Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 14-04-2019, 12:10   #61
 
Obca's Avatar
 
Reputacja: 46759 Obca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputację
Nadrabianie straconego czasu

Wróciła do domu i rozpakowała zakupy, sprawdziła godzinę i spakowała jedną działkę białego proszku dla zielarza. Dla niej była to kokaina, ale może była tam domieszka czegoś innego. Krwawienie z nosa było bardzo obfite jak na zwykła kokainę.
Zastanowiła się czy przed zamknięciem sklepu przez Jane, ona i Henry mogli by jeszcze raz...albo dwa. Przy jego apetycie i szybkości… pewnie by się dało. Zwłaszcza gdyby nie bawić się w pełne rozbieranie. Szybki numerek. Takich rzeczy nie robiła z mężem.
Ale takie rzeczy robi się z kochankiem, gdy ma się męża, albo kiedy mąż gryzie przysłowiową ziemię.
Pobiegła na górę przeskakując stopnie, Henry był i robił swoją robotę. W skrócie można by to opisać jako atak wygłodniałej kobiety. Woods czekałą tylko aż majster się do niej odwróci i właściwie się na niego rzuciła. - ...Jane zamyka za dwie godziny….skończ jutro…- Powiedziała międzu atakiem na jego usta i szyje.
- Jutro też się dobieram do spodni pani Woods.- mruknął całując ją zachłannie i od razu podciągając jej koszulkę na plecach. - A jak gdzie, dziś?
- Jutro będę bez spodni…- Zaczęła obiecywać a jej ręce sięgnęły do jego paska.-...i jutrem zajmiemy się jak przyjdzie…- Chyba nie spodziewał się, że uklęknie przed nim i obdarzy jego męską dumę pieszczotą jakiej się nauczyła na nim. Nie trwała długo tylko tyle by stwardniał i zaczął się prężyć.
- Szybko...na biurku...jak zwierzę którym jesteś…- Jej oddech był szybki a zdanie urywało się kiedy szybko rozpinała spodnie. Ściągnęła tylko tyle by dać dostęp i odwróciła się do niego tyłem opierając o biedne niczego nie spodziewające się biurko.
Nie musiała długo czekać. Szturm był mocny, dłonie zacisnęły się silnie na jej biodrach. Piersi zakołysały pod koszulką. Ciało zadrżało.
A potem kolejny ruch, kolejny szturm, szybszy i mocniejszy od poprzedniego. To nie było kochanie się z wybrankiem. To był dziki zwierzęcy seks, dzikszy od tego co wyprawiała Yoona w snach.Tam bowiem wszystko było oprawione odrobiną wyrachowania i planowania. To… było czystą żądzą, bezmyślną i instynktowną. I okraszaną głośnymi krzykami rozkoszy, których Susan nie potrafiła utrzymać w ustach. Bestia... tym był. Rozkoszną bestią.
- Och Tak! - Wykrzyczała kiedy kolejny orgazm ogarnął jej ciało. Było wspaniale, aż nie chciała kończyć i chyba nie musieli. On na pewno nie miał jeszcze zamiaru. Chwycił ją za włosy i zmienił dzikie szybkie ruchy na wolniejsze, ale mocniejsze, które wydobywały z niej przy każdym pchnięciu odgłosy. Stęki, jęki, krzyki cały asortyment jaki jej struny głosowe mogły stworzyć. A po chwili znowu wrócił do obłędnego tempa jak na początku. Biurko szurało po podłodze odgłos uderzających się ciał wypełniły pomieszczenie a Susan po raz kolejny była na granicy. Wydawało się jej, że on też, ale nie zwracała na to większej uwagi. Była tak blisko, było tak gorąco i wspaniale i dziko i chciała by to trwało i trwało zamknąć się w kulce czasowej w tym konkretnym momencie. Trwało to dość długo… ledwie kończył, a ona ruchami bioder pobudzała go do dalszego wysiłku. A może jej się tak zdawało. Nie miało to znaczenia. Liczyła się rozkosz. Liczyło się pożądanie. Chciała więcej i dostawała więcej… Henry podbijał jej rozpalone ciało niczym maszyna. Dopiero po wszystkim zorientowała się, że czuła zapach hiacyntu przez całą długą końcówkę ich niezmordowanych figli.
- Wow…- Dyszała szybko i głośno. - To było… - Nie dokończyła, ledwo trzymała się na nogach. - Znowu czułam hiacynt…- Powiedziała odwracając się do niego przodem i opierając o biurko, Czuła ciągłe pulsowanie między nogami, ale była zbyt zrelaksowana i naładowana endorfinami by być przy nim ostrożna. Leniwie i niezdarnie podciągała spodnie, Część spermy spływała po jej nodze i nie prędko zapach seksu wywietrzeje z pokoju czy z jej skóry.
- Trochę przeszarżowaliśmy.- ocenił Henry i podrapał się po karku.- Mam nadzieję, że nic nie boli?
- Heh…- zaśmiała się Susan. - Na to nic nie poradzimy... było fantastycznie...szkoda że muszę już iść… - powiedziała ale się nie ruszyła, nie chciała.
- Zamierzam wkurzyć Jane. - to mówiąc mężczyzna bezczelnie chwycił za biust Susan ugniatając ją go zachłannie niczym mały chłopiec. Woods czuła, że mogłaby się do tego przyzwyczaić… polubić… uzależnić. Czyżby dopadała ją atmosfera tego miasta? Jeśli tak, to w najprzyjemniejszy sposób.
- Dlaczego miało by to ją wkurzyć? Przecież mówicie, że nic między wami…
- Bo będzie musiała na ciebie czekać. Z mojej winy.- zaśmiał się Henry rozbawiony jej słowami. - Nic między nami nie ma… ale ty się spóźnisz.
- Taaaakkkk? Pozwolisz mi się spóźnić na umówione na umówione spotkanie tsk tsk … jesteś okropny … normalnie powinnam cię odesłać na ławkę rezerwowych…- słowa niby były karcące ale kobieta złapała za materiał jego koszuli nie pozwalając mu odejść.
- Jestem straszny…- odparł Henry bezceremonialnie całując usta kochanki i równie bezceremonialnie rozkoszując się sprężystością jej biustu.- … strasznie napalony. A ty?
- Jesteś zdecydowanie bardziej atrakcyjną wizją spędzenia czasu niż wycieczka…- Powiedziała Susan wymieniając pocałunki z kochankiem, choć parę czerwonych lampek jej się zapaliło. Dalsza chęć, ochotę i przede wszystkim siła, nadal się kochać była aż nie ludzka. - Jak ty możesz mieć jeszcze siłę po całym dniu?
- Nie wiem… mam po prostu. Od zawsze.- mruknął mężczyzna najwyraźniej nie zaprzątający sobie takimi detalami głowy, kiedy mógł masować krągłe piersi Woods.
- Zawsze? W sensie nawet jako berbeć czy już jak przeszedłeś dojrzewanie ? - Zaśmiała się Woods pozwalając się nadal pieścić.
- Ja.. niewiele pamiętam… z czasów dzieciństwa… w zasadzie to nie pamiętam nic sprzed dwunastu lat.- odparł Henry liżąc lubieżnie szyję Woods i powoli schodząc ustami po jej obojczyków do piersi, które ugniatał zmysłowo.
- To trochę smutne. - Powiedziała Susan chłonąc tą informację, głaszcząc go czule po głowie.
- Nie jestem z tych którzy się tym tak martwią.- mruczał obejmując ustami szczyt lewej piersi i skupiając się na tej pieszczocie.
 
Obca jest offline  
Stary 14-04-2019, 12:11   #62
 
Obca's Avatar
 
Reputacja: 46759 Obca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputację
Przyłapani i tłumaczenia.

I takich ich przyłapała zaskoczona Jane. Trochę się zarumieniła i dodała.
- No tym… tym razem cicho… byliście… - pisnęła zawstydzona.- I … miałaś… miałyśmy… jechać.
- Emm tak… jedziemy..- Powiedziała Woods odpychając Henry’ego i poprawiając bluzkę. - Przepraszam i do jutra. - Powiedziała mu zanim dała szybki całus w policzek i ruszyła w stronę Jane, z każdym krokiem będąc coraz bardziej czerwona na twarzy. “Ale mnie będzie teraz wałkować…”
- Długo się na niego gniewałaś. Już myślałam, że celibat planujesz.- mruczała cicho Hong gdy schodziły po schodach. - Już ci planowałam szukać chłopaka, wiesz?
- Przeprosił…- Powiedziała cicho Sue łapiąc za torebkę. - ..i zrobił mi kawę rano. Głównie przeprosił.
- Och domyślam się, że te przeprosiny… były głównie w łóżku, co?- zamruczała ironicznie Jane obejmując przyjaciółkę w pasie. - Oj tam.. obie dobrze wiemy, że to chodzący testosteron. Gdyby nie moja niechęć do związków, pewnie… nie byłby wolny.
- Akurat to była nagroda, że przeprosił...trochę się przeciągnęła. - Susan zmarkotniała na przypomnienie jej, że Henry tak naprawde jest tylko na chwilę i jeśli by zabrać superfantastyczniezajebisty seks to zostałoby niewiele co by spowodowało nawiązanie kontaktu. “Owszem pewnie już dawno byłby zajęty…”
- Acha… nagroda.- mruknęła Jane i cmoknęła przyjacielsko policzek Susan.- No rozchmurz się. Korzystaj z sytuacji. To że ja go nie przywiązałam do siebie, nie oznacza że ty byś nie była w stanie. Może nawet kiedyś trafisz do jego chatki i zostaniesz panią drwalową… czy co on tam robi na tym odludziu.
- Marzenia, marzenia... - Powiedziała lekko się śmiejąc i wyjmując na drogę z lodówki dwie mrożone lemoniady w puszkach. Jedną rzuciła Jane. - Dobrze chodźmy, wiem że chcesz mnie wymaglować co i jak…
- Noo.. chętnie posłucham wszelkich szczegółów. Co i jak? I w jakiej pozycji. Sekstaśmą też nie pogardzę.- zaśmiała się żartując i otworzyła lemoniadę.- Za co musiał przepraszać?
- Och i ach i z takim spektrum tematów to nam drogi nie starczy. - Zaśmiała się Susan wychodząc z domu i kierując się do samochodu Jane. - Przepraszał że zrobienie mi przykrości tekstem, że powinnam przestać myśleć. Bo o to głównie poszło w dniu pogrzebu kiedy spałaś. Dzisiaj rano zrobił mi kawę do łóżka, a potem za to przeprosił….a potem dostał za to nagrodę...chociaż ta nagroda wprowadziliśmy biednego Toma w ten stan co widziałaś rano.
- Wątpię by narzekał. Z tego co wiem nie jest gejem.- zaśmiała się Hong i nie zaczerwieniła. Po czym nerwowo chrząknęła.- I długo już tak go nagradzasz?
- Od rana…- Susan sama spaliła kolejnego buraka i przyłożyła do czoła zimną puszkę napoju.
- Do licha… serio?- akurat w czerwienieniu się Woods miała godną rywalkę. - No to to jest wyczyn godny sekstaśmy.
- Nie nagrywaliśmy, ale zrobiliśmy to przy oknie stąd szok Toma. - Przyznała się Susan.
- Może następnym razem powinnaś nagrywać. - zażartowała Jane i spytała.- Więęęęc… między wami już wszystko ok? Bo wiesz, znam go trochę dłużej niż ty i cóż... to jest chropowaty w obejściu facet. Albo to zaakceptujesz, albo znów będzie jakaś ścina.
- Wiem że będzie dlatego postanowiłam skorzystać ile się da...tylko...tylko że im dłużej z nim przebywam tym trudniej mi przestać. Wiem, że będzie z tego tragedia a mimo to nie mogę przestać…- Powiedziała wtapiając się w siedzenie pasażera samochodu Jane. Przydało by się jej teraz to iście za instynktem, bo tematyka przeszła na przygnębiającą. - i jeszcze ta sytuacja z hiacyntem...uggg nie wiem może rzeczywiście powinnam znaleźć sobie zajęcie poza domem do czasu końca remontu.
- Hej. Ja po prostu ci radzę, byś… no… nie wymagała od Henry’ego zbyt wiele w kwestii okazywania uczuć i bycia… no… romantycznym czy czułym. Ten facet nie za bardzo sobie z tym radzi. Jeśli weźmiesz go takim jak jest, trochę dzikim, bardzo namiętnym i dość.. uczynnym, to… może…- odparła Jane ciepło ruszając swoim pickupem. - … może wam się ułoży.
- Widzę ale jest … dziwnie, powiedział mi że nie pamięta nic sprzed dwunastu lat. Czasem jak się kochamy czuje zapach hiacyntu...który przypomina mi te które używają tamte. Ja może dużo partnerów seksualnych w życiu nie miałam, ale jego...wytrzymałość jest nieludzka. Dzisiaj mi to nie przeszkadza i było...super, ale jutro my wrócimy z wycieczki, a ja zacznę to analizować i zrobię mu własne miejsce na ścianie z teoriami o tym mieście. ...Znalazłam kolejny dziennik Clarenca. Był u Toma, prawie zostałam striptizerka przez to...nie było to miłe...to tak odchodząc od tematu Henry’ego.
-Wiesz… będziesz chyba pierwszą kobietą narzekającą na to, że jej facetowi staje na jej widok.- zażartowała Hong i dodała. - Tom chciał cię na striptizerkę? Z tego co wiem, chce z baru zrobić porządny lokal. Striptiz to rozrywka dość niskiego lotu.
- Ten numer który ci wysłałem to telefon do stacjonarnego aparatu w lokalu Toma. Jak poszłam go o to dopytać z słowa do słowa wyszło że ma coś Clarenca. A potem powiedział, że mi to da, jak przyjdę zatańczyć jako striptizerka wieczorem w barze….Poszłam, zdenerwowana, czułam się okropnie. Na miejscu okazało się ze mnie sprawdzał i myślał że stchórzę i nie przyjdę. Koniec końców mi go dał bez tańczenia...czy rozbierania. - Susan otworzyła swoje picie i popijała wprowadzając Jane w bieżące sprawy, łącznie z tym co znalazła w dziennikach i żeby analizować dalsze potrzebuje czegoś od zielarza… przynajmniej ma nadzieje, że człowiek będzie w stanie jej to załatwić.
- Po pierwsze… pewnie wyjdę na samolubną sukę, ale powiem że wizja takiego striptizu działa na wyobraźnię.- rzekła Jane żartobliwie.- Masz całkiem niezłe ciało. Lepsze od mojego pewnie. A co do zielarza… masz przy sobie gotówkę?
- Mam, nie wiem czy wystarczająco, ale mam. - Susan wyciągnęła z kopertówki szarą kopertę...kopertę z nadwagą. - Po prostu nie jestem pewna czy to on dał Clarencowi to czego potrzebuje. Nawet nie jestem pewna, że to na pewno to samo.
- Nie załatwisz u niego kokainy ani LSD, sprzedaje skręty i marychę. Wszystko z naturalnych składników, wychodowanych samodzielnie.- wyjaśniła Hong i dodała.- Clarence mógł mieć dostawców spoza miasta.
- W tym problem że nie wiem czego szukam. Wygląda na kokainę, ale kiedyś takiej spróbowałam i ta….jest dziwna…- Zaczęła Woods, a potem dodała opowieść o swoich snach, o burzeniu się wiedząc gdzie szukać kogo szukać albo rozumiejąc ukryty przekaz dzienników. Obfitych krwawieniach z nosa i to jak nie jest to jej reakcja na kokainę jaką pamięta.
Hong bladła coraz bardziej i bardziej.- Wieesz… ja… też miałam koszmary w tym mieście, ale nigdy takie. Jesteś pewna, że to… to nie wygląda bezpiecznie. A więc.. najpierw był ten w dżungli, a potem cyrk, tak?
- Z tych co zyskałam wskazówki tak. Nie wiem ile dzienników jeszcze znajdę ale jeśli więcej niż dwa to zabraknie mi tego czegoś na resztę. Dlatego jadę do zielarza jeśli on to dał Clarence’owi to przynajmniej wiem gdzie szukać dalej.
- Nie uważasz… że kolejny będzie jeszcze bardziej… okropny?- mruknęła cicho Jane, gdy wjeżdżały w jakieś zabudowania. - Co innego oglądać horrory, co innego je przeżywać.
- Wiem, ale jeśli da mi to przewagę nad tamtymi… jeśli sprawi że Rose czy Alice nie będą mogły mnie tknąć to będzie warto.
Hong nie była do końca się z nią zgadzała, ale nie odpowiedziała nic.
 
Obca jest offline  
Stary 14-04-2019, 12:15   #63
 
Obca's Avatar
 
Reputacja: 46759 Obca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputację
Zielarz i mroczne interesy

To było śliczne miejsce. Tam gdzie ją Jane wiozła. Stare drzewa jabłoni i wiśni okalały drogę z obu stron, tworząc miły baldachim konarów i liści z obu stron. Czasami upiorny, bo miało się wrażenie, że niektóre drzewa tylko czekają by runąć na nieostrożny samochód pod nimi.
Dość łatwo było zauważyć, że ich właścicielowi nie chciało tej kwestii uporządkować. To był stary i piękny sad. Ale też zaniedbany i zdziczały. Dom prezentował się lepiej, malowniczo pokryty zielonym gąszczem bluszczu i dzikiego chmielu wspinającym się po ścianach.
- I jak wrażenia? -zapytała Hong wysiadając z wozu.
- Jak z bajki…- powiedziała rozmarzona Susan podziwiając widoki. - Wygląda to wszystko naprawdę spokojnie i czarująco.
- I to wszystko jest przykrywką pod narkotykowy biznes…- rzekła “złowieszczo” Jane, dodając po chwili ze śmiechem.- Taki z epoki dzieci kwiatów.
Podeszła do drzwi i nacisnęła dzwonek parę razy.- Może spać o tej porze.
- Późno się kładzie. - Zauważyła Susan i rozejrzała się po ganku.
- Albo wiesz… być upalony ziołem.- odparła z ironicznym uśmiechem Jane znów dzwoniąc kilka razy pod rząd.
- Już. Już. Nie pali się przecież.- usłyszały przez drzwi. W końcu drzwi się otworzy i przez nie wyjrzała kudłata głowa mężczyzny.- Czee Jane… o co chodzi?
Susan cofnęła się do Jane stając na widoku. Oddała się w jej lepszą wiedzę w postępowania z mieszkańcami.
- Moja przyjaciółka chciałaby zakupić trochę towaru. W celach leczniczych. Ma tą… zaćmę. - odparła Hong starając nie uśmiechać się głupawo podczas wypowiadania tych słów.
- No tak… to poważna sprawa.- mężczyzna otworzył szerzej drzwi. W środku jego dom przypominała chatkę czarownicy z bajek. Zero technologii, drewniane meble, jakieś makaty na ścianach i podłodze i różne zioła wszędzie… część suszyła się na haczykach, część leżała na stolikach schnąć. Część upchana była w słoikach.
Susan weszła jako druga. Uśmiechnęła się do zielarza u podała rękę.
- Hej, miło poznać. Nazywam się Susan Woods.
- Miło poznać. Bobby… więc masz zaćmę? Współczuję.- odparł żartobliwie.- U mnie załatwisz sobie towar na nią. Miejscowy wybór. Żadnej chemii, żadnych zanieczyszczeń. Au naturel jak mówią we Francji.
- Jane, trochę się pośpieszyła. Szukam czegoś konkretnego ale nie wiem kto jest producentem. - Powiedziała niekoniecznie chcąc się bawić w te głupiutkie aluzje o zaćmie. Jej ton głosu raczej to zdradzał. Wyjęła kopertę z działką Clarence’a i podała ją Bob’owi.
- Ja sprzedaję produkty mojej pasji. Nie jestem chemikiem… a zielarzem.- mruknął Bobby i polizawszy palec spróbował zawartości.- Smakuje znajomo.
- Na tyle by wiedzieć u kogo mogę dostać więcej? - Zapytała Azjatka ignorując jego burknięcie.
- Czy ja wiem? Chyba nie…- podrapał się Bobby po czuprynie.- A kto ci takie prezenty przysyła?
- Nikt. I w tym problem, to odziedziczyłam po Clarence’ie. - Wyjaśniła, ta informacja nie była zbyt istotna, ale mogła podobnie jak z Tomem, przekonać Bob’a do rozważenia tego ‘chyba nie’ jeśli to on to stworzył.
- Wiesz. Często bywam upalony, ale nawet ja nie uwierzę w to dziedziczenie po Clarence’ie.- odparł ze śmiechem Bobby i podrapał się po brodzie idąc do kuchni.- Chodźcie za mną.
- Sami zaczęliście o zaćmie. - odgryzła się Woods idąc za nim do kuchni.
- Dla świętego spokoju. W razie kłopotów… muszę mieć jakąś polisę ubezpieczeniową.- stwierdził z uśmiechem Bobby i podszedł do kaflowego pieca, by nastawić na nim wodę.
- Nie mam pojęcia kto robił mieszankę. Możliwe że sam Clarence, bo część składników pochodzi ode mnie. Nie masz przepisu przypadkiem?- zapytał.
- Niestety ale jak mi powiedz czego mam szukać mogę spróbować znaleźć. Choć z drugiej strony wątpię by tego rodzaju przepisy spisywał. - Powiedziała Susan zastanawiając się, czy natknęła się na coś pomocnego w notatkach co uznała za nieistotne. Nie przypomniała sobie nic takiego, ale może przepis był gdzieś ukryty? Schowany przed oczami ciekawskich?
- Nie wiem… wzorów chemicznych? Łacińskich nazw. Lub spisu składników jak w książce kucharskiej . Zależy co kogo kręci.- odparł Bobby sypiąc jakieś ziółka do porcelanowych kubków a potem zalewając je wrzątkiem.




- Co to ? - spytała Hong.

- Melisa z liśćmi poziomki i jeszcze zaprawiona głogiem, kozłkiem i chmielem… dobrze relaksuje.- wyjaśnił z uśmiechem Bobby podając kubek Jane.
- Spróbuje znaleźć przepis, ale czy jest jakiś sposób żeby otworzyć go na podstawie tej próbki którą ci dałam? - Susan wolał się upewnić, że jest jakaś szansa w razie gdyby się jej nie udalo.
- Może? Nie wiem? - zadumał się Bobby popijając płyn ze swojego kubka. - Dopóki nie spróbuję, to nie będę wiedział.
- Czy w takim razie zechcesz spróbować?
- Mogę.- odparł w odpowiedzi Bobby po chwili namysłu.
- Czego będziesz chciał w zamian?
- Pewnie z pięćset na zaliczkę bezzwrotną i czterysta później. Gotówką.- stwierdził Bobby licząc na palcach. -Mniej więcej.
Susan wyjęła z koperty pięćset i położyła na stole. - Zacznę szukać przepisu, ale jeśli nic nie znajdę w ciągu kolejnego tygodnia będziemy eksperymentowali z tym co ty stworzysz. To mój numer. - Powiedziała podając kartkę ze swoim numerem telefonu. - Dziękuje Bobby.
- Luz Susan. Jakbyś chciała coś innego do chilloutu to zawsze mam jeszcze bardzo dobre skręty, po dwadzieścia pięć od jednego.- odparł z uśmiechem Bobby.
- Może innym razem - uśmiechnęła się Susan i rozejrzała się po kuchni, zdecydowanie bardzo starej jeśli chodzi sam jej kształt. Nigdzie nie dostrzegła śladu kabli, gniazdek… żadnej elektryki. Za to wszędzie różne słoiki z różną roślinną zawartością, butelki wypełnione jakimiś płynami, związane razem zioła. Jak w chatce czarownicy.
- No problem… ja nic nie narzucam. Żyj i pozwól żyć. To moja mantra.- odparł z uśmiechem Bobby.
- To dobra mantra, - Przyznała Susan popijając podany im trunek. Po dobiciu dziewczyny postanowiły się zwijać.
Jane ruszyła przodem, a Susan za nią. Bobby na samym końcu… poczekał, aż obie dziewczyny wsiądą do wozu i wyjął dwa skręty.
- Tak w ramach promocji. Prezent ode mnie.- podał im je.
- Dzięki może wrócę po więcej. - Susan uśmiechnęła się i pożegnała z Bobbym.
Ruszyły z powrotem powoli kierując się do centrum miasta. Bez pośpiechu podążając drogą.
- Więc… jak ci się Bobby widzi? I jego pomoc? - zapytała Hong, gdy jechały. Dla zabicia czasu chyba.
- To zależy, zobaczę c ó ż tego wyjdzie, wydaje się miły...jak wszyscy na początku w tym mieście. Przynajmniej jest rzeczowy a nie, że każe mi robić za striptizerkę czy prostytutkę. - Odezwała się z lekkim optymizmem Susan.
- Cóż… niewiele rzeczy interesuje go poza jego ziółkami i prochami. Jeśli szukasz jakiegoś leku na coś, albo roślinki, to on zawsze coś ma.- wyjaśniła Jane wzruszając ramionami.
- Cóż, zastanawiałam się nad świeżymi ziołami do kuchni. Choć będzie na to jeszcze czas. - Powiedziała Woods i zadumała się na chwilę. - Dobra wracajmy do domu. Ja jutro albo dzisiaj ustale Henrym, jaka pompę mam sobie sprawić i jutro możemy pojechać do tego drugiego człowieka...chyba że nie możesz to poproszę kogoś innego.
- Wiesz. Ja tam chętnie pomogę.- rzekła z uśmiechem Hong, a gdy zajeżdżały pod sklep Jane, Susan zobaczyła jak holowano znajomy jej czarny samochód.
- Ocho… Jess zabrała się do pracy. - zadumała się Susan czekając z wyjściem aż Jane zaparkuje.
- Samochód zniknie jak jego właściciel.- odparła Jane jadąc na około, by zatrzymać się na zapleczu swojego sklepu.- Tak się tu dzieje.
- Jak w domu…- zadumałą się cicho Woods, wspominając czasy kiedy była Yooną. - Dobra dziękuję, lecę zobaczyć czy Henry jeszcze jest zapytać o tą pompę.
- Trzymaj się.. wpadniecie na kolację. Czy ja mam wpaść do was ? - odparła ze śmiechem Hong zapewnie zgadując co mogliby robić.
- Kolacje? - Zdziwiła się Woods. - Nie wiedziałam, że Henry zostaje na wieczory.
- No… taką wczesną. Zwykle przecież je coś zanim wróci.- odparła z uśmiechem Jane.
- Nie u mnie. Po prostu wychodził. - Powiedziała szczerze zdziwiona Susan nową informacją. - Jeśli jeszcze jest to zapytam.
- No cóż….- zaśmiała się speszona Hong.- Pewnie dlatego, że lubi moją kuchnię. To jak pracował u mnie, zjadał posiłek przed wyjściem.
- Ah..- Odezwałą się Susan, jej umiejętności kulinarne nie zasługiwały by Hong buty szorować. Co dopiero mówić o jedzeniu wspólnej kolacji. Susan owszem umiała robić sałatki i kanapki który wyglądały super i smakowały super...tyle, że Henry wykazywał więcej przekonania do ciepłych posiłków Jane. Susan wysiadła z samochodu i ruszyła trochę zgaszona w stronę tylnych drzwi. Pomachała Jane na pożegnanie.
 

Ostatnio edytowane przez Obca : 14-04-2019 o 12:19.
Obca jest offline  
Stary 03-05-2019, 15:31   #64
 
Obca's Avatar
 
Reputacja: 46759 Obca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputację
W kuchni było cicho i ponuro. Dobiegające ze schodów odgłosy, że Henry wykorzystuje czas na prace przy ścianach na piętrze. Dość szybko pojawiły się i inne odgłosy… szepty jakieś, jakby z piwnicy.
- Hę? …- Susan podeszła do drzwi i przyłożyła ucho do drzwi.
- Pomóż… pomósz… naam… raaaatuj….- odzywały się głosy. Kilka głosów co najmniej.
Susan złapała za klamkę i otworzyła drzwi szeroko na oścież. Trochę żałowała że nie ma ze sobą latarki.
- Choooodźź.. do naaaas… porrratuj- błagały głosy, jednak jedyne co Woods widziała to ciemność, a czuła jedynie wilgoć i zimno. Budynek był zbudowany tak, że nawet w dzień niewiele światła docierało do środka piwnicy.
- Henry możesz tu podejść z latarka?!- Krzyknęła w górę stojąc przy otwartych drzwiach wpatrując się w hipnotyzująca ciemność.
- Już! Już! Po co?- krzyknął w odpowiedzi i Susan słyszała skrzypienie schodów świadczących o tym, że schodzi.
- Nie słuchaj …. ich…. pomóż… kłastwa… wokół ciebie… przyj… dź… do naaas… ratuj… nas..- szeptały głosy, a Susan miała wrażenie, że w tej całej nieprzeniknionej ciemności jest jakiś punkcik. Światełko, gdyby się tylko bardziej wychyliła, to mogła by dojrzeć… odrobina wysiłku.
- Bo piwnica do mnie mówi. - Czy na tym etapie był sens ukrywać, że wie o dziwnych rzeczach? Punkcik był intrygujący Azjatka chwyciła się framugi i wychyliła się bardziej próbując dojrzeć coś w tej czeluści.
- Co? - usłyszała w odpowiedzi spoglądając coraz bardziej w stronę światła, wychylając się coraz bardziej. Poczuła szarpnięcie za ubrania i brutalne pociągnięcie do tyłu.
- Ile razy mam ci mówić, żebyś tego nie robiła? Chcesz sobie skręcić kark?- zapytał gniewnie Henry. Odetchnął głęboko i dodał.- Wiesz że większość śmiertelnych wypadków wydarza się w domu?
- Ale tam coś jest...ktoś jest! - Rozemocjowała się, zaczęła gestykulować i tłumaczyć. - Słyszałam jak coś mówiło do mnie z piwnicy. Było też światło! Mówiły coś o pomocy, by do nich zejść i ratować.
- Przesłyszało ci się.- odparł krótko Henry i włączył latarkę oświetlając snopem światła zapomnianą i zawilgoconą piwnicę, której dno wypełniała mętna błotnista woda.
- Nie mam zwidów słuchowych jeśli to insynuujesz. - Powiedziała nadal roztrzęsiona Susan. - Coś odezwało się do mnie z piwnicy!
- Mówiłem, żeby ją zamknąć na klucz do czasu uprzątnięcia.- odparł Henry gasząc latarkę i zamykając drzwi.
- Wcześniej do mnie nie mówiła, to nie widziałam potrzeby. - Woods właśnie nakręca się, by mieć ostatnie słowo w tej dyskusji.
- Lepiej przynieś kłódkę, a klucz wezmę ja.- stwierdził krótko Henry.
- Nie mam żadnej...i nie traktuj mnie jak dziecko! I przestań unikać tematu! Moja piwnica do mnie mówi a ty mi radzisz zamknąć ją na klucz! - Susan nie dała się zbyć jego odpowiedziami.
- To nie zachowuj się jak dziecko! Tam łatwo można wpaść… głosy czy nie… piwnica jest niebezpieczna z całkiem przyziemnych powodów. Możesz sobie po prostu skręcić nogę, albo kark wpadając do niej.- odparł gniewnie mężczyzna przeczesując własne włosy w irytacji.
- To mój dom i chcę wiedzieć co się w nim dzieje! Nie mam zamiaru mieć w nocy kolejnej niespodzianki jak Wilk zjadający człowieka dwie noce temu! - Jak była rozemocjonowana to czasem ulewały jej się informacje które chciała zostawić dla siebie. Chwilowo tylko Jane wiedziała o ‘ofierze’.
- O czym ty mówisz? - zapytał podejrzliwie Henry.
Susan zorientowała się że powiedziała za dużo, spojrzała na niego trochę przestraszonym wzrokiem, niestety nie wymyśliła niczego co by mogło jej pomóc i zmienić skutecznie temat. Bezradnie siadła na krześli i powiedziała Henryemu o sytuacji. Jak usłyszała w nocy odgłosy, jak po zejściu na do kuchni zobaczyła wilka który zjadł człowieka, jak wróciła na górę i spała w wannie w zabarykadowanej łazience i jak rano sprzątała “resztki”. Jak Jane i Tom potwierdzili jej że to normalne i wszystko miała w umowie, ale tak naprawdę dokumenty mówią o tym oględnie.
- Dobra…- trudno było wywnioskować czy to usłyszał, jakoś go poruszyło. Henry był tu jednak dłużej niż ona i pewnie widział dziwniejsze rzeczy.
- “Dobra” - Powtórzyła za nim kryjąc twarz w dłoniach - Przeraża mnie wasza stoickość i obojętność.
- Przywykliśmy.- ocenił Henry i dodał spokojnie.- Słuchaj. Jak osuszymy piwnicę i wstawimy choćby prowizoryczne schodki, to będziesz mogła poszukać głosów, ale teraz… lepiej zabezpieczyć się przed upadkiem. -
- Jak wspomniałam nie mam kłódki…ech - powiedziała i odetchnęła głęboko jakby w rezygnacji. Wyjęła z torby pęczek kluczy i podała Henry’emu. - Ten brązowy jest chyba od piwnicy. - Wstała i ruszyła w stronę wyjścia, zatrzymała się na chwilę i dodała. - Jane się pytała czy przychodzisz na kolację...przy okazji możesz jej powiedzieć jaką pompę mamy jutro zamówić...jesteście w tym technicznym żargonie lepsi ode mnie. - Powiedziała i ruszyła do sypialni, potrzebowała się położyć ten mały wybuch wyssał z niej energię.
Sen… był płytki. Przymknęła oczy i nie było nic. Żadnych wizji, ani przyjemnych, ani okropnych. Zwykła drzemka. Rarytas w tym miejscu. Oczywiście ów płytki sen, był przerywany pracami Henry’ego. Tym razem w kuchni.
Co było dziwne bo w końcu ile czasu można zamykać drzwi mając klucze. Po około trzydziestu minutach Susan rozbudzona kolejnym głośniejszym hałasem postanowiła jednak wstać. Trochę przymulona zeszła na dół i weszła do kuchni ze słowami na ustach.
- Myślałam że zamierzasz zamknąć je kluczem…- W kuchni zastała…jak zabija wejście deskami.
- Nic się nie stanie, jeśli zostaną bardziej zamknięte. I nie przejmuj się dziurami po gwoździach. Framuga też jest do naprawy. - mimo jego zapewnień, ciężko nie było odnieść wrażenia, że Henry przesadzał z ostrożnością.
- Odnoszę wrażenie, że przesadzasz z ostrożnością przynajmniej na tyle na ile mi powiedziałeś skąd ona wynika. - Susan zauważyła jego dokładność, ale nie powiedziała nic więcej. Minęła go i podeszła do lodówki, wyjęła różne produkty i zaczęła przerabiać je na późniejszą kolację. Dla Jednej osoby, w jej przeświadczeniu Henry będzie wolał iść zjeść coś zjadliwego u Jane.
- Ty już dwa razy próbowałaś wypaść przez te drzwi do piwnicy.- przypomniał jej Henry spokojnie.- Za drugim razem wspomniałaś, że coś tam słyszałaś.Wolałbym ci utrudnić zadanie, gdybyś spróbowała tam wskoczyć trzeci raz… zwłaszcza, gdy mnie nie będzie w pobliżu, by ci pomóc w razie kłopotów.
- Wypraszam sobie te insynuacje! wcale nie próbowałam tam wpaść! Po prostu badałam co tam pływa i przemawia. - Powiedziała oburzona wyciągając w stronę majstra pęczek bazylii w oskarżającym geście. - A ty jak zwykle odwracasz uwagę od mojego dojścia do źródła problemu.
- Oboje dobrze wiemy, że kłopoty lgną do ciebie jak muchy.- odparł spokojnie mężczyzna kończąc robotę.- Nie zadawałem pytań o twoje blizny, nie wtrącałem się w twoje sprawy, nie mój to interes. Uznałem, że jeśli będziesz potrzebowała pomocy to sama o nią poprosisz. Niemniej to…- zerknął na zabite drzwi i spojrzał na nią z odrobiną troski.-... za bardzo lubisz ryzykować, a za mało zabezpieczasz tyły. Nie wiem czy coś tam mówiło czy nie. Wiem, że mogłaś tam wpaść i zrobić sobie krzywdę. A tego bym nie chciał.
Po czym zmienił temat.- Co robisz z tym ziółkiem?
Zadziwiające jak okazanie odrobiny troski o Susan wprawiało ją w uczucie zagubienia. Tyle lat i może poza jedną osobą jej dobro wiązało się tylko z interesem i profitem dla innych.
- Sałatkę z pomidorem i mozzarella…- odparła na jego ostatnie pytanie ale poczuła, że musi coś dodać. - ...nie proszę o pomoc w moim wtrącaniu się w sprawy miasta bo...ludzie których lubię kiepsko kończą kiedy mi pomagają ..i wyglądałeś na kogoś kto poza seksem nie jest zainteresowany innymi aspektami znajomości ...no poza remontem, ale to twoja praca.
- To nie znaczy, że nie pomogę, jeśli będę wstanie.- odparł Henry sprawdzając jeszcze deski. I podszedł do dziewczyny. - I wolałbym żeby nic ci się nie stało.
- To miłe...ale mimo wszystko nie chcę was narażać. Dlatego ograniczam się do pytań...a w tych nie byłeś zbyt pomocny. - Powiedziała odwracając wzrok i wracając do krojenia zieleniny.
- Wiesz…- podszedł do niej od tyłu i delikatnie objął w pasie. -... tak jest łatwiej tu żyć.
Susan przerwała zabawę z nożem i uniosła głowę wysoko do góry by patrzeć mu w twarz.
- Wiem, że to Twój sposób na egzystencje. I pamiętam, że mieliśmy już podobną rozmowę gdzie wyjaśniłam dlaczego nie mam zamiaru ignorować co się tu dzieje. Pewnie dla ciebie to głupota, ale poddanie się im...było by dla mnie powtórką z poprzedniego życia a obiecałam sobie, że już na to nigdy nie pozwolę...nawet jeśli mnie to zabije. - Rozmowa przybierała poważny ton, trochę grobowy, ale w głosie Susan brzmiała determinacja. Ta która pomogła jej uwolnić się od męża, klanu i ich interesu rodzinnego.
- No… ale przez to, że nie zadaję pytań. Nie mam odpowiedzi. - mruknął głaszcząc dziewczynę po brzuchu. - Bardzo cię te głosy z piwnicy rozdrażniły?
- Dom, powinien być twoją twierdzą, gdzie jest bezpiecznie...a ja czuje się, że od początku Coś ma wolny wstęp do mojego...i nie ma w stosunku do mnie przyjaznych zamiarów. - Susan położyła jedną dłoń na jego, i odwróciła wzrok pochylając głowę. - Brzmię jak paranoiczka, prawda?
- Nie w tym miasteczku.- dłonie mężczyzny wślizgnęły się pod bluzkę i pieszczotliwie wodziły po skórze brzucha. Usta zaczęły muskać jej szyję. - Nie… nie brzmisz.
Susan wydała z siebie trochę czkawkowy śmiech. - Heh… widzę, że twoje nienasycenie nie odpuszcza. - Skomentowała zostając tam gdzie była. Pozwalając by jego dotyk odsuwał jej przykre i złe myśli.
- No… moje nienasycenie jest spore.- delikatnie przytulił ją, przez co poczuła wyraźne pobudzenie mężczyzny.- Niemniej… myślę, że najlepiej będzie, gdy ty pokierujesz moimi dłońmi… będą grzeczne, jeśli ty będziesz tego chciała.
Bo i wodziły na razie czule po jej brzuchu, delikatnie pieszcząc skórę.
- Jeśli pójdziemy teraz na górę to chyba nie starczy czasu na kolację. - Była słaba, powinno jej być wstyd że tak łatwo oddaje się swoim najprostszym prymitywnym pragnieniom. Nie było, trudno powiedzieć czy nie było to nawet gorsze. Ten brak samokontroli czy poczucia winy.
- Przeżyję bez jednej kolacji.- oczywiście, że przeżyje… Henry, co już dobrze wiedziała, kierował się impulsami i instynktem, nie logiką czy rozumem.
Woods odwróciła się do niego. Objęta jego ramionami zrobiła to powoli, kiedy znowu zadzierała głowę by patrzeć mu w oczy uśmiechnęła się. W końcu może skończyć kolację jak już pojedzie do siebie.
- Zanieś mnie. - Wydała polecenie a moment później wskoczyła na niego atakując jego usta słodkimi pocałunkami godnymi ‘Zepsutej Księżniczki’
- Nie mam ochoty zanosić, wolałbym tutaj.- wymamrotał unosząc dziewczynę pochwyconą za pośladki bez większego wysiłku i całując zachłannie.- Ale… dziś poprawiam twój humorek.
I ruszył w kierunku schodów.
- Słuszny wybór. - Odpowiedziała między jej pieszczotami. Droga na górę trwała moment, aż wydawało się, że za krótki. Ubrania też nie wiedzieć kiedy wylądowały w nieładzie na podłodze. Pieszczoty były krótkie, chyba że liczyć ich rozmowę w kuchni.
Woods zażądała być na górze, a Henry się zgodził. W końcu poprawiali jej humor a nie jemu. Kobieta ujeżdżała go przez długi czas różnym tempem i zaangażowaniem. Czasem pozwalając mu pomóc a czasem używając go jako ‘narzędzie’. Nie liczył się wtedy finał ale sam długi przyjemny proces. W końcu zatrzymałą się i wydała kolejne polecenie, z uwagi na dalszy rozwój sytuacji uznała za bardzo wyczekiwany przez kochanka.
- Weź mnie teraz...od tyłu i ...bierz tak do końca. Mocno. Stanowczo...Jak lubisz. - Robiła przerwy na złapanie oddechu. Szybka, gorliwa zmiana pozycji sprawiłą ze aż się uśmiechnęła do siebie.
Poczuła silne dłonie na pośladkach, poczuła silne szturmy przeszywające jej ciało. Poczuła cudowną satysfakcję płynącą z… próżności. Podobała mu się… budziła czyste zwierzęce pożądanie u mężczyzny, była jego afrodyzjakiem. To przyjemnie łechtało ego, tak jak rozkosz przeszywała jej ciało. Było to cudownie dzikie i namiętne, pełne braku zahamowań. Pełne rozkoszy, która wyrwała się ekstatycznym krzykiem z jej ust, gdy dotarła wraz z kochankiem na szczyt. Opadli na łóżko łapiąc oddech. Dwa rozgrzane i spocone ciała.
- Muszę już iść… zanim się ściemni.- mruknął cicho Henry, głaszcząc ją po pośladku czule.
- Wiem - Była zawiedziona, wiedziała, że musi ale była zawiedziona, że to już. No i w głowie coś powiedziało jej “Powiedz żeby cię zabrał, będziesz go miała na całą noc.” Ucichła ten głos. Kiepska rada, nie na dzisiaj niekiedy nadal nic nie wiedziała. Choć wizja całej nocy z Henrym była...kusząca. “... Może innym razem.”
- Śpij dobrze.- odparł z uśmiechem Henry zabierając się za ubieranie.
- Odprowadzę cię, może nawet skończę swoja kolację. - Powiedziała z lekką złośliwością łapiąc za szlafrok i zarzucając na siebie.
- Wybacz… rzeczywiście oderwałem cię od jedzenia. Ale nie żałuję, bo jestem samolub.- odparł Henry czekając na nią, a potem ruszając z nią po schodach.
- Jakbym nie miała ochoty, to byś wrócił grzecznie kończyć biuro. - Zaśmiałą się trącając go łokciem. W kuchni włączyła palnik pod czajnikiem i dodała. - Nie wiem jaką pompę zamówić u tego kowboja.
- Powiesz mu co chcesz z nią zrobić, to ci odpowiednią dobierze. Wybierz coś poręcznego. I na prąd.- odparł dając jej jeszcze całusa w policzek na pożegnanie. A Susan zamiast się tym zadowolić przyciągnęła go na długi namiętny pocałunek.
- Pojechałbyś ze mną żeby mnie przypilnować jakbym cię poprosiła o pomoc? - Zapytała kiedy się w końcu od niego oderwała.
- Hmm… pod warunkiem, żebym cię przy okazji porwał od Jane na łono natury. - odparł Henry stawiając swoje żądanie. Nie wydawało się jednak, by miał przy nim się upierać.
- Kto mówił cokolwiek o Jane? Choć pewnie jej obecność zapobiegłaby ewentualnym zgubieniu się po drodzę. - Z jej tonu wynikało że ‘porwanie na łono natury’ było dokładnie tym czego Susan oczekiwała od tej wycieczki. Choć teraz zaczęła się z nim droczyć zmuszając do jakiś męskich impulsywnych decyzji.
- Ja się lubię gubić. A nam się nigdzie nie spieszy…- odparł na pożegnanie Henry.
Susan zamknęła za nim drzwi i wróciła do jedzenia zostawionego na blacie. Co jakiś czas jej wzrok kierował się w stronę drzwi do piwnicy. Nawet na chwile do nich podeszła przystawiając ucho do drzwi i już kiedy wydawało jej się, że coś słyszy czajnik zaczął piszczeć.
Wróciła do obróbki jedzenia i herbaty. Po posiłku wróciła do sypialni i spędziła wieczór na oglądaniu seriali na komputerze. Dopóki nie zasnęła przy jednym z odcinku.
 
Obca jest offline  
Stary 03-05-2019, 20:44   #65
 
Obca's Avatar
 
Reputacja: 46759 Obca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputację
Dzień 14? - Lokatorzy z piwnicy

Pobudka nastąpiła nagle… pośrodku nocy. Ze snu wyrwały ją jakieś hałasy. Szepty, ciche i głośniejsze. Głosy męskie i żeńskie. Nie rozumiała co mówiły, bo były daleko i były ciche.
Wstała sięgając po swój mały pistolet między materac, a ramę łóżka i cicho i ostrożnie skierowała się w stronę odgłosów. Nasłuchując.
Dochodziły z parteru i były dość liczne. Z sześć różnych głosów. Nie potrafiła rozpoznać co mówiły, ale głosy z pewnością dochodziły z… kuchni.
Powoli zeszła po schodach omijając ten czwarty który najgłośniej trzeszczał i próbowała dojrzeć co się tam dzieje.
Z początku nie zauważyła nic podejrzanego. W kuchni nikogo nie było, a wszystko wyglądało tak jak zostawiła. Do czasu… aż dostrzegła deski na podłodze. Wejście do piwniczki było otwarte, a szeptów już nie było słychać.
Susan spróbowała włączyć światło. Nadal ściskając w dłoni pistolet przyjrzała się ciemnej pustce czekającej na nią za futryną. Powoli podeszła do otwartych drzwi ciekawa czy powinna od razu zamknąć drzwi czy sprawdzić co tam się dzieje. Henry pewnie by je zamknął. Ona nie była Henrym.
Żarówki zaświeciły jasno… przez pół minuty, a potem przygasły migocząc szybko. Cudownie. Akurat teraz musiały zdecydować się na przepalenie. Nie, żeby to bardzo pomogło, bo architekt tego budynku z jakiegoś szalonego powodu umieścił wejście do piwnicy tak, by było jak najmniej oświetlone. Tak więc… widziała ciemność, mroczną otchłań którą to nieprzyjemnie podkreślały migoczące za plecami Susan żarówki.
- Bliżej… bliżej… chodź do nas…- odezwały się szepty z piwnicy.
Woods ruszyła w stronę ciemności.
- Kim jesteś? - Zapytała głośno, jej głos wydał się piskliwy. “Może powinnam wrócić na górę...ale jeśli to coś wyjdzie na górę?!’
- Jesteśmy… Prawda…- odezwały się głosy. - … bo jesteśmy tym co ukryte, za kłamstwami… chodź bliżej.
Susan podeszła na krawędź zejścia, niczym Ewa w raju mamiona obietnicami wiedzy. Czy powinna to robić? Podeszła bliżej na pierwszy jeszcze istniejący schodek.
- Jaka jest prawda? - Spytała otchłani pod jej stopami.
- Jesteś już… martwa.- zanim zdążyła zareagować, dziesiątki trupio-bladych kończyn pochwyciły za ręce, nogi… szyję. Pociągnęły za nie i Woods poleciała w otchłań piwniczną.
Lądowanie było bolesne. Uderzyła ciałem w zimną i wilgotną breję i w coś jeszcze… pokryte gnijącym mięsem liczne ludzkie zwłoki. To one złagodziły upadek. Niemniej zgubiła broń i znalazła się sama i całkowicie pozbawiona możliwości zobaczenia czegokolwiek. Z uwagi na panującą ciemność. Widziała jedynie gdzieś wysoko nad sobą migoczący kontur drzwi… jedyny punkt odniesienia w tym upiornym mroku.
Susan niechcący łyknęła trochę tej brejowatej wody i od razu tego pożałowała. Zerwała się na równe nogi, ale była już cała pokryta syfem z dna. Popatrzyła na migoczące światło tak dalekie tak nie dostępne.
- Nie, nie nie nie nie nie nie…- powtarzała rozglądając się po piwnicy, jej gardło zaczęło się ściskać w panice. Szukała właścicieli głosów. Stworzeń które widziała za pierwszym razem. Czegoś co mogła by podsunąć do wejścia by użyć jako schodek, albo by nie stać w brei.
Czuła pod stopami błoto i kamień i kości czasami. Czuła nozdrzami słodki zapach rozkładu, czuła wilgoć lepiącą się do jej ciała jak… jak… jak dotyk jej męża.
I nie widziała nic brnąc na oślep przez ową breję w kierunku którejś ze ścian piwnicy. Nie posłyszała głosów, za to posłyszała chlupot wody. Ruch. Coś było w tej brei, coś płynęło.
Wąż? Aligator? Logika podpowiadała, że szczur… strach podpowiadał całe stado dużych głodnych szczurów.
Susan przyspieszyła ruchy by jak najszybciej znaleźć w ciemności jakiś mebel, podwyższenie, broń cokolwiek. Jej ruchy chaotyczne wyglądały bardziej na szamotanie się niż poruszanie. Panikowała i to bardzo, trudno jej było oddychać i nie wiedziała gdzie jest poza tym, że w piwnicy.
Co chwila potykała się o kości… przewracała się co chwila w breję. Chyba nawet zraniła się w łydkę, ale w ciemności ciężko było to ocenić. Dotarła w końcu do zimnej kamiennej ściany piwnicy… pod palcami była zimna, wilgotna i jednolita… na pewno nie była zrobiona z cegieł.
Próbowała zrobić parę rzeczy na raz. Szukać mebli, uciekać przed czymś w wodzie, uważać co robi i przypomnieć sobie co widziała kiedy pierwszy raz oglądała piwnice przy świetle latarki. To spowodowało, że nic co robiła nie wychodziło jej dobrze. Niemniej Susan pozostała w ciągłym ruchu, wprawdzie miotając się po piwnicy, ale była ruchomym celem.
Była też żałosnym celem, błąkając się na czworaka w ciemności i macając tą breję w poszukiwaniu broni. W końcu… jej dłoń zacisnęła się na czymś twardym i dużym. I drewnianym. Jakaś pałka? Kawałek deski? Było ciężkie i solidne. Było bronią, nawet jeśli improwizowaną.
Zaparła się i uniosła się wraz z trzymanym ‘przedmiotem’ tylko co on może zrobić przeciw małym zwinnym stworzonkom których nie mogła dojrzeć w ciemności?
Jednakże to nie gryzonie poczuła na sobie, a dłonie.. zimne i oślizgłe dłonie pochwyciły ją za stopy i łydki próbując wciągnąć pod wodę. A przynajmniej to podpowiadała jej wyobraźnia, bo wiem nic nie widziała nadal. Tylko czuła na ciele.
- NIE! - Wrzasnęła w panice i zaczęła zadawać ciosy na oślep trzymanym przedmiotem, ani na moment nie przestała uderzać i krzyczeć w przerażeniu.
Czasami miała wrażenie, że natrafiła na opór, że udało się jej jedną czy drugą dłoń zmiażdżyć. Niemniej było ich zbyt wiele i nadal je czuła, chwytające za stopy i czepiające się ubrania… próbujące ją wciągnąć w mroczną mokrą czeluść, niewiele różniącą się od czarnej otchłani w jakiej teraz była. Nie widziała swoich napastników… ale to akurat mogło być błogosławieństwem.
- Susan?! Jesteś tam?- posłyszała znajomy głos. Jane! No tak… jeśli ktoś mógł ją usłyszeć, to właśnie sąsiadka.
- Jane! Piwnica! - Wrzasnęła Susan między kolejnymi ciosami.
- Co ty robisz w piwnicy?!- krzyczała spanikowana Jane. - Poszukam drabiny!
Tonęła… kostki zanurzyły się w podłoże które robiło się coraz bardziej miękkie niestabilne. A dłoń… zimne i oślizgłe zaciskały się na jej ciele i ubraniu. Odganianie spowalniało ten proces, ale nie zatrzymywało go całkowicie.
Zamiast uderzać horyzontalnie próbowała wbijać to coś co trzymała w miejsce gdzie wydawało jej się że były ręce. Niestety panika robiła swoje jej ruchy były niezgrabne, myśli chaotyczne, decyzje błędne. Już nie krzyczała tylko szlochała zatapiając się w tą pułapkę. Nie rozumiała dlaczego jej dom chciał ją skrzywdzić.
- Znalazłam linę!- sznur został zrzucony.Ciemna sylwetka w otworze drzwiowym zaczęła chaotycznie szamotać sznurem stając się omieść nim jak największy obszar.- Nie widzę cię. Spróbuj się złapać!
Woods puściła swoją ‘broń i rzuciła się w miejsce gdzie dochodził głos Jane, gdzieś tam jest lina, wystarczy ją chwycić.
Miała wrażenie, że ubranie trzeszczy na jej ciele chwytane niewidocznymi w mroku dłońmi. Więc je zrzuciła, a może zostało z niej zdarte? Nie miało to znaczenia… chwyciła za linę ! Trzymała ten sznur i co teraz? …. szarpana nadal była i ciągnięta w dół.
- Spróbuj się wspiąć! Próbuję cię podciągnąć, ale ciężka jesteś.- krzyczała Jane.
Susan nie słuchała Jane, ale tak wspinała się. Znaczy próbowała, ale nie da się wspinać w panice ciągnięta w dół. Nie pomagało że jej dłonie były pokryte śluzem z wypełniającej piwnicę brei. W pewnym momencie, przypływu niepoczytalności w jej głowie pojawiła się myśl że Jane jest na górze, trzyma linę. Susan jest ciężka i pociągnie drugą kobietę za sobą. Puściła linę.
Wpadła w breję, zimne dłonie… niemal trupie, pochwyciły jej całe ciało oplatając jakby dziesiątki zapomnianych kochanków przyszli porwać co ich. Zanurzyła w się zimnej wodzie, tonęła tracąc oddech i ledwo widząc sylwetkę przyjaciółki.
Do jej uszu docierał jej krzyk.. stłumione słowo.- Suuuusaaan!
Ale za to wyraźnie słyszała szept.- Jesteś już martwa.
 
Obca jest offline  
Stary 03-05-2019, 20:46   #66
 
Obca's Avatar
 
Reputacja: 46759 Obca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputację
Dzień 14 - Opleciona Szaleństwem

Obudziła się zlana zimnym potem, dusząc się i łapiąc oddech niczym niedoszły topielec. Rozglądała dookoła widząc swoje łóżko. To był tylko koszmar. Tak często je śniła w tym mieście.
I rozpłakała się, schowała twarz w dłoniach i płakała. To było za dużo, to było straszne i miała dosyć. Wiedziała że postrada zmysły, i skończy jak poprzedni właściciel albo Clarence. Płakała. Płakała głośno i rzewnie. Najpierw łzami, a kiedy te się skończyły, został jej szloch. Zwinęła się w kłębek nie mając, nie widząc celu wstawać. Nie była bezpieczna we własnym domu. To miasto mogło ją dopaść i zniszczyć wszędzie, w każdej chwili. Kiedy nie miała siły szlochać wydawało jej się że jej ciało trzęsie się, ze strachu. Nie było w niej złości, tylko przerażenie. I była sama w tym domu. Ranek nadchodził powoli rzucając światło na jej sypialnię przez duże okna. Do przybycia Henry’ego została godzina.

Nie ruszyła się z łóżka, nie miałą siły. Ani ciało ani jej umysł nie miały planu, motywacji by się ruszyć. Płuca ją bolały. Od płaczu? A może naprawdę się topiła w nocy? Co jakiś czas ogarniała ją fala. Było jej wtedy trudno oddychać, czuła że nie wie co robi. Ciągle wracała do zmęczonego szlochu. W jednej ze spokojniejszych chwil sięgnęła do miejsca z małym pistoletem. Był tam nadal, co było uspokajające. Było dowodem na to, że to był sen. I nic poza tym.
Uspokajała się powoli zaciskając dłoń na pistolecie, był jej mostem do realnego świata. Zaczęła powoli mówić sobie co było snem i dlaczego był to sen.
W łóżku było ciepło i wygodnie… to było jej łóżko, jej sypialnia i jej dom. Budynek który przynajmniej raz uratował jej życie.
Koszmar tkwił w jej pamięci. Nie dał się zatrzeć, czy zakrzyczeć, jak inne sny jakie już przeżyła tym miejscu. Usłyszała jak drzwi się otwierają na dole. Henry przybył.
Nie wstała, przypomniały się jej wszystkie ostrzeżenia o piwnicy. Łzy znowu napłynęły do jej oczu, strach ścisnął gardło. Dłoń zacisnęła się bardziej na pistolecie...wtem wystrzał!
Musiała odruchowo go odbezpieczyć, a kiedy ścisnęła dłoń na nim a palce na spuście, wystrzelił. Postrzeliła swoje łóżko. Zrobiła trochę hałasu. Choć fala adrenaliny wyrwała ją z tego uczucia tępienia strachu i paraliżu. Przynajmniej na chwilę.
I oczywiście przyciągnęła uwagę. Kroki były coraz głośniejsze i coraz bardziej nerwowe. Świadczące o pośpiechu i panice. Henry wpadł do jej sypialni dysząc i rzekł.
- Co się stało? Wszystko z tobą ok?
Susan nie wiedziała jak na to odpowiedzieć. Od przebudzenia nie wypowiedziała ani słowa. Spojrzała nie niego rozbieganym przestraszonym wzrokiem i znowu wybuchła płaczem. Nie potrafiła zrobić nic innego. Czyżby właśnie postradała zmysły? Czy tak to wyglądało? Jej myśli były bałaganem. Chaosem. Nie umiała się skupić na żadnej rzeczy.
Henry usiadł obok niej i… patrzył się na nią. Nie bardzo wiedział co zrobić. Przyglądał się jej tak długą chwilę, po czym ostrożnie próbował ją przyciągnąć do siebie, a potem przytulić.
Niestety dotyk przypomniał jej o zimnych dłoniach z piwnicy wciągających ją w szlam. Susan wrzeszczała trzymając się z dala od jego dotyku. Wypluwając między szlochem a wrzaskiem pojawiały się słowa klucze. Wprawdzie chaotyczne ale wystarczyły by podpowiedzieć komuś kto słuchał, że coś potwornego stało się w piwnicy. Jak i że Susan uważa z jakiegoś powodu że nie żyje.
- Może… wiesz… pójdę po Jane?- zaproponował Henry, którego ta sytuacja wyraźnie przerastała.Susan było wszystko jedno bo była pochłonięta swoją histerią. Kiedy wrócił z Jane, kobieta była cicho ale wydawała się zagubiona w swoich myślach. Cóż mamrotała kiwając się lekko. W dłoni trzymała mały pistolet. Choć trzymała go za lufę.
Henry zaś postanowił ten przedmiot odebrać dziewczynie… żeby przypadkiem nie zrobiła sobie krzywdy.
Chyba tylko dzięki temu, że ten ‘atak’ osłabił ją do tego stopnia, że nie miała siły się z nim szarpać. Komorze był kolejny pocisk gotowy do wystrzały a w magazynku jeszcze dwa małe pociski. Pistolet był malutki.
Woods była wykończona w ciągu godziny wypruła się z całej siły. Teraz nie stanowiła żadnego wyzwania dla Jane która miała dzięki temu ułatwione zadanie. Susan była aktualnie w stanie otępienia. Co jakiś czas wydając z siebie jakieś mamrotanie mówiące o żywych trupach w piwnicy. O pułapce, o pchnięciu o czymś w wodzie.
Przez chwilę była sama… potem jednak zjawiła się Jane wchodząc do jej sypialni.
- Co ci się stało…- bardziej niż pytaniem, te słowa były stwierdzeniem w ustach Hong.
Przyglądała się mamroczącej Susan i wydawało się… że chce przytulić Susan, ale pewnie ostrzeżona przez Henry’ego nie zrobiła tego.
Susan powtórzyła to co powiedziały jej głosy. - Jestem martwa...jak te trupy w piwnicy… -
- Nie ma trupów w piwnicy.- stwierdziła Hong uśmiechając się pocieszająco.- Może zapalimy te próbki, które nam dał Bobby. Na pewno pomogą ci uspokoić się.
- Są pod szlamem...czekają na mnie…- Chyba tylko cześć rzeczy docierała d Woods.
- Piwnica zabita dechami. Nie dopadną cię.- próbowała innego podejścia Jane.
- Otworzą...nie powstrzymam ich...dopadną i wciągnął pod wodę…- Cokolwiek się stało czy przyśnił tej nocy było czymś poważniejszym niż zwykły koszmar.
- Zamkniemy się więc w moim domu.- mruknęła cicho Jane i sięgnęła do kieszeni wyjmując swój produkt otrzymany od Bobby’ego i zapalniczkę. Zapaliła, zaciągnęła się i podała Susan skręta.
Kobieta odruchowo wzięła to do ręki, ale na tym kończyły się jej gesty. Ten był bardziej bezwarunkowy. Susan patrzyła się w stronę szafy, choć tak naprawdę patrzyła w nicość.
- Przyjdą...jak wilki...rozszarpią…nie szkodzi...już jestem martwa.-
- Susan… nie jesteś martwa. Jesteś jak najbardziej żywa. Tylko trochę przybita.- odparła Jane nieco zmartwionym tonem głosu. Uśmiechnęła się mrucząc do siebie.- Bobby wie jak przygotować zioło.
Skręt tlił się między palcami kobiety ale tylko to. Powoli sam się dopalał w dłoni Susan. Ta powtarzała straszne i przygnębiające słowa. “Nie ma ucieczki”, “martwa”, ”potwory w piwnicy”, ”znajdą”, ”rozszarpią”, “utopią” i wiele podobnych. Było źle, było bardzo źle.
Być może najprościej byłoby po prostu oddać kobiecie pistolet i wyjść i niech szaleństwo tego miejsca zrobi swoje. Można by też zadzwonić po specjalistę ale czy jej sąsiadka i majster uznają, że to dobry pomysł. Być może powinni ją po prostu zostawić i niech samo przejdzie. Dać środek uspokajający i zostawić w sypialni?
Wywieźć z miasta, albo przynajmniej z dala od domu i piwnicy?
Zagubiona we własnym ataku paniki Susan nie miała świadomości tego, kto jest przy niej. Wpatrzona w okno kątem oka widziała tylko cień jej opiekuna/opiekunki. Ktoś był cały czas przy niej. Gdy tak siedziała, po jakiś czasie do jej nozdrzy dotarł zapach, który normalnie wprawiłby ją w niepokój lub atak strachu… ale obecnie lęk już nią władał. Zapach konwalii.
- Robisz się zmęczona. Śpiąca. - głos był spokojny i stanowczy. Rozkaz któremu nie mogła się opierać. Zresztą po chwili do tej sugestii dołączyło ukłucie w ramię. Zastrzyk środków uspokajających dokończył dzieła.
 
Obca jest offline  
Stary 03-05-2019, 20:48   #67
 
Obca's Avatar
 
Reputacja: 46759 Obca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputację
Pokój bez klamek - Dzień 15?

Sen który przyszedł z tym zastrzykiem był pozbawiony majaków. Cicha ciemność.
Pobudka w obcym miejscu. Białe ściany obite materiałem dźwiękochłonnym. Pojedyncze łóżko i zamknięte na zamek drzwi. Domofon. Izolatka jak w szpitalu psychiatrycznym. Nawet łóżko było takie jakie powinno. Lekkie, solidne oraz… przyspawane do podłogi.
Woods leżała spokojnie i rozglądała się po pomieszczeniu i po tym gdzie leżała. Powoli sobie przypominała co się stało. Tylko że wydawało jej się że to musiał być sen. Przecież Jane i Henry nie oddali by jej do psychiatryka...czy może oni nie istnieją? “Czy ja jestem pacjentem?”
Wpatrywanie się w sufit nie przynosiło odpowiedzi. Ale przynajmniej była cisza i spokój.
Nie miała co robić, czuła się zmęczona, nawet nie fizycznie ale psychicznie. Zdezorientowana leżała sobie dalej, drażniło ją światło przez białe obicia było tutaj jasno, aż bolały oczy. Wsłuchiwała się w ciszę, ale było to jeszcze bardziej przygnębiające. Zaczęła liczyć.
“1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14….” i tak dalej.
W końcu usłyszała kroki na korytarzu. Ktoś nadchodził.
Drzwi się powoli otworzyły i do środka weszła młoda kobieta. Podeszła do leżącej Azjatki i przyglądała się jej przez chwilę. Po czym coś zanotowała. Podeszła bliżej i sięgnęła dłonią po jej nadgarstek, by sprawdzić puls.
- Jestem już martwa… - Powiedziała na te liche próby wyczucia pulsu. Brzmiała otępiale, nie wykonała też żadnego ruchu.
- Acha… z pewnością… puls masz całkiem żywy.- mruknęła pielęgniarka nie przejmując się tą hiobową wieścią.- Jak się czujesz?
- …- Susan odwróciła wzrok nie udzielając odpowiedzi. “Kłamstwa, wszystko kłamstwa… wszyscy wiedzą, a utrzymują tą fasadę...Dlaczego? Czy czerpią z tego jakąś sadystyczną przyjemność?”
- Puls jest w porządku. Wyniki krwi…- mruknęła do siebie pielęgniarka zerkając na wpis w notatniku.-... czy zażywała pani ostatnio jakieś podejrzane substancje? Narkotyki jakieś?
- …- Po raz kolejny cisza. Widziała tą kobietę jako jedną z nich. One doskonale wiedziały co i jak. Nie były po jej stronie, nikt nie był…
- Wyniki krwi wskazują na pozostałość jakichś nietypowych substancji psychoaktywnych. Detoks jest więc mocno… utrudniony.- mówiła bardziej do siebie niż do Susan.
- Jesteś głodna?- zapytała znienacka.
- … - Kolejne milczenie, choć Woods odczuwała głód, głód i pragnienie. Była też pewna, że dosypią jej coś do jedzenia. Dlatego milczała, nie patrzyła na kobietę. Nie zamierzała być zabawką w ich grze.
- Tak czy siak będę musiała podpiąć kroplówkę jeśli będziesz jadła.- odparła pielęgniarka coś notując.- Jakieś pytania?
- … - No tak i tak ją naszprycują czymś przez kroplówkę. “Jestem w piekle...opór jest bezcelowy...”
- Widzę, że nadal apatyczna. - mruknęła pod nosem pielęgniarka coś dopisując.w notatniku.- To widzimy się za dwie godziny. Może spróbujesz się zrelaksować, co?
Woods rozpatrywała rzucenie się na tę drażniącą ją kretynkę ale po raz kolejny nic nie zrobiła. Niech myśli, że Susan jest nieszkodliwa..na wszelki wypadek. A potem się zobaczy.
Pielęgniarka wyszła. Drzwi zamknęły się za nią. Cisza, spokój, biel.
Przez kolejne dwie godziny układała sobie w głowie co się stało, tak naprawdę i co zrobili ...jej “przyjaciele”. Oddali ją...pamięta smród konwalii...oddali ją wiedźmie. Wiedziała że to z piwnicą było koszmarem...ale musiało być czymś więcej, było inne jakby coś rzeczywiście chciało do niej dotrzeć. Henry zabrał jej broń...po raz kolejny pozbawiając ją jakiejkolwiek obrony. Sama nie wiedziała czego od nich oczekiwała...Jane - zaszczuta tym miejscem nieporadna idącą za innymi owcami osóbka...Henry - obojętny na to co się dzieję erotoman. Wood była sama, zawsze była sama, mogła polegać tylko na sobie.
Czas mijał… boleśnie powoli. Na razie jedynym piekłem w jakim utknęła, była nuda. Czas rozciągał się w nieskończoność, bo leżała wpatrując się w górę. Przymknęła oczy starając się zasnąć. Co nie było takie proste. Głównie dlatego, że już przespała pewnie z kilka godzin i głód robił się dojmującym impulsem. Głód i pragnienie. To ostatnie jednak mogła zaspokoić, bo pod łóżkiem stała plastikowa butelka z wodą źródlaną.
“ Nie. “ Pomyślała odmawiając sobie i tego. Nie wiedziała gdzie jest. O ile w pewnym momencie nawet stwierdziła że w takim mieście pokój bez klamek ma sens to było to nadal “piekło”. Persefona utknęła w piekle przyjmując ich posiłki...Woods w swoim niestabilnym stanie uznała że przyjmowanie tutaj czegokolwiek od personelu to zły pomysł.
Tylko ile jej ciało wytrzymać tą głodówkę? Na razie przekonywała się, że jest to cięższe niż się mogło z pozoru wydawać. Głód jeszcze był znośny, ale pragnienie…
Na razie było to tylko jak irytujący cierń w stopie. Dało się wytrzymać, ale nie dało się zignorować.
W końcu drzwi się otworzyły i weszła doktor Camille w towarzystwie pielęgniarki, popychającej nieduży wózek z żywnością i medykamentami.
- Ponoć nie chcesz współpracować z personelem.- stwierdziła “wiedźma” przyglądając się leżącej Susan.
- Bo nie ma to znaczenia… - Odpowiedziała obojętnie Susan nie patrząc na wiedźmę.
- Oświeć więc mnie. Co ma znaczenie? - mruknęła sceptycznie Camille.
- Nic…- Tym razem spojrzała na lekarkę, jakby patrzyła na idiotkę.
- Mój czas ma znaczenie… dla mnie. Oszczędziłabyś go wiele, gdybyś popełniła samobójstwo w swoim domu.- odpowiedziała Camille.- Zamiast tego twoi przyjaciele wezwali mnie do ciebie… przeżywającej atak paniki. I musiałam się tobą zaopiekować, co nie jest akurat dla mnie szczególnie interesujące. Zamierzasz coś jeść, czy mamy cię przypiąć do łóżka i założyć kroplówkę? Może ty masz w nosie swoje życie, ale są jeszcze osoby, którym na tobie zależy.
Susan spojrzała na wiedźmę jakby wyrosła je druga głowa a potem parsknęła śmiechem. Słysząc ten standardowy filmowy tekst z ust lekarki pokazał idiotyzm tej sytuacji. Woods śmiałą się, i jak wcześniej nie mogła przestać się uspokoić mamrotać i bać, teraz nie mogła się przestać śmiać z lekarki. Cała wypowiedź lekarki była dla niej pełna sprzeczności. A jednocześnie brzmiała jakby wiedźma oczekiwała, że samobójstwo to co Susan powinna zrobić.
Zapachniało znów konwalią. Owa woń zaczęła wypełniać pomieszczenie.
- Nie ruszaj się.- rzekła Camille i ciało Susan uległo paraliżowi. Camille skinęła głową na swoją pomocnicę.- Pasy, a potem kroplówka.
- Ha ha ha...widzę, że bez twojego odoru konwalii jesteś bezużyteczna...ha ha ha - Była to pewnie zła decyzja ale Woods nie umiała widzieć wiedźmy jako słabej zastraszonej niekompetentnej istoty, która nie umiała działać bez tych swoich mocy. Tak jak Alice, albo pani szeryf.
- Nie jestem psychiatrą. Nie mam zamiaru diagnozować twoich psychoz, tym bardziej że nie chcesz współpracować ze mną. Potrzymam cię tu kilka dni przy życiu i albo zdecydujesz się zachowywać normalnie i wyjść o własnych siłach do domu, albo…- podrapała podstawę nosa.-... albo pójdziesz w obłęd i to będzie koniec. Tak czy siak, ja będę miała spokój. -
Pasy zostały zapięte, kroplówka podłączona do ręki, powoli kropelki spływały w dół.
- Na razie ty jesteś przypięta i leżysz w bezruchu. Kto tu jest naprawdę bezużyteczny? - zapytała retorycznie Camille.
Susan zdawała się jej nie słyszeć cały czas śmiałą się z lekarki. Nawet nie przeszkadzało jej, że Camile zdawała się nic sobie nie robić z jej komentarza. Być może jak się opanuje to zacznie żałować, ale teraz pozostało jej się śmiać
Komentarz Konwaliowej wiedźmy świadczył o jednym, naprawdę jest już martwa. I cokolwiek zrobi nie ma ucieczki.
Była w piekle, całe to miasto to jedno wielkie piekło. Nie mogła uciec nie mogła się zabić...już nie żyła więc nie miało to sensu zabijać się jeszcze raz. Iść na współpracę? Być ich dziwka jak jej proponowała Jane? Nigdy!
Susan po wyjściu personelu rozmyślała. Wszystko świadczyło tym, że to koniec. Jane była jedną z nich, co chwila udowadnia to przez swoje słowa i akcje. Henry...jego nic nie obchodziło, albo jest z nimi...albo jest tak zobojętniały, że poza spełnianiem swoich pragnień nie widzi potrzeby przejmowania się innymi.
Yoona zdecydowanie przeliczyła swoje siły jeśli chodziło o To miasto, a teraz przyjdzie jej zapłacić za tą pomyłkę…

KONIEC...
 
Obca jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 02:58.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167