Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 27-02-2009, 00:55   #1
 
DrHyde's Avatar
 
Reputacja: 63 DrHyde wkrótce będzie znanyDrHyde wkrótce będzie znanyDrHyde wkrótce będzie znanyDrHyde wkrótce będzie znanyDrHyde wkrótce będzie znanyDrHyde wkrótce będzie znanyDrHyde wkrótce będzie znanyDrHyde wkrótce będzie znanyDrHyde wkrótce będzie znanyDrHyde wkrótce będzie znanyDrHyde wkrótce będzie znany
"Zielone Piekło"

Zew Cthulhu


„Magiczna statuetka zdawała się żyć własnym życiem, a uczucie porażenia prądem w momencie jej dotykania było tak silne, że wiele osób nie mogło utrzymać przedmiotu w rękach. Czy miała ona coś wspólnego z ukrytym w amazońskiej dżungli miejscem, gdzie - jak opowiadali Indianie - domy oświetlane są przez nigdy nie gasnące "gwiazdy"?”




Prolog

Zielone Piekło


1928 rok
Londyn w Anglii
Gabinet Briana Fawcetta


Młody Fawcett siedział zamyślony za mahoniowym biurkiem ojca. Starał się wbić w jego tok myślenia – rozumowanie szaleńca. Jednak szaleństwo w jakie popadł ojciec, fascynowało go w niesamowitym stopniu. Czuł, że stary dokonał wielkiego odkrycia. Gabinet - podobnie jak i reszta pomieszczeń - był urządzony z klasą. Otwarte drzwi prowadziły prosto do salonu, gdzie służba już szykowała herbatkę dla gości. Brian wyciągnął z szuflady biurka mapę i rozłożył ją na stole. Dyott spóźniał się. Coś musiało go zatrzymać.



fot. Salon i wejście do gabinetu

- Jak wiecie, ta wyprawa jest dla nas bardzo ważna… Ja… - Spojrzał na matkę, która wspierała go swym wzrokiem. Z tłumu wyłonił się oczekiwany pułkownik Dyott w towarzystwie nieznanej Fawcettowi osoby.

- Pozwól, że zabiorę głos Brian. – Szybko wtrącił Pułkownik i rzucił na biurko plik papierów. – Ta wyprawa ma na celu odnalezienie zaginionych podróżników, którzy wyruszyli na tereny Mato Grosso w Południowej Ameryce. Potrzebujemy ludzi obytych w podróży i posiadających umiejętności niezbędne do przetrwania w ciężkich warunkach jakie panują w dżungli. To naprawdę niebezpieczna misja ratunkowa, z której część z nas może nie wrócić. Mam nadzieję, że wasz wybór jest przemyślany. Teraz razem z Brianem zapiszemy chętnych na listę. - Dyott złapał chłopaka za ramię i poklepał lekko. Po czym razem zasiedli za biurkiem w oczekiwaniu na pierwszą osobę. Spis chętnych poszedł szybko i sprawnie. W między czasie żona zaginionego opuściła pomieszczenie. Pułkownik wstał i rozejrzał się po wszystkich zgromadzonych.

- Wybaczcie ten pośpiech, ale nie mamy zbyt wiele czasu. Jestem pułkownik George Dyott i przewodniczę tej wyprawie. Briana już poznaliście. Mężczyzna po lewej to Jean-Paul Collen. Zajmuje się organizacją niezbędnego wyposażenia i transportem. Zanim przejdziemy do salonu, chciałbym wam cos pokazać. Oto rysunek przedstawiający statuetkę z czarnego bazaltu, którą miał przy sobie Percy.




fot. Statuetka z czarnego bazaltu

- Jedna stopa wysokości. Według tego co mówi Brian, jego ojciec uważał, że ze statuetki emanował dziwny prąd. Cokolwiek to znaczy. Statuetkę dostał od sir Henryego Ridera Haggarda. Kolejna rzecz to ta oto mapa.


fot. Mapa Matto Grosso

- To trasa jaka pokonali w maju tysiąc dziewięćset dwudziestym piątym roku. Ich ostatnia znana dla świata droga. My wiemy, że Percy żyje. Wierzymy w to i nie odpuścimy. Zaczynamy w Rio de Janeiro i kolejno Sao Paolo, Corumba, Cuiaba, Campo Cavallo Morto, Rio Xingu i Rio Tanguro. Służba podała herbatę.
– Spostrzegł Dyott urywając temat. Zebrał materiały. – Zasiądźmy w salonie. – Ruszył wraz z Brianem do stolika. Rozsiedli się.

- Proponuję poświęcić ten czas, na zapoznanie się przed ekspedycją ratunkową. – Brian zasugerował z uśmiechem na twarzy.
 

Ostatnio edytowane przez DrHyde : 22-03-2009 o 21:03. Powód: Zmiana grafiki i daty
DrHyde jest offline  
Stary 27-02-2009, 10:34   #2
Lady Redone
 
Redone's Avatar
 
Reputacja: 1642 Redone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłość

fot. Karen Rowley

Młoda kobieta stała w kącie pokoju obserwując wszystkich bacznie. Młodego Fawcetta już znała, mieli okazję się spotkać. Poprzednie spotkania polegały raczej tylko na wymianie uprzejmości, do tej pory nie miała okazji wybrać się z nim na żadną wyprawę, choć słyszała jak jego ojciec o nim opowiadał. W długie wieczory gdzieś w dżungli ludzie zaczynają rozmawiać o wszystkim. Ale co jest powiedziane w dżungli, tam zostaje.

Inaczej jest z ludźmi, nie zostawia się nikogo na pastwę losu dopóki jest nadzieja. A w tym wypadku nawet jeśli tej nadziei nie ma. Karen jechała do Mato Grosso by odnaleźć ciało pułkownika, wątpiła by był jeszcze żywy, ale nie mówiła tego na głos. Najbardziej jednak była ciekawa co mu się przydarzyło, przecież był to człowiek, który z niejednego zdarzenia wychodził cało.

Gdy zaczęły się zapisy jako pierwsza podeszła do stolika. Zebrani mogli zobaczyć jak kobieta ubrana w jasne spodnie z materiału i niebieski sweter skinęła głową Brianowi. Ciężko było cokolwiek wyczytać z jej twarzy. Odgarnęła rude włosy za ucho, jak zwykle zrobiła to odruchowo, nie myśląc o tym. Chwyciła energicznie za długopis.
- Będziecie potrzebowali lekarza. Gdzie się podpisać?

Złożyła swój podpis w wyznaczonym miejscu, następnie podeszła do materiałów, które przed chwilą były im pokazane. Przestudiowała mapę i dokładnie przyjrzała się statuetce. Nigdy tego nie widziała, choć było to podobne do kilku statuetek jakie już w życiu widziała. To nie jej działka, nie miała pojęcia skąd może to pochodzić i czemu wywołuje takie dziwne wrażenia.

Kobieta chwyciła filiżankę herbaty i znalazła sobie wolne miejsce. Usiadła zakładając nogę na nogę i sączyła napój z filiżanki. Nie odzywała się pierwsza, najpierw wolała dobrze obejrzeć zebranych ludzi. Patrzyła uważnie kto się podpisywał i jak się zachowywał, co mówił. Są to ludzie, z którymi spędzi sporo w czasu w niebezpiecznym miejscu.

Oby tylko można było im zaufać - kołatało jej się w głowie.
 
__________________
Courage doesn't always roar. Sometimes courage is the quiet voice at the end of the day saying, "I will try again tomorrow.” - Mary Anne Radmacher

Ostatnio edytowane przez Redone : 27-02-2009 o 18:48.
Redone jest offline  
Stary 27-02-2009, 13:45   #3
Feo
 
Feo's Avatar
 
Reputacja: 12 Feo nie jest za bardzo znanyFeo nie jest za bardzo znany

fot. Jane Willcox

Jane Willcox stała w rogu eleganckiego gabinetu, bacznie obserwując wszystkich zebranych, gdy nagle wpadł do pomieszczenia spóźniony płk. Dyott w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. Pułkownik sprawiał wrażenie człowieka surowego i konkretnego,jego smukła twarz charakteryzowała się dość ostrymi rysami, a wzrok zdawał się przewiercać każdego z zebranych na wskroś. Młody Fawcett właśnie zaczynał zdanie, gdy ten mu przerwał i zaczął wykładać pokrótce jak rysują się plany wyprawy. Jane wysłuchała wszystkiego w wielkim skupieniu. Następnie gdy poproszono wszystkich chętnych aby wpisali się na listę, szybko zgłosiła się kobieta o rudych włosach, wydawała się być osobą zdecydowaną i świadomą wyzwania jakie podejmuje. Jane odetchnęła w duchu gdy dowiedziała się że jest to lekarz, a jak wiadomo na takich wyprawach urazy i przeróżne nieszczęśliwe wypadki są więcej niż pewne.

Gdy Pani Doktor już odeszła od listy, Jane ruszyła w kierunku biurka aby złożyć swój podpis
- Przypuszczam że doświadczony entomolog obeznany z tamtejszymi terenami, również okaże się przydatny? - mówiąc to wpisała się jednym sprawnym ruchem na listę.
Na materiały przyniesione przez Dyott'a spojrzała tylko przelotnie, już dobrze je znała, gdyż studiowała je wiele razy w ciągu ostatnich miesięcy. Następnie poczekała aż wszyscy wpiszą się na listę i udała się na herbatę.

Salon skąpany był w popołudniowym świetle, w którym prezentował się nadzwyczaj korzystnie,w centralnym punkcie z sufitu zwisał wspaniały kryształowy żyrandol na którym igrały refleksy świetlne, rozbiegające się po całym pomieszczeniu . Jane rozglądając się dookoła, rozsiadła się na kanapie, skąd miała widok na cały pokój. Wzięła do rąk filiżankę ze swoim ulubionym naparem. Siedziała chwile w milczeniu rozkoszując się tą chwilą luksusu i błogości... wiedziała że niedługo przyjdzie jej wyrywać pasożyty z przeróżnych miejsc na ciałach swoich współtowarzyszy, a jedynym luksusem na jaki będzie mogła sobie pozwolić to niepewny kilkugodzinny sen w niewygodnym hamaku. Mając tą wizję przed oczami, uśmiechnęła się do siebie krzywo...

Z zamyślenia wyrwał ją głos Briana:
-Proponuję poświęcić ten czas, na zapoznanie się przed ekspedycją ratunkową - powiedział uśmiechając się...
„lepiej mieć to już za sobą” - pomyślała, gdyż nie przepadała za tego typu rozmowami, choć wiadomo że były niezbędne szczególnie przed takimi wyprawami, gdzie wszyscy muszą być całkowicie pewni komu powierzają swoje kruche życie.
- To może ja przedstawię się pierwsza... - odezwała się niepewnie Jane, odkładając filiżankę na stolik. - Nazywam się Jane Willcox, pochodzę z Londynu... Jestem entomologiem, specjalizuje się w okazach występujących w Ameryce Południowej. Pasję zawdzięczam mojemu świętej pamięci ojcu – Richardowi, który często podróżował w te tereny. Mówił mi że kiedyś był nawet na wyprawie z Pańskim ojcem – powiedziała kierując wzrok na Briana.
 

Ostatnio edytowane przez Feo : 28-02-2009 o 07:08.
Feo jest offline  
Stary 27-02-2009, 15:08   #4
 
Leoncoeur's Avatar
 
Reputacja: 8026 Leoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputację

Bill, w czasie I wojny światowej

Około trzydziestoletni mężczyzna jaki rozparł się na fotelu w odróżnieniu od innych nie wyrażał przesadnego zainteresowania zgromadzonymi w salonie uczestnikami wyprawy. Zadowolił się kilkoma uważniejszymi spojrzeniami, po czym całą koncentrację skupił na stylowej piersióweczce wyciągniętej z wewnętrznej kieszeni marynarki. Herbatę ostentacyjnie zignorował.

Nieźle zbudowany, choć nie wyróżniający się posturą William Blackhill swoim zachowaniem uosabiał typowego jankesa, dla którego ta podróż zdawałaby się raczej wakacjami. Potwierdzać by to mógł lekki sceptyczny uśmiech w momencie gdy Dyott mówił o posążku rażącym prądem, zresztą ten cyniczny uśmiech i ślad arogancji z twarzy nie schodził mu nigdy.
Choć nie wpatrywał się przesadnie w pozostałych zebranych, nie skupiał też całej uwagi na Dyott'cie czy Fawcettcie. Niecierpliwe spojrzenia i tonowane bębnienie palcami o oparcie fotela wnikliwemu obserwatorowi dawałyby znać, że się nudzi.

Zerknął znów na filiżankę herbaty...
Ech,ci Angole. - pociągnął łyk whiskey. Pochylił się lekko ku kobiecie wręcz niesamowicie podobnej do niego.
- Gdzie Thomas - zagadnął szeptem Willy, lecz bliźniaczka nie odpowiedziała dając mu lekki znak że nie czas na to. Billy westchnął... choć sam nie wiedział czy z ulgą czy smutkiem, starszy z Rimmelów wzbudzał w nim mieszane uczucia. Z jednej szacunek i przyjaźń, z drugiej niepewność i strach. Nie to co wymoczkowaty Raleigh uganiający się za Willy po Chicago i przekonujący wszystkich wokół z upartością godną lepszej sprawy, że naprawdę ważne sprawy zawodowe trzymają go w Stanach. Kto go tam jednak wie, może zmienił się ruszając z tym postrzelonym fantastą aż do Matto Grosso?
... ech... miał jednak wielką nadzieję na udział teścia Willy w wyprawie za jego synem.

Gdy odezwała się Jane, zwrócił na nią uwagę. - Ciesz się że tata wybrał inną wyprawę ze starym Fawcettem, niż ta po która idziemy. - skrzywił się jeszcze bardziej i pociągnął kolejna porcję z piersiówki.
- Entomologia to przydatna rzecz. Dobrze wiedzieć że będzie ktoś kto wie co robić by robactwo nie zjadło nas tam żywcem - uśmiechnął się do Willcox unosząc "blaszankę" w niemym toaście.
- William Blackhill. - przedstawił się - Kiedyś zabłądziłem na Oak Park i przysiągłem sobie że więcej mi się to nie zdarzy. Znam się na mapach, kreślę nowe. Zresztą muszę poszukać Raleigha - wyszczerzył się do siostry - może on specjalnie prysnął do Brazylii dla chwili spokoju, to jestem za jego los odpowiedzialny, nie? - pojęcie "żartu nie na miejscu" było jak widać mu obce.




 
__________________
"Soft kitty, warm kitty, little ball of fur...
Happy kitty, creepy kitty, pur, pur, pur."

"za (...) działanie na szkodę forum, trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz!"

Ostatnio edytowane przez Leoncoeur : 28-02-2009 o 10:52.
Leoncoeur jest offline  
Stary 27-02-2009, 23:42   #5
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 2942 merill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputację
Wellington zajął miejsce nieco na uboczu. Sir Adrian nie chciał zwracać na siebie zbytniej uwagi. Dlatego między innymi poprosił Santuru by został w holu tej sporej wiktoriańskiej willi. Pojawienie się czarnoskórego w tym salonie, wywołało by lawinę pytań i ciekawskich spojrzeń a tego Sir Adrian nie lubił. W ogóle nie lubił gdy się zwracano do niego per „Sir”. Odwykł od tego, tak jak odwykł od kilku innych schematów zachowań uchodzących w dobrym towarzystwie za właściwe.

Lata safari i polowań na Czarnym Lądzie zrobiły swoje. Postronny patrząc na ogorzałą twarz czterdziestoletniego mężczyzny, mógł bez problemu zgadnąć, że człowiek ten spędził większość swego życia w podróży. Krótkie, czarne włosy i szare oczy dopełniały obrazu twarzy myśliwego. Ubrany był w płócienne ubranie podróżne, aczkolwiek bardziej eleganckie niż te do których przywykł. Bioder nie obciążał mu pas z pistoletem, czuł się z tego powodu nieco nieswojo, ale szybko przypomniał sobie, że nie jest na polowaniu tylko w angielskim salonie.

Uważnie obserwował pozostałych gości. Życie pełnie niebezpieczeństw nauczyło go dokładnie i wnikliwie oceniać ludzi. Nie oceniał jednak po samym wyglądzie, broń Boże, ale sposób poruszania się i obraz zewnętrzny człowieka stanowiły istotną część opinii, na resztę składały się czyny i zachowanie danego osobnika.

„Brian jest bardzo podobny do swojego ojca” – stwierdził przysłuchując się słowom młodzieńca. Na twarzy pani Fawcett gościł wyraz smutku i żalu… nic dziwnego, zważywszy na okoliczności.

Nie zdziwił się, że nie rozpoznali w nim członka rodziny. Był kuzynem pułkownika Fawcetta ze strony ojca… ostatni raz widzieli się jednak, przed jego wyjazdem do Indii. Intensywne studia, a potem wojenna zawierucha nie pozwoliły na inne spotkania… potem Adrian wyruszył w podróż po Bliskim i Środkowym Wschodzie. Zwiedził Afganistan i Iran, dotarł do kurdyjskich plemion żyjących na piaszczystych stepach. Potem zawrócił do Indii odwiedzając rodziców, by w końcu wyruszyć do Afryki… spędził tam prawie połowę swojego życia. Jako myśliwy, przewodnik safari czy łowca żywych zwierząt dla ogrodów zoologicznych.




fot. Afryka, rok 1925, podczas safari z księciem Belgii Albertem I Koburg



Nagłe wejście pułkownika Doyotta nieco go zdziwiło, zwłaszcza niepunktualność, co w przypadku wysokiego rangą oficera było co najmniej nie na miejscu. Wysłuchał dokładnie wszystkiego co miał do powiedzenia nowo przybyły i poczekał, aż wszyscy złożą swoje kandydatury. Do stolika Briana podszedł na końcu… wziął pióro do ręki i złożył swój podpis na liście.

- Służba podała herbatę. – Spostrzegł Dyott urywając temat. Zebrał materiały. – Zasiądźmy w salonie. – Ruszył wraz z Brianem do stolika. Rozsiedli się.

- Proponuję poświęcić ten czas, na zapoznanie się przed ekspedycją ratunkową. – Brian zasugerował z uśmiechem na twarzy.


Wellington ruszył za pozostałymi potencjalnymi członkami ekspedycji do salonu, w zaciszu którego, w przytulnych, obszernych fotelach mieli się poznać i ustalić szczegóły.

Rudowłosa lekarka wzięła swój kubek z herbatą w obie ręce i póki co milczała.

- To może ja przedstawię się pierwsza... Nazywam się Jane Willcox, pochodzę z Londynu... Jestem entomologiem, specjalizuje się w okazach występujących w Ameryce Południowej. Pasję zawdzięczam mojemu świętej pamięci ojcu – Richardowi, który często podróżował w te tereny. Mówił mi że kiedyś był nawet na wyprawie z Pańskim ojcem druga z kobiet, jak się zdążył Adrian zorientować naukowiec, powiedziała kilka słów o sobie.

- Entomologia to przydatna rzecz. Dobrze wiedzieć że będzie ktoś kto wie co robić by robactwo nie zjadło nas tam żywcem .William Blackhill. - przedstawił się mężczyzna popijający ze swojej piersiówki. - Kiedyś zabłądziłem na Oak Park i przysiągłem sobie że więcej mi się to nie zdarzy. Znam się na mapach, kreślę nowe. Zresztą muszę poszukać Raleigha - wyszczerzył się do siostry - może on specjalnie prysnął do Brazylii dla chwili spokoju, to jestem za jego los odpowiedzialny, nie?

„Dowcipniś się znalazł… do tego mniemający zielonego pojęcia w o wyprawie jakiej się podjęli…” – bezczelne uwagi Blackhilla nieco wyprowadziły Wellingtona z równowagi.

- Nie wiem, czy mister Blackhill był kiedyś w dżungli innej niż betonowe uliczki miasta, ale z jego słów wynika, że chyba nie. Doradzałbym panu większą dawkę ostrożności i … - przerwał na chwilę szukając odpowiedniego słowa, by nikogo nie obrazić - … i roztropności. To nie będzie spacer, tylko ekspedycja, podczas której nie raz możemy stanąć w obliczu zagrożenia życia. – Przerwał reprymendę i zwrócił się do pozostałych gości.

- Wybaczcie państwo moją reakcję – Adrian Wellington, myśliwy i przewodnik, jestem kuzynem twojego ojca – rzekł do Briana. – Chciałbym usłyszeć nieco więcej o szczegółach całej podróży i zaplanowanym ekwipunku. Czy pan Jean-Paul Collen mógłby powiedzieć nam coś o specyfice regionu, transporcie i niebezpieczeństwach jakie możemy napotkać? Nie chwaląc się spędziłem kilkanaście dobrych lat w Afryce i Bliskim Wschodzie, ale Ameryka Południowa jest mi zupełnie obcą. Miło by było usłyszeć relację z ust kogoś kompetentnego.zakończył czekając na odpowiedź Jeana Paula.
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451

Ostatnio edytowane przez merill : 28-02-2009 o 15:15.
merill jest offline  
Stary 28-02-2009, 14:56   #6
 
Sayane's Avatar
 
Reputacja: 4465 Sayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputację
Post



fot. Jean-Paul Collen w czasie działań wojennych w Belgii, 1914

Wysoki, postawny mężczyzna drgnął, gdy Wellington zwrócił się bezpośrednio do niego i oderwał wzrok od pokracznej figurki. Lata spędzone w Ameryce Południowej odzwyczaiły go od sztywnych zasad panujących na salonach, dlatego tęsknie wyczekiwał chwili zakończenia "angielskiej herbatki", równocześnie bacznie obserwując ludzi, którym przyszło znaleźć się pod jego opieką.

Wellington wyglądał na sensownego człowieka, od razu przeszedł do konkretów. Natomiast ten Blackhill... Jean-Paul widywał już takich, jak on - butnych, zadufanych w sobie, za nic mających słowa starszych czy bardziej doświadczony osób. Swoje mapy zapewne kreślił sącząc brandy przed kominkiem, brudną robotę pozostawiając innym. Collen przelotnie zastanowił się, jaką minę będzie miał paniczyk, gdy odkryje, ze dżungla za nic ma jego sarkazm czy władcze wrzaski; po czym skierował swój wzrok na zapisane juz kobiety. Gdy zobaczył jak podchodzą do stołu Fawcetta skrzywił się z niesmakiem, jednak zdążył zrewidować swoje pierwsze wrażenie. Kobiety-lekarki spotykał już na froncie, a umiejętnościami w niczym nie ustępowały mężczyznom, więc i ta może być cennym nabytkiem dla wyprawy. Natomiast ta motylarka... Jeśli jej zainteresowania to spadek po ojcu-podróżniku a nie kaprys znudzonej panny... Nie! Etnomolog na tej wyprawie był bardziej niż zbędny. Do wskazania niebezpiecznej fauny czy flory wystarczył on sam lub tragarze. Drobna kobieta będzie ich tylko spowalniać, zwłaszcza gdy zejdzie za jakimś robakiem ze szlaku. Poza tym przewodnik obawiał się reakcji tubylczych plemion na białe, ubrane po męsku kobiety.

Collen odchrząknął, odgarniając z oczu przydługie, dawno nie przycinane włosy i odwrócił się w stronę Wellingtona. Proszę mówić mi po prostu: "Jack" - powiedział, ignorując niezamierzoną zapewne pomyłkę sir Adriana w swoim nazwisku. - W Cuiabie będzie czekać na nas kilku tragarzy, którzy zajmą się transportem niezbędnego ekwipunku. To solidni, silni ludzie, z którymi miałem już okazję kilkukrotnie pracować. Możecie mieć wiec pewność, że Wasze cenne pakunki będą w dobrych rękach. Oczywiście zalecam, by każdy miał najniezbędniejsze rzeczy takie, jak woda, leki, jedzenie czy broń zawsze przy sobie. Nie wiem, jak daleko uda nam się dojść, ale w pewne regiony nawet najlepsi tragarze nie pójdą, bez względu na cenę. Dlatego radzę, by niezbędny bagaż ograniczyć do minimum - nie wiadomo, czy nie będziemy musieli taszczyć go na własnych barkach.

Proszę też kontakty z zamieszkującymi dżungle plemionami zostawić mnie i tragarzom. To prości ludzie o specyficznej kulturze i wierzeniach niepojętych dla białego człowieka, dlatego łatwo ich do siebie zrazić czy sprowokować do walki. Nie próbujcie narzucać im - bez urazy - swojego tempa rozmowy czy europejskich zwyczajów, inaczej niczego się od nich nie dowiemy
- Collen koloryzował trochę, wolał jednak postraszyć przyszłych podróżników, niż narazić na niebezpieczeństwo w trakcie wyprawy.

Co do niebezpieczeństw: to jest dżungla - uśmiechnął się krzywo. - Trujące rośliny, woda, owady, węże; drapieżne zwierzęta i ludzie; grzęzawiska i wykroty; znajdziecie tam państwo wszystkie znane człowiekowi sposoby umierania w naturalnych warunkach, a także wiele innych. Dlatego proszę się dobrze zastanowić czy na pewno każdy chce iść na tą wyprawę. Jeśli ktoś będzie chciał zawrócić w połowie drogi, będzie musiał zrobić to sam - nie osłabię naszej ekipy o nawet jednego człowieka tylko dlatego, że komuś zachciało się wracać do mamy - zakończył, surowo spoglądając po obecnych w salonie osobach.

 

Ostatnio edytowane przez Sayane : 02-03-2009 o 10:38.
Sayane jest teraz online  
Stary 28-02-2009, 18:41   #7
Lady Redone
 
Redone's Avatar
 
Reputacja: 1642 Redone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłośćRedone ma wspaniałą przyszłość
Karen słuchała, obserwowała i osądzała. Wiadomo, że pierwsze wrażenie może być mylne, i kobieta zdawała sobie z tego sprawę, ale zawsze w jakiejś części się potem sprawdza. Sama raczej nie robiła wrażenia kobiety nadającej się na taką wyprawę. Sposób w jaki poruszała się, siedziała, a nawet piła herbatę sugerował, że nadaje się lepiej właśnie na salonowe tea party.

Uśmiechnęła się do pani entomolog gdy ta się przedstawiała. Ona zrobiła dość dobre wrażenie, nie mogła się doczekać aż będą mieli okazję wymienić się doświadczeniami i wiedzą. Na pewno będą mieli wiele wspólnych tematów do rozmowy. Jane Willcox robiła ogólnie dobre wrażenie.

Nie można tego było powiedzieć o butnym Williamie Blackhillu. Jego mało śmieszne dowcipy i zadziorność, oraz nieumiejętność zachowania się stosownie do sytuacji skreśliły go już na początku. Dla Karen nie będzie to ani dobry towarzysz rozmowy, ani wędrówki.

Gdy Adrian Wellington utarł nosa Blackillowi od razu zyskał sobie sympatię Karen. Wellington wygląda na osobę, której można zaufać swój los, która stanie w twojej obronie gdy najbardziej tego potrzebujesz. Oczywiście pod warunkiem, że jesteś warty stawania w obronie. Jego doświadczenie w wyprawach może być bardzo przydatne. Więcej właśnie takich osób panna Rowley chciałaby widzieć w grupie.

Karen wysłuchała uważnie słów przewodnika. On także wydaje się być osobą odpowiednią na swoim miejscu. Człowiek rzeczowy i konkretny, nie owijający w bawełnę.
Dobrze, ktoś taki nam potrzebny.

- Pozwoli pan, że zabiorę głos. Jestem Karen Rowley, lekarz specjalizujący się w chorobach tropikalnych. Dołączam się do prośby pana Collena, to ważne by mieć przy sobie wodę, jedzenie i leki, jeśli biorą je państwo regularnie. Chciałabym aby każdy z tu zebranych poinformował mnie o swoich dolegliwościach i chorobach jeśli takowe posiada, jako lekarz wolałabym na wstępie wiedzieć takie rzeczy. Upraszam też państwa o nie robienie z siebie bohaterów i z każdą nawet najmniejszą dolegliwością proszę się do mnie zgłosić. Stan podgorączkowy może nie być groźny w Londynie, ale na pewno może być początkiem śmiertelnej choroby w środku dżungli.

W tym momencie pani doktor przerwała swój monolog i ponownie napiła się herbaty. Jej sylwetka wyrażała: "nie mam nic więcej do dodania w tym temacie". Jej głos jeszcze chwilę zdawał się dźwięczeć w pokoju, był silny i zdecydowany, ale zarazem kobiecy. Teraz nastawiła się ponownie na słuchanie.

Naukowiec, jankeski wymoczek, przewodnik i spec od ekwipunku i transportu. Na razie nie jest źle, gdyby nie ten Blackhill...
 
__________________
Courage doesn't always roar. Sometimes courage is the quiet voice at the end of the day saying, "I will try again tomorrow.” - Mary Anne Radmacher

Ostatnio edytowane przez Redone : 28-02-2009 o 18:44.
Redone jest offline  
Stary 28-02-2009, 20:55   #8
 
Leoncoeur's Avatar
 
Reputacja: 8026 Leoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputację
Reakcja na słowa Wellingtona mogła zaskoczyć. Billy odchylił tylko głowę i roześmiał się, znów unosząc pojemnik z woda ognistą (tym razem salutując łowcy słoni).
Przytyku nie skomentował nawet jednym złym słowem. Są ludzie po których wszystko spływa jak po kaczce.
- Nie byłem mr Wellington, dżungla to dla mnie terra incognita, choć byłem w miejscach gdzie byłyby większe szanse że z płaczem wołałbym o powrót do mamy. Nawiasem mówiąc to nie jest zresztą takie głupie, nawet pan nie wie jakie ona robi steki. - znów się roześmiał
- Prawda, Willy?
- szturchnął lekko siostrę, ale znów odruchowo rozejrzał się mimo iż wiedział, że Thomasa Rimmela nie ma w salonie.

- Też chętnie usłyszałbym coś więcej o miejscu gdzie jedziemy. - oparł się tym razem pokusie zapytania czy można będzie postrzelać do brazylijskich indian. - Zamieniam się w słuch, ...choć na to będziemy mieli cały czas podróży do Rio, a i dużą część ekwipunku lepiej załatwić tam niż targać z Anglii. Jeżeli państwo nie mają nic przeciw, to chciałbym usłyszeć coś czego nie załatwimy w Brazylii... - pociągnął kolejny łyk i wyciągnął fajkę. Przez chwilę macał się po kieszeniach zapewne szukając tytoniu... ale na jego twarzy wykwitła rezygnacja. Przypomniał sobie że zostawił go przy bagażach.
- Pana ojciec mr Fawcett... - skierował nienabitą fajką w Briana, przez chwilę wyglądał przekomicznie z fajką w jednej dłoni, a piersiówką w drugiej usiłując przy tym podrapać się w brodę.
- Powiem szczerze... nie poznałem go. Z korespondencji z państwem Rimmel, znajduje go jednak osobą skrupulatną. Nie będę wchodził w sens szukania jakichś zaginionych i legendarnych miast... ważne że zgromadził zapewne jakieś notatki, książki, zapiski, być może mapy na ten temat.
- machnął ręką na arkusz trzymany przez Dyotta. - To tylko orientacyjne odzwierciedlenie jego trasy. Część ze zgromadzonych materiałów mr Percy Fawcett wziął pewnie ze sobą, a może tylko samodzielnie stworzone kompendium... co zaś z tym co jest tu? Co zostało po jego przygotowaniach?

Przeciągnął się poprawiając pozycję i schował fajkę obdarzając ją nostalgicznym spojrzeniem.
- Też chętnie posłucham jakie małpy biegają tam po drzewach i w jakich godzinach, można załatwić swe potrzeby do rzeki nie narażając się na atak węża. Chętnie posłucham też jaki zastrzyk powinienem dostać pod plecy w jakiej sytuacji - jego twarz znów rozjaśnił cyniczny uśmiech - ale skoro jesteśmy tu, wolałbym na pierwszy ogień wziąć sprawę samego Fawcetta seniora - spojrzał pytająco na Briana.
 
__________________
"Soft kitty, warm kitty, little ball of fur...
Happy kitty, creepy kitty, pur, pur, pur."

"za (...) działanie na szkodę forum, trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz!"

Ostatnio edytowane przez Leoncoeur : 03-03-2009 o 11:50.
Leoncoeur jest offline  
Stary 02-03-2009, 09:38   #9
 
Ratkin's Avatar
 
Reputacja: 145 Ratkin wkrótce będzie znanyRatkin wkrótce będzie znanyRatkin wkrótce będzie znanyRatkin wkrótce będzie znanyRatkin wkrótce będzie znanyRatkin wkrótce będzie znanyRatkin wkrótce będzie znanyRatkin wkrótce będzie znanyRatkin wkrótce będzie znanyRatkin wkrótce będzie znanyRatkin wkrótce będzie znany
Cadman do tej pory siedział w ciszy na uboczu całego zebranego towarzystwa, z wolna popijając mocno zaparzoną herbatę. Wolał na początku posłuchać z kim przyjdzie mu wyruszyć w tą samobójczą podróż. Obecnie rozważał czy ktokolwiek z nich wróci z tej wyprawy. Czarne niczym smoła myśli kłębiły się w jego głowie i z każdą radosną wypowiedzią potencjalnych współtowarzyszy nabierał przekonania że wkrótce i po nich wszystkich słuch zaginie w zielonym piekle wprost do którego wszyscy tak ochoczo się wybierali...

W końcu przyszła i jego kolej na wpisanie się na listę. Wciąż wolał słuchać niż się przedstawić Chciał być ostatni, w obawie przed konfrontacją z kimś kto mógłby znać jego życiorys, choć i tak był pewien że prędzej czy później pewne rzeczy wyjdą na jaw. Zdawało się to nieuniknione, zwłaszcza kiedy w pomieszczeniu rozpoznał wreszcie jedną z kobiet, również jak on milczącą do tej pory. Chwilę trwało jednak nim przypomniał sobie skąd ją zna. Było to trudne, gdyż właśnie ten fragment jego wspomnień zakrywała gęsta mgła litościwego zapomnienia. Za każdym razem kiedy próbował się przez nią przedrzeć, to co znajdował po drugiej jej stronie napawało go strachem. Tak też było i tym razem, choć na szczęście z o wiele mniej przerażających powodów niż działo się to zazwyczaj.


Wilhelmina Rimmley…-jej obecność w zasadzie nie dziwiła go w tej sytuacji. Nie mniej martwiła go. Liczył na brak jakichkolwiek prywatnych powiązań z członkami wyprawy „ratunkowej”. Dla niego była to wyprawa samobójcza, zwieńczenie jego długiego biegu, ucieczki przed ścigającym go, nieuniknionym przeznaczeniem. Chciał zniknąć z dala od ludzi dla których był tylko niegroźnym wariatem, nie będąc posądzany o popełnienie ordynarnego samobójstwa. Nie ze względu na opinię, na tej mu nie zależało, zresztą tą dawno już stracił. Bardziej martwił się by inni nie poszli jego drogą, badając przyczyny okoliczności w jakich przyjdzie mu odejść. Jeśli ktoś miałby być już tak głupi, niech chociaż odkryje przy okazji parę białych plam na mapach…

Bez słów złożył swój podpis i wrócił na miejsce. Jego wzrok na chwilę spotkał się z spojrzeniem , co by nie powiedzieć, urodziwej kobiety.

Nie potrafił jednak odgonić myśli od faktu że znał ta kobietę, choć tylko przelotnie. W zasadzie poza kurtuazyjnymi wymianami zdań tylko z widzenia, gdy odwiedzał kilka razy swojego dawnego przyjaciela. Najważniejsze pytanie jakie nasuwało mu się teraz na myśl to czy i ona go rozpozna. Kolejnym, było oczywiście czy będzie pamiętać go z przed okresu kiedy trafił do szpitala, czy też już z czasów po tych… tragicznych wypadkach. Jak się do niego odniesie?
 
__________________
-Only a fool thinks he can escape his past.
-I agree, so I atone for mine.


Sate Pestage and Soontir Fel

Ostatnio edytowane przez Ratkin : 03-03-2009 o 09:46. Powód: Cadman miał cieczkę zamiast ucieczki. Kocham poprawianie wordem na szybko :D
Ratkin jest offline  
Stary 02-03-2009, 22:52   #10
 
hija's Avatar
 
Reputacja: 241 hija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie coś


Stojąca tuż obok Niny Fawcett, sporo od niej młodsza kobieta nerwowo zaciągała się papierosem. Nie była pewna czy dobrze robi wpisując się na listę. Raeleigh z pewnością wściekłby się na nią. Ale nie mogła zostać. Jeśli miała go uznać za zaginionego, musiała zrobić absolutnie wszystko, co tylko możliwe, żeby go odszukać. Dopiero później będzie mogła spojrzeć prawdzie w oczy. Później…

- Brian – powiedziała cicho podchodząc w kierunku biurka. – Jeszcze ja.
- Willa?
– głos Niny zdradzał niedowierzanie.
- Muszę pojechać. Rozumiecie przecież.

Dyott, szukając chyba potwierdzenia ukradkiem zerknął na młodszego syna Fawcettów, zaledwie dwudziestojednoletniego Briana. Chłopak skinął głową.

- To jest mój brat – wskazała stojącego z boku, na oko trzydziestoletniego mężczyznę, podobnego do niej jak kropla do kropli.

- Jest kartografem. W jego towarzystwie będę się czuła pewniej… William Blackhill – podyktowała piszącemu mężczyźnie.


*


fot. Willa Rimmel, Montmartre ok. 1923r

*

Nie do wiary jak łatwo przyszło Billy'emu sprowokowanie chłepczącej herbatkę świeżo zebranej objazdowej trupy młodego Fawcetta. Oceniali się i mierzyli niczym przed rozpoczęciem bitwy. Grupa, choć jeszcze nie została utworzona, już była podzielona na co najmniej dwa obozy. Siedząc na poręczy fotela, w którym spoczywał jej brat, Willa zaciągnęła się papierosem. Korzystając z chwili ciszy, odezwała się z uśmiechem.

- Nie mam nazbyt wielkiego doświadczenia w kwestii podobnych wypraw, ale jestem PRZEKONANA, że aby mieć jakiekolwiek szanse na powrót, musimy trzymać się razem. Wiem, mój brat potrafi być antypatyczny.

Ciągnęła nic sobie nie robiąc z miny Billy'ego. Przeniosła spojrzenie jasnych oczu na przystojnego mężczyznę, który w dobrze skrojonym ubraniu w stylu safari wyglądał, jakby przez jakąś haniebną pomyłkę znalazł się nie w tej bajce. Jego silna sylwetka zdradzała, że stworzony jest do przedsięwzięć wymagających więcej wysiłku niż sączenie herbaty. Kobiet musiał mieć na pęczki. Posłała mu ciepły, odrobinę przepraszający uśmiech.

- Szczególnie pan, panie Wellington nie powinien dać mu się podpuszczać. Zapewniam, że wobec braku reakcji, prędko mu się to znudzi.

- Jestem Willhelmina Rimmel, mój mąż jest jednym z tych zapaleńców, którzy bez wieści przepadli w Mato Grosso. Sama jestem historykiem sztuki. Nie mam większych kwalifikacji jeśli chodzi o przetrwanie w dziczy, zapewne nie będę tak przydatna jak żadna z pań, o panach nie wspominając, ale musicie państwo zrozumieć, że nie jestem w stanie dłużej siedzieć bezczynnie.


Była na siebie odrobinę zła. Znów wchodziła w rolę rozjemcy na osi Billy – reszta świata. Może choć raz powinna była ugryźć się w język, bratu przydałaby się nauczka. Żałowała tylko, że łatwiej było jej o tym pomyśleć – najczęściej po fakcie – niż wcielić ową myśl w życie we właściwym momencie. Miała nadzieje, że ci, w końcu przecież dorośli, ludzie nie poddadzą się zbyt łatwo specyficznemu urokowi jej bliźniaka.

Słuchając opowieści o czyhających na ich grupę niebezpieczeństwach, przyglądała się przyszłym towarzyszom podróży. Byli niecierpliwi, to już o nich wiedziała.
Szczególną jej uwagę przyciągnął Brock.
Nie mogła pozbyć się wrażenia, że skądś go już zna.
Uporczywie próbowała wyszperać w pamięci cokolwiek na jego temat...
 
hija jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 19:19.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166