Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 18-10-2009, 01:04   #1
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9281 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
Kult - Jezioro ognia (18+)

I morze wydało zmarłych, co w nim byli,
i Śmierć, i Otchłań wydały zmarłych co w nich byli,
i każdy został osądzony według swoich czynów.
A Śmierć i Otchłań wrzucono do jeziora ognia.
To jest śmierć druga – jezioro ognia.”

Objawienie Św. Jana, 20;13-14

* * *
[media]http://drake19.wrzuta.pl/sr/f/819ZrxrYs2L/the_cure_-_lullaby.mp3[/media]
31 października 2009

Alice była w marnym humorze odkąd się dziś przebudziła. Nie miała ochoty wstawać na razie z łóżka. Chyba opuściły ją siły, jak co roku zresztą, w rocznicę tego pamiętnego dnia. Wieczorem ma spotkać się resztą. Karen, Mike, Sue, Matthew i Adam. Cała paczka w komplecie, jak za dawnych lat. Dzieciństwo w Salisbury mignęło jej przed oczami w ciągu przypadkowych scen. Zacisnęła mimowolnie szczękę i odetchnęła nerwowo.

Patchworkowy koc, prezent od matki, zsunął się niepostrzeżenie na podłogę. Poduszkę cisnęła w przeciwległą ścianę w jakimś nagłym napadzie złości. I leżała... Z nogą prowokacyjnie zarzuconą na oparciu kanapy, w niedbałej pozie rozwiązłej kobiety pozującej do wulgarnego aktu. Nienawidziła trzydziestego pierwszego października...



Zaciągała się zachłannie papierosowym dymem. Od strony odbiornika telewizyjnego sączył się monotonny, wyprany z emocji głos spikera. Podsumowanie święta halloween w Apple City. Ranni, straty, przychody lokalnych przedsiębiorców... I pomyśleć, że dla większości populacji ich cudownego kapitalistycznego kraju ten dzień to tylko kolejny bilans zysków i strat. Szkoda, że nie uwzględnili w tych statystykach jej rozchwianej okaleczonej psychiki.

Ten dzień... Przywodził na myśl zbyt wiele obrazów. Nie była do końca pewna co wydarzyło się piętnaście lat temu w ich rodzinnym miasteczku. Cześć wspomnień wyblakła, rozpłynęła się jak mleczna mgła o poranku, ale pozostał w niej ten niewytłumaczalny paraliżujący niepokój. Była pewna, że pozostał w nich wszystkich, choć zazwyczaj temat halloween z '94 roku omijali szerokim łukiem. Co roku, spotykali się jednak tego dnia. Zazwyczaj w jakiejś taniej knajpie by coś przekąsić, wypić kilka drinków (zazwyczaj kilka osób zalewało się w trupa, włączając w to Alice). Rozmawiali, choć czasem nie było o czym, śmiali się, choć każdy wiedział, że nikomu do śmiechu nie jest, pili, choć niektórzy przez okrągły rok nawet ust w alkoholu nie umaczali. To była taka ich wspólna tradycja. Coroczne celebrowanie własnej traumy z dzieciństwa. Dlaczego się katowali tymi spotkaniami? Ona, Alice, przychodziła dlatego, że tego dnia nie mogła znieść widoku innych ludzi. Ale znajomi z Salisbury rozumieli. Widzieli na własne oczy to co widziała i ona...

Przeciągnęła się na kanapie i zaklęła paskudnie. Wsunęła do ust papierosa i odpaliła od niedopałka, który zaraz zakończył swój los w wypełnionej po brzegi popielniczce, tuż przy zwęglonych ciałach swoich współbraci marki Marlboro. Mijały minuty... A może godziny? Alice nieprzerwanie wpatrywała się w sufit, zupełnie jakby dostrzegła tam solucję na swoje życiowe problemy.

Ze stanu zawieszenia wyrwało ją napastliwe pukanie. Powlokła się do drzwi powłócząc bosymi stopami, niechętnie, wbrew sobie samej. Podłoga była zimna jak nagrobne płyty cmentarza w Salisbury... Kobieta wyjrzała przez wizjer, a później, w oczekiwaniu, przylgnęła plecami do drzwi. Miała nadzieję, że wreszcie sobie pójdą. Ale te małe pasożyty potrafiły być nieustępliwe.
- Niech pani otworzy pani Benson – usłyszała ich niecierpliwe cienkie głosiki. - Widzieliśmy światło w pani oknie!

Alice znów dała się porwać nerwom, choć jej psychiatra twierdził usilnie, że to „złudne i niekonstruktywne”. Te napady agresji wzmagały się co roku, a trzydziestego pierwszego października osiągały każdorazowo swoje nieskromne apogeum. Szarpnęła za klamkę, z miną psychopatycznego zabójcy dybiącego na swoje ofiary. Aby dopełnić ten wizerunek zabrakło jedynie kuchennego noża w dłoni. Pożałowała w sekundzie, że o niego nie zadbała. Mogłaby szczeniaki skutecznie zniechęcić. A tak? Co roku ten sam kabaret.

Wyłoniła się zza drzwi. Blada i wychudzona, półprzezroczysta niczym zjawa. Wygładziła na sobie skąpą jedwabną halkę, przetarła dłonią oczy rozmazując przy okazji resztki wczorajszego makijażu. Papierosowy kiep tlący się między zębami zaskwierczał nieprzyjaźnie.
Naprzeciw niej stała trójka uśmiechniętych dzieci, wystrojonych odświętnie w halloweenowe kostiumy. Łapczywie wyciągały przed siebie rączki w geście godnym małoletnich żebraków.
- Cukierek albo psikus! - zaszczebiotały zgodnym chórem.

Alice zerknęła na dzierżone przez nich woreczki napchane po brzegi łakociami. Skrzywiła się z odrazą i popatrzyła z politowaniem na dzieciarnię.
- Spieprzać sprzed moich drzwi. I.... wesołego pieprzonego halloween – uśmiechnęła się soczyście i zgasiła niedopałek w samym środku kotłowaniny czekoladek i karmelków. A później wycofała się dwa kroki w tył i z siłą tura pieprznęła frontowymi drzwiami, aż framuga zatrzęsła się w posadach.
- Wesołego pieprzonego halloween... – powtórzyła raz jeszcze. Głos jej się załamał gdy osuwała się wzdłuż zimnej ściany przedpokoju.
Wróciła pamięcią do czasów, gdy mieli po dwanaście lat.
To był kolejny, leniwy dzień w Salisbury – pomyślała. - Pamiętam chmury owego popołudnia. Sunęły pędem po popielatoszarym niebie, jakby ktoś wycelował w nie pilota zdalnego sterowania i włączył przycisk przyspieszenia...

* * *

Rozdział 1. Wesołego pieprzonego halloween

15 lat wcześniej, Salisbury, CT

Kolejny leniwy dzień w Salisbury. Podobny do pozostałych, choć wyjątkowy. Halloween. Niemała atrakcja jak na dziurę, jakim było ich rodzinne miasteczko w Connecticut.
Chmury sunęły pędem po popielatoszarym niebie, jakby ktoś wycelował w nie pilota zdalnego sterowania i włączył przycisk przyspieszenia. Chłody wiatr hulał między uśpionymi budynkami domostw, podrywał w górę walające się po asfalcie papierowe śmieci i pędził wprost w w korony parkowych drzew. Te, nader wcześnie pogubiły tego roku liście. Stare ponure drzewostany łypały z wysokości na grupkę gromadzących się w alejce nastolatków. Majestatyczne, prastare dęby wyciągały po nich łapczywie swoje nagie konary, poskręcane niczym kończyny starców cierpiących na artretyzm. W parku zapalono już latarnie, mimo wczesnej pory. Była dopiero piąta po południu.

Mike przyszedł jako drugi. Był w dobrym humorze, jak na jego standardy oczywiście. Ojciec wyjechał w delegację a wraz z jego wyjściem z domu w sercu chłopca zagościła ulga. Matka ucałowała go przed wyjściem w czoło i poleciła by był ostrożny, choć nie przychodziło mu do głowy jakie niby zagrożenia mogłyby czyhać na niego w tej sennej mieścinie. Nigdy nie brał słów matki poważnie do siebie. Także tego dnia.
Na parkowej ławce czekał już Adam, chłopiec mieszkający w domu sąsiadującego z posesją Marka. Adam Leeland zawsze był dziwny. Cichy i zamknięty w sobie. Jego halloweenowy kostium wyjątkowo kontrastował z jego spokojnym usposobieniem. Wydał się zbyt krzykliwy jak na tego milczącego ponurego chłopca.



Ale w halloween łamano wszelkie zasady. Szarak, który dostaje bęcki w szkole mógł wcielić się w drapieżnego wampira a najładniejsza dziewczyna w mieście przywdziewała strój pryszczatej jędzy.

Niedługo przyszła Sue, prawie równocześnie z Karen. Pierwsza nie miała problemów z wyjściem z domu. Nikt jej nie pilnował, jak zwykle. Nikt nie zapytał dokąd idzie ani kiedy wróci. Przed wyjściem zajrzała jedynie do pokoju brata. Leżał sztywno, nieruchomy i biały jak trup. Rurki wychodzące z jego wątłego ciała sprawiły, że serce dziewczynki skurczyło się do wielkości łupiny orzecha.

Ciotka pożegnała Karen oszczędnym uściskiem i powiedział, że zobaczą się na imprezie organizowanej przed ratuszem. Halloween zawsze obchodzono tutaj hucznie. Kostiumy, dynie, muzyka i zabawa. Splendor wioskowej balangi... Po drodze do parku każdy z nich mijał rzędy pękatych dyń, z tradycyjnie wyciętymi otworami na oczy i paszcze. Płomyki podrygiwały wesoło w lampionach oświetlając uliczki ciepłym blaskiem. Atmosfera mimowolnie się wszystkim udzielała. Jakaś odmiana od szarej codzienności.



Matthew przyszedł wprost z warsztatu Scotta. Dłonie miał nadal umorusane smarem a z tylnej kieszeni wystawał mu duży francuski klucz, którego w całym zamieszaniu zapomniał odłożyć na miejsce. Naprawiali dziś starego firebirda z 67 roku i chłopak o niczym innym teraz nie myślał, jak tylko o brzmieniu ośmiocylindrowego silnika pod blaszaną maską. Mimo wszystko ucieszył się na widok przyjaciół. Jakby nie patrzeć nie miał ich zbyt wielu.

Ostatnia przybyła Alice, jak zwykle w podskokach i z uśmiechem rozciągniętym przez całą szerokość twarzy. Zaparła się obiema dłońmi na ramionach Mike'a i kilka razy podskoczyła w górę jak kauczukowa piłka.
- Wesołego pieprzonego halloween! - pisnęła radośnie.
- Co zrobiłaś z włosami? - Adam niegrzecznie wybałuszył oczy ale zaraz znów spuścił wzrok i zaczął dłubać patykiem w ziemi.
- Ufarbowałam – odparła poważnie dziewczynka i wtuliła twarz w wysoki kołnierz płaszczyka. - Mama zagroziła, że ostrzyże mnie na pałę jeśli to się nie zmyje.



Odkąd pamiętali, Alice zawsze roznosiła energia. Na kłopoty, bójki i słowne awantury działała jak magnes. Ale nie można jej było odmówić uroku. Biły od niej pozytywne fluidy, no i była raczej typem wiecznie uśmiechniętym. Do tego opowiadała sprośne dowcipy, całkiem zabawne trzeba było przyznać.
Alice mieszkała po sąsiedzku, między domami Karen i Sue, i, chcąc nie chcąc, była u nich częstym gościem. Wpadała bez zapowiedzi, często nocą, kiedy wślizgiwała się przez okno do sypialni którejś z dziewczyn. Była z pewnością niezależna. I szczera do granic przyzwoitości. Robiła zawsze to co chciała, nie zważając na konsekwencje. Niektórym to imponowało, inni uważali, że jest rozpuszczona i zarozumiała. Ale każdy miał na jej temat jakieś zdanie. Osób takich jak ona po prostu nie dało się ignorować.

Przechadzali się wspólnie po parkowych alejach, ciemnych i zasnutych lekką mgiełką. Pogoda nie była tego dnia łaskawa. Rano siąpił drobny deszcz a teraz chłodny wiatr ostudzał zapał do robienia czegokolwiek.
Jakiś czas sterczeli w parkowej alejce, bez większych planów. Znudzeni, jak tylko mogą być dzieciaki w norze pokroju Salisbury.
- To co robimy? - mruknął ktoś pomiędzy ziewnięciami. - Impreza przy ratuszu zaczyna się o dziewiątej.

- Chodźcie - powiedziała Alice i typowo dla siebie, czyli w podskokach, ruszyła na przód. Reszta poszła za nią, z większym lub mniejszym entuzjazmem. Nikt nie miał konkretnych planów a nuda zaczęła już zaglądać w oczy. Alice w roli przewodnika czuła się świetnie, bez przerwy kłapała dziobem opowiadając szkolne plotki i nie zostawiając suchej nitki na Jane Barkley, miejscowej puszczalskiej. Oznajmiła także, że niebawem sama zacznie sypiać z chłopakami, a wówczas któryś z nich będzie zmuszony ją rozdziewiczyć, bo pierwszy raz jest zawsze żenujący i lepiej aby zrobił to kumpel. Tak przynajmniej twierdziła jej starsza siostra.

Dzieciaki minęły rozległy Cobble Park, przeszły wzdłuż małe osiedlowe uliczki i zatrzymały się na końcu Lincoln Street. Stała tam na uboczu działka zarośnięta plątaniną chaszczy i kujących krzewów. W oddali zamigotał ceglany zapuszczony budynek. Okalał go toporny żeliwny płot, a furtka zaskrzeczała cienko podczas otwierania. Wszyscy poczuli się nieswojo, może dlatego zamilkli. Zimny dreszcz przepełzł wzdłuż kręgosłupa co niektórych. Spacer nie zajął im dłużej niż kwadrans. W Silisbury wszędzie było przecież „blisko” i „po drodze”.

Przedarli się przez warstwę bujnej roślinności i, wreszcie, zza kłębów gęstej mgły wyłonił się kontur domu, otulony teraz mlecznym oparem niby warstwą ochronnej waty. Alice podprowadziła przyjaciół pod sam front.
Podwórko było zaniedbane i zarośnięte chwastami, dom zaś obrosły obficie dzikie pnącza latorośli. Wiatr się wzmógł. Poruszał spróchniałymi okiennicami, które ledwie trzymały się zawiasów. Świst brzmiał złowrogo, a z zewnątrz budynek był niewątpliwą ruiną.
Solidarnie poczuli namiastkę strachu. W końcu o tym domu krążyły rozmaite plotki. Każdy słyszał mniej lub więcej. Ponoć doszło tu do jakiejś rzezi, ale to było dawno, w latach sześćdziesiątych. W tym czasie opowieści o opuszczonym domu ewoluowały i zbaczały na różne tory. Ludzie zniekształcili ją jak to bywa podczas zabawy w głuchy telefon. Jedni gadali, że zginęła tu jakaś osoba, inni, że zgoła pół miasteczka. Głównie dzieciaki debatowały na ten temat podczas zimnych ciemnych wieczorów.
Dom w każdym razie miał swoją niechlubną historię, choć każde młodsze pokolenie zdawało się coraz mocniej ją lekceważyć i traktować z przymrużeniem oka.

Alice pomknęła schodami na ganek i zatrzymała się przed wejściowymi drzwiami. Przekręciła gałkę i zniknęła we wnętrzu budynku. Najwyraźniej drzwi były otwarte. Czekały? Zapraszały?
- No dalej mięczaki. To tylko stary dom. Chłopcy z liceum ponoć bez przerwy tu przychodzą i obracają okoliczne panienki – Ally błysnęła białymi ząbkami, przeczesała palcami włosy w landrynkowo różowym odcieniu i zniknęła we wnętrzu domu.
Z głębi dobiegł ich jej perlisty śmiech, odbijający się echem od ścian. Może dlatego, zachęceni tym pozytywnym dźwiękiem, powlekli się do środka.
Wewnątrz panował półmrok. Niewiele światła sączyło się przez okna, a ponadto niektóre z nich zabite były od wewnątrz dechami lub kawałkami postrzępionej dykty. Alice odpaliła latarkę i snop jasnego światła rozświetlił część podłogi. Od progu rozpościerał się ogromnych rozmiarów salon, który zdecydowanie czasy swojej świetności miał już za sobą. Ścianka działowa oddzielała kuchnię, w głębi widać było pojedyncze drzwi, prowadzące najprawdopodobniej do piwnicy bo poprzedzało je pasmo kilku schodów opadających stromo w dół. Kurz podrażniał oczy i drapał w gardło. Uderzał też smród stęchlizny.

Meble były, o dziwo, całkiem nieźle zachowane. Stare rzeźbione antyki, wielka dwudrzwiowa szafa z ciemnego drzewa, kufer i stosy walających się po ziemi książek. W rogu – zaniedbane, ale wyglądające na sprawne pianino. Po kątach rozstawione futerały, po skrzypcach, a nawet wiolonczeli. Może właściciel był muzykalny? Chociaż ponoć nikt od bardzo dawna tu nie przebywał...
Ale pokój był zagracony, zupełnie jakby ktoś stale tu mieszkał. Wrażenia tego dopełniał jeden detal – stojący na stole kubek. Jakby właściciel wypił tego ranka kawę i wyszedł po prostu do pracy.
Alice usiadła na obleczonej w białe płótno kanapie i wyjęła z kieszeni płaszcza plastikową torebkę strunową. Zamachała nią triumfalnie przed nosem towarzyszy i szepnęła tajemniczo.
- No dobra, czas na prezent. Mój kuzyn z Nowego Yorku przywiózł mi torbę marychy na trzynaste urodziny.

Chwilę zmagała się z bibułką, nasypała na nią sporą kupkę zioła i zawinęła nieporadnie. Skręt wyglądał jak miniaturowe cygaro, chudsze od strony ustnika i opasłe od przeciwnej, zakończone zawijasem z bibuły. Przypaliła zapalniczką i buchnęła zachłannie, jakby czynność ta nie była dla niej niczym niezwykłym. Dym przytrzymała w płucach, ale zaraz się rozkaszlała. Puściła trawkę w obieg.
- Przypalcie sobie. Ponoć zioło jest przednie. Jeśli teraz nie zaszalejecie to w przyszłości już zawsze będziecie nudnymi sztywniakami. Bierz Adam. Mój ojciec mawia, że wszystkiego trzeba w życiu spróbować.

Spróbował. Ale Adam od zawsze podatny był na wszelkie sugestie.
Stali w zwartej grupie nad dymiącym skrętem. Jedni brali, inni odmawiali, napotkawszy pełen rozczarowania wzrok Ally. Dopiero po chwili zdali sobie sprawę z tej anomalii, może kiedy ich wzrok przyzwyczaił się do półmroku?
Salon wyglądał jak własne lustrzane odbicie. Jakby gdzieś pośrodku przebiegała tafla wody albo ktoś wbudował w ścianę gładką lustrzaną powierzchnię. Tyle, że oni się w niej nie odbijali. Sue odważnie przeszła granicę pokoju. Zatrzymała się w jego dokładnej połowie i wyciągnęła niepewnie rękę w przód, ale nie napotkała oporu. Zerknęło w prawo, a później w lewo. Identyczny widok. Dwie kanapy, dwa stoliki, dwie jednorakie rzeźbione szafy, dwa pianina... Nawet na przeciwległej ścianie widać było drzwi, identyczne jak wejściowe. Ta sama faktura drewna, okrągła metalowa gałka. Wszystko bliźniaczo podobne, rozmieszczone w idealnie wymierzonych odległościach jakby pośrodku przebiegało zwierciadło. Tyle, że zwierciadła nie było. Nękało jedynie dziwne wrażenie, ze być tam powinno...

Uwagę Mika przykuło pianino. Nie mógł się powstrzymać by nie przyjrzeć mu się z bliska. Przejechał dłonią po gładkiej powierzchni instrumentu ścierając wierzchnią warstwę kurzu. Palce chłopca sunęły prawie pieszczotliwie, z wyczuciem dojrzałego kochanka. To była piękna rzecz. Nadszarpnięta może przez ząb czasu ale robiła wrażenie. W końcu kochał muzykę i potrafił rozpoznać prawdziwy w tej dziedzinie majstersztyk. Można by rzec, zabytek. Instrument wyglądał na sprawny. Obok stało puste krzesło. Czekało i zapraszało. Miał wrażenie, że właśnie jego. Na pianinie piętrzył się stosik ręcznie zapisanych nut. W tym momencie podeszła Alice zaciągając się ostatkiem skręta. Światło latarki padło na pierwszy od góry rękopis. Na pierwszej stronie odręcznym pismem napisano:

Skomponowane przez Sarah. Tytuł: „Jezioro ognia”.


W tym czasie Karen rozglądała się ciekawie po pomieszczeniu. Zboczyła w kierunku ciemnej plamy w oddali, odsuwając się od poświaty latarki i stanęła na wprost schodów prowadzących na piętro. Uniosła niepewnie stopę i postawiła ją na wyższym stopniu. Usłyszała charakterystycznie plasknięcie. But zanurzył się w cieczy. Lepkiej i gęstej, koloru jednak nie była w stanie odróżnić. Mrok stapiał kontury i barwy w szarą bezkształtną masę.
 

Ostatnio edytowane przez liliel : 18-10-2009 o 14:00.
liliel jest offline  
Stary 18-10-2009, 16:59   #2
 
Hellian's Avatar
 
Reputacja: 134 Hellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znany
Nowy fetysz Emily. Jabłka. Walały się po tym domu wszędzie. Dwa kosze w korytarzu, jeden w łazience, w kuchni wiecznie gotowały się w wielkim garze, a pełne przecieru słoiki wygrały walkę o miejsce na półkach z płatkami i tostami. Mimo wszystko nie było bałaganu. Karen właściwie nie musiała pomagać ciotce w utrzymaniu w czystości dwóch sypialni i salonu. Zaleta małego domu – Emily robiła dobrą minę do gównianej gry i udawała, że domek z niewielkim trawniczkiem, pozbawiony nawet garażu, dobrze, że podpiwniczony, który zamieszkiwały od trzech miesięcy, ma jakieś zalety.
Pewnie miał, wychodzenie oknem z sypialni na parterze było łatwiejsze niż w starym domu.
Wprowadziła się tam jakaś rodzina. Lekarze z Chicago z kilkunastoletnim synem. Karen wybiła okno w jego pokoju twardą antonówką.

W skrytce pod podłogą zostawiła list z klątwą po łacinie. Klątwę wyszperała w szkolnej sieci.


Karen od jabłek w domu wolała jabłonie w sadzie. Dziś też urwała się z ostatnich zajęć, pojechała rowerem do Sadów, walnęła pod drzewem i przespała dwie godziny, nie przeszkadzało jej nawet zimno ostatniego październikowego dnia, a obudziły dopiero wrzaski i gwizdy od torowiska.
Zwiała z hiszpańskiego. Odkąd zamknęli ojca nie znosiła tych zajęć. Za bardzo kojarzyły się z pierdlem, jeździła tam, co trzy tygodnie, ojciec za jakąś pieprzoną szklaną szybą, powiedział do niej przez te kilka miesięcy więcej słów niż przez całe życie. Za każdym razem obiecywał, że następne spotkanie będzie na powietrzu, w „parku widzeń”, ale jak dotąd tak widywała się z nim jedynie Emily. Sędzia zaostrzył warunki kontaktów z córką, ze względu na udowodniony zarzut seksu z nieletnią.

Pieprzona kurwa.

No i sala widzeń rozbrzmiewała tym hiszpańskim, nawet strażnicy odzywali się w tym języku. Jesteście w jebanej Ameryce!, gdzie są cholerni Amerykanie?, miała ochotę wrzeszczeć, ale powstrzymywała się, po co mu to i tak posiwiał i wyglądał jakby nie spał całe noce, jak ciotka.

Pierdolone słodkie dzieciństwo.

Nim wyszła z domu wypchała cały plecak petardami i twardymi jasnożółtymi jabłkami. Odkąd odkryła ożywczą moc wandalizmu nosiło ją żeby spróbować czegoś na większą skalę, na przykład dziś, z kumplami, w czasie tej wspaniałej miejskiej parady. Nie rozumiała, po co ciotka tam lezie. Będzie pewnie jeszcze grzecznie witać się z burmistrzem, jak gdyby nigdy nic, jakby nadal wpadał do ojca na szklaneczkę, co uprzejmiejsi będą udawać, że nadal należy do dobrego towarzystwa, posyłając jej od czasu do czasu pełne współczucia uśmiechy, mniej zakłamani odwrócą się od razu tyłem, udając, że nie widzą Emily Blunt, miłej, starszej kuzynki byłego przyjaciela, byłego partnera w interesach, byłego kumpla od dziwek i kielicha.

Dziewczynka naciągnęła na głowę maskę klowna, kupioną w supermarkecie na rogu. A rok temu była pierdolonym łabędziem z baletu Czajkowskiego. Pojechała na przedstawienie do Nowygo Jorku z sekretarką ojca, natrzaskała mnóstwo fotek, w tym jedną na pierwszą stronę szkolnej gazetki. Była wtedy głupim dzieckiem.

Ale i maska klowna nie pasowała dziś dziewczynce, zostawiła więc na nosie tylko wielki czerwony kulfon. Stała przed lustrem a buntownicza mina gasła powoli.
- Jak było w szkole?
- Dobrze, ciociu.
- Baw się grzecznie. Karen.
– Emily pocałowała ją lekko w czoło.
- Dobrze, ciociu – znowu pokiwała głową.
W progu ciotka rzuciła w jej kierunku aparat. Popierała hobby, jedyną rzecz, za którą Karen chwalono czasem w szkole.

Dochodząc do umówionego miejsca spotkania z daleka rzuciła w Adama jabłkiem. Złapał zręcznie i wgryzł się w słodki miąższ. Świetnie wyglądał, w ogóle wydawał jej się całkiem przystojny, podobnie zresztą jak Mike. Do Sue wyciągnęła rękę. Po tym jak na chemii uderzeniem metalowej tacy rozcięła jednej z koleżanek łuk brwiowy, a drugą walnęła drzwiami w babskim kiblu, tak, że bidulka obiła sobie głowę o muszlę, Sue i Alice były jedynymi dziewczynami, z którymi rozmawiała. Karen traktowała je przez to śmiertelnie poważnie. Jakby wkroczyły na nowy etap znajomości. Poza pozorami i kłamstwami dnia powszedniego.

- Mam petardy i jabłka – powiedziała, gdy zebrali się już wszyscy. – A w czasie parady planuję huczną imprezę – nie musiała chyba im mówić, że pod domem burmistrza, wszyscy znali plotkę, że do aresztowania Grega Blunt przyczyniły się jakieś polityczne przetargi.

Do opuszczonego domu szła ostatnia. Hałas, który robiła Alice działał orzeźwiająco, Karen kilka razy zaśmiała się serdecznie.
- Jak się nie odmyją, też zetnę się na łyso. – powiedziała w pewnym momencie. – A potem będę podróżować pociągami, z karteczką, że mam raka, mamusia nie żyje, a tatuś w pierdlu.

Roześmiała się wrednie, ale zamilkła nagle. Obiecywała sobie już o tym nie gadać. Dla nich po tych kilku miesiącach jej kłopoty to już nudny temat.

Zażenowana sięgnęła do plecaka po kolejne jabłka. Matthew wziął chętnie.
Dziś miał dzień bycia dla niej miłym. Takie dni przeplatał z tymi, kiedy ją ignorował. Sama sobie zawiniła. Na początku roku szkolnego, spotkała go na granicy Sadów. Też wagarował. Najpierw gadali normalnie, jak zwykle, do momentu, kiedy jej odbiło i poprosiła, żeby ją pocałował. Pomyślała sobie wtedy, że skoro ona jest najbrzydszą z dziewczyn, on najbrzydszy z chłopaków z ich małego kółka, to może nie będzie miał nic przeciwko. A była ciekawa. No i fajnie było myśleć o czymś innym niż podkrążone oczy ojca.
Akurat ten cel osiągnęła. Zdarzało się, że jej zażenowanie przy Matthew przesłaniało wszelkie inne problemy.

Do starego domu tez weszła ostatnia. Cicho zamknęła za sobą drzwi. Nie wzięła skręta. Miała ochotę wieczorem zrobić burdę, ale niekoniecznie dać się złapać. Już po ostatnich wybrykach groziły jej obowiązkowe wizyty u psychiatry, z których wyłgał ją dopiero dyrektor szkoły, niemniej panie z opieki społecznej, nadal od czasu do czasu wpadały do ich domu, sprawdzić, co u problematycznej pannicy słychać.

Oglądała salon. Jego symetryczność była fascynująca. Karen czuła przyjemny dreszcz strachu, rozchodził się zimną falą od brzucha aż do palców. Szkoda, że nie miała jak Alice latarki.

Długie spojrzenie Mike’a na wielkim pudle pianina, zbiegło się z nagłym zamilknięciem całej reszty i Karen tknięta nagłym impulsem podniosła wieko instrumentu i z całej siły walnęła otwartymi dłońmi w klawisze.
Dom rozbrzmiał ogłuszającymi tonami. Znowu zawstydziła się głupim odruchem.
- Przepraszam –powiedziała tak jakby do Mike’a i pospiesznie poszła na schody.

Od razu wiedziała, w co weszła, tylko to pasowało do tego wszystkiego. Pochyliła się i zamoczyła w kałuży czubek palca. Polizała go. Metaliczny posmak potwierdził przypuszczenia.
- Wlazłam w kałużę krwi –powiedziała głośno, nie wiadomo czemu uśmiechając się cały czas.
 
__________________
"Kobieta wierzy, że dwa i dwa zmieni się w pięć, jeśli będzie długo płakać i zrobi awanturę." Dzienniki wiktoriańskie

Ostatnio edytowane przez Hellian : 18-10-2009 o 17:43. Powód: literówki
Hellian jest offline  
Stary 19-10-2009, 00:55   #3
 
Latilen's Avatar
 
Reputacja: 31 Latilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodze

Cisza. To była metoda, którą Sue narzucono. Znała tysiące jej odmian. Przemilczająca, krępująca, pełna napięcia czy groźby, albo kpiny, po brzegi upchana szczęściem (każdy dźwięk mógł rozproszyć tę radość), skoncentrowana, ciężka i wiele, wiele innych. Odkąd pamiętała, w myśli, wyróżniała kolejne gatunki, które przekuwała w abstrakcyjne rysunki. Cisza, jej metoda na życie, którą jej narzucono.

Lekko trzęsącą się dłonią sięgnęła po szklankę wody, pozostawioną na szafce nocnej wczoraj wieczorem. Wypiła zawartość duszkiem, po czym jeszcze na moment schowała się razem z głową pod kołdrę.

Od roku co noc miała ten sam koszmar. Mrok, noc, krew i krzyk. Krzyczała i krzyczała, aż straciła głos. Biegła i biegła, ale nigdy jeszcze nie udało jej się uciec. Tamtego dnia w przeszłości a i owszem. Wystrzeliła z domu jak z procy, przez okno i schroniła się u Alicji, dysząc jak rozjechany pies i nie mogąc wykrztusić z siebie słowa.

Ale we śnie? Nigdy.

Wystawiła głowę, spojrzała na kalendarz. Dziś było Halloween. Dzień duchów. Nie miała ochoty świętować. Zresztą, co to niby za okazja? Westchnęła. Jej drobne kroki na drewnianej podłodze rozbrzmiewały jak bieg stada słoni. Rysował pustą ciszę całego domu, bo jak zwykle nie zamknęła drzwi do swojej sypialni. W ten sposób rejestrowała wszystkie ruchy w domu. Każdy krok. Szum. Gdyby ktoś w nocy chciał się do niej zakraść, a drzwi były zamknięte, mogłaby nie zdążyć doskoczyć do okna. A tak, usłyszy go już w korytarzu.

Podeszła do szafy i otworzyła ją na oścież. Skrzyp zawiasów dołączył do tupotu jej bosych stóp. Razem z cichym szumem telewizora włączonego tuż obok w pokoju pielęgniarki tworzył swoistą poranną sonatę c-mol pod tytułem "Dom Neverlandów". Partię rytmiczną stanowiło regularne kapanie w pokoju na przeciwko jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego płynu w kroplówce podłączonej do jej brata przez welflon.

Przesuwała palcem po kolejnych materiałach sukienek wiszących równiutko na wieszakach. Zupełnie nie miała pomysłu. Dwa lata temu zrobili z bratem niesamowity kostium wiedźmy...

Zacisnęła mocno palce, gniotąc materiał czarnej sukienki. Wsparła się na drzwiach szafy. Złapała dwa puste oddechy, jak ryba wydarła z otchłani morskiej na powietrze. Już po chwili była spokojna. To ten dom nauczył ją milczenia. Czy się jest szczęśliwym czy nie. Czy chce się człowiekowi krzyczeć, czy śmiać. Wszystko robiła za głośno. Czasem zdawało jej się, że jak dla rodziców, to nawet oddycha o kilka tonów za wysoko.

Wyjęła pewnym ruchem sukienkę z nadrukiem kości szkieletu. Złapała za rajstopy w paski, zamknęła szafę rzucając rzeczy na podłogę. Obserwując swoje odbicie w lustrze przymocowanym na jej drzwiach, usiadła na piętach i sięgnęła po prostownicę, żeby pozbyć się wszystkich sprężynek na rzecz drucików na głowie. Wystarczająco wyraźnie odstawała od reszty dziewczynek.

Alicja i Karen patrzyły na nią inaczej. Rozmawiały normalnie. Cała reszta obgadywała ją za jej plecami. Koleżanki z klasy wyśmiewały jej mierne wyniki w nauce, a na każdej przerwie koniecznie chciały się jej przypodobać. Jakby piękno i gracja to było coś, czym można się zarazić.
Dlatego Sue trzymała się z boku. Nie dopuszczała do siebie nikogo, prócz Alicji i Karen.
Uśmiechała się uprzejmie, przytakiwała, mówiła tylko to, co nauczyciele i koleżanki chcieli usłyszeć. Poza tym w szkole było definitywnie za głośno.


Tak, włosy już były w porządku. Szybko wciągnęła na siebie rajstopy i sukienkę, zrobiła z tyłu głowy kucyk. Zabrała się za makijaż. Musiała w duchu stwierdzić, że Halloween miało znaczący plus, to jedyny dzień w roku, kiedy mogła schować tę swoją śliczną buźkę pod toną paskudnego makijażu.

Jedyne kilka godzin dnia, które uwielbiała, to czas spędzony z Nimi. Z Alicją (z którą łączyła ją tajemnica tamtej nocy), z Karen (której pomysły zawsze popierała) i z chłopakami, bez których już nie byłoby takiej frajdy. Mike, Adam i Matt nie umywali się reszty chłopaków, których znała. Tamci tylko gapili się w nią jak w jakiś święty obrazek. A 14 lutego zarzucali walentynkami, które szybko trafiały do kosza na śmieci. Czekoladki oddawała przyjaciołom.

Odsunęła się odrobinę od lustra, żeby podziwiać efekt. Tak, idealnie.


Założyła bluzę, żeby nie zmarznąć. Zamknęła swój pokój i przeszła na drugą stronę korytarza. Ciarki przegalopowały jej po plecach, ale zagryzła zęby, aby w końcu przekroczyć próg JEGO pokoju. Nie potrafiła. Nawet teraz, w takim stanie, Tom ją przerażał. Przełknęła ślinę. Chciała poprawić mu koc, który się zsunął i zanucić kołysankę, tak przecież lubił, kiedy śpiewała...
- Czy coś się stało? - na słowa pielęgniarki Sue aż podskoczyła.
- Nie, nic. - biegiem dotarła do drzwi i zatrzymała się dopiero na ganku, zaciskając dłonie na butach i dysząc astmatyczne.

Cichy niewyraźny pomruk przeszedł w drżące nucenie. Śpiew, tak śpiew dla Sue stanowił jedyny ratunek przed milczeniem. Lekcje, za które płaciła ze swojego kieszonkowego, pozwalały jej choć na chwilę zapomnieć o przeszłości. O wszystkim. W porównaniu do mówienia, jest idealne. Melodią da się u postronnych wywołać całą gamę emocji, jeśli panuje się nad głosem i potrafi się stworzyć odpowiednią atmosferę. Tak ulotną...

Chwilę trwało zanim sztywnymi palcami udało jej się zawiązać sznurówki.


Złapała za latarnię, którą dłubała przez cały wczorajszy wieczór zamknięta w swoim pokoju.


Ruszyła wolnym krokiem na miejsce spotkania. Podekscytowana nie-wiadomo-czym, uśmiechała się delikatnie.

Na przywitanie rzuciła niezobowiązujące "Hej!", uścisnęła dłoń Karen. Kiedy ta przedstawiła swój plan akcji petardowej, Sue tylko przytaknęła głową z dużym uśmiechem na twarzy.
- Taki mały Dzień Niepodległości? Super. - Nie mogła się doczekać.
W pochodzie do domku szła w środku. Kiedy wspomniano o koloryzacji włosów, Sue podrapała się po czuprynie. Wyprostowane "tosterem" włosy, w taką pogodę, zaczynały wracać do normalnego kształtu sprężynek. Nie znosiła tego.
- Karen ty uważaj, bo Twoja ciotka mogłaby tego nie przeżyć. - wystawiła język. - Moi rodzice to by nawet nie zauważyli, jakbym sobie pacyfkę na czole wytatuowała.
Wzruszyła ramionami.

Kiedy dotarli na miejsce, oniemiała. Wydawało jej się, że ostatnio gdzieś widziała obraz idealnie oddający atmosferę tego miejsca.


W środku Sue wszystko napięło się do granic możliwości. Weszła do środka zaraz za Alicją rozglądając się ciekawie. Starała się zablokować wspomnienia. Piwnica to nie domek, prawda? Zaczęła drżeć. Dobrze, że ciemność nie pozwala tego dostrzec. Na miękkich nogach dotarła do kanapy, opadła biodrem na oparcie. Lampka zamontowana w dyni dawała mało światła, ale to zawsze coś. Ze skręta zrezygnowała.
- Ala nie patrz tak. Przecież wiesz, że nie mogę. - wskazała na swoje gardło sugerując, że związane jest to z głosem.
- Raz ci nie zaszkodzi.
- Taa, jasne...
- odpowiedziała zbywająco bardziej zaintrygowana tym lustrem, którego nie ma. Przeszła na drugą stronę. Odwróciła się. Zamarła z ręką wyciągniętą do przodu. Kiedy Karen walnęła w klawisze, odskoczyła do tyłu, dynia upadła na podłogę i odtoczyła się.
- Nie rób tego więcej. - Sue prychnęła zbierając dynię i podchodząc do pianina. Postawiła lampę zaraz obok nut. Wzięła je trzęsącą się dłonią (miała nadzieję, że tego też nie dało się dostrzec), delikatnie strzepnęła kurz na podłogę, zajrzała do partytury tak, żeby Mike też ją widział.
- No? - czekała aż chłopak zagra pierwsze nuty, żeby złapać tonację. Odstawiła papiery na stojak w klapie, przysunęła bliżej dynię.

Potem zaczęła nucić. Odważnie. Piękna melodia zawisła w pomieszczeniu. Wyjątkowo piękna, ale wypełniona ogromną goryczą i rezygnacją.

Przerwała ją Karen.
- Wlazłam w kałużę krwi – powiedziała głośno, nie wiadomo czemu uśmiechając się cały czas.

Sue zadrżała jak drzewo podczas huraganu, zrobiło jej się niedobrze, potem słabo, nogi odmówiły posłuszeństwa składając się w kolanach i dziewczyna wylądowała na kolanach Mike'a. Znów powróciły mdłości, zbladła. Poczuła, że znów zaczął jej się atak astmy, a nie wzięła inhalatora.
- Chodźmy stąd. - wydyszała.
- Strach cię obleciał? - Ala zaświeciła jej w twarz latarką.
- Odwal się! - Sue rzuciła przez zęby, przysłaniając oczy. - I zabierz mi to natychmiast z oczu.
Powoli wstała trzymając się kurczowo krzesła. Ciężko się stoi na nogach z waty.
- Przepraszam. - rzuciła w końcu do Mike'a, kuląc się lekko.
- Coś tu jest ewidentnie nie tak, chodźmy stąd.

"Zanim ktoś wpadnie na pomysł, żeby wejść na górę."
 
__________________
"Women and cats will do as they please, and men and dogs should relax and get used to the idea."
Robert A. Heinlein

Ostatnio edytowane przez Latilen : 19-10-2009 o 01:25.
Latilen jest offline  
Stary 19-10-2009, 03:49   #4
 
Marrrt's Avatar
 
Reputacja: 8124 Marrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputację
Gdzieś musiała tu być...


Młody jasnowłosy chłopak klęczał przed dużą sklejkową szafą i wyrzucał z niej coraz to nowsze rzeczy. Brudne kartonowe pudełka po butach, stare szmaty z zawiniętymi weń pastami... sam nieużywany od dawna szajs. Ale wiedział, że gdzieś tu była. Wielka skrzynka narzędziowa James'a zawierała całą masę narzędzi spośród których jedno mogłoby się dziś przydać Scotty'emu. Grubas powiedział, że jeśli mały da radę wytrzasnąć skądś klucz Polydrive 10, który ktoś im zapodział, to będzie mógł zostać gdy będą testować tego firebirda co go ze złomowiska ze bezcen skupili... Matthew mało jeszcze wiedział o motoryzacji, ale nawet on potrafił docenić ten rodzaj klasyki... i to jeszcze w oryginalnej wersji V8 400 z systemem doładowania powietrza! Nie mógł tego przegapić. Odrzucił jeszcze jedno pudełko. Kątem oka dostrzegł błysk wyglancowanej czerni wojskowych butów. Przez chwilę przestał szukać i zapatrzył się na nie takim dziwnym wzrokiem jakby sam nie wiedział czemu przykuły jego uwagę. Nienagannie zasznurowane z wprowadzonymi prawidłami. Jakby jeszcze wczoraj ktoś je nosił na jakimś polu walki. Przez chwilę zapomniał o Polydrivie. Wstał i odsunął parę prochowców smętnie wiszących na drewnianych wieszakach. Sam nie wiedział dlaczego, ale chciał go zobaczyć... ładnie wyprasowany mundur oficera piechoty morskiej. W cienkiej folii z pralni Sunny Brite. Metalowa plakietka na piersi głosiła: J. R. Tigret, porucznik. Zaraz obok znajdował się nigdy nie odpięty sześciokątny złoty krążek. Medal pochwalny wojsk lądowych. Zagięte w prosty kant spodnie zdawały się kpić z niedorostka. Matthew skrzywił się i zasłonił stary rupieć szarym prochowcem. Skrzynka była poniżej. Szybko wygrzebał z niej potrzebne narzędzie i zamknąwszy schował z powrotem do szafy zarzucając wnętrze wygrzebanymi przed chwilą przedmiotami. Czarne buty James'a wylądowały w dwóch różnych kątach. Teraz mógł lecieć z powrotem do warsztatu...
- Matthew! - dochodzący z parteru głos starszego brata był jedną z ostatnich rzeczy, które chciałby teraz usłyszeć. Ogólnie wołali się tylko wtedy gdy czegoś od siebie potrzebowali. Odkąd mama ich zostawiła, nie rozmawiał z Jamie'm szczerze.
- Co znowu? - spytał schodząc po drewnianych schodach.
Jamie Hudson; szczupły wysoki chłopak o rok starszy od Matty'ego; stał w przedpokoju z zaciętą miną kogoś kto ma stoczyć właśnie z góry przegraną walkę. Ileż to razy już się pobili o byle gówno, nie mówiąc jeden drugiemu co tak naprawdę myślą. Nie potrzebowali tego mówić. Wiedzieli.
- Ojca trzeba do łóżka zanieść. Pomożesz mi.
- Wal się. Nie moja wina, że znów się dupek schlał w trupa.
- Mówisz o ojcu...
- Gówno, nie ojcu. On nie jest moim ojcem więc mów za siebie.
Jamie machnął na młodszego brata ręką i już chciał odejść do pokoju gdy nagle się odwrócił i dodał:
- Gnój z ciebie Matty, wiesz?
Matthew się nie spojrzał. Wychodził z domu.
- A z ciebie cipa...
Wyszedł. Wkurwiony jak zawsze po rozmowach z Jamie'm. Jebany nunuś troszczący się o wiecznie zapijaczonego na smutno ojczyma. Z nich obu były cipy. A z Jamiego największa. Skurwiel powiedział mu kiedyś w złości, że uważa, że to przez Matthew mama odeszła. Przez niego i jego wybuchy złości. Kutas zawszony. To była wina Jamesa. Ojczym zachowywał się jak baba. Odkąd stracił nogi, zawsze tak było. Jęczał, płakał, smęcił i pił. I tak na okrągło. Matthew nie mógł tego słuchać. Doktor powiedział, że obaj chłopcy muszą uważać, na tatusia, żeby sobie krzywdy nie zrobił. Z początku uważali. Obaj. Ale potem Matthew stwierdził, że wcale nie płakałby gdyby James zrobił sobie krzywdę. Najlepiej, żeby sobie w końcu palnął w ten łeb jak to wiele razy na rauszu wykrzykiwał, że zrobi. Młody Hudson wstydził się, że codziennie wraca do domu, w którym mieszka ten wrak. Cień prawdziwego mężczyzny. Wyżył się rzucając kamieniem w kota sąsiadów.

***

- Dobra... dajmy niuni zagrać. Sly, odpal ją – Matthew długo czekał, aż w końcu Scotty to powie. Cały ostatni miesiąc w wolnych chwilach go dopieszczali i młodzik starał się nie przegapić żadnej sesji. Piękny czarny wóz stał teraz na parkingu przed warsztatem czekając na pierwszą próbę. Nie robili wcześniej żadnych chcąc zostawić tę przyjemność na sam koniec kiedy wszystko już będzie dopięte na ostatni guzik. A pod okiem Scotty'ego zadbali o wszystko. Od każdej uszczelki i zaworu poczynając poprzez wymiany tłoków, cylindrów, chłodziwa, amortyzatorów, elektryki i całej masy pordzewiałego badziewia, a kończąc na lakierowaniu. Było warto. Nawet on to widział.


Sly, ospały dwudziestolatek zatrudniany przez Scotty'ego, chwycił rzucone mu kluczyki i w milczeniu, które zapadło, wszedł do samochodu. Po chwili było słychać jak przekręca kluczyk w stacyjce... raz... dwa... wóz zarzęził przez krótką sekundę... i zaskoczył. Cylindry zagrzmiały. Wszyscy krzyknęli. Matty też. Sly z szerokim uśmiechem wypisanym na gębie wrzucił wsteczny i zrobił parę szybkich kółek na wysokich obrotach. Podwójna rura w iście amerykańskim stylu wypluwała z siebie całą masę jasnego dymu, jaka była typowa dla niedotartego silnika. Silnika, który wył groźnie i niebezpiecznie dając do zrozumienia o swojej mocy...
- Szefie! – krzyknął Sly przez otwartą szybę do Scotty'ego obiecującego chłopakom z warsztatu dobrych parę kolejek – Szefie, przejadę się kawałek przez miasto. Zobaczę, czy pasek nie będzie gwizdał na wyższych obrotach i czy hydraulika nie cieknie.
- Dobra. Ale nie dalej niż do Wononpakook, bo nogi powyrywam i przez dupę gardłem wyjmę.
- Nie ma sprawy szefie... Hej, Matty! Podrzucić cię do domu?
- No jasne! - krzyknął dzieciak. Oczy zaokrągliły mu się jak ćwierćdolarówki gdy wskakiwał do wozu od strony pasażera – Ale nie do domu. W inne miejsce. I najpierw może... weź ją pociśnij.
Sly zaśmiał się.
- Nawet nie myślałem mały, żeby zrobić inaczej.

***

Sly podrzucił go pod samą alejkę gdzie wszyscy już czekali. W sumie chyba tylko oni mogli sprawić, że wychodził z pachnącego świeżo położoną tapicerką wnętrza wozu, z niewielkim żalem. Się odpicowali... on miał na sobie tylko upaprane jeansy i koszulę... Ale lubił ich. Nawet to popychadło Adama. Chłopak z niczym się nie narzucał i nie gadał głupot jak niektóre kujony. Z Mikiem było trochę inaczej, ale i on był w porządku. Zresztą pomijając Bobby'ego i jego chłopaków, tych dwóch było jedynymi, którzy zdawali się nie mieć do niego takiego dystansu jak cała ta kurewska szkoła. Już za to ich lubił i po krótkiej rozmowie załatwił, że Bobby nie miał do nich żadnych wontów jak do większości innych dzieciaków. Ot parę siniaków dla dwóch kumpli. Uśmiechnął się na widok obu. A także na widok Alice. W sumie to najlepsze w niej było to, że można było przy niej kląć, pluć, bekać i co najważniejsze można było mieć pewność, że nie będą jej chodzić po głowie żadne głupie dziewczyńskie pomysły. Tak jak tej Karen co mieszkała naprzeciwko. Tak go zrobiła na szaro. To była jej wina. A obciach na całego. Do tej pory się czerwienił i wkurzał jak sobie o tym pomyślał. „Pocałuj mnie”... uh... co za kretyństwo. A on jak ten największy kretyn tego kretyństwa stwierdził, że w sumie czemu nie. Fajki palił co prawda już wcześniej, ale nie zaszkodziło nadrobić zaległości. No i ją pocałował. Dziwne to było. A ona jeszcze zamknęła oczy... I ten głupi dreszczyk... No ale co by nie było, najgorsze, że ich ta mała pluskwa Pollocków zobaczyła. I musiała roztrąbić na lewo i prawo. Bobby przypłacił głupi uśmieszek złamanym nosem, ale już od Travisa, to jemu się oberwało. Ale i ten skurwiel się doczeka... O ile Matthew będzie mu to jeszcze pamiętał. Szybko nabierał i szybko zapominał urazy. Złość za ten pocałunek też już mu przeszła. Wziął więc od Karen jabłko i zamrugał oboma oczami w podziękowaniu...
- Chciałbym to zobaczyć Sue - powiedział śmiejąc się z pełną buzią gdy dziewczyna wspomniała o pacyfce na czole. Fajna była. Choć trochę do Mikiego podobna. Też taka artystka. Takie fajne mądrale – Choć i ten krzyżyk co tam masz można przerobić, jakby trochę pomazać. Będziesz duchem z pacyfką!

Gdy zajadając jabłka Karen weszli do parku, Matthew wiedział już gdzie ich Alice prowadzi. Pamiętał, że kiedyś z Bobbym przyjmowali tu jednego z chłopaków do gangu. Miał wejść w nocy do tego domu i przynieść piłkę do baseballa, którą Bobby tam wrzucił. A oni patrzyli... Ale się darł głupek jak wybiegał z tą piłką. Ubaw mieli po pachy wtedy.

W grupie jest zawsze inaczej. Matty wiedział to gdyż nie raz właził do ciemnych garaży wagonowych przy torowisku. Wtedy jest zupełnie inaczej. A na pewno inaczej niż przy dziewczynach. Pierwszy wszedł za Alice. Nie powstrzymał się też od głupkowatego dowcipu, by przy wejściu nie wyskoczyć na idącego za nim Adama z głośnym Bu!

Wziął od Adama skręta i zaciągnął narkotyczny dym do płuc. Był inny niż tytoniowy. Fajniejszy.
- Ty musisz Alice się z tym kuzynem bliżej trzymać – rzekł starając się nie zakaszleć i podając skręta dalej. Nie wiedzieć czemu, wszystkich bardziej od trawy interesowało wielkie stare pianino... a może fortepian? Fortepianino kurna olek. Zaciągnął się drugi raz... lepiej. Tym razem dym dłużej łechtał przełyk. Matty poczuł jak mu się trochę w głowie zakręciło. Ciemne kształty wnętrza domu wyostrzyły nagle swoje kontury i stały się jakby nieprzyjazne...

- No bez kitu – podbiegł do Karen, która nadal trzymała palec w ustach – zgrywasz się... Allice weź tu poświeć...
Blado żółte światło starej latarki przeleciało im po twarzach i zatrzymało się na umoczonym w czerwonawym płynie bucie dziewczyny...
- Ale jazda – sapnął Matthew z szeroko otwartymi w zafascynowaniu oczami – Słyszałem jak Pani Buxley biadoliła, że szatanowcy się w tym domu spotykają i robią krwawe ofiary z kotów i psów. Podobno nacinają gardła i czekają aż cała krew wypłynie... a potem ją piją.
Cały czas z szeroko otwartymi w przejęciu oczami patrzył w stronę gdzie stopnie schodów rozpływały się w ciemności.
- Kto jest za tym, żeby sprawdzić, czy stara Buxley pieprzy głupoty? Idziemy Mike?
Przecież nie będzie pytał dziewczyn...
 
__________________
"Beer is proof that God loves us and wants us to be happy"
Benjamin Franklin
Marrrt jest offline  
Stary 19-10-2009, 17:27   #5
Szara Eminencja
 
Sekal's Avatar
 
Reputacja: 3860 Sekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputację
Głośne dźwięki zdezelowanego pianina zalewały piętrowy dom energicznymi brzmieniami symfonii.
Beethoven. Znowu.
Klawisze uderzane raz za razem, starannie odmierzonym rytmem i siłą. Dzieło mistrza grane przez mistrza. Tego był pewien, wykonywał ten utwór doskonale. Ćwiczył od 4 roku życia.
Chudy chłopak, siedzący na starym stołku przed prawie rozpadającym się VOGEL-em. Zgarbiona sylwetka ubrana w czarne, stare ciuchy z lumpexu. Równie ciemne, półdługie włosy w całkowitym nieładzie, na podrygującej w rytm uderzeń głowie. Przymknięte oczy, duże i wyraźne, jedyna ładna cecha w niewyróżniającej się z tłumu nastolatków twarzy.
I długie, zręczne palce, w trudnym do uchwycenia tańcu.

-Ale czemu nie możemy iść?! On może!
-Jesteście jeszcze za młode, idziecie ze mną i koniec dyskusji.
-Ale mamo!
-Ani słowa, przeszkadzacie mu ćwiczyć.
-Zawsze tylko on i on!

Siostry, dwie. Obie młodsze. Mocniejsze dźwięki starały się zagłuszyć słowa, muzyka nie potrzebowała słów. Ale straciły rytm, gdy żyły pianisty zaczęły pulsować mocniej. Płacz młodszej był za głośny. Głupia smarkula! Muzyka urwała się, jak ucięta bardzo ostrym nożem. Płacz, jakby zaskoczony, również wyciszył się, by przejść w pochlipywanie.
Musiała skorzystać z tej jebanej ciszy, póki było głośno to chociaż nie zawracała mu tyłka.
-Mike, synku! Byłeś dziś umówiony z przyjaciółmi, pamiętasz?
-Nie chce mi się iść!
-Idź, nie możesz cały czas siedzieć w domu!

Prawda była taka, że zdecydowanie by to wolał, niż włóczenie się po okolicy z tą bandą. Nie to, że ich nie lubił. Raczej mu nie przeszkadzali. Ale matka była nieugięta. Już miała przygotowaną ciepłą bluzę, płaszcz i zęby wampira, które miały go upodobnić do jakiegoś drakuli. Bajki dla dzieci, wyrósł już z tego. Wolał poważniejsze książki. Bo trzeba wiedzieć, że Mike dzielił swój czas na książki i muzykę. Reszta była tłem. Wreszcie, "wyszykowany", został prawie wypchnięty na dwór.


Teraz już nie było wyjścia. Dotarł na miejsce zbiórki, a punktualność jego matki sprawiła, że był całkiem wcześnie. Reszta zaczęła się dopiero zbierać.
Banda dziwolągów.
Był jednym z nich i miał to w zasadzie gdzieś.
Nie udzielał się za często, nie to, że nie miał nic do powiedzenia. Nie lubił strzępić języka, w tym był trochę podobny do Adama. Czekał tylko, wyglądając prawie na obrażonego za to, że musiał tu tkwić.
Zęby wampira wcisnął do kieszeni a pelerynę trzymał w rękach. Miał w dupie bycie kimś innym. Na powitania odpowiadał tylko zwykłym
-Cześć.

Zero emocji. Czy chciał tu być? Nie. Wolał swoje pianino, zwłaszcza, gdy ojciec był na delegacji.
Wiedział tylko, że to i tak go nie minie. Robić dobrą minę, do złej gry? Po co?
Dziewczyny były ładne, chociaż tyle.
Mówiono mu, że za wcześnie dojrzał. Same szóstki w szkole, gdy mu się chciało, a temat zainteresował. Przeplatał je z jedynkami za brak prac domowych. Nienawidził być zmuszany.
Ale teraz poszedł za landrynkową koleżanką. Oni wszyscy mieli głupie pomysły, ale przynajmniej przy nich nie czuł się tak nieswojo i obco jak przy innych w szkole.
Wszedł nawet do tego jej straszącego domu. Może nie lubił ludzi, większości ludzi, ale do strachliwych nigdy nie należał.
Nie wziął trawki, siedział już przy fortepianie.

To było cudo! Zakurzone i trochę źle utrzymane, ale dałby wszystko by to mieć! Jeśli to opuszczony dom, to może poprosi rodziców, by przewieźli to do ich domu? Gdy już obejrzał wszystko, zerknął na nuty. "Jezioro ognia"? Z czymś mu się to kojarzyło.
-Ciekawe czy ta Sarah była religijna.
Zamierzał już grać, gdy podeszła ta lunatyczka i walnęła w klawisze. Od przeraźliwego dźwięku zabolały go zęby.
-Głupia!
Obdarzył ją nieprzyjemnym spojrzeniem, ale szybko wrócił do klawiszy. Zaczął grać, zgodnie z nutami. Szkoda, że Sue postanowiła nucić, psuła cały efekt muzyki. Nie słyszał już innych, pogrążając się w swoim amoku. Aż do chwili, gdy dziewczyna nagle spadła mu na kolana i zniszczyła cały utwór!
-Au! Przerwałaś mi!
Powiedział to z takim wyrzutem, z jakim tylko nastolatkowie potrafią mówić. Po chwili dopiero westchnął, udając, że się interesuje ich znaleziskiem.
-Lubicie smak krwi?
Pytanie, które pierwsze przyszło mu do głowy. Bo co miał powiedzieć? Że woli grać, niż zwiedzać resztę domu? Mattowi jednak lepiej było się nie narażać. Zgarnął nuty i zawinął je w płaszcz. Dość mocno objął Sue, stawiając ją na nogi. Było kilka przyczyn szybkości i siły uścisku. Nie musiała ich znać. Skinął głową koledze i poszedł za nim, z żalem oglądając się za fortepianem.
 

Ostatnio edytowane przez Sekal : 19-10-2009 o 18:47.
Sekal jest offline  
Stary 22-10-2009, 11:28   #6
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9281 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
- Ale z was sztywniaki – skwitowała Alice, gdy większość wzgardziła jej pieczołowicie zrolowanym skrętem. - I nie kupuję gadki, że to szkodzi na struny głosowe, Sue. Weź taką Janis Joplin. Non stop jarała, ćpała i waliła wódę kanistrami, a przeszła do historii muzyki. Powinnaś brać z niej przykład. Za grzeczna jesteś żeby zrobić karierę w tym interesie. - prychnęła jak kot lecz zaraz zrobiła pauzę na kolejnego macha.
- To brutalny świat, jak chcesz podpisać kiedyś kontrakt będziesz zmuszona zrobić laskę połowie pracownikom przemysłu fonograficznego. Czytałam o tym w „Rolling Stone” - pokiwała głową i zrobiła wielkie oczy, jakby sprzedała im niezwykle kosztowną informację. - To się tyczy także ciebie Mike. Oprócz trenowania gry i śpiewu zacznijcie się też kształcić w ciągnięciu druta – zaświeciła sobie w twarz latarką obejmując ją oburącz i zaczęła udawać, że robi coś bardzo nieprzyzwoitego, wypychając językiem to lewy, to znów prawy policzek. A później zaśmiała się złośliwie.

- Cipy z was i tyle. Ciebie się to też tyczy, Karen – wymierzyła palec w amatorkę jabłek. - Chociaż ty w sumie nadrabiasz niepokorną naturą. Mam nadzieję, że rozpieprzysz dzisiejszą imprezę pod ratuszem – puściła dziewczynce oko.

Różowowłosa buchnęła jeszcze kilka razy, wraz z nią Adam (ugiął się znowu po kilku szturchnięciach łokciem ze strony Alice i pod jej zatwardziałym nagannym spojrzeniem) oraz Matthew, ciekawy jakie też będą efekty tego specyfiku na nastoletni organizm. Rezultaty pojawiły się błyskawicznie, już po paru minutach. Zdał sobie sprawę, że jego wzrok zawisł na wysokości cycków Karen, a przynajmniej tam gdzie kiedyś się te cycki pojawią. Zagapił się i kompletnie odpłynął, skupiwszy się na tej wymagającej umysłowo czynności jaką było gapienie się w martwy punkt. Cokolwiek kuzyn z Nowego Yorku podarował Alice Benson, kopało to bardziej niż 110 voltów po włożeniu palca do gniazdka elektrycznego. Nogi zrobiły mu się miękkie jak z waty, ruchy się spowolniły i a wzrok zamącił.

- Wlazłam w kałużę krwi – oznajmiła Karen beznamiętnym tonem i wszyscy na moment zamilkli.
W jednych odezwał się strach, bo wyobraźnia podpowiadała jakieś koszmarne obrazy, inni nie przejęli się wcale. Jak Matthew, który entuzjastycznnie podszedł do pomysłu zdemaskowania miejscowych satanistów.

Alice zaśmiała się w głos słysząc jego wywód.
Poświeciła przelotem na buty Karen ale zaraz zogniskowało światło ponownie na rękopisie Mika.
- Dupa a nie krew. Obudź się słoneczko, jest halloween, ktoś chce nam napędzić strachu. Zwykła dziecinada.

Stała właśnie w pobliżu pianina i oświetlała sterty przeżółkłych kartek. Rękopis z samej góry zgarnął prędko Mike. I dobrze, bo dziewczynka nie potraktowała reszty zapisków równie dobrodusznie. Przemieszała je nachalnie jedną rękę a później patrzyła jak nieliczne kartki sfruwają na podłogę niby czarno białe motyle.
- To tylko jakieś śmieci - skwitowała.

Mike zasiadł na krześle z egzaltacją godną światowego performera. Podwinął lekko rękawy kurtki i z nabożnością musnął palcami rzędy czarno białych klawiszy.
Ta chwila wydała mu się, nie wiedzieć czemu, wiekopomna. Prześladowało go to uczucie, że znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie, całe życie czekając na ten właśnie moment. Pianino nawoływało. Nuty uwodziły.
Zabrzmiały pierwsze dźwięki.
Nerwy napięte jak postronki. Wewnętrzne napięcie skumulowane bezwstydnie gdzieś w okolicy lędźwi pianisty. Poczuł dreszcz podniecenia.
Jakby ojciec zapłodnił jego matkę tylko po to, by on, Michael Donnovan, zasiadł dnia trzydziestego pierwszego października dziewięćdziesiątego czwartego roku przy pianinie w nawiedzonym domu przy Lincoln Street, w Silisbury, Connecticut.

Początkowo Sue nuciła, ale szybko przestała skupiając się jedynie na słuchaniu.
Magia tej chwili otumaniała ich wszystkich.

Palce pomknęły po klawiszach z nieludzkim wdziękiem i zwinnością. Staccato. Szybkie uderzenie w klawisze, poderwanie w górę nadgarstków, przedramiona skrzyżowały się na moment po czym odskoczyły na przeciwne krańce klawiatury. Dźwięki zlepiały się w niewyobrażalnie cudny kształt... Wszyscy zamarli. Dali się porwać temu hipnotycznemu nastrojowi odurzenia. Czyż nie była to najpiękniejsza melodia jaką w życiu słyszeli? Bez wątpienia. Po policzkach zgromadzonych tu dzieciaków popłynęły ciepłe łzy, serca waliły monotonnie i rytmicznie niby w takt miłosnego uniesienia.

Pianiście zaszumiało w głowie. Przymknął oczy i namiętnie, z entuzjazmem, uderzał w klawisze. Melodia łapała za serce, nasycona była przeogromną dawką goryczy i bólu. Jakby jej twórca komponował skręcając się w agonalnych spazmach i całość swoich doznań zawarł w owych pięcioliniach.
Mike zachłysnął się tą dawką emocjonalną przemyconą w muzyce. Organizm produkował teraz zabójczą dawkę endorfin, co wprowadziła go w iście euforyczny stan. Spełnienie, podniecenie, narkotyczny trans? Jego ciało wydało mu się zbyt małe na nagromadzone w nim teraz pokłady emocji. Nie mogło ich ewidentnie pomieścić. Zaraz eksploduje, rozsypie się na kawałki - pomyślał.
Zaczął drżeć na całym ciele ale nie pomylił ani jednej nuty. Czyste przepiękne dźwięki odbijały się echem od ponurych ścian domu, mknęły ciemnym korytarzem wzdłuż schodów aż niknęły gdzieś na wyższym piętrze.

Reszta dzieciaków również to odczuwała. Gorączkowe dreszcze, uniesienie, ogień pełzający pod skórą...
Mike wreszcie skończył a zalgająca cisza wywołała poczucie pustki. Sue opadła Mike'owi na kolana wyrywając go tym samym z objęć tego amoku. Drżącymi rękami zgarnął plik kartek i wetknął w poły płaszcza. Podniósł się, nadal oszołomiony, i zerknął na swoich towarzyszy. Kłębili się wokół niego otoczając ciasnym wianuszkiem i wpatrywali się tempo w instrument. Nawet nie pamiętali jak znaleźli się tak blisko. Nie zrobili tego, w każdym razie, świadomie.

Pierwsza ocknęła się Sue, a zaraz za nią Alice. Dziewczynka otrząsnęła się niczym mokra kura.
- Rety Mike, potrafisz dać czadu... - szepnęła rozdziawaijąc z podziwem usta.

Karen też prędko doszła do siebie. Ulotność niedawnej chwili zniknęła całkowicie, zostawiając po sobie tylko niejasne wrażenie, że posmakowali czegoś nierealnego. Zerknęła z ukosa na Matthew. Chłopak wyglądał jakby był w głębokim transie, wpatrywał się w jakiś niewidoczny punkt w podłodze, zupełnie obojętny na otocznie. Uderzyła go lekko w plecy. Nic. Drugi raz był mocniejszy.
- Matthew? Matthew?
Zamrugał nieprzytomnie i przetarł oczy dłońmi, jakby dopiero co się przebudził. O dziwo poczuł na swoich policzkach ciepłą wilgoć. Sytuacja ta wydała mu się na tyle żenująca, że ruszył z impetem na schody. Ukradkiem przetarł z twarzy łzy. Jak to się stało, że się poryczał? Chyba nie wzruszyła go tak mocno ta cholerna melodia?

Hardo pokonał pierwsze stopnie ciągnąc Alice za rękaw. W końcu to ona dysponowała jedynym sensownym źródłem światła. Była co prawda jeszcze dynia Sue, ale ona nie oświetlała w zasadzie nic poza buzią dziewczynki, która kurczowo trzymała lampion na wysokości talii.
Alice i Matthew stawiali niepewnie kroki. Mike poszedł za nimi, dalej Adam i Sue. Minęła może minuta nim Alice odzyskała swój zwyczajowy rezon.
- To wszystko jakiś chory żart chłopaków ze starszej klasy. Super... Mam nadzieję, że się posikamy ze starchu - pisnęła z niezdrowym entuzjazmem.

Snop światła bijący od latarki podrygiwał chaotycznie, padając raz na lewo, raz na prawo, to znów na podłogę. Na zniszczałych ścianach dało się zauważyć dziwne, biegnące poziomo wyżłobienia w tynku. Spróchniałe deski skrzypiały i chrzęściły pod stopami nastolatków, przywołując mimowolnie ciarki. No i znów zapadła cisza, niemalże wibrująca w uszach. Szli i szli. I szli. Chyba stanowczo za długo. Dostanie się na pierwsze piętro powinno im zająć zaledwie chwilę, a czas wydłużał się niewspółmiernie.

Karen szła na samym końcu pochodu, prawie po omacku. Wyjęła z plecaka kolejne jabłko i obróciła je pieszczotliwie w dłoni. Wtedy wyszli z korytarza gromadząc się znów wokół poświaty dyniowego lampionu. Karen wgryzła się zachłannie w miąższ. Kubki smakowe zbuntowały się momentalnie i odruchowo wypluła całą zawartość ust na podłogę. Zerknęła z odrazą na trzymany w dłoni owoc. Wyglądał na kompletnie zgniły, a w jego wnętrzu wiła się cała kohorta białych opasłych larw. Odrzuciła go łapiąc się jednocześnie za usta by opanować odruch wymiotny. Smak żółci wypełzł na język.

W tym czasie Alice wycelowała latarkę przed siebie. Jakieś podłużne workowate kształty zamajaczyły kilka metrów przed nimi. No i podłoga cała się lepiła. Czy to mogła być krew? Raczej syrop klonowy, bo lepkiej mazi było pod nogami stanowczo za dużo. Gdyby to była krew to musiałaby się tu rozbić furgonetka przewożąca cały zapas RH z miejscowej stacji krwiodawstwa.

Alice podeszła bliżej w stonę niewyraźnych cieni, już nie tak pewna siebie jak przed momentem. Jaskrawe światło latarki rozjaśniło podłużne kształty.
Pod sufitem zawieszone na stalowych topornych łańcuchach wisiały trzy wychudzone dziecięce sylwetki. Postrzępione ubranka wisiały na brudnych rachitycznych ciałkach, skołtunione włosy przysłaniały twarze. Ktoś musiał zakuć ich nadgarstki w okowy i podczepić łańcuchy na rzeźniczych hakach wmontowanych w sufit. Zauważyli jeszcze wiele podobnych, ostro wywiniętych, zaczepów, od których luźno zwisały ku ziemi łańcuchy tworząc jedną gęstą sieć żelaztwa.

Trzy ciałka. Nieruchome. Zakrwawione. Półnagie.

Alice zachwiała się na nogach i zaczęła wydawać z siebie nieartykułowane dźwięki przerażenia. Adam stał nieruchomo, sztywny jak pal ulicznej latarni. Mike nie bał się prawie wcale. Może wciąż dowierzał, że to co widzi przed oczami to jedynie zmyślna mistyfikacja? Matthew zadrżał i jęknął przeciągle, ale skołatany umysł potrafił nadal trzymać w ryzach. Z konsternacją przyjął fakt, że spodnie wzbogaciły się o ciepłą mokrą plamę. Karen spanikowała. Zdążłyła obrucić się na pięcie i zwymiotować na biegnący ku dołowi korytarz, który ich tu przywiódł. Sue krzyknęła zakrywając oczy dłonią, z trudem łąpiąc każdy kolejny oddech. Dynia wypadła jej z rąk gdy zaczęła szperać w kieszeniach szukahąc inhalatora.
Ale nikt nie uciekł. Każdy zachował zdrowe zmysły i wolność działania. No może z wyjątkiem Alice, która rozedrgana jak gałązka na wietrze przylgnęła plecami do ściany chowając głowę w ramiona. Latarka wypadła jej z dłoni, wykonała na ziemi kilka zgrabnych piruetów i poturlała się kawałek dalej, oświetlając jeden z pobliskich rogów pomieszczenia.

Podłoga i dwie zbiegające się tu ściany wyłożone były zdewastowaną glazurą, trochę jak w sali operacyjnej albo w rzeźni właśnie. Kafelki, kiedyś zdecydowanie białe, teraz umazane były rozwlekłymi plamami krwi. Na ziemi stała tam zardzewiała stara wanna, a w niej leżało ciało. Promień latarki rozjaśnił tamten kąt. Można było dostrzec zmasakrowaną kobiecą twarz. Płci można się było raczej domyślić po kotłowaninie mokrych, lepiących się do skóry włosów. Spuchnięte usta, rozorany łuk brwiowy, przekrwiona, napęczniała skóra. Można by rzec, krwawa miazga...

Jej patykowate chude ręce wyciągnięte były w górę, wysoko nad głowę i oplecione żelaznym łańcuchem. W oczy rzucała się duża kłódka spinająca jego ogniwa. Dzieciaki spojrzały po sobie, a później po scenie masakry. Zaległa wymowna cisza. Ale zaraz... Usłuszeli głuchy dźwięk.
Okazał się nim być stukot stopy odbijającej się rytmicznie od emaliowanej żeliwnej powierzchni wanny. Kobietą zaczęły wstrząsać spazmy. Rzucała się jak ryba, której ktoś odciął właśnie łeb.
- Mmmmmm. Mmmmmm - jęknęła, nie otwierając nawet ust.
A później wbiła w nich swoje zwierzęce, powiększone strachem oczy.

 

Ostatnio edytowane przez liliel : 22-10-2009 o 15:49.
liliel jest offline  
Stary 25-10-2009, 20:33   #7
Szara Eminencja
 
Sekal's Avatar
 
Reputacja: 3860 Sekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputację
Siedział jeszcze całkiem długo na stołku, zastanawiając się jakby nad tym, co przed chwilą zagrał. Jasne, pójdzie za Mattem, ale ten utwór! To jest właśnie to, ta magia. To było jak dopasowane do tego miejsca i do jego cudownych, niepowtarzalnych dłoni, których palce wybijały rytm na klawiaturze fortepianu.
Z takim dziełem zyska sławę!
Nie mógł pozwolić, by nutom coś się stało. Inni nie dostrzegali tego piękna, nie mieli tak czułych uszu, ale on miał. To był pierwszy krok do wielkości. Bo Mike już dawno o tym myślał, tylko na razie nic nie wymyślił. Jeśli ta cała Sarah już dawno nie żyje, to kto zwróci uwagę, że to nie jego dzieło? Nikt! Uśmiechnął się sam do siebie, chichocząc w myślach.
Jego dłoń bezwiednie odrzuciła irytującą grzywkę na bok. Reszta już wchodziła na górę, musiał zachowywać pozory, chociaż nie chciało mu się tam iść. Chciał pobiec do siebie, opowiedzieć o fortepianie i jeszcze raz zagrać to niesamowite dzieło.

Pozory. Musiał zachowywać pozory. Czy nie to mu zawsze powtarzał ojciec? Jedyna dobra rzecz, te jego rady. Wiedział, że jeśli będzie taki sam, osiągnie sukces. W końcu rodzice powinni być wzorem, wszędzie tak mówiono. Jego siostry mogły brać za wzór matkę, nie obchodziło go to. Cholerne beksy.

Poszedł więc za nimi, z zaciekawieniem stawiając stopy na kolejnych stopniach tego dziwacznego domu. Pod pachą ściskał uważnie pelerynę, w której szeleściły lekko kartki starego papieru. Spoglądał na nie co chwilę, jakby to był największy ze skarbów, jakie w życiu posiadał. Może i tak było? Drugą dłonią wodził po ścianie, wsłuchując się w dziwny odgłos, jaki zaczęły wydawać buty.
Plask. Plask.
Czuł się, jakby chodził po na wpół zaschniętej kałuży brudnej wody, powstałeś wskutek wczorajszego deszczu. Nie mógł sobie przypomnieć co mogłoby uchować się w takim stanie przez tyle lat. Wolał wpatrywać się na przemian w Alice i pelerynę. Alice. Peleryna. Alice. Trzy wiszące na hakach ciałka. Peleryna.

Najpierw wydawało się to żartem. Jak i krew na posadzce. Przecież człowiek ma jej tylko kilka litrów! Czytał gdzieś o tym. Dorosły miał coś koło 5-6 litrów. A to były dzieciaki, takie jak oni. Czyli musieli mieć mniej. Może gdzieś wisiały inne trupy?
Te myśli były... dominujące. Może właśnie dlatego nie doznał szoku porównywalnego z pozostałymi dzieciakami, jego umysł przez chwilę nie mieszkał w chudym ciele, a znajdował się gdzieś ponad nim, uporczywie próbując rozwiązać jakieś irracjonalne i nielogiczne kwestie. Mike czasem tak miał.

Nie można się bać czegoś, w co się nie wierzy, prawda?

Nie prawda. Lęk ogarnął i jego, tylko nie było tej pierwszej chwili, tego szoku i szeroko rozwartych oczu. Ale to był innego rodzaju lęk, taki, który wychodził z głębi. Widział jedno, ale dopowiadał sobie co innego. Nie lubił innych ludzi, więc teraz bał się, że chłopaki ze starszych klas wyskoczą zza rogu i zaczną wrzeszczeć. Popatrzył po swoich znajomych. Bezwiednie pomógł Sue z jej inhalatorem, nie zdzierżyłby, gdyby spadł a ona włożyła go sobie do ust, takiego upapranego krwią. Matka i tak go zabije za ślady na spodniach.

-Daj latarkę.
Pierwsze słowa wypowiedziane na górze dziwacznego domu. Żadnych pocieszeń, zapewnień o bezpieczeństwie i żartach, żadnego myślenia o wezwaniu policji. Tylko "daj latarkę". Zresztą już i tak zdążyła ją upuścić. Dobrze, że nie cała wytarzała się w tej pseudo krwi. A tam na dole udawała taką pewną siebie. Mike postanowił im pokazać, kto tu jest najodważniejszy. Niech patrzą i podziwiają! Podniósł latarkę, chwytając palcami tak, by się jak najmniej ubrudzić.
Wszedł do tego pomieszczenia, obchodząc łukiem wiszące na hakach kukły. Szedł ku kobiecie. Kolejne "mmmmmm" wydobyło się z jej ust. Może to jakaś nakręcana lalka? Wyciągnął dłoń i drżącymi palcami odgiął jej dolną wargę. Puścił, a mokre usta zrobiły "plup". Zawsze go to bawiło. "Plup".
-Pani jest żywa?
 

Ostatnio edytowane przez Sekal : 25-10-2009 o 20:48.
Sekal jest offline  
Stary 25-10-2009, 20:59   #8
 
Latilen's Avatar
 
Reputacja: 31 Latilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodze
"...szatanowcy się w tym domu spotykają i robią krwawe ofiary z kotów i psów. Podobno nacinają gardła i czekają aż cała krew wypłynie... a potem ją piją."



...
....
.....
....
...

Na moment zrobiło się cicho. Biało. Sue wisiała w zupełnej pustce. Bez podłogi, sufitu, bez słów, myśli, uczuć.

Ale to był moment. Potem przyszedł ostry ból. Przypomniała sobie, że należy oddychać. Miała ochotę uciekać. Rzucić ich wszystkich w cztery diabły, zapomnieć o tym głupim domu, strachu, melodii...

...i wyjść na tchórza?

Uspokoiła świszczący oddech, starła część makijażu rękawem, zagryzła zęby. O nie, nie da Ali tej satysfakcji. Zresztą... musiała... Musiała się przekonać, że to oszustwo, kłamstwo, nieprawda. Nic nie powtarza się dwa razy.

A może to sen? Właściwie koszmar. Przywykła do niego. Noc w noc to samo. Starała się uciec. Jeszcze ani razu nie udało jej się. Biegała, krzyczała, wołała o pomoc. Ani razu. Czyli znów skończy się tak samo.
To po co się bać już teraz?

Uśmiechnęła się blado i ruszyła za resztą. Co prawda jej ciało nie do końca chciało zaufać jej rozumowi - zaciśnięte dłonie na dyni, lekko miękkie nogi i tym podobne. Ono się po prostu nie zna, o!

Schody trzeszczały jakby je kto specjalnie tak zbudował. Skupiła się wspomnieniu rozmowy z Alicją. Na jej uwagę o przemyśle fonograficznym odpowiedziała: "Wezmę u ciebie kilka lekcji obciągania i zostanę obwołana nową Tiną Turner, więc już możesz się przestać o mnie martwić." zajmując się bardziej odbiciem salonu niż docinkami drugiej dziewczynki.

Aż dotarli do pokoju.



Chyba krzyknęła. Zasłoniła oczy, skuliła się, a potem zaczęła oklepywać kieszenie. Może jednak wzięła inhalator? Nie, nie, musiała go wziąć! Na szczęście Mike jej pomógł. Dobry Mike jej pomógł... Po chwili słychać było dwa "szu" i "utff".

Uderzyło ją. Jakby spadła ze schodów. TO NIE BYŁ SEN. Jej sen. Może czyjś inny. Tak, możliwe. Ale nie jej. Nie da się przewidzieć, jak źle może być dalej.

Wstała.



Naciągnęła sobie kaptur na oczy, żeby nie widzieć za dużo. Ani nie być widzianym.
- Nie, dobra. Ja mam dość. Spadajmy stąd. - powiedziała twardo, ale lekko roztrzęsionym głosem.

Wtedy też nastąpiła dodatkowa atrakcja w postaci kobiety. Pełzającej, jęczącej. "Nie widzę, nie widzę, nic nie widzę, nie widzę." Wbiła wzrok w przerażoną Alicję.
Starła resztkę makijażu, niepostrzeżenie też zlikwidowała spocone oczy. Mike, w tym momencie stał się Głupim Mikem!, zaczął coś mówić do...
- Chodźmy stąd! - jęknęła.

Złapała za dynię, pociągnęła Alę za rękaw, cofając się o krok.
- No! Ruszcie się! Idziemy!
 
__________________
"Women and cats will do as they please, and men and dogs should relax and get used to the idea."
Robert A. Heinlein

Ostatnio edytowane przez Latilen : 25-10-2009 o 21:07. Powód: Sekal mnie wyprzedził, małe zmiany z tego powodu!
Latilen jest offline  
Stary 26-10-2009, 22:20   #9
 
Hellian's Avatar
 
Reputacja: 134 Hellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znany
Karen i tak zamierzała iść na górę. Swoje wiedziała. Wlazła w kałużę krwi i już. Czuła w środku, że to prawda. Może świńskiej, albo psiej, a może ludzkiej, tego nie potrafiła rozpoznać, ale przecież trzeba sprawdzić. Skoro już weszli do tej opuszczonej chałupy zrobią coś ciekawszego od palenia stuffu z Nowego Yorku.

Pokonała kilka stopni, ale zatrzymała ją muzyka. Chciała powiedzieć coś cierpkiego, ale zamiast tego zastygła z wpół otwartą buzią. Cholerny, zadufany w sobie, ładniutki Mike potrafił grać.

Ale gdy po policzkach pociekły jej łzy, miała dość. Tak nie powinno być. Nie płakała jak wsadzali ojca, a teraz będzie przy głupiej melodii? Było w tym coś upokarzającego. Mike przesadził. Mógł sobie nazywać ja głupią, ale teraz to ktoś powinien dołożyć pianiście. Chce im robić z mózgu sieczkę, niech się najpierw zapyta. Jak Alice, choć ona też w sumie nie dała wyboru Adamowi.
Dziewczynka szybko wytarła rękawem oczy. Spojrzała z ukosa na stojącego obok Matthew. Czy widział tę żenadę? Ale to, co zobaczyła otworzyło jej buzię jeszcze szerzej.
- Nie żartuj, beczysz? –wyszeptała, zdziwiona tym bardziej niż kałużą pod stopami.
Musiała uderzyć go w plecy, żeby oprzytomniał.
- Beczałeś? – zapytała znowu, ale zaraz zamilkła pod spojrzeniem chłopaka. To nie jego wina, wszystkich zamurowało. Nawet artystkę Sue.
- Nie przejmuj się stary – Karen powiedziała to głośno, do Mike’a, najsłodszym ze swoim żmijowych tonów – Wiemy, że grasz dobrze, to po prostu zardzewiały instrument i melodia paskudna.

Ruszyli na górę. Znowu szła ostatnia. Wychodziło jej to samoczynnie, musiała się pilnować, żeby ciągle nie odstawać krok za innymi. Nie to, żeby chodziła wolno. Raczej była szybka. To się nazywało przestrzeń intymna. Miała ją jakąś dużą. Wieczne wkurzenie rozpychało się łokciami i w zbitych grupach nie miało czym oddychać.
Ale dziś wszystko było nie tak. Na piętrze pluła nieistniejącymi robakami. Musiała aż oprzeć się o ścianę. Przez moment przyszło jej do głowy, że to jakiś głupi sen. Uszczypnęła się w rękę, raz i drugi. Zabolało. Zaklęła pod nosem. Pomyślałaby, że to atak, ale z nich zwykle nic nie pamiętała.

A potem w świetle latarki Alice, zobaczyła te ciałka. Zwymiotowała.
Powiodła wzrokiem po reszcie. Dopiero, gdy to samo zobaczyła i w ich oczach, uwierzyła własnym. Przestrzeń intymna skurczyła się mikroskopijnych rozmiarów. Prawie deptała po piętach Adamowi.
- Zadzwonię na policję. – Bardzo chciała powiedzieć coś rozsądnego, tylko jej głos nie wiedzieć czemu zapiszczał cienko jak u małego kociaka. A myślała, że najgorsze, co mogą tu zobaczyć to zwłoki zaszlachtowanego zwierzęcia,
Zwymiotowała drugi raz.
- Na dole był telefon? – pytała znowu, nadal tym okropnym piskliwym tonem.
A potem odezwała się do nich postać z wanny. W przeciwieństwie do zachowania, pytanie Mike było jak najbardziej na miejscu. Chociaż Karen znała odpowiedź. Kobieta nie była żywa. To niemożliwe.
Dziewczyna przemogła się. Nie patrzeć na te ciałka na hakach. To proste. Miała wprawę w niewidzeniu. Nie zauważaniu rozpaczy. Drżących dłoni i łez. Stanęła tyłem do rzeźnickiej wystawy.
- Proszę się nie ruszać, zadzwonimy na pogotowie i policję. – odciągnęła Mike’a na odległość metra. Był głupi, żeby tak włazić w łapy trupowi.
- Zaraz stąd pójdziemy Sue. Alice daj mi zapalniczkę! – Prawie wyszarpała ją z ręki koleżanki. Wątły płomyk parzył palce.
- Poszukam telefonu, jeśli go tu nie ma ktoś powinien iść zadzwonić. Budka jest 300 metrów stąd, na skrzyżowaniu.
- Matt, może da się włączyć światło? Chyba na półpiętrze była ta, no … skrzynka z bezpiecznikami.
Właściwie czuła zażenowanie, że tak dużo mówi. Nie kontrolowała tego. Jakby strach dało się pokonać tylko słowami.

Ruszyła w poszukiwaniu aparatu. Sztywna jak drewniana kukła. I znowu przekonana, że siedzi w jakimś swoim strasznym śnie. Jedną dłoń miała całą we krwi. Nie wiedziała kiedy się nią wymazała.

Sue spod kaptura wystawał kawałek nosa i usta. Puściła rękaw Ali. Widocznie rozsądek Karen przywołał ją nieco do pionu.
- Poczekaj! - rzuciła już spokojniej, łapiąc drugą dziewczynkę za rękę. - Pójdę z Tobą, co się sama będziesz szlajać.
 
__________________
"Kobieta wierzy, że dwa i dwa zmieni się w pięć, jeśli będzie długo płakać i zrobi awanturę." Dzienniki wiktoriańskie

Ostatnio edytowane przez Hellian : 27-10-2009 o 00:01. Powód: końcowa deklaracja Sue :)
Hellian jest offline  
Stary 27-10-2009, 13:09   #10
 
Marrrt's Avatar
 
Reputacja: 8124 Marrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputację
- Cipy?! - parsknął śmiechem w stronę ich przewodniczki - A kto sobie fryza na różowo odpicował, Alice? Sama jesteś cipa i to pełną gębą.
Uśmiechnął się do niej zupełnie sympatycznie.

Cienie wydłużyły się, a w głowie zaszumiało od doznań umysłowych będących efektem zwalczania przez szare komórki solidnej dawki jakże nęcąco drażniących neurony, kanabinoli. Prosta reakcja pobudzająca wnętrze nastolatka sprawiła, że oczy same skierowały się najpierw na Karen, która odmówiła skręta, a potem ześliznęły się bezwiednie po jej sylwetce zatrzymując na nieznacznym na razie zaokrąglającym się biuście. Fajnie wyglądała. Nawet z tą głupią czerwoną gulą na nosie. Szkoda, że nie zauważył kiedy w głupkowatym odruchu otworzył buzię. Naprawdę fajnie wyglądała...

No nie dokładnie tak miało być. Mieli pójść na górę, a nie grać na pianinie. Pani Greetwick od początku mówiła, że ten chłopak nie w sobie za grosz wyczucia muzyki. Matthew widział w tym nawet powód do dumy. Teraz jednak gdy Mikey zaczął grać, chłopak nie mógł przewalczyć myśli, że tak naprawdę to wcale nie chce, by muzyka ustała. Ale ustała. Z początku nawet tego nie zauważył i dopiero szarpnięcie Karen przywołało go do rzeczywistości.
- Co? Wal się. Ja nie beczę - szybko odburknął i odwróciwszy głowę wskoczył na schody. Parę razy przetarł rękawem oczy... To od tej trawy.. na pewno. Rzucił ukradkiem spojrzenie na Karen, czy dalej się na niego patrzy. Szczęśliwie skupiła się teraz na Mikim. Co za obciach... raz jeszcze otarł oczy, by nie pozostało śladu. Złośliwie go przyłapała na tym. Złapał za bluzę Alice i pociągnął za sobą na górę. Byle stąd pójść...

Piętro odwróciło szybko myśli nastolatka od niefortunnych łez. Serce przyśpieszyło gwałtownie, a spięte do granic możliwości nogi tylko czekały, by Matty pozwolił im dać stąd dyla. Krew była wszędzie, a te worki... Czuł jak dłoń dziewczyny zaciska się na jego nadgarstku. Potem Alice puściła i jego i latarkę cofając się pod ścianę, a on został sam na przedzie nie zdolny do poruszenia się. Strumień światła zatańczył po podłodze losowo oświetlając porozrzucane narzędzia. Sue krzyknęła z tyłu, a Karen sądząc po odgłosach wymiotowała. W końcu Mike złapał latarkę. Zupełnie się nie bał świrus jebany. To wytrąciło Matty'ego ze stanu sparaliżowanego bezruchu. Zbyt późno jednak, by powstrzymać młodzieńczy organizm przed przygotowaniem do natychmiastowej ucieczki. Mocz rozlał się gorącem po chłonnych jeansach na całym prawym udzie.

Trzy trupy dyndały niczym strzępy mięsa w rzeźni Bo. A może to wcale nie były trupy? Matty nie mógł odwrócić od nich wzroku. Postąpił krok naprzód... i jeszcze jeden. Z tylu coś się działo. Słyszał głos spokojny Mike'a, piskliwy i rozdygotany Karen, a także proszący Sue. Słyszał, ale nie słuchał. Nie miał pojęcia o czym mówią. Nie mógł się odwrócić od tych trzech wiszących kształtów tak kurewsko dobitnie przypominających ludzkie. Marihuana utrudniła i tak duże problemy chłopca z podzielną uwagą... Jeszcze jeden krok. Mlaśnięcie krzepnącej krwi pod podeszwą znoszonych Vansów. Pierwszy majaczący w ciemności kształt był już na wyciągnięcie ręki. Serce waliło jak szalone. Coś w nim darło się, by wiał. Natychmiast. Uniósł dłoń i skierował w stronę ciała. Wisiało nieco wyżej, ale żeby spojrzeć w pochyloną na piersiach twarz, wystarczyło obrócić. Zacisnął parę razy palce dłoni, by poczuć dotyk własnej skóry...
- Nie rób tego Matty... - głos Adama był niewyobrażalnie proszący. Stał tuż obok.

Nie mógł bardziej tchnąć odwagą w młodego Hudsona. Lekko pchnął ciało na wiszącym haku. Żelazo zatrzeszczało metalicznie, a trup zakołysał się jak wahadełko od zegara i kołowym ruchem zaczął odwracać w stronę chłopców. Bim, bom, bim, bom, bim, bom...
Adam wrzasnął. Matty również. Postąpił nieskorydnowany krok do tyłu i stracił równowagę na czymś twardym. Glebnął dupskiem na utytłany w krwi drewniany parkiet i nawet nie wstając zaczął się cofać odpychając stopami i rękoma w stronę schodów...
- Matt... - głos Karen. Obejrzał się na nią - może da się włączyć światło? Chyba na półpiętrze była ta, no … skrzynka z bezpiecznikami.

Kiwnął głową. Gdyby powiedziała, by poszedł do supermarketu i kupił landrynki, też by pewnie pokiwał. To nie miało znaczenia. Ważne, że mówiła. Cokolwiek. Trzymała Sue za rękę. I przestała mówić... dlaczego? Chyba wychodziły. Adam dalej wpatrywał się w oblicze trupa jak zahipnotyzowany. Nie... nie Adam. To był następny. Tylko, że nie wisiał na haku, tylko stał. O kurna... oni się ruszają... Oni się naprawdę ruszają... cofnął się jeszcze kawałek do samych schodów i zamknął oczy szepcząc coś trzy po trzy o mamie i pomocy...

Ciemność pod powiekami była dobra. Była własna. Matty nie bał się ciemności. Oddech spowolnił. Wiać. Otworzył oczy.
- Alice, Adam, Mike! Spieprzamy stąd!
Wstał, by pośpiesznie zgarnąć opornych i ruszyć za dziewczynami na dół.
 
__________________
"Beer is proof that God loves us and wants us to be happy"
Benjamin Franklin
Marrrt jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:09.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166