lastinn

lastinn (http://lastinn.info/)
-   Archiwum sesji RPG z działu Horror (http://lastinn.info/archiwum-sesji-rpg-z-dzialu-horror/)
-   -   [Horror 18+] Zdarzenie (http://lastinn.info/archiwum-sesji-rpg-z-dzialu-horror/18205-horror-18-zdarzenie.html)

waydack 10-11-2018 19:35

[Horror 18+] Zdarzenie
 
ROZDZIAŁ PIERWSZY

31 sierpnia, 1985 roku w Breadhouse zapowiadał się wyjątkowo emocjonująco. Tego dnia w miasteczku pojawić się miał Diabeł. A właściwie “El Diablo” największy diabelski młyn jaki widziała Ameryka. Przynajmniej tak reklamowano go na plakatach porozwieszanych na słupach w całym mieście. Pikanterii dodawał fakt, że wstęp na tą żelazną bestię mieli tylko szczęśliwcy, którzy ukończyli szesnasty rok życia. Dla niektórych dzieciaków była to więc sprawa honorowa. Komu uda dostać się na „El Diablo” zdobędzie podziw i szacunek kolegów a jego imię powtarzane będzie na szkolnych korytarzach przez cały tydzień.
To nie był jednak koniec atrakcji, wieczorem, w parku Washingtona równolegle odbywał się festyn i potańcówka, z okazji ostatniego dnia wakacji. Wszyscy mieszkańcy miasta spotykali się w jednym miejscu, żeby napić się piwa, zjeść hot doga, poplotkować i potańczyć. Dla niektórych starszych już chłopaków była to też świetna okazja, by pomacać dziewczyny i dać nielubianemu koledze w mordę. Czasy się zmieniały, jednak festyny w Breadhouse wyglądały zawsze tak samo.
Ci, którym diabelskie młyny i prowincjonalne imprezy były w niesmak, mogli spędzić ten wieczór wpatrując się w gwiazdy. Jeśli wierzyć temu co pisano w gazetach, tej nocy na niebie miał pojawić się meteoryt. Niektórzy straszyli nawet końcem świata i wieszczyli ludzkości los dinozaurów, naukowcy uspokajali jednak, że kosmiczny kamień jest nie większy od psiej budy i rozpadnie się w atmosferze zanim dotknie ziemi. Tak czy inaczej teleskopy i lornetki w sklepie pana Wonga wyprzedały się na pniu. Najlepszym punktem widokowym zaś miał być według znawców tematu silos przy młynie Wrexlera.

Hisako, Heather, James i Marti siedzieli na ganku popijając lemoniadę, którą przyniosła im przed chwilą pani Barker. Mimo, że za chwilę zaczynał się wrzesień, niebo było bezchmurne a słońce grzało jak na początku lata. Z werandy mieli dobry widok na ulicę i widzieli jak bliźniacy Todd i Tad wybiegli właśnie z domu żeby potrenować rzuty. Dwóch rudzielców przebranych w koszulki i spodenki Red Soxów było nie do odróżnienia, jedyną różnicą było to, że jeden miał rękawicę baseballową a drugi trzymał piłkę. Bliźniaki ustawili się na pozycjach i zaczęli trening. W tym samym momencie przyjaciele usłyszeli za żywopłotem zawodzenie psa.
- Stul mordę głupia suko!
Zwierzę zapiszczało żałośnie jakby zostało czymś uderzone lub kopnięte. Ochrypły głos należał do Alberta Hausera, sąsiada Barkerów. Mężczyzna był bohaterem wielu upiornych opowieści, którymi siostra Martiego i jej głupie koleżanki próbowały go nastraszyć. Kilka lat temu żona staruszka zaginęła i od tej pory Hauser zaczął świrować. Przestał się myć, gadał sam do siebie a gdy jakaś piłka wleciała na jego posesję już nigdy nie wracała do właściciela. Ukochanego owczarka żony, który wcześniej spał z nimi w łóżku, wypędził z domu zamknął w budzie na łańcuchu. Dona twierdziła, że żona Hausera tak naprawdę wcale nie zaginęła a jej zwłoki staruch trzyma w zamrażarce. Potem ta wersja się zmieniała i sąsiad raz stawał się kanibalem, raz seryjnym mordercą a raz nazistowskim zbrodniarzem ukrywającym się pod przybranym nazwiskiem.
Po chwili usłyszeli jak drzwi do starego buicka otwierają się i zamykają z trzaskiem. Hauser odpalił silnik, który zaczął się krztusić, z rury wydechowej strzeliło i samochód ruszył z posesji. Wjeżdżając na ulicę zatrąbił nerwowo parę razy przepędzając bliźniaków, którzy zajęci wciąż byli trenowaniem rzutów. Todd i Tad zeszli na chodnik a buick odjechał w kierunku Lane Street.
- Hej Thompson! – zawołał jeden z bliźniaków w kierunku werandy – Olej tych frajerów i chodź porzucać!
Pies za żywopłotem wciąż przeraźliwie skowyczał.

Obca 14-11-2018 17:57

Hisako pomału popijała lemoniadę, do wieczora mieli jeszcze dużo czasu. Dziewczyna jeszcze nie pochwaliła się że ojciec pozwolił jej przynieść teleskop do oglądania meteorytu tej nocy, większość dzieciaków miała wykupione tanie lornetki, ale jej ojciec postanowił pożyczyć jej jego sprzęt. Podobno należał kiedyś do jej wujka, Hisako czuła trochę presję nad bezpieczeństwem urządzenia, była to bądź co bądź pamiątka.
Jej głowa odwróciła się w stronę żywopłotu kiedy usłyszała skomplenie psa. “貧しい動物“ pomyślała smutno.
- Stary zła... dupek - powiedział Jimmy, niepochlebnym epitetem obdarzając starego Hausera.
- ばか - mruknęła, kiedy bliźniaki zachęciły Jimmiego obrażając resztę z nich, sama też zwróciła się do reszty na ganku patrząc na żywopłot - Myślicie, że psu nic nie będzie? To nie brzmi za dobrze.
- Później! - rzucił Jimmy, po czym spojrzał na Hisako. - Idę sprawdzić, czy jej czegoś nie zrobił, popapraniec.
- Na pewno coś zrobił, bo strasznie piszczy... - odezwała się z przejęciem Heather i spojrzała na Jima, wahając się czy pójść za nim, w obawie przed tym co mogą tam zastać. - Może zgłosimy to na policję? - zaproponowała.
- I co im powiesz? - Jimmy wydawał się być zdecydowany najpierw zobaczyć, a potem dopiero zawiadamiać kogo trzeba. - A Hauser nieprędko wróci. Poza tym... tego jego gruchota słychać na parę mil dokoła.
- Że bije psa i go nie karmi. Mogliby przekazać to zgłoszenie do ASPCA... - odpowiedziała Tapping. - To chodźmy zobaczyć
Jimmy wstał i ruszył w stronę domu Hausera.
Hisako odstawiła swoją lemoniadę i ruszyła za nim.
- Myślicie że długo go nie będzie? - spytała Martina.
Marti nie miał pojęcia jak długo nie będzie w domu Hausera. Wiedział natomiast, że to nie jest mądry pomysł żeby się tam kręcić. Może ten świr zastawił jakieś pułapki na natrętnych gości. Przeanalizował sytuację w ciszy i zapytany odparł:
- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł. Ten świr trzyma zwłoki swojej żony w lodówce i zjada je na kolację... Wiecie co może nam zrobić jak nas złapie?
- Wiemy. Dlatego nie mam zamiaru dać się złapać - odparł Jimmy. - Jeśli przypadkiem nie usłyszę, jak wraca, to ktoś z was krzyknie, a ja ucieknę przez płot.
Pies wciąż popiskiwał, co z pewnością nie umilało przyjaciołom delektowania się lemoniadą pani Barker.
- To ja będę stała na czatach! - zaoferowała Heather.
Jimmy podał jej swój kubek.
- Tylko nie wypij - zażartował, po czym wkroczył na podwórko Hausera.

Kerm 14-11-2018 18:18

Heaher stanęła na chodniku, obserwując ulicę i wypatrując samochodu starucha. Hisako, Jimmy i Marti w tym czasie prześliznęli się przez otwartą bramę wjazdową na podwórze Hausera. Jeśli dom odzwierciedla stan duszy jego właściciela, trzeba było przyznać, że ze staruszkiem było źle. Posesja porośnięta była chwastami a trawnika nikt nie kosił tygodniami. Po podwórku walały się śmieci, plastikowe butelki i puszki, kawałki starych gazet. Domostwo też było w opłakanym stanie. Farba odchodziła z budynku płatami, okna pokrywały szare warstwy kurzu a część dachówek poodpadała. Aż trudno uwierzyć, że w tej dzielnicy pięknych domków jednorodzinnych zagnieździł się taki chwast.
Uwaga dzieciaków skupiła się na skomlącym psie. Owczarek schował się do budy i teraz wystawał z niej tylko jego smutny pysk, który łypał na nich… obojętnie? Wydawało się, że pies jest skołowany, może nawet przestraszony.
Marti, który od początku miał złe przeczucia spojrzał raz jeszcze w kierunku domu Hausera. Jedna z zasłon na pierwszym piętrze poruszyła się nieznacznie. A może to była tylko jego wyobraźnia?
Heather dzielnie stała na posterunku. Zauważyła nadjeżdżający samochód, który wyłonił się zza zakrętu, ale z pewnością piękny, czerwony, odpicowany cadillac nie należał do starego śmierdziela. Dziewczynka już nabierała powietrza w usta, ale tylko ze świstem je wypuściła, gdy okazało się, że nie był to właściciel posesji, na którą wkroczyli jej przyjaciele. Spojrzała jeszcze kątem oka na wejście którym dostali się na podwórko, po czym w pełni skupiła się na wypatrywaniu auta Hausera.
- Wynosimy się stąd albo wchodzimy sprawdzić, czy jest tam trup… - Marti celowo nie dał opcji pomiędzy. Jeśli podejmować ryzyko, to na całość.
- Mieliśmy sprawdzić co z psem, a nie włamywać się do jego domu, ciołku… - skarciła Martiego Hisako.
- Pies żyje - stwierdził Jimmy - i nie wygląda na takiego, któremu połamano żebra czy nogi. A wyciągać go z budy nie będę. Cenię sobie palce. Ma ktoś z was może jakąś kanapkę? Marti? Owczarek po chwili znów stał się niespokojny. Wyczołgał się z budy i nie zwracając uwagi na dzieciaki zaczął nerwowo chodzić w kółko ciągnąc za sobą zardzewiały łańcuch. Kiedy przyjaciele przyjrzeli mu się bliżej zauważyli, że pies ma nabrzmiałe czarne sutki, a po tylnych łapach spływa mu jakaś wydzielina. Suka uciekła za budę, położyła się na ziemi i znów zaczęła skowyczeć.
Tymczasem bliźniaki Todd i Tad przerwali trening i podeszli do Heather.
- Ej młoda, czego ci frajerzy tam szukają? - spytał rudzielec z rękawicą na ręku, wskazując na posesję Hausera.

WielkiTkacz 14-11-2018 19:53

- To wygląda bardzo źle - Hisako przyjrzała się zwierzęciu i pociągnęła Jamesa za koszulkę. - Powinniśmy powiedzieć pani Barker - powiedziała zaniepokojona.
- Może od razu powiedzmy mojej mamie, że wchodzimy bez pozwolenia na teren świra, który trzyma w lodówce żonę. Będziemy kolejni po żonie i psie. Nie jestem ciołkiem, ale mamy okazję sprawdzić czy historie mojej siostry są prawdziwe. Heather i tak stoi i pilnuje… - Marti wskazał gestem ręki w kierunku koleżanki.
- Dla mnie ważniejsza jest Princess, niż sprawdzanie tych historyjek - odparł James. - Gdyby mój King był w takim stanie, to już bym z nim był u doktor McCarthy. Niech sobie świr trzyma w lodówce całą rodzinę i garstkę sąsiadów na dodatek.
- Ok - Marti nie dawał za wygraną. - W środku pewnie ma telefon i możemy przy okazji zadzwonić anonimowo po pomoc. Wasza sprawa. Ja nie pchałem się na jego teren tylko wy. Może jakiś kompromis? Czy wytłumaczyć ci to słowo James? - zaśmiał się Brainy.
- Nie musiałeś iść, mogłeś pilnować bramy z Heather - Syknęła cicho Azjatka.
- Moja propozycja wejścia do domu jest równie mądra, co wasza chęć zbliżenia się do tego psa. Jak jest chory? Jeśli któreś ugryzie? Od razu mogliśmy iść po mamę i nie zgrywać bohaterów.
Dla Martiego pies faktycznie wyglądał chyba na chorego. Schował się za budą popiskując. Chyba - to słowo nie dawało mu spokoju.
- To trzeba było po nią iść! - powiedziała już gniewnie Hisako patrząc Martiemu w oczy. - Wcześniej nie wiedzieliśmy się co się dzieje, teraz wiemy i możemy wracać jak tak bardzo się boisz sąsiada.
- Ja? Boję? To patrz! - Marti nie chciał wyjść na frajera. Dość, że każdego dnia w szkole mu to uświadamiano, to jeszcze wśród przyjaciół? Nie!

Ruszył zdecydowanym krokiem w stronę okienka od piwnicy. Szedł na tyle daleko, żeby pies nie dosięgnął go na długość łańcucha. Po drodze rozglądał się za czymś ostrym. Znalazł kawałek pręta i blaszki - idealnie - pomyślał. Wyjął z kieszeni gumy balonowe i wpakował do buzi trzy na raz. Zaczął mocno je przeżuwać. Gumy ciągnęły się jak mordoklejka. Ukląkł przy oknie i wiedział co robić. Pamiętał jak ojciec wymieniał szybę w ich okienku piwnicznym i mówił o starym słabym kicie. Wyjął z buzi gumę i zaczął robić z niej kulkę, jednocześnie wydrapując od swojej strony kit z krawędzi. Głęboko i dokładnie. Następnie przytknął gumę do szyby i naciągnął zawijając o pręt, który finalnie pociągnął do siebie wyjmując szybę. Nie czekał. Wpakował się do piwnicy mimo strachu, który mu towarzyszył.

Piwnica pogrążona była w ciemnościach, przez które przebijało się słabe światło sączące się do środka przez małe okienko. To przez nie Marty wślizgnął się do pomieszczenia. W powietrzu unosił się zapach drewna i starego papieru. Chłopiec zauważył stojący pod ścianą ciężki, żelazny piec, nieużywany o tej porze roku. Drzwiczki do pieca były otwarte. Dalej znajdowały się schody, prowadzące na górę. “Marti jak zawsze nie umie złapać…” “Nie musiałeś iść, mogłeś pilnować bramy…” - ja wam pokażę kto jest frajer - pomyślał o bliźniakach. Wzrok się przyzwyczai, wzrok się przyzwyczai… - powtarzał sobie w myślach i ruszył powoli w kierunku schodów rozglądając się na boki.

- Marti weź się nie wygłupiaj i wracaj, wejście na podwórko to jedno włamanie się do domu to totalnie co innego...Marti? - usłyszał za plecami głos Hisako.

Oczy zbyt wolno przyzwyczajały się do ciemności bo Marti jak to Marti potknął się kilka razy idąc po omacku. Na szczęście nie upadł i nie zrobił sobie krzywdy. Usłyszał za sobą Hisako. Była gdzieś daleko. Za daleko, bo emocje opadły, a w głowie dzieciaka pojawiła się wyobraźnia. Cienie ogarnęły go ze wszystkich stron. Ktoś gapił się na niego w ciemności. Marti czuł duszenie w klatce piersiowej i zaczął biec w kierunku schodów i wyjścia z piwnicy. Jeszcze nie krzyczał. Przynajmniej tak mu się wydawało...

Mag 14-11-2018 20:17

Tymczasem po drugiej stronie płotu Heather spojrzała w kierunku rudzielców, nieco zaniepokojona ich zainteresowaniem. Dziewczynka wahała się co odpowiedzieć, bo ojciec zawsze mówił, że trzeba mówić prawdę... Natomiast interakcje z rodzeństwem wykazywały, że nie zawsze to się opłaca.
- Piłka nam wpadła - odpowiedziała Tapping. - Marti jak zawsze nie umie złapać jak mu się rzuci, to poleciała - dodała, dla uwiarygodnienia swojej wersji.
- No wiadomo – odparł Todd… lub Tad. Naprawdę trudno było ich odróżnić. Drugi z bliźniaków dodał – Lepiej się pośpieszcie bo jak śmierdziel wróci, to po piłce. Nam już trzecią w tym miesiącu zabrał.
- Nooo, ale wredny, nie? - skomentowała Heather z przejęciem. W duchu była zadowolona, że jej ściema okazałą się skuteczna. Brat byłby z niej dumny. - To ten, będziecie rozglądać się ze swojej strony ulicy za nim? Bo stąd całej nie widzę - dodała proszącym tonem.
- Lepiej pomóż szukać tej piłki, bo ten ślepak i tak jej nie znajdzie – zaśmiał się rudzielec z rękawicą.
- Duży jest, da sobie radę - odpowiedziała Heather. - Gorzej będzie jak go staruch przyłapie, dlatego pilnuje. Może przez przypadek znajdzie też i wasze piłki?

Bliźniacy popatrzyli na siebie porozumiewawczo a potem zwrócili do Heather.
- Ty, młoda, a wiesz, że ostatnio zaginął w okolicy jeden taki chłopak? Jak go ostatnio widzieliśmy to też szukał piłki…
- No! – potwierdził drugi – A potem przyjechały gliny. Przeszukali dom śmierdziela. Znaleźli tylko piłkę tego dzieciaka, bo była podpisana jego inicjałami.
Dziewczynka zmrużyła oczy, nieufnie przyglądając się bliźniakom.
- Tak tylko gadacie. Tata by mi powiedział gdyby to była prawda ! - powiedziała, ale bez przekonania w głosie.
- Pogadamy, jak znikną twoi kumple i ta kicajka – zaśmiał się jeden z chłopców a drugi od razu zapytał.
- A kim jest twój stary?
Heather usłyszała coś przypominającego stłumiony krzyk dobiegający z wnętrza budynku. Mogła przysiąc, że to głos Martiego.
- Co tam się dzieje? – zainteresowali się bliźniacy i spojrzeli podejrzliwie na Heather.
A ta nie miała pojęcia co tam się działo. Musiała wymyślić coś na poczekaniu.
- Eeee... Pewnie się potknął o coś - stwierdziła w odpowiedzi ze wzruszeniem ramion. - Albo zobaczył ropuchę.
Bracia popatrzyli na siebie, a potem jeden skinął do drugiego i ruszyli w stronę bramy, z której mieli widok na posesję. Najwyraźniej wyjaśnienia Heather ich nie przekonały. W tym samym momencie w jednego z domów wyszła kobieta. Kolor jej włosów nie pozostawiał złudzeń czyją jest matką.
- Todd, Tad, wracajcie do domu. W tej chwili! – zawołała.
Bliźniacy obejrzeli się za siebie wyraźnie zaskoczeni i rozczarowani takim zwrotem akcji.
- Ale mamo…
- Ojciec zaraz przyjedzie i nie chcę być w waszej skórze jak zobaczy ten bałagan w pokoju!
Todd i Tad spuścili głowy jak posłuszne małe pieski po czym ociągając się ruszyli w stronę domu. Jeden z nich obejrzał się jeszcze za Heather i uśmiechnął wrednie.
- Nazywał się Mark Hammil. MH. Zapamiętaj dziewczynko i lepiej uważaj na śmierdziela.

Heather skuliła się w pierwszej chwili. Spojrzała za chłopakami i wtedy coś jej się przypomniało.
- Mark Hamill to aktor, frędzlu! - krzyknęła do niego używając epitetu zastępującego niedopuszczone w jej domu przekleństwa.
Rudzielec słysząc przezwisko przyłożył palec do szyi i wykonał gest podcinanego gardła a potem podreptał za bratem znikając za drzwiami. Gdzieś w oddali Heather usłyszała warkot starego silnika, ale nie była w stanie stwierdzić, czy to samochód Hausera.
Dziewczynka nie zamierzała ryzykować. Już i tak jej przyjaciele za długo się tam kręcili, w końcu pies siedział w budzie a ta była na podwórzu, więc sprawdzenie co z nim nie wymagało tyle czasu. Tapping podbiegła do płotu.
- Ej! Chyba wraca! Szybko, wychodźcie stamtąd! - krzyknęła.
Dźwięk krztuszącego się silnika stawał się coraz głośniejszy. Lada chwila samochód miał wyłonić się zza zakrętu… Dziewczynka zaczęła się kręcić w kółko, gorączkowo rozmyślając co zrobić. Nie mogła po prostu uciec, bo jej przyjaciele liczyli na nią. W desperacji pomyślała nawet o tym, że gdy mężczyzna wysiądzie z auta to mu... wyrwie na przykład klucze z ręki i zacznie biec po prostu przed siebie. Nie było szans żeby ją staruch dogonił, bo w biegach była jedną z nalepszych osób w całej szkole.

Po chwili na ulicę wjechał…zielony chrystler avenger. Widok ten sprawił, że Heather kamień spadł z serca. Auto podjeżdżało krótkimi odcinkami, zatrzymywało się i znów ruszało a z maski unosił się dym. Chrysler zatrzymał się na podjeździe domu, w którym przed chwilą zniknęła para bliźniaków. Z auta wyskoczył rozwścieczony mężczyzna w białej koszuli, który zaczął kopać w opony wyzywając samochód od najgorszych.
- Pierdolony złom, pierdolony rupieć, mam tego kurwa dosyć! -
Drzwi się otworzyły, w progu stanęła matka rudzielców.
- Stuart, co się stało!? – zapytała ze słodką, niewinną minką.
- A jak ci się wydaje! To pierdolone truchło stanęło mi na środku drogi!
- To trzeba go zawieźć do warsztatu Thompsona!
- Żeby za miesiąc znowu się zepsuło!? Kurwa!
Stuart raz jeszcze kopnął w oponę a potem wściekły wszedł do domu.
Heather bardzo nie pochwalała takiego traktowania samochodów, one w końcu też miały dusze. Ale nie zamierzała stać jak kołek i tylko się gapić. Odwróciła się na pięcie i podeszła szybkim krokiem do ogrodzenia. Zamierzała zajrzeć do środka i zobaczyć, co dzieje się na podwórzu.
- Ej szybko! - rzuciła przy tym ponaglająco, bo choć wcale gospodarz nie przyjechał to jej przyjaciele byli tak zdecydowanie za długo.

Obca 14-11-2018 20:20

Hisako i Jimmy zostali za nim na podwórku dochodziły ich rozmowy bliźniaków i Heather, pies nadal skomlał, a Martin właśnie włamał się do domu. Hisako patrzyła z niedowierzaniem i podeszła do okna piwnicy.
- Marti weź się nie wygłupiaj i wracaj, wejście na podwórko to jedno włamanie się do domu to totalnie co innego... Marti?
Marty nie odpowiedział, Hisako I Jimmy usłyszeli za to jak wbiega na drewniane schody.

~*~

Okularnik wchodząc na kolejny stopień poczuł jak coś złapało go za nogawkę spodni i nie chciało puścić. Wyobraźnia stała się rzeczywistością…
- Jimmy! - przywołała chłopaka - Zawołaj go i każ mu wyjść ciebie posłucha.
- Aaaaaa! Puszczaj! - wykrzyczał Marti i zaczął kopać drugą nogą, leżąc na brzuchu i trzymając się dłońmi schodów.
- Martin! - Hisako podbiegła do okna i spróbowała zobaczyć co się tam dzieje.
Marty bił i kopał w nogą powietrze, jednocześnie próbując się wyrwać z uścisku. Nagle usłyszał głośne szuuuur!. Nogawka jego spodni, za którą złapał niewidzialny przeciwnik rozdarła się a noga została w końcu uwolniona. Oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności i chłopak zauważył wystający zza stopni kształt przypominający zakrzywionego gwoździa.
- Marti! Wracaj! I to już! - zawołał Jimmy, wsadziwszy głowę przez okienko.
- Idź po niego! - ponagliła go Azjatka.
- Marti! - po raz kolejny zawołał Jimmy, któremu jakoś niespieszno było włazić do piwnicy.
Marti wiedział, że był zbyt daleko na rezygnację i powrót. W domu na pewno było jaśniej i nie było pająków. Złapał za klamkę od drzwi prowadzących do mieszkania. Aby dojść do kuchni. Bądź dzielny - pomyślał.
- Jimmy, musisz po niego iść. Uparciuch sam nie wróci. - nie przestawała go przekonywać Hisako.
- Zabiję najpierw jego, potem ciebie - zapewnił ją Jimmy, wchodząc do piwnicy by odnaleźć (lub choćby spróbować odnaleźć) Marti'ego i wywlec go z tego przeklętego domu.
- Ej! Chyba wraca! Szybko, wychodźcie stamtąd! - krzyknęła Heather w ich kierunku.
Gdy drzwi się otworzyły, oczy Martiego, które w piwnicy przeszły szybką akomodację poraziły promienie światła. Chłopiec wszedł do sieni, z której miał widok na kuchnię i schody prowadzące na górę. Dom cuchnął niepranymi skarpetami, nieświeżym oddechem i wilgotnymi ścianami na których zagnieździł się grzyb. Na ścianach w korytarzu zauważył wiszące w ramkach zdjęcia pokryte grubą warstwą kurzu, przy ścianie stał oparty parasol, obok wisiała peleryna przeciwdeszczowa. Dom wydawał się pusty i martwy.

Kerm 14-11-2018 20:30

- Jimmy, pośpiesz się. On wraca! - zawołała w głąb piwnicy, którą z pozycji Hisako było kiepsko obejrzeć.

Marti rozejrzał się i pobiegł do kuchni rozglądając się za lodówką.
Tymczasem Jimmy prześlizgnął się przez okno do środka. Był sprawniejszy od Martiego, więc w ciemnościach poruszał się szybciej i z większą gracją. Minął piec i ruszył na schody. U szczytu schodów zauważył plecy przyjaciela stojącego w sieni. Po chwili Marty zniknął, ruszając w głąb mieszkania.
Jimmy niemal biegiem ruszył po schodach.
- Marti, idioto! Uciekamy! - powiedział, na tyle głośno, że przyjaciel powinien go usłyszeć. - Hauser wrócił! - dodał, uznając to za dość ważny argument.

Marty wchodząc do kuchni zauważył kobietę siedzącą za stołem, odwróconą plecami. Na stole stała filiżanka herbaty a obok talerz z herbatnikami. Kobieta była ubrana w podomkę, a na głowie miała burzę kręconych blond loków. Ani drgnęła, choć podłoga pod stopami okularnika zaskrzypiała, a Jimmy krzyczał za nim z piwnicy
Marti zamarł sparaliżowany strachem. Aby sprawdzić, czy kobieta żyje, postanowił zdjąć jedną gumkę z ręki i precyzyjnie strzelił nią w siedzącą, lecz ta trafiona w plecy ani drgnęła.
Powoli podszedł, żeby zobaczyć jej twarz.

Marti stanął z boku z przerażeniem spoglądając na oblicze blondynki. Na krześle siedział sklepowy manekin przebrany w perukę. Na plastikowej twarzy chłopak zauważył mocny makijaż, policzki były zaróżowione, oczy podkreślone czarną kreską. Co jednak najbardziej zdziwiło mózgowca w miejscu ust znajdowała się wyżłobiona jakimś narzędziem dziura wyścielona w środku czymś co przypominało arbuza. Wokół ust ciągnęła się czerwona jak krew szminka.

WielkiTkacz 14-11-2018 21:37

Marti z rozdziawioną od zdziwienia buzią ruszył idąc tyłem w kierunku lodówki, którą wcześniej zlokalizował wzrokiem. Już domyślał się co tam zobaczy.
- Marti! - syknął James, stając na progu. - Co tu... - Nie dokończył, widząc siedzącą przy stole kobietę.
- Cicho Jim! - Marti powiedział mocno poważnym i głośnym stwierdzeniem. - To manekin… ten psychol… - nie dokończył i skupił się na otworzeniu lodówki. Spodziewał się wylewającej z wnętrza makabry. Ku jego rozczarowaniu lub uldze, lodówka była prawie pusta. Na półeczce stało równo ułożone jajka, obok mleko i twaróg. Najwyraźniej „kanibal z Breadhouse” gustował w diecie białkowej.
- Coś tu nie gra Jim… - zastanowił się Brainy.
Jimmy nie odpowiedział. Złapał Marti'ego za ramię, chcąc go wyciągnąć z kuchni i z domu.
- Uciekajmy stąd. Mam złe przeczucia, że to naprawdę zły człowiek - stwierdził Marti. Szybko razem udali się z powrotem w kierunku piwnicy.

W tym samym czasie Hisaku czatująca przy piwnicznym okienku usłyszała coraz głośniejsze popiskiwanie owczarka. Z miejsca, gdzie stała miała teraz dobry widok na psa. Zauważyła jak zwierzę liże się między nogami, a potem nagle unosi pysk i zaczyna wyć z bólu. Pies wyprężył się w dziwnej pozycji. Potem coś zaczęło z niego wychodzić… Dziewczyna w tej odległości nie była w stanie stwierdzić co, dlatego przestała nawoływać chłopaków. Pierwsze co pomyślała, to że może suka będzie miała szczeniaki, ale Azjatka nie miała pojęcia czy to na pewno to. Wcześniej nie widziała jak wygląda oszczenienie się u psów, a suczka wyglądała na bardzo chorą i równie dobrze mogły jej wypływać wnętrzności - jak na jakimś filmie grozy...

Chłopcy trzymając się blisko siebie ostrożnie zeszli po schodach, wcześniej zamykając za sobą drzwi. Marty tym razem bardziej uważał i nie dał zaskoczyć żadnym przeszkodom, obecność Jimmy’ego na pewno dodawała mu otuchy. James pomógł wdrapać się okularnikowi na parapet. Potem, gdy Marty prześlizgnął się przez okiennicę, wspiął się i ruszył za nim. Mały Barker wyszedł z bohaterską miną na zewnątrz i spojrzał na Hisako.

- I cooo? Głupio Ci teraz? Wiesz co tam widzieliśmy? Ten świr zamienił żonę na manekina. Ciekawe co się stało ze zwłokami, bo w lodówce już ich nie ma… Jeszcze ten pies, który wygląda jakby miał urodzić obcego… - podekscytowany Marti czekał na reakcję Azjatki. Jimmy spojrzał na niego i postukał się w czoło, po czym skupił swą uwagę na psie.

- Marti, biegnij do matki. Niech zadzwoni do doktor McCarthy
- powiedział.
Marti zdegustowany brakiem zainteresowania ruszył marszem w kierunku domu. Usłyszeli cichutki pisk, skomlenie, ale nie był to owczarek, lecz coś co z niego właśnie wyszło.

Hisako ostrożnie przesunęła się w miejsce, gdzie można było lepiej zobaczyć co się stało z owczarkiem. Uważała by nie podejść zbyt blisko, jeśli to małe było szczeniakiem, dorosły pies mógł nie być zadowolony z obecności dziewczyny tak blisko. Okropieństwo, które wyobrażała sobie dziewczynka, okazało się malutkim, łysym ślepym szczeniakiem. Suka zaczęła wylizywać z niego wody płodowe, a potem kierowana pierwotnymi instynktami natury przegryzła coś co mogło być pępowiną.

- Owwwww… - powiedziała Hisako obserwując ten czysty mechanizm instynktów macierzyńskich w przyrodzie. - Jimmy, patrz, oszczeniła się.
- Koniecznie potrzebna nam pomoc - odparł chłopak, przyglądając się szczeniaczkowi. - Kto wie, co ten popapraniec zrobi z tym maleństwem. A może by trzeba dać jej trochę wody? - rozejrzał się dokoła w poszukiwaniu miski i wspomnianego płynu. Zauważył blaszaną miskę leżącą koło budy psa. Miska do połowy wypełniona była wodą.
- Może chodźmy do mamy Martina, bo mu nie uwierzy że trzeba wezwać weterynarza. - Zasugerowała Hisako.
- Chodźmy - zgodził się Jimmy. - W razie czego ma co pić, a i tak dla niej nic nie zrobimy.
- Możemy później jej zanieść jedzenie. - Zaproponowała brunetka idąc za przyjacielem w stronę wyjścia. W oddali słyszeli już ponaglającego mamę Marti'ego.

waydack 15-11-2018 10:58

***


Kiedy pani Barker usłyszała co się stało na podwórzu Alberta Hausera wściekła się nie na żarty.
- Ile razy powtarzałam ci Marty, żebyś się tam nie kręcił?! – skarciła wzrokiem syna. Widząc jednak nadzieję i niepokój na twarzach jego przyjaciół szybko złagodniała. Co by nie powiedzieć o matce Martina miała serce i dla ludzi i dla zwierząt.
- Zostańcie tutaj – rozkazała surowym tonem i ruszyła na posesję starucha. Wróciła pięć minut później, zawołała dzieciaki do kuchni a potem wertując książkę telefoniczną znalazła numer do weterynarza.

***


Kiedy przyjechała dr. McCarthy, pani Barker zabroniła synowi i jego znajomym wychodzić z domu. Sama postanowiła załatwić sprawę z psem. Przywitała się z panią weterynarz i po chwili kobiety ruszyły na posesję Hausera. Dzieciaki obserwowały wszystko z okna pokoju Martiego, znajdującego się na pierwszym piętrze. Z okna mieli widok na część podwórza i widzieli jak dr. McCarty podchodzi do budy i otwiera swoją torbę lekarską. Staruch przyjechał kwadrans później. „Brainy” wcześniej uchylił okno, dzięki czemu wszyscy słyszeli wymianę zdań.
- Kto dał pani prawo wchodzić na moją posesję!?
- Ale proszę na mnie nie krzyczeć!
- Dzwonię po gliny!
- Dzwoń pan!
- Cholerna baba!
- Dręczyciel zwierząt!

Nie była to przyjemna rozmowa, ale Klara Barker, spokojna gospodyni domowa tego dnia pokazała pazur i nie dała sobie wejść na głowę sąsiadowi. Do domu wróciła zła jak osa, ale na jej twarzy dało się zauważyć pewną satysfakcję. Zebrała dzieciaki w salonie i wytłumaczyła im, że psy szczeniąc się nie potrzebują pomocy ludzi i suka sama sobie dzielnie poradziła z porodem. Na świat przyszło cztery zdrowe szczenięta, dwaj chłopcy, dwie dziewczynki. Czy był to jakiś znak od niebios a może zwyczajny przypadek? Humor dzieciakom popsuł fakt, że pieski zostały pod opieką Hausera choć mama Martiego zaproponowała, że zabierze je na jakiś czas do siebie razem z suką. Staruch złośliwie odmówił, nawet gdy zaproponowała mu pieniądze. Dr. McCarty zapisała na kartce jak pielęgnować szczeniaki ale czy staruch zastosuje się do tych zaleceń? Czy w ogóle pozwoli im żyć? Słysząc opowieści o jego wyczynach, pamiętając o tym co trzyma w domu, można było mieć wątpliwości. Klara Barker też chyba miała pewne obawy, bo ostrzegła mężczyznę, że będzie sprawdzać jak mają się szczenięta a jeśli coś im się stanie powiadomi odpowiednie służby.

***


Przyjaciele nie doszli do ostatecznego porozumienia jak spędzą ostatni dzień wakacji, czy będą oglądać filmy na wideo, wypatrywać meteorytu na niebie a może grać w RPG? Możliwości było wiele, dzieciaki mieli chatę dla siebie, bo państwo Barker wybierali się na festyn a starsza siostra Martiego do roli opiekunki się nie nadawała. O czym głośno i wyraźnie zakomunikowała swoim rodzicom. Przyjaciele siedzieli w pokoju a echo krzyków Dony Barker niosło się po korytarzach.
- Nie będę pilnowała smarkacza i tych jego żałosnych przyjaciół! Mam już plany na wieczór, mówiłam ci mamo o tym tysiąc razy!
- Chyba raz możesz się poświęcić!?
- A dlaczego wy nie zostaniecie w domu!?
- Bo ty wychodzisz z Sarą i Claire codziennie, a my z ojcem raz do roku –
- To niesprawiedliwe! Luke robi dzisiaj imprezę, wszystkie moje koleżanki tam będą!

- Koniec dyskusji Dona. Zostajesz w domu.
Przyjaciele usłyszeli kroki na schodach a po chwili Dona wpadła do pokoju brata.
- Nienawidzę cię ty mały mutancie! – i trzasnęła drzwiami.
Zbliżało się południe, przyjaciele w końcu pożegnali się i każdy poszedł w swoją stronę. Przed dziewiętnastą znów mieli wrócić do domu Barkerów.

***


Robotnicy od rana uwijali się jak w ukropie by wszystko było gotowe na czas. Robili to już setki razy, z zamkniętymi oczami mocowali każdy element, każdą śrubę, każdą część żelastwa. Za kilka godzin „El Diablo” miało rozświetlić się tysiącami świateł. Żelazna konstrukcja rzucała groźny cień na park, w którym rozstawiano właśnie kramy z piwem i jedzeniem. W sklepie pana Wonga pojawiali się kolejni klienci pytając o teleskopy i lunety ale sprzedawca rozkładał bezradnie ręce. Na zapleczu grało radio, a spiker ogłaszał, że meteoryt przed północą wejdzie na spotkanie z ziemską atmosferą.

Kerm 17-11-2018 14:22

Akcja "Pricess" zakończyła się częściowym powodzeniem.
Co prawda gdyby ukradli sukę wraz ze szczeniętami, to zwycięstwo byłoby całkowite, ale - nie da się ukryć - równocześnie byłoby, jak by to określił Marti - pyrrusowe. Po co komu wiedza, że dawno, dawno temu (chociaż nie w odległej galaktyce) istniał facet, który wygrał, ale w sumie przegrał, tego Jimmy nie wiedział, ale skoro ktoś chciał sobie zaśmiecać głowę takimi informacjami, to trudno.
A przynajmniej ktoś będzie miał oko na szczeniaczki i Hauser nie zrobi im krzywdy.

* * *

- Łebski z ciebie chłopak - Jimmy powiedział cicho do Marti'ego, gdy za Doną zamknęły się drzwi - i na pewno jesteś kochającym braciszkiem, prawda? Z pewnością nie pozwolisz, by twoja starsza siostra musiała tu siedzieć z nami... Szepniesz jej jedno, czy dwa mądre słowa i będzie ci wdzięczna za to, że będzie się mogła wyrwać z domu. Mądrze to załatwisz i będzie miała u ciebie dług. A my będziemy mieli swobodę. Przemyśl to...
- I do wieczora
- dodał, wychodząc z pokoju.

- Do widzenia, pani Barker! - powiedział znacznie głośniej.

* * *


Nim dotarł do domu zdążył jeszcze wymienić kilka poglądów z obiema pannami "H" i rzucić jedno 'bye' i jedno 'sayonara'. A potem czekała go mniej przyjemna niespodzianka. Tyle, że nie tak od razu...


King wybiegł Jimmi'emu na powitanie i obwąchał go od stóp do kolan jakby wyczuł, że jego przyjaciel znajdował się w pobliżu innego psa. Jimmy pogłaskał zwierzaka za uchem a potem podniósł leżącą na trawniku piłkę i rzucił na aport. Pies natychmiast popędził za piłką, by po chwili wrócić z 'łupem' w pysku, z radości machając ogonem.
- Świetnie, mały. Jeszcze raz?
Zabawa nie potrwała długo, bowiem po chwili Trevor Thompson wyprowadził z garażu swego harleya.




Dziś właściciel warsztatu postanowił zrobić sobie wolne i, tak jak starzy Marti'ego, wybierał się z żoną na festyn. Obok motoru ojciec Jamesa postawił wiadro i szmatę
- Przed obiadem ma lśnić na błysk, zrozumiano? – Choć kiedyś podobno był hipisem, to rozkaz zabrzmiał jakby wypowiadał go znienawidzony przez dzieci-kwiaty amerykański pułkownik z Wietnamu. Po chwili jednak Trevor uśmiechnął się do syna i zniknął za drzwiami domu.
- Dobra, dobra... - odpowiedział Jimmy tonem całkowicie wypranym z entuzjazmu.
Owszem, lubił maszyny.
Lubił też, i to bardzo, wiekowego harleya, starszego niż Michael, pamiętającego ponoć czasy, gdy Jessica i Trevor nie byli jeszcze małżeństwem.
Lubił harleya, ale nie przepadał za pracami porządkowymi i ojciec o tym aż za dobrze wiedział. Ale z kolei James wiedział, że jeśli chce kiedykolwiek samodzielnie przejechać się harleyem (na dodatek nie czekając na prawo jazdy), to musi się nauczyć o motocykl dbać.
W pokoju może być bałagan, ale maszyna ma lśnić i chodzić jak szwajcarski zegarek. Albo i lepiej, bo od zegarka życie zależy znacznie rzadziej.
- Widzisz, King? - zwrócił się do psa. - Tak nam dorośli muszą psuć zabawę.

A potem było jeszcze parę słów od mamy na temat wchodzenia na teran cudzej posesji, nawet w najlepszej intencji (najwyraźniej pani Barker podzieliła się wiedzą z panią Thompson), tudzież zgoda na spędzenie choćby całej nocy w domu Marti'ego.

* * *


Po obiedzie Jimmy wsziadł na rower i pojechał do parku by zobaczyć, jak postępuje budowa "El Diablo".
A potem miał zamiar pojechać od razu do Marti'ego.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:22.

Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169