Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 18-12-2018, 21:37   #141
Konto usunięte
 
Loucipher's Avatar
 
Reputacja: 14106 Loucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputację
Mięśnie Johna rozluźniły się nieco, gdy głos Maurice’a skłonił policjanta do “odstąpienia od czynności służbowej”, jaką byłoby sięgnięcie po kajdanki i próba zakucia Brytyjczyka. Gdyby francuski policjant nie zrezygnował, z pewnością doszłoby do szarpaniny - John wolałby raczej spędzić czterdzieści osiem godzin na komisariacie niż pozwolić, by impertynencja nadętego żandarma uszła mu na sucho. John był pewien, że Francuz na długo zapamiętałby opór, jaki Anglik by mu stawił.

Tymczasem jednak Maurice i żandarm zniknęli w furgonetce. Maurice manipulował zamkiem skrzyni, karmiąc francuskiego policjanta starannie spreparowaną bajeczką. Na ile John był w stanie zrozumieć francuskie słowa wypowiadane dystyngowanym, lekko gardłowym akcentem, była tak gładka i tak świetnie przemyślana, że John nie mógł wyjść z podziwu. “Ten facet zrobiłby furorę w Izbie Lordów”, pomyślał. “Piętnaście minut przemówienia i przekonałby Ich Lordowskie Moście, by zmieniły stronę i przyłączyły się do Szkopów.” Przez chwilę wydawało się nawet, że francuski policjant również dał się przekonać. Ton, jakim zgłaszał nieliczne wątpliwości lub zadawał pytania Maurice’owi, stawał się coraz łagodniejszy, przyjazny, niemal konwersacyjny. John już niemal zaczynał wierzyć, że całe to niefortunne spotkanie będzie jedynie krótką zwłoką w dotarciu do celu podróży, jakim był ponoć instytut badawczy École Polytechnique w Paryżu, nieopodal paryskiego Panteonu. Biorąc pod uwagę, co transportowali, pasowało to zarówno do bajeczki, jak i do faktycznego ładunku. Tymczasem Gabrielle skończyła notować dane policjanta i podeszła do furgonetki. Nie do końca rozumiała gniew funkcjonariusza, czysto teoretycznie miała prawo poprosić o te dane, a brat takiej prośby wskazywałby na brak jej kwalifikacji jako sekretarki, a jednak… Cóż. Dobrze, że był z nimi Lapointe. Teraz pozostało tylko zaczekać czy ich puszczą, toż przewożenie ciężkiej wody, szczególnie gdy mieli papiery poświadczające jej zakup, nie było niczym karanym. Uśmiechnęła się do Johna przez moment czując, że ich pomysł powoli zaczyna się realizować i za chwilę opuszczą tą uliczkę. Mimo półmroku spowijającego paryską uliczkę zauważyła, że brytyjski agent odwzajemnił uśmiech. Oboje ogarnęła nadzieja, że to już koniec ich kłopotów.

Ale najlepsze plany myszy i ludzi rzadko kiedy idą jak po maśle. Tym razem również coś po prostu musiało się nie udać.

- Mam was! - dwójkę agentów dobiegł triumfalny wrzask policjanta z wnętrza auta. John zajrzał do środka akurat w chwili, gdy gwałtownie pchnięty przez policjanta Lapointe lądował plecami na tylnej ścianie furgonu. Agenci Spectry byli niemal pewni, że huk uderzenia słychać było w Luwrze. Na twarzy Maurice’a zaskoczenie, niedowierzanie i strach utworzyły mieszankę deformującą przystojną twarz Francuza w trudny do opisania grymas. - Myślicie, że tak łatwo przechytrzyć policję?! - ciągnął dalej gliniarz równie triumfalnym tonem, jakby zdecydował się nadal nie wypadać z roli. A potem zrobił coś, co Johnowi zjeżyło włosy na karku, choć przecież powinien był się tego spodziewać.
Zadął w gwizdek. Wysoki, przenikliwy świst gwizdka jękliwym echem poniósł się po ciemnej ulicy, odbijając się od ścian okolicznych budynków.

Jakby na komendę za furgonetką rozbłysły dwa silne, punktowe reflektory, omiatając tył furgonetki i stojących przy niej agentów snopami elektrycznego światła. Agenci Spectry zastygli w miejscu jak myszy schwytane w bezlitosne spojrzenie drapieżnego kota.
Francuska agentka odruchowo zasłoniła oczy, chroniąc je przed oślepieniem. Z trudem dostrzegała nadchodzących mężczyzn ale była niemal pewna, że nie mają na sobie charakterystycznych francuskich mundurów. Gabrielle poczuła na plecach nieprzyjemny dreszcz. Czyżby wpadli w pułapkę? Niepokojąca myśl uderzyła ją niczym obuch.
Z początku Anglik pomyślał, że to inny pojazd jadący za nimi włączył nagle światła, ale za chwilę w oświetlonych kręgach wypatrzył dwie, chyba ludzkie sylwetki zbliżające się w ich kierunku. W świetle jednej z latarek mignął mu trzymany w jednej z dłoni pistolet.
Jasna cholera, pomyślał John. Wychylił się lekko za ścianę furgonetki i popatrzył wzdłuż kierunku jazdy. To, co zobaczył, niespecjalnie go zaskoczyło - dwie kolejne sylwetki zbliżały się do pojazdu i z tego kierunku. Ci byli jednak widoczni w snopach światła rzucanych przez reflektory furgonetki... stąd John widział wyraźnie szare, niczym nie wyróżniające się marynarki, trzymane w rękach latarki i pistolety.
Mieli ich jak na dłoni.
Myśl, John, myśl, brytyjski agent zganił się w myślach. Nie po to tłukłeś się z Niemcami w kawiarni w Rjukan, nie po to znosiłeś zaczepki Lapointe’a, nie po to niańczyliście tą skrzynię przez pół Europy, by teraz zatonąć niemal u celu podróży. To byłaby niewypowiedziana ironia losu. To byłoby po prostu nie fair.
John podjął szybką decyzję. To była ponad wszelką wątpliwość zasadzka. Oni byli nieuzbrojeni, ich przeciwnicy wręcz przeciwnie. Jedyną odpowiedzią było - wiać.
- Do wozu! - krzyknął John do Gabrielle, stojącej przy wejściu do przestrzeni ładunkowej furgonu, skąd patrzyła, równie osłupiała, na szamotaninę rozgrywającą się między Maurice’em i mężczyzną w policyjnym mundurze. Gabrielle nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wskoczyła na pakę, starając się z zaskoczenia pochwycić funkcjonariusza i wyrzucić go z wozu. Nie mogli ryzykować, że to ktoś inny niż policja. Tym bardziej, że ta sytuacja od początku była dziwna.
Niemal równolegle z okrzykiem Anglik rzucił się w kierunku drzwi pojazdu, próbując przyjąć taki tor biegu, który sprawi, że kierowca furgonetki choć trochę osłoni go przed kulami wystrzelonymi przynajmniej od strony maski pojazdu. Klucząc zakosami tuż obok stojącego z uniesionymi w górę rękami kierowcy, rzucił się wprost w uchylone drzwi pojazdu, zdecydowany dopaść kierownicy, uruchomić pojazd i uciekać z tego miejsca jak najszybciej.
 
Loucipher jest offline  
Stary 23-12-2018, 06:09   #142
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 51433 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Tura 43

Czas:
Miejsce:
Warunki:


Gabrielle i John



Kimkolwiek były sylwetki w marynarkach to potrafili być tak samo zdecydowani jak zdecydowana była para agentów Spectry aby posiąść ciężką wodę dla swoich celów. Ledwo John dał sygnał do rozpoczęcia akcji w zaciemnionej, wybrukowanej uliczce przemówił ołów. Ledwo para agentów dała pierwsze kroki już rozległ się huk wystrzałów z czterech luf na raz.


John



Brytyjczyk do szoferki miał ledwo kilka kroków dalej niż Gabrielle do otwartych tylnych drzwi furgonetki ale w tych waunkach było to jak bieg w poprzek strzelnicy. W takim zagęszczeniu ołowiu na tak małej przestrzeni coś musiało ich trafić. Loterią było jedynie kto i jak bardzo.

Brytyjczykowi zdawała się sprzyjać fortuna. Chociaż ołów śmigał koło niego oberwał tylko raz gdy wskakiwał do szoferki. Zabolało ale postrzał nie wydawał się zbyt poważny. Na pewno nie na tyle aby go zatrzymać. Miał też fart, że kierowca zostawił kluczyki w stacyjce. Inaczej ten szalony plan pewnie zakończyłby się w tej chwili. A tak mógł go kontynuować. Odpalił maszynę, uruchomił silnik i wreszcie ruszył. A ciężka furgonetka to na pewno nie był wóz sportowy a on nie był wyszkolonym kierowcą. Niemniej chociaż kule rozbryzgiwały kawałki szkła, dzwoniły o blachy i pruły siedzenia to wóz, wydawało się przerażliwie powoli ale jednak, zaczynał się toczyć aby wytoczyć się z ciemnego zaułka na nieco mniej ciemną ulicę główną. A ten najbardziej niebezpieczny moment gdy szoferka mijała dwóch strzelców jacy blokowali odwrót na ulicę główną to też miał fart by chyba w tak szybkim ogniu skończyła im się amunicja. Ale nie byli w ciemię bici. Skorzystali z tego, że wóz jechał wciąż bardzo wolno i wskoczyli na co się dało chcąc pewnie dostać się do szoferki. Z nimi wyjechał na główną ulicę nie mając pojęcia co dzieje się z tyłu.



Gabrielle



Francuzka udająca francuskojęzyczną Kanadyjkę nie dopatrzyła się w legitymacji policjanata nic szczególnego. Legitymacja jak legitymacja. Policjant może do najsympatyczniejszych nie należał ale właściwie nie robił nic czego po policjancie zatrzymującym podejrzany wóz spodziewać by się nie należało. Nawet nie zdążyła zapisać wszystkiego chociaż najważniejsze dane były. Imię, nazwisko, stopień...

Sytuacja jednak szybko się zmieniała i tą papierologię musiała zostawić sobie na później. Gdy John nadał akcji szybszy bieg liczyły się już sekundy i kwestia farta. Farta trójka Francuzów miała chyba znacznie mniej w porównaniu do Wyspiarza jaki pobiegł do szoferki. Ledwo odwróciła się aby wskoczyć do otwartych, tylnych drzwi furgonetki rozległy się strzały. Tamci z alejki widocznie nie żartowali i grali na poważnie w tą grę. Pierwszy pocisk ugodził ją gdy była w progu tylnych drzwi. Sądząc po jękach bólu oberwał też taksówkarz i policjant i Lapointe.

Chwilę później miała zamiar pomóc jednemu Francuzowi w szamotaninie z drugim Francuzem. Wydawało się, że jeśli policjant nie jest jakimś karateką to we dwójkę z Lapointem, powinni dać mu radę sądząc po tym jak poradzili sobie podczas walki w rjukańskiej restauracji. Żandarm chyba zresztą był tak samo zaskoczony otwarciem ognia i postrzałem tak samo jak Lapointe. Ale wzięty w dwa ognie, właściwie nie miał wyjścia i musiał się bronić. Walczyli praktycznie po omacku bo już widocznie wczęśniej zapalona latarka policjanta wypadła mu z ręki i leżała gdzieś na podłodze. Ledwo Gabrielle dołączyła do walki gdy stały się prawie dwie rzeczy na raz.

Pierwszą rzeczą był upragniony w tej sytuacji dźwięk uruchamianego silnika gdy Johnowi widocznie udało się dotrzeć do szoferki u uruchomić motor. Co na pewno było dobre bo dawało nadzieję na skrócenie czasu przebywania w ostrzelowianej strefe. Mniej fajne było to, że siłą rzeczy stojącą dotąd maszyną szarpnęło przez co zachwiało całą, szarpiącą się trójką Francuzów.

Drugą zaś rzeczą, też na pewno nie fajną, było to, że znów oberwali. Przynajmniej na pewno Gabrielle poczuła jak kolejna ołowiowa grudka przeszywa jej ciało i Lapointe też chyba oberwał bo jęknął boleśnie i przykląkł. Ale Francuzce pomogło to na tyle aby wypchnąć policjanta przez wciąż otwarte tylne drzwi. Widziała jak ciało w mundurze wypada na bruk gdy wyjeżdżali z ciemnej uliczki i dwie biegnące sylwetki jakie nieco wcześniej wyszły z mroków uliczki. Przestali strzelać i sądząć po ruchach chyba próbowali zmienić magazynki które w tak gwałtownym ogniu mogły być już puste. Wydawało się, że chyba im się udało wyrwać z matni. Policjant toczył się jeszcze po ulicy w kierunku chodnika a tamci dwaj zwolnili i zatrzymali się w końcu aby zmienić te magazynki. I wtedy...



John



- Wysiadaj! - John poczuł jak ktoś wyszarpał go zza kierownicy. Przez częściowo rozbite przednie szyby pojazdu widział słup zgaszonej latarni. Wyglądało, że w niego przygwoździł. Jak to się stało? W ogóle tego nie pamiętał. Jechał przecież, wyjężdżał z uliczki, skręcał w główną iii...

- Na kolana! - ten sam rozkazujący krzyk. Po francusku. No tak. Wypadł na czworaka gdy ten ktoś go wyciągnął z szoferki. I siłą postawił na owe kolana na ulicy przy tej furgonetce. Rozejrzał się. To chyba jeden z tych z alejki. Był wściekły albo zdenerwowany. Argumenty słowne wspierał groźnym machaniem lufy. John zaś klęczał przy rufie furgonetki która widocznie przygwoździła centralnie w latarnię. I to chyba pierwszą jaka stała od wyjazdu z "ich" alejki. Nadal ją widział. Zaćma jaka objęła jego umysł musiała trwać sekundy. Ale akurat starczyło aby stracił panowanie nad kierownicą i wyrżną w latarnię. Tamtym zostało skorzystać z okazji, dobiec i zrobić swoje.

- Kto to jest?! - zapytał po francusku jeden z pistoletem do tego kto wyszarpał Johna z szoferki.

- Jakiś Angol! Lloyd! Ma pieczątki z Anglii, Norwegii i Holandii! - ten co stał za nim widocznie musiał wcześniej wyjąć mu paszport i czytał ostatnie pieczątki jakie musiał podbijać w portach i lotniskach aby móc przekroczyć granicę. Nic nie było o broni to pewnie przeszukali go pod tym katem wcześniej.

- Panowie?! Panowie co tu się dzieje?! Żądam wyjaśnień! - John odwrócił się nieco do tyłu. Usłyszał głos "swojego" policjanta. Też właśnie się podnosił z ulicy na kolana jakby go zamroczyło podobnie jak Brytyjczyka.

- Nie wtrącaj się pan, to sprawa wywiadu. - odpowiedział dość obcesowo ten który wydawał tutaj polecenia.

- A co to było?! Ta ciemność! Co to miało być! - Francuz zdołał złapać swoje kepi i włożyć je na głowę. Powstał na nogi i z takim samym tonem jakim niedawno częstował obsadę furgonetki teraz też domagał się wyjaśnień. Nie zauważył pewnie minimalnego ruchu głową a gdy ujrzał jak dłoń z pistoletem podnosi się ku niemu zdążył tylko zasłonić się dłońmi w protestującym geście gdy padł kolejny strzał. Żandarm upadł na środku ulicy do której zdążył dojść i zaczął się krztusić. Zabójca w marynarce który dotąd zajmował się kimś z kufra podszedł do niego i dokończył egzekucji strzelając powalonemu żandarmowi prosto w twarz. Ciało Francuza znieruchomiało.


---



Gabrielle



Gabrielle stała akurat w tylnych drzwiach otwartej furgonetki gdy wydawało się, że w jej głębi coś się poruszyło. Przez ułamek sekundy widziała jakby żywą, atramentową masę jaka wyskoczyła z cieni uliczki i skoczyła za uciekającą furgonetką. Zdążyła otworzyć oczy ze zdumienia i usta do krzyku gdy ciemność ją owładnęła tak samo jak moment wcześniej francuskiego żandarma jaki właśnie przestał się toczyć po bruku. Głowa eksplodowała jej na przemian światłem, ciemnością i czuła jeszcze tylko uczucie opadania.
Sama nie była pewna czy to jej ciało opada na dno furgonetki czy to ona tonie w tej ciemności. Słyszała gdzieś obok krzyk Lapointe'a. A potem już nie było nic.

---


- Co z nią? - zapytał po francusku jakiś męski głos. Bynajmniej nie z troską. Ktoś świecił jej w twarz światłem latarki więc prawie nic nie widziała.

- Żyje. Ale zarzygała się. I oberwała trochę. - oświadczył inny głos, pewnie ten co nad nią klęczał i oślepiał latarką. Rzeczywiście czuła gdzieś w pobliżu kwaśny zapach wymiocin. Głowa jej pękała jakby miała skrajnie silną migrenę. A do tego dochodziły świeże postrzały.

- Co z nimi robimy? Sprzątnąć jak tamtego? - zapytał ktoś inny. Chyba nadal leżała na podłodze furgonetki. A poza tym co ją oświetlał reszta chyba mówiła na zewnątrz.

- Sprzątnąć ich zdążymy. Najpierw zobaczymy co wiedzą i dla kogo pracują. - odpowiedział ten sam co pytał się o jej stan.

- Gliny zaraz tu będą, nie mamy czasu. - powiedział ktoś jeszcze, wyraźnie zdenerwowanym głosem. I rzeczywiście było słychać policyjne gwizdki. Niestety na pewno były zbyt daleko aby w ciągu sekund pojawić się na scenie.

- Zamknąć i zabrać ich. Zmywamy się. - powiedział ten co pewnie był tutaj szefem. Polecenie zostało szybko wykonane. Zaraz obok Gabrielle wrzucono ciężko krwawiącego Lapointe'a. Francuz był skuty kajdankami.

- Dawaj tego Angola. - powiedział któryś i po chwili obok Lapointe'a i leżącej na podłodze Gabrielle wylądował John. Drzwi ztrzasnęły się. I te przednie, od szoferki gdzie ktoś usiadł za kierownicą i uruchomił silnik. A do paki weszło dwóch kolejnych panów w marynarkach. Jeden miał kajdanki i pytająco uniósł je ku drugiemu. Ten skinął głową ku leżącemu na podłodze Johnowi. Ten z kajdankami schował więc pistolet za pasek i sam klęknął na plecach Johna aby spróbować go zakuć. Jego kolega zaś wychowawczo mierzył w skutego Lapointe'a i leżącą Gabrielle z pistoletu.

- Poświeć mi. - poprosił ten z kajdankami i Gabrielle od razu wyczuła, że rodowitym Francuzem to on raczej nie jest. Jego kolega spełnił jego prośbę gdy oświetlał nadgarstki Johna pojazd akurat ruszył a nim, jako jedynym stojącym najbardziej zachwiało.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline  
Stary 31-12-2018, 14:00   #143
Konto usunięte
 
Loucipher's Avatar
 
Reputacja: 14106 Loucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputację
Wzrok Johna powoli odzyskiwał normalną ostrość. Anglik nie wiedział, czy przywrócił mu ją ból w łokciach i kolanach, które boleśnie zaszurały o podłogę furgonetki, czy podmuch chłodnego, wieczornego powietrza, jakiego zdążył zaczerpnąć chwilę wcześniej, czy może niebezpieczeństwo, w jakim się znajdował.
Wciąż nie wiedział również, jak to się stało, że toczący się szeroką, paryską ulicą pojazd wyrżnął nagle w stojącą przy drodze latarnię, ogłuszając Johna i o mało nie wyrzucając go przez przednią szybę na ulicę. Czego nie zdołało dokonać zderzenie, tego dokonali ścigający ich ludzie, wyszarpując brytyjskiego agenta bezceremonialnie z szoferki. John, oszołomiony zderzeniem, mógł tylko bezsilnie obserwować, jak zabierają mu dokumenty, z których za chwilę jeden podniesionym głosem odczytał jego fałszywe dane... i jak jeden z nich równie bezceremonialnie zabija żandarma, który znów podniesionym głosem domagał się wyjaśnień, tym razem od tych, którzy ich ścigali.
Gdy ciało francuskiego policjanta nieruchomiało na paryskim bruku, a krew leniwym strumieniem wypływała z jego przestrzelonej głowy, John próbował zmusić się do myślenia. Kim byli ci ludzie? Mówili po francusku, coś o wywiadzie... ale skoro zastrzelili tego człowieka, nie mogli być Francuzami. A więc kim?
A potem sekundy zlaly się w jedną nieznośnie śliską czasoprzestrzeń, z której Anglik wyszedł dopiero wtedy, gdy jego kolana i łokcie boleśnie zetknęły się z podłogą furgonetki. Zanim jeszcze zdążył pozbierać myśli, usłyszał kroki dwóch - chyba dwóch - mężczyzn, którzy weszli na skrzynię ładunkową pojazdu i zamknęli drzwi. Usłyszał krótką wymianę słów i bardziej wyczuł, niż zobaczył czy usłyszał, że jeden z nich ukląkł mu na plecach.
John domyślił się, co tamten kombinuje. Spojrzał na leżącą obok Gabrielle. Ledwo zarejestrował fakt, że Francuzka, poobijana równie mocno jak on, wygląda jak siedem nieszczęść... patrzył jej prosto w oczy. Mimo gęstego, cuchnącego półmroku panującego w furgonetce zobaczył w nich... błysk.
Ten błysk kazał mu działać.
John instynktownie podkurczył ręce pod siebie, by uniemożliwić siedzącemu mu na plecach mężczyźnie skucie ich kajdankami. Usłyszał syk przekleństwa, które tamten rzucił pod nosem, pochylając się nad Anglikiem, by chwycić go od tyłu za ręce. Ten właśnie moment wybrał John, by gwałtownie podrzucić ciało na wyprostowanych, opartych o podłogę furgonetki rękach, i pchnąć głowę wysoko do góry i do tyłu, licząc na to, że trafi w nos zbira pochylonego nad Brytyjczykiem. Był absolutnie pewien, że jego misterny plan się powiedzie.
I jak zawsze, gdy był czegoś absolutnie pewien, bardzo się pomylił.
Głowa Johna trafiła... w zaciśniętą pięść mężczyzny, który wciąż przygniatał go do ziemi. Rozbłysk bólu eksplodował w głowie Anglika, a przed oczami przeleciała konstelacja gwiazd przypominające rzęsiście oświetlone wieczorem molo w Blackpool. Oszołomiony John wypuścił z jękiem powietrze z płuc i wyrżnął o podłogę furgonetki jak worek kartofli. Ściśnięty bólem i strachem żołądek kazał mu natychmiast podjąć próbę obrócenia się na plecy i ku zaskoczeniu Anglika, ta sztuczka się udała... akurat w momencie, by ujrzeć pięść podnoszącego się na klęczki mężczyzny lecącą w stronę jego twarzy. Zanim John zdążył podnieść ręce i się zasłonić, prawy sierpowy napastnika znów posłał go na podłogę. Krew zaczęła szumieć mu w uszach, a rozsiniaczona twarz dołączyła do litanii sygnałów alarmowych, które wysyłało Johnowi jego własne ciało. Ale nie miał wyboru. Tamci chcieli ich gdzieś zabrać... i przesłuchać, dowiedzieć się, co wiedzą. John był zdecydowany nie pozwolić im na to. Nawet za cenę życia.
 
Loucipher jest offline  
Stary 01-01-2019, 21:40   #144
 
Aiko's Avatar
 
Reputacja: 43825 Aiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputację
Ból na chwilę pozbawił Gabrielle oddechu. Znajome palenie i skórcz, gdy nabój przeszył jej ciało, sprawiły, że oparła się o ścianę furgonetki. Z trudem wypchnęła ciało policjanta i stojąc w drzwiach odjeżdżającego auta przyglądała się przeładowywującym napastnikom. Na ułamek sekundy poczuła ulgę. Może… może się udało… Tyle zdążyła pomyśleć nim zobaczyła jedną z najdziwniejszych rzeczy w swoim życiu. Potem była już tylko ciemność.

Ocknęła się związana słysząc francuski… jakości tak dobrej, że mogłaby posądzać o niego co najwyżej jakiegoś snobistycznego Niemca lub średnio wyuczonego Amerykanina. Już nawet Angole z tym swoim bulgotem mówili lepiej. Do tego ten smród! Czy to były jej wymiociny? Niepokojąca bliskość od jej twarzy niechlubnie o tym świadczyła, a słowa tych idiotów jeszcze to potwierdziły.

Musiała działać. Mieli tu coś niepokojącego i nie było czasu na przyjemne rozmówki z jakimiś agentami. Francuska poderwała się na tyle na ile pozwalały jej więzy. Rzuciła się na najbliższego przeciwnika i niestety jej ruchy były zbyt powolne. Zarobiła bolesny cios w brzuch i poczuła jak jedzenie znów podchodzi jej do gardła. Spięła się by uderzyć jeszcze raz. Udało się! Ten dupek padł na ziemię, a ona wyprowadziła cios by zepchnąć z Johna mężczyznę, który starał się go związać.
 
Aiko jest teraz online  
Stary 07-01-2019, 10:34   #145
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 51433 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Tura 44

Czas: 1940.III.13; śr; godz. 21:35
Miejsce: północna Francja; Paryż; miasto, wnętrze furgonetki
Warunki: wieczór, chłodne, wilgotne, powietrze ulicy




ag.ter Baumont (Hepburn), ag Wainwright (Lloyd)




Do agentki Spectry uśmiechnęła się wojenna fortuna. Po tym jak udało jej się kopnąć i przewrócić stojącego nad nią przeciwnika który już przymierzał się aby postrzelić szarpiącego się z jego kolegą Johna, nie tylko się przewrócił ale wypuścił trzymaną dotąd broń. A do tego broń spadła w zasięg rąk poranionej Francuzki co ta od razu wykorzystała.

Słabo oświetloną furgonetkę zalała kaskada wystrzałów. Wewnątrz ogromnej puszki jaką w gruncie rzeczy była paka furgonetki hałas był ogłuszający a rykoszety krzesały iskry na blachach budy furgonetki. Nie wszystkie jednak pociski poszły w same blachy. Kilka ugodziło w przeciwnika z jakim dotąd zmagał się Brytyjczyk. Musiał uznać, że prowadzi ze swoim oponentem bardzo wyrównaną wymianę ciosów. Wydawało się, że ilekroć zdzielił siedzącego na nim przeciwnika to ten odpowiadał mu tym samym. Czuł jak tamten wrzasnął z bólu gdy któryś z pocisków wystrzelonych przez jego szefową musiał go ugodzić. Ale mimo to nie przerwał zmagań z Johnem czując pewnie, że powalony mężczyzna słabnie.

Zajęta ostrzałem Francuzka nie miałaby takiej swobody manewru bo ten którego przewróciła już się pozbierał i ruszył na nią. Przez moment stała więc w krytycznej decyzji w kogo strzelać, czy w tego który siedział i okładał Johna cy tego co zaraz miał zamiar wziąć się za nią. Niespodziewanie jednak w sukurs przyszedł jej jej rodak. Lapointe chociaż ciężko pobity, postrzelany i skuty kajdankami złapał tego dotąd powalonego nogami i trzymał uparcie nie pozwalając mu wrócić do zmagań z dwójką agentów Spectry. Przez co ci chociaż przez moment mieli przeciw sobie tylko jednego przeciwnika.

Gabrielle w szaleńczym tempie opróżniła resztkę magazynka znów chociaż raz trafiając przeciwnika Johna. Właśnie gdzieś w tym momencie temu drugiemu udało się ostatecznie spacyfikować desperacki opór Maurice'a i wyrwał się z jego uścisku rzucając się na kobietę. Od razu udało mu się przygwoździć ją ją przewagą swojej masy i impetu. I gdyby nie gruchnęła plecami o zamknięte drzwi furgonetki to pewnie powaliłby ją na podłogę. Ale i tak zdołał zdzielić ją mocno aż pociemniało jej w oczach. W tym czasie jednak i do Johna na moment uśmiechnęła się fortuna. Udało mu się trzasnąć głową przeciwnika o ścianę burty pojazdu. A potem jeszcze raz aż ten osunął się na podłogę przynajmniej chwilowo wyłączony z akcji.

Zaraz potem ostatnia trójka jeszcze trzymających się na nogach zwarła się ze sobą jednocześnie. Gabrielle przyszpilona do drzwi furgonetki słabła po kolejnych ciosach napastnika. Desperacko próbowała go okładać opróżnionym z amunicji pistoletem. Za którymś razem udało jej zdzielić się go w głowę aż jęknął. Johnowi też udało się doskoczyć do niego ale był już wyraźnie osłabiony otrzymanymi wcześniej i obecnie ranami. Francuzka też słabła i wszyscy zdawali sobie sprawę, że teraz walkę zapewne przegra ta strona która pierwsza opadnie z sił. Przeciwnik był co prawda jeden ale był mniej zmęczony niż dwójka krnąbrnych więźniów. Nie było też pewne na jak długo zostanie wyłączony z akcji ten którego udało się powalić Johnowi. Gdyby włączył się do walki teraz to pewnie przesądziło by wynik walki.

Walka weszła w chaotyczną, krwawą i brutalną fazę. Nie było żadnych reguł, planu czy techniki. Zwykła, chaotyczna walka na jak najbliższy dystans. Gorące chrapliwe oddechy, uwalona potem i krwią skóra, zaciśnięte zęby i pięści, kolejne trzaśnięcia pięścią, głową, próby blokowania ciosów przeciwnika, uderzenia pistoletem, głowy odskakujące od zderzeń z drzwiami przy kolejnych ciosach i wreszcie niespodziewany koniec.

John próbował trzasnąć tego faceta w twarz. Tamtemu udało się jednak zablokować jego cios i sam w rewanżu zdzielił go czołem w twarz. Agentowi pociemniało w oczach a w uszach szumiało, miał problemy ze wszystkim. Z koncentracją widzenia, słyszenia, ze złapaniem równowagi, ze złapaniem oddechu, o jakiejkolwiek precyzji wymianie ciosów dawno nie było co marzyć. Po prostu walił tamtego jak popadło i tamten chyba robił dokładnie to samo. John’a ratowało to, że tamten musiał dzielić swoją uwagę na dwa cele a oni mieli przeciw sobie tylko jego jednego.

Tamten po udanym trzaśnięciu John’a wrócił do Gabrielle i chlasnął ją mocno łokciem w twarz. Kobietą zatrzęsło i prawie na oślep zdzieliła go trzymanym pistoletem gdy już osuwała się po drzwiach i upadała na podłogę. To koniec. Już więcej nie miała siły walczyć. Leżała pozbawiona tchu i wypruta z sił na boku, opierając się plecami o drzwi furgonetki. Ale prawie na oślep trzaśnięty facet stracił równowagę i upadł na podłogę. Też leżał na tej podłodze ciężko dysząc i krwawiąc z odniesionych ran. W końcu w zrozumiały geście podniósł ramiona do góry w geście poddania się. Jego kolega którego wcześniej ostrzelała Gabrielle i powalił John za to zaczynał zdradzać oznaki, że lada chwila dojdzie do siebie. No i była jeszcze furgonetka. Pojazd wyraźnie zwalniał chcąc się pewnie zatrzymać.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline  
Stary 11-01-2019, 23:24   #146
Konto usunięte
 
Loucipher's Avatar
 
Reputacja: 14106 Loucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputacjęLoucipher ma wspaniałą reputację
Post wspólny, po akcji w furgonetce.

Poobijany i posiniaczony agent Wainwright rozpaczliwie łapał oddech, z całych sił walcząc z olbrzymią chęcią położenia się na podłodze furgonetki i zamknięcia oczu. Choć jego zmaltretowane ciało domagało się takiego odpoczynku, mózg nakazywał nie tracić czujności i sprawności jeszcze przez moment - wiedząc, że jeśli się podda, wrogowie wrócą do stanu równowagi i nie pozwolą mu już nigdy się ocknąć. Jemu... i Gabrielle.
John spojrzał na skuloną przy drzwiach furgonetki Francuzkę. Obraz nędzy i rozpaczy, jaki sobą przedstawiała, ścisnął go za gardło. Poszarpane w nieładzie włosy, kaskada siniaków, rozcięć i krwawych plam zamiast twarzy, potargane ubranie - pierwszy i bodaj jedyny raz oglądał ją w takim stanie. Bydlaki, które jej to zrobiły, musiały za to odpowiedzieć.
Twarz brytyjskiego agenta zastygła w kamiennej masce zimnej, bezwzględnej furii. Obolałe ręce znalazły w sobie tyle siły, by przydusić do ziemi tego, który do niedawna sam siedział na Johnie i okładał go pięściami, dopóki kanonada Gabrielle nie zwaliła go z nóg i pokrwawionego nie posłała na podłogę wciąż trzęsącej się na paryskich wybojach furgonetki. John przesunął rękami po ubraniu tamtego, szukając twardego, znajomego kształtu, który spodziewał się tam znaleźć.
Znalazł. Wymacawszy rękojeść pistoletu, Anglik wyszarpnął broń ukrytą za paskiem napastnika i przyduszając go cały czas kolanem do podłogi, odciągnął suwadło zamka półautomatycznego lugera. Z zaciekłą, beznamiętną miną wycelował broń prosto w kołyszącą się lekko głowę tamtego... i nacisnął spust.
Głowa mężczyzny odskoczyła jak kopnięta piłka, bryznęła gęstym, ciemnoczerwonym płynem na ścianę i podłogę pojazdu. Błysk i huk wystrzału, smród kordytowego dymu i jęk pocisku odbijającego się od narożnika ładowni zlały się w jeden, nie dający się z niczym porównać moment.
John przez chwilę patrzył na leżącego bez życia napastnika, po czym przesunął broń kawałek dalej, celując w głowę tego, który przed chwilą tak zaciekle masakrował Francuzkę.
Gdy naciskał spust, cień zimnego uśmiechu zastygł w kąciku jego ust. Kolejny huk, błysk i ciemnoczerwony rozbryzg przypieczętował śmierć kolejnego z ich przeciwników.
John opuścił broń i utkwił spojrzenie w Gabrielle. Jego zimny, nieprzejednany wyraz twarzy ustępował mieszaninie troski i zwykłego u Johna łobuzerskiego uśmiechu.
Wystrzały sprawiły, że Gabrielle przebudziła się. Musiała na chwilę stracić przytomność po ostatnim ciosie… a może po prawie ostatnim? Patrzyła jak John zabija dwóch mężczyzn. Widziała uśmiech na jego twarzy i … zaniepokoiła się? Nie mieli wyboru. To nie była jakaś prywatka czy obóz szkoleniowy tu nie było czasu na sentymenty. Bolało ją chyba wszystko, nie była nawet pewna czy nie ma jakichś złamań… na pewno przez kilka dni nici z uwodzenia kogokolwiek. Może raczej kilka miesięcy.
- Lloyd... - Przybrane nazwisko Anglika z trudem przeszło jej przez gardło. Czuła jak auto zwalnia, jednak podnoszenie się zdawało się być w tej chwili ponad jej siły.
Słaby głos Gabrielle i wypowiedziane nim fałszywe nazwisko Johna sprawiły, że brytyjski agent wrócił do rzeczywistości i skoncentrował się... przynajmniej na tyle, na ile pozwalał mu na to odczuwany ból i oszołomienie. Misja jeszcze się nie skończyła, nadal musieli utrzymywać przykrywkę... i próbować ocalić transport ciężkiej wody.
- Wszystko w porządku, panno Hepburn? - John nachylił się nad próbującą się podnieść z podłogi “asystentką”. - Jak się pani czuje?
Francuska z całych sił oparła się na ramieniu mężczyzny.
- Nie jest dobrze. - Wyszeptała czując jak zakręciło się jej w głowie. - Może… ich przyjść więcej.
John pokiwał głową z zaniepokojonym wyrazem twarzy. Wiedział, że Gabrielle ma rację.
- Spróbuję obszukać ciała. Może znajdziemy jakąś broń. - rzekł cicho. - Ty zobacz, co z Maurice’em.
Gabrielle przytaknęła ale zamiast puścić mężczyznę pocałowała go.
- Wiem że ze mną w tym stanie, to raczej mało apetyczne. - Mrugnęła do niego starając się stanąć o własnych nogach.
John odwzajemnił pocałunek uważając, by Maurice nie zauważył tej chwili czułości.
- Nawet w tym stanie jesteś czarująca. - wyszeptał, delikatnie odgarniając ręką zmierzwione włosy z jej twarzy. - Bierzmy się za nich. - wskazał głową leżące na podłodze sylwetki.
Gabrielle przytaknęła i opierając się o ścianę furgonetki podeszła do Lapointe.
- Maurice.. Wszystko dobrze? - Delikatnie potrząsnęła mężczyznę za ramię.
Podczas gdy Gabrielle próbowała postawić do pionu Francuza, John pochylił się nad ciałami zabitych. Interesowała go przede wszystkim broń i amunicja, jaką mogli mieć przy sobie martwi napastnicy, ale szukał również dokumentów pozwalających ustalić ich tożsamość - choćby i fałszywą, jak również innych mogących się przydać przedmiotów.
Francuzka dobudziła Maurice'a i ciężko opadła na skrzynię.
- Chyba przyjdzie ich tu więcej. - Powiedziała sprawdzając zawartość magazynka i przygotowując się na ciąg dalszy walki. Była niemal pewna, że zaraz nastąpi koniec i... jakby na to nie patrzyła, wolałaby by wyglądał nieco inaczej. Niby była obok swojego kochanka jednak... warunki zdawały się być mało romantyczne. Gdy auto stanęło zaczęła nasłuchiwać kroków... Ilu ich przyjdzie... czy spodziewają się tego co zastaną w środku. Zadając sobie kolejne pytania walczyła z ogarniającą jej ciało sennością.
John rozdzielił wśród współtowarzyszy znalezione fanty i przykucnął obok stojącej na podłodze walizki, opierając się o bok stojącej na środku podłogi skrzyni z ciężką wodą. Miał nadzieję, że zapewni mu ona choć minimalną osłonę... i pozwoli wyprowadzić miażdżący cios walizką w głowę każdego intruza, który wsadzi głowę do wnętrza pojazdu.
- Bez walki się nie poddamy. - stwierdził buńczucznie, choć w jego głos wkradała się obawa. Wiedział, że jeśli jeszcze raz zostaną zaatakowani, ta walka będzie zapewne ich ostatnią. Popatrzył na Gabrielle, ściskającą w dłoni pistolet. A więc tak ma się to skończyć..., pomyślał. Wciąż nie był w stanie dojść do ładu z uczuciem, jakim darzył Francuzkę. Ale jedno wiedział na pewno. Nie chciał, by umierała. A jeśli nie dało się tego uniknąć... to gotów był umrzeć wraz z nią.
EDIT: 1K10 = 3
 

Ostatnio edytowane przez Loucipher : 11-01-2019 o 23:25. Powód: Rzut K10 na prośbę MG.
Loucipher jest offline  
Stary 12-01-2019, 01:00   #147
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 51433 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Tura 45

Czas: 1940.III.13; śr; godz. 21:40
Miejsce: północna Francja; Paryż; miasto, wnętrze furgonetki
Warunki: wieczór, chłodne, wilgotne, powietrze ulicy




ag.ter Baumont (Hepburn), ag Wainwright (Lloyd)




Maurice był w podobnie krytycznym stanie jak para agentów Spectry. Tylko do tego miał ręce skute kajdankami. Zaś para agentów Spectry również czuła i wyglądała fatalnie. Zupełnie jakby trafili w zbyt mroczny i za mało pusty zaułek. Właśnie zdobyty pistolet brytyjskiego egzekutora huknął właśnie wewnątrz blaszanego pudła furgonu.





Okazało się, że jednak jest to hiszpański Star a nie niemiecki Luger jak w pierwszym momencie oczekiwał otępiały z bólu i przepełniony adrenaliną mózg Brytyjczyka. Gabrielle zdążyła przyklęknąć przy “swoim” przeciwniku gdy pojazd zahamował przewracając obydwoje na śliską od krwi i ludzkich szczątków podłogę. Usłyszeli trzask drzwi szoferki. Oboje zdążyli z trudem powstać na czworaka. Mieli ostatnie oddechy zanim tamci otworzą drzwi. Szansa na wyskok w biegu zanim pojazd się zatrzymał przepadła. John naszykował Stara próbując wycelować drżącymi rękoma w drzwi. Gabrielle gorączkowo przeszukiwała trupa w poszukiwaniu zapasowego magazynka. Gdzie on jest?! Czyżby ich nie było?! Jej palce też drżały, jeszcze mocniej niż od norweskiego zimna. Trudno było skoncentrować wzrok i myśli. W końcu stało się.

Drzwi zgrzytnęły metalicznie i zaraz potem stała się światłość gdy wraz z otwieranymi drzwiami do środka wdarło się ostre światło pobliskiego samochodu. Dwójka agentów dojrzała tylko na ich tle jakieś sylwetki. A sylwetki dojrzały ich i wnętrze furgonetki. Obie strony zaczęły strzelać prawie jednocześnie. Ulicę przecięły pociski hiszpańskiego pistoletu dzierżonego przez Johna. Furgonetkę przecięły rykoszety wzbijane przez dwóch strzelców stojących na ulicy przed otwartymi drzwiami furgonetki. Niektóre kawałki ołowiu wdzierały się jednak w umęczone morderczą walką ciała. Strzelanina umilkła w ciągu kilku sekund. Zwycięzcy patrzyli jeszcze przez moment na już nieruchome ciała. Spojrzeli po sobie. Jeden z nich wspiął się na pakę furgonetki i dla pewności poczęstował dwa ciała strzałem w głowę.

- Co z chłopakami? - zapytał ktoś kto wysiadł z zaparkowanego przed furgonetką samochodu. Jej światła ładnie oświetlały scenerię wewnątrz furgonu.

- Załatwili ich. - powiedział ten który wszedł do wnętrza pojazdu. Rzut oka na rany postrzałowe głowy jasno wskazywał, że obydwaj mężczyźni zginęli na służbie.

- A ci nowi? - zapytał ten sam mężczyzna tym samym spokojnym głosem.

- Już po nich. - stwierdził ten w środku. Ten co został na zewnątrz obserwował niespokojnie tak wnętrze pojazdu jak i ociemniałą ulicę.

- Szkoda. A miałem nadzieję na autograf. - westchnął z rozczarowaniem ten przy osobówce. Ten w pojeździe minął trupy przy drzwiach i wzruszył ramionami na znak, że nic na to już nie poradzą.

- Allier jeszcze dycha. - stwierdził po chwili wahania ten wewnątrz pojazdu. Pierwsze wrażenie potwierdziło się gdy przyklęknął przy wciąż skutym Francuzie.

- Świetnie. Na pewno opowie nam ciekawe rzeczy. A pakunek? - zapytał ten który dowodził całą akcją. Spojrzał na wylot jakiś drzwi. Dojrzał tam jakąś sylwetkę trwożliwie zerkającą w ich stronę.

- Chyba w porządku. - powiedział ten ze środka furgonu.

- Krwawisz. - odezwał się ciszej jego kolega gdy na tle ciemnej marynarki kolegi dostrzegł poszarpany materiał z którego sączyło się coś ciemnego.

- Drobiazg. - machnął ręką ten ze środka i sprawnie zeskoczył na paryski bruk.

- Deuxieme Bureau. Rozejść się. Nie ma tu nic do oglądania. Zlikwidowaliśmy grupkę niemieckich sabotażystów. Rozejść się. - szef wyjął legitymację i spokojnym ale rozkazującym głosem odezwał się do chyba jakiegoś dozorcy. Dojrzał jego potakujące i jednocześnie przepraszające ruchy głową po czym zniknął w głębi klatki schodowej. Spojrzał na swoich podwładnych którzy z powrotem zamykali drzwi furgonu i popatrzyli na niego wyczekująco. - Zjeżdżamy. Mamy paczkę i listonosza do dostarczenia. - facet skinął głową i wsiadł do osobówki. Dwaj podwładni pokiwali głową i pobiegli w stronę szoferki furgonu. Po chwili obydwa pojazdy spokojnie wyjechały z ciemnego zaułka na niewiele mniej ciemną uliczkę. Sprawa nie była jeszcze całkiem zakończona. Wciąż jeszcze trwała. Niebezpieczeństwo wciąż czyhało. Ale wydawało się, że najtrudniejszy etap mają za sobą.



---



Czas: 1940.III.13; śr; godz. 22:40
Miejsce: południowa Wielka Brytania; Londyn; miasto, gabinet biurowy
Warunki: wieczór, ciepłe, suche, wnętrze budynku


- Tak, rozumiem. Dziękuję. - szczupły mężczyzna w średnim wieku odłożył słuchawkę telefonu na widełki ale jeszcze trzymał na niej rękę. Drugą potarł nieco nerwowym ruchem czoło.

- No i? - drugi z mężczyzn w podobnym wieku ale innym mundurze popatrzył wyczekująco na reakcję kolegi.

- Dzwonił profesor Jolliot. Nadal ich nie ma. Mówił, że powinni być z godzinę temu. - francuski oficer o dystkynkcjach kapitana na mundurze popatrzył na ścienny zegar. Zaraz potem na własny zegarek. Ale niestety oba czasomierze pokazywały to samo: opóźnienie.

- Myślę, że musimy założyć najgorsze. - Brytyjczyk powiedział to po chwili wahania. I przez chwilę panowała nerwowa cisza. Konsekwencje najgorszego scenariusza były aż trudne do wyobrażenia.

- Musimy spróbować odzyskać co się da. A jak nie to chociaż zminimalizować straty. - Francuz pokręcił głową nie godząc się na taki scenariusz i z miejsca zaczął wykręcać numer na telefonie.

- Myślisz, że jeszcze żyją? - Brytyjczyk podszedł do drugiego biurka i też zabrał się za swój telefon. Spojrzał pytająco na swojego rozmówcę. Dostrzegł jednak tylko wzruszenie ramion. No tak. Przy takiej dziurze informacyjnej mogło stać się cokolwiek i cokolwiek teraz by nie powiedzieli byłoby czystą spekulacją. Francuz miał rację, trzeba było spróbować odzyskać co się da i zminimalizować straty. Myśl o bardziej optymistycznych wariantach w tej sytuacji byłaby czystym zuchwalstwem.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:49.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167