Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 16-01-2017, 23:17   #1
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
Reputacja: 2410 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację
Zew Cthulhu - Horror w Orient Ekspresie



- Przy mikrofonie Terry Cleese, witam państwa w popołudniowym programie informacyjnym. Zima nie odpuszcza synoptycy przewidują w najbliższych dniach, kolejne burze śnieżne i zamiecie. Jeżeli to tylko możliwe, zalecamy pozostać w domu i cieszyć się ciepłem domowego ogniska. A wszystkim tym, którzy z tych, czy innych przyczyn zmuszeni są w tych dniach udać się w podróż, radzimy zastanowić się nad tym ponownie. Matka natura dobitnie pokazuje nam, że choć opanowaliśmy trudną sztukę latania, wydobywamy minerały z jej wnętrza, to nadal nie jesteśmy odporni na jej kaprysy. Jeżeli więc jesteś jednym z tych, którzy muszą odbyć w tym tygodniu daleką podróż, to załóż podwójny komplet bielizny, załóż futrzaną czapkę i wełniane rękawiczki. Do tego zawsze miej pod ręką termos z gorącą herbatą i do tego obowiązkowo piersiówkę z kapką czegoś mocniejszego.

Informacje z kraju.
Z dniem dzisiejszym, na mocy ustawy kolejowej przyjętej jeszcze przez poprzedni rząd, hrabiego Davida Lloyda George’a, wszystkie spółki kolejowe w kraju zostają połączone w cztery duże spółki: Great Western Railway, London, Midland and Scottish Railway, London and North Eastern Railway oraz Southern Railway. Celem ustawy jest reorganizacja oraz zwiększenie wydajności ekonomicznej systemu kolejowego Zjednoczonego Królestwa oraz poprawę świadczonych usług. Wielu specjalistów uważa, że Wielka Czwórka wprowadzi Imperium w nową erę kolejnictwa.

W dniu dzisiejszym nastąpi także uroczyste otwarcie nowej wystawy w British Museum. O tym wydarzeniu gazety rozpisują się już od kilku tygodni. Kolekcja przywieziona prosto z Ameryki Południowej przez sir Alfred P. Maudslay rozpala umysły nie tylko historyków i pasjonatów dawnych kultur. Znaleziska sir Maudslay’a otwierają nową erę badań nad cywilizacją Majów i przybliżają nas do poznania prawdy o tej jakże intrygującej kulturze. Na wernisażu spodziewani są nie tylko wybitni przedstawiciele świata nauki, ale także politycy i ludzie sztuki. Dyrektor muzeum na łamach The Daily Mail chwalił się, że swoje przybycie potwierdził książę Walii, Edward, lady Nancy Astor oraz sama Tallulaha Bankhead’a. Zapewne jeszcze przez wiele dni będziemy mówić o tym wydarzeniu. Sama wystawa będzie dostępna dla publiczności od drugiego stycznia.

Tymczasem na świecie nie cichną echa listu Włodzimierza Lenina , który skierował on do delegatów na XIII zjazd Rosyjskiej Partii Komunistycznej. Mówi on w nim o aktualnej sytuacji w partii oraz o osobach, które potencjalnie mogą przejąć po nim władzę. Wyraźnie wykazuje wady oraz zalety potencjalnych kandydatów oraz przestrzega przed niektórymi z nich. Wśród tych ostatnich znajduje towarzysz Józef Stalin, którego Lenin nazywa bezlitosnym chamem bez ogłady. Zarzuca mu nadmierną brutalność oraz kapryśne usposobienie. Natomiast Trockiego określa mianem najwybitniejszego przedstawiciela Komitetu Centralnego. Co ciekawe Lenin nie wyznaczył w bezpośredni sposób swego następcy i zdał się na mądrość i wybór delegatów na zjazd. W samym Związku Radzieckim list ten nie został opublikowany, a na dodatek decyzją Biura Politycznego został utajniony. My jego treść poznaliśmy tylko dzięki temu, że został on skopiowany i wykradziony przez osoby z najbliższego otoczenia Włodzimierza Lenina. Jego nielegalne kopie, krążą ponoć po całym kraju.
Jak donosi nasz amerykański korespondent w Rosewood na Florydzie dochodzi do coraz brutalniejszych zamieszek. Zginęło już co najmniej kilka osób, a policja nie potrafi zapanować na rozgorączkowanym tłumem. Płoną zarówno budynki publiczne, jak i domy prywatne. Dochodzi do licznych aktów samosądów. Mówi się, że bezpośrednią przyczyną zamieszek jest próba gwałtu na białej kobiecie, której dokonał bezdomny czarnoskóry mężczyzna. Nie są to jednak doniesienia potwierdzone.

W wieku pięćdziesięciu jeden lat zmarł, wybitny amerykański baseballista William Henry Keeler, zwany przez kibiców “Wee Willie” Keeler był zawodnikiem Baltimore Orioles, New York Highlanders, New York Giants. Po zakończeniu kariery zajął się trenowaniem młodzieży oraz wyszukiwaniem nowych talentów. Przyczyną śmierci była gruźlica na którą Keeler chorował od kilku lat. Pogrzeb odbędzie się 3 stycznia na cmentarzu w Queens.

Na tym kończymy dzisiejsze wiadomości. A teraz zapraszamy na chwilę muzycznego relaksu z Henrym Hallem oraz naszą radiową orkiestrą.




Gdy tylko wybrzmiały ostatnie akordy synkopy, profesor Smith zgasił fajkę i dopił wystygłą już herbatę.
Wstał z fotela, wyłączył radio i zawołał:
- Beddows!
Lokaj, jakby stał pod drzwiami i tylko czekał, aż zostanie zawołany. Wszedł do pokoju, ukłonił się i zapytał:
- Tak, sir?
- Czy byłbyś tak łaskaw i zamówił taksówkę? Już po piątej. Najwyższy czas przygotować się na uroczystość. Mam nadzieję, że śnieżyca ustanie, bo przy takiej pogodzie, to pewnie większość zaproszonych gości może mieć problemy z dotarciem na czas.
- Aby uniknąć problemów o który raczył pan wspomnieć, zamówiłem taksówkę już wcześniej. Powinna tutaj się zjawić za około kwadrans.
- Doskonale Beddows. Na ciebie zawsze można liczyć. Czy mógłbyś podać mi mój smoking.
- Służę uprzejmie sir.

Taksówka zgodnie z zapewnieniami Beddowsa zjawiła się za niecałe piętnaście minut. Profesor Smith poprawił muszkę i z pomocą swego wiernego lokaja narzucił na siebie ciepły wełniany płaszcz. Ze stojaka zabrał swoją laskę oraz kapelusz i zszedł do taksówki, która czekał już przed jego mieszkaniem.







Dzięki specjalnie skonstruowanemu na tą okazję oświetleniu, gmach muzeum wyglądał doprawdy monumentalnie. Smukłe jońskie kolumny lśniły w mroku, budząc w umyśle echa dawnych wieków. Po przekroczeniu bramy i wejściu na muzealny dziedziniec, człowiek czuł się, jakby wszedł do dawno zaginionego świata. Strażnicy królewscy w paradnych mundurach, którzy sami wyglądali niczym wykuciu w granicie, tylko podkreślali atmosferę miejsca.
Kolejne auta podjeżdżały pod bramę. Sznur gości sunął powoli w kierunku schodów prowadzących do głównego wejścia. Na stopniach ustawiono ozdobne lampiony.
W progu wszystkich gości, witam sam sir Alfred Percival Maudslay. Towarzyszyła mu, stojąca u jego boku żona, Annie. Była dla sir Alfreda nie tylko oparciem i miłością życia, ale także wiernym pomocnikiem w jego licznych wyprawach i badaniach terenowych.
Archeolog gestem dłoni zapraszał do holu, gdzie na gości czekał skromny poczęstunek oraz kieliszek szampana.

Gdy wszyscy goście już przybyli, dyrektor muzeum sir Frederic Kenyon, znany i powszechnie szanowany badacz Biblii i literatury starożytnej.
- Witam wszystkich szanownych gości, a nade wszystko bohatera dzisiejszego wieczoru sir Alfred Maudslay’a.
Gromkie brawa rozniosły się głośnym echem po muzealnym holu.
Na podwyższenie wszedł sir Maudslay’a i gestem dłoni uciszył owację.
- Dobry wieczór państwu. Cieszę się, że tak wielu z was zechciało przybyć na nasze zaproszenie. Mam nadzieję, że eksponaty zebrane na wystawie przybliżą państwu niezwykle intrygującą i tajemniczą cywilizację Majów. Przywiezione przeze mnie płaskorzeźby, maski rytualne oraz zrobione zdjęcia, tylko w niewielkim stopniu dają wyobrażenie o potędze i sile tego ludu. Wbrew powszechnej opinii o prymitywności, stworzyli oni nader rozwiniętą jak na owe czasu cywilizację. Mieli własne pismo, złożony system wierzeń i strukturę społeczną. I co najciekawsze, jak wykazują moje najnowsze badania ich pisma, znali się na astronomii, matematyce oraz prowadzili dokładną rachubę czasu. O jakości ich cywilizacji, najdobitniej świadczą kompleksy świątynne, które budowali. Ich miasta, mimo upływu tylu wieków nadal budzą zachwyt. Zdjęcia tych budowli także znajdą państwo na wystawie. Nie ma co przedłużać. Zapraszam do zwiedzania.

Królewscy strażnicy otworzyli wysokie, skrzydłowe drzwi prowadzące do sali, gdzie zebrane zostały eksponaty z kolekcji Maudslay’a.
Wystawę otwierało dużych rozmiarów zdjęcie przedstawiające sir Alfreda stojącego na szczycie piramidy Kukulkana w mieście Chichén Itzá. Kukulkan, Zielony Pierzasty Wąż. Najważniejsze bóstwo w panteonie Majów. Stworzyciel świata i władca czterech żywiołów.
- Kukulkan został wygnany z Tuli, gdyż sprzeciwiał się składaniu ofiar z ludzi. Majowie wierzyli bowiem, że ich obowiązkiem jest karmienie bogów, aby ci mogli nadal krążyć po nieboskłonie i nie zniszczyć świata. Dlatego też podejmowano liczne wyprawy, aby chwytać członków wrogich plemion i to ich składać bogom w ofierze. Najdoskonalszą ofiarą było wycięte, jeszcze bijące serce. Kapłan smarował nim stojący na szczycie piramidy kamienny posąg bóstwa. Jego pomocnicy w tym czasie obdzierali ofiarę ze skóry, aby następnie truchło zrzucić ze schodów świątyni. Najwyższy kapłan przyodziewał skórę nieszczęśnika i wykonywał rytualny taniec przed posągiem.

Jęk zdziwienia i zniesmaczenie przeszedł po sali. Kobiety kręciły w niedowierzaniu głowami, a co słabsze psychicznie przytykały chusteczki do ust, jakby mdlił je zapach świeżej krwi ofiary której właśnie dokonano.

W dalszej części sali na zaproszonych gości czekały już odlewy płaskorzeźb. Przedstawiały one sceny z mitologii Majów oraz brutalne i bluźniercze rytuały o których wspomniał sir Alfred.

Wielkim zainteresowaniem cieszyły się rytualne jadeitowe maski oraz przede wszystkim niesamowita czaszka wykonana z kwarcu.
Zadziwiał precyzją wykonania oraz doskonałą znajomością anatomii, jaką wykazał się rzeźbiarz.

Wystawę zamykał monumentalny ponad trzymetrowy posąg kapłana w rytualny stroju i masce. Został on uchwycony w momencie składania ofiary. W lewej dłoni ściskał wąski sztylet, a w prawej uniesionej triumfalnie ręce ściskał ludzkie serce.

Zaproszeni goście przez długie minuty przystawali przy każdym z eksponatów i komentowali je w swoim gronie.
- To doprawdy obrzydliwe i wręcz niepojęte, jak można posunąć się do takiego barbarzyństwa - powiedziała lady Nancy Astor, pierwsza kobieta która która zasiadła w Izbie Gmin brytyjskiego parlamentu.
- Ależ lady - odparł lord Beaverbrook, były minister spraw zagranicznych w rządzie sir Davida George’a oraz właściciel kilku gazet - Musi pani zrozumieć, że powinniśmy rozpatrywać ich prymitywną, mimo wszystko kulturę w szerszym kontekście. Elita tamtego społeczeństwa nie miała innego sposobu, aby utrzymać w karności ludność. Posuwali się więc do najbardziej brutalnych metod.
- Czy na pewno możemy mówić o nich, jako o prymitywnych barbarzyńcach skoro, jak twierdzi sir Alfred doskonale znali astronomię, matematykę, czy nawet chirurgię? - wtrącił znany socjalista i dramaturg Bernard Shaw.
- Myślę, że tak - mruknął lord, który wyraźnie nie przepadał za osobą pisarza - Nam także udało się - lord mocno podkreślił to słowo - opanować i astronomię i matematykę, ale jakoś nigdy nie przyszło nam do głowy, aby składać współbraci w ofierze.
- Ma pan rację. Dokładnie to samo chciałam powiedzieć. - ucieszyła się lady Astor, że znalazł sojusznika w obronie swoich poglądów - Nasza cywilizacja, a nade wszystko religia nigdy do czegoś podobnego, by nie dopuściły. Wystarczy wspomnieć biblijnego Abrahama. Bóg nie pozwolił, aby złożył on syna w ofierze. Dzięki temu tysiące lat później Bóg oddał swego Syna za nas. Nie może pan porównywać nas do tych dzikusów z dżungli. Nawet jeśli jakimś cudem udało im się opanować astronomię, czy matematykę.
Shaw tylko wzruszył ramionami i widząc, że rozmowa zmierza na grunt religijny, ukłonił się i skierował swoje kroki do kolejnej płaskorzeźby.




Przy wielkim posągu kapłana Majów zebrała się grupa osób, która już skończyła zwiedzać wystawę. Wśród nich był profesor Julius Smith oraz kilkoro jego przyjaciół. Wśród nich była Rita Carter, córka znanego archeologa Howarda Cartera, którego prace wykopaliskowe zatrzymały w Egipcie. Pauline MacMoor, szkocka szlachcianka i absolwentka historii starożytnej. Franz von Meran, korespondent Timesa, a także sir George Carter, znany inżynier i specjalista od awioniki. W grupie znalazł się także hrabia Maurycy Zamoyski, polski polityk i dyplomata oraz Eleonora Mathers spirytystka i badaczka tajemnic Inków i Majów

- Jakże się cieszę, że widzę was wszystkich. Szczerze mówiąc nie liczyłem nawet w najśmielszych marzeniach, że spotkamy się w tak licznym gronie.
Profesor Smith faktycznie, aż cały promieniał z radości. Uczony podkręcił wąsa i uśmiechnął się szeroko, a następnie czule uściskał każdego z przyjaciół.
- Fantastyczna wystawa, nieprawdaż. Sir Alfred dokonał niebywałej pracy zbierając te wszystkie eksponaty. Zawsze gdy w jednym miejscu zostają zebrane zabytki po jakieś cywilizacji, myślę sobie jak wiele utraciliśmy, jak wiele cennych zabytków zostało nieodwołalnie utraconych. Z każdym kolejnym pokoleniem ludzkość robi krok naprzód, ale też traci wiele. Coś co dzisiaj wydaje się nam bez znaczenia, dla przyszłych badaczy może mieć kolosalne znaczenie, by mogli zrozumieć nas sposób myślenia i postrzegania świata.
W takich chwilach myślę, jak wiele zostanie po nas, po naszym codziennym życiu i zdobyczach naszej cywilizacji.
Profesor machnął dłonią w powietrzu:
- Ech… nostalgiczne myśli mnie ostatnio nachodzą. Zapomnijcie o ględzeniu starca. Nie czas na smutki. Trzeba się radować, bo Bóg wie kiedy was znowu zobaczę. Chodźmy ii napijmy się za spotkanie.




Gdy wernisaż się skończył, profesor Smith zaprosił swych przyjaciół na kolację. Miejscem spotkania była słynna w całym Londynie, Museum Tavern. Było to miejsce, często odwiedzane przez wizytujących British Museum oraz popularna kawiarnia artystów i intelektualistów. To tutaj przesiadywali członkowie grupy Bloomsbury z Virginią Woolf na czele. Dzisiejszego wieczoru nie było jednak żadnego z członków grupy. Za to przy wielu stolikach można było zobaczyć gości zakończonego właśnie wernisażu.
Pod ścianą po lewej stronie przy jednym stoliku siedzieli Bernard Shaw i gwiazda West Endu, Tallulah Bankhead. Lekko podpity Shaw wyraźnie zalecał się do aktorki, ale ta pozostawała głucha na jego zaloty. Spoglądała tylko co kilka chwil w stronę wejścia i beznamiętnie paliła papierosa za papierosem.

Profesor wybrał stolik po drugiej stronie lokalu. Dokonał zamówienia i z wielkim zainteresowaniem zaczął wypytywać o życie swych dawno niewidzianych przyjaciół.
Gdy kolacja dobiegła końca, Smith oparł się i złapał się za kieszonki swej kamizelki. Uśmiechnął się szeroko i rzekł:
- Proste przyjemności są jednak esencją życia. Doprawdy nie ma na świecie nic bardziej przyjemnego i uszczęśliwiającego człowieka niż kolacja w gronie serdecznych przyjaciół. Jeszcze raz dziękuję wam wszystkim za przybycie i korzystając z okazji, że jesteście w mieście, chciałbym was serdecznie zaprosić na mój wykład. Odbędzie się on w najbliższą środę w Imperial Institute w Kensington. Mam nadzieję, że nie odmówicie tej przyjemności staremu człowiekowi i zaszczycicie mnie swoją obecnością.
 
__________________
Konto usunięte na prośbę użytkownika.

Ostatnio edytowane przez brody : 20-01-2017 o 00:34.
brody jest offline  
Stary 20-01-2017, 11:52   #2
 
Tom Atos's Avatar
 
Reputacja: 4254 Tom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputację


Tępy ból głowy przypominał, że o ile szampan jest napojem lekkim i orzeźwiającym, to nie należy go mieszać z ginem, whisky, a nade wszystko nigdy z koniakiem.

Franz przekonał się o tym boleśnie nazajutrz po balu u księcia Arthura. Stał patrząc przez okno na ośnieżony Regent’s Park. Lubił swój londyński dom przy Chester Terrace właśnie ze względu na to, że okna wychodziły na otwartą przestrzeń, a nie na domy po drugiej stronie ulicy.

Zwykle o tej porze popijał swoją ulubioną kawę po wiedeńsku, tym jednak razem sączył bulion z kury. Niezawodny lek na kaca jaki przygotowała mu jego kucharka, nieoceniona pani Chapman.

Franz był wysokim, przystojnym blondynem po trzydziestce, zawsze elegancko ubranym i nonszalanckim w obyciu. Domatorem o tyle, o ile lubił wypoczywać w domu po długich podróżach. Wystarczyło jednak, by spędził w Londynie dwa tygodnie, a już go nosiło. Na prośbę matki wrócił do Anglii na święta i teraz po nowym roku zaczął już się zastanawiać, gdzie by pojechać.

Rozważania przerwał mu charakterystyczny hałas za plecami. Nie musiał się odwracać, by rozpoznać kroki starego służącego.
- Panie jeszcze śpią Ben? – zwrócił się do lokaja.
- Tak sir.
- Niech śpią. Wieczorem jedziemy do muzeum. Do tego czasu dobrze żeby wypoczęły.


Franz gościł w swoim domu dwie przyjaciółki lady Eleonor Fitzalan – Howard i pannę Ritę Carter. Obie panie nie mieszkały na stałe w Londynie i przebywając w mieście czasami zatrzymywały się u niego. Dom był na tyle obszerny, że bez problemu mógł pomieścić kilka dodatkowych osób.
- Przygotuj mi kąpiel. – rzucił do służącego i podszedł do stolika, by podnieść leżące tam zaproszenie. – Zamówiłeś limuzynę na 16:45?
- Pozwoliłem sobie zamówić na 16:30. Po południu w radiu zapowiadali śnieżycę, Sir.

- Świetnie Ben, jesteś nieceniony. – rzucił Franz w zamyśleniu czytając po raz kolejny zaproszenie.
- Alfred Percival Maudslay ma zaszczyt zaprosić na swoją wystawę w British Museum. Hmm … - zamruczał do siebie.
Franz postukał zaproszeniem o stolik, czuł dziwny niepokój. Jego zmysły wyczuwały kolejną wyprawę. Najwyższy czas. Lubił Londyn, ale też znał siebie i wiedział, że najwyżej za parę dni będzie miał dosyć tego miasta.

***

Limuzyna zjawiła się o czasie, a trójka przyjaciół zasiadła w ciepłym wnętrzu. Na zewnątrz szalała śnieżyca i pomimo zapobiegliwości Bena omal się nie spóźnili na otwarcie.

Po wymianie ceremonialnych grzeczności z witających ich przy wejściu gospodarzem i jego żoną weszli do muzeum.

Sama wystawa interesowała Franza umiarkowanie. Mazoameryka nigdy go specjalnie nie interesowała, ale jako człowiek o otwartym umyśle chętnie dowiadywał się ciekawostek o obcej, nieznanej cywilizacji Majów.
Za to podejrzewał, że Eleonor spodoba się wystawa. Właśnie stosunkowo niedawno wróciła z Ameryki.
- Co sądzisz o wystawie? Sir Maudslay jak dla mnie się postarał. Choć dla Ciebie to pewnie żadne nowości. – zagadnął lady Fitzalan – Howard – Szczególnie podoba mi się kryształowa czaszka. Ciekawe jak ją wykonali.

Trzymetrowy posąg kapłana na zakończenie wystawy wywołał u Franza dyskretny uśmiech. Pochylił się do Rity i szepnął jej do ucha.
- Tyle lat minęło, a kapłani ciągle tacy sami. Zupełnie jakbym widział wielebnego arcybiskupa Canterbury.

Przy posągu zebrała się grupa przyjaciół i znajomych Franza w tym profesor Smith, który wręcz tryskał dobrym humorem i zaprosił wszystkich na kolację do Museum Tavern. Wieczór zapowiadał się iście wspaniale. Biorąc zaś pod uwagę sylwestra, to cały rok szykował się wręcz znakomicie.

Niestety humor nieco Franzowi popsuła obecność w lokalu Bernarda Shawa. Von Meran miał wręcz alergię na tego Irlanczyka, którego uważał za aroganta, megalomana i skończonego hipokrytę. Zachwyty Shawa nad komunizmem uważał za brednie pożytecznego idioty. Franz widział komunistów w akcji. Widział ich w Wiedniu, gdy obalali monarchię. Starczyło mu to, by wyleczyć się z lewackich upodobań. Shaw nie otrzymał takiej szczepionki.

Franz spojrzał ze współczuciem na towarzyszkę „wielkiego literata”, niebrzydką aktoreczkę. Widział ją chyba kiedyś w teatrze na West Endzie. Nie pamiętał imienia, po za tym że było jakieś dziwacznie amerykańskie.

Tymczasem profesor Smith zaprosił ich na swój wykład w Imperial Institute w Kensington
- W środę? To znaczy pojutrze. – stwierdził Franz.
Był wszak 1 stycznia 1923 roku, poniedziałek.
- Mam pomysł jak spędzić jutrzejszy dzień. – uśmiechnął się spoglądając na Zamoyskiego.
- Polacy mają fantastyczną zabawę, którą nazywają kulig. Może zorganizowalibyśmy coś takiego pod Londynem? Spytam kuzyna Charlesa, czy możemy skorzystać z parku przy Blenheim Palace. Co Wy na to?
Franz zdecydowanie lubił korzystać z życia kiedy mógł. Patrząc na niego nikt by nie przypuszczał, że spędził ponad rok w niewoli.
 
Tom Atos jest offline  
Stary 20-01-2017, 17:47   #3
 
Lunatyczka's Avatar
 
Reputacja: 7798 Lunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputację
Wdowa po Księciu Norfolk była spóźniona. Chyba nigdy nie udało jej się zjawić na czas, na proszonym przyjęciu czy obiedzie. Ostatnie dwa lata spędzone w Nowym Świecie i w Ameryce Południowej z dala od zegarów i przejmowania się czasem tylko uwydatniły tą cechę. Miała szczęście, że zdążyła na pociąg z Oxfordu do Londynu. Z Franzem miała się spotkać już na miejscu, a jej bagaże wraz z pokojówką miały pojechać osobną taksówką do jego posiadłość. Tak było łatwiej i wygodniej, dlatego teraz Eleonor z zaróżowionymi od mrozu policzkami witała się się z gospodarzem i jego uroczą małżonką. Długie, powoli wychodzące z mody włosy miała luźno upięte i kilka niesfornych blond kosmyków wymknęło się spod kontroli, luźno falując wokół jej skroni. Nienachalna kolia oplatająca jej szyję zamigotała szlachetnymi kamieniami gdy padało na nią światło lamp. Choć fryzura wydawała się zeszłoroczna, suknia była zgodna z kanonem obowiązującej mody. Granatowy, lekko połyskujący srebrzyście materiał podkreślał błękit oczu, obniżona talia sukni nadawała jej sylwetce lekkości, a kończący się niewiele za kolanem materiał odsłaniał zgrabne łydki. Z tacy przechodzącego obok kelnera wzięła kieliszek, na serdecznym palcu prawej dłoni, diamentem i szafirami mignął pierścionek, rozglądała się w poszukiwaniu znajomych jej twarzy.
Carter pokręcił się chwile po sali witając znajomych i przyjaciół aż w pewnej chwili spostrzegł samotnie stojącą przy małym stoliku Eleonore. Nogi same poniosły go w jej stronę, nie mógł wręcz oderwać od niej wzroku. W jego oczach była ona niemalże aniołem, a drobne niedoskonałości czyniły ją jeszcze piękniejszą gdyż z ulotnej estetycznej istoty czyniły ją kobietą. Cartera ostatni raz widział Lady FItzalan-Howard trzy lata temu, gdy wraz z swym mężem przyjechała na jedno z spotkań Orient Clubu choć i już wtedy był w niej zauroczony honor nie pozwolił mu uzewnętrznić tego uczucia. Spoglądając na nią George odczuwał mieszaninę skrajnych uczuć i nie wiedział czy wieczór ten będzie mógł uznać za udany widząc perspektywę spędzenia tego dnia z mężem swej wybranki.

- Witam Lady Norfolk - powiedział zbliżając się od boku do Eleonory, a gdy ta odwróciła się złożył jej, niemalże przesadnie, głęboki ukłon - To wielka przyjemność móc znowu Cię spotkać. Zwłaszcza przy tak pięknej okazji-
Twarz Eleonor rozpromienił uśmiech na widok twarzy, która była jej miła.
-Sir Carterze, ten tytuł nie należy już do mnie i wątpię by nowej księżnej Norfolk spodobało się tak szafowanie przynależnym jej tytułem - odpowiedziała konspiracyjnym szeptem i roześmiała się cicho. Wiele wody upłynęło i była Księżna Norfolk potrafiła rozmawiać o całej sprawie z uśmiechem na ustach.
- Cieszę się, że mogę zobaczyć Cię w dobrym zdrowiu – dodała dopełniając etykiety po czym zapytała, na chwilę uciekając spojrzeniem od Georga – Nie widziałeś gdzieś Rity? Ona i Franz mieli tu być dzisiaj.
Carter za naprawdę był dziś wielkim szczęściarzem nie dość, że kobieta stojąca przed nim okazała się nie być już zamężna, to po zaledwie chwili rozmowy odwróciła wzrok od osoby Georga, który stał z miną którą spokojnie można było opisać słowami “najgłupszy wyraz twarzy stycznia 1923”.

- Niestety Lady, sam także dopiero przybyłem. - powiedział po chwili jak wyrwał się ze stuporu, a potem dodał jeszcze poważniejszym tonem - Pragnął bym złożyć Ci także kondolencje moja Pani i mam nadzieję iże wybaczycie mi opieszałość -
- Pragnęła byś ich poszukać Pani ? A może wolałabyś na razie spróbować specjałów przygotowanych przez kucharzy Księcia ? Słyszałem, że szefa kuchni sprowadził on aż z słonecznej Italii.

Przetarła zmęczone oczy spoglądając w swoje odbicie. W kąciku ust wciąż miała resztki rubinowej szminki, którą kupiła w Nowym Yorku nim opuściła Nowy Świat. Nie była tak zmęczona, jak mogłaby przypuszczać. Zdrowy rozsądek, który podpowiedział by w noc sylwestrową trzymać się jedynie szampana, okazał się mieć rację. Szum w jej głowie był ledwie zauważalny i niemalże niedokuczliwy. Mimo to cienie pod oczami były oznaką wczorajszej zabawy. Starzała się. Oparła łokcie o lśniący, czysty blat stolika, na którym stało niewielkie lusterko. Przyglądała się sobie z lekkim niezadowoleniem. W końcu jednak westchnęła i odwróciła się do Anny, swojej pokojówki, która przyjechała z nią z Oxfordu.
- Przygotuj mi proszę sukienkę, tę czerwoną z Paryża. Do tego czarne byty, na tym wyższym obcasie i tą absurdalną ozdobę na głowę – na wzmiankę o nowej modzie w kwestii fryzur i przyozdabiania głowy Eleonor przewróciła oczami. Nigdy tego nie zrozumie.

Wyglądając przez okna auta młoda kobieta obserwowała ośnieżony Londyn. Śnieg w Anglii był czymś niemalże niespotykanym i zawsze zachwycał Eleonor tym jak pięknie przyozdabia okolice. Franz i Rita rozmawiali o czymś, jednak była księżna Norfolk zupełnie ich nie słuchała. Nie dlatego, że nie chciała, bo lubiła towarzystwo tych ludzi, ale wczorajszego wieczora chyba zachłysnęła się byciem w towarzystwie i potrzebowała choć chwili wytchnienia. Jej myśli błądziły od Ameryki Południowej gdzie spędziła ostatnią zimę, poprzez salony Nowego Świata i seanse spirytystyczne, których po namowach podjęła się przeprowadzić, aż kończąc na wczorajszym wieczorze i dawno niewidzianych twarzach. Wielu z gości na wczorajszym balu ostatni raz widziała podczas pogrzebu Henrego. To nie były miłe dla niej wspomnienia i choć potrafiła już mówić o tym z uśmiechem, gdzieś w środku pozostał kawałek lodu, który nie chciał stopnieć. Bezwiednie obróciła na palcu ślubny pierścionek, a na jej wargach pojawił się smutny, dodający jej tylko uroku uśmiech.


Mimo powierzchownej pewności siebie i ciepłych słów jakimi obdarzała swoich rozmówców Eleonor niedobrze czuła się w tłumie. Odzwyczaiła się od tego będąc w dusznych i wilgotnych lasach Ameryki Południowej. Górskie ścieżki i tajemnicze kotliny ukryte wśród szczytów i dolin Andów wołały ją. Wystarczył jej jeden dzień w Londynie i kilka tygodni w Oxfordzie by znów zatęsknić za podróżami. Eksponaty, jakie przywiózł ze sobą sir Alfred Percival Maudslay zachwycały, czasem przerażały, ale przede wszystkim pobudzały wyobraźnie i sprawiały, że serce spragnione przygody chciało się wyrwać z klatki jaką były konwenanse wyższych sfer.
W czerwonej, suki przyozdobionej gdzie nie gdzie cekinami tworzącymi nieokreślone kształty, z luźno upiętymi blond włosami, czarnymi koronkowymi rękawiczkami sięgającymi jej łokci i nowomodnym piórem we włosach wyglądała jak na damę przystało. Przechadzała się wśród eksponatów z powolną gracją przez co chwilami wydawała się zupełnie eteryczna, jakby nie była we właściwym miejscu, jakby myślami była zupełnie gdzie indziej. Tylko kiedy co jakiś czas łapała się ramienia Franza przy co bardziej makabrycznych malowidłach powracała świadomością do ciała.
- Och tak, kryształowa czaszka również i mnie zachwyciła. Nie udało mi się takiej zobaczyć w Ameryce – odpowiedziała Franzowi z rzeczywistym wyrazem zainteresowania na młodej twarzy. Pochyliła się nad czaszką by ją dokładnie obejrzeć – Bądź pewien Franz, że starożytne ruiny Majów i Inków skrywają jeszcze wiele tajemnic, a ten kto je odkryje będzie pobłogosławiony – Eleonor nie była religijna, jednak to słowo dobrze oddawało to co chciała przekazać. Wymieniła jeszcze kilka uwag z przyjacielem swojego zmarłego męża i opowiedziała nawet jedną anegdotkę, jak to zgubiła cały swój bagaż podczas jednej z podróży i musiała tydzień chodzić w pożyczonych ciuchach od pewnego doktoranta z Cambridge, który akurat miał szczęście być częścią wyprawy, w której i ona brała udział.


Nie miała bladego pojęcia, że tylu jej przyjaciół zna profesora Smitha, dlatego wyraz miłego zaskoczenia spotkał Georga Cartera i hrabiego Zamoyskiego kiedy zobaczyła ich rozmawiających ze Smithem. Ona znała się z nim tylko listownie, niegdyś profesor utrzymywał kontakty z jej ojcem, ale ona nie miała przyjemności poznać go osobiście. Zainteresowania Smitha, która ostatnimi czasy skierowały się ku parapsychice sprawiły, iż zaczął wymieniać regularną korespondencję ze znaną spirytystką. Chętnie przyjęła zaproszenie na kolację, tym chętniej, że wiązało się to z opuszczeniem dużego tłumy, a miłym posiłkiem w towarzystwie dobrze jej znanych osób.

Zupełnie nie zwracała uwagi na tłum wokół nich. Cała jej uwaga poświęcona była towarzystwu, z którym miała przyjemność spędzać wieczór. Gdy Smith zaprosił ich na swój wykład, choćby chciała, nie mogła odmówić. Nie musiała jedna udawać, z wielką przyjemnością przyjęła zaproszenie i od razu potwierdziła swoje przybycie. – Nie ominęłabym tego wydarzenia, za nic profesorze.

Nie powiedziała tego na głos, ale liczyła po cichu na to, że Franz pozwoli jej zostać do tego czasu w swojej posiadłości. Nie było sensu wracać do Oxfordu. Kiedy zaś Austriak zaproponował, coś co nazywał kuligiem wyregulowane brwi Eleonor powędrowały w górę.
- czy przy takim mrozie to rzeczywiście dobry pomysł? – wyraziła swoje obawy co do pomysłu von Merana. Oczywiście na pewno on i Rita przekonają ja do tego pomysłu, ale nie byłaby sobą, gdyby jej zdrowy rozsądek nie dał o sobie znać.
 

Ostatnio edytowane przez Lunatyczka : 21-01-2017 o 12:39.
Lunatyczka jest offline  
Stary 21-01-2017, 18:50   #4
 
Kaworu's Avatar
 
Reputacja: 1205 Kaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumny
Pauline leżała w wannie. Pachnące przyjemnie bąbelki i ciepła woda muskały jej ciało, gdy wcierała w nie specjalne kosmetyki. Za oknem była zima, a ona siedziała sobie w wannie swojego londyńskiego mieszkania i zażywała rozkosznej kąpieli. Nie mogło być lepiej.

MacMoorówna była może szlachcianką-intelektualistką, ale to nie znaczyło, że proste przyjemności życia miały ją ominąć. Potrafiła docenić dobrą kąpiel, miękkość ręcznika, ciepło suszarki do włosów. Przede wszystkim jednak najbardziej ceniła zasiadanie w głębokim, wygodnym fotelu przed kominkiem w swojej bibliotece i czytanie literatury – naukowej lub powszechnej. W swojej ojczystej Szkocji mogłaby spędzić czas z rodziną, ale tu, w nieco obcym – pomimo wielu lat – Londynie książki były jej najwierniejszymi towarzyszami.

Nie znaczy to jednak, że jedynymi. Choć nie mogła nauczać na Oxfordzie, to doktorat z historii starożytnej i znajomość kilku języków bardzo jej się przydały jako członkini Oriental Clubu. Sama nie podróżowała, ale lubiła rozmawiać z jego bywalcami o ich podróżach, odkryciach, obcych kulturach i ludziach, których spotkali w odległych krainach. Po części miejsce spotkań dam i dżentelmenów, po części organizacja naukowa, Club z pewnością był tą komórką społeczną, z której członkostwa doktor historii czuła się dumna.

Pauline szykowała się właśnie na otwarcie nowej wystawy – dotyczącej kultury i cywilizacji Majów. Po zakończonej kąpieli, gdy wytarła włosy ręcznikiem i założyła szlafrok, udała się do swojej garderoby, by wybrać suknię. Po chwili namysłu zdecydowała się na czarną i takież buty na obcasie. Po nałożeniu standardowego makijażu – koniecznie z różem, by zarumienić wiecznie blade policzki – ubrała się w ciepły płaszcz z futra norek i nałożyła szal z lisiego, czerwonego futra. Gdy zrobiła się na bóstwo, zadzwoniła po taksówkę. Miała ochotę być najpiękniejszą kobietą na wystawie.

~*~

Wystawa była bardzo ciekawa, musiała wyznać. Posągi, płaskorzeźby i zdjęcia fascynowały ją niezmiernie – zarówno jako kobietę o wyrobionym poczuciu smaku, jak i jako historyka i archeologa. Trochę żałowała, że sama nie może się pochwalić podobnym odkryciem, ale była nieco zbyt wygodnicka, by przemierzać południowoamerykańską dżunglę i przez kilka miesięcy szukać ruin. Jako intelektualistkę i damę, teoria interesowała ją znacznie bardziej niż praktyka.

Miała dwa ulubione egzemplarze w kolekcji – wielki posąg kapłana i kryształową czaszkę. Z tych dwóch czaszka chyba bardziej jej się podobała – znów, z przyczyn czysto estetycznych.

Rozmyślała trochę nad cywilizacją Majów. Z jednej strony potrafili budować wielkie kamienne budowle nie ustępujące niczemu dziełom takich cywilizacji jak Egipcjanie czy Rzymianie, posiadali wiedzę naukową i rozbudowaną kulturę, z drugiej zaś byli żądni i prymitywni pod względem moralnym. Ale, czy naprawdę mogła ich oceniać? Czy jej ukochane Imperium Rzymskie nie broniło niewolnictwa, oferowało obywatelstwo tylko wybranym i nie organizowało krwawych walk w Koloseum? Czy Europę – najwyżej rozwinięty kontynent w dziejach – nie trawiły wojny religijne, Inkwizycja i mroczne wieki, które trwały blisko tysiąc lat? Jako Europejka, kim była, by mówić że Majowie byli prymitywni?

Z tą nieco filozoficzną, nieco pesymistyczną myślą zakończyła oglądanie wystawy.

~*~

Spotkanie z profesorem Smithem i znajomymi w Museum Tavern było przyjemne. Miło było gawędzić z bliskimi osobami, popijając jednocześnie gorąca herbatę z przyprawami korzennymi. Gdy profesor zaproponował im obecność na swoim wykładzie, Pauline kiwnęła zachęcająco głową. Oczywiście, musiała być na takim wydarzeniu, nie ma mowy, że nie.

Franz zaoferował także kulig. Kobieta zastanowiła się chwilę nad tym, po czym znowu kiwnęła głową. Nie widziała powodu dla którego tak niewinna zabawa nie miałaby się odbyć – nawet jeśli niektórzy mogliby ją uznać za dziecinną i nie przystająca do godności szlachcianki.

- Nie mam nic przeciw kuligowi – postanowiła zabrać głos, by podkreślić swój gest – Wracając do wykładu, profesorze, czy mógłby mi pan zdradzić jego tematykę? Pana wiedza jest zaiste rozległa i ciężko mi zgadnąć czego mógłby dotyczyć. Myślę, że wszystkich nas to fascynuje – spojrzała po zebranych, uśmiechając się do nich.
 

Ostatnio edytowane przez Kaworu : 21-01-2017 o 19:15.
Kaworu jest offline  
Stary 21-01-2017, 23:52   #5
Elficki Imperator
 
Pan Elf's Avatar
 
Reputacja: 12353 Pan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputację
- W takim razie poszukajmy naszej dwójki - powiedział George Carter, gdy pożegnał się już z Zamoyskim i ofiarował swoje ramię Eleonor. - Może także postanowili skorzystać z bufetu…
Kobieta na do widzenia posłała uśmiech w kierunku odchodzącego hrabiego, a gdy sir Carter zaproponował jej ramię przyjęła je.
- Znając Twoją kuzynkę, sir Carterze, pojawi się jak zacznie się dziać coś ciekawego - skinęła głową mijanej kobiecie, by po chwili powrócić spojrzeniem do swojego rozmówcy.
Carter uśmiechnął się i zdecydowanie kiwnął głową.
- Jak ją znam, to będzie trzeba być w każdym momencie przygotowanym na ucieczkę.

Jak się okazało, George Carter nie mylił się bardzo w swoich podejrzeniach. Rita, jego daleka kuzynka i córka sławnego na skalę światową archeologa, stała przy bufecie i sięgała właśnie po kieliszek szampana. Była to kobieta o smukłej sylwetce ukrytej pod długą, srebrną sukienką z obniżoną talią i odkrytymi plecami. Na ramiona niedbale miała zarzucony futrzany szal. Kiedy upiła pierwszy łyk szampana, odwróciła się tyłem do nakrytego białym obrusem stołu i wtedy dało się zauważyć w jej drugiej dłoni nieśmiało tlącego się papierosa.
Dopiero po chwili spostrzegła, pośród tłumu bogaczy, znajomą twarz przyjaciółki, której nie widziała dobrych parę lat. Machnęła do niej zapraszająco dłonią z papierosem, a na jej znużonej dotychczas twarzy zagościł uśmiech.
- Eleonor! Jak dobrze widzieć cię pośród cywilizacji - przywitała przyjaciółkę i dopiero wtedy zauważyła mężczyznę, który jej towarzyszył. Spojrzenie jej zielonych jak szmaragdy oczu omiotło go od stóp do głowy. - Interesujący dobór kolorów, kuzynie.
- Rita! - Jeśli to w ogóle było możliwe, Eleonor uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - Dobrze do tej cywilizacji wrócić. - Zaśmiała się perliście i choć miała ochotę podbiec do przyjaciółki, nie wypadało jej, dlatego też pozwoliła się poprowadzić w jej kierunku wciąż podtrzymując ramię sir Cartera.
- Witaj moja droga i dziękuję - powiedział George z uśmiechem i delikatnie ucałował Ritę w oba policzki. - Znalazłaś coś godnego twego wytrawnego podniebienia? I gdzie jest nasz przyjaciel Franz? Słyszałem, że jest z tobą.
Rita strzepała popiół z papierosa i upiła kolejny łyk szampana, tym samym kończąc zawartość kieliszka. Odstawiła więc szkło na stojący za nią bufet i wolną ręką poprawiła fryzurę. Miała ciemne, falowane włosy ledwie sięgające ramion.
- George, jak zawsze szarmancki - Rita skomentowała ni to złośliwie, ni to pochlebnie, ot, po prostu po swojemu. - Szampan jest niezły, chociaż rozglądam się za czymś mocniejszym. Co do Franza - tutaj się rozejrzała, jakby chciała go odnaleźć wśród wszystkich gości. - Jeszcze przed chwilą rozmawiał z jakimś jegomościem, którego imienia nie pamiętam.
Eleonor rozejrzała się, gdy Rita wspomniała o tym, że Franz powinien być gdzieś obok. Nie znajdując go jednak wśród obecnych w pomieszczeniu gentlemanów wzruszyła drobnymi ramionami. Wysunęła dłoń z ramienia Cartera i wyciągnęła ją w kierunku Rity
- Do twarzy ci tak, ale nie szkoda ci było? - Dotknęła jej włosów ze sceptycznym wyrazem twarzy.
Rita zaśmiała się melodyjnie.
- Coś ty! Szlag mnie już trafiał z tymi kudłami - powiedziała, zupełnie nie dbając o język, jakim się wypowiadała. Wzruszyła jedynie ramionami na karcące spojrzenie jakiejś damy, która przechodziła obok. - Nie dość, że modnie, to jeszcze wygodnie. Same plusy!
- Hmm... - mruknęła Eleonor, wyraźnie zastanawiając się nad słowami Rity. Ostatecznie jednak nie skomentowała nowej mody wśród pań i tylko upiła jasnego płynu ze smukłego kieliszka.
- Też zatrzymujesz się u Franza?
Rita skinęła głową w odpowiedzi i uśmiechnęła się delikatnie, a co za tym uśmiechem się kryło, mogła wiedzieć, prócz samej Rity, tylko Eleonor.
Gdy Panie dyskutowały, George oddalił się o kilka kroków i gestem wezwał kelnera, wypowiadając cicho swoje zamówienie. Kelner w odpowiedzi skinął głową i odszedł.
- Zakładam w takim razie, że jutrzejszą wystawę też zechcecie upiększyć przybyciem - powiedział George, wracając. - Nie wiecie nawet jak bardzo mnie to cieszy - dodał z uśmiechem.
Jakość obsługi okazała się niezwykła. Nim jeszcze kobiety zdążyły odpowiedzieć, do Cartera zbliżył się kelner dzierżąc srebrną tacę, na której spoczywały dwie szklanki z rżniętego szkła, w których połyskiwał ciemno bursztynowy płyn i malutka kandyzowana wiśnia. Na tacy znalazło się też miejsce na ułożoną w lodzie butelkę szampana, cztery dodatkowe kieliszki i talerzyk zakąsek. Carter odebrał tacę, postawił ją na stoliku, przy którym stali, i podniósł szklanki, jedną wręczając Ricie, a drugą samemu ważąc w dłoni.
- Old Fashion - powiedział, a następnie zaproponował damom zakąski, a Eleonor dodatkowo więcej szampana.

Rita dawno nie spędzała czasu w tak doborowym towarzystwie. Ostatnio jej głowę zajmowały sprawy mniej przyjemne - a mianowicie zbywanie wścibskich dziennikarzy, którzy non stop próbowali chociażby przeprowadzić z nią krótki wywiad. Wszystko to miało związek oczywiście z jej ojcem, Howardem Carterem - archeologiem, który niecałe dwa miesiące wcześniej dokonał odkrycia na skalę światową.
Rita była więc niezwykle wdzięczna Franzowi, że zaprosił ją na ten bal sylwestrowy. Choć obawiała się, że wszyscy mogą wypytywać o odkrycie jej ojca, to jednak ostatecznie obyło się bez takich przykrych incydentów, a wszyscy goście szybko znaleźli się w zabawowym nastroju.
Rita tym bardziej cieszyła się, że przybyła na to przyjęcie, bo spotkała tutaj swoją dobrą przyjaciółkę - Eleonor. Nie widziała jej ponad dwa lata, jeśli nie dłużej. Początek nowego roku rozpoczynał się dla młodej panny Carter w doborowym towarzystwie.
- To whisky?! - dziwiła się Rita, kiedy duszkiem opróżniła zawartość szklanki. - Nigdy bym nie powiedziała!
Jak na młodą kobietę, Rita Carter miała całkiem mocną głowę. Chociaż kiedy wypowiadała te słowa, była już całkiem wstawiona, a jej nastrój był bardziej, niż zabawowy.
Szczególnie było to widać, kiedy tanecznym krokiem popląsała w kierunku sceny, gdzie przygrywała wynajęta orkiestra. Bez żadnych ceregieli stanęła na podeście, wcześniej odstawiając szklankę do połowy wypełnioną ginem i sięgnęła po mikrofon.
- Ekhem… - zaczęła, stukając kilkukrotnie palcami w urządzenie. - Piękne panie, przystojni panowie! Dedykuję tę piosenkę moim bliskim przyjaciołom, a w szczególności pewnemu gentlemanowi - oznajmiła, po czym podeszła do mężczyzny za fortepianem i coś mu wyszeptała.
Potem zaczęła śpiewać. I choć faktycznie była pijana, to jej głos był czysty i przyjemny dla ucha. Kołysała lekko biodrami w rytm wygrywanej melodii, a jej srebrna suknia falowała, hipnotycznie odbijając blask żyrandoli.

[media]http://www.youtube.com/watch?v=R2Ag-2ifNqk[/media]

See the pyramids along the Nile
Watch the sunrise from a tropic isle
Just remember darling all the while
You belong to me...

See the market place in old Algiers
Send me photographs and souvenirs
Just remember when a dream appears
You belong to me...

And Ill be so alone without you
Maybe you'll be lonesome too and blue
Fly the ocean in a silver plane
See the jungle when it's wet with rain
Just remember till you're home again
You belong to me...

Ill be so alone without you
Maybe you'll be lonesome too and blue
Fly the ocean in a silver plane
See the jungle when it's wet with rain
Just remember till you're home again
You belong to me...


~ * ~

Rita obudziła się rankiem, pierwszego dnia 1923 roku, a w głowie wciąż jej huczało. Otworzyła oczy i od razu je zamknęła, choć to wcale nie zatrzymało okropnego uczucia, jakby wszystko wokół niej wirowało - nawet ciemność, którą widziała po zamknięciu powiek. Z cichym jękiem przekręciła się na drugi bok, bo leżała twarzą zwróconą ku niezasłoniętemu oknu, a jasny blask zimowego słońca nie przypadł jej do gustu.
Kołdra zaszeleściła, kiedy przykryła się nią pod szyję. Z każdą następną chwilą do jej głowy napływały niechciane i jeszcze do niedawna zapomniane przebłyski poprzedniej nocy. Jęknęła z niezadowoleniem i zakryła się cała pościelą, kiedy w głowie rozbrzmiała jej piosenka śpiewana jej własnym głosem.
Leżała tak jeszcze przez godzinę, może nawet trochę dłużej, starając się nie przypominać więcej przewinień sylwestrowej nocy. Drapiące uczucie w gardle i wyschnięty na wiór język dawały się jednak we znaki, więc powoli zmusiła się do wyjścia spod swojej pościelowej osłony, zabezpieczającej ją przed szarą rzeczywistością.
Od razu pożałowała swojej decyzji, kiedy stanęła na miękkim dywanie, zaraz przy łóżku. W głowie jej się okropnie zakręciło i aż usiadła, chwytając się za czoło.
Wtedy dopiero spostrzegła, że jedyną częścią garderoby, której pozbyła się przed legnięciem w łóżku, były buty.
- Przespałam noc w sukience, biżuterii i makijażu. Brawo, ty kretynko - wymruczała do siebie zachrypniętym głosem. Kątem oka spostrzegła zmiętolony przy poduszce futrzany szal. Nawet tego nie ściągnęła.
Wtedy jej wzrok uchwycił szafkę nocną i na niej srebrną tacę, na której stała szklanka i dzbanek pełen krystalicznie czystej wody. Jak drapieżnik swoją ofiarę, tak Rita chwyciła za naczynie i nalała sobie wody, po czym łapczywie wypiła zawartość szklanki. Opróżniła tak połowę zawartości dzbanka, nim zdecydowała się ponownie wstać.
Dopiero wówczas zorientowała się, że nie była to wcale jej sypialnia. Przynajmniej nie ta w posiadłości w Kensington, gdzie prywatnie mieszkała. Przypomniała sobie od razu, że przecież spędzała ten czas u Franza, do którego została zaproszona na czas balu i wystawy. Wtedy też usłyszała czyjeś kroki za drzwiami i szczęk naczyń. Pomyślała, że reszta domowników i służby już dawno zdecydowała się powrócić do żywych. Sama więc postanowiła nie pozostawać dłużną, więc przeszła do swojej walizki w celu przygotowania świeżej odzieży.
Rita nigdy nie lubiła się rozpakowywać. Uważała to za stratę czasu i mimo tego, że pokój, w którym spała, wyposażony był w komplet pięknych mebli i szaf, to nie zdecydowała się z niego skorzystać, jak sugerował Franz. Nie lubiła bowiem później się ponownie pakować.
Po nieco za długim prysznicu wysuszyła włosy i spięła je niedbale tak, że jej twarz po obu stronach okalały grube, czarne kosmyki niesfornych loków. Przypudrowała twarz, choć należała do grona tych szczęśliwych kobiet, których cera nie wymagała poprawek i mocno umalowała oczy. Nie przepadała za różem, ale tym razem zdecydowała się lekko zaróżowić policzki. Na koniec podkreśliła kształt swoich ust bordową szminką. Ubrała na siebie granatową sukienkę do kolan z długim rękawem i obniżonym stanem, przepasaną materiałowym pasem w tym samym kolorze. Pod luźnym kołnierzykiem przewiązała się czarną apaszką, a na stopy nałożyła czarne, wiązane lakierki z obcasem.

Podczas śniadania spędzonego w uroczym towarzystwie Franza i Eleonor, Rita w końcu doszła do siebie. Nie zamierzała jednak przepraszać za swoje zachowanie poprzedniej nocy. Uważała bowiem, że pomimo upokarzających wspomnień, świetnie się bawiła i nie narobiła nikomu wstydu - być może za wyjątkiem samej sobie, choć do tego też nie była do końca przekonana i nie bardzo dbała o opinię całej tej burżuazji. Zawsze bowiem była lekko kontrowersyjną kobietą, bardzo pewną siebie, trochę wyzywającą, ale inteligentną i na swój szalony sposób pociągającą.
Kiedy więc odzyskała swój, utracony na krótką chwilę okropnego poranka, animusz, zaczęła żywo dyskutować ze swoimi przyjaciółmi. Opowiadała to, o czym nie miała okazji na balu sylwestrowym, słuchała też z zainteresowaniem tego, co mieli do powiedzenia zarówno Eleonor, jak i Franz.
Leniwie, lecz bardzo przyjemnie, minął więc Ricie czas do późnego popołudnia, kiedy to przyjechała po nich limuzyna zamówiona przez ich gospodarza.

Rita zagadała się razem z Franzem podczas drogi na wystawę. Opowiadała dużo o swoim ojcu oraz jego niedawnym odkryciu i tym, jak media zaczęły się nią interesować - chcąc dzięki niej dotrzeć do jej ojca. Mówiła też o tym, że z chęcią wybrałaby się w jakąś daleką podróż, byleby z dala od Londynu i całej tej przytłaczającej rzeczywistości. Napomknęła wtedy, jak dobrze bawiła się podczas wspólnych wakacji w Alpach, chociaż celowo nie wspomniała ani słowem o pewnych wydarzeniach, które zbliżyły tę dwójkę do siebie. Zasugerowała natomiast kolejną wspólną wycieczkę, być może do dalekiej Azji lub w inne egzotyczne miejsca. Rozmarzyła się nawet o odkrywaniu dawno zapomnianych tajemnic, miejscach z legend i innych wspaniałych przygodach, które mogliby przeżyć. Tak minęła Ricie podróż limuzyną.

Na samej wystawie wydawała się bardzo zainteresowana wszystkimi eksponatami i opowieściami Maudslaya. Jako jedyna, lub jedna z niewielu, kobieta w towarzystwie nie wydawała się przejęta okropnościami, jakie opowiadał o rytualnych obrzędach Majów i z wielką ciekawością chłonęła każde jego słowo. Dopiero szept Franza przy jej uchu sprowadził ją do rzeczywistości. Parsknęła śmiechem na słowa mężczyzny, a potem przepraszająco machnęła ręką, kiedy kilka osób zwróciło na nią uwagę i szybko spróbowała skupić się ponownie na eksponatach. Nie omieszkała jednak sprzedać Franzowi przyjacielskiego kuksańca.

- Wujek Julius! To znaczy, ekhem, profesorze Smith - przywitała się z wąsatym mężczyzną, którego dobrze pamiętała z dzieciństwa.
Julius Smith niewiele zmienił się od tamtego czasu, poza przybraniem na wadze i mnóstwem nowych zmarszczek zdobiących jego pyzatą buzię. Wciąż nosił zawiniętego wąsa i miał to przenikliwe spojrzenie. Rita od razu przypomniała sobie wszystkie wieczory spędzone w salonie, przy kominku, razem z ojcem i profesorem Smithem, którego wówczas nazywała wujkiem Juliusem. Siadała zawsze po turecku tuż naprzeciwko Smitha, na podłodze, i wpatrywała się w niego z błyskiem w jej dużych, szmaragdowych oczach, wsłuchując się w niesamowite opowieści o przygodach, jakie przeżył wraz z jej ojcem.
- Ojciec, ze względu na swoje niedawne odkrycie, utknął na dłużej w Egipcie, dlatego poprosił, bym zjawiła się w jego imieniu - wyjaśniła swoją obecność, choć sir Julius Smith nie wydawał się wcale zaskoczony jej widokiem.
Prócz Franza, Eleonor, kuzyna George’a, wśród ludzi zebranych wokół posągu znajdowały się bardziej lub mniej znajome Ricie twarze. Kobietę pamiętała z balu sylwestrowego, na imię miała Pauline, lecz nazwiska Rita nie potrafiła sobie przypomnieć - ani tym bardziej kim ta kobieta była. Pamiętała za to, że to Eleonor przedstawiała je sobie, więc zanotowała w myślach, by wypytać później przyjaciółkę. Starszy mężczyzna, być może w wieku samego wujka Juliusa, to hrabia Zamoyski - Polak, którego nazwisko Rita kojarzyła z dawnych listów swojego ojca. Miał on bodajże całkiem sporą bibliotekę, z której często korzystała jej zmarła matka.

W lokalu, w którym zjedli wszyscy kolację wraz z profesorem Smithem, Rita wspominała z nostalgicznym błyskiem w oku swoje dzieciństwo, wsłuchując się w kolejne opowieści Juliusa.
Z entuzjazmem przyjęła zaproszenie na jego wykład, ale z jeszcze większym entuzjazmem podjęła temat wspólnego kuligu, który zaproponował Franz.
- To brzmi jak świetna zabawa! - prawie krzyknęła radosnym tonem. - Eleonor, nie daj się prosić! Chyba nie chcesz spędzić dnia zamknięta w czterech ścianach, to czysty obłęd.
Sama wystarczająco długo nasiedziała się ostatnimi czasy nad grubymi tomiszczami. Do tego z radością przyjęłaby każdą propozycję, która oddaliłaby jej myśli od listów znalezionych niedawno na strychu posiadłości w Kensington. Korespondencji wymienianej między jej dawno zmarłą matką a ojcem, która dotyczyła dziwnej choroby, na którą zachorowała i która przyczyniła się do jej przedwczesnego zgonu.
- Słuchajcie, trochę ponuro tutaj, umie ktoś grać na pianinie? - zapytała, kiedy rozmowy zeszły na inne, luźniejsze tematy, i wskazała na stojący w kącie instrument.
Sama podeszła do niewielkiej sceny tuż obok pianina i chwyciła za mikrofon.
- Pozwolę sobie trochę urozmaicić wszystkim czas w tym pięknym lokalu skromnym bisem z wczorajszego występu. Tym razem na trzeźwo - powiedziała i zaśmiała się krótko na wzmiankę o sylwestrowym show.
Rita bowiem i bez pomocy alkoholu lubiła śpiewać, choć nigdy nie myślała, by rozpocząć karierę artystki. Nigdy za to nie zamierzała nikomu pokazać, że żałowała swoich decyzji i że wszystko, co robiła, zawsze było przemyślane i miało swój cel.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=FvhyyiyF1jk[/MEDIA]

 
Pan Elf jest offline  
Stary 22-01-2017, 23:17   #6
 
czajos's Avatar
 
Reputacja: 600 czajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemu

Noc sylwestrowa

Bale, gra orkiestry, szum ludzkich rozmów, piękne suknie i piękne kobiety to właśnie czyniło życie godnym zainteresowania. Carter właśnie wkroczył do sali, złożywszy Księciu i jego małżonce głęboki ukłon, a następnie przyjacielski uścisk dłoni. Podziękował za zaproszenie i zanurzył się w tłumie bawiących się już ludzi. Chwała Stwórcy jego pojawienie się nie wywołało takiego poruszenia jak zwykle, na tego typu przyjęciach, by otrzymać Książęce zaproszenie, trzeba okazać się zaprawdy wysoko postawioną, bądź znaną, personą, więc nie musiał martwić się pytaniami o datki czy granty naukowe. Co prawda kilka starszych dam obruszyło się jego widokiem ale przypuszczał, że była to raczej kwestia jego nietypowego stroju. W morzu czerni, szarości i brązów śnieżnobiałym garnitur Geogra wybijał się z tła, a efektu dopełniał intensywnie niebieski krawat, dopasowane do niego kolorystycznie buty i srebrna kamizelka. Całość była wykonana z najlepszych materiałów znanych ludności Imperium co widać było na pierwszy rzut oka i idealnie dopasowana. Dłoń Cartera znaczył też sygnet rodowy,a w kieszeni spoczywał piękny srebrny kieszonkowy zegarek.

W willi Cartera

George wstał jak zwykle wcześnie, słońce ledwie znaczyło linie horyzonty szkarłatem. Sylwester nie zostawił po nim takich śladów jak nareszcie towarzyszy z którymi balował. Ból głowy co prawdę delikatnie ćmił w skroniach ale była to w najgorszym razie lekka niedogodność. O godzinie dziesiątej George był już przy śniadaniu w jednej dłoni trzymając kubek czarnej kawy, a w drugiej dzisiejsze wydanie gazety. A jako, że fotel był niezwykle wygodny, a pomieszczenie w którym przybywał było rozgrzane płonącym w gigantycznym kominku ogniem jego myśli zaczęły wędrować. Rozmyślał na temat wczorajszej, a właściwie już dzisiejszej, nocy spotkanych na niej ludzi i przyjaciół. Wspominał rozmowy z Zamoyskim, dzikie pląsy na które wyciągała go Rita, uzewnętrznianie się pijanego Franz, miła Pannę Macmoor i zachwycającą Eleonore. Właśnie na tej ostatniej zatrzymały się myśli młodego Cartera i szczerze nie były one w tym tonie których można by się spodziewać. Carter miał potworne nie dające się zbyć argumentami wrażenie, że piękna Lady Eleonor Fitzalan-Howard nie traktuje go poważnie, gorzej myślał, że szanowna Panna nim pogrywa, a tego nienawidził najbardziej w świecie. Przypominał sobie lata swojego dorastani, jego rodzicię zmarli gdy był jeszcze młody więc gigantyczna fortuna rodu wpadła w jego ręce już w jego szesnaste urodziny. Od tego czasu na każdym kroku ktoś chciał go wykorzystać, zmanipulować czy wyciągnąć od niego pieniądze, najadł się po uszy nie szczerej uprzejmości, fałszywych zalotów czy innych prób grania na jego uczuciach. Lady Eleonoro wiele więc straciła w jego oczach przez ten jeden krótki wieczór. Zaskakująco wiele zyskała natomiast jego kuzynka, jej nie skrywana niczym otwartość bezpośredniość i żywiołowość bardzo pasowała Carterowi i żałował on, że nigdy nie udało mu się jeszcze spotkać takiej kobiety która to nie była by z nim spokrewniona. Rozmyślania przerwała mu ciche pukanie, a następnie do pomieszczenia wślizgnął się jeden z jego lokali.

- Panie Carter sanie są już przygotowane, jeżeli jest Pan gotów możemy wyjeżdżać - powiedział do młodego miliardera i skłonił się lekko.
- Jestem gotowy Zabydeuszu - powiedział Carter i podniósł się niechętnie z fotela - Przypomnij mi co jest dziś na liście -
- Dwunasta, przyjęcie noworoczne i przemowa przed pracownikami. Czternasta spotkanie z ławą zarządu. Piętnasta Lunch z Panem Kingston. Szesnasta ……..


Wystawa

Na wystawie Carter pojawił się, jak zwykle, z opóźnieniem tym razem ciesząc się, że nie musi oczekiwać w tłumie przed galerią na jej otwarcie. Pomijając już fakt, że było potwornie zimno nie wiedział jak zmierzyć się z Eleonorą i resztą znajomych. Chwile które spędził jednak przed wejściem w zacinającym wietrze skłoniła jego mózg do myślenia, i postanowił on podejść do sprawy z Lady Fitzalan-Howard na spokojnie wszak przecież nie był on nieomylny, a pierwsze wrażenie nie przedstawia całej prawdy o osobie.

Całości wystawy przyglądał się z ciekawością, do niedawna tego typu tematyka wcale go nie interesowała, jego życie krążyło wokół jego pracy i całość zmienił dopiero Profesor Smith który to przedstawił mu cudowny świat orientu. To właśnie z Profesorem spędził większość czasu na wystawie dyskutując z nim o przedstawianych przez oprowadzających ich po galerii ludziach faktach i teoriach, z radością przyjął też zaproszenie na późniejsze wyjście do Museum Tavern.



Kolacja

- Jak już wcześniej mówiłem dziadku z pewnością się na nim pojawię, nie widzę możliwości bym mógł ominąć oratorskie przedstawienie które szykujesz przez tyle tygodni. - odpowiedział Carter na pytanie Profesora o obecność na wykładzie, już wcześniej wszyscy zauważyli, że Carter tytułuje Profesora per “dziadku” i chociaż na początku wszystkich z pewnością to dziwiło, udało im się jakoś przejść z tym do porządku dziennego. Carter widocznie bardzo dobrze zaprzyjaźnił się ze starym uczonym, a ten zdawał się odnajdywać w tym wiele radości.
- A co do kuligu też uważam, że to świetny pomysł. - powiedział słysząc rozpoczynającą się w temacie dyskusje - By nie narażać jednak naszych Pań na zbyt długie przebywanie na mrozie proponuje zorganizować go na tyłach mojej posesji. - powiedział rozsiadając się wygodnie w fotelu - Jak z resztą wiesz Franz, lasy za nią są naprawdę urokliwe, a i myślę, że ogrody nawet i zimową porą byłyby w stanie zapewnić nam dość atrakcji. - w głosie Cartera nie dało się wyczuć żadnej pychy, przedstawiał on wszak tylko fakty, jego posiadłość skryta była w Richmond Park i otaczały ją piękne lasy jednego z największych ogrodzonych parków miejskiego europy, a jako, że Carter rokrocznie umieszczał w jego kasie pokaźną darowiznę to w jego wnętrzu pozwalano mu na naprawdę wiele.
 
__________________
Nowa sesja dark sci-fi w planach zapraszam do sondy

Ostatnio edytowane przez czajos : 24-01-2017 o 11:25.
czajos jest offline  
Stary 22-01-2017, 23:55   #7
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
Reputacja: 2410 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację

Grube płatki śniegu spadały z nieba od samego rana. Rtęć w termometrze od kilku dobrych dni znajdowała się na jednym poziomie. Zaklęte minus osiemnaście stopni. Na szczęście wiał bardzo słaby wiatr i mróz, nie był aż tak dokuczliwy.
Dwa miejskie lodowiska cieszyły się dużą popularnością. Przyjaciele profesora Smitha w drodze na jego wykład widzieli jedno z nich. Tłum starych i młodych, kobiet, mężczyzn i dzieci sunął po lodzie, w rytmie melodyjnego foxtrota.
[MEDIA][/MEDIA]
Dochodzące do przyjaciół dźwięki muzyki sprawiały, że sami chcieli włożyć łyżwy i zapomnieć się w tańcu. Niestety nie mieli na to czasu. Godzina rozpoczęcia wykładu zbliżała się nieubłaganie.

[MEDIA][/MEDIA]
Pod siedzibę Imperial Institute podjeżdżały kolejne limuzyny. Ubrany w liberię lokaj wprowadzał gości na salę i wyznaczał miejsce przy stoliku. Cała szóstka przyjaciół profesora Smitha został posadzona przy stoliku numer trzy, tuż przy scenie. Gdy tylko wszyscy zajęli miejsca lokaj, podał każdemu z nich oprawione w czarną skórę menu.
- Co państwu podać na przystawkę? - zapytał najstarszego w towarzystwie hrabiego Zamoyskiego - Polecam borowiki nadziewane parmezanem i pastą z suszonych pomidorów lub lekką sałatkę z buraków z curry, awokado i serem feta.
Każdy wybrał przystawkę dla siebie, a hrabia zdecydował o aperitifie. Wybór padł na koktajl perroquet, czyli mieszankę francuskiego Pastis z syropem miętowym.

Przez zgiełk rozmów, przybił się donośny, dźwięczny odgłos stuknięcia srebrną łyżeczką w kryształowy kieliszek. Mistrz ceremonii, sir Rainer wstał i zwrócił na siebie uwagę zebranych.
- Witam państwa na kolejnym wieczorze prelekcji w Imperial Institute. Na poprzednich spotkaniach mieliśmy przyjemność gościć takie znamienitości świata nauki, jak choć pan Marconi, noblistkę panią Curie, czy ostatnio pan Nicola Tesla. Naszym dzisiejszym gościem będzie światowej sławy historyk, archeolog, uznany lingwista i tłumacz, wykładowca na wielu europejskich uniwersytetach, między innymi na Sorbonie, Padwie i Wiedniu. Jego analityczny umysł, precyzja i wrodzony sceptycyzm sprawiły, że stał się pogromcą wszelkiej maści szarlatanów, spirytystów, wróżbitów i samozwańczych proroków. Proszę przywitajmy gorącymi oklaskami naszego dzisiejszego prelegenta profesora Julesa Smitha.
Profesor Smith wstał od swojego stolika i wszedł na scenę. Uścisnął dłoń sir Rainera i z grubym plikiem notatek podszedł do pulpitu.
- Witam wszystkich. Dziękuję za tak serdeczne przyjęcie. Miło mi być gościem w tak znamienitej instytucji, która co roku organizuje prelekcje tak wybitnych naukowców. Mam opinię zabawnego żartownisia, który ze smakiem i chirurgiczną precyzją obnaża hipokryzję wszelkiej maści szarlatanów, spirytystycznych medium i samozwańczych proroków.

Po sali rozszedł się gromki śmiech i brawa.

- CI z państwa, którzy mnie znają, zapewne pamiętają moją mowę w Muzeum Historii Naturalnej, gdy w czasie wykładów, o zgrozo, jednego spirytysty. Posługując się żelazną logiką, precyzyjną obserwacją i dedukcją udowodniłem, że wszystkie prezentowane przez niego dowody są sfabrykowane i pozbawione wartości naukowej. Okazuje się jednak, że istnieją w świecie zjawiska, które zarówno ciężko zrozumieć, jaki i udowodnić jakąkolwiek ludzka manipulację w tej kwestii.

Głos profesora stał się niesłychanie zimny, oschły i pozbawiony emocji. Zniknęła, gdzieś typowa dla niego jowialność i humorystyczny ton. Teraz Smith przemawiał z emfazą naukowego neofity.

- Zjawiska te okazują się trudne do wyjaśnienia i opisania. Próba rozumienia ich i dotarcia do źródeł jest niezwykle trudna do naświetlenia. Odnoszę się tutaj do zjawiska określanego mianem “poltergeista” Tak zwanego metafizycznego podróżnika. Bytu, który w ciągu jednej chwili może być widziany w dwóch różnych miejscach oddalonych od siebie, nieraz o tysiące mil. Powiązany z nim, choć nie zawsze jednaki jest fenomen “nawiedzeń” To właśnie na nich chciałbym skupić się w dzisiejszej prelekcji. Z premedytacją używam słowa “nawiedzenie”, bo moim zdaniem są one czymś zupełnie innym niż popularne wśród wielu duchy. Natura tego zjawiska jest o wiele bardziej złożona. Nawiedzone mogą być całe domy, poszczególne pomieszczenia, miejskie latarnie, kobiety, mężczyźni, a nawet zwierzęta. Na całym świecie znana jest niezliczona ilość przypadków, opowieści, które można zaliczyć do tego miana. Zamiast trywialnego i budzącego złe skojarzenia słowa “nawiedzenia” proponuję użyć bardziej naukowego terminu “epifenomeny” Epifenomeny, gdyż ich obecność w żaden sposób nie jest związana z obecnością obserwatora lub jego ingerencją w to zjawisko. Istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że epifenomeny występują nawet gdy żaden obserwator nie jest obecny. Zasadnicza cecha epifenomenu jest niezwykle prosta. Osoba, istota fizyczna lub rzecz musi istnieć, następnie zniknąć w pewnym szerszym metafizycznym sensie, aby ponownie pojawić się raz lub wiele razy w jednym lub wielu miejscach.

Profesor gestem dłoni dał znać swemu lokajowi, że chce rozpocząć pokaz slajdów. Światła na sali przygasły, a jasny snop światła z rzutnika rozświetlił biały ekran za profesorem.

- Teraz przedstawię państwu trzy fenomeny zbadane przeze mnie. Zostały one dokładnie sfotografowane jednocześnie z trzech różnych pozycji, co umożliwia nie tylko dokładne przyjrzenie się im, ale także skalowanie tego objawienia. Bez większego trudu można wykazać cechy wspólne dla wszystkich trzech objawień.
Każde z tych objawień nie składa się z punktów ektoplazmy, jak to nieraz jest opisywane. Obiekt wyłania się z niebytu, niczym lecący z daleka ku nam samolot. Zasłona pomiędzy światami zdzierana jest bardzo powoli. Każdy z tych obiektów cechuje się znaczną półprzeźroczystością. Dzięki czemu możemy bez trudu oglądać nadal to, co dzieje się za obiektem objawień.
Proszę spojrzeć na to zdjęcie. Choć żaglowiec się pojawił, to nadal możemy dostrzec ruchy fal, jak i drugi brzeg.

[MEDIA][/MEDIA]

- Proszę zwrócić uwagę, że każdy z obiektów objawień wykazuje się emanacją wewnętrznego światła. Obiekty zachowują się tak, jakby absorbowały blask obiektów znajdujących się w pobliżu, a następnie skumulowane emitowały je jako własne światło. znaczną. Wszystkie obiekty zdają się też poruszać wolniej niż obiekty znajdujące się wokół nich. Proszę spojrzeć na doskonale uchwycony koński ogon w ruchu na tej kliszy.

[MEDIA][/MEDIA]

- Obiekty objawień zdają się być całkowicie niedotykalne. Nader często się zdarza, że niewprawny obserwator, po prostu wejdzie w obiekt manifestacji nawet go nie zauważając.
Dowodem na to jest oto to zdjęcie Brązowej Damy z Raynham Hall w Norfolk.

[MEDIA][/MEDIA]

- Wiele osób przechodziło przez ten byt nie zdając sobie sprawy z jego obecności.
W ostatnich latach nauka zaczyna dostrzegać fenomeny, które do tej pory wymykały się jej kleszczom. Opisywane przeze mnie zjawiska są nadal przez wielu postrzegane, jako fantastyczne opowieści dla prostego ludu. Jeżeli jednak przyjrzymy się im bliżej, zaczynamy dostrzegać coś więcej. Zjawiska te są na tyle powszechne, że nie możemy ich zlekceważyć i uznać za bzdurne wymysły. Tym bardziej, że jak pokazałem wystarczy odrobina cierpliwości, zaufany przyjaciel jako pomocnik i możemy uchwycić na kliszy fotograficznej te fenomeny. Być może mamy do czynienia z jakimś niewyjaśnionym i nieznanym zjawiskiem, którego prawdziwa naturę da się poznać dopiero na poziomie atomów. Mi osobiście wydaje się, że te fenomeny wskazują nam dobitnie, że istnieją inne wymiary i podróżne między nimi są możliwe. Te nawiedzenia mogą być wskazówką do poznania natury wszechświata i być może pokażą nam, że to co do tej pory uznawaliśmy, że pewne i materialne w pewnych warunkach wcale taki nie jest. Być może przyszli studenci parapsychologii będą przemieszczać się w górę i w dół warstw wszechświata, aby badać jego naturę i poznawać źródła tych niezwykłych fenomenów. Na razie to wszystko wydaje się być poza granicami naszego postrzegania, ale kto kilkadziesiąt lat temu mógł przypuszczać, że będziemy potrafili porozumiewać się bez trudu mimo dzielących nas tysięcy mil. Z ciekawością czekam, co przyniesie przyszłość i kolejne badania w tej materii.

Światła na sali ponownie zostały włączone. Profesor Smith ukłonił się zebranych, a gromkie brawa poniosły się dudniącym echem.


Wykład profesora Smitha dla większości zaproszonych gości był nie lada zaskoczeniem. Skuteczny do tej pory demaskator oszustów i hochsztaplerów wszelkiej maści, sam przekonywał, że nadnaturalnych fenomenów nie należy lekceważyć, a podejść do nich z naukową dokładnością i precyzją.
Słowa Smitha zaskoczyły także całą szóstkę jego przyjaciół. Po gratulacjach z wielką ciekawością i zainteresowaniem dopytywali się o szczegóły badań i całej ich metodologii.
- Myśleliście, że stary Smith was już niczym nie zaskoczy, co? - zażartował profesor - Od dłuższego czasu badam te fenomeny i dochodzą do coraz większej pewności, że mamy do czynienia z czymś naprawdę niezwykłym. Od nas tylko zależy, czy będziemy mieli odwagę iść tą ścieżką, czy zatrzaśniemy do niej drzwi, twierdząc, że to zabobon i bajki dla małych dzieci. To, że coś jest niezbadane, niezwykłe i tajemnicze, nie znaczy, że mamy to od razu skreślać i odrzucać.

Gdy profesor Smith opowiadał o swoich badaniach, Franz von Maren zauważył, że ich grupie przygląda się śniady mężczyzna około trzydziestki. Gęsty, czarny wąs zdobił jego twarz, a oczy mieniły się dziwny, blaskiem.
Gdy tylko Franz go spostrzegł mężczyzna bardzo się speszył. Wykonał przepraszający gest dłonią i zniknął w tłumie gości.

Wieczór skończył się kolejną, niezwykle przyjemną kolacją w towarzystwie profesora. Tym razem wybór pada na ulubioną restaurację Smitha “Hoxley and Porter” która znajdowała się w pobliżu siedziby Oriental Clubu.


6 stycznia 1923 r. sobota, godzina 8:50
- Sir przyniosłem gazety, tak jak pan prosił. - lokaj, jak zawsze niemal niezauważenie pojawił się w pokoju.
- Dziękuję, Ben - odparł Franz stojąc przy oknie i patrząc na zaśnieżony park - Połóż na stoliku i możesz odejść.
- Wydaje mi się sir, że powinien pan to jak najszybciej zobaczyć.
Franz odstawił filiżankę i podszedł do swego lokaja.
- O tutaj sir - Ben, palcem wskazał pewien artykuł w “London Herald” Na pierwszej stronie,
wytłuszczony tytuł, aż krzyczał.

Ledwo Franz zdążył przeczytać szokujący artykuł, rozległ się dzwonek do drzwi. Ben nie czekając na polecenie ruszył sprawdzić, kto puka o tak wczesnej porze.
Lokaj wrócił zaledwie po kilku chwilach. Wszedł do pokoju i rzekł:
- Sir, wiadomość dla pana - i wręczył Franzowi białą kopertę na której przybito pieczęć, która nie była mu obca.

[MEDIA][/MEDIA]

To był odcisk rodowego sygnetu, jaki profesor Smith nosił na palcu. Z nerwowo bijącym sercem i lekko drżącymi dłońmi, Franz zerwał pieczęć i otworzył list. Wewnątrz znajdowała
karta wizytowa.

To wszystko wyglądało bardzo dziwnie, tajemniczo i bardzo niebezpiecznie.
 
__________________
Konto usunięte na prośbę użytkownika.

Ostatnio edytowane przez brody : 23-01-2017 o 00:16.
brody jest offline  
Stary 23-01-2017, 07:01   #8
 
czajos's Avatar
 
Reputacja: 600 czajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemu

Carter jako pierwszy dowiedział się o tragedi wczorajszego wieczoru, jako ranny ptak gazetę z wielce niepokojącymi wieściami miał już w dłoniach gdy reszta jeszcze spała w nieświadomości.
George błyskawicznie ubrał się i kazał podstawić samochód jednocześnie przekazując swej sekretarce by odwołała wszystkie spotkania zaplanowane na dzisiejszy dzień. O godzinie 8.30 był już na miejscu tragedi i smutnym wzrokiem przyglądał się zgliszczom które pozostały po domu dobrego przyjaciela. Telefonu do Imperial Hotel, gdzie Profesor przebywał na czas remontu nic nie dały, Carter co prawda także miał w planie się tam pojawić ale nie teraz.


Akcja gaśnicza jeszcze trwała, dwa zastępy straży ogniowej pompowały nieustannie strugi wody na zgliszcza, niszcząc tak wszystko co miało szansę pozostać z wspaniałej biblioteki Profesora, nie było to teraz największym problemem Cartera i szczerze, ta myśl ledwie przemknęła przez jego umysł. Dowodzącego akcją George znalazł przy jednym z wozów ten niestety także nie mógł mu zbyt wiele pomóc, choć tyle, że bez większych problemów opisał Inżynierowi przypuszczalny czas gdy ogień pojawił się w budynku i upewnił go, że od czasu pojawienia się gazety w druku nic się nie zmieniło w kwestii odnalezionych ciał co Carter przyjął z nieskrywaną ulgą. Już miał odjeżdżać z miejsca pożaru w kierunku najbliższego posterunku gdy dostrzegł nadjeżdżający jeden z kilku samochodów który udostępniał służbie. Z wnętrza czarnego forda wyszedł jeden z kamerdynerów i szybkim krokiem zbliżył się do auta Cartera.
- Sir Carter, otrzymaliśmy przed chwilą telefon od Pana von Meran w którym prosi on o spotkanie, nalegał bym to Panu Sir natychmiast przekazał bo jest to bardzo ważna sprawa. - powiedział szybko z niemal grobową powagą.
- Dziękuje Paul, dobrze zrobiłeś, że wyjechałeś do mnie z tą wieścią - pochwalił chłopaka Carter i nakazał kierowcy zawieźć się do domu Franza.

Stojąc przed odrzwiami posiadłości dziennikarza zastanawiał się cóż to takiego miał mu do powiedzenia Meran, że nie mógł przekazać tych wieści przez służbę, miał się on jednak zaraz dowiedzieć. Podszedł on więc do drzwi i mocno zastukał kołatką. Służba wpuściła go niezwłocznie i widać było, że została już co do tego poinformowana. Carter zdjął płaszcz i kapelusz ukazując grafitowy garnitur wykonany z nie mniejszą dbałością o detal niż ten który nosił na noc sylwestrową, jak zresztą cała zawartość jego garderoby. Następnie ledwo otarłszy z śniegowego błocka bytu na dywanie przedsionka wkroczył na salony z nadzieję, że zgodnie ze słowami służby zastanie tam Ritę, Franza i piękną Eleonor.

Wspomnienie tej ostatniej przypominało też o radośniejszych chwilach, a zwłaszcza o zabawie z przed kilku dni.
Carter umówił się z grupą przyjaciół na godzinę 17.00, celowo wybierając taką godzinę by w ciemnościach udekorować trasę kuligu światłem. Poprosił on wszystkich by pozostawili swoje samochody na parkingu który znajdował się ładne 500m od willi Cartera, gdyż właśnie tam zaplanował on początek wszystkich atrakcji. Nie chciał on także by Mili Goście musieli narażać się na nieprzyjemności dojazdu do samej willi, droga co prawdę była szeroka i wybrukowana świetną jakościowo kostką lecz aktualnie była pokrytą grubą warstwą świeżego puchu która dla samochodu była przeszkodą wręcz nie do pokonania. Sam z resztą pozwolił sobie skorzystać z sań by tu dojechać . Sanie same w sobie były zupełnie nowe, Carter nigdy nie miał potrzeby posiadać więcej niż jednych, a tu nagle pojawiła się potrzeba posiadania kolejnych. Brakujące więc Carter po prostu kupił.

Goście zaczęli powoli przybywać więc odziany w gruby płaszcz i skórzane rękawiczki George wyszedł im na spotkanie. Głęboko skłonił się Paniom całując delikatnie wierzch ich dłoni , a potem wymienił z Frezem silny uścisk dłoni nie zapomniawszy wpierw każdego z osobna obdarzyć ciepłym uśmiechem. Chłód zdawał się nie robić na nim wrażenia, płaszcz był rozpięty, nie nosił on czapki, a rękawiczki były zdecydowanie zbyt cienkie.
- Z moich tajnych źródeł uzyskałem wieści o dwóch rodzajach kuligu - powiedział po przywitaniu przybyłych - Wam więc moi goście pozostawiam wybór. Albo jedziemy dwójkami w saniach albo wszyscy razem na sankach za jednymi - tu wskazał na leżące na pace wozów również nowe sanki.
Rita poprawiła szal z białego futra kuny, którym się szczelnie opatuliła. Miała na sobie czarny płaszcz sięgający kolan, zgrabnie dopasowany do jej figury, a łydki skryte pod pończochami. Nałożyła na dłoń wcześniej ściągniętą białą rękawiczkę i postanowiła jako pierwsza zabrać głos.
- Ciekawa jestem tych twoich tajnych źródeł, kuzynie - zaczęła, obrzucając George’a zaciekawionym spojrzeniem. Poprawiła jeszcze ciepły kapelusz kolorystycznie dobrany do reszty stroju. - Proponuję jechać dwójkami. Jeśli nam się znudzi towarzystwo naszego partnera, to zawsze możemy później wypróbować drugą opcję.
Carter nie skomentował wyboru Rity oczekując na wypowiedź reszty ale przed odpowiedzią na wcześniejsze pytanie nie mógł się powstrzymać.
- Wybacz Moja droga ale prawdziwy magik nigdy nie ujawnia swych sztuczek - i posłał jej mrugnięcie.
Eleonor rozglądała się zaciekawiona po okolicy, dopiero gdy George powiedział, że chciałby poznać zdanie reszty towarzystwa zwróciła się w ich kierunku z uprzejmy uśmiechem na ustach.
- Mi to jest zupełnie obojętne - Szczelniej otuliła się granatowym płaszczem, z ozdobnym szerokim kołnierzem z czarnego futra. Nie miała kapelusza, nigdy ich nie lubiła, dlatego mimo przejmującego zimna miała zupełnie odsłoniętą głowę.
- Jeśli Rita woli parami, to myślę, że nie ma powodu by się temu sprzeciwiać. - dodała po chwili namysłu.
- W takim razie zdecydowane - odparł Carter słysząc odpowiedź Pauliny.
- Panie wybrały, a nam raczej nie wypada dyskutować - powiedział do Franza - Zapraszam w takim razie - i wskazał wszystkim sanie.

Towarzystwo sprawnie podzieliło się na dwójki, Rita złapawszy za ramię Franza szybko zaciągnęła go do pierwszych sań, a George wcześniej pytając czy szanowna Pani udzieli mu tego zaszczytu i usiądzie razem z nim zasiadł w drugich saniach razem z Eleonorą.


George zaprowadził Eleonorę do sań, po drodze pozwoliwszy sobie złożyć na jej ręce zapewnienie, że wygląda dziś oszałamiająco, i wspierając ją dłonią pomógł jej wejść. Następnie upewniwszy się, że ta siedzi już wygodnie sam obszedł sanie i usiadł obok niej na ławie i przykrył jej nogi grubym aksamitnie gładkim futrem sarny.
- Mam nadzieję, że uda mi się nie zanudzić cię rozmową Lady. - powiedział żartując - Ani czekającymi nas po drodze atrakcjami. Pozwolę sobie też przedstawić pierwszą z nich - mówił dalej szeroko uśmiechnięty - Kto pierwszy przy rezydencji dla tego butla koniaku! - wykrzyczał tak by wszyscy go usłyszeli.
- Szybko Edgar, musimy wygrać! - opędził woźnicę, konie zarżały, a sanie ruszyły z kopyta zostawiając za sobą smug€ęskrzącego się śnieżnego pyłu.
Eleonor zaśmiała się perliście i wydawało się, że mimo obiekcji, jakie wyraziła podczas kolacji, ta zabawa, zaczynała się jej podobać. Dłonie ułożyła na futrze, a rękawiczki z miękkiej skóry chroniły jej skórę przed kąsającym zimnem.
- A nie powinieneś dać wygrać gościom sir Catrerze? - zwróciła się do niego konspiracyjnym szeptem z rozbawioną miną.
- Oczywiście. - odparł niby to poważnie George ale przecież i ty nim jesteś Pani nie prawda ? A co by był ze mnie za mężczyzna gdybym nie próbował wręczyć ci lauru zwycięstwa -
- W postaci koniaku? - Eleonor zaśmiała się głośno po czym dodała z udawaną powaga - Wolałabym kwiaty-na chwilę odwróciła wzrok od swojego partnera i rozejrzała się wokół podziwiając, to co przygotował dla nich gospodarz. Była zachwycona. Eleonor lubiła takie drobne gesty i przykładanie wagi do szczegółów
- Jeśli pozwolisz, może w końcu darujemy sobie oficjalny ton i porzucisz panią,a zastąpisz ją Eleonor?- jasne oczy znów zawisły na Georgu, a rumiane od mrozu policzki nadawały jej twarzy przyjemnego, dla oka, wyrazu.
George nie odpowiedział natychmiast, pozwolił sobie zamiast tego delikatnie unieść dłoń siedzącej przy nim kobiety unieść ją do swych ust i delikatnie ją ucałować.
- Jak sobie życzysz… Eleonor. - powiedział w końcu patrząc w oczy towarzyszki, zostawiając przerwę przed i po wypowiedzeniu jej imienia jakby się nim delektował.
- I szczerze po usłyszeniu tych słów spokojnie mogę nazwać się zwycięzcą chociażby byśmy dojechali do willi jutro-
W tej chwili wszystkie wozy wyszły na ostatnią prostą, a jako, że droga była szeroka wszystkie ustawiły się w jednej linii. Cartej tej okazji nie mógł ominąć i wychylił się i z kufra wozu zgarnął garść śniegu lepiąc z niej dwie śnieżki.
- Zechcesz czynić honory ? - powiedział wyciągając kulkę w jej stronę.
Lady Howard przyglądała się sir Carterowi badawczo. Była wyraźnie zaskoczona jego słowami jak i gestem, jednak nie wydawała się nimi urażona w najmniejszym stopniu. Dlatego przez chwilę miała dość głupią minę, ale gdy udało jej się zamknąć otwarte usta, z których nie wpłynęły żadne słowa, uśmiechnęła się i odzyskała dawny spokój. Popatrzyła na Georga, kulkę śniegu, a potem na Ritę, dokładnie w tej kolejności i było widać, że walczy z dobrym wychowaniem, a chęcią zapomnienia o manierach, choć na krótką chwilę. W końcu mruknęła potwierdzająco i wzięła śnieżną kulę w dłonie, przez chwilę ważyła ją nim na jej wargach pojawił się łobuzerski uśmiech. W tej chwili wyglądała na młodsza niż w rzeczywistości była.
- Rita! - zakrzyknęła do przyjaciółki zwracając jej uwagę po czym bezceremonialnie rzuciła śniegiem w jej kierunku śmiejąc się przy tym radośnie.
Śnieżka trafiła w ramię panny Carter. Po chwili dało się słyszeć śmiech Rity i zauważyć śnieżkę lecącą w stronę sań Eleonor i George’a.
Carter roześmiał się radośnie gdy śnieżna kula rozbiła się zaraz za jego głową ale ten przypływ radości po chwili zniknął po tym jak cząstka śniegu zsuwająca się po oparciu znalazła drogę za kołnierz inżyniera. Ten wykonał na ławie dziki taniec i zasyczał tak jakby ktoś przypalał go żelazem. Udawał, że nie zauważył miny Eleonor, nie miał w planie krępować damy ale jakoś tak wyszło i szczerze George jakoś tego nie żałował. Gdy udało mu się wreszcie wydobyć śnieg zza kołnierza było już po wyścigu, a zwycięzcą okazali się właśnie oni.
Blondynka śmiała się pod nosem patrząc na tańczącego obok niej Georga. Musiała przyznać, że kulig mimo początkowej niechęci, jaką żywiła do pomysłu, przypadł jej do gustu. Nie przeszkadzały jej nawet czerwone, zimne policzki i marznący nos. Bawiła się wyśmienicie i to było po niej widać, bo uśmiech nie znikał nawet na chwilę z jej warg. Przyjechali pierwsi, czego Eleonor mogła się spodziewać i choć nie było to dla niej zaskoczeniem nie była w stanie powstrzymać wyrazu satysfakcji.
- Gratuluję, osiągnąłeś cel, ale to nie wszystkie atrakcje, jakie dla nas zaplanowałeś, prawda?
- Wątpisz moja droga ?-
- Nie śmiałbym nawet - odpowiedziała zgodnie z prawdą i oderwała wzrok od Georga by rozejrzeć się po jego posiadłości. Ogród był urokliwy, szczególnie skryty pod białą pierzyną śniegu i skąpany w migotliwym blasku pochodni. w centrum wszystkiego była fontanna, naturalnie nieczynna o tej porze roku, ale podświetlony białym światłem reflektorów anioł wykuty z lodu wydawał się żyw. Eleonor mimowolnie westchnęła cicho, bo mało co ją tak zachwycała jak natura i piękno, które wyszło spod ludzkich dłoni. Wychyliła się nawet z powodu by móc przyjrzeć się tym wspaniałością dokładniej.


 
__________________
Nowa sesja dark sci-fi w planach zapraszam do sondy

Ostatnio edytowane przez czajos : 24-01-2017 o 22:51.
czajos jest offline  
Stary 23-01-2017, 11:54   #9
 
Lunatyczka's Avatar
 
Reputacja: 7798 Lunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputację
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=SsaDwfLl1P4[/MEDIA]

Była dziwnie podenerwowana przed występem profesora Smitha. Korespondencja, którą z nią wymieniał dotyczyła tego, czym Lady Howard się zajmowała i choć nie była w gronie osób, które oskarżył o szarlataństwo i teatralność nie wiedziała co planuje mężczyzna. Sama widziała wielu oszustów wśród tak zwanych medium, znała ich sztuczki i dokładnie wiedziała, że niewiele z nich, jeśli w ogóle, którekolwiek z tych, które spotkała w Nowym Świecie naprawdę potrafiła nawiązać kontakt z drugim światem. Och gdyby tylko wiedzieli, och gdyby wiedzieli..
To nie było miejsce, które chciało się odwiedzać, to nie był świat dla istot cielesnych, a Eleonor dokładnie wiedziała jaką cenę trzeba zapłacić za próbę ingerencji w niematerialną rzeczywistość. Wierzchem dłoni otarła policzek, po którym w dół powoli spływała łza. Zaśmiała się gorzko do swojego odbicia. Była głupia. Nie powinna o tym myśleć, nie powinna myśleć o ojcu i o tamtym dniu. Taka stara i wciąż tak bardzo głupia.

Bębniła paznokciowymi o blat stolika w sypialni przydzielonej jej przez Franza i tak jak kilka dni wcześniej spoglądała w swoje odbicie starając się uspokoić. Rozpuszczone, blond naturalnie kręcące się włosy opadały na jej ramiona przysłaniając delikatnie młodą twarz. Otworzyła rubinową szminkę i powolnymi ruchami nadała ustom blasku. Zacmokała kilka razy by kolor równomiernie się rozłożył po czym podparła podbródek na dłoni. W błękitnych oczach widziała odbicie kobiety, której nie poznawała. Czas mijał, a ona nie była ani mądrzejsza, ani bardziej rozsądna, co najwyżej bardziej zmęczona. Przygryzła delikatnie mały palec dłoni, na której wspierała podbródek wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Ostatecznie jednak machnęła niedbale dłonią, jakby odganiała brzęczącą kołu ucha muchę. Anna przygotowała jej ulubioną sukienkę, nie mogła dłużej pozwolić jej leżeć samotnie na łóżku, gdy tak wolała o jej uwagę.



W limuzynię z Franzem i Ritą, Eleonor odzyskała pogodę ducha i nikt nie powiedziałby, że to rozbita kobieta z jakimikolwiek problemami. Śmiała się z żartów, chętnie obdarzała wszystkich łagodnymi uśmiechami i chętnie dyskutowała. jej humor popsuł się dopiero w momencie, gdy Juliuse Smith zaczął swój wykład. Pierś jej falowała, gdy oddychała ciężko, co można było zauważyć przez tiulowy, przezroczysty materiał osłaniający jej dekolt. Dłonie zacisnęła na serwetce, rozłożonej na kolanach. Robiła to tak mocno, że knykcie po chwili zupełnie jej zbielały. Nie chciała patrzeć na Georga czy Fanza siedzących najbliżej niej, nie mówiąc już o spoglądaniu na Ritę, która siedziała kawałek dalej. Tępo wpatrywała się w kieliszek z wodą słuchając słów profesora. Dopiero gdy światła przygasły uniosła głowę i przyjrzała się pokazywanym przez niego slajdom. W półmroku, który zapanował w sali uspokoiła się delikatnie, choć nienaturalna bladość, która zagościła na jej twarzy wyraźnie sugerowała, że nie czuje się najlepiej. Gdy światła na nowo rozświetliły pomieszczenie na ustach Eleonor gościł uśmiech, choć panowie siedzący obok mogli dostrzec, że nie rozluźniła dłoni i kurczowo zaciskała je na materiale. Mimo to pogratulowała profesorowi występu, oszczędzając jednak uwag co do treści wykładu. Uznała, że tego typu rozmowy nad pysznym jedzeniem nie są pożądane. W końcu jednak nie mogła dłużej milczeć i zadała profesorowi jedno pytanie.
- Jak myślisz profesorze, czy warto badać te fenomeny, nawet jeśli cena za odkrycie ich tajemnic byłaby nad wyraz wysoka, taka której w normalnych okolicznościach nikt z nas nie chciałby zapłacić? - Błękitne oczy Elonor wpatrywały się Smitha.



Lady Eleonor opuściła dom Franza już 4 stycznia 1923 roku. Powróciła do swojego domu w Oxfordzie, gdzie oddał się bezbożnemu lenistwu. Układała pasjanse, czytała, do tej pory odkładane na później książki popijając przy tym wytrawne czerwone wino oraz wygrzewała się przy kominku. Dom był dziwnie pusty mimo obecnej w nim non stop służby. Szczególnie odczuwała tą samotność podczas posiłków. Siedząc w tostem w ręku posmarowanym świeżym masłem i popijając kawę, a w zasadzie to mleko z cukrem i kawą Eleonor co rano przeglądała gazetę. Nie przykładała dużej wagi do wiadomości, ale odkąd w domu nie była Henrego, który relacjonowały jej wszytko, co wydarzyło się na świecie, sama musiała czytywać gazety by być na bieżąco. Oczywiście najpierw przeglądała rubryki towarzyskie, śmierć i ślub. To były dwa wydarzenia z życia szlachty brytyjskiej, której żadna z gazet by nie przepuściła. Eleonor oczywiście bardziej interesowała się ślubami, śmierć, mimo swojej naturalności, była przygnębiająca. Jednakowoż 6 stycznia 1923 roku poranek Lady Howard był zgoła inny.
Jak co rano usiadła do stołu i posmarowała wypieczonego na chrupko tosta dżemem pomarańczowym. Uniosła filiżankę z chińskiej porcelany do ust by po chwili ją upuścić. Ciemny płyn rozlał się po stole, a Eleonor z gazetą w drugiej dłoni zamarła. Jej oczy szybko przelatywały po tekście artykuły. Brak odnalezienia zwłok był niejako pokrzepiający, mimo to cała sprawa wydała się Eleonor mocno podejrzana. Kiedy wyrwała się z pierwszego szoku, a niewidzialna, jak zwykle, służba zbierała ze stołu obrus i nalewała nową filiżankę kawy dla pani domu, szlachcianka obejrzała się na swoją pokojówkę stojącą w rogu pokoju jadalnianego.
-Anno, połącz mnie proszę z Franzem i przygotuj moje buty i płaszcz. Powiedz też Johnemu by rozgrzewał silnik. Wyjeżdżam do Londynu. - zawyrokowała a posłuszna służąca przytaknęła swej Pani oraz werbalnie zakomunikowała, że przyjęła jej polecenie po czym opuściła pokój. Ciepła kawa parowała, gdy Eleonor wczytała się w artykuł na stronie drugiej.



Powinna założyć zdecydowanie cieplejszy płaszcz, niż ten, w którym przyjechała. Czarno, biała, elegancka, codzienna sukienka również nie dawała jej wystarczającej obrony przed mrozem. Dlatego nim znalazła się pod domem Franza zdążyła zmarznąć, a jej policzki nabrały naturalnego rumianego koloru. Przyjechała do posiadłości Franza niecałe dwadzieścia minut po tym gdy zjawił się tam George Carter. Nie była pewna, czy Rita wyjechała od Franza w ciągu tych kilku dni, ale nawet jeśli, to spodziewała się ją tam zastać. Rozmowa przez telefon, którą odbyła z van Marenem nim wyruszyła do stolicy Anglii nie napawała optymizmem. Franz chyba musiał jej nie znać skoro sądził, z będzie w stanie odwieść ją od pomysłu by udać się na tajemnicze spotkanie ze Smithem. Dlatego gdy znalazła się w jego domu, przywitała się ze wszystkimi zgodnie z panującymi zasadami etykiety, najpierw z gospodarzem, potem z obecną damą i na końcu z sir Carterem. Poprosiła o herbatę, by rozgrzać zmarznięte ciało po czym usiadła na wolnym miejscu, na kanapie czekając na sprawozdanie Franza.
 

Ostatnio edytowane przez Lunatyczka : 23-01-2017 o 12:12.
Lunatyczka jest offline  
Stary 23-01-2017, 15:59   #10
 
Kaworu's Avatar
 
Reputacja: 1205 Kaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumny
Pauline siedziała na wykładzie profesora Smitha, patrząc powątpiewającym wzrokiem na scenę i zajadając się leniwie sałatką, którą zamówiła.

Bardzo szanowała profesora. Miał rozległą wiedzę, doświadczenie życiowe i krytyczny, analityczny umysł. Była z nim znacznie bliżej niż ze swoim promotorem na Oxfordzie, dzielili wspólne pasje i zainteresowania. Ale...

Epifenomeny? Naprawdę? Profesor zawsze śledził szarlatanów, różnej maści „hermetyków”, „gnostyków”, „spiritualistów” którzy mieli „kontakt z nieznanym”, tudzież z „wyższą warstwą rzeczywistości”. Tym razem jednak sam zbliżał się w swoich teoriach niebezpiecznie blisko do owych osobników.

Przedstawił dowody, to fakt, o ile za dowody można uznać zdjęcia. MacMoor nie chciała się wykłócać i nie zamierzała tego robić, ale uważała, że to średniej i wątpliwej jakości materiał dowodowy. Zdjęcia zawsze można było źle wywołać, przejaśnić, nie naświetlić dostatecznie mocno itp. Nie znała się na fotografii i nie była profesjonalnym fotografem, ale była pewna, że gdyby zainteresowała się tematem choć trochę, to byłaby w stanie podważyć teorie Smitha.

Choć, oczywiście, były to teorie fascynujące, nawet jeśli sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, musiała przyznać. Kto nie chciał wierzyć w wymiary równoległe? W duchy, zjawy? W życie pośmiertne? Gdyby profesor Smith miał rację, to okazałoby się, że istoty ludzkie mogą dalej istnieć po śmierci, w nieskończoność. To było... bardzo, bardzo budujące.

Mimo wszystko, zdaniem Pauline, było w tym więcej fantazji niż nauki – i musiała to stwierdzić jako osoba z tytułem nadanym przez uniwersytet.

Gdy profesor Smith skończył swój wykład, Pauline klaskała z innymi, nieco tylko mniej entuzjastycznie niż na samym początku.

~*~

Poranek 6 stycznia 1923 roku Pauline zaczęła od kubka gorącego kakao i kanapki z zółtym serem. W przeciwieństwie do jej wielu znajomych jej mieszkanie było raczej małe – wyjąwszy bibliotekę, oczywiście – i nie zatrudniała żadnej służby. Była wszak kobietą wolną, wyemancypowaną i niezależną. Chciała także dowieść, że pomimo szlacheckiego pochodzenia potrafi wieść normalne życie, jak masa innych ludzi bez jej możliwości finansowych.

Po śniadaniu ubrała się ciepło i poszła do pobliskiego kiosku kupić gazetę. Wróciła z nią do swojego lokum i dopiero wtedy ją przeczytała (wcześniej miała ją zgiętą w pół).

- Mon dieu... – powiedziała po francusku, czytając artykuł na stronie głównej. W pierwszej chwili chciała zadzwonić do profesora i spytać jak się ma, ale zaraz potem zdała sobie sprawę z tego, że skoro jego dom spłonął, to telefon także. Niewiele myśląc, chwyciła za własny i obdzwoniła najbliższych znajomych profesora – tych samych, z którymi kilka dni temu była na jego wykładzie. Umówiła się z nimi na spotkanie w trybie natychmiastowym, po czym zadzwoniła po taksówkę. Szybko się ubrała, nawet nie troszcząc się o makijaż, i wybiegła na zimne powietrze, do samochodu, który na nią czekał.
 
Kaworu jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:25.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166