lastinn

lastinn (http://lastinn.info/)
-   Archiwum sesji RPG z działu Horror (http://lastinn.info/archiwum-sesji-rpg-z-dzialu-horror/)
-   -   Id Inferno (http://lastinn.info/archiwum-sesji-rpg-z-dzialu-horror/18262-id-inferno.html)

DrStrachul 12-01-2019 17:25

Id Inferno
 
1 .
Budzik zapiszczał niczym wykastrowany kogut. Na wyświetlaczu, czerwonym światłem pulsowały cyfry.
05:10
Choć był sobotni poranek, Jessica wstała i niemal natychmiast wskoczyłą w wysłużony dres. Lubiła go mimo, że miał już swoje lata. Przypominał jej czasy studiów i budził wielki sentyment. Stanowił oczywisty powód drwin dla Franka. Nie przejmowała się jednak tym, zwłaszcza, że były to przyjacielskie uszczypliwości. Nie było powodów do gniewu, czy kłótni.

Frank i dzieci jeszcze spały, gdy wzięta terapeutka pokonywała biegiem kolejne metry pośród urokliwych klombów. Porannej przebieżce towarzyszył przyjemny dla ucha, głos Raula Midóna.
Dobiegła do skrzyżowania i skręciła w prawo, by lada chwila znaleźć się na wąskiej plaży, ciągnącej się na długości kilkuset metrów. Ilekroć tędy biegła jej serce wypełniała wielka radość. Zakup działki na której postawili dom był jak wygrany los na loterii. Miejsce było tak urokliwe, że bez wątpienia zasługiwało na miano miejskiego raju.

Jessica zbliżała się do bramki prowadzącej na plażę, gdy ku swemu zdumieniu zauważyła, że stoi przy niej jakiś mężczyzna. Znała go. Niestety, znała go aż za dobrze.
Rick Ramirez, nałogowy podrywacz i hazardzista. Od kiedy przegrał wszystko na wyścigach i rozwodu, mieszkał ze starą i schorowaną matką. Ciężki, niemalże patologiczny przypadek. Jessica zajmowała się nim od zaledwie kilku tygodni. Jego pojawie się o tej porze i w tym miejscu, nie wróżyło nic dobrego.

- Pani doktor, pani doktor - jego donośny głos przebił się przez muzykę płynącą ze słuchawek.
Jessica zatrzymała się i z wymuszonym uśmiechem rzekł.
- Rick witaj. Co tutaj robisz?
- Musiałem się z panią zobaczyć, pani doktor.
- Dobrze wiesz, że przyjmuję tylko w swoim gabinecie i nie udzielam porad poza nim.
- Wiem, wiem - odparł Rick zbywając słowa Jessici gwałtownym machnięciem dłoni -Tylko to sprawa życia i śmierci.
Tylko nie to - pomyślała Jessica. Pozbycie się natrętnego pacjenta, nie będzie łatwe. Za dwie mają jechać z dzieciakami do wesołego miasteczka, a później na obiad do rodziców Franka. Tymczasem Ramirez nie odpuszczał.
- Nie chcę pani przeszkadzać w weekend, ale to naprawdę wyjątkowa i ważna sprawa. Proszę pani doktor. - argumentował Rick, patrząc błagalnie w stronę terapeutki - Nie musimy jechać do pani gabinetu. Tutaj niedaleko jest taka przyjemna cukierenka. Może wstąpimy tam na chwilkę. Ok?

***
Piszczenie budzika tylko na chwilę wyrwało Franka ze snu. Obrócił się na drugi bok i na wpół przytomny odpowiedział na pocałunek żony, która jak co rano wychodziła pobiegać. Nie minęło jednak pięć minut, gdy natrętne wibrowanie telefonu wybudziło go ze snu już na dobre. Wściekły otworzył oczy i podniósł się by sprawdzić, co za gamoń dzwoni o tej porze.

2.
Wściekły otworzył oczy i podniósł się by sprawdzić, co za gamoń dzwoni o tej porze.
Nigdy nie wpisał tego numeru do książki adresowej. Znał go jednak wystarczająco dobrze, aby nawet po kilkuletniej przerwie wiedzieć, kto dzwoni.
- Hej! Wybacz tak wczesną porę, ale wiem, że tylko teraz będziemy mogli swobodnie pogadać. - głos w słuchawce brzmiał szczerze i uczciwie. Frank jednak wiedział, że to tylko wyuczony ton. Nic więcej.
- Słucham. O co chodzi?
- Nie musisz być taki oschły. Przecież się nie pokłóciliśmy.
- Niby nie. Po prostu myślałem…
- że skoro tyle milczymy, to nasza współpraca jest zakończona. Frank.. proszę cię. Chyba nie jesteś aż tak naiwny. Rozumiem, że masz idealnie poukładane życie, ale nasza współpraca zawsze była dla ciebie opłacalna. Nie inaczej będzie i tym razem.
- Jasne
- Nie musisz być sarkastyczny. Co prawda jestem twoją przełożoną, ale zawsze myślałam, że nasza współpraca opiera się na przyjacielskich podstawach.
Przyjacielskie podstawy… Frank zamyślił się na chwilę i przypomniał sobie, co łączyło do z Mary Quinton, oficerem Mosadu w randze majora. Gdy się poznali była zaledwie podporucznikiem. Przez lata ich znajomości znacznie awansowała w hierarchii wywiadu. Frank nigdy nie wiedział na ile było to owocem jego współpracy.
Początkowo Mary była jego dziewczyną. Może nawet ją kochał. Zmieniło się to w dniu, gdy powiedziała mu kim jest i czym się zajmuje. Ich rozstanie było dla Franka warunkiem koniecznym, aby zaangażować się w to, co mu proponowała.
Wiedział czym jest zdrada kraju i czym ona grozi. Ciekawości i chęć przeżycia przygody rodem z filmów sensacyjnych zwyciężyła nad rozsądkiem.
Rzeczywistość szybko jednak zweryfikowała jego wyobrażenia o pracy agenta obcego wywiadu. Zwykła nudna, papierkowa robota u obserwacja. Tak przynajmniej było w jego przypadku.
Jego zadania ograniczały się do obserwowania jakiegoś profesora lub studenta, który z jakiś względów interesował izraelski wywiad, do napisania notki charakterologicznej, czy oceny psychologicznej. Nic ponad to. Nudę i schematyczność zadań, wynagradzała mu sowita wypłata, jaką co miesiąc odbierał w umówionej skrytce pocztowej.
Od dobrych kilku lat, Mery się nie odzywała. Od czasów zakończenia studiów, wywiad korzystał z jego usług tylko kilka razy.
- Mów zatem o co chodzi? - zapytał.
- Sprawa jest dość prosta. Przynajmniej na razie. Twoja żona od kilku tygodni prowadzi terapię ośmioletniej Esther Liebmann. Chcemy, abyś przekazywał nam regularnie raporty odnośnie postępów terapii i tego, co uda się w jej trakcie ustalić. Myślę, że dobrze byłoby abyś włączył się aktywnie w terapię dziewczynki. Masz duże zdolności w tej materii. Wierzymy, że dzięki twojej pomocy szybciej uda się zdobyć jakieś informacje.
- Dawno tego nie robiłem.
- Nie martw się. To jak jazda na rowerze. Tego się nie zapomina. Obserwuj też swoją żoną. A zwłaszcza osoby, które będą mogły się chcieć z nią skontaktować. Informuj nas o każdej nowej osobie, która pojawi się w jej otoczeniu i będzie wykazywała zainteresowanie małą Esther.
- Mam szpiegować własną żoną.- oburzył się Frank.
- To w trosce o jej bezpieczeństwo. Uwierz mi sprawa jest poważna. W poniedziałek rano udaj się na dworzec autobusowy. W skrytce B425 znajdziesz dodatkową dokumentację, która ci pomoże. Wyślę ci kod smsem. Jak będziesz miał jakieś informację lub pytania, to dzwoń.


3.
Wizyta w lunaparku ucieszyła tylko Petera i Rebecca. Tej dwójce niewiele trzeba było do szczęścia. Piszczeli z radości przed każdą kolejną atrakcją, czy karuzelą. Najstarszy Harry, nie odrywając oczu od telefonu, co i rusz pytał tylko kiedy pojedziemy do dziadków. Pytał o to, nie dlatego, że tak tęsknił za babcią i dziadkiem. Po prostu chciał być już czym prędzej w swoim pokoju w ich domu i zamienić telefon na konsolę i wielki 60 calowy telewizor. Nawet słuszna porcja lodów waniliowych nie poprawiła mu zbytnio humoru.

Frank i Jessica trzymając się za ręce podążali w milczeniu od karuzeli do karuzeli. Oboje byli pogrążeni we własnych myślach. Dla obojga nie był to udany poranek. Jessica roztrząsała to, co powiedziała Rickowi Ramirezowi. W dziwny sposób jej myśli biegły także do jej najnowszej pacjentki. Mała Esther “Bette” Liebmann stanowiła istną zagadkę i nie lada wyzwanie zawodowe.
Frank rozmyślał o porannym telefonie i kłopotach, jakie on niewątpliwie ze sobą niesie. Wydawało mu się, że ten rozdział jego życia ma już definitywnie za sobą. Niestety przeszłość upomniała się o swoje.

4.
Obiady u rodziców Franka stanowiły rodzinną tradycję. Od czasu narodzin Harry’ego odbywały się regularnie. Peter i Laura nadal pozostali niepoprawnymi dziećmi kwiatowej rewolucji. Spotkania z nimi bardziej przypominały studencką imprezę niż wizytę u teściów. Ich luźne podejście do niemal każdej życiowej kwestii, na początku były dla Jessici powiew ożywczego powietrza. Z biegiem czasu ich buntownicze i liberalne zachowanie zaczynało działać jej coraz częściej na nerwy.
Rekompensowały to atrakcje, jakie przygotowywali zawsze Peter i Laura. Atrakcje zarówno kulinarne, jak towarzyskie. Po wykwintnym obiedzie do do domu Mitchellów wpadali, niby to przypadkiem ich znajomi. Z racji pracy i kontaktów Petera, zawsze byli nad wyraz barwni ludzie. Śmietanka artystyczna i intelektualna nie tylko Chicago, ale także Nowego Jorku. Artyście, poeci, dziennikarze. Zawsze był to ktoś z kim z przyjemnością można było porozmawiać.

Tego dnia teściowie Jessici zaprosili parę zawodowych fotografów. Tim i Ronda zdobyli kilka międzynarodowych nagród za reportaże o losie bezdomnych dzieci w gettach Brazylii, Kolumbii i Wenezueli. Dodatkowo oboje mocno angażowali się w akcje protestacyjne przeciwko obecnemu prezydentowi, Donaldowi Trumpowi.
Po krótkiej opowieści o ich zawodowej misji, rozmowa szybko przeniosła się na temat bieżącej polityki.
- Oczywiście, że Trump jest karykaturalny. Nie możemy jednak zapomnieć, jak bardzo jest niebezpieczny. Jego zachowanie tylko zachęca prawicowych radykałów do ekscesów i podnoszenia głowy. - perorowała, niczym na jakimś wiecu Ronda.
- Jasne, że tak. Nie możemy być obojętni. My od początku protestujemy przeciwko jego wybrykom i haniebnym decyzją. - wtórował jej partner.
- Aktywna postawa. Tylko to nas może ochronić przed faszyzacją życia - przytaknął Peter zaciągając się niedawno odpalonym skrętem.
- Dokładnie. Masz rację Peter. Tylko wiesz… dla szarego obywatela my jesteśmy mało wiarygodni. Artyście, wolne duchy oderwane od rzeczywistości. Tak o nas myślą. Och przekonać może tylko ktoś z autorytetem. Ktoś twardo stąpający po ziemi. Ktoś taki jak wy - zakończył Tim, spoglądając w kierunku Jessici i Franka.
- Wykształceni, spełnienie zawodowo ludzi i na dodatek z dużą rodziną. Tylko ktoś taki może przekonać rednecków z Teksasu, czy Alabamy.
- Jessi, ty chyba jesteś z Alabamy, prawda? - spytała niespodziewanie Ronda.
- Tak - przyznała z niechęcią Jessica.
- Niby czego od nas oczekujecie -Frank niemal automatycznie stanął w obronie żony - Mamy jechać do Waszyngtonu i przykuć się do bram Białego Domu z transparentem “Nie dla muru”, czy coś w tym stylu.
- Nie, no co ty - zaprzeczył Peter, unosząc obie dłonie w obronnym geście.
- To dobre dla małolatów -wyjaśniła Ronda -Wy jesteście poważnymi ludźmi. To jasne, że nie możecie się tak wygłupiać.
- Takie zachowanie, zamiast pomóc, tylko by zaszkodziło sprawie.
Peter i Ronda niczym dwugłowa hydra działali zgodnie i rozumieli się bez słów. Ewidentnie mieli jakiś plan wobec pary terapeutów. Ewidentnie chcieli ich w coś wciągnąć.
- Peter i Ronda mają w przyszłym tygodniu wernisaż - wtrąciła niespodziewanie matka Franka - I pomyśleliśmy, że może… - widząc jednak lodowate spojrzenie syna, przerwała w pół słowa.
- Pomyśleliśmy, że może wpadlibyście. Obejrzelibyście nasze zdjęcia i po wernisażu przyszli na taką otwartą pogadankę - dokończył nieświadomy morderczej wymiany spojrzeń Peter.
- Zabralibyście głos. Tak wiecie, niezobowiązująco. - włączyła się Ronda - Tak na luzie, dorzucilibyście kilka słów do ogólnej dyskusji. O tym, jak się wam żyje, co myślicie o tym, czy o tamtym. Ludzie by was posłuchali.
- Pomyślimy - rzekła w końcu Jessica, przerywając niezręczną ciszę - Nic nie obiecuję, bo nie wiem jak w tym tygodniu będzie z pacjentami.
- Jasne, jasne. To tylko taka luźna propozycja. Nic na siłę, przecież.

Gdy odjeżdżali spod domu teściów, niebiosa postanowiły dobitnie podkreślić, jak bardzo był to nieudany dzień. Nad Chicago zawisły ciężkie, burzowe chmury. W oddali słychać już było grzmoty,
Na szczęście zaczęło lać, gdy zaparkowali na swoim podjeździe. Ten drobny fakt sprawił, że wszyscy uśmiechnęli się do siebie i z zadowoleniem wbiegli do domu.

kanna 14-01-2019 21:28

Post wspólny
 
Jogging – Jessica - rano

- Przykro mi Rick – Jessica potrząsnęła głową – Znasz zasady: albo terapia, albo prywatna znajomość. Nie można tego łączyć ani mieszać.
Włożyła na powrót słuchawki
- Do zobaczenia we wtorek.
Odwróciła się energicznie, i zbiegła w stronę plaży. Nie oglądała się. Jeśli nawet mężczyzna coś mówił, nie słyszała - nie słuchała - tego.
Była zła na siebie. Niepotrzebnie wdała się w dyskusję z mężczyzną.

Telefon – Frank - rano

Nie podobało mu się to, co miał zrobić. Chociaż, jak się dłużej nad tym zastanowić, to przecież nie robił nic złego. Przecież… to nikomu nie zaszkodzi. Pomyślał o kwocie, która zasili jego konto.
- Dobrze - zgodził się z lekkim wahaniem w głosie. - Tylko nie dzwoń następnym razem na telefon stacjonarny, rozumiesz?
Poranny telefon był na komórkę. Wszak wyświetlił się numer. Frank nie ma go w książce adresowej, ale i tak poznał kto zdzwonił. Numer ma wręcz wypalony w pamięci.
Jeszcze tego brakowało, żeby Jessy się czegoś zaczęła domyślać.

Jessica i Frank – wieczorem

- Myć się, pacierz i spać - zaordynowała Jessica, kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi do domu. Przestronny hol, utrzymany w jasnych barwach, pozbawiony był zbędnych ozdób i mebli. - Harry, ty możesz jeszcze 45 minut poczytać. Potem do was zajrzę.

Dzieci bez słowa zniknęły na schodach prowadzących na górę.

Frank ściągnął mokrą marynarkę, rzucając ją niedbale na wieszak, buty wykopał w róg, zamieniając je na wygodniejsze mokasyny. Poszedł do salonu.

Jessica boso weszła do salonu, ustawiwszy wcześniej równo pantofle na przeznaczonej do tego półce w garderobie na lewo. Usiadła na kanapie, podwijając pod siebie nogi. Frank stał już przy barku, nalewając do szklaneczki z lodem bursztynowego płynu.

- I co sądzisz o ich propozycji? - zapytała. - Nie podważy to naszej pozycji zawodowej? Powinniśmy raczej zachowywać bezstronność w sprawach politycznych.
Rzuciła spojrzenie na męża.
- Miejsce butów jest w garderobie - poinformowała go.
- Tak, tak… - przytaknął, - zaraz sprzątnę. Drinka?
- Na razie dziękuję
- powiedziała. - Poczekam, aż dzieci zasną.


Odłożył butelkę i z pełnym szkłem utonął w fotelu na przeciwko kanapy.
- Dobrze wiesz, że nie lubię polityki i… - zamoczył usta w alkoholu, - Nie sposób się z tobą nie zgodzić, kochanie.
Zaśmiała się krótko.
- Podwójne przeczenie. Czyli co, masz jednak ochotę jechać? I trochę pobrylować na panelu?

- Nie bardzo - przyznał szczerze, - zawsze możemy wykręcić się pracą. A ty? Miałaś ochotę pojechać?
- No proszę cię
- przewróciła oczami. - Przecież nie od wczoraj się znamy. Wiesz, że nie lubię takich imprez.

Uśmiechnął się ciepło.

- Zatem postanowione. A pro po… co u ciebie w pracy?

Westchnęła, a na jej twarzy pojawiała się niepewność. Przez chwilę mocowała się sama z sobą.
- Nie powinnam używać ciebie do superwizji i wiesz, ze staram się tego nie robić.. ale dawno nie miałam takiego przypadku. Dziewczynka, osiem lat. Straciła obydwoje rodziców. PTSD, to na pewno, ale jeszcze … nie wiem, to dziecko jest dziwne.

Zauważalne przyciągnęła uwagę męża.

Opuściła nogi na podłogę i wstała. Podeszła do Franka i przysiadła na podłokietniku jego fotela. Wyjęła mu z rąk szkło i pociągnęła łyk drinka. Skrzywiła się ledwie dostrzegalnie.
- To za mocne dla mnie… - nie wiadomo było, czy mówi o alkoholu, czy przypadku dziewczynki.
- Ma osiem lat. Jak Rebecca – drgnęła. – Agresja, piromania… wygląda jak aniołek. Może powinnam ja komuś oddać? Choć z drugiej strony wydaje mi się, że zaczyna nawiązywać z mną kontakt.
- Chętnie posłucham. Może razem wpadniemy na pomysł jak jej pomóc.
- Odłożył szklankę na stolik - Zaglądnij do dzieci. Zrobię ci drinka i porozmawiamy.
Pogłaskał ją w odruchu empatii po plecach.

Skinęła głową i zniknęła na schodach prowadzących na piętro.

***

Gdy wróciła po 20 minutach Frank siedział w kuchni przy wyspie. Na blacie stała zaczęła szklaneczka whisky, jej ulubiona tequila oraz deska serów i wędlin.
- Śpią? - spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem.
- Małe tak, Harry udaje, że tak, ale wiem, że ma komórkę pod poduszką. Nie mam siły dziś z nim walczyć.
Usiadła na wysokim stołku i sięgnęła po ser.
- Jesteś kochany - powiedziała. - Dziękuję .
- Myślałam o tej dziewczynce…
- zaczęła i nagle przerwała. - Dam sobie jeszcze czas, żeby ją poznać. Potem ci opowiem, ok?

Napiła się tequili.
- A u ciebie jak?
- Jak uważasz skarbie. Dawno nie zajmowałem się tą działką a szczerze powiem, że mnie zaintrygowałaś i chętnie zapoznam się z tym przypadkiem. U mnie?
- Przepił kawałek sera, który zapakował do ust, - Nudy. Dopinam z Mikiem skład ostatniej książki i zbieram materiały na kolejną, dlatego mam trochę wolnego czasu.

Pokiwała machinalnie głową, ale myślami była już daleko.
- Jutro Petera trzeba zawieźć do dentysty, pamiętasz?
Nie czekając na odpowiedź podniosła swój kieliszek i wstała.
- Muszę się przygotować do jutrzejszych sesji. Zajmie mi to trochę czasu, nie czekaj.

Przeszła do swojego gabinetu, użyła czytnika linii papilarnych i włączyła laptop. W zaszyfrowanym literowym hasłem folderze znajdowały się ułożone alfabetycznie karty pacjentów. Pociągnęła łyk alkoholu i zaczęła sczytywać notatki z ostatniej sesji. Dopisywała komentarze, wątpliwości i zagadnienia, które planowała poruszyć następnego dnia.

DrStrachul 18-01-2019 01:00

1.
Krew spływała wolno po łazienkowych kafelkach. Ich nieskazitelna biel silnie kontrastowała z czerwienią krwi. Lepka, brudna ciecz o metalicznym zapachu burzyła sterylność tego miejsca. Żarówka nad lustrem migotała chaotycznie, jakby uwięzione w niej ładunki chciałby przebić się przez szklaną kopułę i uciec. Byle dalej od tego dramatu.
Gdzieś w oddali uporczywie dzwonił. Nie było już nikogo kto mógłby odebrać.

Łazienka jeszcze wczoraj pełna gwaru i ludzi, zmieniła się w kryptę. Zimną i odrażającą kostnicę. Z kranu raz po raz spadała kropla rozbijają się o taflę wody, która wypełniała wannę po brzegi. Namiastka żałobnych dzwonów dla samobójcy.

Dlaczego? Zawsze pozostaje, to samo pytanie. Dlaczego?




2.
Budzik zapiszczał niczym wykastrowany kogut. Na wyświetlaczu, czerwonym światłem pulsowały cyfry.
05:10
Jessica jak co rano, wskoczyła w wysłużony dres i już za moment biegła alejką pośród urokliwych klombów.
Dziwny niepokój dręczył jej myśli i serce. Złe przeczucia i jakiś bliżej niesprecyzowany lęk. Ulice były puste. Wiatr figlarnie podrzucał zeschłe liście Kręcił nimi młynki i gonił wzdłuż krawężnika.
Jessica dobiegła do bramki prowadzącej na plażę.

Żywego ducha. Odetchnęła z ulgą, a wielki głaz spadł jej z serca. To, jak spławiła Ricka, nie dawało jej spokoju. Wiedziała, że postąpiła słusznie, ale… Jej krytyczny umysł, analizował sytuację na tysiące sposobów. Zawsze dochodziła do tego samego wniosku, ale… Nie potrafiła odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego tak bardzo ją to dręczy.

Przyjemne zmęczenie ogarnęło jej ciało, gdy pokonywała ostatnie metry wilgotnej po nocnym deszczu plaży. Uwielbiała to uczucie. Napędzało ją to do życia i dawało energię na cały dzień.
A dzisiaj będzie jej potrzebowała więcej niż zazwyczaj. Esther potrzebowała jej pomocy.

3.
Frank wstał zaraz po wyjściu żony. Coś nie pozwoliło mu już zasnąć. Zazwyczaj o tej porze drzemał beztrosko, czekając aż Jessica zbudzi go buziakiem. A dzisiaj jego umysł już od samego rana pracował na najwyższych obrotach. Zmysły się wyostrzyły. Słyszał każdy szelest w domu. Wiatr szumiał na zewnątrz. Drobne krople deszczu rozbijały się o szybę.

Czyżby to telefon od Mary, tak na niego podziałał?
Zarzucił na siebie szlafrok i ruszył do kuchni zaparzyć sobie kawy. Czekając aż ekspres zrobi swoje, gapił się bezmyślnie w okno.
Jego uwagę zwrócił granatowy Buick. Siedziało w nim dwóch mężczyzn. Wyglądało na to, że tkwią tak już jakiś czas. Sedan nie należał do żadnego z sąsiadów. Tego był pewien.

- Tato, zrób mi naleśnika. Proszę.
Rebecca stała tuż obok. Wpatrywała się w niego błagalnym wzrokiem, ściskają swojego ulubionego misia.
- Dobrze kochanie - odparł machinalnie i ponownie spojrzał za okno. Po granatowym sedanie nie było śladu.

4.
- Dobrze, panie Mertens, na dzisiaj kończymy.
Łysiejący, przepocony grubas z trudem podniósł się z kanapy. Po jego wizytach, Jessica zawsze musiała wietrzyć gabinet i użyć sporo odświeżacza, aby pozbyć się kwaśnego zapachu.
- Jasne, pani doktor. Spróbuje zrobić tak, jak pani mówi.Małe kroczki. Może coś z tego będzie.
Uniósł w górę, ściskanego w dłoni Snickersa i schował go do kieszeni bluzy.
- Jest pani świadkiem - powiedział z dumą - Małe kroczki. Do zobaczenia w przyszłym tygodniu.

Martens wyszedł, a Jessica natychmiast otworzyła okno i sięgnęła po ukryty w zagłębieniu fotela odświeżacz. Obficie spryskała cały gabinet. Z torebki wyjęła lalkę, którą pożyczyła z pokoju Rebecci.
Położyła ją niedbale na kanapie. Taka mała pułapka zastawiona na jej kolejnego pacjenta.
Przez weekend dużo myślała o Esther. Opracowała sobie kilka sposobów i lalka była jednym z nich.

Wyszła do holu, aby zaparzyć sobie herbaty. Pani Graham wraz mała Esther już tam na nią czekały.
- Dzień dobry - przywitała się - Już jesteście. To świetnie. Napijecie się może herbaty.
- Nie dziękuję - odparła Teresa Graham - Zanim pani zacznie, pani doktor, chciałabym zamienić słówko.
- Ok. Zapraszam - wskazała rękę drzwi gabinetu,
- Bądź grzeczna Bette. Ja zaraz wrócę.

- Ja już nie wiem, co mam robić, pani doktor - powiedziała szeptem Teresa Graham - Mąż mówi, że powinniśmy ją oddać do zamkniętego ośrodka.
- Uważam, że na razie jest to konieczne. To zawsze zdążymy zrobić. Moim zdaniem w szpitalu Esther jeszcze bardziej zamknie się w sobie i jeszcze trudniej będzie jej pomóc.
- Ja wiem i to samo mu powtarzam - Jessica widziała, że kobiecie napływają łzy do oczu - Tylko ona jest naprawdę nieznośna. Wczoraj obcięła sekatorem ogon kotu sąsiada. Przyniosła mi go i powiedziała, że to prezent dla mnie. Wyobraża sobie pani.
- Musicie państwo być cierpliwi i bardzo czuli wobec niej. Esther wiele przeszła i to wywarło druzgocący wpływ na jej psychikę. Zrobię wszystko, żeby jej pomóc. To jednak wymaga czasu.
- Dobrze, pani doktor. Mam nadzieję, że jej pani pomoże.
- Wróćmy już do małej. Ok?
- Oczywiście.
- Jeszcze jedna rzecz, pani Graham. Dlaczego zwróciła się pani do Esther, Bette.
- Sama to wymyśliła i tak każe do siebie mówić. Robię to, aby jej nie denerwować.

Jessica wraz z Teresą Graham wróciły do holu. Mała Esther “Bette” Liebmann w wielkim skupieniu rysowała coś w małym zeszyciku.
- Witaj Bette - rzekła Jessica przyklękając przy dziewczynce - Chodź pokażesz mi co tam rysujesz.

Jessica po raz kolejny oglądała rysunki, jakie Esther miała w zeszyciku. Nie przypominały one w niczym rysunków jej własnej córki. Było w nich niepokojącego, choć niewypowiedzianego. Terapeutka próbowała nadać sens i znaczenie tym pracom. Esther w tym czasie bawiła się lalką, którą specjalnie Jessica podrzuciła na kanapę.
- Powiedz mi Bette. Kim jest ta dziewczynka?
- To ja.
- A to drugie dziecko?
- To moja siostra.
- Twoja siostra Miriam?
- Nie! - krzyknęła Esther -Miriam jest gupia!
- To kto to jest?
- Bette.
- A to nie ty jesteś Bette?
- Ja chce być Bette.
- A gdzie jest teraz Bette?
- Daleko stąd. Nie znajdziesz jej. Tylko ja wiem, gdzie to jest.

5.
Korzystając z chwili wolnego, Frank postanowił jechać szybko na dworzec. Harry był w szkole, Peter u dentysty, a Rebecca na zajęciach z pływania. Miał, więc co najmniej półtorej godziny czasu, aby załatwić sprawę.

Zaparkował przed głównym wejściem na dworzec i szybkim krokiem ruszył w kierunku skrytek. Kręciło się przy nich kilka osób. Rozglądając się uważnie, Frank szedł pewnie przed siebie, szukając właściwego schowka.
B422... B423... B424... Jest! B425. Ku swemu zdumieniu Frank zobaczył, że drzwiczki od schowka są lekko uchylone.
Co jest? - mruknął pod nosem.
Ostrożnie otworzył drzwi. W środku było kompletnie pusto. Drzwi nosiły ewidentne ślady włamania. Ktoś bezceremonialnie wyważył zamek.
Frank zamknął skrytkę i jeszcze raz rozejrzał się wokół. Mary uczyła go, jak rozpoznawać w tłumie podejrzanych ludzi.

Było ich trzech. Każdy ustawiony w dogodnym miejscu, aby bez przeszkód obserwować “jego“ skrytkę. Serce zabiło mu mocniej. Kiedyś chciał być jak James Bond. No i proszę! Chciałeś, to masz!

Nie było sensu dalej tu sterczeć. Ruszył w stronę parkingu. Musiał, to sobie wszystko dokładnie przemyśleć. Kątem oka zauważył, że jeden z gości zaczął za nim iść.
Gdy mijał oszklone drzwi dworca, jakiś starszy mężczyzna w kraciastej czapce szturchnął go mocno.
- Nic nie szkodzi! - krzyknął ironicznie w jego kierunku.

Dopiero będąc w samochodzie zorientował się że ma coś w kieszeni marynarki.
Co tu się u licha wyprawia? - zapytał sam siebie, odczytując wiadomość z podrzuconego świstka papieru.

GreK 20-01-2019 17:45

3.
Zły sen wprowadził go od rana w ponury nastrój. W ten uporczywy sposób nie pozwalał mu o sobie zapomnieć. Ciągle miał przed oczami jej martwe ciało.

Granatowy sedan jedynie wzmocnił jego niepokój.

- Dobrze kochanie - odpowiedział machinalnie Rebecce i nim ruszył na poszukiwanie składników zadzwonił do Jessici.

- Co tam? - usłyszał lekko zdyszany głos żony w słuchawce.
- Hej Jessy - wyczuła niepokój w głosie Franka, - wszystko w porządku?
- Tak… - powiedziała powoli. - Czemu miałoby nie być?
- Nie… - zawahanie - Miałem okropny sen. Po prostu musiałem cię usłyszeć… że nic ci nie jest… Uważaj na siebie i pamiętaj…
Przez chwilę w słuchawce panowała kompletna cisza. Frank miał wrażenie, że nie słyszy nic, nawet oddechu żony.
- Pamiętaj co? - wykrztusiła w końcu.
- Że cię kocham głuptasie - wyczuła jak uśmiecha się ciepło Tym uśmiechem, którym kiedyś ją oczarował. W tle usłyszała głos Rebecci. - Muszę kończyć. Mam tutaj naleśnikowego terrorystę
- Poczekaj! - w głosie żony usłyszał napięcie. - Ja też.. też miałam dziwny sen. Będę za 15 minut.
- Ephhh… jasne - zaskoczyła go inicjatywą - Pamiętaj, że za pół godziny wyjeżdżamy do szkoły.
- Zdążę - przerwała połączenie.

Dziesięć minut później, mocno zdyszana Jessica wpadła do holu. Spojrzała, z niepokojem, na Franka.
-Dentysta jest na czwartą - przypomniała mężowi.- Tak Cię przestraszył sen, że musiałeś do mnie zadzwonić? Troskliwy byłeś zawsze, ale skąd ten napad paranoi? Czy jest coś jeszcze? - przyjrzała mi się badawczo. Po tylu latach potrafiła mnie czytać jak otwartą księgę. Tak w każdym razie powtarzała.
- Tylko tyle - odpowiedział i nie wyczuła ani grama fałszu. Objął jej dłoń, w swoje, rozgrzane ciepłem porannej kawy. - Ten sen był… taki realnie brutalny. Mówiłaś, że też źle spałaś?

Nie dopytywała więcej, najwyraźniej biorąc jego słowa za dobrą monetę.
-Tak - mruknęła - dziwny, realistyczny sen. Krew, łazienka i trup w wannie. To byłeś ty , Frank. - potrząsnęła głową, jakby odganiając wspomnienie snu i uśmiechnęła się do męża . - Myślisz, że to projekcja moich wypartych, agresywnych pragnień odnośnie Ciebie?

Na twarzy mężczyzny wymalowało się zaskoczenie.

- Śniłem to samo, tyle że… to ty leżałaś martwa w wannie. Jaką na to masz diagnozę? - Pokręcił głową. - Takie rzeczy się nie dzieją. Przypadek. Może po prostu przypadek dziewczynki rozbudził naszą wyobraźnię.
- Ha, ha… Bardzo śmieszne. No rozbawiłeś mnie do łez. A teraz serio :co cię tak przestraszyło, że naruszyłeś mój święty czas joggingu?
- Możesz się śmiać - jego twarz pozostała niewzruszona. - Nie żartowałem.
-Proszę cię - przewróciła oczami, zezłoszczona. - Nie rób ze mnie kretynki, dobrze? Pytam, czemu jesteś niespokojny a ty coś ściemniasz. Powiedz po prostu, że nie chcesz gadać. A to snem było - jakby Peter powiedział - mega słabe

Ściągnęła adidasy, ale zamiast ustawić je równo na półce w garderobie zostawiła buty pod ścianą w holu.
-Idę pod prysznic.

Spojrzał na odchodzącą żonę z irytacją, z mocno hamowaną złością.
- Zapomniałaś, że to ja pierwszy wspomniałem o śnie, że to TY postanowiłaś skrócić jogging - powstrzymywał się żeby nie krzyknąć do odwróconej do niego plecami Jessici. - Ale nie… to ja jestem winien i to ja kłamię. Jak zwykle. Żałuję, że dzwoniłem. Idź… zajmij się sobą. Wszystko zmyśliłem, żeby zepsuć ci dzień.

Westchnął.
- Dzieci! Zbierać się! Czekam w samochodzie.

I nie dając jej możliwości riposty wyszedł. Znowu to zrobiła. Potrafiła w kilka minut zniszczyć to, co on próbował naprawić całymi dniami starań. Tylko czy było co naprawiać i czy było warto?


5.
Był wściekły na siebie. Pieprzony James Bond. Granatowy Buick powinien wzmóc jego czujność a on jak idiota po prostu wlazł odebrać przesyłkę. Co sobie myślał? Że zabierze dokumenty i bez problemu odjedzie? Przez poranną sprzeczkę z żoną przestał być ostrożny. Kretyn. Czy trzej smutni panowie byli w posiadaniu papierów? Hmmm… mało prawdopodobne. Raczej stawiał na to, że ktoś ich ubiegł. Może na jego szczęście. Czuł, że wplątał się w coś poważnego. Siebie i Jessicę. Nie wiedzieć dlaczego znowu pomyślał o niej. Cholera. Musiał skontaktować się z Mary. Spojrzał na karteczkę wepchniętą w kieszeń. Musiał dowiedzieć się o co chodzi. Wcisnął zapalniczkę samochodową a gdy wyskoczyła, przytknął papier do rozżarzonej części. Zaczął się tlić by w końcu zająć się jasnym płomieniem. Gdy ogień strawił prawie całą kartkę i jedynie pozostawił nienaruszoną część trzymaną w dwóch palcach, wyrzucił wszystko przez uchylone okno i odjechał.

Spoglądając co chwilę w lusterka sprawdzał czy nie ma ogona. Srebrny Dodge jechał za nim w bezpiecznej odległości od dworca. Mimo wszystko zauważył go. Frank wrócił do kliniki po Petera. Odpowiedział na uśmiech czarnoskórej recepcjonistki i tknięty nagłym impulsem podszedł do niej.

- Przepraszam, padła mi bateria, czy mógłbym skorzystać z telefonu?

Wykręcił z pamięci numer Mary.
- Tu numer 7994651354 - usłyszał głos z automatu, - po sygnale zostaw wiadomość.
- Przesyłka nie dotarła. Oddzwoń.

Nagrał tą krótką wiadomość i podziękował kobiecie za kontuarem nagradzając ją uśmiechem. Zgarnął Petera i odebrał Rebeccę z basenu. Harry miał wrócić ze szkoły na rowerze. Udał się więc do domu, nie mając ochoty spotykać się z Jessicą, zamknął się w biurze. Dobrze, że w poniedziałek jak zwykle wychodził wieczorem. Poniedziałkowe wieczory z kumplami. Jessy zaakceptowała już ten rytuał. Miał pretekst by uniknąć wspólnej kolacji.

kanna 21-01-2019 10:58

3.
Prysznic studził i ciało, i emocje.

Kiedy Jessica wyszła z łazienki dzieci ani Franka już nie było. Teraz czuła wyraźnie, że przegięła. Początkowo sądziła, że mąż droczy się z nią, potem – że z jakiegoś powodu nie chce powiedzieć co się mu śniło. Jakby pożałował, że o tym śnie jej powiedział i na poczekaniu wymyślił, ze śnili to samo. Ale teraz wiedziała, że serio coś go przestraszyło, podobnie jak ją fakt, że śnili to samo. Nie znosiła bezradności. Nie cierpiała „nie rozumieć” a najbardziej bała się ośmieszania. Zapomniała, że Frankowi może ufać. To jej mąż. Kocha ją. Nie stanie przeciwko niej. Uczepiła się tej myśli, dawała oparcie. Wyśle mu smsa z przeprosinami, ale jeszcze nie teraz, niech Frank trochę ochłonie.

Wysuszyła i ułożyła włosy. Ubrała się. Codzienne, powtarzalne czynności uspokajały ją.

Ciało męża w wannie… to by znaczyło, ze serio śnili to samo.. ta myśl też uwierała nieprzyjemnie. Takie rzeczy się nie zdarzały. Nie w porządkowanym, racjonalnym świecie Jessici. Pewnie to napięcie związane z Esther. Musi przepracować małą – i Franka – ze swoim superwizorem. Niestety, dr Sanders wyjechał na trekking do Bogoty czy innej Wenezueli.

Odsunęła dziewczynkę i męża na tył umysłu. Musi skupić się też na innych pacjentach. I kolacja. Dziś ona gotuje. Pokroiła warzywa i zaczęła przygotowywać zapiekankę.


4.
- Panie Mertens – Jessica zatrzymała klienta. – Zanim pan wyjdzie mam jeszcze jedną prośbę.
Grubas spojrzał na nią pytająco.
- Czy mógłby pan umyć się przed następną wizytą u mnie?
Na czole mężczyzny pojawiała się pionowa zmarszczka, oczy się zwęziły. Myślał.
- Ale jak do urologa czy do lekarza ogólnego? – zapytał w końcu.
- A jaka jest różnica?
- Do urologa wystarczy bidet, do ogólnego – prysznic
– wyjaśnił.
- Więc jak do ogólnego, poproszę.

Odświeżyła pomieszczenie i wyciągnęła komórkę. Minęło parę godzin… może był już gotów przyjąć jej przeprosiny? - Frankie – zaczęła od zdrobnienia, które stosowała tylko w wyjątkowych momentach, a potem wpisała resztę smsa.

–Frankie, przepraszam kochanie. Doceniam, że się o mnie martwisz. Wybacz mi ten poranek. Kocham cię.


Poczekała chwilę, ale odpowiedź nie nadeszła. Westchnęła i wyciszyła komórkę.
----

-Widziałam twoje rysunki - powiedziała chwilę potem do Esther . - Dwie dziewczynki, jedna czerwona z żółtymi włosami, druga czarna. Czy mają imiona?
- To ja
- dziewczynka wskazała rysunek dziecka z żółtymi, tudzież blond włosami- A to Bette - palec pokazał czarną postać.
- Rozumiem - Jessica pokiwała głową. - Macie coś w rączkach - wskazała pierwszy rysunek. - Ty masz chyba… - zawiesiła głos - Balonik? A Bette?
- Bawimy się
.- mruknęła dziewczynka i dalej nie patrząc na Jessicę bawiła się lalką.
- Zabawa balonikiem?
- Bawimy się
- powtórzyła niemal bezmyślnie - Ja się z Miriam nie bawię, bo ona jest głupia.
-Rozumiem, bawisz się z Betty. A w co?
- W chowanego, strach i zemstę
- wyliczyła sprawnie dziewczynka - Czasami też w sny.
- O- w głosie Jessici zabrzmiało autentyczne zainteresowanie. - To ciekawe. W chowanego potrafię grać, a te inne zabawy? Nauczysz mnie?
- Nie!
- wrzasnęła Esther -Nie, bo jesteś głupia! - po tych słowach dziewczynka ze wściekłością rzuciła w Jessicę lalką. Terapeutka instynktownie się uchyliła. Lalka odbiła się od oparcia fotela i wylądowała na podłodze. Jessica ku swemu przerażeniu dostrzegła, że Esther w czasie zabawy wyrwała lalce oczy. Teraz puste oczodoły wpatrywały się terapeutkę.

-Strasznie się zdenerwowałaś - stwierdziła Jessica, podnosząc lalkę. - Nie lubisz rozmawiać o Bette?
- Bette nie lubi ciebie. I ja ciebie też nie lubię.
- Bette mnie nie lubi?
- zdziwiła się Jessica. - Przecież mnie nie zna. Opowiadałaś jej o mnie?
- Bette jest mądra. Dużo wie. Bardzo dużo wie. O tobie też. O twoim mężu też.
- Czyli to Bette mówiła ci o mnie, tak? Jeśli jest mądra, to powinna coś o mnie wiedzieć. Coś więcej, niż to, że jestem głupia. Coś ci mówiła, naprawdę ? - zapytała z wyraźnie słyszalnym powątpiewaniem w głosie.

Zapadła cisza. Esther po raz pierwszy od momentu przekroczenia progu gabinetu spojrzała na Jessicę. Jej błękitne oczy wręcz prześwietlały ją na wylot. Terapeutka poczuł dziwny chłód. Zmaterializował się on w postaci dreszczy, które przeszły jej po całym ciele. Przez chwile pociemniało jej przed oczami, jakby zaraz miała stracić przytomność.
To wszystko trwało sekundę, może dwie. Nie więcej. Dla Jessici czas ten rozciągnął się niczym guma. Widziała tylko połyskujące w półmroku błękitne oczy Esther.
- On jest kłamcą. - wyrzuciła w końcu siebie dziewczynka - Kłamcą i oszustem.
-Kto? - wykrztusiła Jessica.

Na to pytanie Jessica nie uzyskała już odpowiedzi. Esther bowiem osunęła się na podłogę i całe jej ciało zaczęło trząść się. Atak małej otrzeźwił Jeesicę i uruchomił wyuczoną procedurę ratunkową. Uklękła na ziemi, ujęła głowę dziewczynki w swoje dłonie i umieściła miedzy swoimi udami, żeby zabezpieczyć przed ewentualnym urazem.
- Zoi! – krzyknęła do recepcjonistki. – Wezwij karetkę!
Młoda kobieta wbiegła do gabinetu i ogarnęła sytuację jednym spojrzeniem. Wyciągnęła komórkę.

Atak padaczki ustąpił po kilkudziesięciu sekundach, Jesscia sprawdziła oddech i ułożyła dziewczynkę w pozycji bocznej bezpiecznej, powierzyła opiece Zoi a sama zajęła się histeryzująca ciotką. Nie udało się jej ustalić, czy dziewczynka wcześniej miewała tego typu epizody – w dokumentacji nie było o tym żadnej wzmianki, wiedziała to na pewno.

Karetka przyjechała niebawem, ratownicy sprawnie umieścili dziewczynkę na noszach i zabrali. Roztrzęsiona ciotka Esther poszła z nimi, nie zadając na razie żadnych pytań.
- Jedź z nimi, Zoi. – poleciła Jessica. – Dowiedz się, ile się da, ściągnij kogoś z rodziny żeby się zajął panią Graham. Prześlij mi potem informację.

Zamknęła drzwi gabinetu na klucz, zrobiła sobie kawę i usiadła przy biurku Zoi, aby odwołać resztę pacjentów z dzisiejszego dnia. Obraz dziewczynki za bardzo tłukł się jej w głowie, aby była w stanie prowadzić terapię.
Przejrzała jeszcze raz porzucony zeszyt z rysunkami małej. Była już prawie pewna, że u dziewczynki doszło do rozszczepienia osobowości. Serio dr Sanders akurat teraz musiał wybrać się na ten swój doroczny trekking wokół Annapurny? Bez telefonów i kontaktu z cywilizacją… uświadomiła siebie, jak niedojrzałe jest złoszczenie się na superwizora i zagłębiła znów w rysunkach.
Bette z nożem, Bette w ogniu, Esther pod ziemią. Zakopana, nieżywa? Bette czy Esther? Rysunki mówiły o obawach dziewczynki, czy to ona je rysowała, czy część osobowości, która mała nazwała „Bette”? Tyle pytań i do tego tak małe dziecko, z tak kiepskim wglądem w siebie…

Miała poważne wątpliwości, czy podoła terapii. "W chowanego, strach i zemstę" - przypomniała sobie słowa dziewczynki "Czasami też w sny".
Zadrżała. Czy Frank i ona... ten ich wspólny sen. I czy "kłamca" odnosiło się do jej męża?

- Nakręcasz się - powiedziała sama do siebie, głośno.
Mózg lubi szukać spójności i tworzyć całość z kawałków. To przypadek, że słowa Esther pasują do twoich przeżyć. denerwujesz się. To naturalne, tyle zbieżności...I boisz się.

Tak, bała się. Frank był najlepszym, co się przydarzyło w jej życiu. Kłamca.

Odetchnęła kilka razy głęboko, zrzuciła buty i usiadała na podłodze.
Medytacja powinna pomóc się jej uspokoić.

DrStrachul 22-01-2019 00:08

“Nie ma odwagi i nie ma lęku. Jest tylko świadomość i nieświadomość. Świadomość to lęk, nieświadomość to odwaga.”
Alberto Moravia


1.
Wieczorem znowu padał deszcz. Mocno i intensywnie dudnił o szyby i parapety, niczym rozwścieczony perkusista. Lodowaty wiatr znad jeziora przenikał nawet przez grube ściany domu Mitchellów. Chłód stanowił niejako fizyczną manifestację, panującej w domu atmosfery.

Frank wyszedł z kumplami. Została tylko pustka. Wypełniało ją przejmujące uczucie pustki, podobna tej która towarzyszy ekstrakcja zęba.
Pusty i zimny salon i powracające sceny z koszmarnego snu.

Krew.
Paskudna, lepka i cuchnąca krew, która zalewała podłogę w jej łazience. Życiodajny płyn, który wyciekał z podciętych żył jej ukochanego Franka.
Ten potworny obraz wypalił się w jej mózgu. Gdy tylko zamknęła powieki, koszmarna wizja powracała.

- Mamo! Powiedz mu coś! On zabrał mi lalkę! - piszczący głos przebił się przez tuman dręczących ją myśli.
- Uspokójcie się do jasnej cholery! - wrzasnęła, nie do końca poznając swój własny głos.
Rebbeca i Peter zastygli przerażeni.
- Uspokójcie się, proszę - powiedziała swoim już normalnym tonem - Idźcie na górę i bawcie się po cichu. Mamusię boli troszkę głowa i potrzebuje odpocząć.
Rodzeństwo bez słowa wykonało polecenie. Jessica opadła na kanapę. W oczekiwaniu na powrót Franka przerzucała bezmyślnie kanały w telewizorze.

2.
Strugi deszczu ściekały po szybie SUV-a. Stukając palcami w kierownicę, Frank obserwował wejście do baru "Red Mustang" Bił się z nawałą myśli i uczuć. Dzisiejsze wydarzenia uświadomiły mu, że decyzją podjętą kilkanaście lat temu sprowadził na siebie i swoją rodzinę wielkie niebezpieczeństwo.
Zaczynał się bać, gdyż wiedział jak trudno będzie się z tego wszystkie wyplątać.
Na domiar złego, przez cały dzień nie dostał żadnej odpowiedzi od Mary. Co to miało znaczyć, do jasnej cholery? Niby nie wydarzyło się nic wielkiego. Nie mógł się jednak pozbyć rosnącego poczucia zagrożenia.
Raz po raz wracał myślami do szkolenia, jakie przeszedł w tajnej bazie Mossadu w Górach Skalistych.

Zegar wbudowany w deskę rozdzielczą pokazywał 21:55.
Frank wziął głęboki oddech i ruszył w stronę wejścia do baru.

"Red Mustang" znajdował się na obrzeżach miasta. Jego bywalcy rekrutowali się głównie z grona kierowców ciężarówek i taksiarzy. Frank ubrany w jeansy i sportową kurtkę, od biedy mógł robić za tego drugiego.

We wnętrzu dość obskurnego baru o palmę pierwszeństwa rywalizowała sącząca się z głośników ballada country z transmisją meczu NBA nadawaną w telewizji. Frank szybkim spojrzeniem omiótł zebranych w środku ludzi. Nie dostrzegł nikogo podejrzanego. Jedynie siedzący w kącie sali mężczyzna w skórzanym płaszczu, zwrócił jego uwagę.
Wybrane miejsce, jak i postawa sugerowały, że to może być jego kontakt. Gość wiedział jak się ustawić, aby jednocześnie nie rzucać w oczy i mieć doskonały punkt obserwacyjny na całe pomieszczenie.
W pierwszym odruchu Frank chciał do niego podejść i bezceremonialnie zdemaskować. W ostatniej chwili zrezygnował z tego pomysłu i postanowił poczekać na jego ruch
Usiadł na hokerze przy barze i zamówił piwo.

Zdążył zrobić ledwie dwa łyki piwa, gdy poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. Odwrócił się i ujrzał twarz mężczyzny, którego potrącił go rano na dworcu autobusowym.
- Frank - zagadał, jakby znali się od dobrych dziesięciu lat - Wyjdźmy na chwilę, ok?

Nie czekając na odpowiedź, mężczyzna ruszył do wyjścia.

Frank ruszył za nim. Na parkingu skierowali się w stronę zdezelowanej, na oko trzydziestoletniej Hondy Civic.
Mężczyzna wsiadł do środka, by po chwili uchylić dla Franka drzwi od strony pasażera.

- Jestem Brad - rzucił mężczyzna wpatrując się intensywnie we wsteczne lusterko - Wiem kim jesteś i co robiłeś dla nich przez ostatnie osiemnaście lat.
Mężczyzna zrobił teatralną pauzę, aby nadać swoim słowom większej wagi.
- Nie bój się. Nie wydam cię. Nie po to cię tutaj ściągnąłem. Myślę, że możemy sobie nawzajem pomóc.

Kwadrans rozmowy z Bradem nieźle namieszał Frankowi w głowie. Wyglądało na to, że ktoś wokół niego i jego rodziny utkał misterną sieć intryg.
Wracając do domu wiedział, że czeka go bezsenna noc, pełna przemyśleń i analiz tego, co się właśnie wydarzyło.

3.
- Kochanie podaj mi sok - Frank z szerokim uśmiechem poprosił żonę.
Nikt nic nie mówił i nikt o nic nie pytał. Wszyscy udawali że nic się nie wydarzyło. Dzieci dokazywały jak zwykle nieświadome, iluzji i hipokryzji, jaka unosiła się w powietrzu,
Nawet ktoś obserwujący wszystko z boku, nie domyśliłby się napięcia jakie panowało między małżonkami. Perfekcyjna, amerykańska rodzina przy śniadaniu. Dosłownie, jak z reklamy.

Pod powierzchnią, aż kipiało.
Frank mimo prawie całej nieprzespanej nocy, ciągle analizował słowa Brada oraz wszystkie ostatnie wydarzenia.
Zaniepokojona o los męża Jessica, nie potrafiła mu zrobić awantury za późny powrót, ani nawet poprosić o wyjaśnienie. A przecież czuła, że za nocną eskapadą kryje się coś więcej niż tylko piwo z kolegami.
Udawali, choć oboje przepełnieni byli strachem i niepewnością.

Może przy kolejnym przegryzanym nerwowo toście, któreś z nich w końcu by się przełamało. Kto wie? Nie dane im jednak było doczekać tej chwili.
Jednocześnie odezwał się dzwonek do drzwi i komórka Jessici.

Frank wytarł usta w ścierkę i ruszył sprawdzić, kto przyszedł.
- Dzień dobry - powiedział uśmiechnięty młodzieniec w uniformie pracownika gazowni. Za nim stał jego pomocnik, wysoki blondyn o aparycji boksera.
- W czym mogę pomóc? - spytał Frank,
- Rutynowa kontrola, Wymienialiśmy złączkę przy głównym zaworze, dwie przecznice dalej i musimy sprawdzić czy instalacja nadal jest szczelna. Możemy wejść.

Zanim Frank zdążył odpowiedzieć, w progu pojawiła się Jessica. Zabrała z wieszaka płaszcz i narzuciwszy go na siebie rzekł:
- Muszę jechać do gabinetu. Porozmawiamy po południu.

4.
Drogę do gabinetu, Jessica pokonała niemal automatycznie. Szczegóły podróży zatarły się w jej pamięci. Na wspomnienie wczorajszego nieprzyjemnego wieczoru nałożył się dziwny telefon od detektywa O’Briana z miejskiej policji. Prosił on o natychmiastowe spotkanie w gabinecie.
Co się mogło stać? - kołatało się w jej głowie,

Dwaj detektywi czekali już na nią przed gabinetem. Wysoki brunet oraz jego latynoski partner o wyraźnej nadwadze.
- Detektywi O’Brian i Ortega - przedstawił brunet.

Cała trójka zajęła miejsca w gabinecie, gdzie policjant bez ogródek przedstawił całą sprawę.
- Rick Ramirez, jest pani pacjentem, prawda?
Jessica przytaknęła skinieniem głowy.
- Niestety popełnił on poważne przestępstwo i musimy panią ostrzec, że nadal pozostaje on na wolności i może być niebezpieczny.
- Co się stało? - zapytała cicho Jessica.
- Nie do końca znamy przebieg wydarzeń. Fakty są jednak takie, że jest on podejrzany o zabicie własnej matki oraz dwóch pracowników zakładu bukmacherskiego w Chatham. Jest pani jego terapeutą, więc istnieje prawdopodobieństwo, że będzie próbował się z panią skontaktować.
- Czy Ramirez wie, gdzie pani mieszka? - spytał latynoski partner O’Briana.
- Nie wiem, ale to możliwe - odparła drżącym głosem Jessica.
- Rozumiem. Jeżeli pani sobie tego życzy, to możemy pani przydzielić ochronę. Dopóki go nie złapiemy istnieje dość duże niebezpieczeństwo.
- Czy zna pani jego zwyczaje? Ludzi u których będzie mógł się próbować ukryć? - spytał O’Brian.
- Nie, ale to samotny człowiek. Od czasu rozwodu mieszka z matką. Niewiele mogę o nim powiedzieć, znam go zaledwie od kilku tygodni.
- Rozumiem. Gdyby coś sobie jednak pani przypomniała, niech pani do mnie zadzwoni - detektyw wręczył Jessice wizytówkę - I niech pani da nam znać co z tą ochroną.

Ledwo detektywi opuścili gabinet Jessici, znowu odezwała się jej komórka.
- Halo, pani Mitchell. Mówi Teresa Graham, ciotka Esther. Małej nic nie jest. Lekarze mówią, że to musiał być jakiś szok lub atak paniki. W każdym razie nic poważnego. Zostaniemy tu jeszcze jeden dzień na obserwacji. Ale tak naprawdę, to nie ja chciałam z panią rozmawiać. Esther chciała coś pani powiedzieć.
Jessica, aż zaniemówiła.
- Proszę kochanie. Mów. Pani doktor słucha.
- Halo! - usłyszała piskliwy głos dziewczynki - Halo! Pani doktor! To ja Esther. Nie gniewam się na panią. Naprawdę. Tylko Bette zniknęła. Nie ma jej. Może została tam u pani. Musi ją pani znaleźć.
Jessica z trudem próbowała poskładać tysiące myśli przelatujących jej przez głowę.
- Halo, pani doktor - w słuchawce znowu odezwała się Teresa Graham - Rozumie pani coś z tego. Mam się martwić? Może pani przyjedzie tutaj do szpitala i porozmawia z Esther. Nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć. Niby lekarze mówią, że nic jej nie jest. Ale sama pani słyszała….

kanna 26-01-2019 14:31

1.
Co się z nią działo? Jak mogła się tak zachować względem dzieci? Czy to napięcie ostatnich dni, czy jednak zachwiane poczucie bezpieczeństwa? Kłamca. Słowa dziewczynki wżarły się jej w mózg, nie mogła ich usunąć. Wypaliły ślad na zwojach jej pamięci. Kłamca. Kłamca. Czy to możliwe? Jej Frank… Wszystko co budowała tyle czasu… Poczucie winy odzywało się coraz silniej, i silniej odsuwając myśli o Franku.
Wstała i weszła na górę.

Peter i Rebbeca bawili się razem, cicho i spokojnie, w kącie pokoju. Jasny znak, ze coś było nie ok. Dzieci rzuciły na nią niespokojne spojrzenie.
Jessica usiadła na łóżku.
- Chodźcie do mnie – powiedziała.
Dzieci poderwały się, usiadły po obu jej stronach, wtulając się w matkę.
- Przepraszamy mamusiu – pisnęła Rebbeca. – Już nie będziemy…
- Nie kotku, nie musisz przepraszać. To ja zachowałam się nie w porządku. Nie powinnam była krzyczeć. Przepraszam. Bardzo was kocham.
- My też cię kochamy
– zapewniały dzieci jedno przez drugie. – Kocham cię zawsze, nawet kiedy krzyczysz. – dodała Rebbeca. Jessica rozpoznała swoje własne słowa.
- Choć to było mega słabe – dodał Peter, a potem szybko poprawił sam siebie, pomny wcześniejszych nauk matki. – Zachowałaś się mega słabo, mamo.
- Wiem synek.
– zapewniła go. – Jeszcze raz was przepraszam. Czytamy?
- Tak!
– Rebbeca już skakała po łóżku. – Mary Poppins!
Peter łaskawie zgodził się na wybór siostry.

3.
Ranek dłużył się niemiłosiernie.

Wczoraj Frank wrócił nie wiadomo kiedy i Jessica nie miała już siły na wieczorną rozmowę. Ba, nie miała nawet siły żeby po prostu na niego nawrzeszczeć. Teraz tego żałowała, przy dzieciach nie dawało się rozmawiać, więc odgrywali tą szopkę. Jessica czuła narastające rozgoryczenie i złość.
Dzwonek do drzwi i dźwięk jej telefonu przerwały ten poranny, żenujący spektakl.
W końcu.

4.
Rozmowa z detektywami zdenerwowała ja. Prawie czuła metaliczny posmak strachu w ustach. Ramirez spotkał jąa na plaży, niedaleko domu. Mógł wiedzieć, gdzie mieszka. Mógł ją śledzić. Mógł widzieć dzieci.

Nie bała się o sobie – miała głębokie przekonanie, że poradzi sobie w przypadku konfrontacji z mężczyzną. Ale na myśl o tym, że mógłby coś zrobić jej dzieciom.. Panika przelewał się przez jej ciało. Musi zabezpieczyć dzieci, póki policja nie złapie Ramireza.

Sięgnęła po komórkę, ale zanim zdążyła wybrać numer, aparat ożył, . Dźwięk był nieprzyjemny, naglący, choć przecież sama go wybierała… ręką zaczęła jej drżeć, potrzebowała kilka sekund żeby się opanować. W końcu kliknęła zieloną słuchawkę.
Wysłuchała pani Graham, potem małej. Myśli wirowały. Esther. Bette. Kłamca. Ramirez. Dzieci. DZIECI!

- Cieszę się, że Esther już dobrze się czuje - powiedziała w końcu. – Oczywiście przyjadę, ale na razie nie dam rady. Będziemy w kontakcie.
Rozłączyła się, nie czekają na odpowiedź.

Wybrała numer Franki i w napięciu czekała. Jeden, sygnał, kolejny, kolejny…
Odebrał.
- Tak? - wyczuła smutek w głosie męża, a może tylko zmęczenie?
- Coś się wydarzyło - mówiła szybko, jakby w obawie, że Frank się zaraz rozłączy. - Była u mnie policja… mój pacjent zabił matkę i jeszcze kogoś. On może wiedzieć, gdzie mieszkamy. Trzeba wywieźć dzieci.
- Chwila…
- Frank zastanawiał się nad tym co starała się mu przekazać, oczyma wyobraźni widziała jak pociera w tej chwili skronie. - Nie panikuj. Policja… zaproponowała Ci ochronę?
- Nie panikuję
- warknęła. - Staram się tylko ustalić, czy ty zabierzesz je do dziadków, czy ja mam to zrobić.
- Nie kłóćmy się
- powiedział spokojnie. - Czy policja zaproponowała ci ochronę? - powtórzył pytanie. - Chyba ją dają gdy jest podejrzenie… napaści?
Odetchnęła głęboko. Bolała ją głowa i spięte do granic możliwości mięśnie. Głos Franka ją uspokajał, choć nie znosiła się do tego przyznawać. Kobieta powinna plasować swoje źródło spokoju wewnątrz siebie.
- Zaproponowali. Ale ja sobie poradzę, Frank. Znam tego pacjenta.
- Mogę odebrać. Jestem wolny. Słuchaj
… - zawiesił głos jakby się nad czymś zastanawiając. - Może wyjedziemy gdzieś na parę dni? Pobędziemy ze sobą? Bez pracy, wiesz… Wszystko załatwię.
- Dobrze kochanie
- głos jej zmiękł a nuty paniki przycichły. - Podjedziesz po dzieci do szkoły? Ja wrócę do domu, spakuję je i ustalę wszystko z mamą. A jutro możemy jechać. Lub nawet dziś wieczorem, jeśli wolisz.
- Zabiorę dzieciaki i zorganizuję wszystko
- jego głos się ożywił. - Jessy… przepraszam za ten wybuch złości.
- Ja przepraszam, Frankie.. wczoraj rano potraktowałam cię obrzydliwie. Miałeś pełne prawo się zezłościć. Masz rację, obydwoje potrzebujemy odpoczynku. Dobrze, że to zaproponowałeś. Jedź po dzieci, spotkamy się w domu.


Rozłączyła się. Napięcie nieco zelżało. Będzie dobrze. Dziadkowie zaopiekują się dziećmi, on wyjada z Frankiem. Odpoczną. Pogadają. Pójdą do łóżka, jak ludzie… Będzie dobrze.

Wstała, poprosiła Zoi o odwołanie pacjentów do końca tygodnia.
- Potrzebuję odpocząć parę dni – powiedziała.
Wsiadła do samochodu. Bolała ją głowa, przeszukała schowek ale nie znalazła żadnych środków przeciwbólowych. Nie chciała już wracać do gabinetu, weźmie coś w domu…
Ruszyła.
- Dzwoń mama. – powiedziała do nawigacji samochodowej, która wybrała numer domu rodziców. Po chwili w głośnikach usłyszała głos matki.
- Jessi! Tak się cieszę, że dzwonisz! Co nowego? Wszystko dobrze? Wpadniecie do nas?
Zarzuciła córkę gradem informacji i pytań, nie dają szans na odpowiedź. Zawsze taka była. Skupiona maksymalnie na sobie, na swojej karierze, na swoim programie w telewizji … I na wnukach. Jakby rozpieszczaniem wnuków chciała wynagrodzić Jessice wszystko to, czego jej nie dała, Dość! Nie czas teraz na psychoanalizę.
Ból głowy nasilał się. Odetchnęła głęboko.
- Chcemy wyjechać z Frankiem na kilka dni, odpocząć… Czy moglibyście zaopiekować się dziećmi?
- Oczywiście, kochanie
– entuzjazm w głosie matki był szczery. – Przywieziecie je? Albo nie! Bill podjedzie, narzekał ostatnio że diesel mu nie zapala, bo za mało jeździ, będzie miał pretekst. Już go wysysałam.
- Bill! – dzieci do nas przyjadą! – na cały tydzień! Podjedziesz po nie?
- Będzie za dwie godzinki, słonko
– powiedziała. – Pójdziemy do kina, na konie.. będzie świetnie!
- Dziękuje mamo
– wykrztusiła Jessica.
- Pa , kochanie, nic się nie martwcie, odpoczywajcie z Frankiem.
Matka rozłączyła się.

Jessica wjechała na podjazd. Musiała jeszcze spakować dzieci, potem siebie, i Franka. Nie miała siły. Weszła do domu, znalazła leki przeciwbólowe w apteczce. Powinny zadziałać za 20 minut. Położy się na chwilę.
Po pól godzinie ból zelżał, choć uczucie rozbicia zostało. Jessica zmusiła się do podniesienia z kanapy, wyciągnęła torby ze schowka i zaczęła wrzucać ubrania dzieci

GreK 26-01-2019 19:45

3.Dzień czwarty. Wtorek. Przed południem.
- Rutynowa kontrola, Wymienialiśmy złączkę przy głównym zaworze, dwie przecznice dalej i musimy sprawdzić czy instalacja nadal jest szczelna. Możemy wejść.

Zanim Frank zdążył odpowiedzieć, w progu pojawiła się Jessica. Zabrała z wieszaka płaszcz i narzuciwszy go na siebie rzekł:
- Muszę jechać do gabinetu. Porozmawiamy po południu.

Burknął coś niezrozumiałego w odpowiedzi do żony i przyjrzał się uważniej pracownikom gazowni. To stwierdzenie raczej niż pytanie od razu go zirytowało. Było dwóch. “Ten od myślenia i ten od roboty” - pomyślał, bo ten drugi miał urodę zwykłego boksera i zakapiora.

- Pewnie - odparł nie przesuwając się jednak z miejsca. - Macie jakieś papiery? Wiecie, tyle się słyszy o różnych takich - zafundował im uśmiech numer dwa “przepraszam ale co ja mogę?”, nie precyzując jednak “jakich” ma na myśli. - John Kovalsky nie jest przypadkiem z wami na zmianie?
Mężczyzna bez słowa wyciągnął legitymację pracowniczą i pokazał Frankowi.
- Proszę bardzo. Czy to wystarczy? Zawsze też może pan zadzwonić do naszego szefa.
- Pytam o Johnego - drążył studiując papiery,, - bo pracuje w tym rewirze od lat i znamy się bardzo dobrze.
- Przykro mi, ale nie znam gościa. - odparł bez mrugnięcia okiem mężczyzna.
- Gościu - pierwszy raz odezwał się typ o aparycji bokser - Jak masz jakiś problem, to dzwoń do szefa. Mamy jeszcze do obskoczenia pół tej zasranej dzielnicy. Daj żyć, stary.

Frank zignorował osiłka. Tak jakby go tam w ogóle nie było. Jakby się w ogóle nie odezwał. Nawet na niego nie spojrzał.
- Dziwne - skomentował. - Oczywiście zadzwonię. Ma pan numer?

Ubrany w mundurek mężczyzna wyciągnął komórkę. Chwilę przesuwał palcem po ekranie po czym pokazał. “Szef” - głosił napis nad numerem telefonu.
Frank sięgnął po swoją. Zamiast jednak wstukać podany numer, wyszukał w książce telefonicznej ”gazownia”. Numer telefonu się różnił, co oczywiście niczego nie przesądzało. Zadzwonił pod ten zapisany w jego własnym telefonie. Po chwili ktoś odebrał.

- Zakład Dystrybucji Gazu Chicago Południe, dzień dobry, Gretna Fleet, czym mogę służyć - wyrzuciła jednym tchem wyuczoną formułkę.

- Dzień dobry. Frank Mitchell z 6th Avenue. Czy robicie jakieś prace w pobliżu?

Chwila ciszy.

- Taaak - powiedziane przeciągłym głosem. - Drobna usterka na rogu ósmej i czternastej. Nic czym można by się było niepokoić. Czy coś się stało panie Mitchell?

Frank pomyślał, że była dobra. Zapamiętała jego nazwisko.

- Chciałem potwierdzić tożsamość waszych pracowników. Chcą przeprowadzić u mnie RUTYNOWĄ kontrolę.

- Tak, oczywiście. To możliwe.

Nie sprecyzowała czy chodzi o kontrolę czy o sprawdzenie tożsamości. Przeczytał nazwiska z identyfikatorów.

- Tak, potwierdzam. Czy mogę jeszcze w czymś pomóc?

- Nie. To wszystko. Dziękuję.

- Dziękuję. Miłego…

Przerwał połączenie.

- No dobrze - Frank odsunął się robiąc przejście fachowcom.

Weszli do wiatrołapu..

- Gdzie znajduje się licznik?

Frank zaplótł ręce, patrząc na wysiłki tego mniej inteligentnego, podążającego wzrokiem za rurami, które… zaraz po wejściu do budynku ginęły w ścianie. Ignorując na razie pytanie bardziej inteligentnego, tak przynajmniej sądził wcześniej, o licznik.

- Chcesz pan mi pruć ściany, żeby te rurki zobaczyć? - w jego głosie zabrzmiała ukrywana dotąd irytacja.
- Oj pan to lubi innym życie utrudniać, co? Po co te złośliwości. Sprawdzimy i się zmywamy. Ok? - mężczyzna rozłożył bezradnie ręce i spojrzał w górę, jakby oczekiwał boskiej interwencji.

- Myślę, że mogą się panowie zmyć już teraz. Licznik jest na zewnątrz, pod schodami.

Nie dyskutowali. Wyszli i przez około dziesięć minut kręcili się przy instalacji sprawdzając jej szczelność. Tak to przynajmniej wyglądało z punktu widzenia Franka, który przez ten czas ich uważnie obserwował. A potem pożegnali się, pozbierali zabawki i się”zmyli”.

DrStrachul 29-01-2019 23:48

1.
- Mamo, mamo, ale dlaczego nie mogę jechać z wami? - przytulona do uda matki, mała Rebecca żądała kolejnych wyjaśnień zaistniałej sytuacji. Peter i Harry wieść o wyjeździe rodziców przyjęli z większym spokojem. Być może dlatego, że byli chłopakami, a może dlatego że byli starsi. Dla najmłodszej Rebecci sytuacja była absurdalna i niepojęta.
Mama i tata wyjeżdżali bez niej. Jak to bez niej? Przecież zawsze i wszędzie jeżdżą razem. Nie pomogły tłumaczenia, że to tylko na chwilę, że ani się nie obejrzy a oni wrócą. Dziewczynka nie przyjmowała do wiadomości rodzice mogą mieć coś do załatwienia bez niej.
Jessica przykucnęła, pogłaskała córkę po włosach. Przez mgnienie oka twarz Rebecci zlała się w jedno z twarzą Esther. Na czarnym ekranie zamkniętych powiek, mózg Jessici wyświetlił slajdy z ostatniej sesji z Esther “Bette” Liebmann. Na wspomnienie trzęsącej się epileptycznych spazmach ośmiolatki, łzy same napłynęły jej do oczu.
Stojący obok Frank, dostrzegł to i z czułością położył dłoń na ramieniu żony. Także przyklęknął i przytulił córkę.
- Becca - rzekł do niej spokojnie - Jesteś już dużą dziewczynką, prawda?
Ośmiolatka ochoczo kiwnęła głową.
- Dlatego musisz zrozumieć, że ja i mama musimy na chwilę wyjechać. Załatwimy jedną sprawę i zaraz wracamy.
- Ale co to za sprawa? - nalegała Rebecca.
Frank przystawił usta do ucha córki i szepnął.
- To tajemnica. Powiem tylko tobie i mam nadzieję, że dochowasz sekretu. Jedziemy przygotować dla ciebie wielką niespodziankę.
Wielki uśmiech zagościł na twarzy dziewczynki. Uniosła dłoń do buzi i z wielką wprawą wykonała gest, jakby zamykała usta na kluczyk, który potem wyrzuciła przed siebie.
Jessica wstała z kolan i złapała męża z rękę.
- Dziękuję - szepnęła nachylając się ku niemu.

- Bezpiecznej drogi - życzył ojciec Franka, ściskając dłoń syna na pożegnanie - Niczym się nie martwice. Zaopiekujemy się dzieciakami, jak swoimi swoimi - zażartował.
- Dwa, trzy dni i wracamy - rzekł Frank.
- Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku? - zapytała zaniepokojona stanem synowej, Laura.
- Tak, wszystko gra - uspokoiła ją Jessica.
- To dobrze, ale jakbyście czegoś potrzebowali. Czegokolwiek. To dzwońcie, kochani. Zawsze wam pomożemy.

Kłamstwa, półprawdy i niedomówienia bezszelestnie wkradły się w ich życie. Jessica czuła się przez to brudna na duszy, choć przecież nie stało się nic tak strasznego. Do tej pory jednak nigdy nie musiała oszukiwać córki, ani teściów. Prowadziła uczciwe życie i tak starała się wychowywać dzieci, aby im to wpajać na każdym kroku. Dzisiaj złamała swoje zasady i nie czuła się z tym dobrze.

Frank także wyglądał na zmartwionego, gdy siedział za kierownicą ich SUV-a. Jechał do domu, ale jego głowę zaprzątały inne myśli i zmartwienia. Drobne kłamstewka nie robiły na nim wrażenia. Umiał grać, choć nie był to powód do dumy.

2.
Dom bez dzieci był pusty i smutny. Brakowało odgłosów ich wesołej zabawy i przekomarzania. Jeszcze parę dni temu Jessica i Frank przywitali by taką ciszę z wielką radością. A dzisiaj…

Oboje byli zdenerwowani i rozdrażnieni. Ostatnie wydarzenia mocno nadszarpnęły ich nerwy i wzajemne zaufanie. W ich idealnym dotąd związku pojawiła się drobna rysa. Niewielka sama w sobie, ale burzyła dotychczasową perfekcją, a przez przeobrażała się w wielki wyłom.

Stojące w holu walizki nabierały w tej sytuacji niemal symbolicznego znaczenia. Podróż, rozstanie, początek nowego rozdziału. Przedmioty kojarzące się do tej pory tylko z wakacyjnymi wojażami i radosnymi przeżyciami, teraz budziły tylko i wyłącznie negatywne skojarzenia i emocje.

Przez ostatnie godziny, niewiele ze sobą rozmawiali. A przecież było tyle do opowiedzenia i wyjaśnienia. Żadne z nich jednak nie potrafiło przełamać muru milczenia, jaki zaczął rosnąć wokół nich. Mieli nadzieję, że w czasie drogi znajdą odpowiedni moment, by szczerze pomówić.

3.
Już mieli się pakować do samochodu, gdy odezwała się komórka Jessici.
- Jessica Mitchell - odezwała się widząc nieznany numer.
- Witam pani doktor. Nazywam się Kevin Wagner. Jestem lekarzem w szpitalu św. Barbary. Pani pacjentka przebywa u nas na oddziale.
- Esther Liebmann. Tak wiem. Jej ciotka informowała mnie, że wszystko jest w porządku. Dla pewności miała zostać kilka dni na obserwacji. Czy coś się stało?
- Szczerze mówiąc, to i tak i nie.
- Może być pan bardziej precyzyjny. - odparła lekko rozdrażniona Jessica.
- Ależ oczywiście. Przepraszam, nie chciałem pani zdenerwować.
- Nic się nie stało, ale proszę przejść do konkretów.
- Stan ogólny małej Esther jest dobry. Nie znaleźliśmy żadnej fizycznej przyczyny ataku padaczki. Wszystkie badania w normie. Rezonans nie wykazał żadnych patologicznych zmian. Uznaliśmy, że atak miał prawdopodobnie podłoże psychiczne. Z karty wiemy, że dziewczyna przeżyła ostatnio wiele i dość mocno odcisnęło się to na jej psychice.
- Tak, zgadza się. Od kilku tygodni próbuje ustalić, jak można jej pomóc.
- Dlatego też między innymi do pani dzwonię. W czasie badań odkryliśmy na ciele kilka dziwnych śladów. Kilka drobnych, okrągłych śladów w okolicy dolnej części kręgosłupa oraz potylicy. Dziewczynka ma także dość specyficzne blizny na skroni, czole i w okolicy potylicy.
- Nie bardzo rozumiem. Co to znaczy? - spytała Jessica.
- Nie wiemy do końca. Przypuszczamy jednak, że są to ślady po jakiś zabiegach medycznych. W aktach jednak nie ma nic na temat takowych. Pomyślałem, że może pani będzie coś wiedzieć na ten temat. Może mogła by pani jutro przyjechać do szpitala. Porozmawialibyśmy na spokojnie. Pokazał pani zdjęcia, a pani powiedziałby mi co o tym myśli. W porządku?

Frank w tym czasie siedział na kanapie. Korzystając z okazji, że Jessica nie patrzy mu na ręce sięgnął po komórkę i przeczytał sms-a, jak przyszedł jakiś czas temu.
Jego treść wcale go nie uspokoiła. Raz, że w pewien sposób krzyżowała mu plany. Dwa, że była na tyle lakoniczna, że można ją było interpretować na różne sposoby.
Schował telefon do kieszeni i podszedł do okna. Od wizyty gazowników, co jakiś czas robił rekonesans i sprawdzał, co się dzieję wokół domu. Na zewnątrz powoli zapadał zmrok. W świetle latarni dostrzegł ciemną furgonetkę, stojącą na końcu ulicy. Dwa rozżarzone punkciki świadczyły o tym, że w środku ktoś jest.

GreK 02-02-2019 09:16

Nim przerwała połączenie Frank stał tuż obok, wpatrując się w nią intensywnie. Dał znać ręką, że muszą porozmawiać.

- Oddzwonię - rzuciła do słuchawki.

Spojrzała na męża zmęczonym wzrokiem, wsuwając telefon do kieszeni jeansów.
- Już jedziemy - wzięła jego gest za ponaglenie. - Za chwilę.

- Ok - powiedział głośno kładąc jednocześnie palec na ustach, pokazując żeby była cicho, po czym nachylił się do niej szepcząc do ucha. - Ufasz mi?
Drgnęła.
- Oczywiście - odpowiedziała, też szeptem, obniżając zmysłowo głos: - A masz dla mnie jakieś propozycje? Ale wiesz, ja wolę być stroną dominującą … Więc to chyba ty bedziesz musial mi zaufać…- zajrzała mu w oczy.

Uśmiechnął się ciepło mimo, że przed chwilą był bardzo poważny. Pocałował ją, po czym kiwnął palcem by za nim podążała, cofając się i uśmiechając ciągle, drugi palec tciągle rzymał na ustach, dając jej znać by milczała. Kierował się w stronę łazienki.

Nie do końca była przekonana, czy ma ochotę na szybki numerek w łazience - zwłaszcza teraz, gdy pozbyli się dzieci i mieli do dyspozycji cały dom, oraz wyjazd w perspektywie - ale oddała pocałunek i poszła za mężem.
Wciągnął ją delikatnie do łazienki. Zamknął drzwi. Położył palec na ustach przypominając by milczała i odkręcił wszystkie kurki z wodą. Szum wody wypełnił przestrzeń. Nachylił się nad nią i szepnął do ucha.
- Nie bój się. Mogą nas podsłuchiwać. To ma związek z dziewczynką, którą badasz. Śledzą mnie i pewnie ciebie też.

Odsunął się żeby zobaczyć jej wyraz twarzy. Czy zobaczy wymalowaną na niej złość, jak wtedy gdy mówił o śnie? Bał się, że znowu potraktuje to jak głupi żart.

Spojrzała na niego z troską i obawą malującą się na twarzy.
- Spokojnie Frank - dotknęła jego policzka. - Spokojnie. Wszystko będzie dobrze. Nie denerwuj się.
Przesunęła dłonią po jego skórze. Drobne włoski zarostu kuły ją w palce.
- Jak mogę ci pomóc? - zapytała.

Nie spodziewał się, że od razu uwierzy. Nachylił się ponownie i wyszeptał znowu.

- Na dziewczynce robiono eksperymenty medyczne na mózgu. Pomyśl. Pod domem stoi granatowa furgonetka. Siedzi w niej dwóch, może trzech smutnych typów.

Ponownie się odchylił.
- Rozumiem, że się denerwujesz. I martwisz. - odetchnęła głęboko.Utrzymywała z nim kontakt wzrokowy, jej głos był spokojny, głębszy a Frank miał wrażenie, że mówi wolniej, niż zwykle. - Może odłożymy wyjazd? Prześpisz się, jutro o tym wszystkim porozmawiamy. Masz dużo stresów ostatnio, prawda? I ja ci nie pomagałam… Przepraszam, kochanie. Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Poradzimy sobie.. z tym. Razem. - powoli sięgnęła dłonią do kranu.

Złapał za jej rękę. W jego oczach nie było szaleństwa tylko smutek i determinacja. Pokręcił głową. Znowu szept

- Joel Leibman, ojciec Esther był podwójnym agentem. Pracowali nad falami mózgowymi… Jessy, skojarz fakty. Nie mówiłaś mi nic o tej dziewczynce. Ja nie oszalałem.

Spojrzał na nią smutno.

Teraz ona cofnęła się. Przysiadła na brzegu wanny. Cała gama emocji odmalowała się na jej twarzy. Od zdziwienia, przez niepewność do strachu.
- Skąd to wiesz? - spytała. - Słyszałeś moją rozmowę ze szpitalem, prawda? Ten lekarz mówił o dziwnych śladach na głowie małej… - nie wiadomo było, czy mówi do męża, czy głośno myśli, układając fakty. - Ale nie uwierzę, że zrobił coś takiego własnemu dziecku…
Znów spojrzała na mężą. Nagląco.
- Skąd to wszystko wiesz? - powtórzyła. - O tym, że był podwójnym agentem… Czyli udawał, że pracuje dla innego rządu a pracował dla naszego? Na własnym dziecku?
Głos jej stwardniał.
- Skąd to wiesz, Frank?

- Usłyszałem - przyznał, - częściowo o czym rozmawialiście. Dlatego zdecydowałem się o tym powiedzieć. Musisz wiedzieć. Skontaktował się ze mną pewien człowiek, Brad. On zdemaskował Leibmana. Porwali mu córkę, nie Leibmanowi, Bradowi. Zniszczyli karierę. Chce nam pomóc. Pomyśl Jessy. Ja wiem, że to brzmi niewiarygodnie. Ten sen, który śnił się nam obojgu, w różnych wersjach. Ta dziewczynka, Esther. Badania wpływu fal mózgowych. To wszystko się ze sobą łączy. Widzisz to?

-Widzę - odpowiedziała powoli. Myśli wirowały.

- To nie jest miejsce gdzie możemy bezpiecznie na ten temat rozmawiać - szeptał Frank. - W to wszystko zamieszane są wywiady różnych krajów. Jedźmy. Wszystko wyjaśnię ci na miejscu.
Słowa męża znów wzmogły jej napięcie.
- Frank - powiedziała. - Widzę dwie możliwości: albo masz paranoję albo jesteś w tym umoczony. Zastanów się dobrze, zanim mi odpowiesz.

Słaby, zmęczony uśmiech.

- Nie mam paranoi. Paranoicy chyba nie wiedzą, że mają paranoję… Słuchaj... Możemy założyć, że mam paranoję i zostawić to tak jak jest… zapomnieć o temacie. Ale pomyśl co może się stać, jeśli jej nie mam. Chyba jednak bezpieczniej będzie założyć, że to co mówię jest prawdą. Pojedź ze mną. Mam spotkać się z Bradem. On potwierdzi moją wersję.

Rozłożył bezradnie ręce.

- Albo mi uwierzysz albo… - nie dokończył.
-Jeśli ci uwierzę, to będę musiała zmierzyć się z tym, że mnie oszukiwałeś. Przez całe nasze małżeństwo, czy chwilę krócej? Ile czasu, Frank?
Potrząsnęła głową.
-Ta mała mówiła, że jesteś kłamcą.

- Teraz ty masz paranoję - powiedział wzburzony. - Decyduj.
- Ja nie opowiadam o podsłuchach i walce mocarstw - chciała powiedzieć, ale się powstrzymała. Kłótnie do nczego ich nie zaprowadzą.
- Dobrze, jedźmy za spotkanie z tym człowiekiem.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 01:37.

Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166