Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 02-10-2017, 08:35   #1
Konto usunięte
 
Kenshi's Avatar
 
Reputacja: 11249 Kenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputację
[Horror, 18+] Wesołego Halloween


29.10.2016,
miasteczko Devils Lake,
58301 Dakota Północna,
hrabstwo Ramsey,
Stany Zjednoczone



evils Lake było niewielkim, niespełna siedmiotysięcznym miasteczkiem, jakich pełno można było znaleźć na terenie Stanów Zjednoczonych. Mała, hermetyczna społeczność, lokalne tajemnice i zatargi, przy okazji wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich - tak w skrócie można było opisać tę miejscowość, jak i jej podobne. Co wyróżnialo Diabelskie Jezioro spośród innych tego typu mieścin, to fakt, że miasteczko tytułowało się "Salem Północnej Dakoty" i taki napis można było znaleźć na znaku wjazdowym i w kilku charakterystycznych miejscach Devils Lake. I nie było w tym stwierdzeniu przesady, gdyż od początku piętnastego wieku do końca siedemnastego palono tu i poddawano próbie wody kobiety uznane za czarownice. Lokalne archiwa podawały, że w związku z tym procederem, życie miało stracić ponad sto osób. Do tej pory ludzie z miasteczka wierzyli w przeróżne historie i zabobony, włącznie z tym, że las przylegający do Devils Lake oraz niewielkie jezioro nieopodal są nawiedzone przez potępione dusze pomordowanych czarownic szukających zemsty na żywych.

W ostatnich dniach tego typu spekulacje przybrały na sile, gdy w miniony piątek, na terenie pola kukurydzy należącego do nieżyjącego już starego Douglasa znalezioną zwłoki zaginionej przed tygodniem Penny Worthington. Trzydziestolatka pracowała w lokalnej aptece, emanowała zawsze pozytywną energią i nie miała wrogów w miasteczku. Tym bardziej szokujące były okoliczności zbrodni - ciało odnaleziono przebrane za jednego ze strachów na wróble i przymocowane do drewnianego krzyża, a w mieście mówiło się, że sam szeryf Dwyer zszokowany był stanem denatki - ponoć Penny wydłubano oczy i odcięto język, oprócz tego wielu uszkodzeń zwłok dokonało okoliczne ptactwo. Nie odnaleziono żadnych śladów należących do potencjalnego mordercy, co czyniło sprawę jeszcze bardziej tajemniczą i szokującą. Czy zrobił to ktoś lokalny, czy może jakiś przejezdny turysta? W końcu wielu takich odwiedzało Devils Lake, by kupić pamiątki związane z czarownicami i odwiedzić miejsca, w których dokonywano ich egzekucji. Szeryf Dwyer na wszelki wypadek wydał oświadczenie, w którym prosił, by kobiety samotnie nie wracały po zmroku do domu, a właściwie najlepiej by było, gdyby nikt nie szwendał się nocą po miasteczku.

To mogło być o tyle kłopotliwe, że zbliżało się Halloween, jedno z najważniejszych dla Amerykanów świąt, hucznie obchodzone również w Devils Lake. Niewiele osób wiedziało, że zwyczaj ten pochodził bezpośrednio od celtyckiego Samhain, obchodzonego z okazji końca jesieni a początku zimy. Kapłani celtyccy wierzyli, iż w dzień ten zacierała się granica między zaświatami a światem ludzi żyjących, zaś duchom, zarówno złym, jak i dobrym, łatwiej było przedostać się do świata żywych. Wierzono, że bóg śmierci Samhain sprowadzał wtedy na ziemię dusze osób zmarłych w minionym roku, aby odpokutowały swoje występki. W związku ze śmiercią Penny, miasteczko huczało od plotek, a od niektórych staruszek można było usłyszeć najbardziej niedorzeczne historie, łącznie z tymi, że to mściwe czarownice zamordowały pannę Worthington. Nie zmieniało to faktu, że Devils Lake szykowało się do Halloween, a świadczyć o tym mogły pięknie udekorowane wystawy sklepowe na głównej ulicy. Z jednej strony ludzie odczuwali niepokój, że mogą mieć wśród swoich mordercę, z drugiej, nie potrafili tak po prostu odpuścić corocznej tradycji.




Rylee Carpenter spędzała kolejne leniwe przedpołudnie w sklepie ezoterycznym "Baba Yaga's Broom". Odkąd świętej pamięci babcia zapisała jej w spadku dom i magiczny sklepik z różnościami, stało się to dla młodej kobiety pracą na pełen etat. Zresztą, w miasteczku takim jak Devils Lake, ktoś w jej wieku musiał uważać przejęcie rodzinnego biznesu jako uśmiech losu, gdyż młodzi ludzie zwykle grzebali swoje marzenia o dobrym życiu na kasie w jedynym w miasteczku supermarkecie i tylko nieliczni wyjeżdżali, żeby coś zmienić. Rylee należała do tej części społeczeństwa Devils Lake, która nie miała zamiaru zostawić miasta. Tu czuła się jak w domu, tu zapuściła korzenie. I choć nigdy jakoś specjalnie nie przepadała za szpargałami z babcinego sklepu, to siłą rzeczy, pomagając jej od najmłodszych lat, nauczyła się co nieco o samym asortymencie, jak i prowadzeniu takiego biznesu.

A wybór towaru był całkiem bogaty - od książek o paleniu czarownic na tych terenach, sile umysłu, magii, wróżeniu z kart Tarota, run, zwykłych talii kart, czy o szukaniu inspiracji i wsparcia w taliach anielskich, przez szeroką gamę amuletów i talizmanów - ze srebra, złota, czy innych stopów metali, po karty do wróżenia, świece, kadzidła, świece zapachowe, zioła i herbaty ziołowe, magiczne akcesoria, czyli obrusy, tablice Ouija, puchary, dzienniki magiczne i mnóstwo innych. Zwykle jej klientami byli turyści, choć mieszkańcy również zaopatrywali się w przeróżne towary, dlatego na ruch w interesie nigdy nie narzekała. Niektórzy w Devils Lake mogli jej nawet zazdrościć dziennego utargu.

To był dzień jak co dzień. Obsłużyła kilku turystów, którzy kupili parę książek, wisiorków i świec, a teraz miała chwilę dla siebie. Słuchała indie rocka sączącego się z głośników rozstawionych pod sufitem sklepu i układała pasjansa na telefonie, gdy skrzypiące drzwi oraz dzwoneczek przy nich zaanonsowały nowego gościa. Wyszczerzyła się, widząc uśmiechniętą twarz Luke’a Harmona, swojego narzeczonego, który niósł przed sobą spore, wypełnione czymś pudło.


Młody mężczyzna był wysoki i dość dobrze zbudowany. Zmierzwione włosy, trzydniowy zarost oraz przenikliwe spojrzenie niebieskich oczu nie pozwalały przejść obok niego obojętnie, przez co w Devils Lake miał swego czasu masę adoratorek. Popchnął nogą drzwi, żeby szybciej się zamknęły i nie wpuszczały do środka zimnego wiatru, po czym podszedł do lady, rzucając pudło na blat.
- Cześć, kochanie, nie przeszkadzam? - Zapytał, obdarowując Rylee czułym pocałunkiem.
Ubrany był typowo dla siebie, czyli w jeansy i niebieską koszulę w kratę. Ale to, jak zawsze pachniał, doprowadzało kobietę do szaleństwa. Uwielbiała te perfumy Armaniego, w które sama go zaopatrywała przy najróżniejszych okazjach.

 
__________________
[i]Don't take life too seriously, nobody gets out alive anyway.[/i]
Kenshi jest offline  
Stary 02-10-2017, 20:30   #2
 
Tabasa's Avatar
 
Reputacja: 9922 Tabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputację

W końcu nadeszła upragniona i wyczekiwana przez Rylee jesień. Sama w sumie nie wiedziała, dlaczego uwielbiała te zimne miesiące, ale było w nich coś magicznego i w jej mniemaniu idealnie pasowały do klimatu Devils Lake, starych domów i budynków w centrum, które swoje widziały na przestrzeni wieków. Uwielbiała jesień. Za grzane wino, gorącą czekoladę, pachnący cynamonem dom. Za ciepłe koce i zaparowane okna. Za mgłę, która witała ją rano, gdy zbierała się do pracy. Za świeczki rozpalane nocą. Poza tym popołudnia w październiku pachniały już zimą, a to była kolejna jej ulubiona pora roku. Czasami łapała się na tym, że mogłaby tak stać i stać, oddychając chłodnym, rześkim powietrzem. Większość ludzi narzekała wtedy na zimno, deszcz, wiatr i pluchę, a ona budziła się do życia. Uwielbiała to.

Tak samo uwielbiała Halloween, które nadchodziło wielkimi krokami. Kostium zamówiony przez internet czekał już w szafie na tę mistyczną noc, gdy zacierała się granica między życiem a śmiercią. Pomimo trzydziestu lat na karku, Rylee wciąż wierzyła w te wszystkie nadnaturalne rzeczy, głównie za sprawą babci Janice, która ją wychowała i od najmłodszych lat zaznajamiała z paranormalnymi sprawami. Czasami jako dziecko widziała, jak babka wróżyła mieszkańcom Devils Lake z kart, albo przygotowywała jakieś ziołowe napary. Biorąc pod uwagę historię miasteczka, Rylee w dziecięcej naiwności uważała Janice za czarownicę, ale starowinka zawsze zbywała to stwierdzenie śmiechem, mówiąc, że taki ma po prostu pomysł na życie tutaj, co w połączeniu ze sklepem ezoterycznym mogło być prawdą. I choć Carpenter nigdy nie poznała swoich rodziców, nie mogła narzekać na to, jak wychowywała ją babka. Nigdy niczego jej nie brakowało, zwłaszcza miłości od strony nieżyjącej już Janice.


Obsłużywszy kilku klientów, zapaliła jedną ze świec Yankee Candle stojącą na kontuarze przy innych świecach zapachowych. Zdecydowała się na "Jesienny Wieniec", gdyż ten zapach przeplatał ze sobą woń kasztanów, jabłek, jesiennych liści, gruszki oraz sosny. Idealne zestawienie na ten ponury, szary dzień. Zrobiła sobie drugą już tego dnia kawę bez cukru i mając chwilę, przejrzała najnowsze wydanie "Devils Lake Courier". Jak zwykle większość wydania poświęcono tajemniczej, brutalnej śmierci Penny Worthington. Chodziły razem do szkoły, do równoległych klas i Rylee nie chciała sobie nawet wyobrażać, co jej koleżanka przeszła, nim na zawsze opuściła ten świat. Wiedziała, że ten, kto dopuścił się tej podłej zbrodni, musiał być niezłym psycholem. Szeryf jak na razie nie miał żadnego tropu, więc na wszelki wypadek panna Carpenter zamykała sklepik wcześniej, gdy zaczynała się dopiero szarówka i wracała do domu w towarzystwie Luke'a, jeśli akurat nie musiał iść na drugą zmianę do pracy.

Luke Harmon to w ogóle był temat na długą opowieść. Znali się od dziecka, choć nie od razu się polubili. Chłopak był typem łobuza i na takie szare myszki jak Rylee nie zwracał uwagi. Dopiero, gdy w dziesiątej klasie potrzebował korepetycji z matematyki (a tak się składało, że Carpenter była najlepsza w te klocki), poznali się lepiej i po jakimś czasie zaczęli się spotykać na poważnie, czym Rylee nagrabiła sobie u lokalnych wielbicielek Luke'a. Bo Luke był najlepszą partią w szkole - kapitan drużyny futbolowej, wygadany, dowcipny, przystojny. I dopiero przy bliższym poznaniu zyskiwał jeszcze bardziej, gdy odkrywał tę wrażliwszą stronę duszy. Byli ze sobą już tyle czasu, że Rylee straciła już rachubę, jednak w kwestii uczuć nic między nimi się nie zmieniło. Cały czas kochali się mocno i niezmiennie, jak na początku związku.


Z rozmyślań wyrwał ją głośny dźwięk dzwonka przy drzwiach, a gdy uniosła wzrok znad gazety, uśmiechnęła się szeroko, widząc Luke'a wchodzącego do sklepu. Na sercu od razu zrobiło jej się cieplej, a w podbrzuszu poczuła motylki. Nieco zaskoczył ją widok wielkiego, wypchanego pudła, które po chwili wylądowało przed nią na ladzie.
- Ty nigdy nie przeszkadzasz - powiedziała wesoło, odwzajemniając całusa. Wskazała palcem na pudło. - A to co? Jakiś prezent dla mnie, który się zawieruszył, a teraz odnalazł?
- Daj spokój, przecież nie przyniósłbym ci niezapakowanego prezentu. - Mężczyzna prychnął i otworzył pudło. - Ostatnio nie miałaś czasu, żeby udekorować wystawę sklepu na Halloween, więc postanowiłem przyjść z pomocą. Pozbierałem trochę starych ozdób ze strychu i zaraz coś tutaj podziałamy, bo już tylko dwa dni do... - Strzelił palcami, próbując sobie przypomnieć brakujące słowo.
- Samhain? - Rylee uniosła brew.
- Dokładnie, Samhain - rzucił z uśmiechem. - Nigdy nie mogę zapamiętać tego słowa. Wolę Halloween. - Puścił jej oczko. - W samochodzie mam drugie pudło, gdyby było potrzebne.
- Oki doki, chociaż nie sądzę, żeby trzeba się było fatygować, mam małą wystawę. - Uśmiechnęła się. - Ty nie w pracy?
- Wziąłem sobie kilka dni wolnego, wracam dopiero trzeciego listopada. Poradzą sobie beze mnie, poza tym w związku z tym morderstwem, wolę mieć cię na oku - rzucił, wyciągając z pudła różne rekwizyty. Lampki, plastikowe dynie, drewniane przywieszki w kształcie czarownic na miotle i wiele innych.
- Super, spędzimy w końcu więcej czasu razem. - Uśmiechnęła się, jednak zaraz spochmurniała. - Szkoda mi Penny... To była taka wesoła dziewczyna...
- Mi też jej szkoda, ale nic z tym już nie zrobimy
- odrzekł Luke. - Możemy tylko robić wszystko, żeby sytuacja się nie powtórzyła.
- Myślisz, że to ktoś lokalny?
- Nie mam pojęcia.
- Harmon wzruszył ramionami. - Jak żyję, nie pamiętam, by w naszym miasteczku miała miejsce taka sytuacja. Z drugiej strony, każdy człowiek ma jakieś tam mroczne oblicze, no nie? Różnie może być. Trzeba mieć oczy i uszy szeroko otwarte.
- Ale kto mógłby być aż tak porąbany, żeby bogu ducha winnej dziewczynie wycinać język i oczy. Brrr... na samo wspomnienie tego robi mi się zimno. - Rylee objęła się rękoma.
- Ludzie, zwłaszcza w takich małych miasteczkach, mają swoje tajemnice i czasami to, co widzimy na co dzień, to tylko przykrywka dla ich prawdziwej natury. No ale nie myśl o tym więcej, bo będziesz mieć w nocy koszmary. - Puścił jej oczko i pocałował w czoło. - Chodź, udekorujemy twoją wystawę, a potem zamkniesz wcześniej i przejdziemy się do Mike'a na piwo.

Rylee uniosła brew.
- Dzisiaj nie mogę, skarbie. Chciałam zamknąć wcześniej, żeby pojechać na cmentarz i zostawić świeże kwiaty na grobie babci. - Wyjaśniła.
- Spoko, to pojedziemy razem, potem zrobimy jakieś szybkie zakupy w Safeway'u i zakotwiczymy u ciebie. Pasuje ci?
- Jasne, świetny pomysł.
- Wyszczerzyła się. Perspektywa spędzenia z Luke'em wieczoru, a może i nawet nocy była strasznie nakręcająca i aż w dziewczynę wstąpiła pozytywna energia.
Szybko zabrali się za dekorowanie wystawy. Najpierw porozstawiali plastikowe dynie-lampiony, potem powiesili trochę pajęczyno-podobnego materiału pod sufitem, drewniane wiedźmy na miotłach poszły na środek, przyczepione do pomarańczowo-czarnych kawałków tektury. Na koniec Luke przytargał sporą, plastikową dynię, którą ulokował w donicy przed wejściem do sklepu. Całość prezentowała się całkiem okazale i klimatycznie.


- Jak dla mnie bardzo spoko - powiedział Luke, przypatrując się efektom ich pracy.
- Ładnie wygląda, to fakt. Dzięki, że przyjechałeś z tymi rzeczami, trochę niefajnie byłoby, gdyby mój sklep magiczny wyróżniał się na tle innych brakiem dekoracji - rzuciła, wtulając się w bok Harmona.
- Na szczęście już nie będzie, świetnie to ogarnęliśmy. - Luke przytulił Rylee do siebie i pogładził po ramieniu. - Chodźmy do środka, bo robi się coraz zimniej.
Istotnie, pogoda zaczynała się psuć. Wiał mocny wiatr, smagając leżące na chodniku i jezdni liście, a z ciężkich, ołowianych chmur spadały pierwsze krople deszczu. Choć zegar nad drzwiami pokazywał dopiero drugą, wydawało się, jakby było co najmniej po czwartej.
- A właśnie, przypomniało mi się. - Odezwał się Luke. - Bart nie da rady zorganizować imprezy Halloween'owej u siebie. Jego starzy jednak zostają w domu, wszystko jest odwołane.
- Niech to... a liczyłam na dobrą zabawę
- rzuciła Rylee.
- Nic straconego, zawsze możemy się przenieść do ciebie. - Zaproponował.
- Do mnie? - Postawiła oczy.
- A dlaczego nie? Masz duży dom na uboczu, będzie można głośniej posłuchać muzyki bez konieczności powiadamiania sąsiadów, no i na pewno będzie fajna atmosfera. - Luke wymienił wszystkie zalety takiego rozwiązania.
- No nie wiem... - Caprenter nie była przekonana.
- A co ci szkodzi? Zmienia się miejscówka, ale nie towarzystwo. Przecież będziemy tylko w czwórkę. Ty, ja, Bart i Althea. Będzie fajnie, zobaczysz. - Luke puścił jej oczko.
- Wiesz, jak zachowuje się Bart, gdy za dużo wypije... - Rylee skrzywiła się.
- Wiem, ale będę mieć na niego oko, obiecuję. W razie czego ustawię go do pionu - odparł Luke.

Kobieta westchnęła ciężko.
- No dobra, niech będzie. Ale jeśli zniszczy coś w domu mojej babci, to sam zapłacisz za naprawy. - Pogroziła Harmonowi palcem.
- Jasne, ale na pewno wszystko będzie w porządku, zobaczysz. - Mężczyzna wyszczerzył się, rozkładając ręce.
- Tylko problem jest taki, że mając imprezować u Barta, zupełnie nie przystroiłam domu.
- To żaden problem, zajmiemy się tym jutro. Skrzyknie się Altheę i Davisa, niech też się przyłożą. Masz jakieś dekoracje w domu, czy trzeba kupić?
- Coś się znajdzie na strychu, babcia co roku dokupowała nowe ozdoby.
- Rylee wzruszyła ramionami.
- No to świetnie, będzie fun, przekonasz się. - Luke chwycił za telefon. - Wyślę Bartowi info, że się zgodziłaś, a potem możemy zbierać się na cmentarz.
- Najpierw do kwiaciarni odebrać kwiaty. - Uśmiechnęła się do narzeczonego, po czym zgarnęła klucze spod lady. Zgasiła świeczkę i zabrała jesienną kurtkę wiszącą na starym, drewnianym wieszaku koło okna. - Gotowy?
- Oczywiście.
- Luke otworzył drzwi, puszczając Rylee przodem. Blondynka raz jeszcze omiotła spojrzeniem niewielką salę sklepu ezoterycznego, po czym zamknęła drzwi na klucz i ruszyła w stronę kwiaciarni "Blossom's Touch" znajdującego się po drugiej stronie ulicy. Zaletą bycia w centrum takiego małego miasteczka było na pewno to, że wszędzie było blisko i wszystko było niemal pod ręką.

 
Tabasa jest offline  
Stary 03-10-2017, 08:18   #3
Konto usunięte
 
Kenshi's Avatar
 
Reputacja: 11249 Kenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputację
otarcie do kwiaciarni mieszczącej się kilkanaście metrów po drugiej stronie ulicy, zajęło im chwilę. Właścicielka, Marjorie Watson, którą Rylee znała dosłownie od zawsze, przywitała ich szerokim uśmiechem, wymieniła z nimi kilka zdań i poszła na zaplecze po przygotowane wcześniej chryzantemy. Rylee zapłaciła i odebrała kwiaty, a gdy opuścili kwiaciarnię, skierowali się od razu do zaparkowanego nieopodal krwiście czerwonego Fiata 500 należącego do panny Carpenter.


- Jestem trochę za mały na tego twojego resoraka - rzucił Luke, próbując jakoś wygodnie wpasować się w fotel. - Jak już się pobierzemy, sprzeda się go i kupi ci coś większego.
- Co pali jak smok? Nie, dziękuję.
- Rylee odpaliła silnik. - Lubię mojego Fiata, dla mnie jest idealnym samochodem do poruszania się po okolicy. I nie zżera mi tyle pieniędzy na paliwo, co twój Range Rover.
- Duzi chłopcy lubią duże zabawki.
- Skwitował wesoło Harmon.
- Tak, zauważyłam to. - Caprenter pokręciła głową i szturchnęła Luke'a łokciem w bok, na co on się zaśmiał.
Chwilę później włączyła się do ruchu, kierując w stronę cmentarza.




Gdy dojechali na miejsce, pogoda nieco się poprawiła. Co prawda wciąż wiał przejmujący wiatr, ale przynajmniej rozgonił deszczowe chmury. Cmentarz miejski Devils Lake znajdował się już niemal za miasteczkiem i od kilku wieków był ostatnim przystankiem dla mieszkańców kończących swą ziemską wędrówkę. Rozległy teren otoczony był wysokim murem, zwieńczonym kutą, dwuskrzydłową bramą, od której odchodziło kilka wąskich ścieżek prowadzących do różnych części nekropolii. Od zachodu miejsce osłaniał gęsty, sosnowy las, a przez wyrwę w murze na cmentarz często zaglądały dzikie zwierzęta. Nawet dziś, Rylee i Luke trafili na trzy młode sarny grzebiące w zaschłych liściach pomiędzy mogiłami. Gdy tylko zauważyły ich obecność, zastrzygły uszami i czmychnęły do lasu.

Ruszyli wgłąb cmentarza, wchodząc na delikatne wzniesienie. Zewsząd otaczały ich krzyże i nagrobki, w powietrzu dało się odczuć dziwną, niepokojącą aurę. Ogołocone z liści gałęzie okolicznych drzew wyglądały jak wychudzone ręce kościotrupa, próbujące ich pochwycić. Na niektórych mogiłach próżno było szukać informacji o właścicielach - deszcz, słońce i wiatr zrobiły swoje, nie licząc się ze świętością tego miejsca. Mimo, iż cmentarz należał do małego miasteczka, był schludny i zadbany; opiekujący się nim ksiądz Cahill dbał o to miejsce tak, jak o swoich parafian. Na tyłach nekropolii znajdowała się niewielka kaplica, gdzie odprawiał nabożeństwa pogrzebowe. Rylee pamiętała czasy, kiedy w młodości przychodziła tutaj popijać alkohol, który jeden z kolegów podprowadzał rodzicom. Później ten kolega rozbił się po pijaku na drzewie i leżał gdzieś tutaj, razem ze swoją dziewczyną, którą zabrał w podróż do wieczności.

W końcu dotarli na grób zmarłej dwa lata temu babki Janice. Pozostawione tu wcześniej kwiaty zdążyły już zwiędnąć, więc Rylee podniosła je i podała Luke'owi, a w ich miejsce położyła świeże chryzantemy.
- Wyrzucę je i zaraz do ciebie wracam - powiedział Harmon.
Skinęła mu głową i odprowadziła wzrokiem, aż zniknął w alejce nieopodal. Spojrzała na nagrobek babci i zrobiło jej się przykro. Miała związanych z nią masę dobrych wspomnień i po prostu Rylee jej brakowało. Tyle rzeczy nie powiedziała, za tyle rzeczy nie przeprosiła. Teraz jednak nie miało to dla martwej Janice żadnego znaczenia. Leżała w zimnym, mrocznym grobie, zjadana powoli przez robaki. Taki był cykl życia i śmierci.

Nagle wiatr zawiał mocniej, ciskając w nią pożółkłymi, jesiennymi liśćmi. Gdy się z nich otrzepała i spojrzała na nagrobek, zamarła. Wybite na nim nazwisko i data śmierci babci zniknęły, zastąpione przez świeżo wyryte litery zmarłej. Rylee Dawn Carpenter. Jej pierwsze i drugie imię. Jej nazwisko. Poczuła, jak nogi się pod nią uginają, a z twarzy odpływa krew. Gardło ścisnął niepokój, gdy spojrzała na datę śmierci: 31.10. Halloween. Przeszył ją lodowaty dreszcz i dałaby głowę, że razem z wiatrem niosły się wypowiadane szeptem, złowieszcze słowa "Jesteś już moja". Poczuła na ramieniu czyjąś dłoń i aż podskoczyła w miejscu, a z gardła wyrwał się krótki krzyk. Odwróciła głowę i ujrzała Luke'a.
- Wszystko w porządku, skarbie? Wyglądałaś, jakbyś zobaczyła ducha. - Mężczyzna zmarszczył brwi. Wyglądał na przejętego.
Rylee spojrzała na nagrobek i oniemiała. Wszystko wróciło do normy. Imię i nazwisko babki, data jej śmierci i sentencja, którą dziewczyna sama dla niej wybrała. Czyżby miała jakieś przywidzenia?

 
__________________
[i]Don't take life too seriously, nobody gets out alive anyway.[/i]
Kenshi jest offline  
Stary 03-10-2017, 20:01   #4
 
Tabasa's Avatar
 
Reputacja: 9922 Tabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputację
Z dużym, pięknym bukietem chryzantem przyjechali na cmentarz. Rylee od razu po wyjściu z samochodu dosunęła zamek kurtki do samego końca, gdyż wiejący na otwartym terenie wiatr był dość dokuczliwy. Przekroczyli w milczeniu starą, nieco nadrdzewiałą bramę i ruszyli wysypaną żwirkiem alejką w stronę grobu babki Janice. Cmentarz był cichy i spokojny, oprócz nich nie było o tej porze chyba nikogo. Przynajmniej Rylee nikogo nie zauważyła.


Zawsze uważała, że cmentarz jesienną porą ma w sobie coś smutnego, a zarazem niepokojącego. I nie chodziło o zmarłych leżących w ziemi, bo ci nie mogli już nic żywym uczynić, tylko o samą atmosferę przemijania, straty, pustki. W młodości kobieta nie za bardzo zwracała na to uwagę, przychodząc tu na imprezy organizowane przez Howiego Howarda, który później skończył tragicznie swe życie i wylądował tu na zawsze wraz ze swoją dziewczyną, również imprezowiczką, która potrafiła niejednego chłopaka przepić. Ludzie często igrali z życiem swoim i innych, jakby uważali się za nieśmiertelnych. Nie przyjmując konsekwencji. I kończąc jak Howie i Rebecca.

Po dotarciu na miejsce spoczynku babci, Luke zobowiązał się wyrzucić stare, zeschnięte kwiaty, co skwitowała uśmiechem i delikatnym pocałunkiem. Gdy zniknął jej z pola widzenia, zmówiła krótką modlitwę i porozmyślała trochę o życiu, starając się nie wpędzić w przygnębiający nastrój. Brakowało jej babki, jej energii, ogarnięcia życiowego, mądrości. Niby czas leczył rany, ale w trudnych momentach Rylee łapała się na tym, że chciałaby się po prostu przytulić do Janice, wtulić w ten jej pachnący lawendą sweter i poczuć się jak za dzieciaka. Poczuć się bezpiecznie. Niestety, nie było na to już szans. Człowiek uświadamia sobie, że bez kogoś nie może normalnie funkcjonować dopiero, gdy go straci. I żałuje, że nie wykorzystał lepiej czasu z tą osobą.

Pociągnęła nosem i zamknęła na chwilę oczy, gdy wiatr cisnął w nią garścią jesiennych liści. Otworzyła je, zastygając w zupełnym zdziwieniu i czując, jak zaczyna ogarniać ją niepokój. Na nagrobku babci widniały teraz jej personalia i data śmierci. Wzdrygnęła się, widząc, że to ma się stać za dwa dni. Co to miało znaczyć? Ktoś robił sobie z niej jakieś nieprzyjemne żarty? Wpatrywała się w nagrobek jak otępiała, a przez wiatr - dałaby słowo - przetoczyły się jakieś złowróżbne słowa. Jesteś już moja? Czyli czyja? O co tu chodziło? Serce podeszło jej do gardła i mimowolnie krzyknęła, gdy ktoś jej dotknął. Z ulgą przyjęła, że to Luke, choć jeszcze przez długą chwilę nie mogła się uspokoić i skupić. Co najgorsze, napisy odnośnie Carpenter zniknęły z nagrobka i znów znajdowało się na nim nazwisko babki.
- Wszystko w porządku, skarbie? Wyglądałaś, jakbyś zobaczyła ducha. - Narzeczony patrzył na nią skonsternowany.
- T... tak, wszystko w porządku, po prostu myślałam trochę za dużo o babci - odparła niepewnym głosem, odchrząkując dwa razy.

Przecież nie mogła mu powiedzieć, że widziała na nagrobku swoje nazwisko i datę śmierci, bo by ją wyśmiał, a w najlepszym przypadku zbagatelizował. Choć po prawdzie, to Rylee też nie wiedziała, czy powinna się tym jakoś bardziej przejmować. Przecież to mogło być tylko przywidzenie i przesłyszenie.
- Strasznie zbladłaś, chodź już, nie ma co tak tkwić na tym zimnie. - Harmon objął ją w pasie. - Znając twoją babcię, sama by nie chciała, żebyś tak tutaj sterczała.
- Pewnie tak, zawsze o mnie dbała
- powiedziała smutno Rylee.
- Wiem coś o tym... Pamiętasz, jak mnie pogoniła z siekierą, gdy odkryła, że zakradłem się do ciebie na noc? - Zaśmiał się. - Chociaż do niczego między nami nie doszło, to Janice wiedziała lepiej. W każdym razie teraz ja o ciebie dbam i to się nigdy nie zmieni. - Luke pocałował ją w czoło. Jego perfumy sprawiały, że aż kręciło jej się w głowie.
- Cieszę się, że jesteś. Kocham cię - rzuciła, bo czuła, że chce mu to powiedzieć.
- Ja ciebie też - odparł i skinął głową. - No chodź, chodź. - Objął ją ramieniem, a Rylee poddała mu się i ruszyli do wyjścia z cmentarza.


Przez całą drogę do Safeway'a rozmyślała o tym, co wydarzyło się przy grobie babci i nieco jej nastrój zjechał, jednak starała się nie dać tego po sobie poznać Luke'owi. I tak znali się jak łyse konie, więc mężczyzna wyczuł, że coś ją gryzie, jednak zapewniała go, że to tylko zmęczenie i pogoda. W sumie może miała rację? Ostatnimi czasy pracowała naprawdę dużo i zostawała nawet po godzinach, żeby ogarniać zaplecze. Może rzeczywiście jej się przywidziało, bo cóż innego to mogło być? Umysł potrafił przecież płatać różne figle.


W supermarkecie, jak zwykle o tej porze, było sporo ludzi. Kogo by nie minęli, słyszeli tylko rozmowy na temat morderstwa Penny. Rylee miała wrażenie, że całe miasteczko ogarnia jakaś psychoza strachu. Wiadomo, to, w jaki sposób zginęła kobieta było obrzydliwe, ale trzeba było żyć dalej, zwłaszcza, że atak nie powtórzył się. Póki co. Carpenter doszła do wniosku, że zamartwianie się tym, czy ktoś na nią nie wyskoczy z bocznej uliczki było zupełnie bez sensu, tak, jak i przejmowanie się tym, co widziała na cmentarzu. Szybko odrzuciła te myśli i skupiła się na rozmowie z narzeczonym. Luke'owi od razu poprawił się humor, widząc, że się rozpogodziła i zaczęła nawet żartować. Nagle telefon zawibrował w jej kieszeni, zwiastując otrzymaną wiadomość. Spojrzała na wyświetlacz i uśmiechnęła się pod nosem. Althea chciała się spotkać nazajutrz.

Cytat:
Cześć, Stara. Spotkajmy się jutro na poranną kawę w "Jerry's Diner". Tak o dziewiątej. Najwyżej otworzysz swój sklepik z pierdołami trochę później. Nie zawiedź. XOXOXO.
- Coś ważnego? - Spytał Luke, patrząc na półkę z napojami musującymi.
- Tylko Althea, chce się spotkać jutro u Jerry'ego na kawę. Pewnie znowu chce się podzielić jakimiś ploteczkami - rzuciła Rylee.
- No i świetnie, powinnaś przebywać jak najwięcej wśród ludzi, a już zwłaszcza przyjaciół. - Harmon uśmiechnął się do niej. - Zostanę na noc, a jutro mnie odwieziesz do centrum i wtedy spotkasz się z A. Co ty na to?
- Proponujesz coś konkretnego na wieczór?
- Zapytała, poruszając brwiami.
- Przekonasz się. - Pocałował ją delikatnie.
- Ok, kupiłeś mnie. - Klepnęła go w tyłek, na co się teatralnie oburzył.
- Nie przy ludziach!
- Nie widzę tu żadnych.
- Zachichotała i obejrzała się za siebie. Alejka była zupełnie pusta.
- Odpisz lepiej Althei, że będziesz rano u Jerry'ego. - Luke szturchnął ją delikatnie w bok.
Kobieta szybko wstukała pozytywną odpowiedź i wysłała do przyjaciółki.
- Zrobione. A teraz kończmy już zakupy, bo się robię trochę głodna.
- Kobieta, która chce wcześniej kończyć zakupy? Jesteś prawdziwym skarbem, Skarbie.
- Zażartował Luke.
- No widzisz, jakie masz szczęście? - Puściła mu oczko. - Następnym razem przyjedziemy, jak mój brzuszek nie będzie mi przypominał, że czas na małe co nieco.
- Myślę, że będę mieć wtedy coś ważnego na głowie. Tak, na pewno
- rzucił wesoło i tym razem to Rylee się teatralnie oburzyła.
- Grabisz sobie, Lukasie Harmon. - Wyszczerzyła się.
- No grabię, jesień już w końcu. Tyle liści wszędzie. - Pokręcił głową i westchnął ciężko, a blondynka roześmiała się perliście.

Rozmawiając i żartując dokończyli zakupy, wrzucili do małego bagażnika Fiata 500 i ruszyli w drogę do domu panny Carpenter znajdującego się na obrzeżach Devils Lake. Pochłonięta dyskusją z Luke'em, Rylee zupełnie zapomniała o tym, co spotkało ją na cmentarzu. Przyjaciele byli jednak najlepszym remedium na różne troski.

 
Tabasa jest offline  
Stary 04-10-2017, 08:19   #5
Konto usunięte
 
Kenshi's Avatar
 
Reputacja: 11249 Kenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputację
a miejsce dotarli kwadrans później. Wykonany w wiktoriańskim stylu, piętrowy dom znajdował się przy wąskiej, szutrowej dróżce niemal na skraju Devils Lake. Tereny wokół porastały lasy, a od najbliższego domostwa oddalony był o dwie mile. Panowała już delikatna szarówka, gdy oboje wysiedli z samochodu, wyciągając zakupy z bagażnika. Dom z bliska prezentował się dość tajemniczo i niepokojąco. Ciemne okna zdawały się patrzeć na nowych gości tego pogrążonego w przejmującej ciszy miejsca.


Elewacja nie była odnawiana od co najmniej kilkunastu lat, deski schodów na werandę wyglądały na zdradliwe, a wokół domu rosły nieprzycinane krzaki i trawa. Wschodnią ścianę wieżyczki porastał bluszcz, część okien wciąż nie została wymieniona na nowe i z framug odchodziła farba. Miejsce wyglądało na stare i zaniedbane.
- Ilekroć tu przyjeżdżam, zawsze czuję się dziwnie - powiedział Luke, zerkając po oknach.
- Daj spokój. Wiem, że dom wygląda posępnie, ale w środku jest przytulny. I nie jest nawiedzony. - Rylee uśmiechnęła się szeroko, odbierając torby z zakupami.
- Wcale bym się nie zdziwił, gdyby był - rzucił mężczyzna. - Mógłby zagrać główną rolę w którymś ze slasherów. Nadawałby się idealnie.
- Pewnie tak, ale poczekaj jeszcze z rok, będzie wyglądać zupełnie inaczej. Odkładam pieniądze na renowację ścian, po remoncie powinien być bardziej... radosny
- odparła.
- Uważam, że powinnaś go sprzedać i przenieść się do mnie.
- Sprzedać?
- Caprenter postawiła oczy. - Ten dom przechodził z dziada pradziada na kolejne pokolenia. Nie mogę go ot tak sprzedać. Jest częścią mnie, mam z nim związane fantastyczne wspomnienia. Poza tym, babcia by tego nie chciała.
- Ok, rozumiem... powinnaś też pomyśleć, żeby jednak zamontować tu jakiś alarm. Zwłaszcza po tym, co się ostatnio wydarzyło. - Luke skrzywił się.
- Wiem, że się o mnie martwisz, skarbie, ale wszystko będzie w porządku. - Pocałowała go delikatnie. - Nie mam alarmu, ale za to w domu czeka czterdziestka piątka i strzelba dziadka. To z pewnością odstraszy potencjalnych złodziei.
- O ile będziesz miała szansę ich tym postraszyć.
- Oj, już nie bądź fatalistą. Do tej pory wszystko było w porządku, nie rozumiem, dlaczego miałoby się coś zmienić. Żyjemy w małym miasteczku, gdzie każdy każdego zna. Nie sądzę, by ktoś chciał włamywać się do domu mojej babki, bo tutaj tak naprawdę nie ma cennych rzeczy. - Rylee wzruszyła ramionami.
- Ok, skoro tak mówisz. - Luke wzruszył ramionami. - Ale i tak przez najbliższy czas będę u ciebie nocować.
- Bardzo mi z tego powodu miło.
- Uśmiechnęła się i przygryzła dolną wargę.
- Zbereźnik. - Harmon się roześmiał.
- Zbereźnik? Przecież nawet nic nie powiedziałam.
- Nie musiałaś. Wystarczy, że przygryzłaś wargę
- odrzekł mężczyzna, rechocząc. - Chodźmy, bo wieje po skarpetkach.

Zabrali zakupy i weszli po trzeszczących deskach werandy. Luke miał nawet wrażenie, że za chwilę któraś się złamie i wpadnie razem z nią w dziurę, jednak na szczęście nic takiego się nie stało. Rylee wygrzebała z kieszeni kurtki pęk dużych, starych kluczy i przez chwilę szukała odpowiedniego. W końcu wrzuciła klucz do zamka, przekręciła a drzwi otworzyły się z przeciągłym skrzypnięciem. Ze środka wylał się gęsty mrok, z którego wyskoczył niewielki zwierzak o białym futerku i przenikliwie niebieskich oczach. Miauknął, otarł się o nogi Rylee i Luke'a, po czym czmychnął gdzieś w krzaki.
- Cześć, Ganges, pa, Ganges - powiedziała wesoło Rylee.
- Zamknęłaś go na cały dzień? - Zapytał rozbawiony Luke.
- Pewnie przez przypadek, dzisiaj się spieszyłam, bo zaspałam. Zwykle wychodzi okienkiem w piwnicy, ale pewnie drzwi miał zamknięte.
- Biedak, trzymać siku przez cały dzień, nie zazdroszczę.
- Zaśmiał się Luke.
- Cholera, oby tylko nie narobił nigdzie w domu, wiesz jak ciężko wywabić zapach kociej uryny?
- Nie wiem, bo nigdy nie mieliśmy kota. Tylko psy, kochana, tylko psy
. - Harmon się wyszczerzył. - Sądząc jednak po tym, jak szybko się zmył, to chyba mimo wszystko nie narobił nigdzie, tylko jak kulturalny kociak poszedł się wylać w krzaki. I pewnie nie tylko.
- Oby tak było, bo nie będę biegać po całym domu i obwąchiwać wszystkich kątów
- rzuciła Rylee, a Luke parsknął śmiechem.

Carpenter pstryknęła włącznikiem przy drzwiach i po korytarzu rozlało się przyjemne, żółte światło z wiszącego pośrodku sufitu żyrandola. Rzuciła klucze na szafkę pod ścianą i wraz z Luke'em przeszli do przestronnej, zadbanej kuchni utrzymanej w tradycyjnym stylu.


Wypakowanie zakupów zajęło im dłuższą chwilę, a w tym czasie za oknem zrobiło się jeszcze mroczniej i z nieba lunął deszcz, bębniąc głośno o szyby. Ganges z pewnością nie czuł się zbyt komfortowo w takich warunkach, zwłaszcza, gdy nie miał jak wrócić do domu.
- To jakie plany na wieczór? - Zapytał Luke, wstawiając wodę na herbatę.

 
__________________
[i]Don't take life too seriously, nobody gets out alive anyway.[/i]
Kenshi jest offline  
Stary 05-10-2017, 10:35   #6
 
Tabasa's Avatar
 
Reputacja: 9922 Tabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputację
Po dojechaniu do domu porozmawiali trochę na temat bezpieczeństwa Rylee z dala od cywilizacji. Kobieta z jednej strony cieszyła się, że narzeczony martwi się o nią i chce zadbać, by nic się nie stało, a z drugiej, mieszkała w najnudniejszym miejscu w Devils Lake. Wszędzie wokół domu rosły lasy, rozciągały się pola i wrzosowiska. Nie potrzebowała alarmu, bo nigdy nie miała tu nieproszonych gości a i nigdy się nie bała. To był jej dom, jej miejsce na świecie, o które bardzo dbała. Jasne, zewnętrzna część domu i podjazd wyglądały dość ponuro, ale w środku co chwilę coś remontowała, albo dopieszczała pokoje na piętrze. Poza tym, ten dom był jedną z perełek tych ziem. Postawiono go w siedemnastym wieku, kiedy miał tylko jedną izbę, część dobudowano w osiemnastym, a wykończono w połowie dziewiętnastego wieku. Miejsce miało swoją duszę i charakter.

Ledwo przekroczyli próg, a na zewnątrz wyskoczył Ganges, jej kocur, którego babka znalazła kiedyś porzuconego przy drodze, gdy był jeszcze zupełnie malutki. Nigdy nie wyjaśniła jej, dlaczego akurat takie nadała zwierzakowi imię, ale w sumie chyba jej to nawet nie interesowało. Ganges był spokojnym, leniwym kotem, który jednak od czasu do czasu potrafił pokazać swoje prawdziwe kocie oblicze. Kochała go, choć zwykle oboje chadzali własnymi ścieżkami i nie wchodzili sobie w drogę. Zresztą, kociak znikał czasami na tydzień, lub dłużej a potem wracał brudny i głodny. Odkąd babcia zmarła, Rylee cieszyła się z każdej jego obecności w domu. Zawsze to jakieś dodatkowe towarzystwo w starych murach domostwa. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie polecieć na górę i nie sprawdzić sypialni w związku z pęcherzem Gangesa, ale ostatecznie dała sobie spokój. Jeśli się zlał, to i tak będzie musiała posprzątać, a to mogło poczekać, zwłaszcza, gdy w domu miała swojego przystojniaka.

Wypakowali zakupy, chowając część do lodówki, część do szafek. Chwilę później lunęło i Rylee przez chwilę patrzyła na strugi deszczu za oknem, gdy przypomniała sobie, że nawet jeśli okienko w piwnicy było uchylone, to drzwi na pewno są zamknięte.
- To jakie plany na wieczór? - Zapytał Luke, wyrywając ją z zamyślenia.
- Coś wymyślimy. Daj mi chwilkę, za moment jestem. - Zapewniła.
Przeszła korytarzem, aż za schody biegnące na górę i podeszła do drzwi w głębi domu, uchylając je lekko, tak, by kot miał szansę wślizgnąć się do środka. Wtem usłyszała dochodzący z dołu hałas, jakby coś skądś spadło. Przez ułamek sekundy chciała zawołać Luke'a, ale przecież to był jej dom, do cholery. Poza tym znów zaczęliby dyskusję na temat zabezpieczeń, a tego tematu miała już dosyć. Włączyła światło przy drzwiach i zeszła ostrożnie po starych, trzeszczących schodach. Mniej więcej w połowie drogi uderzyła w nią wilgoć przemieszana z zapachem starości. Gdy znalazła się na dole, rozejrzała się po obszernej piwnicy.


Znajdowało się tutaj pełno nieprzydatnych nikomu rzeczy - półki zawalone starymi zastawami stołowymi, dywanami, sprzętem kuchennym, do tego dochodziły przeróżne meble, stara pralka i odkurzacz. Rylee lubiła się tutaj chować za dzieciaka przed babcią, żeby zrobić jej psikusa i aż uśmiechnęła się do tych wspomnień. Szybko zauważyła też, że okienko, które zawsze zostawiała uchylone dla Gangesa było zamknięte. Dziwne, bo była pewna, że drogę powrotną z podwórka zostawiła mu uchyloną. Podeszła pod ścianę i stając na palcach uniosła prostokątne okienko i umieściła skobel w zatrzasku. Krople deszczu wdzierały się nachalnie do środka, wpadając wprost na matkę wodoodporną, którą kiedyś Carpenter kupiła w Safeway'u.

Upewniając się, że wszystko jest w porządku, wróciła na górę, zostawiając uchylone drzwi do piwnicy. W kuchni Luke zalewał właśnie herbatę wrzątkiem.
- Wszystko ok? - Spytał.
- Tak, musiałam uchylić Gangesowi okienko w piwnicy, chyba zapomniałam tego zrobić ostatnio. - Wyjaśniła. - A co do twojego pytania odnośnie planów, to jest jeszcze dość wcześnie, więc co ty na to, żeby obejrzeć coś na netflixie, a potem zaszyć się w sypialni? - Puściła mu oko.
- Brzmi świetnie. - Harmon zaśmiał się i zatarł dłonie.
- Ale do serialu zróbmy sobie jakieś dobre jedzonko, bo zaczynam być głodna.
- Jasne, w sumie też bym wrzucił coś na ząb.

Szybko przyrządzili sobie jakieś kolorowe kanapki i zasiedli w wielkim salonie przed telewizorem, wrzucając kolejny odcinek Stranger Things. Choć cały sezon dostępny był od razu, nie mieli czasu, żeby przysiąść i obejrzeć go na raz. Poza tym serial był tak świetny, że doszli do wniosku, że będą go sobie dawkować. Obejrzeli dwa odcinki, nie mogąc utrzymać rąk przy sobie, po czym ruszyli na piętro, do sypialni Rylee. Kobieta czuła, jak z każdym pocałunkiem ukochanego robi jej się coraz cieplej. Najpierw wzięli szybki, wspólny prysznic, by następnie wylądować na wygodnym, miękkim łóżku panny Carpenter.


Najpierw całowali się łapczywie, dotykając dłońmi najintymniejszych części swych ciał, a po krótkim czasie Luke pchnął ją na poduszki i rozłożył jej nogi. Jego głowa zniknęła między nimi, a Rylee poczuła się jak w niebie, gdy język mężczyzny tańczył na łechtaczce, podczas gdy palce obu dłoni bawiły się jej nabrzmiałymi, brązowymi sutkami. Rozkosz była nie do opisania - Rylee wiła się na łóżku, czasami z jej ust wyrwał się krótki jęk. Po kilku minutach takiej zabawy przyszedł czas na Luke'a. Mężczyzna ułożył się na plecach, a Carpenter zaczęła go masturbować. Najpierw powoli, odciągając skórkę z żołędzi na dużym, grubym penisie, by z każdą chwilą przyspieszać. Po chwili do pieszczot doszedł język, którym drażniła nabrzmiałą główkę męskości, by w końcu skryć penisa w swoich ustach. Słyszała rozkoszne westchnięcie Harmona, więc kontynuowała taką zabawę jeszcze dłuższy czas, jednocześnie bawiąc się wydepilowanymi, ciężkimi jądrami narzeczonego. Czuła się strasznie podniecona a jej kobiecość dosłownie pływała w sokach.

W końcu dosiadła go, poruszając się rytmicznie na jego twardym członku i wbijając delikatnie paznokcie w jego umięśnioną klatkę piersiową. On wciąż bawił się jej średniej wielkości piersiami, co tylko jeszcze bardziej ją nakręcało. Z każdą chwilą nabierała prędkości, penis mężczyzny wchodził jeszcze głębiej, dostarczając niezapomnianych doznań. Nie musiała długo czekać, gdy przeszyła ją fala nieopisanej ekstazy. Jęknęła, odrzucając głowę w tył i splotła dłonie z narzeczonym, targana orgazmem. Opadła na jego pierś, dysząc ciężko i czując wzbierającą błogość. To jednak nie był koniec. Luke dał jej przyjemność, teraz przyszła jej kolej. Zeszła z jego sterczącego przyjaciela i szybko włożyła sobie do ust. Ssała go i masowała, aż zaczął pulsować, by ostatecznie wystrzelić w jej usta ciepłym, życiodajnym sokiem, który Carpenter wyssała i połknęła aż do ostatniej kropli. Luke zamruczał wesoło, gdy po wszystkim wtuliła się w niego, a on przykrył ich kołdrą.

Lubiła taki szybki, spontaniczny seks. Rozpływała się, czując się na właściwym miejscu, w ramionach mężczyzny, który ją kochał. Z każdym kolejnym oddechem czuła, jak jej ciało zalewa fala błogości i rozleniwienia. Zdążyła już nawet zapomnieć o tym, co spotkało ją na cmentarzu. Przytulona do Luke'a, nawet nie wiedziała, kiedy zasnęła.

 
Tabasa jest offline  
Stary 05-10-2017, 17:15   #7
Konto usunięte
 
Kenshi's Avatar
 
Reputacja: 11249 Kenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputację
en nadszedł szybko, ale nie był spokojny.

Na początku nie zorientowała się, gdzie jest, ale szybko skojarzyła miejsce, bo choć wokół panował mrok, nie można było pomylić go z żadnym innym. Księżyc stojący wysoko na nocnym niebie rzucał wystarczająco światła, by zorientować się, iż stoi u wejścia na pole kukurydzy starego Douglasa. Miejsce, gdzie odnaleziono zwłoki Penny Worthington. W oddali, nad wysokimi łodygami roślin krążyły kruki, przekrzykując się w ponurym skrzeku na tle nocnego nieba. Było coś dziwnego w tym krzyku, jakby ostrzeżenie. Dreszcz przebiegł wzdłuż jej ciała. Chciała się odwrócić i odejść, ale coś ją powstrzymywało. Coś nakazywało jej wejść między łodygi.


Ruszyła więc, znikając w najbliższym rzędzie. W powietrzu czuła zapach wilgotnej ziemi i roślin. Nie przeszła nawet dwudziestu metrów, gdy nagle zerwał się nieprzyjemny, zimny wiatr. Łodygi kukurydzy szumiały złowieszczo, a za każdym razem, gdy Rylee rozejrzała się na boki, miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Ktoś, lub coś, bo nie była do końca pewna. Mimo to maszerowała dalej, spokojnym, miarowym krokiem. Czuła, jak się trzęsie, nie wiedziała tylko, czy spowodowane to było zimnem późnego wieczoru, czy strachem.

Wtem zza łodyg wypłynęły pierwsze pasemka mlecznobiałej mgły, które zdawały się żyć własnym życiem. Oplotły Rylee, nim ta zdołała zareagować, zamieniając okolicę w jedną, wielką, białą plamę. Carpenter próbowała iść przed siebie, jednak po chwili zupełnie straciła orientację w terenie. W końcu potknęła się o coś i wylądowała w mokrej ziemi. Jakby na zawołanie, mgła zaczęła się cofać, aż w końcu zupełnie rozmyła się w powietrzu. Rylee leżała między łodygami kukurydzy, w niewielkim okręgu na którym postawiono niemego strażnika pola - stracha na wróble.

Kukła w podartym ubraniu wznosiła się dumnie nad łodygami na drewnianym krzyżu, jednak gdy spojrzenie kobiety podniosło się na wysokość twarzy stracha, aż pisnęła ze strachu. Zamiast klasycznego, obszytego szmatami oblicza kukły, dostrzegła dynię z wyciętym, ponurym grymasem, taką, jaki zwykle umieszczało się na halloween'owych lampionach. Ledwo stanęła na nogi, a dynia rozbłysła od środka mocnym, żółtym światłem. Rylee krzyknęła, gdy strach przekrzywił łeb i spojrzał wprost na nią.


- Już niedługo będziesz moja! - Warknął w jej stronę nienaturalnie basowym, szorstkim głosem, od którego kobiecie aż zjeżyły się włosy na głowie.
Z łatwością zeskoczył z krzyża i wyciągnął obie, zakończone pazurami dłonie w stronę Carpenter. Blondynka krzyknęła głośno, zamknęła oczy i poczuła, jak palce stwora zaciskają się na jej ramionach. Gdy jednak otworzyła oczy, okazało się, że... to były dłonie Luke'a!
- Kochanie, wszystko w porządku, miałaś zły sen - rzucił Harmon, wpatrując się w nią.
Rozejrzała się, przeskakując wzrokiem po ścianach, na których włączona nocna lampka zostawiała długie cienie. Była w swojej sypialni, obok mężczyzny, którego kochała. To rzeczywiście był jedynie koszmar.
- Krzyczałaś... próbowałem cię obudzić, ale udało mi się dopiero za którymś razem. - Mężczyzna przejechał dłonią po włosach. - Co ci się śniło?

Rylee już miała odpowiedzieć, gdy gdzieś z dołu doszedł ich paskudny hałas, jakby coś ciężkiego spadło na podłogę. Kobieta poczuła, jak słowa grzęzną jej w ściśniętym gardle, Luke natomiast wyskoczył z łóżka, ruszając do wyjścia z sypialni.
- Sprawdzę to i zaraz wracam. Nie ruszaj się stąd - powiedział. - Masz tu gdzieś coś, czym mógłbym się obronić w razie czego?

 
__________________
[i]Don't take life too seriously, nobody gets out alive anyway.[/i]
Kenshi jest offline  
Stary 06-10-2017, 11:15   #8
 
Tabasa's Avatar
 
Reputacja: 9922 Tabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputację
Dawno nie śniło jej się nic równie paskudnego. Co najgorsze, koszmar był aż nazbyt realistyczny i po przebudzeniu Rylee wciąż słyszała złowieszcze słowa i paskudny głos stracha na wróble. Jego długie, patykowate paluchy zaciskające się mocno na jej wątłych ramionach. Jakby to jednak nie był sen... Próbowała ułożyć myśli i poskładać je w zdania, by opowiedzieć Luke'owi, co jej się śniło, jednak nie było jej dane. Z dołu usłyszeli paskudny hałas a Carpenter aż podskoczyła w łóżku i krzyknęła krótko. Co się do cholery działo? Najpierw cmentarz, potem koszmar i na dodatek jakieś dziwne odgłosy? To nie mógł być zbieg okoliczności.
Z rozmyślań wyrwał ją podniesiony głos Luke'a.
- Tak, mam, w szafie powinien być kij bejsbolowy. Babcia zawsze trzymała go w mojej sypialni, gdyby cię kiedyś nakryła - powiedziała i choć anegdota była raczej wesoła, to do śmiechu Carpenter nie było.
Czuła się, jakby dostała w głowę czymś ciężkim.
Na wpół przytomnym wzrokiem widziała, jak Harmon dopadł do drzwi szafy i po dłuższej chwili szperania w pudłach, wynurzył się z długim kijem w dłoniach.
- Tylko bądź ostrożny, kochanie - rzuciła.
- Będę, spokojnie. Zostań tutaj i się stąd nie ruszaj - powtórzył i wybiegł z sypialni.
Rylee słyszała jego ciężkie kroki na skrzypiących deskach i energiczne zbieganie po schodach.

Potem zapadła cisza, przerywana jedynie pojękiwaniami wiatru między nieszczelnymi framugami okien. Rylee, z podwiniętymi pod brodę nogami, wpatrywała się w uchylone drzwi do sypialni, przez które wpadało światło z korytarza. Zupełnie nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć i miała tylko nadzieję, że Luke nie napotka na dole żadnych kłopotów. Chyba po raz pierwszy w życiu poczuła się w tym domu nieswojo, choć przecież nie powinna - nigdy nie działo się tu nic dziwnego ani podejrzanego. Narzeczony wrócił po dziesięciu minutach. Wyglądał na zupełnie spokojnego.
- I co? - Zapytała Rylee, wpatrując się w niego.
- Nic, kochanie. Dom jest czysty - odparł. - Na dole spotkałem jedynie Gangesa, więc wszedłem do piwnicy, żeby sprawdzić, czy wszystko gra. Twoja stara pralka przy okienku dla kota była przewrócona, więc te hałasy to pewnie jego sprawka.
Rylee uniosła brew.
- Kot przewrócił starą pralkę? Mówisz poważnie?
- A masz jakieś inne wytłumaczenie? No chyba, że rzeczywiście ten dom jest nawiedzony.
- Luke uśmiechnął się lekko, odkładając kij bejsbolowy obok łóżka.
- Nie jest - odrzekła twardo kobieta. - Ale dzisiaj na cmentarzu... - Odgarnęła włosy za ucho i wzięła głębszy wdech. - Dzisiaj na cmentarzu, na płycie nagrobnej babki widziałam przez chwilę swoje imię i datę śmierci wyznaczoną na Halloween. W tym koszmarze, z którego mnie wybudziłeś, byłam na polu kukurydzy Douglasa i zaatakował mnie strach na wróble z dynią zamiast głowy. No i jeszcze te hałasy...

Harmon usiadł przy Rylee i przytulił ją mocno, całując w czoło.
- Pewnie za dużo myślisz o tym, co się stało z Penny i twój umysł podpowiada ci rzeczy, których nie ma - powiedział, głaszcząc ją po głowie.
- I tych hałasów też nie było?
- Były, ale tak jak mówiłem, to pewnie kot. Dom jest zamknięty z jednej i z drugiej strony, okna również. To nie mógł być nikt inny.
- Zapewnił i spojrzał jej w oczy. - Powinnaś przestać myśleć o tym morderstwie, kochanie.
- Wcale tak dużo o nim nie myślę...

Luke westchnął.
- Ok, jeśli te koszmary i zwidy będą się powtarzać, pójdziemy z tym do lekarza.
- Uważasz, że sobie to wszystko wymyśliłam?
- Nie, ale niektóre choroby mogą powodować halucynacje.
- Dzięki, Luke, naprawdę...
- rzuciła cierpko.
- Staram się tylko pomóc i spojrzeć na to wszystko racjonalnie. Poza tym... - Wskazał palcem na zegar na ścianie. - Dochodzi prawie trzecia, przyda nam się jeszcze złapać trochę snu.
- Jasne. - Położyła się na wznak, a gdy próbował zgasić nocną lampkę, powstrzymała go. - Nie, niech zostanie.
Nigdy nie sypiała przy zapalonym świetle, ale tej nocy czuła, że musi. O ile w ogóle zaśnie.
- Ok, zostanie. - Przytaknął Luke, po czym ułożył się na boku i objął ją ramieniem. - Jestem przy tobie, nie martw się i śpij.

Chciała mu odpowiedzieć "łatwo ci mówić", ale ostatecznie tylko pokiwała głową. Odwróciła się na bok, wbijając wzrok w ścianę naprzeciw łóżka. Może rzeczywiście podświadomość płatała jej figle i nic złego się nie działo? Kiedyś czytała o ludziach, którzy nocowali w ponoć nawiedzonym hotelu, nie wiedząc o tym, a gdy zostali o fakcie poinformowani, kolejnej nocy słyszeli dziwne dźwięki i trzaski. Może więc była to autosugestia? Rylee nie wiedziała zupełnie, co o tym myśleć, ale z jednym Luke miał rację - musiała jeszcze trochę pospać, bo dziś znów czekał ją kolejny długi dzień za ladą w sklepiku.

 
Tabasa jest offline  
Stary 07-10-2017, 08:09   #9
Konto usunięte
 
Kenshi's Avatar
 
Reputacja: 11249 Kenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputację


ylee w końcu zasnęła a do rana nie wydarzyło się już nic niezwykłego. Ciężko było im się zebrać, gdy szarówka poranka wlała się do ich sypialni przez odsłonięte zasłony, jednak nie mogli sobie pozwolić na leniuchowanie. Wypili wspólnie poranną kawę, nie rozmawiając o nocnym zajściu, jakby było tylko kolejnym złym snem, po czym pojechali do centrum. Rylee zaparkowała nieopodal pozostawionego na ulicy wozu Luke'a, pożegnała się z nim czule a mężczyzna zapewnił, że wpadnie do niej po południu. Dwie minuty później wchodziła już do popularnej w miasteczku jadłodajni "Jerry's Diner", która przywitała ją zapachem świeżo parzonej kawy i tostów.


Miejsce było tu, odkąd pamiętała. To tutaj spotykała się z przyjaciółmi po lekcjach, to tutaj wyprawiane były wszelkie uroczystości, od urodzin, aż po stypy. Prowadził je wesoły i gadatliwy Jerry Drinkwater, którego obecnie wspierała w biznesie reszta jego rodziny. Domowa atmosfera i świetne jedzenie były tym, co przyciągało do tego miejsca a niektórzy z mieszkańców Devils Lake właśnie tutaj zaczynali swój dzień ciepłą kawą i burgerem. Rylee rozejrzała się i w jednym z boksów pod oknem dostrzegła machającą jej na powitanie, uśmiechniętą Altheę Woodridge.


Burza rudych, kręconych włosów i nie znikający z ust uśmiech były znakami rozpoznawczymi kobiety. Althea była nauczycielką francuskiego w lokalnym liceum i miała bardzo dobre notowania zarówno u uczniów, jak i kolegów z pracy. Bo w sumie jej nie dało się nie lubić. Przebojowa, wygadana, z osobliwym poczuciem humoru - tak w skrócie można było opisać najlepszą przyjaciółkę Rylee.
- Cześć, stara, siadaj. - Woodridge przywitała ją na swój sposób. - Coś niewyraźnie dziś wyglądasz, miałaś ciężką noc?

 
__________________
[i]Don't take life too seriously, nobody gets out alive anyway.[/i]
Kenshi jest offline  
Stary 07-10-2017, 23:01   #10
 
Tabasa's Avatar
 
Reputacja: 9922 Tabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputację
Obudziła się kompletnie rozbita i niewyspana, przez co zwleczenie się z łóżka zajęło jej ponad kwadrans, gdyż ani ciało, ani umysł nie słuchały siebie nawzajem. Niczym zombie poczłapała do kuchni, wstawiła wodę na kawę i wsypała kotu jedzenie do miski. Nie wiadomo skąd, Ganges pojawił się nagle przy niej, mrucząc i ocierając się o jej nogę. No tak, jak podawała żarcie, to ten kocur zawsze potrafił się teleportować do miski. Mimo wszystko podrapała go za uchem i odetchnęła z ulgą, gdy woda się zagotowała. W takie dni jak ten nie potrafiła rozbudzić się bez kawy, którą wprost uwielbiała. Niestety, musiała trochę poczekać, aż napój przestygnie.


W międzyczasie odbębniła poranną toaletę, ubrała się i obudziła Luke'a, który postanowił pospać tylko "pięć minutek dłużej". W pośpiechu porannego szykowania, zupełnie nie myślała o tym, co jej się śniło i o tym dziwnym hałasie z piwnicy. O ile to była piwnica. Nieważne. Napili się z Lucasem kawy i już trzeba było wyjeżdżać. W drodze do centrum rozmawiali o pierdołach, trochę pożartowali i dojechali na miejsce. Rylee pożegnała się z narzeczonym czule, dziękując mu za wspaniały wieczór, na co ten zapewnił ją, że pojawi się dzisiaj u niej popołudniu. Może to i nawet lepiej, biorąc pod uwagę, że ostatnio miała jakieś omamy... Zresztą, nie było sensu nad tym się teraz rozwodzić.

Skierowała swe kroki do urokliwej knajpki "Jerry's Diner" do której przychodziła od małego. Fajnie było powspominać niektóre momenty, bo i sporo się w tym miejscu działo swego czasu. Rylee czasami się zastanawiała, czy to oni byli takim niegrzecznym rocznikiem w liceum, czy po prostu tak ich zapamiętała. Bez problemów odnalazła pogodną jak zawsze przyjaciółkę i przysiadła się do niej.
- Cześć, stara, siadaj. - Woodridge przywitała ją na swój sposób. - Coś niewyraźnie dziś wyglądasz, miałaś ciężką noc?
- Powiedzmy... - Rylee odgarnęła kosmyk włosów z czoła.
- Udana nocka z panem Harmonem? - Althea poruszała miarowo brwiami, szczerząc się.
- To też, ale potem... potem były jakieś dziwne hałasy w domu...
- Przecież to stara chata, u moich rodziców też co chwila coś trzeszczy. Takie uroki mieszkania w takich miejscach
- odparła ruda.
- Jest coś jeszcze...
- No?
- Wczoraj będąc na grobie babci, na mogile przez chwilę widziałam wyryte swoje imię i datę śmierci wyznaczoną na Halloween.
- Wyjaśniła. - I... słyszałam jakieś szepty, a w nocy miałam koszmar o tym, że dopadł mnie dyniogłowy strach na wróble. - Carpenter westchnęła ciężko.
- Dyniogłowy strach na wróble. Boskie. - Althea się roześmiała.
- Nie wierzysz mi?
- Wierzę, stara, wierzę, może za dużo myślisz ostatnio o tym, co się wydarzyło z Penny? Paskudna sprawa, ale trzeba żyć dalej, nie?
- Woodridge wzruszyła ramionami.
- Luke mówił to samo, ale ja naprawdę nie myślę o tej sprawie dużo...

Do stolika podeszła nagle kelnerka i obie kobiety złożyły zamówienie, po czym wróciły do rozmowy.
- I pewnie oboje mamy rację. Takie rzeczy, zwłaszcza w społecznościach, w których nic się zwykle nie dzieje, działają bardzo sugestywnie na podatne umysły - rzuciła poważnie Althea.
- Nie mam podatnego umysłu, wariatko. - Rylle uśmiechnęła się z dziwnym grymasem. - Luke poza tym myśli, że to może być jakaś choroba.
- Nie popadajmy w paranoję, ok? Może ostatnio za dużo pracujesz i się nie wysypiasz? Mózg potrafi płatać figle.
- W sumie... jakby się zastanowić, to ostatnio rzeczywiście dużo pracuję i słabo sypiam
- odparła Rylee.
- Powinnaś sobie zrobić szlaban na wieczorny seks. - Zaśmiała się Althea.
- Chcesz mi zabierać ostatnie, co mam fajnego z życia? - Odpowiedziała tym samym Rylee.
- Po prostu się o ciebie martwię. - Ruda pokazała jej język. - Nie przejmuj się tym, po prostu wrzuć trochę na luz.
- Postaram się... - Rylee przejechała dłonią po twarzy i ziewnęła przeciągle. Nie wiedziała już sama, co ma o tym wszystkim myśleć.
- Żeby cię trochę odstresować... słyszałam, że robimy imprezę halloween'ową u ciebie? - Althea pochyliła się lekko w jej stronę.
- Tak, Bart nie może u siebie.
- On nigdy nie może u siebie.
- Woodridge prychnęła. - Wielki organizator.
- Najbardziej boję się, że jak wypije, to zniszczy mi meble w domu babci.
- Rylee wyrzuciła z siebie swoje obawy.
- Niech tylko spróbuje, to dostanie ode mnie po łbie. Wiesz, jaka jestem, jak wpadam w złość. - Althea poruszała brwiami, szczerząc się.
- Wiem, dzięki. - Carpenter zaśmiała się. - Luke też mówił, że mi z nim pomoże, jakby co.
- Kiedy wpaść, żeby ci pomóc? Przyniosę jakieś swoje ozdoby, żeby było fajniej.

- Ozdoby mam na strychu, muszę tylko je stamtąd znieść na dół, ale to zrobię już z Luke'em. Ogólnie wpadaj, kiedy będziesz mieć czas, każda pomoc się przyda, w końcu to duży dom.
- Ok, zatem jutro koło drugiej. Zamkniesz wcześniej ten swój sklepik z duperelami i spędzimy trochę czasu razem.
- Woodridge położyła ciepłą dłoń na jej dłoni. - Poza tym trzeba będzie zacząć już wszystko przygotowywać, w końcu to TEN dzień. A właściwie TA noc. - Rudowłosa zaśmiała się.
- Noc mojej śmierci.
- Rylee westchnęła teatralnie, a Althea zmarszczyła gniewnie brwi.
- Przestań pieprzyć, stara - mruknęła, puszczając jej oczko.


W końcu zostało podane śniadanie, więc kobiety zabrały się za pałaszowanie swoich talerzy jednocześnie rozmawiając o przeróżnych rzeczach. Althea zawsze była dla Rylee remedium na wszelkie troski i nie inaczej było tym razem. Kobieta rozpogodziła się, przyswajając nieco energii, którą Ruda wręcz emanowała. Zjadły wspólny posiłek i musiały lecieć do swoich zajęć - Althea do szkoły a Rylee do "Miotły Wiedźmy".
- Widzimy się jutro, stara - rzuciła Woodridge na odchodne.
- Wpadaj najszybciej, jak będziesz mogła - odrzekła Carpenter.
- To będzie świetna impreza, zobaczysz. - Ruda zaśmiała się.
- Oby - rzuciła niemrawo Rylee, pomachała Althei, nim tam wsiadła do samochodu i gdy przyjaciółka odjechała, blondynka ruszyła w swoją stronę.
Zapowiadał się kolejny nudny dzień w sklepie, ale przynajmniej nastrój miała lepszy i nie myślała już o tym, co wydarzyło się ostatnimi czasy.

 
Tabasa jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 12:07.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166