Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 10-05-2017, 00:56   #81
 
Pan Elf's Avatar
 
Reputacja: 16492 Pan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputację
W poniedziałkowy poranek Rita była we wspaniałym humorze. Wstała całkiem wcześnie i zaczęła przygotowywać się do kolejnego dnia.
Siedząc przed lustrem i rozczesując swoje czarne loki sięgające ledwie ramion, wspominała niedzielny wieczór, który spędziła w towarzystwie czarującego Victora Lyle'a.
Zaskoczył ją miejscem, do którego ją zaprowadził. Było to jednak bardzo pozytywne zaskoczenie, a oglądanie podziemnych walk wzbudziło w niej nowe emocje. Było to ekscytujące, a zarazem niebezpieczne - nie do końca bowiem była pewna czy było to w pełni legalne. Niemniej obserwowanie mężczyzn walczących na ringu było intrygującą formą rozrywki. Chciała jeszcze raz tam zajrzeć, jeszcze raz uczestniczyć w tym wydarzeniu.
Poza tym ci wspaniali ludzie, którym została przedstawiona. Artyści, pisarze, malarze - ach, cóż to był za wspaniały świat, w który Rita tak bardzo chciała się zanurzyć jeszcze raz. Nie wspominając już o przyjemnym zauroczeniu w szarmanckim Victorze Lyle'u, z którym mogłaby rozmawiać całymi dniami o ich wspólnych zainteresowaniach.

Na śniadaniu siedziała całkiem rozpromieniona. Zupełnie nie pasowała do pozostałych uczestników posiłku, pochłoniętych przez ponury nastrój. Ricie uśmiech nie schodził z twarzy, a myślami wciąż była we wczorajszym wieczorze.
Wysłuchała sprawozdania Eleonor i George'a, a także przeczytała raport, który znaleźli. Nie wypowiedziała się jednak na ten temat. Wydawać by się mogło, że nie bardzo ją to obeszło.
Dopiero jedno spojrzenie na przyjaciółkę sprowadziło pannę Carter na ziemię. Nie było ciężko zauważyć, że Eleonor starała się unikać kontaktu wzrokowego z Ritą. Carter zmarszczyła na moment brwi, przyglądając się Eleonor. Zamglone wspomnienia dziwnych wydarzeń z Hermetycznego Zakonu przemknęły przez umysł Rity, choć nic jasnego z nich nie wynikało. Poczuła się jednak dosyć nieswojo i jakiś cień podejrzenia otulił jej przyjaciółkę. Zaufanie, którym ją darzyła, zostało zachwiane, choć nie do końca mogła stwierdzić przez co. Odwróciła więc od niej wzrok i wtedy przejęła poranną gazetę z rąk Pauline.

~ * ~

- To prawda. Nie możemy jeszcze opuścić Paryża - Rita przyznała rację Franzowi i Eleonor. Sama nie chciała wcale tak szybko wyjeżdżać, bo liczyła jeszcze na spotkanie z Victorem, ale też w zupełności zgadzała się ze słowami dwójki przyjaciół.
- W takim razie ja biorę tym razem Luwr. Muszę się komuś odwdzięczyć za miło spędzony wieczór - stwierdziła na słowa Franza. - Powinniśmy jeszcze się zastanowić co z naszym hrabią Zamoyskim. Jeśli to naprawdę o nim pisano w artykule, to myślę, że może potrzebować naszej pomocy - dodała, ale trochę obojętnym tonem, po czym wstała i opuściła salon, udając się do swojej komnaty.
Chciała zaprosić Victora na wycieczkę po Luwrze w poszukiwaniu kufra Fenalika, ale było coś jeszcze, co spowodowało taką, a nie inną decyzję. Normalnie Rita z pewnością jako pierwsza zgłosiłaby się do wyprawy, którą planował Franz. Jednak słowa kobiety z Zakonu wciąż rozbrzmiewały echem w jej głowie i dziwne przeczucie sprawiło, że Rita wcale a wcale nie miała ochoty na towarzystwo ani Franza, ani tym bardziej... Eleonor.
 

Ostatnio edytowane przez Pan Elf : 10-05-2017 o 00:58.
Pan Elf jest offline  
Stary 14-05-2017, 02:10   #82
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
Reputacja: 2411 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację


Wtorek 16 stycznia 1923 r.

- Bonjour! Bonjour kochani paryżanie! Przy mikrofonie Marcel Laporte, wasz Radiolo. Synoptycy przewidują, że mróz szybko nie wróci. Na najbliższe dni zapowiadane jest dalszy wzrost temperatury. Jednym słowem odwilż na całego. Ja jednak śmiem powątpiewać w ten prognozy. Dlaczegóż, drogi Radiolo? - zapytacie. Już śpieszę wam z wyjaśnieniem. Mam przyjaciela, Hugo. Przyjaźnimy się od wielu, wielu lat i nigdy się na nim nie zawiodłem. Hugo urodził się i wychował w Colmars. Dzieciństwo spędził bawiąc się na przełęczy Col d'Allos. I jest bardzo czuły na wszelkie zmiany pogodowe. I wiecie, co powiedział mi mój przyjaciel Hugo. “Marcel mówię ci, zima dopiero da nam popalić. Mróz tak ściśnie, że cienko będziemy piszczeć.” Zatem możecie się cieszyć z ocieplenia i wierzyć w słowa meteorologów. Ja jednak ufam mojemu przyjacielowi. A tymczasem, zapraszam was na koncert kwartetu smyczkowego. Przed nami godzina przepięknej muzyki. Zapraszam serdecznie.

- Madame, zajechała taksówka. Właściwie trzy taksówki - oznajmiła gosposia nachylając się nad Eleonor - Mam dwie odesłać, bo to chyba pomyłka.
- Nie, wszystko jest jak należy. Dziękuję ci.
Lekko zdziwiona gosposia obróciła się na pięcie i wyszła z pokoju.
- Czas ruszać, moi drodzy - oznajmiła przyjaciołom Eleonor, wstając z fotela.
Wszyscy poszli w jej ślady i już po chwili cała czwórka stała już w korytarzu i szykowała się do drogi.
George podał płaszcz Paulinie i powiedział do niej cicho.
- Przykro mi, że nie mogę ci towarzyszyć. Dostałem telegram z Londynu i muszę odbyć kilka rozmów telefonicznych. Wierzę moim pracownikom, ale te sprawy są zbyt ważne, aby powierzyć je komukolwiek.
- Rozumiem - odparła cicho Pauline. Wzrok miała wbity w czubki swoich butów. Myśl, że ma odwiedzić samotnie przytułek dla psychicznie chorych napawała ją lękiem i przygnębieniem.
- Jak tylko pozałatwiam najbardziej naglące sprawy, zaraz do ciebie dołączę - zapewnił George.
- Dam sobie radę - rzuciła krótko Paulina wychodząc bez pożegnania.

Czwórka przyjaciół wsiadła do czekających na nich samochodów, a George Carter pozostał w domu lady Howard.


Franz Von Meran, Eleonor Howard
Mimo, że drogi były zaśnieżone i oblodzone, Franz i Eleonor zdecydowali się pojechać do Poissy samochodem. Taksówkarz ostrzegł, że kurs poza miasto będzie niezwykle drogi. Franz wyciągnął z portfela dziesięciofrankowy banknot i wręczył go kierowcy. To w zupełności wystarczyło, aby taksówkarz bez słowa ruszył w wyznaczonym kierunku.

Poissy znajdowało się około trzydziestu kilometrów na zachód od Paryża. Była to niewielka miejscowość, położona w malowniczym zakolu Sekwany, otoczona lasem Saint-Germain niczym przyjacielskim ramieniem. Na drodze do Poissy Franz i Eleonor mogli podziwiać urokliwe wiejskie gospodarstwa teraz zasypane grubą warstwą śnieżnego puchu. Krajobraz był doprawdy iście bajkowy.
I choć Poissy było obecnie niewielkim prowincjonalnym miasteczkiem nie można było zapominać, że to właśnie tutaj na świat przyszedł “król ziemskich królów”, jak nazwał Ludwika IX jeden z angielskich kronikarzy.

Samo miasteczko także posiadało swój urok i dyskretny czar. Wokół niewielkiego rynku wznosiły się dwu i trzykondygnacyjne, wielobarwne kamieniczki. Na parterze, większości z nich, mieściły się sklepy i punkty usługowe. Centralne miejsce na rynku zajmował dwupiętrowy ratusz z przepiękną kolumnadą pośrodku.
To właśnie tam Franz i Eleonor skierowali swe pierwsze kroki.

- Bonjour - rzekł Franz, kłaniając się urzędnikowi w archiwum. Miły staruszek w informacji skierował ich właśnie tutaj, gdy powiedzieli, że szukają pewnej willi, która spłonęła pod koniec XVIII wieku.
Około czterdziestoletni urzędnik podniósł wzrok znad stosu papierów i burknął coś pod nosem, co zapewne w jego mniemaniu było odpowiedzią na powitanie.
- Chcieliśmy prosić o pomoc w pewnej dość nietypowej sprawie.
- Słucham
- Chcielibyśmy, aby pomógł nam pan odnaleźć adres pewnej willi, która spłonęła pod koniec osiemnastego wieku.
- Co? -niemal krzyknął, oburzony urzędnik - Pan raczy żartować.
- Ależ skądże. Jakbym z resztą śmiał. - odparł z pełną powagą Franz.
- Pan ma nietutejszy akcent - zauważył bystry urzędnik - Skąd pan pochodzi? Z Tyrolu?
- A jakie to ma znaczenie? - zapytała lekko poddenerwowana Eleonor.
- A takie droga pani, że cudzoziemcy potrzebują zgody burmistrza, aby uzyskać informację z archiwum. Proszę złożyć stosowne podanie, podać adres kontaktowy i czekać na nasz odpowiedź. Odpowiedni wzór pisma otrzymają państwo w informacji na dole.
- Ja rozumiem, że są stosowne procedury i wzory pism. Nam jednak zależy, ale to bardzo zależy na czasie.
- A cóż ja mogę na to poradzić. Nie ja ustalałem procedury.
- Zdaje sobie z tego sprawę - odparł Franz sięgając do kieszeni płaszcza - Doskonale też wiem, jak wiele zależy tutaj od pana. Jedno pana słowo i będzie można zrobić wyjątek od reguły.
- Co pan sugeruje? - oburzył się urzędnik, a Franz w tym momencie położył na biurku pięćset frankowy banknot.
- Czy pan chce mnie…
Kolejny wyciągnięty przez Franz banknot sprawił, że urzędnik nie dokończył zdania.
- Chcę tylko, aby pański wysiłek i starania w naszej sprawie były należycie wynagrodzone.
Mężczyzna przez kilka chwil bił się z własnymi myślami. Spoglądał raz to na Franza i stojącą u jego boku Eleonor, raz to na dwa banknoty leżące przed nim na biurku. Wahał się. Jednak Franz mógł się założyć o drugi tysiąc franków, że rybka chwyci przynętę.
- Zgoda - oznajmił w końcu mężczyzna - Jednak macie państwo czas do końca mojej zmiany. I nie chcę was potem nigdy więcej widzieć.

Kilka następnych godzin Franz i Eleonor spędzili wśród zakurzonych półek miejskiego archiwum w Poissy. Mozolne przeglądanie notarialnych aktów, teczka po teczce dały w końcu efekt. Było już wpół do czwartej, gdy Eleonor krzyknęła:
- Mam!
Podbiegła do Franz wymachując trzymanym w dłoni niewielkim świstkiem papieru.
“Docteur et Madame Christian Lorien
6 Enclos de l’Abbaye
Poissy”

- Wygląda na to, że na miejscu willi Fenalika, ktoś obecnie mieszka - zauważył Franz przeglądając kartotekę, którą odnalazła lady Howard - To może trochę utrudnić sprawę, ale bądźmy dobrej myśli.


Po szybkim obiedzie w miejscowej knajpce, Franz i Eleonor udali się pod adres, gdzie kilkaset lat temu miał swoją siedzibę złowieszczy hrabia Fenalik.
Posesja, która należała onegdaj do jednego z najbardziej znanych rozpustników XVIII-wiecznego Paryża, o ironio, mieściła się tuż obok kolegiaty pod wezwaniem Matki Boskiej z Poissy.

Kolegiata robiła wrażenie swoją okazałością i majestatem. Mieszanina romańskich i gotyckich elementów, nie tylko górowała nad okolicę, ale budziła dziwny, irracjonalny lęk.
Idąc wzdłuż kościelnego muru Franz i Eleonor dotarli do niewielkiego domu obrośniętego obficie przez bluszcz. Za kilka miesięcy zapewne dom tonął by w zieleni i być może kolorowych kwiatach, jednak teraz wysuszone pnącza, bardziej przypominały trupie szpony, które chcą wciągnąć budynek pod ziemię.
Również żywopłot, który okalał dom wyglądał dość upiornie. Pozbawione liści krzaki przypominały rzucone na stos ludzkie kości.
Z drżeniem serca Franz i Eleonor otworzyli furtkę, która zaskrzypiała złowieszczo i weszli na teren posesji. Zapukali do drzwi, które po chwili otworzył im wysoki mężczyzna o bujnej czuprynie. Burzę poskręcanych loków uzupełniał gęsty, sumiasty wąs.
- Dzień dobry - powiedział gospodarz - W czym mogę pomóc?
- Chcielibyśmy prosić o chwilę rozmowy. - odpowiedziała Eleonor z ciepłym uśmiechem - Chcielibyśmy zapytać o kilka szczegółów dotyczących przeszłości tego domu.
- Nie wiem, czy będę mógł państwu pomóc, ale proszę wejść. - mężczyzna szerokim gestem zaprosił dwójkę przyjaciół do środka.
- Goście! Goście! - usłyszeli piszczący głosik małej dziewczynki - Jak bosko!
- Marie, prosiłem cię byś nie wzywała imienia boskiego nadaremno - skarcił ją ojciec.
- Przepraszam papo - odparła dziewczynka i wbiegła do kuchni.
- To moja córeczka, Marie - wyjaśnił gospodarz - Proszę wejść - wskazał drzwi za którymi zniknęła dziewczynka - Napijecie się państwo kawy. Mróz już na szczęście troszkę odpuścił, ale łyk gorącej kawy na pewno dobrze państwu zrobi. A i rozmawiać się będzie przyjemniej.

Gospodarz zdjął z węglowej kuchni czajnik z gorącą wodą i już po chwili w niewielkim pomieszczeniu rozszedł się przyjemny aromat parzonej kawy.
- Zatem o co państwo chcieli zapytać - rzekł Krystian Lorien.
- Jesteśmy badaczami, historykami - zaczął wyjaśniać Franz - poszukujemy informacji na temat budynku, który stał na tej posesji pod koniec XVIII wieku. Czy wie pan coś o nim?
- Niewiele. Naprawdę niewiele. Historia nie należy do kręgu moich zainteresowań. Z wykształcenia i zawodu jestem lekarzem. Więcej mogę powiedzieć państwu o chorobach dręczących tutejszą ludność niż o przeszłości tego miejsca.
- Papo, papo, a mama - zapiszczała mała Marie, tuląc się do nogi ojca.
- Tak, tak - odparł pan Lorien - Moja żona mogłaby powiedzieć państwu o wiele więcej. Ona studiowała historię na Sorbonie. Niestety obecnie walczy z chorobą. Ostatnie mrozy dały się jej mocno we znaki i męczy ją teraz okropny ból stawów.
- Bardzo nam przykro - wyraziła szczery żal Eleonor - A co pan może na powiedzieć na temat przeszłości tego miejsca?
- Ponoć stała tutaj kiedyś jakaś okazała willa, jakiegoś szlachcica. Strawił ją jednak ponoć pożar. Ten dom został wybudowany jakieś czterdzieści lat, a my kupiliśmy ten dom kilka lat po studiach. Od tamtej pory mieszkamy sobie tutaj szczęśliwie i spokojnie, a niedawno Bóg obdarzył nas tym małym szczęściem. - pan Lorien pogłaskał córkę po głowie.
- A czy wie pan, czy ocalały piwnice starej willi? - zapytał Franz
.
- Raczej nie - odparł gospodarz - Ten dom został zbudowany na zupełnie nowych fundamentach. To wiem na pewno. Poznałbym, gdyby moja piwnica miała osiemnastowieczne ściany.
Uczucie ogromnego zawodu rozlało się w sercach obojga przyjaciół. Byli tak blisko, a jak się teraz okazało, jednocześnie tak daleko.
- A czy słyszał pan, może o przedmiocie, który nazywają Sedefkar Simulacrum? - spróbowała ostatniej szansy Eleonor.
Pan Lorien zamyślił się i podrapał po głowie. Mała Marie w tym czasie podeszła do Eleonor i uczepiła się jej spódnicy.
- Pobawisz się ze mną. Choć pokażę ci moją ukochaną Collette.
- To dziwne, wiecie państwo - rzekł w końcu gospodarz - Proszę chwileczkę zaczekać.
Pan Lorien wyszedł z kuchni i słychać było, że wchodzi schodami na górę.
- Proszę cię - zapiszczała ponownie mała Marie - Pobawisz się ze mną.
- Dobrze - odparła Eleonor, by zyskać chwilę spokoju - Jak tylko skończę rozmawiać z twoim tatusiem. Dobrze?
- Nie oszukujesz?
Eleonor przez dłuższą chwilę milczała i już miała coś odpowiedzieć dziewczynce, gdy do kuchni ponownie wszedł pan Lorien.
- Proszę - rzekł wręczając Franzowi otwarta kopertę - Ten list przyszedł do nas, jakieś pół roku temu. Jego treść nic nam nie mówi. Nie znamy jego autora i nie mamy pojęcia o rzeczach o których pisze. Wymieniona jest w nim jednak ta dziwna nazwa o którą pani pytała. Wygląda na to, że może się on wam przydać.


Po lekturze listu nadzieja na nowo zagościła w sercach Franza i Eleonor. Jego treść była nie tylko wskazówką, co do losów zwoju o którym mówił profesor Smith, ale także zawierała adres człowieka, który tak, jak oni poszukiwał przeklętego posągu.
- Czy mogą zatrzymać ten list? - zapytał Franz.
- Ależ proszę bardzo. Jak już mówiłem, dla nas nie ma on żadnej wartości.
- Dziękujemy za życzliwość, gościnę i pomoc, ale mam do pana jeszcze jedną prośbę. Czy mógłbym rzucić okiem na ogród. Może znajdę jakieś pozostałości po fundamentach willi. Dla mnie jako historyka, to bardzo cenna rzecz.
- Nie mam nic przeciwko - odparł z uśmiechem pan Lorien - Jednak to już chyba jutro. Teraz to nawet z lampą nic pan nie zobaczy.
Franz spojrzał za okno. Faktycznie na zewnątrz panował już niemal całkowity mrok.
- Zima ma to do siebie, że zmrok zapada szybko i zupełnie niespodziewanie. - rzekł gospodarz - Jeśli państwo pozwolą, to zaproponuję kolację, a w razie konieczności i nocleg. Nie ma co się szwendać po nocy. Chyba, że macie już państwo wykupiony nocleg w hotelu w miasteczku.
- Jeszcze nie - odpowiedziała Eleonor - Z przyjemnością skorzystamy z pańskiego zaproszenia.


Rita Carter
- Zapewniam cię moja droga, że gdybyś żyła kilka wieków temu, to ty stałabyś się muzą dla mistrza Leonarda i pozowała mu zamiast tej ponurej Giocondy.
- Przestań! - skarciła Wiktora Rita, uderzając go jednocześnie pięścią w ramię - Od tych słodkich słówek już mnie głowa boli.
- Ależ Rito! - oburzył się teatralnie Wiktor - Piękność taka, jak ty nie może się dąsać na szczere komplementy płynące z ust zafascynowanego twą osobą mężczyzny.
- Nie mogę się nie zgodzić z sir Wiktorem - usłyszeli za swoimi plecami znajomy głos. Zimny dreszcz przebiegł po plecach Rity. Odwróciła się i jej wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem błękitnookiego poety.

- Wczoraj niestety nie zostaliśmy sobie przedstawieni - rzekł poeta swym hipnotyzującym głosem - Los jednak jest dla mnie łaskawy. Pani pozwoli. Armand Giroux. Poeta, buntownik, esteta i miłośnik pani urody.
Rita była naprawdę przerażona. W głowie cały czas huczały jej słowa kochanki Benneta. Przeklęta Mojra i jej przepowiednie.
- Ależ pani pobladła. Czyżbym był pani aż tak wstrętny.
- Skądże taka myśl przyszła panu do głowy, drogi Armandzie - odparła Rita zbierając się w sobie - Po prostu pomyślałam ile jeszcze mnie czeka pracy.
- Nie musisz się martwić, moja piękna - rzekł Wiktor - Moja osoba, jak dobrze wiesz, jest do twojej dyspozycji. A jestem niemal pewien, że i Armand, nie odmówi ci pomocy w poszukiwaniach.
- Z panią to choćby i do piekieł z przyjemności bym zstąpił.
- Aż tak wielkie poświęcenie, nie będzie wymaga, Armandzie. Dzisiaj musimy tylko pomóc pannie Ricie w odszukaniu kufra pewnego hrabiego Fenalika. Dobrze pamiętam nazwisko?
- Doskonale - rzuciła Rita i ruszyła naprzód - Szybciej panowie, archiwum samo się nie przeszuka.


W zakurzonym archiwum Luwru Rita spędziła kilka nieskończenie długich godzin. Przez cały ten czas czuła na sobie wzrok Armanda. A słowa Mojry nieustannie kołatały się jej w głowie. To było wprost nie do zniesienia.Każda upływająca minuta była dla niej istną torturą. Wyobrażała sobie po tysiąckroć, jak uroczy Armand wbija jej sztylet w plecy, jak przewraca na nią ciężki regał z książkami, jak spycha ze skarpy. Żadna z tych rzeczy, jednak nie nastąpiła i Rita czuła dziwne rozczarowanie. Uczucie kompletnie absurdalne. Bała się, że Armand coś jej zrobi, a jednocześnie chciał, aby to się już stało. Chciała, aby przepowiednia Mojry spełniła się, aby mogła się już od niej uwolnić.
- Rita, moja droga. - powiedział Wiktor nachylają się nad panną Carter - Chyba na dziś dość tych poszukiwań. Widać, że takie siedzenie w zakurzonych i dusznych archiwach, to nie dla ciebie.
- Oj zdecydowanie nie - dorzucił Armand - Faktycznie czas skończyć te nużące poszukiwania. W ramach relaksu, zapraszam was do siebie na szklaneczkę czerwonego wina.
- O nie, nie - zaprotestowała gwałtownie Rita - Wiktorze błagam cię zamów mi taksówkę. Muszę jechać do domu. Okropnie boli mnie głowa.

Ból głowy nie był żadną wymówką, aby uniknąć wizyty w mieszkaniu Armanda. Ricie faktycznie doskwierał potworny ból, który aż huczał jej w skroniach. W drodze do rezydencji Eleonory, Rita kazała taksówkarzowi otworzyć okno. Liczyła bowiem, że powiewy lodowatego powietrza uwolnią ją od okropnych myśli o złowrogim blond poecie.

Poszukiwania w Luwrze okazały się całkowitą stratą czasu. Rita jednak nie miała pewności, czy to skutek jej zachowania, opieszałości pomocników, czy po prostu w Luwrze faktycznie nie było rzeczy hrabiego Fenalika.


Pauline MacMoor
Azyl w Charenton został założony w połowie siedemnastego wieku i działa do dzisiaj. To jeden z najstarszych szpitali psychiatrycznych nie tylko we Francji, ale i całej Europie. Początkowo opieką nad pacjentami sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo. Gdy rozwiązano zakon, na polecenie króla placówkę przejęli zawodowi lekarze. Azyl słynął z bardzo dobrej opieki nad chorymi oraz od samych swych początków z bardzo humanitarnego i miłosiernego ich traktowania. Wśród pacjentów azylu znalazł się nie tylko hrabia Fenalik, ale także inny znany rozpustnik tamtej epoki markiz Alphonse de Sade, który wystawiał tutaj swoje sztuki.
Paulina jadąc do szpitala przeczytała w gazecie o pogrzebie poprzedniego dyrektora, doktora Etienne’a Delplace. Artykuł sugerował, że śmierć dyrektora była niespodziewana i dość tajemnicza. Ponoć przyczyny jego zgonu bada policja.
Wiadomość ta zmartwiłą Paulinę o tyle, że wiedziała jakie przeszkody napotka już na samym początku. Zapewne nowy dyrektor, kimkolwiek będzie, bardziej będzie zajęty przejmowaniem obowiązków i wyjaśnianiem przyczyn śmierci poprzednika, niż pomocą w poszukiwaniu informacji o pacjencie z końca osiemnastego wieku. I nie pomyliła się.


- Tłumaczę pani, że dyrektor jest zajęty - otyła pielęgniarka na recepcji, gdy tylko usłyszała w jakiej sprawie przyszła Paulina od razu chciała się jej jak najszybciej pozbyć.
- To nie zajmie dużo czasu. Proszę przekazać panu dyrektorowi, że proszę tylko o pięć minut rozmowy. Naprawdę nie zajmę mu więcej czasu.
- Ależ pani uparta, hmmm - burknęła pielęgniarka - Niech pani tutaj zaczeka.
Po tych słowach wstała i z wysoko uniesioną wysoko głową ruszyła w stronę gabinetu dyrektora.

- Niech pani da sobie spokój. Ten cham na pewno pani nie przyjmie - powiedział do Pauliny, około trzydziestoletni mężczyzna.
- Skąd pan wie? - spytała zaintrygowana panna MacMoor.
- Wiem i już. To miejsce pod jego rządami na pewno zejdzie na psy. Mówię pani niech sobie pani odpuści. Szkoda czasu.
Paulina chciała o coś jeszcze zapytać, gdy usłyszała kroki za plecami. To pielęgniarka z recepcji wracała z gabinetu dyrektora.
- Doktor Leroux, przyjmie panią - rzuciła oschłym tonem pielęgniarka - A ty Mandrin wynoś się już stąd, skoro przestałeś tu pracować.

Paulina przez kilka chwil obserwowała plecy oddalającego się pana Mandrina.
- Idzie pani, czy nie? - głos pielęgniarki wyrwał ją z zamyślenia - Doktor nie ma dla pani całego dnia.
Paulina pożegnała się skinieniem głowy i ruszyła do gabinetu dyrektora.


- Witam panią. Doktor Francois Leroux. Czym mogę pani służyć? - zaczął rozmowę nowy dyrektor Charenton. Doktor Leroux był mocno łysiejącym, około pięćdziesięcioletnim mężczyzną. Okrągłe okulary w czarnej oprawce i biały fartuch nadawały mu nie tylko powagi, ale i sprawiały, że był doktorem niemalże archetypicznym. Nie sposób było pomylić go z kimkolwiek innym.
- Chciałam prosić o pozwolenie na dostęp do państwa archiwum. Poszukuję informacji o jednym moim przodku, który miał to nieszczęście, że był pacjentem azylu.
- O kogo dokładnie chodzi?
- Do sprawa dość dawna i zapewne nazwisko nic panu nie powie.
- Czy to aż taka tajemnica? - dyrektor uśmiechnął się ironicznie - Wiem, że choroby psychiczne w rodzinie są tematem mocno wstydliwym, ale nie znając nazwiska pacjenta, nie będę mógł pani pomóc.
- Chodzi o François Fenalika. Hrabiego François Marie Fenalika. Trafił do azylu około roku 1789.
- Faktycznie dawne dzieje. Obawiam się jednak, że możemy nie znaleźć żadnej informacji o pani przodku. Wpisy i rejestr przed rokiem 1810 są nader skromne i lakoniczne. W tamtych czasach nikt nie myślał o prowadzeniu dokładnej kartoteki pacjentów. I tak nasz szpital był jednym z niewielu, gdzie ludzi psychicznie chorych faktycznie starano się leczyć i zrozumieć, a nie traktowano ich jak nierozumne zwierzęta. Przejdźmy zatem do archiwum i poszukajmy wpisu to tym pani szlachetnym antenacie.

Doktor Leroux wstał i poprowadził Paulinę do pokoju na piętrze, gdzie mieściło się całe szpitalne archiwum. W drodze na górę pannie MacMoor rzucił się w oczy pewien szczegół. Przy biurku uroczej recepcjonistki kilku tragarzy zaczęło znosić jakieś skrzynie. Na wierchu jednej z nich, wypełnionej jakimiś kartotekami, leżał niebieski notes zatytułowany:
“E. Delplace - Evènements 1923”


Wizyta w archiwum faktycznie potrwała krótko. Po niecałym kwadransie Paulina wraz z doktorem Lerouxa przeszukała wszystkie zapisy od początku istnienia azylu, aż do roku 1810.
- Tak, jak się obawiałem - powiedział dyrektor - Nie ma wpisu do rejestru.
- Czy to oznacza, że hrabia Fenalik nie trafił do państwa placówki?
- Niekoniecznie. Jak pani sama widziała wpisy w kartotekach są bardzo skromne. Tylko data przyjęcia, czasami imię i nazwisko i data śmierci.
- Ale o hrabim nie ma żadnego wpisu.
- Jeżeli wie pani z innego źródła, że trafił do azylu, to może to oznaczać, że umarł zaraz po przyjeździe. I stąd brak nazwiska w rejestrze.
- Rozumiem. Mimo wszystko dziękuję panu za pomoc.

Paulina pożegnała się z doktorem Leroux i uroczą recepcjonistą i ruszyła w kierunku stacji.
Na peronie panna MacMoor napotkała ponownie byłego już jak się okazało pracownika azylu.
- I co? Jednak panią przyjął, co? Miły chociaż był?
 
__________________
Konto usunięte na prośbę użytkownika.

Ostatnio edytowane przez brody : 14-05-2017 o 02:23.
brody jest offline  
Stary 18-05-2017, 16:15   #83
 
Kaworu's Avatar
 
Reputacja: 2143 Kaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputację
Pauline weszła niepewnym krokiem do szpitala.

Troszkę się bała. Tyle się słyszało o pacjentach takich placówek, którzy robili krzywdę sobie lub innym. Socjopaci, osoby atakujące „demony i grzeszników”, pijacy, narkomani, by wymienić tylko kilka z powszechnych stereotypów. Być może gdyby Pauline żyła w innej epoce, takiej, w której o chorobach psychicznych mówiło się głośno, publicznie i bez skrępowania, to nie czułaby aż tak wielkiego strachu, ale mimo swojego wykształcenia i bycia światową osobą czuła się bardzo niepewnie, będąc samotną w zakładzie dla obłąkanych.

Mimo to, oczywiście, parła naprzód. Jej przyjaciele i profesor jej ufali. Jakże mogłaby zawieść to zaufanie?

Pielęgniarka-recepcjonistka z którą rozmawiała panna MacMoor początkowo nie chciała jej dopuścić do nowego dyrektora placówki, ale w końcu kobiecie udało się ją przekonać. Wchodząc do jego gabinetu, historyk zastanawiała się nad tym, co mężczyzna którego spotkała jej mówił, jak i nad tym, co wyczytała w gazecie, o śmierci poprzedniego dyrektora szpitala. Przez chwilę w jej głowie pojawiła się paranoiczna myśl, iż obecny dyrektor mógł zamordować poprzedniego w imię awansu. Kiedy jednak Pauline spotkała się z tym panem, od razu odrzuciła tę myśl. Pan doktor okazał się być bardzo pomocny, przyjacielski i miły. Razem zeszli do archiwów, poszukując informacji o hrabim Fenaliku.

Niestety, poszukiwania okazały się bezowocne. Najprawdopodobniej hrabia zginął wkrótce po przyjeździe do zakładu i stąd brak o nim jakichkolwiek informacji w kartotekach. Po pożegnaniu się z doktorem Pauline powolnym krokiem ruszyła w kierunku peronu. Miała nadzieję, że jej przyjaciele mieli więcej szczęścia w poszukiwaniach niż ona.

Na peronie spotkała spotkanego wcześniej mężczyznę.

- Pan doktor mnie przyjął i tak, był miły - odparła zgodnie z prawdą Pauline - Niestety, nie udało mi się znaleźć w szpitalnym archiwum informacji, po które tu przyszłam. Niemniej jednak dziękuję panu za zainteresowanie.

- Miły? To aż dziwne - mruknął Paul Mandrin - Choć w sumie może miał dobry humor. Od miesięcy czaił się na tę posadę.

Gdy Mandrin odpowiadał z jego ust, aż buchał odurzający i bardzo nieprzyjemny odór alkoholu. Być może to właśnie było przyczyną jego zwolnienia. Paulina zauważyła też na jego lewym policzku, świeże zadrapania, które wyglądały jak wykonana ludzką ręką.

Pauline zastanawiała się, czy ta rozmowa ma w ogóle sens. Nie miała ochoty na rozmowę z pijaczkiem, a co więcej, jej cel przyjazdu do szpitala okazał się niemożliwy do osiągnięcia. Westchnęła.

- Chyba sobie już pójdę, nie chcę marnować pańskiego czasu, a i ja mam swoje własne sprawy na głowie. Do widzenia panu - odparła, uśmiechając się miło i kiwając mężczyźnie głową.

Zamierzała wrócić do domu Eleonor i tam czekać na resztę. Nie widziała innej możliwości. Z jej strony wszelkie tropy okazały się prowadzić donikąd.
 
Kaworu jest offline  
Stary 22-05-2017, 21:22   #84
 
Pan Elf's Avatar
 
Reputacja: 16492 Pan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputację
Rita pożegnała się z Wiktorem i Armandem, po czym wsiadła do zamówionej taksówki, zostawiając obu mężczyzn samym sobie. Temu pierwszemu obiecała telefon następnego dnia, temu drugiemu posłała jedynie blady uśmiech.
Nie była pewna czy to przez żmudne poszukiwania w dusznym i zakurzonym pomieszczeniu, czy może przez towarzystwo młodego poety o jasnych włosach i niebieskich oczach oraz wiążące się z tym słowa pewnej tajemniczej kobiety, które wciąż rozbrzmiewały echem w jej głowie, ale ból głowy wcale się nie zmniejszał.

Siedząc na tylnej kanapie taksówki, rozsupłała szal i rozpięła kilka guzików gustownego płaszcza skrojonego na miarę. Zrobiło jej się okropnie gorąco. Westchnęła ciężko, próbując przez chwilę wachlować się dłonią. Poproszenie taksówkarza o otwarcie okna pomogło na nagłą duszność, ale w głowie wciąż czuła promieniujący ból.
Panna Carter zaczęła przyglądać się mijanym budynkom. Był już późny wieczór. Jej poszukiwania nie przyniosły żadnego skutku. Przez moment nawet zastanawiała się jak szło pozostałym. Co z hrabią? Czy George bezpiecznie dotarł do Londynu? Czy udało się Pauline dowiedzieć czegoś nowego? Czy Franz i Eleonor trafili na ślady rezydencji Fenalika? I kiedy pomyślała o swojej przyjaciółce, znów poczuła dziwną niechęć. Powoli przestawała jej ufać. Może coś ukrywała? Czuła, że coś przed nią zataiła - ale może popadała po prostu w paranoję. Niemniej, rozmyślając o Eleonor, Rita nagle jakby ocknęła się z głębokiego snu.

- Przepraszam, ale chciałabym jednak zmienić adres - zwróciła się do taksówkarza i podała adres siedziby Hermetycznego Zakonu.
Zamierzała odnaleźć Moirę i porozmawiać sobie z nią na temat słów, które do tej pory ją nękały.
 
Pan Elf jest offline  
Stary 24-05-2017, 11:17   #85
 
Tom Atos's Avatar
 
Reputacja: 4360 Tom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputację
Kawa jaką poczęstował ich gospodarz była bardzo mocna i smaczna. Franz miał jednak pewne obawy, czy wypicie jej o tej porze nie przeszkodzi mu zasnąć wieczorem. Postanowił bowiem skorzystać z propozycji noclegu.
- Bardzo dziękujemy. Chętnie skorzystamy z Pańskiej gościny. - poparł Eleonor.
- Monsieur Lorien ta kolegiata po sąsiedzku wygląda interesująco. Wie Pan może kto nią zarządza? Nie przeszkadzają Państwu dzwony? Kiedyś mieszkałem koło kościoła i dzwonnik budził mnie codziennie o siódmej rano. W niedzielę to nie było zabawne. - dodał Franz z uśmiechem.
- Chyba nie ma Pan tu zbyt wiele zajęć? Miasteczko wygląda na spokojne. - zadał naiwne pytanie chcąc sprowokować doktora do odpowiedzi.
- Miasteczko faktycznie spokojne i spokojnie nam tu życie płynie. Nie mamy na co narzekać. Kolegiata to obecnie kościół parafialny dla Poissy. Niegdyś zarządzali nim dominikanie, którzy mieli tutaj klasztor. Teraz pełni on funkcję więzienia śledczego. Dzwony nam nie przeszkadzają, a jedynie przypominają o porze modlitwy. Co prawda nie jesteśmy katolikami tylko protestantami, ale jakby nie patrzeć to modlimy się do jednego Boga. Ludzie powinni zapomnieć o tych podziałach i skupić się na wierze i dobrych uczynkach. Zwłaszcza w obliczu, coraz bardziej śmiałego komunizmu. Słyszałem plotki, że w Rosji.. przepraszam w Związku Radzieckim, zmienia się cerkwie i kościoły na kina, bary, a nawet zwykłe stodoły. Niewyobrażalne barbarzyństwo, nie uważa pan?
- Rewolucja jest w gruncie rzeczy aktem barbarzyńskim. Ludzie gniewni chcą przede wszystkim zemsty na ciemiężycielach. Ale jak już obalą religię, to muszą dostać pseudoreligię. Jak choćby kult rozumu. Tak było podczas rewolucji francuskiej, n’est-ce pas? -
Franz wzruszył ramionami - Widziałem rewolucję w Wiedniu panie doktorze. Komuniści to banda szaleńców, którzy gotowi są zabijać ludzi, by uszczęśliwić ludzkość i nie dostrzegają w tym żadnego absurdu.
Von Meran uśmiechnął się cierpko.
- To doprawdy straszne, co pan mówi. Ludzie zdaje się nic nie wyciągnęli z lekcji historii, jaką była Wielka Wojna. Mam jak najgorsze przeczucia, jeżeli chodzi o przyszłość. Pokładam wiarę w Boga, ale czy słyszał pan co się dzieje w Zagłębiu Ruhry. Ponoć nastroje w Niemczech są bardzo bojowe.
- Niemcy są wściekli. Uważają warunki pokoju za wielce niesprawiedliwe. Co gorsze, wręcz za upokarzające. Co naturalnie nie wróży dobrze na przyszłość.
– stwierdził cierpko von Meran.

Skoro mężczyźni prowadzili rozmowę Eleonor, postanowiła rozglądać się po domu, dyskretnie, nie oceniająco, raczej z ciekawości. Nieobecność matki Marie dziwiła ją, ale gospodarz wspominał, że żona choruje, być może była to na tyle obłożna choroba, że nie mogła się pojawić i przywitać gości.

Mieszkanie Lorienów było skromnie urządzone, ale niczego w nim nie brakowało. W oczy rzucał się nieskazitelny porządek i dbałość o szczegóły. Równo, jak od linijki poukładane garnki i talerze. Poskładane na pół ściereczki i roboczy fartuch. Wszystko, to wskazywało na niemal pedantyczny charakter i usposobienie gospodarzy. Jeszcze jedno rzuciło się w oczy Eleonor. Mimo wyraźnej religijności, nigdzie w domu nie było krzyża, czy ikony, czy innego świętego obrazka.

Gospodarz uznał w końcu, że potrawa przez niego przygotowywana jest już gotowa. Zapach, jaki roznosił się w kuchni był doprawdy oszałamiający i sprawiał, że ślina mimowolnie zbierała się w ustach. Nie była to żadna wykwintna rzecz. Ot, zwykła potrawka z królika, puree ziemniaczane i marchewka z groszkiem. Jednak pan Lorien tak wszystko przyprawił, że aromat pobudziłby głód u największego snoba.
Pan Lorien niosąc talerze niczym wytrawny kelner rzekł:
- Zapraszam państwa do jadalni. Tak znamienici gości, nie można podjąć w kuchni.
Gdy Franz i Eleonor weszli do znajdującej się obok jadalni połączonej z salonem zaskoczył ich widok siedzącej już przy stole pani Lorien.
- Dobry wieczór państwu - rzekła kobieta w kraciastej sukni i upiętych na szybko włosach. Jej twarz była niezwykle blada, a oczy głęboko podkrążone. Na powitanie pani Lorien podała im dłoń, która była obkurczona i wykręcona na zewnątrz. Podagra naprawdę mocno dała się jej we znaki.

Wszyscy zasiedli do stołu. Franz i Eleonor niemal jednocześnie złapali za sztućce, gdy odezwał się pan Krystian:
- Marie zmówisz modlitwę?
- Tak, papo.

Dziewczynka pochyliła głowę i przez chwilę milczała w końcu swym dziecięcym głosikiem zaczęła się modlić.
- Panie dziękujemy ci za tego pysznego króliczka, ziemniaczki i marchewkę. Za tatę, który to wszystko przygotował i za naszych gości. Pobłogosław nas wszystkich, aby się to wszystko dobrze w brzuszku ułożyło. Amen.
Pan i pani Lorien jednym głosem odpowiedzieli:
- Amen.
- Amen -
wypowiedziała Eleonor, bo grzecznym było, wykonać taki gest, chociażby w podzięce, dla rodziny za posiłek, którym ich uraczyli. Lady Howard wzięła w dłonie sztućce i powoli zaczęła konsumować danie, przyrządzone przez gospodarza.
- Wyśmienite Panie Lorien, sam hoduje pan króliki? - zapytała kurtuazyjnie rozpoczynając rozmowę od lżejszych tematów.
- Niestety nie - odparł gospodarz - Bardzo żałuję, ale jak się ma małe dziecko to trudno to pogodzić z hodowlą uroczych króliczków, które się potem zjada na obiad.
Kristian Lorien zaśmiał się na głos, a jego sumiasty wąs zatrząsł się razem z nim.
- Państwo są z Paryża, prawda? - zapytała cichym głosem - Wczoraj wieczorem w paryskiej operze śpiewała Caterina Cavollaro. Uwielbiam jej głos, po prostu uwielbiam. Niestety choroba nie pozwoliła mi jechać do Paryż. A mieliśmy już wykupione bilety. A państwo lubicie operę?
- Muszę przyznać nie bez zakłopotania, że bliższa jest mi operetka. Szczególnie wiedeńska. Pozostaję austryjakiem w większości moich gustów. -
rzekł Franz.
- Wielka szkoda - westchnęła pani Lorien - My z mężem, uwielbiamy operę. Monumentalizm dzieł, stroje artystów, ich przejmujący głos, inscenizacja, to coś niezwykłego. Taka sztuka działa na wszystkie zmysły człowieka. Skoro jednak lubi pan operetkę, to nie jest pan do końca stracony. Po prostu potrzebuje pan przewodnika. - zakończyła z ciepłym uśmiechem.
- Ja w przeciwieństwie do Franza, nigdy nie mogę wyrazić w pełni uznania dla kunsztu śpiewaków operowych. Gdyby tylko czas na to pozwalał odwiedziłabym operę co piątkowy wieczór - Lady Howard posłała uśmiech państwu Lorien, by zaraz spojrzeć na Franza - Któregoś razu wybiorę, coś dla Ciebie, Franz, coś co powinno Ci się spodobać i pójdziemy razem. Trzeba pamiętać, że opera to nie tylko przedstawienie, to też cała atmosfera, jaka panuje wokół, a więc i towarzystwo w jakim się ją ogląda powinno być odpowiednie.

Gdy wszyscy skończyli jeść, pan Lorien rzekł do córki:
- Marie teraz wynieść wszystkie talerze i idź na górę położyć się spać.
- Papo proszę.. przecież są goście. A pani Eleonor obiecała się ze mną pobawić.
- Marie i tak jest już późno. Naprawdę pora spać. A nasi goście i tak zostają na noc, więc swoje lalki pokażesz pani Eleonorze jutro rano. Dobrze?

Dziewczynka wyraźnie się naburmuszyła i skrzyżowała ręce na piersi.
- Dlaczego dorośli zawsze kłamią. - mruknęła pod nosem i tupnęła nogą.
- Marie! Ani słowa więcej - skarcił ją ojciec - Zbierz talerze i natychmiast do łóżka. Przyjdę sprawdzić, czy śpisz.
Dziewczynka z pochyloną głową zaczęła zbierać talerze.
Gdy mała Marie wyszła, pan Lorien rzekł:
- Przepraszam państwa za moją córkę. Czasami bywa naprawdę nieznośna.
- Ależ proszę nie przepraszać. Wydaje się złotym dzieckiem -
odprowadziła dziewczynkę spojrzeniem, by zaraz powrócić nim do jej rodziców - W końcu obiecałam się z nią pobawić. Jutro rano zrobię to na pewno, kilka minut zwłoki nas nie zbawi, prawda Franz?
- Dziękuję za te słowa -
rzekł Kristien Lorien - Jest pani naprawdę dobrą i uroczą kobietą. Niektórzy ludzie nie lubią gadatliwych dzieci. Ja uważam, że to dobrze dla jej rozwoju. Trzeba tylko pilnować, aby mała znała granice.
- Kristien a może państwo skosztują twojej wybornej nalewki.

Pan Lorien wstał z krzesła i zbliżył się do masywnego kredensu.
- Czy zrobią mi państwo tę przyjemność?
Ani Eleonor, ani Franz nie zdążyli odpowiedzieć, gdyż z góry rozległ się donośny krzyk dziewczynki.

Von Meran zerwał się ze swego miejsca i pobiegł na górę, tak jak stał.
Niemal równocześnie z Franzem na górę ruszył pan Lorien. Pani Lorien miała mocno zaniepokojoną minę. Spojrzała na Eleonor i przeżegnała się.
Angielka uznała, że nie wypada zostawiać schorowanej kobiety samej, tak więc nie wstała z krzesła, choć to było jej pierwszym odruchem. Jeśli chodziło o dzieci, Eleonor, była szczególnie wyczulona. Mimo to pozostała na miejscu, niepewnie spoglądając w kierunku schodów.

Franz i Kristien Lorien wpadli równocześnie do pokoju małej Marie. Dziewczynka siedziała skulona na łóżku oparta o wezgłowie. Miała podkurczone nogi, a kołdrę ściskała tuż przy twarzy.
- Tam! - pisnęła Marie - Tam w oknie! Tam był jakiś pan!
Pan Lorien podszedł do okna i wyjrzał na ogród.
- Tam nikogo nie ma, skarbie - zapewnił córkę - Naprawdę.
- Nie kłamię papo. Przysięgam, że tam był taki straszny pan. Gapił się na mnie i śmiał.
- Pamiętasz kochanie jak wyglądał? -
spytał Franz spokojnym głosem. - A teraz schowaj się pod kołderkę, bo chcę otworzyć okno. Za pozwoleniem panie doktorze.
Ostatnie słowa skierował do pana Lorien.

Franz chciał otworzyć okno i sprawdzić na czym stanął intruz, by zajrzeć do pokoju. Jeśli ktoś tam był, to musiał u diaska gdzieś oprzeć nogi. Wkoło było pełno śniegu, zatem być może zostawił ślady. Było ciemno, ale od czegóż są latarki.

Przez otwarte okno do pokoju wpadł powiew zimnego powietrza. Franz wychylił się i szybko zorientował się, że kimkolwiek był intruz musiał być niezłym akrobatą. Wąski gzyms ledwo pozwalał postawić na nim koniuszki palców. Jedynym sposobem na wejście na górę było wspięcie się po bluszczu, który obrastał dom. O tej porze roku był on jednak suszy i z pewnością nie utrzymałbym dorosłego mężczyzny. Blask wypadającego z pokoju światła pozwolił także zauważyć brak jakichkolwiek śladów. Aby jednak mieć pewność trzeba było przyjrzeć się temu bliżej.

Franz wyciągnął z kieszeni latarkę i wychylił się trzymając jedną ręką za framugę okna. Przyświecając sobie rozglądał się nie tylko w dół, ale na boki i w górę okna. W końcu ten ktoś mógł się opuścić z dachu.
Mroźne powietrze owiało Franz, gdy w ekwilibrystyczny sposób wychylał się przez okno. Spojrzał ponownie na pokrytą śniegiem ziemię. Nie dostrzegł, choćby najmniejszego śladu. Po chwili spojrzał do góry i omal nie spadł w dół, gdy jasny blask księżyca oślepił go nagle. Będący niemal w pełni księżyc właśnie tę chwilę wybrał, by wychylić się zza gęstych chmur.


Wisząc tak kilka metrów nad ziemią, do uszu Franz doszedł dźwięk pukania do drzwi. W oddali dało się też słyszeć potworne ujadania psa.
Rozczarowany Franz zamknął okno, zasłonił firanki i zasłony.
- Panie doktorze ktoś puka do drzwi. O tej porze, to chyba do Pana. - powiedział Franz przysiadając na łóżeczku Marie - Powiedz kochanie, jak ten Pan wyglądał?
Spytał ponownie dziewczynkę.

Dziewczynka spojrzała poważnym wzrokiem na Franza i rzekła cicho:
- Straszny był. Takie miał oczy - przy tych słowach zbliżyła rozczapierzone dłonie przy swoich oczach - i taaką twarz - tu z kolei dziewczynka zrobiła gest, jakby sie głaskała po długiej, siwej brodzie - i tak na mnie łypał, a oczy mu się świeciły, jak dwie świece. Okropny był, naprawdę straszny,
Franz wiedział, że lepszego opisu intruza nie uzyska. Pan Lorien pokręcił tylko głową i zszedł na dół.

- Spróbuj zasnąć. – powiedział Franz do dziewczynki przykrywając ją kołderką – Zostawię Ci uchylone drzwi. Teraz zejdę na dół, ale będziemy z twoim tatą w pobliżu. Nic się nie bój.
Powiedział uspokajająco i cicho wyszedł z pokoju Marie.
 
Tom Atos jest offline  
Stary 26-05-2017, 08:21   #86
 
Lunatyczka's Avatar
 
Reputacja: 8309 Lunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputację
Tymczasem w jadalni Eleonor i pani Lorien w napięciu oczekiwały na powrót mężczyzn.
- Boję się - wyszeptała gospodyni, a jej prawa dłoń zaczęła cała drżeć.
Eleonor nie zdążyła nic odpowiedzieć, gdyż rozległo się pukanie do drzwi.
Była Księżna Norfolk spojrzała na wysunęła dłoń, by nakryć nią drżące palce gospodyni w uspokajającym geście, kiedy rozległo się pukanie.
- Spodziewacie się kogoś państwo? - angielka zapytała, wstając od stołu. Wyuczonym gestem, poprawiła, spięte w zawiły kok włosy i popatrzyła w kierunku drzwi. Ostatnie wydarzenia odcisnęły na niej piętno, kiedy krzyk dziecka i pukanie do drzwi wystarczyły by zimny pot spłynął wzdłuż jej kręgosłupa. Mimo to Eleonor miała dziwne wrażenie, że jej przeczucia są słuszne i państwo Lorien coś ukrywają, coś co teraz może im zagrozić.
- Nie, nikogo - odparła drżącym głosem pani Lorien - Nie mam pojęcia kto to może być?
Spojrzała błagalnym wzrokiem na Eleonor i spytała cicho:
- Mam otworzyć?
- Proszę, nie wstawać, ja to zrobię - arystokratka uśmiechnęła się ciepło w kierunku schorowanej kobiety. Nie powinna się podnosić, a i wcześniej mogli zauważyć, że chodzenie sprawiało jej ból. Eleonor potrafiła nacisnąć klamkę, by otworzyć drzwi, zdarzało jej się to robić samej, dlatego bez wahania, mimo swoich bezpodstawnych, złych przeczuć podniosła się z krzesła. Odruchowo, wygładziła materiał lejącej się sukienki i podeszła do drzwi. Wysunęła, lekko drżącą dłoń, nad którą nie mogła zapanować i tak jak wcześniej postanowiła, otworzyła drzwi.
 
Lunatyczka jest offline  
Stary 29-05-2017, 23:16   #87
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
Reputacja: 2411 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację

Rita Carter
Było już grubo po godzinie jedenastej, gdy taksówka panny Carter zatrzymała się pod siedzibą Hermetycznego Zakonu Białego Brzasku. Na widok sylwetki szlacheckiego dworku i na wspomnienie wydarzeń, które miały w nim miejsce, po plecach Rity przeszedł zimny dreszcz.
- Dwa franki i trzydzieści centymów - oznajmił taksówkarz.
Panna Carter wręczyła mu trzy franki i gestem dłoni powstrzymała kierowcę przed wydawaniem reszty. Następnie chwyciła za klamkę i w jej sercu zagościła niepewność i mrożący krew w żyłach lęk. Mężczyzna musiał zauważyć wahanie swej pasażerki, gdyż zapytał:
- Jest pani pewna, że chce tam iść. O tym miejscu krążą bardzo dziwne i rzekłbym złowieszcze plotki. Jeśli pani sobie życzy, to odwiozę panią za darmo do Paryża.
Rita przetarła dłonią twarz i zebrała się w sobie. Mimo to, gdy odezwała się do kierowcy, to głos mocno jej drżał.
- Nie dziękuję. Muszę coś tutaj załatwić. Byłabym jednak wdzięczna, gdyby pan zaczekał na mnie.
Mężczyzna kiwnął głową i spojrzał na zegarek.
- Zgoda madame. Poczekam pół godziny. Jest już późno, a ja muszę jeszcze odstawić taksówkę do firmy.

Ku zdziwieniu Rity brama była otwarta. Z lekkim wahaniem przekroczyła ją i ruszyłą ścieżką prowadzącą do drzwi dworu.
Już z oddali do jej uszu dobiegły odgłosy muzyki i dziwnego śpiewu. Przywodził on na myśl pogańskie melorecytacje wykonywane w czasie bluźnierczych ceremonii ku czci dawno zapomnianych bogów.
Gdy Rita była zaledwie kilka metrów od drzwi wejściowych, te otworzyły się gwałtownie z głośnym trzaskiem i z wnętrza wybiegły dwie kompletnie nagie kobiety.
Obie piszczały jak obdzierane ze skóry owce. Nie zważając na Ritę pobiegły przez śnieżne zaspy dookoła domu.
Panna Carter z jeszcze większą niepewnością zbliżyła się do drzwi.
- Kogóż moje piękne oczy widzą - usłyszała głos Allana Benneta - Cóż za wyczucie czasu i chwili. Twa dusza musi być niezwykle czuła na magiczne wibracje.
Przywódca Zakonu ubrany był w białą togę na której widać było liczne plamy krwi. W dłoni trzymał inkrustowany srebrny kielich, z którego popijał co kilka chwil.
Serce Rity dosłownie zatrzymało się na kilka długich sekund.
- Czy jest Mojra? - zapytała w końcu zbierając całą swoją odwagę.
- Oczywiście. Zapraszam - Allan Bennet wykonał szeroki gest prawą ręką zachęcając Ritę do wejścia do środka.
Panna Carter ujrzała jak na środku salonu w którym zostali poczęstowani grzanym winem, naga Mojra wije się w jakimś bluźnierczym tańcu. W dłoniach trzymała czarnego węża, który zdawał się być jej całkowicie posłuszny. Wokół tańczącej Mojry siedziało kilkanaścioro kobiet i mężczyzn. Część z nich wybijała rytm na małych tamburynach, a reszta nuciła plugawą pieśń.
- Widzę, że przyszłam nie w porę. Wpadnę zatem innym razem - powiedziała Rita i odwróciła się na pięcie, ruszając w kierunku bramy za którą czekał życzliwy taksówkarz.
- Wręcz przeciwnie - powiedział Bennett wybiegając za nią i kładąc jej dłoń na ramieniu.
Rita zatrzymała się. Jej wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem okultystycznego przywódcy. Bennett miał władcze i beznamiętne spojrzenie. Rita czuła jego ciężar i wielką presję. Bała się. Cholernie się bała. Jaki diabeł ją podkusił, by tutaj przyjechać. Wiedziała, że nie może ulec Bennettowi. Gdyby tak się stało zapewne groziłoby jej wielkie niebezpieczeństwo.
- Zostań śliczności - powiedział Bennett, a jego głos brzmiał niczym syk jadowitego węża - Zostań, a pokaże ci czym jest prawdziwa magia.
Rita nic nie odpowiedziała. Szybkim ruchem zrzuciła dłoń Bennetta ze swego ramienia i niemal biegiem ruszyła w kierunku bramy.
- Nie uciekniesz przed przeznaczeniem. Mrok cię pochłonie, czy tego chcesz, czy nie - usłyszała za swoimi plecami krzyk Allana Bennetta.\


Franz Von Meran, Eleonor Howard
Eleonor podeszła do drzwi i położyła dłoń na klamce. Dokładnie w tym momencie z góry zszedł Franz, a tuż za nim gospodarz pan Lorien.
Mając taką obstawę za plecami lady Howard śmiało przekręciła zasuwę i nacisnęła klamkę.

Mroźny powiew wdarł się do środka, przyprawiając ją o gęsią skórę na całym ciele. Na zewnątrz panował półmrok. Jedynym źródłem światła był blady księżyc zawieszony wysoko na nieboskłonie.
Na progu domu nie było jednak nikogo.
Przez kilka chwil jej wzrok przyzwyczajał się do ciemności. Franz stanął u jej boku i razem wpatrywali się w mrok.

I wtedy go dostrzegli.
Stał przy furtce i w bezruchu spoglądał w stronę domu.
Widzieli tylko zarys jego sylwetki, ale i tak poczuli dziwny niepokój. Franz już chciał wyjść za próg. Krzyknąć coś, zapytać przybysza kim jest i czego chce. Nie dążył jednak.
Dosłownie na ich oczach ukształtował się szary obłok przypominający mgłę lub gęsty dym. Z każdą chwilą narastał i zbliżał się do tajemniczego przybysza. Nim ktokolwiek zdążył zareagować mgła pochłonęła przybysza, a w następnej sekundzie rozwiała się z kolejnym podmuchem wiatru.



Nazajutrz rano nikt nie wspominał tajemniczego wieczornego wypadku. Sprawę trudno było wyjaśnić i doszukać się w niej sensu, bowiem mimo sprawdzenia całego domu i ogrodu Franz i pan Lorien nie znaleźli żadnych śladów obecności intruza. Śnieg zalegający wokół domu, dosłownie uniemożliwiał wejście na posesję bez pozostawienia, choćby drobnych śladów.
Gospodarze byli tym faktem mocno zaniepokojeni, ale nie zamierzali drążyć tematu i szukać wyjaśnień nocnych wypadków. Natomiast Eleonor i Franz, którzy ciągle mieli w pamięci odrażające wypadki z piekielnego pociągu, czuli niepokój i czające się gdzieś w pobliżu zagrożenie.

Po sutym śniadaniu przygotowanym przez Christiana Lorien, Franz i Eleonor ruszyli na poszukiwania wejścia do piwnicy rezydencji hrabiego Fenalika.

Sprawa wydawała się z pozoru dość prosta. Mieli plany rezydencji, a nowym dom państwa Lorien był o wiele mniejszy niż zburzona siedziba osiemnastowiecznego rozpustnika i okultysty.
Niestety sroga zima sprawiła, że ziemia była zmarznięta i twarda niczym głaz. Pan Lorien wyraził, co prawda zgodę na kilka próbnych wykopów, ale by tego dokonać należało mieć czas i siły.
Franz wiedział, że musi być precyzyjny w swoich obliczeniach, co do ulokowania wejścia do piwnicy.
Kilkukrotnie wraz z Eleonorą odliczał kroki i sprawdzał odległości na mapie.
Około godziny dziewiątej wyznaczyli jak się zdawało właściwe miejsce i zapadła decyzja o rozpoczęciu kopania.

Gdy łopata pierwszy raz uderzyła w zlodowaciałą ziemię, Franz poczuł jak ciężkie czeka go zadanie. Musiał liczyć tylko na własne siły, gdyż Eleonora nie była mu w stanie w żaden sposób pomóc. Była zbyt wątła i delikatna, aby uporać się z tak wyczerpującą pracą. Poza tym Franz, jako dżentelmen nie mógł pozwolić, aby kobieta zabierała się za kopanie dołów. Gdyby się tak stało, wyszedłby nie tylko na słabeusza i niedorajdę, ale i na pozbawionego zasad i honoru prostaka.

Kilka kolejnych uderzeń składanej łopaty przekonało Franza, że bez odpowiedniego sprzętu nic nie zdziała. Na szczęście pan Lorien posiadał w szopie ciężki kilof i ochoczo użyczył go von Meranowi.

Dopiero przy jego pomocy, praca ruszyła z miejsca. Nie było łatwo i Franz musiał się mocno na pracować. Pot spływał mu po plecach, a mięśnie rąk i barków zaczęły niemiłosiernie palić.
Na domiar złego po prawie dwóch godzinach kopania na dłoniach pojawiły się pierwsze pęcherze.
Zmusiło to von Merana do coraz częstszych przerw i odpoczynków.

Zaczynało powoli już zmierzchać, gdy w końcu Franz ujrzał efekt swej pracy. Najpierw trafił na kamienne stopnie prowadzące w dół, a po następnej godzinie kopania dotarł do drzwi ze stalowymi okuciami i grubym łańcuchem przy klamce.
Po raz kolejny kilof pana Loriena okazał się bardzo pomocny. Wystarczyło kilka uderzeń, aby przerdzewiałe zawiasy puściły i można było wejść do środka podziemi willi hrabiego Fenalika.


Smród zgnilizny i rozkładu wypełniał wąskie korytarze podziemi. Panujący wewnątrz chłód przenikał do szpiku kości i budził przykre grobowe skojarzenia.
Uzbrojeni w latarkę i chustki na twarzach Franz i Eleonor ruszyli ostrożnie w głąb podziemi rezydencji.
Już po kilku krokach korytarzy się rozwidlał, ale jak się okazało obie odnogi były magazynami na wino. Pomieszczenia wypełnione były przegniłymi deskami, które zapewne stanowiły resztki niegdysiejszych półek oraz potłuczonymi butelkami.
Po szybkim sprawdzeniu obu pomieszczeń para ruszyła dalej.

Po kilkunastu kolejnych metrach para dotarła do następnego rozwidlenia. Od głównego korytarza odchodziły dwie odnogi, które zakończone były kilkoma niewielkimi salami. W każdej z nich Franz i Eleonor znaleźli makabryczne dowody potwierdzające tylko jak plugawym, bezbożnym i bestialskim człowiekiem był hrabia Fenalik.
Sale wypełnione były najróżniejszymi narzędziami tortur, których nie powstydziłby się żaden średniowieczny kat, czy inkwizytor.
Żelazne kleszcze, obcęgi, hiszpańskie buty, przerażające sprężynowe gruszki, widełki heretyków, a także spora kolekcja zgniataczy głów. Ukoronowaniem tej bluźnierczej i makabrycznej kolekcji była stojąca w rogu żelazna dziewica oraz długie na ponad trzy metry madejowe łoże.
To na nim leżał zapomniany przez ludzi i historię, niemiłosiernie zniekształcony szkielet. Była to zapewne jedna z ostatnich ofiar paryskiego rozpustnika.

Gdy Franz i Eleonor wychodzili z budzącej grozy sali tortur do ich nozdrzy dotarł przedziwny zapach. Przedziwny, gdyż żadne z nich nie spodziewało się spotkać tutaj takiego aromatu.
Korytarz wypełniony był obezwładniającym wręcz zapachem róż.

Idąc za nim para dotarła do niewielkiej wykutej w litej skale salki. Jej całe wnętrze obrośnięte było bujnym różanym pnączem. To właśnie różane kwiaty były źródłem oszałamiającego zapachu. Nie sposób było wytłumaczyć, jakim cudem zakwitły one w takich warunkach.
Kwiaty czarnej i błękitnej barwy wypełniały całe pomieszczenie. Wszystkie ociekały one połyskliwą, lepką cieczą.
Otumanieni aromatem i przedziwnym znaleziskiem, Franz i Eleonor dopiero po chwili spostrzegli, że cała podłogę pomieszczenia wypełniają ludzkie kości. Większość z nich stanowiły ziejące pustką oczodołów czaszki.


- Spójrz - szepnęła Eleonora wskazując dłonią dziwny kształt leżący pod ścianą.
Rzecz którą wskazała lady Howard skryta była pomiędzy ludzkimi szczątkami i wijącym się pnączem róży. Z wyglądu przypominała odcięte ramię obdarte ze skóry.


 
__________________
Konto usunięte na prośbę użytkownika.
brody jest offline  
Stary 05-06-2017, 11:18   #88
 
Tom Atos's Avatar
 
Reputacja: 4360 Tom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputację
Najwyraźniej coś było na rzeczy. Profesor Smith w swojej prelekcji na początku roku w Imperial Institute wspominał o przenikaniu się światów. Obiektach i osobach, które pojawiają się znikąd i znikają w tajemniczych okolicznościach. Najwyraźniej mieli do czynienia z taką manifestacją, bo jak inaczej wyjaśnić brak śladów na śniegu i fakt, że ktoś zaglądał do okna i pukał do drzwi.

Swoją drogą manifestacja, czy nie, duch, czy nie, pukać nie po to by wejść, tylko pokazać się i zniknąć we mgle, to wyglądało zupełnie jak szczeniacki żart. Choć Franz nie był do końca przekonany, czy należy cieszyć się, że duchy mają mroczne poczucie humoru.

Co by nie mówić o tych manifestacjach, to najwyraźniej lubowały się w straszeniu ludzi. W takich okolicznościach jedyne, co mógł zrobić dżentelmen, to zachować stoicki spokój. Franz obiecał sobie, że odtąd Marek Aureliusz będzie jego przewodnikiem.

Korzystając z gościny doktora i jego rodziny położył się spać i faktycznie przespał całą noc. Co prawda coś mu się majaczyło, ale rano zupełnie nie pamiętał co. Po porannej toalecie i zestawie ćwiczeń rozciągających, czuł się rześki i gotów do czynu. Przezornie jednak nie poruszał kwestii zjawy. Domyślił się bowiem, że natręt z innego świata daje się we znaki gospodarzom i zapewne jeszcze nie raz po chamsku przerwie im kolację.

Cóż jednak mógł Franz poradzić? Chyba tylko tyle, by się przeprowadzili do innego domu, ale doktor Lorien zapewne wiedział to i bez niego.
Von Meran zatem skupił się na tym po co tu przybył i z pomocą Eleonor wyznaczył miejsce, gdzie powinno znajdować się wejście do podziemi posiadłości hrabiego Fenalika.

Kopanie okazało się niezwykle trudne i Franz nie raz pożałował, że nie zatrudnił ze dwóch osiłków do tej roboty, ale jak już zaczął, to i chciał skończyć.
W końcu udało się odgrzebać wejście do podziemi i nie bez ulgi, choć z ze sporą dawką niepokoju zagłębili się w mroczne korytarze.

Hrabia Fenalik ich nie zawiódł. Sala tortur robiła wrażenie i sporo mówiła o właścicielu. To że natrafili na róże i Fenalik okazał się także miłośnikiem ogrodnictwa jakoś niezbyt ocieplał jego wizerunek. Z resztą same kwiaty były dość dziwne. Pomiędzy nimi tkwiła ręką. Element posągu, który szukali:
- Mamy ją. – szepnął Franz z błyskiem zadowolenia w oku.
- Trzeba ostrożnie ją wyciągnąć. – stwierdził zakładając rękawice, by się nie pokłuć różami.

Nie wyglądało na to, by zadrapanie kolcami mogło wyjść na zdrowie. Na szczęście Franz miał ze sobą plecak na narzędzia i tam mógł schować rękę posągu.

Trzeba było się zastanowić nad zabezpieczeniem artefaktu. Niezłym pomysłem byłoby zamówienie specjalnego futerału. Bo to, że wezmą ze sobą ramię w podróż wydawało się oczywiste.
- Jak myślisz? Może zerwać parę róż? Jestem ciekaw co to za rośliny? Nie wyglądają na naturalne. Można byłoby je dać do zbadania. – zwrócił się z propozycją do Eleonor.
Najwyraźniej natura badacza dała o sobie znać.
 
Tom Atos jest offline  
Stary 07-06-2017, 23:26   #89
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
Reputacja: 2411 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację



Franz Von Meran, Eleonor Howard
Ten moment stanowił ukoronowanie ich ponad dwutygodniowych starań i poszukiwań. Zdobyli upiorny, pradawny artefakt o którym mówił im profesor Smith. Niewątpliwie czuli satysfakcję, ale była on podszyty głęboko skrywanym lękiem i rosnącym poczuciem zagrożenia. Makabryczne znalezisko przywoływało najgorsze skojarzenia i lęki. Już sam jego widok przyprawiał o mdłości. Kończyna posągu wyglądała, niemal jak żywa. Wykonana została z gładkiego ceramicznego materiału, bardzo zimnego w dotyku. W całości pokrywały ją okultystyczne symbole, których znaczenia nie sposób było się doszukać. Mimo obaw, Franz wydobył ją z plątaniny pnączy i wsadzili w jutowy worek. Obwiązawszy ciasno, zarzucił na ramię i wraz z Eleonorą, opuścił upiorne piwnice willi Fenalika.

Nie chcąc niepokoić gospodarzy, nie powiedzieli im co znaleźli w starych piwnicach. Państwo Lorien nalegali, aby zostali jeszcze, choćby tylko do rana.
- Przy takiej pogodzie, podróż nocą nie należy do najbezpieczniejszych. Po co kusić los. - przekonywał Krystian Lorien.
- Zrobicie nam państwo wielką przyjemność - wtórowała mu jego żona.
Franz i Eleonora pozostali jednak nieugięci i mimo późnej pory i padającego deszczu ze śniegiem, zdecydowali się na powrót do Paryża.

Dzięki znajomością pana Loriena udało im się namówić taksówkarza na długą podróż. Znaczny udział przy tym miała niewątpliwie ilość franków, jakie zaoferował Franz jako zapłatę.

Droga powrotna nie należała do najwygodniejszych i najbezpieczniejszych. Samochód kilkakrotnie wpadał w poślizg na pełnej pośniegowego błota jezdni. Początkowo życzliwy taksówkarz, coraz częściej dawał upust swoim złym emocjom i nerwom, przeklinając coraz głośniej i dosadniej.
W końcu po niemal półtorej godzinie, samochód zatrzymał się przed domem Eleonor.


Rita Carter, Pauline MacMoor, Franz Von Meran, Eleonor Howard
Rozcięty jutowy worek leżał na stole, przy którym siedzieli Franz, Eleonor, Rita i Paulina. Oczy całej czwórki wbite były we fragment antycznego posągu. Powietrze niemal elektryzowało od panującego w pokoju napięcia. Franz wstał z krzesła i zbliżył się do niewielkiego barku, gdzie stała butelka szkockiej. Uzupełnił swoją szklankę i pociągnął mocnego łyka.
- Musimy zastanowić się co z tym zrobimy. - rzekł przerywając złowrogą ciszę, jaka zapanowała po tym, jak wyłożył rękę Sedefkar Simulacrum na stół.
Żadna z dam nie odezwała się, choćby słowem. Po zniknięciu hrabiego Zamoyskiego, ich grono ponownie się uszczupliło. Wymawiając się ważnymi obowiązkami, do Londynu wrócił George. Paulina, która odprowadziła go na dworzec miała spore wątpliwości, czy to jest faktyczny powód jego decyzji.
Franz miał już zamiar ponownie zabrać głos, gdy do pokoju weszła służąca.
- Proszę pani, posłaniec właśnie to dostarczył - powiedziała wręczając Eleonor szarą, zalakowaną kopertę.
 
__________________
Konto usunięte na prośbę użytkownika.
brody jest offline  
Stary 14-06-2017, 13:08   #90
 
Lunatyczka's Avatar
 
Reputacja: 8309 Lunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputację
Ostatnimi dniami Eleonor była milcząca. Mówiła mniej niż zwykle, rzadziej się śmiała, mniej chętnie wdawała się w dyskusję i nie zanosiło się na to by cokolwiek w tej materii miało ulec zmianie. Kiedy jechali z Franzem do Paryża, po owocnych poszukiwaniach, nie rozmawiała z nim. Wpatrywała się w ciemny las, za oknem, drogę, która niedawno była jeszcze biała, ale w żółtych reflektorach automobilu, wydawała się szara, bez wyrazu i całkowicie odarta ze swojego śnieżnego piękna.
Co jakiś czas była Księżna Norfolk zerkała na towarzyszącego jej mężczyznę, zastanawiała się, czy porozmawiać z nim na temat tego co się dzieje, czy powinna zagaić, zapytać może o jego samopoczucie, jednak widząc zmęczenie, malujące się na twarzy Austriaka, po całodziennym kopaniu, zaniechała tego pomysłu. Uznając, że takie zachowanie mogłoby zostać źle odebrane, a dodatkowe męczenie Franza na nic im się zda. Słuchała więc wiatru dudniącego na zewnątrz, tylko kilka razy, przy co gwałtowniejszych zakrętach, złapała przyjaciele za rękę, w przestrachu. Wiedziała, co może oznaczać wypadek samochodowy i momentami naprawdę się bała, kiedy zarzucało pojazdem na skutej lodem drodze. To delikatne zaciśnięcie palców, na znajomej dłoni było jedyną oznaką tego, że Eleonor, była nie tylko ciałem, ale i duchem w aucie.

Choć kamień spadł jej z serca, gdy znaleźli jedną z części posągu, wiedziała, ze to nie wszystko, zdawała też sobie sprawę, że przez są też narażeni na ataki jak nigdy wcześniej. Jeśli, ten cały zakon, który próbował dostać posążek w swoje ręce, zorientuje się, że posiadają jedną z części, nie spoczną dopóki nie wydrą go z rąk grupki przyjaciół. Nie powinni się tym chwalić, powinni też jak najszybciej opuścić Paryż. Z taką myślą, w końcu zajechali pod posiadłość należącą do jej Ojca, obecnie odziedziczoną przez nią. Wysiadła z auta opatulając się szczelniej ciepłym paltem i ruszyła po schodach na górę, oglądając się tylko na Franza, upewniając się, ze podążą za nią.


- Dziękuję Domique - odpowiedziała machinalnie Eleonor, zabierając kopertę. Rozerwała ją, nie dbając o zawracanie sobie głowy, szukaniem noża do kopert. Wyciągnęła z środka list i przeleciała wzrokiem po skreślonych na papierze literach. Zmarszczyła ciemne brwi, które zbiegając się ku sobie zupełnie roztrzaskały maskę pozornego spokoju, którą od kilku dni przykleiła do własnej twarzy panna Howard. Podała wiadomość dalej, by każdy z jej przyjaciół mógł się zapoznać z jej zawartością, a kiedy ostatnia osoba, oddała jej liścik powiedziała, z zaskakującą pewnością w głosie.
- Zamierzam się tam udać. Wy - tutaj kolejno obdarzyła każdego z jej gości łagodnym spojrzeniem - zdecydujcie sami. Nie mogłabym was o to oprosić. Mając to - wzrok arystokratki uciekł, ku jutowemu workowi - nie jesteśmy bezpieczni w Paryżu. Uważam, że trzeba jak najszybciej wyjechać, ale na to spotkanie chciałabym pójść. Jeśli ktoś zechce mi towarzyszyć, jednak jeśli wolelibyście jechać dalej, nie będę nikogo o to obwiniać, co więcej całkowicie to zrozumiem.
Umilkła na chwilę, pozwalając im przetrawić swoje słowa.
- Dominique, przynieś herbatę, proszę - dodała do stojącej przy drzwiach gosposi, która zaraz dygnęła i opuściła pomieszczenie. Lady Howard Kontynuowała.
- Nie chce narażać was na niebezpieczeństwo, w związku z tym, bardzo proszę, dobrze zastanówcie się, nad kolejnym krokiem. Na waszym miejscu wyjechałaby z Paryża, ale ja.. wybaczcie, nie mogę. - powiedziała przepraszającym tonem - jeśli zdecydujecie się wyjechać, dołączę do was najszybciej jak się da. - dodała a ciche westchnienie uleciało spomiędzy warg kobiety.
 
Lunatyczka jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:26.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166