Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 10-09-2017, 00:53   #1
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 87745 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
[Horror/SF] Star Raiders

Układ Memphis; kilka godzin temu; ucieczka



Kosmos jest w ruchu. Kosmos jest zmienny i w tej swojej przemianie jest niezmienny. Zmiana wywołuje ruch. W kosmosie nie ma nieruchomych obiektów. W komosie ruch jest odbierany jako różnorakie zjawiska jakie da się wykryć, od zakrzywień grawitacyjnych po promieniowanie elektromagnetyczne. To ludzie w swoim ludzkim spojrzeniem i skalą wygodnie zwykli mówić, że w kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku. Nieprawda. Trzeba tylko wiedzieć w jakim przedziale fali krzyczeć i jakiej fali nasłuchiwać. Ludzie podzielili kosmos liniami, punktami i nazwami próbując oswoić się z ogromem kosmosu z jaką nigdy nie dane będzie im poznać ani tym bardziej poznać. Ale nie przeszkadzało to im nazywać się zdobywcami i władcami. W kosmosie pełno jest tajemnic i zagadek czekających na swoje odkrycie. A te już odkryte wciąż czekają na wyjaśnienie. te wyjaśnione czekają na praktyczne przekucie na kolejną zdobycz ludzkiej cywilizacji. A mimo to prawie każdego dnia odkrywa się kolejny fenomen kosmosu.

Kosmos jest w ruchu. Ludzie siedząc na swoich planetach, księżycach, bazach, nawet statkach widząc niebo, ptaki, budynki czy ściany zwykle nie zdają sobie z tego sprawy widząc tak stabilne i stateczne rzeczy jak ściany i ulice. Ale to nieprawda. Kosmos jest w ruchu. Wie to ta garstka ludzkości jaką ma do czynienia z kosmicznymi lotami. Ta która siada za sterami jednostek przemierzających gwiezdne szlaki od Bramy do Bramy albo wiosłując na przełaj do światów w których jeszcze ich nie ma. Nawet wtedy ludzie lubią o sobie myśleć, że kierują swoim losem i statkiem. Podczas gdy tak naprawdę podejmują kluczowe decyzje na podstawie wyników wyświetlanych na konsoletach, które zostały odebrane ze skanów zewnętrznych statków, sensorów wewnątrz jednostki mówiąca o jej aktualnym oczywiście ciągle zmiennym stanie, zostały zmagazynowane w trzewiach pokładowych bankach pamięci. Podejmują te decyzje ale w rzeczywistości oddają się pod opiekę komputerom, robotom i automatom jakie starają się zachować wątłą równowagę specyficznych warunków potrzebnych ich podopiecznym do czegoś co oni nazywają “bezpieczną podróżą”. Sami są bowiem niezdolni ani do przetrwania bezpośredniego dotknięcia kosmosu ani ich umysły nie są w stanie przetrawić mrowia danych niezbędnych do prowadzenia statku przez gwiezdne szlaki. Muszą więc zdać się na elektronicznych podwładnych.

Kosmos jest w ruchu. Tak całościowo jak i jego poszczególne elementy. Nawet te najdrobniejsze. Takie jak niewielki okruch polerowanej plaststali, napędzany pulsacyjnymi silnikami IV generacji jaki uparcie zmierzał ku zewnętrznym granicom układu nazwanego przez ludzi Memphis. Obsada mostka korwety klasy Ranger aż nadto zdawała sobie sprawę z tego ruchu. Choć ich jednostka pruła z pełną podświetlną prędkością w kosmicznej skali nawet tego pojedynczego układu gwiezdnego gdzie do odległości odmierzało się w jednostkach astronomicznych a nie latach świetlnych czy parsekach to na wyświetlanej holomapie układu kropka w samym centrum mapy jaką oznaczona była ich jednostka poruszała się z tempem pijanego ślimaka. Co było dość niepokojące.

Przy oznaczeniach korwety o nazwie własnej “Acheron” niepokojąco blisko migała inna plamka. Wedle sygnatur i tego co sami się nasłuchali przez ostatnie coraz bardziej nerwowe wymiany zdań była to fregata “Ajaks” klasy Avenger z Floty. Ostatnie kilka godzin lotu były bardzo nerwowe.

Zaczęło się dla Star Raiders całkiem standardowo. Ot komputer pokładowy Alex odebrał wiadomość o wysokim kodzie priorytetu. Gdy ich kapitan, Leon Tichy ją rozkodował okazało się, że prawie nudny standard jak na specyfikę ich prawie rodzinnego interesu. Ot polecieć do punktu A, odebrać stamtąd przesyłkę i zawieźć ją do punktu B. Sądząc po priorytecie i oferowanej sumce komuś strasznie zależało na czasie. I skoro taka kasa była na tapecie to też standard firmy czyli zależało na szybkości reakcji, dyskrecji, nie zadawaniu głupich pytań no a paczkę należało zawieźć na czas, na miejsce, na pewno. Standard. Ale tak dobrze płatny, że musiało być bardzo ryzykowne a ładunek pewnie nie był z tych co można było puścić legalnym kurierem więc wezwano ich. Oraz dwie inne podobne załogi. Cechą charakterystyczną dla wszystkich trzech było to, że jednostki te, tak samo jak “Acheron” posiadały hipernapęd. Czyli komuś zależało by mieć pewność, że kurier przyjedzie i zabierze ładunek i to z pominięciem tras przez Bramy. Klasyczny szmugiel jak się patrzy.

Kasa była warta świeczki. Kurs na Memphis i kilkugodzinna podróż do jednego z księżyców lodowego gazowego giganta klasy Uran odbyła się bez przeszkód. Ale musieli się spieszyć w tym wyścigu. Skanery Alex pod czujnym okiem Tichy’ego wykryły wejście z nadprzestrzeni po drugiej stronie układu. Mógł być przypadek ale dziwnie pasowało do którejś z wezwanych tak jak i oni jednostek z “branży”. Kosmos był przecież w ruchu. Plamka jaka świeciła się wówczas, kilkanaście godzin temu na ekranie mapy też była w ruchu o podobnym wektorze jak plamka oznaczająca “Acherona. Ale w całym systemie panował zaskakujący ruch. W stronę ostatniego gazowego giganta w tym systemie gdy już odbierali przesyłkę od klienta zmierzały kolejne plamki. Trzy o sygnaturze fregat Floty. Zaczęło być nerwowo. Przesyłka okazała się całkiem sporym kontenerem.




No jasne, standardowo nie było co pytać, co tam jest, po co to, nie zaglądać, nie mówić i w ogóle to mieli jedynie na pokładzie standardowo nudny ładunek sprzętu laboratoryjnego z pomocą humanitarną dla świata spustoszonego przez upadek ogromnego meteorytu. Wszyscy o tym w Federacji słyszeli i organizowali pomoc dla poszkodowanych. Jak kłamać to trzeba było z sensem pomieszać prawdę, półprawdę i kompletna nieprawdę. Pojemnik był wielkości standardowego, średniaka jaki można było załadować wózkiem widłowym na zwykłego vana. Miał wszystko co potrzeba by wyglądać na transporter delikatnego sprzętu laboratoryjnego łącznie z widocznym zestawem znaczków o niebezpiecznym, łatwopalnym, delikatnym ładunku jaki często był transportowany między laboratoriami czy szpitalami a zawierający leki, szczepionki, aparaturę użytkującym radioaktywne izotopy i wtedy właśnie umieszczało się tego typu znaczki. Norton nie miała sie czego przyczepić. Sama w swojej karierze wielokrotnie zamawiała tego typu dostawy i gdyby nie ta cała otoczka z pośpiechem, tajnością i kasą wszystko właściwie wyglądało okay.

Kosmos był w ruchu. I sprawy coraz mniej wyglądały na okay gdy plamki na ekranie mapy pulsowały. Jedna z oznaczeniami “Acheron” oddalała się od lodowego giganta w stronę zewnętrznych rubieży układu by wykonać skok a trzy oznaczające fregaty Floty zbliżały do niej. Na podświetlnej większe Avengery skonstruowane jako pościgowce i rajdery miały większą prędkość od korwet klasy Ranger ale jej przedstawiciel, “Acheron” miał przewagę w tym wyścigu. Że to jest wyścig przekonali się, gdy dwie plamki Avengerów zastosowały się przy księżycu z którego zaledwie godzinę wcześniej odbili Star Raiders ale trzecia zaczęła podążać jej tropem. I zaczął się ten wyścig.

Wszyscy znali tą grę. Ludzie na mostku “Acherona”, ludzie w jego wnętrzu poza mostkiem, ludzie na mostku i pokładzie Ajaksa. Tam na mostku fregaty też siedzieli spece, mieli podobną mapkę i rozpiskę charakterystyki uciekającej korwety. Zabawa w kotka i myszkę zaczęła się i obie strony świetnie zdawały sobie z tego sprawę. 5 h i 40 min. Taki wynik uzyskała Alex gdy “Teddy” wrzuciła potrzebne polecenia. Prawie 6 h musieli zasuwać pełną prędkością by oddalić się od grawitacyjnego wpływu gazowego olbrzyma by móc użyć hipernapędu i czmychnąć prześladowcom z tego systemu. Mieli już jakąś godzinę z tego za sobą. Przez następną godzinę trwała wymiana uprzejmości. Obie strony mogły sobie na nie pozwolić bo odległość była zbyt duża by zrobić coś więcej. Przez tą godzinę trwała szarpana wojna nerwowych not gdy mysz próbowała wmówić kotu szykującemu się do skoku kotu, że kompletnie nie jest tą myszą której on szuka. Papiery jakie dostarczył klient były pierwszorzędne. Marynarze ich się nie czepiali ale czy byli nadgorliwcami, czy czuli pismo nosem, czy zwyczajnie mieli jakiś cynk nie odstępowali i ich żądania stawały się coraz bardziej natarczywe. Widać zależało im.

Przy trzeciej godzinie fregata zaczęła się zbliżać do korwety na tyle, że zaczynało to być groźne. Obie jednostki zaczęły wchodzić w zasięg swoich broni więc napięcie wzrosło niebotycznie. Teraz temu komu pierwszemu puściłyby nerwy mógł pociągnąć za spust. Pyra słabo znosiła stres i miała wrażenie, że jej serce zaraz wyskoczy z piersi, przebije się przez skafander próżniowy i wyląduje na konsolecie. Podobnie Julię bolały już szczęki i pięści od nerwowego zaciskania przez ostatnie godziny. Czuła jak dłonie nasiąkają wnętrze rękawic kombinezonu próżniowego swoim potem. A teraz jeszcze w każdej chwili mogli znaleźć się pod ogniem. Siła ognia zaś było zdecydowanie po stronie Avengera a nie Rangera. Jedynie obydwa Leony wydawały się panować nad sobą i zachowywać jakby nie działo się nic specjalnego. Brakowało im jakieś 3.5 godziny do bezpiecznego skoku. Wtedy na całej korwecie zamigotały światła i ekrany. Nawet ludzie nie przebywający na mostku i bez wglądu na konsole sterownicze w tej sytuacji wiedzieli co to było. Wysłana z pościgowca silna wiązka radarowa jaka omiotła korwetę. Odpowiednik strzału ostrzegawczego. Klarowna wiadomość “Mam cię na muszce!”. Ostatnie ostrzegawcze wezwanie przed użyciem siły.

Analiza sytuacji była dość jasna. Uciec nie mogli bo Avenger był szybszy. Walka przy takiej różnicy potencjału obydwu jednostek wydawała się skrajnie ryzykownym pomysłem. Jedynie skrajnie fartownie wystrzelona z Acherona torpeda jaka trafiłaby w reaktor fregaty zmieniając ją w kulę plazmy mogłaby przesądzić o wyniku walki na korzyść mniejszej i słabszej jednostki a i tak pewnie by oberwali bo coś z wrogich torped i rakiet musiało się przedrzeć. Więc walka nie wydawała się rozsądnym rozwiązaniem. Ukryć nie było się gdzie gdy tamci byli tak blisko by strzelać a przestrzeń na krańcu układu Memphis była typowo pusta by ukryć ponad stumetrowy okruch plaststali. Negocjacje nie wchodziły w grę. Czas rozmów się skończył. Flota żądała natychmiastowego zatrzymania maszyny i wpuszczenia inspekcji na pokład. Nic strasznego. Jeśliby na pokładzie miało faktycznie kontener z tym co było w papierach klienta. A sądząc z reakcji Floty co wysłała aż trzy fregaty na ten księżyc i tak bardzo uparła się by ten kordon rozciągnąć nawet na umykającą korwetę to chyba były na to marne szanse. Jedyną opcją rokującą na szansę by wykaraskać się z tarapatów był hiperskok. Zbyt blisko silnego zakłócacza pola grawitacyjnego jakim był gazowy gigant. Jeśli wziąć pod uwagę BHP hiperskosku. Ale wciąż możliwy w awaryjnej sytuacji.

Kosmos jest w ruchu. Ludzie na mostku Acherona przekonali się o tym widząc małe znaczki i nowe sygnatury jakie pojawiły się przy oznaczeniach jednostki Floty. Otworzyli ogień! Pyra zaś potrzebowała czasu by skalibrować co trzeba do wykonania hiperskoku. - Strzelają do nas. Raczej oberwiemy. - w głośnikach rozległ się głos Tichy’ego. Wiedział po ilości środków bojowych jakie przeciw nim posłano, że małe są szanse umknąć lub zlikwidować wszystkie. Co więcej matematyka pola walki i fizyka hipernapędu jasno mówiły, że salwa doleci do nich zanim wykonają skok. Czyli prawie na pewno oberwą. Na razie jednak torpedy były w ruchu przemierzając kosmiczną pustkę między obydwoma jednostkami też będącymi w ruchu.

To był też jasny sygnał dla reszty załogi. Abe wiedział, że pewnie będzie miał co do roboty z alarmową naprawą uszkodzeń. Choć w tej chwili mógł tylko czekać aż wrogie pociski sięgną celu. Inżynier Rohan otarłby chętnie pot ściekający ze skroni ale w kombinezonie było to dość trudne. Czuł ucisk w żołądku gdy sobie pomyślał, że już coś do nich leci i jest spora szansa, że doleci. “Teddy” jednak dała mu zajęcie by o tym nie myśleć. Więcej mocy! By szybciej uruchomić hipernapęd potrzebowała szybszego skoku mocy niż standard. Ale gdy zobaczył przesłane przez nią wartości zdębiał. To groziło sytuacją krytyczną w reaktorze silników podświetlnych i niekontrolowaną sekwencją grożącą przemienieniem reaktora w kulę szybkorosnącej plazmy. No była jeszcze szansa, że udałoby się go w porę odstrzelić ale zostaliby bez podświetlnego napędu. Linda też wiedziała, że to komunikat i dla niej. Jak prawie na pewno oberwą to prawie na pewno będą mieli ofiary. Ale na razie mogła tylko czekać na cios wrogiej jednostki choć radziła sobie ze stresem całkiem nieźle.

Ludzie na mostku jednak mieli inne dylematy i tam daleko było od czekania. Tychy przejął od zajętej przygotowaniem hiperskoku “Teddy” obowiązki uruchomienia wabików i głowic EMC. Te pierwsze poleciały na spotkanie fali głowic wystrzeliwując jaskrawo migające szerokopasmowe markery jakie miały stać się bardziej kuszącym kąskiem dla gwiezdnych piranii niż jakaś tam nędzna korwetka. Te drugie eksplodowały odpowiednikiem dawnego dymu próbując roztoczyć kurtynę między strzelcem a celem. Drake posłał odpowiedź do jednostki Floty z własnych wyrzutni torped. Ale mieli tylko dwie zamiast zwyczajowych na Rangerach czterech. Zainstalowanie hipernapędu wymusiło redukcję wielu systemów, w tym uzbrojenia. Avenger miał osiem wyrzutni. Większa jednostka też z reguły była bardziej odpora na wszelkie ataki więc nie wyglądało to zbyt różowo.

Nerwowe minuty czekania ze świadomością, że można tylko czekać każdy znosił i radził sobie jak tylko mógł. Trójka na mostku miała co do roboty próbując zminimalizować straty. Inżynier o robocich nogach w tym czasie łamał wszelkie zasady inżynieryjnego BHP obsługi reaktorów by w żądanym czasie osiągnąć żądaną moc. Nawet gołym okiem widac było jak wewnętrzna osłona reaktora zaczyna żarzyć się czerwienią od nadmiaru mocy. A proces musiał być kontynuowany by zebrać gigantyczną ilość mocy w tak desperacko krótkim czasie.

Kosmos jest w ruchu. Widziała to na swoich konsoletach trójka na mostku. Cztery torpedy Floty nabrała się na wabiki eksplodując w tym celu pozornym. Pozostałe cztery nieco spowolniła zasłona dymna ale nie na tyle by wywołać dezorientację ekipy. Drake miał więc cztery manerwujące niezależnie cele do trafienia sterowanymi przez siebie działkami. Nasunął gogle i pokierował tym podprogramem bojowym Alex który analizował na bieżąco dane przesyłane przez skany korwety, obrobione przez Tichy’ego i wyświetlał mu w tych goglach. Oznaczył cele wydając komputerowi polecenia. Te zostało przesłane do automatycznych wieżyczek które poruszyły się unosząc lufy na cel jeszcze niewidoczny gołym okiem na tle kosmicznej czerni pokropkowanej kolorowymi punkcikami. Działka bezgłośnie posłały kawałki utwardzanych spieków w rozpryskowych minigłowicach w kosmiczną pustkę. Nadlatujące torpedy musiał nakierować profesjonalista. Zbliżały się od strony rufy uciekającego Rangera z czterech niezależnych kierunków zmuszając obronę do podzielenia swoich sił na ten wielokierunkowy jednoczesny atak.

W pierwszej kolejności działka sterowane przez Drake i komputery balistyczne korwety zestrzeliły torpedę zasuwajaco wprost w stronę ich rufę. Groziło to bezpośrednim trafieniem w jednostkę napędową i unieruchomienie jednostki przy krytycznym pechu eksplozję reaktora. Tylko dwie wieżyczki mogły prowadzić ogień w tym kierunku. Ale udało się! Torpeda znikła w bezgłośnym, jaskrawym blasku. Drugi w hierarchii celów był pocisk zasuwający od strony lewej burty, trochę od spodu. Sama Alex miała trudności z trafieniem go pozostałymi wieżyczkami gdy Drake zajmował się tą rufową. Gdy wspomógł ja swoimi umiejętnościami efekt był praktycznie od razu. Skumulowany ogień czterech wieżyczek obramował cel aż wreszcie poszatkował, torpeda zaczęła koziołkować by po chwili eksplodować w blasku który się wydawał jaśniejszy. Ale tak naprawdę był po prostu bliżej i bardziej wyeksponowany niż ten za rufą. Trzecia torpeda wyprzedziła korwetę, zawróciła i szła na czołowe spotkanie próbując trafić w dziób z większością głównych sensorów i mostkiem czyli umownie mózg i zmysły większości jednostek. Na dziobie tak jak i na rufie mogły strzelać tylko dwie wieżyczki. Drake z bijącym sercem obserwował jak płomyczki, kreski, obłoczki rozpryskują się już nie tylko na ekranie skanów ale widoczne już i w zwykłych kamerach. Tak blisko! Pocisk manewrował próbując stać się trudniejszym do trafienia celem ale wreszcie fragmenty wzmacnianych spieków przebiły poszycie rakiety i eksplodowały odłamkami w jej wnętrzu. Torpeda eksplodowała tak blisko, że Alex na moment musiała przyciemnić obraz by uchronić oczy załogi od rozbłysku. Rozległy się pierwsze alarmy o uszkodzeniach ale Tichy w lot zorientował się, że to nic poważnego. Dopóki nie trafiła ich czwarta torpeda.

Drake desperacko przekierował cel na ostatni pocisk który leciał pod ostrym kątem od strony rufy i trochę od góry. Tam mieli tylko dwie “topowe” wieżyczki. Była tak blisko! Ale wciąż miał szansę trafić. I wtedy gdy dopiero i on i Alex wstrzeliwali się w ostatni cel ten rozdzielił się na cztery mniejsze. Torpeda wielogłowicowa. W pobliżu celu rozdzielała się na cztery podpociski kierowanie niezależnie od siebie. Drake’owi udało się zestrzelić główny pocisk ale tak blisko, że Alex zameldowała o trafieniach odłamkami. Te jednak utonęły w meldunkach o trafieniach pozostałymi czterema podpociskami. I wtedy stała się ciemność a statkiem wstrząsnęły eksplozje.

Kosmos był mimo to w ruchu. Przez nerwowy moment załoga mostku widziała głównie linie, strzałki i oznaczenia pomalowaną odblaskową farbą właśnie na takie okazje. Przecież kosmiczne jednostki dostosowane do skoków nie posiadały okien. Żaden znany człowiekowi przezroczysty materiał nie zniósł by przeciążeń jakie występowały podczas skoku. Więc gdy siadała moc statek pogrążał się w ciemnościach. Za to inżynier pokładowy w tej ciemności widział dobitnie ładnie jak wewnętrzna obudowa reaktora rozżarza się już wyraźnie wiśniową emanacją. Wiedzieli też co się stało. Musieli oberwać głowicą z EMP która przebiła się przez pancerz i zabezpieczenia korwety. Ale korweta była zaprojektowana jako jednostka bojowa więc miała zdublowane większość systemów. Światła zamigotały i rozbłysły na nowo, ekrany znów rozjarzyły się swoim elektronicznym życiem, Alex znów wróciła troszczyć się o swoją załogę.

Uprzęże antywstrząsowe do jakich miała obowiązek być przypięta załoga o ile nie wykonywała innych zadań w większości wytrzymała. Wyjątkiem był Jean “Papa” którego fotel nie wytrzymał i potężnym mężczyzną rzuciło na ścianę razem z fotelem. Zderzył się z nią i poczuł jak dzwoni mu w uszach a on sam poczuł się dziwnie lekki. A nie. Naprawdę unosił się zamiast spaść na podłogę. Stracili grawitację. Tichy na mostku miał pełniejszy obraz sytuacji. Dehermetyzacja tylnej, dolnej ćwiartki właściwie rozpruta eksplozjami, przebicie do maszynowni i też dehermetyzacja, utrata grawitacji, wyłączenie z akcji tylnej, dolnej wieżyczki możliwe jej zniszczenie, utrata wyrzutników flar w dolnej, tylnej ćwiartce, tej z której będą nadlatywały kolejne pociski. A będą nadlatywały. Na odzyskanych właśnie ekranach widział kolejne znaczniki przy fregacie. Druga salwa. Znowu osiem torped a oni byli o jedną wieżyczkę i jedną ćwiartkę obrony słabsi.

Abe dostał listę uszkodzeń na swój panel. Na rozprucie poszycia można było coś poradzić dopiero w stoczni. Na bieżąco mógł albo zorientować się czy da się uratować dolną, tylną wieżyczkę albo uszczelnić maszynownię. Oba cele były na rufie więc zaczął płynąć przez korytarz napędzając się siłą swoich ramion. Papa zorientował się, że chyba ma coś z ręką. Zdołał dać znać Lindzie. Inżynier Rohan też płynął w przestrzeni maszynowni. Teraz już był spokój. Ale w chwili gdy oberwali wszystkie ruchome części wyssało przez szczelinę razem z powietrzem. Kontrolował ostatni etap bardzo awaryjnego przekazywania mocy do hipernapędu. Już było prawie 100%! Ale i reaktor silników podświetlnych też mówił już dość. Wewnętrzne osłony świeciły już na żółto od potężnego nadmiaru mocy. Wskaźniki stukały o zewnętrzną krawędź czerwonego pola. Mogło to wszystko szlag trafić w każdej chwili! Zewnętrzna osłona mogła wytrzymać wyciek radiacji ale nie eksplozję. Ale jeśli by było to drugie to przynajmniej miał miejsce w pierwszym rzędzie i nic nie zdąży poczuć. Nikt z nich nie zdąży. Dał znać, na mostek, że reaktor dłużej nie wytrzyma. Albo robią skok teraz albo trzeba go wyłączyć.

Pyra spojrzała na wskaźniki. Nie było tyle co chciała, tyle co było potrzeba. Ale było na tyle by jakiś skok wykonać. Druga fala torped leciała już w ich stronę. W najlepszym razie nic się nie zmieni. Albo będzie gorzej niż teraz. Teraz albo nigdy! Spoconą wewnątrz rękawicy dłonią uruchomiła krytyczny przycisk a Alex uruchomiła przygotowane przez nią procedury.


---




Nadprzestrzeń; 30 min temu; skok



Kadłub korwety otuliła blada, niebieska poświata pola ochronnego przygotowując ją do wejścia w nadprzestrzeń. Nienaturalne światło wdarło się przez rozszczelniony kadłub do zewnętrznych pomieszczeń uszkodzonej jednostki. Inżynier pokładowy miał przez tą szczelinę całkiem niezły widok na to zjawisko przez szczelinę ściany maszynowni. Światło wydawało się zbyt jaskrawe i nienaturalne niż jakiekolwiek światło na jakimkolwiek pokładzie.

Ekrany na mostku pościgowej fregaty “Ajaksa” dały charakterystyczną sygnaturę skoku nadprzestrzennego. Tamci desperaci nie czekali aż osiągnął bezpieczną granicę skoku i skoczyli uszkodzona jednostką w hiperprzestrzeń. To trochę komplikowało sprawy. Nawet więcej niż trochę. Torpedy drugiej salwy już w tej chwili bez sensu leciały w pustą obecnie przestrzeń ale z robocim uporem leciały dalej póki autodestruktory po nie znalezieniu celu ich nie zdetonują.

Pyra obserwowała wskaźniki przygryzając wargi do krwi. Nie miała pojęcia co ten Rohan robił w tej maszynowni ale działało. Bo po wskaźnikach to chyba właśnie powinno go rozsadzić. Ale potrzebowali mocy na pole ochronne! Było źle. Dokładnie tak źle jak na symulacjach w Akademii. Nie zdołali uzbierać kompletnej mocy więc pole ochronne było prawie wystarczające. Prawie więc hiperprzestrzeń nieubłaganie zaciskała kokon pola ochronnego ściskając je coraz bliżej kadłuba. Pole ochroonne trzeszczało w szwach wdzierając się coraz głębiej w kadłub a potem zewnętrzne rejony korwety. A jak reaktor siądzie albo wysiądzie to będzie koniec. Pole straci na mocy i hiperprzestrzeń ich zmiażdży.

Rohan obserwował szalejące wskaźniki. To koniec. Reaktor zaraz szlag trafi. Jakby na dowód jego tezy zauważył gwałtowny ruch. Trzasku jak przy wystrzale nie usłyszał z powodu próżni ale i tak wiedział, że taki by usłyszał gdyby było tu jeszcze powietrze. Osłona wewnętrzna właśnie rozpadała się na kawałki. Traktowana olbrzymim przekroczeniem wszelkich norm bezpieczeństwa zaczynała eksplodować. Na razie odrywały się pojedyncze kawałki uderzając w zewnętrzną osłonę ale to była kwestia czasu nim rozwali ją całkowicie odsłaniając rdzeń reaktora. Nadał na mostek alarm, że dłużej reaktor nie wytrzyma.

Pyra po otrzymaniu komunikatu z maszynowni mogła zrobić właściwie tylko jedno. Awaryjne wyjście z nadprzestrzeni jeszcze bardziej awaryjne niż wejście. Nie były to te koordynaty które ustawiła a które miała pewne, że są okey. Więc nie wciskając przyciski nie miała pojęcia gdzie ich wyrzuci. Za horyzontem zdarzeń czarnej dziury? W koronie jakiejś gwiazdy? Wewnątrz planety? Przenicuje ich z jakimś innym statkiem? Ale większość kosmosu to podobno pusta przestrzeń więc może…


---




???; teraz; wyjście z nadprzestrzeni



Kosmos jest w ruchu. Nagły rozbłysk bladego, błękitnego światła też to potwierdził gdy w zwykłej, mroźnej i pustej przestrzeni kosmosu pojawił się otulony tą poświatą drobiazg. Wyskoczył z nadprzestrzeni i tak wypluty bezwładnie kontynuował ten ostatni ruch, sunąc leniwie przez obojętną, mroźną pustkę. Wewnątrz tego okruchu sytuacja była jednak skrajnie odmienna. Komputery też były podatne na wyjście z nadprzestrzeni ale nie aż tak jak żywe istoty albo sensory. Dryfująca bezwładnie korweta była więc ślepa i głucha na kosmos. Ale nie cicha. “Teddy” skręcało ale choć przygwoździla szybą hełmu w konsoletę podniosła się otępiałe spojrzenie jako pierwsza na mostku. Tak kapitan jak i artylerzysta leżeli wciąż na wpół bezwładni na swoich fotelach próbując się pozbierać po tak gwałtownym skoku. Pyra miała trudności z koncentracją ale po ilości światełek, wycia alarmów, i głosu Alex co coś mówiła wiedziała, że jest źle. Ale żyli.

Pod Lindą ugięły się nogi. Właściwie zawisła bezwładnie w swojej uprzęży nie mając sił by się z niej wypiąć czy cokolwiek powiedzieć. Rohanem rzuciło pod ścianę. I całe szczęście. Akurat jakoś tuż po skoku reaktor pieprznął tak mocno, że podziałał jak gigantyczny granat odłamkowy szatkując wszystko dookoła. Większość siły uderzenia powstrzymała osłona zewnętrzna reaktora. Ale nie wszystko. Siła eksplozji była tak duża, że wyrwała fragmenty zewnętrznej osłony i przebiła się przez ściany maszynowni. Podniósł się na nogi ale wiedział jedno. Osłona reaktora była nieszczelna a radioaktywne fragmenty poleciały nie wiadomo jak daleko w korwetę. Mieli więc wyciek radiacji na pokładzie i trzeba było ogłosić alarm radiologiczny.

Papa widział jak przez dehermetyzowany kadłub przelatuję sylwetka w kombinezonie. Kręciło mu się w głowie z mdłości po skoku ale zdołał ją złapać i nie dać ulecieć w przestrzeń. Gdy przyciągnął ją do siebie okazało się, że to Nivi.

Veronica miała dziwne wrażenie unoszenia się. I jakoś tak ciemno było. A gdy zaczęła coś widzieć okazało się, że dryfuje w kosmicznej próżni. Była za burtą! Ale kombinezon chociaż był szczelny. Widziała dryfującą macierzystą jednostkę poszarpaną wybuchami które krwawiły wyrzuconymi w przestrzeń szczątkami z wnętrza i fragmentami poszycia. Oni byli tam a ona tu. Ale z trudem mogła skupić na czymś wzrok walcząc ze skutkami szaleńczego skoku.

Tichy otworzył oczy leżąc na swojej skanerskiej konsolecie. Z trudem usiadł do cywilizowanej pozycji. Skany jeszcze nie doszły do siebie po skoku tak samo jak ich operator. Drake przy swojej konsoli artylerzysty wyglądał równie zdechło. “Teddy” wyglądała najbardziej trzeźwo sądząc po spojrzeniach i ruchach. Chodź jej też dał ten skok w kość.

“Red” zdołała wypiąć się z uprzęży i od razu zaczęła dryfować nad siedziskiem. Nie słyszała alarmów ani głosu Alex ale widziała migające alarmowo lampy czyli albo ogłuchła albo nie było tu powietrza. Wskaźniki skafandra mówiły, że jednak to drugie. Przeczytała komunikat błyskający na ekranie: “Człowiek za burtą!”. I pożar. W magazynie torped. Ale uszkodzenia nie pozwalały Alex na interwencję w tym magazynie. Trzeba było zrobić to analogowo: gaśnicą w łapie.

Do Hermkens zaczęło docierać co widzi na ekranach i co Alex mówi. Mieli kogoś za burtą. Veronicę. Brak odczytów z maszynowni. Trochę pożarów gdzie Alex straciła możliwość by zareagować z powodu uszkodzeń. Brak grawitacji. Brak głównego zasilania. Ale awaryjne działało. Sporo zewnętrznych przedziałów było rozhermetyzowany. A. I Alex wykryła pluskwę jaką musiała być jedna z głowic jaka ich trafiła. Odkleiła się od nich i wysłała nadprzestrzenny meldunek. Nie wiadomo gdzie ale wiadomo było, że po to by ściągnąć tu siły Floty. Tylko nie wiadomo kiedy i ile mieli czasu.

Abe dochodził do siebie na podłodze ładowni. Leżąc miał niezły widok na nadprogramowe kabrio w jakie zmienił się dach ładowni. Coś musiało pieprznąć od strony rufy i pozamiatało tutaj odłamkami nieźle. Trafiło też w ten kontener z narzędziami laboratoryjnymi. Ten jaki mieli nie dotykać, nie otwierać, nie zadawać głupich pytań tylko dowieźć na czas, na miejsce, na pewno. Właśnie sobie dryfował leniwie na zewnątrz kadłuba. Znaczy jakaś jego połówka.
 
__________________
MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami

Konkurs: http://lastinn.info/liczowe-konkursy...tml#post886124

Ostatnio edytowane przez Pipboy79 : 14-09-2017 o 11:53.
Pipboy79 jest teraz online  
Stary 14-09-2017, 17:39   #2
radiacja
 
Leminkainen's Avatar
 
Reputacja: 38002 Leminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputację
Abe z zainteresowaniem rozejrzał się po tym co zostało z ładowni po czum przycisnął przycisk komunikatora
-Abe do mostka, wszyscy w komplecie? Priorytety dla DC? Alex?
Wysłanie komunikatu było takze swego rodzaju testem systemów statku, przede wszystkim czy komunikatory są w dobrym stanie, Abe odepchnął się i podryfował do najbliższej konsolety chcąc zapoznać się z ekranem, po drodze obrócił się żeby przyjrzeć się feralnemu ładunkowi
 
__________________
A Goddamn Rat Pack!
Leminkainen jest offline  
Stary 16-09-2017, 14:03   #3
 
Szkuner's Avatar
 
Reputacja: 7182 Szkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputacjęSzkuner ma wspaniałą reputację
Co ja bym dał za paczkę mocarnych fajek...
- Ptaszyny moje, tutaj stary. Meldować obecność - rozejrzał się po otoczeniu upewniając, że sektor jest w komplecie. - Słyszę cię Abe, mostek cały. Priorytetowo nawiąż kontakt z Alex. Ładownia, jaki stan?
Chwycił niewielką wtyczkę w trzęsące się od feralnego skoku palce, którą podpiął się pod ocalałą aparaturę komunikacji z komputerem pokładowym. - Alex, Alex. Czy Alex mnie słyszy? Iskierko moja, przekazuj pełne informacje o Acheronie i proszę o szczegółowe wypunktowanie załogi. Przygotuj mapę uszkodzeń, poślij do DC kiedy nawiążesz bezpośredni kontakt.
Skierował uwagę na monitor skanerów pokładowych. Sprawdza stan tego delikatnego sprzętu, który mógł ulec niefortunnym uszkodzeniom. Jeżeli potwierdzi, że zasilanie awaryjne szczęśliwie dotarło do trzewi profesjonalnego systemu łączności, zażąda wizji na otoczenie ich kosmicznej jednostki.
- Obyście dzieciaczki wszystkie żywe były. - Siłą obolałych rąk odchylił się wraz z krzesłem przymocowanym do acheronowego wnętrza ruchomym, plaststalowym ramieniem, nawiązując kontakt wzrokowy z resztą członków sektora. Wiedząc, że nikogo nie brakuje, pięścią postukał w hełm własnego skafandra i posłał do Teddy szeroki uśmiech i okeya, świadczącego o, mimo wszystko, dobrej robocie. W końcu mogli skończyć w bebechach każdej znanej im gwiazdy, a to wiązałoby się z kurewsko nierozwiązywalnym problemem.
- Linda, kochanie moje - jego wesoły głos, choć mdły od tańczących pogo kiszek, na nowo odezwał się w słuchawkach ocalałych towarzyszy - łapaj sprzęt i szykuj się na meldunki naszej ślicznej załogi, ktoś mógł oberwać. - Kiedy Alex dostarczy do Tichego mapkę drużyny, ten niezwłocznie wyśle ją do pięknej sanitariuszki. - Kto może niech podpina się pod Gniazdo, uszkodzenia mogą być poważne, nie wyfruńmy niepotrzebnie poza dom.
 

Ostatnio edytowane przez Szkuner : 16-09-2017 o 14:24.
Szkuner jest offline  
Stary 16-09-2017, 15:24   #4
 
Satrius's Avatar
 
Reputacja: 3497 Satrius ma wspaniałą reputacjęSatrius ma wspaniałą reputacjęSatrius ma wspaniałą reputacjęSatrius ma wspaniałą reputacjęSatrius ma wspaniałą reputacjęSatrius ma wspaniałą reputacjęSatrius ma wspaniałą reputacjęSatrius ma wspaniałą reputacjęSatrius ma wspaniałą reputacjęSatrius ma wspaniałą reputacjęSatrius ma wspaniałą reputację


Kurwa, kurwa, kurwa!
Tak brzmiała pierwsza myśl Veronici kiedy skutki feralnego skoku opuściły jej ciało i umysł na tyle, że mogła odzyskać częściowe nad nimi panowanie. Dryfowała za burtą w bezkresnych połaciach kosmosu przyglądając się zniszczeniom jakich doznał statek. Jej sytuacja malowała się w ponurych barwach, załoga najprawdopodobniej również odczuwała silne skutki uboczne podróży a dodatkowo musiała opanować rozpadającą się korwetę. Na szczęście ubrany przed skokiem kombinezon był w jednym kawałku co dawało jej zasoby cennego czasu.
-Veronica do mostku! Veronica do mostku! Słyszycie mnie?!- zaczęła nadawać z nadzieją, że komunikator głosowy nie uległ uszkodzeniu. -Na Boga przyślijcie tu kogoś po mnie, bo jeżeli umrę to was ZABIJĘ!
 

Ostatnio edytowane przez Satrius : 16-09-2017 o 22:25.
Satrius jest offline  
Stary 16-09-2017, 22:01   #5
Świat Mroku
 
Mi Raaz's Avatar
 
Reputacja: 73987 Mi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputację
Ucieczka.

Inżynier stał przed konsolą rozszerzonej rzeczywistości. Nad trzema matowymi płytami falował holograficzny obraz. Spływały na niego dane ze wszystkich systemów maszyny. Zaczęło się. Potrzebowali mocy do wejścia w nadprzestrzeń. Ludzie wielokrotnie w historii pokazywali, że nie znają żadnych granic. Reaktor zimnej fuzji który mieli na pokładzie był tego dowodem. Człowiek, który ujarzmił energię gwiazd. Jeszcze w XX wieku do przeprowadzenia reakcji fuzji potrzeba było wytworzyć temperaturę od 4000 do 7000 kelwinów. Co dawało ujemny bilans energetyczny i skreślało samą fuzję jako źródło energii.

Później nastąpił przełom. Poeta powiedziałby, że uwięziono moc gwiazd. Rohan nie był poetą. On wiedział, że dobranie stereospecyficznego katalizatora pozwoliło obniżyć energię aktywacji procesu o kilkanaście milionów dżuli. Wykres wulkaniczny wskazywał, że optymalna temperatura procesu mieści się w przedziale między 402 a 635 Kelwinów. A to już ledwie 129 stopni Celsjusza. Ciut więcej niż potrzeba do zaparzenia herbaty. A potem się zaczyna. Wytwarzanie praktycznie nieograniczonej ilości energii. Reaktor, który mają na pokładzie byłby w stanie zaopatrzyć w energię elektryczną całą planetę Ziemię w połowie XXI wieku. A wytworzony nadmiar pewnie wysłałby w kosmos. Rohan lubił patrzeć na ów cud techniki gdy był sam w pomieszczeniu reaktora.


Było to największe pomieszczenie stanowiące część maszynowni. Serce statku.

Rohan był tu nie przypadkiem w tym momencie. Z poziomu maszynowni nie mógł obejść procedur bezpieczeństwa. Kolejna “odmowa” wyświetlająca się na holograficznym ekranie wskazywała na to, że z panelu przy samym reaktorze nie będzie mu dużo łatwiej.

Potrzebowali dużo więcej energii niż bezpieczne procedury pozwalały wytworzyć. W końcu inżynier ruszył w stronę ściennych paneli i wyszarpnął jeden z nich odsłaniając plątaninę kabli. Ręcznie przepiął kolejne trzy z nich. Właśnie wracał do panelu kontrolnego, gdy coś trafiło w statek. Potężny wstrząs i światła zgasły. Choć w pomieszczeniu reaktora było grubo powyżej dwustu stopni, to Rohan czuł jak jego plecy pokrył zimny pot. Zaczęło się. Nie słyszał kolejnych trafień. Nie mógł słyszeć. Komunikacja leżała bez Alex. A Alex leżała bez zasilania. Impuls EM zresetował wszystko.

Cóż, za ironia, właśnie miałem to zrobić.

Pomyślał Rohan odwracając się na brzuch. Po uderzeniu pocisku EM inżynier padł jak kłoda. Teraz zaś zaciskał zęby i czołgał się w stronę konsolety. Sekundy się ciągnęły. Zaczęły zapalać się kolejne lampki. Zdecydowanie za dużo czerwonych. Poczuł w końcu ukłucie z tyłu głowy. Implanty uruchamiały się i uzyskiwały ponownie dostęp do jego sieci neuronowej. Pierwsza podłączyła się różniczka, co zaowocowało myślą, że ma jakieś 34 sekundy zanim skończy się reset nóg. Przeklnął szpetnie, jednak żadne słowo nie wydobyło się poza kombinezon.

Niczym kaleka wciągał się po konsolecie, gdy wreszcie reset się zakończył. Nogi znów stały się pewną podporą. W tym samym czasie zaczęły pojawiać się komunikaty od Alex.

Za dużo czerwonych lampek.

Nie było na to czasu. Musiał dokończyć zbieranie energii. Monitor powitał go komunikatem “Reaktor fuzyjny 141 - rozruch testowy”. Twarz inżyniera rozpromienił uśmiech. Niżej mrugał czerwony napis: “Systemy bezpieczeństwa wyłączone - sprawdź połączenie”.

Kolejny wstrząs. Rohan wiedział, że teraz życie załogi jest w jego rękach. Ręce zaczęły mu się trząść. Zagryzł zęby. Temperatura w kombinezonie już przekraczała 50 stopni. Oddychało się coraz ciężej. Kombinezon wydał się ciasny. Za chwile miał uruchomić procedurę, którą wszystkie możliwe protokoły definiowały jako “zagrożenie życia”. Na moment pochwycił obiema dłońmi panele konsolety. Zacisnął na nim palce. A czas biegł nieubłaganie. W końcu wymierzył sobie siarczysty policzek, który trafił w transparentne tworzywo stanowiące osłonę hełmu. Rohan dla bezpieczeństwa powiększył sobie klawisze na systemie AR. Zaczynał swoje czary. Zmieniał ścieżkę rozpadu i syntezy wewnątrz generatora. Lewą ręką zamykał kolejne ostrzeżenia. Prawą wprowadzał kolejne komendy. Szlak fuzji miał biec już nie do relatywnie bezpiecznego Kalifornu 249. Zamiast tego rozszerzał się, przecinał w innych miejscach. Tymczasem w głowie inżyniera nie było miejsca na pomyłki. Dziesięć megaelektronowoltów przy połowicznym rozpadzie co 1,38 milisekundy, dodać energię z dalszych rozpadów. Flerow? Moskowium? Za mało. Ale większa szansa na przeżycie. Ledwie nadążał śledzić komunikaty sterownika reaktora. Moskwium nie wystarczy. Fuzja musi biec do ogonezyny i tenezyny. Tyle, że jej nie zatrzyma po minięciu krytycznego potencjału. Jeszcze raz przeliczył rozpady. Ogonesson 294, 11,6 megaelektronowoltów co 0,89 milisekundy. Rozpad do Livermoru 290, neutrony, nadmiarowy hel i kolejny rozpad. Do Flerowu 286. I dalej do Kopernika 282. Wystarczy, musi wystarczyć.

Zatwierdź!

Trochę zbyt paniczne uderzanie w wyświetlane klawisze poprzedziło zamknięcie konsolety i wycofanie się inżyniera z pomieszczenia reaktora. W kombinezonie było zbyt gorąco, żeby poczuł blisko sto stopni różnicy między pomieszczeniami. Ale to jeszcze nie był koniec pracy. Musiał przygotować się na wejście w nadprzestrzeń, a reaktora nie obejmowała “strefa życia”. W końcu dotarł do właściwej części maszynowni. MiTzu odruchowo zaczął podskakiwać gdy jego sensory wykryły Rohana. Prymitywny robo-pies nie orientował się w sytuacji. Choć wyraźnie odczuł zaprogramowaną radość na powrót swojego pana. Rohan chwycił uprząż i przypiął się do ściany w objętej strefą życia częścią maszynowni. Spojrzał na wyświetlacz w hełmie. Ustawił jeszcze tryb odzyskiwania powietrza, bo wskaźnik wskazał 12% pojemności, a jego migający pomarańczowo wskaźnik był przysłaniany przez multum innych czerwonych świateł nadających przerażający wygląd maszynowni.

Skok.

Rohan poczuł znajome szarpnięcie gdy statek wykonał skok. 1124 skok w życiu inżyniera. 328 skok bez bramy. Kiedyś myślał, że do tego przywyknie. Nigdy nie przywykł. Zwłaszcza, że dokładnie rozumiał ideę. Zbierali energię przewyższającą energię słońca. Wszystko po to, żeby przełamać lustro morza Diraca. Pozornej przestrzeni dającej się opisać jedynie za pomocą liczb zespolonych. Tak naprawdę po przekroczeniu tej niewidzialnej granicy statek wchodził w stan pozorny, między materią i antymaterią. Pojedyncze atomy statku przeskakiwały w przestrzeniu łamiąc zakaz Paulinga. Ich statek formalnie w tym momencie nie posiadał masy. Prędkość światła z jednej strony nie była już granicą, z drugiej strony nie istniała w wymiarze pozwalającym na zrozumienie jej przez przeciętnego człowieka. Strefa życia zaś była skondensowanym źródłem interferencji blokującym przeskoki elektronowe wewnątrz organizmów żywych. W strefie życia znajdowału się też procesory Alex. Mniej skomplikowane układy elektryczne i mechaniczne nie były podatne na uszkodzenia wynikające z przesunięcia pojedynczych atomów. Nawet reakcja biegnąca w reaktorze nie mogła pójść w innym kierunku. W końcu system bezpieczeństwa czuwał.

Przed oczami inżyniera pojawiło się wspomnienie trzech kabli przepiętych w inny obwód. Zagryzł zęby myśląc co może pójść źle. Zawsze w takich momentach irytowało go to, że wiedział jak to wszystko działa. Ile dałby za błogosławieństwo ignorancji.

“Wydajność 140% maksymalnej wartości. Moc wzrasta do kwadratu co każde 194 sekundy” Głosił napis na monitorze. Niebieski. Przez moment Rohan się zastanawiał, czy to kwestia pozostania w trybie testowym, czy raczej oprogramowanie nie przewidywało wystąpienia takiego problemu. Szybko odpędził to niepotrzebne rozważanie i sięgnął do najbliższego panelu sterującego. Przez wizjer w drzwiach do pomieszczenia reaktora widział uszkodzenia. 194 sekundy, cholera. Nie miał aż tyle czasu.

Głównym problemem w czasie “pływania” w Morzu Diraca był nadmiar energii. Nadprzestrzeń składała się z cząstek materii i antymaterii, które w równym stopniu łamały zakaz Paulinga o obejmowaniu wakatów elektronowych. Gdy materia statku przemieszczała się to każdy przeskok generowal energię. Dlatego po samym “zanurzeniu się” reaktor należało wyłączyć i chłodzić. Tyle, że pewnych reakcji chemicznych nie można było przerwać. Reaktor musiało rozsadzić. Teraz inżynier myślał jak zminimalizować efekty wybuchu. Jednocześnie odczyty wskazywały kurczenie się strefy życia. Szybko odłączył kolejne systemy. W tym momencie nikt nie przejął się, że bateria ekstraktorów wirówkowych przestała oczyszczać ich ekskrementy i produkować wodę pitną. Systemy syntezy jedzenia też nie będą potrzebne. Kolejnym odciętym systemem było ogrzewanie statku. Przez chwilę walczył ze sobą, żeby otworzyć nawiewy z reaktora do systemów wentylacyjnych, ale jeżeli nastąpi wyciek, to napromieniuje cały statek.

Gdy nastąpi wyciek.

Poprawił się w myślach.

Drzwi komory reaktora wygięły się do wnętrza, a zbrojone szkło syntetyczne pokryło się pajęczyną pęknięć. Dobra, o ile różniczka się nie myliła, to za 98 sekund generator wybuchnie, a taki wybuch w nadprzestrzeni stworzy nową gwiazdę. Nadał komunikat na mostek. Lakoniczny, ale taki był Rohan.

“Wybuchniemy za 20 sekund, chyba, że wyskoczymy”


Wywołał na konsoli odpowiednie skróty i czekał. Miał zaufanie do ludzi na mostku. Dlatego podał im błędny czas. Żeby przyspieszyć decyzję i dać sobie jeszcze chwilę na reakcję. Nie musiał czekać długo.

Hamowanie.


Skok zakończył się przedwcześnie. Fenomen. Będą się o nich uczyć z podręczników nawigacji, inżynierii i innych. Nawigator zrobił swoje. Teraz jeszcze inżynier musiał.

Kompozytowe nogi wyprostowały się błyskawicznie. Rohan przełączył się na mobilną konsoletę, żeby nie tracić czasu. Jedno, drugie, trzecie kliknięcie i otworzyły się kolejne grodzie. Nadmiar energii przekierowano do silnika nadprzestrzennego. Jonowy dawno by spłonął. Czerwone alarmy na przenośnej konsoli wskazywały, że nadprzestrzenny też spłonie bezpowrotnie. Grodzie uwolniły nadmiar energii zgodnie z obliczeniami Rohana. Patrzył nadal w konsoletę, gdy drzwi broniące dostępu do reaktora wyrwane siłą wybuchu cisnęły nim o przeciwległą ścianę. Na moment rozległ się alarm dekompresyjny w kombinezonie. Podłączenie tlenu, który się ładował zerwało się. Na szczęście kombinezon zamknął uszczelkę i Rohan nadal mógł działać z 41% zapasem. Unosił się bezwładnie. Ale żył! Udało się. Grodzie pozwoliły wyprowadzić energię wybuchu reaktora przez silnik za statek. Przestrzeń kosmiczną rozdarł “mistyczny promień śmierci” a to, co wyrwało drzwi i pchnęło Rohana sam inżynier nazwał w głowie “pierdnięciem towarzyszącym”. Gdyby za ich statkiem była planeta, to prawdopodobnie zabiliby na niej całe życie. Na pewno wywołaliby atomową zimę.

Na szczęście kosmos ma dość sporo wolnego miejsca. Energia wybuchu rozproszyła się, zabierając ze sobą bezpowrotnie ich silnik nadprzestrzenny. Za to osłona reaktora była wszędzie dookoła. Powbijana w ściany.

Krajobraz po bitwie.

Wskazania kombinezonu potwierdziły przypuszczenia Rohana. W maszynowni nie było powietrza. Szybko dojrzał otwór wielkości dłoni. Odbił się w jego stronę sięgając po pancerz w spraju. Szybował kolejne metry w pomieszczeniu i na moment odwrócił się. Po drugiej stronie maszynowni zobaczył otwór w miejscu jednej ze ścian. Wyrwa miała jakieś trzy metry średnicy. Inżynier schował pancerz w sprayu i odetchnął głęboko. Musiał zająć się innymi problemami.

W komorze reaktora brakowało jeszcze więcej ściany. Reaktor był rozerwany. W powietrzu rozgrzane izotopy formowały okrągłe krople. Rohan ucieszył się, że grawitacja nie działa. Przy gęstości tych materiałów te krople ważyłyby po dwadzieścia kilogramów.

Inżynier z trudem odbił się z powrotem do maszynowni. Zastukał dwa razy w hełm. Włączył komunikację głosową. Usłyszał komunikat z mostku.
- Straciliśmy część maszynowni, silnik nadprzestrzenny, mamy dekompresję i wyciek radioaktywny. Poza tym ze mną dobrze. Jeżeli macie wolne moce przerobowe, to nie będę narzekać na pomoc. Alex, jesteś? Odetnij maszynownię na jakiś czas i podaj mi uprząż spacerową. MiTzu! Gaśnica!

Po chwili przez wyrwę w ścianie maszynowni wleciał sześcian nie przypominający już psa. Popychał przed sobą dużą czerwoną butlę. Alex z jakiegoś powodu nie podała uprzęży. Być może komunikat nie dotarł. Albo problemy przerosły ich SI. W końcu inżynier wyciągnął ręcznie uprząż awaryjną z podłogi. Pozwalała ona na ruch w obszarze kilku metrów. Cóż, to musiało wystarczyć. Wpiął linę do pasa, pochwycił gaśnicę i poszybował do ich nowego, mobilnego Czarnobyla. W zasadzie nie było czego ratować.

- MiTzu, Burzyciel! Aport!

Sześcian wyleciał na zewnątrz.
Rohan gaśnicą spróbował odepchnąć unoszące się wkoło krople promieniotwórczego paliwa. Już pierwsze odpalenie gaśnicy pchnęło nim o w stronę ściany maszynowni. Jęknął przy uderzeniu o ścianę, po czym odbił się z powrotem, żeby ocenić skalę zniszczeń. Nie było sensu gasić reaktora. Inżynier wiedział, że reakcji nie da się zatrzymać. Zaczął zwalniać zaczepy reaktora. Nie było powodu taszczyć ze sobą śmiecia. 194 sekundy do kwadratu mocy. Jakaś godzina do kolejnego wybuchu. Dwa z sześciu zaczepów zwolnił bez problemu. Trzy były rozerwane wybuchem. Ostatni był nadtopiony. Rohan spróbował rozciąć go multinarzędziem. MiTzu wrócił z młotem.

- Tnij przewody.

Robot uruchomił mini palnik i zaczął rozcinać szereg kabli.
Plan był prosty. Wybić młotem resztki reaktora gdzieś w kosmos. Rohan aktywował magnesy w kombinezonie, żeby nie odbijać się z każdym uderzeniem w nieokreślonych kierunkach. Machanie młotem było miłą odmianą po intensywnej pracy umysłowej.
 
__________________
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób lub zdarzeń jest całkowicie przypadkowe.

”Ludzie nie chcą słyszeć twojej opinii. Oni chcą słyszeć swoją własną opinię wychodzącą z twoich ust” - zasłyszane od znajomej.

Ostatnio edytowane przez Mi Raaz : 18-09-2017 o 13:52. Powód: Dodano informacje o zaczepach magnetycznych, edytowany fragment podkreślono.
Mi Raaz jest teraz online  
Stary 16-09-2017, 22:24   #6
 
Carras's Avatar
 
Reputacja: 0 Carras ma z czego być dumnyCarras ma z czego być dumnyCarras ma z czego być dumnyCarras ma z czego być dumnyCarras ma z czego być dumnyCarras ma z czego być dumnyCarras ma z czego być dumnyCarras ma z czego być dumnyCarras ma z czego być dumnyCarras ma z czego być dumnyCarras ma z czego być dumny
"Papa" przez cały pościg zachowywał się normalnie, paplał w nieskończoność o swoich akcjach w MLN'ie, opowiadał rubaszne żarty i zanudzał opowieściami o tradycjach wojskowych jego rodziny. Próbował odciągnąć myśli swoje i kompanów, od nieuchronnego starcia. Siedzieli jak krety, w korytarzu prowadzącym do kapsuł wyrzutowych,w miejscu gdzie w takich sytuacjach przebywali "bezrobotni" załoganci. Gdy zaczęło się robić gorąco, tuż przed pierwszym trafieniem jego niski głos zawibrował na kanale ogólnym:

- Jak wyjdziemy z tego cało to golę swoje wąsy! A wiem, że wszyscy chcecie to zobaczyć, więc widzimy się rybeńki!

Po tych słowach zacisnął rękawice na szelkach bezpieczeństwa i przymknął powieki, starał się uspokoić, choć adrenalina i krew buzowały w nim tak, że olbrzymem lekko potrząsało.

Merde!

- wyrwało mu się z ust, gdy jego ciało wraz z siedziskiem uderzyło o przeciwległą ścianę macierzystej jednostki, a jego waga nie była w tym wypadku jego sojusznikiem. Wraz z utratą grawitacji stracił na chwilę orientację i dobrą minutę obracał się leniwie wokół własnej osi. Moment zajęło mu wydostanie się z fotela, wtedy pobliski wybuch rzucił go na ścianę. Zanim stracił przytomność pomachał do Lindy na znak, że żyje i będzie jej potrzebował.

Ocknął się dopiero po wyjściu z nadprzestrzeni. Dochodził do siebie patrząc na mijające go wolno fragmenty statku i przedmioty z różnych przegród. Zastanawiał się właśnie cóż może robić skrzynia z prowiantem w luku desantowym, gdy otrzeźwił go głos kapitana.
I dotarło do niego, że przeżył.

O matko, matulu...

Łapał oddech z trudnością.

No Rohan, dałeś radę niedźwiedziu. Żyjemy. Połamie Ci żebra w uścisku.

Głupawy uśmiech nie schodził mu z twarzy, rozejrzał się nieprzytomnie po pomieszczeniu, stwierdzając z ulgą, że gorzej już nie będzie.



- Ptaszykshshsh... tutaj starszszszszszk, meldować obecność.
- Mostek, tu Papa, mamy tu nadprogramowe patio. Czekam na instrukcję.

Patrząc na wyrwę w kadłubie odruchowo przypiął się do najbliższej uprzęży. Starał się jak najbardziej przylgnąć do ściany by uspokoić rozedrgane ciało. Lewe ramię pulsowało mu nieznośnym bólem przy każdym skręcie, ale wydawało się sprawne. Po chwili ujrzał drobną postać dryfującą na zewnątrz wyrwy.

Była jeszcze dość blisko, gdyby wyciągnął się na uprzęży dotarłby do niej bez większego problemu. Poczekał, aż postać się z nim zrówna i odepchnął się w jej stronę. Wyciągnął ręce...chwila niepewności...Udało się! Jean zagarnął Nivi sprawną ręką, drugą trzymając się uprzęży stalowym chwytem.

- Mam Cię dezerterze!

Przez zaparowany wizjer Nivi dostrzegła spoconą, ale rozświetloną charakterystycznym szerokim uśmiechem twarz Papy.
W drodze powrotnej, wspinając się mozolnie wraz z Niv, rozglądał się czy przypadkiem ktoś jeszcze nie znalazł się poza gniazdem.

- Tichy ptaszki wyfrunęły. Jednego złapałem, możesz mi dać priorytet na rescue? Znajdę jakiegoś jet'a i oblecę gniazdo.
 

Ostatnio edytowane przez Carras : 18-09-2017 o 17:01.
Carras jest offline  
Stary 17-09-2017, 13:20   #7
 
Aiko's Avatar
 
Reputacja: 86214 Aiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputację
Red siedziała w swojej kajucie uśmiechając się. W końcu był spokój! Żadnych idiotycznych walk, ucieczek, ryzykownej roboty. Prosta sprawa, musieli przewieźć pakunek z punktu A do punktu B. Pakunek, a nie jakichś ludzi, zwierzaki. Pogwizdywała bez pośpiechu czyszcząc swoją broń. Może jak tak dalej pójdzie będzie miała chwilę by sprawdzić zapasy amunicji Acherona, a kto wie, może nawet wyskoczy na spacer by zerknąć na działka. Choć mogła to zrobić gdy dotrą na miejsce. Może dla odmiany zostanie co nieco kasy by się nimi zająć!


Nie wiedziała co ją zaniepokoiło. Może lekkie przeciążenie, może lekkie drżenie sprężyny zamka. Szybko zgarnęła części i po chwili pojawiło się pierwsze uderzenie. Na szczęście uprząż wytrzymała
- Co kurw… - Poczuła, że stracili grawitację. Szybko zaczęła montować broń z powrotem. - Nie, nie, nie… - Cały ten błogi spokój. Ciszę, odpoczynek. Wszystko to diabli wzięli.

Nim zdążyła wpaść na pomysł odpięcia uprzęży, poczuła jak weszli w nadprzestrzeń.
- Zajebiście… - Chwyciła jakąś latającą zasyfioną w smarze szmatkę nim ta postanowiła trafić ją w twarz. - Po prostu zajebiście.

Czerwona poświata oświetlenia awaryjnego doprowadzała ją do furii. Znowu. Znowu władowali się w jakieś cholerne kłopoty. Tichy powinien dostać jakąś nagrodę za ściąganie na siebie całego g tego wszechświata.

Red wsunęła broń do kabury i chwilę potem poczuła jak wychodzą. Cholernie narowiście jak na Teddy. Wszechświat zamarł i ucichł. Stracili powietrze… wspaniale, po prostu doskonale. Valentine wypięła się z uprzęży i chwytając się ścian, podpłynęła do ekranu. Z coraz bardziej poirytowaną miną przeczytała komunikaty.

Cytat:
Człowiek za burtą!.
Pożar w magazynie torped.
Cudownie… Bo akurat tam musi być jeszcze cholerne powietrze! Szybko wbiła wiadomość do panelu i przesłała ją na mostek.

Cytat:
Idę do torped. Red.
Zapierając się o umocowany na stałe do podłogi stół, otworzyła drzwi do kajuty i wypłynęła na korytarz. Przez chwilę wahała się czy mimo wszystko nie zwiewać jak najdalej się da. W końcu jednak uznała, że jak torpedy rąbnął to i tak może być po nich. Chwytając się tego co się dało, ruszyła w kierunku magazynu, po drodze zgarniając jakąś gaśnicę. Miała nadzieję, że powietrze zostało tylko przy torpedach i jak je wyssie, to wszystko zgaśnie. Wizja gaszenia, czegoś co Alex nazwała pożarem, tą popierdółką którą miała w dłoni, nie brzmiała optymistycznie.
 
Aiko jest offline  
Stary 18-09-2017, 01:14   #8
 
Perun's Avatar
 
Reputacja: 67890 Perun ma wspaniałą reputacjęPerun ma wspaniałą reputacjęPerun ma wspaniałą reputacjęPerun ma wspaniałą reputacjęPerun ma wspaniałą reputacjęPerun ma wspaniałą reputacjęPerun ma wspaniałą reputacjęPerun ma wspaniałą reputacjęPerun ma wspaniałą reputacjęPerun ma wspaniałą reputacjęPerun ma wspaniałą reputację
Było źle. Bardzo źle, ale jeszcze nie tragicznie. Mostek atakowały dziesiątki komunikatów o awariach, rozszczelnieniach kadłuba, uszkodzeniach, pożarach i niesprawnych podsystemach. Część szwankowała, inne nie odpowiadały. Jeszcze inne odmówiły współpracy, spalone przez wyładowania towarzyszące nagłemu skokowi bez odpowiedniego przygotowania.
Drake wracał powoli do życia w czym przeszkadzały zawroty głowy i nudności. Wolał nie myśleć jak blisko śmierci się znaleźli. Acheron otarł się o nią, wraz z nim cała załoga.
- Na pewno płacą za ten kurs tyle ile mówili? Urwało nam działka z przodu. Alex zrób analizę systemów obronnych… kiedy skończysz sprawdzać najważniejsze - powiedział swoim powolnym, monotonnym głosem, patrząc na panel sterowania. Oberwali, tracili energię i utknęli w bliżej niezidentyfikowanym miejscu… ale żyli. Udało się im uciec razem z ładunkiem. Na razie.

Rohan i Teddy dokonali cudu. Leon w życiu nie brał udziału w podobnie dramatycznym hiperskoku. Widział na konsolecie skaczące słupki wykresów i dziwił się jakim cudem udało się im skoczyć i nie rozwalić się na kawałki. Ale to nie był koniec. Ich kłopoty dopiero się zaczynały.
- Veronica uspokój się, daleko nie odlecisz. Sprawdź kombinezon. Nie masz uszkodzeń? Bez nagłych ruchów. Jean zaraz cię zgarnie. - odezwał się do pokładowej hakerki… poza pokładem. Przekierował te okruchy mocy z nieczynnej teraz artylerii na resztę sieci ze szczególnym uwzględnieniem maszynowni. Inżynier musiał mieć niezły pieprznik po numerze który właśnie odwalili. Na razie nie bronili się przed niczym poza wewnętrznymi uszkodzeniami. Pozostałe działka mogły spać spokojnie.
 
__________________
Jak zaczęła się piosenka, tak i będzie na końcu,
Upał na ulicy i plamy na Słońcu.

Hej, hej…
Perun jest offline  
Stary 22-09-2017, 22:53   #9
Krucza
 
corax's Avatar
 
Reputacja: 61642 corax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputację





Słowa jej ulubionej piosenki przewodniej były ostatnimi jakie świadomie zarejestrowała w słuchawkach doktor Norton nim Acheron dokonał skoku.

Gdzieś tam też zaświeciło się też pytanie, czy to aby nie ironia losu, bo przecież miało być pięknie.
Mieli machnąć prostą robotę.
Mieli ją załatwić w mgnieniu oka.
Mieli wyjść w końcu na prostą.
Mieli... przejebane...
... i to u Floty.

Podejrzliwość Lindy sprawiła, że po tych wszystkich rozmówkach, pocałunkach przez chusteczkę i negocjacjach z jednostką Floty, Norton sama chciała sprawdzić co za wielkie gówno zabrali na pokład.

Już nawet przekonała samą siebie, żeby zacząć skromnie, jakimś skanem ładunku... już nawet była w drodze do ładowni, gdy Alex wszczęła alarm.

Biegiem wróciła do medlabu słysząc echo:

This time it's goodbye trouble
I feel the light at the end of this tunnel
I get stronger with every step


Pamiętała falę adrenaliny zalewającą jej ciało, gdy Alex usłużnie wypluła uprząż.
Pamiętała pikanie smartwatcha na nadgarstku, wszczynającego jej własny prywatny alert. Pospieszała samą siebie, zachęcając do szybszego wpięcia się.

Przed pierwszym uderzeniem trzy razy sprawdzała czy medlab jest gotowy na przyjęcie rannych. Łapiąc zapasy medpaków, sama ze sobą zrobiła kilka zakładów, o to kto i jak bardzo oberwie. Acheron odczuł pierwsze skutki pościgu Floty, Alex wypluwała raporty na temat statusu poszczególnych członków załogi i statku, a ona ciągle słyszała:


Come Hell, come high water
You push on me I'm going to push back harder
I got a whole lot more than a little bit left


Uderzenie miotnęło Lindą do przodu, przeciążenie skoku wycisnęło jej powietrze z płuc i gdy zapadła nieprzenikniona ciemność, lekarka poczuła przez chwilę przemożną panikę myśląc, że to koniec.

W stanie chwilowego szoku nie była w stanie odetchnąć głębiej. Dłonie zaskoczonej Norton same szukały urazów dziwnie bezwładnego ciała, choć jej ścisły umysł nie przyjmował możliwości zgonu.

Oh, so don't put dirt on my grave just yet
Oh, don't put dirt on my grave just yet

I wtedy Alex ożyła…
...a Linda w końcu odetchnęła z ulgą...no dobra. Odetchnęła na tyle, ile mogła.

Acheron w strzępach, pożar, człowiek za burtą...
Zdyscyplinowana profesjonalistka wrzasnęła na samą siebie:
„First thing first!”

Uporczywe dzwonienie w zablokowanych nagle uszach i brak koordynacji kończyn, Norton złożyła na karb braku grawitacji. Może to i lepiej, bo nie usłyszała czułego tonu kapitana nazywającego ją kochaniem. Kaszlnęła, próbując odblokować uszy i gdzieś z oddali usłyszała własny głos:
- Norton melduje się... – słaby a wciąż chłodny i pozbawiony emocji -... panie kapitanie.

Oficjalne tytułowanie jakoś nigdy nie zniechęciło Tichego do tego słodkiego ćwierkania, które wywoływało wewnętrzny grymas Lindy. Teraz nie wiedziała czy to to, czy może jednak iskierka irytacji zaczynała sprowadzać jej świadomość do odczuwającego nudności ciała. Jedynie wysiłkiem woli opanowała rosnące w przełyku torsje.

- Alex... raport o stanie i lokacjach zespołu – kontynuowała wyciszonym tonem Królowej Lodu.

Nie czas był teraz na jej słabość!

Oh, so don't put dirt on my grave just yet
Oh, don't put dirt on my grave just yet

W zwolnionym tempie przepłynęła przez medlab i sięgnęła po swój zwykły pakiet: medskaner i medtoola. Z narzędziami pod ręką czuła się jak w domu:
– Norton gotowa.
 

Ostatnio edytowane przez corax : 23-09-2017 o 12:34.
corax jest offline  
Stary 23-09-2017, 15:40   #10
Elitarystyczny Nowotwór
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 145387 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację
Trudno przekonać samego siebie, że miejsce, w którym przebywamy, jest naszym domem, i to nie zawsze jest to miejsce, w którym tkwi nasze serce. Czasami się udaje, a czasami nie. Nomadyczny tryb pracy nie ułatwiał zapuszczenia korzeni. Wieczna, niekończąca się ucieczka przed kłębiącymi się za plecami cieniami, zbyt zimnymi, by móc stawić im czoła. Nawarstwiały się, kumulowały, aż w końcu zajmowały całą przestrzeń, czarnymi mackami sięgając żywego ciała, oplatając je i tłamsząc. Wtedy nadchodził czas zrywu. Dzikiego, szaleńczego biegu na przełaj, gdzie kierunek i cel traciły na znaczeniu.
Ucieczka, exodus… ratunek. Przed tym, z czym za żadne skarby świata nie chciało się ponownie mierzyć. Pojęcie domu traciło na znaczeniu, degradując się do przestrzeni zagospodarowanej w danej chwili. Małym wycinku wszechświata, zajętym na potrzebę paru najbliższych dób.

Każdy miał strefy, do których uciekał, czując zniechęcenie dniem codziennym. Zwykłe, ludzkie przemęczenie. Smutek, żal, albo gorycz, doprawione ciężką do sklasyfikowania tęsknotą, trawiącą wnętrzności na podobieństwo solidnej porcji siarkowego kwasu. Życie najemnika nie przypominało w niczym statycznej, poukładanej pod linijkę egzystencji laboratoryjnej myszy - przeważał w nim stały ruch, a także niepewność co do dnia następnego. Nie można było być pewnym gdzie tym razem grupę poniesie los, jakie niebezpieczeństwa czy przeszkody postawi im na drodze. Czy dane im będzie dożyć do końca aktualnego dnia, tygodnia. Miesiąca. Lecz… co dalej i co tym razem przyjdzie im pożegnać, chowając w sercach następną, nieumiejącą się wyleczyć zadrę?
Życie musiało mieć własną geografię. Barwy, góry, różnorodność.Jeżeli tego nie miało, znaczy, że mieszkało się na księżycu lub pośrodku pustyni; i kiedy człowiek przyjrzał się temu miejscu, przekonywał się, iż tylko najbardziej niesamowite, najbardziej zawzięte jaszczurki oraz owady mogą przetrwać tam, gdzie poza chłodem lub gorącem nie ma nic więcej.

Nivi już dawno temu zrozumiała tą zasadniczą lekcję, płynącą z nauki trwania w ich nieskończonym praktycznie wieloświecie: żeby przetrwać, musisz się nauczyć żyć bez niczego. Pierwszy umiera optymizm, po nim miłość, na końcu nadzieja. Mimo tego musisz trwać, gdyż tylko w legendach może przetrwać to, co w naturze przetrwać nie może. Tylko legenda i mit nie znają granic możliwości. Starała się więc otoczyć duszę skorupą i układać choć najbliższe otoczenie na tyle, na ile pozwalały warunki, przerabiając zajmowaną kajutę tak, by móc się w niej schować i przez parę godzin poczuć… normalnie.


Nie trzymała tam broni, zrezygnowała z holoekranów na rzecz przeszklonych półek i szafek, wypełnionych najróżniejszymi okazami fauny oraz flory, zebranymi podczas podróży. Krok po kroku adaptowała teren na potrzeby zadania, wydając zarobione kredyty na filtry, pompki i termostaty, zasilane osobnym, niewielkim generatorkiem, zdolnym utrzymać przy życiu jej piaskownicę nawet podczas zawirowań ogólnego SPŻ.

Z uporem maniaka kolekcjonowała różnorodne żyjątka, opiekując się nimi troskliwie i zapewniając warunki jak najbardziej zbliżone do naturalnych. Misja po misji powiększała latający ogród, dodając coraz to nowe elementy aż do momentu, w którym brak przestrzeni zmusił ją do wywalenia łóżka na rzecz olbrzymiego akwarium dla stawonogów - te lubiła najbardziej. Drobne, pokryte chitynowymi pancerzykami istoty, zdolne przetrwał chłód, głód, a także wysokie promieniowanie. Fascynowała ją prosta, lecz wydajna budowa, oraz różnorodność przybieranych form. Zajmowanie się nimi pozwalało jej oczyścić głowę, zebrać rozbiegane myśli i wbić się w sztywny, utarty schemat wymaganych zachowań.

- Damy radę, już się tak nie przejmuj. Trzeba wierzyć, że się uda. Wszystkiego nie przewidzisz i nie dopilnujesz - chropowaty głos dobywający się spomiędzy szklanych tafli przerwał ciszę, zmuszając grzebiącą w akwarium kobietę do odwrócenia uwagi od pracy.

- Więc co, mam nas powierzyć opatrzności kosmicznej, boskiej istoty której nikt nigdy nie widział, ani nie zdobył dowodów potwierdzających jej istnienie? - mruknęła, nie odrywając wzroku od wykonywanej czynności. Czekał ich hiperskok, musiała sprawdzić czy wszystko w jej azylu jest należycie przygotowanie i zabezpieczone. Nie chciała wracać do pobojowiska, pełnego połamanych roślin oraz martwych owadów. - Religie, które nie dostosowują się do zmian naukowych i społecznych, są moim zdaniem skazane na zanik.

Do jej uszu doleciało rozbawione prychniecie, będące czymś pośrednim między ironią, a okazaniem niezadowolenia z wałkowanego wiecznie tematu.
- Nie wszystko da się zmierzyć i zważyć, albo zobaczyć gołym okiem. Religia i nauka mogą iść w parze, a nie występować przeciwko sobie przy każdej nadarzającej się okazji.

Biolog wzdrygnęła się, prostując plecy i spojrzała przez ramię, krzywiąc się gdy luźny kosmyk rudych włosów załaskotał ja w nos.
- Zbiór przekonań może się rozwijać i zachować znaczenie tylko wtedy, gdy reaguje na najpoważniejsze zarzuty, jakie można wytoczyć przeciw niemu. Religie dla własnego dobra powinny zachęcać do sceptycznej oceny dowodów, na których opierają się ich fundamentalne zasady. - Dmuchnęła celem posłania go gdzieś na tył głowy.

- Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę - męski głos zaśmiał się, a Larsen widziała jak jego właściciel kręci głową z wystudiowaną naganą.- A co z nadzieją, konsolacją i otuchą w ciężkich chwilach?

- Nie neguję, że religie zapewniają pociechę i wsparcie, są podporą emocjonalną i mogą być użyteczne społecznie. Z tego jednak nie wynika, że powinny być chronione przed krytyką i sceptyczną analizą -
wstała powoli, zamykając hermetyczną pokrywę akwarium i po raz ostatni sprawdzając czy wszystko gra - Twierdzę, że jeżeli jakiś system wierzeń nie może przetrwać krytyki, to nie warto go głosić. Te, które są w stanie przetrwać krytyczną ocenę, zapewne zawierają przynajmniej jądro prawdy.

Wśród zieleni i szkła zapanowało milczenie, mącone raptem przez szum elektronicznej aparatury, stanowiącym nieodzowny element wnętrza kajuty. Zaraz dołączyło do niego zmęczone stękniecie, z jakim Larsen opadła na przytwierdzone do podłogi krzesło. Ułożyła splecione dłonie na blacie stolika, opuszczając kark i przymykając do kompletu oczy. Czuła się zmęczona, choć nie zaczęli nawet właściwej części zadania.

- Powinnaś iść, przygotować się - razem z dźwiękiem pojawił się dotyk na ręku. Subtelny, delikatny. Niosący pocieszenie skuteczniej niż najlepsza modlitwa.

Piekące powieki podjechały do góry i Nivi przez krótką chwilę podziwiała kontrast między bielą własnej skóry i ciemną powierzchnią spoczywającej na niej kończyny.
- Martwię się Edgar - przyznała wreszcie, układając usta w lekki uśmiech, jakże niepasujący do powagi wypowiadanych słów - Za bardzo mi to zadanie śmierdzi. Niby robiliśmy wcześniej podobne numery…

- Będzie dobrze. No już, nie myśl o tym, bo skończysz jak Teddy
- dotyk ze śródręcza przesunął się przedramienia, przywracając spokój - Skończycie robotę, zawiniemy do portu i wyskoczymy na miasto. Rozerwiesz się trochę, bo od tego siedzenia w zamknięciu dziczejesz. Trzeba cię wreszcie ucywilizować zanim zaczniesz się rzucać i warczeć na obcych - uśmiechu nie widziała, ale słyszała go wyraźnie, przez co sama uśmiechnęła się szerzej.

- Brzmi świetnie, akceptuję ten plan... i co ja bym bez ciebie zrobiła? - westchnęła, gładząc czule śliski pancerz i wpatrując się lśniące niczym okruchy polerowanego obsydianu oczy.

- Wciąż mieszkałabyś na Ziemi i pracowała dla Federacji? - podpowiedział z rozbawieniem, wspinając się wyżej po ramieniu aż usadowił się wygodnie na barku dzięki czemu pogłaskanie bladego policzka nie sprawiało żadnych trudności - Miałabyś normalny, stacjonarny dom, laboratoria uniwersyteckie… nie tą marna namiastkę Acherona.

- I miałam im cię zostawić?
- prychnęła za złością na samą myśl. Wstała i przeparadowawszy pod ścianę, sięgnęła stojący tam miniaturowy kontener do transportu okazów naukowych - Zamęczyliby cię. Nie mogłam na to pozwolić - Metalowe wieko uniosło się z sykiem, a ona gestem zaprosiła Edgara do środka, podstawiając dłoń aby mógł bezpiecznie i wygodnie zejść. Obserwowała jego wędrówkę odnotowując w pamięci, by po powrocie zainwestować w większy transporter. Mierzący już półtorej dłoni przyjaciel Larsen nie narzekał, jednak miał tam coraz ciaśniej.
Dopiero gdy znalazł się wewnątrz, zamknęła pokrywę i przymocowała całośc do ściany. Przez przezroczystą szybę widziała jak kręci się, próbując znaleźć dogodną pozycję, aż w końcu zamarł w bezruchu, wpatrzony w nią przez cienką szybę, a jej zrobiło się nieprzyjemnie. Wiedziała, że nie znosił zamknięcia, lecz jaki mieli wybór?


- To dla twojego dobra - powiedziała przez ściśnięte gardło, przytykając do lustrzanej tali wskazujący palec. Po drugiej stronie zakończona miniaturowymi pazurkami kończyna wykonała identyczny gest, dotykając ogrzewanego ciepłem żywego ciała miejsca.

- Wiem mała, nie przejmuj się. Są chwile, by działać i takie, kiedy należy pogodzić się z tym, co przynosi los. Poczekam tu na ciebie. Zawsze będę czekał. Powodzenia - zamajatał czułkami w geście pocieszenia, a ona cofnęła rękę walcząc z dławiącą kulą zapychającą tchawicę. Przez ostatnie pięć lat zbyt wiele razy to już robili. Nie lubiła się z nim żegnać, niepewna czy któreś z nich nie zginie przez nadchodzące godziny.


Konieczność siedzenia w jednym, przypiętym uprzężą bezpieczeństwa miejscu przez parę bitych godzin, nie działała dobrze na nerwy. Tak samo jak świadomość psów gończych, spuszczonych ze smyczy Floty i podążających śladem Acherona, który niczym mityczna łajba Charona, przemierzał zimne, czarne wody kosmosu, wioząc na pokładzie stracone dla świata żywych dusze. Stracone w chwili, gdy od strony marines wypuszczono pierwsze rakiety. To już nie była pogoń, tylko nagonka. Polowanie weszło w ostatnią, najbardziej śmiercionośną fazę, mogącą zakończyć się tylko w jeden, jedyny sposób.
Zaczęło się dobrze, a nawet świetnie. Przechwycili towar, ulokowali go bezpiecznie na pokładzie, po czy rozwinęli żagle, zmierzając do punktu docelowego. Mniej-więcej wtedy zaczęło się pierdolić. Komunikaty trepów, wpierw uprzejme i fachowe, z każdą mijającą minutą robiły się coraz bardziej natarczywe, przechodząc do jawnych oskarżeń i rozkazu zatrzymania jednostki celem dokonania inspekcji na jej pokładzie.
Podobne zachowanie obudziło dopiero co zduszone pytania, kołaczące gdzieś z tyłu czaszki.

Czym był pakunek, co zawierał? Czy był aż tak niebezpieczny, jak sugerowało zachowanie mundurowych? Ewentualnie zawierał coś, co pracodawca przemytników jawnie i bez skrępowania podpierdolił z wojskowego magazynu. Nowa generacja broni? Szereg fiolek ze śmiercionośnym wirusem? Wszak sam oznakowany kontener stanowił raptem opakowanie. Prawdziwa przesyłka tkwiła wewnątrz i jak Larsen znała życie, z pewnością nie musiała wypełniać formy po brzegi. Doskonale pamiętała, jak swego czasu Edgara przewożono w czymś podobnym.
“Nie myśl, to i tak bez znaczenia. Nie teraz, nie w tej chwili.” - mieliła raz po raz pod kopułą wciąż to samo, próbując zakląć rzeczywistość i jednocześnie znaleźć zajęcie dla postawionego w stan najwyższej gotowości mózgu, wsadzonego w nieruchome, przeczepione do ściany ciało, równie bezradne co przewrócony na grzbiet żuk. Zdecydowała się zająć opowieściami Jeana, odrobinę pomogło. Już nie zgrzytała zębami aż do zdarcia szkliwa.

Jakże nienawidziła bezradności. Konieczności tkwienia w jednym punkcie bez możliwości wzięcia własnego losu w spracowane ręce. Powierzenia życia komuś trzeciemu, w tym wypadku dwójce załogantów - Teddy i Rohanowi. Larsen słyszała ich rozmowy przez komunikator - pierwsze okrzyki i przekleństwa lecące w eter wraz z początkiem kanonady. Odczuła aż za dobrze serię trafień kadłuba i jego drżenie, będące kumulacją otrzymywanych obrażeń, oraz gotowaniem się do hiperskoku. Nerwowego, panicznego, na skraju wytrzymałości silnika, który zmierzał do najlepszego, by wybuchnąć.

Tak się na szczęście nie stało, choć czy dziękować ludziom, czy siłom wyższym? Nivi bez chwili wahania stanąłby murem przy pierwszej opcji. Ledwo weszli w nadprzestrzeń zacisnęła mocno powieki, walcząc z powodowanymi sporym przeciążeniem strachem. Bezapelacyjnie skoki były tym, co najmniej z podróży lubiła. Nie dane jej jednak było dojść do siebie. Ledwo wyskoczyli, cholera wiedziała gdzie, coś uderzyło ja w bok. Puściła uprząż a niemrawe wciąż ciało podryfowało w powietrzu, okręcając się dookoła własnej osi i machając rozpaczliwie kończynami.

Wstrząsana i zmieszana biolog, spojrzała na przypięty do nadgarstka panel, lśniący wymowną, złowróżbną wręcz czerwienią. Ustrojstwo, zpełnie jak jej zwichrowany łeb, wyświetlało wciąż ten sam komunikat.
[MEDIA]http://i.imgur.com/2X0VzKW.gif[/MEDIA]
Brak grawitacji, brak tlenu, brak perspektyw. Uszkodzenia poszycia, instalacji elektrycznej, silnika… z szeroko otwartymi oczami kobieta śledziła listę wyświetlanych przez Alex awarii, zapominając, że w sumie nie jest do niczego przyczepiona, a bok statku praktycznie nie istnienie. Głupi zwykle więcej mieli szczęścia, niż rozumu. Nim do rozkojarzonego rudzielca doszło, że zaraz śladem Veronici wyleci w próżnię, silny i stanowczy uścisk zakleszczył jej nogę, po czym przyciągnął do siebie. Usłyszała Papę, mówił do niej… tak, zdecydowanie do niej. Ona zaś odwzajemniła wyszczerz, spoglądając z fascynacją, jak w rytm mimiki twarzy łysola, poruszają się jego wąsiska. Drgały i falowały, przypominając wieloczłonowe odnóża… piękny widok.
- Dzięki - przełamała w końcu stupor po wybitnie awaryjnym hiperskoku, dobywając z siebie ludzki głos. Wzdrygnęła się przy tym, zaczynając ogarniać co się tak naprawdę dzieje. Mieli przejebane… ale wciąż dychali! Nie było tragedii!
- Zostaw wąsy, łap za linę! - rzuciła, rozglądając się dookoła - Trzeba się nam połatać i spierdalać póki chłopcy z Floty się zgubili. Złapać Verę... Albo puścimy za nią drony! - drgnęła, odpalając ponownie panel.Przeglądała najbliższe zabawki Rohana, gotowa podpiąć się pod tą wciąż sprawną i mogącą się im przydać akurat w zaistniałej sytuacji. Miało sens, masę sensu.
Pozwalało stłumić niepokój o to, co działo się w jej kajucie, wewnątrz miniaturowego transportera.

 
__________________
Living Dead Owl

"I am the bad one, distant and cruel one.
I am the dream that, keeps you running down."

Ostatnio edytowane przez Zombianna : 23-09-2017 o 19:57. Powód: Literki bolą...
Zombianna jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:22.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169