Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 18-06-2009, 22:11   #1
 
Yarot's Avatar
 
Reputacja: 84 Yarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znany
[KULT] De profundis

Faza 0
Kościół pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny nie był może szczytem architektonicznym na miarę stolicy, ale jest lubiany przez parafian ze względu na położenie i atmosferę. Okolice warszawskiego Wawra nie przypominają wielkomiejskich zabudowań złożonych z biurowców tylko małomiasteczkowe wąskie uliczki parterowe domy. Pośród nich stała biała bryła kaplicy z niską przybudówką w postaci plebanii i domu rekolekcyjnego. W zimie, która już nadchodzi dużymi krokami, wszystko przysypane jest śniegiem i razem z okalającymi kaplicę drzewami tworzy niesamowity krajobraz pełen ciepła i spokoju.

[MEDIA]http://www.piusx.org.pl/app/inc/kaplice/img/warszawa4.jpg[/MEDIA]

Ostatni wypadek księdza Antoniego przeżywano przez kilka dni dość głośno i z przestrachem. Ksiądz był lubiany w okolicy, często pomagał bezdomnym i tym, którzy na taką pomoc czekają. On to zdecydował przeprowadzić remont kaplicy, który powoli dobiega końca. Na pasterkę miano uroczyście zakończyć prace i wszyscy mieli cieszyć się odnowionym kościołem. Obecnie po wypadku, prace są kontynuowane i ksiądz Piotr dokłada wszelkich starań, by wszystko odbyło się o czasie. Na każdej mszy zanoszone są modły o zdrowie dla księdza Antoniego i w zasadzie każdy szczerze współczuł duchownemu. Tylko nieliczni zaczęli się zastanawiać, co też się tak naprawdę stało. Szybko jednak ukrócono takie dociekania i pozostawiono to na rzecz modlitw o powrót księdza do kościoła.

Faza I
14 listopada 2008

Parafianie wyszli z kościoła zostawiając po sobie ciszę i spokój. Władysław zabrał się za porządkowanie kościoła i liczył, że pójdzie mu to sprawnie. Dziś piątek i wypocząć. Już jutro czeka go obicie watą szklaną południowej części dachu nim przyjdą mrozy i zrobi się zimno. Grzejniki są już stare i te resztki ciepła, które produkują, trzeba zatrzymać jak najdłużej w kościele. A bez uszczelnienia i ocieplenia dachu będzie to niemożliwe. Jeszcze za księdza Antoniego postanowili, że trzeba to będzie zrobić. Ostatnie prace przy ławkach do kruchty zabrały za dużo czasu. Deski nie były do końca wyheblowane i trzeba było to zrobić ręcznie. Pyliło się tak bardzo, ksiądz Antonii śmiał się, że X wygląda jak młynarz. Mężczyzna nie zważał na to, bo wiedział, że było to w żartach powiedziane i nikt tu nie ma powodu by mówić o nim źle. Znalazł tu ciepło, dach nad głową i spokój. Nie miał powodów do narzekania i nie zamierzał. Chciał dobrze wykonywać swoją pracę i nie mieć sobie nic do zarzucenia.
Wychodząc z zakrystii pozdrowił księdza Piotra skinięciem głowy. Nie padało. W chłodnym powietrzu widać było parę unoszącą się z ust. Piątkowy wieczór zapowiadał się nieźle. Obejrzy piątkowy film, wypije jedno piwo i położy się spać. I tak nie miał nic innego do roboty i ochoty na coś więcej.

Dziś zajęcia skończyły się dość szybko. Konrad postanowił ten dodatkowy czas poświęcić dłuższej niż zazwyczaj jeździe rowerem. Co prawda aura nie była specjalnie sprzyjająca, ale dla wykładowcy uniwersyteckiego nie robiło to specjalnej różnicy – dobrze mu się jeździło w każdą pogodę. Przemknął przez Sasanki i Marynarską wpadając na ulicę Rzymowskiego, która już zaczęła się korkować. Szare, ursynowskie blokowiska, straszyły czarnymi śladami zamkniętych okien, betonowymi płytami oraz smrodem spalin. Dlatego dojazd do siebie i wjechanie na ósme piętro przyjął z ulgą. Jeszcze tylko odpowiednie zabezpieczenie roweru i mógł wreszcie położyć się wygodnie na łóżku.
Nie był specjalnie zmęczony, ale znużenie po całym tygodniu pracy jest nie do uniknięcia. Spotkania, zajęcia, rower – to wszystko wymaga czasu i skupienia. Czas wolny miewał rzadko a te nieliczne chwile, które łowi każdego dnia, wykorzystuje niemiłosiernie do granic możliwości. Nadchodziła odpowiednia pora – za oknem szarówka i wieczór wpełza leniwie między bloki. Gdzieś za ścianą zaczyna grać głośno telewizor a za oknem miejscowi skrzykują się na wieczorną imprezę.
Konrad szybko przebrał się, zrobił sobie herbatę i zasiadł za stołem, gdzie dumnie stał jego król – szara skrzynka peceta. Spojrzał na ścianę pełną książek i zastanawiał się co by zrobić tego wieczora.

Ewa patrzyła na ołowiane niebo wypełniające jedyną ocalałą szybę na południowej ścianie. Robiło się już zimno i miejscowi zaczęli już szykować się na zimę. I tak pewnie jak zrobi się tak zimno, że oczy zaczną piec, to wszyscy udadzą się do noclegowni. Póki co jeszcze dało się wytrzymać. Ciężkie chmury zwisały nisko nad miastem grożąc deszczem. Szary ząb budynku widoczny tylko od drugiego piętra wyglądał jak opustoszała wieża zamkowa. I tylko magia już dawno opuściła to miejsce. Na Pradze nic nie było magiczne. Jedynie rozpadające się budynki, wszechobecny brud oraz tępe spojrzenie miejscowych osiłków. Nie było to miejsce marzeń Ewy. Nawet nie wiedziała, czy takowe istnieje. Chyba nie w tym wcieleniu.
- Daj zapalić – padło z materaca, który od jakiegoś czasu okupowała grupka małolatów.
Zapach dymu i trawki zakręcił w nosie. „Dzieciaki” pomyślała Ewa. Śmiech wypełnił wnętrze wielkiego i zniszczonego pokoju.
Zimny dotyk ceglanej ściany, chłód za oknem i to piekło, które nadciąga z każdym wieczorem i nocą. Piekło samotności i czegoś jeszcze, co drzemie w duszy dziewczyny od bardzo dawna. Odepchnęła się od ściany i wstała. Podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz. Reszta towarzystwa siedziała na dole, przy trzepaku i chłonęła ostatnie blaski dnia. Ktoś palił papierosa, inny znów kiwał się w rytm muzyki wtłaczanej przez słuchawki w uszach. Codzienność. Conocność. Szarość.
Szare podkówki pod oczami widać było teraz bardzo wyraźnie. Na ładnej buzi dziewczyny można było wyczytać wszystko to, co robiła przez ostatnie dni – podróże po mieście, stołowanie się w darmowych jadłodajniach po kościołach albo parkach, patrzenie w szare niebo i uciekanie od swojego odbicia w wystawach sklepowych. Dobrze, że miała się w co ubrać i woda nie ciekła za kołnierz. Miała się też gdzie umyć i potrafiła zadbać o siebie.
Ciszę pokoju przerwało głośne wejście grupy spod trzepaka. Ktoś podbiegł do telewizora, śmiech, dokazywanie i zapach trawki. Szarość.
Ewa patrzyła na to wszystko obojętnie. Zimny dotyk ceglanej ściany i chłód za oknem. Wyjęła z plecaka kurtkę i zarzuciła na plecy. Piątek wieczór właśnie się rozkręcał.
 
__________________
...and the Dead shall walk the Earth once more
_. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : ._
Yarot jest offline  
Stary 18-06-2009, 23:35   #2
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 1496 liliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumny
Piątek. Może był i piątek. Już dawno przestała zwracać uwagę na dni tygodnia i daty zmieniające się w kalendarzu. Dzień jak co dzień.

Obudziła się jak zwykle, bliżej południa niż poranka. Nie mogła spać przez większość nocy. Zawsze gdy zapadał zmrok jej koszmary ożywały, a ona zastygała na łóżku z ogromnymi jak pięciozłotówki oczami i nakrywała głowę kołdrą. Drżała i wyczekiwała pierwszych promieni słońca. Ale te długo nie nadchodziły. Z ulicy dobiegały za to najróżniejsze odgłosy. Szepty niesione wiatrem, demoniczne krzyki, odgłosy rysowanej blachy stojących na ulicy samochodów. Piskliwe, świdrujące. Znowu nerwy jak postronki. Aż do świtania.

Powitały ją te same cztery ściany, które żegnały zeszłej nocy. Dalekie od domowej idylli. Punkowy brudny squat, gdzieś w samym sercu Pragi. Usytuowane w starej obdrapanej kamienicy dwupokojowe mieszkanie wypełnione po brzegi młodymi bezdomnymi dzieciakami. Ściany upstrzone barwnymi graffiti i plakatami, kilka materaców rzuconych niedbale na podłogę i wiecznie jazgoczący, archaiczny telewizor.



Jakiś koleś pobrzękiwał na gitarze, kilka panienek szczebiotało wesoło, chyba jeszcze nie skończyli wczorajszej imprezy, a może rozpoczynali już nową? Ewa wstała opieszale owijając się hermetycznie kołdrą.

- Chcesz przypalić? – jakiś chłopak wyciągnął w jej stronę skręta i uśmiechnął się głupkowato.

Spojrzała na niego jak na rzadki okaz ssaka, któremu grozi wyginięcie. Nic nie powiedziała, odwróciła się na pięcie i podreptała do łazienki, przezornie zabierając z sobą plecak. Nie chciała by ktokolwiek, nawet przypadkiem, zaglądał do jej rzeczy. Mógłby się zdziwić jego zawartością. Przywłaszczyć sobie jej własność, bądź co gorsza, zadzwonić po gliny. Choć na punkowej melinie to ostatnie raczej nie groziło.

Siadła na parapecie, z brodą opartą o kolana, i wpatrywała się dłuższą chwilę w szarość kłębiącą się za oknem. Dziewczyna na oko trzynastoletnia. Przeciętnej urody, z burzą jasnych włosów poprzetykanych na przedzie różowymi pasmami. Mizerna, apatyczna, z miną zdradzającą permanentne przygnębienie. Wyglądała na starszą niż była w rzeczywistości. Może przez te podkrążone oczy, które ostentacyjnie zdradzały problemy z bezsennością? A może przez tą poważną surową twarz, z której wyzierał absolutny pesymizm? Nie była to w każdym razie typowa nastolatka. Na pierwszy rzut oka było wiadomym, że coś z nią było nie w porządku. Trudno było jednak osądzić, co dokładnie.



Listopad. Zachmurzone niebo, siąpiący deszcz, morze parasoli i udzielający się przechodniom ponury nastrój. Nie chciało jej się wychodzić na zewnątrz. Jedynie pusty żołądek dawał znać, że już czas zebrać dupę w troki i ruszyć do stałego punktu, gdzie bezdomni i najgorszy element rezydujący w tej dzielnicy gromadzili się na darmowy posiłek.

Ubrała się pośpiesznie. Wciągnęła na siebie pstrokate spodnie i czarną męską marynarkę. Zasznurowała wreszcie kradzione buty i owinęła się szczelnie kradzioną kurtką. W kieszeni zwinięte w rulon tkwiły co prawda dwa banknoty stuzłotowe, oczywiście również kradzione, ale trwała w mocnym postanowieniu aby pozostawić je w spokoju.
Na czarną godzinę – pomyślała. – Niebawem taka przyjdzie. Zawsze przychodzi…

Dobytek całego życia jak zwykle miała przy sobie, upchany w niezbyt obszernym plecaku. Przekroczyła próg kamienicy, na uszy wsunęła kradzione słuchawki kradzionego i-poda. Uruchomiła przycisk „Shuffle”. 10 gigabajtów kradzionej muzyki przetasowane niczym talia kart. Play. Kult - Krew Boga. Kolejny kawałek traktujący o stwórcy. Albo koleś, któremu skroiła ten odtwarzacz był religijnym maniakiem, albo wręcz przeciwnie, kompletnym ateistą. Trudno stwierdzić.

* * *

Za rogiem spotkała Jurka. Szesnastoletniego punka, który załatwił jej to lokum.
- Cześć Ewka – zagadnął.
Przystanęła, choć nie miała na to najmniejszej ochoty. Z czystej grzeczności skinęła głową na powitanie.
- Gdzie idziesz? – zmierzwił jej włosy dłonią, po przyjacielsku. Jasna gęsta czupryna napuszyła się zwyczajowo pod wpływem wilgoci. Ewka naciągnęła na głowę kaptur by ani jedno pasmo w kolorze słomy nie było spod niego widoczne.
- Na darmowe żarcie – mruknęła i ruszyła przed siebie. Chłopak już więcej się nie odezwał ale poszedł w ślad za nią.

A później była długa jak jesienna ulewa kolejka i talerz niesmacznej zupy. Zjadła wszystko do ostatniej kropli. Przez jakiś czas kręcili się z Jurkiem po okolicy, zupełnie bez celu. Nie lubiła towarzystwa. Chłopak gadał jak najęty, ale Ewa go nie słuchała. Cały czas jej czujny wzrok ślizgał się po otaczających ją przechodniach. Wyłapywała spośród nich mężczyzn w garniturach i instynktownie przechodziła na drugą stronę ulicy. Była jak zwykle baczna, przezorna. Kobieta z lewej zawiesiła na niej wzrok na zbyt długo. Mężczyzna w prochowcu szedł za nią przez trzy kolejne ulice nim zmienił kierunek. Mieć oczy dookoła głowy. Nie dać się złapać…

- No chodź, postawię ci kino – powtórzył chłopak, chyba już po raz trzeci, bo ignorowała jego wcześniejsze oferty.
- Nie – krótka odpowiedź. – Musze coś załatwić. Słuchaj, spotkamy się na chacie.

Zaczęło zmierzchać. Zahaczyła jeszcze o dworzec centralny.



Odnalazła faceta, którego imienia nie znała. Z miejsca go jednak rozpoznała. Stał na tym samym zaciemnionym peronie, z kapeluszem głęboko naciągniętym na głowę i papierosem tlącym się między pożółkłymi zębami. Typowy zakapior. Brakowało tylko tabliczki zawieszonej na piersi z wygrawerowanym napisem: „Omijać szerokim lukiem”.
- Cześć – rzuciła, wciskając mu w dłoń zegarek i trochę biżuterii. Zwinęła je kilka tygodni temu, jeszcze w Szczecinie. Zapasy trefnego towaru zaczynały jej się kurczyć.
- Dam ci dwie stówy – schował szpargały do kieszeni.
- Stoi.

* * *

Kolejny stały punkt wieczoru. Msza o 18.00 w okolicznej parafii, cholera wie pod jakim wezwaniem. Nie wiedziała co ją tam przyciągało. Może spokój tego miejsca? A może to, że wszyscy dla odmiany, zamiast do tyłu na nią, spoglądali w przód, na gigantyczny krzyż wiszący ponad ołtarzem? Nikt jej się nie przyglądał i może dlatego czuła się tutaj tak dobrze.

Zajęła jak zwykle miejsce w ostatnim rzędzie, tuż przy konfesjonałach, i standardowo odpaliła i-poda. Nie chciała słuchać bredni wykrzykiwanych przez bęcwała na ambonie. Shuffle…

Wrzuta.pl - Nine Inch Nails - The Wretched

Sączące się ze słuchawek dźwięki jeszcze bardziej ją przygnębiły. Nie miała pojęcia o czym facet śpiewa ale jego przejmujący głos na wskroś ją przeszywał, jakby normalnie śpiewał do niej w szczególności. Ewka, to kawałek dla ciebie. Albo o tobie. Wszystko jedno…
Oplotła się szczelnie ramionami i wbiła wzrok w marmurową posadzkę.

“The clouds will part and the sky cracks open
And God himself will reach his fucking arm through
Just to push you down
Just to hold you down
Stuck in this hole with the shit and the piss
And its hard to believe it could come down to this
Back at the beginning
Sinking
Spinning”

Starsza pani w mocherowym berecie, zasiadająca rząd wcześniej, odwróciła się raptownie z naganą wyzierająca z jej zoranego zmarszczkami oblicza. Chyba dobiegły ją szumy muzyki i była zdegustowana tym demonstracyjnym aktem impertynnencji. Gdyby miała w oczach zamiontowane lasery to spaliłaby ją teraz na wiór. Upiorne to dosyć było. Ewa się skrzywiła, po czym pokazał jej środkowy palec. Cholerna bigotka.

And now you’re one of us
The wretched, the wretched…

Trzasnęła za sobą drzwiami. Pewnie wzbudziła nie lada sensację wychodząc w środku wieczornego nabożeństwa. Dziecko ulicy. Odszczepieniec. Dziwadło. Do kościoła chodziła chyba z ciekawości. Bo przecież bóg, nawet jeśli istniał, czy chiałby mieć z nią cokolwiek wspólnego?

Do squotu dotarła grubo po dziewiątej. Zmęczona, chociaż nie zrobiła tego dnia niczego konstruktywnego. Jak zwykle. Wypartywała tylko. Węszyła, czy zbliża się nieubłagane. I znów miała problemy z zaśnięciem. Maisto ożywało kakofonią demonicznych odgłosów.

Boże, jeśli istniejesz… miej mnie w swojej opiece.
 

Ostatnio edytowane przez liliel : 18-06-2009 o 23:51.
liliel jest offline  
Stary 19-06-2009, 20:51   #3
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
Reputacja: 2215 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację
Nabożeństwo toczyło się swoim, ustalonym przez wieki rytmem. Władysław obserwował główną nawę kościoła siedząc na chórze, na miejscu dla organisty który przychodził tylko w niedziele i święta. Parafii poprostu nie było stać na zatrudnienie etatowego muzyka, a nie zgłosił się niestety jak narazie żaden wolontariusz.
W kościele było zaledwie kilkanaście osób.
- Cóż się dziwić - pomyślał Władysław - Ludzie w piątkowy wieczór mają ciekawsze zajęcia niż odwiedzanie Boga.
On też pewnie byłby teraz w innym miejscu, gdyby nie okoliczności, które go do tego zmusiły. Jednak i tak nie miał na co narzekać. Miał pracę, ciepły kąt i jako taki spokój. Ciszył się że spotkał księdza Antoniego, który pomógł mu w tak trudnym dla niego czasie. Ktoś mógłby powiedzieć, że to boże zrządzenie, ale Władysław patrzył na to troszkę inaczej. Uważał, że to kolejny etap jego pokuty. Pokuty, która być może nigdy się nieskończy.
Władysław obserwował modlących się. Większość z nich stanowiły starsze kobiety dla których wizyta w kościele była jedną z niewielu miłych rzeczy jaki im pozostały w życiu. Na tle tej szarej, ubranej w stare nie modne płaszcze i kurtki grupy, wyróżniała się ona. Władysław zwrócił na nią uwagę nie pierwszy raz, bywał już tutaj wcześniej. Dziewczyna na oko trzynastoletnia. Przeciętnej urody, z burzą jasnych włosów poprzetykanych na przedzie różowymi pasmami. Mizerna, apatyczna, z miną zdradzającą permanentne przygnębienie. Nie pasowała do tej szarej masy. Ale nie tylko dla tego mężczyzna dostrzegł dziewczynę. W jakiś dziwny i niepokojący sposób przypominała mu jego cókę, Maję.
- Być może tak właśnie by wyglądała, gdy dane jej było teraz żyć - pomyślał ze smutkiem.

Wspomniał zdjęcie, które nosił w portfelu. Kilkuletnia Maja, radosna i roześmiana z długopisem w dłoni.
- Kiedy to było? - westchnął mężczyzna -Po co wspominać bolesną przeszłość? - pytał sam siebie i po chwili dodawał słowa które powiedział mu kiedyś ksiądz Antoni - By lepiej żyć. Może to i prawda, ale za to jaka bolesna.
Dziewczyna wierciła się na ławce i widać było że nabożeństwo wcale ją nie interesuje.
W pewnym momencie poczciwa pani Stasia nie wytrzymała, obróciła się i posłała dziewczynie zabójcze spojrzenie. Mała bąknęła tylko coś pod nosem i wyszła ostentacyjnie. Ksiądz Piotr, który prowadził nabożeństwo tylko pokręcił z niechęcią głowę i modlił się dalej.
Władysław uśmiechnął się pod nosem na wybryk zbuntowanej nastolatki. Już chciał powiedzieć moja krew, ale rychło w czas ugryzł się w język.

Kościół powoli pustoszał. Ludzi nieśpiesznie rozchodzili się do domów.
- Dobranoc panie Władysławie - rzekła panie Stasia wychodząc jako ostatnia.
- Dobranoc pani. Jeśli mogę... Myślę, że niepotrzebnie pani, tak zbeształą tą małą.
- Daj pan spokój - oburzyła się starsza pani - Gówniara nie dość, że cały czas się wierciła jakby miała robaki, to jeszcze jakieś wrzasków przez słuchawki słuchała. Okropne.
- Ale była w kościele... - wtrącił nieśmiało mężczyzna - W piątek wieczór, to rzadkość, sama pani przyzna.
- Panie Władysławie, nie wystarczy w kościele być, trzeba się jeszcze żarliwie modlić.
- Oczywiście, że tak ale młodzi inaczej przeżywają wiarę.
- Wiem o tym - oburzyła się pani Stasia - Nasz papież kochał młodych, ale takiego zachowania by nie pochwalił.
- Skoro panie tak uważa.
- Ja to wiem - burknęła rozłoszczona - Dobranoc panu.
- Dobranoc.

- Ksiądz jeszcze tutaj - spytał Władysław wchodząc do zakrystii.
- Tak panie Władysławie. Może pan iść, ja tu jeszcze chwilę pobędę. Przygotowuje włąśnie kazanie na niedziele i tutaj jest mi się łatwiej skupić.
- Rozumiem - odparł mężczyzna - Aha! - dodał chwytając za klamkę - nie wie ksiądz, czy przyjdzie ktoś do pomocy?
- Nie rozumiem - spytał zaskoczony ksiądz.
- Jutro będę uszczelniał dach. Miał ksiądz poprosić jakiegoś ministranta, by przyszedł potrzymać drabinę.
- Przykro mi, ale nikogo nie znalazłem - odparł ze smutkiem ksiądz - A sam nie da pan sobie rady...? Bo ja mogę zadzwonić, jeśli trzeba...
- Niech się ksiądz nie kłopocze. Jakoś sobie, jak zawsze z resztą.
- Oczywiście! Jak zawsze, panie Władysławie. Dobranoc.
- Dobranoc

Władysław idąc do swojego pokoju, wspominał księdza Antoniego. Dla niego nie było nic niemożliwego. On zawsze potrafił wszystkim pomóc. Ksiądz Piotr to też dobry człowiek i złego słowa nie można o nim powiedzieć, ale nie ma tej zaradności i chęci do pracy co ksiądz Antoni.
- Może odwiedzę go w niedziele w szpitalu - pomyślał - Napewno się ucieszy.
Pokój mężczyzny wyglądał jak cela jakiegoś zakonnika. Łóżko, stół, dwa krzesła i szafa na ubrania oraz mały stoliczek na którym stał telewizor. Tylko małe zdjęcie w ramce, stojące na stole zdradzało, że nie jest to pokój duchownego.

Porwana rodzinna fotografia, mówiła tak wiele o mieszkańcu tego pokoju.
Władysław zrzucił kurtkę i spojrzał na zdjęcie.
- Ile razy już darłem tą fotografie? Ile razy żegnałem się z przeszłością, której nic mi ich już nie wróci -pomyślał ze smutkiem.
Pora jesienno-zimowa od kilku już lat napawała mężczyznę smutkiem i nostalgią. I nie była to jednak modna ostatnio depresja, wywołąna brakiem słońca. Ten czas był dla niego czasem smutnych rocznic. Wspominał wtedy wydarzenia, który zniszczyły jego życie i przemieniły je w piekło. Sam był jednak sobie winny i dobrze o tym wiedział. Traktował, więc to cierpienie jak zasłużoną karę za grzechy.

Po szybkiej toalecie i przygotowaniu roboczego ubrania na jutrzejszą cieżką pracę, Władysław usiadł na łóżku i włączył telewizor. Właśnie kończyły się Fakty i spiker zapraszał na prognozę pogody.
- Prognoza - mruknął mężczyzna - I tak się wam nigdy nie sprawdza.
Rozmowy i przekomarzanie się z telewizorem były jego długoletnim nawykiem. Często wręcz kłócił się ze szklanym pudłem.
Rozłożył gazetę i sprawdził co perezentują poszczególne kanały.
- Nic tylko powtórki - mruknął niezadowolony.
Z oferowanych filmów widział już wszystkie, nie które nawet kilkakrotnie. Zniechęcony nacisnął 1 i wstał do lodówki po puszkę piwa.
- Jedno piwko jeszcze nikomu nie zaszkodziło - usprawiedliwiał sam siebie.
Obiecał księdzu Antoniemu, jeszcze przed wypadkiem, że przestanie pić i co wieczór od dnia wypadku łamał dane słowo. Brakowało mu siły i wsparcia duchownego. Władysław zawsze jednak znajdował jakieś usprawiedliwienie. Dzisiejszą wymówką był nudny program w telewizji.
Oczyszczony w swoich oczach z winy, Władysław usiadł na łóżku przed telewizorem i zaczął oglądać poraz, sam niewiedział który "Samych swoich".
 
brody jest offline  
Stary 21-06-2009, 22:59   #4
 
Marrrt's Avatar
 
Reputacja: 1592 Marrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłość
Odłączył laptopa od nowego rzutnika i otworzył ponownie prezentację. Przewinął szybko kolejne slajdy. Grupka nielicznych studentów bez entuzjazmu pakowała swoje notatki i opuszczała salę wykładową. Mieli ten komfort, że mogli nie przychodzić na zajęcia. Puszczona lista obecności i tak obfitowała w autografy przyjaciół, którzy wpisywali tych co woleli czemu innemu poświęcić czas w piątkowe popołudnie. Konrad nie miał tyle szczęścia. Tracił tygodniowo przynajmniej kilkanaście godzin na sztukę dla sztuki i sprawianie pozorów, że jest tu po, by za pieniądze podatników przekazać swoją wiedzę potomnym. Nie. Nie przepadał za tym. I nie poświęcał im ani jednej chwili więcej niż było to konieczne, co w efekcie pod koniec semestru skutkowało otrzymaniem jakiegoś wyszukanego przezwiska. „Nazista” było o ile się nie mylił ostatnim.

Dziewiąty slajd. Wszystko było w porządku. Wina leżała więc po stronie rzutnika. Tak, czy inaczej jednak będzie musiał poprawić jasność zdjęcia. Ale to później. Ostatni ze studentów – chłopak w sztruksowej marynarce, opuścił salę. Konrad pozbierał swoje notatki, zabrał listę i zamknął laptopa. Wyszedł, przekręcając za sobą klucz. Wczesne piątkowe popołudnie. Nie było potrzeby siedzieć na wydziale. Z biblioteki niczego nie potrzebował, a i żadne materiały z pracowni mu się raczej nie przydadzą. Oddał klucz w portierni i poszedł po swojego pokoju na piętrze po zostawione tam rzeczy.

Pukanie.
- Tak?
Przez stare przeszklone drzwi, zasłonięte kalendarzem z National Geographic z 2007 roku, weszła młoda kobieta o kręconych ciemnokasztanowych włosach.
- Hej Konrad – rzekła układając ładne, choć może nieco za szerokie wypomatkowane usta w miły, szczery i ozdobiony cieniem nadziei uśmiech, którego nie zauważył. Rzadko zauważał cokolwiek poza pracą. Magda nie stanowiła pod tym względem wyjątku. Samotna tak jak on koleżanka z pokoju obok. Po prostu – Widziałam, że już skończyłeś na dziś i tak mi przyszło do głowy... bo idziemy za pół godziny z Piotrkiem i Anką do „Honoratki” i może dołączyłbyś, hm?
Nawet nie uniósł głowy znad pakowanego właśnie plecaka. Zawsze go dziwiło, że za każdym razem przychodziła do niego z podobnymi pytaniami i za każdym razem sprawiała wrażenie, jakby odpowiedź była dla niej zagadką. Nie lubił tracić czasu na rozmowy o niczym. I nie lubił się powtarzać.
- Mam dziś jeszcze dużo pracy – odparł dopinając plecak i zgarniając z wieszaka kask po czym ruszył do wyjścia gdzie wymownie poczekał przy otwartych drzwiach aż ona wyjdzie.
- Weekend się zaczął, a Ty o pracy. Wstydziłbyś się – odrzekła cały czas się uśmiechając. Może tylko odrobinę smutniej. Wyszła, by mógł zamknąć pokój – To co? Do poniedziałku w takim razie?
- Do poniedziałku – powtórzył machinalnie i odszedł w kierunku wyjścia z budynku chcąc czym prędzej zakończyć tę bezsensowną wymianę zdań.

Zimny listopadowy wiatr wzmógł się gdy mijał brudnoszary monument Cmentarza-Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich. Zwykle skracał sobie drogę przez pola mokotowskie, ale tym razem miał wystarczająco dużo czasu, by wybrać dłuższą trasę. Odkąd położyli nowy asfalt na Żwirki i Wigury, nie było w tym nic kłopotliwego. Poza tym zwyczajnie lubił jeździć rowerem. Dawało mu to poczucie niezależności od innych mieszkańców Warszawy korzystających z komunikacji publicznej. Mieszkańców, których nie znosił. Pchających się na niego w autobusie podczas każdego ruszania, czy hamowania. Śmierdzących potem, stęchlizną, czy po prostu niemytym człowiekiem. A zarazem mieszkańców bez których nie wyobrażał sobie życia w Warszawie. Bo jakże bez nich można było zniknąć niezauważonym w oceanie warszawskiej szarości, skoro oni właśnie ten ocean stanowili. Konrad bowiem nie chciał być zauważanym przez nikogo. Chciał żyć sam dla siebie. Warszawa mu to umożliwiała. Względnie.

Głębia oceanu. Dojechał.

Przerzucił na talerz drugą połowę wczorajszego obiadu i wrzucił go do mikrofalówki gdy ekran mignąwszy windowsowskim oknem logowania, w kalejdoskopie trzech diodek, uruchamiał kolejno wszystkie aplikacje. Po chwili w zagraconym i prawie nieoddzielonym od kuchni pomieszczeniu stanowiącym zarówno sypialnie, biuro, jak i living room dał się wyczuć przyjemnie łechcący nozdrza zapach chińszczyzny. Konrad usiadł przed jedynym uporządkowanym do bólu wręcz miejscem, którym było biurko i w oczekiwaniu aż system nieco się uspokoi, wyjął szczura z herbaty przyglądając się zalegającym na pułkach segregatorom. Upiwszy nieco sięgnął po jeden z nich i otworzył. Zbyt długo już nie miał czasu, by przyjrzeć się korespondencji od doktora Campás, która przyszła w poniedziałek. Dziś wydawało się to dobrym pomysłem. Włączył kolejno skrzynkę odbiorczą, piracką wersję mapinfo, oraz internet...
... odbieranie wiadomości...
Na bankierze pobieżnie i jakby z wewnętrznego przymusu, przejrzał absolutnie nieciekawe wiadomości, po czym wszedł na science direct i po chwili wahania również antyradio. Nie zawsze dobrze mu się pracowało z muzyką w tle. Krótki dźwięk podobny do tego jaki poprzedza komunikaty pkp, oznajmił, że jedzenie jest gotowe. Po chwili już z postawionym obok lampki talerzem był prawie gotowy... jeszcze tylko jeden szczegół. Z dużego pojemniczka na półce wyjął trzy seledynowe tabletki i położył je obok herbaty. Już nawet nie musiał o nich pamiętać. Do tego stopnia wpiły się w jego życie, że stały się jego nieodłącznym elementem. Zupełnie mu to nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie. Nie chciał ryzykować zaniechania tego zwyczaju.
Parę nowych wiadomości na skrzynce odbiorczej i parę na listach dyskusyjnych. W większości nic ciekawego. Niczego też się dziś ciekawego nie spodziewał. Wyjął z segregatora plik zdjęć i wykresów, oraz pismo przewodnie. Zapowiadał się długi wieczór.
 
__________________
"Beer is proof that God loves us and wants us to be happy"
Benjamin Franklin
Marrrt jest offline  
Stary 24-06-2009, 00:45   #5
 
Yarot's Avatar
 
Reputacja: 84 Yarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znany
Głęboka noc. Warszawa spała spokojnie od czasu do czasu przekręcając się we śnie z boku na bok. Warszawiacy, zmęczeni pracą, życiem i nieróbstwem, śnili o tym, że jest inaczej. Śnili o tym, że jest lepiej. Władysław, Ewa i Konrad też zasnęli mając za sobą kolejny dzień z życia.

Przebudzenie nie było przyjemne. Zaczęło się od uczucia duszenia, które wyrwało ze snu nie gorzej niż wiadro zimnej wody. Władysław otworzył oczy ze strachu, Konrad ze zdziwienia zaś Ewa z ulgą. Nie leżeli jednak na tam, gdzie zwykle spali. Nie zobaczyli tego, co zwykle witało ich przy przebudzeniu. Nie spodziewali się tego, co ujrzeli.

Leżeli na ulicy. Wiatr przetaczał właśnie puszkę po coli przez ulicę. Ta, z hurgotem zatrzymała się na krawężniku. Pobliska szara ściana bloku straszyła wypalonymi dziurami po oknach i pokaźnych dziurach odsłaniających pręty zbrojeniowe. Cały blok, do którego należała ściana, prezentował się nie lepiej. Na spękanym asfalcie ulicy leżały resztki betonu, szkła oraz drewnianych okiennic. Taki krajobraz ciągnął się wzdłuż całej ulicy – od parkingu z jednej strony po zakręt z drugiej. Za parkingiem widać jest otwartą przestrzeń wypełnioną piaskiem, zasuszonymi krzaczkami oraz rachitycznymi kępkami traw. Wiał delikatny, suchy wietrzyk. Pachniało piaskiem, benzyną oraz spękanym betonem.
[MEDIA]http://www.opuszczone.com/galerie/slask_szpital/200804/050_kp.jpg[/MEDIA]
Druga strona ulicy ciągnęła się przez paręset metrów i zakręcała na prawo przy wielkim bloku, podobnym do budynku administracyjnego. On też straszył pustymi dziurami po oknach i ogólnym rozpadem. Droga obstawiona była z obu stron blokami, które ciągnęły się dość zwartym szpalerem. Z nimi było widać kolejne bloki i za nimi kolejne. Jedno wielkie, szare, blokowisko.
[MEDIA]http://www.opuszczone.com/galerie/bh_sarajevo/2006_12/110_kp.jpg[/MEDIA]
Ogrom betonowych klocków oraz ich stopień zniszczenia przygniatał. Było to dla trojga ludzi uczucie, które drażniło do tego stopnia, że mogło wywoływać uczucie strachu. I to właśnie powodowało, że każdy nabrał przeświadczenia, że to wszystko jest sen. Każdy patrzy na to, co widzi, ale nie zna twarzy ludzi obok. Nie poznaje miasta, ulicy ani budynków. Wystarczy pewnie uszczypnąć się i wrócić do ciepłego łóżka i spokoju deszczowej Warszawy.

Nie dość, że otoczenie jest obce, to jeszcze każda z postaci na ulicy dostrzegła swój ubiór. Nie jest to ten sam, jaki się miało podczas zasypiania. Zastąpiony został białym, szpitalnym fartuchem. Zwykle takie fartuchy dostają pacjenci, którzy mają albo mieli przeprowadzoną operację. Nie było w nich zimno, choć aura i pora dnia była bliżej niesprecyzowana. Tak szaro i pochmurno mogło być zarówno rano jak i popołudniu. Mimo zaś nieposiadania niczego więcej poza szpitalnym fartuchem, to nie było zimno. Ciepły wiatr od strony parkingu musiał pochodzić z gorących stepów i daleko stąd.

Niepokój narastał w każdej z osób, które znalazły się w tym miejscu. Nikt nikogo nie znał, nie znał tego miejsca i nie wiedział, dlaczego tu się znalazł. Nie było niczego znajomego i wyróżniającego się spośród szarych blokowisk, uschłych drzew i szaro-ołowianego nieba. Nie było też słychać samochodów, szumu miasta, szczekania psów czy krzyków pijanych kibiców. Dosłownie nic. Poza wiatrem wyjącym w szczelinach i szelestem suchych gałązek, traw i resztek cywilizacji przeganianych z miejsca na miejsce.
 
__________________
...and the Dead shall walk the Earth once more
_. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : ._
Yarot jest offline  
Stary 26-06-2009, 23:00   #6
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 1496 liliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumnyliliel ma z czego być dumny
Otwarcie oczu jak zwykle powitała z niewymowną ulgą. Ulgą, jak się okazało przedwczesną. Wszystko nadal było nie w porządku. Zamiast na materacu leżała na asfaltowej szosie, a nad sobą ujrzała ponure niebo w kolorze odbiornika telewizyjnego nastrojonego na nieistniejący kanał. Wszechobecna szarość narzucała poczucie odrealnienia. Tak samo jak otaczające ją krajobrazy. Nierzeczywiste, zawieszone gdzieś pomiędzy senną ułudą a samym piekłem. Czy to właśnie tam trafiła? Do piekła? A może wcale się nie obudziła? Śniła sen we śnie? A raczej koszmar w koszmarze… Zagubiła się gdzieś w meandrach swoich sennych mar, zapętliła tak dalece, że nie odróżnia już jawy od rojenia? Dlaczego więc wszystkie bodźce odbierała tak autentycznie?

Ewą wstrząsnęły dreszcze, panika zajrzała jej głęboko w oczy. Wszystko wokół było tak niepokojąco obce. Piętrzące się wokoło zrujnowane pustostany, niekończąca się powierzchnia płyt azbestowych, betonu i asfaltu. Industrialna makabra. Obskurne blokowisko przedstawiało obraz kompletnej ruiny. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że niebawem wszystko zacznie rozsypywać się na jej oczach. I ta upiorna spowijająca wszystko cisza zakłócana jedynie leniwym skowytem wiatru.

Ewa powoli podniosła się z ziemi. Strużki potu spływały na kark i dalej, pod szpitalną koszulę. Co? Szpitalną koszulę? Teraz była już pewna, że koszmar nadal trwa. Tyle, że wystrój nieco się zmienił.

Dopiero wówczas spostrzegła, że nie jest sama. Obok znajdowało się dwóch mężczyzn, jeden już dość podstarzały, drugi powiedzmy dorosły, ale i tak sporo od niej starszy. Ewa struchlała w miejscu. Może i nadal śniła, ale w swoich koszmarach jej strach był zawsze bardzo realny i namacalny. Zupełnie jak w tej chwili. Prawie czuła w ustach jego słony smak. A może to wcale nie strach tylko łzy, które spływały po policzkach wprost do rozchylonych ust?

Widok obcych sprawił, że zaczęła się cofać. Rozejrzała się w panice za swoim plecakiem ale oczywiście nigdzie go nie było. Nienawidziła tego poczucia bezbronności i bezradności. Zerknęła w bok i dostrzegła swoje odbicie w na wpół potłuczonej okiennej szybie. Wydawała się jeszcze bledsza i chudsza niż ostatnim razem gdy przeglądała się w lustrze. Nic dziwnego, w końcu śniła. Wyglądała dosyć upiornie, doskonale wkomponowana w tę infernalną scenerię...

Cofała się tak długo, aż natrafiła za sobą na chłodną powierzchnię budynku. Wokoło leżało porozrzucane szkło i kawałki prętów zbrojeniowych. Tylko cudem nie poraniła sobie bosych stóp.

Nagle zawiał wiatr poruszając gdzieś w oddali falistą blachą i Ewa aż podskoczyła z przerażenia. A później tuż pod jej nogami przetoczył się po ziemi postrzępiony kawałek dykty. Zaczęła się trząść. Wszystkie mięśnie pod wpływem strachu wpadły w niekontrolowany rezonans, usłyszała nawet jak dzwonią jej zęby.

Złapała leżący na ziemi kawałek szkła o podłużnym trójkątnym kształcie. Prowizoryczną broń wyciągnęła przed siebie w kierunku nieznajomych. Ręka drżała jej jak wierzbowa gałązka w wietrzną pogodę.

- Nie zbliżajcie się! – wrzasnęła. – Co tutaj robicie? ONI was po mnie przysłali?

Nie wiedziała po co w ogóle się odzywa. Przecież ci ludzie byli tylko wytworem jej własnej wyobraźni, kolejną wariacją jej powracającego koszmaru. A z koszmarami nie da się dojść do porozumienia, nie da się ich przegonić za pomocą trzeźwych argumentów. One są jak rzep. Gdy raz do ciebie przylgną już nigdy nie puszczą wolno…

Przyjrzała się mężczyznom raz jeszcze. Nie znała ich twarzy, ale czy to wystarczyło by uśpić jej czujność? Mieli co prawda na sobie, podobnie jak ona, białe szpitalne koszule, ale to mógł być kolejny podstęp. ONI uwielbiają podchody, uwielbiają się bawić. Wszyscy są częścią spisku. Wszyscy siedzą w ICH kieszeniach. Policja, politycy, krezusi… Nie może ufać nikomu. Tym dwóm z pewnością także nie.

Zakręciło jej się w głowie. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że ONI ją obserwują. KRUKI SĄ WSZĘDZIE. Czy przybyli za nią aż tutaj? A może to ONI ją tu sprowadzili? A teraz czają się w opustoszałych lokalach posępnych mrówkowców, wyglądają przez pozbawione okien dziury, ukryci w ciemnościach? Patrzą na nią z góry i śmieją się pod nosem…
Hę? Czy to szelest wiatru czy ICH tłumiony szaleńczy chichot?

Zerwała się na równie nogi nadal zaciskając w ręku kawałek szkła. Ten zagłębił się w ciało i wyżłobił w nim płytką ranę. Zaczęła krwawić. Ból niespodziewanie ją ocucił. Odwróciła się na pięcie i zrobiła to, co zwykła czynić co noc, w każdym swoim koszmarze. Zaczęła uciekać.
 

Ostatnio edytowane przez liliel : 26-06-2009 o 23:03.
liliel jest offline  
Stary 27-06-2009, 00:20   #7
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
Reputacja: 2215 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację
Władysław nie doczekał do końca filmu. Sen przyszedł szybko. Zmęczenie i cztery puszki piwa sprawiły, że nawet nie poczuł gdy powieki same mu się zamknęły. Sen był płytki i nie przyjemny. Znowu ten sam. Każdy ma ponoć sen, który do niego wraca. Władysław dobrze znał każdą jego scenę, każdy fragment, każdą sekundę tego pieprzonego koszmaru. Dobrze znał swoje życie i swoje grzechy i swoją pokutę.
Późne popołudnie, wąska uliczka na blokowisku, on, samochód i dwa promile we krwi.
- Pan ją zabił panie Górski. Zabił pan własną córkę - krzyczy sędzina


- NIEEEEEE!!!!!!! - krzyk mężczyzny znika w potężnej ciszy blokowiska.
- Kurwa! Nie! Maja! - krzyczy Władysław patrząc na uciekającą przed nim dziewczynkę. Koszmar się nie skończył i nadal trwa.
Władysław pierwszy raz od wielu lat jest zaskoczony. Spogląda wokół i nic nie poznaje, nic nie jest takie jakie być powinno. Wszystko jest obce, a jednocześnie takie znajome. Szare, zniszczone blokowisko wygląda tak swojsko, a jednocześnie napawa mężczyznę nie określonym strachem, wręcz lękiem. Długie ulice ciągną się po horyzont. Wysokie, szare i ponure bloki zasłaniają niebo, które o zgrozo też jest stalowo szare. I ta cisza. Nie ma nic bardziej przerażającego niż kompletna cisza, zwiastująca nadejście rychłego nieszczęścia. Władysław dobrze o tym wiedział. Obrócił się dookoła.
Wybite okna, sterty śmieci walających się po ulicach i ten mężczyzna i uciekająca dziewczyna.
- Maja, córeczko! - krzyknął mężczyzna, ale z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Zabrakło mu odwagi. Dobrze wiedział, że ta która ucieka nie jest jego ukochaną córeczką. Jego córka nie żyje.
- Gdzie ja jestem? - pomyślał Władysław - Co tu się dzieje? Czyżby to delirium? Nie to niemożliwe, to poprostu sen. To napewno sen.
Żaden jednak sen nie jest tak rzeczywisty i Władysław miał tego świadomość. W żadnym śnie nie odbierał wszystkiego tak jak teraz. Jego wszystkie zmysły działały z przerażającą sprawnością. Czuł wiatr na swoim ciele, czuł zapach stęchlizny unoszący się w powietrzu, czuł asfalt pod stopami.
- Co?! - krzyczał jego przerażony mózg.
Spojrzał na swoje bose stopy. Ubranie w którym zasnął zniknęło. Miał na sobie tylko szpitalny fartuch. Podniósł wzrok na stojącego obok mężczyznę, on też ubrany był w ten sam sposób.
- Czyżbym był w piekle?
Przerażenie, a może wypity wieczorem alkohol sprawiły, że ręce zaczęły mu drżeć.
- Boże! Jeszcze nie! Jeszcze nie teraz! Błagam! - modlił się.
Ponownie spojrzał na stojącego obok mężczyznę, nieznał go to pewne.
- Co my tu robimy? On, ja i ta mała. Właśnie. Mała!
Władysław spojrzał na znikającą za zakrętem dziewczynę.
- Ej! - krzyknął za nią, a jego głos rozpłynął się w szalejącym wietrze - Poczekaj! Nie bój się!
- Nie bój się! - pomyślał mężczyzna - Nie bój się, czas odkupić swoje grzechy.
Nie patrząc pod nogi Władysław zaczął biec za uciekającą dziewczyną.
 
brody jest offline  
Stary 30-06-2009, 01:37   #8
 
Marrrt's Avatar
 
Reputacja: 1592 Marrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłośćMarrrt ma wspaniałą przyszłość
Ambicja. Ambicja zżerała go do cna gdy zagłębiał się w pracy umysłowej. Nic się wówczas nie liczyło. Krzyki z podwórka sprzed bloku. Śmiechy od strony korytarza. Włączony u sąsiada telewizor. Był tylko on i stojący przed nim problem do rozwiązania. Problem, który nieraz i nie dwa po prostu nie miał żadnego rozwiązania. Konrad niemniej potrafił siedzieć nad konkretnym tematem godzinami nie orientując się nawet w tym, że życie nocne cichnie wokół niego pozostawiając go samego w swoim świecie. Tak też było i tym razem. Muzyka cichutko brzęczała w dwóch sfatygowanych głośnikach Sony gdy wykładowca pośród pozornie bezładnej sterty zapisanych kartek i zdjęć zalegających na biurku, notował ostatnie spostrzeżenia i wnioski z zebranych przez doktor Monice Campas materiałów. Odsunął się z krzesłem od biurka by rozprostować nogi i przeciągnął się do tyłu. Trzy seledynowe tabletki nadal czekały na swoim miejscu, obok niedopitej herbaty. Przed snem... Zgasił monitor komputera i wyłączył głośniki, tak że nocną ciszę przerywał już tylko spracowany wiatraczek z tyłu obudowy. Wstał i otworzył okno. Zimne powietrze wtargnęło do małego pomieszczenia odświeżając lekki zaduch źle klimatyzowanych pomieszczeń. Zegar na ścianie wskazywał trzecią czterdzieści pięć. Ursynów spał. Wyjął z kieszeni bluzy zapalniczkę i paczkę fajek i wyciągnąwszy jednego zapalił wciągając orzeźwiający chłód głęboko w płuca. Skupił wzrok na majaczących w oddali światłach przęseł mostu siekierkowskiego. Lekarz kazał mu patrzeć jak najwięcej w dal. Wzrok jednak i tak mu się pogarszał. Nic dziwnego zważywszy na ilość godzin spędzanych przed komputerem. Miał to jednak gdzieś na razie. Zawsze były jakieś pilniejsze sprawy.
Wypuścił dym na zewnątrz i stał tam jeszcze dobrych parę minut póki nie wypalił drugiego fajka. Dopiero wtedy wziął co miał wziąć i zamknął okno. Czas był położyć się do łóżka.

Nigdy nie śnił o niczym, a w każdym razie nigdy od... od dawna. A może po prostu nigdy nie pamiętał. Tak czy inaczej wcale mu snów nie brakowało. Tym razem jednak gdy otworzył oczy, było nieco inaczej. Czuł się tak jakby zgubił nagle jakiś wątek i jedyne co cieniowało na rzeczywistości to pozostała po tym co było wcześnie, dziwna mieszanka gniewu, strachu... i jakby obecności kogoś obcego.

Dopiero teraz zwrócił uwagę na otoczenie. Pamięć. Pierwsza myśl. Coś się musiało wydarzyć w nocy, czego nie pamiętał, ale... ale to miejsce... racjonalizm z jakim zwykł oceniać wydarzenia rozbił się o przygnębiającą pustkę i szarość okolicznych konstrukcji, eksplodując setką wystraszonych pytań, która w niekontrolowany sposób przewinęła mu się przez myśli. Jak? Gdzie? Dlaczego? Skąd? Po co? Kiedy? Czy rzeczywiście się obudził, czy może właśnie śni? Czy zawsze o tym śni, a rano zapomina? Nawet nie starał się ich opanować i uporządkować. Ze zdziwieniem i niedowierzaniem spojrzał najpierw na swoje dłonie, a potem na strój. A potem zauważył ich. Blond dziewczynę, która coś mówiła. Jej słowa prawie nie przebijały się przez chaos pytań w głowie Konrada, a szkła w jej dłoni niemal nie zauważył. A jednak widział ją. Żywą i przerażoną... było w tym coś niezrozumiałego i dziwnego, czego nie mógł uchwycić. No i ten drugi szpakowaty mężczyzna o zniszczonej twarzy obok. Starszy z wyglądu i niemniej przerażony niż dziewczyna. Powiedział coś o piekle.... nieee... Nie. To nie piekło... ale co? Na pewno nieprawda. Efekt uboczny psychotropów. Tak Nie zdarzały się wcześnie, ale ostrzegali... ale skąd ta dwójka? Skąd ten świat? Nie znał tego miejsca. Nie mógł go sobie wyobrazić? Nieee... nie możliwe... tak. Dziewczyna uciekła zdobiąc popękany asfalt kropelkami krwi. Leżał na pewno u siebie w łóżku. Mężczyzna coś powiedział i też ruszył biegiem za nią. Po chwili ginęli za zakrętem. Ginęli? A może ich w ogóle nie było? Od początku był tu sam. W jego własnym przywidzeniu. Może widział gdzieś na ulicy twarz tego mężczyzny. Może podobna dziewczyna mieszkała w bloku obok. Nie istnieli. Wystarczyło uosobić w nich własny strach. Skup się kurwa, skup się!

Zamknął na chwilę oczy zbierając myśli i po chwili otworzył je ponownie. Miał tylko niewielką nadzieję, że zobaczy naciekniętą od sufitu ścianę swojego pokoju. Serce nadal waliło jak szalone, ale czuł, że może już się swobodnie poruszać. Wziął głębszy wdech oparów umarłego miasta i rozejrzał się raz jeszcze. Jakaś stara gazeta przeleciała obok niego podskakując w miarowy takt podmuchów wiatru i zatrzymała się na jego łydce. Pożółkły papier rozdarł się na dwie części pozostawiając jedną otuloną wokół nogi Konrada, a drugą oddając stęchłemu wiatru. Mężczyzna pochylił się, by zdjąć z siebie śmieć. Pozacierane ciemne ślady po druku uniemożliwiały przeczytanie czegokolwiek. Pozwolił by gazeta wyleciała mu z dłoni. Poszybowała znacznie wyżej niż poprzednio odbijając się od lampy ulicznej i zniknęła gdzieś w jednej z ziejących czernią dziur po oknach bloku.

Trzask. A może mu się wydawało? Od strony pobliskiego bloku. Zrujnowane wejście wpuszczało do środka niewiele światła. Konrad podszedł parę kroków i zajrzał do środka. Znów wytwory jego wyobraźni? Czy coś innego? W głębi widać było rzadko oświetlaną przez dziury w murze klatkę schodową. Obdrapany tynk ukazywał spod nic nie przypominającego graffiti, brudnopomarańczowe cegły. Nagłe tknięcie. Klatka schodowa... Wyjść na górę. Na dach. Rozejrzeć się...
Wszedł do środka.
 
__________________
"Beer is proof that God loves us and wants us to be happy"
Benjamin Franklin
Marrrt jest offline  
Stary 02-07-2009, 21:47   #9
 
Yarot's Avatar
 
Reputacja: 84 Yarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znanyYarot wkrótce będzie znany
Dziewczyna wbiegła między szare budynki. Tylko tam miała szansę skryć się przed ICH wzrokiem. Skryć i zaszyć się w jakiejś piwnicy albo przypaść przy murku czy innym elemencie zniszczonego blokowiska. "Nie bój się!" zabrzmiało za jej plecami, gdy była już na zdeptanym trawniku i poskręcanym ogrodzeniu z zardzewiałych rurek. Nie zatrzymała się. Kawałek szkła w zaciśniętej ręce nie chciał wypaść. Była to ostatnia deska ratunku w razie, gdyby ONI chcieli coś robić. Ewa zobaczyła przed sobą kolejne bloki, kolejne obrazy powolnego niszczenia i całkowity brak życia. Bieganie po spękanym asfalcie, pełnym ostrych kawałków betonu, tłuczonego szkła i drewnianych resztek nie był najlepszym pomysłem. Koszmar trwał i nie mogła się z niego wybudzić. Obcy, a już z całą pewnością jeden z nich, chyba ruszył za nią. Słyszała jego bose stopy na asfalcie. I wtedy, w szarzyźnie otoczenia, gdy patrzyła, gdzie można by podbiec, dziewczyna zobaczyła na murze graffiti.


To jedyna rzecz, którą zobaczyła tutaj i która odstawała od ogólnego wrażenia, jakie sprawia to miejsce. Rysunek zdobił jedną z zewnętrznych ścian klatki schodowej jednego z budynków. Zdobił, to w tym wypadku bardzo trafne określenie, bo spękana ściana nie była zbyt ładna ani kolorowa. Wzbudzała ona... wtem, przez ledwie moment, przed oczyma Ewy przeleciały obrazy, które przedstawiały krzyż. Taki krzyż, jaki widać w kościołach i na jakim wisi Jezus. Chwila minęła i obrazy zniknęły, ale dziwne wrażenie czyjejś obecności pozostało. Czyżby to byli ONI?

Władysław
ruszył za uciekającą dziewczyną. Taka drobna i taka bezbronna. Widział krew, dostrzegł w jej oczach strach i to uczucie obcości, gdy patrzyła na niego. Nie rozpoznawała go, choć...To tylko nieznajoma dziewczyna w moim śnie. Albo koszmarze.
Bose stopy pewnie trzymały się chropawej powierzchni spękanego asfaltu. Jednak im dalej od drogi, tym coraz bardziej czuło się kamyki, ostre krawędzie cegieł oraz szkło. Jednak musiał dogonić blondynkę, bo musiał dowiedzieć się, co jest grane. Wpadł za budynek, gdzie spodziewał się znaleźć ściganą. I nie przeliczył się. Stała patrząc na graffiti wymalowane na murze. I wtedy...gwałtowne wizje pojawiły się przed oczami Władysława przez moment całkowicie przyćmiewając wszystko. Krzyż, Jezus i krew. Zmrużył oczy z bólu, który nie nadszedł. Pozostało jedynie uczucie, że jest obserwowany. A potem znów zobaczył stojącą daleko dziewczynę oraz powoli skapujące na betonowe płyty czerwone krople krwi.

Konrad wszedł na pobliską klatkę schodową. Majaki w postaci dwóch innych postaci na ulicy rozwiały się tak szybko, że już zdążył o nich zapomnieć. A może w chwili obecnej miał ciekawsze rzeczy do roboty? Klatka nie wyróżniała się niczym szczególnym i jak przystało na odrapany blok sama prezentowała się niewiele lepiej.

Miejsce na windę też jest, ale winda raczej nie przyjedzie. Cały szyb jest zapełniony gruzem, resztkami krzeseł i bloczkami pustaków. Wysypuje się to wszystko przez drzwi windy i tym samym zmusza do skorzystania ze schodów.
Wtem chłopak słyszy szmer, który poprzednio zwrócił jego uwagę. Tym razem jest głośniejszy i znacznie wyraźniejszy. To szept, który w pustej klatce schodowej niesie się dość wyraźnie. Szept ten da się nawet rozpoznać i choć nie jest to po polsku, to słowa wskazują na jakąś modlitwę.

Domine Jesu, dimitte nobis debita nostra, salva nos ab igne inferiori, perduc in caelum omnes animas, praesertim eas, quae misericordiae tuae maxime indigent.

Słowa pojawiają się i cichną. Ciągle i bez przerwy. Płyną gdzieś z góry, choć nie wiadomo czy z klatki czy z jakiegoś mieszkania. Nie wiadomo też, dlaczego je słychać tak, jakby ktoś stał tuż za plecami i cicho szeptał. Konrad nie miał pojęcia, ale nabrał przekonania, że ten sen - pierwszy od dłuższego czasu - jest wyjątkowy. A potem nagle, bez ostrzeżenia, przyszły wizje i obrazy, których nie spodziewał się ujrzeć. Coś jak wspomnienia, tylko że to sen i na wspomnienia w taki sposób nie ma tu miejsca. Przyszły i zniknęły tak samo, jak się pojawiły zostawiając obrazy krzyża i umierającego na nich człowieka. Poza tym nic się nie zmieniło, poza obecnym szeptem splatający słowa "salva nos ab igne inferiori" i kolejne unoszące się w powietrzu klatki schodowej.
 
__________________
...and the Dead shall walk the Earth once more
_. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : ._
Yarot jest offline  
Stary 03-07-2009, 20:10   #10
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
Reputacja: 2215 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację
Serce mężczyzny waliło jak oszalałe. Pogoń za nastolatką to nie na jego zdrowie. Władysław czuł że jego płuca płoną. Oddech był krótki i płytki. I mimo, że wiedział że to sen odczuwał potworne zmęczenie. Bolały go stopy, mięśnie, płuca. Bieg po zaśmieconym asfalcie sprawiał mu wielką trudność i dużo cierpienia. Dopóki nie myślał o tym wszystko było dobrze, ale wystarczyło, że spojrzał pod nogi... Cegły, potłuczone szkło, resztki jakiś metalowych konstrukcji. Po tym wszystkim stąpał. Nie, nie stąpał, on biegł. Gnał co sił, by dogonić tą małą, bezbronną istotę, która tak samo jak on znalazła się w tym dziwnym miejscu.
Świadomość mężczyzny rozdwoiła się. Jedna część była w pełni świadoma tego, że wszytko wokół to senna iluzja, pijackie urojenie, koszmar alkoholika. Ta część nie poddawał się władzy tego miejsca. Nie wierzyła w to co widzi. Pragnęła wyrwać się i obudzić z tego potwornego snu. Druga część jaźni mężczyzny całkowicie uległa wyimaginowanej rzeczywistości. Poddała się. Świat wokół odbierała jak realny i jedyny prawdziwy. Dla niej nie istniało nic poza tym miejsce i tym czasem. Cała przeszłość była snem i urojeniem.
Niewiadomo czy to wypity alkohol, czy może miłość do utraconej córki sprawiły, że to ta druga część jaźni przejęła kontrolę. To ona dyktowała warunki i to ona sprawiła, że Władysław zapomniał o plebanii, o swojej pracy, o swoim życiu i przeszłości. Teraz dla niego liczyło się tylko to, że Maja żyje. Biegnie przed nim i boi się. Mężczyzna nie wiedział czy coś jej grozi, ale nie miał żadnych wątpliwości, że musi ją chronić.
- Maju! Majeczko! - krzyczał za znikającą za rogiem dziewczyną - To ja tatuś. Poczekaj! Nie bój się!
Władysław wbiegł w wąską uliczką zaraz z blondynką. Stała wystraszona, samotna i taka bezradna. Wyglądał okropnie, w tej za dużej szpitalnej koszuli. Taka biedna i przerażona. Łzy same popłynęły z oczu mężczyny.
- Majuuu..... - wyszeptał przez łzy.
I wtedy jego umysł zaatakowała seria koszmarnych obrazów. Obrazów pełnych cierpienia, strachu, poniżenia i samotności.


Te wszystkie uczucia zawładnęły mężczyną i wypełniły jego serce.
Władysław zmrużył oczy w oczekiwaniu bólu, który nie nadszedł. Po chwili obrazy rozpłynęły się tak samo nagle jak się pojawiły. W wąskiej blokowej uliczce pozostał on, jego córka Maja i On - Chrystus Cierpiący. Władysław czuł jego obecność, ale nadal się bał. Nie bólu czy cierpienia, nie. Bał się tylko jednego... że utraci swoją ukochaną córeczkę.
- Maju... - wyszeptał.
Podszedł w kierunku dziewczyny i przytulił ją mocno, tak jak dawniej.
- Nie bój się. Już ci nic nie grozi. Tatuś tu jest.
 
brody jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 13:09.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2017, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166