Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 23-02-2009, 22:47   #1
 
Avaron's Avatar
 
Reputacja: 398 Avaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetny
Miasteczko Escape.

Cichy zakątek - Witaj w Escape:





[MEDIA]http://muzanali.googlepages.com/01-ThemefromTwinPeaks-FireWalkWithMe.mp3[/MEDIA]


Jest takie miejsce na wschodnim wybrzeżu gdzie łagodne, porośnięte smukłymi bukami wzgórza schodzą wprost do piaszczystego wybrzeża Massachusetts Bay. Spokojne miejsce, z dala od dzikich wiatrów otwartego oceanu. Zielona woda oceanu delikatnie łaskocze szeroką plażę, a szum fal miesza się z szeptem pobliskich drzew. Dobre miejsce.

To właśnie tu ojcowie z dalekiej Anglii założyli Escape - swoje miasto, swoją ucieczkę. Mały port u brzegu zatoki, jedną z wielu osad rozsianych po całym wybrzeżu Nowej Anglii. Escape, miasteczko Escape.

Trafić tu można na dwa sposoby. Morzem, albo z lekka zapomnianym zjazdem z drogi 128 ciągnącej się wzdłuż północnego wybrzeża Massachusetts Bay od samego Bostonu. Zjazd do Escape jest kilka kilometrów za zjazdem do Beverly i kilkanaście za zjazdem do Salem. Drogowskaz można przegapić jest niewielki i pordzewiały, a sama droga wąska i ledwo widoczna. "Żyjemy na poboczu." mawiają ludzie z Escape i są z tego dumni.

Main Street... W takim miasteczku musi być ulica o nazwie Main Street. Ciągnie się od wspaniałej tablicy wyrzeźbionej w drewnie przez lokalnego artystę, która wita przybyszów hasłem: "Cichy zakątek - Witaj w Escape", aż do samego falochronu, który jest naturalnym przedłużeniem głównej ulicy. Przy Main jest kościół, sklep kolonialny w starym dobrym stylu, Drug Store i "U Pebody'ego - Placki i ryby, śniadania i kolacje, kawa i piwo", jest i autobusowy przystanek...




Nasz grzech naszą ucieczką...

Przyjdź do nas grzeszniku już tu czekamy...

Szary pies, szary pies biegnie w siną dal... Słup za słupem... Znika, zanika, rozpływa się świat.... Nie dookreślone, rozmazane obrazy za oknem półprzytomnego spojrzenia. Otwarte oczy, szary pies stoi dyszy hydraulicznym odgłosem otwieranych drzwi. Świat wraca do siebie, a może do Ciebie. "Escape! Koniec trasy" - Czarny kierowca zdejmuje przepoconą czapkę służbowego uniformu wskazując otwarte drzwi autobusu. Miasto otwiera się przed Tobą powoli, odsłaniając panoramę głównej ulicy. Pięknie tu... Cicho... Grzechem skalani marsz do otchłani... Skąd ta myśl? Taka dziwnie obca, nie pasująca do wszystkiego? Skąd dlaczego? Zapach... Śniadanie - bekon i jajka, kawa, szelest papieru porannej gazety. Codzienność wraca, znika gdzieś to dziwne uczucie. "U Pebody'ego" Dzwoneczek i uśmiech kelnerki, obciągnięty z lekka splamioną ceratą stolik i siedzisko ze sztucznej skóry.

Witajcie w Escape!
 
__________________
"Co będziemy dzisiaj robić Sarumanie?"
"To co zwykle Pinki - podbijać świat..."
by Marrrt
Avaron jest offline  
Stary 24-02-2009, 14:05   #2
Feo
 
Feo's Avatar
 
Reputacja: 12 Feo nie jest za bardzo znanyFeo nie jest za bardzo znany
Elizabeth wygrzebała się mozolnie ze starego, zdezelowanego autobusu, następnie wydostała z luku bagażowego swoje walizki i postawiła je przed sobą... przeciągając się po długiej podróży, odetchnęła głęboko orzeźwiającym, chłodnym porannym powietrzem... Mimo faktu iż była doświadczoną reporterką i nie obce jej były długie i męczące podróże, to tym razem wyjątkowo czuła się jak po mocno zakrapianym wieczorku towarzyskim, po którym nie do końca jeszcze oprzytomniała, a do tego miała wrażenie że w jej ustach panuje susza jak na pustyni. Rozglądając się dookoła, zastanawiała się gdzie tu można by się odświeżyć, napić małej czarnej oraz zjeść dobre śniadanie.... gdy nagle gdzieś z głębin niedokończonego snu (?) dobiegł do niej przytłumiony głos mówiący :”Grzechem skalani marsz do otchłani...”.... głos ucichł równie szybko i niespodziewanie, jak się pojawił... po karku, przebiegł jej nienaturalnie zimny dreszcz... Liz szybko potrząsnęła głową, jakby chciała zrzucić z siebie resztki tych niepokojących snów które pragnęły przedostać się do świata rzeczywistego, tak aby natychmiast zniknęły w odmętach niepamięci... i tak też się stało, gdy tylko jej oczom ukazał się lśniący w promieniach porannego słońca szyld: "U Pebody'ego". Podniosła swoje bagaże i ruszyła we wcześniej obranym kierunku.

Otwierając drzwi, usłyszała dźwięk małego stalowego dzwoneczka obwieszczającego przybycie nowego gościa...
...jej oczom ukazał się przyjemny widok... uśmiechnięte kelnerki w białych fartuszkach, krzątały się pomiędzy stolikami a lśniącym, długim białym blatem przy którym stał rząd nienaturalnie wysokich, obitych czerwoną sztuczną skórą stołków barowych, podłoga była wyłożona czarnymi i białymi kafelkami... a w rogu pomieszczenia stała, aktualnie okryta ciszą, szafa grająca.
Elizabeth podeszła do kelnerki stojącej za blatem:
-Witamy u Pebody'ego, co podać? - odezwała się dziewczyna
-ekhm... dzień dobry... jeżeli to możliwe, wolała bym się najpierw odświeżyć, mogłaby mnie pani pokierować do toalety?
-Ależ oczywiście – uśmiechnęła się szeroko dziewczyna
– ostatnie drzwi po prawej – powiedziała ściszonym głosem, dyskretnie wskazując palcem na szare drzwi na końcu sali.
Elizabeth, dziękując ruszyła w tamtym kierunku.

Toaleta, jak na standardy barowe, była nawet czysta i przyjemna, na ścianie wisiało duże lustro pod którym znajdowały się dwie umywalki... przyklękła przy jednej z nich, przekopując swój podręczny bagaż, by wyjąć z niego niewielką kosmetyczkę... położyła ją na brzegu umywalki i odkręciła zimną wodę pod którą podstawiła jeszcze opuchnięte po podróży dłonie... nabrała do nich wody i obmyła sobie twarz... spoglądając na swoje lustrzane odbicie, lekko się zniesmaczyła widząc następstawa źle przespanej nocy... Jej krótkie, blond włosy były w nieładzie, a pod oczami rysowały się sine zacienienia. Wytarła twarz swoim podróżnym ręcznikiem, doprowadziła włosy do pożądanej postaci i nałożyła lekki makijaż by ukryć resztki zmęczenia.

Wychodząc z toalety, udała się najpierw do szafy grającej i wrzuciła monetę wybierając utwór Mudde'go Watersa, następnie usiadła przy jednym ze stolików. Nie musiała długo czekać na obsługę, podeszła do niej ta sama kobieta co wcześniej.
-proszę kawę, jajka i tosty – powiedziała dziewczynie, zapisującej skrzętnie zamówienie w swoim notesie.
- zaraz podam – odpowiedziała kelnerka, ruszając sprężystym krokiem w kierunku kuchni.
Elizabeth teraz miała chwilę by przemyśleć dalszy plan działania....
...odwróciła się w stronę okna wychodzącego na ulicę „przeuroczego” jak się jej wydawało, miasteczka Escape.
 

Ostatnio edytowane przez Feo : 25-02-2009 o 06:52.
Feo jest offline  
Stary 24-02-2009, 18:53   #3
Lady Redone
 
Redone's Avatar
 
Reputacja: 1769 Redone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłość


Jeanne Boileau
obudziła się wraz z pierwszymi promieniami słońca, ale była to zbyt wczesna pora by wygrzebywać się z miękkiej pościeli. Poprawiła poduszkę, przykryła się szczelniej kołdrą i zapadłą w drzemkę. Ponownie obudziło ją ćwierkanie ptaków bijących się o jakiegoś robaczka na pobliskim drzewie. Jeanne Przeciągnęła się i przez chwilę leżała podziwiając promienie słońca przebijające się przez korony drzew.

Kobieta wstała i ruszyła najpierw do łazienki. Po kilku minutach wciągała już na siebie leginsy i obszerny, niebieski sweter. W tym momencie mały Esme zorientował się już, że jego pani wstała i zaczął biegać uparcie wokół jej nóg. Jeanne nie zwracając na to dużej uwagi upięła włosy klamrą, tak jak robiła to co rano, wzięła kilak łyków wody, nasunęła na stopy wygodne buty i wyszła z domu.



Wzięła Esme za sobą by zrobił to co musi zrobić każdy pies rano, pochodziła z nim chwilę, po czym odstawiła go do domu gdzie nalała mu na razie trochę wody, po czym ponownie wyszła z domu zamykając za sobą drzwi.

Ruszyła żwawym krokiem do małej szopy zaraz przy domu. Tam czekał już na nią stary rower, który pomimo swoich kilku lat, nadal świetnie się trzymał, wystarczyło tylko co jakiś czas oddać go znajomemu by podreperował to i tamto. Jeanne wsiadła na niego i ruszyła w stronę centrum miasta.

Po drodze można było podziwiać piękne widoki. O tej porze roku liście już powoli spadały z drzew, a ich różne kolory pięknie mieniły się w słońcu. Jeszcze piękniej w owym słońcu mieniły się fale w zatoce - Jeanne miała szczęście, że jej domek znajdował się prawie nad wodą i w dodatku otoczony był drzewami z dwóch stron. Droga do centrum na rowerze to tylko kilkanaście minut, ale kiedy kobieta dotarła do Main Street skierowała się w boczne uliczki.

Najpierw odwiedziła piekarza Billa. Kupiła od niego 3 świeże, pachnące bułki oraz chleb. Jak zwykle wymienili się uprzejmościami i chwilę porozmawiali. Następnie Jeanne udała się do małego warzywnego sklepiku, gdzie można było zaopatrzyć się w dorodne, smaczne owoce i warzywa. Już po tej wizycie jej koszyk przy rowerze był pełny, a zajechała jeszcze do rzeźnika, w końcu trzeba zrobić coś na obiad. I kupić jakieś smakołyki dla Esme.

Nadal to tu, to tam słychać było szepty, a czasem i głośniejsze rozmowy odnośnie pana Grima. Niektórzy uważają, ze nie żyje, inni, że wszystko zaaranżował. Ile mieszkańców, tyle opinii. Jeanne osobiście wolała nie mówić nic na głos. Trochę się bała, to chyba pierwszy taki przypadek w Escape od kiedy kupiła tu domek. A jesli ktoś poluje na sławnych ludzi? No, może ona nie była bardzo sławna, ale też zwykłym szaraczkiem nie była.

Wolała się otrząsnąć z tych myśli. Ruszyła szybciej rowerem kierując się do domu, pies pewnie już nieźle zgłodniał a i ona miała ochotę na bułkę z dżemem.
 
__________________
Courage doesn't always roar. Sometimes courage is the quiet voice at the end of the day saying, "I will try again tomorrow.” - Mary Anne Radmacher

Ostatnio edytowane przez Redone : 24-02-2009 o 18:56.
Redone jest offline  
Stary 24-02-2009, 23:15   #4
 
Rusty's Avatar
 
Reputacja: 17 Rusty nie jest za bardzo znanyRusty nie jest za bardzo znanyRusty nie jest za bardzo znanyRusty nie jest za bardzo znanyRusty nie jest za bardzo znanyRusty nie jest za bardzo znanyRusty nie jest za bardzo znany
Siedział na samym końcu, pogrążony w myślach i nie zwracający uwagi na otoczenie. Wyglądał niczym posąg, który zdradzały jedynie powoli poruszające się powieki i nozdrza, które rozszerzały się przy każdym wdechu. Jego oczy wpatrzone w nieustannie zmieniający się krajobraz za oknem autobusu, zimne i skupione. Biały pewnie byłby uznany za zwyczajnie zamyślonego, on w takich sytuacjach zawsze czuje się jak zagrożenie. Nie były to jednak warunki, w których mógłby kontrolować mowę swego ciała. W jego głowie setki myśli wędrują z zawrotną prędkością. Już tak niewiele dzieli go od celu podróży.

Całkiem schludne ubranie, jeansy i biała koszula. Ubrania wyglądały jak całkowicie nowe, może po prostu szykowała się jakaś uroczystość? Przy jego nogach leżała torba, zwyczajna, niewielka, kryjąca w swoim wnętrzu najpotrzebniejsze przedmioty i ubrania. Wychodząc spojrzał jeszcze na kierowcę. Fakt, że był czarny pozwolił przynajmniej częściowego stłumić szalejącą w jego wnętrzu burzę. Z westchnieniem raz jeszcze pomyślał o "lepszych czasach".

Kiedy stanął na ubitej ziemi poczuł ulgę. Wziął większy wdech i rozprostował kości wymęczone ciągnącą się w nieskończoność podróżą. Rozejrzał się po okolicy, miasteczko nie zaskoczyło go niczym. Dokładnie tak widział je jeszcze zaledwie godzinę temu oczami wyobraźni. Życie na uboczu było tym, co poznał już jako dziecko. W najciemniejszych zakamarkach jego umysłu zrodziło się coś na wzór dobrego przeczucia. To miejsce mogło być tym, którego szuka się przez całe życie. Bezpieczna przystań – w mgnieniu oka zniknęła tęsknota i troski. Niestety nawet tak cudowna chwila została zmącona. Coś jak szept, niesiony przez wiatr. Wywołało ciarki na jego odczuwających trudy podróży plecach. Szybko sobie z nimi poradził. Zmęczenie i zdenerwowanie okazały się być doskonałym wytłumaczeniem.

Pierwsze kroki skierował w stronę baru. Nie miał pojęcia od czego zacząć. Czuł się jak dziecko, które pozbawione matczynej uwagi oddala się i ginie. „U Pebod’yego” to miejsce było idealne na początek. Śmiało przekroczył próg.

- Dzień dobry. – Przemówił spokojnie, ale jednocześnie na tyle donośnie by usłyszeli go wszyscy obecni. Nie chciał wzbudzać podejrzeń.

Dostrzegł kobietę, która odbyła podobną do jego podróż. Nie zastanawiał się na tym długo. Niezbyt interesowało go, jaki też mógł być powód jej przybycia. Zajął wolny stolik, który zauważył po prawej. Tuż przy oknie, coś mówiło mu, że to odpowiednie miejsce. Ku swemu zdziwieniu nie czekał długo. Zbyt wcześnie, by uwierzyć, że to miejsce inne niż te, które odwiedził do tej pory. Jest jednak cień szansy, który napawa go optymizmem.


Specjalność zakładu spełniła jego oczekiwania. Jajecznica na bekonie smakuje dobrze zawsze, szczególnie kiedy doskwiera głód i zmęczenie. W połączeniu z kawą sprawiła, że Adrian poczuł jak jego ciało na nowo budzi się do życia. Po skończonym posiłku płaci i zatrzymuje kelnerkę.

- Chciałbym zapytań o kobietę nazwiskiem Toomer. – Dostrzega dziwny grymas na jej twarzy, chwilowe, niekontrolowane napięcie. Patrzą sobie przez chwilę w oczy, Adrian nie słyszy jednak odpowiedzi.
 
Rusty jest offline  
Stary 01-03-2009, 23:45   #5
 
woltron's Avatar
 
Reputacja: 996 woltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwu
Dryń-dryń! Dryń-dryń!

John William Duke III został gwałtownie wyrwany ze snu przez budzik, który wczoraj nad ranem ustawił na 7:30. Walcząc z przemożną chęcią odwrócenia się na drugi bok i pójścia spać dalej, usiadł ciężko na krawędzi łóżka, rozcierając prawą ręką oczy. Był niewyspany i zmęczony. Od dwóch dni próbował napisać kolejny raport na temat morderstwa pani Morrison. Wyprodukował z siebie dwie strony, wiedział jednak, że to nie wystarczy. Bez przerwy dzwonili do niego dziennikarze z Bostonu, Nowego Jorku, a także z stolicy z tysiącem pytań dotyczących samego morderstwa i rozwoju śledztwa. Co gorsze dla Duke’a także jego przełożeni bez przerwy dopytywali się kiedy znajdzie „Tego czerwonego skurwiela Grimma”, jak określił pisarza jeden z przełożonych Duke’a, na co szeryf miasteczka Escape miało ochotę odpowiedzieć „Kiedy przyślecie tu paru ludzi, którzy pomogą mi w śledztwie!” zamiast tego przebąkiwał, że odnalezienia Grimma nastąpi niedługo. Było to oczywiste kłamstwo, szczególnie, że od sześciu dni pisarz znikł, nie zostawiając przy tym żadnych śladów, ale Duke niespecjalnie się tym przejmował. Jego przełożeni nie mogli go zesłać do gorszej dziury niż Escape.

- Czas wstać – powiedział sam do siebie podnosząc się, po czym udał się do łazienki by się odświeżyć. Kilka minut później wyszedł ubrany w mundur i zszedł na dół do niewielkiej kuchni mieszczącej się na tyłach komisariatu, tuż obok składziku z bronią. Dwa-trzy łyki czarnej jak noc kawy bez mleka, zapach smażącego się na patelni boczku i dwie, potężne kromki chleba z prawdziwym masłem poprawiły na chwilę humor Duke’owi i spowodowały, że przestał myśleć o czekających go obowiązkach. A dzień zapowiadał się ciężko: poza dokończeniem raportu, chciał pojechać do domu pani Morrison i rozejrzeć się w nim raz jeszcze. Może przegapiłem coś istotnego? pomyślał gorzko.

- Witaj Duke – powiedział Garry Oldsmith, 23-letni zastępca Duke’a, wchodząc do kuchni i jedna z tych nielicznych osób, z którymi John utrzymywał bliższy kontakt.
- Tak samo jak wczoraj i przedwczoraj. A co u ciebie?
- Żadnych postępów. Z chłopakami przeszukaliśmy okolicę plaży i parę zagajników, ale nic nie znaleźliśmy. Grimm przepadał jak kamień w wodzie. Nikt go nie widział, nikt nic nie słyszał, choć przepytaliśmy chyba każdego kto mieszka w promieniu 5 mil od Escape i mógł coś widzieć lub słyszeć. Psy też nie podjęły żadnego tropu. A stanowi – słowo to Oldsmith wypowiedział lekko ironicznie – znaleźli coś?
- Też nic. Wczoraj otrzymałem telefon z Bostonu, że dziś lub jutro mają przysłać tu jakiegoś agenta FBI.
- FBI? Żartujesz prawda?
- Nie – odpowiedział poważnie Duke, przeżuwając ostatni kęs swojego śniadania – niestety nie.
- O cholera…
- Żebyś wiedział Garry, żebyś widział. Spróbuj złapać Gallaghera i powiedz mu by dał odpocząć trochę chłopakom.
- Jasne, a co potem?
- Sam nie wiem – opowiedział prawie niesłyszalnie Duke ku zaskoczeniu Oldsmitha, który nigdy nie widział by jego szef wahał się w takich sprawach. - Ty też odpocznij, to rozkaz.
- A pan?
- Odpocznę jak to wszystko się skończy – skwitował szeryf, wyrzucając resztki jedzenia do kosza na śmieci, a talerz do niewielkiego zlewu pełnego brudnych naczyń. Przez ostatnie dni nikt nie miał czasu na zmywanie.

Kilka minut później Duke zaparkował swojego Forda Victorię niedaleko przystanku autobusowego przy Main Street, tak by mieć widok na przystanek i "U Pebody'ego". Autobus miał przyjechać dopiero za dziesięć minut, więc Duke wysiadł z samochodu i udał się do „U Alfreda” niewielkiego sklepu spożywczego gdzie nabył Coca-Colę, jedyny napój oprócz Whiskey od którego był uzależniony.

Dokładnie o 8:15, zgodnie z rozkładem jazdy, na przystanek przy Main Street zajechał stary autobus, jakich Boston Lines używały na mniej popularnych trasach. Drzwi otworzyły się z piskiem i ze środka wyszło pięciu podróżnych. Uwagę Johna od razu przykuły dwie nieznane osoby. Nie kulawa foka! – pomyślał John widząc białą, zadbaną kobietę, której ubranie i sposób poruszania zdradzały, że była z Bostonu albo z innego dużego miasta. A ten tego, czego tu szuka? – skomentował w myślach Duke widząc czarnego mężczyznę z niewielką torbą, ubranego w jeansy i białą koszulę. Dwójka nieznajomych udała się do "U Pebody'ego" zjeść śniadanie, zostawiając Duke'a jego własnym myślom.
 
__________________
"Co do Regulaminów nie ma o czym dyskutować" - Bielon przystający na warunki Obsługi dotyczące jego powrotu na forum po rocznym banie i warunki przyłączenia Bissel do LI.

Ostatnio edytowane przez woltron : 02-03-2009 o 09:51. Powód: jedyny napój oprócz Whiskey od którego był uzależniony.
woltron jest offline  
Stary 03-03-2009, 03:31   #6
 
Avaron's Avatar
 
Reputacja: 398 Avaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetny


Raz po raz słońce wychylało się zza szarych chmur, oblewając wnętrze baru oślepiającą jasnością. Raziło w oczy, ale nie dawało ciepła, czuło się w tej bezsilnej manifestacji nadchodzącą jesień. Za szybami lokalu leniwie przesuwały się ociężałe pickupy, jakimi zwykli jeździć miejscowi. Czas zdawał się zatrzymać w miejscu, a jedynym wyznacznikiem jego ruchu były kolejne opróżniane przez gości filiżanki pełne aromatycznej, czarnej kawy. Nikt się nie spieszył nie miał do czego. Nawet ostro brzmiące dźwięki harmonijki dobiegające z szafy grającej nie były w stanie pobudzić zasiedziałych u Pebody'ego gości. Codzienność o ponurej twarzy siedziała w tej knajpie naprzeciwko donośnie ziewającej Nudy.. Cichy zakątek... Taaa żebyś wiedział! Leniwe myśli i z rzadka przerywane milczenie. Słowa są nie potrzebne, męczące...

Ci obcy samym swoim przybyciem zakłócali wzór. Najpierw ta kobieta włączyła tą krzykliwą muzykę, a teraz czarny przerwał milczenie zadając jakieś głupie pytania. Ten jego głos... Czy to możliwe, żeby ktoś miał tak irytujący głos? Większość ludzi zwróciła zirytowane spojrzenie na murzyna. Co on sobie wyobraża... Dobry boże to, że daliśmy im prawa nie znaczy jeszcze, że mogą przeszkadzać spokojnym ludziom...

W jednej chwili o wszystkim jednak zapomniano, gdy wszystko przerwało donośne trzaśnięcie wejściowych drzwi. Garry Oldsmith szybkim krokiem podszedł do stolika zajmowanego przez szeryfa. Twarz miał purpurową, cholera wie czy od zmęczenia czy z jakiegoś innego powodu. W rękach miętosił swoją czapkę, najwidoczniej zupełnie nie będąc tego świadomym.
- Duke chyba powinieneś tam iść... - Wydukał, nachylając się nad szeryfem.




[MEDIA]http://boxstr.com/files/4947823_njnsi/True%20Blood%20Theme%20-%20Bad%20Things%20-%20Jace%20Everett.mp3[/MEDIA]

Rower powoli sunął uliczkami miasta. Jedno skrzyżowanie za drugim. Wysiłek dawał dziwną radość. Pot powoli oblewał całe ciało, zamontowany przy kierownicy dzwonek co raz pobrzękiwał na nierównościach, a zakupy zdawało się, że chciały...

Był szybki, o dobry Jezu, jak bardzo był szybki. Było tak jak mu obiecał. Było bosko!

...wyskoczyć z koszyka umieszczonego przy kierownicy. Kilka krotnie musiała się zatrzymać, żeby poprawić niesforne pomarańcze. A potem dalej w drogę. Do domu było może i daleko, ale trochę wysiłku przecież dobrze jej zrobi, poprawi apetyt i sen. Jeszcze tylko kilka przecznic i będzie mogła skręcić na dróżkę prowadzącą do jej małego...

Wskaźnik powoli zbliżał się do magicznej siedemdziesiątki. Radio grało tak jak lubił szybko i głośno. Silnik wył, opętańczo, a wszystko wokół zdawało się rozmywać. To jest właśnie rock and roll! Był wielki, rządził, był...

...domu. A teraz zjazd - Main Street spływało tu betonową kaskadą wprost do połyskującej w dole zatoki. Może dać odpocząć nogom i pozwolić rowerowi przyspieszyć. Poczuła chłód gdy pęd powietrza przemknął po spoconych plecał, świst powietrza na chwilę zagłuszył wszystko inne, a potem usłyszała...

Królem szos! Tak! Obiecał mu to, obiecał mówił prawdę. Ci wszyscy idioci ze szkoły się przekonają, że nie jest jakimś tam frajerem! Zobaczą... Jezu wybiegł... nie zdążę, nieee zdążę Jezu...

...pisk opon. Wielki, czerwony, rozmazany w pędzie kształt wirował po ulicy w szaleńczym tańcu. Wyrwane spod panowania kierowcy cielsko samochodu gnało na jej spotkanie. Wszystko zdawało się zwolnić lecz mimo to nie była w stanie poruszyć się na tyle szybko by uniknąć tego co wiedziała, że nastąpi. Nie poczuła tego. Dziwne... Było tylko szarpnięcie. Grzechot upadającego roweru i huk uderzenia. Tuż obok niej zatrzymał się ten samochód. Wpadł na słup. Słońce odbijało się od jego chromowanych, tylnych lamp. Błysk zdawał się przyciągać jej spojrzenie, nie mogła odwrócić wzroku. Nic nie mogła. Asfalt był chropowaty, czuła go pod policzkiem. Pomarańcze... Musiały się rozsypać... Blask słońca w odbiciu chromowanej stali nie dawał jej spokoju. Zdawał się pożerać wszystko wokół, wypełniać, rozrastać, rozrastać... stać...



Było ciemno. Fale cicho szeleściły, ocierając się o kamienisty brzeg. Cisza. Umilkło wszystko. I wtedy zobaczyła chłopca. Rozglądał się w koło wyraźnie zdezorientowany. Miał może siedem albo osiem lat. Jasne włosy w nieładzie, intensywnie błękitne oczy i mnóstwo piegów na twarzy.

- Nie widziała pani mojej piłki? - Zapytał niepewnym głosem. - Zgubiłem ją...
 
__________________
"Co będziemy dzisiaj robić Sarumanie?"
"To co zwykle Pinki - podbijać świat..."
by Marrrt

Ostatnio edytowane przez Avaron : 03-03-2009 o 08:43.
Avaron jest offline  
Stary 04-03-2009, 13:08   #7
Feo
 
Feo's Avatar
 
Reputacja: 12 Feo nie jest za bardzo znanyFeo nie jest za bardzo znany
Elizabeth siedziała przy stoliku i wpatrywała się w okno, sprawiając wrażenie nieobecnej, jej myśli krążyły gdzieś wysoko, i wybiegały daleko poza to przeurocze, acz dziwne miasteczko. Z zamyślenia, brutalnie wyrwał ją blaszany dzwonek i donośny głos postawnego, czarnego mężczyzny obwieszczającego wszystkim swe przybycie. Spojrzał na nią przelotnie,po czym udał się do wolnego stolika, widać było że tak samo jak ona dopiero co przyjechał...

Długo jednak nie zastanawiała się nad tym faktem, spojrzała na nieubłaganie odmierzający uciekające sekundy zegar, zawieszony nad kontuarem i dopiła pospiesznie swoją szatańsko mocną kawę. Wyjęła jeszcze na chwilę podręczny notatnik, by zapisać w nim swoje pierwsze wrażenia dotyczące miejsca w którym było jej dane teraz przebywać: „pomimo, ciężkiego jak dla mnie przejazdu, miasteczko od razu zrobiło na mnie wrażenie... prawdę mówiąc nie wiem czemu, ponieważ tak naprawdę nie różni się ono zbytnio od innych podobnych temu miejsc. Jednak poczułam się jakbym wróciła do domu, jakbym była na właściwym miejscu...
Siedzę teraz w barze „U Pebody'ego”, jest to nieduże acz przyjemne miejsce, nadzwyczaj ciche... Co prawda, martwi mnie reakcja tutejszych klientów na przybycie czarnoskórego przyjezdnego który....” - tutaj przewała gdyż w barze zaczęło się coś dziać. Mężczyzna o którym pisała właśnie o coś pytał kelnerkę, a atmosfera w pomieszczeniu stała się nad wyraz gęsta... wszystko się zmieniło gdy nagle do Pebody'ego wpadł jakiś tytejszy, pobiegł szybko do stolika przy którym siedział, sądząc po ubiorze, szeryf. Zawodowa ciekawość nakazała jej podejść bliżej, by usłyszeć o czym tak gorliwie rozmawiają.... jednak zanim zdążyła cokolwiek podsłuchać, mężczyźni wstali i szybko wyszli z baru. „No cóż, może później...” - pomyślała.

Liz stwierdziła że skoro już wstała, to jest to bodźcem aby ruszyć dalej z planem na dzień dzisiejszy, a plan na ów dzień zawierał jeszcze dużo punktów do odhaczenia. Co prawda chciała jeszcze popytać o sytuacje w mieście tej dziewczyny która ją obsługiwała, jednak uznała że limit pytań na chwilę obecną wyczerpał już mężczyzna który nie spotkał się z miłym przyjęciem.

Elizabeth pozbierała swoje bagaże i udała się w kierunku wypożyczalni aut, gdyż nie zamierzała wszędzie chodzić pieszo, a firma i tak za wszystko płaciła...
Sama wypożyczalnia, nie posiadała wiele aut, ale Liz znalazła coś dla siebie, był to błękitny, czteroletni Pontiac.


Udała się do biura by załatwić wszelkie niezbędne formalności. Biuro było małe i ciche, choć przyjemnie urządzone. Za niewielkim biurkiem siedział odziany w czarną marynarkę mężczyzna, w średnim wieku. Przybycie Elizabeth, wyraźnie go zdziwiło:
- Ach, witam! W czym mogę służyć? - odezwał się pierwszy mężczyzna, prosząc gestem ręki ażeby klientka spoczęła na krześle naprzeciw niego.
-Dzień dobry, chcę wynająć tego błękitnego Pontiaca – powiedziała wskazując przez okno, upatrzone wcześniej auto.
-Rozumiem, już wyjmuję potrzebne papiery... Ehh... Jeżeli wolno spytać...- przerwał
-...co Panią sprowadza do Escape, przyznam że nie mamy to wielu gości o tej porze roku.
-Nic, szczególnego. Po prostu lubię wypoczywać kiedy nie ma tłumów w okolicy, między innymi dlatego wybrałam to miejsce... wydaje się być, na uboczu...
-W takim razie, nie mogła trafić Pani lepiej. - stwierdził z uśmiechem, i wskazał na miejsca w umowach gdzie ma się podpisać.
Reszta formalności poszła sprawnie, więc po kilku minutach Liz załadowała swój dobytek do bagażnika i ruszyła dalej w stronę zatoki gdzie znajdował się Dany's Motel w którym to miała się zatrzymać przez najbliższe dni...

 
Feo jest offline  
Stary 05-03-2009, 17:59   #8
 
Rusty's Avatar
 
Reputacja: 17 Rusty nie jest za bardzo znanyRusty nie jest za bardzo znanyRusty nie jest za bardzo znanyRusty nie jest za bardzo znanyRusty nie jest za bardzo znanyRusty nie jest za bardzo znanyRusty nie jest za bardzo znany
Dobrze znał ten wzrok. Nie potrzebował więcej czasu. W mgnieniu oka pozbył się wszystkich złudzeń dotyczących tego miejsca. Szybko pogodził się z tym faktem, życie przyzwyczaiło go do takiej reakcji na jego obecność. Mimo wszystko nie mógł zrozumieć tego niepokoju, który nieustannie wdzierał się do jego wnętrza. W tym miasteczku było coś niebezpiecznego, prawdę mówiąc wolałby nigdy tu nie przyjeżdżać. To dziwne wrażenie, a ci ludzie ... Czuł się jakby w zasięgu jego wzroku znajdowały się tylko nagrobki i gęste od smrodu śmierci powietrze. Scena jak z najgorszego horroru, ciarki już chyba na stałe zagościły na jego plecach. Miał wrażenie, że sam pogrąża się w tym maraźmie. Zaledwie przed chwilą podniósł się z krzesła, a już naszła go ochota by chwilę odpocząć.

Potrząsnął głową i szybko odzyskał świadomość. Widział jak ktoś wychodzi, ale był jeszcze zbyt rozkojarzony by wiedzieć kim są osoby, które opuściły lokal i jakie były tego powody. Znowu stał na podłodze jadłodajni „U Pebody’ego”, znowu poczuł na sobie nieprzychylne spojrzenia i zrozumiał, że nie może zostać tu ani chwili dłużej.

Włożył rękę do kieszeni. Nie czując pieniędzy, które pozostawił sobie na posiłek po podróży, był pewien, że uregulował rachunek. W jego głowie panował chaos, nie mógł sobie jednak pozwolić na więcej problemów. Gdyby tylko znalazł się za kratami, pewnie przypisano by mu wszystkie zbrodnie, do których doszło w tym mieście kilka miesięcy przed jego przyjazdem.

Rasiści …

Chyba stawał się coraz bardziej przewrażliwiony. Nawet powietrze wydawało się jakieś dziwne. Z każdym wdechem wracało znużenie. Zdecydowanie ruszył przed siebie, myśli wpędzały go w ten dziwny stan, musi się wreszcie ruszyć, wziąć w garść. To nie najgorsze co go w życiu spotkało.

Przynajmniej na razie …

Szedł w stronę motelu, w którym miał czekać na niego pokój. Myślał o treningach, o drużynie, o bólu mięśni i żywym ogniu, który czuł w płucach podczas każdego meczu. Tak, to zdecydowanie pomagało w walce, którą toczył z nawiedzającymi go myślami. Nie mógł jednak w pełni kontrolować tego co dzieje się wokół niego. Bolesna lekcja wymierzona przez footballową piłkę, która uderzyła go w plecy. Nie była rzucona z dużą siłą, ale trafienie w sam kręgosłup mógłby poczuć każdy. Odwrócił się i ujrzał dziwnego dzieciaka, który stał tuż za nim.


Zdziwił się, ale uznał, że po prostu nie zwrócił na nich wcześniej uwagi. Tym razem przyjrzał się jednak uważniej. Zobaczył ogrodzony wysokim płotem kawałek betonu, na którym namalowane były najrozmaitsze linie. Znał ten typ „boiska”, sam się na jednym z takich wychował. Dostrzegł piątkę bawiących się dzieciaków.

- Przepraszam, czy mógłby pan oddać nam piłkę? – Głos chłopca był dość płochliwy, ale jakiego dziecka nie jest, kiedy musi odzyskać piłkę od trafionego nią dorosłego?
- Biegnij. – Adrian pokazał ruchem głowy na jego kolegów.

Chłopak wyszczerzył swoje zęby w uśmiechu i od razu ruszył w wyznaczonym kierunku. Taka reakcja nie zdziwiła go ani trochę. W sierocińcu zdarzało mu się zajmować dużo młodszymi wychowankami. Ten natomiast był wyjątkowo szybki, podał więc piłkę lekko, tak by nie było problemów z chwytem. Euforia na twarzy dziecka sprawiła, że poczuł się nieco lepiej. Nareszcie jakaś odmiana. Popatrzył jeszcze chwilę na grę, jednak nie za długo, by nie wzbudzać podejrzeń.

Już miał ruszać przed siebie, kiedy zauważył jakiś rozbity samochód. Był dość daleko, po drugiej stronie boiska. Dostrzegł go jednak bez problemu. Przez chwilę walczył z myślami, ciekawość zwyciężyła bez problemu. Podniósł prawe kolano, jakby upewniając się czy wytrzyma i chwilę później biegł już w stronę zauważonego auta.
 
Rusty jest offline  
Stary 08-03-2009, 10:37   #9
Lady Redone
 
Redone's Avatar
 
Reputacja: 1769 Redone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłość
Jazda na rowerze zawsze dawała Jeanne tyle swobody, radości i przyjemności. Lubiła czuć ten wiatr we włosach, najlepiej właśnie taki poranny chłodny wiatr lub wieczorny, który ma w sobie jeszcze trochę z ciepła całego dnia. Teraz też gnała co sił w nogach przed siebie. Nawet nie zdążyła zauważyć co się stało, natychmiastowe reakcje mięśni były jednak zbyt wolne i nie mogły już pomóc. Reszta jest milczeniem.

Cisza.

Ciemność.

I...

Fale? Tak, słyszała fale, wręcz widziała je oczami wyobraźni, jak rozpryskują się na miliony srebrzystych kropel przy spotkaniu z kamienistym brzegiem. Potem część tych kropel opadała na skały, część stawała się ponownie ogromem błękitu. Tylko po to by za chwilę rozbić się o te same skały.

Jeanne widziała chłopca, tak, był tu chłopiec, ale czy był naprawdę? Co się dzieje? Czy właśnie nie miał miejsce wypadek, który powinienbył ich... Ale... Szum fal, i chłopiec. Może to był sen z którego się przebudziła, koszmar. Albo... właśnie teraz śni?

- Niestety, nie widziałam twojej piłki, przykro mi. Ale mogę pomóc ci szukać.

Kobiet rozejrzała się dookoła, nie tyle szukając piłki, co po prostu próbując zrozumieć o co chodzi? Wyciągnęła rękę do chłopca by ten poczuł się bezpieczniej. A może sama chciała poczuć się bezpieczna?
 
__________________
Courage doesn't always roar. Sometimes courage is the quiet voice at the end of the day saying, "I will try again tomorrow.” - Mary Anne Radmacher
Redone jest offline  
Stary 08-03-2009, 11:42   #10
 
woltron's Avatar
 
Reputacja: 996 woltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwuwoltron jest godny podziwu
Duke usiadł przy stoliku w kącie, niedaleko szafy grającej. Ilekroć przychodził do „U Pebody’ego” siadał właśnie tam: przy oknie, plecami do ściany, tak by mieć widok na Main Street, a także na gości baru.

- Podać to co zwykle Johny? - zapytała się Maggie, 53-letnia kelnerka w zaplamionym fartuchu, która pracowała „U Pebody’ego” odkąd tylko pamiętał.
- Nie tym razem Mag. Przed chwilą zjadłem śniadanie i nie jestem głodny. Natomiast chętnie napiję się zimnej Coli.
- Jasne John. Dopiszę ci do rachunku. – Kobieta wyraźnie chciała powiedzieć coś jeszcze, ale jedynie popatrzyła się zniesmaczona dwóją nowo przybyłych, po czym ruszyła w stronę baru.
- Dzięki Mag. – Rzucił Duke za kobietą.

Maggie, głupia tłusta Maggie – pomyślał Duke – Ciekawe czy na mnie też patrzyli tak niechętnie, gdy tu przyjechałem. Pewnie tak… Ale teraz jestem fragmentem ich życia, gwarancją, że każdy następny dzień będzie dokładnie taki sam jak poprzedni, że nic nie ulegnie zmianie…

Z rozmyślań wyrwała go Mag, która wróciła z jego Colą.
- Proszę Duke. – Postawiła szklankę przed szeryfem. – Widziałeś zachowanie tego czarnucha? Usiadł sobie przy stoliku jakby był królem Anglii! – powiedziała konspiracyjnie.
- Mag… - Duke próbował przerwać kobiecie, ale nic to nie dało.
- Powinieneś coś z tym zrobić. Kto to widział…

Wywód Maggie przerwało pojawienie się Garry’ego, który szybkim krokiem podszedł do szeryfa, pochylił się i wydukał:
- Duke chyba powinieneś tam iść…
- Coś się stało?
- Lepiej sam zobacz…
- Prowadź – powiedział Duke zmęczonym głosem, gdy wychodzili z baru.

*

- O Chryste – powiedział głośno szeryf, gdy dojechali na miejsce wskazane przez Garry’ego. Mimo iż Oldsmith uprzedzał, że widok nie należy do przyjemnych, to to co zobaczył Duke przekraczało jego wyobrażanie. – Musiał jechać dobrze ponad 70 mil na godzinę. – Stwierdził szeryf przyglądając się stalowej kuli, jaka powstała wokół złamanej na pół latarni.

Zaparkował dobrych dziesięć metrów od miejsca wypadku i wysiadł wraz z swoim zastępcą. Rozejrzał się po okolicy. Dopiero teraz dostrzegł leżący kilka metrów od samochodu rower i młodą kobietę, której nie znał.
- Dzwoń po pogotowie – powiedział do Garry’ego. Sam zaczął biec w kierunku młodej kobiety. W powietrzu czuć było ostry zapach benzyny i oleju samochodowego…
 
__________________
"Co do Regulaminów nie ma o czym dyskutować" - Bielon przystający na warunki Obsługi dotyczące jego powrotu na forum po rocznym banie i warunki przyłączenia Bissel do LI.

Ostatnio edytowane przez woltron : 08-03-2009 o 11:55.
woltron jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:46.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166