Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 10-08-2009, 15:40   #1
 
Vavalit's Avatar
 
Reputacja: 64 Vavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znany
[Storytelling] Pomiędzy szczęściem a cierpieniem

Pomiędzy szczęściem a cierpieniem



Umarłych cieniom i w gwiezdne kurhany,
składam tę urnę przetlonych pamiątek,
jakoby ciała umarłych dzieciątek.
Bo duch mój z ziemskiej jasności wygnany
wstecz się ogląda na rodzinne łany
i nim go śnieżne pochłoną zamieci
do chat się tuli, gdzie łuczyna świeci.

W umarłych święto, w jęki niepowrotne,
serce się moje nie czuje samotne.

Ach, pamiętam knieje, szumiące dokoła,
świegot ptastwa, ryk zwierza i dymiące sioła -
wonie traw pokoszonych i białe bociany,
lecące gdzieś aż z Indiów na mój dach żerdziany.

Dziś - pół świata zbłądziwszy na smętnym błąkaniu -
Tobie, coś moją młodość widziała w zaraniu -
Lipo cmentarna! Xieni pszczół i roju
duszyczek, co już doznały wiecznego spokoju -
pod cieniem Twoim, pod Twoją obroną
chciałbym złożyć mą duszę, jak falę znużoną
i lśnić w Twoich konarach zbłękitnionym niebem -
a męką moją, jak czarnym podzielić się chlebem
z oną Królową, co była duchów żywicielka -
a za Chrystusem zeszła w otchłań...
I teraz Cień jej błąka się w wichrowe noce,
a w oczach wypalonych szrężoga migoce
i jasność wielka.

Chciałbym pługiem rozorać krwawe sarkofagi
i z płomieniem - w królewski zejść grób -
i w krysztalny grać dzwon - i wziąć na ramiona
i nieść Bogu, aż oczy odemknie przelśniona
i zorzami rozbłyśnie jej trup -
i pokłonią się króle i myrrhę przyniosą jej magi
i przyjdzie Oblubieniec -
ze zbóż jasnych da wieniec -
a śmierć, jak suchy liść
odtrąci z Jej łona -
i wstanie zbłękitniona
i będzie ku nam iść.

Lecz za winy własne lub mojego rodu
na niwach spustoszonych umierając z głodu,
u źródeł jadem strutych konając z pragnienia,
to się spalam w pożarach, to marznę wśród cienia -
w rozpękłych górach lawy księżyca martwego.

Idzie wiejskie pacholę przed Maryi ołtarze -
niech Cię, moja dziecino, pychą Bóg nie karze -
i niech Cię odtąd Aniołowie strzegą.

Dusza w czyśćcu
Miciński Tadeusz

Czyściec, miejsce dusz nie do końca potępionych. Miejsce skrywane tajemnicą. Wielu ludzi badało to miejsce dzięki starożytnym księgom, także był to inspiracją dla malarzy, twórców muzyki, poezji czyli ogólnie pojętej sztuki.


Pablo jednak za życia nie był zbytnio związany ze sztuką czy wiarą. Przed śmiercią jak i po śmierci był legendą, osobą tajemniczą. Niewiele wiadomo o jego przeszłości. Ponoć żył w czasach wiktoriańskich, czasach nagłego rozwoju. Nie miał nigdy przyjaciół, znikał na całe dni i nie wracał do domu. Zginął śmiercią równie tajemniczą co cała Jego przeszłość. Znaleziono go nieżywego w małej brudnej uliczce w Londynie. Przeszedł bolesne tortury, oskalpowany nożem, wypalone oczy, zmasakrowane genitalia. Policja nigdy nie znalazła sprawcy. Ten ktoś umiał zacierać ślady, był jakby duchem. Nawet po śmierci Pablo nie mówił kim był jego zabójca. Też go nikt o to zbytnio nie pytał, był waleczny i cichy, wykonywał swoją robotę z mistrzowską dokładnością. Nie było mowy o pomyłce. Pojawił się nie wiadomo kiedy. A ludzie zaczęli słyszeć o człowieku który nie okazuje strachu, który zabija bez skrupułów...



[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=ce2DJoiWFqs[/MEDIA]

Życie Pablo ,jednak całkowicie się odmieniło. Sprawiło to pojawienie się w czyśćcu kobiety w której się zakochał. Prędko stali się parą i wszędzie widziano ich razem. Ona okazywało niewinność, a on agresywność. Dopełniali się. Pablo stracił dla niej głowę. Wykonywał swoją robotę oczywiście należycie, jednak wszystko robił wokół jednej osady. Jednej z 10 osad w których były "kamienie Boga". Kamienie Boga były karykaturą dziesięciorga przykazań przekazanych Mojżeszowi. Jeden kamień to były dwie złączone tablice, a na nich wyryte rozkazy wojsk czyśćcowych. Czy pochodzą od Boga czy nie? Nikt tego nie sprawdził, nie ma jak. Czyściec jest miejscem wątpliwości religijnych jeszcze większych niż na Ziemi. Tutaj się stykają zjawiska paranormalne i normalne. Istnieje Szatan, istnieją Legiony diabelskie, istnieją sługi w postaci potworów poczynając od wampirów kończąc na ghulach. Jedyną oznaką czegoś ponad jest pewna część nieba. Biała, od której bije potężne światło rozbijające czarne złowrogie chmury. Niektórzy mówią że to Raj, inni że to sprytna zagrywka Szatana ,aby móc się śmiać z nadziei potępionych. Nikłej nadziei. Wracając jednak do sprawy tablic. Wyryte jest na nich kilka rozkazów i ustaleń:
1. Broń mostu prowadzącego na Ziemię przed złem.
2. Zabijaj każdego demona którego zauważysz ,aby odkupić swe grzechy.
3. Nie rozmawiaj ze sługami Zła.
4. Chroń przybyłych grzeszników.
5. Nie idź na wschód.
6. Śmierć oznacza pójście do Piekła.
7. Wywiązywanie się z przykazań oznacza pójście do Nieba.
8. Myśl o swych przewinieniach.
9. Żałuj za swoje grzechy.
10. Nie jedz mięsa demonów.



Każda z 10 wiosek ma takie same tablice. Te wioski są najstarsze. Zakochany Pablo kręci się wokół jednej konkretnej. Wioska Idop. Wioska rządzona przez paskudnego starca. Wredny, zawistny, okrutny, jednak umie rządzić. To on w głównej mierze organizuje obronę mostu. Rozwinął szlaki handlowe pomiędzy wioskami, regularnie omawia sytuację wraz z innymi przywódcami. Prawie wszystkich uważa za tanią siłę roboczą, jednak nie Pablo. Pablo jest jego najlepszym kompanem. Nie wiadomo czy się znali wcześniej ,jednak maja ze sobą dobre stosunki. Dlatego też Pablo swoją ukochaną Aleksandrę chronił w Idop. Wszystko dobrze się zapowiadało. Żyli szczęśliwie, oczekując końca. Oczywiście pewna cząstka namiętności i erotyki też była. Skoro dzieci móc nie mogli, to hulaj dusza. Niestety niedługo miało to się skończyć...


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=wsoAOOFyQc8[/MEDIA]

Abid Mahi Al-Hariri wiódł bolesne życie. Pewne wizje prześladowały go przez całe życie. Tylko miłość pozwoliła mu się ustatkować. Przeprowadzał karawany, prawie przez całe życie. Śmierć dopadła go w wieku 39 lat. Wstąpił do bram czyśćca. Miejsca w którym musiał odpokutować swoje grzechy. Nie tak sobie wyobrażał drugą stronę życia. Przytłaczało go najpierw cała ta duszna otoczka. Bał się, wkrótce jednak dzięki kilku ludziom zdążył się przyzwyczaić. Dołączył do małej grupy ochraniającej kupców. To co robił za życia robił w czyśćcu. Z tym że tutaj było o wiele bardziej niebezpiecznie. Zabezpieczał transporty jabłek, drewna, wyrobów rzemieślniczych, nawet czasem rannych. Życie mijało. Przywiązał się do jednej konkretnej wioski, wioski Idop. Pabla nigdy nie poznał,ale wiele słyszał.

Pewnego dnia dostał informację o tym że beduini utworzyli swoją własną wioskę na południu. Wyruszył sam. Przebył długi kawałek drogi bezpiecznie, jednak to co zobaczył nie było tym co chciał zobaczyć. Spalona wioska prześcielona trupami beduinów i żerująca przy nich gromada stworów. Abid chciał ruszyć i zabić stwory, decydując się oczywiście także na samobójstwo, jednak zatrzymała go dziwna kobieta z którą ruszył znów do Idop. W połowie drogi odkryła twarz, okazało się że to jest Elizabeth. Nim zdążył się o cokolwiek zapytać rozpłynęła się w powietrzu, pojawił się biały błysk i zniknęła.Czy poszła do nieba, czy może była wytworem wyobraźni? Nigdy się tego nie dowiedział...


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=FgCevpO18t4[/MEDIA]

Cornelius Fimus, dzięki wpadce z przeszłości z wizji walecznego legionisty stał się bezwartościowym gladiatorem. Walczyć umiał ,jednak to nie był chlebny zawód. Marzenia zostały rozwiane, smutek pozostał. Życie przybrało całkowicie innych kolorów. Kolorów ciemnych, smutnych i bolesnych. Jak prawie każdy gladiator odniósł śmiertelne rany na arenie. Myślał że nowe życie będzie inne, jednak nie było. Stało się jeszcze gorsze, upiorniejsze i brutalniejsze. To co widział na arenie nie równało się temu co widział w czyśćcu.

Jako że umiał walczyć najpierw dołączył do obrony mostu. Stoczył wiele krwawych bitw. Przełożeni widzieli w nim wielki potencjał, został przeniesiony do oddziałów specjalnych. Były to oddziały pilnujące porządku, złożone z elity. Niszczyli gniazda wroga, niszczyli żerowiska i palili zwłoki. Wszytko w okręgu wioski Idop. Kilka razy walczył u boku Pablo, był zaszczycony. Jednak oprócz walki znajomości nie było. Cornelius musiał zostać przy swoich przyjaciołach z oddziałów. Z biegiem lat stał się dowódcą oddziału, osiadł na północnej strażnicy. Niedaleko wielkiej drogi prowadzącej na most. Był to trudny teren, wróg napadał, a małe zasoby w ludziach były. Jednak wkrótce rozległy się trąby z miasta Idop, coś nadchodziło. Trąby oznaczały zbieranie wojsk z wszystkich krańców rejonu wioski. Dotyczyło to także strażnic...


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=6jZ8VNANHwM[/MEDIA]

Vanessa Spellborn, postrach Afrykańczyków, łowczyni. Niewolnicy w tych czasach byli zwykłym surowcem, handel kwitł, czarnoskórzy stawali się zwykłymi ścierami, dla wielkich panów. Jednak aby pan z Europy mógł skorzystać ze sługi ktoś musiał takowego sługę złapać. Tym właśnie się parała Vanessa. Brutalny świat, dwie odmienne kultury, wojna o życie. Czarnoskórzy byli prześladowani, musieli uciekać, przedstawiciele cywilizacji szli i łapali. Nie obyło się bez krwi, po jednej i drugiej stronie. Mimo iż zdecydowanie więcej krwi zostało przelanej po stronie mieszkańców czarnego lądu, to jednak Vanessa nie uciekła od losu. Kiedyś łapała niewolników dziś łapie demony.

Nowy świat był także miejscem wojny. Tyle że tutaj kto inny stanowił większość. Mimo to niektórzy rządcy zarządzali polowania na demony. Chcieli je żywe. Nie było to łatwe zajęcie, począwszy od tego że demon jest prawie że żywym ogniem to jeszcze umie latać. Dlatego zazwyczaj łapano płotki, pomniejsze czasem uszkodzone przez los demony. Jeszcze przy łapaniu niewolników była moa o moralności to tutaj już jej nie było. Vanessa jednak nie chciała się zagłębiać za daleko na północ. Na północy było piekło, im dalej tym więcej demonów, jednak im więcej demonów tym niebezpieczniej. Dlatego też odeszła na zachód w stronę mostu. Zabierała się za różne zadania, zazwyczaj na zlecenie. Nie chciała być podległa jakiemuś zwierzchnictwu. Mieszkając w Idop poznała Aleksandrę, dziewczynę Pablo. Kobietę wyglądającą na niewinną, miłą, serdeczną, spokojną no i ładną...


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=ZfZ8_IaSe58[/MEDIA]

Bogusław Gołas, żołnierz Legionów Polskich we Włoszech. "Kto mieczem wojuje od miecza ginie", i tak było i tym razem. Śmierć jednak nie była odejściem od wojny, była początkiem, nowej jeszcze brutalniejszej. Polska? Polska był gdzie indziej. Tutaj był czyściec, tutaj był front.

Bogusław dołączył do większej armii walczącej ze złem. Siedzieli na wschodzie i się bili. Co tydzień się wymieniali. To nie były proste pojedynki, wielu ginęło, demony przechodziły. Bogusław, jednak zachowywał zimną krew, nie bał się i walczył. Za zasługi bitewne przeniesiono go do dowództwa wielkiej armii czyśćcowej. Porąbana idea jakiegoś nazisty. Wielka armia która miała zatrzymać najazdy. Gówno dawała. Armia nie była lepiej wyposażona niż ta radziecka w latach 40 XX wieku. Jednak idea była, wielu przyłączało się choćby dlatego aby walczyć. Oczywiście szanowny pan nazista który określał się pseudonimem "Święty Aryjczyk" sam nie walczył tylko siedział w jakimś zapyziałym mieście i zarządzał. Awans Bogusława poskutkował tym że osiadł w mieście "Reghhart" i przeprowadzał tam rekrutację. Nużące i nudne zajęcie. Wtedy też spotkał Pablo, wyśmiał on całą armię i zaproponował dołączenie do obrony mostu. Bogusław widział w tym ciekawsze zajęcie i się zgodził. Wyruszył jednak dopiero po 3 miesiącach. Opuścił stanowisko i poszedł do Idop. Tam jednak gdy tylko przeszedł przez bramę usłyszał róg.


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=4M7fbb02H20[/MEDIA]

Henry Ray, wyruszył na swoją ostatnią misję. Londyn był miejscem ponurym i złowrogim. Jednak to nic w porównaniu z tym co go czekało po śmierci. Mimo wszystko, jednak udało mu się dostosować do realiów tam panujących. Stał się człowiekiem działającym na posyłki władców lub bogatszych osób. Demony nie były w jego typie, wolał zabijać ludzi. Dostawał zlecenia, wyprowadzał z miasta i zabijał. Prosto, szybko, skutecznie. Zastanawiał się czy sobie już zbytnio nie nagrabił. Czuł że nie pasował do tego miejsca. Jego miejsce było w piele, jednak nie chciał się tam tak szybko dostawać. Jego nowe życie było pełne podróży, o Pablo tylko słyszał. Gdy zawył róg był w mieście Idop, wiedział już kilkanaście minut wcześniej co się szykuje.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=WRMnpbk4MYA[/MEDIA]

Krucjata, niewierni, przeszłość. Rod Enkerbrand, szpitalnik. Z zewnątrz wyglądał na rycerza honorowego, chrześcijanina i człowieka szlachetnego, jednak dostał się do Czyśćca. W czyśćcu kręcił się wokół jednej wioski, Idop. Tam wylądował i tam został szefem. Los go rzucił jako szefa straży, osamotnionego szefa straży. Dowodził wojskami miasta...

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=LbRHTmVr9bQ[/MEDIA]
William Torch pirat, kapitan. Pan mórz. Wesołe życie, cały czas na fali. Niestety nadszedł kres. Stało się, umarł. Skrucha przed śmiercią zaowocowała dostaniem się do Czyśćca. William był twardy, gdy tylko zorientował się w sytuacji zebrał swoją gwardię. Zdolności przywódcze poskutkowały. Gdyby było niebieskie morze, a nie czerwone pewnie by załatwił sobie statek. Niestety. Musiał zostać na lądzie. Ale i tutaj prowadził wesołe życie pomimo cierpienia i zła. Handlował alkoholem, legalnie i nielegalnie, jeśli w ogóle można mówić o prawie. Napadał samotników nadzianych, prowadził batalie z demonami. Zadomowił się w Idop gdzie utworzył coś na wzór baru. Kilka desek, kilka prymitywnych stołów i zapas alkoholu... jabłkowego. Jabłka były symbolem grzechu i było to jedyne pożywienie. Oczywiście znalazło się kilku panów którzy rozpoczęli destylację napoju Bogów. Drożej już były alkohole sprowadzane z Ziemi, okradano ludzi którzy z tym napojem przybywali do Czyśćca. Niestety nie trwało to długo...


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=pmf3JxdLc0Y[/MEDIA]
- Demony nadchodzą!!! - krzyknął nadbiegający w stronę mostu człowiek.
Był mroczno, mgła okryła dużą powierzchnię, a w oddali słychać były krzyki nieludzkich stworzeń.
- To niech kurwa przychodzą!!! - Zaśmiał się głośno jakiś żołnierz trzymający MG-47 na wieżyczce.
- Przygotować się! Halabardnicy ustawić się przed murem! Strzelcy na mur! - wrzasnął jakiś starszy rycerz.
Wszyscy posłusznie zaczeli wykonywanie rozkazów. 50 chłopów wyszło na zewnątrz gdzie stworzyli podwójny długi pas z halabardami. 20 łuczników ustawiło się na murze, 8 strzelców z bronią palną również. Kilkunastu rycerzy uzbierało się za mostem, gdzie tworzyli formację. Nagle nadleciało jakieś stworzenie. Była to harpia, rzuciła z zawrotną szybkością się na rycerzy, raniąc jednego w pierś. Pancerz nie chronił przed uderzeniem pazurów harpii. Rycerz upadł na ziemię. Zanim strzelcy zorientowali się zza mgły wyłoniło się stado harpii i innych latających dziwactw.
- Jebane Luftwaffe - ktoś krzyknął z muru zanim zarobił pazurem w szyję.
Strzelcy zaczęli strzelać na oślep. Oddziały były dziesiątkowane, wieżyczki odpowiedziały ogniem. Harpie padały, jednak ciągle nadlatywały nowe. Po chwili wszystko ucichło. Wszystkie odleciały. Ukazał się straszliwy widok, rozszarpani ludzie leżeli, jedni już nie żyli inni się wykrwawiali. Z ludzi zza muru zostało zaledwie kilku.
Wnet coś wszyscy żyjący usłyszeli świst. Płonąca kula uderzyła w mur za halabardnikami. Potem druga i trzecia. Żołnierze utracili szyk. Wtedy potężny okrzyk bojowy zagłuszył wszystko. Wielka masa potworów rzuciła się na broniących mostu. W przeciągu kilku sekund nie pozostał nikt żywy.

Wiadomościami z mostu wszyscy byli zszokowani. Nigdy się nie zdarzyło aby zło się zorganizowało. Po kilkunastu dniach wróg uderzył na Idop. Wcześniej dotarli zwiadowcy.

Podobnie jak wcześniej, najpierw harpie, potem kule, a na końcu masa. Szef wioski zdążył jeszcze zorganizować ewakuację dla cywili. Reszta zdolnych do walki postanowiła zostać i walczyć do końca. Pablo walił mieczem i strzelał z kuszy. Ciachał wrogów po kolei, nagle podszedł do Pabla cień, duch. Czarna masa, dotknęła Pablo. O dziwo na całe miasto rozległ się okropny krzyk, ale nie Pablo, a cienia. Pablo padł nieprzytomny na Ziemię, cień znikł...
 

Ostatnio edytowane przez Vavalit : 10-08-2009 o 17:48.
Vavalit jest offline  
Stary 10-08-2009, 17:56   #2
Konto usunięte
 
Rode's Avatar
 
Reputacja: 0 Rode nie jest za bardzo znanyRode nie jest za bardzo znany
Słońce, upał. Zapach krwi spływającej po gorącym piachu. Dokoła ciała krzyżowców i Saracenów ścieliły się gęsto. Rod Enkerbrand, rycerz szpitalnik, razem z pozostałymi przy życiu krzyżowcami bronił się u stóp wzgórza. Pomimo wycieńczenia i pragnienia walczyli zaciekle. Szpitalnik uderzał mieczem i parował tarczą, ciął i ogłuszał, powalał przeciwników po to, aby zaraz potem wrazić im ostrze między żebra. Rycerz wpadł w szał bojowy, widząc to niektórzy przeciwnicy cofnęli się. Rod wykorzystał tę chwilę by odetchnąć. Zbroja ciążyła mu bardziej niż zwykle, suche gardło dokuczało od wrzasku i braku wody, skóra piekła od upału, pod hełmem, na czole czuł spływający pot, czarną tunikę z białym krzyżem na piersi, miał miejscami postrzępioną. Rozejrzał się po okolicy, nie spuszczając oka z wroga. W oddali migotały namioty obozu. Słońce stało wysoko i oświetlało piaszczyste pustkowie usłane ciałami krzyżowców. Został więc sam. Nie miał czasu ani ochoty się modlić. Wolał zbierać siły. Wspierał się na mieczu wbitym w ziemię, prawie że klękał. Jego rzężący oddech zza hełmu wzbudzał strach u przeciwnika, nawet jeśli miał on znaczną przewagę liczebną. W końcu Saraceni odważyli się ponownie zaatakować. Enkerbrand zerwał się na równe nogi, zasłonił się przed wystrzeloną strzałą, wymierzył cios w bok pierwszemu śmiałkowi z bułatem, odrąbał rękę drugiemu, trzeciego uderzył tarczą w nieosłoniętą głowę, aż usłyszał chrupot pękniętej czaszki. Wtem poczuł ból pod klatką piersiową. Jeden z Saraceńskich wojowników pchnął go włócznią w tors, przebijając kolczugę. Trafił prosto w środek białego krzyża na tunice, który momentalnie zabarwił się na czerwono.
Rod poczuł ciepło krwi na brzuchu, a zaraz potem, pomimo panującego upału - zimno. Nogi uległy, upadł powoli na ziemię. Broni nie wypuścił, trzymał ją w ręku mocno. Chciał się podnieść, ale wola to za mało, brakło mu sił. Próbował otworzyć usta by złapać więcej powietrza lecz zalał sobie tylko podbródek krwią. Wiedział, że miał mało czasu, jednak myśli przemykały przez jego głowę szybko. Był świadom, że umiera. To było jego ostatnie starcie - starcie ze śmiercią. Nie mógł go wygrać, nie chciał się jednak poddawać. Wolał walczyć do końca choć walka ta była z góry przesądzona.
Ból ustał, ciężar zbroi nie dokuczał, nie czuł pragnienia, skóra nie piekła. Wyczerpanie jakby odeszło. Zmuszając się do największego wysiłku, Rod otworzył zamknięte niedawno oczy. Przez szczeliny wzrokowe w hełmie ujrzał światło. Choć trwało to chwilę, Rodowi wydawało się, że trwa to wieczność. Światło. A zaraz potem ciemność.
Rod Enkerbrand, trzydziestojednoletni rycerz z Anglii, szpitalnik, walczący w Ziemi Świętej przez 10 lat, poległ w bitwie pod Hittin, 4 lipca Anno Domini 1187.

Wędrując przez ciemność, walczył z samym sobą. Nie dał się owładnąć złym myślom. Gdy głosy w głowie ucichły. Poczuł, że zsuwa się w jeszcze głębszą ciemność, chciał się czegoś złapać ale nie miał czego.
Wylądował na twardej ziemi. Poczuł chrupnięcie, lecz to tylko kamienie skruszyły się pod tarczą zawieszoną na plecach. Spojrzał na siebie. Wyglądał tak jak... przed śmiercią. Po zadanej włócznią ranie nie było śladu, tunika nie była zakrwawiona a kolczuga cała. Rod przełknął ślinę. Zaczął gorączkowo myśleć. Zmarł? Jeśli tak może się swobodnie poruszać i trzeźwo myśleć? A może przeżył? Gdzie więc ślad po ranie? Czuł przecież jak po śmiertelnym pchnięciu ucieka z niego życie. Gdzie się znajduje? Kto go uratował? Wsparcie? Wróg? W cuda nie wierzył.
Siedział tak z kwadrans gdy w końcu zebrał siły i wstał. Obejrzał się cały. Nie był ranny. Czuł się zdrów i wypoczęty. Przejrzał ekwipunek: hełm, kolczugę, kirys, tunikę, pas, pochwę z mieczem, sztylet, tarczę, skórzane rękawice i buty. Wszystko było w dobrym stanie, takim jak przed bitwą.
Poczekał aż wzrok przyzwyczai mu się do ciemności i rozejrzał się po okolicy. Znajdował się jakby we wnętrzu góry, skalne ściany pięły się wysoko. Ujrzał w oddali wyciosane w skale schody.
Enkerbrand, upewniwszy się, że nic nie grasuje w pobliżu, zdjął hełm. Poczuł na twarzy falę chłodnego powietrza. Nie widząc innego wyjścia, ruszył ku schodom. Drobne kamienie kruszyły się pod jego krokami i toczyły się ku przepaści. Szedł tak może godzinę trzymając się większych tuneli. Nie miał pojęcia gdzie się znajduje. I kiedy...
W końcu wyszedł na zewnątrz.
Nie powitało go słońce ni deszcz. Wyszedł na wyżynne pustkowie. Okolica wydawała się martwa. Na niebie tłoczyły się szare chmury. Ciszę przerywały pomruki nadchodzącej burzy. Rod już chciał paść na kolana i przeklinać swą dolę gdy ujrzał zza jednego z wzgórz słup dymu. A zaraz obok następny. Dym! A tam gdzie dym tam i ogień. Pożar wykluczał brak lasów więc została tylko jedna możliwość: ognisko. Wzniecone bez wątpienia przez ludzi. Na tę myśl, wstąpiły weń nowe siły i powróciła nadzieja.
Maszerował długo aż dotarł pod wzgórze. Zaczął długą wspinaczkę na górę, wśród gęstej, suchej trawy. Gdy wreszcie stanął na szczycie, aż uklęknął. Zdjął hełm by lepiej widzieć. Oczy jednak nie myliły go. W małej dolinie, pomiędzy pagórkami, leżała wioska otoczona dokoła drewnianą palisadą.
Schodził na dół pośpiesznie, zupełnie jakby osada miała za chwilę zniknąć. Nie zniknęła. I rosła w oczach z każdym krokiem. Wartownik przy bramie zauważył go i zaczął nawoływać. Szpitalnik przyśpieszył kroku trzymając dłoń na głowy miecza. Wartownikiem był nie kto inny, a rzymski legionista.
Fakt ten wystarczył rycerzowi by dobył broni. Wyciągnął miecz z pochwy zdejmując jednocześnie tarczę z pleców.
- Co to za sztuczki?! - ryknął spod hełmu. Musiało to zrobić niemałe wrażenie na legioniście, który aż cofnął się krok do tyłu, trzymając dłoń przy rękojeści gladiusa.
- Schowaj broń, przybyszu. Nikt nie chce tu z Tobą walczyć - wybąkał pośpiesznie wartownik. O dziwo Rzymianin zrozumiał słowa Anglika. I na odwrót.
Rod ochłonął, opuścił miecz ale go nie schował. Podszedł bliżej.
- Co to za miejsce, który rok? - spytał.
- Lepiej będzie jeśli porozmawiasz ze starszym wioski, Panie...
Enkerbrand wszedł więc bramą, nieufnie zerkając na legionistę. O ile obecność starożytnego Rzymianina go zdziwiła, to widok barczystego słowiańskiego woja, całkiem go zdezorientował. Obok przeszła niewiasta w białej, a raczej szarej, todze. Pod palisadą, na ławce, siedział skąpo odziany gladiator w zbroi. Nieopodal, w kałuży taplała się grupka dzieci, matki zaś wołały je z oddali. Zza jednej z chat wyłonił się mężczyzna niosący kosz jabłek. Wyglądał na kupca, odziany był jednak w szaty, które nie pasowały do XII wieku. Ku uldze szpitalnika, przed chatą zza której wyszedł kupiec, stała grupka rycerzy licząca sobie może półtuzina chłopa. Herbów nie poznał, niewątpliwie byli to obcokrajowcy. Wszyscy zresztą mieszkańcy wyglądali na obcokrajowców.
Sama wioska prezentowała się ubogo. Kilka domów z bali, bez strzech. Prymitywne dymarki. Brak stajni i zakładów rzemieślniczych, nie licząc kuźni i drewutni. Nie było też widać budowli świeckich. Nigdzie nie było śladu trzody czy bydła. Jeden z domów był wyraźnie większy, zbudowany z wielkich czerwonobrązowych cegieł. To tam skierował swe kroki Rod. Mieszkańcy przyglądali mu się ciekawie. Wysoki, dobrze zbudowany, w pełnej zbroi i uzbrojony, musiał wzbudzać ciekawość a może nawet lęk.
Nie czekawszy na pozwolenie, pchnął drzwi do sieni. Przy stole siedział starzec. Był zgarbiony i chudy, głowę porastała nieznaczna ilość włosów. Miał na sobie brązowy habit. Nieprzyjazny grymas gościł na jego szarej twarzy.
- Won mi stąd! Jem! - burknął.
- W moim kraju gości wita się inaczej. Powiedz mi więc, chamie, co to za kraj.
- Ty, ty, ty... Jak śmiesz! Rzucę Cię demonom na pożarcie! Wpierw jednak skończę jeść. Won! - rzucił wściekły po czym, ignorując szpitalnika, jął jeść dalej.
Enkerbrand nie zamierzał wyjść. Wyciągnął miecz i podsunął starcowi ostrze pod gardło.
- Spróbuj tylko - syknął starszy wioski. - Beze mnie ta wioska upadnie!
- Tu nie ma co upadać. To dziura. Nie mam pojęcia dlaczego żyję, niedawno wszak konałem. Trafiam do wioski, na nieznanym pustkowiu, w której roi się od ludzi z zamierzchłym czasów!
- Który rok mamy, wiesz doskonale. Co do ludzi... Zobaczysz, za sto lat i ty nie będziesz tu pasował. I zabierz tę stal z mojego gardła, do jasnej cholery! - warknął.
Szpitalnik schował broń i usiadł przy stole, naprzeciw starca siorbającego z miski. Mniszka krzątająca się w kuchni, cichcem wyszła na zaplecze. Starszy wioski skończył jeść, wytarł usta w rękaw, beknął i spojrzał przenikliwie na rycerza.
- Cóż, z pełnym brzuchem zawsze lepiej się rozmawia - rzekł drapiąc się po czole. - I faktycznie, wyjaśnienia Ci się należą. Ostrzegam, że będzie tego dużo. Jest wszak co opowiadać, to miejsce historię ma długą.
- Mam czas. Nigdzie się nie wybieram - odrzekł z ironią. Splótł ręce na piersi i oparł plecami o ścianę.
- Ohoho! Czasu masz aż nadto.

Rod wstał z siennika, przeciągnął się, potarł nieogoloną twarz. Chwilę jeszcze siedział na pryczy, drapiąc się po głowie. Gdy wreszcie wstał, sięgnął po sztylet i jął szukał miejsca w celu odhaczenia kolejnego dnia spędzonego w Czyśćcu. Obojętnie spoglądał na ściany wyglądające jak po ostrzale z tysiąca kusz. Od ponad sześciuset lat nie znalazł wolnego miejsca na wyrzeźbienie kreski symbolizującej jeden dzień. Ale zwyczaj pozostał.
Jego chata zbudowana była z bali a leżała na rubieżach wioski, za sadami owocowymi, które żywiły mieszkańców. Jabłka, bo tylko takie owoce rodziły drzewa, wkrótce przejadły się wszystkim. Było to jednak jedyne źródło pożywienia. Zwierząt w Czyśćcu nie było. Gleba była nieurodzajna, a woda w strumieniach gorzka i wzmagająca pragnienie. Tedy jabłka były jednym pożywieniem, a sok z nich jedynym napojem.
Kobiety mieszkające w wiosce od wieków parały się zbieraniem owoców. Część z nich jedzono, nie trudząc się nawet by je przyrządzić. Jabłko surowe, pieczone, gotowane czy starte na mus... zawsze smakowało tak samo. Z reszty wyciskano sok. Mężczyźni zajmowali się ścinaniem i transportem drzew z lasu leżącego daleko za osadą oraz wydobywaniem gliny i rud żelaza. W piecach wypalali cegły, w dymarkach zaś stal potrzebną do tworzenia narzędzi i broni. Bowiem w Czyśćcu parano się także wojaczką. A było z czym walczyć...
Trupojady, wampiry, upiory, demony i inne cholerstwo nie ułatwiało im życia. Potwory przybywały z zachodu, od strony Mostów, które sięgały aż za horyzont. Na wschodzie zaś stała podobno brama Piekła. Tam zawlekano dusze poległych w Purgatorium, by przechodziły ciężkie katusze.
Wojownicy ruszali na Mosty licząc na szybkie odkupienie grzechów poprzez walkę. Budowali wały i palisady skutecznie odpierając i trzymając stwory na dystans, z dala od siedlisk ludzi. Lecz jak dotąd nikt nie odkupił swych grzechów. I nikt nie wiedział jak się za to zabrać.
Enkerbrand, na początku swojego pobytu, brał czynny w obronie Mostów. Jego bojowe doświadczenie było nadzwyczaj cenne. Razem z innymi wojownikami pilnował też górskiej przełęczy skąd przybywali nowi zesłańcy. A tych przybywało regularnie.
Przez osiemset lat przebywania w Czyśćcu, Rod był świadkiem jak niedostępny już dla niego świat prze do przodu. Postęp szedł jak burza, co wzbudzało niekiedy zdumienie i podziw, a wynikało to z opowieści i rzeczy, z którymi przybywali nowi zesłańcy. Zmieniały się poglądy religijne, kulturalne i polityczne, odkrywano nowe, niezbadane dotąd tereny, powstawały nowe państwa, wybuchały nowe wojny, zmianie ulegała moda i technika. Kościół rzymski przechodził wzloty i upadki. Rodziły się nowe konflikty. Dokonywano wielu odkryć we wszystkich dziedzinach nauki. Średniowieczny rynsztunek wychodził powoli z użycia: szpady i szable zastępowały miecze i obuchy, a kusze i łuki ustępowały miejsca samopałom, rusznicom, a później karabinom, strzelbom oraz pistoletom. Wszystko to jednak było zużywalne a w Purgatorium nie wiedziano jak produkować proch, kule i naboje do broni palnej. Oszczędzano je więc a w użyciu pozostała łatwo dostępna broń biała.
Wkrótce szpitalnik miał dość widoku krwistoczerwonego nieba i ryku nadchodzących od strony Mostów potworów. Wrócił do wioski i jak się później okazało, zrobił słusznie. Żył niczym eremita, dużo rozmyślając na różne tematy. Większość dnia spędzał na wieży strażniczej, na wzgórzu, z którego niegdyś ujrzał pierwszy raz osadę. Obserwował stamtąd okolice gór razem z nowymi kamratami: rubasznym piratem i weteranem wojny secesyjnej. Jego dawni towarzysze broni ciągnęli na zachód, a od strony przełęczy wciąż wyłaziły nocą niebezpieczne monstra.
Do wioski zaglądał rzadko, tylko po by usłyszeć najnowsze wieści, uzupełnić zapasy, porozmawiać i napić się z kompanami jabłkowego wina, produkowanego przez tamtejszego alchemika.
Wkrótce jednak przyszło mu jednak przerwać taki żywot by z powrotem ruszyć do otwartego boju.

- Obrona przełamana! Do tyłu! Do tyłu! - wrzeszczał germański rycerz, dowódca sił broniących Mostów. - Wszyscy do... - urwał gdy skrzydlaty potwór chlasnął go szponiastą łapą w szyję, przeraźliwie przy tym skrzecząc.
Ku miastu kroczyła banda demonów siejąc za sobą spustoszenie i ogień.

O zbliżającym się ataku ostrzegli ich zbiegli spod mostów wojownicy. Starszy wioski zachował zimną i krew i natychmiast zarządził ewakuację cywili wraz z dobrami.
Rod, zaalarmowany łuną na niebie, dotarł do wioski pełnej paniki i krzątaniny. Przedzierając się przez tłum ludzi, dotarł do domu starca.
- Co się dzieje? - spytał przy wejściu. Zastał starszego wioski wydającego swym podwładnym polecenia.
- Kilka dni temu piekielne stwory przerwały linię obrony przy Mostach - bąknął pod nosem starzec, nie spoglądając nawet na szpitalnika.
- Bzdura. Walczyłem na Mostach. Wiem jak silne są tam umocnienia.
- Były! Teraz już ich nie ma! Prawie nikt nie ostał się z rzezi, jaką zgotowały tam demony, harpie i ścierwojady, naszym ludziom. Teraz bestyje idą w naszą stronę, kierowane rządzą mordu. Będą tu za parę dni - zaskrzeczał starzec.
- Ludzie nie zdążą zbiec. Trzeba powstrzymać atak.
- Tu się z Tobą zgodzę. Gdy Ty popijałeś wino ze swymi kamratami na wieży, ja zacząłem organizować obronę. Wszyscy zdolni do boju, stawiają się już na placu. - rzekł po czym capnął Enkerbranda za opancerzone ramię. - Ty też tam idź.
Rod uwolnił się z uścisku starca, spojrzał na niego wilkiem.
- I bez Twojego rozkazu bym tam się zjawił. Ktoś w końcu musi walczyć - odrzekł po czym wyszedł, zakładając na głowę hełm.
W wiosce było około stu pięćdziesięciu osób. Z czego niespełna połowę stanowili ludzie zdolni do walki: żołnierze, najemnicy, wojowie, rycerze, bandyci, piraci, żeglarze i marynarze, wędrowcy, biedacy, rzemieślnicy, chłopi, kupcy, mnisi, uczeni... Wszyscy w jakimś stopniu umieli posługiwać się bronią, w końcu znaleźli się w miejscu, gdzie walka jest warunkiem przetrwania. Tak więc do obrony wystawiono osiem mieczy, jedną szablę, trzy topory, dwa kiścienie, jeden buzdygan, cztery włócznie, trzy halabardy, dziewięć łuków, dwie kusze, pięć muszkietów, dwie rusznice, jedną strzelbę, siedem karabinów, dwa pistolety. Siła więc znaczna ale nie wiadomo czy wystarczająca.
Wzmocniono bramę dodatkowymi dechami. Rzemieślnicy wraz z czeladnikami pracowali dzień i noc ostrząc broń oraz wytapiając groty do strzał i bełtów. Niezdolni do walki mieszkańcy, cali i zdrowi dotarli do bezpiecznej osady na północy. Po trzech dniach przygotowań, wioska była gotowa do boju.
Gdy na horyzoncie zaczęły pojawiać się nikłe, niedostrzegalne prawie, sylwetki potworów, niebo przysłoniło stado latających stworzeń. Przefrunęły szybko nad wioską, skrzecząc i jęcząc przeraźliwie. Dwóch żołnierzy uniosło lufy karabinów i puściły w ślad za nimi serię. Parę olbrzymich ptaków wierzgnęło w powietrzu i bezwładnie opadło do ziemię. Rod szturchnął jedno z trucheł butem.
- Harpie - mruknął pod nosem.
Skrzydlate potwory odfrunęły lecz natychmiast powróciły, tym razem w większej sile. Niebo natychmiast przeszyły różnego rodzaju pociski.
- Nie okazujcie im litości! - ryknął ktoś zza pleców obrońców.
Głos należał do starszego wioski. Stał on na środku placu, na podwyższeniu. Widząc jak jedna z harpii, zauważywszy go, zanurkowała. Starzec wyrwał kuszę stojącemu obok strzelcowi, wymierzył i pociągnął za spust. Bełt przeszył potworzycę, która zdążyła tylko wrzasnąć nim uderzyła z gruchotem o bele, tworząc wyłom w palisadzie.
- Tylko na to was stać, piekielne pomioty?! - zahuczał pewnie. Zaraz potem druga harpia znienacka chwyciła go odnóżami za fraki i porwała do góry. Nabrawszy wysokości, rzuciła go niczym szmacianą lalkę w dół, a w locie, zdążyły go jeszcze pochlastać inne harpie. Ludzie przyglądali się jak ciało starca opada w dół, poszarpane i pokrwawione. Zapadła cisza, przerywana tylko skrzekiem i wrzaskiem latających stworzeń. Ciszę przerwał Rod, wydając rozkazy spod hełmu.
- Strzały i bełty zachować na piechurów! - ryknął. - Zestrzelcie te kurwy! - rzucił do oddziału żołnierzy z karabinami.
Chwilę później, owe "kurwy" odleciały spłoszone morderczymi seriami i trzaskiem broni. Pod bramą znalazły się demony przypominające nieco człekokształtne byki, pokryte czarno-czerwoną łuską. Długimi szponami zaczęły rwać za za bele palisady, prychając przy tym z nozdrzy i wydając gardłowe dźwięki. Zjawiły się i trupojady: zgarbione, pokryte szarą skórą monstra z krótkimi odnóżami i łapami, z głowami na krótkich, grubych szyjach. Wyczuwszy walkę, wylazły ze swych podziemi i dołączyły do wroga. Bo tam, gdzie walka, tam i trupy.
Łucznicy i kusznicy wspięli się po drabinach na szczyt palisady by z góry posyłać potworom śmierć. Tuzin chłopa przywarło do bramy by wróg jej szybko nie wyważył. Gdy dał się słyszeć trzask łamanego drewna, drzwi wyleciały z zawiasów a oni zostali stratowani racicami. Na znak Enkerbranda, wystrzelono salwę z rusznic i muszkietów. Pierwsze bestie padły od razu lecz zastąpiły je nowe. Na spotkanie wyszedł im oddział z włóczniami i halabardami. Utworzyli linię obronną, osłaniając strzelców. Ku rozwalonej bramie przecisnęły się trupojady. Przy palisadzie zaczęło robić się ciasno. W ruch poszła stal. Co rusz spadały ciosy, pchnięcia, uderzenia, cięto, kłuto i rąbano. Gdy już wydawało się, że wroga ubywa, wróciły harpie rządne odwetu. W tym momencie skończyła się wszelka amunicja. Harpie wykorzystały to i runęły na bezbronnych żołnierzy. Rod wziął ze sobą kilku ludzi, reszcie kazał walczyć dalej przy bramie. Dopadł do stada harpii rozszarpujących między sobą ciała. Potężnie uderzył jedną tarczą, drugą chlasnął ostrzem po plecach. Szeroko ciął mieczem, padały kolejne łby. Odwróciwszy się, ujrzał jak nadciąga kolejna fala przeciwników. Sytuacja pogarszała się z każdą chwilą. Nie widząc innego wyjścia, zarządził odwrót, który za sprawą nadlatujących wciąż harpii, zamienił się w rzeź obrońców. Czując za sobą zbliżający się atak, Rod zatrzymał się w biegu, zawiesił z powrotem tarczę na plecach, ujął silnie miecz w obu dłoniach i silnym ciosem skosił potworzycę w locie, a następnie, wykorzystując impet, rąbnął drugą. Trzeciej nie zauważył. Harpia runęła na niego z góry. Gdyby nie hełm, pewnie wgryzłaby mu się w szyję. Rzuciła więc nim potężnie o ścianę. Osunął się na ziemię, pociemniało mu w oczach. Przestał słyszeć krzyki ludzi i ryki potworów, ucichły odgłosy walki. Ktoś złapał go za fraki i zaczął w pośpiechu wlec po ziemi. To była ostatnia rzecz, którą zapamiętał.
 

Ostatnio edytowane przez Rode : 20-08-2009 o 00:18.
Rode jest offline  
Stary 11-08-2009, 13:03   #3
Ren
 
Ren's Avatar
 
Reputacja: 0 Ren nie jest zbyt sławny w tych okolicachRen nie jest zbyt sławny w tych okolicach
Kolejna łapanka, jak wszystkie poprzednie. Plan z góry ustalony, wszystko przygotowane. Łowy czas zacząć.
W połowie drogi do wioski dopadł nas informator.
- Źle panie, oni mieć broń, wy zawrócić. – wybełkotał murzyn łamaną angielszczyzną, sapiąc przy tym przeokrutnie. Arnold zazgrzytał zębami, jak zawsze gdy coś, co bardzo mu się nie podobało miało czelność go zaskoczyć.
- Czemu nic nie mówiłeś wcześniej! –
-Ja nie wiedzieć, ja dopiero teraz… -
jąkał się przerażony czarnoskóry, trzęsąc się przy tym ze strachu.
Bycie informatorem gwarantowało ci życie. Marne i w ciągłej trwodze, ale niektórym to wystarczało. Zwykle i tak trwało to tylko do czasu, potem taki był zabijany albo wysyłany do pracy w kopalni czy na plantacjach, jak cała reszta. Gdy miał szczęście, zostawał służącym u jakiś bogatych białych. I na to szczęście liczyli prawie wszyscy informatorzy, bo co do tego, że już nigdy nie będą Wolini, większość nie miała złudzeń. Nie byli zupełnie bezmyślnymi zwierzętami. Oczywiście zdarzały się wyjątki, jak to w przyrodzie bywa. Ci należeli do tych zabijanych.
- Odwrót? – zapytałam Arnolda, wytrącając go z chęci ręcznego wyżycia się na tubylcu za niepomyślne wieści. Czarny był na tyle bystry, że skorzystał z okazji i uciekł czym prędzej. Jak mu się poszczęści to Arnold zapomni po powrocie, że miał wymierzyć mu baty.
- Słońce ci już za mocno przygrzało Van, Nie ma mowy. To tylko banda dzikusów ze strzelbami, pewnie nawet nie wiedzą jak ich użyć. – prychnął niezadowolony. Wzruszyłam ramionami. On tu rządził.
Poddaliśmy nasz plan drobnym modyfikacjom i ruszyliśmy dalej. Po dotarciu na miejsce, najpierw odczekaliśmy do świtu, potem ostrzelaliśmy wioskę. Arnold miał rację, murzyni nie radzili sobie z bronią, niejednokrotnie wyrządzali więcej szkody swoim niż nam. Po kilku minutach, w wiosce zapadła martwa cisza. Odczekaliśmy jeszcze kilka minut i wkroczyliśmy. Zwłoki czarnoskórych rozrzucone były po całej osadzie. Niektóre twarze wykrzywione były w potępieńczych grymasach, inne wydawały się jakby spokojne. Wiatr co chwila wzbijał w górę tumany kurzu. Skwar bezlitośnie lał się z nieba. Drużyna rozbiegła się w poszukiwaniu kobiet i dzieci. Ustawialiśmy ich gęsiego i wiązaliśmy linami. Wrzaski, płacz, jęki, wyzwiska i błagania w nieznanym języku. Do wszystkiego można się było przyzwyczaić, do tego też. Sznurowałam chłopca, może 10 letniego. Patrzał mi prosto w oczy i uśmiechał się krzywo, ironicznie. Nie takie twarze zwykle oglądałam, ale zanim zdążyłam się nad tym zastanowić padł strzał. Poczułam przeszywający ból pleców i klatki piersiowej. Upadłam na twarz. Piasek nie wydawał się już taki gorący jak zawsze.

Dziwne, zawsze wydawało mi się, że śmierć jest jednak bardziej bolesna. Podobno gdy człowiek umiera, całe jego życie miga mu przed oczami. Nic takiego się nie wydarzyło. Spodziewałam się jakiegoś tunelu, światła, aniołów, łączki z niebieskim niebem, no cokolwiek. A tu nic, wielkie nic. Nawet nie wiem, czy miałam zamknięte oczy, czy nie. Poczułam się dziwnie lekka i jakby oderwana od ciała. A potem była ciemność i uczucie jakbym przez coś przechodziła, albo raczej przenikała. A potem znowu nic, do diaska, jedno wielkie nic.


Obudziłam się na takim samym piasku, na jaki upadłam. No prawie takim samym. Ten był trochę bardziej szary. Ktoś trącał mnie kijem i bardzo mi się to nie podobało.
- Co jest do diabła? Gdzie ja jestem? – mruknęłam podnosząc się do pozycji siedzącej.
- „Do diabła” nie jest raczej trafnym sformułowaniem. – usłyszałam. Nade mną stał dość już w latach posunięty jegomość z kijem (prawdopodobnym źródłem trącania) w ręku. Miał pogodną twarz i dobrotliwy uśmiech. Nagle przypomniałam sobie co zaszło i zaczęłam gorączkowo macać się w poszukiwaniu rany.
- Jeśli szukasz dawnych obrażeń, to ich nie znajdziesz. Musisz zarobić je od początku. – rzekł śmiejąc się staruszek.
- Co jest, to ja żyję? – ze zdziwienia nie mogłam przestać się macać.
- Raczej nie. Jesteś w Czyśćcu. Tu trafiają ludzie, których grzechy są zbyt ciężkie by iść do nieba i zbyt lekkie by iść do piekła. Jak przeżyjesz i odpokutujesz, to trafisz do Raju, jak nie to cóż… Podobno w piekle jest jeszcze gorzej niż tu.
Spojrzałam w górę, na niezwykłe, zasnute blaskiem niebo.
- Świetnie. – mruknęłam wstając i zbierając swoje rzeczy, które najwyraźniej trafiły tu razem ze mną. – A jak tu się pokutuje? –
- Stosuj się do praw spisanych na tablicach i nie daj się zabić. Tablice są w 10 największych miastach.
- A którędy do najbliższego? –

Staruszek wskazał mi drogę a ja po prostu poszłam. Może powinnam nie uwierzyć, może powinnam zacząć płakać albo tupać nogami i krzyczeć, że się na to nie zgadzam. Ale to jakoś nie było w moim stylu. Skoro były tu miasta, to było i niewolnictwo. Na ziemi, czy w Czyśćcu, co za różnica? Łowy to łowy. Zawsze takie same.


Zaaklimatyzowanie się tutaj nie zajęło mi aż tyle czasu, ile mi się wydawało. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Choć nie przeczę, że przebywanie z ludźmi z różnych wieków bywa dziwne. Najdłużej szło mi przywyknięcie do faktu, że murzyni mieli tu takie same prawa jak biali. Co nie znaczy, że myliłam się co do niewolnictwa – istniało, choć surowiec był inny. Tutaj towarem były wszelkie plugastwa, zwane demonami. Były to silne i zabójcze istoty, więc trzeba było być bardzo ostrożnym i polować tylko na słabe sztuki. Dlatego też trzymałam się zachodu, północ była zbyt niebezpieczna. Radziłam sobie nieźle, dało się z tego wyżyć. Nie zdarzało mi się też narzekać na brak amatorów demonów – lokai.
Po jednej z takich wypraw poznałam Aleksandrę. Siedziałam pod jakimś domem, niebotycznie zmęczona. Musiałam wyglądać wtedy jak sto nieszczęść. Rusałka, na którą miałam zlecenie dała mi siwe znaki. Bo trzeba wiedzieć, że demony przybierały nie tylko straszliwe postaci żywych ogni, wampirów, ghuli i tym podobnych kreatur. Swoje miejsce miały tu też bazyliszki, strzygi, driady, syreny, słowem – wszelkie mityczne stworzenia, te rodem z nocnych koszmarów i te z pozoru mniej śmiercionośne. Ale tylko z pozoru. Rusałki, driady i syreny miały piękny wygląd, ale mordercze usposobienie. Sama widziałam jak taka oderwała jakiemuś nieszczęśnikowi głowę i to tak lekko, jakby podnosiła piłkę. Roztaczały swój urok i wdzięk śpiewając lub tańcząc i wabiły do siebie, gubiąc wszystkich oczarowanych nimi mężczyzn, którzy się zbliżyli. Żeby oprzeć się ich czarom, trzeba było albo woleć chłopców albo być kobietą. Ja należałam do obu tych kategorii. Oczywiście te stwory wciąż były śmiertelnie niebezpieczne i łapałam tylko słabe, pojedyncze sztuki, ale zawsze to jakieś ułatwienie. Sprawiłam sobie specjalną, metalową siatkę, która bardzo ułatwiała mi pracę. Z początku miałam zwykła, z lin, ale o ile przy murzynach spełniała swoje zadanie, to przy większości demonów była bezużyteczna – przecinali ją swoimi szponami albo zwyczajnie rozrywali.
Rusałka, na którą się zaczaiłam, miała iść na służącą do jakiegoś bogatego domu. Miałam na nią oko przez jakiś czas i spodziewałam się niezbyt trudnego zadania. O ile łapanie demonów może być niezbyt trudne. Stworzenie było wyraźnie osłabione i zmęczone, znajdowało się daleko od Mostu. Właśnie takie sztuki łowiłam. Nigdy nie zapuszczałam się za daleko, nawet za jakimś uciekającym demonem, bo wiedziałam, że tam już czeka tylko śmierć. Rusałka najwyraźniej nie mogła utrzymać się już na nogach, bo przysiadła na ziemi i zaczęła płakać. Dla mnie był to niezawodny sygnał, że pójdzie gładko. Podkradłam się od tyłu i zarzuciłam sieć, strzelbę mając zawsze w pogotowiu, by w razie zbytniego ryzyka pozbawić stworzenie życia. Rzadko miałam aż takie problemy, bo dobierałam ofiary bardzo starannie, ale nigdy nic nie wiadomo…
Okazało się, że zadanie wcale nie będzie takie łatwe, bo w rusałkę wstąpiły jakby nowe siły – zaczęła wić się i szarpać. Nie chciałam jej zranić czy pokaleczyć, bo to obniżało jej cenę, więc mocowałam się z nią tak przez jakiś czas. W końcu opadła z sił i zrezygnowana dała się prowadzić. I całe szczęście, bo już byłam mocno zmęczona, zarobiłam też kilka zadrapań. Odstawiłam ją do nowego domu w Idop, odebrałam zapłatę i zmęczona klapłam na ziemię w najbliższej przecznicy. Zastanawiałam się właśnie czy by tu czegoś nie zjeść, gdy nagle ktoś włożył mi o dłoni monetę. Podniosłam zdziwiona głowę, wytrzeszczając przy tym oczy. Pochylała się nade mną jakaś ładna kobieta, pytając czy nie jestem ranna i czy mi nie potrzeba pomocy. Taka właśnie była Aleksandra, dobra, miła, serdeczna. Pomogła mi znaleźć jakiś kąt, gdzie mogłam zamieszkać na dłużej, bo do tej pory spałam gdzie popadnie. W Idop nie brakowało zleceń, więc spokojnie mogłam się tu osiedlić. Niewielu ludzi mogłam nazwać przyjaciółmi, ale Aleksandra chyba właśnie była dla mnie kimś takim. Często opowiadałam jej o swoim życiu, obecnym i dawnym, ona słuchała uważnie, ale o swoim nic nigdy nie wspominała. Jedyne, o czym mówiła, to o swoim ukochanym – Pablo. Przychodził zresztą do niej dość często. Ta dwójka była jak ogień i woda, do teraz zachodzę w głowę jak oni mogli być ze sobą. Cóż, przeciwności się przyciągają, czy jakoś tak.
Odpowiadało mi takie życie. Miałam nadzieję, że może kiedyś odpokutuję i dostanę się do tego Raju, a nawet jeśli nie, to wieczność tutaj nie wydawała się aż taka zła. Miałam co robić, gdzie mieszkać, z kim pogadać. Ale niestety, nawet w Czyśćcu wszystko się zmienia.


Byłam wśród tych, którzy zdecydowali się zostać i bronić Idop. Miałam swoją wierną strzelbę, więc mogłam chociaż kilku posłać do wszystkich diabłów. Szef miasta zapewnił Pablo, że Aleksandra ewakuowała się wraz z cywilami, ale ja nie do końca mu wierzyłam. Coś z jego spojrzeniem było nie tak. Ale Pablo mu ufał, więc był w miarę spokojny.
Pamiętam przeraźliwą cieszę, która objęła Idop tuż przed samym atakiem. Pablo położył mi rękę na ramieniu i kiwnął głową, a ja mocniej ścisnęłam broń. Nadchodzili. Nagle całe niebo pokryło się harpiami, padły strzały. Odsunęłam się na bok by nabić broń, gdy zanurkowały. Przez sekundę mignął mi przed oczami szyjący z kuszy Pablo.
Nie zdążyłam już oddać drugiego strzału. Gdy podniosłam broń w górę, jak z podziemi wyrosła przede mną jedna z harpii, atakując mnie zakrzywionymi szponami. Zasłoniłam się strzelbą, ale i tak udało jej się rozerwać mi bok. Zawyłam z bólu, a stworzenie odrzuciło mnie w głąb jakieś uliczki i odleciało dalej siać spustoszenie. Nie miałam siły nawet się podnieść, z rany lała się obficie krew, a ja czułam, że zaraz zemdleje, że to już zbliża się koniec, tym razem ostateczny.
~Może w piekle też da się łapać demony ~ zdążyłam pomyśleć zanim wszystko przysłoniła mi ciemność.
 

Ostatnio edytowane przez Ren : 11-08-2009 o 13:42.
Ren jest offline  
Stary 12-08-2009, 01:16   #4
 
MrScoob's Avatar
 
Reputacja: 0 MrScoob nie jest za bardzo znanyMrScoob nie jest za bardzo znany
Dzikusy coraz bardziej napierały, ich strzały niesione na skrzydłach rewolucji rzadko chybiały gdy rozdygotane ręce Polaków bez przerwy kierowały karabiny wysoko w niebo. Na tle tej niezdyscyplinowanej hałastry stał Gołas, jak zwykle twardy niczym ze skały, niewrażliwy na wszystko co działo się wokół, dla niego istniał tylko on i wróg naprzeciw niego. Niektórzy bracia z Legii żartowali sobie, że Gołas to i by mógł się ogolić stojąc w środku bitwy, a nie zaciąłby się choćby mu kule muskał nos. Jednak teraz nikomu nie było do śmiechu, murzyńscy strzelcy stojący na małym wzgórzu byli już nie do przeforsowania, oddział był stracony w tym momencie nawet odwrót by ich nie uratował. Jeżeli chcieli choć trochę osłabić szeregi wroga było tylko jedno wyjście.
-Na bagnety! - rozległ się wrzask dowódcy. Gołas dla, którego nie była to pierwszyzną machinalnym ruchem sięgnął po bagnet, a następnie umocował go na lufie karabinu. Już chciał biec by wbić swoje ostrze w czyjś czarny zad gdy nagle poczuł ostry ból w kolanie. Kula drasnęła mu nogę, upadł krwawiąc lekko. Nie raz już był trafiony, wiedział, że teraz należało leżeć, walka w takim stanie to brawura i gówniarstwo. Bardziej się przyda w kolejnej bitwie niż w tej postrzelony w nogę. I wtedy w podczas tej zimnej, przemyślanej decyzji stało się coś nieoczekiwanego, coś co jeszcze nigdy nie spotkało Bogusława, ktoś pchnął go w brzuch, kątem oka Bogusław dojrzał czako legionisty i rozmazaną twarz, no i te słowa, te zimne słowa
-Tak będzie lepiej sierżancie, tak będzie lepiej...

Sierżant? Tylko jedna osoba go tak nazywała, Majewiak, mały Majewiak, ten, który uczepił się go jak rzep psiego ogona. Pluskwa, która nie dawała mu spokoju i gryzła niemiłosiernie swoim natręctwem. Ja wiedziałem, że tak będzie… Przechodziły mu przez głowę myśli. Umierał wiedział to, a może już umarł? Otworzył oczy i wtedy ujrzał gdzie się znajduje. Nie były to wybrzeża Santo Domingo, nie słyszał wystrzałów i huków artylerii, wrzaski jednak pozostały ale nie były to wrzaski murzyńskiej hołoty, to było bardziej nieludzkie. Nad głową przeleciał mu dziwaczny skrzydlaty stwór. Nie zdołał go jednak pochwycić. Gołas wstał załadował broń niczym rasowy Legionista jakim zaiste był i wycelował, padł strzał. Celny. Ptaszysko czy cokolwiek to było padło. Nadleciał drugi, kolejny ładunek do lufy, cel i strzał! Ten również padł. Ataki na chwilę ustały ale dzikie stado nadal krążyło w powietrzu, na wszelki wypadek Bogusław załadował kolejny ładunek. Skończywszy to podszedł do zdobyczy, od początku wiedział, że to nic normalnego, tak jak wszystko co się teraz wydarzyło. Zwłoki wyglądały jak ze średniowiecznych fresków piekła w jakiej katedrze. Małe skrzydełka, rogi? Gdzieże on był? Czy już u wrót piekła? Może w czyśćcu pokutował za śmierć wszystkich poległych z jego winy? To się teraz nie liczyło, gdzie by nie był zasady pozostawały te same. Kolejny demon wyleciał ku niemu z piekielnej chmary. Cel, pal!

Był front, była i armia. Kto by pomyślał, że czyściec ten, którym straszył klecha z ambony będzie potrzebował własnej armii? W końcu kto jej nie potrzebował? Z kolei dziwna historia, walczysz zabijasz, umierasz również zabijasz. Można by pomyśleć, że tutaj kiedy walczysz z piekielnymi siłami masz przynajmniej pewność, że walczysz słusznie ale czy aby na pewno? Skąd wiadomo, że po tej ostatniej bitwie będzie niebo? Toć po tamtej stronie nikt nam nie mówił, że po śmierci będziem walczyć z piekielną hordą. To samo było tutaj, nikt nie mógł obiecać, że pójdziemy do nieba. Dla Gołasa Bóg nadal nie istniał, bajka dla czarnego luda wymyślona po tamtej stronie. Pomimo to nadal walczył to przynajmniej, umiał. Bił się na wschodniej granicy gdzie upiornej hałastry było najwięcej. Jedno z idiotycznych przykazań mówiło ,,Nie idź na wschód!,,. Szybo przekonano się, że ten kto wymyślił tę parodię Dekalogu musiał mieć przynajmniej w tej jednej kwestii rację. Początkowo było normalnie parę zwycięstw okupionych krwią, niechlubnych kilka odwrotów, norma. Jednak niedługo wszystko się zmieniło. W głąb wschodnich krajów demony stawiały coraz to większy opór, armia Gołasa ponosiła klęskę za klęską. Regimenty ruszyły do szybkiego odwrotu by móc choć w części powrócić do bezpiecznej przystani. Pod odwrocie armii, demony jakby się rozmnożyły. Teraz działania wojenne ograniczyły się wyłącznie do ochrony granic. Tam w nagrodę przydzielono Gołasa na bezpieczne oficerskie stanowisko. Nie był rad z tego powodu, teraz miał stać z tyłu huków armat. Jego kompania była jedną z dzielniejszych, miał pod sobą samych wiernych dekalogowi żołnierzy. Oni mięli wiarę i ideę Bogusław miał dla nich wiedzę i zimne spojrzenie na sprawę. Był doskonałym sternikiem dla tej doskonale zdyscyplinowanej i zmotywowanej ludzkiej masy. Wycisk na strzelnicy traktowali jak nagrodę, w najwyższym stopniu frustracji jako konieczny krok do poprawy własnych umiejętności strzelniczych. Wyglądali dosłownie jak Legiony Polskie, różnili się wyglądem, uzbrojeniem ale duszą byli tymi samymi uciśnionymi Polakami z chęcią walki i zwycięstwa. Mimo wszystko jeden regiment nie mógł powstrzymać napory wroga.

Do twierdzy zawitał posłaniec, umazany krwią i błotem. Mundur, który nosił na sobie wskazywał, że niejedno już przeżył i w niejednym regimencie się tułał. Stanowił niezły kontrast dla czystych i zadbanych żołnierzyków Gołasa.
–Prowadźcie do przywódcy zacni wojowie – rzekł do nich. Ci doprowadzili go prosto do chaty oficerskiej gdzie Gołas i kilku dowódców namiętnie studiowało mapę i porozstawianej na niej małe znaczniki.
–Jaki informacje przynosisz pachołku? – zapytał najwyższy oficer.
–Nie dobre, oj niedobre. W ostatnich tygodniach upadły warownia Scotfielda, Barona von Fidershtrofa, Sir Granta z Wali, Spartakusa, Wercygetoryksa…
–Niedobrze – przerwał mu Gołas. – Aby nie marnować nam czasu powiedz lepiej, które warownie się ostały?
–Tylko Borysa Gierwaszenki, Ottona i niejakiego Czerwonego Pułkownika.
–Toż dopiero przedwczoraj odebrałem wiadomość od Filipa Kugliusza, że ich warownia dzielnie się broni!
–Tak było zaiste ale zacny Filip Kugliusz nie przewidział drugiej fali nadchodzących od północy i zachodu Sakubusów, otoczyli ich.
–Czyli to oznacza, że do najbliższej warowni mamy około szesnastu mil, nasza twierdza na nic się nie zda, trzeba nadać odpowiednią wiadomość do wszystkich większych miast. Trzeba ogłaszać odwrót zanim zostaniemy zgniecieni przez te piekielne demony.
–Ja również jestem za odwrotem
–I ja także nic nie zdziałamy
Nareszcie ozwał się sam najwyższy oficer:
–Macie rację towarzysze, siedzimy w tej zapchlonej, brudnej warowni jak jakie szczury od niepamiętnych czasów, a zbawienie nie spotkało jeszcze żadnego z nas. Nie mam zamiaru tu ślęczeć i czekać kolejnych kilku dekad w jałowej walce z piekielnym przeciwnikiem. Powiem wam więcej, zbawienie nie spotka nas nigdy, dlatego tu trafiliśmy i trafiać będziemy w inną piekielną potyczkę za każdym razem gdy jakaś brudna, zdradliwa gęba pozbawi nas naszego nędznego żywota. Zejdźmy z naszego brudnego piedestału niepokonani…

Wrócili niepokonani do najbliższego miasta, a tak regiment został rozwiązany. Niektóre miasta w sam czas dały radę się zabezpieczyć przed nadciągającą nawałnicą. Bogusław przez długi czas pozostawał bez konkretnego zajęcia. Przewodził małym grupką najemników jakich zawsze było pełno. Ktoś bał się przebyć drogę do sąsiedniego lub jeszcze dalej położonego miasta mógł liczyć na pomoc Gołasa i jego ekipy. Droga to była pomoc, wszak nikt za darmo nie nadstawi za ciebie karku. Tak leciały lata, dekady ani się spojrzał, a jako najemny strażnik przeżył dłużej niż niejeden tutaj. Demony nadal szalały, a nie mógł znaleźć się nikt kto by raz, a porządnie podjął z nimi walkę tak jak dawniej. Bano się otwarcie wypowiedzieć im wojny za bardzo się już rozszalała piekielna hałastra aby ją na powrót zagonić do wschodniej granicy. Jednak stało się i zbawienie przybyło. Pojawił się w czyśćcowej krainie szaleniec, któremu na powrót udało się zjednać ludzi i zgrupować nową ramię do walki z piekielnym ciemiężcą. Święty Aryjczyk takie nadał sobie imię i tak go zaczęto nazywać, nowa armia dostała miano Armii Czyśćcowej. Choć ideologia i sam przywódca były tak porąbane w dekiel, że Gołasowi na ich widok zbierało się na wymioty to dołączył do nich. Jaka by nie była armia czyśćcowa to była armią, a tylko armia była mu przeznaczeniem i rzemiosłem. Na froncie nie powalczył długo, szybko go doceniono i wysłano do miasta Reghhart aby dam rekrutował własny oddział i szybko dołączył do armii. Nie było zbyt dużego odzewu, jednak pewnego dnia przybył do niego gość którego by się nigdy u siebie nie spodziewał. Do punktu rekrutacyjnego zgłosił się człek, który móił, że zna go z dawnych lat jeszcze z ziemi. Gołas niechętnie go przyjął, nie poznał go początkowo, a nie był to nikt inny jak Majewski, bezczelnie przybył do Bogusława prosząc o jakiś wyższy stopień w jego oddziale powołując się na dawne czasy w Polskich Legionach. Bogusław nie zapomniał o nim, udowodnił mu to posyłając mu kulę w głowę…

Dzisiejszy dzień był nader spokojny, demony nie dokuczały zanadto, rekruci też nie przybywali zbyt tłumnie, a piwo w tawernie smakowało wyśmienicie idealny dzionek aby odpocząć od pełne trosk świata. Był to jeden z tych momentów kiedy same do głowy przychodziły przemyślenia. Czy aby na pewno robi dobrze? Na cóż mu te ciągłe boje i walki? I tak nie stanie przed bogiem choćby nie wiem ilu by zarąbał diabłów to Bóg nie da mu zbawienia. Nawet gdyby stanął przed nim, mógł go dotknąć i porozmawiać z nim nie uwierzyłby w jego istnienie, ot sztuczka, kolejny etap walki jaki go czeka. Nie miał motywacji więc po co to robił? Doczesne dobra prędzej by zdobył łupiąc i grabiąc, jak to robią niektórzy, gdyby chciał pomagać ludziom to zamiast walczyć nadaremno z demonami zająłby się wypiekiem chleba, murowaniem domów albo innym bardziej potrzebnym ludziom zawodem. Bezsensowny gnał do w coraz to nowe potyczki, kampanie, wojny, a czy warto mu się sprzeciwić? Siedząc w kącie tawerny nie miał pojęcia, że ktoś się do niego przysiądzie, a jednak ktoś siadł dokładnie naprzeciw niego. Było mężczyzna w kapeluszu z szerokim rondem, w długim skórzanym płaszczu.
–Witaj sierżancie! – rzekł nieznajomy. Gdzieś już słyszał te słowa, nie mógł ich jednak wypowiedzieć on, on już nie żył. Czyżby?
–Kim jesteś, że mnie tak zwiesz?
–Ja? Zwą mnie Pablo. Nie znam się na żołnierskich stopniach więc tak palnąłem.
–Możesz mi mówić Bogusław tak mam na imię
–Muszę ci się przyznać, że od jakiegoś czasu przyglądam się poczynaniom tej waszej czyśćcowej armii… - rzekł nie owijając w bawełnę Pablo.
–Szybko przechodzisz do rzeczy, powinieneś mi wcześniej coś postawić ale cóż jeżeli tak mówisz to muszę ci się przyznać, jeżeli chodzi o armię nękają mnie wątpliwości co do jej sensu.
–Domyślam się Święty Aryjczyk grzeje dupę w miastach, a wam każe walczyć nie wiadomo o co, mam jednak dla ciebie propozycję, a właściwie prośbę. Czy nie chciałbyś dołączyć do obrony mostu? To na pewno bardziej satysfakcjonujące niż siedzenie w tych barakach. – Po usłyszeniu tych słów Bogusław porządnie się zastanowił. Miał przed sobą szansę na wyrwanie się z armii, może przygodę, która odmieni jego marną egzystencje.
–Z chęcią się zgodzę ale tylko pod warunkiem, że postawisz mi piwo. – Obaj się uśmiechnęli.

Zanim jednak Gołas dołączył do broniących mostu musiał załatwić wiele spraw w Reghhart, podróż do Idop nie była sprawą prosto. Do pomocy wziął sobie kilku młodych rekrutów. Przed odjazdem, musiał też poczekać na informacje z frontu aby nie trafić w środek jakiejś większej potyczki. Łączne przygotowania do podróży trwały razem trzy miesiące po, których natychmiast wyruszył do Idop w towarzystwie 12 rekrutów. Podróż poszła nader sprawnie jedyne na co natrafili to mała grupkę demonów półtora mili od Idop. Wystarczyło kilka serii z karabinów aby pozbyć się niechcianego towarzystwa. Nie mając już zbytnio sił rozbili obóz właśnie tam aby z samego rana dotrzeć do miasta.

Bogusława obudziły dziwne krzyki i odgłosy bitwy. Dochodziły z oddali, od strony Idop. Bez wątpienia demony znowu zaatakowały, należało się do tego przyzwyczaić jako jeden z obrońców mostu będzie pewnie musiał stawiać im czoła co noc. Jednak po uważnym zlustrowaniu terenu oficer dostrzegł, że to nie jest tylko mała potyczka grupą demonów. Odkąd mógł dojrzeć ciągnęły oddziały, bo tak to już należało nazwać demonów i innego plugastwa. Ilekroć patrzył w niebo widział przelatujące setki harpii. Zbudził ludzi, porwał karabin, a gdy ci również się przygotowali ruszył razem z nim pędem ku Idop. Pół mili od miasta było już pełno diabelskiej hołoty. Bogusław starał się ich ominąć, a gdy jakiś stawał mu na drodze odrzucał go na bok ostrym i długim bagnetem. Był już koło mostu, gdy zestrzelona harpia upadła tuż na niego przygniatając go swym ciężarem. Stracił przytomność…
 
MrScoob jest offline  
Stary 16-08-2009, 16:19   #5
 
Czajnik's Avatar
 
Reputacja: 0 Czajnik nie jest za bardzo znany
Kolejna salwa pocisków wystrzeliła w powietrze niezliczoną ilość drzazg i wyłamała kolejne deski w burcie "Czarnej Klepsydry". Marynarze na francuskim galeonie "Gwiazda Paryża" już szykowali się do abordażu. Piraci z "Klepsydry" wiedzieli, że to jest ich ostatnia potyczka. Teraz, pod ostrzałem, przypominali sobie, jak głupie było ściganie tego francuskiego barku handlowego. Po tylu zwycięstwach wśród wysp Morza Karaibskiego dali się wciągnąć w pułapkę jak dzieci. Kilka kul połączonych łańcuchami wystrzeliło w kierunku statku i zerwało maszty. Salwa kartaczy przerzedziła znacznie załogę. "Gwiazda" zbliżała się nieubłaganie, gdy nagle, wśród huku wystrzałów padła komenda : "Dalej psy! Do abordażu! Niech Davy Jones wie, że zginęliśmy w walce! Nie damy się tym francuskim psubratom!" Wszyscy piraci podnieśli głowy na swego kapitana, który stał z liną w ręku i szykował się do skoku. W serca powrócił duch walki, piraci ścisnęli swe kordelasy i rzucili się na zdezorientowanych Francuzów. Wiedzieli, że walka była przegrana, ale jeżeli mieli pójść do luku Davy'ego Jonesa to przynajmniej uczynią to z honorem. A poza tym, mogli nawet iść do diabła, byle tylko towarzyszył im ich ukochany kapitan, William Torch. Przedostali się na galeon i rozpoczęli rzeź, siekając na prawo i lewo. Jednak przewaga Francuzów zmusiła ich do odwrotu. Torch zakrzyknął, by wszyscy wrócili z powrotem na "Klepsydrę". "Jeśli mam zginąć, to na mojej łajbie!" Kolejna salwa uderzyła w burtę pirackiego slupa. Statek zaczął tonąć. "Śmierć na morzu" - pomyślał Torch. - "To wymarzona śmierć dla pirata". Statek zanurzył się całkiem, a on stracił przytomność.

Obudził się na plaży, na małej wysepce nieopodal miejsca bitwy, gdy fale obmywały mu twarz. Wstał. Po Francuzach nie było śladu. Nie było też śladu jego załogi. Czyżby był jedynym, który ocalał? Oswajał się z tą myślą, błąkając się po wyspie przez następne kilka dni. Zajadał owoce, upolował nawet dziką świnię, główne źródło mięsa na Karaibach. W końcu, pod dwudziestu dniach spędzonych na wyspie, nie mając już nadziei na powrót. Mając przy sobie swój kordelas i muszkiet oraz jeden nabój, wyszedł w na plażę i ruszył wzdłuż brzegu, coraz bardziej zagłębiając się w odmęty oceanu. Wreszcie, gdy woda sięgała mu już do klatki piersiowej, William przystawił sobie lufę do skroni i strzelił.
Huk, dym, światło. Oślepiający blask. Torch inaczej wyobrażał sobie śmierć. Ocknął się na brzegu niewielkiego jeziorka. Woda była słona, prawie jak w morzu. Wokół niego roztaczała się pustynia, gdzieniegdzie w oddali widział zarysy drzew, lecz równie dobrze mogła to być fatamorgana. Pomacał się po głowie. Nie było żadnej rany, choćby zadrapania, choć przecież kula powinna przestrzelić mu czaszkę na wylot. Jednak gdy spojrzał na swój pas zobaczył, że kula nadal jest w kieszonce. Co więcej, jego kordelas jak i całe jego ubranie było jak nowe, mimo iż po bitwie był nie lada poszarpany. "Co to za diabelne sztuczki!?" - wykrzyknął. "Właściwie, mój przyjacielu, to sztuczki rodem z Czyśćca, jeśli można to tak ująć" - usłyszał za sobą. W jednej sekundzie wyciągnął swoje ostrze i wycelował w osobę za nim. Ku jego zdziwieniu cios został zablokowany przez sporej wielkości żelastwo. Co jeszcze dziwniejsze, owo żelastwo było w rękach... "Nie, to niemożliwe" - pomyślał. Rycerz, podobny do tych, których widywał na malowidłach stał tuż przed nim i wyciągał do niego dłoń. „Idź w cholerę, czarci synu! Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę!” – wykrzyknął. Rycerz spokojnie odłożył miecz i przemówił raz jeszcze. „Jestem Rod Enkerbrand i tak, to co widzisz to Czyściec, a Ty z tych czy innych powodów się tu znalazłeś. Chodź, opowiem Ci wszystko po drodze do miasta.”

William, wciąż lekko oszołomiony całą sytuacją, ruszył za rycerzem i w drodze do Idop, bo tak się owo miasto zwało, wysłuchał historii o 10 przykazaniach Czyśćca zawartych na tablicach w 10 miastach, o armii demonów buszujących po tym miejscu, wreszcie o moście, który wszyscy mieszkańcy Czyśćca winni bronić, by uzyskać zbawienie i dostać się do Raju. W Idop zadomowił się szybko i odnalazł wśród tych realiów. Nigdy nie miał z tym kłopotów, a dzięki swej charyzmie i zdolnościom przywódczym szybko zebrał wokół siebie grono zaufanych ludzi. Kradł i napadał jak za życia na Ziemi, walczył z demonami ramię w ramię z szpitalikiem, Rodem Enkerbrandem, który był pierwszą osobą, jaką tu spotkał. Wreszcie założył w Idop tawernę i zbijał nie lada zysk na sprzedaży zaboli pędzonych ze świętych jabłek. Dzień w dzień dziwował się, że Bóg nie zesłał go jeszcze za to na potępienie. Wielu ludzi przychodziło do jego tawerny „Pod Rajskim Niebem”, ludzi z różnych epok. Lubił siadać razem z nimi i wysłuchiwać ich opowieści, a trzeba przyznać, że mieli oni równie ciekawe życiorysy jak i on. Nasłuchał się wiele od Roda o zamierzchłych czasach wojen z innowiercami, żołnierz z Europy, który urodził się około dwustu-kilkudziesięciu lat po nim opowiadał mu o strasznych konfliktach jakie się wydarzyły w XX wieku. Odwiedzał jego karczmę również młody mężczyzna z XXI wieku, który był wręcz maniakalnie zafascynowany piractwem i czasami w których żył William. Co więcej, okazało się, że jego historia obrosła w niemałą legendę w późniejszych wiekach po jego śmierci. William był rad, że jego skarbu nigdy nie odnaleziono i śmiał się do rozpuku, gdy usłyszał, jak szalone opowieści o nim krążyły. Może połowa z nich była prawdziwa. Pomyślał by kto – on równie sławny jak Edward Teach czy Bartholomew Roberts. Opowiadał więc mężczyźnie o swych przygodach niemal każdego wieczoru, kiedy ów odwiedzał jego karczmę. Inni również słuchali z zaciekawieniem. Wciąż wypadał ze swoją bandą na poszukiwania nieszczęśników, którzy przybyli do Czyśćca, tylko po to by ich okraść z tego, co ze sobą mieli. Spotkał nawet kilku piratów i w zamian za doprowadzenie ich do miasta i dołączenie do swej hałastry, otrzymywał od nich pociski do swego muszkietu oraz inne drogocenne rzeczy. W piwnicy pod karczmą miał sporą kolekcję butelek rumu. Życie po życiu układało mu się nad wyraz dobrze. Aż do czasu...


Teraz, odpierając ciosy nadlatujących harpii i innego plugastwa z radością wspominał te chwile. „Cholerne bestie przedarły się przez obronę mostu i atakują Idop. Jak do tego mogło dojść do licha?!” – głowił się nad tym. Ale nie czas teraz było na rozważania. Kolejna harpia podleciała do wieży strażniczej. Torch szybko dobył swój nóż i wbił go w pierś bestii, po czym odciął jej łeb kordelasem. „Idź do diabła czy skąd tam przylazłaś, harpio! Z butlą rumu i yo ho ho na ustach!” Nagle zza pleców usłyszał dziwne syczenie i sapanie. Obrócił się prędko, jednocześnie zadając cios. Krople krwi i resztki futra opadły na ziemię. Wilkołak stał może pół metra od niego, tak, że paskudny jego oddech Torch czuł bardzo dobrze. Rozwścieczona bestia uderzyła go łapą i pirat runął ze szczytu wieży niczym kamień. Miał jednak wyjątkowe szczęście spaść na innego wilkołaka, który krążył wokół wejścia. Zawsze był farciarzem. Zwlókł się z bestii i wycelował w nią swym muszkietem. Akurat na taką okazję zachował srebrną kulę, którą podwędził temu porąbanemu łowcy wampirów. Hellscream czy jak mu tam było. Jeżeli nawet srebro nie działa na wilkołaki, to z pewnością sama kula wyrządzi choć trochę szkód. Wystrzelił. Wilkołak zatoczył się, a on wykorzystał ten moment i z całej siły wraził ostrze kordelasa w bestię, która padła nieżywa na piach. Torch wpatrywał się teraz w górę, oczekując, że druga z bestii zeskoczy na niego. Nie spodziewał się jednak, że pójdzie dołem. Drzwi, przy których stał roztrzaskały się, a z wnętrza strażnicy wypadła na niego para zielonych ślepi i, co gorsza, rzędy ostrych kłów i pazurów. Torch odskoczył zgrabnie i przywalił wilkołakowi okutym buciorem prosto we włochaty łeb. Potwór zatoczył się, ale doskoczył do Torcha w trymiga i uderzył go łapą, robiąc trzy głębokie szramy na piersi. William rzucił się pędem do ciała harpii, którą wcześniej powalił i wyciągnął z niej swój sztylet, po czym szybko obrócił się i cisnął nim w atakującą bestię. Trafi w oko, po czym doskoczył i odciął jej łeb. "Yarrr - William Torch 1 - Demony 0". Pędem puścił się w stronę Idop, gdzie walczyli jego kamraci. Był już blisko ogrodzenia miasta, gdy zauważył, że wszyscy wycofują się, dościgani i rozszarpywani przez bestie. Uniósł w górę kordelas i z okrzykiem na ustach rzucił się im na pomoc, ale coś twardego uderzyło go w głowę. Zdążył się jeszcze obrócić i zobaczyć zarys postaci stojącej nad nim. A potem opadły go ciemności.
 

Ostatnio edytowane przez Czajnik : 16-08-2009 o 16:44.
Czajnik jest offline  
Stary 16-08-2009, 21:38   #6
 
ZauraK's Avatar
 
Reputacja: 248 ZauraK ma w sobie cośZauraK ma w sobie cośZauraK ma w sobie cośZauraK ma w sobie cośZauraK ma w sobie cośZauraK ma w sobie cośZauraK ma w sobie cośZauraK ma w sobie cośZauraK ma w sobie cośZauraK ma w sobie cośZauraK ma w sobie coś
I kolejna walka, która to już z kolei dzisiaj.....dziesiąta.... nie to jedenasta. Dlaczego? Inni walczyli góra po pięć, sześć razy po czym, jeśli przeżyli wypoczywali już spokojni o swój los. Spokojni przynajmniej do następnego razu. Dlaczego on walczył kolejny raz, i kolejny i znowu. Czyżby ten przeklęty senator maczał w tym palce? Już go tu zamknął jeszcze mu mało? Rozmyślania przewał świst miecza przeciwnika i ryk publiki. Tak, walka. Przyjrzał się swojemu przeciwnikowi, w którym rozpoznał Gnomixa. Dlaczego on, jedyny któremu nigdy nie dał rady na ćwiczeniach? Znowu wykonuje unik i zaraz szybką kontrę. Szybką... Gdyby były to ćwiczenia rozbawiłby niedawnych towarzyszy. Widział jak w zwolnionym tempie swój sparowany cios. Przeciwnik posiadał o wiele większą rezerwę sił, sił których Fimusowi już brakowało. W zasadzie to już tylko siła woli go pchała do przodu. Kolejny unik, znowu zbyt wolno i kolejna czerwona pręga na torsie. To tylko zadrapanie wmawia sobie. Tak to tylko zadrapanie, ale jakże piekące i dekoncentrujące. Wysysa z niego resztki sił, powoli, ale systematycznie. Kolejny atak i udaje mu się odbić cios tarczą. Kontra i trafia Gnomixa. Obserwuje przeciwnika, który na chwilę się zatrzymał i zmierzył go wzrokiem od stóp do głów. Widzi kilka czerwonych rys na jego skórze po jego glatiusie i ostatnią zadaną ranę. Niestety nie jest ona groźna, zabrakło siły w wyprowadzonym uderzeniu. Wróg rusza z zamachnąwszy się mieczem. Fimus przygotowuje się do obrony tarczą unosząc ją lekko. Czy to brak sił, czy tez to pot zalewający oczy spowodował, że nie odczytał tak oczywistego posunięcia przeciwnika: zamiast uderzenia miecza o tarczę, poczuł silne kopnięcie pod tarczą w brzuch. Siła była tak duża, że pada na wznak. Spotkanie z ziemia pozbawia go resztki tchu, wie już że to koniec. Jeszcze łudzi się że zostanie oszczędzony, że dostanie prawo łaski... ŚMIERĆ - ryczy tłum - ŚMIERĆ, ŚMIERĆ... próbuje się zdobyć na ostatni ruch. Turlaj sie, turlaj - wmawia sobie..... ŚMIERĆ, świst miecza, ostry ból w piersi... huk... białe światło czerwieniejące z każdą chwilą... Ciemność, cisza...

Pierwszy powraca dźwięk - szum wiatru... nie to przesypujący się piasek. Piasek na arenie? Żyję? Ale gdzie wrzawa tłumu? Otwiera z trudem oczy. Leży na wznak spoglądając w niebo... Niebo... czarne, ale nie czarne - dziwna kłębiąca się masa... chmury. Siada, rozgląda się i widzi równinę, pustynię. Nagle przytomnieje i ściąga hełm. Studiuje całe swoje ciało, jednak nie widzi nic wskazującego na przebyte właśnie walki. Kilka blizn po zagojonych dawno ranach z ćwiczeń, to wszystko. Na Jowisza, co tu się dzieje ? - wyrywa mu się na głos. Powoli wstaje i zbiera swoje rzeczy. Tu też dziwna rzecz. Wszystko jak wydano prosto ze zbrojowni w dniu igrzysk: glatius nie ma ani jednej szczerby, hełm, tarcza i naramiennik bez ani jednego wgniecenia. Tunika czysta, bez ani jednej plamki krwi.
Jeszcze raz się rozejrzał nie wiedząc co począć i w którą stronę się udać. Na lewo i prawo rozciągała się bezkresna dal szarej pustyni. Za nim majaczyły w oddali wzgórza, a nad nimi prawie białe niebo. Przednim dziwna ciemność w oddali spowijała wysoką górę. Miał wrażenie, że coś patrzy na niego z tej góry. Wytężając wzrok dojrzał bliżej nie określony kształt w czerwonej poświacie, i aż go dreszcze przeszyły.

Niewiele myśląc odwrócił się na pięcie i dziarskim krokiem ruszył w kierunku wzgórz...
Po trzech dniach nieustającego marszu Fimus, pogrążony do tej pory w transie, ocknął się czując głód i zmęczenie. Spojrzał po okolicy i nic poza piachem z trzech stron i wzgórzami o jakąś godzinę drogi przed nim, skalistymi wzgórzami. Nie poddając się jednak ruszył przed siebie. Zaczął na głos analizować sytuację. Zginąłem, czyż nie? A jednak idę, oddycham, czuję głód i zmęczenie. Nie mam ran, które przecież otrzymałem. Miejsce, właśnie co to za miejsce właściwie? Jak się tu znalazłem. Leżałem na arenie na piasku i obudziłem się na piasku, ale na pustyni. Właśnie piasek. Analizował odczucia swych bosych stóp. Bardziej szorstki niż ten na arenie. Ciepły ale nie na tyle żeby parzyć. Kolor... szary, a nie żółty... W ogóle kolory jakieś tu dziwne. Niebo, nie tego koloru nie potrafię nazwać, zupełnie jakby zmieniało swój kolor z dużą prędkością. Spogląda na skały do których właśnie dotarł. Niby zwykłe, ale gdy robi nierozważnie pierwszy krok rani się w stopę. Tego już za dużo. Staje i rozładowuje swoje frustracje krzykiem AAAAAGGGGGGHHHHRRRRRR!!! Dysząc ciężko zauważa, że niecały actus od niego jest jakby ścieżka, a wzgórza wcale nie są gołą skałą. Ścieżka pnie się w górę gdzie znika za kilkoma drzewami. Idzie tam lekko kuśtykając. Powoli pnie się w górę po dosyć gładkiej powierzchni, mając po lewej i prawej ostre kamienie. Drzewo o zgniło-zielonym pniu, czarne liście i owoce wyglądające jak jabłka. Położył pod drzewem swoje uzbrojenie i zaczął bezmyślnie zaspokajać swój głód owocami. Najedzony nazbierał jeszcze jabłek do chełmu, po czym usiadł pod drzewem i zasnął z mieczem w dłoni.
Zbudził go jakiś szmer. Natychmiast poderwał się gotów do walki. Wróciło wspomnienie areny. W jego stronę ze szczytu schodziło trzech ludzi. W dwóch rozpoznał legionistów. Trzeci wyglądał na barbarzyńcę z północy - ubrany w jakieś futra i uzbrojony w sporej wielkości topór. Natychmiast wysypał jabłka i nałożył hełm szykując się do starcia. O nie, nie dam się zamknąć ponownie! - krzyknął i przyjął pozycję do walki. Tamci przystanęli jakby dopiero teraz go dostrzegli. Po chwili ruszyli dalej zachowując ostrożność. Spokojnie, nikt nic Ci nie zrobi. - usłyszał od barbarzyńcy, co go zdziwiło. Jeszce bardziej go zdziwił gest barbarzyńcy i natychmiastowa reakcja legionistów. Zatrzymali się w czasie gdy barbarzyńca podchodził. Co tu się dzieje? Barbarzyńca rozkazujący legionistom? - Fimus bił się z myślami.
Jestem Brogan.
- Nie mam złych zamiarów. - ponownie odezwał się barbarzyńca stojący w odległości jednej tyczki od Fimusa. - tamtych dwóch to Furius i Spurius. Jesteśmy patrolem z pobliskiej strażnicy. A Ty pewnie jesteś tu nowy.
- Ja... - usłyszał swój głos - jestem Cornelius. Co znaczy to nowy i tu?
Brogan się uśmiechnął
- A jak Ci się wydaje? Że gdzie jesteś?
- To ja się pytam gdzie jestem. Jakbym wiedział to bym...
Brogan przerywa - To co byś zrobił trupie? Wydaje Ci się, że żyjesz? Jesteś w Czyśćcu. Wiesz co to?
Fimus pobladł. O czym on mówi, jaki trup, jaki czyściec? Przygotował się do obrony, pomimo iż człowiek przed nim wydawał się na rozluźnionego.
- O czym Ty mówisz? - spytał chłodno. Brogan westchnął tylko.
- Za każdym razem to samo. Co ostatnie pamiętasz zanim się tu znalazłeś?
Fimus otworzył już usta
- Albo nie nie odpowiadaj. Ja Ci powiem. Pamiętasz, że ktoś Cię poważnie ranił, tak poważnie że nie powinieneś już żyć, czy mam rację?
Fimus tylko pokiwał głową
- I dobrze Ci się wydaje, umarłeś, zabito Cię, wykończono, zadźgano. Jesteś trup, przynajmniej na tamtym świecie i przyjmij to do wiadomości - to zła wiadomość. Jest też dobra - żyjesz na tym świecie, w Czyśćcu. Byłeś niegodziwcem, grzesznikiem, ale nie jesteś taki zły najwyraźniej skoro trafiłeś tutaj. Zawsze mogłeś zaliczyć piekło, chociaż nadal masz taka możliwość - Brogan roześmiał się. - Choć ze mną do strażnicy to Ci dokładnie wyjaśnię o co tutaj chodzi. - Odwrócił się i podążył w stronę szczytu wzgórza mówiąc cały czas - I przestań obawiać się nas, są inne istoty których powinieneś się bać, zwłaszcza że przybywasz z północy i na pewno widziałeś demony. Fimusowi przypomniał się kształt w ciemności i postanowił jednak zaufać tym ludziom. Ruszył drętwo trawiąc właśnie nabytą wiedzę. Koniec końców mowa barbarzyńcy go przekonała. Po drodze Brogan pokazał mu wioskę w oddali.
- To Idop. Dla Twojej nogi lepiej by było tam trafić bo bliżej niż do strażnicy. Dla Ciebie w całości lepiej do strażnicy. Nie wiadomo co by dla Ciebie wymyślił ten przeklęty staruch.
W strażnicy opatrzyli jego stopę, nakarmili go jabłkami, napoili... musem jabłkowym. Dowiedział się wszystkiego o swoim nowym domu, o tablicach z przykazaniami, o demonach, jabłkach, walce, moście i wielu innych sprawach. Spędził tu kilkanaście dni. Widział nawet kilka walk z pomniejszymi demonami. Kiedy już się pogodził z własnym losem postanowił, że jego miejsce jest w walce i rozpoczął treningi z innymi. Okazało się, że posiada dosyć wysokie umiejętności. Tylko dwie osoby z dwudziestoosobowej załogi strażnicy były w stanie go pokonać, oczywiście jedną z nich był Brogan, drugą Furius. I tak zaczął służbę w obronie mostu. Początkowo liczył dni, potem miesiące, a następnie lata. Po pierwszych dwustu dał sobie spokój. Wszystko szło całkiem dobrze do tamtego dnia kiedy zjawiła się ta przeklęta bestia przy moście. Już w pierwszych chwilach walki Brogan został ciężko ranny, a sześciu innych zabitych. Fimus automatycznie wcielił się w rolę dowódcy. Przypomniał sobie wszystko co wiedział o taktyce walki tutaj zebrane przez ostatnie czterysta lat i pokierował pozostałymi ludźmi. Finalnie zabili tę bestię, ale wielkim kosztem. Ośmiu zabitych, pozostali przy życiu ranni w różnym stopniu. Do dalszej służby nadawało się jedynie dziewięciu ludzi z lekkimi zadrapaniami. Posłał jednego z ludzi do wioski z raportem.
Przysłano nowego dowódcę, a Fimusa wezwano przed oblicze starca zarządzające Idop. Pierwsze co usłyszał to krytykę o nieudolności obrony, a zaraz potem coś o potencjale w nim drzemiącym. Ze spotkania wynikło kilka faktów. Po pierwsze Fimus zdał sobie sprawę, że nie cierpi tego starucha. Po drugie nie wrócił już na most. Po trzecie zajął miejsce zastępcy szefa straży, którego skierowano do kierowania obroną mostu w zastępstwie rannego Brogana. Miało to być przyuczenie przed ewentualnym objęciem samodzielnego dowództwa. Ha... przyuczenie. Szef straży Gajus, był niezbyt rozgarniętym grubasem, którego głównym zajęciem było zbawianie się z kobietami i chlanie wszystkiego co choć przypominało alkohol. Tak więc Fimus raczej był bardziej szefem niż zastępcą. Ciekawy człowiekiem jakiego spotkał był historyk Wegecjusz, jak się chwalił, autor dzieła o wielowiekowej taktyce armii rzymskiej. Wegecjusz chętnie się dzielił swoją wiedzą jeśli tylko spotkał życzliwego słuchacza. I tak Fimus spędził kolejne 700 lat. Miał okazję obserwować przybywających z Ziemi, a wraz z nimi zmiany jakie zachodziły w zwyczajach, ubiorach, uzbrojeniu, narzędziach.
Nadszedł jednak w końcu dzień opuszczenia wioski, dostał przydział do oddziałów specjalnych. Teraz dopiero ujrzał oblicza prawdziwej walki i wszechobecnej śmierci. Niszczenie gniazd i żerowisk wroga, palenie zwłok zarówno demonów jak i poległych towarzyszy, bezceremonialne ograbianie poległych ze wszystkiego co mogło być rzydatne w walce z wrogiem. Dopiero teraz Fimus zrozumiał skąd tarcza, zbroja i sandały rzymskiego legionisty, które otrzymał przy przeniesieniu. Wszystko to było pestką w porównaniu do regularnej walki w obronie mostu, nie wspominając o czasach areny.
W między czasie w Idop zmienił się szef straży. Gajus dostał bilet na Północną Strażnicę, a jego miejsce zajął jakiś rycerz z jakiś wypraw krzyżowych w imię tego ich Boga jedynego. Nadal go nie bardzo obchodziła ta dziwna religia i jeden Bóg. Miał swoich bogów i chociaż uznawał, że istnieje inny bóg, to nie przyjmował do wiadomości, że jego mieliby nie istnieć. Fimus często wspominał gladiatorów z którymi walczył, swoją matkę i oczywiście Aratię. Pomimo jednak starań wspomnienia z każdym kolejnym wiekiem były bledsze, aż w końcu prawie całkiem się zatarły.
Rytm ciężkich walk, będących już jabłkiem powszednim Fimusa od przeszło wieku, zakłóciło pojawienie się niejakiego Pablo. Człowiek ten nie okazywał strachu i tego samego wymagał od innych. Wyprawy stały się jeszcze bardziej szalone i niebezpieczne. Pablo zaczął się jawić wszystkim jako wielki bohater. Fimus nie był do końca przekonany czy to odwaga czy szaleństwo. W każdym razie nastał czas kiedy Pablo poznał kobietę i nieco wyhamował w wymyślaniu coraz to nowych wariactw. Cornelius Fimus został mianowany dowódcą oddziału, w którym służył. Wtedy postanowił przeforsować pomysł umiejscowienia siedziby oddziału w północnej strażnicy, zwłaszcza że ostatnio sprawy nie stały tam dobrze. Północna strażnica miejsce zapomniane przez wszystkich - małe zasoby kadrowe i sprzętowe, za to demonów pod dostatkiem. Ostatnio demony zaczęły się przedostawać do Idop nad wyraz często. Fimus sobie potrafił wyobrazić jak wygląda obrona pod dowództwem Gajusa. Dziwił się, że do tej pory utrzymał się na stołku. Po przybyciu na miejsce pierwsze co było do zrobienia to ratowanie właśnie wyżynanych załogantów strażnicy. Dla zaprawionego w ciężkich misjach oddziału było to pestką. Przeprowadzone krótkie śledztwo wykazało brak jakiejkolwiek dyscypliny i masę błędnych rozkazów wydawanych przez Gajusa. Winowajca został odesłany pod eskortą przed oblicze Starca z Idop. Załoga strażnicy... zbieranina wszelakiej maści obwiesiów, żołnierzy, złodziei i innych szumowin - z trzydziestu chłopa przy życiu zostało dziesięciu.
Szybko znienawidzili Fimusa za wdrażanie dyscypliny, zwłaszcza że Gajus miał podejście raczej swobodne do tego co się działo w placówce. Zmiana nastąpiła ich nastawienia nastąpiła jednak szybko po jednym z kolejnych ataków, kiedy to w wyniku morderczych treningów nikt nie zginął a nawet nie odniósł poważniejszych ran. Kolejne kilkadziesiąt lat upłynęło w strażnicy w spokoju jak to dla oddziału specjalnego, codzienna potyczka z kilkoma demonami, jakiś wypadzik albo dwa. Ludzie ginęli a uzupełnienia załogi były właściwie żadne i bardzo nieregularne.
Fimus zerwał się na równe nogi od stołu przy którym pisał właśnie raport i prośbę o kilku ludzi.
- Trąby Idop! - wybiegł w kwatery i ryknął - W dwuszeregu zbiórka! Pełny rynsztunek do wymarszu!
Wyćwiczona załoga była gotowa w pięć minut. Z obawą zostawiam strażnicę bez obrony, ale rozkazy były jasne - w razie trąb, kto żyw do Idop.
Opierając się o tarczę rzucił tylko.
- Słyszeliście trąby, wiecie co to oznacza. Za mną biegiem marsz do Idop.
- TAK JEST! - ryknął oddział.
Nałożył hełm na głowę i ruszył przodem. Ile razy to ćwiczyli? Sto a może dwieście. Strażnica znajdowała się w niecały dzień drogi marszem. Biegiem udało im się pokonać tą drogę w 10 godziny. Biegiem pozwalającym na przeprowadzenie 3 godzinnego morderczego treningu z wypoczętą strażą Idop. Fimus śmiał się w duchu wspominając zaskoczoną minę starca na widok ustępującej pola straży. Ale to nie czas na śmiech, czeka ich robota... ich robota.
Po dotarciu do Idop mieli czas na zajęcie pozycji z złapanie kilkunastu oddechów odpoczynku zanim zaczęło się piekło. Wokół rozległy się krzyki.
- Strzelać bez rozkazu - krzyknął, ale już całkiem niepotrzebnie bo na widok takiej liczby nieprzyjaciela żołnierze instynktownie otworzyli ogień. Chwilę później wszyscy byli już związani walką wręcz. Fimus widział jak zaczyna się szerzyć panika - Co wy robicie do jasnej cholery! - darł się pomiędzy jednym cięciem glatiusem, a drugim - Zająć pozycje i walczyć. Głos dowódcy orzeźwił oddział, ale tylko chwilo wykonali rozkaz, bowiem po chwili rozległ się upiorny krzyk i wszyscy zobaczyli padającego Pabla. To przekreśliło wszystko, obrońcy spanikowali i zaczęli się wycofywać. Fimus zaklął szpetnie i zaczął się cofać. Dotarł już ze środka placu pod ścianę jednego z budynków gdy nagle ujrzał lecące w jego stronę ciało. Błyskawicznie się schylił, aby uniknąć uderzenia. Szef straży. Fimus złapał go za pas i wciągnął do chaty. Już stał z powrotem w wyjściu kiedy w ziemię uderzyła płonąca kula. Podmuch rzucił rzymianina o przeciwległą ścianę, gdzie padł nieprzytomny...
 
ZauraK jest offline  
Stary 18-08-2009, 15:46   #7
 
Gorzałt's Avatar
 
Reputacja: 0 Gorzałt nie jest za bardzo znany
- Ile? - dało się słyszeć ze strony skrytobójcy.
Byli w cichej karczmie zapomnianej przez boga. Henry wraz z drugim mężczyzną popijali chłodne piwo rozmawiając o zleceniu.
- Dostaniesz mieszek złota. Póki co dostaniesz połowę na zaliczkę, drugie pół dostaniesz za wykonanie zlecenia.
Już się ucieszył choć tego nie okazywał. Ostatnio zarabiał marne pieniądze. Z trudem go było stać na utrzymanie. Jego przyjaciel George, kolega po fachu, polecił mu to zadanie. Ufał mu, od początku mu pomagał. Na stole zabrzęczały monety.
- Bierz - rzekł mężczyzna. Teraz w blasku świecy zobaczył jego twarz. Krótko ścięty blondyn z wąsami. Ha ! Takiego jeszcze nie widział. Henry wziął złoto zgodnie z poleceniem i ruszył w kierunku wyjścia.
Był wczesny ranek, a miał czas do południa. Szybka misja. Przygotował się w domu a przynajmniej w czymś na jego kształt. Sztylet, nóż i miecz. Ciemny strój i kaptur.
Kiedy znalazł się na rynku nie miał kłopotów z dostrzeżeniem tłustego grododzierżcy spacerującego ze strażą. Jego cel.
Przeciskanie się przez tłum nie jest łatwe, ale zdecydowanie pomaga w robocie. Zauważyć teraz można go było jedynie jakby podeszło się bardzo blisko. Tłum wręcz mu pomagał i... "sprzyjał" jak wiatr. Gdy podszedł już wystarczająco blisko wysunął sztylet ze szczękiem. Nie.. zaraz jego sztylet nie wysuwał się ze szczękiem. Odwrócił się natychmiast i zobaczył Georga. Już miał się spytać, czy on też wykonuje to zadanie co jest niemożliwe, gdy nagle zrozumiał. W zrozumieniu pomógł mu sztylet w jego piersi. George to nie skrytobójca. To łowca skrytobójców a to była pułapka. Zdążył jeszcze zobaczyć jak "kolega" odpina jego mieszek ze złotem - pierwszą wpłatę - i podaje blondasowi obok. Blondas miał wąs i był krótko ostrzyżony. Nagle ujrzał ciemność a potem jasność na przemian. Zobaczył krótkie obrazy jak strażnicy miejscy dźgają halabardami jakiegoś człowieka. Jego. Czuł jakby ktoś rozrywał go na strzępy, jakby nie wiedział w którą stronę go wysłać. Ból jednak ustąpił. Znalazł się na jakiejś podejrzanie suchej ziemi. Przecież rano padało! Podniósł się. Zaraz? Jak to podniósł. Przed chwilą widział jak halabardy siekają jego ciało. A teraz... nie miał żadnych ran, żadnych śladów jakichkolwiek ran ! Na niebie zauważył czarne i czerwone smugi. To nie jest normalne - pomyślał. Dopiero teraz zauważył ludzi którzy ciekawie mu się przyglądają.
- Patrzcie, nowy. - powiedział jeden.
- Bierzmy go, może nas rozgrzeszą ! - dopowiedział drugi
- Tak, trzeba mu pomóc - zgodził się trzeci.
Szybko wstał nie wiedząc jakiego rodzaju pomocy mogą udzielić mu ci trzej ludzie. Bał się, że mówią z ironią. Wyciągnął jednoręczny miecz i skierował w ich stronę. Omal go nie opuścił jak zobaczył do kogo mierzy. Jeden był rycerzem, drugi legionistą a trzeci, co go najbardziej zdziwiło, był ubrany jak złodziej.
- Nie dotykajcie mnie pomioty szatańskie! Skrytobójcy nie dacie rady!
- Skrytobójca ! Zanieśmy go do Idop, może dostaniemy nagrodę za tego niegodziwca
Dopiero teraz się zorientował, że on nie powinien ich rozumieć i vice versa... To było naprawdę dziwne.
- I kto to mówi - mruknął cicho rycerz spoglądając na legionistę obwiązującego sznurem zszokowanego Henry'ego.
Był ciągnięty po ziemi. Dopiero gdy prawie zemdlał z bólu rycerz wziął go na bark i poszli dalej.
Myślał, że zaciągną go do lokalnego więzienia. Zdziwił się.
Wioska była połączeniem wszystkich okresów historycznych jakie znał. Od Prehistorii, po Średniowiecze i Gotyk, aż po współczesny dla niego renesans.
- Jak żyję nigdy takiego czegoś nie widziałem. - wydukał
Trzej na chwilę przystanęli i uśmiechnęli się porozumiewawczo.
- Nie żyjesz - odrzekł złodziej.
Henry musiał mu przyznać rację, bo wiedział, że ją ma. Dopiero po chwili dotarło do niego to gdzie może się znajdować.
- To piekło? - zapytał.
- Nie. Widać aż tak nie nagrzeszyłeś.
W tym momencie dostrzegli Starego osobnika w szacie. Wyglądał na kogoś w rodzaju pana domu. Pewnie rządził tą osadą.
- Co wy... Wypuśccie go! Czy wyście kompletnie oszaleli? Nie mogliście go normalnie zaprowadzić tylko musieliści koniecznie go związać? Skaranie boskie z wami.
Trójka wystraszyła się go śmiertelnie jakby ujrzeli ducha i odeszli powoli.
- Rozwiązać go. - polecił. Pobliski strażnik w odzieniu biedaka rozciął nożem pęty. Henry wstał i otrzepał się
- Kim byłeś kiedy żyłeś? Nie mogę rozpoznać tego po Tobie.
Henry trochę się wahał, ale jednak wyznał prawdę.
- Skrytobójcą.
- Kim?
- Mówiąc rozwięźle to płatnym i cichym mordercą.
Jego rozmówca drgnął i przez chwilę Henry'emu wydawało się, że każe mu znów go związać. Ten jednak powiedział.
- To nadal aktualne?
- Słucham?
- Nadal robisz to co robiłeś na ziemi?
I w tym momencie w jakże ciekawy sposób został przyjęty do czyśccowej społeczności zajmując się tym samym co na ziemi. Wykonywał zlecenia od zarządcy osady i innych bogatych ludzi. W przykazaniach czyśccowych nie ma żadnego zakazu zabijania. Wiódł to życie bardzo podobne do jego ziemskiego. Cały czas miał spokój. Nikt go się nie czepiał za nic. Po prostu hulaj dusza. Zrobił nawet kryjówkę na podobieństwo jego poprzedniej. Wieczorami zasiadywał w karczmie i pił jabłkowe wino. Cieszył się życiem a właściwie śmiercią. Tak było do dziś.
Róg wybudził go ze snu który postanowił sobie uciąć.
- DEMOOONY!! - wrzasnął ktoś z oddali.
- LUDNOŚĆ CYWILNA DO PUNKTU EWAKUACJI.
Mimo tego w jakim zamieszaniu była wioska nie przestał myśleć logicznie. Nie da sobie rady z demonami. Nigdy z nimi nie walczył choć wiele o nich słyszał i wiele widział. Postanowił zmienić się na chwilę w "ludność cywilną" I zwiać razem z innymi. Tak by było gdyby po drodze nie spotkał parę harpii które jak wiedział są zabójczo szybkie. Jednak on był jeszcze szybszy. Zwinął łuk z ziemi jakiemuś martwem żólnieżowi i wycelował w puste miejsce w które na jej nieszczęście wleciała harpia która nie zdążyła wyhamować. Jednak to jej nie zabiło. Musiał zrobić jeszcze 3 razy podobny wyczyn, z czego 2 się udały, żeby powalić harpię. Teraz druga. Z tą już nie bawił się na strzały. Od tej po prostu uciekł. I nie wiedział jak głupio zrobił bo uciekł w pułapce. Strzyga nie patrzyła nie niego przyjaznym wzrokiem. Chciał uciec w drugą stronę ale drogę zagrodził mu lycon.
Nie było czasu. Musiał zdążyć się ewakuować razem z ludnością. Wiedział, że te demony są dziwne, ale na pewno nie szybkie. Walka polegała na skomplikowanych unikach i krótkich cięciach jednoręcznego miecza raz to w strzygę raz w wilkołaka. Po jednym z wielu cięć udało mu się zdekoncentrować strzygę i uciekł obok niej. Spojrzał tylko na nią, uniósł wyskoko miecz i wydał krzyk triumfu. Ale coś było nie tak. Strzyga się do niego uśmiechnęła, jeżeli tak można nazwać upiorne wyszczerzenie zębisk. Kiedy w końcu zauważył co mu tu nie pasowało było za późno. Wilkołaka nie było obok strzygi, był za nim. Zemdlał od ciosu w tył głowy.
 
Gorzałt jest offline  
Stary 19-08-2009, 21:03   #8
 
Seorse's Avatar
 
Reputacja: 124 Seorse wkrótce będzie znanySeorse wkrótce będzie znanySeorse wkrótce będzie znanySeorse wkrótce będzie znanySeorse wkrótce będzie znanySeorse wkrótce będzie znanySeorse wkrótce będzie znanySeorse wkrótce będzie znanySeorse wkrótce będzie znanySeorse wkrótce będzie znanySeorse wkrótce będzie znany
Patrzył na zbliżającą się powoli burzę. Wiedział, że nie uciekną. Zatrzymał wielbłąda.
- STOP! Niech wszyscy mnie posłuchają, nie mamy szans na ucieczkę, wszyscy muszą się schować, rozstawcie namioty i umocnijcie je wszystkim, czym się da. To do roboty.
Ludzie zaczęli się krzątać. Abid dołączył do jednej z grupek, Wziął łopatę i zaczął kopać umocnienia do postawionego już namiotu. W całości oddał się wysiłkowi, wiedział, że niedługo większość, jeśli nie wszyscy z tych ludzi umrą, pochowani piaskami pustyni. Zaczął się modlić nie przerywając pracy. Modlił się do bezosobowej siły wyższej, sam nie wiedział, do kogo… lub, czego.
Dwie godziny później siedział już w namiocie oczekując na najgorsze. Podmuchy wiatru uderzały w ściany namiotu. I wtedy się zaczęło. Szum wiatru zagłuszał wszystko w koło, nie słyszał własnych myśli. Pomodlił się jeszcze raz. Wtedy wiatr wyrwał namiot, a potem porwał jego wyrzucił go wysoko w górę, piasek wchodził do ust, oczu, uszu, nosa, wszędzie gdzie tylko mógł. Nie mógł oddychać. Spróbował nabrać powietrza, ale do buzi dostało mu się tylko więcej piasku. Wiatr rzucił nim o wystającą skałę. Rozpędzony leciał wprost na nią, wiedział, że już nie ma ratunku. Uspokoił się pomyślał o rodzinie, zobaczył obrazy ze swojego życia, nauki matki, przeprowadzanie karawan z ojcem, jego śmierć, zemstę, Elizabeth… Po wspomnieniach przyszedł ból, już nigdy nie zobaczy rodzinny… A potem przyszła ciemność, wszechogarniająca pustka wżerająca się w niego. Wtedy coś zaczęło go uwierać w nogę… umarł, nie powinien nic czuć, spróbował się poruszyć. Ku jego zdziwieniu poczuł całe ciało. Otworzył oczy, ale od razu musiał je zamknąć, bo zobaczył tylko oślepiające światło. Potem usiadł i znów spróbował się rozejrzeć, blask cały czas trwał, ale teraz już mógł swobodnie oglądać nowy świat, – bo z pewnością nie była to pustynia.
Ziemia była czerwona i twarda, wszędzie było pusto. Nie wiedział gdzie jest, I nie miał ochoty się nad tym zastanawiać, żył i to w tej chwili było najważniejsze. Wstał i poszedł przed siebie. Po około godzinie teren zaczął się robić pagórkowaty, z daleka usłyszał cichy szmer. Poszedł w jego stronę. Po wdrapaniu się na wyjątkowo dużą górkę, zobaczył otoczone palisadą miasteczko. Osada tętniła życiem. Szczęśliwy po odnalezieniu cywilizacji ruszył w stronę wioski. Brama była zamknięta, a przy niej stało dwóch strażników. Jeden był rzymskim gladiatorem, ale drugiego nie był w stanie rozpoznać. Był ubrany w zwierzęcą skórę a w dłoni trzymał wysadzaną ćwiekami maczugę.
- Kim jesteś i z jakiej wioski pochodzisz? – Gladiator przemówił do Abida, a ten o dziwo go zrozumiał.
- Przed chwilą umarłem, przynajmniej tak mi się wydawało, możecie mi powiedzieć gdzie jesteśmy. – Spojrzał na miecz wojownika, chciał pokojowo wyjść z tej sytuacji.
- Nowy… posłuchaj mnie jesteś w czyśćcu, jeśli chcesz dowiedzieć się więcej wejdź do wioski i poproś kogoś o pomoc.- Zastukał w bramę a ta po chwili otworzyła się. – Witamy w Idop.
Stwierdzenie, że znalazł się w czyśćcu wybiło go z rytmu, Elizabeth opowiadała mu o tym miejscu, tutaj dusze odkupywały swoje grzechy. Szczęście po znalezieniu osady ludzi uszło jak z przebitego balona. Wszedł przez otwartą bramę, coraz uważniej rozglądając się wokół siebie. Złapał w tłumie pierwszą lepszą osobę i wypytał o wszystko. Po tym, co usłyszał był załamany. Poszedł do zarządcy miasta, został szybko odprawiony, powiedzieli mu, że jak będzie chciał zajęcia to niech przyjdzie. Na pociechę dostał miecz, choć nie do końca wiedział, po co wziął go. Nie zamierzał walczyć. Potem zaczął pić. Całe dnie siedział w gospodach. Przez 5 lat schodził na dno. Znalazł paru przyjaciół i tylko dzięki nim nie pogrążył się całkowicie. Wyciągnęli go z tej jak mogło się wydawać beznadziejnej sytuacji. Zaczął pracę jako eskorta dla karawan. Poza tym zajmował się pogłębianiem wiedzy. Uwielbiał czytać, na ziemi nie pisano wiele w jego języku, ale tutaj wszyscy pisali w jednym języku, który rozumiało się od razu. Gdy nie pracował, przesiadywał w bibliotece. Choć ksiąg było mało, to wystarczało na jego skromne potrzeby.
Bardzo przeżył pierwsze spotkanie z demonami. Prowadził właśnie swoją pierwszą karawanę, gdy jeden z ludzi krzyknął:
-Nadchodzą! Do broni!- Pochwali do małego pochodu dobiegło pięć diabłów. Zaatakowały bardzo szybko, ledwo zdążył dobyć miecza, jeden z potworów rzucił się na niego, przez chwilę Abid patrzył mu w oczy, a to, co w nich zobaczył przyprawiło go o mdłości. Nie mógł tego przemyśleć, bo poczwara była już przy nim. Ciął poziomo, ucinając jej łeb. Po walce przyjrzał się przeciwnikom. Byli podobni do ludzi, ale bardziej źli i dzicy, co wywarło piętno w ich wyglądzie. Zwymiotował. Po tym zdarzeniu spędził wiele bezsennych nocy.
Przez następne 150 lat oddał się pracy, aż usłyszał o beduińskiej wiosce, wyruszył od razu, sam. Ale gdy dotarł do celu Zobaczył tylko demony, popiół i ciała pobratymców. Rzucił się do walki, ale zatrzymała go zakapturzona kobieta. Zabrała wciąż odchodzącego od zmysłów Abida do Idop. Niedaleko osady pokazała twarz, tak znajomą mimo upływu lat, twarz jego ukochanej, Elizabeth. Po chwili rozpłynęła się w powietrzu. Wierzył, że odkupiła swoje grzechy, ale być może była tylko wytworem oszalałego z rozpaczy umysłu, nie powiedział o niej nikomu. W Beduina wstąpiła nowa nadzieja, zaczął znowu wykonywać swoją pracę jeszcze gorliwiej niż przedtem. Siedział właśnie w karczmie i popijał jabłecznik, gdy na zewnątrz rozległy się krzyki, wybiegł na ulicę. Demony zaatakowały. Pobiegł do baraku i przyłączył do jednego z oddziałów.
Stanęli przed bramą w dwurzędzie. Nie powalczyli za dużo Demony zaszły ich od flanki i wyrżnęły jednego po drugim. Choć Abid bronił się dzielnie. Po uderzeniu w brzuch przez wyjątkowo wyrośniętą bestię padł nieprzytomny z krwawiącą raną na głowie.
 
__________________
Skoro jest dobrze, to później musi być źle. A jak jest wspaniale, to będą wieszać.
(Z dzieła Sarturusa z Szopinberga „O rozkoszy bycia obywatelem Imperium”)
Seorse jest offline  
Stary 25-08-2009, 02:55   #9
 
Vavalit's Avatar
 
Reputacja: 64 Vavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znanyVavalit wkrótce będzie znany
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=_6bFaiLHS-s[/MEDIA]



Wszystko było rozmazane, czerwone dynamiczne barwy, a wokoło czarno. W uszach wciąż słyszał krzyk zjawy, krzyk bolesny nawet dla potwora, coś co naprawdę bolało. Nagle ktoś podszedł i pomógł wstać, drobnej postury, tylko tyle widział. Jakaś postać pomogła mu usiąść, nic nie mówiła. Po kilku minutach w ciszy wzrok zaczął się wyostrzać, rzeczy nabrały kształtów, czerwone kolory zamieniły się w płonące zgliszcza, a młody chłopak to Andy. Pablo znał go, młody był jak w innym świcie, co prawda był, ale nigdy nie ochłonął. Mocno odbiło mu się to na psychice, załapał być może jakąś chorobę psychiczną.

- Gdzie wszyscy? - Pablo zapytał.

- Kilka osób dochodzi do siebie, reszta zginęła. Wszyscy - łzy zaczęły spływać po policzkach młodzieńca.

Pablo odsapnął patrząc się gdzieś w dal:
- Nie martw się wszystko będzie dobrze.

Jedną dłoń złożył w pięść i przywalił w otwartą drugą, po czym wstał. Zaczął się rozglądać. Nic nie dało rady uratować. Ci co przeżyli też nie wyglądali na trzeźwo myślących. Włóczyli się, płakali, siedzieli ze spuszczonymi głowami. Pablo musiał ich wszystkich zgromadzić, inaczej by zginęli. Stanął na złamanej części dachu jakiegoś zawalonego budynku, podniósł głowę, oczami przeleciał po ludziach i zaczął:

- Nie wszytko stracone. Możemy pomścić poległych, idźmy wszyscy do Degnoss i zbierzmy armię, odbijmy most i zniszczmy wroga. Po to tutaj jesteśmy! - krzyknął po czym spokojnie kontynuował - aby walczyć, a nie płakać. Trzeba było płakać za dawnego życia, a nie zabijać. Dziś robicie wszystko odwrotnie, płaczecie zamiast zabijać. Stwórca dał nam szansę, nie pozwólmy siebie zabić. Wykorzystajmy to i bądźmy twardzi Tylko siła, wspólna siła da radę powstrzymać, jak widzieliście sami zorganizowanego wroga. Pierdolić śmieszne baronowo-generalskie armie obrony ze wschodu, stwórzmy prawdziwą armię, prawdziwych wojowników. To jedyne co nam zostało. Kto chce niech idzie za mną ,reszta srających pod siebie ze strachu niech przepadnie. Niech zginie, niech stanie się gównem tego miejsca.

Spuścił głowę, zszedł z dachu, poprawił kapelusz i ruszył w drogę. Nie patrzył czy ktoś za nim idzie, po prostu szedł przed siebie. A szła za nim duża gromada. Na gruzach zostało kilka osób, to ci którym odwagi brakuje aby pozostać żywymi w Purgatorium, to ci którzy chcą zginąć.

Rod Enkerbrand prędko dołączył do Pablo. Podobała mu się myśl o nowej armii, mógł być tam kimś, jednak Pablo nie był skory do rozmowy przez co Rod szybko uciekł do tłumu z tyłu. Vanessa Spellborn była jedyną kobietą broniącą Idop, także podążała za Pablo w nadziei na nowe życie. William Torch szedł trochę z tyłu wraz z pozostałościami towarzyszy. Kilku wiernych i żywych przyjaciół Wiliama. Cornelius Fimus, Henry Ray i Abid Mahi Al-Hariri szli gdzieś w środku.

Okolica była spokojna, cisza, złowieszcza cisza. Nagle przerwała ją krzyk jakiś ludzi. Była to garstka 4 ludzi, którzy potrzebowali pomocy dla ich dowódcy. Kilku mężczyzn z tłumu podniosło go i ocuciło. Pablo nie przejął się tym zbytnio, rozkazał tylko wyjaśnić wszystko nowym.

Po kilku godzinach marszu i przejściu przez główną drogę cała grupa dotarła do Degnoss. Przed murami stało dwóch strażników. Ubrani w szmaty, trzymali miecz i rewolwer przy pasie. Gdy cała grupa podeszła bliżej strażnik krzyknął:

- Stać! Nie przyjmujemy włóczęgów.

- Nie jesteśmy włóczęgami, przybywamy z Idop, jesteśmy jedynymi którzy przeżyli bitwę.

- To trzeba było tam został i zginąć, a nie nam tutaj dupę truć. Nasz wódz kazał nie wpuszczać nikogo. Już przysłaliście swoich uciekinierów, więcej nie weźmiemy.

- Ty chyba kurwa żartujesz.

- Nie żartuję, spierdalajcie stąd jak najszybciej bo wezwiemy resztę straży i wtedy nie będzie miło.

- Jak nasza brygada chwyci za broń to i wam nie będzie miło. Wpuszczajcie, żarty się skończyły.

- Nie. - Wyraźnie i głośno powiedział strażnik.

Pablo sapnął podszedł do strażnika i szybko chwycił nóż który miał przy rękawie obracając strażnika i przykładając mu go do szyi.

- Teraz możemy wejść, czy mam...

- Dobra, dobra!

- Szef nie będzie zadowolony - szepnął wystraszony drugi strażnik.

Pablo nie zwrócił na to większej uwagi. Sam otworzył wrota i wprowadził ludzi. Miasto było zatłoczone, Pablo skierował swoje kroki do centralnego budynku, ratuszu. Otworzył drzwi wejściowe, zastał podłużny korytarz i kolejne drzwi przed sobą, otworzył je.

Wodzem i burmistrzem w tej wiosce był niejaki ksiądz Dariusz. Trzydziesto paro letni młody człek w sutannie. Zdziwił i przestraszył się wizyty Pablo.

- Nikt nie miał tutaj przybyć.

- A jednak trochę osób przybyło. Zakichany skurwielu mów czy wszyscy dotarli z ewakuacji.

- Dotarła garstka, harpie zdziesiątkowały cywilów.

- Co?

- Twoja dziewczyna... nie przybyła.

- Co kurwa - Pablo trzasnął pięścią w stół.

- Ty skurwielu miałeś dopilnować aby wszyscy przybyli bezpiecznie.

- Nie dostałem dość pieniędzy aby sfinansować takie rzeczy. Nie będę marnować swoich oddziałów aby ratować waszych cywili.

- Jakim Ty możesz jeszcze nosisz sutannę skurwielu.

- Nie rzucaj tak tymi skurwielami. Stawiam wam warunek, macie 24 godziny aby odejść z tej wioski cało... Nie będę tolerować was tutaj. To dotyczy także tych którzy dotarli wcześniej.

- Co ty wyprawiasz?

- Ludzi musi być odpowiednia liczba.

- Co? To twoja osada nie jest nigdy atakowana, to twoja osada nigdy nie wysyłała żadnej pomocy w wojsku...

- Pewnych rzeczach nie powinno się mówić. Teraz uciekaj zanim rozpocznę rzeź.

- O czym Ty znowu bredzisz? - Pablo wyjął kuszę i wymierzył w Dariusza.

Dariusz się tylko zaśmiał, jego oczy się zaświeciły. Duży płomień ogarnął pomieszczenie. Skóra zaczęła mu pękać, twarz zmieniać, ubranie rwać, zza pleców wyrosły duże czerwone obleśne skrzydła. Stał się demonem, i to nie żadnym małym. To był prawdziwy demon, musiał zaprzedać swoją duszę.


Zaczął cały płonąć, ogień zaczął się rozprzestrzeniać w stronę Pablo. To nie były żarty, jeden ruch i śmierć. Pablo zaczął strzelać w stronę demona i równocześnie uciekać z budynku, choć wiedział że to nic nie da. Pociski tylko spalały się zanim doszły do skórę. Demon podążył za nim, wzniósł się lekko nad ziemię i leciał wraz z kulą ognia za nim. Tylko jak Pablo wybiegł z budynku, korytarz ogarnął ogień. Buchnęło zza drzwi aż przysmoliło lekko Pablowi skórę. Pablo upadł na Ziemię, po czym się zerwał i gdzieś uciekał, uciekał byle jak najdalej stąd.
 
Vavalit jest offline  
Stary 29-08-2009, 19:56   #10
Konto usunięte
 
Rode's Avatar
 
Reputacja: 0 Rode nie jest za bardzo znanyRode nie jest za bardzo znany
Rod zbudził się z bólem w plecach. Przewrócił się na bok i podparłszy się mieczem, który o dziwo wciąż trzymał mocno w dłoni, wstał. Znajdował się w ciemnym pomieszczeniu. Niektóre ściany były nadpalone, na podłodze leżały zgniłe jabłka i ulęgałki. Wylądował w wioskowym spichlerzu. Rycerz dopiero teraz ujrzał osobę siedzącą w kącie - obryzganego krwią gladiatora Corneliusa Fimusa. Znał go przelotnie, rzadko rozmawiali. Wojownik wstał i skinął głową co mogło oznaczać: "Nareszcie się ocknąłeś". W tym momencie szpitalnik przypomniał sobie jak ktoś odciągnął go półprzytomnego z pola bitwy.
- Dzięki - wychrypiał po czym schował miecz do pochwy, zdjął hełm i zatopił zęby w jabłku by zaspokoić pragnienie, które paliło mu gardło. - Jak jest na zewnątrz?
Gladiator pokręcił głową. Nie był zbyt rozmowny. Może przygryzł sobie język z bólu spowodowanego jakąś raną. A może po prostu nie miał ochoty na pogawędki przez to, co zobaczył na placu.
Enkerbrand ostrożnie pchnął drzwi chaty by wyjrzeć na zewnątrz. Uderzył go odór rozkładających się ciał i spalenizny. Na ziemi leżało mnóstwo ciał: ludzi i potworów. Domy strawił ogień. Z palisady ostało się zaledwie parę przekrzywionych bali. Przekonawszy się, że bestie zbiegły z wioski, a raczej jej zgliszcz, z dłonią na rękojeści, wyszedł.
- Niezłe pobojowisko - mruknął pod nosem i ruszył przed siebie, uważając by nie potknąć się o ciała. Nieopodal usłyszał jęk. Ruszył w tamtą stronę. Owe jęki wydawała młoda kobieta, w skórzanej kurtce i spodniach. Nad biodrem widział zaschniętą plamę krwi. Obok niej leżała dubeltówka - broń palna, której działanie Rod poznał dopiero niedawno. Po chwili przypomniał sobie jej imię - Vanessa. Kobieta dygotała z zimna i skrzywiła się gdy rycerz przewrócił ją na plecy. Enkerbrand spędził 10 lat w Ziemi Świętej, w Zakonie Szpitalników. Bardziej jednak znał się na wojaczce niż na leczeniu i opiekowaniu się rannymi. W Czyśćcu nie rosły zioła lecznicze, tylko cholerne jabłka! Nie mając lepszego pomysłu, przewiesił strzelbę łowczyni przez plecy, a ją samą wziął na ramiona i zaniósł w bezpieczniejsze miejsce. Po drodze ujrzał następnych rannych potrzebujących pomocy, w tym jego dobrego znajomego pirata Williama Torcha oraz Araba o trudnym do powtórzenia nazwisku. Zza chat zaczęli wychodzić pozostali ocalali z rzezi. Rod kazał jednemu z pachołków starszego wioski rozejrzeć się po okolicy w poszukiwaniu pozostałych obrońców, dezerterów lub ewentualnej pomocy z Degnoss.
Rannych prowizorycznie opatrzono. Nie trzeba było ukrócać mąk konającym - Ci, którzy nie polegli od razu, zdążyli się już wykrwawić na śmierć. Po wiosce włóczyło się bez celu dwa tuziny ludzi. Wyraz każdego z nich świadczył o głębokim przygnębieniu.
Po pewnym czasie znaleziono Pabla. Odważnego, walecznego i dumnego Pabla, chlubę Czyśćca, wzór do naśladowania. Teraz twarz wykrzywioną miał w grymasie bólu, a jego płaszcz był brudny od pyłu i krwi. Rod prychnął na ten widok i siedział dalej na jedynej ocalałej ławce z Williamem Torchem, który co chwila powtarzał, że takiej rzezi nawet on nigdy nikomu nie zgotował. Pablo wspiął się szkielet dawnej siedziby starszego wioski i zaczął przemawiać do tłumu. Gdy skończył, ludzie od razu zaczęli między sobą głośno rozmawiać.
- Cóż za pompatyczna gadka - powiedział na głos rycerz.
Pirat pociągnął łyk jabola, zawarczał pod nosem co podczas picia oznaczało zgodę.

Zebrano żywność, broń, narzędzia i ubrania. Wszyscy ocaleli z bitwy ruszyli za Pablem. W końcu co innego im pozostawało? Samotna wędrówka przez Czyściec była niebezpieczna. Enkerbrand czuł jednak, że gdy dotrą do miasta, może uda im się zorganizować kontratak. Lecz rozmowa z Pablem spełzła na niczym.

Po kilku godzinach marszu dotarli do bram Degnoss. Część ludzi odetchnęła z ulgą widząc, że miasto stoi całe. Po krótkich negocjacjach Pabla ze strażnikiem, tłum wszedł do zatłoczonego już miasta. Szpitalnik zaczął kręcić się po rynku, oglądając broń na targu. Kwadrans potem ujrzał ogień w oknach domu przywódcy tutejszej ludności. Gdy tylko zbliżył się do budynku, drzwi otworzyły się gwałtownie i z przedsionka wypadł Pablo z kuszą w ręku. Zaraz za nim korytarzem zaczął przeciskać się skrzydlaty demon. Ział ogniem z nozdrzy machając przy tym pazurami. Cywile natychmiast wpadli w panikę. Rod chwycił topór oparty o ścianę, zamachnął się i rąbnął z całej siły demona w grubą łapę, którą chwilę wcześniej wyrwał drzwi. Ostrze, po zetknięciu z ciałem piekielnej istoty, momentalnie zaczęło się topić a trzonek węglić. Dopiero teraz potwór zauważył rycerza. Rod szybko odrzucił bezużyteczną już broń i schował się za niskim murkiem, dzięki czemu uniknął spalenia żywcem.
 

Ostatnio edytowane przez Rode : 29-08-2009 o 20:06.
Rode jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 12:00.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166