filmików na Youtube. Wkurzało go to, że Margaret nadążała. Oglądała streamy syna, pomogła mu założyć oficjalną witrynę internetową… Patrzył teraz przez szybę jak Kev wraz z kilkoma osobami macha telefonem przed wejściem. Świat stanął na głowie.

- Jeszcze kawy, proszę pana? - spytała młoda kelnerka, musiała zauważyć roztargnienie Kenta, bo dodała – Mamy tu Pokestop. Świetna reklama dla restauracji.

- Aha. Za kawę już dziękuję, złotko. - Dziewczyna uśmiechnęła się, obróciła zwinnie i uciekła. Percival pozwolił sobie rzucić okiem na jej tyłek, z tymi kształtami z powodzeniem może wkrótce złożyć CV do Hooters. Ciekawe czy jego syn już świrował na punkcie kobiet.

Dopił kawę, a po chwili do knajpy wrócił Kevin. Obaj zamienili jeszcze kilka zdań sprowadzających się do standardowego gadania o niczym. Następnie odwiózł syna do jego matki.

Tylko tyle, czterdzieści minut w tygodniu z synem, krótkie oderwanie od pracy.

***

Kiedyś sądził, że własny biznes to same plusy, niekończący się potok pieniędzy i pełna kontrola nad życiem. Po latach prowadzenia swojej firmy remontowej bardzo zmądrzał. Nauczył się być nieustępliwym, walczyć by być na szczycie łańcucha pokarmowego. Nie był tani, ale za to bardzo solidny. Wiele wymagał od siebie, a co za tym idzie, także od swoich pracowników.

Do tych jednak nigdy nie miał cierpliwości. Zatrudniał miejscowych chłopaków, czasem także Meksykanów. Latynosi znali się nawet na budowlańce, ale przez większość czasu odtwarzali spektakl pod tytułem „Haruję w pocie czoła”. Kiedy tylko Kent nie widział chodzili na przerwy i próbowali wynosić narzędzia.

Nie był rasistą, lecz nie potrafił, pomimo szczerych chęci, dogadać się z Afroamerykanami. Z tym z hurtowni nie było lepiej. Długo wytrzymał zanim cisnął w niego salwą przekleństw i określeniami typu „murzyn” i „czarnuch”. Nie była to najlepsza dyskusja, ale Kent nie obawiał się konsekwencji. Utrata zlecenia była znacznie groźniejsza dla firmy, niż słowa krętacza – nieroba, który nie rozumie na czym polega jego praca. Perry nie potrafił być od kogoś zależny, jeśli czegoś potrzebował, robił wszystko by to otrzymać.

Ludzkie lenistwo doprowadzało Kenta do szału.

***

Najpierw otworzył oczy, potem wypluł błoto. Leżał w rowie przysypany liśćmi, brudny i zdezorientowany poderwał się na nogi. Szybko uspokoił oddech i rozejrzał się, jego myśli zaczęło szturmować pytanie Co się do stało do kurwy nędzy?. Pamiętał tego zdziwaczałego menela oraz sikanie w zapyziałeś toalecie.

Ktoś mu coś zrobił? Porwali go, ale nagle się rozmyślili i wyrzucili w głuszy? Jak przez mgłę widział jakąś odrażającą postać, jakby trup się na niego rzucił. Pomyślał, że ktoś go czymś naszprycował. To mógł być narkotyk, albo jakaś broń biologiczna, tyle się teraz słyszało o zagrożeniu terrorystycznym. Odegnał jednak te myśli czując, że popada w paranoję. To mógł być też jakiś głupi dowcip, bo przecież nie sen. Nie, z pewnością nie sen, bo szczypanie nie pomagało mu się wybudzić.

Kiepski dzień. To wszystko nie miało sensu, żadnego. Nie czuł strachu, ani gniewu, a jedynie zagubienie. Przede wszystkim musiał się stąd wydostać, potem miał zacząć zadawać pytania. Otrzepał spodnie i koszulę, a następnie ruszył przed siebie błotnistą drogą.

Jak to powiedział ten żul? Że po niego idą? Może to jednak był jakiś atak.
Wypadałoby jeszcze przeszukać kieszenie, powinien w nich mieć telefon, klucze od auta, a nawet nożyk. Cóż, na tym zadupiu nie pogardziłbym choćby jedną kreską zasięgu.
 
__________________
See You Space Cowboy...

Ostatnio edytowane przez Bebop : 03-09-2016 o 15:23.
Bebop jest offline  
Stary 03-09-2016, 22:17   #8
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 7134 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
Megan zamrugała kilka razy oczami, ale obraz się nie zmienił. Dziwnie pusty las, posępne wierzchołki drzew nad nią. Przeszedł ją dreszcz. Zła aura, wyczuła to od razu, nie potrzebowała żadnych instrumentów. A potem pamięć wróciła i przyszło wspomnienie wypadku. Znowu zadrżała. Motocyklista i dziwna twarz, zanim pasy wbiły się w jej ciało, a głowa wpadła w poduszkę powietrzną. Jej srebrna, terenowa Toyota miała wszystkie najnowocześniejsze systemy bezpieczeństwa. A mimo to.. uderzyła się w głowę? Chyba nie, usiadła powoli, a potem sprawdziła sobie puls i delikatnie obmacała czaszkę szukając śladów urazu. Nic.

Jak długo była nieprzytomna? Gdzie był jej samochód? Tamten motocyklista wyraźnie chciał ją przestraszyć, może zepchnąć z drogi? Uświadomiła sobie niedorzeczność tej myśli – przecież nie miał szans z jej Toyotą! A mimo to zjechała na bok. Intuicja. Zawsze jej ufała, a ta nigdy jej nie zawodziła. Niektórzy twierdzili, ze intuicja to tylko suma przetworzonych doświadczeń, a właściwie wyciągniętych z nich nieświadomie wniosków. Umysł już wie, że coś powinno się zrobić, albo czegoś uniknąć, ale brak mu umiejętności nazwania tego. Taka wiedza z tyłu głowy. Nienazywalna. Ale ona potrafiła coś więcej.. miała silną aurę, jej intuicja wykraczała poza zwykłe poznanie. Kiedyś takie jak ona palono na stosach. Dziś – dawano dyplomy prestiżowych uczelni. Głęboko wierzyła, ze medycyna holistyczna jest przyszłością medycyna jako takiej. Dusza i ciało to jedność. Świetnie znała i rozumiała i jedno, i drugie.

Podniosła się na nogi. Nigdzie nie było widać śladu jej samochodu. Ktoś zaaranżował to całe zdarzenie, żeby ukraść jej Toyotę? Bardzo, bardzo chciała w to wierzyć. Ale fakty nie pasowały. Jej rzeczy leżały porozrzucane dookoła. Zebrała je starannie – ekologia była jej bliska. Plecak z oprzyrządowaniem na trening aikido, jej torba lekarska, zestaw do… Wtedy uświadomiła sobie, czego brakowało w tym lesie. Odgłosów zwierząt, owadów, ptaków… brakowało życia. Znów zadrżała, owijając się szczelniej wełnianym swetrem. Choć wiedziała, ze to nic nie da. Bała się. Próbowała przekonać siebie samą, że to wszystko, co teraz czuje, to splątanie, strach to tylko skutki wypadku. Ale zawsze wierzyła swojej intuicji. A ta biła teraz na alarm. „Uciekaj!” krzyczało jej w głowie „Uciekaj! Uciekaj!” Ale dokąd?

Rozejrzała się bezradnie dookoła. Wszędzie las, nieznany, przerażający, martwy. Gzie ma iść?! Poczuła, jak panika ściska ją w gardle „Uciekaj!”. Wzięła głęboki oddech. Potem drugi. Rozluźniła mięśnie. Usiadła w seiza i zaczęła w myślach liczyć od 100 do 1, żeby wprowadzić umysł w stan alfa.


 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji

Ostatnio edytowane przez kanna : 03-09-2016 o 23:04. Powód: kosmetyka
kanna jest offline  
Stary 19-09-2016, 15:47   #9
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 14213 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
DOMINIUM

Jest takie miejsce, gdzie sny stają się równie realne, co Śniący. Uciekając spod przymkniętych od stuleci powiek wraz z miarowym, niezauważalnym oddechem Śniącego, wędrują pod łukowe sklepienie, krążąc niczym splątana , cienista przędza. Wirują w rytm podmuchów wiatru, by w końcu zebrać siły i poszybować poza dom Śniącego, niczym brudne, cieniste motyle. Wokół Domu Śniącego rozciąga się Sieć. Patrolowana przez zakutych w stal Pajęczarzy, próbujących przechwycić uwolnione sny. W większości przypadków, można rzecz, udaje się im ta niekończąca się straż. Nie zawsze jednak i czasami jakiś cienisty motyl wyrwie się na wolność do Dominium, przyjmując realną, rzeczywistą formę.

Nic w tym dziwnego. W Dominium magia jest równie realna, jak wojna czy polityka Władców. Tylko problem w tym, że Śniący śni jedynie koszmary.


Bjarnlaug Jónsdóttir

Szybko otrząsnęła się z oszołomienia i zaczęła działać. Teren był dość nierówny i zdradliwy więc każdy kok stawiała ostrożnie, uważając gdzie stawia stopy. Biel kamieni dziwnie kontrastowała z ciemną wodą jeziora.
Powietrze było czyste i … przyjemne. Bjarnlaug czuła się, jakby… trafiła do domu. Zapach przypominał jej coś dawno zapomnianego, coś wypartego ze świadomości. Ulotnego i … kuszącego.

Minęła zakole orientując się, że wszędzie wokół jeziora teren wygląda niemal identycznie. Wysokie klify, kamienisty brzeg i gęsty las, który wyglądał na równie stary co i jezioro.

W jednym miejscu jednak teren obniżał się nieco, tam gdzie jakiś zapomniany kataklizm zawalił część zbocza. To dawało szansę na w miarę bezpieczne wspięcie się i rozejrzenie po okolicy.

Bjarnlaug ruszyła tam, by po chwili przystanąć. Zorientowała się bowiem, że brzeg jeziora zawalają kości – szczątki ludzkie: czaszki, kawałki żeber, piszczele, gnaty walały się wszędzie wokół. Część z nich pokryta jakimś przerdzewiałym żelastwem, niczym pozostałościami po średniowiecznych pancerzach i kolczugach. Tu i ówdzie dziewczyna wypatrzyła również szczątki mieczy, toporów – równie zardzewiałych, co pancerze, zmienionych niemal w jedną rdzawą narośl z kamieniami i pisakiem.

To było pole bitwy. Dawnej i zapomnianej. Chociaż Bjarnlaug nie miała pojęcia kto i z kim tutaj się bił.

W szczątkach było jednak coś, co budziło atawistyczny niepokój, nawet u niej, nawykłej przecież do obcowania z ludzkimi kośćmi.

I wtedy zorientowała się, że jeden z większych głazów przy upatrzonym przez nią osuwisku nie jest głazem, lecz niewielkim, prymitywnym namiotem, przed którym stał jakiś dzieciak i obserwował ją z bezpiecznej odległości. Z miejsca, w którym się znajdował, Bjarnlaug mogła stwierdzić że dzieciak ma nie więcej, niż metr dwadzieścia i miedziano-rudą czuprynę, którą szarpał dość silny wiatr. Rudzielec spoglądał w jej stronę osłaniając dłonią oczy przed słońcem.

CELINE CENIS

Mgła nie poruszyła się, chociaż Celine stała już dość długo. To było dość dziwne i niepokojące uczucie, ponieważ kobieta wyraźnie czuła podmuch wiatru na twarzy. Wilgotnego i cuchnącego wiatru, który kojarzył się jej z oddechem psa. Wyczuwała nawet lekki smrodek gnijącego mięsa lub zepsutych zębów który budził w niej dziwne lęki.

Celine nie wypatrzyła żadnych ścieżek, żadnych wskazówek, dokąd mogłaby się udać dalej. Co zrobić. Była tylko ona i przeklęta mgła, która w jakiś sposób wydawał się na nią czyhać.

Ta myśl wzbudziła w niej niepokój. Trąciła jakąś zapomnianą strunę w jej duszy. Podrażniła, niczym niedoleczony ząb.

I wtedy Celine usłyszała jakiś hałas we mgle.

Dyszący, przeciągły dźwięk kojarzący się z jakimś skrytym w oparze zwierzęciem, które węszyło, łowiło rozmyte przez mgłę zapachy, skryte gdzieś tam, w mleczno-szarym tumanie.

- Celine.

Z mgły dobiegł do niej szept. Wyraźny, chociaż nie potrafiła określić czy szepce kobieta czy mężczyzna.

Zamarła.

- Celine.

Znów to samo. Uporczywe. Gdzieś z mgły. Blisko.
Serce Celine zabiło szybciej. Oddech stał się płytki, chrapliwy. Nie potrafiła nad tym zapanować.

- Celine.

Mgła zaczęła się rozwiewać, jakby gdzieś niedaleko ktoś włączył niewidzialną dmuchawę. Tuman kłębił się, płożył, odpływał w dal tworząc… przejście! Drogę.

I wtedy Celine ujrzała jakiś kształt zbliżający się w jej stronę. Wysoki. Dziwaczny. Trudny do opisania przez zdradliwą, budzącą wyobraźnię mgłę.

- Celine.

Wiatr przywiał do niej smród. Okropny odór gnijącego mięsa i ropy. Zepsutej krwi i żółci. Podobnie śmierdział wisielec znaleziony w lesie.

- Celine.

Rozmyty kształt zbliżał się do niej powoli. A ona mogła poczekać na rozwój wydarzeń lub rzucić się do ucieczki we mgłę, byle dalej od szepcącej kreatury.

Instynkt podpowiadał jej, by zrobiła to drugie. Najlepiej jak najszybciej, nim cuchnący szeptacz podejdzie bliżej. Z drugiej jednak strony śmierdzący intruz mógł okazać się źródłem wiedzy o tym, gdzie się znajduje i co się tutaj wydarzyło.


Adam Enoch

Jar wyprowadził go do lasu. Równie paskudnego jak parów, z którego się wynurzył. Lasu złożonego głownie, jak się mogło wydawać, z drzew o beczkowatych pniach, poczerniałych od wilgoci i pokrytych jakimś liszajem czy grzybem, którego intensywna, ziemista woń przenikała całą okolicę.
Gnijące liście, w których brodził Adam były oślizłe i rozmiękłe, niewiele gęstsze niż kompost. Oblepiały mu buty, przez które wilgoć przenikała dalej, do skarpet i stóp.

Las wydawał się opustoszały, jakby dotknięty zarazą czy czymś takim. Co prawda Adam nie znał się na lasach, lecz ten nawet jemu wydawał się dziwny.

Ruszył, wybierając kierunek na ślepo, licząc na to że w końcu dotrze gdzieś do jakiejś drogi, budynku, linii energetycznych, czegokolwiek co pozwoli mu zorientować się gdzie jest i dotrzeć do jakiejś cywilizacji.

Szedł tak przez dłuższą chwilę, a panująca wokół cisza dobijała go psychicznie. Nawykły do miejskiego zgiełku czuł się, jak w grobie.
Gdy usłyszał w końcu jakiś dźwięk nawet się ucieszył. Ale kiedy jego rozum poskładał dźwięki, które doleciały go z gęstwy krzaków po jego lewej stronie, cisza nie wydawała mu się już taka zła.

Warkot.

Gardłowy. Głuchy. Narastający. Warczenie dzikiego zwierzęcia. Zapewne groźnego.

Adam zamarł. Wstrzymał oddech nie bardzo wiedząc, jak ma się zachować.
I wtedy krzaki poruszyły się szeleszcząc i wynurzył się z nich wychudzony chyba wilk. Zapadnięte boki zwierzęcia zbrązowiały od czegoś, co mogło być krwią i błotem. Żółte ślepia wpatrywały się w Adama z dziką, mającą w sobie coś z szaleństwa żądzą mordu, a wyszczerzone zębiska ociekały pianą.
Wilk warknął raz jeszcze i powoli, ostrożnie, jak polujący drapieżnik ruszył w stronę mężczyzny.

Opuchnięta szczęka wydawała się teraz najmniejszym problemem Adama.


Patricia Maddox

Pytania lęgnące się w głowie dziewczyny, jak na razie, nie doczekały się odpowiedzi.

Gwiazdy migotały, jak wcześniej. Księżyc świecił, jak wcześniej. Drzewo szumiało, jak wcześniej.

Patricia rozejrzała się raz jeszcze wokół siebie, ale w ciemnościach nocy nie ujrzała niczego, co mogłoby być źródłem światła – żadnej łuny miasta czy chociażby miasteczka, żadnych reflektorów przejeżdżających gdzieś w oddali samochodów. Nic, co by wskazywało, że znajduje się blisko miejsca wypadku.

Bała się. Cholernie się bała. Do tego stopnia, ze nie mogła uporządkować myśli. Ogarnąć rozdygotanych emocji i nerwów.

I wtedy jej wzrok przykuło światło. Niewielkie, Kołyszące się na boki. Migotliwe i niewyraźne.

Latarka? Raczej nie? Nie dostrzegała charakterystycznego snopa światła.
Latarnia? Taka archaiczna, jakiej używali górnicy? Być może.
Tak czy owak światło oznaczało człowieka. A człowiek oznaczał….
Właśnie?

Zagrożenie czy pomoc.

- Patricia.

Omal nie krzyknęła, gdy usłyszała głos kogoś szepczącego jej prosto w ucho. Odwróciła się gwałtownie z sercem trzepocącym w piersi, jak dzikie zwierzę schwytane w klatkę, ale nie zobaczyła nikogo. Było tylko drzewo i ciemność.

- Patricia.

Znów to samo. Jakby ktoś stał koło niej. Szukał jej. Wołał.

I wtedy zorientowała się, że szept dobiega z jej kieszeni. Z miejsca, gdzie zazwyczaj trzymała telefon komórkowy.

Światło w ciemnościach migotało, drgało, kręciło się, jakby ten, co je trzymał, szukał czegoś albo kogoś.
Jej?



Lidia Hryszenko

Lidia poddała się instynktowi ucieczki i rzuciła w ślad za jeleniem i sarną, które zdążyły wygramolić się na brzeg po jej stronie rzeki i popędziły dalej, ociekając wodą i ignorując zupełnie dziewczynę. Pogalopowały dziko, przed siebie szybko znikając w gęstych zaroślach.

Lidia straciła je z oczu chociaż jeszcze przez chwilę słyszała, jak biegną gdzieś tam, pomiędzy wysokimi krzakami, aż znikają w niezbyt gęstym lesie zaczynającym się jakieś pół mili od brzegu rzeki, nad którym ocknęła się Lidia.

Dziewczyna przebiegła jeszcze kawałek, zatrzymując się pośród smukłych, niemal rachitycznych pni. Łapała ciężko oddech, zmęczona ostrym tempem, jakie sobie narzuciła.

Po kilku głębszych haustach powietrza odwróciła się by przyjrzeć rzece i zamarła.

W miejscu, z którego przybiegła stał … centaur.

Przypomniała sobie nazwę stwora z gier RPG. Pół koń, pół człowiek.
Masywna klatka piersiowa bywalca siłowni. Szerokie ramiona. Muskuły napompowane niczym mokre sny kulturysty. I Idzika grzywa kruczoczarnych włosów. A dół koński. Ociekający wodą.

Nie wierzyła swoim oczom! Bo kto by uwierzył?

Stwór rozglądał się. Jego przednia noga – końska noga – grzebała nerwowo kopytem w błocie.

Lidia usłyszała wycie. To samo co wcześniej, lecz z dalszej odległości. Nadal po drugiej stronie rzeki.

Zatem to nie ten… ten stwór był sprawcą hałasu, przed którym uciekała.

Więc co?

Centaur wyraźnie spłoszony ruszył prosto w stronę zarośli. Było pewne, że jeśli się nie schowa, kreatura w końcu wypatrzy Lidię.


PERCIVAL KENT

Percival przeszukał kieszenie szybko przekonując się, że kluczyki do auta zniknęły, chociaż scyzoryk nadal był na miejscu. Największe zaskoczenie jednak czekało go, gdy sięgnął po telefon komórkowy. Zamiast niego w kieszeni znalazł bowiem czarny, lśniący kryształ.

Zaskoczony tym znaleziskiem Kent zatrzymał się w środku błotnistego lasu, czując pierwsze krople deszczu na policzkach i słysząc narastający grzmot gdzieś w oddali – bez wątpienia zapowiedź burzy. Percival nie zważał jednak na nadciągające załamanie pogody. Podziwiał kryształ.

Klejnot lśnił elegancją wyszlifowanych krawędzi. Zachwycał kunsztem i mistrzostwem kunsztu szlifierza, który nadał mu formę. Percival nie znał się na jubilerstwie ale przeczucie mówiło mu, że trzyma w rekach brylant czy też diament. Nigdy nie pamiętał czy oszlifowany kamień to jedno, czy drugie. W każdym razie trzymał w dłoni majątek. Fortunę zważywszy na ilość karatów, jakie miał zapewne klejnot.

Kent ujrzał odbijające się w krysztale drzewa i chmury, swoją lekko zniekształconą twarz. Widział dziwne rozbłyski światła, refleksy przebiegające w głębi kamienia. Zjawisko fascynowało go i oszałamiało swoją intensywnością.

A potem w jednej ze ścian Percival ujrzał kamienny obelisk w kształcie litery T. Obelisk przypomniał nawet bardziej młot niż tę literę. I ujrzał rozciągniętą na osiach obelisku postać. Ociekającą krwią. Wyjącą z bólu.
Dłoń, która trzymała klejnot przeszył spazm bólu, jakby Percival włożył palce w gniazdo wysokiego napięcia. Krzyknął z bólu i upadł na ziemię. Klejnot potoczył się z jego ręki, wpadł w błoto, które zadymiło i zabulgotało z sykiem.

Na Percivala spłynęły w jednej chwili strugi deszczu. Zaczęło się oberwanie chmury.

Ciężkie, grube krople uderzały w błoto, topiąc deszcz w strugach wody.
Ręka Percivala przestała boleć, a kryształ przestał syczeć.

I tylko obraz „młota” pozostał przed powiekami, jako nieusuwalny powidok.
I postać na nim.

Skrzydlata. Tego był Percival pewien.

- Męczennik. Ar’Hering.

Dziwne nazwy – imiona pojawiły się w głowie Kenta, jakby wypłynęły z zapomnianych pokładów podświadomości.

- Róża krwawi.

Kolejna, jakby obca myśl.

Potrzasnął głową i wtedy usłyszał dziwny mlaszczący dźwięk. Kopyta?
Ktoś jechał konno lasem. Niezbyt szybko, ale też i niezbyt wolno i wyraźnie przybliżał się w stronę Percivala.


Megan Hill


Usiadła w pozycji wyuczonej szybko opanowując narastające uczucie strachu. Tłumiąc lęki w zarodku. W tej sytuacji cisza lasu działała na jej korzyść. Pozwalała się jej skupić.

Oddech. Spokój. Oddech. Spokój.

Dobrze jej znany, kojący rytm. Objęcia medytacji.

Wizja nadpłynęła niespodziewanie uderzając w nią z subtelnością szarżującego byka.

Ujrzała jakąś salę obwieszoną czymś, co było brudnymi całunami lub bandażami. Wiszące płachty materiału poruszały się niczym płócienna pajęczyna a ich barwa przywodziła na myśl zaschnięta krew.

Pomiędzy nimi pląsała jakaś kobieta.

Chuda, w średnim wieku, gwałtownie wymachując rękami, szaleńczo i dziko. Oba nadgarstki kobiety zostały głęboko poranione. Przecięte wzdłuż żył tak, że krew chlapała we wszystkie strony przy każdym piruecie, każdym obrocie ciała kobiety.

Twarz tańczącej – bo inaczej nie dało się nazwać tego, co robiła kobieta – była pusta, pozbawiona emocji, a popielate włosy zdawały się naelektryzowane, bowiem sterczały na wszystkie strony. Tańcząca wyglądała i zachowywała się jak laka, ale kiedy Megan ujrzała jej oczy zrozumiała, ze to były jedynie pozory.

Oczy kobiety były spokojne i przytomne, jakby doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co robi i co się z nią dzieje.

- Megan.

Szept wyrwał Megan z medytacji. Wizja rozpłynęła się, rozwiała jak dym.
Megan zakasłała, kiedy uderzył w nią lepki fetor gnijących roślin.

- Megan.

Odwróciła się gwałtownie bo szept rozległ się ponownie za jej plecami.
Ale przestrzeń za nią była pusta.

Za to gdzieś z lasu usłyszała… śpiew. Chyba. Cichy, szarpany, zagłuszany przez trzeszczące głosy. Dochodzący gdzieś z daleka żałobny tren.
 
Armiel jest offline  
Stary 19-09-2016, 23:05   #10
 
Szkuner's Avatar
 
Reputacja: 7098 Szkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputację

Tfu! Na pewno zasnęłam, wpadłam do grobu i łeb mi krwawi, albo nie żyję! Bo to kurwa niemożliwe jest, co tutaj się odpier...
Widok małego chłopca i prymitywnego namiotu nie pocieszał zważywszy na to, że stąpać dało się jedynie... po ludzkich szczątkach! Cholernych piszczelach, czaszkach i połamanych żebrach. Ooo, co to to nie panie Piaskowy Dziadku. Cycek ciebie swędzi chyba, żeby mnie tak traktować!
Kilka razy uszczypnęła się, a to w ramię, to w nogę czy pośladek. I nic! Ten rudzielec stoi tam jak stał i gapi się na nią. I morze trupów! Co ja robię nie tak.. Jeszcze raz dotknęła noża, czy aby jest na swoim miejscu. Postanowiła jakoś przegramolić się po stosie umarłych wojowników, w miarę możliwości zignorować namiot, jednak mając się na baczności. To osuwisko jest jedynym możliwym wyjściem w górę, aby nie pozostać ani minutę dłużej na brzegu tego niepokojącego jeziora. Chociaż... las również nie napawał optymizmem. Stare, skrzypiące drzewa, ciemność i nieprzebyta gęstwina. Idąc pod górę może wysili się na ewentualny "uśmiech" lub coś w podobnym stylu. Jeszcze na domiar złego wkurwioną miną przestraszy rudzielca, a ten poleci po psa, ojca, babkę czy cokolwiek tam w namiocie przycupnęło. Nie! Tego nie chce wiedzieć, bo dobrze wie jakie sny jej popieprzony mózg może rozrysować.
 
Szkuner jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 19:19.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166