Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-02-2019, 22:49   #11
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 10967 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
Zabezpieczyła dzieci.

To był jej priorytet, mogła go teraz odkreślić na swojej liście i skupić się na kolejnych punktach. Frank. Ona sama. Ich małżeństwo. Esther. Inni pacjenci.
Chciała podejść do męża, kiedy odezwała się jej komórka. Nie powinna była odbierać – nie dobierała nieznanych numerów, nowi pacjenci dzwonili na numer obsługiwany przez Zoi – ale to zrobiła.

Blizny? Czemu ich nie zauważyła? Nie było ich wcześniej, czy dziewczynka je maskowała, świadomie lub nie? Zwykle siedziała z opuszczoną główką, włosy leciały jej na buzię. Esther potem. Mąż machał na nią, pośpieszał, wydawało się, ze przysłuchiwał się rozmowie, zaraz ruszą i wszytko się wyjaśni.

W końcu.

- Oddzwonię – obiecała dr Wagnerowi.
Ale zadziało się coś kompletnie niespodziewanego.

Frank zaciągnął ją na powrót do domu i zaczął wymuszać na niej deklaracje zaufania, potom opowiadał o podsłuchach, walce tajnych agentów i eksperymentach na mózgach. Brzmiało to tak, jakby przedawkował Netflixa.
Jessice też przypomniał się jeden serial – o małżeństwie, które zostało zawarte tylko po to, aby być przykrywka dla pary uśpionych agentów. Urodziły im się dzieci, normalnie pracowali.. aż sytuacja polityczna zmieniła się na tyle, że ich „obudzono”. Przez chwilę pomyślała, ze może Frank pracuje – żyje z nią jako taki agent… Myśl była absurdalna, ale alternatywą było to, ze Frank popada w paranoję.

Usłyszał jej rozmowę z dr Wagnerem, która wpisała się w jego urojenia. Szeptał, zagłuszał wyimaginowane podsłuchy, wypatrywał obcych samochodów… straszył, że ich śledzą, kazał deklarować, że mu ufa. Nie odpowiadał na pytania, nakręcając się coraz bardziej.

„Kłamca” „On jest kłamcą. Kłamcą i oszustem”. Słowa Esther – Betty rezonowały jej w mózgu. Oczywiście, dziewczynka nie mogła wiedzieć.. ale jeśli Frank na prawdę ją oszukuje? Dlaczego nie odpowiada na jej pytania?! Dlaczego ją ignoruje? Uczucie rozbicia narastało, próbowała się uspokoić, uspokoić męża.

Frank.

Chciał gdzieś jechać… nie na wakacje, do jakiegoś człowieka. Agenta. Może tamten coś wyjaśni? Może w samochodzie Frank się uspokoi, pozwoli zwieźć do lekarza? Nie wiedziała, co się dzieje z człowiekiem, którego kochała.


- Dobrze - powiedziała. - Jedźmy do tego człowieka.

Chciała wierzyć swojemu mężowi.

Frank wrzucił ich torby do bagażnika, usiedli, zapięli pasy.
W niezręcznej ciszy Jessica przeczekała manewry na podjeździe, włączanie się do ruchu i parę kolejnych świateł.

Wskoczyli na obwodnicę.
- Gdzie się z nim umówiłeś ? Bo chciałam jeszcze podjechać do szpitala… zobaczyć te ślady na główce małej. Miała epizod neurologiczny, lekarze wykluczyli padaczkę.. ale po tym kontaktuje się ze mną bardziej świadomie . To dziwne, chcę z nią jeszcze porozmawiać.

Frank zacisnął zęby. Po wyjściu z domu wyraźnie coś w nim pękło. Zmienił się, lecz Jessica, czytająca z niego jak z otwartej księgi, nie była w stanie stwierdzić jednoznacznie dlaczego.

Zerknął we wsteczne lusterko
- Jessy - wycedził przez zęby, - to nie jest czas i miejsce. Musisz mi zaufać. I powiem to PO RAZ OSTATNI. Jedziesz ze mną? Obiecuję, że na miejscu odpowiem na wszystkie twoje pytania. Lecz NIE TERAZ.

Spojrzała na niego, wyraźnie zaszokowana. Nigdy nie odzywał się do niej w taki sposób. Bywał niemiły, złośliwy, jak to w małżeństwie, ale teraz słyszała w jego głosie dziwną determinację. Na pograniczu agresji.

- Dobrze - powiedziała więc tylko. Tysiące myśli tłukło się w jej głowie. Nie rozumiała, a on nie ufał jej na tyle, aby cokolwiek tłumaczyć. To bolało.

Wjechali na drogę na lotnisko. Czy Frank zabrał jej paszport? Zerkał ciągle nerwowo w lusterka, choć Jessica nie widziała, żadnych podejrzanych samochodów. Może lecą bliżej… Odczekała jeszcze chwilę, może w terminalu coś jej wyjaśni…

Frank zostawił samochód na parkingu i poszedł w stronę terminala. Po drodze dostrzegł samochód, który jak mu się wydawało w ciągu dnia stał przed ich domem.

Jessica zatrzymała go na środku hali.
- Dowiem się teraz czegoś?
- Na miejscu Jessy, oznacza “na miejscu”. Nic więcej, nic mniej. Idziesz?
- Dokąd, Frank?
- w jej głosie była prośba. Bezradność.

Zatrzymał się. Nawet nie rozglądał się wokół. Był pewien, że w tłumie osób, które czekały na połączenie były oczy, które ich obserwowały. Był pewien, że smutni panowie z niebieskiej furgonetki bacznie śledzą każdy ich krok. Odłożył walizki.
- Jessy - powiedział smutnym, ściszonym głosem, - przykro mi, że do tego doszło. Przykro mi - teraz podniósł głos i zaczął na nią krzyczeć, skupiając na sobie uwagę otoczenia, - że zawsze znajdujesz dziurę w całym! Nie potrafisz po prostu docenić tego co robię! Ciągle ci coś nie pasuje! Mam dość! Próbowałem ale już mam dość! - wrzeszczał. Ludzie gapili się na tą scenę. Jessica skuliła się. - Wygrałaś! Masz! - wcisnął jej kluczyki z samochodu. - Znikam z twojego życia skoro tak bardzo ci to przeszkadza! Idź! Zajmij się swoją pracą!

Odwrócił się do niej tyłem, zabrał swoje walizki i nie oglądając się poszedł w kierunku odpraw.

Przez chwile stała nieruchomo, oszołomiona jego wybuchem. Teraz już wiedziała, że coś niedobrego dzieje się z jej mężem. Z jednej strony nie chce jej podać nazwy miasta, gdzie chce jechać, Ukrywa się. Z drugiej - drze się jak opętany w terminalu, robi sceny… Tak, teraz nikt się nie zorientuje do jakiego miast ma bilet.

- Poczekaj Frank - pobiegła za nim i złapała za ramię, tuż przed punktem odpraw. - Poczekaj, kochanie. Nie musimy tego robić. Wróćmy po prostu do domu, dobrze? Odpoczniesz… - coś dziwnego mignęło na jego twarzy. Mrocznego. - Lub jeśli wolisz, to z tobą pojadę. Nie chcę, żebyś leciał sam. Słyszysz? Ty jesteś najważniejszy.

Wyrwał się jej.
- Zostaw mnie - warknął. - To wszystko co było między nami to kłamstwo. Sama tak powiedziałaś! Mam dość tej huśtawki nastrojów, którą mi fundujesz. Odejdź!
W oczach męża ujrzała prośbę i smutek.
- Proszę Cię, Frank - powiedziała. - Nie zostawiaj mnie.
- Już cię nie kocham. To koniec.


Odwrócił się i poszedł w kierunku odprawy.

Wbiło ją w ziemię. Stała zmrożona a ludzie przechodzili obok, potrącając ją. W końcu podniosła torbę i poszła w stronę samochodu.

Nie da się nikomu pomóc, jeśli tego nie chce.
Bała się o Franka, ale miała nadzieję, że kiedy już emocje mu opadną, to wróci. I pozwoli sobie pomóc.

Weszła na parking, wrzuciła torbę na tylne siedzenie. Wsiadła, ustawiła fotel, lusterka, zapięła pas. Pojedzie do domu, odpocznie… dziś nie miała już siły nigdzie dzwonić. Jutro zadzwoni. Frank też pewnie zadzwoni dopiero jutro.

Chciała zapalić silnik, ale kluczyli wyślizgnęły się jej z palców i spadły pod siedzenie. Schowała twarz w dłoniach i zaczęła płakać.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji
kanna jest offline  
Stary 04-02-2019, 09:48   #12
 
GreK's Avatar
 
Reputacja: 15872 GreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputację
Wychodząc z domu widział ich. Niebieski furgon ciągle stał zaparkowany kilkadziesiąt metrów dalej. W środku widział sylwetki dwóch osób. W głowie kłębiło się mnóstwo scenariuszy. Najważniejsze było wyjechać stąd. Zgubić ich. Znaleźć się poza ich zasięgiem. Spokojnie przemyśleć następny krok. Lecz Jessy nie ułatwiała mu zadania. Ciągle brzęczała nad uchem.

- Gdzie się z nim umówiłeś? Bo…

Bla bla bla… ciągle to trajkotanie. Choć raz mogłaby się przymknąć i do cholery go posłuchać! Nic do niej nie docierało. Zaczynał powątpiewać czy dobrze zrobił, że się przed nią odkrył. W tej jednej chwili chciał jej wyznać wszystko. Opowiedzieć o Mosadzie, dlaczego się w to wplątał. Opowiedzieć WSZYSTKO. Ale nie teraz. Nie tutaj. Oni mogą ich podsłuchiwać.

- Jessy - wycedził przez zęby, - to nie jest czas i miejsce. Musisz mi zaufać. I powiem to PO RAZ OSTATNI. Jedziesz ze mną? Obiecuję, że na miejscu odpowiem na wszystkie twoje pytania. Lecz NIE TERAZ.

Dał jej tą szansę. Jeszcze jedną. Czy mu zaufa? Ten ostatni raz zaufa? Wiedział po jak cienkiej linie stąpają.

Byli nieźli. To musieli być zawodowcy. Przez całą drogę na lotnisko nie zauważył ich ani razu. Mogli oczywiście śledzić go innym samochodem ale mogli też podczepić nadajnik do jego SUVa - co było bardziej prawdopodobne. Jak inaczej namierzyliby go w Red Mustang? Tak, to musiał być nadajnik. Czekali na lotniskowym parkingu. Znowu ten sam niebieski furgon.

- Dokąd, Frank?

Nie… to zbyt niebezpieczne. Wiedział to od samego początku a jednak chciał, tak bardzo chciał zrzucić z siebie to wszystko. Wyznać jej całą prawdę i razem stawić czoło problemowi. Tylko, że to było niemożliwe. Za dużo ryzykował. Ona nie potrafiła odpuścić a on chyba ciągle zbyt mocno ją kochał, żeby ją narażać. Musiał ją odepchnąć. Wiedząc, że oni ich obserwują, mógł dać jej szansę. A może dawał tą szansę sobie?

Scena odegrana na lotnisku była teatralna lecz dała się na nią nabrać.

- Już cię nie kocham. To koniec.

Musiał się odwrócić i odejść, by nie dostrzegła wilgotniejących oczu.

Odprawa przebiegła bez zakłóceń. oddał walizki i z bagażem podręcznym kręcił się jeszcze po lotnisku. Spoglądał w oczy mijanym ludziom, w odbiciach szyb wypatrywał przyglądających mu się twarzy. Nie zauważył jednak nic podejrzanego. Skorzystał z bankomatu i wypłacił gotówkę.

W samolocie złowił spojrzenie łysiejącego mężczyzny w tweedowej marynarce. Gdy ich oczy spotkały się ten szybko odwrócił wzrok, a później przez cały lot miał to nieznośne wrażenie, że ciągle ktoś go obserwuje.

Po wylądowaniu łysy zniknął. Frank wynajął samochód na nie swoje nazwisko, za który zapłacił gotówką. Jadąc drogą stanową ciągle zaglądał we wsteczne lusterko. Nikt go nie śledził a jeśli to robił, musiał być cholernie dobry. Zatrzymał się na poboczu i nim ruszył dalej wyciągnął z telefonu baterię i wrzucił razem z telefonem do schowka.

Był sam. Zdany na siebie. Działo się coś złego. Nie rozumiał co. Nie mógł już nawet liczyć na Mary. Był pewien, że poranny SMS “ktoś się z tobą skontaktuje”, mimo iż wysłany z jej numeru, nie pochodził od niej. Miał jeszcze naiwną nadzieję, że Jessy… Odgonił nieprzyjemną myśl. Później. Tym będzie się martwił później.
Przeprawa promowa przebiegła sprawnie. Na kampingu zameldował się pod fałszywym nazwiskiem. Zapłacił gotówką. John Smith.
Czekał na Brada. Miał nadzieję, że się pojawi. Miał nadzieję, że mu pomoże. Że pomogą sobie nawzajem.
 
__________________
Aktualnie gram w:
Sicarios. Horror. Storytelling. Meksykańskie kartele narkotykowe
GreK jest offline  
Stary 06-02-2019, 23:38   #13
 
DrStrachul's Avatar
 
Reputacja: 3224 DrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputację
1.
“Nie wiadomo, czym się trzeba cieszyć, a czym martwić w życiu. Dobre sprowadza złe, złe sprowadza dobre.”
Denis Diderot “Kubuś Fatalista i jego Pan”

Kłamca!
Grom z jasnego nieba spadł, roztrzaskując dotychczasowe życie Jessici w drobny mak. .Co się stało? Gdzie popełniła błąd? Czego nie zauważył? Jej ukochany w jednej dosłownie chwili stał się dla niej całkowicie obcym człowiekiem. To było tak nierealne, całkowicie absurdalne. Kiedy przekroczyła tę niewidzialną granicę. Coś jej umykało? Tylko co? I co ważniejsze od kiedy?

- Już cię nie kocham. To koniec.
Słowa równie niedorzeczne, co prawdziwe. Samo wspomnienie wykrzywionej w gniewie twarzy Franka, napawało ją niewysłowionym smutkiem i przeszywało serce prawdziwym fizycznym bólem.

Łzy same spływały jej po policzkach. Pragnęła wrócić do dzieci. Do Harrego, Petera i Rebecci. Przytulić wszystkich. Mocno. Do braku tchu.

Wiedziała jednak, że nie może tego zrobić. Musiała się uspokoić. Pomyśleć i zastanowić się. Zająć się czymś konstruktywny. Frank zadzwoni i jej wszystko wyjaśni. Słaby promyk nadziei tkwił na dnie jej serce.

- Tylko czy mu wybaczę? - przemknęła jej całkowicie obca myśl. Oczywiście, że tak. Przecież to jasne.
- Czy na pewno?

- On jest kłamcą. Kłamcą i oszustem. - prorocze słowa ośmiolatki dudniły jej w głowie niczym nieznośne brzęczenie komara. W końcu dojechała do domu. Rzuciła kluczyki od samochodu na szafkę. Wbiegła na górę do sypialni i nie zdejmując butów, rzuciła się na łóżko. Zatopiła głowę w poduszkę i płakała. Płakała długo.

2.
Szpital św. Barbary, dziecięcy oddział neurologiczny. Od momentu przekroczenia progu tego miejsca Jessica czuła do niego totalną odrazę i obrzydzenie. Ściany wydawały się jej przesiąknięte bólem i cierpieniem dzieci. Idąc korytarzem z doktorem Wagnerem, nie potrafiła nawet spojrzeć w twarze mijanych małych pacjentów. Nawet znajoma buzi Esther nie była jej w stanie uspokoić.

Dziewczynka ku zaskoczeniu Jessici, była spokojna i uśmiechnięta. Gdy tylko terapeutka weszła do jej sali, ośmiolatka zeskoczyła z łóżka, podbiegła do niej i wtuliła się z całych siła. Jessica instynktownie odpowiedział na tę odznakę czułości i zaufania. Brak zaufania i niechęć dziewczynki, gdzieś zniknęła.
- Znalazłaś ją? - zapytała cicho Esther.
Jessica nie była w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Ślina ugrzęzła jej ciężką kluchą w gardle. Na szczęście, obok był doktor Wagner. Przyklęknął on przy dziewczynce i złapał za rączkę.
- Esther - rzekł do niej czule - Cieszę się, że już lepiej się czujesz.
- Pewnie - odparła dziarsko dziewczynka - Już mogę iść do domu.
- Już niedługo, obiecuję ci. A teraz tak, jak ci mówiłem wcześniej. Pokaż proszę, Jessice, swoje małe ranki.
Esther lekko skrzywiła ustami, ale wykonała polecenie. Odgarnęła włosy i pokazał Jessicę niewielkie blizny po ranach. Najpierw na skroni, potem na czole, tuż przy linii włosów i na koniec z tyłu głowy. Terapeutka widział już wcześniej te rany na zdjęciach. Teraz widząc je na żywo, ponownie przekonała się, że nigdy by na niej sama nie zwróciła uwagi. Były to drobne blizny. Ledwo widoczne, zgrubienia skóry, po niewielkich nacięciach. Jej skromna wiedza medyczna nie pozwalała domyślić się źródeł, ani przyczyny tego typu ran.
- Jak pani widzi - rzekł doktor Wagner - Tak, jak mówiłem są to drobniutkie blizny. Ich kształt i wielkość, niewątpliwie świadczy o tym, że ktoś kto to zrobił ma wielką wiedzę i niezwykły talent chirurgiczny. Dziwne. Rozmawiałem ze specjalistami i żaden nie potrafi powiedzieć po jakiego typu operacji mogły pozostać, takie ślady. W grę ponoć może wchodzić kapsulotomia, leukotomia, cingulotomia. Są to wszystko metody operacyjnego leczenia zaburzeń psychicznych, które nie poddają się leczeniu farmakologicznemu. Takie siostry lobotomii. Tylko jak pani wie, to bardzo radykalne metody, które pozostawiają nieodwracalne zmiany w psychice. Poza tym ślady nie są w stu procentach zgodne z żadnym z tych zabiegów. W dokumentacji medycznej nie ma żadnej wzmianki o jakichkolwiek operacjach tego typu. Na razie nikogo jeszcze oficjalnie o tym nie poinformowałem. Ma wątpliwości… pani rozumie. Jak tylko to wypłynie, to wszelkie służby zaczną swoje śledztwa. Oczywiście prawda jest najważniejsza, ale… doskonale pani wie, co to będzie oznaczać dla małej. Co pani o tym wszystkim myśli? Chciałbym oszczędzić dziewczynce dodatkowych cierpień, bo przeszła już wiele. Tylko, co innego można zrobić?

3.
Frank czuł się, jak guma do życiu, przerzuty i wypluty. Gdy tylko przekroczył próg, drewnianego domu, padł na pierwszą kanapę w zasięgu wzroku. Dawno nie był tak bardzo zmęczony. Jego organizm wołał o pomoc, gorącą kąpiel i regenerujący sen. W innych warunkach podróż uznałby z nie lada atrakcję. Przelot samolotem, kilka godzin w samochodzie, prom i znowu samochód. Dzieciaki na pewno byłby zachwycone.
Wspomnienie sceny na lotnisku sprawiało mu niemal fizyczny ból. Posunął się za daleko, to pewne. Nie miał innego wyjścia, próbował przekonać sam siebie. Robił, to aby chronić Jessicę i dzieci. Miał nadzieję, że jego ukochana żona zrozumie i mu wybaczy.

Obudził się gdy pierwsze promienie słońca wychyliły się znad horyzontu. Przez wschodnie okna wpadało tyle światła, że nim przyzwyczaił wzrok, czuł się jak na planie filmowym. Dom był drogi nawet po sezonie, fakt. Na szczęście oferował w zamian morze atrakcji. Wspaniały widok ze wzgórza na zatokę i przystań dla żaglówek, w pełni wyposażoną kuchnię, duży barek z naprawdę wyszukanymi alkoholami, saunę, jacuzzi i ogromny kamienny grill na tyłach. W tym momencie Frank ucieszył po prostu na widok ekspresu i bogatego zestawu kaw do wyboru.
Z gorący kubkiem wyszedł na taras i powiódł wzrokiem po okolicy.
Widok zapierał dech w piersiach. Cudowne miejsce na weekendowe wypady, czy nawet wakacje. Odetchnął głęboko i przez chwilę poczuł, że cały stres i wątpliwości spływają z niego. Nie trwało to długo. Wdech, wydech i strumień niepokojących myśli, sprowadziły go na ziemię. Wolno wrócił do środka i rozpakowując się zaczął planować dzień i cały pobyt.
Nie wiedział kiedy, ani nawet jak, Brad się z nim skontaktuje. Być może czeka go dłuższe czekanie. Na pewno przydałby się jakiś rekonesans.

- Gdziekolwiek będziecie i cokolwiek będziecie robić znajomość topografii miejsca, planów budynków i terenu działań, jest kluczowa. To nie tyle zapewnia sukces, co pozwala zabezpieczyć siebie i partnerów z którymi będziecie współpracować. Nie dajcie się nigdy zaskoczyć. To wy wybierajcie miejsce działań, nie przeciwnik.
Słowa majora Ezry wyłoniły się z mroków jego pamięci. Kolejne szczegóły szkoleń i zasad napływały do niego z dalekiej przeszłości. Sam był zaskoczony, jak wiele zapamiętał i potrafił sobie właśnie teraz przypomnieć. Jego zmysły w niepojęty dla niego samego sposób wyostrzyły się. Wyłapywał każdy szmer i szelest. To też, gdy usłyszał odległy szum silnika, stanął na równe nogi.
Wyjrzał ostrożnie przez okno. Pod sąsiedni domek, znajdujący się kilkadziesiąt metrów dalej, podjechał srebrny Land Rover. Wysiadł z niego trajkocząca przez telefon blondynka. Nie będzie tu sam, a to mogło oznaczać kłopoty.

Pukanie do drzwi wyrwało go z zamyślenia. Wolno podszedł do drzwi i już z daleko zobaczył przez okno, burzę blond loków.
- Dzień dobry sąsiedzie - przywitała go z uśmiechem atrakcyjna blondynka. Ubrana była w luźna bluzkę i skórzane leginsy.
- Dzień dobry - mruknął Frank.
- Jestem Melinda. Dzisiaj przyjechałam. Z radością zauważyłam, że mam sąsiada. I co najważniejsze nie widzę przed domem biegający… Nie znoszę dzieci, serio. Atencyjne, rozwrzeszczane bachory. Coś okropnego! Pomyślałam, że zapukam i się przywitam. A tutaj tak miła niespodzianka - skinęła głową w stronę Franka, puszczając jednocześnie oko w jego kierunku. - Mogę wejść? Napiłabym się kawy po irlandzku, tylko whiskey z mojego barku, gdzieś wyszła.

4.
Trzy dni czekania i nic. Zero kontaktu. Żadnej wiadomości, czy choćby najdrobniejszego sygnału. Z każdą godziną, Frank był coraz bardziej rozdrażniony. Dał się zmanipulować jakiemś fagasowi. Rzucił wszystko, pokłócił się z żona, by teraz siedzieć w dziczy, jak jakiś idiota. Nie robił prawie nic, a czuł się zmęczony, jakby dzień w dzień harował w kamieniołomach. Stres dosłownie odbierał mu siły i energię.
Jego jedynymi rozrywkami była Melinda, telewizja i szklaneczka whiskey przed snem. Kładąc się spać, postanowił, że jutro wyjeżdża. Koniec tego dobrego.

Obudził go potworny ból w klatce piersiowej. Palący i paraliżujący wszystkie kończyny. Chciał krzyczeć, wyrwać się, ale otaczała go nieprzenikniona ciemność.
- Csss - usłyszał - Uspokój się i nie krzycz.
Nad sobą ujrzał ciemną sylwetkę mężczyzny, która odznaczała się na tle szarości okna.
- To ja Brad. Ubieraj się. Idziemy - rozkazał.

Szli przez ciemny las. Frank potykał się co kilka kroków o wystające korzenie drzew. Brad szedł pewnie, choć przyświecało im tylko blade światło księżyca. Po jakiś dwudziestu minutach byli na miejscu. Na małej polanie stała zdewastowana i nadająca się w zasadzie do wyburzenia chatka. Brad wprowadził go do środka. Dopiero w ciasnym pokoju pozbawionym okien, zapalił latarkę.
- Wybacz miejsce i czas - zaczął Brad - ale sam rozumiesz, że lepiej być ostrożnym.
5.
- Policja nadal poszukuje trzydziestodwuletniego Ricka Ramireza. Mężczyzna podejrzany jest o zabójstwo matki oraz dwóch pracowników zakładu bukmacherskiego w Chatham. Wszyscy, którzy mają jakiekolwiek informacje o miejscu pobytu mężczyzny, proszeni są o kontakt z poli…
Jessica wyłączyła telewizor i schowała twarz w dłoniach. Stres i potok czarnych myśli odbierał jej energię i wszystkie siły.
Minęły już trzy dni od kiedy rozstała się z Frankiem na lotnisku. Od tego czasu żadnego sygnału, czy znaku życia. Przez pierwszy dzień dała sobie i jemu chwilę do odpoczynku. Drugiego dnia po południu, przełamała się i zadzwoniła do niego. Nie odebrał i wszystko wskazywało na to, że ma wyłączony telefon. A dzisiaj od rana zaczynała powoli odchodzić od zmysłów.
Gdzie on się podziewał do jasnej cholery?
Czasu uciekał. Wiedziała, że musi coś zrobić. Zacząć działać. Musi podjąć walkę o swoje życie. Dla siebie, dla dzieci i dla Franka.
 
DrStrachul jest offline  
Stary 09-02-2019, 21:35   #14
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 10967 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
Lew Archer popatrzył na klientkę uważnie.

Po 30, zadbana, dobrze ubrana. Ręce się jej trzęsły. Staranny makijaż nie dał rady zamaskować bladości cery ani głębokich cieni pod oczami. Znaczy maskował, ale tylko dla kogoś, kto nie znał się na takich rzeczach. A Archer był profesjonalistą w każdym calu. „Nie spała do dwóch dni, płakała albo piła, nie jadła. A może wszystko na raz” pomyślał.

- Czyli podsumujmy fakty: pani mąż wyleciał przedwczoraj, nie wie pani dokąd. Nie odbiera komórki. Zabrał paszport. Pani paszport został w domu, choć mieliście lecieć razem. Obawia się Pani, ze może mieć atak paranoi, wcześniej zachowywał się dziwnie, był przekonany że w domu i samochodzie zamontowane są podsłuchy. Sądził, ze jest śledzony. Dopuszcza też Pani możliwość, ze rzeczywiście się w coś wplątał i ucieka przed kimś. Może to mieć związek z pani pacjentką, Esther lat 8, której rodzice zginęli jakiś czas temu. Mąż twierdzi, że Joel Leibman, ojciec Esther był podwójnym agentem. Pracowali nad falami mózgowym, słyszała pani o dziwnych śladach na główce dziewczynki. Druga osoba to Brad – on podobno kontaktował się z pani mężem. Podobno porwano mu córkę i zniszczono karierę. On miał zdemaskować Leibmana.

Zerknął do notatek.
- Mieliście lecieć spotkać się z Bradem. Mąż zrobił pani awanturę w terminalu i zostawił tam panią, tak? Miał powód?
- Miał.. i nie miał. Pytałam go, dokąd lecimy. Mógł to odebrać jako presję. Ciągle pytał, czy mu ufam i że opowie mi wszystko potem. Ni wiadomo kiedy. – potrząsnęła głową. – Moim zdaniem nie naciskam go zbytnio. Może powinnam była nic nie mówić? Sama nie wiem.. potem zrobił mi awanturę w środku tłumu. Ze mnie nie kocha, że mam wracać do swojej pracy, bo zawsze ją przedkładam przed niego.
- A tak było?
- Bywało.. ale w tym konkretnym przypadku rzuciłam wszystko, żeby z nim jechać. Chciałam tylko wiedzieć dokąd – opuściła głowę.
- Coś jeszcze ? – dopytał. – Coś się ostatnio wydarzało? Coś panią zdziwiło, zaniepokoiło?
Zastanowiła się.
- Mój pacjent zaatakował i zabił dwie osoby. Policja mnie ostrzegała.. proponowali ochronę.
- Nazwisko pacjenta.
Podała.
– Znajdzie pan Franka? Chce wiedzieć, gdzie jest. Czy nic mu nie grozi.
Pokiwał głową.
- Jeszce jedna pytanie… kiedy mąż znika najczęściej stoją za tym sprawy finansowe. A jeszcze częściej inna kobieta.
Potrząsnęła głową.
- Nie mamy kłopotów finansowych. Inna kobieta…Nie sądzę.. mógłby po prostu wyjechać, nie musiałby robić tego cyrku z ostrzeganiem mnie i porzucaniem na lotnisku… - zamilkła na chwilę, bo coś sobie uświadomiła. Cyrk. Przedstawienie. Ten wybuch na lotnisku… Być może przegięła, ale to zachowanie Franka było tak teatralne.. teraz to widziała. Albo rzeczywiście ktoś ich śledził, albo Frank sądził, ze ich śledzą. Chciał ją ochronić?
Detektyw coś mówił.
- Potrzebuję: zdjęcia, numer ubezpieczenia, nr paszportu, prawo jazdy, numery kart kredytowych – wyliczał, a Jessica machinalnie kiwała głową. Zauważył, ze nie słucha: - Prześlę pani listę mailem. Im szybciej je dostanę, tym szybciej mogę zacząć szukać Franka. Rozumie pani?
- Tak, oczywiście.
- Dam pani znać, jak czegoś się dowiem. Proszę się nie martwić, moi kliencie mnie cenią.
Dotknął ronda kapelusza i wyszedł.


Wcześniej


Wróciła z lotniska, kompletnie rozbita. Gdyby ktoś ja zapytał, którą drogą jechała nie potrafiłaby jej odtworzyć. Dom przywitał ją pustką i ciszą. Grobową ciszą. Ich małżeńskie łóżko wydawało się za duże dla niej, kilka razy za duże… Jednak nie potrafiła znaleźć dla siebie innego miejsca. Tęskniła za Frankiem i dziećmi. Obwiniała na przemian siebie i męża. Płakała. Chciała zadzwonić do przyjaciółek, albo rodziców, ale nie mogła.

Potem chyba zasnęła. Następnego dnia przeważała złość. Tłukła się po domu, nie mogła znaleźć dla sobie miejsca. Przeszukała biurko i gabinet męża. Nie było jego paszportu, choć swój znalazła. Zaplanował to?! Ta myśl uderzyła ją jak obuchem, zabrakło jej tchu. Zaplanował, że ją zastawi na lotnisku… Wredny kutas. Kłamca. Kłamca. Mała miała rację. Piła wino, potem jego whiskey. Była wściekła. Po południu zadzwoniła, ale nie odebrał. Zadzwoniła znowu, i znowu. Coś mu się stało? Przecież to jej Franky… A może rzeczywiście był chory? Martwiła się. Dzwoniła znowu. Nic. Podjęła decyzję i umówiła się na następny ranek z detektywem. Potrzebowała wiedzieć. Wzięła prysznic i zamieniła alkohol na sok.

Po spotkaniu pójdzie do szpitala, spotka się z małą i tym .. Wagnerem. Musi coś robić, bo zwariuje.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji
kanna jest offline  
Stary 12-02-2019, 23:21   #15
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 10967 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
Do szpitala świętej Barbary dotarła późno, przed 13.

Po spotkaniu z Archerem zbierała dla niego numery kont i ubezpieczeń, zdjęcia i wszystko to, o co prosił. Posłała mu mailem, rozmawiając jednocześnie na ich messengerowej grupie rodzinnej z dziećmi. Oglądała ich zdjęcia na koniach, słała serduszka dla Rebecci, oraz żółwiki dla chłopaków.
Frank się nie odzywał, choć też był w grupie i gdyby chciał, mógłby śledzić ich rozmowę. Ale nie robił tego, dzieci to niespecjalnie dziwiło, ojciec raczej rzadko tekstowa ł, wolał dzwonić. Ale tym razem nie dzwonił. Jakby zniknął z ich życia.

- Pobaw się chwilę słonko, zaraz do ciebie wrócę. - powiedziała do małej. - Napijemy się najpierw kawy z panem doktorem.
Jessica rzeczywiście wyglądała , jakby potrzebowała kawy. Lub innego Red Bull a. Nieprzespane noce dawały o sobie znać.

Usiedli.
- Zna Pan kogoś, kto potrafiłby wykonać taki zabieg?
- Jedno w tej chwili mogę powiedzieć na pewno. Jakikolwiek był to zabieg dokonał go specjalista wysokiej klasy. Myślę, że powinniśmy szukać wśród najlepszych lekarzy w kraju. Tyle. Wiem, że to niewiele. W tej chwili nawet trudno powiedzieć, co to był za zabieg i czemu służył.
- Dziewczynce zrobiono rezonans? Tomografię komputerową? Czy ślady po takiej interwencji chirurgicznej nie powinny być widoczne w obrazowaniu?
- Jak już mówiłem, rezonans nie wykazał żadnych patologicznych zmian. Może warto byłoby powtórzyć badanie, albo pokazać wynikowi jakiemuś ekspertowi. Nie wiem… - doktor Wagner rozłożył bezradnie ręce na bok - Przy pierwszym badaniu nie wiedzieliśmy czego mamy szukać. Teraz byłoby inaczej. Jednak wszystkie zabiegi, które wcześniej wymieniłem, zostawiają wyraźne ślady w obrazie. Tutaj nic takiego nie występuje.
Doktor Wagner złapał się za podbródek i wolno nachylił się ku Jessice.
- Pani prowadzi z dziewczynką terapię. Co pani wie o jej rodzinie?
- Jej rodzice nie żyją. - powiedziała Jessica. - Ale jakie to teraz ma znaczenie? Dziecko ma ślady wskazujące na interwencję chirurgiczną w obrębie mózgu. Oczywiście, warto ustalić, kto jest za to odpowiedzialny… ale dopóki nie będziemy znali skali obrażeń to żadnej terapii nie może być mowy. Mogę pozostawać z nią w kontakcie wspierającym, ale nic więcej.
- Czyli uważa pani, że powinienem powiadomić policję? - zapytał, jakby lekko zbity z tropu doktor Wagner.
Jessica potrząsnęła głową, zdezorientowana.
- Naprawdę ma pan wątpliwości? To dziecko doświadczyło przemocy. W dokumentacji medycznej - jak rozumiem - nie ma słowa o zabiegach, które mogły przynieść takie rezultaty.
- Nie mam wątpliwości. Ma pani rację. Ja po prostu myślałem, że właśnie ze względu na jej traumę powinniśmy oszczędzić jej kolejnych ciężkich przeżyć. Myślałem, że pani… że ja… Ale nie to faktycznie bez sensu. Odpowiednie władze muszę się tym zająć. Przepraszam. - zakończył doktor.
Pochylił głowę, jak ze wstydu i mruknął pod nosem ciche “do widzenia” ruszył w stronę wyjścia.
- Proszę poczekać! - zatrzymała go.- Przepraszam, nie chciałam pana urazić. O czym pan pomyślał?
- Niech pani o tym zapomni. Proszę. Nie było tej rozmowy. Nie ma już o czym mówić. Ma pani całkowitą rację. Wygłupiłem się. Niech pani o tym zapomni.
Mężczyzna nie patrzył jej w oczy. Był wyraźnie zmieszany i zawstydzony. Zapewne, gdyby tylko mógł zapadłby się pod ziemię, albo uciekł przed siebie. Przed rejteradą powstrzymywało go tylko dobre wychowanie i społeczne normy.
- Boi się pan - stwierdziła Jessica. Tylko kogo? Jej? Jego zachowanie było nietypowe.
Mężczyzna podniósł głowę i spojrzał na Jessicę. Jego oczy wyglądały niczym ślepia zagonionej w kąt przez nagonkę zwierzyny. Mimo to doktor Wagner pokręcił przecząco głową.
- Wygłupiłem się. Pani ma większe doświadczenie w tego typu sprawach. Chciałem pomóc, ale to dziecinada. Trzeba chronić dziewczynkę. Muszą się tym zająć odpowiedni ludzie. Przepraszam, ma pani rację - powtórzył po raz kolejny - Naprawdę nie było tematu. Dobrze?
- Był temat - Jessica docisnęła lekko. Nie planowała odpuszczać. - Chciał pan coś zaproponować. Proszę dokończyć.
Mężczyzna zawahał się. Spojrzał na Jessicę. Na jego twarzy malowało się tysiąc myśli i uczuć.
- Dobrze - wyszeptał - Tylko to musi zostać między nami. Jakby co, to wszystkiego się wyprę.
Posłała mu zachęcający uśmiech. Kolejny paranoik? Odczekał chwilę, aby w końcu z obawą i drżącym głosem kontynuować.
- Pomyślałem, że moglibyśmy razem pomóc Esther. Pani zdaje sobie sprawę, jak działają wszelkiego typu instytucje. Policja, opieka społeczna, psychiatrzy. Gdy dziewczynka dostanie się w ich ręce, jest niemal pewne, że zatraci się w swojej psychozie i nigdy nie dojdziemy do prawdy i co ważniejsze nigdy nie zdołamy jej pomóc. Pani i ja moglibyśmy jej pomoc z większą troską. Pomóc jej, a nie na siłę szukać winnych. Na pewno to ryzykowne, ale…
Doktor Wagner zawiesił głos i znowu spojrzał na Jessicę. Szukał w niej zrozumienia, akceptacji, a może i zachęty.
- Ale myślę, że warto.
Przygryzła wargę. Ona też myślała.
- Zachęca mnie pan do obejścia prawa… ale z drugiej strony system nie zawsze działa sprawnie. Może pan powtórzyć badania?
- Czyli co? - zapytał z niedowierzaniem - Wchodzi pani w to?
-Myślę, ze tutaj mała jest bezpieczna. Teraz już wiemy, czego szukać w obrazowaniu.
- To nie jest odpowiedź na moje pytanie - nalegał Wagner.
Spojrzała na niego uważnie.
- W co wchodzę? W terapię małej? - tak. W jej ochronę – też, jest moja pacjentką. Dlaczego pan się w to angażuje?
- Mam swoje powody - odparł enigmatycznie.
- Chcę je poznać.
- W swoim czasie. Ja więcej ryzykuje. - odparł zaskakująco hardo doktor - Spotkajmy się gdzie poza szpitalem, gdzie będziemy mogli swobodnie porozmawiać. Teraz muszę lecieć do innych pacjentów. Niech pani jeszcze pobędzie z Esther.
Doktor skinął głową na pożegnanie i skierował się do wyjścia. Popatrzyła a nim, a potem wróciła do dziewczynki.


Betty sesja piąta

Usiadła obok małej przy niskim stoliczku.
- Powiedziałaś, że Betty odeszła - zaczęła..
Esther trzymając w dłoniach Barbie przytaknęła w milczeniu głową. Ręce i nogi lalki były powykręcane w nienaturalny sposób, a połowa jej włosów wyrwana.
Jessica wskazała na lalkę.
- Denerwujesz się? - zapytała. - Martwisz się, że Betty może wrócić?
- Wróci! - pisnęła Esther - Czuję ją. Schowałaś ją tak? Zamknęłaś i teraz nie może wyjść, - zakończyła oskarżycielsko.
- Chciałabyś, żeby do ciebie wróciła, tak? Zgubiła się, a ty tęsknisz? - poczekała chwilę na odpowiedź dziewczynki, a potem dopytała; - Pamiętasz, kiedy Betty pierwszy raz do ciebie przyszła?
- Ona wróci. Musisz wrócić. Bez niej… - dziewczynka nie skończyła, tylko zwiesiła głowę jakby się czegoś wstydziła lub bała.
- Bez niej co? - zapytała miękko Jessica.
- On wróci. Wróci i będzie krzyczał - wyszeptała Esther.
- Pomogę ci - zapewniła Jessica dziewczynkę. - Jestem dorosła. Dorośli pomagają dzieciom. Ja nie krzyczę. Ktoś krzyczał na ciebie?
- Namah - wyszeptała jeszcze ciszej Esther - On cię może… - dziewczynka przeciągnęła palce po szyi. Tylko Bette go powstrzyma.
- Namah? On jest dorosły? To pan?
- On jest zły. Złyyyyyy - oczy dziewczynki wywróciły się i teraz spoglądała ona na Jessicę tylko białkami. Ciało Esther zaczęło drżeć.
- Suuuukaaa! - krzyknęła - Tępa kurwo! Wypierdalaj! Rozumiesz wypierdalaj!
Jessica aż odskoczyła odruchowo Esther w tym czasie upadła na podłogę, a jej ciałem targały potężne spazmy.

- Lekarza! - krzyknęła Jessica klękając obok małej. Przytrzymała jej główkę. - Dziewczynka ma atak!

Kiedy lekarze, na czele z dr Wagnerem, wbiegli, odsunęła się i przez chwilę obserwowała, jak zajmują się małą. Uświadomiła sobie, że unika używania imienia dziewczynki – jakby nie chciała się z nią wiązać emocjonalnie. Za bardzo przypominała jej Rebekę. A może nawet ją samą z przeszłości? Powinna to poddać superrewizji… podobnie jak cały swój związek z Frankiem. Potarła skroń zmęczonym gestem.

Jeden z lekarzy spojrzał na nią nieprzyjaźnie – nie dziwiła mu się specjalnie, po każdym spotkaniu z nią stan małej się pogarszał. Sama by sobie dała sądowy zakaz zbliżania się… Małą też trzeba by ruszyć na superwizji… Ilekroć wydawało się jej , ze w terapii dochodzi do czegoś ważnego dziewczynka miała atak. Może za mocno naciskała?

Zebrała swoje rzeczy i poszła w stronę wyjścia.
- Doktor Mitchell! – zawołała młoda recepcjonistka, podając jej złożoną kartkę. – Dr Wagner prosił, żeby pani przekazać. Jakby nie mógł napisać na FB.. – zaśmiała się. – Romantyk.

Jessica podziękowała i otworzyła list. Zobaczyła nabazgrany niedbale adres w centrum miasta i dopiskiem “Wieczorem o 21”.
Przewróciła oczami. Tak, marzy o tym, żeby się z nim spotykać nie wiadomo gdzie po nocy…

Nie planowała nigdzie jechać, ale po spędzonym samotnie późnym popołudniu zmieniła zdanie. Frank się nie odzywał, Archer się nie odzywał, nawet dzieci się nie odzywały… Mogła albo użalać się nad sobą, albo złościć i martwić o męża, albo przeszukiwać wciąż od nowa jego gabinet… Po namyśla wybrała spotkanie w Wagnerem.


9 p.m. Centrum Chicago, mała włoska knajpka “Ciambella”

Gdy Jessica przyjechała na miejsce, doktor Wagner już na nią czekał. Bez służbowego fartucha wyglądało o wiele lepiej. Ubrany w kraciastą koszulę i ciemno granatową kamizelkę ze złotymi guzikami prezentował się dostojnie i szlachetnie. Okulary w cienkich srebrnych oprawkach dodawały mu uroku i wyglądu intelektualisty, Na widok Jessici podniósł się z krzesła i zamachał ręką.
Terapeutka zajęła miejsca. Nie przebierała się, była w szarych spodniach i jedwabnej bluzce – zdecydowanie nie wieczorowy zestaw.

- Życzy sobie pani coś do picia - zapytał doktor - Mają tutaj wyśmienite prosecco. Gorąco polecam.
- Poproszę. Co z dziewczynką? Wiadomo, co powoduje te ataki?
- Julio. poproszę dwa razy prosecco. - złożył zamówienie doktor, który najwyraźniej był na “ty” z kelnerką. Gdy ta odeszła, odpowiedział na pytania Jessici.
- Esther czuje się dobrze. Nie pamięta momentu napadu. Na jutro planowane jest konsylium. Jestem jednak niemal pewny, że nic nie ustalą. A może inaczej. Coś tam ustalą, ale na pewno nie będzie to zgodne z prawdą.
Jessica popatrzyła pytająco na dr Wagnera.
- A jaka jest prawda? - zapytała, ale nie dostała odpowiedzi, bo kelnerka wróciła z butelką wina. Z wielką wprawą nalała dwa kieliszki, po czym postawiła butelkę na stole.
- Podać coś do jedzenia? - zapytała.
Jessica nie pamiętała, kiedy ostatnio jadła, zawsze reagowała tak w stresie.
Doktor Wagner wymownie spojrzał w stronę Jessici.
- Nie nalegam - szepnął półgłosem - Nie chcę, aby potraktowała pani to spotkanie, jak randkę. Muszę jednak powiedzieć, że mają tutaj wyśmienitą lasagne i polentę. Gdyby pani reflektowała, to polecam.
Na myśl o makaronie i innych ciepłych potrawach żołądek podszedł jej do gardła. Jednak rozsądek zwyciężył.
- Poproszę pieczywo.. - powiedziała. - Bagietkę może.
- Coś do niej? - dopytała kelnerka.
- Tylko tyle, dziękuję .
Kelnerka przyjęła zamówienie i odeszła.

Jessica spojrzała na swojego towarzysza.
- Proszę się nie obawiać, nie traktuję naszego spotkania jako randki, Jestem mężatką.
Upiła mały łyk wina.
- A pan, doktorze? Jak jest pana specjalizacja, nie pytałam o to wcześniej. I czemu pan sądzi, że konsylium nie ustali prawdy odnośnie dziewczynki.
- Proszę, mów mi Mike. Darujmy sobie to tytułowanie. W końcu jesteśmy już wspólnikami w spisku. - uśmiechnął się z lekką sztucznością.
Nie zaprzeczyła, choć zdecydowanie nie czuła się jego wspólniczką.
- Ja jestem neurologiem. W zasadzie, bo amatorsko zajmuje się też psychiatrią i psychologią. Papierów jednak na to nie mam. A co do konsylium, to chyba już zdałaś sobie sprawę Jessico, że ta sprawa jest bardzo skomplikowana. Członkowie konsylium nie będą zagłębiać się w historię Esther. Tylko my to możemy zrobić. Oni będą szukać przyczyn czysto medycznych. Aby rozwiązać zagadkę Esther trzeba pogrzebać dużo głębiej. Chciałem cię zapytać, czy wtajemniczyłaś kogoś w przypadek Esther? Choćby przypadkowo, albo ogólnie?
- Wiele osób - skłamała gładko. - Superwizowałam jej przypadek. Podejrzewam rozszczepienie osobowości, choć opinie specjalistów są skrajne, niektórzy wykluczają istnienie takiego zaburzenia.
Wypiła kolejny łyk. Alkohol dobrze działał na żołądek. Ułamała kawałek bagietki i włożyła do usta.
- A ty Mike? Jak jest twoje hipoteza?

- Osobowość wieloraka jest możliwa - zaczął po chwili zastanowienia - Choć w przypadku tak małego dziecka, to raczej mało prawdopodobne. Historia nie zna wielu przypadków, a te które są… no cóż te są wątpliwe. Schizofrenia.. być może.
Doktor Wagner wyraźnie bił się z myślami, czy wtajemniczyć Jessicę w swoje domysły i przypuszczenia.
- Dobrze - rzekł w końcu zdecydowanie - Dobrze Jessico - wyjął telefon i pokazał zdjęcie jakiejś dziewczynki. Na oko w wieku 6 może 8 lat. Śliczna, brunetka o kręconych włosach.
- To moja córka. Monica. Trzy lata temu zaginęła, czy może lepiej powiedzieć została porwana. Policja i prywatni detektywi szukali jej przez wiele miesięcy. Po roku już prawie pogodziłem się z tym, że moja córeczka nie żyje. W międzyczasie rozszedłem się z żoną. Życie mi się załamało. Nadzieja jednak nadal tliła się w sercu. W końcu pół roku temu, ktoś znalazł moją Monicę w Nevadzie. Błąkała się ledwo świadoma tego, co się wokół niej dzieje. Nie było z nią prawie żadnego kontaktu. Gdy w końcu się z nią spotkałem na jej ciele zauważyłem dokładnie takie same ślady, jak w przypadku Esther. - przerwał czekając na reakcję Jessici.

Zesztywniała. Kawałek bułki wyślizgnął się jej z palców i spadł na kraciasty obrus. Po chwili opanowała się.
- A teraz? - zapytała. - W jakim teraz jest stanie?
Mike Wagner zwiesił głowę. Gdy podniósł ją na nowo w jego oczach były łzy. Otarł je wierzchem dłoni.
- Katatonia w czystej postaci. Tyle. Odwiedzam ją raz w tygodniu. Tylko tyle jestem w stanie dla niej zrobić. Esther to moja szansa, by dowiedzieć się co stało się z moją Monicą.
Dotknęła jego dłoni. W tym momencie pod powiekami ujrzała twarz swojej córki. Zimny dreszcz przeszył jej ciało. Odgoniła obraz.
- Tak mi przykro, Mike… Nie wiem, czy będę potrafiła ci pomóc. Esther dostaje ataku za każdym razem, gdy już wydaje mi się, że zbliżam się do jakiegoś rozwiązania.
- Dlatego musimy współdziałać.
Zmarszczyła brwi.
- Co przez to rozumiesz?
- Zgodziłaś się na współpracę. Musimy opracować plan. Musisz jednak mieć świadomość, że to co robimy i co jeszcze zrobimy, jest tak naprawdę łamaniem prawa. Już sam fakt ukrywania odkrytych obrażeń i nie powiadomienie o tym odpowiednich władz, to przestępstwo. Muszę być pewien, że chcesz to zrobić. Esther nas potrzebuje. Tylko my możemy jej pomóc.
- Czego ode mnie oczekujesz. Mike? - zapytała miękko, żeby go zachęcić. Mówił ogólnikami, unikał konkretów. Nazywał ją wspólniczką, choć nie precyzował w czym. Jessica ceniła otwartą komunikację, ale z jakiegoś powodu dr Wagner jej unikał. Bał się? Nie ufał jej? Wszystko możliwe… Starała się kalkulować chłodno, ocenić rozumowo sytuację, tak, aby odsunąć natrętne obrazy córki doktora . I swojej.
- Pomocy. Współpracy - odparł przytrzymują jej dłoń. Dla postronnych wyglądali zapewne, jak para zakochanych. Jak to pozory potrafią mylić. Dramat kontra idylliczne wyobrażenia rodem z hollywoodzkich filmów.
- Masz kontakt z Esther. Masz wiedzę. Możemy jej pomóc, Jessico. Możemy ją z tego wyciągnąć. Zdajesz sobie chyba sprawę, co ta dziewczynka musiała przejść. Ja nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jacy ludzie za tym stoją. Pamiętasz, jak zapytałem cię co wiesz o jej rodzicach.
Jessica przytaknęła i zabrała delikatnie dłoń.
- Ja mi powiedziałaś, że nie żyją poczułem wielki zawód. Myślałem, że może uda się na nam zemścić. Teraz liczy się tylko ona. Musimy jej pomóc. Jesteś ze mną?
- Rodzice Esther nie żyją… podobno jej ojciec pracował nad falami mózgowymi. Ale jest jeszcze ktoś. Tyle, ze nie potrafię do niego dotrzeć. Pracuję już nad tym.

Wstała, kładąc banknot na stole.
- Teraz muszę już iść. Spotkamy się jutro, w szpitalu. Dobranoc.

Potrzebowała odpocząć.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji
kanna jest offline  
Stary 17-02-2019, 08:58   #16
 
GreK's Avatar
 
Reputacja: 15872 GreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputację
Dzień piąty. Środa.
Burza blond loków w osobie Melindy patrzyła na niego filuternie.

- Mogę wejść? Napiłabym się kawy po irlandzku, tylko whiskey z mojego barku, gdzieś wyszła.

Frank otaksował ją wzrokiem. W innym czasie i miejscu zapewne nie odpuściłby sobie okazji do miłego spędzenia czasu w takim towarzystwie lecz teraz…

- W restauracji jest kafejka i bar. Ja niestety nie lubię towarzystwa.

...zamknął drzwi przed nosem natarczywej sąsiadki.

Resztę dnia spędził na zwiedzaniu najbliższej okolicy kampingu. Drewniane domki stały w równych odstępach, wystarczająco dużych by zachować minimum intymności, na poprzetykanym rzadkimi drzewami wzgórzu. Ruszył w kierunku, z którego dochodził szum fal, wijącą się między drzewami, wysypaną białym kamieniem ścieżką. Kilkaset metrów dalej ujrzał kamienistą plażę, o którą z sykiem rozbijały się niewielkie fale. Trochę na uboczu, przy małej przystani kołysała się sennie niewielka łódka. W oddali na północy dostrzegł samotną, czerwoną latarnię.

Pokręcił się jeszcze przy brzegu, po czym zmęczony wrócił do domu i zasnął szybko.

Dzień szósty. Czwartek.
Brad nie zjawił się i gdy nad ranem usłyszał pukanie do drzwi, miał cichą nadzieję, że to on. W progu jednak stała Melinda. Tym razem ubrana była w mocno eksponujący jej wdzięki strój. Skórzane, czarne spodnie opinały szerokie, rozkołysane biodra, a biały, cienki i przyciasny golf uwydatniał jędrne piersi. Widoczne przez materiał sterczące sutki świadczyły o braku stanika.

- Przepraszam najmocniej, że przeszkadzam - uśmiechnęła się zalotnie ale mam problem z laptopem i…

- Przepraszam - warknął w odpowiedzi Frank wchodząc jej w słowo. - Nie znam się, zarobiony jestem. Dowidzenia.

Drzwi trzasnęły przed nosem natarczywej sąsiadki a Frank puścił pod nosem niewybredny komentarz o napalonych nimfomankach. Nie był w najlepszym nastroju. W oczekiwaniu na Brada postanowił zwiedzić wyspę dokładniej. Nigdy nie wiadomo kiedy mogła mu się przydać topologia terenu. “Bądź przygotowany” - słyszał w głowie głos Mary - “na każdą ewentualność. Poznaj okolicę.”

Piesza wędrówka do miasteczka nie zajęła mu dużo czasu. Miejsce było urokliwe. Jedno z tych gdzie można przyjechać z rodziną na wakacje i wyciszyć się na łonie natury. Cisza i spokój. Chociaż w sezonie mogło to wyglądać trochę inaczej. Miasteczko nie było duże, ot jeden pub, mniejszy hotelik i kilka budynków należących do mieszkańców wyspy. Szybko minął wybrukowane kamieniem ulice i udał się na północ, jedyną drogą, to opadającą, to wznoszącą się wśród lasu. Było pusto. Nikogo nie mijał. Dzień był pochmurny ale nie padało. Późnym popołudniem dotarł na skraj wyspy, gdzie stała samotnie na skałach latarnia, tutejsza atrakcja turystyczna. Przed budynkiem pusty parking. Zawrócił, by przed zapadnięciem zmroku dotrzeć z powrotem do kampingu.

Wieczorem, z braku innych zajęć usiadł przed telewizorem i przerzucał kanały. Gdy usłyszał pukanie do drzwi już przeczuwał, kto stoi po drugiej stronie. Mógł, to być co prawda Brad, ale Frank szczerze w to wątpił.
Podszedł do drzwi i usłyszał głos z drugiej strony.
- Sąsiedzie, to ja Melinda. Stała się rzecz straszna proszę otworzyć.

Nie zareagował. Nie ruszył się nawet w nadziei, że sobie pójdzie. Nadzieje okazały się płonne. Melinda nie odpuszczała.

- Panie sąsiedzie. Wiem, że źle zaczęliśmy naszą znajomość. Proszę otworzyć, to naprawdę sprawa życia i śmierci.

Uchylił drzwi.

- Podpaski się pani skończyły? - warknął. - Czy może nie odbiera kanał ze Springer Show?
- Oj jaki pan obcesowy - uśmiechnęła się z przekąsem i wsunęła stopę między drzwi.
Frank zobaczył, że narwana nimfomanka ubrana jest tylko w jedwabny szlafrok i pantofelki z pomponem. Różowe. Kurwa różowe.
- Wiem pan, że jest pan dla mnie zagadką. Zagadką i wyzwaniem. Przez chwilę pomyślałam nawet, że jest pan pedałem. Tylko to niemożliwe, żeby taki gość jak pan lubił facetów. Mogę wejść?

Zaczęła niby to napierać na drzwi.
- Muszę coś panu pokazać. Poza tym chyba nie pozwoli pan damie marznąć pod drzwiami. Prawda?
- Ma pani rację - westchnął. - Damie bym nie pozwolił. Proszę zabrać stopę, może się jeszcze przydać. Jestem pewien, że właściciel kampingu chętnie by coś zerżnął.
- Świnia z pana - oburzyła się i w teatralnym geście pokazała język - Tylko ma pan pecha. Ja lubię niegrzecznych chłopców. Niech pan da spokój. Marznę tu. Przy tych słowach odsłoniła szlaftok do połowy ukazująć bezwstydnie swe dorodne piersi.
Zaskoczyła go. Musiał przyznać, że przez chwilę go zaskoczyła. Tak, że rozdziawił usta i stał tak chwilę bez słowa. Nie chodziło o biust i bezpośredniość. Chodziło o to, że jechał po niej jak po starej szkapie a ona ciągle się narzucała. Pierdolona, napalona nimfomanka! Takie rzeczy się nie dzieją na prawdę.

- Przepraszam - wybąkał w końcu, - jeśli zaszło jakieś nieporozumienie. Chciałem tylko powiedzieć żebyś WY-PIER-DA-LA-ŁA.

W oczach Melindy pojawiły się łzy. Zakryła swoją nagość z oburzeniem, które wyglądało iście groteskowo. Cała scena w oczach Franka przypominała słaby sitcom lub jeszcze słabszego pornosa.
- Jesteś okropny - burknęła - Ja chciałam się tylko przytulić. Naprawdę jesteś gejem? To nie szkodzi. Ja nawet lubię gejów. Są tacy, tacy… - szukała odpowiedniego słowa - Słodziutcy. Z resztą to nie ważne.Ja chciałam ci tylko umilić wieczór. Widzę, że jesteś sam, to pomyślała… Moglibyśmy sobie pomóc.

Otarła łzy i spróbowała wcisnąć stopę jeszcze dalej, jednak Mitchell zablokował drzwi i te ani drgnęły.
- Nie chcę cię do niczego zmuszać, ale naprawdę mógłbyś mi pomóc. Potrzebuję kogoś kto mi pomoże. Nie bój się. Nawet byś nie musiał niczego robić. Byśmy się tylko przytulili, tak wiesz serdecznie. Jedno zdjęcie i bym sobie poszła. Proszę - zakończyła błagalnie.
- Źle trafiłaś. Zabierz stopę - powtórzył.
- Zapłacę - rzuciła desperacko - Proszę Potrzebuje dowodu. Dla męża. Dowodu, że jestem jeszcze atrakcyjna. Proszę, jedno zdjęcie i mnie już więcej nie zobaczysz.

Melinda spojrzała błagalnym wzrokiem w stronę Franka. Wyglądała jak zbity pies błagający o łaskę. Sytuacja była tak absurdalna, że Frank nie mógł wprost uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
Spojrzał na nią z pogardą.

- Źle trafiłaś - czuł, że się powtarza. - Nie musisz nikomu nic udowadniać. Rzuć gnoja. Nie jest ciebie wart. I znajdź sobie kogoś innego. Kogoś kto o ciebie zadba. Nie powinnaś mieć z tym problemu. A teraz zabierz tą stopę nim ją złamię.

Spuściła wzrok, splotła ręce na piersiach i obróciwszy się na pięcie, ruszyła w stronę swojego domku. Zatrzasnął drzwi. Czuł się cokolwiek parszywie. Miał już dość czekania. Brad, gdzie jesteś skurwysynu?

Dzień siódmy.. Piątek.
Obudził się poirytowany. Kolejny dzień czekania. “Musisz być cierpliwy” - wpajała mu Mary podczas szkolenia. Łatwiej jednak powiedzieć, gorzej z realizacją. Najgorsze było to, że nie był pewien, czy informacja dotarła do Brada. Czy coś się nie zmieniło. Czy w ogóle przybędzie. Postanowił czekać najwyżej do niedzieli.
Tego dnia zaplanował kolejne piesze wycieczki.
Odkrył pole namiotowe, kilka mniejszych przystani oraz kilka prywatnych domów porozrzucanych po całej wyspie. W większości jednak była pokryta lasem, przez które prowadziły ścieżki pieszo - rowerowe. “Gdy to się skończy” - pomyślał, - “wybiorę się tutaj z Jessy i dzieciakami.” Z Jessy… Przypomniał sobie co jej powiedział na lotnisku. Czy przed nimi jeszcze była jakaś przyszłość?

Wrócił późnym wieczorem. Zmęczony całodniową wędrówką po okolicznych lasach.

Obudził go potworny ból w klatce piersiowej. Palący i paraliżujący wszystkie kończyny. Chciał krzyczeć, wyrwać się, ale otaczała go nieprzenikniona ciemność.

- Csss - usłyszał - Uspokój się i nie krzycz.

Nad sobą ujrzał ciemną sylwetkę mężczyzny, która odznaczała się na tle szarości okna.
- To ja Brad. Ubieraj się. Idziemy - rozkazał.

Szli przez ciemny las. Frank potykał się co kilka kroków o wystające korzenie drzew. Brad szedł pewnie, choć przyświecało im tylko blade światło księżyca. Po jakiś dwudziestu minutach byli na miejscu. Na małej polanie stała zdewastowana i nadająca się w zasadzie do wyburzenia chatka. Brad wprowadził go do środka. Dopiero w ciasnym pokoju pozbawionym okien, zapalił latarkę.
- Wybacz miejsce i czas - zaczął Brad - ale sam rozumiesz, że lepiej być ostrożnym.

Przytaknął. Rozejrzał się dookoła. Kiedyś zapewne była tutaj spiżarnia, albo duży schowek. Pomieszczenie w przeciwieństwie do reszty domostwa.było w całkiem niezłym stanie. Pod ścianami stały szafki, które Frankowi kojarzyły się w wyposażeniem ciemni. Szerokie kuwety rozłożone na blacie potęgowały to wrażenie. Usiedli w kącie na małej kanapie, przy niewielkim stoliku. Obok stały trzy krzesła.

- Skąd znasz to miejsce?
- To tak jakby moja kryjówka. Była nią kiedyś, a teraz to tylko taka bezpieczna przystań. Nie martw się, nikt nas tutaj nie znajdzie.

Brad oparł się o stół i spojrzał w oczy Franka.
- Cieszę się, że przyjechałeś. Naprawdę.

Rozpiął kurtkę i zza pazuchy wyjął plastikową teczkę. Położył ją na stole i otworzył.
- Tutaj mam zebraną dokumentację. Kilka faktów o Joelu Leibmanie, jego żonie i dzieciach. Kilka zdjęć ośrodka, gdzie kiedyś prowadzili badania. I co najważniejsze dane uprowadzonych dzieci, na których prowadzą eksperymenty. W sumie dwadzieścia jeden osób.

Przesunął teczkę w stronę Franka, dając jasno do zrozumienia, że może się z nią zapoznać.

Frank przejrzał pobieżnie dokumenty.

- Co o tym sądzisz? - zapytał Brad widząc, że Frank skończył przeglądać dokumnety.
- Sam zebrałeś materiał? - w głosie Mitchella pobrzmiewała nutka uznania.
- Tak można powiedzieć. Nie ma co wnikać w szczegóły. Czasem ktoś mi pomógł, ale teraz jestem sam.
- Co możesz mi powiedzieć o Esther?
- Poza tym, co w dokumentacji, to to że była w pewien sposób ich ulubienicą. Nie wiem, czy dlatego, że była córką Leibmana, czy dlatego, że przynosiła najbardziej porządane efekty ich eksperymentów. Może obie te rzeczy. Nie wiem. Teraz to mój jedyny punkt zaczepienia w całej sprawie.
- Do czego zmierzasz? Co masz zamiar zrobić?
- Musimy skupić się na dziewczynce. Ona dużo wie. - zapewnił Brad - Musimy z niej wydobyć informację. O jej ojcu, ośrodku i o wszystkim, co jej robili. Pomożemy jej, a przy okazji znajdziemy inne uprowadzone dzieci.
- Leibman robił to swemu dziecku? - nie mógł uwierzyć w to, że można robić coś takiego. - Dla Rosjan?
- Początkowo dla naszych. Później, jak projekt zamknięto z powodów finansowych, to na własną rękę. Pod koniec to może dla Rosjan, a może dla kogoś innego. Ciężko powiedzieć. Pewne jest, że ktoś nadal prowadzi badania. Dzieci znikają. Leibman rozpłynął się w powietrzu, ale pewnie nadal jest w to zaangażowany. On i jacyś jego kumple z CIA. Może ktoś jeszcze. Nie wiem… - Brad przeciągnął dłonią po twarzy, jakby chciał usunąć sprzed oczu jakieś przykre wspomnienia.
- Ja nie zamierzam tropić spisków. - powiedział w końcu - Nie zamierzam dążyć do tego, aby ukarać winnych. Ja chcę tylko pomóc tym wszystkim porwanym dzieciakom. Tylko to się liczy. Kluczem do tego jest Esther. Trzeba opracować plan - zakończył.
- Dlaczego nie trzymają Esther w jakimś laboratorium? Przecież to nie ma sensu!

Brad rozłożył bezradnie ręce.
- Tego nie wiem. Być może ma to związek ze zniknięciem jej ojca. Może zakończyli na niej eksperymenty. Znam takie przypadki. Dzieci, które z jakiegoś powodu przestały być im potrzebne są albo wypuszczane i porzucane, gdzieś w dziczy, albo zabijane. Dlaczego wypuścili Esther? Naprawdę nie wiem. Jest to jednak dla nas wielka szansa. Masz jakieś pomysły jak do niej dotrzeć? Jesteś w końcu psychologiem.

Frank wstał z kanapy. Przeszedł w drugi kąt pokoju. Musiał to sobie wszystko poukładać w głowie. Zamyślony podszedł do szafki, na której stały kuwety.

- Dotrzeć w jakim sensie? - spytał ciągle stojąc tyłem do Brada.
- Żartujesz! - szczerze oburzył się Brad - Przecież wyłuszczyłem ci już wszystko. Pokazałem dokumenty, opowiedziałem swoją historię, a ty mnie pytasz w jakim sensie? Serio? Miałem cię za bardziej inteligentnego.
- Może się pomyliłeś Brad - wysyczał. - Może człowiek, którego obserwowałeś przez jakiś czas nie jest taki jaki myślisz. - Odwrócił się i podniósł głos. - A może do kurwy nędzy chcę sprawdzić ciebie!

Przeczesał ręką włosy. Podszedł do Brada i stojąc nad nim zapytał jeszcze raz, akcentując każde słowo.
- Dotrzeć w jakim sensie?
- Sprawdzić mnie? - oburzył się Brad. Sięgnął po teczkę leżącą naprzeciw niego. Zamknął z głośnym trzaskiem i wstał z miejsca. - Koniec rozmowy kolego. Myślałem, że pomożemy sobie nawzajem. Jak widać myliłem się. Trudno. Ja sobie dam radę. Zobaczymy, jak będzie z tobą. Żegnam. I radzę uważaj na dzieci.

Ostatnie zdanie wypowiedział takim tonem, że Frank nie wiedział, czy to groźba, czy ostrzeżenie. Nie zdążył zrobić kroku gdy Mitchell był już przy nim a chwilę później Brad wylądował na szafce zrzucając plastikowe kuwety. Nie dając mu czasu na zareagowanie, Frank sprowadził go do parteru wykręcając rękę do tyłu i wciskając kolano w plecy. Dawno nie ćwiczył. Nie tylko sztuk walki, ale nawet zwykłego biegania. Swego czasu poświęcał sporo czasu na szkolenie w zakresie samoobrony. Początkowo to Mary na to nalegała, ale później i jemu zaczęło to sprawiać przyjemność. Na szczęście mózg i ciało go w tym momencie nie zawiodły. Dzięki wyuczony i wyćwiczonym ruchom udało mu się zaskoczyć Brada. Adrenalina wstrzyknięta w żyły tym jednym zdaniem “I radzę uważaj na dzieci” uruchomiła reakcje obronne.

- Skurwysynu! Grozisz mi i mojej rodzinie?! - wykrzyczał mu wprost do ucha, obszukując w międzyczasie dokładnie. Pod lewą pachą wyczuł kaburę. Wyciągnął broń i schował za paskiem na plecach. - Nie współpracuję z nikim komu nie ufam a tobie w tej chwili ufam równie mocno jak Trumpowi. Jak długo mnie obserwowałeś? Skąd wiesz, że pracuję dla “firmy”? - Specjalnie użył synonimu CIA jaki funkcjonował wśród jej pracowników.

- Przegiąłeś pałę, koleś - warknął Brad - Pożałujesz tego obiecuję. Lepiej dobrze zastanów się nad kolejnym ruchem.

Mitchell zsunął leżącemu koszulę z ramion i zawiązał z tyłu krępując ręce w wyćwiczonym kiedyś węźle. Ciągle jeszcze przyciskając go do podłogi przeszukał spodnie i cholewy butów znajdując kluczyki od samochodu, zapalniczkę, paczkę papierosów i telefon. Dopiero wtedy zszedł z niego i usiadł na krześle dwa metry dalej, dysząc ze zmęczenia. Przewidywał, że jutro będzie miał zakwasy.
- Jak ty to sobie kurwa wyobrażałeś? Że uwierzę w jebaną historyjkę po okazaniu kilku papierków? Szukałeś frajera czy wspólnika? Niczego cię nie nauczyli? Jeśli bym ci teraz uwierzył to równie dobrze mógłbyś mnie od razu rozpierdolić bo to by oznaczało, że jestem gówno wart.

Otarł pot z czoła. Opanował emocje, choć ręce i nogi ciągle mu drżały z uwolnionej do organizmu adrenaliny.

- To jak? Pogadamy?

Brad milczał. Na jego twarzy malowała się tylko wielka wściekłość.

- Bądź rozsądny. Od kiedy mnie obserwujesz? Skąd wiesz, że pracuję w CIA?

Brad spojrzał na Franka z mieszaniną kpiny i wściekłości.
- Obaj wiemy, że się do tego nie nadajesz. Co chcesz w ten sposób zyskać? Daruj to sobie bo jesteś w tym po prostu śmieszny.
- I wiedząc to mnie wybrałeś? - Wstał. - Spytam po raz ostatni. Dobrze się zastanów nim odpowiesz. Od kiedy mnie obserwujesz? Skąd wiesz, że pracuję w CIA?
- Pierdol się!

Frank sięgnął po broń. Leżała dziwnie ciężko w jego dłoni. Odbezpieczył. Podźwignął Brada łapiąc go lewą ręką za kudły i przystawił lufę Sauera P320 do skroni.
https://goo.gl/images/qHMxMn
- Masz coś jeszcze do dodania?
Brad skrzywił się z bólu, ale nie odezwał się ani słowem.
Mitchell spodziewał się głośniejszego huku. Siła odrzutu szarpnęła ręką. Bezwładne ciało osunęło się na podłogę.

- Kurwa

Poczuł mdłości i szybko opuścił budynek by kilkanaście metrów dalej wyrzygać się w krzakach. Gdy już opróżnił żołądek i zaczerpnął chłodnego, nocnego powietrza, wrócił na miejsce zbrodni. Brad leżał w powiększającej się kałuży krwi. Szare strzępy mózgu upstrzyły ścianę. Przyjrzał się znalezionemu telefonowi ale nie był w stanie go odblokować bez pinu. Wyczyścił go z ewentualnych odcisków i wetknął Bradowi z powrotem w kieszeń. Rozwiązał rękawy koszuli, które splątał wcześniej w prowizoryczny węzeł i założył ją ponownie denatowi na ramiona. Porozrzucane kuwety położył ponownie na szafce, zwracając uwagę, czy nie są ubrudzone krwią. Uważając aby nie zostawić śladów, wytarł dokładnie wszystkie przedmioty, których mógł dotykać. Pistolet wetknął w rękę trupa. Obejrzał jeszcze raz całe pomieszczenie. Wszystko wyglądało tak, jakby Brad popełnił samobójstwo. Nieodnaleziona córka, rozwód, niepowodzenie, załamanie nerwowe, to wszystko trzymało się kupy. Poza tym chata stała opuszczona latami. Jeśli będzie mieć szczęście to nie znajdą go jeszcze bardzo długo. Zabrał teczkę i klucze do samochodu. Obejrzał jeszcze raz dokładnie czy o niczym nie zapomniał i wyszedł, skrupulatnie wycierając po drodze klamki zamykanych drzwi.
 
__________________
Aktualnie gram w:
Sicarios. Horror. Storytelling. Meksykańskie kartele narkotykowe

Ostatnio edytowane przez GreK : 24-02-2019 o 17:51. Powód: Dzień siódmy.
GreK jest offline  
Stary 19-02-2019, 22:02   #17
 
DrStrachul's Avatar
 
Reputacja: 3224 DrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputację
0.
Podobno ludziom przed śmiercią, całe życie przelatuje przed oczami. Bzdura! Ja widziałem tylko dwie rzeczy. Twarz mojej ukochanej córeczki, której już nigdy więcej nie zobaczę i obicie jego oczu we wstecznym lusterku, gdy poprosiłem o pomoc. Kogo oczy? - spytasz. Oczy mojego mordercy. Tak! Człowiek na którego liczyłem, dzięki któremu miałem odzyskać moją córeczkę, którego poprosiłem o wsparcie, okazał się moim zabójcą. Sam w to nie wierzę, a jednak…

Złapał mnie za włosy i gwałtownie szarpnął do tyłu.
- Masz coś jeszcze do dodania? -syknął wściekle, a krople jego śliny spadły mi na policzek.
Chłód lufy mojej własnej broni wbił mi się w skroń. Sytuacja zakrawała na absurd. Tak wiele wiedziałem o tym człowieku. Byłem pewien, że kto, jak kto, ale on nie jest do tego zdolny.

Gdy pociągnął za spust, czas niemal przestał istnieć. Czas lotu kuli, która rozerwała mi mózg liczony był ułamkach sekundy. Mimo to właśnie w tym momencie przez mój umysł przeleciało miliony myśli. Zastanawiałem się gdzie popełniłem błąd. Co stało się iskrą zapalną, która uczyniła z tego człowieka bezwzględnego, wyzbytego z emocji zabójcę? Wspominałem moją ukochaną córeczkę. Wszystkie dobre i złe chwile, które z nią przeżyłem. Ten jeden krótki moment przepełniony był milionem uczuć, myśli i pytań. A przed oczami widziałem tylko te dwie rzeczy.
Moją słodką córeczkę i odbicie jego oczu we wstecznym lusterku.

Ból był jak iskra. Jak błysk flesza. Krótki, ale niesamowicie intensywny. Czułem, jak kula przelatuje przez mój mózg. Z lekkością, gładko i bez żadnego oporu. Czułem, jak Siła wystrzału rozrywa moją czaszkę, która pęka niczym dojrzały arbuz uderzający o ziemię.

Ból był jak iskra. Krótki błysk flesza, a później tylko ciemność. Nieprzenikniona, gęsta i lepka ciemność.

1.
Nie pamiętał, jak wrócił do wynajętego domku. Szczegóły zatarły się w pamięci. Krótkie migawki wspomnień pulsowały pod powiekami. Paliły niczym rozgrzane żelazo. Krew pulsowała w skroniach, jakby chciała przebić się przez ścianę żył, mięśnie i skórę. Jakby chciała uciec. Uwolnić się.

Drżąca dłoń zmazywała odciski palców z telefonu Brada. Obca dłoń, pozbawiona czucia i koordynacji.

Wbijający się pod czaszkę głuchy trzask ustawianych na blacie fotograficznych kuwet.

Pistolet wciskany w stygnącą dłoń trupa z roztrzaskaną czaszką. Zrzucane nerwowo z ubrania strzępy mózgu i kawałki pogruchotanych kości.

Trupio blade światło księżyca słabo oświetlało upiorną scenę mordu. Stygnący trup z roztrzaskaną czaszką na środku zdewastowanego pokoju. Mord? Nie, samobójstwo pogrążonego w depresji i rozpaczy ojca. Tak! Nie było wątpliwości, że to samobójstwo.

2.
Działał, jak automat. Czuł się trochę tak, jakby wypełniał jakąś instrukcję, czy ustalony przez kogoś plan lub wgrany w podświadomość program. Usunąć odciski palców, zniszczyć ubranie, odszukać samochód, wyrzucić kluczyki do jeziora, skopiować dokumenty. Krok po kroku, niemal bez większego zastanowienia, wykonywał kolejne czynności.

Pełnia świadomości wróciła dopiero, gdy wjechał na autostradę. Wracał z iście upiornej podróży. Czuł gromadzące się w mięśniach zmęczenie. Jego powodem nie był wysiłek fizyczny, a stres. Rosnąca z każdą sekundą obawa i lęk przed popełnieniem błędu. Margines pomyłek prawie nie istniał. Musiał być perfekcyjny w tym, co robił. Nigdy w życiu nie czuł nic podobnego. Nawet, gdy zdawał egzaminy końcowe nie odczuwał tak wielkiej burzy emocji.

Na domiar złego jego działania, nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. nigdzie nie znalazł samochodu Brada. Studiowanie dokumentów z teczki, także niewiele dało. Wzrosło jedynie przeświadczenie, że teczka nie była kompletna. Brad rzucił mu jedynie przynętę, którą miał się zachłysnąć. Miał niemal pewność, że były agent CIA, o ile faktycznie nim był, wiedział dużo więcej o całej sprawie.
Mimo to teczka stanowiła ważne źródło informacji Była dobrym punktem wyjścia do dalszego śledztwa.

Pierwszy raz od kiedy zaciągnął się do pracy dla wywiadu czuł, że naprawdę jest agentem. Nie tylko donosicielem i pośrednikiem w przekazywaniu informacji. Teraz ciężar całej sprawy spoczywał głównie na nim. Od tego, co zrobi, jakie decyzje podejmie zależało niemal wszystko.

Monotonny ruch na autostradzie troszkę ukoił zszargane nerwy. Bieg myśli stawał się spokojniejszy i bardziej klarowny. Wracał do domu i miał jeszcze kilka godzin, aby zastanowić się co dalej robić i co powiedzieć żonie, która porzucił na lotnisku.

3.
Mijały kolejne godziny, a telefon Franka nadal był wyłączony. Pytania i wątpliwości kłębiły się w jej głowie. Każda upływająca minuta przybliżała ją do chwili, kiedy będzie musiała coś z tym zrobić. Wynajęcie detektywa stanowiło pierwszy krok. Ważny, ale czy najważniejszy.
Co z rodzicami Franka? Co z Harrym, Peterem i Rebeccą? Jak powiedzieć dzieciom, że ich tatuś zaginął?

Tak! Zaginął! Trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Starała się unikać tego słowa, ale ono krążyło wokół niej niczym wygłodniały wilk.

Poczekam do poniedziałku - postanowiła. Jak do poniedziałku Frank się nie odezwie, to zaczynam działać.

4.
Gdy w poniedziałek rano zadzwonił telefon Jessica nie spała już od ponad godziny. Leżała w łóżku zastanawiając się, jak ciężki dzień ją czeka. Ile ważnych decyzji będzie musiała podjąć. Narastająca liczba pacjentów, dzieci czekające na tatusia, teściowie i czający się gdzieś morderca, Rick Ramirez.
W natłoku spraw niemal o nim zapomniała. Tylko czy on zapomniał o niej?

Spojrzała na ekran telefonu. To był Lew Archer. Niemal wyskoczyła z łóżka, stając na równe nogi.
- Halo, pani Mitchell - usłyszała głos detektywa.
- Dzień dobry, panu. Ma pan jakieś wieści o moim mężu?
Po drugiej stronie nastała chwila ciszy. Zbyt długa chwila. Tuman czarnych myśli zbierał się nad głową Jessici.
- Panie Archer, czy coś mu się stało? - wyszeptała łamiącym się głosem.
- Nie, to znaczy nie wiem - odparł detektyw niepewnie. W jego tonie było jakieś dziwne rozdrażnienie, niepewność, a może nawet strach. Jessica znała ten ton. Tak wielu jej pacjentów mówiło w ten właśnie sposób, gdy docierali w swoich opowieściach do chwil traumatycznych, bolesnych wspomnień i uczuć.
- Panie Archer jest pan tam? - zapytała spokojnym, pozbawionym emocji głosem. Zawodowe nawyki miała tak głęboko wpisane w swoją duszę.
- Jestem, jestem. Ja bardzo panią przepraszam, ale muszę zrezygnować z prowadzenia pani sprawy. Zaliczkę oczywiście zwrócę.
- Jak to zrezygnować? Dlaczego? - Jessica nie wierzyła w to, co słyszy.
Znowu chwila ciszy, po drugiej stronie.
- Względy osobiste - wyjaśnił w iście zagadkowy sposób Archer - Mogę pani polecić kogoś innego, a najlepiej radzę zadzwonić na policję.
- Względy osobiste? - powtórzyła jak automat - To jakiś żart?
- Jeszcze raz bardzo panią przepraszam, ale nie mogę zająć się tą sprawą. Musi pani szukać pomocy, gdzie indziej. Przepraszam i do wiedzenia.
Archer rozłączył się, a Jessica jeszcze przez dobrych kilka sekund stała z otwartymi ustami i telefonem przy uchu.

5.
Oswojenie się z faktem, że została pozbawiona pomocy i że musi załatwić kolejną sprawę, zajęło jej dobry kwadrans. Jessica nie należała jednak do osób, które łatwo się poddają i popadają w zniechęcenie przy byle kłopotach. Co prawda, teraz miała ich niemało. Problemy są jednak po to, aby je rozwiązywać. I jak to mawiają nie ma takiego dna od którego nie da się odbić.

Zjadła szybkie śniadanie, ubrała się i z gotowym planem działania ruszyła do samochodu. Po drodze niemal z przyzwyczajenia zajrzała do skrzynki. W środku leżała duża, brązowa koperta zaadresowana na jej imię i nazwisko. Nie było nadawcy. Stemple pocztowe wskazywały chyba na Ohio. Nie była pewna. Musiałaby to sprawdzić.

Z pomocą kluczyka od samochodu otworzyła przesyłkę.
Dokumenty zebrane w teczce wyglądały na profesjonalny materiał wywiadowczy lub rzetelną dokumentacją dziennikarską. Znalazł tam dość obfite dossier rodziny Leibmanów. Nie było, co prawda prawie żadnych osobistych, czy prywatnych informacji. Uwagę wzbudzał za to fakt współpracy Joela Leibmana z dwoma wywiadami. Wedle autora dokumentacji potwierdzeniem tejże było kilka wyjazdów zagranicznych, spotkania z osobami, które ponoć są agentami, czy przebywanie w miejscach będącymi lokalami kontaktowymi.

Teczka zawierała szczegółową dokumentację medyczną Esther i Miriam Leibmann, od narodzin, aż po dzień dzisiejszy. Wyniki badań, kontroli, szczepień czy wizyt u dentysty. Było też kilka kserokopii wyników jakiś badań. Używane zwroty były nietypowe i podejrzane.

“Obiekt X5-101 w dniu 10-11-2016 został poddany rutynowej kontroli. Wyraźny wzrost odczynnika alfa wskazuje, że poprzednie zabiegi przebiegły zgodnie z planem. Obiekt nie wykazuje, co prawda wzrostu w zakresie emanacji falami typu B, ale przypuszczamy, że nastąpi to w ciągu najbliższych dni.”

Tego typu opisów było kilka. Każdy z nich kojarzył się bardziej z dokumentacją do jakiegoś filmu sf niż z prawdziwymi aktami medycznymi.

Oprócz tego w środku znalazło się też też kilka zdjęć podpisanych na odwrocie “Tajny ośrodek badań” Zabudowania przypominały zwykłą bazę wojskową, położoną gdzieś na pustyni.

Dodatkowo w kopercie znajdowały się też kartoteki innych dzieci. Dokumentacja zawierała podobnie, jak w przypadku córek Leibmanów, pełną teczkę badań i wyników medycznych, datę uprowadzenia i opis dalszych losów. Było to dwadzieścioro jeden dzieci w wieku od 6 do 12 lat, obu płci. Cześć z nich uznana była za zaginione, co potwierdzały kopie raportów policyjnych. Część natomiast była stałymi pacjentami różnych szpitali psychiatrycznych. Teczka zawierała także dwa akty zgonów oraz jeden szczegółowy raport koronera.
Z raportu wynikało, że Timothy Brown, lat 10, zmarł w wyniku rozległych obrażeń czaszki oraz obrażeń wewnętrznych wywołanych najprawdopodobniej długotrwałymi torturami. Szczegółowy opis obrażeń sugerował wyjątkową brutalność i skrupulatność oprawców.

Jessica była zszokowana przejrzanymi dokumentacji. Nasuwało się jej tysiące pytań, podobnie jak teorii wyjaśniających to wszystko.Niezależnie kto przesłał jej kopertę należało zacząć działać.
 

Ostatnio edytowane przez DrStrachul : 19-02-2019 o 22:42.
DrStrachul jest offline  
Stary 24-02-2019, 19:44   #18
 
GreK's Avatar
 
Reputacja: 15872 GreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputację
Dzień siódmy do dziewiątego. Weekend.
Działał jak automat. Wyuczone zachowania zakodowane w głowie. Wyryte tak głęboko, że prawie odruchowe, wykonywane bez udziału umysłu. Odruchy warunkowe.
“Gdy stanie się coś nieprzewidzianego - nie panikuj!” - głos Mary dudnił w jego głowie tłumiąc strach i chęć natychmiastowej ucieczki. “Posprzątaj za sobą. Nie daj się ponieść emocjom. Myśl.”
Sprawdził wszystko dwa razy. Dokładnie. Wiedział, że już tutaj nie wróci. Nie będzie mieć drugiej szansy, żeby zatrzeć ślady.
Chłodne, nocne powietrze dobrze mu zrobiło. Chciał wrócić do kampingu, spakować się i wyjechać jeszcze tej nocy. “Nie panikuj!”. Lecz wiedział, że to nie jest dobre wyjście. Jeśli, co było mało prawdopodobne, ale jeśli odnajdą szybko ciało, mogą zainteresować się turystą, który w dniu zbrodni, w środku nocy opuszcza w pośpiechu ośrodek. Trzeba było zostać…
Samochodu nie było nigdzie, gdzie mógłby się go spodziewać. Więc albo Brad wynajął jakąś prywatną kwaterę albo może zostawił samochód na stałym lądzie, albo… To nie miało teraz znaczenia. Wyrzucił klucze daleko do jeziora i wrócił do domku.
Rzucił teczkę na stół, sięgnął po butelkę whisky i wziął się za lekturę.

Obudził się w środku nocy, spocony i rozdygotany, leżąc nad papierami, przy zaświeconej lampce i niedopitej szklaneczce whisky. Po chwili zdał sobie sprawę, że obudził go krzyk. Jego własny krzyk. Brad, ty cholerny idioto! Dlaczego postawiłeś mnie pod ścianą? Dlaczego groziłeś mojej rodzinie? Powoli zaczęło do niego docierać, że właśnie zabił człowieka. Wiedział też, że zrobił to, by chronić własną rodzinę. Wiedział, że postąpił słusznie. Wiedział, że gdyby sytuacja się powtórzyła, zrobiłby dokładnie to samo. Wziął prysznic, wlał w gardło resztę szklanicy i położył się spać. Alkohol pomagał.

Po rozważeniu za i przeciw, postanowił pozostać na kampingu do końca weekendu, pokręcić się po wyspie, zjeść obiad w zajeździe, zachowywać się jak znudzony turysta. Z tego samego powodu, dla którego nie wyjechał w środku nocy.

W papierach niestety nie znalazł już nic interesującego. Wyglądały na niekompletną przynętę.

Dzień dziesiąty. Poniedziałek.
Zatrzymał się na poboczu autostrady. Przez chwilę zastanawiał się czy nie sięgnąć do schowka, gdzie leżał jego rozmontowany telefon. Czy nie włożyć baterii. Słabość jednak nie trwała długo. Musiał chronić rodzinę. Musiał walczyć o Jessy. Musiał to zrobić. Nawet gdyby oznaczało to, że narazi siebie. Włączył się do ruchu i zjechał na drogę stanową numer 75.
Kierunkowskaz głosił: Detroid, 110 mil.


Na miejscu kupił tani telefon i kartę prepaidową. W internecie wyszukał numer telefonu.

- Ellen? Ellen Goodman? Dzień dobry. Chciałbym się z panią spotkać. Mam coś, co panią zainteresuje.
 
__________________
Aktualnie gram w:
Sicarios. Horror. Storytelling. Meksykańskie kartele narkotykowe
GreK jest offline  
Stary 26-02-2019, 12:25   #19
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 10967 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
Jessica miała wrażenie, że przez ostatnie dni życie toczy się obok niej, za jakąś szklaną taflą. Tafla była czysta, widziała wszystko bardzo dokładnie, słyszała, co się dzieje, ale niczego nie mogła dotknąć. Nic nie czuła.
Wstawała, szła do pracy, prowadziła nic nie znaczące spotkania z pacjentami, z które kasowała zwyczajowe honorarium. W każdej terapii zdarzały się przestoje, mielizny. Często sam kontakt z terapeuta, jego życzliwa obecność, wystarczał, aby pacjent miał ważenie bycia zaopiekowaniem. Wrażanie, ze terapia przynosi skutki.

Tak było i teraz. Jessica automatycznie słuchała, odzwierciedlała, parafrazowała i podsumowywała. Dostrajała się do emocji pacjenta i tonu jego głosu, ale jej myśli biegły gdzieś obok, dryfując do Franka i dzieci. Oraz do tego, co próbował jej przekazać dr Wagner. Mike, jak prosił, żeby go nazywała. Skrupulatnie skupiała się na unikaniu go w szpitalu, gdzie spotykała się Esther. Rysowały, bawiły się, ale Jessica nie poruszała żadnych drażliwych tematów. Bała się reakcji dziewczynki, a najbardziej tego, ze nie będzie potrafiła zachować obiektywizmu. Jej superwizor miał wrócić po niedzieli. W końcu.

Ramirez za to kompletnie nie zaprzątał jej myśli. Wsunęła go do specjalnej szufladki w mózgu opisanej jako nieważne/niepilne, gdzie spokojnie się kurzył. Jak mebel porzucony na strychu.

----------------

- A gdzie tatuś? – głos Rebecci przebił się przez szybę otaczającą Jessicę. Rezonował z jej strachem o Franka.
Uśmiechnęła się uspokajająco do kamerki laptopa. Dzieci patrzyły na nią wyczekująco.
- Tatuś wyjechał – podanie prawdziwej informacji na początku ułatwiało przekazanie kolejnej, tym razem fałszywej: - Wyjechał z wujkiem Mikiem zbierać materiały do kolejnej książki.
Rebecca zmarszczyła zabawnie nosek, niezadowolona.
- Tatuś powinien spędzać czas ze swoją córeczką – powiedziała i dodała, sprawnie naśladując ton głosu i intonację Jessici: - Ma tylko czas do 12 roku życia, bo potem koleżanki będą ważniejsze od rodziców .
- Ale nie dla mnie – zapewniła mała Jesscię. – Ja zawsze będę z tobą i z tatusiem!
- Tak kotku
– poczuła, ze ściska ja w gardle i zaraz się rozpłacze . – Tak będzie. Tatuś bardzo cię kocha, i was też chłopaki. Muszę już iść do pracy. Pa.

Wyłączyła laptop.

Chwile potem zapikała jej komórka. Harry pisał na swoim mesangerze, nie na ich grupie rodzinnej.
„Chcę wracać. Tu jest nudno. Umówiłem się z kumplami”
„Niedługo. Tata wyjechał a ja mam mnóstwo pracy. Musicie zostać jeszcze trochę u dziadków. Jesteś już duży, rozumiesz takie rzeczy, prawda?””
‘ Noooo… przynajmniej szkoła mi odpada

Przynajmniej szkoła mu odpada… nie może ich trzymać wiecznie u dziadków. Zadzwoni na policje, może już złapali tego Ramireza.
Po weekendzie. Na pewno Frank zadzwoni w poniedziałek.

----------------

Frank nie zadzwonił, zadzwonił za to Archer. W końcu!
Słuchała jego smętnej gadki a złość zmieszana z bezradnością rozsadzała ją od środka.
- Jakie, kurwa, osobiste, kurwa, względy? Jakie względy poza tym, że osobiste? Zwodzisz mnie przez tydzień, a teraz wystawiasz? – wrzeszczała do telefonu, a właściwie do automatycznej sekretarki, która włączyła się, kiedy nie odebrał jej połączenia. – Co ty sobie wyobrażasz?! Natychmiast, natychmiast powtarzam, chcę wszystko, co zebrałeś, bo inaczej zrobię ci taki sajgon w International Federation of Associations of Private Detectives, że popamiętasz do końca życia! Nie mówiąc już o tym, ze nie wypłacisz się z kosztów powództwa cywilnego, które ci wytoczę! Trzy dni! Trzy pierwsze dni po zaginięciu są kluczowe, a ty mnie spławiasz po tygodniu?! Wiesz, jak to się na etyki zawodowej? Wiesz w ogóle… – połączenie się przerwało, widać przekroczyła już maksymalną długość nagrania w jego skrzynce.

Wybrała znów numer. Wzięła głęboki oddech.

-Dzień dobry, tu znowu Jessica Mitchell, chciałam przeprosić za ton i formę mojej ostatniej wypowiedzi, zdecydowanie nieodpowiednią, przeżywam ostatnio sporo stresów.. Tym niemniej podtrzymuję w mocy merytoryczną zawartość treściową. Proszę o przekazanie mi wszelkich zebranych materiałów, bo inaczej podejmę kroki prawne. Czekam do 15, dziękuję, miłego dnia.

----

Dokumenty leżały porozkładane na siedzeniu obok, kierownicy i kolanach Jessici. Nie wiedziała, kto podrzucił jej paczkę, ale zawarte w niej dane pasowały do tego, co mówił Mike. Oraz do tego, co próbował jej przekazać Frank… zanim ją zostawił na lotnisku. Wyglądało na to, że nie zwariował, tylko serio był umoczony w jakiś spisek rządowy. Przypomniała sobie jego słowa:
- Mogą nas podsłuchiwać. To ma związek z dziewczynką, którą badasz. Śledzą mnie i pewnie ciebie też.
- Na dziewczynce robiono eksperymenty medyczne na mózgu. Pomyśl. Pod domem stoi granatowa furgonetka. Siedzi w niej dwóch, może trzech smutnych typów.
- Joel Leibman, ojciec Esther był podwójnym agentem. Pracowali nad falami mózgowymi… Jessy, skojarz fakty.


Skojarzyła. Tyle, ze za późno. Przez chwile siedziała bez ruchu, zamyślona. Potem poskładała dokumenty, dyskretnie rozglądając się, czy nikt jej nie śledzi.
Potem wybrała numer telefonu:
- Mike? Chce się spotkać. W jakimś spokojnym miejscu. W szpitalu raczej nie. To może dotyczyć twojej córeczki.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji
kanna jest offline  
Stary 03-03-2019, 20:39   #20
 
DrStrachul's Avatar
 
Reputacja: 3224 DrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputację
1.
Położyła dłoń na klamce. Zawahała się. Nasłuchiwała. Dom wypełniała obezwładniająca cisza. Przez ostatnie dni Jesica czuła się, jakby żyła pod wodą. Dźwięki były albo stłumione, albo dudniły ciężkim basem. Otaczała ją tajemnicza otulina, która nie tylko izolowała hałas z zewnątrz, ale także wygaszała szalejącą burzę emocji.

Drobinki czasu przesypywały się w klepsydrze wieczności. Sekunda po sekundzie. Oderwane fragmenty czasu, zlewające się w upływające nieubłaganie dni i noce.

Od ponad tygodnia przekraczanie progu sypialni stawało się istną torturą. Miejsce, które kojarzy się z odpoczynkiem, relaksem, czy seksem dla niej przeobraziło się w izbę cierpienia i samotności.
Była sama. Pierwszy raz w życiu była tak bardzo samotna.

Wielokrotnie przewracała się z boku na bok. Piekły ją oczy, jakby ktoś zasypał je piaskiem. Sufit przestał być dla niej terra incognita. Niczym samotny polarny wędrowiec, przemierzyła go wszerz i wzdłuż, powielokroć.
Gdy umęczone ciało w końcu poddawało się, przychodziły ciężkie i duszne sny.

Nieprzespany lęk, chociaż twardy sen.

2.
Over and over. Over and over again.
Encore, encore jeszcze raz.
Jeszcze raz! Jeszcze raz! Encore!

We śnie przeżyte chwile bisowały swój tani dramat. Nie znużeni aktorzy ponownie wychodzili na scenę. Siedząc na widowni Jessica, oglądała samą siebie. Rozmowy, spotkania, te przypadkowe i te będące zwrotami akcji.

- Bardzo panią przepraszam, ale muszę zrezygnować z prowadzenia pani sprawy. Względy osobiste - wyjaśnił w iście zagadkowy sposób Archer - Mogę pani polecić kogoś innego, a najlepiej radzę zadzwonić na policję.
Jakie, kurwa, osobiste, kurwa, względy? Jakie względy poza tym, że osobiste? Zwodzisz mnie przez tydzień, a teraz wystawiasz? – wrzeszczała.

Over and over. Over and over again.
Encore, encore jeszcze raz.
Jeszcze raz! Jeszcze raz! Encore!

- Co się dzieje dziecko? Mi możesz powiedzieć. - głos teściowej był ciepły, przyjazny.
Odpowiedzią była wymowna cisza.
- Pomogę ci. Nie bój się. Niezależnie, co się stało dzieciaki muszą wrócić do domu. Wiesz lepiej niż ja, jakie to ważne. Będę codziennie do dyspozycji. Pomogę ci. Nie bój.

Over and over. Over and over again.
Encore, encore jeszcze raz.
Jeszcze raz! Jeszcze raz! Encore!

- Chcę wracać. Tu jest nudno.
- Mamo, gdzie jest tata?
- Mamo, tęsknię za tobą.
- Tata wyjechał a ja mam mnóstwo pracy. Jesteś już duży, rozumiesz takie rzeczy, prawda?

Liar! Killer! Demon!
Liar! Killer! Demon!
Liar! Killer! Demon!

- Kłamca! Oszust!. - prorocze słowa ośmiolatki dudniły nieustającym echem.

- Na dziewczynce robiono eksperymenty medyczne na mózgu. Pomyśl!


Pot. Cuchnący pot spływał jej po ciele. Prześcieradło i kołdra lepiły się, przywierały do niej, krępowały.
Dość!
Alicjo, obudź się!

3.
Dzień był wietrzny i zimny. W Restauracja “Pod niebieską ostrygą” siedziało tylko kilku gości. Drewniany taras wychodził na jezioro. Iście bajkowy krajobraz nie pomógł. Ludzie woleli ciepłe i ciche wnętrze. Jedynie samotny mężczyzna stał przy balustradzie i patrzył się w bezruchu w przestrzeń przed sobą. Frank zamówił piwo i czekał na swego gościa.

Przyszła spóźniona kilka minut. Wstał, gdy podeszła do stolika.
- Ellen Goodman - przedstawiła się wyciągając jednocześnie dłoń przed siebie. Miała mocny i pewny uścisk. Niezwykła rzadkość u kobiet. Odwzajemnił uścisk.
- Frank. - Obdarzył ją uśmiechem. - Na jakiś czas moje imię będzie musiało pani wystarczyć
Dziennikarka zmierzyła Franka od stóp do głów, po czym spojrzała mu w oczy.

- Usiądziemy? - Wskazał ręką krzesło. - Polecam grzańca. Strasznie wieje.
Kiwnęła głową i ruszyła w stronę stolika. Ellen Goodman zajęła miejsce i oparła się i wyciągnęła z torebki paczkę papierosów. Nie pytając Franka o zgodę, co przecież od wielu lat stało się już elementem podstawowego savoir-vivre’u, odpaliła papierosa przy pomocy złotej zapalniczki i zaciągnęła się mocno.
- Sprawdziłaś dokumenty, które wysłałem? Są prawdziwe? - spytał.
- To twój pierwszy raz, co kochasiu? - odparła zaczepnie - Zatem weź kajecik i zapisz sobie, że na początek wypadałoby się przedstawić. Nie mówię od razu, że prawdziwym nazwiskiem, ale łatwiej się w ten sposób nawiązuje kontakty towarzyskie. - dodała z ironicznym uśmieszkiem
Uśmiechnął się cierpko. Zmęczenie dawało się we znaki. Dość miał już tych podchodów i nieustającego stresu.
- Smith - odparł słabym głosem. - Frank Smith, jeśli tak wolisz. Nie chcę cię oszukiwać i jeśli dasz mi szansę i uwierzysz w to co chcę ci przekazać, zdradzę ci nie tylko moje prawdziwe nazwisko.
Szeroki uśmiech zagościł na ustach Ellen. Zaciągnęła się znowu papierosem i z widoczną lubością wypuściła dym z ust.
- Naprawdę jesteś taki naiwny, czy tylko takiego zgrywasz? Z resztą, nieważne - machnęła dłonią, jakby odganiała natrętna muchę - Lepiej mi powiedz, co to za sprawa? Jak na nią trafiłeś? I ile ci trzeba zapłacić? - po ostatnim pytaniu znowu drwiący uśmieszek pojawił się na jej ustach. Zaczynał on powoli irytować Franka.
Frank sięgnął do kieszeni i wyciągnął telefon, po czym rozbroił go wyciągając baterię
- Jestem trochę eeee… uczulony na podsłuchy i prosiłbym abyś rozbroiła swój telefon nim przejdziemy do szczegółów. Nie chcę od ciebie pieniędzy. Nie… nie robię tego za darmo. Mam nadzieję, że odpowiedni rozgłos zapewni bezpieczeństwo mojej rodzinie. - Oparł się wygodnie, spoglądając wyczekująco na Ellen. - Liczę też na to, że razem uda nam się dotrzeć do prawdy. Obawiam się, że bez twojej pomocy… - Przeciągnął palcem po szyi. - Telefon proszę.
Dziennikarka popatrzyła na Franka unosząc brwi wysoko.
- Serio? - spytała z ironią w głosie - Baterię mam wyjąć? Niby jak? - obróciła w dłoni swój telefon pokazując, że to fizycznie niemożliwe - Dziwny z ciebie gość. Naprawdę! W tym zawodzie spotyka się różnych świrków. Ty jednak jesteś na pewno w moim top5. A uwierz mi, widziałam już wiele. Nie chcesz pieniędzy i robisz to za darmo. W porządku. Nie rozumiem, ale szanuję. W dzisiejszych czasach, taki altruizm to rzadkość. Tylko skoro tak, to mów co tam masz, a nie się bawisz w podchody i marnujesz mój czas. I tak zanim cokolwiek napiszę, sprawdzę twoje info. Jeżeli chcesz rozgłosu dla twojej sprawy, to wyłóż karty na stół. Ocenię, czy warto się w to angażować. - zakończyła rozkładając dłonie, dając Frankowi znać, że teraz jego ruch.
- Nie zjednujesz sobie informatorów - skomentował zrezygnowany. - Myślę, że sprawdziłaś informacje, które ci podesłałem. Inaczej byś tutaj nie przyszła. - Upił łyk piwa. . - Ciągle jednak masz mnie za freaka szukającego taniej sensacji. Ok.
Wyciągnął teczkę Brada, z której wcześniej usunął papiery dotyczące Leibmanów i podsunął ją do Ellen.
- Mam nadzieję, że to cię przekona.
Ellen zaczęła przeglądać dokumenty. W jednej dłoni trzymała wypalonego do połowy papierosa, drugą przerzucała strony dokumentów. Przez dłuższą chwilę nic nie mówiła. W końcu zamknęła teczkę i spojrzała w stronę Franka.
- Frank widzę, że się postarałeś. - słowa wyrażały uznanie, ale w tonie dziennikarki wyraźnie czuć było drwinę - MK-Ultra? Naprawdę myślisz, że to łyknę. Nie dość, że jesteś świrek, to jeszcze nie modny. Jakbyś mi przyniósł coś o kontroli umysłów przez sieć 5G, albo o grupie Bilderberg i ich satanistyczno-pedofilskich praktykach, to może bym się tym na chwilę zainteresowała. Może nawet dałabym ci namiar na Alexa Jonesa. Pewnie by się ucieszył. A tak… No cóż… Muszę tylko przyznać, że ładnie to wszystko sobie ułożyłeś. Niewyjaśnione zaginięcia i morderstwa, agenci i kontrola umysłów. Oryginalne to, to nie jest i nagrody Hugo za to byś nie zgarnął, ale doceniam ciężką pracę. Powodzenia w nagłaśnianiu sprawy.
Ellen przesunęła teczkę w stronę Franka i wstała od stolika, machając tylko na pożegnanie.
- W porządku - odparł również wstając. - Wygląda na to, że się pomyliłem co do pani. Będę czekać jeszcze dzisiaj na telefon gdyby zmieniła pani zdanie. Potem wyjeżdżam, zmieniam numer i… może pani przeglądać nekrologi.
Dziennikarka uśmiechnęła się tylko i ruszyła przed siebie.

4.
Porażka smakowała gorzko. Żółć wypełniała usta Franka i powoli przelewała się do serca. Setki myśli przelatywało mu przez głowę. Dowody miał mocne. Prawdziwe. Sprawa była rozwojowo, jak to mówią.
Dlaczego więc Ellen Goodman go wyśmiała? Czy spisek sięgał aż tak głęboko, że nawet niezależni i odważni dziennikarze, chowają głowy w piasek?

Został sam! Mary Quinton zniknęła. Nikt z Mosadu się nie odzywał. Brad okazał się… trupy się nie liczą.
Kto mógł mu jeszcze pomóc? Musiał działać, czas uciekał.

5.
- Mike? Chce się spotkać. W jakimś spokojnym miejscu. W szpitalu raczej nie. To może dotyczyć twojej córeczki.
- Dobrze, że dzwonisz - usłyszała rozdygotany głos doktora - Oni chcą przenieść Esther. Rozumiesz?
- Kto?
- Nie wiem. Rząd, FBI, czy jeszcze ktoś inny! Nie ważne. Przyszło zlecenie. Jutro przeniosą Esther do FHCC*. Musimy działać. Koniecznie musimy się spotkać. Dziś wieczorem. Spotkajmy się tam, gdzie ostatnio. Ok?
- Ok.

________
* The Captain James A. Lovell Federal Health Care Center - szpital Marynarki Wojennej w Chicago.
 

Ostatnio edytowane przez DrStrachul : 03-03-2019 o 20:54.
DrStrachul jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 02:43.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166