Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 20-04-2009, 13:04   #1
 
one_worm's Avatar
 
Reputacja: 315 one_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skał
Koszmar z nicości[Storytelling, +18]

Muzyka grała, alkohol lał się strumieniami.... oczywiście jeśli ktoś wiedział jak i gdzie i do kogo zagadać i komu zapłacić. Nic nie zmieniało faktu, że cały przybytek był jednym wielkim szmuglem alkoholu przez ludzi, którzy to tutaj pracowali. "Ci którzy chcą się napić whiskey, napiją się mimo zakazów i prohibicji."



Tak właśnie myśleli ci, którzy ten przybytek prowadzili oraz ich "protektorzy". Siedzieliście w tej spelunce na jej tyłach. Wy wiedzieliście jak zgadać, komu zapłacić i gdzie się można napić. Wątłe światło elektryczne rzucało ogromne cienie na ściany. Do okoła wędrował leniwie dym palonego tytoniu. W tym przybytku były także dziwki, które za odpowiednią cenę spełniały wszystkie zachcianki klientów. Siedział tutaj zarówno grabarz jak i skorumpowany glina. Lekarz w rogu po prawej tak samo jak i dziennikarz jednego z poczytnych dzienników Bostonu. Nie znali się ale łączyło ich jedno - każdy z nich popełnił pewną zbrodnię, której się wstydziło, nie wiedzieli jeszcze, że ta złudna zasłona spokoju i normalności wkrótce runie niczym domek z kart. Gdy pociągali ze szklanek nagle światło zgasło. Później ludzie mówili, że to sam Bóg ukarał tych wszystkich grzeszników, a księża z ambony wykrzykiwali płomienne kazania na temat grzechu, alkoholu, dziwek i tego, że wszyscy powinni błagać dobrego Boga o przebaczenie. Cały przybytek spłonął. Nikt nie przeżył, a przybytek płonął długo i oczyszczająca moc ognia sprawiła, iż całe plugastwo powinno tam spłonąć. Oni jednak przeżyli, przeżyli i leżeli w tym samym miejscu w tej samej sali w tym samym szpitalu. Każdy z nich miał sny o wodzie...oceanie... na dnie jego była kolumna szlamem ociekająca i głos...ten głoś...upiorny, okropny i przeszywający dreszczem...:
- Iä! Iä! Cthulhu Fhtagn! Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fhtagn

W Bostonie poranek był słoneczny. W całym Massachusetts jak i zresztą na wschodnim wybrzeżu świeciło słońce, było gorąco i mimo iż był dopiero początek maja, lato zapowiadało się strasznie upalnie.

W szpitalu św. Anny leżało kilka osób. Słońce leniwie wpływało razem z ciepłem do sali rozpraszając wszelakie cienie. Cały szpital pachniał wiosną, gdyż w końcu można było otworzyć okna. Wszyscy pacjenci mogli swobodnie oddychać świeżym powietrzem, gdyż szpital był położony na peryferiach Bostonu. Kurz leniwie latał w pomieszczeniu pełnym słońca, w pomieszczeniu gdzie znajdywali się ludzie po wypadku. Kilka dni temu spłonęła jakaś buda, ponoć sprzedawano tam alkohol, a i kurtyzan tam nie brakowało. Jedyni ocaleli leżeli w tejże sali i powoli dochodzili do siebie. Lekarz dyżurny na razie nie wpuszczał policji ani nikogo, ze względu na stan pacjentów. Ogólny stan zdrowia był wręcz doskonały. Cudem mieli tylko posiniaczenia i lekkie poparzenia, choć budynek był trawiony ogniem kilka godzin. Poza tym pacjenci mieli wysoką gorączkę, najprawdopodobniej zatrucie dymem, gdyż powoli dochodzili do siebie. Do pomieszczenia razem z lekarzem wszedł ksiądz. Był ubrany w sutannę, pod szyją posiadał koloratkę w lewej dłoni trzymał Biblię oraz gazetę. Co bardziej ciekawi mogli wyczytać o jakimś zabójstwie z pierwszej strony, nazwę dziennika "The Boston Globe" oraz datę: 4.05.26. Ksiądz podszedł do łóżka zaraz przy wejściu. Pacjenci wiedzieli, że to kurtyzana, ostatecznie wszyscy ją tam znali. Ksiądz badawczym wzrokiem rozejrzał się po sali i po chwili przeciągnął jakiś parawan, oddzielając się tym samym od reszty osób. Czasami dochodziły do waszych uszu szepty, bliżej nieokreślone słowa, choć czasem można było usłyszeć pojedyncze słowa..."Pater" czy też "libera". Gdy ksiądz skończył z kurtyzaną, podszedł do innego łóżka razem z parawanem, domyśleliście się, że ksiądz ich spowiada. Gdy skończył, spojrzał się na was i domyśleliście się, że was także chciał wyspowiadać...
 
__________________
Do szczęścia potrzebuję tylko dwóch rzeczy. Władzy nad światem i jakiejś przekąski.
one_worm jest offline  
Stary 21-04-2009, 22:20   #2
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
Reputacja: 2410 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację
Są rzeczy o których nie da się zapomnieć. W życiu Aleksandra nagromadziło się ich aż za wiele. Mimo tego wszystkiego co przeszedł można jednak było powiedzieć, że jest szczęściarzem. Żył mimo, że spojrzał śmierci w oczy. Nie oszalał, choć pewnie wielu na jego miejscu już dawno pogrążyłoby się w katatonicznym bełkocie. Cóż jednak z tego skoro Aleksander nie widział już celu w życiu.

Koszmar minionych chwil, powracał z każdym dniem coraz bardziej natrętniej. Aleksander na początku próbował zatracić się w pracy, ale zbyt wiele wspomnień nie dawało mu zapomnieć o tym co się stało. Postać i słowa Frederikson pojawiały się ilekroć próbował napisać jakiś artykuł czy ruszyć w miasto szukając tematu na jakiś fotoreportaż. Przerażało go to. Uciekał więc w knajpiany gwar. Niestety rzadna ilość wypitego bimbru nie dawała zapomnienia. Wszystkie miłe chwile spędzone z Vanessą raniły niczym rozgrzane ostrza. Nie było ucieczki, nie było zapomnienia, nie było spokoju. I już nigdy nie będzie.

Tego wieczoru, gdy wybuchł ten okropny pożar Aleksander siedział na tyłach taniej spelunki i próbował topić smutki w kolejnych szklankach whiskey. Sidział sam, z resztą jak co wieczór od dłuższego już czasu. Nie miał ochoty z nikim rozmwiać. Wszyscy ludzie wydawali mu się obcy i jakoś niezdrowo szczęśliwi. Ból i grzech jaki nosił w sobie nie pozwalały mu na normalne kontakty.
Gdy płomienie ogarnęły całą knajpę Aleksander był już taki pijany, że ledwo zdołał podnieść się z krzesła i instynktownie próbować uciekać. Nogi jednak miał jak z waty i już po dwóch krokach legł jak długi.

Świadomość odzyskał dopiero w szpitalu. Niewiele pamiętał z tamtego wieczoru. Dręczyły go tylko osobliwe sny. Śniąć słyszał krzyki płonących ludzi, które mieszały się szumem oceanu i dziwnym słowami, które ktoś powtarzał jak modlitwę:
- Iä! Iä! Cthulhu Fhtagn! Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fhtagn

Z pożaru Aleksander wyszedł praktycznie bez szwanku. Ledwie kilka zadrapań i siniaków i drobne poparzenia.
Gdy promienie wiosnnego słońca padły na twarz Aleksandra, ten otworzył oczy i rozejrzał się po sali. Rząd łóżek i umęczonych twarzy. Aleksander poczuł dziwną więź z tymi ludźmi. Niewiedział skąd się to bierze, ale miał wrażenie, że łączy go coś z nimi. Usiadł na łóżku i obserwował jak do sali wchodzi ksiądz w asyście lekarz. Aleksander zauwały, że duchowny poza Biblią w ręku trzyma gazetę "Boston Globe". Oczy mu się zaświecił, ale z tej odległości zauważył tylko nagłówek pierwszej strony mówiący o jakimś zabójstwie.
Ksiądz usiadł przy łóżku kobiety, która była znana w knajpie ze swojego zawodu nad wyraz dobrze. Aleksander spojrzał na sąsiednie łóżko na którym leżał wąsaty facet.
- Spójrz! - zagadnął go - Dziwka nie miała tyle szczęścia co my. Ojczule już ją namaszcza na tamten świat. Szkoda, fajna kobitka z niej była. Nieuważasz? Cóż jednak zrobić? Każdego z nas to czeka? A szczerze mówiąc to nawet bardzo jej zazdroszcze. Ona nie musi już się męczyć, tak jak my, na tym podobno najlepszym ze światów.
 
brody jest offline  
Stary 22-04-2009, 15:54   #3
 
Demon Lord's Avatar
 
Reputacja: 11 Demon Lord nie jest za bardzo znany
"Przeszłość zostawić w tyle" te słowa John uwielbiał sobie powtarzać.
Po co przychodził do knajpy tego nie wie, może by dorobić sobie na boku przez zbieranie łapówek, może by pogrążyć swoje smutki w alkoholu. Tej nocy nie pił za wiele, kilka głębszych...nie był zalany, i ten pożar, wszystko stało się tak nagle. Porter próbował uciekać, za każdym razem jednak nie mógł trafić do wyjścia. W końcu zemdlał, mając dziwny sen...a po wszystkim obudził się bez szwanku w szpitalu. Może Bóg nie chciał jeszcze jego śmierci...ale dlaczego, był grzesznikiem, okropnym grzesznikiem. Jedak otrzymał drugą szanse, tylko jak ją wykorzysta, tego nie wiem.

Na sali prócz Johna leżało jeszcze kilka osób, po chwili przyglądania poznał tych ludzi. Znał ich wszystkich z knajpy.
"Więc oni także wyszli z pożarku cało"
Na salę wszedł ksiądz, podszedł do kurtyzany z której usług John korzystał kilka razy, dlatego jej rozpoznanie nie zajęło mu dużo czasu.
Ksiądz najprawdopodobniej przyszedł by wyspowiadać wszystkich...jego rozważania przerwały słowa mężczyzny leżącego na łóżku obok.
- Spójrz!, Dziwka nie miała tyle szczęścia co my. Ojczule już ją namaszcza na tamten świat. Szkoda, fajna kobitka z niej była. Nieuważasz? Cóż jednak zrobić? Każdego z nas to czeka? A szczerze mówiąc to nawet bardzo jej zazdroszcze. Ona nie musi już się męczyć, tak jak my, na tym podobno najlepszym ze światów.
John go znał, na imię miał Aleksander i był dziennikarzem, tyle o nim wiedział.
-Całkiem całkiem, szkoda jej. Ale cóż począć Bóg nie dla każdego jest łaskaw, choć może źle to poszczegamy.- Westchnął
-Kiedyś się przekonamy...
 
Demon Lord jest offline  
Stary 22-04-2009, 19:05   #4
 
Baczy's Avatar
 
Reputacja: 545 Baczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnie
Pieprzone wyrzuty sumienia. Nawet po 25 latach nie dają za wygraną. To właśnie one są powodem tego wszystkiego. TO one zwabiły go do tej speluny, tego felernego wieczora, którego miał się dokonać sąd Boży. Myśli Aidana były tego dnia wyjątkowo chaotyczne, potrzebował więc większej dawki napitku niż zwykle. Mógł sobie na to pozwolić, w końcu interes szedł dobrze.
Nie wiedział nawet, kiedy to się zaczęło. Cały czas huczało mu w głowie od gwaru panującego w melinie, ale w którymś momencie dało się wyczuć wyraźne ożywienie. Początkowo starzec nie zwracał na to uwagi, lecz gdy w głównej sali pojawił się ogień, nie mógł tego zignorować. Wiedział, co to oznacza- przyszła pora pokuty. Bóg nie chciał, żeby Aidan próbował uciekać, dlatego go upił. Chciał, żeby był bezradny, żeby nie mógł się sprzeciwić woli Stwórcy.
Ogień rozprzestrzeniał się szybko, bardzo szybko. Zapewne sprzyjały temu duże ilości alkoholu składowane przy barze. Ludzie biegali z krzykiem, próbując znaleźć wyjście lub ugasić palące się ubranie. Aidan przez pewien czas siedział czekając na wyrok. Nieodwołalny wyrok nadany mu przez Sędziego Najwyższego, Pana i Stwórcę tego Świata. Jednak widok palących się żywcem osób wstrząsnął nim na tyle, że nie mógł tak spokojnie siedzieć i czekać na śmierć. Próbował wstać i pobiec do wyjścia, jednak już przy trzecim kroku wylądował twarzą na podłodze. Przeszedł jeszcze kilka metrów na czworaka, jednak w najmniej oczekiwanym momencie w plecy uderzyła go jedna z wspornikowych belek. Przygnieciony starzec jeszcze przez chwilę utrzymywał kontakt z rzeczywistością, po czym stracił przytomność.
Obudził się już w szpitalu, nie za bardzo wiedząc, co się stało. Dopiero po jakimś czasie przypomniał sobie o całym zajściu i zdziwił się wyborem Pana. Pozwolił mu żyć. Postraszył go śmiercią a potem uratował go. Ale dlaczego? Może po prostu wybaczył mu to wszystko? Na pewno wiedział, jak bardzo Aidan żałuje swoich grzechów. Wiedział, i postanowił dać mu jeszcze jedną szansę. Pewnie będzie chciał poddać próbie swojego wyznawcę, by zobaczyć czy się zmienił. Tym razem Aidan go nie zawiedzie. Nie tym razem.
Niepokoiły go jednak sny nawiedzające go każdej nocy od pożaru meliny. Śnił o dużym zbiorniku wodnym, morzu czy oceanie i o jakiejś dziwnej kolumnie znajdującej się na samym dnie. Towarzyszył temu głos. Okropny i szorstki, a nieprzyjemne odczucia potęgowały słowa które wypowiadał. Słowa, których Aidan nie mógł zrozumieć, wypowiadane były bowiem w jakimś dziwnym, gardłowym języku, którego mężczyzna nigdy nie słyszał. Ten głos kojarzył mu się tylko z jedną postacią. Z Diabłem. Niepokoiły go te dziwne sny, a szczególnie czas, w którym się pojawiły. Nie chciał się do tego przyznać, nawet przed samym sobą, ale obawiał się, że to nie Bóg ocalił go tamtego dnia, a Szatan, chcący przeciwstawić się woli Stwórcy i wykorzystać Aidana do własnych niecnych celów.
Grabarz leżał w sali z innymi osobami, które przeżyły pożar. Poznawał ich, tak jak on często bywali w tym miejscu korzystając ze wszystkich jego dobrodziejstw. Jeden z nich był policjantem, usłyszał to od jednego pijaczyny jakiś czas temu. Ale jaki policjant chodzi pić do melin, które powinien likwidować? Eh, w obecnych czasach, pewnie co drugi...
Do pomieszczenia wszedł lekarz i ksiądz. O ile widok tego pierwszego nie był niczym zadziwiającym, to mężczyzna w czarnej sutannie z biblią i jakąś gazetą pod pachą budził niepokój.
"Po co on tu jest, przecież nie jest ze mną aż tak źle. A przynajmniej tak mówiła siostra, chyba wczoraj."
Lekko zamroczony i zmęczony Aidan leżał na łóżku i obserwował klechę rozkładającego parawan pomiędzy łożem pewnej prostytutki a resztą pacjentów. Słyszał jeszcze jak dwaj mężczyźni wymienili pare zdań ze sobą, komentując chyba stan kobiety, jednak był zbyt zmęczony żeby wysłuchiwać dokładnych słów. Przymknął oczy i próbował się odprężyć, wypędzić ból i zamęt z głowy.
 
__________________
– ...jestem prawie całkowicie przekonany, że Bóg umarł.
– Nie wiedziałem, że chorował.
Baczy jest offline  
Stary 28-04-2009, 14:56   #5
 
one_worm's Avatar
 
Reputacja: 315 one_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skał
Po tygodniu leżenia w szpitalnych salach zostaliście wypisani ze szpitala. Ruszyliście w majowy ciepły dzień przed siebie w kierunku swych domów. W końcu wieczorem dotarliście. Musieliście zrobić porządek w domach, jakoś się ogarnąć, kupić coś do jedzenia. Wszyscy byliście zmęczeni leżeniem tam w szpitalu. Sny słabły z każdą nocą. Pooli zastępowały je sny i marzenia senne przeciętnego człowieka, który nie miał tak dramatycznych przeżyć jak wasze. Wszystko powoli wracało do normy...

Normalność jednak nie była tym, co mogło by wam się przytrafić na dłużej. Aidan właśnie porządkował papiery. Porządek w zakładzie musiał być. Siedziałeś przy swoim biurku przeglądając księgę rachunkową, na swoim ulubionym krześle, a zegar pod ścianą wybijał właśnie godzinę dwudziestą. Byłeś zmęczony dniem i obowiązkami. Powoli zbliżał się wieczór, a słońce powoli sunęło w kierunku horyzontu. Gdy oderwałeś wzrok od księgi popatrzyłeś się przez okno, które padało akurat na cmentarz, zauważyłeś, ze koło jednego ze starych grobów, które kiedyś za młodu kopałeś, zebrało się kilka osób. Byli ubrani w garnitury i przypominali śledczych albo jakiś bankierów. Wszyscy mieli meloniki na głowie co wskazywało na jakąś angielską arystokrację, a przynajmniej dżentelmenów starej daty. Wszystko było by w porządku, gdyby nie fakt, że jeden z nich posiadał bardzo grubą i jak się wydawało bardzo ciężką księgę. Obserwowałeś chwilę tę scenę i widziałeś, jak jedna z tych osób pomaga otworzyć ją temu człowiekowi, który ją trzymał. Nagle wszyscy tam zgromadzenia zaczęli się modlić, powtarzać słowa po tym jednym człowiekiem, który trzymał otwartą księgę. Miałeś złe przeczucia co do nich i wtedy właśnie poczułeś zimny wręcz lodowaty powiew który zdawał się mieć za nic wszelakie ściany, drzwi czy zamknięte okna. Uczucie chłodu tak samo jak szybko przyszło tak i szybko odeszło. Zaraz po tym ludzie ci, odeszli rozchodząc się i sprawiając wrażenie, że nic się nie stało, że nie znają się...

Gdy zegar wybił godzinę dwudziestą trzydzieści Aleksander właśnie skończył jeść kolację. Siedział w kuchni, tak jak kiedyś ze swoją rodziną. Słuchał nowoczesnego wynalazku - radia. Leciała jakaś audycja na która za bardzo nie zwracał uwagi gdy nagle usłyszał stukanie jakby ze środka radia i mały brzdęk. Radio zgasło. Nie szumiało, nie leciał żaden dźwięk, gdy nagle zaświeciło się ponownie i rozbrzmiała się jakaś muzyka grana przez jakiegoś skrzypka, ale za to jak pięknie grana! Nigdy nie słyszałeś takiego mistrzostwa wykonania, zatapiałeś się wręcz w jej hipnotyzującej linii melodycznej... Wtedy, gdy już miałeś zapłakać ze wzruszenia radio ucichło na amen.

O godzinie dwudziestej czterdzieści pięć Ksiądz Daniel został wezwany do ostatniej posługi. Był w jednym z domów, w których żadna osoba, poważana osoba jak ksiądz raczej by się nie znajdowała. Dokonywał ostatniego namaszczenia przy kurtyzanie. Kurtyzana ledwo rozumiała co się dzieje w okół niej jednak jakoś starała się zachować resztki przytomności. Gdy Daniel zakończył modlitwę słowami Amen iskierki w jej oczach zgasły i leżała martwa. Kurtyzana była młodą kobietą, która zapewne nie chciała swego życia takim jakie było. Jednak cóż ona mogła zrobić? Biedna, choć ładna dziewczyna z rodziny biednej, nie mogącej sobie pozwolić na leczenia musiała tak skończyć.

John miał zadanie odwieźć ciało dziewczyny do kostnicy miejskiej, gdzie miała być pochowana na koszt państwa. Cóż mógł zrobić? Śledztwo względem tej spelunki która spłonęła trwało i póki co, nie postawiono nikomu żadnych zarzutów. Mógł dalej pracować jednak wykonując proste zadania takie jak na przykład jazda samochodem do kostnicy i z powrotem. Podróż minęła szybko i gdy podjechał pod jakiś zakład pogrzebowy zobaczył Aidana szykującego się do wieczornego obchodu cmentarza. John rozpoznał dziewczynę, leżała z nimi w jednej sali. Jednak z racji jej zawodu zapewne cierpiała na poważniejsze choroby i pożar oraz zatrucie dymem tylko stały się gwoździem do trumny biednej dziewczyny. John podszedł do Aidana, tłumacząc mu cel wizyty podczas gdy dziewczynę przeniesiono do "przymarni" Celem zapakowania jej do najtańszej, pasującej trumny...
 
__________________
Do szczęścia potrzebuję tylko dwóch rzeczy. Władzy nad światem i jakiejś przekąski.
one_worm jest offline  
Stary 30-04-2009, 12:39   #6
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
Reputacja: 2410 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację
Rekonwalescencja przebiegła nad wyraz szybko i sprawnie. Aleksander z każdym kolejnym dniem czuł się coraz lepiej. Nawet samopoczucie mu się poprawiło. Czy to za sprawą urodziwych pielęgniarek czy może też za sprawą cudownego ocalenia z pożaru, dziennikarz nabierał chęci do życia.
Pesymizm, przygnębienie i apatia, które go dręczyły w ostatnim czasie powoli opuszczały go. Za oknem świat budził się do życia. Wiosna. Ptaki szczebiotały od samego rana, wzrost pąków na drzewach można było dostrzec gołym okiem i być może także pogoda była powodem poprawy humoru Aleksandra.
Pobyt w szpitalu minął spokojnie, jeśli nie liczyć powracających koszmarów o wielkiej głębienie na dnie, któej czaiło się coś potwornego, coś niewyobrażalnie ohydnego, coś co umykało ludzkim wyobrażeniom o świecie. Po każdym takim śnie dziennikarz budził się zlany potem. Czy to w ramach terapi czy dla zabicia leniwie płynącego czasu Aleksander zaczął spisywać dręczące go sny. Zeszyt, który nabył w szpitalnym kiosku, szybko zapełnił się zapiskami z sennych podróży. Mężczyzna nie był świadomy skąd biorą się te fantastyczne wizje, od zawsze był realistą i obce mu były tak modne ostatnio okultystyczne nowinki i nigdy go to nie interesowało. A mimo to czuł, że to właśnie sny są swego rodzaju kluczem do tego co się wydarzyło w noc pożaru. Policjant, który przesłuchiwał go zapewniał, że prawdopodobną przyczyną pożaru był niedopałek papierosa, który w kontakcie z dużą ilością składowanego nielegalnie alkoholu spowodował tak gwałtowny wybuch żywiołu. Aleksander miał nosa do tego typu spraw i jego dziennikarskie przeczucie nigdy go nie zawiodło. Tak samo teraz czuł, że za tą z pozoru błahą sprawą, kryje się większa tajemnica, która tylko czeka na odkrycie.

Aleksander z każdym dniem pobytu w szpitalu nabierał pewności, że ocalenie jakiego doświadczył nie było dziełem przypadku. Zarówno on, jaki i pozostali ocaleni kryli na dnie swoich dusz mroczny sekret. Coś co każdego z nich doprowadziło na skraj piekielnych czeluści. Nie mówiło się tego otwarcie, ale Aleksander umiał wyczytać z ludzkiej twarzy więcej niż nie jeden jasnowidz. Setki wywiadów nauczyły go czytać między wierszami. Nie pytał nikogo wprost, ale za każdym razem go była mowa o ocaleniu z pożaru, ludzie z któymi był na sali wycofywali się w głąb siebie lub pokątnie mówili, że im się to nie należało. Sam utożsamiał się z tym poglądem, ale czuł jednocześnie, że jego ocalenie miało o wiele głębszy sens niż mógł w tej chwili sobie wyobrazić.
-Bóg daje mi kolejną szansę na poprawę mojego życia, na naprawienie błędów. Dał mi spojrzeć w otchłań piekła, bym się wycofał i ruszył w przeciwna stronę

Po tygodniu spędzonym w szpitalu, Alekander mógł w końcu wrócić do domu. I choć wiedział, że czeka tam na niego tylko pustka, to w głębi duszy cieszył się. Żył nadzieją na lepsze jutro. Powiedział sobie, gdy przekraczał szpitalny próg:
- Stary właśnie zamknąłeś za sobą drzwi do kurwesko złego rozdziału swojego życia, od tej chwili może być już tylko lepiej.
Wsiadł do taksówki i ruszył do domu.
Aleksander zaczął swój powrót od zakupów, trochę normalnego jedzenia by odpocząć od monotoni szpitalnych posiłków, butelka dobrego wina na kolację i na koniec kilka nowych koszul, grawat i nowy garniutur by jakoś zaakcentować zmianę jaka w nim zaszła. Na koniec zadzwonił do redakcji i powiedział, że czuje się już dobrze i że od poniedziałku wraca do pracy.

Kuchenny zegar wybił dwudziestą trzydzieści, Aleksander właśnie skońcyzł jeść kolacje i wkładał brudne naczynia do zlewu. W radiu nadawano jakąś audycję, której dziennikarz słuchał mimochodem. Czekał na kolejny odcinek przygód "Leo i Patricka", powieści krymialnej Stevena McColinsa, którą nadawano właśnie w tych godzinach. Gdy nagle usłyszał z wnętrza odbiornika dziwny szum a po chwili metaliczny brzęk, po czym radio zamilkło. Mężczyzna przerwał mycie naczyć, wytarł ręcę i podszedł do szafki na której stało radio.
- Cholerne wynalazki - burknął pod nosem - zawsze nawalą, gdy człowiek chce czegoś posłuchać.
Zbliżył się do szafki. Radio milczało głuchą ciszą, wyglądało na to że żarówka podświetlająca skalę też odmówiła posłuszeństwa.
- No to pięknie, kolejny odcinek "Leo i Patricka" odczytają bez mojego udziału.
Dziennikarz nie znał się na elektryce i jedyne co przyszło mu do głowy to sprawdzić czy wtyczka jest na swoim miejscu. Upadł na kolana i sięgnął za szafkę by poprawić kabel. Ledwo się schylił, gdy radio nagle ponownie ożyło. Żarówka jarzyłą się ciepłym pomarańczowym światłem a z glośników popłynęła przepiękna muzyka. Człowiek, który grał musiał być wirtuozem. Sposób w jaki wydobywał dźwięk ze skrzypiec był poprostu mistrzowski. Aleksander usiadł na dywanie i słuchał jak zahipnowyzowany. Muzyka koiła jego stargane ostatnimi czasy nerwy i rozlewała się niczym balsam po duszy. Melodia była spokojna i melancholijna, przywodziła na myśl odległe rosyjskie stepy, które Aleksander widział po raz ostatni będąc dzieckiem. Nigdy nie wracał myślami do swojej ojczyzny, aż do teraz. Za sprawą tajemniczego wiruoza skrzypiec Aleksander powrócił myślami do dzieciństwa spędzonego u boku kochającej rodziny. Wspominał ukochaną matkę, która zawsze się o niego troszczyła, surowego ojca, którego tak bardzo nienawidził i za którym, jak sobie teraz zdał sprawę bardzo tęskni i jedynego brata, którego zamordowano i po którego starcie do dziś nosił ranę w sercu. Obrazy z dzieciństwa zalały go niczym lawina, niby rwąca rzeka przeniosły go w lata dawno minione. Łzy napłynęły mężczyznie do oczu, nie mógł ich powstrzymać.
Aleksander siedział na miękkim dywanie w swoim mieszakaniu, słuchał tajemniczego mistrza skrzypiec i płakał nad tym co utracił. Płakał za kochającą rodziną, za ojczyzną, która zniknęła zalana bolszewicką dżumą, i za cudownym i bezpiecznym dzieciństwem. Gorące łzy płynęły mu po policzkach. Aleksander zdał sobie sprawę, że jest na świecie sam, że nie ma już nikogo kogo mógłby nazwać bliskim. Żadnej rodziny, żadnego krewnego, ani żadnego przyjaciela. Bolesna świadomość samotności przygniotła go.
Gdy Aleksander uniósł rękę do góry by otrzeć łzy, radio zamilkło zupełnie. Nastała kompletna cisza.

Mężczyzna nie próbował już nawet spojrzeć co się stało z odbiornikiem. Wstał i nalał sobie kieliszek czerwonego wina, które spożywał do kolacji. Uniósł go w górę i krzyknął:
- Za was moi bliscy zmarli, za was i za mnie. Salute! - po czym jednym haustem wypił zawartość kieliszka, który następnie roztrzaskał o podłogę.
 
brody jest offline  
Stary 03-05-2009, 14:47   #7
 
Vavalit's Avatar
 
Reputacja: 64 Vavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znany
- Proszę Księdza! Proszę Księdza! - zawołała jakaś kobieta.
Ksiądz Daniel obrócił się i ujrzał skąpo ubraną dziewczynę, pięknie wymalowaną. Krótka czarna spódniczka, duży dekolt, buty z dużym obcasem. Trzymająca w lewej ręce małą czarną torebeczkę. Ale nie to przykuło uwagę księdza, tylko piękne wystraszone błękitne oczy. Zamyślił się na krótką chwilę.

Anioł. Po prostu anioł. Co taka piękna kobieta robi w tym biznesie? Tylko zatraca się. Piękna jest. Jej oczy. Cholera, co mam jej powiedzieć? Nie lubię takich spotkań. Onieśmiela mnie trochę ona. Panie, pomóż!

- Czego chcesz? - zapytał niepewnie Daniel.
- Moja koleżżż.... przyjaciółka tam - wskazała stary zabity deskami dom. - leżyyy, nie reeaguje. Wszęędzie tabletki. Niech ksiądz pomoże - wyjąkała Kurtyzana, po czym zaczęła biec.
A to co? Potrzebują mnie? Niech to tylko się szybko skończy.
Ksiądz ruszył za nią do budynku.
Ponury, stary budynek. Kruszące się ściany. W pierwszym pokoju z prawej zauważył materac i leżącą na nim dziewczynę. Miała zaledwie dwadzieścia parę lat. Wokół było pełno różnorakich pigułek. Jej koleżanka usiadła przy niej i płakała.

Dlaczego Ja? Dlaczego Ojciec Edward nie mógł tędy iść? Dlaczego? Panie, oszczędź mnie! Taka ładna! Niech to szlag! Suka! Waliła się z każdym z miasta po pięć razy! Dobra, Daniel uspokój się. Ta młoda wezwała mnie, abym pomógł. Odprawię ostatni sakrament i szybko pójdę.

Ksiądz westchnął i także usiał. Wyciągnął olejek i nałożył go najpierw na czoło wymawiając:
Per istam sanctam unctionem et suam pissimam misericordiam adiuvet te Dominus gratia Spiritus Sancti ut a peccatis liberatum te salvet atque propitius allevet. Amen.
znów sięgnął ręką po olejek i nałożył go tym razem na zewnętrzną część dłoni wypowiadając znów tą samą modlitwę.
Po skończeniu powoli wstał i spojrzał jej prosto w oczy. Te powoli zaczynały się zamykać. Po Danielu przeszły dreszcze, mimo iż to nie był jego pierwszy raz.

I odeszła. Dlaczego teraz?! Tyle pytań w ciągu zaledwie paru chwil! Będą problemy. Muszę iść, ale co z ciałem? Policja! Panie, proszę spraw chociaż aby policjanci byli w pobliżu.

Ksiądz schował olejek, wstał i szybko wyszedł na zewnątrz.
W tym samym czasie ulicą jechał radiowóz. Daniel wyszedł prawie że na ulicę i zaczął machać rękami. Ci się zatrzymali. Jeden z nich wyszedł z auta i zapytał Daniela:
- Co się stało?
Daniel otrząsnął się, przełknął ślinę i wskazał budynek jednocześnie mówiąc:
- Tam, jakaś kurtyzana popełniła samobójstwo.
Policjant obrócił się w stronę swojego kolegi coś pokazując. Po czym znów zwrócił się do Daniela:
- Rozumie pa... - spojrzał na koloratkę i od razu się poprawił - Ksiądz ,że musimy spisać pańskie dane.
Gdy tylko policjant wyciągnął notes Daniel podał swoje dane. Policjanci weszli do budynku, a Daniel ruszył w stronę plebani.

Suka, mam nadzieję że już gnije w piekle! Muszę się przespać i uspokoić.

Po drodze zaszedł do małego sklepu. Był tam stałym klientem. Gdy tylko pojawił się w progu stary sprzedawca od razu przygotował paczkę papierosów. Daniel podał bknot, zabrał paczkę z lady i wyciągnął papierosa.
- Ma pan zapałki? - zapytał sprzedawcę.
Ten wyjął jedną zapałkę podpalił i podał księdzu.
 
Vavalit jest offline  
Stary 18-05-2009, 14:41   #8
 
one_worm's Avatar
 
Reputacja: 315 one_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skał
John rozmawiał z Aidanem i ten ostatni postanowił powiedzieć policjantowi o dziwnych gościach. Gdy miał przejść do rzeczy usłyszeliście obaj przeraźliwy krzyk, ktoś krzyczał tak jak by został przebudzony przez koszmarne nocne majaki. Ludzie znajdujący się na cmentarzu, o tej porze byli to głównie pracownicy, zamarli, tak jak zresztą wy. Kostnica. Tam ktoś krzyczał. Ruszyliście szybko w tamtym kierunku. Biegliście ile tchu i na ile pozwalał wam wasz wiek, co było ważne szczególnie u Aidana. Wbiegliście do sporego budynku, który był chłodnią, wasze oddechy pojawiły się w formie widocznej pary. Światło paliło się jasno i doskonale rozświetlało całe pomieszczenie i doskonale widzieliście te ciała... albo to była wasza fantazja? Tego do dziś nie możecie być pewnymi jednakże leżeli tam pracownicy pozbawieni kończyn, tak jak by ktoś w wielkim szale z nieludzką siłą je powyrywał. Wszystkie schowki na ciała były pootwierane, a kilka ciał które miały być pochowane jutro leżały bezładnie w bluźnierczej pozie osób żyjących, jakby nabijając się z żywych. Każdy z denatów posiadał już garnitur, każdy był przygotowany do jutrzejszego pochówku... Każdy miał nacięte ręce jak tamta kurtyzana która odebrała sobie w ten sposób życie... Jej tam nie było... " Azathoth" Tylko to dało się odczytać ze ścian... wszędzie było zapisane tylko to jedno słowo, gdzie krew była atramentem. Krew tych, którzy przygotowywali ciało kurtyzany do ostatecznego spoczynku.


Ksiądz Daniel właśnie popijał sobie herbatę, gdy nagle rozbrzmiał się telefon. Ksiądz wstał od biurka i podszedł do ściany, na której ów aparat się znajdował. Dźwięczał właśnie trzeci sygnał gdy machinalnie go odebrał...
- Tutaj ksiądz Daniel Kowalski, czym mogę służyć tak późną porą...
Z drugiej strony, dochodziło jedynie jakby kapanie...
- Halo? Nic nie słyszę, proszę zadzwonić jeszcze raz ale z innego aparatu bo ten jest uszkodzony i słyszę tylko jakieś jakby kapanie.

Po tych słowach osoba po drugiej stronie rozłączyła się....


Tymczasem następnego dnia rano pewien reporter przeglądając korespondencję na swoim biurku zauważył pewien szczególny list. List wyróżniał się tym od pozostałych, że był dziwnie kaligrafowany. Pierwsze słowo, było napisane najpiękniejszym pismem jakie w życiu widział, podczas gdy drugie było ledwo czytelne. Każdy kolejny wyraz, włączając w to adres był napisany właśnie w ten sposób. W środku była tylko kartka z napisem, w takim samym zresztą stylu, który głosił:" Azathoth. Jutro. Cmentarz. 19.00". Data była wczorajsza.
 
__________________
Do szczęścia potrzebuję tylko dwóch rzeczy. Władzy nad światem i jakiejś przekąski.
one_worm jest offline  
Stary 18-05-2009, 18:38   #9
 
Demon Lord's Avatar
 
Reputacja: 11 Demon Lord nie jest za bardzo znany
Rozmowa Johna z grabarzem została przerwa przez dziwny odgłos który szybko przerodził się w przerażający krzyk. John bez zastanowienia ruszył w kierunku z jakiego dobiegały dźwięki. Z tego co był w stanie zauważyć grabarz biegł za nim. Policjant wbiegł do chłodni, to co zobaczył wywołało w nim odruch jakiego nie doznał już od dawna, zwymiotował. W swojej karierze widział trupy, ale to co stało się tutaj przechodziło wszelkie oczekiwania. John szybko otrząsnął się z swojego stanu, wyciągnął broń za pasa, ruszył w głąb chłodni. Prócz nich, nie było w środku nikogo żywego, przynajmniej policjant nikogo nie zauważył.
Porter podszedł do jednego z martwych ciał, szybko zauważył rany na rękach, były takie same jak u dziwki. Oglądnął zwłoki jeszcze kilku martwych osób, u wszystkich ślady były takie same. Znak na ścianie, pisany krwią Azathon, policjant nie znał takiego słowa. Jedna rzecz szczególnie irytowała policjanta, nigdzie nie mógł znaleźć ciała kurtyzany.
John podszedł do grabarza i zaczął mówić...
-"Macie tu jakiś telefon ?? "
//Jeżeli powie że mają
-"Więc nie stój tu tak, rusz zawiadomić policje i służby medyczne, ja muszę zając się zabezpieczeniem tego miejsca..."- Policjant nie mógł zostawić grabarza samego na miejscu zbrodni, nie mógł też ruszyć razem z nim. Takie procedury. John starał się nie patrzyć na zwłoki, które powodowały dziwne uczucie w żołądku, nie chciał zwymiotować raz. Policjant nie chciał tego okazywać na zewnątrz, jednak w głębi siebie czuł przerażenie, wielki strach. Takiego mordu nie widział jeszcze nigdy. Gdy tylko odpowiednie służby przybyły na miejsce, policjant wyjaśnił wszystko co wie na ten temat, następnie poprosił o sprawdzenie co znaczy słowo Azathoth. Sam ruszył do domu odpocząć, chciał wrócić do siebie....dobrze wiedział że widok ciał będzie go dręczył w nocy. Jednak postanowił się zdrzemnąć. Zbrodnia nad którą teraz pracował była bardziej posrana niż się spodziewał.
 
Demon Lord jest offline  
Stary 27-05-2009, 15:12   #10
 
Baczy's Avatar
 
Reputacja: 545 Baczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnie
Z dnia na dzień Aidan czuł się nieco lepiej. Wolno, ale zaczął odzyskiwać nadwątlone siły, mimo iż posiłki w szpitalu pozostawiały sporo do życzenia... Dziwne sny przestawały go niepokoić, co również było dla niego dobrym znakiem. Po tygodniu odpoczynku w szpitalnym łożu, lekarze pozwolili starcowi, jak i reszcie ofiar pożaru, wreszcie opuścić placówkę. Nie łatwo było zmusić do intensywnej pracy rozleniwione mięśnie, ale mężczyzna musiał przecież wrócić do pracy. Tygodniowy zastój w interesie nie był może niczym tragicznym, ale taki pracoholik jak Aidan nie może zbyt długo leżeć bezczynnie w łóżku ze świadomością czekającej nań roboty.
Pierwszy dzień poza murami szpitala musiał jednak poświęcić sprawom osobistym. Najpierw wziął długą, relaksującą kąpiel i ogolił się dokładnie. Nie był już przystojny, o ile w ogóle kiedykolwiek można było o nim tak powiedzieć, mimo to dbał o siebie, chcąc zrobić na innych jak najlepsze wrażenie. Gdy już cały rytuał związany z higieną był zakończony, starzec wybrał się na małe zakupy. Po tygodniu nie zostało mu właściwie nic zdatnego do zjedzenia. Gdy wrócił do domu i zjadł pierwszy porządny obiad od tygodnia, postanowił odwiedzić swojego przyjaciela, Dylana. Ostatnio widzieli się w szpitalu, kilka dni temu, kiedy to Aidan nie był jeszcze w zbyt dobrej formie i gra w szachy nie wchodziła w rachubę. Może teraz stary znajomy będzie miał czas na jedną czy dwie partyjki? Cullenowi przydałaby się taka inteligentna rozrywka, żeby pobudzić szare komórki po nudnym pobycie w szpitalu. Poza tym, Dylan martwił się o zdrowie Aidana, ucieszy się więc pewnie, gdy ten stanie u progu jego drzwi, cały i zdrowy.

***

- Co się dzieje?- zapytał Dylan zbijając królową Aidana.
- Nic, a co ma się dziać? – powiedział starzec, zdejmując białego skoczka z szachownicy i zastępując jego miejsce swoim gońcem- Po prostu jestem trochę nie w formie.
- Właśnie widzę. Nie wyglądasz najlepiej, powinieneś jeszcze zostać w szpitalu.
- Nie przesadzaj, nie jestem jeszcze tak niedołężny, jak Ci się zdaje-
delikatny uśmiech zagościł na twarzy grabarza. Przesunął swoją wierzę na odpowiednią pozycję. Tym razem wygra.
- Nie, nie o to chodzi. Cudem wyszedłeś żywy z pożaru, twoje ciało jest chwilowo osłabione, to normalne.- rudowłosy mężczyzna, jakby od niechcenia przesunął gońca na z góry ustaloną pozycję. – Musisz odpocząć nim wrócisz do pełni sił. Nie bądź uparty, zrób sobie jeszcze parę dni wolnego- z rezygnacją patrzył, jak jego przyjaciel po raz drugi dzisiejszego dnia wchodzi w tę samą pułapkę, którą na niego zastawił. Zdecydowanie jest mu potrzebny odpoczynek.
- Nie martw się, już mi lepiej. Po pożarze miałem dziwne sny, nie mogłem spać, no i to szpitalne jedzenie. Ty wiesz, jak oni karmią chorych? Trudno stamtąd wyjść w dobrej formie…
- Szach mat
- przerwał Aidanowi Flynn- To już czwarta partia dzisiaj, którą wygrywam. Nie możesz się skupić. Nadal uważasz, że nie potrzebujesz wolnego?
Stary Cullen patrzył zrezygnowany na szachownicę. To się nigdy nie zdarzyło, zawsze jego pojedynki z Dylanem były zacięte i nigdy żaden nie wygrał z drugim w tak krótkim czasie. I na pewno nie cztery razy. Dodatkowo układ pionków coś mu przypominał. Dopiero po chwili dotarło do niego, że poprzednią partię przegrał w bardzo podobny sposób…
"Kogo ja próbuję oszukać? Muszę się wziąć w garść…"
- Dziękuję, przyjacielu. Wiedziałem, że Ty mi pomożesz- powiedział wstając i ściskając dłoń rudowłosego rodaka- Chyba faktyczni obecnie nie ma ze mnie pożytku- dokończył, uśmiechając się ponuro.
- Może odprowadzić Cię do domu?
- Nie, dziękuję, poradzę sobie. Do zobaczenia.
- Za tydzień masz być już w szczytowej formie, i nie chcę słyszeć żadnych wymówek- zażartował Dylan, gdy grabarz przekroczył już próg mieszkania.

***

Był wieczór. Po powrocie od przyjaciela Aidan zdrzemnął się trochę, potem wrzucił coś na ząb i zajął się księgowością. Chciał odpocząć, ale nie mógł sobie przecież pozwolić na bezczynne siedzenie, nie tak został wychowany. Będzie pracował, najwyżej trochę lżej, ale będzie. To już postanowione. Najpierw musiał posegregować papiery, wszelkie zlecenia i rachunki i uzupełnić księgę rachunkową. Nie ma co tego odwlekać.
Gdy o godzinie 20 zmęczenie dawało o sobie znać, starzec odłożył na moment księgę, żeby dać sobie chwilę wytchnienia. Już niewiele zostało, zaraz skończy.
Wstał, żeby otworzyć okno i wpuścić nieco świeżego powietrza do pokoju, zaczynało mu się robić duszno. Gdy spojrzał przez zamknięte jeszcze okno na teren cmentarza, zauważył grupkę ludzi zgromadzoną przy jakimś starym grobie. Byli to dobrze ubrani mężczyźni. Co ciekawe, wszyscy mieli na głowach klasyczne meloniki. Jeden z jegomości trzymał masywną księgę pokaźnych rozmiarów. Gdy, z pomocy drugiego, otworzył ją, zaczął odmawiać jakąś modlitwę. Reszta zgromadzonych jednym głosem powtarzała jego słowa. Gdy tylko skończyli swoje modły, rozeszli się w różnych kierunkach, bez pożegnania, bez słów. Aidan miał dziwne, niezbyt przyjemne przeczucie. To nie wyglądało na Pismo Święte, a ich słowa, mimo iż zagłuszone przez szybę, wydawały się nie pasować do znanych grabarzowi modlitw chrześcijańskich. I jeszcze ta tajemniczość… Stary Cullen obiecał sobie sprawdzić, czyj to grób, jeszcze podczas dzisiejszego obchodu. Otworzył okno i usiadł na krześle, ciągle mając w pamięci tę dziwną grupkę mężczyzn.

***

Gdy wreszcie skończył papierkową robotę, wyszedł z domu w celu zrobienia rutynowego obchodu po cmentarzu. Nie zapomniał też o sprawdzeniu tego wyjątkowego grobu. Było to zbyt niecodzienne, żeby mógł o tym tak łatwo zapomnieć. Zobaczył jednak podjeżdżający radiowóz, zatrzymał się więc i czekał. Samochód zatrzymał się i wysiadł z niego wąsaty policjant, ten sam, który leżał z Aidanem w szpitalu. Nie rozmawiali jednak o tym incydencie w melinie i od razu przeszli do interesów. Mundurowy przywiózł do kostnicy kobietę, tę samą, która leżała z nimi na sali, w szpitalu. Pracownicy wnieśli ciało do chłodni, a Aidan i John rozmawiali przez kilka minut, Cullen zaczął już opowiadać policjantowi dziwną scenę, którą widział dzisiejszego wieczora przy jednym z grobów.
Nagle, ktoś zaczął krzyczeć. Okropny, pełen przerażenia dźwięk sparaliżował na moment całe otoczenie. Pierwszy ocknął się funkcjonariusz, który ruszył w kierunku, z którego dochodziły wrzaski, w kierunku kostnicy. Aidan pobiegł za nim, jednak był już stary i z każdym krokiem zostawał bardziej w tyle za policjantem. Gdy grabarz dobiegał do chłodni, John stał wewnątrz zgięty wpół i wymiotował… "No cóż, może zapach jest niezbyt przyjemny, ale żeby od razu wymiotować? Zaraz, to pachnie… Jak świeża krew…"
Gdy tylko wkroczył do pomieszczenia, jego oczom ukazał się okropny widok. Widywał już ofiary wypadków, zdeformowane ciała, powyginane kończyny, raz nawet widział człowieka, przeciętego na pół, biedak wypadł z wagonu pociągu wprost na szyny, pod koła kolejnego wagonu… I chyba ten ostatni obraz był najbardziej podobny do tego, co tu widział. Pełno krwi, rozczłonkowane zwłoki pracowników chłodni, porozrzucane zwłoki przygotowane już do pochówku, o dziwo, nietknięte. Serce starca zaczęło bić jeszcze szybciej, wrócił chwiejnie do wyjścia, oparł się o framugę drzwi i oddychał głęboko. Policjant wyciągnął broń i obszedł całe pomieszczenie, sprawdzając martwe ciała. Gdy Cullen ponownie spojrzał na tę okropną scenę, zauważył, że ściany nie są tak po prostu upaćkane krwią ofiar. Wszędzie, na każdej ścianie, wypisane było krwią słowo "Azathoth".
- Macie tu jakiś telefon ??- odezwał się do Aidana policjant.
- Tak, jest jeden, w biurze.
- Więc nie stój tu tak, rusz zawiadomić policje i służby medyczne, ja muszę zając się zabezpieczeniem tego miejsca...- wydał rozkaz policjant. Tak, to było jedyne, co mogli zrobić. Starzec powoli poszedł zatelefonować po odpowiednie służby, próbując się uspokoić i opanować. Zadzwonił na policję i starał się wszystko w miarę składnie opowiedzieć. Powiedzieli, że już kogoś wysyłają. Pogotowie? Hm, może jest szansa, że ktoś jeszcze żyje… Naiwne, ale może jednak. Po krótkiej rozmowie, Aidan usłyszał w słuchawce zapewnienie, że już ktoś jest w drodze. Teraz tylko pozostawało czekać.
"Cholera, jak ja bym się napił… Pieprzona prohibicja!"
 
__________________
– ...jestem prawie całkowicie przekonany, że Bóg umarł.
– Nie wiedziałem, że chorował.
Baczy jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:17.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166